Monthly Archives: Kwiecień 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Convert Technologies Plato Lite

Zaledwie miesiąc temu mieliśmy okazję i niewątpliwą przyjemność, odwiedzić warszawską delegaturę krakowskiego Nautilusa. Powodów naszej obecności w salonie na Kolejowej należało jednak tym razem upatrywać nie w codziennych, typowo spedycyjno – sprzętowych działaniach, którymi z oczywistych względów nie byłoby powodu się chwalić, a raczej aktywności towarzysko – poznawczej. Traf bowiem chciał, że na ostatni weekend marca wyznaczono podwójną polską premierę rozszerzających portfolio ww. dystrybutora pozycji. Pierwszą z przygotowanych atrakcji  stanowiły aktywne kolumny Avantgarde Acoustic 1 XD Teil Aktiv (którymi mam nadzieję zajmiemy się już niedługo) a drugą, debiutująca na naszym rynku, powstała w 2013 r., marka Convert Technologies mogąca pochwalić się kilkoma odmianami streamerów Plato. Wracając jeszcze na chwilkę do aspektu towarzyskiego  wspomnianego eventu warto nadmienić, iż wraz z ww. plikograjami pojawiła się, przybyła prosto z UK trzyosobowa delegacja w składzie Ian Grostate (Commercial Director), Aleksander Celewicz (Senior Technician) i Peter Eason (Customer Experience Manager). Dzięki temu w dwóch, przygotowanych na tę okazję systemach mogliśmy zatem nie tylko, biorąc pod uwagę typowo prezentacyjne warunki, dość pobieżnie poznać możliwości najtańszego Plato Lite i topowego Plato Class A, ale i w dość niezobowiązujących okolicznościach przyrody porozmawiać z osobamii pod tym projektem podpisanymi i to od strony inżynieryjno –  deweloperskiej a nie jak to zwykle bywa czysto marketingowej. W związku z powyższym  oprócz kurtuazyjnych zwrotów o „najlepszości” stosowanych rozwiązań i gwarantowanym, stuprocentowym zadowoleniu nabywców dane nam było zasięgnąć języka o nieco mniej oczywistych zagadnieniach. Pomijam już oczywisty fakt jakże przydatnego, przynajmniej z naszej perspektywy, spojrzenia na dany produkt przez pryzmat konkretnych ludzi z krwi i kości za nim stojących. Od razu pragnę uspokoić wyznawców teorii spiskowych, że ww. jegomoście nie przypominali księgowych i zdecydowanie swobodniej czuli się rozprawiając o zagadnieniach programistyczno – użytkowych aniżeli recytując wyuczone regułki z folderów reklamowych. Jak jednak Państwo słusznie przypuszczacie eventowo – bankietowe warunki w nawet najmniejszym stopniu nie uprawniały do formułowania jakichkolwiek wiążących wniosków dotyczących realnych możliwości brzmieniowych  prezentowanych pozycji, dlatego też wykorzystując nadarzającą się okazję czym prędzej wyraziłem gotowość przetestowania któregoś z będących na stanie warszawskiego salonu odtwarzaczy. Na efekty złożonej deklaracji nie musiałem długo czekać, gdyż zaledwie po kilku dniach w mym systemie wylądował model Plato Lite, na recenzję którego serdecznie zapraszam.

Jak już zdążyłem nadmienić dostarczony przez wysłannika Nautilusa egzemplarz okazał się być otwierającą angielski katalog podstawową, ochrzczoną przez producenta jako Lite wersją. W porównaniu do wyżej usytuowanego w firmowej hierarchii rodzeństwa tytułowy plikograj pozbawiony jest zarówno wbudowanego wzmacniacza obecnego w modelach Class A i Class B, jak i przedwzmacniacza gramofonowego MM/MC, jakim może pochwalić się z kolei Pre. Mamy zatem do czynienia z, przynajmniej na pierwszy rzut oka, klasycznym odtwarzaczem / streamerem plików. W tym momencie wypadałoby jednak dodać, że oprócz muzyki z powodzeniem obsłużymy z jego pomocą również materiały video i to do HD 1080p/30fps włącznie, więc jego pojawienie się w naszym systemie może okazać się całkiem niezłym pretekstem do wyeliminowania posiadanego, wysłużonego źródła sygnału wizyjnego. Czyżbyśmy zatem mogli upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu? I tak i … nie, gdyż nawet Lite świetnie sprawdzi się w roli przysłowiowego centrum sterowania wszechświatem. Pomoże w tym zarówno bogactwo interfejsów cyfrowych – trzy wejścia optyczne, w tym dwa obsługujące 24bit/192kHz i jedno 24bit/96kHz, wejście koaksjalne plus dwa wyjścia Toslink, trzy USB, jak i  trzy pary wejść liniowych. Ponadto nawet jeśli nie „szarpniemy się” na wersję Pre, to w połączeniu z możliwością regulacji głośności dostajemy możliwość poważnego ograniczenia reszty systemu li tylko do aktywnych kolumn. Skoro zatem nieco wbrew zwyczajowej chronologii zacząłem od „zaplecza” to już kończąc ten temat wspomnę, że plecy plato wykonano z dość surowo wyglądających i w podobnej estetyce (nie)wykończonych, gęsto ponacinanych płatów blachy. Proszę się jednak uspokoić, i niepotrzebnie z tego powodu nie zamartwiać, gdyż po ustawieniu urządzenia na półce i tak mało kto zachodzić go będzie „od zakrystii” a po drugie taka surowość i „warsztatowość” wynika z czysto pragmatycznych i oczywistych, przynajmniej z technicznego punktu widzenia, pobudek. Otóż streamery Plato charakteryzuje typowo modułowa budowa wewnętrzna, przez co dodanie nowej sekcji wymagać będzie w większości przypadków jedynie odkręcenie kilku śrubek mocujących konkretną zaślepkę i zastąpienie jej wyposażoną w stosowne interfejsy odpowiednią kartą rozszerzeń.
Całe szczęście zarówno front, jak i cały korpus prezentują się nie tylko o niebo lepiej, co po prostu fenomenalnie a dostarczony na testy, pokryty szampańsko – złotym lakierem (pełna zgodność z kolorystyką Accuphase’a!) egzemplarz bezsprzecznie cieszył oczy. Mocne zaokrąglenia frontowych narożników przy dość pokaźnej wysokości całości przywodzą na myśl projekt plastyczny rozpropagowany swojego czasu przez Classe, co dodatkowo podkreśla centralnie umieszczony, spory a przez to czytelny dotykowy ekran. Generalnie ścianka przednia prezentuje się nad wyraz stylowo i spokojnie, gdyż oprócz ww. interfejsu komunikacyjnego znajdziemy tam jedynie niewielki przycisk usypiania/wybudzania i pojedynczy port USB ułatwiający podłączenie czy to znajdującego się w komplecie napędu LG Ultra Portable DVD-RW, lub też innej pamięci masowej.
Nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły dotyczące budowy wewnętrznej dzisiejszego bohatera wspomnę jedynie o tym, że do wyboru są trzy opcje dotyczące zamontowanego wewnątrz dysku i to zarówno jeśli chodzi o jego pojemność, jak i technologię jaką reprezentuje, gdyż dostępne są zarówno wersje z konwencjonalnymi pamięciami talerzowymi, jak i nieco nowszymi SSD, sercem sekcji cyfrowej jest przetwornik ESS Sabre 9018 a całość pracuje pod kontrolą … Androida.
Niejako na deser części wizualno – organoleptycznej zostawiłem jeszcze jedną, wielce pozytywną wiadomość. Otóż już za trzy tygodnie – w trakcie monachijskiego High Endu zostanie udostępniona aktualizacja oprogramowania rozszerzająca funkcjonalność wszystkich modeli Plato o … obsługę TIDALa. Jeśli zaś chodzi o kompatybilność z MQA, to w momencie ustabilizowania się sytuacji z tym jak się ostatnimi czasy okazało nie do końca bezstratnym formatem i on powinien na pokładzie odtwarzaczy Convert Technologies się pojawić.

Zanim jednak zaczniemy rozwodzić się nad walorami brzmieniowymi Lite’a uznałem za stosowne choćby zasygnalizować kilka, wydaje mi się wielce przydatnych funkcji, które znajdziemy przebijając się poprzez czytelne i niezwykle intuicyjne menu. Po pierwsze, a przy okazji wcale nie takie oczywiste, wszystkie ikony są nie dość, że duże, to na tyle jednoznaczne, że nie sposób się pomylić. Po drugie GUI, czyli po naszemu interfejs graficzny, działa szybko, stabilnie i nie funduje nam, nawet przy przeglądaniu i nawigacji po 2TB NASie z muzyką nie odnotowałem żadnych zawieszeń. To wszystko jednak nic przy dalszych atrakcjach, czyli automatycznemu rozpoznawaniu i tagowaniu zgrywanych płyt CD przez wtyczkę MusicBrainz, co niespecjalnie może dziwić lecz jeśli powiem, że tę sama funkcjonalność, lecz tym razem z użyciem wtyczki Gracenote mamy również przy rejestracji ze źródeł analogowych, czyli np. … gramofonu to robi się naprawdę ciekawie, chociaż z dostępnych „wodotrysków” najfajniejszym pomysłem na szaloną imprezę okazała się zdolność … wyświetlania tekstu odtwarzanego utworu (appka MusixMatch), czyli idealna funkcjonalność na wieczory karaoke. Za to pod względem czysto użytkowym jako najbardziej przydatną funkcję uznaję mechanizm wyszukiwania po artyście, nazwie albumu i nazwie utworu działający nie tylko w obrębie naszej wewnętrznej sieci domowej a więc zarówno dysku wbudowanego, jak i podpiętych NASów, lecz również … radiowych rozgłośni internetowych. Krótko mówiąc jeśli mamy ochotę na jakiś „kawałek” a akurat nie mamy go we własnej plikotece Plato w tzw. oka mgnieniu sprawdzi czy przypadkiem gdzieś na świecie jakaś rozgłośnia akurat go nie gra.
A i jeszcze jedno – dedykowane aplikacje do obsługi Plato dostępne są zarówno na tablety/smartfony pracujące pod kontrolą Acdroida i iOSa, jak i na Kindle Fire, w Amazon AppStore.

Jednak żarty na bok. Skoro bowiem wydajemy 13-15 tys. PLN dobrze by było, żeby nowy zakup spełnił przynajmniej część pokładanych w nim nadziei na co najmniej adekwatne do poniesionych kosztów brzmienie. Dlatego też nie mając kompletnych informacji odnośnie przebiegu dostarczonego na testy egzemplarza przez kilka pierwszych dni Plato pracował u mnie non stop karmiony contentem najprzeróżniejszych internetowych stacji radiowych. Zatem kiedy wreszcie usiadłem do krytycznego odsłuchu bez zbędnego cackania się z pacjentem od razu mogłam zabierać się do pracy. Wyszedłem bowiem z założenia, że przy obecnym nasyceniu rynku wszelakiej maści plikograjami, wśród których bez trudu można znaleźć nawet przenośne maluchy zdolne odtworzyć najgęstsze dostępne formaty podobnym nastawieniem będą wykazywać się potencjalni nabywcy. Czy jest zatem cecha, która wyróżnia podstawowe Plato na tle konkurencji? Śmiem twierdzić, że jak najbardziej i jest nią zaskakująca … analogowość brzmienia. Od razu zastrzegam, że nie chodzi w tym przypadku o tzw. efekt naciągniętego na głośniki koca, czyli klasycznego zmulenia i spadku rozdzielczości, lecz pewnej homogenicznej spoistości i miodowej konsystencji. Doskonale bowiem słyszymy wszystko to, co słyszeliśmy do tej pory, jednak całość pozbawiona ostaje podskórnej nerwowości, rozedrgania najwyższych składowych. W związku z powyższym dźwięki dobiegające naszych uszu działają na nasze zmysły kojąco i relaksująco – odprężają i pozwalają naszemu mózgowi odpocząć, zamiast analizować i interpolować domniemaną muzykalność tam, gdzie ze świecą jej szukać. Bardzo podobną cechą urzekł mnie swojego czasu Trigon Chronolog, któremu przez dłuższy czas były pod tym względem w stanie dorównać jedynie wysokie modele Luminów i prototyp Alluxity, którym miałem okazję dłuższy czas się pobawić. Na potwierdzenie powyższych słów posłużę się kilkoma przykładami płytowymi.
Pragnę zatem z radością poinformować, że nawet tak mało wysublimowana i poprzez brutalną kompresję zbezczeszczona pozycja jak  „Reflections” Apocalypticy, którą akurat w tym projekcie często wspierał sam … Dave Lombardo potrafiła wyzbyć się wydawałaby się natywnej jazgotliwości zastępując ją właśnie miodową słodyczą i soczystością średnicy. Wreszcie wiolonczele zaczęły brzmieć jak wiolonczele a nie jak wystrugane na kolanie skrzypki Janko muzykanta.  Jednak to było jedynie niewinne i wielce wysublimowane preludium do tego, co miało nastąpić w chwili, gdy z głośników zaczęły dobiegać pierwsze takty „Bloodlust” Body Count. Potężny bas, ściana gitarowych riffów i wyrykiwane melodeklamacje Ice-T z dzikim entuzjazmem trzęsły całym pokojem i bezpardonowo atakowały nie tylko mój zmysł słuchu, co również fizycznie uderzały po trzewiach. W kategoriach bezwzględnych, niejako na siłę, można byłoby przyczepić się do zauważalnego zaokrąglenia konturów źródeł pozornych przez co krawędzie nie lśniły tak, jak to potrafiły robić w przypadku duetu Vega + Aries Auralica a „Songs of Love And Death” formacji Me And That Man nieco złagodniał transformując nieco garażowej surowości na rzecz dopalenia, wysycenia średnicy. Można jednak pół  żartem, pół serio powiedzieć, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, gdyż jeśli tylko przejdziemy do repertuaru akcentującego warstwę wokalną uśmiech nie powinien schodzić nam z ust i nieważne, czy będziemy mieli ochotę na Robertę Mameli rozkosznie flirtującą z mieszanką jazzu i barokowych pieśni na „’Round M: Monteverdi Meets Jazz”, czy dostojną Mercedes Sosę w sposób perfekcyjny i niedościgniony ukazującą sacrum nabożeństwa w „Misa Criolla” . Po prostu w każdym z powyższych przypadków wokalista na te kilkadziesiąt minut stanie się swoistym centrum generowanego przez Plato muzycznego wszechświata i to właśnie wokół niego będą krążyły, działy się pozostałe wydarzenia. Nad wyraz sugestywnie zostaje w ten sposób zogniskowana przestrzeń obecna w poszczególnych nagraniach, gdzie to właśnie wokal prowadzący jest umownym jądrem atomu, którego aura pogłosowa rozchodzi się w zależności od natężenia emisji na kolejne powłoki, by koniec końców dosięgnąć sklepienia pomieszczenia, w jakim dokonano realizacji.

Jak mam nadzieję z powyższego tekstu wynika Plato Lite podchodzi do tematu może nie tyle plików co generalnie domeny cyfrowej w nieco inny aniżeli można byłoby oczekiwać sposób. Nie oszałamia hiper detalicznością i rozdzielczością, nie stawia na konur i detal, lecz nie maskując, czy odfiltrowując ich kieruje uwagę słuchaczy na zupełnie inny aspekt prezentacji, czyli szeroko rozumianą muzykalność. Jeśli zatem jesteście Państwo silnie związani emocjonalnie z typowo „analogową” estetyką i w muzyce poszukujecie wewnętrznej spójności i spokoju a jednocześnie korci Was wejście w pliki, to gorąco Was zachęcam do zapoznania się z możliwościami tytułowego urządzenia Convert Technologies, które jest niezbitym dowodem na to, że nie taki diabeł straszny, jak go malują i że nawet demonizowane przez co poniektórych granie z sieci i komputerowych dysków można z dziecinną łatwością okiełznać.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus
Cena:
Plato LITE (HDD 1 TB): 12 900 PLN
Plato LITE (HDD 2 TB): 13 900 PLN
Plato LITE (SSD 1 TB): 14 900 PLN

Dane techniczne:
Obsługiwane formaty audio: AAC LC/PLUS, ALAC, FLAC, MP3, VORBIS, PCM/WAVE, AIFF do 24 bit/ 192 kHz.
Obsługiwane formaty video: H263, H264 (BP/MP/HP), MPEG-4 SP/ASP, MPEG2, VP8, MJPEG, Xvid do HD 1080p/30fps.
Wejścia: 3 pary RCA (liniowe), Coax, 3 x Optyczne (Toslink), Ethernet, 4 x USB
Wyjścia: 2 x Optyczne (Toslink), HDMI
Pobór mocy: 9 W (w spoczynku), < 200 W (pełna moc)
Dostępne wersje kolorystyczne: black gloss, dark grey gloss, red gloss, white gloss, black satin, white satin
Wymiary (S x G x W): 370 x 300 x 130 mm
Waga: 14 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WX-AD10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Devialet Expert 440 Pro
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

Złote Ucho 2017 dla Octave RE 320

Najnowsza stereofoniczna końcówka mocy Octave, RE 320, wygrała plebiscyt czytelników niemieckiego Stereoplay. Zdaniem jednego z recenzentów tego magazynu jest to zresztą „jeden z niewielu wzmacniaczy lampowych, które mogą zagrać z trudnymi głośnikami, zachowując esencję swojego brzmienia”. Nie może być inaczej, skoro w stopniu końcowym zastosowano rozwiązania znane dotąd z Jubilee SE, w postaci zasilania oraz nowych szerokopasmowych transformatorów, dzięki którym RE-320 napędzi praktycznie każde głośniki dostępne na rynku, jeśli tylko ich impedancja minimalna nie spada poniżej 2 ohm. Stopień mocy składa się tu z dwóch KT150 w konfiguracji push-pull na kanał, które osiągają maksymalną moc ciągłą 130 i chwilową 200 W, zapewniając pasmo przenoszenia od 5 Hz do 85 kHz. Poziom szumów spada poniżej -110 dB, dzięki czemu wzmacniacz można zastosować także z kolumnami o wyższej skuteczności. Od strony użytkowej mamy tu: regulację BIASu z dokładnością do 0.5 %, przełącznik wysterowania dla różnych rodzajów lamp oraz inteligentny tryb ECO.
Cena wzmacniacza to 36 900 zł.


Dystrybucja: Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

Accuphase DP-950 / DC-950

Link do zapowiedzi: Accuphase DP-950 + DC-950

Opinia 1

Zabierając się do napisania niniejszej recenzji przez dłuższy czas zastanawiałem się jak ją zacząć. Z jednej strony na klawiaturę cisnęły się setki kurtuazyjnych sloganów które zapewniały błogi komfort bezpiecznego ślizgania się po powierzchni audiofilskich odmętów a z drugiej jakoś niespecjalnie miałem ochotę na taką asekurancką miałkość. Suma summarum przez kilka dni akapit przeznaczony na wstępniak leżał odłogiem budząc tym samym moją niekłamaną irytację. W końcu powiedziałem dość, postanowiłem wziąć przysłowiowego byka za rogi i popełnić wprowadzające w temat trzy po trzy. Od razu jednak pragnę zaznaczyć, że moje dylematy, bądź jak zapewne część „życzliwych” stwierdzi tzw. niemoc twórcza, nie wynikały z konieczności zgrabnego wybrnięcia z dość kłopotliwej sytuacji opiewania ewidentnego bubla, lecz wręcz przeciwnie, gdyż problem dotyczył urządzeń co prawda bezdyskusyjnie referencyjnych, lecz o tak charakterystycznej i rozpoznawalnej aparycji, że napisanie o nich czegokolwiek nowego graniczyło z cudem a opisywanie tego, co od niemalże pół wieku a dokładnie od 45 lat widać gołym okiem i było odmieniane przez wszystkie przypadki na kilometr zalatywało nie tylko wtórnością, co wręcz autoplagiatem (kilku przedstawicieli rodziny dzisiejszych bohaterów już zdążyłem zrecenzować). Wystarczyło jednak nieco poszperać w branżowych annałach i Bingo! Jest trop, pomysł i myśl przewodnia, czyli cudowne 3w1. Dlatego nie lejąc dłużej wody zaczynamy, choć już na wstępie zaznaczę, że typowo, ani tym bardziej „normalnie” nie będzie.
Ile razy słyszeli, bądź nawet wypowiadali Państwo (tu ukłon w stronę naszych Drogich Czytelniczek) sentencję, że „mężczyźni to duże dzieci”? Po wielokroć, codziennie, częściej? Ano właśnie. To teraz kolejne pytanie, tym razem, mam nadzieję, już mniej drażliwe. Kiedy dzieciarnia ma swoje święto? Nieobeznanym w temacie przypomnę, że w Polsce, jak i pozostałych tzw. „Demoludach” od 1950 r. Międzynarodowy Dzień Dziecka obchodzony jest oczywiście 1 czerwca i proszę mi wierzyć, że ta data jest ważna nie tylko dla małoletnich przedstawicieli homo sapiens, lecz również dla ich starszych, skażonych audiophilią nervosą współplemieńców. Nie wierzycie? Oto dowód. Aby jednak wszystko trzymało się brzydko mówiąc kupy nadmienię jedynie, że w Japonii, do której nieuchronnie zmierzamy, dzieci swoje święto obchodzą 5 maja (Kodomo-no Hi), lecz skoro jesteśmy w Polsce, to obligatoryjny jest dla nas wariant czerwcowy. Jeśli zastanawiacie się Państwo co to wszystko ma wspólnego z dzisiejszą recenzję to spieszę donieść, że zaskakująco wiele, gdyż właśnie w nasz (nie japoński) dzień dziecka, czyli 1 czerwca 1972 r. bracia Nakaichi  i Jiro Kasuga (dla niewtajemniczonych założyciele firmy Kenwood Electronics) powołali do życia markę Kensonic, która później zmieniła nazwę na … Accuphase. Robi się ciekawie? Mam cicha nadzieję, że tak, gdyż to dopiero nieśmiały wstęp do dalszej zabawy w łączenie pozornie archaicznych faktów. Nie zgłębiając się jednak zbytnio w kolejne modele wprowadzanych wtenczas na rynek high-endowych cudeniek przenieśmy się w nieco bardziej nam współczesne czasy, czyli do roku 1982, w którym to ww. marka zaprezentowała dzielone (a jakże) źródło cyfrowe, czyli transport DP-80 oraz przetwornik DC-81. Jednak zbliżając się ku końcowi tej swoistej wyprawy do źródeł japońskiego audio uważam, że prawdziwych protoplastów dzisiejszych bohaterów wypadałoby upatrywać we wprowadzonym na przełomie czerwca i lipca 2000-ego roku pierwszym dzielonym źródle CD/SACD Accuphase’a czyli duecie DP-100/DC-101. Zatem nad czym będziemy się tym razem z Jackiem pastwili? Nad topowym zestawem DP-950 / DC-950 będącym ostatnim słowem złotouchych mistrzów z Kraju Kwitnącej Wiśni jeśli chodzi o odtwarzanie srebrnych krążków.

Poruszając tematykę designu flagowego, dzielonego źródła Accuphase’a nie ma co się oszukiwać i łudzić.  Nie jest to ani bezpieczny, ani tym bardziej neutralny pomysł na wtopienie się w tło i zniknięcie w sterylnej przestrzeni salonu. Nie znajdziemy tu pasującej do wszystkiego czerni/bieli, czy surowości naturalnego, szczotkowanego aluminium. Mamy za to coś zdecydowanie bardziej unikalnego  – wypracowane przez dekady dziedzictwo japońskich klasyków pod postacią charakterystycznego, nieco oldschoolowego a dla miłośników ultra-nowoczesności wręcz anachronicznego „gabinetowego” przepychu. O ile jednak szampańsko złote fronty w przypadku Accuphase’a nie dziwią, gdyż od niepamiętnych czasów stanowią niejako znak rozpoznawczy ich wyrobów, to dodanie do nich pokrytych przepięknym transparentnym lakierem fortepianowym drewnianych obudów podnosi wartość postrzeganą na nieosiągalny dla większości konkurencji pułap. Prawdę powiedziawszy jedną z niewielu marek, która może bez skrępowania prezentować swe walory w sąsiedztwie Accu wydaje się być Dan D’Agostino tworzący stanowiące swoistą mieszankę steampunku i elegancji cudeńka. Wróćmy jednak do meritum, gdyż warto w tym momencie podkreślić iż wspomniane drewniane „otuliny” nie  są li tylko cienkimi płatami forniru, lecz solidnymi a zarazem niezaprzeczalnie stylowymi „skrzynkami” nakładanymi na właściwe korpusy urządzeń.
Pochylając się nad poszczególnymi komponentami stanowiącymi składowe tytułowego źródła i idąc zgodnie z kierunkiem sygnału na pierwszy ogień i pod lupę wzięliśmy transport DP-950, którego szampańsko – złoty front zdobi centralnie umieszczona prostokątna szybka skrywająca dwa niewielkie czerwone wyświetlacze – lewy informujący o wybranej ścieżce i prawy odmierzający czas, oraz zajmujące honorowe miejsce zielone logo. Bardziej wnikliwi obserwatorzy z pewnością zauważą jeszcze trzy rubinowe diody, z których jedna informuje o odczycie warstwy SACD a dwie pozostałe o wybranym trybie zapętlenia.
Tuż pod displayem przycupnęła wąska szuflada transportu, której front elegancko wkomponowano pomiędzy przyciski wyboru odtwarzanej warstwy (przydatnym przy dyskach hybrydowych) i otwierania/zamykania. Całości klawiszologii dopełnia włącznik główny (po lewej) i standardowe – nawigacyjne guziki po prawej. O pokrytym szlachetnie wykończonym drewnem korpusie już wspominałem, więc nie będę się powtarzał i od razu przejdę na plecy, na których niewiele się dzieje, co z reszta nie powinno dziwić, gdyż to w końcu tylko transport. Dlatego też do wyboru mamy jedynie dwa wyjścia cyfrowe – klasyczne koaksjalne i autorskie HS-LINK – umożliwiające transmisję sygnału DSD pozyskanego z warstw SACD pod postacią standardowego portu RJ-45. Nie zabrakło gniazda zasilającego IEC.
Nieco więcej dzieje się na zapleczu DC-950, jednak zanim tam zajrzymy pozwolę sobie najpierw na wizję jego frontu, który … okazuje się bliźniaczo podobny do dopiero co opisanego DP-950. Mamy zatem podobnie umieszczoną szybkę chroniącą dwa czerwone wyświetlacze – lewy odpowiedzialny za częstotliwość próbkowania i rozdzielczość bitową i prawy – informujący o wzmocnieniu (o czym za chwilę), oraz centralnie usytuowany podświetlony logotyp. Różnice dotyczą jednak niuansów, czyli zastąpienia szuflady rzędem prostokątnych przycisków odpowiedzialnych za uaktywnienie konkretnego wejścia cyfrowego.  Włącznik sieciowy wylądował po lewej a dwuprzyciskowa regulacja głośności (niestety cyfrowa) po prawej.  Ściana tylna prezentuje się wybornie. Do dyspozycji mamy oczywiście wejście HS-LINK, AES/EBU, trzy gniazda koaksjalne i dwa optyczne. Nie zabrakło również wyjść cyfrowych,  jednak jedynie w formie pojedynczego koaksjala  i optyka. Sekcja wyjść analogowych nie odstaje od sekcji cyfrowej, gdyż do wyboru mamy zarówno parę RCA, jak i XLR, którym przyporządkowano przełączniki zmiany fazy.

Zaglądając do trzewi dzisiejszych gości i trzymając się wcześniej narzuconej kolejności warto nadmienić iż w DP-950 najdelikatniej rzecz biorąc … nie zapomniano o zasilaniu. Powiem nawet więcej – potraktowano je z niezwykłą wręcz atencja o czym świadczą dwa zabezpieczone iście pancernymi osłonami toroidy i bateria … dziesięciu (!) kondensatorów po 4,700 μF/35 V każdy. Jednak to, co po prostu zachwyca to autorski, wycięty z aluminiowych bloków, centralnie umieszczony mechanizm transportu spoczywający na czterech gumowych absorberach i masywnej, również aluminiowej ramie. Cała ta misterna konstrukcja waży imponujące 11,7 kg co daje wyobrażenie zarówno o jej solidności, jak i przepaści jaka dzieli mechanizm Accuphase’a od masowo stosowanych OEM-owych,  „komputerowych” rozwiązań. Potwierdzają to z resztą czysto organoleptyczne testy, czyli mówiąc szczerze zwykła, sprawiająca niezwykłą frajdę, zabawa przyciskiem open/close odpowiedzialnym za  pracę bezszelestnie i z niesamowitym dostojeństwem wysuwającej i chowającej się tacki napędu.
W DC-950 zastosowano  dwie 32-bitowe kości (po jednej na kanał)  Advanced Hyperstream™ DAC ES9038PRO produkcji  ESS  Technology  Inc. Użycie ośmiokanałowych układów do konwersji pojedynczych kanałów – osobno lewego i prawego, pozwoliło na  równoległe połączenie ich wyjść (kanałów, nie kości) owocując nie tyle niższymi, co praktycznie niemierzalnymi zniekształceniami a w dodatku dwukrotnie wyższym prądem wyjściowym, aniżeli w swojego czasu przez nas recenzowanym DC-901. Pracują one również z sygnałem DSD, który do postaci analogowej przekształcany jest w procesie Accuphase MDSD (Multiple Double Speed DSD), czyli już po polsku, jest on upsamplowany z natywnych 2,8224 MHz/1 bit do 5,6448 MHz/1 bit, a następnie trafia do programowalnych, ultraszybkich układów FPGA i dopiero w takiej postaci konwertowany w kościach przetwornika.
Jednak po zdjęciu pokrywy największe wrażenie robi sekcja zasilania przetwornika, którą stanowią dwa zamknięte w pancernych puszkach transformatory o łącznej pojemności 80 000 μF. Cóż, podobnie bezkompromisowej sekcji zasilającej pozazdrościć by mogła niejedna, aspirująca do miana high-endu interga.

Z poprzednikami, czyli duetem DP/DC-901 mieliśmy do czynienia dwukrotnie – raz w towarzystwie C-3800 i A-klasowych monosów A200  i po raz kolejny, już z AB-klasową amplifikacją w postaci monobloków M-6000 i strzelistych kolumn Dynaudio Evidence Platinum, więc asekuracyjnie możemy stwierdzić, że jako-taki podkład merytoryczny mamy i co nieco o możliwościach dotychczasowych flagowców wiemy.  Ponadto tym razem również mieliśmy do dyspozycji kompletny japoński system, lecz ze względu na wyjątkowość tak źródła, jak i wzmocnienia postanowiliśmy zamiast jednego „systemu marzeń” opisać dwa i w pierwszej kolejności uraczyliśmy Państwa recenzją Accuphase’a C-3850 z P-7300 by dopiero teraz, na spokojnie zająć się dzielonym odtwarzaczem.
Zgodnie z ogólnodostępnymi danymi i przy okazji zapewnieniami samych zainteresowanych, czyli producentów i wydawców, SACD to ultra-gesty format, dzięki któremu na jednej płycie w tym standardzie można zapisać siedem razy więcej informacji niż na krążku CD. Czy mamy zatem spodziewać się , że porównując zwykłe wydanie CD, bądź zapisaną zgodnie ze standardem Red Book warstwę CD z jej odpowiednikiem wytłoczonym w „gęstym” SACD usłyszymy siedem razy mniej? Śmiem twierdzić, że nie. W dodatku chyba nikt przy zdrowych zmysłach (wykluczamy  tym samym akolitów jednego z ministrów i starszego pana z kotem) nie próbowałby nawet forsować takiej tezy. Chodzi raczej o to, że mając swoisty zapas miejsca można na finalnym nośniku umieścić zdecydowanie więcej, zarejestrowanych na taśmie matce informacji, a to już, przynajmniej na tym poziomie, na jakim w chwili obecnej w przypadku Accuphase’ów się obracamy powinno być wyraźnie słyszalne. I proszę mi wierzyć, przynajmniej na razie, jeszcze przed własnym odsłuchem, na słowo, że jest. Pomijając fakt, że master dla warstwy SACD potrafi być nieco inaczej zrobiony i to, co na CD gdzieś tam ginęło w tle nagle wyskakuje niczym królik z kapelusza, bo ma po prostu miejsce by choćby na chwilę zaistnieć, to każdorazowo, gdy teoretycznie miałem wybór której warstwy słuchać tak naprawdę wyboru nie miałem. O ile bowiem w przypadku Ayona CD-35 można warstwę PCM uszlachetnić poprzez upsampling do DSD, to już w przypadku Accuphase’ów takich trików nie znajdziemy. Trudno się z resztą temu dziwić, gdyż jak to mówią „szlachectwo zobowiązuje” i na pułapie blisko 200 000 PLN jakość staje się synonimem bezkompromisowości a co za tym idzie swoistego, ortodoksyjnego puryzmu. Nie ma więc ani wspomnianej możliwości upsamplowania tak PCMa, jak i DSD do wyższych wartości, oczywiście z wyjątkiem na sztywno zaimplementowanego MDSD, jak i dostępu do ewentualnych filtrów mogących wpłynąć na końcowe brzmienie źródła. Całe szczęście lubującym się w odciskaniu własnego piętna posiadaczom pozostawiono możliwość niewielkiej, bo niewielkiej, ale jednak modyfikacji w postaci … wymiany dołączanego w komplecie przewodu Ethernet na coś bardziej biżuteryjnego. Oczywiście nie omieszkaliśmy wykorzystać nadarzającej się okazji i czym prędzej spięliśmy Accu dostarczonym przez dystrybutora – krakowsko/warszawski Nautilus, kabelkiem Ayon Pearl.
Przejdźmy jednak do konkretów i sięgnijmy po jakieś podlegające możliwości nausznej weryfikacji przykłady płytowe, bo choć dostępność krążków SACD może nie poraża ale zawsze można znaleźć coś dla siebie, no może za wyjątkiem miłośników ciężkiego metalu, bo z takimi pozycjami niestety jeszcze nie dane mi było się zetknąć, nad czym szczerze ubolewam. Zacznijmy zatem od czegoś pozornie prostego i niezbyt wymagającego, czyli pojedynczego instrumentu, niech będzie … lutnia. Kiedy jednak DP-950 z wrodzonym wdziękiem połknął krążek Huberta Hoffmann „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” już odsłuch warstwy CD jasno dał nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z urządzeniami mogącymi uchodzić za absolutną referencję. Swoboda szła bowiem w parze z kontrolą a muzykalność z rozdzielczością w sposób tak naturalny i oczywisty, że zaczęliśmy poważnie się zastanawiać, czy aby na pewno odtwarzamy właściwą warstwę, bo przynajmniej do tej pory tak porażającą wierność i holograficzną wręcz namacalność oferowały jedynie gęste pliki w domenie cyfrowej i oczywiście najwyższej klasy źródła analogowe. Każde trącenie struny, każdy ruch palców po gryfie były nie tylko słyszalne co po prostu widoczne a dźwięk rozchodził się z taką naturalnością, jakbyśmy siedzieli wraz z muzykiem w jednym pomieszczeniu i w tym momencie nie miało znaczenia, czy to my wybralibyśmy się do belgijskiego studia Galaxy w Mol, czy też lutnista zjawiłby się w naszym oktagonalnym OPOSie. Czyżby zatem 950-ki fundowały nam niemalże spirytystyczny seans? Niemalże tak, gdyż dopiero przełączenie się na warstwę SACD pokazało pełnie możliwości i genialność flagowego źródła Accuphase’a. Co ciekawe pomimo ewidentnej poprawy praktycznie wszystkich aspektów dźwięku wcale nie odnieśliśmy wrażenia ponadnaturalności, czy typowego dla samplerów przejaskrawienia detali i irytującego epatowania przekontrastowanymi krawędziami, czy fakturą instrumentów. Po prostu wykonany został kolejny krok do absolutu, do którego od lat dążą wszyscy wyznawcy High-Endu – do muzyki granej na żywo. Mieliśmy zatem i absolutnie czarne tło, w pełni zgodne z rzeczywistością gabaryty tak muzyka, jak i używanego przez niego instrumentu a dochodzące naszych uszu dźwięki dostarczały zdecydowanie więcej informacji aniżeli zmysł wzroku mógłby dostrzec z dystansu kilku metrów dzielących nasz fotel od krzesła artysty.
Podobnie sprawy się miały na „Dixit Dominus” Jordi Savalla, gdzie sakralna polifonia została pokazana z perspektywy trzech kompozytorów – Vivaldiego, Handla oraz Mozarta a całość spięta perfekcyjnym wykonaniem i jak to u Savalla świetnym nagraniem. To właśnie na takich „rodzynkach” można docenić precyzję, z jaką Accuphase wycina poszczególne źródła pozorne z tła nie alienując ich i nie zrywając, zacierając ich interakcji z otoczeniem i pozostałymi muzykami. Czuć wszechobecny spokój i pewność własnej nieomylności. Brak tu nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy podskórnego rozedrgania najwyższych składowych.
Z nieco mniej zobowiązującego repertuaru do dyspozycji miałem jedynie hybrydowe krążki sygnowane przez Linna, nieśmiertelne „Brothers In Arms” Dire Straits i mocno komercyjną „Ask A Woman Who Knows” Natalie Cole, co z jednej strony nie pozwalało mi zbytnio, jak to Jacek mówi połomotać, a z drugiej dawało zdecydowanie pełniejszy, aniżeli bazując jedynie na klasyce obraz. Zarówno płaczliwe gitary elektryczne, jak i swingujące poczynania pani Cole zyskały nie tyko na ogładzie, lecz i na pewnej dostojności. To co w barokowych trelach podkreślało zadumę i sacrum na rocku i swingu tonizowało pewną kanciastość, granulację, czy też skrzekliwość wokalu córki właściciela najbardziej jedwabistego głosu w historii muzyki (przynajmniej moim zdaniem). Nie chodzi jednak o ordynarne wycofanie, czy zaokrąglenie najwyższych składowych i sybilantów, lecz pokazanie całości w nieco mniej jaskrawym, analogowym świetle. Chodzi bowiem o to, że o ile niektóre marki osiągają pozorną rozdzielczość poprzez chłodną analityczność i pewną sterylność, antyseptyczność przekazu Accuphase cywilizuje i jednocześnie oczyszcza z wszelakich szkodliwych artefaktów to, co słyszymy. Japoński zestaw nie podbija bowiem sztucznie kontrastu a jedynie wyrównuje ewentualne anomalie w ich wzajemnych relacjach. Uzyskujemy dzięki temu niesamowitą homogeniczność i organiczność, którymi nie tak dawno zachwycił nas również topowy duet C.E.C.-a z tą tylko drobną różnicą, że paskowy top-loader potrafił nieco dobitniej zaakcentować aspekt dynamiczny.
Na koniec, nie mając już w zanadrzu żadnego hybrydowego krążka a chcąc choćby przez chwilę posłuchać czegoś cięższego sięgnąłem po „The Astonishing” Dream Theater, które  z tak wyrafinowanego źródła zagrało jak … nigdy dotąd. Podkreślona została wieloplanowość i różnorodność tego koncept albumu a monumentalne prog-metalowe gitarowe pasaże wspierane misternym szkieletem budowanym przez partie perkusji nie pozwalały oderwać się od odsłuchu. Ba, w pewnym momencie nawet najdelikatniej mówiąc nieprzepadający za podobną stylistyką Jacek uznał, że w takich „okolicznościach przyrody” Dreamy brzmią na tyle wysublimowanie i „bogato” pod względem muzycznej ornamentyki, że będzie musiał w wolnej chwili przyjrzeć się poczynaniom Johna Petrucciego i jego kompanów.

Niby przez ostatnie lata Accuphase zdążył przyzwyczaić nas do tego, że urządzenia, które z dumą prezentują na swych frontach podświetlone zielonkawe logo grają co najmniej dobrze a w przypadku najnowszej generacji wręcz bardzo dobrze, jednak kontakt z dzielonym, topowym źródłem przekroczył nasze najśmielsze oczekiwania. Accuphase DP-950 / DC-950 osiąga bowiem pułap na którym trudno już mówić o dźwięku cyfrowym, czy analogowym, gdyż tak naprawdę zaczynamy dywagować o samej muzyce i naszych własnych wyobrażeniach o niej. Trzymając się jednak faktów uczciwie trzeba przyznać, że z płyt/warstwy CD tytułowy duet „wyciska” więcej niż jego twórcy sądzili, że można wycisnąć a gdy w swe szpony dorwie warstwę SACD osiągamy poziom zadowolenia w pełni zasługujący na miano audiofilskiego Olimpu.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Choćby pobieżna próba analizy rynku audio przynosi nam pakiet marek oferujących w swoim portfolio kilka bardzo drogich urządzeń. Oczywiście sądzę, że wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż w wielu wypadkach owa cena jest typowym zagraniem marketingowym i przejawem chęci posiadania za wszelką cenę czegoś wyjątkowego, która w konfrontacji z uznanymi legendami czasem ma się nijak do rzeczywistości. Dlatego też będąc obeznanym z podobnymi przypadkami nasz portal potrafi oddzielić ziarno od plew i gdy coś nie spełnia zakładanych standardów, najzwyczajniej w świecie nie pojawia się na łamach Soundrebels. I gdyby brać pod uwagę jedynie powyższe założenia, zadanie opisywania tylko ciekawych komponentów wydawać by się mogło bardzo prostą czynnością. Tymczasem temat nie jest tak banalny, na jaki wygląda, gdyż schody zaczynają się w momencie próby oceny produktu już na pułapach kwotowych dla zwykłego Kowalskiego oferującego bardzo dobry współczynnik cena-jakość. Dlaczego? To proste. Gdy poruszamy się w dolnych rejonach cennika zwracamy uwagę na bardzo przyziemne z punktu widzenia poziomu High Endu tematy typu swoboda i naturalność dźwięku. Ja wiem, że to może kogoś zaboleć, ale gdy wkroczymy w naprawdę mający pojęcie o dobrym graniu zbiór urządzeń, przywołane niuanse prezentacji przestrzeni między-kolumnowej naszego ołtarza sprzętowego są swoistym elementarzem i tylko doświadczenie z podobnymi produktami pozwala nam spojrzeć na delikwenta od bardziej rygorystycznej strony. I właśnie to obycie jest w pewnym sensie gwarancją, że to co napiszemy na temat dzisiejszego bohatera, czyli najnowszej odsłony topowego dzielonego cyfrowego źródła, ukrywającego się pod oznaczeniami DP-950 i DC-950, japońskiego Accuphase’a będzie w miarę oddającym jego możliwości soniczne raportem. Zatem puentując ten akapit mam przyjemność zaprosić Was na małe sprawozdanie z niedawnego mitingu ze wspomnianym Japończykiem i przypomnieć, iż wizytę tytułowego duetu w naszych okowach zawdzięczamy znanemu z dystrybucji wielu ciekawych marek krakowskiemu Nautilusowi.

Temat przybliżania wyglądu produktów Accuphase jest o tyle niewdzięczny, że przy całej fantastyczności prezentacji organoleptycznej jest z drobnymi modyfikacjami kontynuowany przez większość oferty i próba jego zobrazowania musi otrzeć się o powielanie rozpoznawalnych przez każdego, choćby minimalnie zorientowanego w temacie, miłośnika dobrego brzmienia fraz. Jednak spełniając założenia kompletności testu jako takiego przypomnę, iż flagowy model ubrano w polakierowany na wysoki połysk, egzotyczny drewniany korpus, zaślepiony od przodu szampańskim odcieniem drapanego aluminium frontem. Naturalnie, to co napisałem jest tylko sygnalizacją wyniku zderzenia z rzeczywistością, gdyż śmiem twierdzić, iż kontakt bezpośredni dla wielu potencjalnych nabywców może być głównym impulsem zakupowym, bez względu na jakość prezentowanego dźwięku. Na szczęście nie mamy do czynienia z marką zaklinającą rzeczywistość tylko uznanym producentem, dlatego nawet zakup na podstawie samego wyglądu w tym przypadku nie byłby żadnym błędem. Kontynuując tę skrótową podróż po aparycji 950-tek należy wspomnieć, iż w trosce o spójność projektu wizualnego obydwa składające się na pełny zestaw komponenty są do siebie bliźniaczo podobne. Przy identycznym rozlokowaniu czarnych okienek informacyjnych o stanie urządzeń w centrum przedniej ścianki różnią się jedynie ilością podobnie zaimplementowanych pod wspomnianymi wyświetlaczami przycisków funkcyjnych i majestatycznie, bo bezszelestnie, wysuwającą się tacką na srebrne krążki. Oczywiście po zapoznaniu się z obydwoma produktami nie sposób ich pomylić, ale pierwszy rzut okiem może spłatać nam figla. Szybki research tylnego panelu napędu (DP-950) wielu użytkowników może trochę zdziwić, gdyż proponuje jedynie dwa standardy wyjść sygnału cyfrowego, w których skład wchodzą firmowy HS LINK i SPDiF bez złącza AES/EBU. Przechodząc do opisu pleców przetwornika cyfrowo-analogowego temat jego kompatybilności z potencjalną resztą toru audio jest zdecydowanie bogatszy. W tym przypadku oferta jest znacznie bardziej rozbudowana, gdyż w sekcji wejść oprócz sygnałów używanych przez napęd czyniąc przetwornik centrum dowodzenia kilkoma standardami przesyłu danych dostajemy do dyspozycji zapomniane w źródle gniazdo AES/EBU, trzy SPDIF, jedno USB i dwa OPITCAL-e. Bogactwo wyjść sygnału zaś zaspokajają pojedyncze terminale koaksjalny i optyczny. Oczywiście nie należy zapominać, iż obydwa urządzenia nie obędą się bez życiodajnych gniazd zasilających IEC.

Tak jak wspomniałem we wstępniaku pewne rzeczy, z racji naturalności ich występowania na tym pułapie cenowym sprawiają, że gdybym zaczął zagłębiać się w każdy, oczywiście z punktu widzenia dźwięku bardzo ważny jego element, dzisiejszy tekst osiągnąłby by rozmiary niestrawne nawet dla najwierniejszych czytelników. Dlatego też, dość skrótowo obrazując otrzymany efekt dźwiękowy jako clou tematu postaram się skorelować prezentowanego Japończyka z dwoma bardzo dobrze znanymi Wam jego bratankami, czyli chodzącego w lidze Accuphase dzielonego odtwarzacza CEC-a  i ponad dwa razy tańszego, za to będącego moim recenzenckim punktem odniesienia kompletu Reimyo. Rozpoczynając pakiet ogólnych informacji na temat bohatera testu chyba nie zdradzę tajemnicy poliszynela, gdy potwierdzę fantastyczną zdolność kreowania przez niego sceny 3D z jej fenomenalnym oddaniem rozmiarów w zakresie szerokości, głębokości i oczywiście wysokości. To jest spektakl, po zaznaniu którego, świat nigdy nie będzie już taki sam. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że wszelkie próby kopiowania na niższych pułapach cenowych jeśli nawet do niego się zbliżą, będą jedynie wyczuwalną na kilometr podróbką. Owszem, zawsze może się zdarzyć, iż dany słuchacz nie zaakceptuje sposobu prezentacji w domenie bliskiej źródła analogowego, ale wszelkie atrybuty typu budowanie swobodnego, a przy tym bardzo realistycznego spektaklu w wykonaniu kompletu 950-tek są swoistym Everestem. Analizując dalsze aspekty prezentacji fonii przez tytułowy zestawu Accu powiedziałbym, że przy całej ekspresyjności, zawartości mikro-informacji, gładkości i namacalności swoją opowieść przekazuje nam na trochę ciemniejszym niż mam na co dzień z mojego źródła ekranie. Ale natychmiast muszę dodać, iż podobnie wypada wspomniany na początku tego akapitu CEC, co wyraźnie pokazuje, że droga do naśladowania wzorcowego dla wielu miłośników dobrego brzmienia formatu analogowego wiedzie przez unikanie sztucznego rozjaśniania wirtualnej sceny, a to jest możliwe tylko w wypadku ponadprzeciętnej rozdzielczości danego urządzenia. Niestety wielu audiofilów bardzo często rozdzielczość utożsamia z rozjaśnieniem, gdy tymczasem oba określenia mają ze sobą niewiele wspólnego z pełną wiedzą osłuchanych osobników pewnej szkodliwości dla równowagi tonalnej dźwięku tego drugiego (czytaj rozjaśnionego). Innym, bardzo zbliżonym w obydwu przypadkach (Accu, CEC) aspektem brzmienia był bardzo homogeniczny, tryskający emocjami, ale za to rysowany nieco luźniejszą kreską obraz muzyczny. To oczywiście w odbiorze bardzo mocno przypominało mi dobre magnetofony i chyba taki cel leżał mu podstaw projektowania przywołanych konstrukcji, jednak w zderzeniu z moim wypracowanym przez lata, co nie oznacza, że przymuszającym kogokolwiek do naśladownictwa wzorcem (odtwarzacz Reimyo) mimo fantastyczności brzmienia minimalnie brakowało mi nieco wyraźniejszej krawędzi dźwięków. Nie, żebym narzekał, ale gdybym po osiągnięciu progu wypłacalności zdecydował się na zakup tytułowego odtwarzacza, drobnymi roszadami kablowymi próbowałbym nagiąć jego świat do moich preferencji. A czy w ogóle rzeczony Accuphase to moja bajka? Może początek odpowiedzi zabrzmi dziwnie, ale niestety z całą stanowczością i pewnego rodzaju smutkiem nieosiągalności muszę powiedzieć, że tak. Dlaczego? To postaram się objaśnić na przykładzie kilu propozycji płytowych. Na początek małe usprawiedliwienie. Mimo, iż znam szeroki wachlarz słuchanej przez naszych czytelników muzyki (od spokojnej muzyki dawnej, przez jazz, klasykę po szaleństwo rockowe, czy heavy metalowe), swój opis brzmienia testowanego zestawu przedstawię na przykładach według mnie pokazujących pełnie jego możliwości zaskarbiania serc słuchaczy romantyków, czyli szeroko rozumianej muzyki barokowej i chóralnej. Moja decyzja jest podyktowana dwoma aspektami. Jeden, to osobista fascynacja wymienionymi gatunkami, a drugi, fakt swobodnego poruszania się Marcina w gatunkach ocierających się o szaleństwo nutowe i częste wykorzystywanie ich do celów testowych. Jeśli to akceptujecie, zapraszam na kilka zdań o eteryczności przekazu dwu-pudełkowego Japończyka. Na rozgrzewkę przywołam spotkanie z niestety już nieżyjącą panią Mecredes Sosa  i jej wersją “Mszy Kreolskiej”. Najbardziej znamiennym dla tego krążka jest utwór rozpoczynający całą kompilację. Słuchając go za sprawą fantastycznie oddanej monumentalnej wokalizy artystki, wielkości nadającego majestatyczności tej pieśni bębna i rozplanowanego w dalekich parcelach sceny muzycznej chóru mogłem przenieść się duchem na przecież będącą punktem zapalnym powstania tego nagrania realną mszę. Tak tak, to jest realizacja na tak zwaną setkę, gdzie nie ma miejsca na pomyłki, a kolejny, za sprawą marki Accuphase fantastyczny odsłuch potwierdził, iż takowe nie miały miejsca. Co ciekawe, w tym odtworzeniu, mimo bardzo dobrego obeznania się z prawie każdą nutą ani przez moment nie brakowało mi wytykanego kilka linijek wcześniej ataku strun gitary, czy bezkresnego wykończenia ich wybrzmiewania (tak zwane krawędzie dźwięków). Owszem, szybkie przejście na swój napęd pokazywało, gdzie tkwią różnice w tym co mam na co dzień i tym co słyszę podczas testu, ale jak sam przyznałem, to są moje preferencje, a nie  jakiekolwiek braki pretendenta do laurów. Nie wiem, czy wypada mi się przyznawać, ale mimo wyimaginowanych oczekiwań otrzymałem na tyle ciekawie oddany spektakl, że mając testowanego Japończyka na stałe chyba nie zdecydowałbym się na jakiekolwiek wyostrzanie sławetnych krawędzi dźwięku. Kolejną sesją nagraniową była produkcja Christiny Pluchar zatytułowana “Via Crucis L’Apreggiata”. Muzykalność instrumentarium, zniewalający podczas śpiewania arii głos Philipe Jarousskiego i sama tematyka płyty spowodowały, że mimo założeń skrótowego potraktowania zaliczyłem ten krążek od deski doi deski. Mało tego. Dzięki fenomenalnej rozdzielczości zestawienia miałem nieodpartą ochotę kilkukrotnego pogłaśniania dobiegającej do mnie sakralnej muzy, a to ewidentnie pokazywało, iż tytułowemu Japończykowi temat zniekształceń jest całkowicie obcy, z czym wielu innych, występujących przed nim w procesie testowym zawodników często miało spore problemy. Niestety, ale to najprawdziwsza prawda. I gdyby nie fakt możliwości odtwarzania przez tytułowy tandem materiału SACD kolejne przykłady płytowe byłyby swoistą powtórką z rozrywki. Dlatego powoli zbliżając się ku końcowi skreślę kilka linijek informacji o wyniku odtwarzania krążków tłoczonych na złocie. Zanim jednak rozpocznę, muszę zaznaczyć, iż według mnie jakiekolwiek porównanie 1:1 obydwu protokołów (CD vs SACD) zarejestrowanych na jednym krążku jest trochę nieuprawnione, gdyż zwyczajnie często są to inne rejestracje tego samego wydarzenia, a w najlepszym przypadku całkowicie inne masteringi. Dlatego też, materiał nagrywany w wielkiej kubaturze kościelnej prawie zawsze lepiej wypadnie jako produkt gęsty, a wszelkie sesje studyjne jako CD. Owszem, ktoś powie, że nawet nagrywana w studiu scena dostaje wtedy rozmiarowego rozmachu, ale na podstawie moich obserwacji wynik wypada dość sztucznie, gdyż mocno zatracamy punktowość pozycjonowania źródeł pozornych z ich odczuwalnym rozmyciem. Ale proszę nie brać moich wywodów za niepodważalny aksjomat, tylko słuchajcie, jak Wam w duszy gra. Obcowanie z muzyką jest przecież pewnego rodzaju sprawianiem sobie przyjemności, dlatego tylko Wy jesteście uprawnieni do decyzji, co jest dla Was złe, a co dobre. Ale ad rem. Do penetracji możliwości zapisu wielokanałowego wykorzystałem twórczość Jordi Savalla i jego materiał zatytułowany “El Cant De La Sibil-La”. Efekt? Przyznam szczerze, gdyby oferta tego typu realizacji była tak bogata jak bardzo uwielbiany przeze mnie jazz, miałbym problem z posłuchaniem czegoś innego. Bardzo duży realizm bycia w kościele z jego zachowanymi w realnym czasie wszelkimi odbiciami od ścian i sklepienia wespół z ewidentnie niewielkimi w porównaniu z goszczącą muzyków kubaturą źródłami pozornymi według mnie wyraźnie pokazały przewagę warstwy SACD nad zwykłym CD. W tym przypadku był to nokaut soniczny, ale ku przestrodze przypominam o moim wywodzie o różnorodności wyników podobnych formatowych zderzeń. Co by jednak nie pisać, podczas analizy tego sparingu należy pamiętać, iż Jordi Savall w tej dziedzinie jest niekwestionowanym mistrzem i wynik był do przewidzenia. Dlatego też, nawet nie będąc miłośnikiem podobnych klimatów, w momencie wejścia w posiadanie testowanego dzisiaj dzielonego odtwarzacza Accuphase DP-950/DC-950, proponuję zapoznać się z tym wydawnictwem, a może okazać się, że do tej pory nie wiedzieliście jak wiele ciekawej muzy omijało was szerokim łukiem.

Opis dzisiejszego bohatera mimo swobodnego poruszania się w tych rejonach cennika był dla mnie dość ciężkim wyzwaniem. Z jednej strony w wartościach bezwzględnych wypadał fantastycznie, ale w starciu z osobistymi preferencjami miał kilka drobnych mankamentów. To oczywiście były jedynie drobne niuanse. ale chyba dzięki nim uniknąłem napisania będącego bezkrytycznym laniem wody na młyn dystrybutora poematu. Jednak bez względu na wszystko co wyartykułowałem, prezentowana dzielonka Accuphase bezsprzecznie zalicza się do ścisłej czołówki producentów audio i tylko osobiste, a rzekłbym nawet, że bardziej zastanej układanki sprzętowej oczekiwania soniczne mogą być wiarygodnymi sędziami podczas w decyzji zakupowej. Puentując ten co by nie pisać bardzo ciekawy, bo biorący pod rozwagę porównanie trzech produktów sparing powiem tylko tyle: CEC za sprawą zastosowania napędu paskowego w moim zestawieniu (pamiętajcie, że dany tor audio to bardzo ważny parametr podczas kompletowania zestawu) był minimalnie bliższy analogu i w przy materiale z płyty kompaktowej budował nieco głębszą wirtualną scenę muzyczną, za to Accuphase przy już fantastycznym odtwarzaniu materiału 16/44.1 resztę konkurencji nokautował prezentacją krążków SACD. Zatem co wybrałbym ja? Na to pytanie wolałbym nie odpowiadać, ale gdy padło zdradzę. Mimo, że od czasu zabawy z 950-ką minęło już trochę czasu, spektakl Jordi Savalla do dzisiaj nie pozostawia jakichkolwiek złudzeń.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus / Accuphase
Ceny:
DP-950: 99 000 PLN
DC-950: 99 000 PLN

Dane techniczne:
DP-950
Odtwarzane formaty: CD, SACD, DSD (DSF)
Osobne jednosoczewkowe lasery dla zapisu CD i SACD
Wyjścia cyfrowe: HS-LINK (RJ-45) (2.8224 MHz / 1 bit DSD), Coaxial (44.1 kHz / 16-bit PCM)
Pobór mocy: 16 W
Wymiary (SxWxG): 477 x 156 x 394 mm
Waga: 30,6 kg

DC-950
DAC: dwa ES9038PRO (po jednym na kanał)
Wejścia cyfrowe: HS-LINK (HS-LINK Ver. 2, RJ-45), AES/EBU, 3 x Coaxial, 2 x Optical, USB
Obsługiwane częstotliwości:
– HS-LINK Ver. 2:  32 kHz – 384 kHz/16 – 32 bit PCM, 2.8224 MHz  – 5.6448 MHz /1 bit DSD
– AES/EBU, Coaxial: 32 kHz – 192 kHz / 16 – 24 bit PCM
– Optical: 32 kHz  -96 kHz / 16 – 32 bit PCM
– USB: 44,1 kHz – 384 kHz/16 – 32 bit PCM, 2.8224 MHz  – 11.2896 MHz /1 bit DSD
Wyjścia cyfrowe: Coaxial, Optical
Pasmo przenoszenia: 0.5 – 50,000 Hz
THD: 0.00045% (20 – 20,000 Hz)
Odstęp sygnał/szum: 122 dB
Dynamika: 119 dB
Napięcie wyjściowe: RCA 2,5 V | XLR 2,5 V
Pobór mocy: 31 W
Wymiary (SxWxG): 477 x 156 x 393 mm
Waga: 24,2 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15,  Accuphase C-3850
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Accuphase P-7300
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”, Paradigm Persona 3F
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Siltech
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Siltech Emperess Crown, Siltech Triple Crown
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna: SOLID TECH, 2 szt. Thixar Silence Plus
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Octave V 110SE
artykuł opublikowany / article published in Polish

Tym razem, wraz z najnowszą – odświeżoną i wyposażoną w cztery lampy KT150 integrą Octave V 110SE do naszej redakcji dotarło „magiczne pudełko”,  czyli wspomagający sekcję zasilającą Super Black Box. Nie uprzedzając faktów zasygnalizujemy tylko tyle, że … naszym kolumnom ten upgrade amplifikacji bardzo przypadł do gustu.

cdn…

  1. Soundrebels.com
  2. >

Shunyata Research DENALI

Amerykańska firma Shunyata Research wprowadziła do swojej oferty całkowicie nową linię kondycjonerów o nazwie DENALI. Specjalnie opracowana pionowa konstrukcja kondycjonerów DENALI sprawia, że można je ustawić za stolikiem audio, oszczędzając cenne miejsce na półkach. Niewielka odległość kondycjonera od komponentów systemu oznacza z kolei możliwość stosowania krótszych przewodów zasilających.
Pionowe kondycjonery DENALI są wyposażone w zintegrowaną podstawę antywibracyjną z własnymi stalowymi stopkami. Dla miłośników tradycyjnych, poziomych kondycjonerów zaprojektowano tańszy model DENALI 6000/S, który pod względem konstrukcji wewnętrznej nie różni się niczym od pionowego odpowiednika DENALI 6000/T. Na potrzeby serii DENALI opracowano również unikalne rozwiązanie problemów związanych ze stosowaniem ciężkich high-endowych przewodów zasilających. Nowy system równoważy ciężar przewodu i zapobiega wypadaniu wtyczki z gniazda.
Kondycjonery DENALI zapewniają prąd o praktycznie nieograniczonym natężeniu, wystarczający by napędzić nawet potężne końcówki mocy. Urządzenia te są wyposażone w zaawansowany automatyczny wyłącznik elektromagnetyczny 20 A, a wewnętrzne okablowanie to grube przewody 8 AWG.

W nowej serii DENALI zastosowano również cały szereg unikalnych, nowatorskich technologii firmy Shunyata Research, jak między innymi:
– styki CopperCONN – wykonane z miedzi OFE styki zapewniające najlepszą możliwą przewodność przy minimalnej rezystancji. W branży nie ma w tej chwili lepszych gniazd sieciowych.
– wykorzystanie w produkcji procesu KPIP [Kinetic Phase Inversion Process], znacznie skracającego czas wygrzewania urządzenia oraz poprawiającego jakość jego brzmienia.
–  wewnętrzne okablowanie korzystające z opracowanej przez firmę Shunyata Research technologii ArNi, wykonane w geometrii VTX z miedzi OFE C0100 i poddane obróbce w procesie KPIP.
– opatentowane komory izolacji szumu NICv2 znacząco redukujące zakłócenia wysokoczęstotliwościowe w zakresie mega- i gigaherców – nowe komory są wydajniejsze i mniejsze od komór pierwszej generacji.
– technologia QR/BB pozwalająca zminimalizować wrażenie kompresji dynamiki słyszanej często po podłączeniu wzmacniacza mocy do kondycjonera prądu. Po podłączeniu wzmacniacza do kondycjonera DENALI, dynamika wręcz poprawia się, nawet w porównaniu do bezpośredniego podłączenia wzmacniacza do dedykowanego gniazda ściennego.
– filtry klasy medycznej CCI [Component-to-Component Isolation] zastosowane między poszczególnymi komponentami eliminują transmisję szumu między poszczególnymi częściami układu. Filtry te zostały opracowane dla potrzeb urządzeń wojskowych i medycznych, i dziś są na przykład stosowane również w elektrokardiologii. Poziom zniekształceń pojawiających się między komponentami można dzięki nim zredukować o ponad 60 dB w paśmie od 500 kHz do 10 MHz!

Ceny detaliczne:
Shunyata Research Hydra Denali 2000/T 21 160 zł
Shunyata Research Hydra Denali 6000/S 24 860 zł
Shunyata Research Hydra Denali 6000/T 30 150 zł

Dystrybucja: Audiofast

  1. Soundrebels.com
  2. >

Dali kontra Warhol

Dosłownie na kilka godzin przed oficjalnym – sobotnim otwarciem, w piątkowy wieczór, odbył się w socrealistycznych wnętrzach PKiNu wernisaż wystawy zatytułowanej „Dali kontra Warhol – sztuka, muzyka, film”. Wydarzenia o takiej randze i ciężarze gatunkowym bezapelacyjnie wymagają stosownej oprawy, więc i tym razem organizatorzy postarali się o elektryzujące nazwiska. Mając na uwadze wybitnie muzyczny charakter eventu, przynajmniej jeśli chodzi o lwią część prezentowanej twórczości Andy’ego Warhola, nie mogło zabraknąć Piotra Metza, któremu przypadła rola głównego prowadzącego, oraz dwóch ambasadorów wystawy – Szymona Majewskiego i Stacha Szabłowskiego. Zanim jednak na dobre rozpoczęła się część konferansjerska na scenie, oprócz słynnej sofy Dalego w kształcie ust aktorki Mae West, pojawiły kwiaty dla pomysłodawczyni wystawy – Anety Fudali a dopiero potem licznie zgromadzoną publiczność do łez bawiły  wspomnienia Szymona Majewskiego o dziadku negującym „artystyczność” dokonań Warhola (słynna puszka zupy Campbell’s), czy też fenomen „lizania Dalego” dzięki zaprojektowanemu przez ww. artystę w 1969 r. logu lizaków Chupa Chups.

Jednak nie po to zjawiliśmy się w PeKiNie,, żeby stać i podziwiać erudycję prowadzących lecz po to żeby sztuki doświadczyć, czy wręcz jej skosztować, o ile tylko ktoś miał ochotę na … banany. Dlatego też na scenie pojawił się, jak już za chwilę mieliśmy okazję się przekonać, wielce utalentowany młodzian i jego formacja, czyli zespół Kuba Więcek Trio, którzy zaprezentowali nie tylko utwory (m.in. tytułowy „Another Raindrop” i „Who Is the Monkey in Here?”) z jeszcze pachnącego tłocznią albumu „Another Raindrop”, lecz przede wszystkim własne interpretacje pochodzących z „The Velvet Underground & Nico” The Velvet Underground przebojów „Sunday Morning” i „Femme Fatale”. Delikatny, wręcz liryczny wstęp nie zapowiadał jednak istnego szaleństwa, jakie miło miejsce na scenie zaledwie kilka minut później. Szaleństwa, w którym tematy przewodnie były tylko umownymi szkicami, stelażami, na których muzycy budowali swe wyrafinowane improwizacje i własne wizje. Dlatego też warto wymienić cały skład trio, w którym oprócz operującego saksofonem altowym i sopranowym Kuby grali Michał Barański (kontrabas i gitara basowa), oraz Łukasz Żyta (perkusja).

Zanim przejdziemy od doznań czysto muzycznych do strefy atakującej nasz zmysł wzroku pozwolę sobie na małą około-audiofilską dygresję i tylko wspomnę, że firma DALI wraz ze swoim dystrybutorem, Horn Distribution S.A. zaproszona została do roli Partnera Technologicznego wystawy podejmując się zadania nagłośnienia strefy chillout wystawy przy pomocy naściennych kolumn głośnikowych DALI RUBICON LCR.  Jednak wprawne oko wśród ponad 120 oryginalnych, starannie wyselekcjonowanych z prywatnych kolekcji i fundacji, prac obu artystów było w stanie wyłowić skromnie stojący zdecydowanie ciekawszy i bliższy naszym sercom system. System w skład którego wchodził nie tylko gramofon E.A.T, lecz i iście high-endowa elektronika Audio Research podłączona pod śnieżnobiałe kolumny Dali Rubicon 8.

Część ekspozycyjna stanowiła za to niezwykle eklektyczną mieszankę dzieł obu twórców, przez co grafiki Dalego sąsiadowały z zaprojektowanymi przez Warhola okładkami albumów Rolling Stonesów, Velvet Underground czy Blondie. Słowem surrealizm i pop-art. w jednym stali domu i to domu będącym świadectwem wybitnie surrealistycznych, choć ponurych komunistycznych czasów. Rechot historii? Niewykluczone, tym bardziej, że obaj Twórcy posiadali niezwykły dar nad wyraz łatwego przekuwania  własnych działań artystycznych w stosy „imperialistycznych” dolarów a jak wiadomo wszystko co amerykańskie niekoniecznie wpisywało się w ideologię wyznawaną przez darczyńcę PKiN-u.
Organizatorom oprócz tak znanych obrazów Dalego jak „Kuszenie św. Antoniego” z 1946 r., czy jego cyklu grafik „Konie” udało się również zaprezentować surrealistyczne rzeźby. W dedykowanym im pomieszczeniu uwagę zwiedzających zwracały „Gala Gradiva”, „Perseusz”, czy „La Grandeza del Islam” by raptem po kilku krokach poznać przepis na autorskiego drinka o wszystko mówiącej nazwie „Casanova”.

O ile jednak w przypadku jednego z najpopularniejszych przedstawicieli surrealizmu Avida Dollars (Chciwego Dolarów), czyli Dalego komercyjny przejaw jego twórczości był jedynie sygnalizowany, to już Andy Warhol potraktowany został nie tylko jako ikona pop-artu, ale przede wszystkim twórca stawiający głównie na rozgłos i starający się za wszelką cenę być w centrum uwagi. W jego przypadku geniusz przeplatał się z dwuznacznością i kontrowersją a fenomenalna zdolność czynienia sztuki z rzeczy powszechnych sąsiadowała z kiczem i wręcz perwersyjnym uwielbieniem pieniędzy. Dowodzą tego słowa samego Warhola, który twierdził, iż lubi pieniądze do tego stopnia, że zamiast obrazu za 200 tysięcy dolarów, lepiej powiesić na ścianie banknoty. Nie przeszkadzało mu to jednak tworzyć np. okładek nie tylko dla gwiazd z pierwszych tron gazet jak Stonesi, czy David Bowie, lecz również do dzieł klasycznych w stylu „Błękitnej Rapsodii” Gershwina, czy „Jeziora Łabędziego” pod batuta Leopolda Stokowskiego.

Ponieważ część eksponatów na tytułowej wystawie szerokiej publiczności jest prezentowana po raz pierwszy a ekspozycję w Pałacu Kultury i Nauki można oglądać do 7 października jest szansa, że przyciągnie ona nie tylko mieszkańców stolicy, lecz i odwiedzających Warszawę miłośników sztuki. Do czego z resztą szczerze Państwa zachęcam.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Synergistic Research PowerCell 8 UEF

Celem, który przyświecał projektantom PowerCell 8 UEF było stworzenie niewielkiego kondycjonera sieciowego, który mógłby dostarczyć nieograniczony prąd i byłby konkurencją dla dużo większych, najlepszych konstrukcji na świecie.

Dla potrzeb PowerCell 8 UEF – urządzenia o niewielkich rozmiarach, zaadaptowano komórki elektromagnetyczne 6-tej generacji stworzone oryginalnie dla nowego kondycjonera PowerCell 12 UEF. Komórki te korzystają z opatentowanej technologii wzbogaconej teraz o zastosowanie grafenu – w temperaturze pokojowej zachowuje się on bowiem prawie jak nadprzewodnik, co pozwala dostarczyć nieograniczony prąd filtrowany przez układ aktywnej indukcji z dala od ścieżki sygnałowej.


Poprzednie kondycjonery PowerCell oparto o zewnętrzne zasilanie. PowerCell 8 UEF korzysta z wbudowanego szwajcarskiego zasilacza zapewniającego spory zapas dynamiki i obniżającego systemowy szum tła, co z kolej pozwala w pełni wykorzystać możliwości komórek elektromagnetycznych.

Wyposażony w cztery podwójne gniazda sieciowe wysokiej klasy i zasilany przez dostarczony w zestawie przewód z grafenem Black UEF, kondycjoner PowerCell 8 UEF należy do najwyższej klasy niewielkich kondycjonerów sieciowych na świecie. Małe rozmiary nie powinny jednak wprowadzać nikogo w błąd – PowerCell 8 UEF zapewnia szeroką scenę dźwiękową pełną mikrodetali. Mieści się przy tym na podłodze za stolikiem na sprzęt i pozwala zaoszczędzić cenne miejsce na półkach.
Aby zapewnić najwyższą możliwą rozdzielczość brzmienia, warto zdublować izolację komponentów systemu i filtrowanie prądu podłączając kondycjoner PowerCell 8 UEF do jednego z gniazd kondycjonera PowerCell 12 UEF. Do PowerCell 8 UEF należy potem podłączyć te komponenty, które są źródłem największej ilości szumów: dyski twarde, komputery, monitory, zaś do PowerCell 12 UEF resztę komponentów. Zapewnia to największą możliwą izolację urządzeń cyfrowych i analogowych.

Jeżeli zachodzi potrzeba natychmiastowego dostarczenia dużej mocy – na przykład do monobloków – PowerCell 8 UEF nie ma z tym żadnych problemów. Jest on bowiem wyposażony w gniazdo zasilania IEC 20A, które bez żadnych ograniczeń dostarcza prąd do wbudowanych komórek elektromagnetycznych. Wewnętrzne okablowanie urządzenia składa się z wielożyłowych przewodów zawierających srebro, zapewniających najlepsze możliwe zasilanie systemu audio.
• Materiał obudowy: lotnicze aluminium
• Rozmiary: 27,30 x 15,24 x 7,62 cm
• Masa: 2,99 kg
• Wewnętrzne aktywne filtrowanie elektromagnetyczne UEF w płaszczyźnie prostopadłej do płaszczyzny uziemienia: 387 cm2
• Dielektryk: PTFE
• Gniazdo wejściowe: IEC 20 A
• Gniazda wyjściowe: 8 [poddane działaniu firmowej technologii Quantum Tunneling]
• Przewód zasilający: UEF Black
• Okablowanie wewnętrzne: wielożyłowy zawierający srebro przewód 12AWG
• Zasilacz: szwajcarski zasilacz aktywny
• Kondensatory:  Synergistic Research Quantum
• Lut: 4% srebra

Cena detaliczna:
PowerCell 8 UEF / Black HC Power Cord   13 210 zł
PowerCell 8 UEF SE / Level 2 Power Cord  19 840 zł

Dystrybucja: Audiofast

  1. Soundrebels.com
  2. >

Furutech DPS-4

Opinia 1

Dzisiejszy test jest niezbitym dowodem na to, że zawsze warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte, które wraz z pewną dość nieszkodliwą obsesją śledzenia większości pojawiających się w sieci relacji z najprzeróżniejszych wystaw i eventów audio owocuje czasem nader ciekawymi znaleziskami. Tak też było i tym razem, gdy przeglądając nader obszerny fotoreportaż z CES przygotowany przez bezkonkurencyjną ekipę MY-HiEND natrafiłam na zdjęcie z dość mocno rzucającym się w oczy, niewielkim zwojem wściekle różowego przewodu. Chwila konsternacji, szybka weryfikacja katalogu pewnego producenta i pomimo dość późnej pory … automatyczna zaczepka na FB polskiego dystrybutora marki. Jak się okazało ten idealnie pasujący do image’u fanów Barbie, My Little Pony i niezliczonego mnóstwa innych „dziewczyńskich” gadgetów kabelek był elektryzującą, choć nieco „przemycaną” wśród innych wystawowych atrakcji nowością, która choć pokazana w wersji sauté finalnie dostępna (przynajmniej w Polsce) jest wyłącznie w konfekcji i to nie byle jakiej bo z użyciem topowych 50-ek (FI-E50 NCF (R) / FI-50 NCF (R)). Panie i Panowie, oto Furutech DPS-4.

Jak widać na powyższych zdjęciach i nadrukach utrzymanej w kolorach koszulki lidera  Giro d’Italia zewnętrznej izolacji DPS-4 to efekt współpracy Furutecha z metalurgicznym odziałem Mitsubishi a w roli przewodnika wykorzystano miedź (Alpha) OCC-DUCC. Zagłębiając się nieco bardziej w detale mamy do czynienia z autorską mieszanką ultra krystalizowanej miedzi o wysokiej czystości DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) i klasycznej „furutechowskiej” Pure Transmission (Alpha) OCC. Pikanterii całej sprawie dodaje też fakt, że Mitsubishi jest również dostawcą przewodników DUCC dla … będącego bezpośrednim i w dodatku lokalnym konkurentem Furutecha … Acrolinka (np. do modelu 7N-PC5500). Wróćmy jednak do bohatera niniejszej recenzji. W wyniku przeprowadzonych badań okazało się, że pierwszy typ przewodnika, czyli produkt Mitsubishi Materials Industries charakteryzuje się zdecydowanie mniejszą kierunkowością aniżeli OCC. Oczywiście całość poddawana jest procesom kriogenizacji i demagnetyzacji w ramach procesu Alpha Super. Jeśli zaś chodzi o samą geometrię i o to, co w naszej różowej landrynce siedzi to tak jak już wspominałem w roli przewodników użyto miedzi Alpha-OCC i DUCC o czystości 7N.  Każda żyła składa się z koncentrycznie ułożonych wiązek przewodów i tak patrząc od środka mamy 79 drucików OCC o średnicy 0.18 mm każdy skręconych w prawo, kolejną warstwę stanowi wiązka 37 żył  o przekroju 0.18 mm z DUCC skręconych w lewo a zewnętrzna to kolejne 42 druciki, również o średnicy 0.18 mm z miedzi DUCC skręcone w prawo. Tym oto sposobem mamy trzy żyły o średnicy  2.75 mm (11AWG / 4.02 mm kwadratowego) w izolacji  FEP (Fluoropolymer), na które z kolei nasunięto warstwę P.E. Tak przygotowane przewody są następnie ze sobą skręcane i przedzielane  bawełnianymi dystansami a następnie owijane warstwą tkaniny na którą nasuwany jest czarny peszel  PVC wzbogacony nano cząsteczkami porcelany i karbonu. W roli ekranu wykorzystano zarówno miedzianą folię, jak i klasyczną miedzianą plecionkę OFC, na którą z kolei powędrowała warstwa papieru a ta z kolei stała się podkładem do zewnętrznej powłoki PVC w kolorze Rose Red. W rezultacie otrzymano wściekle różowe kabliszcze o średnicy 17 mm.

O ile ze względu na kolor zewnętrznej otuliny 4-kę można byłoby uznać za produkt mocno niepoważny, to już skupiając się na brzmieniu taka klasyfikacja okazuje się nie tylko całkowicie bezpodstawna. W momencie wpięcia DPS-a w system i włączeniu muzyki w niebyt zapomnienia odsuwana jest jego szata wzornicza, gdyż już od pierwszych taktów słychać, że mamy do czynienia z przewodem tyle wybitnym, co bezkompromisowym i co równie istotnie wywołującym dość silną polaryzację doznań u swoich odbiorców. Są bowiem tacy, którzy pokochają go miłością bezgraniczną, lecz pewnie i nie zabraknie osób dostających na jego widok ataków szału i silnych reakcji alergicznych. O co chodzi? O właściwą implementację w torze a przede wszystkim o miejsce, w jakim go wepniemy i towarzystwo z jakim przyjdzie mu współpracować. Dziwne? Dla laików i jednostek uparcie negujących wpływ okablowania zarówno sygnałowego, jak i zasilającego na finalne brzmienie systemów może i tak, lecz dla tych którzy nie tylko usłyszeli i uwierzyli, lecz mają na koncie dziesiątki, jeśli nie setki kablowych i sprzętowych roszad to praktycznie chleb powszedni i oczywista oczywistość. W końcu obszar audio wcale tak bardzo nie różni się np. od świata kulinariów, gdzie  musztarda Dijon świetnie sprawdza się z wołowiną a nieco „gryzie się” z tortem bezowym, do którego zdecydowanie lepiej pasuje ajerkoniak niekoniecznie komponujący się z kolei z wołowiną. I tak samo jest z Furutechem, którego na początek najlepiej umieścić na samym końcu toru a następnie sukcesywnie przesuwać w kierunku źródła. Powód takiej metodologii leży w natywnej, atawistycznej naturze tytułowego przewodu, który oferuje tak niewyobrażalną rozdzielczość, że po prostu z reguły „przytyka” kolejne, znajdujące się za nim ogniwa. Z jednej strony trzeba zatem zadbać o odpowiednie zasilanie pozostałych komponentów a z drugiej o same urządzenia bezpośrednio z sygnałem audio pracujące, by ustrzec się umownego „przepełnienia bufora”. Można też pójść na przysłowiowe skróty i zgodnie z zasadą raz a dobrze … cały system okablować ww. przewodami.
Wróćmy jednak do wspomnianej bezkompromisowości i w tym momencie proszę mnie tylko źle nie zrozumieć – DPS-4 nie dodaje, nie multiplikuje informacji, brzydko mówiąc nie majstruje też w sygnale a jedynie eliminuje wąskie gardła i pozwala podpiętym nim urządzeniom grać na maksimum swoich możliwości. Tu nie chodzi o efekciarską hiper-detaliczność i epatowanie wyciągniętymi z dalszych planów niuansami a o referencyjną wręcz rozdzielczość. Słyszymy bowiem więcej, lecz z zachowaniem reguł gradacji planów i przyporządkowanych im miejsc poszczególnych źródeł pozornych. Dodatkowo efekt ten uzyskujemy nie poprzez rozświetlenie sceny a poprzez … zwiększenie naszych zdolności percepcyjnych – wyostrzenie zmysłów. To, co do tej pory zdawało się być ukryte nie tylko w półcieniach, co wręcz w mroku jesteśmy w stanie z łatwością dostrzec i precyzyjnie zdefiniować z fakturą, oraz wszelkimi zawiłościami konstrukcyjnymi włącznie.
Co ciekawe efekt ten daje się zaobserwować nie tylko na materiale typowo akustycznym i zrealizowanym w iście ortodoksyjnie audiofilskich warunkach, jak dajmy na to „TARTINI secondo natura” tria w składzie Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, gdzie grają nie tylko muzycy, lecz i cisza pomiędzy frazami, co i na zdecydowanie bardziej syntetycznych pozycjach. Przykładowo dość świeża ścieżka dźwiękowa do filmu „John Wick: Chapter 2” może pozornie wydawać się dość niewdzięcznym i zarazem zbyt niskich lotów materiałem demonstracyjnym, lecz pojawienie się w torze DPS-4 sprawia, że cała powierzchowna sztuczność i plastikowość ustępuje miejsca trójwymiarowym, mrocznym instalacjom na których odzywają się wygenerowane syntetycznie dźwięki a od czasu do czasu niepokojąco potępieńczy wokal Nostalghii. Niesamowite wrażenie robi bas, który od snujących się tuż przy ziemi subsonicznych i pozbawionych realnych kształtów pomruków potrafi z tzw. nienacka zaatakować konturowym, twardym i monolitycznym ciosem a następnie rozpaść się na atomy i zdematerializować w cyfrowym szumie. Jeśli dodamy do tego typowo ambientową – bezkresną przestrzeń, to bardzo szybko okaże się, że staliśmy się zagorzałymi fanami gatunków muzycznych, które do tej pory traktowaliśmy z lekkim przymrużeniem oka, bądź jedynie jako dodatek do akurat oglądanych filmów.
Jeśli zaś chodzi o samą precyzję, kreowanie nastroju i wspominaną już grę ciszą, to pozwoliłem sobie sięgnąć po nieprzeciętnej urody album „Elegy” Æon Trio, podczas realizacji którego użyto okablowania … oczywiście Furutecha. Minimalistyczne formy, całkiem miła, nawet dla niewprawionego ucha, melodyka a przede wszystkim zaskakująca na tym poziomie holograficzna namacalność sprawiają, że trudno oderwać się od słuchania. Warto mieć jednak na uwadze fakt, że każdorazowe włączenie muzyki spowoduje automatyczne wyłączenie nas z codziennego harmonogramu standardowych obowiązków a planowana chwila może przeciągnąć się w bliżej nieograniczony ramami czasowymi maraton. Sporo frajdy daje przy okazji umiejętność nie tyko różnicowania, co naprawdę wiernego odwzorowywania akustyki i gabarytów pomieszczeń w jakich dokonywano poszczególnych nagrań.  Dzięki temu pogłos sali w Beauforthuis zarejestrowany na „Elegy”  daleki jest od ciasnych studyjnych pomieszczeń a jednocześnie zdecydowanie mniej „rozedrgany” od niemalże mistycznych wnętrz Opactwa Noirlac, gdzie nagrał będący naszą dyżurną referencją album „Monteverdi – A Trace of Grace” Michel Godard.

Furutech DPS-4 t przewód pod każdym względem wybitny, żeby nie powiedzieć wyczynowy. Nie dość, że uwalnia potencjał drzemiący w podłączonej do niego elektronice, to w bezpardonowy sposób potrafi wskazać elementy naszego toru, nad którymi warto byłoby popracować. Jednak zamiast piętnować ewentualne anomalie jasno daje do zrozumienia, gdzie warto go użyć a wraz z kolejnymi upgrade’ami uzupełniać o kolejne egzemplarze. Wydaje się też być świetnym uzupełnieniem do stojącego nieco wyżej w firmowej hierarchii NanoFluxa-NCF z którym w duecie może  stworzyć prawdziwy dream – team oferując zarówno ponadprzeciętną rozdzielczość, jak i wybitnie uzależniającą muzykalność.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Accuphase DP-410; Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Plato Lite
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201; Electrocompaniet ECG 1 + Lyra Delos
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Devialet Expert 440 Pro
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform; Thixar Silence Plus
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Rozprawianie na temat okablowania przy uwzględnieniu wszelkich związanych z tym tematem za i przeciw z jednej strony naraża nas (opiniodawców) na najzacieklejszy internetowy hejt, z drugiej zaś, dla większości populacji audiofilów jest czymś, bez czego nie wyobrażają sobie wstępnego planowania synergicznego zestawienia generującego dźwięk systemu. I gdy większość recenzentów zakładając fakt pisania dla tych zainteresowanych, swój wstępniak opiera najczęściej o historię i osiągnięcia danego brandu, ja wiedząc, iż tytułowa marka jest swoistą ikoną wszelkiego rodzaju okablowania i akcesoriów związanych z szeroko pojętym tematem audio, na będący dzisiejszym bohaterem ubrany w peszel splot „drutów” spojrzę od całkowicie innej strony. O co chodzi? O nic nadzwyczajnego, tylko jego bardzo mocny kontrast kolorystyki zewnętrznej powłoki utrzymanej w tonacji nie dającego przejść do porządku dziennego wściekłego różu z będącymi konsekwencją jego zastosowania wartościami. Nie wierzycie? Zatem zapraszam do lektury tekstu, który już po zapoznaniu się z serią fotografii uzmysłowi Wam, iż w temacie wyglądu nie rzucam słów na wiatr. Powiem szczerze, gdy kilka lat temu twórca lwiej części mojego systemu (Pan Kazuo Kiuchi) wypuścił linię sieciówek mocno przypominających jadowitą, żółto-czarno-czerwoną żmiję, myślałem, iż bardziej ekstrawagancko się nie da. Z perspektywy czasu i dzisiaj opisywanego doświadczenia wiem, iż było to błędne założenie, gdyż tym razem, również z Japonii, zawitało w moje progi coś, co nawet mnie, bardzo otwartego na wszelkie szaleństwa wizualne przedstawiciela homo sapiens, swą nonszalancją barwową z łatwością strąciło z pantałyku. I tutaj dochodzimy do clou rozpoczynającego nasze spotkanie akapitu. Gdy wspomniany trójkolorowy Harmonix swoim ubarwieniem ma się nijak do tego, co wnosi do dźwięku (przy szaleństwie barwowym ogólnie mówiąc skupia się na uplastycznieniu i dociążeniu średnicy), obiekt dzisiejszej rozprawy wyraźnie udowadnia, iż leżące u podstaw jego powstania założenia soniczne (o tym w dalszej części tekstu) są pewnego rodzaju odzwierciedleniem wyglądu zewnętrznego. Ok., nie będę więcej kluczył. Mam przyjemność przedstawić znaną wszystkim czytelnikom japońską markę Furutech, która w ostatnim czasie wprowadziła do swojego portfolio wyprodukowany z pomocą Mitsubishi ukrywający się pod nazwą DPS-4 kabel zasilający. Ale to nie koniec związanego z ową nowością pakietu informacyjnego. Z uwagi na fakt iż DPS-4 jest produktem „ze szpuli”, dystrybutor marki – katowicki RCM, postanowił zaterminować go najnowszą linią wtyków z serii FI-50 NCF(R). Przyznacie, że zapowiada się ciekawie, zatem zapraszam do zapoznania się z niezbyt długim, ale jakże brzemiennym w pozytywne odczucia testem.

Akapit obrazujący, z czym mamy do czynienia, nie będzie zbyt długi. Raz, to jedynie kabel sieciowy i z reguły jest odporny (choć nie zawsze) na większą ekwilibrystykę wizualną, a dwa, już we wstępniaku zaznaczyłem, iż jest obłędnie różowy i nawet po dokładniejszym obejrzeniu nie znajdziemy na nim jakiejkolwiek ekstrawagancji w postaci eksponującej jego okazałość plecionki, tylko gładką, okraszoną stosownymi informacjami kto i dla kogo go wykonał połyskującą otulinę. Jednym słowem koszmar wizualny dla przykładających wielką wagę do spójności kolorystyki w przestrzeni za sprzętowej melomanów wzrokowców. Mało tego. Na dobicie pacjenta los w swej nieprzewidywalności zmusił sonicznie dystrybutora do zastosowania nijak mających się w temacie wizerunkowej kompozycji całości wtyków z połyskującego metalu i srebrzonego włókna. I wiecie co? Wydaje się, że to jest poza granicami możliwości jakiejkolwiek akceptacji. Jednak osobiście po kilku tygodniach używania tego kolorystycznego miszmaszu z pełną świadomością estetycznej kontrowersji produktu, bez problemu łykam to jak pelikan. I nie li tylko z racji jego pozytywnego wpływu dźwiękowego na posiadany zestaw, ale również wzbudzania w mojej świadomości  graniczącej z panicznym śmiechem wewnętrznej radości z posiadania takiego odmieńca w swojej samotni. Naprawdę, to działa. Spróbujcie sami, a przekonacie się, że coś w tym jest. Albo go znienawidzisz, albo pokochasz.

Dobrze, koniec żartów. Nie będę owijał w bawełnę, gdyż to jednak tylko kabel zasilający. Gdy wpinałem ów drut w mój system, byłem już po wstępnych odsłuchach w siedzibie dystrybutora, gdzie muszę przyznać, wypadł bardzo dobrze. Jednak wiedząc z doświadczenia iż wyjazdowe zderzenia z możliwościami jakiegokolwiek produktu często mają się nijak do tego, co udaje się uzyskać u siebie, nie miałem wielkiej napinki na sukces w moich okowach. Ot zaliczyłem zwykłe, a rzekłbym nawet, beznamiętne rozważania: zagra to dobrze, a jak nie, to drugie dobrze. Tymczasem tytułowy przewód zasilający sprawił mi bardzo dużą, pozytywną niespodziankę. Raz, że dodatkowo otworzył witalnie już dotychczas naładowany sporym pakietem informacji dźwięk, przez co otrzymałem zwiększenie rozdzielczości środka pasma i zaskakująco gładkie doświetlenie górnych rejestrów, a dwa, przy minimalnym wzroście udziału wyższego zakresu niskich rejestrów mocniej chwycił je za przysłowiowe gardło. Bawiłem się tym kablem dobrych kilkanaście dni, mimo przesłuchania sporej ilości krążków nadal ciężko mi jest określić pełny zakres jego ingerencji, gdyż wszystko robi w tak szlachetny, czytaj wyrafinowany sposób, że postawienie końcowej kropki nad „i” wymaga pełnego poznania, a na to potrzeba więcej czasu. Ale jedno jest pewne, dotąd celebrująca każdą nutę, użytkowana przeze mnie na co dzień japońsko-austriacka układanka po wpięciu DPS-4 pokazała nowe pokłady rozdzielczości i muzykalności przy sporym zwiększeniu ich świeżości. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, gdyż odbierzecie to jako recenzencki bełkot, ale zapewniam, tak ciekawe efekty zarezerwowane są tylko dla najlepszych. Jednak sęk w tym, że to co robi najnowszy kabel Furutecha zdarza się w przewodach za kilkadziesiąt tysięcy, a my rozmawiamy o drucie za niecałą ósemkę, a to już daje sporo do myślenia. Zamierzenie unikając opisów przy użyciu konkretnych płyt powiem tylko, że w przykładowej muzyce dawnej uzyskałem zwiększenie informacji o ataku strun instrumentów szarpanych, namacalności bytu wokalistów przy fantastycznie wyważonym wysyceniu każdego z wirtualnych źródeł pozornych. Dla mnie był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę, gdyż od dawna trochę mozolnie starałem się  (unikam szybkich, często szkodzących w ogólnym rozrachunku ruchów) delikatnie otworzyć dla wielu moich znajomych i tak już fantastyczny dźwięk, a po tym teście wydaje mi się, że chyba doszedłem do założonej gdzieś w zakamarkach moich oczekiwań przysłowiowej ściany. Na chwilę obecną do końca nie wiem jeszcze, czy to jest apogeum moich oczekiwań, dlatego przed ostatecznym werdyktem w takiej konfiguracji muszę pożyć kilka tygodni. Jednak bez względu na przyszłe wybory cieszę się, że opisywany przedstawiciel działu zasilania nie powoduje groźnego na dłuższą metę „łał”, tylko fantastycznie, bo bardzo zrównoważenie realizuje moje oczekiwania, co dla wiedzących o czym piszę jest bardzo ważną wskazówką. Oczywistą sprawą jest fakt podobnego oddziaływania kabla na inne nurty muzyczne, gdyż opisany efekt identycznie wypadał tak w spokojnym, jak i szaleńczym free jazzie, nie zapominając również o gatunkach manifestujących bunt przeciwko światu ich potencjalnego wielbiciela. To jest identycznie wypadający we wszelkich zapisach nutowych schemat pozytywnego ożywienia dźwięku, dlatego jestem dziwnie spokojny o Wasze doświadczenia. Aby coś poszło nie tak, musielibyście mocno ocierać się o skraje równowagi tonalnej, czyli przesadną ociężałość lub analityczności, a to ewidentnie świadczyłoby o braku znajomości tematu synergicznego dobierania zestawu audio, o co w najmniejszym stopniu Was nie podejrzewam.

Tak jak zdążyłem wspomnieć, pierwszy kontakt był dla mnie sporym wyzwaniem dla wzrokowej akceptacji i jedynym ratunkiem dla DPS-4 ki był efekt dźwiękowy. Jednak przysłuchując się skutkom wpięcia japońskiego przewodu w mój tor owa potwierdzona ochotą do kreowania witalnego spektaklu muzycznego nonszalancja barwowa z łatwością odchodziła na całkowicie pomijalny margines decyzyjny, by po kilkudniowym użytkowaniu całkowicie stracić na znaczeniu i nastał czas delektowania się dźwiękiem. Gdzie polecałbym naszego bohatera? Szczerze? Wszędzie. Jest tylko jedno ale. Po nim nie może być gorszego jakościowo drutu, gdyż cała jego moc sprawcza spali na panewce. Dzisiejszy bohater powinien być ostatni przed urządzeniem lub mieć po sobie godnego współpartnera. Wiem, bo sam kilkukrotnie sprawdzałem. Zatem nie pozostaje Wam nic innego, jak najpierw przekonać się do koloru (zapewniam, że się da), a potem martwić się o swój portfel. Ale lojalnie ostrzegam, Furutech DPS-4 nie bierze jeńców. Ja poległem.

Jacek Pazio

Dystrybucja: RCM
Cena:  7950 PLN (2m)

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

 

  1. Soundrebels.com
  2. >

Soul Note SA 710

Bezsprzecznie oczywistym faktem jest, że każda, bez względu na obecną rozpoznawalność pośród potencjalnych klientów marka miała swój mniej lub bardziej spektakularny debiut na szeroko rozumianym rynku konsumenckim. Naturalnym jest również, zdecydowanie głośniejsze wejście uznanego w wielkim świecie producenta, aniżeli jeśli nie początkującego, to nadal będącego w fazie wyrabiania sobie renomy brandu. I patrząc na ten fakt z naszego, często zachłystującego się wielkimi graczami, punktu widzenia często na tym tracimy. O co chodzi? O nic szczególnego, tylko mimowolne niezauważanie ciekawych nowości, które mimo pojawienia się w ofercie rodzimych dystrybutorów bez rozgłosu w światowych periodykach czekając na swoje przysłowiowe pięć minut długo drepczą gdzieś w przedsionku rozpoznawalności. I wiecie co? Dzisiejsza recenzja będzie kręcić się wokół jednego z takich przypadków. Co ciekawe, owa marka pochodzi z kraju uważanego za kolebkę audiofil izmu i co jeszcze dziwniejsze, od kilku lat swoje możliwości udanie prezentuje na jesiennej warszawskiej wystawie, a mimo to cały czas nie może przebić się na tzw. „salony”. Jeśli nadal nie wiecie o czym próbuję zagaić, z przyjemnością informuję, iż rozprawiać będziemy o produkcie z kraju kwitnącej wiśni (Japonii), czyli marce Soul Note i otwierającym jej portfolio wzmacniaczu zintegrowanym SA 710, którego wizytę zawdzięczamy warszawskiemu Audiopunktowi.

Rozpoczynając akapit od aparycji 710-ki i zwracając uwagę na  jej gabaryty nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie owa wizualna skromność była główną przyczyną niedawania urządzeniu wielkich szans przez odwiedzających warszawski salon klientów, a to, jak okaże się w dalszej części tekstu, jest dużym błędem. Ale ad rem. Opisywana integra co prawda nie jest demonem wielkości i wagi, ale nie można odmówić jej konstrukcyjnej solidności. Nie jest specjalnie ciężka a co za tym idzie wysoko-mocowa, gdyż w tym wydaniu przy ciężarze 6 kg oferuje jedynie 10W mocy i to dla kolumn o impedancji  8 Ω, ale za to korpus wykonano z drapanego aluminium w postaci grubego płata przedniego i giętej blachy na reszcie obudowy. Może fotografie tego nie oddają, ale uwierzcie mi, ocena na podstawie zdjęć w kontakcie bezpośrednim całkowicie zmienia polaryzację naszych odczuć na plus. Wspomniany w dostarczonej do recenzji wersji czarny front w swym ciekawie wypadającym ascetyzmie oferuje nam jedynie kilka srebrnych dodatków  funkcyjnych. Są nimi: symetrycznie umieszczone dwie gałki sterujące urządzeniem (lewa selektor wejść, prawa wzmocnienie), centralnie zaimplementowany srebrny emblemat z logo marki, z lewej strony okrągły guzik włączania, a z prawej gniazdo słuchawkowe. Rzut okiem na 710-kę z lotu ptaka ukazuje dwa ażurowe bloki wentylacyjne, a krótki przegląd pleców zdradza byt trzech wejść liniowych RCA, jednego XLR, podwojonego wyjścia PRE OUT, pojedynczych terminali kolumnowych i gniazda zasilającego. Jak można się zorientować, unikanie przesadności wyposażenia frontu ma pełną kontynuację na tylnym panelu, jednak bez względu na to, wzmacniacz zapewnia pełną kompatybilność z wszelkimi potencjalnymi układankami audio.


Przyznam się szczerze, gdy zgłębiałem dane techniczne rzeczonego piecyka – tak słowo piecyk, a nie piec jest tutaj bardziej adekwatne, byłem bardzo kontent z dość wysokiej skuteczności moich kolumn (90dB), gdyż przywołane w poprzednim akapicie skromne 10W mocy dla paczek 8 Ω już na starcie sugerowały drobne obwarowania konfiguracyjne. Co prawda w rozmowie z dystrybutorem dowiedziałem się, iż zdecydowanie większe, a nawet wręcz niezalecane obciążenie nie jest w stanie usmażyć tytułowej konstrukcji, ale chcąc dowiedzieć się, jak brzmi prawdziwe ja testowanego Japończyka, z dużą dozą spokoju o przyzwoitą synergię obciążeniową podpiąłem go pod moje Isis-y. Efekt? To zabrzmi dość dziwnie. Mała moc sugerująca użycie łatwych do wysterowania kolumn, a to niepozorne pudełeczko z nonszalancką łatwością rysowało przede mną przyzwoicie naładowane masą, a przy tym bardzo ostro rysowane kontury wirtualnych bytów. Mało tego. Bez jakiegokolwiek naciągania faktów powiedziałbym nawet, iż było to stawiające na twardość przekazu granie. Trochę chłodne, ale za to bardzo sprężyste, co mierząc siły na zamiary danej konstrukcji pozwalało mi patrzeć na nią zdecydowanie przychylniejszym wzrokiem. Kontynuując skrót myślowy na temat możliwości sonicznych 710-ki trzeba dodać, iż łatwości w oddaniu namacalności źródeł pozornych szła w sukurs solidna rozmiarowo prezentacja sceny muzycznej. Może nie chodziła w wadze stricte High End-owej – patrząc na cenę urządzenia sądzę, iż nawet nie miała zamiaru, ale nie był to również zlepek bliżej nieokreślonych punktów generowania dźwięku na mapie przestrzeni międzykolumnowej, tylko czytelnie osadzeni w eterze artyści ze swoim instrumentarium. Jedynym do czego mógłbym się delikatnie przyczepić, była lekka zadyszka w kreowaniu skrzących się niczym brylujące po zachodzie słońca robaczki świętojańskie blach perkusji. Ale i tutaj nie stawiałbym tego aspektu na szali czystej winy pretendenta do laurów, gdyż należy zauważyć, że owszem, moje kolumny teoretycznie są łatwe, jednak dla takiego cherlaka każde basowce o średnicy miski do kąpieli będą pewnego rodzaju kulą u nogi. I chyba owa walka o każdy ruch 15-to calowej membrany najniższych rejestrów spowodowała wyciągnięty na wierzch mankament przygaszenia perkusjonaliów. Ale zaraz zaraz, to nie było ich szkolne uduszenie, tylko pewna przywara, która w korelacji z ceną i możliwościami opiniowanego wzmacniacza nawet dla mnie stała się drobnym niuansem, nad którym pnący się ku górze w swojej drodze do wyrafinowanego audio melomani z pewnością przejdą do porządku dziennego lub w ogóle go nie zauważą. Aby na żywo przekonać się, z czym tak naprawdę mamy do czynienia, relację zjawisk podczas słuchania swojej play listy rozpocznę od szaleńczego free jazzu w wykonaniu polskiej grupy Contemporary Noise Quintet z krążkiem „Pig Inside The Gentleman”. Lekko obawiałem się jakiejś nieokreślonej kompresji prześcigających się instrumentalnych fraz muzycznych, gdy tymczasem dostałem bardzo nasycony barwowo miting opartych o perkusję, fortepian i kontrabas dęciaków. Owszem, to nie było znane mi z występów systemu odniesienia trzęsienie ziemi, ale wigoru tak zaprezentowanej muzyce nie byłem w stanie odmówić. Gdybym miał określić, gdzie Soul Note najbardziej odcisnął swoje piętno, powiedziałbym, że chyba w tym wypadku najmocniej narzekał dość twardo wypadający następca klawesynu obecnie zwany fortepianem. W jego grze bez względu na nurt muzyczny w jakim występuje powinniśmy odczuwać cos na kształt mieniącej się pięknem krągłych i ciepłych wybrzmień magii, a tego w tym przypadku mi brakowało. To mogło być pochodną przypadkowości oferującego papierowe głośniki połączenia testowego, dlatego też nie ganiłbym za to niepozornego Japończyka, tylko podczas dobierania reszty docelowego toru postarał się o zdecydowanie cieplejsze w swoim brzmieniu, może uzbrojone w kewlarowe membrany kolumny. Po dawce adrenaliny przyszedł czas na uspokojenie skołatanych narządów słuchu i w napędzie CD-ka wylądował nie kto inny, jak Michel Godard ze swoim opracowaniem Claudio Monteverdiego, czyli znaną szerokiej audiofilskiej publiczności płytą „A Trace Of Grace”. Z uwagi na zdecydowanie większe zaangażowanie pomysłodawcy w jakość masteringu podczas słuchania tej płyty znacznie mniej odczuwałem brak zarezerwowanego dla tego nurtu muzycznego ciepła dobiegających do mnie dźwięków. Tak, było nieco chłodniej, ale nadal mieściło się to w zbiorze ciekawych interpretacji. Próbując zderzyć to odtworzenie ze wzorcem, wyraźnie słychać było, iż stawiający na twardość grania bohater testu przy braku mięsistej średnicy powodował lekkie wycofanie się głosu wokalistki, a to przekładało się na odczuwalne dozowanie związanych z jej wokalizą emocji. Ale jak wspominałem, to jest produkt leżący na pograniczu oferty budżetowej innych producentów i choćby z tej racji są to w pełni akceptowalne ograniczenia jakościowe. Dlatego też, wszelkie podpierające się moimi spostrzeżeniami negatywne insynuacje będą zwyczajnie szkodliwym naciąganiem faktów przez oponentów, a nie rzetelną oceną, pod czym nigdy się nie podpiszę. Kończąc ten sparing przywołam jeszcze próbę z muzyką elektroniczną spod znaku Massive Attack „Mezzanine” . No cóż. W tym przypadku przy wzięciu pod uwagę właściwości sonicznych SA 710 nie znalazłem nic, na co mógłbym naprawdę ponarzekać. Sztucznie generowane dźwięki z ich ostrym rysunkiem i unikającym podgrzania ciężarem pokazały, że Soul Note czuje się w nich jak ryba w wodzie. Owszem, momentami słychać było lekkie tonowanie wysokich rejestrów, ale bez szybkiego przełączenia na sygnał dla mnie wzorcowy nie szufladkowałem tego w domenie szkodliwości jak przy blachach perkusji, tylko pewnego sznytu grania, a to wziąwszy pod uwagę, iż oceniany wzmacniacz jest tańszy od moich interkonektów, stawia go w pełni zasłużonym, pozytywnym świetle.

Chyba nie zdradzę tajemnicy państwowej, gdy powiem, iż świat audio z jego fantastyczną nieprzewidywalnością jest dla nas dającą pakiet psychicznego wytchnienia odskoczną od codziennego, naładowanego problemami życia. I chyba zgodzicie się ze mną, iż fajnie jest, gdy tak niepozorny maluch pokaże się z tak dobrej strony. Niby każdy, powtarzam, każdy komponent audio ma swoje za uszami i tylko ich wyrafinowanie i co za tym idzie cena jaką za niego trzeba zapłacić sprawiają, że mniej lub bardziej to słychać. W tym przypadku mamy do czynienia ze stosunkowo tanim, słabym mocowo i bardzo niepozornym wizualnie wzmacniaczem zintegrowanym, który mierząc się z okupującym szczyty High Endu rodakiem spokojnie pokazał wiele pożądanych przez zakręconych na punkcie dobrego brzmienia audiofilów cech. Jakich? Przy tak niewielkiej mocy nie wiem skąd, ale dostajemy solidną dawkę masy i ostry rysunek źródeł pozornych. A to wszystko podczas pracy z mimo wszystko stawiającymi spore wyzwanie kolumnami. Dlatego też, spróbujcie zapewnić mu bardziej sprzyjające warunki, a przekonacie się, że to, co w moim teście wypadło tylko dobrze, w odpowiedni skonfigurowanym zestawie okażę się niedoścignionym przez okupującą podobną półkę konkurencję.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Audiopunkt
Cena: 9 000 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 10 W x 2 (8 Ω)
Wzmacniacz słuchawkowy: 3,0 W x 2 (32 Ω)
Przedwzmacniacz: 2,0 V (10 kΩ )
Całkowite zniekształcenia harmoniczne:
Głośniki: 0,2% (10 Hz ~ 100 kHz, 3,3 W, 8 Ω)
Wzmacniacz słuchawkowy: 0,03% (10 Hz ~ 100 kHz, 200 mV, 32 Ω)
Przedwzmacniacz: 0,05% (10 Hz ~ 100 kHz, 2,0 V, 10 kΩ)
Pasmo przenoszenia:
Głośnik: 5 Hz – 350 kHz (+ 0 / -1 dB, 1 W, 8 Ω)
Słuchawki: 5 Hz ~ 400 kHz (+ 0 / -1 dB, 200 mW, 32 Ω)
Przedwzmacniacz: 5 Hz ~ 400 kHz (+ 0 / -1 dB, 2,0 V, 10 kΩ)
Stosunek S/N: 115dB (IHF Network)
Pobór mocy: 32 W (J60065)
Wymiary (S x W x G): 420 x 98 x 243 mm
Waga: 6,0 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Harmonix SLC, Harmonix Exquisite EXQ
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF, Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Premiera klipu do Sleep Hyde Sleep

W blisko czteroletniej historii Soundrebels braliśmy już udział w oficjalnych otwarciach nowych salonów (vide katowickiego RCMu), przedpremierowych odsłuchach (m.in. „Spirit” Depeche Mode) i trudnej do ogarnięcia ilości sprzętowych debiutów.  Wczorajszy wieczór do powyższej listy dopisał jednak kolejny i wcale nie taki oczywisty przejaw artystycznego wyrazu, czyli premierę … teledysku. Trzykropek w poprzednim zdaniu pojawił się nie bez powodu, gdyż  o ile jeszcze w latach 90-ych i początku XXI w. to właśnie teledyski królowały w muzycznych telewizjach – palmę pierwszeństwa dzierżyła wtedy niepodzielnie MTV, to obecnie sprawa wygląda nieco inaczej. W z założenia muzycznych TV rozpanoszyły się wszelakiej maści reality show będące niezbitym dowodem na to, że ludzkość prędzej, czy później musi, po prostu musi się samounicestwić a najbardziej efektywnym kanałem dystrybucji stał się szerokorozumiany internet. To właśnie tam, a właściwie tu, bo globalna sieć dostępna jest praktycznie wszędzie – od smartfonów począwszy na lodówkach skończywszy toczy się walka o nowego widza, słuchacza, nabywcę. Dlatego też nie powinno dziwić miejsce i tzw. okoliczności przyrody w jakich zorganizowane zostało spotkanie związane z premierą klipu do utworu „Sleep Hyde Sleep” Juliusza Kamila. Wybór sprawców tego całego zamieszania padł bowiem na … warszawską siedzibę Facebooka.

Pech jednak chciał, że w środowe popołudnie stolicę ogarnął permanentny i zastanawiający swoją intensywnością komunikacyjny paraliż, przez co większość zaproszonych gości, którzy zamiast transportu szynowego (metra i tramwajów) zdecydowali się na samochody przybyli z delikatnym poślizgiem. Nie ma jednak tego złego … gdyż zamiast pojedynczej fali mającej zwyczajowo miejsce przy wybiciu „godziny zero” ludzki strumień miał zdecydowanie mniej natychmiastowy charakter. Jednak ad rem. W ogólnodostępnej, zaadaptowanej na potrzeby wesołej gromadki części konferencyjno – degustacyjnej przygotowano „małe co nieco” ułatwiające niezobowiązujące konwersacje i umilające czas oczekiwania na zaplanowaną na godzinę 21-ą premierę.

Z samym sprawcą środowego zamieszania – Juliuszem Kamilem mieliśmy już okazję spotkać się podczas zeszłorocznej edycji Audio Video Show, gdzie w zajmowanym przez krakowskie Audio Anatomy (dystrybutora m.in. marek Pathos i Audia Flight), pokoju można było zdobyć debiutancki krążek artysty, co też uczyniliśmy a że była to wydana na semi-transparentnym winylu edycja limitowana, to fakt ten zapadł nam w pamięć.  Niejako następstwem listopadowych wydarzeń stała się recenzja rzeczonego albumu „Honey, I’m home”  i tym oto sposobem dochodzimy to tytułowego, zrealizowanego przez Graffiti Films klipu promującego utwór „Sleep Hyde Sleep”

Zanim jednak doszło do pierwszej publicznej premiery ww. ekipa skorzystała z nadarzającej się okazji i pozostawiła po sobie wielce urodziwe graffiti na specjalnie w tym celu przygotowanej ściance.

A potem już było nieco spokojniej, bo przybyli goście niespiesznie udali się do sali konferencyjnej, gdzie w iście kinowych warunkach mogli obejrzeć tytułowy klip.

Serdecznie dziękując Organizatorom za zaproszenie po cichu liczę, że tego typu wydarzenia na stałe wpiszą się w kalendarz muzyczny stolicy i za przykładem Juliusza Kamila pójdą inni twórcy chcący podzielić się z możliwie szeroką publicznością owocami swojej pracy.

Marcin Olszewski