Opinia 1
Choć ortodoksyjni miłośnicy lamp i tranzystorów trwają przy wyznawanych dogmatach na tyle wiernie, że nawet przez myśl im nie przejdzie weryfikacja tego, co dzieje się u sąsiada za miedzą, to warto też wspomnieć o frakcji, która do tematu wyboru wymarzonej amplifikacji podchodzi bez żadnych uprzedzeń i jeśli tylko coś wpadnie im w ucho, to niezależnie od tego czy w trzewiach siedzą trany, czy też z reguły na zewnątrz pysznią się rozżarzone bańki, po prostu cieszą się z dokonanego wyboru. Jak jednak powszechnie wiadomo można też połączyć zalety, złośliwi wspominają coś o wadach, obu technologii i zdecydować się na zintegrowaną, bądź dzieloną hybrydę. I gdy wydawałoby się, że w ww. temacie wszystko jest jasne, czyli czerpiemy słodycz i holografię z pracujących w sekcji / osobnym korpusie przedwzmacniacza lamp i dowolny rezerwuar mocy z tranzystorów w stopniu wyjściowym na scenę wkracza czeska manufaktura KR Audio i wszystko stawia na głowie. Znaczy się nie tyle na głowie, bo lampy jednak montuje wertykalnie i szkłem do góry, lecz na odwrót, czyli mosfetami steruje pracujące w stopniu wyjściowym lampy. Słowem klasyczny „czeski film”, którym pozornie nie wiadomo o co chodzi, ale wszyscy świetnie się bawią (vide „Nikdo nic nevi” z 1947 r.). Jak jednak pokazuje praktyka, czyli daleko nie szukając, nasze może i nieregularne, czy wręcz mocno niezobowiązujące spotkania z wyrobami naszych południowych sąsiadów w tym pozornym szaleństwie jest głębszy sens. Wystarczy wspomnieć minione Audio Vide Show gdzie niepozorna 950-ka zagrała z German Physiks HRS 130, tak że jasnym było, iż jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja, to nie odmówimy sobie przyjemności zweryfikowania jej możliwości w naszych skromnych progach. Jeśli zatem czytacie Państwo te słowa, to jasnym jest, że koniunkcja planet musiała być dla nas korzystna a tym samym, dzięki uprzejmości Audio Anatomy / High End Alliance ww. integra trafiła w nasze ręce.
Jak widać na powyższych zdjęciach wzmianka o niepozorności 950-ki nie wzięła się znikąd, bowiem jak na 100W lampowca nasz dzisiejszy bohater jest zaskakująco kompaktowy. To wszystko za sprawą zastosowanej topologii, bowiem w spłaszczonym i wykorzystywanym w roli platformy nośnej dla lamp korpusie ukryto tranzystorową sekcję przedwzmacniacza, więc na forum publicum wystawiono jedynie ustawioną w równym rządku i zabezpieczonych prostopadłościenną, całe szczęście demontowalną „klatką” kwadrę firmowych lamp mocy KT150 a tuż za nią trapezoidalny sarkofag skrywający transformatory. Na froncie znalazło się tylko to co niezbędne – w centrum umieszczono zmotoryzowane, chromowane pokrętło głośności z wielce przydatną diodą wskazującą jego ustawienie po którego lewej wygospodarowano miejsce na cztery przyciski wyboru źródeł z dedykowanymi im diodami a po prawej tabliczkę znamionową, oczko czujnika IR i włącznik z kolejną, również czerwoną diodą wskazującą na stan pracy wzmacniacza.
Rzut oka na zaplecze i jak widać wszystko jest w jak najlepszym porządku. Lewą flankę okupuje włącznik główny, nieopodal przycupnęło zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające, obrotowy selektor napięcia zasilania, pojedyncze terminale głośnikowe pomiędzy którymi, pod odkręcaną zaślepką, ukryto zwory umożliwiające dopasowanie wzmacniacza do impedancji kolumn (4 / 8 Ω) i cztery pary wejść liniowych w standardzie RCA.
Całość ustawiono na trzech, solidnych – toczonych nóżkach z których dwie umieszczono tuż przy tylnej krawędzi a jedną nieco za linią frontu. Od strony technicznej warto wspomnieć, iż zastosowane 150-ki to nie standardowe Tung Sole, lecz wytwarzane we własnej fabryce „górnopółkowe” KR Audio 150-ki o deklarowanej żywotności 10 000 godzin na których sparowany fabrycznie duet trzeba przeznaczyć drobne 6kPLN. Dla porównania Tung-Sol za taką przyjemność życzy sobie ok. 1,1kPLN.
A jak uzbrojona w bodajże najbardziej muzykalne przedstawicielki rodziny KT integra KR Audio VA950 gra? Szukając nieco bardziej rozpoznawalnych analogii śmiem twierdzić, że dalece bardziej bezpośrednio i zarazem holograficznie nie tylko od bazującego na tym samym typie lamp (z premedytacją nie napisałem, że takich samych, gdyż jednak KR audio to zdecydowanie wyższa liga aniżeli popularne Tung Sole) Ayonie Spirit V, lecz i prawdziwego „killera”, czyli Octave V 110 SE + Super Black box. Początkowo można wręcz złapać się na refleksji, że jest to zaskakująco mało lampowa estetyka. Całe szczęście zaraz przychodzi opamiętanie i świadomość, iż zgodnie z high-endowymi prawidłami zastosowana technologia jest li tylko drogą do upragnionego celu a nie celem samym w sobie. I tak też właśnie jest w VA950-ce, która oferując imponującą moc i drajw praktycznie nie ma własnego charakteru stając się niebezpiecznie bliskim wzorca ucieleśnieniem przysłowiowego „drutu ze wzmocnieniem”.
Nawet na brutalnych, gęstych i ostrych jak suto doprawione solidną garścią Caroliny Reaper chili con carne „Desensitized” i „Full Circle” Drowning Pool czeska integra ani myślała nie tylko dawać za wygraną, bądź iść na skróty czegoś tam nie dopowiadając i upraszczając, lecz z dzikim entuzjazmem rzucała się w wir stonerowo-metalowego chaosu. Ba, 950-ce z zaskakującą łatwością przychodziło trzymanie tempa narzuconego przez sekcję rytmiczną, mocy palących trzewia ognistych i brudnych riffów oraz wściekłości wyrykiwanych partii wokalnych. Co ciekawe zachowując cały wspomniany brud i szorstkość przekazu KR Audio ani razu nie posunęła się do podkreślania sybilantów, czy też zbytniej granulacji i ofensywności tych jakże dalekich od audiofilskich wzorców wydawnictw. Tutaj wszystko zostało zagrane w punkt i podane al dente a moje dyżurne, niezbyt skore do współpracy, Contoury zaskakująco karnie chodziły krótko trzymane przy pysku. Co istotne dół pasma nie dość, że świetnie kontrolowany i zróżnicowany daleki był od ułatwiającego taki stan osuszenia, czy też odchudzenia, więc bez jakichkolwiek oporów zapuszczał się w rejony w jakich zwykła operować moja … 300W integra Vitusa.
Jak się miało jednak okazać brylowanie w ciężkich i brutalnych klimatach bynajmniej nie oznaczało niezdolności kojenia zmysłów zdecydowanie spokojniejszymi melodiami. O nie, tutaj również 950-ka nie brała jeńców z niezwykłym taktem i wyczuciem poruszając się w oniryczno – depresyjnym repertuarze Bohren & Der Club Of Gore („Sunset Mission”), gdzie zamiast wielce pożądanego i wręcz obowiązkowego w metalu szaleńczego pędu kluczowa jest zaduma, czy wręcz cyzelowanie każdego dźwięku. I KR Audio owo cyzelowanie doprowadza niemalże do perfekcji, gdyż nie tylko ono zwalnia do zapisanych w nutach obrotów, lecz i nas – słuchaczy do tego zachęca. Nagle nigdzie już nam się nie spieszy, nic nas nie goni i zamiast uczestniczyć w korporacyjnym wyścigu szczurów wygodnie rozsiadamy się w fotelu i pieścimy uszy soczystymi frazami saksofonu Christopha Clösera, czy kłębiącymi się tuż przy podłodze basowymi plamami dźwięków. Miłym zaskoczeniem okazała się również zdolność tytułowej integry do różnicowania i to wyraźnego dość podobnych tak kompozycyjnie, jak i tematycznie realizacji, gdyż przesiadka z Bohren & Der Club Of Gore na The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble („From the Stairwell”) była równoznaczna z automatycznym otwarciem – napowietrzeniem przekazu i bezdyskusyjnym pojawieniem się w górze pasma blasku nader skutecznie eliminowanego wcześniej przez mroczny entourage „Sunset Mission”. Nie wypada również w tym momencie nie skomplementować czystości i rozdzielczości najwyższych składowych, którym jak już wspominałem nie brakowało blasku i energii a jednocześnie dzięki wrodzonej kulturze i wyrafinowaniu ani razu nie udało mi się jej przyłapać na zbytnim utwardzeniu, czy mogącej nieprzyjemnie zakłuć w uszy szklistości.
Prawdę powiedziawszy KR Audio VA950 stawia nie tylko mnie, ale i część z Państwa w dość niekomfortowej i zarazem zaskakującej sytuacji. Mamy bowiem do czynienia z urządzeniem bezsprzecznie opartym o lampy, co z resztą widać, choć w układzie hybrydowym, lecz jak by nie patrzeć to one są odpowiedzialne za wzmocnienie dostarczonych im sygnałów na wyjściu. „Problem” w tym, iż nie sposób przypisać im choćby niewielkiej części wydawać by się mogło natywnych cech ich próżniowego rodzeństwa. Nie są bowiem ani słabowite, ani zbyt eteryczne a o pogrubieniu konturów i niemalże siłowym wysyceniu przekazu wspominać nawet nie sposób. Jakby tego było mało obecność pracujących w sekcji przedwzmacniacza tranzystorów (one akurat pozostają niewidoczne) również została doskonale ukryta, więc ani nie ma tu technicznego utwardzenia ani soczystości barw niczego nie brakuje. Nie zostaje mi zatem nic innego, aniżeli stwierdzenie, iż KR Audio VA950 świetną integra jest i basta. Ponadto, niezależnie od własnych preferencji, faktem posiadania przez nią na pokładzie tak lamp, jak i tranzystorów w dość nieoczywistej konfiguracji proszę się zupełnie nie przejmować a jedynie posłuchać, w dodatku nawet z dość trudnymi do wysterowania kolumnami a potem samemu zadecydować co dalej z tym faktem zrobić, bo coś czuję w kościach, że większość z Was będzie miała poważne opory, by spakować 950-kę z powrotem do kartonu.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Czeska marka KR Audio mimo ogólnej wiedzy melomanów o jej istnieniu tak naprawdę znana jest z faktu własnej produkcji lamp elektronowych. Skąd inąd produktów ciekawych, bo pozwalających wycisnąć z urządzeń większą moc, jednak w kilku przypadkach, poza firmowymi konstrukcjami, niekompatybilnych z typowymi odpowiednikami lampowego mainstreamu. Jednak nie brak kompatybilności w naszym kraju jest jej największą bolączką. Chodzi oczywiście o zdawkową wiedzę na temat brzmienia oferowanego sprzętowego portfolio. Najczęściej w kuluarowych rozmowach pada informacja, że coś z tej stajni gra fajnie, niestety dziwnym trafem owa wiedza w znakomitej większości jest zasłyszana od kogoś innego. Na szczęście sprawy idą ku dobremu, czego dowodem jest dzisiejszy test. Test niepozornego rozmiarowo, jednak mocnego w kwestii oddawanej mocy wzmacniacza zintegrowanego. Którego konkretnie? Otóż miło jest mi poinformować, iż dzięki staraniom krakowskiego dystrybutora Audio Anatomy w nasze progi trafiła integra KR Audio VA950.
Nasz bohater choć na pierwszy rzut oka wygląda skromnie, tak naprawdę jest mocnym zawodnikiem. Ale od początku. Ogólną budowę VA950-ki oparto o typową platformę nośną, gdzie gro trzewi wzmacniacza skryto w stosunkowo cienkim prostopadłościanie, zaś na jego wieku w przedniej części usadowiono cztery lampy mocy i z tyłu w jednym wielościennym kubku stosowne transformatory. Obudowę wykonano z grubych blach. Awers wyposażono w pięć guzików funkcyjnych, diodę sygnalizującą pracę urządzenia, chromowaną tabliczkę z nazwą firmy i modelu oraz centralnie umieszczoną gałkę wzmocnienia Ściany boczne dzięki użebrowaniu służą jako radiatory, górna pokrywa będąca ostoją dla lamp i traf, a listę zamyka dość bogaty w zestaw przyłączy rewers – cztery wejścia liniowe RCA, zestaw zacisków kolumnowych, gniazdo zasilania z bezpiecznikiem i główny włącznik. Miłym dodatkiem od producenta jest dodawany w komplecie zgrabny pilot zdalnego sterowania. Jeśli chodzi o garść spraw technicznych, tytułowy KR Audio może pochwalić się czterema firmowymi lampami mocy KT150, co przy wykorzystaniu układu push-pull bez problemu pozwala wycisnąć z tej kompaktowej konstrukcji aż 100W 4/8 Ohm. Jak widać, mały, ale mocarny. Jak to przełożyło się na brzmienie? Jak zwykle po kilka zdań wyjaśnień zapraszam do kolejnego akapitu.
Jak zdążyłem zaanonsować, nasz bohater w kwestii pokazania kolumnom swoich walorów działał w skali odwrotnie proporcjonalnej do rozmiarów. To istny wilk w owczej skórze. Niby mały gabarytowo, a miotał dwumetrowymi Niemkami bez najmniejszych problemów. I nie mówię o graniu na poziomie walki o przetrwanie, tylko do zdroworozsądkowych poziomów głośności, pompowaniu do wymagających zespołów głośnikowych zjawiskowej ilości energii. Przy tym dobrze kontrolowanej, co pozwalało systemowi umiejętnie unikać problemów natury rozlewania się najniższych rejestrów. Naturalnie nie było to rysowanie świata muzyki tak zwanym skalpelem w stylu mojego prawie ćwierćtonowego tranzystora, gdyż nie pozwalała na to dobrze skonstruowana technologia lampowa, ale zapewniam, mimo mocnego kopnięcia sejsmicznymi pomrukami basowymi ani razu nie odnotowałem zapędów do bolesnego uśredniania lub spowalniania tego pasma. Jak to możliwe? Wspominałem we wstępniaku, że lampy KR Audio pozwalają na więcej w domenie mocy oraz wydajności i w tym przypadku byłem tego świadkiem. Innym ciekawym aspektem prezentacji było tworzenie raczej ciemnawego, aniżeli nadpobudliwego tudzież zdradzającego symptomy nerwowości spektaklu. Nie przygaszonego, a jedynie bardziej intymnego, co przy wsparciu esencjonalności całości prezentacji zwiększało poczucie bycia artystów w moim pomieszczeniu. Dużą rolę w tym ostatnim miał również sposób budowania zjawiskowo głębokiej sceny muzycznej. Temat bardzo istotny, bowiem upchnięcie muzyki mocno osadzonej w masie, dodatkowo wspartej zjawiskową energią w nazbyt karłowatej przestrzeni mogłoby powodować zbytnie zbicie w sobie dźwięku, a tym samym na dłuższą metę męczące i nudne poczucie sztucznego pompowania przekazu. A przecież zaznaczałem, uderzenie w tym przypadku było atutem konstrukcji. Powiem więcej, dobrze skonstruowanej, czyli wydajnej i muzykalnej. Co to oznacza? To proste. Otóż gdy w materiale rockowym w wydaniu choćby grypy Slayer „Reign in Blood” sposób na muzykę według KR Audio VA950 pozwalał na przyjemne dla ucha większe odkręcenie gałki wzmocnienia – źródła pozorne zyskiwały na masie, dzięki czemu stawały się dźwięczniejsze eliminując tym sposobem bolesną krzykliwość, w już dobrze zrealizowanym spod znaku Garego Peacocka „Tangents” swym pakietem barwy i esencji nie powodował niechcianej przyduchy. Owszem, w tym drugim przypadku dawało się wyłapać lekkie przesunięcie wagi dźwięku, jednak dzięki mocy 100W na kanał system cały czas utrzymywał dobry drive i szybkość narastania sygnału, co sprawiało, że uderzenie basem był jedynie mocniejsze, a nie dominujące. Gdzie jest haczyk? Jak to gdzie. Toż to lampa. I do tego jak wynika z tekstu mocna, w efekcie swobody prowadzenia kolumn dająca fajny efekt kontrolowanego rozwibrowania dźwięku. I gdy zsumujemy przywołane zalety, chyba nikogo nie zaskakują wyartykułowane przeze mnie ochy i achy w stosunku do tak małego piecyka. A to przecież nie jest ostatnie słowo tytułowego producenta, co pokazuje drzemiący w nim, skądinąd potwierdzony przez naszego bohatera potencjał. Jestem rad, że w pierwszym starciu miałem przyjemność zderzyć się z tą integrą, gdyż przy umiarkowanej cenie pokazała, iż mocna lampa nie tylko potrafi zagrać jak dobra lampa – czytaj muzykalnie i z luzem, ale przy tym z dobrą kontrolą i w dobrym tego słowa znaczeniu fajnym kopnięciem dolnego zakresu. Dlatego nie dziwne jest swobodne brylowanie przy jej użyciu tak przeciwstawnych do siebie nurtów muzycznych.
Komu dedykowałbym tytułowego lampowego ogiera? Z małym wyjątkiem tak naprawdę wszystkim. Gra esencjonalnie i dźwięcznie, a do tego potrafi utrzymać w ryzach wymagające zespoły głośnikowe. Przemawiającym za tą integrą dodatkowym znakiem szczególnym jest również solidne osadzenie dźwięku masie i poprawiająca namacalność źródeł pozornych lekko ciemnawa prezentacja. Jednak jak wiadomo, każdy kij ma dwa końce i ta ostatnia, w moim odczuciu pozytywna informacja w niektórych przypadkach może być różnie odbierana przez zastane zestawienia. To naturalnie nie będzie problem czeskiej myśli technicznej, tylko konkretnych warunków, ale warto jest wiedzieć, na co podczas doboru potencjalnych urządzeń do odsłuchu zwracać uwagę. Reasumując, jeśli Wasz zestaw nie zdradza chorobliwej nadwagi, co na szczęście jest marginalnym zjawiskiem, macie zielone światło do poznania szkoły grania naszych południowych sąsiadów. Zapewniam, jeśli nic z tego nie wyjdzie, będzie to fajnie spędzony przy muzyce czas. A to oprócz kolejnego doświadczenia chyba istotna wartość dodana.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audio Anatomy / High End Alliance
Producent: KR Audio
Cena: 55 000 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 100W RMS (THD = 1%, 4 / 8 Ω)
Konstrukcja: push-pull, ultra-linear, klasa AB
Zastosowane lampy: 4 x KR KT150
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz (-1dB)
Wymiary (S x W x G): 38.5 x 24.5 x 41.5 cm
Waga: 25 kg
Po sopockich wywczasach przepiękne i majestatyczne Alare Labs Remiga 2 Be wreszcie zaszczyciły nas swoją obecnością.
cdn. …
Opinia 1
O tym, że przyroda nie znosi próżni wiemy od najmłodszych lat. Tak samo jak, oczywiście z biegiem dni i nabieraniem doświadczenia i poszerzamy wiedzę o podstawowych zasadach rządzących rynkiem, w tym m.in. o mechanizmach kreowania popytu. Jeśli jednak co do pierwszego założenia zakładam pełną zgodność, to coś czuję w kościach, że nie wszyscy są przekonani co do słuszności drugiego. Dlatego też pozwolę sobie sięgnąć po dość oczywisty i niestety coraz bardziej powszechny przykład. Smartfony. Kojarzycie Państwo co zacz? Małe, coraz droższe, pożerające czas, powodujące wady postawy, wypadki drogowe, degradację wzroku cholerstwo a zarazem coś, bez czego większość nas czuje się nie tylko jak bez ręki, co wręcz popada w stany lękowe i traci orientację w otaczającej rzeczywistości. Ja jednak nie o tym, gdyż akurat w nich, smartfonach znaczy się, najistotniejsze są ładowarki a dokładnie zataczający coraz szersze kręgi trend nieumieszczania ich w pudełkach wraz ze, pardon moi za archaizm, „słuchawkami”. No i w czym problem? A w tym, że bez ww. akcesorium żywotność współczesnych smartfonów nie przekracza doby, góra dwóch a widok oblepiających niczym rój dzikich pszczół wszelakiej maści punkty z gniazdkami elektrycznymi na lotniskach i centrach handlowych, jadących na rezerwie nieszczęśliwców już od dawna stał się na tyle powszechny, że nikt nie zwraca nań uwagi. Reasumując, wystarczy uświadomić sobie skalę sprzedaży smartfonów, by bez doktoratu z ekonomii zorientować się jaki powstał popyt na możliwie szybkie i wydajne ładowarki. Przesadzam i co do licha ma to wspólnego z audio? Bynajmniej, a co do części wspólnej z budzącym nasze zainteresowanie rynku zaskakująco sporo i wcale nie chodzi o to, że funkcje ładowania indukcyjnego już pojawiają się w „samograjach” największych graczy (vide Yamaha MusicCast 200). Analogii szukać należy bowiem na nieco innym poziomie, ale mechanizm napędzany poprzez skalę / wolumeny sprzedaży urządzeń jest jak najbardziej ten sam. O czym mowa? O wszechobecnych impulsowych zasilaczach zewnętrznych/wtyczkowych a czasem również tych zaimplementowanych wewnątrz wszelakiej maści DAC-ów, streamerów, phonostage’y, gramofonów, switchy, etc., czyli nieprzebranego ogromu „niskoprądowych” (5-24V) składowych naszych systemów. Zakładam, że nie muszę w tym momencie nikogo uświadamiać, iż tego typu jednostki zasilające niczego dobrego nie oferują, nie dość, że znacząco limitując możliwości „napędzanych” przez siebie urządzeń, to jeszcze siejąc wokół i robiąc „kuku” pracującym na tej samej linii „sąsiadom”. Dlatego też kto żyw, a tak po prawdzie ci co swój rozum i słuch mają zastępują ww. „badziewie” dedykowanymi zastosowaniom audio niskoszumnymi jednostkami liniowymi, czy to dostępnymi jako upgrade w katalogach macierzystych wytwórców posiadanej elektroniki, czy też sięgając po rozwiązania firm trzecich. Żeby jednak nie być posądzonymi o gołosłowność o niewątpliwych zaletach takich przesiadek wspominaliśmy m.in. z okazji testów Telegärtnera M12 Switch Gold, wraz z którym otrzymaliśmy rodzimy Jcat Optimo 3 Duo, obu Foresterów (Silent Angel Forester F1, Forester F2), czy też SOtM sNH-10G + sCLK-EX, który dotarł do nas wraz z SOtM SPS-500. I gdy wydawało się, że górną granicę akceptacji/rozsądku (niepotrzebne skreślić) zamyka wyceniony na drobne 1750 € Jcat Optimo 3 Duo (tak, tak, doskonale zdajemy sobie sprawę z istnienia wersji Ultimo za 3 500€, oraz przekraczającego pułap 13kPLN monstrualnego Keces Audio P28, jednak skoro nie mieliśmy okazji ich u siebie gościć na razie nie będziemy się nimi zajmować), z tzw. nienacka otrzymaliśmy wielce intrygującą korespondencję z holenderskiej, zlokalizowanej w niewielkim Rhenen manufaktury Farad power supplies, czy przypadkiem nie mielibyśmy ochoty rzucić okiem i uchem na ich topowy … zasilacz liniowy Super10. Jak łatwo się domyślić, skoro czytacie Państwo te słowa, to ochotę jak najbardziej mieliśmy. Do ustalenia została tylko specyfikacja umożliwiająca przetestowanie urządzenia w obu naszych systemach i voilà – oto kilka naszych refleksji, do lektury których serdecznie zapraszamy. Dodam tylko, iż wraz zasilaczem zamiast standardowego przewodu Level 2 producent był tak miły i dołożył oczko wyższe – Level 3, w dodatku w dwóch wersjach – copper i silver.
Gwoli wyjaśnienia na wstępie dodam, iż choć korciło mnie, żeby pojechać po przysłowiowej bandzie i od razu zrobić prawdziwą rewolucję rozbebeszając swojego dyżurnego Lumïna U2 Mini aplikując mu w zadek Super10-kę, to potem przyszło opamiętanie, czy jak kto woli odezwały się resztki zdrowego rozsądku. No bo bądźmy szczerzy – każdorazowa, dokonywana własnym sumptem, mechaniczna ingerencja w urządzenie, pomijając wymianę nóżek, czy bezpiecznika, zazwyczaj oznacza utratę gwarancji o dramatycznym spadku wartości przy odsprzedaży nawet nie wspominając. Dodając do tego niemalże atawistyczną niechęć do tzw. DIY większości wyrafinowanych audiofilów tego typu test byłby nie dość, że ubogacający gównie dla posiadaczy ww. transportu, to jeszcze z owej puli prawdopodobnie jedynie kilka (kilkanaście?) promili gotowych by było dokonać stosownej wiwisekcji używanego plikograja. Dlatego też postawiliśmy na nieco asekuracyjny i całkowicie bezinwazyjny wariant, czyli test wersji dedykowanej egzystującym w obu naszych systemach switchom Silent Angel Bonn N8. Żeby jednak nie było za nudno u mnie na co dzień 8-kę zasila pierwszy model „Leśniczego”, czyli F1-ka a u Jacka pracuje ze standardową, wtyczkową jednostką, więc dodatkowo będą dwa punkty odniesienia.
Już podczas unboxingu na własnej skórze doświadczyliśmy, że Farad do swojego flagowca podszedł mocno bezkompromisowo a samą Super10-ke trudno rozpatrywać li tylko w „akcesoryjnych” kategoriach, bowiem swą posturą i wagą nawiązuje zaskakującą równą walkę, bądź nawet ją wygrywa z kompaktowymi rozwiązaniami w stylu stereofonicznych końcówek mocy Teddy Pardo TeddyAmp ST60, czy Chord Electronics Étude. Trudno się temu dziwić, skoro jej korpus wykonano z grubych płatów anodowanego na czarno stopu aluminium a ściany boczne zastąpiono grzebieniami groźnie nastroszonych radiatorów. Do tego dochodzą blisko półcentymetrowej grubości płyty frontu i pleców, więc przynajmniej na pierwszy rzut oka (szczególnie en face) nasz dzisiejszy gość nader udanie „udaje” końcówkę mocy (miniaturkę Abyssounda ASX-2000?). Owo wrażenie pogłębia minimalistyczny front z pomysłowym wkomponowaniem zarysu litery „F” w zazębiające się jego połówki i centralnie umieszczona niewielka dioda informująca o stanie pracy urządzenia. Oprócz wspomnianych radiatorów o dobrostan pracujących w trzewiach komponentów dbają również ciągnące się niemalże przez cała długość płyty górnej otwory wentylacyjne a za praktycznie jedyny element dekoracyjny można uznać wyfrezowane w pobliżu przedniej krawędzi nazwa producenta i oznaczenie modelu.
Brak kompromisów widać również na ścianie tylnej, gdzie nie dość, że zamontowano topowe gniazdo zasilające Furutech FI-09 NCF IEC C13/C14 z fabrycznie założonym bezpiecznikiem … 6.3A 5×20 mm Synergistic Research Purple (!!!), to za stosowną opłatą można od razu zdecydować się na wyższej klasy wyrób Quantum Science Audio (Violet – 408€; Red – 1068€; Red-Black – 2168€ ). Nie da się jednak ukryć, że cały show kradnie monstrualne, szczególnie z perspektywy napięć roboczych, czteropinowe, zakręcane gniazdo wyjściowe GX25-4. Na lewo od niego znajdziemy przycisk resetu pozwalający na zresetowanie zawiadującego urządzeniem mikroprocesora konieczny przy przepinaniu się pomiędzy różnymi odbiornikami a tym samym uruchomienie procedury startowej dopasowującej parametry wyjściowe. Następnie umieszczono hebelkowy selektor trybu pracy triggera i 3,5mm gniazdo ww. interfejsu. Z kolei po prawej zlokalizowano bliźniaczy przełącznik uziemienia (Flow/Earth) i dedykowany zacisk, oraz wspomniane już, zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC C13.
Jeśli zaś chodzi o same trzewia, to … klękajcie narody. Nie dość bowiem, że ponad połowę objętości zajmuje szczelnie zamknięty w dedykowanym „rondlu” podwójnie ekranowany potężny, ręcznie nawijany transformator toroidalny o wysokiej indukcyjności, to towarzyszy mu budząca zaufanie cewka eliminująca ewentualnie brzęczenie i generowaniu pól EM (elektromagnetycznych). Do tego dochodzi bateria kondensatorów o łącznej pojemności … 72 000 µF i dodatkowy bank superkondensatorów (EDLC) o pojemności 16.7F (!!!) a na wyjściu niskoszumny regulator z kompensacją prądową i filtrem dolnoprzepustowym (HF) z kondensatorami foliowymi o bardzo niskim ESR. Nad całością czuwa sterowane mikroporocesorowo zabezpieczenie przed zwarciem, przeciążeniem, udarem dodatkowo kontrolujące stabilność termiczną urządzenia. Efekt? Całkowita odporność na wszelakiej maści zakłócenia obecne w sieci elektrycznej a tym samym możliwość wpinania go bezpośrednio – bez filtracji i kondycjonowania w ścianę.
Co ciekawe producent w instrukcji czarno na białym przyznaje nie dość, że optymalny czas wygrzewania Super10 wynosi około 500h, to dodatkowo za oczywiste uznaje wpływ na brzmienie elektroniki przewodów zasilających, więc zachęca do poszukiwania synergicznych mariaży i przypomina o weryfikacji poprawności polaryzacji.
No dobrze, dość tego wodolejstwa. Najwyższa pora zakasać rękawy, zaparzyć sobie czajniczek aromatycznej Wakōcha Benifūki (espresso musi poczekać do niedzieli), wygodnie umościć się na kanapie, załadować playlistę i zabrać za odsłuchy. I powiem tak. Niby zdawałem sobie sprawę, co Silent Angel Bonn N8 potrafi, bo nawet z fabryczną impulsówką „robił dobrze” streamingowi, rozwinął skrzydła z F1-ką i wydawać by się mogło, że z F2-ką generalnie osiągnął apogeum swoich możliwości. I w ostatnim przypadku miałem 100% rację, gdyż … tak mi się tylko wydawało. Bowiem, to, co zaoferował Farad dalece wykraczało ponad moje najśmielsze oczekiwania. Tak, tak, doskonale zdaję sobie sprawę z wręcz kuriozalnego mezaliansu jakim jest podpinanie pod switch za 2kPLN zasilacza za ponad 16kPLN (z przewodem level3), ale … śmiem twierdzić, że w tym szaleństwie jest głębszy sens. I to taki, że ze sporą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, iż właśnie przy tak rażącej dysproporcji więcej z budżetowego rozgałęziacza zer i jedynek już wycisnąć się nie da i basta. A co jest jej efektem? Przede wszystkim onieśmielający przyrost dynamiki, rozdzielczości, holograficznej trójwymiarowości i namacalności przekazu. Śmiało można uznać, iż pojawienie się w torze Super10-ki było niczym może nie z racji swej chwilowości wybuch supernowej, co wysadzenie/usunięcie limitującej przepływ zarówno energii, jak i informacji rzecznej katarakty. Proszę się tylko nie obawiać, iż pokłosiem powyższego odkorkowania będzie przysłowiowe wciśnięcie pedału przyspieszenia w podłogę i bezrefleksyjny, samobójczy rajd w stronę betonowej ściany, lecz jedynie dalszy progres wspomnianych przed chwilą aspektów w porównaniu z tym, co do zaoferowania miał Forester F2. I tu od razu podkreślę, iż o ile przesiadka z F1 na F2 była zauważalna, to jednak daleka od jakiejkolwiek dramatyczności, o tyle sparring F1 z Faradem śmiało można było uznać za zaskakująco krótki i zakończony knockoutem dla Holendra. Z autentycznym bólem to piszę, ale z F1-ki nie było za bardzo co zbierać a perspektywa powrotu do niej po zakończonych testach Super10 wzbudzała we mnie ekscytację porównywalna do tej odczuwanej podczas oczekiwania pod gabinetem stomatologicznym na sesję leczenia kanałowego. Proszę mnie tylko dobrze zrozumieć – ja nie mam nic, poza wynikającą z w pełni świadomego użytkowania słabością, do ww. zasilacza Silent Angela, jednak przesiadka na tytułową jednostkę dała takiego „kopa” plikowej odnodze mojego systemu, że jakikolwiek regres, a do takiego poziomu należy sprowadzić powrót do punktu wyjścia, odbierałem jako ewidentny zamach na moje audiofilskie priorytety. Jednak ad rem. Z Faradem w torze zarówno „Nord”, jak i pachnący jeszcze tłocznią „Vandar” pochodzącej z Trøndelag (Norwegia) formacji Gåte wreszcie przestały przywodzić na myśl zorganizowaną przez lokalne koło gospodyń wiejskich potańcówkę odbywającą się przy dźwiękach generowanych przez nadgryzione zębem czasu ludowe instrumentarium, tylko łapiąc za ucho odkrywał natywne piękno skandynawskiego folku nader zgrabnie flirtującego ze stricte hard-rockową, czy wręcz gotycką estetyką. Było przestrzennie (bezdyskusyjnie bardziej obszerna we wszystkich wymiarach scena), swobodnie i co najważniejsze wynikające z lepszej rozdzielczości bardziej precyzyjne ogniskowanie źródeł pozornych pozwalało intensywniej zanurzyć, wgryźć się w reprodukowany materiał oferując zarówno w pełni namacalne faktury naturalnego instrumentarium, porażającą ekspresję wokalu Gunnhild Sundli i oniryczne obłoki sampli. A skoro o skandynawskie klimaty zahaczyliśmy, to proponuję przeprowadzkę do Oslo i ponad godzinny miting z „Eight Ways” Madder Mortem, gdzie stonerowo-melancholijny wokal Agnete M. Kirkevaag nie stroni od iście screemowych wstawek suto podlanych schizofreniczną mieszanką lirycznych plumnkań i wybuchową kompozycją thrashu z black metalem. Jak się z pewnością Państwo domyślacie nie jest to ani łatwy, ani tym bardziej wdzięczny pod względem akcentowania wyrafinowania audiofilskich systemów, jednak jeśli tylko będziemy w stanie go strawić pokaże nam prawdę tak o muzyce, jak i systemie go odtwarzającym. Aby jednak ów moment prawdy nastąpił wszystko musi się ze sobą zgrywać, gdyż jeśli owej synergii nie ma to całość albo wypada zbyt siermiężnie i ofensywnie, albo przypomina konsystencją rozgotowane kluchy wśród których nie sposób dostrzec większości szczegółów. A z Faradem różnicowało nie pozostawiało nawet cienia wątpliwości co do faktur i złożoności poszczególnych kompozycji dając słuchaczowi pełen wgląd w ich strukturę przy jednoczesnym zachowywaniu nadrzędnej im spójności.
A niejako na deser i w oczywistej opozycji do powyższych wyjców, choć nadal nie ruszając się ze Skandynawii (tym razem Kopenhaga) sięgnąłem po prawdziwy minimal, czyli „LULO The Restless” Rued Langgaard reimagined – dla niewtajemniczonych to transkrypcja na wiolonczelę i kontrabas highlightów z późnoromantycznej twórczości Rueda Langgaarda. Mamy zatem dwa instrumenty o szalenie trudnej, szczególnie na dłuższą metę, w odbiorze barwie i fakturze przypominającej piłowanie mokrej tarcicy a i sam repertuar szalenie odległy od mainstreamowych skoczności. Trzeba się zatem nie tylko przemóc, by po coś takiego sięgnąć, ale i skupić próbując odnaleźć w tych jakże obcych większości odbiorców dźwiękach jakąś logikę, o pięknie i melodyce nawet nie wspominając. Mówiąc w skrócie idealny krążek do „wietrzenia” sal podczas audiofilskich spędów. O dziwo jednak Farad i z takim karkołomnym wyzwaniem sobie poradził nie tylko przechodząc z mechanicznej reprodukcji na poziom realizmu „wykonu” (koszmarne słowo) na żywo, co materializując duet tuż przed nami – nieco za linią kolumn. Dzięki temu starsze/większe rodzeństwo skrzypiec mogło wybrzmieć z właściwą sobie dynamiką a jednocześnie z zachowaniem odpowiednich gabarytów a tym samym realistycznymi wolumenami i „obsługiwanym” pasmem. Nagle wszystko stało się oczywiste, akuratne i na wyciągnięcie ręki – bez sztuczności, przejaskrawień, wyostrzeń, czy zupełnie niepotrzebnej gigantomanii.
A właśnie, jakoś zupełnie umknął mi szczegół związany z dostarczonym wraz z Super10 okablowaniem DC Level 3. Otóż po początkowej żonglerce obiema wersjami finalne odsłuchy prowadziłem przy użyciu wersji miedzianej, która oferowała lepsze wypełnienie i soczystość przekazu. Srebrna z kolei nieco akcentowała konturowość i potrafiła na cięższym rocku rozświetlać górę, co biorąc pod uwagę obecną tamże agresję na dłuższą metę w moim systemie stawało się nieco zbyt dosadne. Warto jednak mieć porównanie obu opcji we własnym systemie i dopiero po takim bratobójczym sparringu dokonać ostatecznego wyboru, bądź zdecydować się na oba i dopasowywać je do danego repertuaru. Dzięki temu przy np. dość ciemno zrealizowanej i niemalże „rubensowsko” definiującej źródła pozorne „New Moon Daughter” Cassandry Wilson będziecie Państwo mogli sięgać po srebro a przy brutalnej i ofensywnej „Tangaroa” Alien Weaponry pozostać wiernymi właściwemu miedzi eufonicznemu wysyceniu.
I teraz napisze coś, za co pewnie dostanę po głowie od dystrybutora Silent Angela, ale cóż poradzę, że prawda, bądź może lepiej zastąpmy ją „moim skromnym zdaniem” i na moje spaczone obłąkańczym skowytem wydzierganych szarpidrutów ucho Silent Angel Bonn N8 z zasilaczem Farad Super10 zagrał pod każdym względem lepiej od bądź co bądź flagowego a przy tym wielce udanego NX-a. A jeśli powyższe wyznanie nie jest dla Państwa wystarczającą rekomendacją, to pozwolę sobie podzielić się z Wami kolejnym, kiełkującym w mym umyśle dalece niepoprawnym politycznie pomysłem. Otóż po tym, co Farad Super10 pokazał ze switchem coraz poważniej rozważam opcję o której wspominałem na wstępie, a którą z racji wielu niewiadomych odrzuciłem, czyli dokonanie stosownej wiwisekcji posiadanego Lumina U2 Mini, czym bardzo możliwe, że skażę go na dożywocie w moim systemie, ale z drugiej zapewnię mu trudny do przecenia energetyczny dobrostan, który powinien przełożyć się na jego walory soniczne. Co jednak przyniesie przyszłość czas pokaże a wszystkim tym z Państwa, którym nie w głowie tak radykalne ingerencje polecę wpięcie go np. w streamer Silent Angel Munich M1T, lub zainteresowanie się np. 12V (Rhein Z1 , kilka modeli gramofonów Clearaudio, etc.), lub 24V (McIntosh MT10 będzie wdzięczny) – zdecydowanie bardziej uniwersalnymi wersjami i zupełnie bezinwazyjny upgrade znajdujących się na Waszym stanie urządzeń. Żeby jednak nie było samych ochów i achów a całość nie przypominała ociekającego lukrem ulepka wypada zaznaczyć, iż w porównaniu z ww. i niewymienioną (vide Keces Audio P28) konkurencją Farad Super10 dysponuje pojedynczym wyjściem, co w przypadku nieco bardziej rozbudowanych systemów może generować bolesny wzrost kosztów, o ile tylko zapragniecie Państwo wyeliminować wszystkie zewnętrzne impulsówki.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Dla zdecydowanej większości z nas nie jest tajemnicą, że dobre zasilanie to podstawa. Jednak co innego teoretyczna – czysto akademicka wiedza, a co innego realna dbałość o ten aspekt przez producentów elektroniki. Naturalnie każde urządzenie musi być w jakiś sposób karmione życiodajną energią elektryczną, niestety często problemem jest kalkulacja finalnych kosztów konstrukcji lub zwykłego widzi mi się inżynierów, co w najlepszym wypadku kończy się okrojoną do granic możliwości sekcją zasilania z policzonym „na styk” toroidem, lub o zgrozo zastosowaniem siejącego zniekształceniami zasilacza impulsowego, o wtyczkowych koszmarkach nawet nie wspominając. Na szczęście za sprawą firm specjalizujących się w produkcji zewnętrznych zasilaczy takie praktyki w ostatnich czasach są łatwo odwracalne. Czy to dzięki drobnym zmianom wewnątrz obudowy, czy przy pomocy zewnętrznych przystawek, najważniejsze jest to, że jeśli coś w naszym zestawie w temacie zasilania zostało potraktowane po macoszemu, nie stoimy na straconej pozycji. Jaki jest cel tego wywodu? Naturalnie chodzi o wprowadzenie w dzisiejsze spotkanie z bardzo szanowaną na świecie holenderską marką Farad, która własnym sumptem dostarczyła do naszej redakcji zewnętrzny zasilacz Farad Super10.
Tytułowa 10-ka to w wartościach bezwzględnych średniej wielkości, jednakże w odniesieniu do tego typu zewnętrznych konstrukcji prądowych naprawdę sporych rozmiarów skrzynka. Do tego w celach odprowadzania potencjalnie wydzielanego ciepła – ja nie zauważyłem szczególnego wzrostu tego parametru, ale dobrze, że producent przewiduje graniczne sytuacje – uzbrojona na bokach w solidne radiatory. Co jest istotne dla tej konstrukcji, to fakt zastosowania wielkiego, zajmującego ponad połowę wnętrza, zapewniającego odpowiednią dawkę energii, nawiniętego w firmowej technologii, dodatkowo podwójnie zaekranowanego wraz z dławikiem w obronie przed wpływem zniekształceń z otoczenia transformatora toroidalnego. Resztę objętości skrzynki zajmuje zabezpieczona aktywnym układem kompensacji prądu, bogato uzbrojona płytka PCB. Bardzo wychwalaną przez producenta ciekawostką jest zastosowanie kondensatora foliowego zamiast elektrolitycznego w sekcji wyjściowej. Zaś tak zwaną wisienką na torcie okazuje się być pokazujące, iż priorytetem jest jakość, a nie produkcyjne oszczędności, standardowe zabezpieczenie układów wewnętrznych przy użyciu bezpiecznika amerykańskiej marki Synergistic Research Purple oraz gniazda z portfolio japońskiego Furutecha FI-09 NCF. Finałem dostarczonego zestawu były dwa na pierwszy rzut oka widać, że solidnie wykonane, z tego powodu nie tanie, ale spełniające zaplanowane przez markę normy jakości kable serii Level 3 do zasilenia posiadanego przez nas swticha na bazie miedzi i srebra.
Czy podłączenie zewnętrznej sekcji zasilania za ok 12 tys. złotych do switcha za 2 tysiące było warte przysłowiowej świeczki? Powiem szczerze, wstępna informacja o takim testowym mezaliansie w pierwszym odruchu wzbudziła we mnie uczucie szczerego politowania. Jednak nauczony doświadczeniem, aby nigdy nie mówić nigdy, a tym bardziej jeśli chodzi o tak ważny dla naszej zabawy dział związany z energią elektryczną, w spokoju ducha czekałem, co się wydarzy. Czy w ogóle coś ulegnie zmianie? A jeśli tak, czy będzie to na poziomie symboliki, czy zdecydowanego uderzenia? Efekt? Co prawda nieco oczekiwany, gdyż wiem, co oznacza odpowiednie zabezpieczenie urządzenia w odpowiedniej jakości prąd, ale nie sądziłem, że aż tak zaskakująco pozytywny. Nagle posiadany na co dzień najprostszy Silent Angel Bonn 8, który zastosowany z zasilaniem wtyczkowym sam robił wiele dobrego w graniu plików, pokazał się od całkowicie innej strony. Nie tylko oczyścił z sonicznych śmieci projekcję wirtualnej sceny ze znacznie lepszym pokazaniem krawędzi każdego źródła pozornego, ale dodatkowo tchnął w muzykę nawet nie szczyptę, bo określiłbym ją jako wpływ symboliczny, tylko stosowny dla danego materiału pakiet esencjonalności. Ta zaś wprost proporcjonalnie przekładała się na nie tylko dźwięczność, ale również długość zawieszenia oraz sposób rozwibrowania każdej nuty w eterze. Tego zawsze w graniu z plików w pierwszej kolejności mi brakuje, a tutaj jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki sytuacja nabrała znacznych rumieńców. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, brakuje mi nie nasycenia w estetyce bezmyślnego tuczenia dźwięku, tylko pewnego poziomu esencjonalności zapewniającej mu niezbędny poziom energii poprawiającej puls, która w przeciwieństwie do pierwszego sposobu poprawy wagi nie powoduje uśredniania przekazu. I w tym kierunku poszły zmiany po zastosowaniu tytułowego zasilacza Farad Super10. Dlatego chyba nikogo nie muszę przekonywać, iż feedback-iem takiej sytuacji była poprawa namacalności przekazu, rozmachu w domenie zabudowania wirtualnej sceny oraz swobody jej kreowania. Spodziewałem się czegoś w tym stylu, bo zmiany tym torem szły już po zastosowaniu najprostszego switcha, ale w najbardziej optymistycznych snach nie spodziewałem się, że odpowiednio przygotowany prąd jest w stanie aż tak poprawić już na starcie przyzwoitą prezentację.
Gdy dotarliśmy do finału tego spotkania, jestem winny Wam odpowiedź na zadane na początku pytanie: „Czy gra warta jest świeczki?”. Szczerze? Jak najbardziej, gdyż nie była to poprawa jakości dźwięku na poziomie przysłowiowego drobienia gejszy, tylko wielki krok dla ludzkości w stylu lądowania Neila Armstronga na Księżycu. Naturalnie rozładowując napięcie testowych oczekiwań zamierzenie przesadzam, jednak bez dwóch zdań to co zrobił Farad, było w pewien sposób zjawiskowe. Wieńcząc test dodam, że w dwóch odsłonach, bowiem kabel ze srebrem jako przewodnikiem nieco wyostrzył przekaz, ale za każdym razem była to od pierwszych chwil słyszalna poprawy jakości słuchanej muzyki. Dlatego bez jakiegokolwiek naciągania faktów polecam wypróbowanie naszego bohatera każdemu adeptowi obcowania z muzyką w formie plikowej. Tym bardziej, że marka Farad na bazie konkretnych zamówień robi zasilacze dla szerokiej palety urządzeń, czym czyni swą ofertę szalenie uniwersalną. Naprawdę warto.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiosource
Producent: Farad power supplies
Cena:
Farad Super10: 2889 € ( w kpl. Level 2 copper cable (wtyki GX25-4; Oyaide 5.5/2.1)) + darmowa wysyłka.
Level 3 copper cable (wtyki GX25-4; 5.5/2.1): 810 € / 80 cm
Level 3 silver cable (wtyki GX25-4; 5.5/2.1): 1010 € / 80 cm
Dane techniczne:
Wymiary (S x G x W): 260 x 320 x 70 mm
Waga: 7,6 kg
Napięcie wyjściowe: 5V
Pojemność: 16.7F
Max. pobór mocy: 150W
Opinia 1
Tym razem w ramach niezobowiązującej i wprowadzającej w temat rozbiegówki pozwolę sobie zwrócić Państwa uwagę na aspekt ekonomiczno-logiczny wyrobów audio, oraz ich analogię do pozostałych dziedzin naszej egzystencji. Oczywistym i niepodlegającym dyskusji faktem bowiem jest, iż decydując się na „zabawę” w High-End wkraczamy w świat dóbr luksusowych znajdujących się na przeciwległym końcu listy ludzkich zachcianek aniżeli tzw. artykuły pierwszej potrzeby. Mówiąc wprost, choć trudno w to uwierzyć, nie tylko da się bez nich żyć, lecz o zgrozo przeważająca część populacji homo sapiens właśnie tak czyni, nie tylko nie zawracając sobie głowy spędzającymi sen z audiofilskich powiek problemami, co wręcz nie mając nawet świadomości istnienia takowych. Mniejsza jednak o to, bo kluczowy jest jedynie „luksusowy” obszar w jakim będziemy się poruszać i w którym to cenę winduje znane nazwisko, szlachetne materiały, wyrafinowana/kontrowersyjna forma, unikalność/oryginalność/złożoność/prostota (niepotrzebne skreślić) konstrukcji i oczywiście popyt. Jak łatwo się domyślić kombinacja powyższych składowych jest całkowicie dowolna a życie nauczyło nas, że czasem zarówno bez którejkolwiek z powyższych da się osiągnąć sukces, jak i spełniając wszystkie kryteria ponieść sromotną porażkę. Ja jednak nie o tym, gdyż i tak finalnie sprawą kluczową jest to, czy ktoś za to, co stworzyliśmy będzie skłonny stosowną kwotę wyasygnować. Jeśli tak, problem z głowy. Jeśli jednak nie, to zaczynają się schody, szukanie winnych i analiza gdzie popełniliśmy błąd. Załóżmy jednak, że biznes się „spina”, grono zadowolonych nabywców rośnie i teoretycznie wszystko byłoby OK, gdyby nie pojawienie się nienależących do naszego „targetu” sceptyków, którzy dziwnym zbiegiem okoliczności postanowili autorytatywnie stwierdzić, iż to co znalazło się w naszym portfolio jest zdecydowanie za drogie. I zupełnie nieistotne, czy dla nich, czy generalnie. Znaczy się po prostu za drogie i już. Absurd, bądź lokalna anomalia ograniczona li tylko do branży audio? Niekoniecznie. Wystarczy bowiem zerknąć do „sieci”, by przekonać się, iż z racji zbliżającego się tłustego czwartku dyżurnym tematem powoli stają się pozornie mało absorbujące uwagę i trudne do jednoznacznie ekskluzywnej kwalifikacji … pączki. Tak, tak – pączki, a dokładnie ich ceny, które w zależności od renomy wytwórcy bez większych oporów przekraczają pułap 20 PLN za sztukę. Słychać oburzone głosy, że to „rozbój w biały dzień” (w 2023r. wg. Wiadomości spożywczych (dostęp 24/01/2024) marketowe kosztowały 0,29 – 3,99 PLN), sprawa wymagająca co najmniej interwencji UOKiK-u, czy też mówiąc wprost „dojenie naiwnych”. Sęk jednak w tym, że chętnych nie brakuje a lwia część konsumentów niespecjalnie czuje się wyd … znaczy się nabita w butelkę, otwarcie przyznając, iż wolą mniej a lepiej, co też oznacza, że relacja jakość/cena jest dla nich wysoce satysfakcjonująca, niespecjalnie czując chęć wnikania w detale – jednostkowe ceny, czy też pochodzenie ingrediencji składających się na zaklętą w kulistej bryle bombę kaloryczną. Dlatego też zamiast niepotrzebnie się nakręcać sugeruję zachować zdrowy rozsądek i pogodny dystans do otaczającej nas rzeczywistości nie zaprzątając sobie głowy tym na co wpływu nie mamy a dokonując własnych i co najważniejsze nieprzymuszonych wyborów kierować się własnymi zmysłami mierząc siły na zamiary. Jeśli zatem możemy na coś sobie pozwolić i owo „coś” spełnia pokładane w nim nadzieje i oczekiwania, to raczej nie ma się nad czym dłużej zastanawiać.
Życie jest bowiem zdecydowanie za krótkie i nieprzewidywalne, by cokolwiek odkładać na później, bo tego później może albo nie być, albo może być dalece odbiegające od naszych pobożnych życzeń. A jeśli w tym momencie zastanawiacie się Państwo jakiż cel ma powyższy, zaskakująco sążnisty wstępniak, to spieszę z wyjaśnieniem, iż jest to nic innego jak tylko podkład pod budzący niezrozumiałe emocje, podobnie jak wspomniane pączki, temat dzisiejszego spotkania, czyli okablowania zasilającego, którego reprezentantem jest nie kto inny, jak pochodzący z Danii a dostarczony przez stołeczny Audiotite srebrzysty ZenSati Cherub Power.
Jak już zdążyłem napomknąć ZenSati Cherub Power jest srebrny, połyskliwy i przynajmniej pod względem wartości postrzeganej niewiele ustępuje swemu nieco szlachetniej urodzonemu rodzeństwu z serii Seraphim. Pod względem ergonomii, pomimo całkiem słusznej średnicy, przewód jest nad wyraz wdzięczny do układania i zaginania a ponadto zaskakująco … lekki.
Jeśli zaś chodzi o technikalia, to o ile poprzednio jeszcze co nieco udało nam się wygrzebać, to tym razem informacji mamy jak na lekarstwo. Chyba tylko na otarcie łez i zamknięcie ust największym krzykaczom producent raczył był niezobowiązująco wspomnieć, iż użył przewodników ze srebrzonej miedzi i … to by było na tyle. Ani słowa o budowie, geometrii i średnicach/przekrojach przewodników, ekranowaniu, etc. Jedno wielkie nic. Wnikliwe oko dostrzeże jednak na wtykach logo Furutecha, więc przynajmniej wiadomo kto dostarcza „wsady” do własnym sumptem wykonywanych korpusów.
Nie mając zatem żadnego punktu zaczepienia pozwalającego jeszcze przed odsłuchem z większą, lub mniejszą trafnością wytypować preferowane przez naszego gościa miejsce w systemie do testu podszedłem praktycznie bez żadnych oczekiwań. Powiem nawet więcej – cenę sprawdziłem dosłownie tuż przed publikacją, więc przez blisko dwa tygodnie zabawy nawet nie próbowałem patrzeć na jego poczynania poprzez pryzmat, jak się miało okazać wcale niebagatelnej – oscylującej w okolicach 50 kPLN, kwoty. Niemniej jednak czy to w roli życiodajnej arterii dla lampowego źródła (Ayon CD-35 Preamp + Signature), czy 300W integry (Vitus Audio RI-101 MkII) duński przewód sprawdzał się wprost wybornie wtapiając się w system i znikając z toru niczym doświadczony snajper Jægerkorpset (duńska jednostka specjalna) wśród leśnego poszycia. Oferował bowiem to, co w danym momencie było potrzebne i konieczne w reprodukcji konkretnego materiału nie tylko nie narzucając swojej sygnatury i charakteru, co jedynie dbając o nieskrępowany przepływ życiodajnego prądu. A ten okazał się krytyczny przy brutalnym a zarazem onieśmielająco złożonym i wieloplanowym „Χ Ξ Σ’ -The Seven Seals of the Apocalypse-(Revelation 5:7)” Sakisa Tolisa, gdzie oprócz płynnie przechodzącego od czystego, głębokiego wokalu do groźnego growlu sprawcy całego zamieszania dochodziły jeszcze partie chóralne i instrumentalna apokalipsa dopełniająca dzieła zniszczenia utrzymanych w rytualno-etnicznej hellenistycznej estetyce utworów. Tutaj nie ma miejsca ani na potknięcia, ani na półśrodki. Jakiekolwiek odchudzenie i przedobrzenie z ofensywnością kończy się krwawieniem z oczu i uszu bardziej obfitym aniżeli przy Eboli a próby łagodzenia, czy też niewystarczająca energetyczność dramatyczną utratą czytelności, spadkiem motoryki i transformacją dalszych planów w monolityczny odlew, w którym rozróżnić poszczególnych partii nie sposób. A Cherub tylko sobie znanym sposobem był w stanie nad tym całym pozornie niezbornie kakofonicznym rozgardiaszem nie tylko zapanować, co nadać mu zaskakująco logiczną i uporządkowaną formę. Zamiast jednak focusować się na stricte matematycznej precyzji, czy też laboratoryjnej sterylności udało się mu, przewodowi znaczy się, oddać natywną spontaniczność oraz iście atawistyczną mroczną agresję nagrań. Bas dorównywał punktualnością japońskim kolejom lecz już już jego konsystencja zależała od tego czy akurat z atomową siłą odzywała się stopa, czy też do głosu dochodziła kanonada blastów, czyli potrafił być w jednej chwili mięsisty i krągły, by za moment pokazać swe chrupkie i twarde oblicze.
Na zdecydowanie bardziej cywilizowanym repertuarze, za jaki pozwolę sobie uznać folkowo-coldwave’owy „One – In the Dark” TVINNA do głosu dochodziły jeszcze takie niuanse jak fenomenalne różnicowanie naturalnego – akustycznego instrumentarium i elektroniczno-syntetycznych wypełniaczy, oraz wciągająca bardziej aniżeli chodzenie po bagnach głębia sceny. Jeśli dodamy do tego trójwymiarowość zawieszonych w przestrzeni wokalnych polifonii i stronienie od przaśnych „skoczności” kompozycji jasnym jest, że powyższe wydawnictwo za każdym razem grało od pierwszej do ostatniej nuty. Co istotne wiernie zostało oddane „oblanie” elektroniką fizycznych instrumentów zamiast prób przemycenia ordynarnej wklejki przypominającej nieudolne zabawy w Photoshopie, więc nie było efektu „rozwarstwienia” a jedynie uszy pieściła kojąca koherencja i homogeniczność. Co do średnicy i góry pasma to ZenSati stawiał na komunikatywność, bezpośredniość i orzeźwiającą, krystaliczną czystość. Tylko żeby była jasność, nie oznaczało to jakiegokolwiek, nawet śladowego ochłodzenia, czy też wyostrzenia a jedynie oddanie pełni witalności drzemiącej w usytuowanej na szczycie częstotliwościowej skali dźwięków. Bez ich (nad)interpretacji, dosładzania, czy też zaokrąglania. Dlatego warto mieć świadomość, że Cherub niczego nie zamaskuje i nie poprawi tak jeśli chodzi o reprodukowany repertuar, jak i sam system w którym przyjdzie mu egzystować. On jedynie odda charakter i potencjał spiętej nim elektroniki, więc zanim po niego się sięgnie warto choć przez chwilę zastanowić się, czy rzeczywiście na taką dawkę prawdy jesteśmy gotowi.
Nie da się ukryć, że ZenSati Cherub Power to przewód z jednej strony niezwykle wdzięczny tak pod względem ergonomii, jak i brzmienia, bo ani nic dla siebie nie zachowuje, jak i nic od siebie nie dodaje, lecz z drugiej równie bezkompromisowy, gdyż nie czuje się w obowiązku czegokolwiek maskować i poprawiać. Jeśli jednak zależy Państwu na uwolnieniu dynamicznego potencjału drzemiącego w Waszych systemach bez majstrowania przy ich równowadze tonalnej i generalnie natywnym charakterze, to kontakt z duńską sieciówką może okazać się biletem w jedną stronę.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem święcie przekonany, że nawet początkujący melomani zdają sobie sprawę z faktu bardzo mocnego udziału Duńczyków w tworzeniu światowego segmentu gospodarki związanego z domowym audio. Od kolumn, przez elektronikę, po okablowanie jak kraj długi i szeroki Skandynawowie od lat kultywują działalność w tworzeniu konstrukcji, na ile to możliwe, pozwalających nam jak najbardziej zbliżyć się do sedna emocji zawartych w muzyce. Jak pewnie się domyślacie i co naturalnie można zweryfikować przy pomocy naszej wyszukiwarki, kilka starć z konstrukcjami stamtąd mieliśmy okazję zaliczyć. Czy to kolumny Dynaudio Consequence, tudzież Confidence 60, czy elektronika spod znaku Gato Audio, za każdym razem były to fajne przygody. Naturalnie Dania stoi również okablowaniem, którego za sprawą tytułowej high-endowej marki Zensati i jej modelu Seraphim mieliśmy niedawno okazję posmakować. A, że smakowały wybornie, po szybkich konsultacjach z dystrybutorem w poczuciu pewnego rodzaju obowiązku w stosunku do Was postanowiliśmy kontynuować testowy research oferty tego brandu. Co tym razem trafiło na tapet? Z jednej strony patrząc na poprzednie spotkanie temat jest skromniejszy, jednak zapewniam, iż równie ciekawy. Chodzi o dystrybuowany przez warszawski Audiotite kabel sieciowy Zensati Cherub. W hierarchii stojący oczko bliżej od Seraphim-a, ale cóż z tego, gdy swoim brzmieniem potrafił zaczarować nawet tak wymagające zestawy, jak nasze redakcyjne zbieraniny.
Gdy przyszedł czas na informacje o budowie i technikaliach naszego bohatera, podobnie do modelu Seraphim wiemy naprawdę niewiele. Tylko tyle, że w kwestii przewodnika mamy wysokiej czystości miedzią pokrytą czystym srebrem. Tak przygotowany przebieg każdego sygnału z zastosowanymi wtykami łączony jest nie na bazie lutowania, tylko cały czas udoskonalaną autorską techniką bezpośredniego zaciskania zapewniającą zamknięte punkty połączeń. Każdy produkt wykonywany jest ręcznie i finalnie otulany świetnie prezentującą się wizualnie srebrzysta plecionką.
Nie będę się specjalnie rozwodził. tylko już na starcie powiem, iż sygnatura brzmienia Cheruba jest bardzo zbliżona do Seraphim-a. Co to oznacza? Otóż w głównej mierze różni je podejście do wyrażania ekspresji muzyki. Nadal przekaz jest pełen energii, a przy tym dobrze kontrolowany, plastyczny, jednak z pełną paletą informacji, ale nasz bohater na tle starszego brata w oddaniu ofensywności każdego niuansu jest minimalnie wycofany. To źle? Nic z tych rzeczy, bowiem opisujemy cechy kabla z niższej serii na tle oferty z wyższej półki, dlatego wygłoszona opinia wygląda tak niefortunnie i jest po trosze krzywdząca. Co mam na myśli pisząc o krzywdzie? Otóż owe „wycofanie” w znakomitej większości przypadków może być odbierane jako bardzo pożądana cecha pozytywna. Chodzi mianowicie o to, że zachowanie Cheruba na tle poprzednika odbierałem jako dobrze rozumianą kulturę grania. Bez dodatkowego świecenia w górnych rejestrach, wzmacniania poczucia generowanego przez system drive’u i ogólnego podkręcania energii całości wydarzenia scenicznego, co notabene Serphim robił znakomicie, jednak zawsze chciał być tym najlepszym. Tymczasem oferowany w dobrym tego słowa znaczeniu spokój i fajna równowaga emocjonalna przekazu Cheruba powodowały, że każdy rodzaj muzyki, nawet ten podkręcony jakościowo i z przeciwległego bieguna spaprany przez masteringowców grały bardzo dobrze. Bez zbędnych fajerwerków, tylko z dbałością o odpowiednie oddanie ducha każdego numeru. Dzięki temu formacje rockowe z Metallicą oraz AC/DC na czele oraz samplery oficyny Stockfisch Record nie oferowały męczącej nadpobudliwości. I żeby nie było, w obydwu przypadkach mówię o tym samym, gdyż pomijając jazgotliwą marność produkcji metalowych kawałków wspomniane wydawnictwo płytowe w imię rozumianej jedynie przez nich poprawy rozmachu prezentacji dość mocno, a przez to nierzadko boleśnie lansuje nadmierną wyrazistość górnych rejestrów i wyższej średnicy swoich produktów płytowych. A gdy tak podane artefakty wzmocnimy dodatkowym pakietem witalności, może skończyć się to tak zwanym pękaniem szkliwa na zębach. Dlatego Cherub mimo zajmowania niższego szczebelka na drabince jakościowej marki Zensati wydaje się być bardziej uniwersalnym kablem od złotego rodzeństwa. To oczywiście nie będzie regułą, gdyż wiadomym jest, że co system, to inne potrzeby, inna reakcja na ten sam kabelek i dodatkowo inne widzi mi się słuchacza, ale opisany umiar w dawkowaniu wyrazistości to cecha pokazująca jego brzmieniową dojrzałość. Dojrzałość polegającą na pokazaniu odpowiedniego pulsu oraz różnorodność energii generowanej przez każde źródło pozorne, a nie sztucznym podkręcaniu timingu i ofensywności projekcji. To brzmieniowo bardzo równy kabel i to jest jego największa zaleta.
W jakim środowisku sprzętowym ulokowałbym naszego bohatera? Powiem tak. Jak wspominałem, to bardzo równy, a przez to uniwersalny kabel. Cechuje go dobra kontrola niskich rejestrów, mocne osadzenie w masie i otwarta, acz stroniąca od nadinterpretacji góra pasma, co sprawia, że ewentualna porażka jest możliwa jedynie w przypadku wpięcia go w bardzo źle skonfigurowany od strony wagi dźwięku system. Owszem, mogą zdarzyć się inne nie do końca udane podejścia konfiguracyjne, ale będzie to jedynie efekt rozmijania się oczekiwań słuchacza na poziomie niuansów, a nie słabego występu jako takiego. Dlatego jeśli poszukujecie czegoś odpowiednio esencjonalnego i do tego nie tracącego na szybkości narastania sygnału muzycznego, Cherub powinien znaleźć się na Waszej liście potencjalnych prób na żywym organizmie. Jest tego wart.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Cena: 46 790 PLN / 1m; 51 690 PLN / 1,5m; 56 590 PLN / 2m
Opinion 1
When somebody is looking at the audio market a bit closer than just glancing over it, he or she is probably well aware that besides big corporations, or holdings, having a big portfolio of sometimes very different brands, there is a wealth of smaller companies, manufactures. Those are either typical, classical partnership companies, where a few people come together to form it, or family businesses. And it quite often happens, that the younger generation becomes interested in the business and tries their own skills under their own brand. That was the case with Alexander Vitus Morgensen, who did create the lifestyle brand Alluxity, but finally merged back with Vitus, the company of his father, and this has also happened with another Alexander, Bladelius (son of Mike), who decided to found his company AB-Tech and try and find his spot in the audiophile market. And while in the case of the Danes we deal with two brands operating in the same segment, electronics, with the Swedes, the senior concentrates mainly on amplifiers, while the junior decided to enter the cabling and accessories part of the market. And it is his, currently quite modest portfolio, which has only three products listed, we have taken something to test – the very intriguing Ethernet Isolator, which was kindly supplied us by the Wrocław based Audio Atelier. So please be invited to read its review.
When you look at the unboxing, or the gallery for this review, you probably noticed that the cable itself is quite sturdy, and its build quality seems to be quite resilient against any transport issues. However due to either extraordinary care, or just trying to anticipate the worst, the products is supplied to its buyers in an armored Peli chest, padded with foam, similar to how Kimber cables are packaged. If that would not be enough, the REN is accompanied by a note, confirming the correctness of your choice, a cleaning cloth and solution for impregnating and cleaning (protect from oxidizing) of the decorative and functional (the company logo is engraved on it) aluminum block integrated with the cable.
Although the description of the tested cable can be a little confusing, we are dealing here with an Ethernet Cat8 cable with a filter mounted on it. As you can probably guess, the filter part is inside the non-magnetic aluminum block. Inside you have the galvanic isolation of the signal and mass, and the isolator is placed inside an anti-vibration material. The effectiveness of this isolation is presented by the manufacturer using appropriate charts.

The cable itself is made from twisted pairs of copper conductors, each shielded with PETP aluminum foil, and the four pairs are surrounded by thermoplastic material and a black sheath, further reducing noise. The whole is amended by appropriately refined plugs (Telegartner?) with cast casings. In general we deal here with a cable equipped with a “do good” box on it, what is not uncommon in the audiophile world, as such products, not only in the Ethernet world, but also used for other connections are for example the Synergistic Research Galileo SX, SOtM (dCBL-CAT7), the Polish Audiomica (Arago Excellence, Artoc Ultra Reference, Anort Consequence). And while with the Audiomica the filters are optional, in the REN, similar to the Synergistic and SOtM dCBL-CAT7, this element is obligatory.
Before we move to the part about sound, let me allow myself a digression. The inclusion of the REN in my system did also have some visual implications. No, I do not mean that its stiffness or other anomalies, which it did not have by the way, being a very nicely bendable and arrangeable, so I was able to put it behind my system as planned, but every time I plugged it in my Silent Angel Bonn N8 switch, the LED informing about the connection changed its color. Instead of the soothing green indicating a 1000Mbps link, the AB-Tech cable lowered the speed to 100Mbps, what changed the indication color to amber-orange. And it was not a one-off occurrence, but a constant characteristic of the Swedish cable as it happened with all ports and many different devices, like the transport Lumïn U2 Mini, the streamer Lumïn T3, the all-in-one Auralic Vega G2.2 Sile and with the multichannel receiver Denon AVR-S770H. So I assume that this is how it works, especially as Jacek noticed a similar behavior in his system. The manufacturer mentions in the company materials, that connection using this cable can be established much slower than usual, up to one minute, due to the isolation module implementation, but he does not mention anything about any limitation to transfer speed or incompatibility with the 1Gb standard. But there is no reason to get upset, as one of the best (if not the best) switches available on the market, the Innuos PhoenixNet offers only 100Mbit data transfer, and it does not harm it at all, as it sound perfectly. But from chronicling duty I need to mention this for you to be aware.
In terms of sound, the AB-Tech REN represents a well done combination of resolution with a truly analog smoothness, with a touch of darkening, at which is resembles a combination of the characteristic of Next Level Tech NxLT Lan Flame with the Fidata HFLC. It maybe is not as energetic as the Synergistic Research Galileo SX, or so juicy as the David Laboga Custom Audio Ruby, so in the end its presence in the system should maybe not be regarded as cosmetic, but more like a final evolutionary/fine-tuning touch, rather than a revolution. After plugging in the REN not only coherence of the sound improved, but also its communicativeness. But instead of a syrupy stickiness we have a complete musical spectacle, being a coherent whole in global terms, with a natural ability to immerse yourself in the recording, where palpability is not only available for the frontmen, but covers the whole ensembles. Here a quite important remark, this insight into the recording does not mean, that the further planes are brought forward, but about keeping their full resolution, so the back stage musicians do not need come forward to grab our attention, but we are seeing and hearing further. And this depth is making an incredible impression. I would even claim that this depth is the defining measure for the space showing abilities of this cable, at the same time not accusing the width of the stage of anything in the process. The sounds are existing in most cases behind the line of the speakers, they are not trying to jump forward and get on the knees of the listeners. Only when the mastering engineer decides to play around with phase they move around the room, to sometimes appear behind our back.
Fortunately the constructor did not forget about the third dimension, so also height of appearance of individual vocals and instruments is quite similar to reality, so you can clearly see and hear, that the chorus on “Missa Criolla” Ariel Ramirez are not only standing in a half-circle, but also at different heights. Is this obvious? As practice and experience tells, not always. And if we add to that the ability to almost holographically precisely position the vocalist (the late Mercedes Sosa) then we can talk about being fully happy. A similar progress came with playing “S&M” by Metallica, where the dynamic potential of this metal band, supported by a symphonic orchestra, was reproduced with appropriate oomph and impetus, but where we also did not have any issues in precisely pointing to the individual musicians. In addition you could feel, that this musical project was not a glued together event, where the San Francisco Symphony Orchestra would play their own part and Metallica separately theirs. No, the Swedish cable not only contained, but even underlined the synergy on the stage. And here another remark. While the REN emphasizes the coherence and harmony of the sound, this does not mean, that it averages or mindlessly smoothens the reproduced music. It is enough to reach for “Kvitravn – First Flight of the White Raven” by Warduna, to hear with your own ears, that the native harshness and rawness of the source material did not lose anything from its nature.
Like I mentioned earlier, the AB-Tech REN is such a neutral cable, that it can find its place in systems of lovers of all kind of extremes, as well as those who prefer the land of mildness. In both cases it will not destroy anything from the ideas the creators put in their work, it will only homogenize the sound a bit and will introduce some nobleness, so nice to our ears. This is why it needs to be looked at as a kind of evolution of your system, and the filtration offered by it should be treated as a nice bonus, and substitute for what audiophile switches can do for systems based on streaming and plating from files.
Marcin Olszewski
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Network player: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference
– Speaker cables: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Ethernet cables: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT
Opinion 2
I am quite confident that going against conspiracy theories of all kinds of audio-voodoo chasers, all music lovers interested in getting the best sound from their systems know, that and Ethernet cable can have an influence on the final sound of the device using it. And if so, it is just natural, that there is a vast offering of such cables is available on the market. The individual solutions use different materials for the conductors, for their isolation, used connecting accessories or, like in the case of the tested cable, different proprietary filters. What is the purpose of that? As usual, to be able to satisfy different tastes and needs of the used setups, there is a plethora of different sound signatures to choose from. How does it look like in reality, you can check in our reviews of the Polish Next Level Tech NxLT Lan Flame or Synergistic Research Galileo SX Ethernet. This is why I will not spend too much time in the introductory chapter and will invite you to have a look at another product from this kind of cabling in the form of the Swedish AB-Tech REN cable, with a filtering section, kindly supplied to us by the Wroclaw based Audio Atelier.
Putting a few sentences together regarding the construction of the REN I need to mention, that the cable fulfills the criteria for Cat8 and is made from copper braid. Its setup bases on ideas from military and medical products, aimed at minimizing noise in the signal. Each twisted pair is surrounded by FETP aluminum foil. Such signal wires are then placed in thermoplastic material and then in a noise reducing tube and finally in a nicely looking, black sheath. The connectors are a proprietary design based on a pressure cast and equipped with high quality latches. Filtering is hidden in a rectangular, aluminum box placed in the middle of the cable, and its main part is full galvanic separation for the signal and mass. The cable is supplied to the customers in a sturdy, padded, plastic chest.
I will not beat around the bush and confess in the very beginning, that each kind of cleaning or conditioning of the signal – and it does not matter if is the audio signal or power – makes me uneasy. It usually comes at the expense of some loss of energy, ease and shine, if some data is removed together with the litter. In some cases this can be helpful – in systems which are hyperactive – but let us not fool ourselves, this is like curing one sickness with another. Unless this side effect is truly symbolic, even in systems so refined as mine it does not become a problem, but becomes an allowable change of the priorities of the sound reproduction. And that was the case with the tested AB-Tech cable. Immediately after plugging it in I caught it on a minimal interference with the shine of the sound, but to my positive surprise, on the other pole, the energy jumped up, as if we would turn the volume knob up. Initially I thought that I am trying to explain the tested cable with those changes in impulse strength, but it turned out, that the effect I heard is consistent, and was confirmed with subsequent switches. It was quite evident, as the positive changes were audible, despite slight attenuation of the overall signal. The latter change is probably the result of the filter, separating galvanically the signal and ground, but it did not matter, because the music was still full of life, just slightly differently shining. And I was listening music beginning with heavy metal from self-titled Black Sabbath to songs to Sybilla interpreted by the late wife of Jordi Saval Montserat Figueras “El Cant De La Sybil-La”. Completely different climates, which would seem to require different approaches during changes in the stereo setup, and yet both rock and sacred music gained with the implementation of the REN in the sound path. In the first case all the instruments gained body, and with that became much more palpable, in the second case, the cable brilliantly amplified the expressiveness of the mystical phrases, often sung by the artist at full lung capacity and reaching the ceiling of the monastery. Two worlds and two successes. How is this at all possible? In my opinion the key to that is the increase of energy, full of information, which, even in the moment of slight softening of the upper registers, nicely enhanced the most important aspects of the reproduced music increasing the plasticity of the sound. This was so competently handled, that after a dozen minutes, the described nuance in the treble became marginal. And you should know, that my electronics is nothing to fool around, so this was a positive surprise.
Will the tested cable do a good job in each and every setup? It will probably not be able to satisfy hundred percent of them, because there are many different setups in the wild, some really overheated. But if there is one, which does not cross over the threshold of good taste, then you should try the AB-Tech REN, as it does not make the sound heavy with an undefined, rounded mass, but just feeds us with a well-defined, dense impulse. This gives us a big chance that it will be a good match for years to come. Yes, for years, as it is really a nicely sounding cable.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Essence MC
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder Studer A80
Distributor: Audio Atelier
Manufacturer: AB-Tech
Price: 1 100€ / 0,5-2m; 1 400€ / 2,5 – 4m
Po prostu największe i najlepsze kolumny w 50-letniej historii marki – Canton Reference GS Edition właśnie do nas wjechały …
cdn. …
Opinia 1
Zdążyliśmy się przyzwyczaić, że każda marka widząc sukces produktu ze swojego portfolio po latach owocnych żniw często chce oznajmić światu pewnego rodzaju wyjątkowość. Czasem pretekstem jest rocznica działalności, innym razem jubileusz trwania na rynku konkretnego modelu, a jeszcze innym wyciśnięcie z pierwowzoru tak zwanych ostatnich soków, czyli powołanie do życia wersji limitowanej. Każde z tych działań w teorii oznacza progres jakości oferowanego brzmienia, co z automatu z jednej strony pozwala pokazać potencjalnym nowym klientom posiadane kompetencje, a z drugiej przeskoczyć o oczko wyżej posiadaczom modelu podstawowego. Ale czy zawsze gra jest warta świeczki? I tutaj dochodzimy do clou tematu, czyli relacji z procesu weryfikacji ostatniego z trzech przywołanych przypadków, czyli usprawiedliwienia pojawienia się wersji limitowanej. Przypadku tym bardziej ciekawego, że zwykły model tytułowych kolumn – S7T jakiś czas temu mieliśmy okazję poznać we własnym systemie. Grał z rozmachem, swobodą, ale również dbał o dobre osadzenie muzyki w masie. Czy można było coś poprawić? A jeśli tak, to w którą stronę podryfowała estetyka dźwięku? Tego dowiecie się z poniższej opowieści o dostarczonej przez białostockie Rafko limitowanej wersji amerykańskich kolumn Perlisten S7T LE.
Czym różnią się tak zwane limitki od modelu podstawowego? Niestety oprócz zastosowania bardziej strojnego, bo wykończonego w złocie i nieco innym wyglądzie zacisków zestawu terminali przyłączeniowych na tylnym panelu, umieszczenia nad nim złotej tabliczki informującej o wyjątkowości wersji oraz nieco inaczej wyglądających antywibracyjnych stóp stabilizujących dość wysokie konstrukcje reszta jest bliźniacza. Ponadto zmiany dotknęły również zwrotnicę i przetworniki niskotonowe, dlatego nieco przybliżając bohaterki naszego spotkania wspomnę o podstawowej aparycji i technikaliach. Perlisteny to osiągające prawie 130 cm wysokości podłogówki. Ich skrzynki na bokach są przyjemnie obłe, wykonane w połyskującej czerni, w celach odpowiedniej propagacji fal dźwiękowych lekko pochylone do tyłu i finalnie posadowione na czterech zwiększających rozstaw punktów podparcia wąskich i wysokich skrzynek, wyposażonych w regulowane stopy łapach. Zastosowany na panelu frontowym bogaty zestaw przetworników opiewa na aż trzy wysokotonówki – środkowa została umieszczona w poziomo zorientowanym falowodzie, a dwie pozostałe tuż pod i nad nią, oraz cztery woofery. Dla uzyskania odpowiednej jakości dolnych rejestrów wspomniane niskotonowce strojone są umieszczonym w dolnej części, skrytym pod bocznymi kratkami bass-refleksem. Taka kompilacja przetworników sprawia, że kolumny nie tylko potrafią zaskoczyć swobodą prezentacji, ale również energią dźwięku. Jak wynika z opisu, mamy do czynienia nie tylko z ładnymi, ale również w pewien sposób drwiącymi sobie z ograniczaniem kosztów produkcji czterodrożnymi konstrukcjami o skuteczności 92 dB, które w moim mniemaniu potrafią wpisać się wizualnie w dosłownie każdą estetykę potencjalnego wnętrza.
Jak dźwiękowo ugościły mnie rzeczone amerykanki? Po pierwsze na tle poprzedniczek ciekawie przyspieszyły. Zaś po drugie zagrały z większą swobodą kreowania ogromnej wirtualnej sceny. To naturalnie odbiło się poczuciem delikatnego zmniejszenia esencjonalności dźwięku, ale nie był to jakiś fałszywy ruch konstruktorów, tylko typowy feedback działań na polu wzmocnienia szybkości narastania sygnału i oczekiwanego od limitowanej wersji rozmachu prezentacji. Jednak z drugiej strony nie dość, że pełnej kontroli poddał się najniższy zakres, to wespół ze środkiem pasma oferował znacznie większą ilość informacji. Jednym słowem, producent tchnął w opiniowany model dodatkową szczyptę sonicznej witalności. To dobrze? Naturalnie, gdyż tak naprawdę system potrafił lepiej zagrać każdy rodzaj muzyki. Owszem, z pełnym pakietem realizacyjnym, ale jak się chce prawdy o danym krążku, nie ma zmiłuj, rock brzmi jak prawdziwy rock, a jazz, czy wszelkiego rodzaju muzyka barokowa w pełni wyrafinowania. Co to oznacza? Kto lubi najbardziej znaną gitarową solówkę zespołu Led Zeppelin, ręka do góry? Otóż teraz znacznie mocniej od występów z podstawowym modelem S7T pokazała, że jest pełna ekspresji, przenikliwości i drive’u. Przecinała powietrze pomiędzy kolumnami wprost proporcjonalnie do realizacji. Z płyty kompaktowej na poziomie jazdy bez trzymanki, a z taśmy na Studerze A80 z nieco większym pakietem plastyki i krągłości. Jednak co najważniejsze, w obydwu przypadkach szybko i melodyjnie, a nie jazgotliwie. Z drugiej strony barykady natomiast zjawiskowym aspektem okazała się drobiazgowość w pokazywaniu rysunku i miejsca źródeł pozornych na wręcz gigantycznej wirtualnej scenie. Przy zachowaniu dobrej wagi każdego z nich system rysował je z dobrze odbieraną dokładnością każdego szczegółu zwiększającą namacalność. Każde pociągnięcie smykiem po strunie przez Adama Bałdycha na płycie „Sacrum Profanum”, czy uderzenie w wielki bęben w utworze otwarcia było pokazane z chirurgiczną precyzją, jednak dzięki braku skrępowania w oddawaniu przez system długości zawieszana dźwięku w eterze trwały i trwały, a przy okazji pokazywały najdrobniejsze odcienie swojego bytu. Nie inaczej było z barokową wokalizą w kubaturach kościelnych. Chodzi oczywiście o wypełnianie klasztorów pełnymi ekspresji wokalnymi frazami raz solowymi, innym razem chóralnymi i instrumentalnymi. To był wizualny majstersztyk. Dlatego bazując na przywołanych płytach jestem zdania, że pisywany test był bardzo ciekawym doznaniem, gdyż mimo bardzo wyrazistego podania każdego materiału, nie robił niczego, co miałoby przekłamać lub szkodliwie przerysować obraz. Wszystko odbywało się w blasku fleszy, a mimo to nie było agresywne. Jakim sposobem tak swobodnie prezentujące muzykę kolumny unikały niechcianej agresji, nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że dłuższe obcowanie z tego rodzaju podaniem świata zapisów nutowych może być narkotyzujące. Nagle po przejściu na inny system wydaje się, jakby ktoś przed wirtualną sceną zwiesił delikatną woalkę. Niby nieszkodzącą ogólnemu odbiorowi, ale wcześniejszy jej brak przez kilka chwil mamy cały czas w głowie. Czy wszyscy na dłuższą metę są na to przygotowani, to inny temat. Jednak chciałbym, aby z mojego opisu jasno wynikało, że to, co potrafią wykreować w pomieszczeniu S7T LE, nie przekracza linii dobrego smaku nawet dla wielbicieli mocnego nasycenia. A dodatkowo jest na tyle uniwersalne, że prosta zmiana okablowania potrafi punktowo zmienić ostateczny wynik w stronę większej plastyki, jednak nadal bez szkód dla rozmachu prezentacji.
Czy tytułowe czarne panny poleciłbym każdemu? Otóż osobnikom lubiącym brak skrępowania w wypełnianiu pokoju odsłuchowego oraz stawiającym na szybkość reakcji kolumn na zadany materiał jak najbardziej. To koniec? Nic z tych rzeczy. Wszyscy inni również powinni ich posmakować. To jest bardzo nowoczesne granie, ale jak wynika z powyższego testu w granicach rozsądku i dodatkowo dające się nieco formować stosowną konfiguracja sprzętową. I chciałbym zaznaczyć, że ta ostatnia uwaga w tym wszystkim jest chyba najważniejsza, gdyż w razie poszukiwań nasycenia podczas finalnego korygowania dźwięku kolokwialnie mówiąc mamy z czego oddać. A to wbrew pozorom często poszukiwana, w pewien sposób zwiększająca grupę docelową cecha.
Jacek Pazio
Opinia 2
Już po raz kolejny łapię się na refleksji, że świat audio rządzi się nieco innymi aniżeli reszta otaczającej nas rzeczywistości regułami. Niby większość napędzających go procesów jest zgodna z logiką i naturą, jednak sama dynamika zmian a tym samym cykle życia poszczególnych wytworów powoli zaczynają ulegać niepokojącemu skracaniu. I choć do takiego status quo powinien przyzwyczaić nas m.in. przedcovidowy kalendarz niemalże corocznego wietrzenia szaf największych wytwórców szeroko pojętej elektroniki użytkowej ze szczególnym uwzględnieniem segmentu kina domowego, to już na wyższych półkach panował zazwyczaj względny spokój. No właśnie, panował, czyli rozmawiamy o przeszłości, bowiem obecnie sprawy nieco się skomplikowały i pół żartem pół serio można by skonstatować, iż większość z wyrafinowanych miłośników najwyższej klasy dźwięku coraz częściej sięgając po portfel walczy z uwierającą dotychczas głównie populację komputerowych maniaków świadomością, że decydując się na dopiero co debiutującą nowość po powrocie do domu mogą zorientować się, że właśnie światło dzienne ujrzała jej wersja Mk2, SE, LE i Bóg jeden wie tylko jak oznaczona, by tylko przykuć uwagę potencjalnych nabywców i zwiększyć obroty. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie neguję postępu, udoskonalania i ewolucji, jednak mam pewne podejrzenia, że ktoś „na górze” uznał, że warto ich dynamikę nieco podkręcić. Skąd takie a nie inne wnioski? A stąd, iż zaledwie na wiosnę zeszłego roku mieliśmy okazję pochylić się nad wielce udanymi i pozostawiającymi po sobie wyłącznie dobre wspomnienia Perlistenach S7T, by już w listopadzie, podczas stołecznego Audio Video Show móc stanąć oko w oko z ich udoskonalonymi wersjami S7T-Limited Edition. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, czy to kolejny przejaw nerwicy natręctw, czy też potwierdzenie tezy jakoby lepsze było wrogiem dobrego nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was do lektury moich wynurzeń poświęconych właśnie ww. zaprojektowanym w USA a wyprodukowanym w … Chinach limitkom.
Już przy wypakowywaniu uwiecznionym w ramach sesji unboxingowej jasnym było, że niedaleko padło jabłko od jabłoni, lub jak kto woli przynajmniej pod względem aparycji Limited Edition od swych protoplastek różni na pierwszy rzut oka zaledwie kilka detali. Po pierwsze nadal operujemy w czerni, która i ile wcześniej była jedną z kilku wersji wykończenia to w ograniczonych do 50 par limitkach jest z tego co mi wiadomo jedyną dostępną opcją. Tym razem nie będę z tego powodu marudził, bowiem nie da się nie zauważyć ozdobnych a zarazem poprawiających sztywność obudów pokrytych carbonem bocznych paneli z HDF-u. Ponadto ich obecność pozwoliła na 8% zwiększenie pojemności obudów, co z kolei poprawiło warunki pracy sekcji niskotonowej.
Idźmy jednak dalej, czyli wróćmy na fronty, gdzie za oko łapie znany z poprzedniego spotkania autorski zestaw siedmiu przetworników. I tak, dwie pary odpowiedzialnych za bas i średnicę „kraciastych” osiemnastek przedziela firmowy falowód, którego korpus wykonano tym razem z wyfrezowanego 40mm bloku stopu aluminium 6061-T6, dzięki czemu pełni on rolę wspólnego radiatora dla całej trójki przetworników a tym samym ujednolicając temperatury ich indywidualnych radiatorów. A jest co chłodzić, gdyż podobnie jak w pierwowzorze mamy do czynienia z centralnie umieszczonym nadal niczym niezabezpieczonym 28mm berylowcem, który od góry i dołu wspiera para 28mm kopułek TexTreme TPCD. Należy w tym momencie również wspomnieć, iż może i ww. basowce wyglądają dokładnie tak samo, jak w „cywilnych” wersjach to w aktualnej inkarnacji otrzymały nowe cewki i układy magnetyczne umożliwiające zwiększenie wychyłu membran o 20%. Powyższy wzrost „wydajności” pociągnął za sobą oczywiście konieczność zmian chłodzenia cewek.
Rzut oka na zaplecze i … tam również widać potwierdzające ekskluzywność tytułowej odsłony detale. Tzn. terminale głośnikowe nadal są podwójne, masywne i gotowe na dowolną konfekcję, ale pojawiła się stosowna tabliczka potwierdzająca limitację.
Całość posadowiono na 20mm stalowym cokole o wadze 18kg, który uzbrojono w cztery stopy antywibracyjne opracowane przy współpracy z ekipą Isoacoustics.
Jak się z pewnością Państwo domyślacie modyfikacji poddano również trzewia. I tak w wersji LE wszystkie komponenty dobierane są z 1% tolerancją a kolumny parowane są z 0,5dB dokładnością. Niepokojące jest tylko to, że nie wiedzieć czemu początkowo część dostępnych wcześniej parametrów technicznych i to nie tylko tych dotyczących przebiegu impedancji, co tak prozaicznych jak gabaryty i waga w przypadku wersji LE została „utajniona”, więc jak się domyślacie Państwo, nie czułem się w obowiązku wokół tytułowych kolumn skakać z metrówka, bądź pakować ich na wagę uzupełniając to, czego sam producent nie raczył był podać. Całe szczęście tydzień ożywionej korespondencji na linii Warszawa – Białystok – Verona przyniósł jakieś wymierne rezultaty. Okazało się bowiem, że naszym bohaterkom nieco się przytyło (69,60 vs 55,7kg/szt.) i urosło (1338 x 364 x 500 vs 1295 x 240 x 400 mm).
I jeszcze jedno, czyli aspekt finansowy. O ile bowiem za standardowe wersje 7-ek chętny proszony jest o wyasygnowanie przy kasie w zależności od wybranego wykończenia „drobnych” 87 990 – 99 999PLN, o tyle chęć nabycia S7t-LE wiązać się będzie z koniecznością uszczuplenia domowego budżetu już o 139 990 PLN.
Nie będę ukrywał, że przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych dzisiejszych bohaterek, które de facto trafiły na rynek jakieś dwa lata od debiutu S7T, korciło mnie, by przewrotnie nie napisać iż robią dokładnie to, co swoje protoplastki, tylko mocniej, intensywniej, … lepiej(?). Problem w tym, że owe „lepiej” jest pojęciem względnym i każdy z nas ma jego własną, dostosowaną do indywidualnych gustów definicję. W dodatku również wzrost intensywności i zaangażowania z jaką Perlisteny wgryzają się w reprodukowany przez siebie materiał też nie dla wszystkich może oznaczać progres. W końcu skoro już standardowe wersje onieśmielały perfekcyjną liniowością, brakiem podbarwień i wprawiającą w zachwyt rozdzielczością to dalsza intensyfikacja ww. składowych w większości przypadków oznaczać będzie przekroczenie cienkiej czerwonej linii za którą owa rozdzielczość przeistacza się w niekoniecznie pożądaną i akceptowalną analityczność a co za tym idzie przesunięciem akcentu z koherencji na granulację, czyli z grania muzyki na rzecz reprodukcji poszczególnych dźwięków, bądź nawet rozbijania ich na atomy. Całe szczęście ekipie z Verony, dla niezorientowanych nie tej we Włoszech a położonej w Wirginii (USA), w jedynie znany sobie sposób udało się uniknąć powyższych zagrożeń, gdyż zamiast śrubować już i tak wyżyłowane aspekty jedynie nie tyle poprawiono co dopieszczono te, których dopieszczenie pozwoliło osiągnąć S7T-LE jeszcze wyższy poziom wyrafinowania. Ale zaraz, zaraz. Dopłacamy pięćdziesiąt kawałków i w zamian dostajemy li tylko kosmetyczne zmiany? Teoretycznie tak, jednak właśnie to jest istotą High-End-u, gdzie pozornie minimalny progres okupiony jest nader bolesnymi wydatkami, jeśli jednak owej poprawy zakosztujemy, to powrót do punktu wyjścia zazwyczaj nie wchodzi już w grę. I tak właśnie jest w przypadku S7T-LE, które na tle swych poprzedniczek mogą pochwalić się m.in. zauważalnie lepszym zejściem basu, który zachowując znaną z wcześniejszych występów perfekcyjna kontrolę i zróżnicowanie zapuszcza się jeszcze niżej, niebezpiecznie zbliżając się do tego, do czego przyzwyczaiły nas dyżurne Gaudery. Zachowuje przy tym pełen ładunek energetyczny, więc nie ma tu miejsca na jakiekolwiek spadki intensywności doznań, w czym Perlisteny śmiało mogą konkurować z … subwooferowym wsparciem, które po początkowym okresie błędów i wypaczeń powoli wkracza tak do świadomości konsumentów, jak i wysokiej klasy audiofilskich systemów. I jak się Państwo domyślacie nie chodzi tu o monotonne dudnienie zgodnie z zasadą „no bas, no fun”, lecz właśnie o zdolność oddania pełnej energetyczności przekazu nawet na iście infradźwiękowym poziomie. I nie ma znaczenia, czy na playliście lądował obfitujący w partie bębniarzy Kodo soundtrack „Hero”, okołojazzowy, podszyty syntetycznym basiszczem „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, czy też wywołujący stany lękowe u większości wystawców na audiofilskich spędach „Unity” Ganja White Night, za każdym razem dostawaliśmy najniższe składowe z najwyższej półki. Miało być chrupko – było, miało być lepko i obficie – proszę bardzo. Tak samo w z konturowością, czyli od iście laserowo cienkiej kreski po zamaszyste pociągnięcia wałkiem i z wybrzmieniami – od błyskawicznego pojawienia się i wygaszenia po nabierające rozpędu i z podobną nonszalancją kończące swój żywot. Krótko mówiąc palce lizać.
Jak jednak wiadomo nie samym basem człowiek żyje, więc i o reszcie pasma wypadałoby cokolwiek napisać. I tu wchodzimy na dość kruchy lód, gdyż skoro już wcześniej mieliśmy do czynienia z precyzją i złożonością godną najlepszych skeletonów (zegarków naręcznych z widocznymi mechanizmami), to tym razem śmiało możemy zawęzić ich pulę do ultra-precyzyjnych, obracających się w 3 płaszczyznach tourbillon-ów (ot chociażby Girard-Perregaux Minute Repeater Tri-Axial Tourbillon), gdzie precyzja i złożoność bynajmniej nie oznacza oszałamiania najdrobniejszymi detalami a jedynie zachowanie pełnej spójności przy jednoczesnej świadomości jej misternej budowy. Oczywiście pomimo całego wyrafinowania i górnopółkowości nagrań złych tak pod względem realizacyjnym, jak i wykonawczym lepiej zbyt często sobie nie aplikować, no chyba, że mamy iście masochistyczne ciągoty. Perlisteny bowiem niczego w nich nie tylko nie poprawią, co wyciągną na światło dzienne każde, nawet najmniejsze niedociągnięcie. Co istotne same owych błędów nie potępią i nie wyolbrzymią finalną ocenę pozostawiając odbiorcy, jednak po cóż się męczyć przy bublach skoro niemalże na wyciągnięcie ręki mamy bezlik nagrań podobnymi anomaliami nieskażonych. Śmiało można zatem uznać S&T-LE za ziszczenie nie tylko recenzenckich, co realizatorskich pragnień, czyli de facto bezwzględnie prawdomówne narzędzie pracy, które będąc niezwykle transparentnym elementem toru niejako z niego znikają pozostawiając nas sam na sam z odtwarzanym materiałem, z muzyką. A jeśli jest to coś na poziomie „Today Girls Don’t Cry” Beaty Przybytek to doświadczenie absolutu (m.in. odgłosy burzy otwierającej „Heavy Rain”) jest praktycznie gwarantowane.
Najwyższa pora na werdykt, czyli, czy Perlisten Audio wprowadzając raptem dwa lata po debiucie S7T ich limitowaną do 50par „poprawioną” a przy tym droższą o ok. 50kPLN wersję zrobił krok w dobra stronę, czy też jest to tylko sztuka dla sztuki i przejaw nerwicy natręctw. I tu odpowiedź jest … niejednoznaczna, gdyż w skali globalnej sprzedaż 50 par żadnej rewolucji nie zrobi, natomiast brzmieniowo progres jest zauważalny i przynajmniej moim zdaniem wart zainteresowania. Jednak z jednym małym „ale” – owe zainteresowanie powinni wykazać przede wszystkim Ci, którzy nad protoplastkami się zastanawiali, ich brzmienie im się podobało, ale jeszcze nie kliknęli „kup teraz”. A dla tych szczęśliwców, co już cieszą swe oczy i uszy „zwykłymi” 7-kami mam nieśmiałą sugestię, żeby dla świętego spokoju i własnego dobrego samopoczucia lepiej przy takim „status quo” pozostali.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Rafko
Producent: Perlisten Audio
Cena: 139 990 PLN
Dane techniczne:
Konstrukcja: 4-drożna, bass reflex
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 28mm kopułka berylowa;
– średnio-wysokotonowe: 2 x 28mm kopułka TexTreme TPCD
– średnio-niskotonowe: 2 x 180mm TexTreme TPCD
– niskotonowe: 2 x 180mm TexTreme TPCD
Skuteczność: 92.2dB / 2.83v / 1.0m
Wymiary (W x S x G): 1338 x 364 x 500mm
Waga: 69,60 kg
Opinion 1
Everybody who started the adventure with vinyl knows, that a phonostage is an indispensable element of the game. Without it, the signal from the cartridge, regardless if it is a MM or MC one, would be too low. And while it may look, that this topic is very simple and can be taken care of by purchasing any model, things are far more complicated. Why? Because this device is mostly responsible for what enters the rest of the system to be further amplified. If it will, colloquially speaking, massacre the delicate signal from the cartridge, then all those problems will only get amplified along the way and there is absolutely nothing we can do about it. We can try to mitigate some of the issues with the main system, but it will be something along the lines of treating the plague with cholera, what usually results in a spectacular, sonic antique tragedy, at least at the extreme High End levels. Of course in this game also other elements of the analog system play a role, like the deck, tonearm and cartridge, but in my perception, the phono preamplifier is the heart of it. How would I know? Of course from testing experience. Experience, that I waited for a long time, a few years at least, because when a unit of the model tested today came out of the production line, it immediately went to a potential buyer and never returned. And what device am I talking about today? This is of course revealed by the title of this test, but we are talking about a cult, at least amongst some, phonostage The Big Phono RCM, made by the Katowice specialist of everything analog and designed with costs being no constraints, which resulted in a two-box, large device.
And you can probably see from the very beginning, it is visible in the pictures, that costs were not spared while designing the device. Those are two rectangular boxes, made from solid aluminum using CNC and varnished black. They have a size of a solid integrated amplifier. And are very heavy. The power supply uses two 200W transformers, one for each channel, and weighs 30kg, while the main, solid state unit brings 20kg to the scale. The controls and connections are typical for this kind of product. So the power supply has a LED in the front indicating when it is powered on, while on the back three multipin terminals for powering the individual channels and logic separately. It also has a power socket with integrated fuse and main power switch. The main unit has a green display on the front that shows the selected parameters of cartridge adjustment, interleaved with the company logo. There are also four round buttons – one on the left to switch the unit on, and three on the right allowing users to configure the device. On the back we have two RCA inputs, one RCA and one XLR output, multipin connectors for the PSU, a ground pin and a ground lift switch. A nice touch of the Big Phono is a nice remote controller, borrowed from Apple, which allows us to bring the unit on from standby or the other way around and change the input. But what can this phonostage do? It allows to select the sensitivity of the cartridge input in a range from 0.3 to 5mV and input impedance in the range of 20Ω to 4.7KΩ. As you expect, the idea to have the best possible power supply performance translates into power consumption, which oscillates around 250W. What else? A table with full specs will be added at the end of the test, so I would like to point you there if you are interested in more details, while I invite everyone to read the report from a few weeks of using the newest product from the RCM Audio brand.
So how did it perform? Was the cost no issue approach worth its while? And if yes, what does this means in sonic terms? Well, I must confess, that I did not expect such turn of events. This is due to the fact that I am daily driving the cheaper construction from the same brand, the Sensor MkII, so I expected only minor sound corrections, adjustments to the sonic output directed to improving the overall experience, that would be able to explain the increase in price. Maybe a better controlled and stronger bass, a midrange presenting a bigger package of information, or more refined treble. All of that, or at least one of those aspects, would seem to be the natural direction to take in the further evolution of those phonostages. But how was it? Well, before I tell you that, a few aspects of the reference unit. The Sensor, which is known in Poland to probably all vinyl lovers, regardless of its version is always the source of nice drive, nice, essential, kicking sound, and at the same time an unobtrusive airing of the sound, brilliantly augmenting the whole experience. This is an energetic devil, which on one hand is far from being obtrusive, in how it presents information, on the other, being a bit unpredictable, what prevents it from being boring. Yes, it has its sound; dense, with a lot of energy, with a kind of solid state touch to it, and it does not have any of that tube distortion that we like so much to tingle our senses – I know, this was a bit malicious, but I said it more to show you the difference between how those two technologies are presenting audio, not to depreciate any tube based devices – but it always shows the joy hidden in the music. And when it looks like there is not so much separating us from full happiness, on the other side of the quality barricade – besides the much higher cost, and we are talking about a ten times difference – stands The Big Phono. But what does it mean sonic wise? In short? This is not a “slightly different” but a completely different quality world. It turns out that you can find yourself in a similar esthetic, with which I mean not having an artificial light being shone on the music, and yet present everything with highly elevated quality. Starting with the lower registers going much more down, also showing all their colors, through presentation of a much more saturated, and as such having more juicy impulse, and yet still very readable midrange up to the still not artificially shining, but in some way still presenting much more information treble – you can listen to the music at any level you like, because there is no distortion, often perceived as information, that could interfere with that. With the flagship RCM phonostage the sound becomes more noble, you do not have any impression of it being strained, what combined with all the other musical aspects being set on the highest notch results in the final sound being at the highest possible level for such devices. This presentation is so overwhelming that during the first contact you have the impression that there is much more of everything, even unnaturally so. But when you realize that you do not have anything artificial there, and for that you need to listen just for a few minutes, you come to the conclusion, that the cheaper constructions deprive you of so much, that only now you are close to the truth hidden in the recordings. And most importantly this is not on the level of nuances, but there is a completely different way of how the signal coming from the cartridge is being handled. And it was also able to convince my acquaintance, who is absolutely in love with tubes since the dawn of time, and once he tried out the tested RCM phono against his very good Destination Audio tubed one, he asked – Jacek is this the same disc? And when I confirmed, he asked “Jacek, if you can, don’t return it to the distributor”. Does it sound banal? Absolutely it was not, as this person is a frequent guest of my listening room, very well acquainted with highest quality audio gear, and also a tube gear admirer. And he really convinced me of the phenomenon of the Big Phono. Yes, a phenomenon, because I need to remind you, that the test happened using a relatively cheap cartridge, which, despite its limitations, showed what this game is all about to more expensive analog setups based around a phonostage with lesser quality. But what is the game about? First of all, reproducing all the lower registers recorded on the disc with all their shades, attack speed, sometimes softness, sometimes hardness. Secondly – a presentation of the essentiality of the midrange, I described so meticulously, not as a generic, homogenous pleasing pulp, but showing the diversity of energy produced by each of the instruments. Thirdly – lack of any kind of brightening, in contrary, an impression of slight darkening of the sound; showing that, what even the most transparent and bright products usually cannot in an esthetic of overall calmness. I assure you, due to this, we are confronted with something completely extraordinary. The music gains appropriate body, it can move the emotions of the listener with impulses reaching the Hades, and not their higher harmonics, it clearly shows the edges of the individual, even very round sound and build the space between the loudspeakers with a palette of information that was somewhere lost in distortion before. In addition it brags with changes of tempo, which tend to surprise the listener every time. And in all of his, the most interesting aspect is, that this kind of presentation we will get with all kinds of music – with the badly recorded one as well as wit the most well-polished. Of course this all happens within the established esthetic of the music genre, however the mentioned resolution, coherence, nice saturation and calmness make the worse productions sound more tasty, while the “candy” does not get too sweet. How is this at all possible? When I asked the manufacturer about that, he immediately responded that the clou of reaching this is to have appropriate power supply, which in this case, a device dealing with signal levels of a few mV, bases on two hundred watt transformers per channel, something that integrated amplifiers wound not be shy showing off. In theory this seems to be madness. But when we get the sound I am describing above, and we are in a cost no object segment, which does not care for any compromise, then this approach is worth every penny spent on it. It is so worth the money, that in my current situation – I am in progress of creating my final analog set – I have a problem. What problem you may ask? Well, you could say that I should start with acquiring a deck with appropriate tonearm and cartridge first, and then squeeze everything out of them with the eventual purchase of the Big Phono. Turning this around does not seem logical. But in my case things are different, because for now, even during the best analog presentations at home I did not find anything, that would satisfy my expectations with regards to quality and esthetics of the reproduced music. And I did host many great analog setups from different manufacturers. And a few times I sighed a bit inside. But none of them did impress me as much as the product tested today. And while the source for the test was a simple deck with a metal rod and a modest cartridge I still ended up with a pre-myocardial infarction state. And what will happen, when you put an analog Olympus in combination with the Big Phono RCM? Well, for now this is just a rhetorical question. I thing we all know the answer for that. At least I do. But how will this adventure end for me? I am trying to keep at least a small bead of common sense and evaluating all pros and cons.
Reaching the finale of this test let us move on to the specifics. The first one is the information, is it worth to get interested in the tested phonostage and why. The second one is to select potential buyers. For me, the end of this story is very simple, something that does not happen very often. The response to the first question is contained in the description of how the Big Phono sounds. This is the quintessence of good weighing, contour, resolution and brilliant swing in reproducing music. And when this are like that, you should not be surprised that I do not have any counterindications to try it out by any music lover. This is such a refined product, that you would require an earthquake, or you would need to be an absolutely orthodox tube lover – and let me remind you about my colleague I mentioned during the description – to not find any connection to the construction from Katowice. I think it is possible, but I think that when you know what music reproduction is about, the number of people not content will be absolutely marginal. Within the margin of error. So the way to a brilliant sound, very close to the real thing, is now wide open to everybody.
Jacek Pazio
Opinion 2
After the second and third version of the basic, and at the same time most popular, Sensor, and the, seemingly difficult to beat TheRIAA, time came for the true opus magnum for the Katowice based RCM, a project we were able to follow since its conception. But while the previous propositions from Roger Adamek – the mastermind behind the whole ado – were aimed at refined, but quite rationally managing their income, audiophiles, the today’s hero brutally gets away from that approach attacking the audiophile Olympus, overtaking any competitors and puts itself on the king’s throne. Does this sound too lofty and are the conclusions premature? Not at all, because reaching into the strictly ultra high-end areas and putting the threshold of expectations on appropriate level, meaning – I can finally let out my inherent clinginess, I tried to find some shortcomings in the tested device for a few weeks and … I found none. So if you are wondering what I will be singing songs of praise about and compliment in the paragraphs below, I will not keep you in the dark any longer, and tell you, that this will be the phonostage RCM Audio The Big Phono.
The Big Phono continues the family tradition, so it is easy to guess, that it comes in two modules – with the signal and power sections separated. But while the PSUs for the Sensor and the TheRIAA were significantly smaller than the main unit, here both carcasses are of similar size. Both are made from CNC milled aluminum shells and anodized (a specialty of the Bulgarian Thrax), so there is no reason to hide anything behind your rack, as both are equally attractive. And the looks are also not too shabby – the main unit has a very well readable green-yellow OLED display, a power switch to the left of it and three control buttons to the right. On the other hand, the power supply has only a discrete LED informing us it is switched on.
A quick look at the back does not bring any surprises, confirming only professionalism and care for the details. We have two pairs of RCA inputs (top Furutech) and RCA outputs (Furutech) as well as XLR (Neutrik), a ground clamp, a GND switch and three multipin power connectors. In the power supply we only have a set of three multipin power outputs and a Furutech IEC power socket with integrated power switch and fuse.
And here I will allow myself to digress a little. Looking at the Hi-Fi/High-End market you can see, that using precision milled aluminum blocks becomes quite common, but the devil is in the details, as it usually is. While you may think, that having the carcass milled and the top and bottom plates bolted to it should give you the required rigidity, it may not eliminate the “ringing” of the complete chassis. This is why in The Big Phono the manufacturer decided to additionally bolt the halves together with triple bolt connections at half height of the units.
Looking inside, we can see a construction following the clues of the younger brethren, a solid state circuit based on low noise Texas Instruments opamps working in four amplification stages. The components are soldered to double sided PCBs with thick, gold-plated copper traces. The power supply was treated with absolutely no compromises, and it is based around two 200W EI transformers (each powering a separate channel) and a third one, dedicated to logic and display with only 15VA rating. The whole has a twelve stage regulation and the cooling is fully passive – using two copper plates attached to the chassis.
Moving on to the paragraph about sound, I would like to loyally warn you, that for your sake, you should keep in mind, that we will be operating on absurd levels of audiophile addiction, and if you dealt only with phono preamplifiers in the likes of Ypsilon VPS-100 or Audio Tekne TEA-9501 to date, then you should start your experience with the RCM flagship in limited chunks, because that, what will reach your ears may not only re-evaluate your analog worldview, but turn you completely around. In audio, like general in life, you should remember the statement “inopiatum expectes”, expect the unexpected, but the first contact with The Big Phono carries such a hefty load of unexpected, and at the same time positive experiences, that you could compare this to the Spanish Inquisition as presented by Monty Python, which was never expected by anyone. To keep it short – after a few minutes of listening, the smile on your face would need to be removed surgically. But let me come to the point, so first a little bit of celebration with choosing an album, that will set the optics of the session, cleaning it and placing on the platter of the turntable, calibrating using the DS Audio ES-001 and we are off!
First came “Satchmo Plays King Oliver” by Louis Armstrong, followed by Frank Sinatra with “Come Fly with Me”. Yes, yes. I know, those are very old things, covered with layers of dust and moss, and which you probably cannot bear to listen to in digitized form, available in popular streaming services, as the sound flat and rustling. Yet the Polish phonostage was able to squeeze only the best out of the groove, not only saturating the vocals, but surprisingly defining and bringing to life the musicians accompanying the singers, finally taking a palpable shape and stopping being perceived only as a flat and unengaging background. The directness and expressiveness of the sound became absolutely captivating, there was absolutely no trace of any brightening or hardening, which would become boring in the long run. I could even claim, that for most listeners TBP (The Big Phono), at least in the beginning, can seem dark and surprisingly dense. But you only need a short while to accommodate to notice, that this slight darkening, and in fact a better description of that impression would be “shying away from flashiness”, is a native characteristic of this preamplifier, while the density turns out to be nothing else but a truly organic coherence, unattainable for most competitors. Additionally the sound was not only energetic in the rhythm section, but the whole spectrum was equally sharing that trait. I am mentioning that not without a reason, as the longer I was being exposed to this esthetic, the more I became convinced that placing this phonostage into the system brought the, quite basic admittedly, turntable dangerously close to a formula reserved for reel to reel recorders, like our Studer A80. Those observations were only confirmed by reaching to contemporary jazz and the very well recorded, minimalist album “How My Heart Sings” by Massimo Farao’ Trio, where the holography of the recreated stage came close to the level, where the listener starts thinking about how well he or she is dressed for the occasion, and if it is appropriate to cough to clear their throats, to being put down by the disapproving glare of one of the musicians. In short – we just have the question of resolution answered, because we do not think about it at all, we just take it as something completely natural, and if we will not need to downgrade to something of lesser birthright, then we just can live on thinking, that this is how it should be. However this is wishful thinking, and not a rule.
But how do things fare with “some” less refined repertoire in the likes of “Hardwired… to Self-Destruct” by Metallica or “Accident of Birth” by Bruce Dickinson? I must confess that I did not expect miracles, but the TBP showed, that I am a person of little faith. You cannot squeeze more out of this material, which is very far from the refined audiophile recordings, than was put into the master, but in this case, things depended on how that material was served to you. The RCM flagship preamplifier acted maybe not as the best gourmet chef, but like an Italian nonna, who can cobble together a delicious meal from very simple and basic ingredients. First of all the mentioned density and “darkening” did a phenomenal job adding the so expected weight and filling, and secondly, the mentioned energy supported the native, fiery expression. Things got heavier and mightier, and at the same time we did not lose anything from the aggression, and if that was not enough, instead of a wall of sound without any shape, we finally got proper localization of the virtual sources. But instead of putting artificial contours around them, the TBF just materialized the individual musicians in an adequate, firm arrangement on stage, leaving the task of acquiring “perception improvers” for themselves and the band onto the listener. Maybe this is not a very noble approach, but the tested phonostage destroyed the myth, that the better the gear, the lower the number of discs you can listen to using it, because with it being installed in the system, you could listen to absolutely everything. And the joy from listening turned out to be painfully better than with the, already very good, Sensor 2 mkII, which was much less humane to the low quality recordings.
OK, enough of the sugarcoating. In summary the RCM The Big Phono on one hand turns the high-end stereotypes around, which try to tell you, that shocking and an almost pornographic showing of details are the only things that count, and on the other, gives you such a palpable and realistic contact with your beloved musicians, that after the second or third piece we are starting to treat them as part of our family. So if you want to shatter the glass frame separating you from the events happening in the studio or on the stage, then the RCM flagship can deliver you such directness. But there is one “but”, something that gets written with the smallest font in any contract. You absolutely should not reach for The Big Phono if you cannot afford it, because the return to the grey reality is a regression similar to going back from First or Business Class in Emirates to an old, shabby car. You really should treat the contact with the tested phonostage as a one way ticket. Once you hear it, there is no going back.
Marcin Olszewski
System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
– Accessories: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI, antivibration platform by SOLID TECH, Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Essence MC
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder Studer A80
Manufacturer / Distributor: RCM
Price: 39 000€
Specifications
Input sensitivity: 0.3 – 5 mV (variable in 7 steps)
Gain: 52 – 74 dB (nominal output 2 V rms)
Input impedance: 30 – 47 000 Ω (in 8 steps)
Input capacity: 150 pF
Inputs: 2 pairs RCA
THD: >0,01%
S/N: 87dB
Linear precision of RIAA: +/- 0,1dB (20Hz-20kHz)
Output impedance: 70Ω
Outputs: XLR, RCA
Nominal output: 2V rms
Maximum output: 9V rms
Power consumption (max):250 W
Dimensions (W x D x H): 430 x 410 x 145 mm – preamplifier; 430 x 410 x 145 mm – power supply
Weight: 20 kg – preamplifier; 30 kg – power supply
Styczeń 2024 – Z satysfakcją informujemy, że flagowe kolumny głośnikowe Reference GS Edition są dostępne w naszej ofercie.
Powstanie kolumn głośnikowych Canton Reference GS Edition jest wynikiem szeroko zakrojonych badań zainicjowanych przez założyciela firmy, Günthera Seitza. Jego celem było opracowanie najlepszego głośnika Canton Reference. Z wielką pasją i energią zbierano pomysły i tworzono plany, przy czym ważną rolę odgrywały osobiste preferencje dotyczące materiału obudowy i projektu powierzchni.
Przesuwanie granic
Bez ograniczeń, dyrektor techniczny zaangażowany w projekt starał się przesunąć granice tego, co było technicznie możliwe, aby stworzyć najlepiej brzmiące i najpotężniejsze kolumny głośnikowe w historii marki Canton. Następnie cały zespół Canton został zaangażowany w projekt, aby dokładnie rozważyć i zrealizować każdy aspekt tego wymarzonego urządzenia. W ponad 50-letniej historii firmy nigdy wcześniej nie zaprojektowano i nie wyprodukowano kolumn o takim poziomie złożoności.
Unikalna konstrukcja
Reference GS Edition są prawdziwą deklaracją: potężne kolumny podłogowe o wysokości ponad 160 centymetrów i wadze 155 kilogramów każda, imponują szlachetnymi materiałami i prawdziwym kunsztem wykonania. Pomimo imponujących wymiarów, Reference GS Edition, które są starannie wykonane ręcznie, mają elegancki wygląd i zachwycają znakomitym wykonaniem i imponującym wykończeniem powierzchni. Projektanci Reference GS Edition harmonijnie połączyli elementy drewna, metalu i lakieru, aby stworzyć dzieło sztuki, któremu nie można się oprzeć. Rezultatem są kolumny głośnikowe, które nie tylko spełniają najwyższe wymagania pod względem dźwięku, ale także estetyki.
Bezkompromisowa technologia
Okrągłe przegrody zostały zaprojektowane dla Reference GS Edition – dokładnie taki sposób, w jaki są stosowane we wszystkich innych modelach z nowej serii Reference. Te przegrody o grubości 81 milimetrów są produkowane na 5-osiowej frezarce CNC specjalnie skonfigurowanej do tego celu. Misternie zakrzywione panele boczne, podstawy i pokrywy wykonane są z wielowarstwowego laminatu drewnianego o grubości 30 milimetrów, co zapewnia wyjątkową stabilność obudów. Ponadto panele boczne, które są mocno przymocowane do ścian po bokach i mają delikatną powierzchnię fornirowaną prawdziwym drewnem, znacznie zwiększają wagę. Prowadzi to do dalszego usztywnienia obudowy i znacznie zmniejsza naturalne zachowanie rezonansowe obudowy. Zastosowane krzywizny umożliwiają akustycznie zoptymalizowaną konstrukcję obudowy, której brak krawędzi skutecznie zapobiega odbiciom krawędziowym.
Black Ceramic Tungsten
Przetworniki średnio-niskotonowe Reference GS Edition charakteryzują się zaawansowanymi membranami BCT (Black Ceramic Tungsten). W przypadku membrany BCT, 25 procent struktury molekularnej membrany aluminiowej jest przekształcane w strukturę ceramiczną i uszlachetniane wolframem oraz dodatkowymi cząstkami metalu. W rezultacie membrany osiągają idealny stosunek sztywności do wagi i zyskują czarne zabarwienie z przodu i z tyłu podczas procesu produkcyjnego. Ponadto, specjalnie ukształtowana czarna, ceramiczna membrana przetwornika średniotonowego wykonana w technologii TCC stabilizuje stożek i redukuje niepożądane rezonanse i zniekształcenia. Umożliwia to uzyskanie precyzyjnej i wolnej od zniekształceń reprodukcji. Najnowsza generacja własnej technologii Canton, Wave Surround zapewnia równomierną reakcję przejściową i zanikanie przy dużej głośności i dużych wychyleniach membrany. W rezultacie Przetworniki głośnikowe działają w sposób kontrolowany i precyzyjny w każdej sytuacji.
Po raz pierwszy w historii marki Canton, w 25-milimetrowym przetworniku wysokotonowym zastosowano diamentową kopułkę (DCC dome). Ten materiał umożliwia reprodukcję wysokich częstotliwości z najdrobniejszymi szczegółami. Przetwornik wysokotonowy zachowuje dokładność i naturalną reprodukcję nawet przy najwyższych poziomach głośności – całkowicie bez wysiłku i stresu.
Aluminiowy panel
Canton Reference GS Edition ma solidny aluminiowy panel z tyłu obudowy, pokrywający prawie całą wysokość. Zapewnia on odpowiednią przestrzeń dla wysokiej klasy terminali połączeniowych WBT i podkreśla szczególną wartość głośnika. Złącza nextgen™, od renomowanego niemieckiego producenta WBT z Essen, oferują najlepszą możliwą jakość dźwięku, a także długotrwały stabilny kontakt z zastosowanymi kablami głośnikowymi. Reference GS Edition można obsługiwać w trybie bi-wiring, bi-amping i single-wiring. Wysokiej jakości mostki kablowe składające się z końcówek kablowych WBT-nextgen™ i kabli CantoLink 600 (wyprodukowanych przez renomowanego producenta kabli In-akustik) wchodzą w zakres dostawy.
Kompensacja pomieszczenia
Reference GS Edition posiadają elementy sterujące dla technologii RC (Room Compensation) firmy Canton. Dzięki tej funkcji poziom ciśnienia akustycznego przetworników średniotonowych i wysokotonowych może być regulowany w krokach co 1,5 decybela. Dodatkowo, zakres niskich tonów może być regulowany w krokach co 1,5 decybela, aby dostosować głośniki do akustyki pomieszczenia i osobistych preferencji odsłuchowych.
Specyfikacja techniczna
• Typ: system 3-drożny
• Zasada działania rezonatora pasywnego: Bass reflex
• Kierunek promieniowania rezonatora: Downfire
• Przetwornik wysokotonowy: 1x 25 mm DCC Diamant Ceramic Carbon (diamond tweeter)
• Przetwornik średniotonowy: 1x 174 mm, czarny wolfram ceramiczny (Wave surround, TCC)
• Przetwornik niskotonowy: 4x 219 mm, czarny wolfram ceramiczny (Wave surround, podwójna membrana)
• Moc nominalna: 500 W
• Moc muzyczna: 950 W
• Pasmo przenoszenia: 18 – 40 000 Hz
• Częstotliwości zwrotnicy: 160 / 3.100 Hz
• Impedancja: 4 – 8 Ω
• Regulacja poziomu: tak
• Efektywność 2.83V/1m: 89 db
• Złącza: WBT – złącze z regulacją poziomu
• Wymiary produktu (S x W x G): 460 x 1630 x 720 mm
• Waga netto: 155 kg
Najnowsze komentarze