Kujemy żelazo (choć biorąc pod uwagę kraj pochodzenia bardziej pasowałaby japońska stal Shirogami) póki gorące, więc po przeuroczym DSP-09EX czym prędzej bierzemy na warsztat jego starszego brata Sforzato DSP-07EX.
Cdn. …
Opinia 1
To chyba jasne jak słońce, że gdy dociera do nas propozycja przetestowania jakiegoś ciekawego produktu będącej zarzewiem dzisiejszego spotkania amerykańskiej marki, specjalnie nie trzeba nas do tego namawiać. Rzeczony McIntosh, bo oczywiście o nim mowa, bezapelacyjnie od lat jest pełnoprawnym przedstawicielem high end-owego mainstreamu, a takim tuzom się nie odmawia. Tym bardziej, że za każdym razem jest to bardzo ciekawe doświadczenie tak organoleptyczne, jak i soniczne, co sprawia, że relację z testu pisze się na przysłowiowym jednym wdechu. Czy zawsze? Jak na razie tak. A czy taki stan nadal trwa, okaże się podczas przelewania na klawiaturę opinii na temat dostarczonego przez warszawski Hi-Fi Club, na chwilę obecną flagowego hybrydowego wzmacniacza zintegrowanego McIntosh MA 12000. Intrygujące? Myślę, że tak, a zainteresowanych jak wspomniany piecyk wypadł podczas kilkutygodniowym boju, zapraszam na kilka poniższych strof o jego brzmieniu.
Jeśli chodzi o budowę naszego bohatera, wspominałem już, iż jest to oferująca 350W na kanał konstrukcja hybrydowa, w której sekcję przedwzmacniacza oparto na lampach, a wzmocnienie sygnału na rozwiązaniu tranzystorowym. To dość często wykorzystywany przez Amerykanów podział ról, bowiem pozwala połączyć piękno brzmienia szklanych baniek z zapasem mocy wysterowującym nawet najtrudniejsze kolumny. Kreśląc kilka zdań o bryle i wyposażeniu wzmacniacza dość istotnym jest udane połączenie typowej dla konstrukcji lampowych połączenie niskiej platformy nośnej dla podstawowych układów elektrycznych z gęsto upakowaną nadbudową kryjącą resztę wykorzystanych do jego powstania podzespołów. Naturalnie jak to u McIntosha jest standardem, jego bryła może pochwalić się feerią kolorów. W palecie barw znajdziemy czerń wszystkiego co znajduje się w górnej części wzmacniacza, chrom jako wykończenie bocznych ścianek podstawy, srebro będące efektem aplikacji aluminiowych rączek logistycznych na awersie oraz błękit najbardziej kojarzonych z popularnym Mac-em wskaźników wychyłowych oddawanej mocy. Jak wynika z tego zdawkowego opisu, Mac jest jedyny w swoim rodzaju i albo się go kocha, albo nienawidzi. Jednak co w tym wszystkim jest bardzo ciekawe, to fakt bardzo niewielkiej ilości oponentów tego typu wystroju elektroniki, co biorąc pod uwagę od zawsze optowanie mocodawców marki za takim designem, od strony wizerunkowej czyni Jankesa czymś ponadczasowym. A jak MA 12000 prezentuje się w kwestii wyposażenia? Naturalnie jak przystało na flagowca, ma dosłownie wszystko. To zaś oznacza, że oprócz typowej dla wzmacniacza zintegrowanego baterii wejść i wyjść analogowych oraz dedykowanych dla trzech rodzajów obciążenia 8, 4 i 2 Ohm zacisków kolumnowych, mamy w standardzie także znakomity przetwornik cyfrowo-analogowy i rozbudowany, pozwalający dostroić go do używanej wkładki MM/MC poprzez regulatory na froncie przedwzmacniacz gramofonowy. Powiem to bez ogródek, to pełną gębą elektroniczny kombajn w świetnym opakowaniu, co bez dwóch zdań pozwala wpiąć go w najbardziej skomplikowany tor audio. Naturalnie przy tylu dostępnych funkcjach w komplecie startowym dostajemy systemowego pilota zdalnego sterowania.
Jak MA 12000 zagrał? Najważniejszym było bardzo swobodne prowadzenie kolumn. Dzięki temu nie miał najmniejszych problemów ze znakomitym pokazaniem zabawy muzyków w dobrze zebranym w sobie najniższym zakresie częstotliwościowym, ale także nawet w najbardziej skomplikowanych przebiegach nutowych z utrzymaniem poczucia swobody prezentacji oferującej szerokie i głębokie rozbudowanie wirtualnej sceny. To dla mnie dwie podstawowe składowe poprawnego pokazania muzyki, dlatego są pierwszymi na liście tematami do weryfikacji. Tytułowy Mac nie miał z tym żadnego problemu, pewnie dlatego tak dobrze wypadł również w zapewnieniu przyjemnej dla ucha esencjonalności, przy zachowaniu stosownej rozdzielczości rozwibrowanej średnicy. Co prawda bardzo istotną rolę w temacie ogólnego odbioru odgrywała aplikacja lamp elektronowych, co przekładało się na minimalne ocieplenie, powtarzam ocieplenie, a nie utemperowanie wysokich tonów, jednakże w efekcie były jedynie nieco słodsze od typowego tranzystora nie tracąc przy tym na dźwięczności. I gdy zbierzemy przywołane cechy brzmienia naszego bohatera, chyba nikogo nie zdziwi fakt brylowania podczas testu we wszelkiej maści materiale od barokowego wychwalania „Najwyższego”, przez popisy grania tak zwaną ciszą w jazzie, po rockowy bunt.
Na pierwszy ogień weźmy choćby interpretację twórczości Claudio Monteverdiego przez Johna Pottera z formacją The Dowland Project „Care-charmin Sleep”. Bezproblemowy sposób budowania wielkiej, pozbawionej ograniczeń rozmachu sceny znakomicie pozwalał brylować partiom wokalnym frontmena pod wysoko zawieszonym sklepieniem goszczącej muzyków budowli sakralnej To podstawa tego krążka i byłem rad, że nie zauważyłem najmniejszego ograniczenia tego aspektu ze strony testowo skonfigurowanego systemu. A to nie koniec dobrych wiadomości. Chodzi mianowicie o to, że ów rozmach ciekawie wspomagała sygnowana płynnością lamp elektronowych praca reszty zespołu. Mam na myśli sekcję instrumentalną, która często w takich projektach wykorzystuje konstrukcje z epoki lub ich wierne kopie. Wielbiciele tego rodzaju muzyki ze mną włącznie znakomicie wiedzą, iż to inna brzmieniowa bajka, a ta dzięki sposobowi prezentacji opisywanej integry całkowicie bezwiednie oderwała mnie od rzeczywistości na dobrą godzinę. Na tyle głęboko, że obudził mnie dopiero powrót soczewki lasera do punktu zeru na płycie CD. Jak i kiedy, nie mam pojęcia. Wiem tylko, że o rzeczywistym świecie przypomniała mi cisza w głośnikach.
Nieco inaczej, jednakże bliźniaczo ciekawie wypadła produkcja rockowa spod znaku Deep Purple w koncertowym wydaniu „Made In Japan”. To niestety niezbyt rewelacyjnie wydany materiał. Jednak nie zawsze jest skazany na porażkę. Chodzi o to, że podczas sesji testowej wespół z umiejętnościami McIntosha w postaci dobrego operowania pełnym energii dolnym zakresem oraz fajnego podkręcenia emocji przez wolne elektrony w żywotnej z tego powodu średnicy, ta teoretycznie skazana na pewnego rodzaju porażkę płyta zagrała bardzo intrygująco. Muzyka nabrała fajnego body, a dźwięczność podgrzanego, na szczęście nie ulepionego zbytnio, tylko raczej tryskającego radością środka spowodowały, że z jednej strony przekaz nabrał przyjemnej dla odbioru ogłady i masy, ale z drugiej nadal oferował niezbędny do pokazania pazura tego typu wydarzeń pakiet nieprzewidywalności. Nareszcie słuchałem tego koncertu z wielką przyjemnością, a nie grymasem na twarzy.
Na koniec kilka słów o znajdującym się na wyposażeniu świetnym brzmieniowo DAC-u. Przyznam szczerze, że byłem pozytywnie zaskoczony. Zazwyczaj jest to li tylko dodatek mający uatrakcyjnić ofertę wzmacniacza, często raczej średniej jakości. Tymczasem ten zastosowany w MA 12000 zagrał z dobrą rozdzielczością i swobodą, a najważniejsze, że bez często uważanej. za analogową, a tak naprawdę mydlącej oczy nadmiernej plastyczności powodującej oddzielającą słuchacza od wydarzeń na scenie mgiełki. Muzyka brzmiała zaskakująco otwarcie i z dużym pakietem płynnie informacji, co w moim odczuciu wielu z Was może skierować w stronę większego udziału plików w kwestii obcowania z muzyką. Osobiście nie jestem jakimś ortodoksyjnym fanem tego rodzaju zabawy, ale jeśli coś streamowanego zabrzmiało nader ciekawie, nie mogłem o tym nie wspomnieć. Jak widać, po radzeniu sobie wzmacniacza z wysterowaniem trudnych kolumn, to kolejny powód do zainteresowania się tą konstrukcją.
Czy będący naszym dzisiejszym oczkiem w głowie, pochodzący z USA wzmacniacz zintegrowany to na tyle ciekawa propozycja, że jest w stanie zaspokoić oczekiwania pełnej populacji melomanów? Być może zabrzmi to nader zuchwale, ale jeśli nie mamy wyimaginowanych, w wartościach bezwzględnych i oderwanych od wizji poprawnego grania oczekiwań, jak najbardziej. Bez problemu nakarmi odpowiednią dawką prądu zdecydowaną większość zespołów głośnikowych. Zadba, aby muzyka nie kaleczyła, ale także nie powodowała efektu ADHD. A jako przystawkę zaproponuje nabywcy wkroczenie w świat słuchania ulubionego materiału na bazie sieciowego streamu lub zgromadzonych na dysku lokalnych plików. Czy moja teoria ma szansę sprawdzenia się, pokażą osobiste próby. Jednak jestem dziwnie spokojny, że nawet jeśli coś między Wami nie zaiskrzy, na długo pozostanie w Waszej pamięci. A to dlatego, że zderzycie się z solidną, za sprawą zastosowania szklanych baniek muzykalnie grającą i w pakiecie bycia flagową konstrukcją bogato wyposażoną w dodatkowe funkcje (DAC, phonostage) sekcją wzmacniającą. Po prostu z rasowym McIntosh-em.
Jacek Pazio
Opinia 2
Skoro od marcowej recenzji zjawiskowych monobloków MC3500 Mk II upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby nasze kręgosłupy zdążyły się zregenerować, to kiedy tylko ekipa stołecznego Hi-Fi Club-u niezobowiązująco spytała się czy przypadkiem nie mielibyśmy ochoty tym razem rzucić okiem i uchem na sygnowaną przez McIntosh-a integrę, z bezrefleksyjną radością i nieświadomi następstw na ową propozycję ochoczo przystaliśmy. Nie mieliśmy bowiem świadomości, że czeka na nas nie lada wyzwanie natury logistycznej, gdyż zaprzeczająca jakimkolwiek przejawom kompaktowości integracja w amerykańskim wydaniu oznaczała ponad 60 kg karton o rozmiarach ledwo pozwalających przesmyknąć go przez 90 cm futrynę. Jeśli zastanawiacie się Państwo co tym razem pojawiło się w naszym OPOS-ie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na spotkanie z topową super-integrą McIntosh MA 12000.
Styl a raczej stylówka McIntosha od lat pozostaje niezmienna, momentalnie rozpoznawalna i hołdująca iście bizantyjskiemu przepychowi oraz idei, że od przybytku głowa nie boli, czyli to, co cała konkurencja jak tylko może wstydliwie ukrywa na kolejnych pod-poziomach menu u Amerykanów ekshibicjonistycznie trafia na pierwszą linię, dostaje własną gałkę, przełącznik, bądź wyświetlacz, więc fronty większości modeli sygnowanych charakterystycznym zielono podświetlonym logotypem przypominają połączenie panelu sterowania stacji kosmicznej Mir z iluminacją godną dożywających swych ostatnich dni w przydrożnych jadłodajniach jukebox-ów Wurlitzera (dla niewtajemniczonych mowa o szafach grających). Jedni to kochają, inni zniesmaczeni odwracają wzrok, więc na obojętność i neutralność raczej nie ma tu miejsca. Przechodząc jednak do konkretów, czyli do aparycji naszego majestatycznego gościa przyznam się, iż bez chwili wahania mógłbym zapisać się do fanklubu wiernych akolitów amerykańskiej myśli technicznej w McIntoshowym wydaniu. MA 12000 jest bowiem nawet nie naładowany, co wręcz,niczym babciny keks bakaliami, przeładowany wszystkim tym za co Mac-i albo się kocha, albo nienawidzi. Mamy zatem zestaw obowiązkowy, czyli chronioną solidnymi uchwytami imponującą taflę czernionego szkła z dwoma błękitnie podświetlonymi oknami wskazówkowych wskaźników oddawanej mocy, pomiędzy nimi niewiele mniejszy bulaj przez który z oko łapie kwadra skąpanych w kryptonitowej poświacie podwójnych triod 12AX7a (po dwie na kanał), piętro niżej również zielono podświetlony firmowy logotyp z oznaczeniem modelu a następnie okupujące flanki dwa duże (lewe odpowiedzialne za wybór wejścia i prawe – regulacji głośności) retro pokrętła spinające optyczną klamrą rządek ośmiu mniejszych reprezentujących sekcję … equalizacji. Parter z kolei zarezerwowano dla niewielkiego wyświetlacza ułatwiającego nawigację po menu i informującego m.in. o głośności, wybranym źródle i parametrach reprodukowanego sygnału, po którego lewej stronie umieszczono wejście słuchawkowe i parę przełączników wyjąć a po prawej bliźniaczą klawiszologię służącą aktywacji sekcji korektora, wyciszeniu i uśpieniu/wybudzeniu urządzenia.
Równie dynamiczna optycznie jest wielosekcyjna płyta górna, gdyż poza umieszczonym wewnątrz ozdobnego aluminiowego pierścienia logotypem i oznaczeniami modelu producent był łaskaw wyspowiadać się na niej nie tylko z większości danych technicznych i dostępnych funkcji, lecz i schematu znaczącej części trzewi. Co ciekawe nawet pionowe pióra masywnych radiatorów nie są prostymi blachami, lecz ukształtowano je na kształt monogramu marki, co w połączeniu z lustrzanym pasem podstawy nadaje całości industrialnej elegancji.
Nawet pobieżny rzut oka na plecy naszego gościa może niewtajemniczonych w audiofilskie arkana obserwatorów przyprawić o zawroty głowy i palpitację serca, gdyż pod względem bogactwa przyłączy MA 12000 śmiało może konkurować z niejednym wielokanałowym amplitunerem. Wzdłuż bocznych krawędzi pysznią się ociekające złotem terminale głośnikowe z odczepami dla 2, 4 i 8 Ω obciążenia pomiędzy którymi zaimplementowano sekcję najnowszego przetwornika cyfrowo-analogowego DA2 z parą wejść optycznych, parą koaksjalnych, gniazdem firmowej magistrali MCT (kompatybilna z transportami SACD/CD MCT500, MCT80), USB-B i HDMI ARC. Poza ww. ramką znalazły się za to port serwisowy USB i interfejsy komunikacyjne, w tym triggera, IR, itp.. Piętro niżej rozlokowano parę wyjść i dwie pary wejść zbalansowanych, by dopiero na najniższym poziomie dać upust istnej gorączce złota obejmującej gniazdo zasilające IEC, komorę bezpiecznika, parę stałopoziomowych wyjść liniowych, spięte firmowymi zworami we/wyjścia z sekcji pre/power, osiem (!!) par wejść RCA, dwa zaciski uziemienia i w sekcji phonostage’a po parze wejść RCA dedykowanych wkładkom MM/MC. Na wyposażeniu nie zabrakło też firmowego pilota, choć uczciwie trzeba przyznać, że Amerykanie potraktowali ów temat nieco po macoszemu decydując się na mało wyrafinowany OEM-owy sterownik równie dobrze mogący znaleźć się w kartonie z odbiornikiem TV, bądź mainstreamowym amplitunerem.
Przybliżając nieco kryjące się w trzewiach technikalia warto wspomnieć, iż ww. wyjście słuchawkowe dopieszczono układem HXD (Headphone Crossfeed Director) odpowiedzialnym za „symulowanie” odsłuchu kolumnowego. Z kolei DA2 oparto na pracującej w trybie Quad Balanced (poczwórnie symetrycznym) 8-kanałowej, 32-bitowej kości ESS SABRE 9028Pro. Miłym dodatkiem jest fakt, iż przetwornik poza natywną obsługą DXD 32-bit/384kHz i DSD512 akceptuje również wielokanałowe sygnały Dolby® i DTS® konwertując je do wersji stereofonicznej. Na wyjściu nie mogło oczywiście zabraknąć firmowych autotransformerów a moc dla wszystkich obsługiwanych impedancji ustalono na poziomie 350W na kanał.
Już od pierwszych taktów „For Those That Wish To Exist” Architects słychać, że MA 12000 jest przedstawicielem najnowszego pokolenia amerykańskich krążowników. Swoją pozycję buduje bowiem na mikro dynamice, rozdzielczości i swobodzie artykulacji oraz ponadprzeciętnej przestrzenności przekazu, zapas mocy wykorzystując jedynie wtedy, gdy rzeczywiście jest on potrzebny a nie do bezrefleksyjnego ich napinania i strojenia groźnych min, jak to czasem zdarzało się jego protoplastom. Szczególnie wyraźnie, czy wręcz boleśnie można tego doświadczyć przy nieskażonych loudness war nagraniach operujących pełną skalą dynamiki, bowiem tytułowa integra prędkością narastania reprodukowanych dźwięków z powodzeniem może konkurować ze startującymi na ¼ mili dragsterami. Robi to jednak w sposób całkowicie naturalny, niemalże z nonszalancją, ot tak. Bez konieczności nabierania rozpędu – startuje z miejsca i w miejscu się zatrzymuje, więc odsłuch odzwierzęcych porykiwań i metalcore’owej kakofonii potrafi zdrowo wytrząść. Ale właśnie o to, dokładnie o realizm i w pełni namacalną bezpardonowość, w tej muzyce chodzi i to z zapierającą dech w piersiach intensywnością otrzymujemy. W dodatku krystaliczna czystość, brak zniekształceń i zarazem zupełne niezainteresowanie podkreślania sybilantów, czy chropowatości sprawiają, że odruchowo zwiększamy do niemalże koncertowych poziomów głośność, o czym przekonujemy się na końcu nagrania, bądź gdy sąsiadom zza ściany kończy się cierpliwość. Trudno jednak nie dać upustu muzycznym żądzom skoro tytułowa integra z łatwością wypełnia dźwiękami dowolną kubaturę.
A właśnie – przestrzeń, przestrzeń, którą McIntosh nie tylko kreuje, lecz przede wszystkim traktuje w sposób unikalny i wyjątkowy. Nie problem bowiem do granic przyzwoitości, bądź nawet poza nie, rozdmuchać gabaryty sceny rozrzucając na niej źródła pozorne, życząc słuchaczom dobrej zabawy w przy ich lokalizacji i próbie zbudowania wzajemnych korelacji, co zazwyczaj serwuje nam budżetowa elektronika aspirująca do miana audiofilsko ukierunkowanej. MA 12000 robi jednak coś diametralnie innego, bowiem z jednej strony z łatwością buduje potężne, wieloplanowe, momentami wręcz przytłaczające swą epicką spektakularnością, spektakle w stylu „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalyptici, by z drugiej być w stanie oddać tak pogłos, jak i istny bezgłos, otchłań absolutnej czerni otaczającej solistę podczas jego samotnych zmagań z repertuarem, jak daleko nie szukając i nie zmieniając instrumentarium „Bach: Cello Suites” Andrzeja Bauera. Jednak niezależnie od dystansu dzielącego poszczególnych muzyków i zagęszczenia generowanych przez nich dźwięków, bądź nawet, a może wręcz przede wszystkim ich braku powstała cisza ma w pełni definiowalną fakturę i konsystencję. Wykonawcy nie znajdują się zatem w próżni, lecz otacza ich pełne migocących w świetle reflektorów drobinek kurzu powietrze, aura pogłosowa sprawiające ich zakotwiczenie w trójwymiarowej przestrzeni. I tu kolejny, świadczący o klasie amplifikacji niuans, czyli naturalność wygaszania dźwięków – kontrola nad pogłosem, których intensywność i czas trwania nie są narzucaną przez urządzenie stałą, swoistą manierą, lecz w pełni odwzorowują intencje realizatorów nagrań, indywidualną i unikalną cechą. Proszę tylko porównać wspomniane dosłownie przed chwilą „Bach: Cello Suites” z naszymi dyżurnymi referencjami, czyli zrealizowaną w zabytkowym cysterskim opactwie Noirlac „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, bądź nagranym w jednym z najcichszych w Europie studiu Galaxy w Mol, w Belgii „From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna, by doświadczyć niezwykłej wierności faktom a tym samym odwzorowaniu okoliczności przyrody, w jakich poszczególnych realizacji dokonano. I tu od razu pozwolę sobie na małą dygresję, bowiem zaimplementowany w MA 12000 moduł przetwornika nie jest li tylko „protezą”, wymuszonym przez rynkowe realia nieco po macoszemu potraktowanym dodatkiem pozwalającym, ku uciesze nieskażonych audiophilią nervosą domowników, podpiąć TV, lecz pełnoprawnym wejściem na miarę pozostałych interfejsów liniowych, bądź reprezentującego domenę analogową phonostage’a. Ba, śmiem wręcz twierdzić, iż jeśli nie planujecie Państwo na zewnętrzy przetwornik przeznaczyć co najmniej kilkunastu – dwudziestu kilku tysięcy, to z powodzeniem możecie sobie taki zakup darować i zamiast tego posiadane źródło cyfrowe (streamer/transport CD/SACD) dopieścić odpowiednio wysokiej klasy okablowaniem korzystając z dobrodziejstw inwentarza na pokładzie tytułowej super-integry się znajdujących. Warto również podkreślić, iż McIntosh oba moduły aplikuje sam z siebie, niejako w gratisie, co wcale nie jest takie oczywiste, gdyż daleko nie szukając chcąc podobnie doposażyć Diablo 333 Gryphon każe sobie za takie „ekstrawagancje” słono dopłacać. Serio, serio. W dodatku odpadnie konieczność mozolnego doboru okablowania a jak wiadomo na tym pułapie zaawansowania, to nie są budżetowe „bibeloty”. Z resztą nie ma co prowadzić czysto akademickich dysput, tylko przekonać się na własne uszy, co też uczyniliśmy z powodzeniem wpinając w zadek MAC-a z pomocą łączówki ZenSati sILENzIO USB nasz dyżurny transport Lumïn U2 Mini .
Może i swą aparycją McIntosh MA 12000 przywodzi na myśl zapomniany rekwizyt z „Blade Runner-a”, jednak jego brzmienie jest całkowicie pozbawione jakichkolwiek kontrowersji i zarazem bezsprzecznie high-endowe. Amerykańska super integra oferuje bowiem niezwykłą mieszankę koherencji, organicznej gładkości, onieśmielającej rozdzielczości i zapierającej dech w piersiach dynamiki oraz przestrzenności. Czyli mówiąc wprost gra muzykę. I to tę przez wielkie „M”, znaczy się każdą i wszędzie a jeśli tylko pozwolimy jej grać na zgodnych z pierwowzorem poziomach głośności, to śmiem twierdzić, że ta pozornie bolesna dla domowego budżetu inwestycja powinna zwrócić się dosłownie po kilku sezonach koncertowych, o ile tylko nie ograniczamy się do uczestnictwa w darmowych Koncertach Chopinowskich w Łazienkach Królewskich i Jazzu na Starówce.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: McIntosh Laboratory Inc.
Cena: 84 500 PLN
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 350 W / 2,4,8 Ω
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 100kHz
Zniekształcenia THD: 0.03% (sekcja przedwzmacniacza); 0.005% (stopień wyjściowy)
Czułość wejściowa: 600 mV (XLR); 300mV (RCA); 3.0mV (phono MM); 0.30mV (phono MC); 1.7V (power amp)
Impedancja wejściowa 44kΩ (XLR); 22kΩ (RCA)
Odstęp sygnał/szum: 95dB (liniowe); 114dB (power amp); 77dB (phono MM); 75dB (phono MC)
Współczynnik tłumienia: >40
Max. napięcie wyjściowe: 16 V (XLR); 8V (RCA)
Wejścia analogowe: 2 pary XLR; 6 par RCA; para RCA (phono MM); para RCA (phono MC)
Wejścia cyfrowe: 2 x Coax.; 2 x Optyczne (max.24-bit/192kHz); USB (PCM 32-bit/384kHz, DSD512, DXD384kHz); MCT (16-bit/44.1kHz, DSD64); HDM ARC (max.24-bit/192kHz)
Wyjścia analogowe: para XLR (regulowane), para RCA (regulowane), para RCA (stałonapięciowe); słuchawkowe
Pobór mocy: <0.25 W (Standby)
Wymiary (S x W x G): 44.5 x 24 x 50.2 cm
Waga: 48.9 kg
Opinia 1
Choć tłok na rynku wszelakiej maści streamerów, transportów i serwerów audio powoli zaczyna osiągać poziom porównywalny z obłożeniem inaugurującego sezon urlopowy „Słonecznego”, to jak sprawca dzisiejszego zamieszania udowadnia nic nie stoi na przeszkodzie, by może nie jak grzyby po deszczu, co dość regularnie pojawiali się nowi amatorzy do wykrojenia własnego kawałka cyfrowego tortu. Co jednak ciekawe w ramach niniejszej recenzji nie będziemy roztrząsali przypadku jakiegoś dopiero wkraczającego w ów obszar debiutanta, lecz naszą uwagę zwrócił powstały w 2009r. i do tej pory prężnie działający głównie na terenie swej rodzimej Japonii a dopiero w zeszłym roku „zaopiekowany” przez krakowskiego Nautilusa byt. O kim, a raczej o czym mowa? O jednoosobowym – założonym i prowadzonym przez pana Kyoshi Omata mikro-przedsiębiorstwie Sforzato Corp. i sygnowanym przez nie, otwierającym niezwykle spójne portfolio streamerze Sforzato DSP-09EX, na którego test serdecznie zapraszamy.
Gwoli wyjaśnienia, jak to w przypadku debiutantów mamy w zwyczaju pozwolę sobie na krótkie wprowadzenie w temat i wspomnę, iż poza tytułowym plikograjem w katalogu Sforzato znajdziemy jeszcze starsze rodzeństwo w postaci dwóch streamerów/USB-DAC-ów o symbolach DSP-07EX i DSP-05EX oraz trzech zegarów – PMC-07EX, PMC-05EX i PMC-03EX. Jak łatwo zauważyć, szczególnie po zerknięciu do cennika, im niższa cyfra tym wyższy model, więc nasz dzisiejszy gość z racji swego najwyższego z firmowej gromadki numeru startowego niejako przeciera szlaki i czyści przedpole dla szlachetniej urodzonych pobratymców. Nie da się również nie odnieść wrażenia, iż DSP-09EX swą niezbyt imponującą posturą w sposób oczywisty nawiązuje do stanowiących jego bezpośrednią konkurencję plikograjów Auralica, bądź Lumina. A tak po prawdzie 9-ka wykazuje zaskakujące podobieństwo właśnie do mini-Luminów, w tym mojego dyżurnego U2 Mini. I jak się zakaz okaże owa spójność dalece wykracza poza li tylko ramy natury aparycyjnej. Jednak nie uprzedzając faktów na razie skupmy się na tym co widać gołym okiem. A widać nieco surowy front wykonany z solidnego płata anodowanego srebrnego aluminium z centralnie umieszczonym błękitnym wyświetlaczem po bokach którego ulokowano pojedyncze przyciski – lewy odpowiedzialny za wybór wejścia i prawy pozwalający na odwrócenie fazy. I tu drobna dygresja, gdyż pomimo całkiem sensownej przekątnej i rozdzielczości ww. display dostarcza zaskakująco śladowe informacje dotyczące jedynie wybranego wejścia, oraz parametrów (częstotliwości i głębi bitowej) odtwarzanego materiału, więc tak o czasie trwania, czy nawet tytułach/wykonawcach reprodukowanych utworów/albumów można zapomnieć. Mechaniczny włącznik główny umieszczono z kolei na płycie dolnej tuż za linią frontu. Nie ma możliwości pozostawienia 9-ki w trybie stand-by, co biorąc pod uwagę fakt zaskakująco wysokiej temperatury pracy streamera (perforacja płyty górnej i dolnej bynajmniej nie jest elementem dekoracyjnym, lecz stricte technologicznym) wydaje się zabiegiem w pełni przemyślanym. Dlatego też przed odsłuchem warto 9-kę na kwadrans, bądź dwa wcześniej włączyć, żeby niejako rozprostowała kości i nabrała właściwej temperatury.
Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, gdzie patrząc od lewej do dyspozycji otrzymujemy zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, selektor wyboru zegara (wewnętrzny/zewnętrzny), gniazdo BNC dla zegara zewnętrznego, porty Ethernet (RJ45) i USB typu B (typ A służy jedynie do update’u firmware) oraz po parze złoconych wyjść liniowych RCA i XLR. Całość uzbrojono w trzy podklejone filcem nóżki.
A teraz kilka słów o obsłudze i ergonomii użytkowania, gdyż w przeciwieństwie do już dobrze zakorzenionych tak na rynku, jak i świadomości odbiorców rozwiązań Sforzato część rzeczy robi po swojemu, bądź nie robi ich wcale … Chodzi bowiem o to, iż o ile nie dysponujemy postawionym na dedykowanym serwerze/komputerze Roonem, to z pomocą dedykowanej, dostępnej na iOSa i Androida aplikacji Taktina do dyspozycji mamy jedynie obsługę protokołów UPnP, DLNA oraz serwisów streamingowych Amazon, Qubuz i Tidal, lecz w swej „stacjonarnej” (bez opcji Connect) wersji. Sytuację ratuje nieco fakt kompatybilności Sforzato z naszą rodzimą aplikacją JPLAY FEMTO, choć warto pamiętać iż jest ona (aplikacja, nie sytuacja) dostępna jedynie na iOS-a. Ponadto żadne z powyższych rozwiązań nie zapewnia obsługi jednej z najpopularniejszych platform z internetowymi rozgłośniami radiowymi, czyli TuneIn a dodatkowo decydując się na JPLAY warto mieć na uwadze, że „sterownik” – smatfon/tablet, z którego zawiadujemy streamerem cały czas musi znajdować się w obrębie tej samej sieci co streamer, gdyż w przeciwnym razie odtwarzanie zakończy się wraz z końcem aktualnie granego utworu. Z tego co mi wiadomo nie przewidziano również pilota, którego np. do Luminów można dokupić a Auralici przyuczyć do komunikacji z dowolnym, jakiego mamy akurat na podorędziu. Ot uroki minimalizmu, a tak po prawdzie, skoro mamy sterowanie z poziomu tabletów/smartfonów, to nie ma co kręcić nosem, tylko przejść nad ww. faktem do porządku dziennego.
Sercem streamera jest kość przetwornika Sabre ESS ES9038Pro zapewniającego obsługę sygnałów PCM do 768 kHz / 16-32 bit i 512DSD. Jak na takiego malucha z zaskakującą atencją potraktowano zasilanie, w którym znajdziemy … trzy transformatory – jeden dla sekcji cyfrowej i dwa pozostałe dla analogowej – odpowiednio dla „+” i „-”.
Nie mając praktycznie żadnych skojarzeń, bagażu doświadczeń zebranych podczas nawet przypadkowych spotkań, a tym samym również oczekiwań względem tytułowego odtwarzacza do odsłuchów zasiadałem otwarty na dosłownie dowolną sygnaturę. Jednak proszę mi wierzyć na słowo, że nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie zgadłbym, że owa „japońska podstawka” od pierwszych taktów „Memory” Palomy Dineli Chesky jasno da do zrozumienia, że ze stereotypowym „cyfrowym” brzmieniem 9-ka ma tyle wspólnego co szyba z szybowcem, gdyż to właśnie w analogu i tym górnopółkowym należy doszukiwać się jej inspiracji i wzorców. Mówiąc wprost jest swoistą, zaskakująco budżetową alternatywą czy to dla rodzimego XACT-a S1, czy topowego 432 EVO Master, którym może nieco pola ustępuje, ale biorąc pod uwagę różnice w kwotach o jakie poproszeni zostaniemy przy kasie oraz świadomości istnienia wyższych modeli japońskiej manufaktury właśnie w roli wielce atrakcyjnej alternatywy ww. urządzeń można ją rozpatrywać. Zacząłem z wysokiego „C”? Nie przeczę, jednak skoro pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, to Sforzato robi je błyskawicznie i jest ono piorunująco pozytywne. Dostajemy bowiem niezwykle intensywny, soczysty i gęsty a zarazem szalenie rozdzielczy przekaz w którym niby pierwsze skrzypce gra średnica, lecz i skraje pasma poza nieco pomocniczą / służebną rolą nie mają czego się wstydzić zachowując zarówno pełną kontrolę w najniższych rejestrach, jak i krystaliczną czystość oraz otwartość w górnych. Po prostu lwia część scenicznych świateł kierowana jest właśnie na operujący w środku pasma pierwszy plan a dopiero w dalszej kolejności na pozostałych uczestników spektaklu. I tu od razu pozwolę sobie zauważyć, iż faworyzowanie pierwszoplanowych wydarzeń i kluczowość koherencji spektaklu nie oznacza wstydliwego chowania reszty składów po kątach, lecz jedynie nieco mniejszą intensywność ich projekcji. Wystarczy bowiem przenieść naszą atencję na drugi, bądź trzeci plan a dostaniemy precyzyjnie nakreślone źródła pozorne z pełnym pakietem informacji o ich poczynaniach. W dodatku czytelność gradacji kończy się za ostatnim planem nieprzeniknioną czernią, co tylko potwierdza słuszność m.in. pozornego przewymiarowania sekcji zasilającej. Głos Palomy jest nieprzyzwoicie wręcz zmysłowy, ale taki właśnie powinien być, gdyż córka Davida Chesky’ego (tak, tego od audiofilskich krążków swym nazwiskiem sygnowanych) poza umiejętnościami wokalnymi posiada również wykształcenie realizatorskie, więc doskonale wie co i jak na konsolecie poustawiać, żeby tak ona sama, jak i towarzyszący jej skład brzmiał jak należy. I na Sforzato brzmi, jak już zdążyłem zauważyć wręcz grzesznie a za jej plecami dzieje się sporo a japoński plikograj niczego przed naszymi uszami nie ukrywa. Proszę tylko zwrócić uwagę na partie perkusji, czy też gitary albo saksofonu a sami Państwo usłyszycie właściwość faktur, adekwatność gabarytów, czy też pełnię generowanych przez nie informacji. Ponadto wspomniane gęstość i plastyka prezentacji nie są tożsame ze spowolnieniem, czy lepkim, spowolnieniem przekazu. Skoro bowiem nawet na kipiącym agresją progresywnie metalcore’owym „Through Shadows” Born Of Osiris Sforzato udało się zachować pełną równowagę pomiędzy brutalna ofensywnością a prawidłowym wysyceniem i bez odchudzenia, bądź asekuracyjnego zamulenia przekazu oddać pełnię siły rażenia zawartego w nim ładunku emocjonalnego, to śmiem twierdzić, że nawet miłośnicy tego typu ekstremów bez większych obaw mogą japońskim plikograjem się interesować. Warto jednak mieć świadomość, iż DSP-09EX sam z siebie benzyny do ognia nie doleje,, więc jeśli ktoś z jego pomocą będzie próbował rozbudzić i ożywić posiadany, nieco zbyt ospały system, to może srogo się rozczarować i to nawet na opartym na krzykach i wrzaskach repertuarze. Dlatego też tytułowy odtwarzacz lepiej traktować w kategoriach zwieńczenia kompletowania wysokiej klasy zrównoważonego tonalnie, bądź nawet nieco romansującego z rześkością systemu aniżeli panaceum na jego motoryczno-komunikacyjne niedoskonałości.
Z racji swej jasno zdefiniowanej sygnatury Sforzato DSP-09EX nie pozwala na obojętność. Nie daje też szans na zwrot do dystrybutora wszystkim tym, którzy poszukują piękna i naturalności w muzyce. Dlatego też jeśli zamiast dzielić włos na czworo i rozbijać poszczególne dźwięki na atomy wolicie Państwo dać odpocząć skołatanym nerwom przy kojących akordach ulubionych wykonawców, to nie ma co zwlekać, tylko zainteresować się bohaterem niniejszej recenzji, bądź też … poczekać na rozwój wypadków, gdyż z tego co mi wiadomo lada moment powinien do naszej redakcji trafić kolejny, oczko wyżej usytuowany w firmowym cenniku, plikograj tytułowej marki.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jedno jest pewne, obcowanie z muzyką na bazie plików dla wielu z nas stało się chlebem powszednim. To natomiast naturalną koleją rzeczy spowodowało zalew rynku szeroką ofertą tego konstrukcji owe obcowanie zapewniających. I dobrze, bo jest z czego wybierać, a bogactwo rozwiązań pozwala dobrać konstrukcję dopasowaną do swoich potrzeb tak sonicznych, jak i organoleptyczno-munalnych. I gdy w teorii z tego faktu powinniśmy się bezgranicznie cieszyć, w całej tej akcji jedno jest zastanawiające. Mianowicie chodzi o to, że gro wprowadzanych na nasz rynek konstrukcji mając rodowód wschodni, wielu z nas nie na ten wschód liczy. Do czego piję? Naturalnie do faktu znikomej ilości podobnych propozycji z kolebki zabawy w zaawansowane audio jaką jest Japonia. Nie twierdzę, że Korea, Chiny i im podobne landy to zło, które nie potrafi zaproponować klientowi dobrego produktu, jednak dla purystów jak w każdej dziedzinie życia liczą się przez lata hołubione zasady. A jedną z nich w naszej zabawie dla wielu osobników jest konsekwentne penetrowanie li tylko rynku japońskiego. Przesada? Nic z tych rzeczy, po prostu poparta wieloletnimi pozytywnymi doświadczeniami konsekwencja w podejmowaniu wyborów. Jaki cel ma powyższy wywód? To chyba oczywiste, a chodzi o fakt zajęcia się konstrukcją z będącego bohaterem powyższego wywodu obozu inżynierskiego. A będzie nią dostarczony przez krakowski Nautilus, pochodzący z Japonii streamer Sforzato DSP-09EX. Na pierwszy rzut oka niepozorny rozmiarowo, ale za to ciekawy w kwestii brzmienia. Jeśli zatem jesteście ortodoksyjnymi akolitami inżynierii z kraju kwitnącej wiśni – naturalnie nie jest to warunek bezwzględny, serdecznie zapraszam Was do zapoznania się z kilkoma spostrzeżeniami na jego temat.
Od pierwszego kontaktu wzrokowego dokładnie widać, iż DSP-09EX w kwestii rozmiarów może pochwalić się osiągami na poziomie „midi”, czyli niezbyt rozbuchanymi gabarytami. Ale to żaden problem, a rzekłbym nawet, że zaleta, gdyż sugeruje, iż gro kosztów powstania tego urządzenia pochłonęły działania inżynierskie w odniesieniu do brzmienia, a nie designerskie oferujące ładnie opakowany, jednak w środku marnej próby smakowej cukierek. Przechodząc do konkretów widzimy, iż tytułowy Sforzato to średniej wielkości prostopadłościan, w którym dolną, górną i boczne ścianki uformowane z grubej giętej czernionej blachy na bazie aluminium od frontu osłonięto solidną sztabką tym razem srebrnego glinu, a od tyłu także aluminiowym, naturalnie bogato wyposażonym panelem przyłączeniowym. Jeśli chodzi manualno-instalacyjną ofertę streamera, na awersie znajdziemy centralnie umieszczony wyświetlacz i zorientowane obok niego dwa przyciski funkcyjne: Select i Phase, natomiast na rewersie bogaty zestaw przyłączy do aplikacji urządzenia w dowolny tor, w skład którego wchodzą wejścia cyfrowe LAN, USB, wejście na zewnętrzny zegar sterujący taktowaniem sygnału wraz z inicjującym jego pracę hebelkowym przełącznikiem, gniazdo serwisowe, wyjścia analogowe RCA/XLR oraz zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Tak prezentujący się streamer usadowiono na trzech antywibracyjnych stopach. Co do kwestii obsługi, nasz bohater nie daje możliwości wybrania muzyki z tak zwanego palca, ale to nie problem, bowiem znakomita większość tego i tak nie robi, a producent oferuje do tego celu darmową aplikację. Aplikację nie tylko pozwalającą nim sterować, ale także pokazującą niezbędne informacje dotyczące słuchanego materiału. To ostatnie jest dość istotne, gdyż na frontowym wyświetlaczu odczytamy jedynie format i częstotliwość próbkowania, a wielu z Was o danym utworze lub płycie zapewne lubi wiedzieć dosłownie wszystko, co naturalnie z jej pomocą dostaniecie.
Co oferuje japoński odtwarzacz plików? Według mnie najważniejszym jest granie z fajną plastyką i esencjonalnością, jednak przy tym z dbałością o niezbędny do wciągnięcia nas w nurt wydarzeń pakiet informacji. To oznacza, że opisywane źródło nie sili się na pokazanie szkodliwej wyczynowości prezentacji, co jest całkowicie zrozumiałe z racji bycia podstawowym modelem tego producenta, tylko udanie dba o zachowanie idealnego konsensusu pomiędzy muzykalnością i transparentnością podania odtwarzanego materiału. Temat jest na tyle ciekawie zrealizowany, że słuchana muzyka – nawet ta najgorzej zarejestrowana – nigdy nie zakuła mnie w ucho, a z drugiej strony drobiazgowość wizualizowania bardzo istotnych dla naszego zadowolenia niuansów sonicznych była na tyle umiejętnie serwowana, że ani przez moment nie poczułem pierwiastka nudzącego mnie uśrednienia przekazu. Efekt był taki, że w zależności od sytuacji na scenie raz z większym, a raz z mniejszym zaangażowaniem w pokazanie nieprzewidywalności danej twórczości, ale za każdym razem dostawałem trafiającą w punkt kwintesencję zarejestrowanych na płytach zamierzeń artystów. Efekt był taki, że i łatwa i ciężka muza mimo jawienia się w estetyce sporej muzykalności za każdym razem do mnie trafiała.
A zapewniam, w przypadku mocnego uderzenia rockiem choćby zespołu Megadeth „The Sick, the Dying… and The Dead” nie jest to takie łatwe. Wychowanie na popisach AC/DC swoje robi i zbytnie upiększanie z założenia agresywnej muzyki wypada po prostu nudno, a w najgorszym wypadku nawet źle. Na szczęście tytułowy Japończyk trafnie dozował plastykę i mimo podkręcania emocji w domenie nasycenia wokalizy, nie zabijał drzemiącego w niej szaleństwa, co dodatkowo skutecznie podkreślał mocnymi gitarowymi riffami i kopaniem diabelsko prowadzonej perkusji. Owszem, to nie był idealny pokaz w wartościach bezwzględnych, ale takim miał być, gdyż decyduje o tym zaawansowanie techniczne urządzenia, które w tym przypadku jest najprostszym modelem tej linii i stawia na dobrze rozumiane, czyli na ile się da pełne ekspresji, ale z zachowaniem dobrego rozsądku pozwalającego spędzać przy muzyce dowolną ilość czasu bez efektu z jednej strony zmęczenia niekontrolowanym chaosem, a z drugiej będącej efektem zbytniego uspokojenia wydarzeń nudy.
Oczywiście jako naturalny feedback zbieżności działań Sforzato z oczekiwaniami dla przykładu muzyki jazzowej spod znaku Jana Garbarka z formacją The Hillard Ensemble w interpretacji zapisów sakralnych na płycie „Officium” proces testowy był w pozytywnym tego słowa znaczeniu porażający. Ta uduchowiona muzyka wręcz kipiała od serwowanych mi emocji. Tembr brzmienia saksofonu przeplatany zniewalającymi frazami męskiej wielogłosowej wokalizy przykuwał mnie do fotela na tyle skutecznie, że jedynymi momentami na wzięcie pełnego oddechu były przerwy pomiędzy kolejnymi utworami. Ba, czasem z uwagi na pełne zaangażowanie emocjonalne potrafiłem przegapić nawet je, gdyż zanim zdążyłem przetrawić zakończony kawałek, rozpoczynał się kolejny, równie intymny i w bajecznie sposób odtworzony. Szczerze, to nie była typowa sesja testowa, bo podczas takowych zawsze jakimś cudem udaje się oderwać od słuchanej muzyki, tylko sesja wręcz zniewalająca mojego ducha. A wszystko naturalnie dlatego, że jak wspominałem, streamer grał nader muzykalnie, a słuchany materiał czerpał z tego pełnymi garściami, czyli zaliczyłem pełną synergię pomiędzy odtwarzaczem, materiałem muzycznym i moimi oczekiwaniami.
Gdzie widziałbym naszego japońskiego bohatera? Bez dwóch zdań w pierwszej kolejności wszędzie tam, gdzie oczekujecie sporych pokładów piękna słuchanej muzyki. Sforzato DSP-9EX pokaże muzykę z najpiękniejszej, ale przy tym dalekiej od nudy strony, co gwarantuje zabawę na długie godziny bez efektu zmęczenia. W drugiej kolejności zaś poleciłbym go również posiadaczom systemów cierpiących na zbytni chłód i pewnego rodzaju wagową anoreksję. Dostaną nieduży, ale jednak zastrzyk body i ciepła, co sprawi, że system pokaże się z płynniejszej, a przez to tętniącej większą radością strony. Natomiast jedynymi osobnikami, którym będzie z nim nie po drodze, z pewnością okażą się piewcy wyczynowości prezentacji muzyki ponad wszystko. Nasz bohater został zaprojektowany do umilania życia melomanowi, a nie zamęczania go nachalnymi atakami bliżej nieokreślonych w kwestii płynności dźwięków. Jak widać, wybór jest jasny. Wystarczy jedynie określić swoje priorytety i zderzyć je z moimi obserwacjami. Obserwacjami, w których najważniejsze jest pokazania muzyki przez duże „M”.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Nautilus
Producent: Sforzato Corp.
Cena: 14 900 PLN (regularna 4 490€)
Dane techniczne
Wyjścia analogowe: RCA, XLR, ok. 2 Vrms
Wejścia: LAN (RJ45), USB typu B, 10 MHz BNC (zegar)
Obsługa plików: AIFF, WAV, FLAC, ALAC, dsf, diff
Obsługiwane częstotliwości: 44,1 kHz – 768 kHz / 16-32 bit (PCM); 2,8 – 22,5 MHz (64-512) DSD
Obsługiwane protokoły: Roon Ready, UPnP, DLNA
Obsługiwane serwisy streamingowe: Amazon HD, TIDAL, Qobuz
Wymiary (S x G x W): 234 x 280 x 85 mm
Opinia 1
Choć zwykło się mówić, że chcieć to móc, to czasem, pomimo najszczerszych chęci na drodze do realizacji naszych planów staje proza życia, w tym prawa fizyki. A z nimi wiadomo jak jest – za bardzo nagiąć, ani oszukać się nie da. Dlatego też duńskie ZenSati dla wszystkich tych, którzy ostrzyli sobie zęby na flagowego #X-a , lecz z racji ograniczonej przestrzeni za swymi systemami zaaplikować go nie zdołali i musieli obejść się smakiem, przygotowało małe co nieco na otarcie łez, czyli jak wskazuje użyta nomenklatura „połówkę” topowych przewodów – #X Mezzo. I właśnie z tejże, jeszcze nieobecnej na stronie producenta, co niejako potwierdza ich „świeżość”, dzięki uprzejmości rodzimego przedstawiciela – podwarszawskiego Audiotite, udało nam się pozyskać przewód zasilający ZenSati #X Mezzo Power, na którego test serdecznie zapraszamy.
Na tle swego pełnowymiarowego protoplasty Mezzo jawi się nad wyraz filigranowo i wiotko, czyli śmiało możemy uznać, iż cel nadrzędny – większa giętkość a tym samym łatwość aplikacji został spełniony. Problem jednak w tym, iż w High-Endzie, a na tymże pułapie bezsprzecznie operujemy, ergonomia stosowanego okablowania niespecjalnie gra pierwsze skrzypce, gdyż jeśli by tak było, to nadal pokutowałyby w naszych sprzętowych układankach, a dokładnie za nimi, „cywilne” –komputerowe przewody. Wracając jednak do meritum, warto zwrócić uwagę, iż Mezzo odziedziczył po swoim starszym bracie zarówno umaszczenie zewnętrznej platynowo-złotej plecionki ochronnej, jak i złotych wtyków. Jak jednak na powyższych zdjęciach widać z racji wyraźnie mniej imponującego przekroju same profile konfekcji zdecydowanie bliższe są tym znanym m.in. z Angel-a aniżeli ledwo redukującym średnicę wsadów Furutecha korpusom #X-ów. Wprawne oko zauważy również brak ozdobnych tulei. Czyli nie da się ukryć, ze jest nieco skromniej, choć nadal trudno będzie nam Mezzo ukryć przed wzrokiem domowników i iść w zaparte, że przecież mamy go od dawna, tylko teraz inaczej go ułożyliśmy.
Zgodnie z tradycją również i w tym przypadku Mark Johansen nie jest zbyt skory do dzielenia się tajemnicami własnej kuchni, więc jedynie lakonicznie stwierdza, iż zastosowane w #X Mezzo przewodniki są podobne do tych użytych w #X-ach, a więc można wnioskować, iż sięgnął po złoconą miedź a różnice dotyczą ilości ekranów i powłok antywibracyjnych, których liczebność została adekwatnie do bardziej cywilizowanej średnicy naszego bohatera zredukowana. I choć w bezpośrednim porównaniu bezdyskusyjnie da się zauważyć, iż #X Mezzo jest zdecydowanie bardziej podatny na zginanie i układanie aniżeli pełnowymiarowy #X, to nadal należy go zaliczyć do niezbyt wiotkich. Ba, pod względem sztywności i sprężystości góruje również nad moją dyżurną Gargantuą II Acoustic Zen-a, która pomimo nieco większej średnicy okazała się zdecydowanie bardziej skłonna do zastolikowych wygibasów.
Ponieważ dostarczony na testy egzemplarz był niemalże dziewiczy, gdyż u dystrybutora popracował raptem kilka godzin, znając naturę duńskich drutów dałem mu niemalże tydzień na spokojną akomodację i dopiero wtedy przystąpiłem do bardziej krytycznych odsłuchów. Piszę to jednak nie dlatego, że jak wieść gminna niesie, recenzent słucha tak długo, aż mu się spodoba, lecz z racji, iż zmiany zachodzące w trakcie wygrzewania fabrycznie nowych ZenSati są na tyle poważne, że ich bagatelizowanie byłoby przejawem braku szacunku dla Czytelników, jak i ewidentnym przejawem nieznajomości tematu. Bowiem wyciągnięty prosto z pudła #X Mezzo niczym specjalnym nie tylko nie zachwyca, co wręcz swym asekuranctwem i schowanym za szarą zasłoną wycofaniem może budzić mało optymistyczne przeświadczenie perfidnego nabicia w butelkę. A warto zaznaczyć, że przy oczekiwanej za niego przy kasie kwocie rzędu blisko 80kPLN takie doświadczenie nie należy do najprzyjemniejszych. Całe szczęście już po około 5-6h „grania” wpływ #X Mazzo z ewidentnie destruktywnego ewoluował w stronę neutralnego „Primum non nocere”, by po wspomnianym tygodniu wahań nastrojów w pełni się ustabilizować. I w tym momencie dochodzimy do sedna, czyli odpowiedzi na zakładam, że nurtujące większość ostrzących sobie nań zęby, pytanie ile z „dużego” #X-a w tytułowym przewodzie zostało. Pytanie tyleż fundamentalne, co niejednoznaczne, gdyż wypadałoby je rozpatrywać z dwóch punktów widzenia – potencjalnych nabywców mających już na koncie przyjemność obcowania z pełnowymiarowym protoplastą Mezzo i tych, którzy owego zaszczytu jeszcze nie dostąpili a tym samym nie mają kluczowego w procesie decyzyjnym punktu odniesienia. Dlatego też pozwolę sobie na swoisty mix obu perspektyw twierdząc, iż choć bezsprzecznie pewne cechy starszego rodzeństwa Mezzo wykazuje / dziedziczy, to całościową, finalną – własną sygnaturę buduje po swojemu. Łączy bowiem w sobie gładkość i jedwabistość wyższego modelu z żywiołowością i energetycznością, czy wręcz rockowym pazurem niżej urodzonego, acz idealnie wpisującego się w moje (i nie tylko moje) gusta Angel-a. W rezultacie, nieco odchodząc od dyskretnych, acz wszechobecnych w #X elegancji, dostojności i wyrafinowania oferuje nad wyraz uzależniającą dawkę spontaniczności i czystej radości grania. Tutaj poza średnioformatową plastyką, naturalną soczystością barw i aksamitnością faktur pojawia się adrenalina, a gdy trzeba iście garażowa szorstkość. Dlatego też z wielką przyjemnością sięgnąłem po psychodeliczny, wręcz acid-punkowy, zakręcony niczym domek ślimaka „Fairyland Codex” Tropical Fuck Storm, na którym dzieje się naprawdę sporo. Jednak z racji nieco buntowniczej natury repoertuaru , aby w pełni doświadczyć intensywności bogactwa pojawiających się tam dźwięków, niekoniecznie trzeba wspierać się wyrafinowaniem duńskiego flagowca. Oczywiście takowy „zbytek” raczej nie zaszkodzi, choć noszący agrafki, czy bardziej customowe żelastwo w uszach, bądź innych częściach ciała ortodoksi mogą mieć w tym temacie zdanie odrębne, negując arystokratyczne maniery #X-a. Osobiście łobuzerski błysk w oku Mezzo mi nie przeszkadza a wręcz przeciwnie, nadaje całości intensywności i autentyzmu nie popadając zarazem w zbytnią siermiężność maskującą własne ograniczenia garażowym brudem. Kiedy trzeba dostajemy istne hektary przestrzeni wypełnionych onirycznymi instalacjami impresjonistycznych plam spośród których z niezwykłą precyzją ogniskowane są „fizyczne”, w pełni namacalne i definiowalne źródła pozorne. Uwagę zwraca właśnie wspomniana namacalność, czy to gitar, czy wokali, które z jednej strony budują psychodeliczny klimat a z drugiej są praktycznie na wyciągnięcie ręki – z wręcz porażającym autentyzmem operując siłą emisji, intonacją, czy nawet takimi drobiazgami, jak prowadzenie ręki po gryfie i idealnie oddanymi szarpnięciami strun. Może to „na papierze” wyglądać nieco nielogicznie, ale #X Mezzo opanował niezwykle trudną sztukę jednoczesnego grania bliskimi planami, jak i niezwykle przestrzennym, napowietrzonym dźwiękiem a gdy tylko reprodukowany materiał również w tę stronę idzie, jak daleko nie szukając „Night Mirror” Claudii Brücken, to od pierwszych taktów zostajemy wchłonięci przez muzyczny byt równoległy i swoisty mikrokosmos pozwalający odciąć się od codziennej gonitwy i szarej rzeczywistości. Blisko podany wokal, precyzyjna wieloplanowość i całkowicie zaczernione tło sprawiają, że serwowana przez tytułowy przewód prezentacja staje się szalenie angażująca, więc warto mieć ów fakt na uwadze i zapobiegliwie nie planować jakiś kluczowych zadań licząc na to, że włączony w tle, zasilany ZenSati system będzie pełnił rolę li tylko niezobowiązującego wypełniacza.
W kategoriach bezwzględnych może, a raczej na pewno, nie jest to tak rozdzielcza i transparentna prezentacja, co z pełnowymiarowym #X-em, lecz śmiem twierdzić, że to właśnie od #X Mezzo warto rozpocząć atak na duński szczyt kablarskiego szaleństwa. Ba, nie tylko duńskiego, gdyż wśród stricte ultra high-endowej konkurencji niezwykle trudno będzie znaleźć mu równie udanie łączącego energetyczność z jednoczesnym wyrafinowaniem przekazu sparingpartnera. Bowiem Mezzo we wszystkim co robi ani nie zatrzymuje się w pół kroku, ani nie popada w przesadę świetnie sprawdzając się zarówno w brutalnych odmianach rocka, jak i wyrafinowanej kameralistyce wyciągając z nagrań to, co mają w sobie najbardziej atrakcyjnego. Zadaje tym samym kłam twierdzeniom, jakoby wraz ze wzrostem „klasy” systemu malała liczba płyt mogących zagrać na nim dobrze. Z ZenSati #X Mezzo Power w torze możecie Państwo spokojnie przestać zaprzątać sobie głowę takimi bajkami z mchu i paproci i bez większych obaw sięgać praktycznie po każdy repertuar.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Z uwagi na konsekwentną, a przy okazji sprawiającą bardzo dużo frajdy podczas sesji testowych eksplorację poczynań tytułowej marki w zakresie produkcji okablowania dla systemów audio z tytułową serią #X jakiś czas temu mieliśmy już do czynienia. Jednak, gdy się dobrze przyjrzycie pakietowi zdjęć, okaże się, że tylko w teorii, bowiem topowa seria okablowania ZenSati #X dla naszego dzisiejszego bohatera była jedynie dawcą zgrubnego pomysłu na ogólną budowę. Co to oznacza? Otóż mocodawcy tego duńskiego podmiotu postanowili zaproponować swoim klientom produkt w ogólnym brzmieniu podobny do flagowej konstrukcji, jednak za bardziej przyjazną portfelowi cenę. To naturalnie zaowocowało mniejszym skomplikowaniem budowy, dlatego napisałem jedynie o ogólnym, tak nazewniczym, jak i konstrukcyjnym podobieństwie tych dwóch modeli. A jak już nasz bohater pojawił się w skandynawskim portfolio, dzięki logistycznym działaniom podwarszawskiego dystrybutora natychmiast zawitał w naszych okowach. O czym mowa? Naturalnie o kablu zasilającym ZenSati #X Mezzo Power, o brzmieniu którego skreślę kilka linijek w kolejnych akapitach.
Co wiemy o budowie #X Mezzo? Jak wspominałem, mamy do czynienia z nieco uboższą kombinacją użytych półproduktów do jego powstania. Jednak co jest bardzo istotne, czyli same przewodniki według informacji producenta są identyczne jak w topowej wersji, czyli wysokiej jakości pozłacana miedź o firmowym zaplocie. Różnice zaś dotyczą redukcji liczby powłok izolacyjnych, ekranujących i tłumiących szkodliwe dla dźwięku mechaniczne drgania pochodzące z zewnątrz, co powoduje znaczne zmniejszenie finalnej średnicy gotowego przewodu. Jeśli chodzi o konfekcję oraz wizualne wykończenie, w pierwszym przypadku wtyki to bliźniaczo umaszczona do modelu topowego wersja korpusów znana z niższych serii, natomiast zewnętrzna koszulka dostała już nie tak bogato, ale jednak nadal świetnie się prezentujący odcień zgaszonego złota. Na koniec w drodze do klienta kabel pakowany jest w pokryte skórą, estetycznie wyściełane oraz opatrzone certyfikatem oryginalności, prostopadłościenne, czarne pudełko.
Jak zagrał Mezzo? Od pierwszej chwili słychać było spore konotacje brzmieniowe z topową wersją #X. To z małymi różnicami nadal gładkie i esencjonalne brzmienie. Owe różnice odnoszą się jedynie do lekkiego zmniejszenia płynności przekazu, jednak są na tyle bezpieczne, że projekcję muzyki nadal cechuje propagowanie odpowiedniej jego gładkości i esencjonalności. Chodzi oczywiście o to, że nie tak dosadnej, a przy tym utrzymującej nienaganny timing odtwarzanego materiału jak u starszego brata, ale z drugiej strony dla systemów cierpiących na nadmiar tego typu artefaktów takie postawienie sprawy ma duże szanse wyjść na dobre. I choć gdybam, nie zdziwiłbym się, jeśli taki pomysł przyświecał mocodawcom marki, aby na nadal najwyższym poziomie jakości zaproponować klientowi opcję serwującego zastanemu systemowi pewnego rodzaju wyjście awaryjne w postaci chadzającego mniej nasyconymi ścieżkami kabla zasilającego. Nadal znakomicie operującego najważniejszymi cechami dobrej prezentacji jak waga oraz zebranie się udanie przekładane na odpowiednie uderzenie energią, jednak z minimalną korektą ilości. Oczywiście to także ma swoje drobne reperkusje w postaci nieco mniejszej wyczynowości w prezentacji mikrodynamiki w środkowym pasmie, ale nie oszukujmy się, zawsze jest coś za coś. Ale natychmiast stając w obronie decyzji powstania tej wersji X-a zapewniam, wspomniana korekta nie wywraca stolika do góry nogami. Nowy X delikatnie przesuwa podejście do tematu muzykalności w stronę zdroworozsądkowego, bo dalekiego od wyrządzania spektaklowi muzycznemu szkód, za to stawiającego na nieco większą szorstkość przekazu, w ostatecznym rozliczeniu czasem dobrze robiącego danej układance oddechu. To zaś powoduje, że wszelkiego rodzaju muzyka bez specjalnego audiofilskiego rozdrabniania na czworo wypada li tylko w minimalnie, a nie całkowicie odmiennej estetyce. Naturalnie w wartościach bezwzględnych nieco traci na namacalności poprzez utratę odpowiedniego poziomu soczystości i informacyjności w średnicy, ale jak wspominałem, to zwykły koszt zmian konstrukcyjnych i do tego całkowicie zaplanowany.
Jeśli chciałbym to przełożyć to na muzykę, w moim, raczej niecierpiącym na nadwagę i spowolnienie systemie wyglądało to tak. Popisy rockowe choć w pierwszym kontakcie oferowały nieco mniej tak ważnej dla płynności muzyki esencjonalnej tkanki, po chwilowej akomodacji wykazywały fajny efekt większej drapieżności. Takie tuzy jak Black Sabbath z krążkiem „Vol. 4” nagle zaczęły oferować bardziej wyrazistą krawędź rysującą wydarzenia sceniczne, co przy naturalną koleją rzezy lekkim zmniejszeniu wagi dźwięku sprawiło, iż muzyka zebrawszy się w sobie dodatkowo bardzo ciekawie przyspieszyła. Czy zatem było lepiej, czy jednak gorzej? Jak wspominałem, mam w miarę uniwersalnie skonfigurowany system, dlatego ewidentnie czując inny poziom krągłości z wynikającymi z niej smaczkami podania muzyki nie miałem wrażenia pogorszenia, tylko zmiany priorytetów jej podania. Owszem, nieco traciłem, ale w zamian z naprawdę małą stratą dostawałem coś innego, ale nadal ciekawego. Co dla kogo będzie ważniejsze – mocne vs oszczędniejsze nasycenie – pokażą konkretne próby na żywym organizmie, jednak najważniejsze, że #X Mezzo bez problemu radził sobie nie tylko w drogim zestawie, ale także z niełatwą do odtworzenia w wymaganej estetyce muzyką.
Co w takim razie działo się podczas obcowania z twórczością, dla której bardzo ważny jest aspekt muzykalności, a który w tym przypadku uległ delikatnej korekcie? Jak pisałem, zmiany w stosunku do flagowca są ewidentne, ale nie krzywdzące i mimo zmniejszenia pokładów soczystości choćby Keith Jarrett w koncertowym materiale „Inside Out” nadal czarował nie tylko dostojnością, ale także znakomitymi wybrzmieniami i odpowiednią soczystością brzmienia swojego instrumentu. Korekta słyszalna, ale niezbyt inwazyjna, a jak wcześniej zaznaczałem, dla wielu osobników być może ratująca system przed większymi korektami w postaci wymiany elektroniki. A jeśli nawet nie, to w przypadku tak zwanych gorących głów czasem warta spróbowania choćby dla samej zmiany estetyki brzmienia posiadanego zestawu.
Czy tytułowy ZenSati #X Mezzo to pogromca zajmującego pierwsze miejsce w portfolio marki topowego #X-a? Nie oszukujmy się, niestety nie. Jednak bez dwóch zdań nasz bohater to bardzo podobna estetyka grania. Podobna, a nie identyczna, bowiem jego cechami szczególnymi są mniejszy poziom nasycenia, a przez to gładkości, co finalnie daje efekt większej drapieżności brzmienia. Owszem, kosztem wyrafinowania, jednak to jest uzupełnienie oferty o właśnie w ten sposób brzmiący produkt, a nie próba obalenia obecnego króla w jakości prezentacji naszej ukochanej muzyki. Czy w oczach każdego z potencjalnych zainteresowanych wypadnie na tyle dobrze, że zostaną na stałe, pokażą konkretne pojedynki w danych konfiguracjach. Ja jednak puentując to spotkanie bez naciągania faktów powiem, iż kabel sieciowy #X Mezzo z teamu ZenSati jest na tyle intrygujący, że nawet w przypadku braku decyzji zakupowej wart jest każdej poświęconej mu minuty przy uwielbianej przez nas muzyce.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Cena: 77 900 PLN / 1,5m; + 11 000 PLN / 0,5m
Nieco ponad trzy lata temu gościliśmy smukłe MB5 B, jednak jak to w życiu bywa apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc tym razem postanowiliśmy przyjrzeć się i przysłuchać nieco większemu modelowi Scansonic HD MB8B.
cdn. …
Opinia 1
Tytułowa amerykańska marka Perlisten bywała w naszych progach już nie raz. Mieliśmy na tapecie konstrukcje i tańsze, i droższe, jednak za każdym razem ich wspólnym mianownikiem było nie tylko bardzo dobre, ale także swobodne granie. Powód? Są dwa. Pierwszym jest oczywiście bazująca na wieloletnich doświadczeniach w budowaniu tego typu konstrukcji jakość oferowanego dźwięku, zaś drugim ich rozmiary. W drugim przypadku piję oczywiście do faktu dotychczasowego opiniowania modeli podłogowych, dla których wspomniane wyniki prezentacji, jeśli są dobrze zaprojektowane, tak naprawdę są czymś naturalnym. A co byłoby, gdyby Jankesi powołali do życia zespoły podstawkowe? Spokojnie, to pytanie retoryczne, gdyż w dzisiejszym podejściu testowym z takimi się zderzymy. Tak, tak, po ostatnich ustaleniach w kwestii kontynuacji poznawania dokonań tytułowej marki stacjonujące w Białymstoku Rafko dostarczyło do nas zestaw nietuzinkowych monitorów Perlisten A3M z firmowymi podstawkami Perlisten SSLR-HGB.
Nie ma się co oszukiwać, seria fotografii jasno pokazuje, iż w przypadku kolumn podstawkowych A3M mamy do czynienia z dużymi konstrukcjami. Naturalnie chodzi o na ile to jest możliwe, zaproponowanie klientowi jak najmniej wysilonego dźwięku z mających swoje konstrukcyjne ograniczenia zespołów głośnikowych. A świadczy o tym choćby zastosowany zestaw dwóch sporej średnicy głośników średnio-niskotonowych oraz usadowiona pomiędzy nimi w lekko przysłaniającym je falowodzie wysokotonowa kopułka. A jeśli tak, nie ma się co dziwić, że aby zmieścić taką baterię przetworników, ten monitor może pochwalić się niebanalną wysokością niemalże 68 cm. Jak widać, jest czym dmuchnąć.
Jeśli chodzi o garść technikaliów, model A3M jest konstrukcja zamkniętą, mogącą pochwalić się skutecznością na poziomie 88dB przy obciążeniu 4 Ohm, a jego elektroniczną aplikację w tor stereo zapewniają zorientowane na tylnym panelu pojedyncze zaciski okablowania kolumnowego, zaś zastosowanie w kinie domowym ułatwia usadowiony w centrum tylnej ścianki zestaw gwintowanych otworów montażowych do ewentualnego powieszenia na ścianie lub przytwierdzenia do innego rodzaju stabilizujących je podstaw. Oczywiście z uwagi na weryfikację naszych bohaterek podczas pracy w trybie stereo dystrybutor wraz z rzeczonymi kolumnami dostarczył także wspomniane we wstępniaku firmowe standy Perlisten SSLR-HGB.
Jak można było się spodziewać i chyba taki był zamiar konstruktorów, nasze bohaterki pokazały, że wiedzą, czym rozkochać w sobie wielbiciela dużego, nieskrępowanego dźwięku. Chodzi oczywiście o to, że za sprawą pokaźnych jak na monitory głośników zakresu środka i basu dźwięk obfitował w solidną dawkę energii, a jako feedback otulenia gwizdka także niebagatelnym rozmiarowo falowodem pełnią ekspresji w górnym paśmie. Co dla mnie dodatkowo było fajnym, bo zbliżającym mnie do wydarzeń scenicznych efektem zastosowania płaskiej tubki dla gwizdka, to lekkie doświetlenie, czyli suma summarum wyeksponowanie pierwszego planu w stosunku do reszty wirtualnej sceny. Jednak bez paniki, jak przystało na rasowe monitory, A3M nie tylko z niej bez problemu znikały, ale także dawały dużo radości z obcowania z muzyką realizowaną przez artystów w jej głębi. Efekt wymienionych przed momentem aspektów budowy determinującej finalne brzmienie kolumn był na tyle wyrazisty, że gdy zazwyczaj do sesji testowych dla monitorów szukam raczej repertuaru unikającego sejsmicznych pomruków połączonych ze spektaklem wszechobecnych artefaktów sonicznych, gdyż byłoby to ewidentną złośliwością z mojej strony, to w przypadku Perlistenów na samym starcie sięgnąłem po muzykę filmową „Blade Runner 2049”. Co się wydarzyło? Cóż, Amerykanie nie przez przypadek uzbroili te kolumny w bezkompromisowe gabarytowo przetworniki w połączeniu z pozbawieniem ich portu bass-reflex. Mianowicie chodzi o to, że bas był obfity i mocny, ale nie bułowaty, tylko odpowiednio sprężysty. Na tyle efektownie wypadający, że przy wsparciu otwartości brzmienia poprzez utubioną kopułkę po zamknięciu oczu natychmiast zapominałem, że to muzyka z monitorów. Owszem, podłogówki zrobiłyby to z większą swobodą, ale konia z rzędem temu, kto z podstawkowców wyciśnie taki poziom pozytywnie odbieranej adrenaliny na bazie muzyki elektronicznej i oczywiście rockowej. Nie, nie pomyliłem się, A3M w ten sam, czyli znakomity, bo pełen agresji sposób radziły sobie również z rockowym buntem zespołu Metallica „Master Of Puppets”. W obydwu przypadkach dostawałem ogień w najczystszej postaci, a jego cechą wspólną był często niedostępny dla monitorów poziom kontrolowanej, tak ważnej dla odpowiedniego uderzenia słuchacza muzyką energii o zapewnieniu stosownej wyrazistości w najwyższym pasmie nie wspominając. Ta muzyka wydawał się być stworzona dla naszych bohaterek. A jak zaoceaniczne panny wypadły w lżejszych klimatach? Tutaj także wyszły z tarczą. A powodem było owe doświetlenie przekazu przez falowód wokół wysokotonówki, co w odpowiednim momencie dawało znakomity wgląd w nagranie. A jak wiadomo, jazz czy muzyka barokowa bez odpowiedniej artykulacji niuansów pracy brylujących w średnich i górnych rejestrach zazwyczaj naturalnych instrumentów i wokalizy staje się zwyczajnie nudna. Na szczęście nie w tym przypadku. A w przekonaniu o tym z pomocą przyszedł Leszek Możdżer ze swoim teamem z najnowszym krążkiem „Beamo”. Chodzi o to, że mimo iż to nastrojowa, to jednak oferująca sporo raz mocnych, a innym razem eterycznych popisów muzyka, co Perlisteny swoimi możliwościami solidnego osadzenia dźwięku w masie i jego napowietrzenia bez najmniejszych problemów kolokwialnie mówiąc ogarnęły. Jednym słowem Leszek ze swoimi znajomymi Danielsonem i Fresco pokazali się z bardzo dobrej, bo dobrze operującej barwą oraz gdy wymagał tego materiał pewnego rodzaju lekkością strony. Czyli tak, jak widzieliby to sami muzycy.
Czym w epilogu tego spotkania zachęcę Was do zakupu tytułowych kolumn? Po pierwsze to duży i swobodny dźwięk. Po drugie na tyle dobrze ułożony od strony ilości i jakości masy, że bez problemu ogarnia mocne klimaty muzyczne, przy okazji nie kalecząc tych stawiających na wyrafinowanie. A po trzecie jak na proponowaną ofertę brzmienia oraz wielofunkcyjność do stereo i kina domowego są zaskakująco tanie. Jakieś minusy? Gdybym miał na siłę ich szukać, jedyny jaki przychodzi mi do głowy i jest ewidentnie naciągany, to rozmiar opiniowanych podstawkowców. Perlisteny A3M na tle ogólnie pojmowanego rozmiaru monitorów są zwyczajnie duże. Ale czy to uprawnia mnie do kwalifikowania tego jako wady? W moim odczuciu naturalnie nie, jednak pisząc o zazwyczaj małogabarytowych konstrukcjach kolumn monitorowych w odniesieniu do amerykańskich paczek byłem zobligowany to zasygnalizować.
Jacek Pazio
Opinia 2
Zarówno wkraczając na rynek, jak i później, pojawiając się na naszych łamach za sprawą S7t i S7T-LE Perlisten zaczął z wysokiego C. Co prawda po (dłuższej) chwili trafiły do nas nieco skromniejsze gabarytowo 5-ki (S5T), ale pierwsze wrażenie, które jak wiadomo można zrobić tylko raz, było jednoznacznie high-endowe. Całe szczęście dla szerszego grona odbiorców Amerykanie zamiast okopać się na górnopółkowych pozycjach w trakcie ostatniego monachijskiego High Endu pokazali, że nie tylko w majętnych audiofilach upatrują nabywców swoich kolumn, lecz również i na zdecydowanie bardziej przystępnym cenowo pułapie chcieliby zrobić nieco zamieszania. Mowa o serii A, z której to, dzięki uprzejmości białostockiego Rafko, udało nam się pozyskać na testy intrygujące podstawkowe monitory Perlisten A3m.
Czemu intrygujące? A chociażby ze względu na ich nieoczywistą funkcjonalność, gdyż poza występowaniem w parach A3-ki dostępne są … solo – jako głośniki centralne i wtedy zamiast „m” posiadają oznaczenie „c”. Tym oto sposobem z łatwością można skompletować z ich pomocą zestaw 3, 5 bądź nawet 7 kanałowy bazujący na identycznych zespołach głośnikowych, a jeśli zajdzie taka potrzeba jedynie dorzucić subwoofer, bądź nawet dwa. Pomijając jednak uniwersalność naszych bohaterek kluczową kwestią jest ich zaskakująco odważna estetyka, gdyż pomimo pozornie asekuracyjnej czerni umaszczenia widok ich ścian przednich nie pozwala na obojętność. Mówiąc wprost pomimo, z racji gabarytów skrzyń, sporej powierzchni użytkowej panuje na nich zaskakujący ścisk. Klasyczny układ D’Appolito tworzy para 215 mm mid-wooferów o membranach z włókna węglowego i umieszczona pomiędzy nimi w pokaźniej średnicy tubce wykładniczej i na nie owym kielichem zachodząca 35mm kopułka z kompozytu Teteron.
Z kolei ściana tylna to istna ostoja spokoju, gdyż znajdziemy na niej jedynie pojedyncze terminale przyłączeniowe oraz … otwory montażowe pod uchwyty umożliwiające powieszenie A3-ek na ścianie / pod sufitem. Jak jednak powyższa sesja unaocznia my aż tak ekstremalnych pomysłów nie mieliśmy i ograniczyliśmy się do ustawienia ich na firmowych, zapożyczonych z serii S standach SSLR.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z dwudrożnym układem zamkniętym o skuteczności : 88.1dB i impedancji znamionowej na poziomie 4Ω, więc z zalecanego przez producenta zakresu 50 – 250W mogących prawidłowo wysterować 3-ki wzmacniaczy sugerowałbym celować w bliższy górnym aniżeli dolnym wartościom konstrukcje. Nie wykluczałbym przy tym lamp, gdyż coś czuję w kościach, że mariaż Perlistenów z np. mocnymi VTL-ami, bądź Octave może być wielce trafioną konfiguracją.
Zarówno pokaźnych rozmiarów, niemalże 70cm wysokości skrzynie, bateria charakteryzujących się dużym skokiem drajwerów, jak i samo pochodzenie Perlistenów niejako już od progu sugerują, że zasiadając w fotelu odsłuchowym warto profilaktycznie zapiąć pasy i mocniej wsunąć stopy w kapcie. I proszę mi wierzyć, że nie są to li tylko niewinne żarty, co działania na wskroś uzasadnione, gdyż od pierwszych taktów „Hymns in Dissonance” Whitechapel A3m jeńców brać nie zamierzały dwojąc się i trojąc, by pod względem dynamiki, energetyczności przekazu i zejścia basu nie tylko dogonić S5T, co wręcz dorównać 7-kom (S7t). Mówiąc wprost to już nie było nawet wyswobodzenie dźwięku z ram narzucanych przez monitorowość konstrukcji, lecz coś na kształt eksplozji, czy też tornada niszczącego dosłownie wszystko, co spotka na swojej drodze. Bezlitosne kopnięcia basu, bestialskie smagnięcia gitarowych riffów i niemalże zwierzęcy ryk wokalu sprawiały, że amerykańskie „maluchy” mogły wywołać stany lękowe u zaskakująco licznego grona posiadaczy nawet sporych zestawów podłogowych. Co jednak istotne owa energetyczność i swoboda operowania basem bynajmniej nie opiera się na boomboxowo – subwooferowym podbiciu owego podzakresu, lecz pełnej kontroli i trzymaniu wszelkiego rodzaju tąpnięć i łupnięć krótko przy pysku. Zero spowolnienia, zero poluzowania a jednocześnie nie sposób mówić o nadprogramowej analityczności, czy też zbytniej chrupkości, a co najwyżej o „studyjnej” precyzji. I właśnie owa „studyjność” i „precyzja” są kluczowe dla zrozumienia drzemiącego w naszych gościniach graniczącego z fenomenem potencjału. Zamiast bowiem zalotnie czarować i na swój sposób „artystycznie” interpretować reprodukowany materiał Perlisteny stawiają na trzymanie się faktów a więc wierność prawdzie pokazując nagrania takimi jakimi one naprawdę są a nie jakimi odbiorca, czy też konstruktorzy kolumn chcieliby, żeby były.
W rezultacie otrzymujemy momentami oszałamiające różnicowanie nagrań, co wcale nie oznacza piętnowania i eliminacji tych gorszych a jedynie wciągającą bardziej aniżeli chodzenie po bagnach zabawę w porównywanie ulubionych albumów i ich na nowo dokonywaną kategoryzację. Przykładowo czarno na białym widać, znaczy się słychać, jaka przepaść dzieli poziom realizacji chociażby partii wokalu „Crosseyed Heart” Keitha Richardsa czy „Quelqu’un m’a dit” Carli Bruni od „Aya” Kasi Kowalskiej, która na tle dwóch wcześniej wymienionych brzmi jakby artystka zamiast w studiu nagrała się na dyktafon, bądź „wdzwoniła” się w sesję. Nie ma jednak co kręcić nosem, lecz pogodzić się z faktami a jeśli ktoś chciałby poprawić sobie humor, to wystarczy najpierw włączyć płaski jak stolnica i jazgotliwy jak zdezelowany diaks „The Arsonist” Sodom a dopiero po nim naszą Królową Melancholii i proszę mi wierzyć, że wtedy rodzimy album będziemy odbierać niczym sygnowaną przez Prelude Classics audiofilską perełkę.
Wracając do meritum warto również wspomnieć, iż Perlisteny z niezwykłą pieczołowitością oddają gradację planów, przy czym to pierwszy stanowi ich przysłowiowe oczko w głowie i poprzez sugestywne jego przybliżenie to właśnie on skupia na sobie lwią część uwagi słuchaczy. Wystarczy jednak nieco oswoić się z proponowanym przez 3-ki sposobem narracji, by z łatwością eksplorować dalsze szeregi muzyków i to nie tylko w dość ograniczonych, kilkuosobowych składach, co i w tych zdecydowanie bardziej licznych. Ot chociażby na „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects doskonale słychać separację każdego z instrumentów, oczywiste różnice pomiędzy zelektryfikowanym i owego wspomagania pozbawionym instrumentarium a jednocześnie wzorowy porządek oraz synergię panujące w londyńskim studiu. Jeśli dodamy do tego zdolność błyskawicznego oddania tak skoków dynamiki, jak i przejść pomiędzy lirycznymi, akustycznymi fragmentami a dopalonymi ścianą gitarowych riffów orkiestrowymi tutti, to jasnym będzie, że miłośnikom tego typu doznań szeroki uśmiech po randce z tytułowymi amerykańskimi monitorami trzeba będzie zdejmować chirurgicznie.
Śmiem twierdzić, iż tak z racji swej dość charakterystycznej aparycji, jak i ponadprzeciętnej spontaniczności oraz zamiłowania do rockowej jazdy bez trzymanki Perlisteny A3m mogą nie wszystkim melomanom i audiofilom przypaść do gustu. I … bardzo dobrze, bo to nie jest zupa pomidorowa, żeby wszyscy ją lubili, tylko świetne kolumny o własnym, jasno określonym charakterze sprawiającym, że krew w żyłach krąży intensywniej, kończyny żwawiej podrygują a tak stary, jak i nowy Rock we wszystkich swych, nawet najcięższych odmianach, brzmi lepiej niż 372 konny Dodge Challenger 5.7 Hemi R/T. Dlatego też jeśli szukacie w muzyce emocji i lubicie nie tylko ją, znaczy się muzykę, słyszeć, lecz również czuć na własnej skórze i trzewiach, to gorąco polecam odsłuch tytułowych łobuziaków, gdyż na ich tle większość konkurencyjnych propozycji może brzmieć jak po zażyciu Pavulonu.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,
Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Rafko
Producent: Perlisten Audio
Cena: 13 980 PLN / para
Dane techniczne
Konstrukcja: 2-drożna, podstawkowa, zamknięta
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 35 mm kopułka z kompozytu Teteron;
– średnio-niskokotonowe: 2 x 215 mm membrana z włókna węglowego
Skuteczność: 88.1dB / 2.83v / 1.0m
Impedancja: 4Ω
Zalecana moc wzmacniacza: 50 – 250W
Pasmo przenoszenia: 44 – 24kHz (-6dB); 37 – 27kHz (-10dB)
Maksymalny SPL: 112.1dB peak
Wymiary (W x S x G): 675 x 280 x 350 mm
Opinion 1
As an introduction to today’s meeting, I would like to allow myself a reflection on something seemingly diverting from the main topic of our portal, namely appearances. We seem to know from a very early age that appearances are deceiving, but in the times of more and more perfect (more perfidious) AI, deepfakes flooding the Internet, or even automatic beauty filters – factory-enabled on many smartphones, we more and more often catch ourselves on the fact that the seemingly obvious quote from the eighteenth century „New Athens” by Benedykt Chmielowski, as if „A horse is a horse, of course” is very painfully starting to diverge from the reality around us. To put it bluntly, not only did we live in a time when the slogan „Trust no one” appearing in „X-Files” (an explanation for underage readers – it was a cult SF series broadcast in the years 1993 – 2002) became the basis of existence, but it is even worse, because not only can we not believe others, but in fact we should also have a lack of trust in … ourselves. Am I exaggerating? Not at all, because, as I have already mentioned, believing in what we see can turn out to be, if not disastrous, then usually painfully disappointing for us. Fortunately, history also knows cases when the above-mentioned misleading appearances become the reason for a pleasant surprise, i.e. the motif of „kinder surprise”, „ugly duckling”, or Italian/Spanish cuisine comes into play, where the dishes significantly differ in appearance from the patterns promoted by French masters of the frying pan, but taste … insanely, usually outclassing molecular freaks and other complicated „dinner plate installations”.
What do I try to allude to? To classic bookshelf monitors. After all, everyone can see what they are like. Well, in the vast majority of cases, two drivers per box and the topic is closed. If the manufacturer wants to go crazy, he either adds an additional driver, evolving to a two-and-a-half, or three-way form, or replaces the classic bass-reflex with a passive radiator / opts for a closed design. Generally, if he is up to something, in 99% of cases it can be seen with the naked eye. The remaining percentage is managed by, recalcitrantly escaping simple pigeonholing, clinical cases in the style of the five-driver Neat Ultimatum MFS (now XLS), where, despite the declared two-way operation, we have … three tweeters and two (one hidden inside the cabinet) bass-midrange drivers working in an isobaric configuration, the three-way ELAC Concentro S 503 with an exponential tube imitation surrounding the JET 5 tweeter and the130 mm midrange AS-XR AL, which we hosted almost three years ago, and the, based on a similar solution, TAD CR1 TX-EB and … of our today’s guests. As it turns out, provided by Sopot based … I mean, Gdańsk (the guys are in the process of moving) AudioSolutions Virtuoso B are not quite what they seem. If you are wondering what dark secret they hide, there is nothing else left for me to do but invite you to continue reading.
Strictly high-end and in addition such beautifully looking monitors are visiting us so rarely, that we can confidently consider today’s publication as a quite understandable excuse to celebrate. Especially that instead of the standard painting, the visiting pair received a phenomenal Martino Copper color, in which it looks simply stunning. If we add to this the characteristic, tapering shape of the cabinets, perfectly matched design and factory-assembled stands, plus extraordinary care for safe transport in the form of armored boxes visible in the unboxing teaser, then we can be absolutely confident about a positive first impression, which, as we know, can be done only once, but also about any subsequent impressions of happy buyers. And this is just an innocent prelude to further fun and by no means the peak of creative capabilities of Gediminas Gaidelis – the founder, owner and chief designer of the brand, who has the top Vantage series on offer for the most demanding customers.
But let us get back to the point, i.e. to „our” (I wish) Virtuoso B and let us focus on the details, because there is a lot to talk about. As you can see in the photos above, the slightly convex fronts are decorated with a pair of drivers ordered from SB Acoustics – a 16.5 cm midrange with a Hard Pulp paper membrane, and a 30 mm silk dome tweeter placed just below it. Both drivers are surrounded by small exponential tubes. According to the company’s tradition, the side walls of the bodies are „broken” more or less in the middle of their length, so that their front part slightly increases the width of the columns, while the rear part converges towards the narrow back, giving the whole a slightly coffin-like cross-section. On the back wall, on the other hand, there is a large bass-reflex outlet and double connection terminals, placed in a shallow milling on an aluminum escutcheon. The cabinets are connected to proprietary stands, but not completely tight, because between the base of the speakers and the supporting platform there is a several-centimeter long expansion joint, revealing the presence of stabilizing legs and a pin connecting the whole, but also a not so small … surprise. It turns out that the Virtuoso B are not two-driver, two-way design, but a three-way three-driver design, thanks to the 19 cm woofer with a Hard Pulp cone mounted in their base. Since we have looked a little deeper, let me continue the anatomical thread and thus mention that the boxes of the tested monitors are a proprietary box-in-a-box solution, i.e. de facto two enclosures – one (light and rigid) in the other (heavy – acting as a mass damper) bonded with a thin 0.1-0.15mm layer of flexible polyurethane glue. As if that was not enough, there is an extensive structure of skeletal stiffeners and uneven wall thickness on the cross-section of the cabinet, which very effectively eliminate the formation of possible resonances, and together with the above-mentioned shape of the cabinets, also fight against standing waves.
From the electrical side, we are dealing with a three-way system operating in the 30-30000 Hz band, with crossover frequencies set at 500 Hz and 7000 Hz, which makes it clear that the above-mentioned midrange driver has no chance of boredom, because it works in a surprisingly wide band. The sensitivity declared by the manufacturer is 91.5 dB, which, with 4 Ω of rated impedance, should not be a major problem for amplifiers of an adequate class.
Coming back to the stands for a moment, I can only praise the perfect color consistency with the monitors carried on their shoulders and the stability achieved thanks to the wide, finely profiled lower platforms. At this point, I will allow myself a small digression of a functional nature, because although a single loudspeaker weighs 23 kg and together with the stand increases its weight to 37 kg, so even connecting heavy and rigid wiring should not make much of an impression on them, I dare to say that since the Virtuoso reach the end user combined with the stands from the factory, it would be possible to think about the option of moving the connection terminals to the stands bases, thus eliminating the “braids” hanging behind the setup.
I will not hide the fact that when I started listening to them, I was wondering how the Virtuoso B, belonging to the higher series, would sound against the background of my (after all, for my 50-year anniversary I can get a little something), a notch lower-born, but noticeably more powerful, floorstanding Figaro L2. Of course, I did not expect a comparable volume and power of sound, because at least in this respect the laws of physics cannot be deceived, but other aspects remained one big unknown. And to be honest, I was not disappointed, because from the first notes, which were a very unobvious combination of progressive metalcore with… J-pop, „PALEHELL” by Paledusk, the Lithuanian stand-mounts not only immediately dematerialized on the extremely spacious and well-arranged stage they created, but also offered dynamics and sound range worthy of many floor standers. I am writing this not without satisfaction, because the repertoire served by the Fukuoka quartet, to put it mildly, is not only not the easiest, but also has little to do with delicacy itself. It consists of group roars, hellishly fast riffs and truly epic drum parts richly embellished with electronics. It does not sound like a test material dedicated to monitors, in fact, I dare say that most exhibitors and manufacturers of even powerful floor standers would prefer to avoid this type of extremes. Meanwhile, the extremely resolving treble of the Virtuoso rendered the whistles and wheezes drilling into the synapses with extraordinary expression, the wonderfully communicative midrange left no doubt about the phrases spit out at the speed of a machine gun, and the bass only crowned the work of destruction, mercilessly kicking us in the guts. And here is a technical note. Well, the lowest components of the „copper boxes” are exceptional and at the same time, at least for casual listeners, quite unobvious, because not only do they not try to remind you of their presence all the time, but they sound exactly when they need to and with perfectly matched power, but they also offer such resolution and pacing, that I would not be surprised if some owners of often more expensive floor standers and not very spacious living rooms, would start to consider changing to them after a listening session with them (the AudioSolutions, not the rooms). Here, the differentiation of electronic modulations, or percussive blasts and plucks of bass strings is at a truly studio level, with the only difference being, that we are still dealing with coherent music and not isolated individual sounds. And although at first, it may seem that the Lithuanians focus on quality over quantity, it is enough that the source material has a sufficiently low frequency, and there is no shortage of such frequencies, whether on the club „are you listening?” by Winterburn, or „airing” the exhibition halls (I warmly greet Marten’s team) during the last Munich High End „Hymns in Dissonance” by Whitechapel, and we will see for ourselves that they do not lack any energy or volume.
However, realizing that the percentage of potential buyers of the above-mentioned monitors who like similar extremes oscillates around zero, I returned to the more civilized climates straight from the prog-metal frontiers in the style of „Blood” by OSI. Yes, yes, Jim Matheos’ guitar, present there in a variety of ways – from almost garage thrash to sweet and smooth phrases, plus Kevin Moore’s keyboards that are difficult not to recognize, and his, usually processed vocals (there are also singing distinguished guests – Mikael Akerfeldt and Tim Bowness) are a great test of the abilities of both the system and the speakers themselves in terms of the ability to instantly change the structure and timbre of the reproduced sounds. Let us add that the Virtuoso passed the test with flying colors, because in the blink of an eye they were able to go from roughness to smoothness and back again, presenting the perfect coherence of the reproduced frequency range, and thus confirming the fully conscious application of individual drivers. Following this trail and at the same time closing the topic of the range of dynamics and the adequacy of timbres to the instruments served, I could not deny myself the pleasure of reaching for a great symphony in a truly masterful performance by The Philadelphia Orchestra, i.e. the latest remasters „Stokowski: Gran Galà, vol. I” and „Stokowski: Gran Galà, vol. II”. And what? Everything is in the best possible order, starting from the exemplary order on the stage occupied by the Philadelphians, through the virtual sources defined with a truly laser-like precision, to the aforementioned coherence of the whole performance. I am not even mentioning the heart-pounding tutti, because if AudioSolutions coped with the joyful work of Whitechapel, then even the classic, even so numerous, performance apparatus could not force them to even slightly compress. And yes, another feature of the tested monitors, that is extremely pleasing to my ears, is the ability to play both at evening and night volume levels, oscillating around a whisper, as well as stadium-like doses of decibels. So, if only our amplification can also boast of such features, we can confidently talk about full versatility.
Inevitably, approaching the finale, there is nothing else left for me to do but say, that the AudioSolutions Virtuoso B are in a class of their own, and if you are only looking for small speakers for a room of about twenty square meters, and at the same time the price level of the above-mentioned TADs is a bit too abstract, then listening to the Virtuoso B seems to be a mere formality. In addition, along with them, as if for free, you will receive something else. Well, I am well aware that it will be difficult for you to take your eyes off them, because what can I say, they are beautiful, but if you only close your eyes during the session, in most cases you will be able to get the impression that someone has automagically replaced them with quite large floor 0standers.
Marcin Olszewski
Opinion 2
Over many years of testing bookshelf speakers, I know one thing, some pretend to be much larger than they actually are, while others, taking into account their technical limitations without chasing performance above all, focus on showing the maximum realism of the reproduced music. And while it would seem that thanks to the large scale of the sound, the representatives of the first group would provide a lot of fun, in fact it is the second group that should arouse such emotions. The reason is the artificial coloration and boost of the bass by those playing competitively, which may seem phenomenal, but it is at least an averaging, if not a degradation of the quality of the sound. A small loudspeaker means sometimes an impulse appearing only momentarily or stronger bass, appearing only at the moment of occurrence, but the way of presenting the whole musical event is simply unattainable for floor standing speakers. Unfortunately, if the stand mount unit bombards us with a lower range inadequate to the size of the case, it is an obvious fraud and usually due to the monotony of this sound band, we get a qualitative boredom. If you understand this seemingly natural, but unfortunately for many people unacceptable rule, only then there is a chance to thoroughly understand what this type of loudspeaker is about. And when you mature emotionally, you also can fall in love with them, even when having a room that can easily accommodate large floor standing speakers. What is the purpose of the above discussion? Naturally an introduction to today’s test session. A session of a set of stand mount speakers with dedicated stands in the form of AudioSolutions Virutoso B from Lithuania, supplied by Premium Sound from the Tricity. Do you want to know how they fared? If so, I invite you to read a few verses about their performances during several days of test fun.
What do we know about Virtuoso B? This is, of course, a continuation of the construction of loudspeakers, that uses a double enclosure to minimize harmful vibrations. It is about a flexible connection of its main module, located inside, with an external chassis, the integration of which can be seen on the side walls of the enclosures. Such an approach gives two important aspects, in the form of the aforementioned rigidity, which minimizes vibrations of the structure and its weight, which automatically increases its resistance to harmful artifacts. When it comes to the exterior, we are dealing with a solution of combining a wide front and a narrower back, first with slightly diverging sides, and then at the point where the outer and inner cabinet is joined, with the side walls coming together towards the back. The effect is pleasing to the eye and provides the right size of the box for the right quality of the lowest register range. What is very interesting, and at first glance invisible, is the use of 3 drivers. Two – tweeter and midrange – mounted in waveguides giving the effect of cool illumination of the sound are located on the fascia, while the woofer is in the lower part of the speaker, separated from the base of the stand by appropriate feet. On the surface, it seems to be a two-way design, but in fact there are three ways. Outlining a few pieces of information about the rear panel, finished with elegant carbon, two issues seem to be important, i.e. the large bass-reflex port oriented in the center of this area and under it in a slight recess. a set of double WBT connection terminals. In terms of operating parameters, the manufacturer assures that the sensitivity of the speakers is at the level of 91.5 dB, and their impedance is 4 Ohms. Such nicely looking ‘ladies’ from Lithuania are permanently coupled with the company’s proprietary stands and stably packed in special plywood boxes.
How did the speakers sound? Naturally, I will refer to the argument from the editorial, because for me good sound of this type of construction, is the version number two, i.e. without artificially boosting the bass range. And I must say, that the Virtuoso B with their sound, perfectly fit into the aesthetics of the correct approach to the subject of coherent presentation of the entire sound band with a focus on maximizing the quality of events created on the virtual stage. A wide, deep and undisturbed stage – I am alluding to a level unattainable even for the best floor standing speakers – while visualizing even the smallest nuances of a given recording. The speakers disappeared completely, and I could feel the taste of being at a recording session not even behind the control room’s glass, but in the concert hall. And it did not matter if my eyes were closed or open, because small boxes with a well-tuned, i.e. evenly presenting a full band, crossover spontaneously dematerialize in the room. There is only one catch, they cannot pretend to be bigger than they are, by pushing out powerful bass, because boosting this range with a kind of rumble, present only at two points of the room, causes them to involuntarily reveal their location. Fortunately, our heroines are the result of experience gained by many years of construction work, which is why the projection of music with their help was phenomenal. Of course, I often felt that there could be a bit more bass, when compared to my black towers, but when it comes to a deterioration in the quality of sound, a well-delivered impulse, coherent with the rest of the sound spectrum, plus a slightly lighter, but still appropriate murmur, works completely fine for me. And the reason for that was the quality of this slightly smaller, but still important to provide the basis for a given song, frequency range. Although it is generally believed that more is better, this does not always work when dealing with music at the highest level of quality. And certainly, when it comes to high-end equipment. Yes, yes, the AudioSolutions Virtuoso B in my opinion are in this league, which they proved with very good sonic results in all kinds of music. Of course, with the correction for their size and thus the design limitations, but not only nothing ever bothered me, but they often positively surprised me with a how nicely they wriggled out of any difficult situation.
And the first difficult situation was Yello’s album „Touch”. These are mostly strong descents of the lower band with solid modulation. And I have to say, that when I put this disc into the player, I was full of fears about what would come out of it, but already the first track showed, that although large speakers with more bass can make a greater effect of a positive „wow”, but these little ones managed to sound very well anyway. They did manage this, because they accentuated the initiations of a given bass passage well, and then, giving ground to the lowest registers slightly, they skillfully entered the higher registers, so that they could show bass-wrenching impulses without the effect of the so-called mud pool. Of course, this may not be entirely to the liking of beginner music lovers, but an educated person knows that the bass is not a magma stream pouring on the floor, but a collection of a wide spectrum of information, which the Virtuoso have shown perfectly.
Another, not only positive, but purely great record situation was Cassandra Wilson’s music „Blue Light 'Til Down”. This is, of course, music for individuals who love to lose themselves in women’s vocals. In addition, it was phenomenally arranged and engineered, which was only theoretically grist to the mill of the speakers tested today. Why theoretically? The reason, of course, is the production, which strongly cherishes the solid presentation of the lower register. And if it is artificially boosted, it will immediately come out poorly. Fortunately, our heroines are a serious contender and not only did nothing like that happen, but also thanks to the ability of the monitors to disappear from the room, I was almost alone with the singer. Together with the smallest vocal flavors, which, being an audiophile, was for me a real morsel of sound on this album.
Are the tested bookshelf speakers so universal that they will make every music lover fall in love with them? Unfortunately, their size is very determining for the potential interested party. And it does not matter if they sound great or not, they will just be too small for many of you, because you like to get punched appropriately. However, if you do not have a very large room and you know what it means to have such small speakers play perfectly, the first sounds will show that this is an excellent product, and for such money it will be difficult for the competition to keep up with them. I am not saying that it cannot be done, but with this statement I want to emphasize their quality. So, if bookshelf speakers are in your circle of interest, the AudioSolutions Virtuoso B should definitely be on your listening list. Visually, they look very nice, they are a 3-way design, a rarity for speakers of this size and, most importantly, they offer mature sound. What „mature” means, of course, I did explain in the above description of the test session.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Hijiri Milion „Kiwami”; Furutech DAS-4.1; Furutech Project V1
Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Polish distributor: Premium Sound
Manufacturer: AudioSolutions
Price: 74 990 PLN (pair) basic config.; 82 489 PLN (pair) reviewed ver. (Martino Copper)
Specifications
– Sensitivity: 91,5 dB @ 2,83 V 1 m
– Nominal power handling: 130 W rms
– Maximum unclipped power handling: 260 W;
– Impedance: nominal 4 Ω
– Crossover frequency: 500 Hz; 7000 Hz
– Frequency response (in-room environment): 30-30000 Hz
– Drivers:
– 3cm silk dome tweeter,
– 16.5cm Hard Pulp paper cone mid,
– 19cm Hard Pulp cone bass driver firing down
– Dimensions (H x W x D): 450 x 297 x 478 mm
– Dimensions with stand (H x W x D) : 1225 x 391 x 547 mm
– Weight without stand: 23 kg/each
– Weight with stand: 37 kg/each
– Shipping weight: 60 kg/each
Opinia 1
Pamiętacie Państwo ten fragment „Chłopaki nie płaczą” kiedy Fred (Cezary Pazura) z Gruchą (Mirosław Zbrojewicz) „wbijają” na Warsztaty Kompozytorskie Muzyki Współczesnej? Dla ułatwienia dodam, że to właśnie stamtąd pochodzą sławne cytaty o „paszporcie Polsatu” i „znajomym Piaska”. A graną przez Halinę Kowalską w serialu „Alternatywy 4” śpiewaczkę Elżbietę Kolińską-Kubiak? Jeśli tak, to dzisiejsza propozycja wręcz idealnie wpisuje się w powyższe ramy. Ok, może nieco dramatyzuję i przesadzam jakbym skończył ogrodnictwo a nie technologię drewna, ale lojalnie uprzedzam, że najnowsze wydawnictwo Michała Bryły, czyli „Roma Cantata & 3 Songs” Artura Banaszkiewicza najdelikatniej rzecz ujmując do najłatwiejszych repertuarów nie należy. Jak się bowiem okazuje, wbrew swemu tytułowi, „Kantata romska” nie tylko niezbyt wpisuje się kanon tzw. world music, lecz zaskakująco intensywnie romansuje z, jak już powyżej nieco żartobliwie zaanonsowałem, … muzyką współczesną.
Zakładam, że po takim wstępie część czytelników dalszą lekturę sobie odpuściła a ci, co pozostali zachodzą w głowę jak na tle dotychczasowych, lapidarnie opisywanych na naszych łamach, stricte klasycznych wydawnictw pozycjonuje się tytułowe. Jak łatwo się domyślić odpowiedź na powyższe dylematy będzie niejednoznaczna i zależna od perspektywy, punktu widzenia i osłuchania. Jeśli bowiem na „Roma Cantata & 3 Songs” spojrzymy poprzez pryzmat realizacji, to bez większych problemów przyjdzie nam stwierdzić, iż mamy do czynienia z ewidentnym przykładem ewolucji Michała Bryły w roli realizatora i producenta, bowiem przedmiotowy, hybrydowy krążek SACD brzmi po prostu fenomenalnie i choć jego (krążka, nie Michała) poprzednikom nie sposób było cokolwiek zarzucić, to tutaj ewidentnie słychać nie dość, że więcej, to i lepiej. To szalenie udane połączenie naturalnych barw, realnych gabarytów brył i fenomenalnej – oczywistej, acz zarazem nienachalnej rozdzielczości. Uwagę zwraca niezwykle realistyczne kreowanie bryły fortepianu, precyzja ogniskowania źródeł pozornych i coś, co do tej pory na nagraniach, w których maczał palce Michał było z większą, bądź mniejszą intensywnością jedynie sygnalizowane. Mowa o niby oczywistej, acz czasem nieco po macoszemu traktowanej, aurze pogłosowej i powietrzu otaczającym tak instrumentarium, jak i wokalistów. A tu ów niuans został potraktowany z równym pietyzmem co pozostałe składowe, więc tak kubaturę, jak i naturalną akustykę miejsca realizacji mamy w pełni dostępną i odczuwalną. W rezultacie, zamiast kameralistycznej miniatury otrzymujemy prawdziwy spektakl swą skalą i ekspresją znacząco wykraczający poza standardowe, adekwatne aparatowi wykonawczemu ramy. Wokale Justyny Reczeniedi i Krzysztofa Zimnego brzmią niezwykle realistycznie, czysto i intensywnie, a gdy w tle odzywa się Chór Kameralny Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, to robi się wręcz epicko. Spora w tym zasługa samego miejsca nagrania, które zostało dokonane w auli Szkoły Muzycznej im. Juliusza Zarębskiego w Inowrocławiu, gdzie stanął koncertowy Stainway D274, za którym zasiadł Witold Kawalec. Nie bez znaczenia jest również „omikrofonowanie” całości, gdzie oprócz znanego z wcześniejszych nagrań Decca Tree pojawiły się podpatrzone w Abbey Road rozstawione w talii fortepianu trzy mikrofony (LCR).
Jeśli chodzi o samą realizację, to tutaj wszystko jest po staremu, czyli całość przez Hapi Mk II Premium trafiała do stacji DAW Anubis Premium a montaż i mastering materiału 384 kHz DXD odbył się w Pyramix Premium.
Odrębnym tematem jest aspekt muzyczny „Roma Cantata & 3 Songs”, który śmiem twierdzić poprzeczkę wymagań w stosunku do odbiorcy zawiesza na najwyższym, przynajmniej na tle wcześniejszych realizacji, poziomie. Nie ukrywa tego z resztą sam Michał Bryła jasno zaznaczając, że choć interpretacja z złożenia przystępnych ogółowi utworów nie jest zbyt karkołomnym przedsięwzięciem, to już zaproponowana przez ich autora – Artura Banaszkiewicza, aranżacja należy do wybitnie „ambitnych i twórczych”. I tak też jest w rzeczywistości, gdyż wysłuchanie od pierwszej do ostatniej nuty tytułowego albumu jest zadaniem tyleż intensywnym, co wyczerpującym. Nie da się bowiem ww., krążka włączyć w tle, niejako przy okazji i mimochodem, gdyż łowiąc uchem pojedyncze, oderwane od prowadzonej narracji dźwięki i frazy natychmiast traci się wątek i kontekst. W dodatku natywna złożoność melodyczno-kompozycyjna, przynajmniej na moje – nad wyraz okazjonalnie karmione tego typu repertuarem ucho, praktycznie wyklucza orientację i możność umiejscowienia danego fragmentu w wykonawczej linii czasu, co z automatu, podobnie jak w „Chińczyku” (dla niewtajemniczonych – gra planszowa) skazuje odbiorcę do powrotu na linię startu i rozpoczęcie zmagań od nowa. Nie jest to bowiem materiał w oczywisty i czytelny dla ogółu sposób odwołujący się do powszechnie kojarzonej romskiej estetyki, nie ma w sobie nic, bądź prawie nic z jej „śpiewnej ludyczności” przypominając bardziej proces złożenia jej na nowo po uprzednim rozbiciu na atomy. Nikt jednak nie obiecywał, że żywot audiofila-melomana będzie składał się z samych „lekkostrawności”, dlatego też, jeśli macie Państwo ochotę wyjść poza własną strefę komfortu i zmierzyć się z wyzwaniem wymagającym intelektualnego wysiłku a zarazem poszerzającym muzyczne horyzonty, to tytułowy album wydaje się idealną propozycją.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Jak zapewne stali czytelnicy naszych przygód z zabawkami audio zdążyli się zorientować, nie samą elektroniką Soundrebels żyje. Oczywiście mam na myśli co jakiś czas pojawiające się na naszych łamach opisy dostarczonych do redakcji płyt. Raz trudniejszych, raz łatwiejszych w odbiorze, bo znacznie bliższych naszym muzycznym gustom, jednak ważne, że oprócz uprawiania pisaniny o elektronice, staramy się pokazać coś ze świata muzyki. Jak sugeruje tytuł spotkania, tak też będzie tym razem. Co dokładnie okaże się tematem? Moim zdaniem już sama okładka sugeruje stałego bywalca naszego działu muzycznego, czyli Michała Bryły i jego oficyny wydawniczej Prelude Classics. Znaczy się bytu, który poza niezwykle przemyślanym doborem wsadu merytorycznego, czyli z jego punktu widzenia sięgania po najbardziej wartościową, bo pozwalającą sięgnąć do głębi duszy słuchacza muzykę klasyczną, bardzo dba o jakość masteringu materiału muzycznego oraz oprawę graficzną. To począwszy od wspomnianej selekcji materiału, przez dobór artystów, po finalne powołanie do życia konkretnego krążka zawsze i w każdym aspekcie jest majstersztyk, co dla wielu odbiorców okazuje się być gwarantem dobrej zabawy przy muzyce nawet w momencie zakupu w ciemno. Tak tak, pan Michał zdążył się już dorobić takich fanów. Co tym razem trafiło na redakcyjny tapet? Otóż będzie to ciekawe zderzenie fortepianu solo z frazami wokalnymi na bazie tekstów Dominika Górnego w opracowaniu Artura Banaszkiewicza zatytułowane „Roma Cantata”. Naturalnie inicjacją pomysłu oraz jego realizacją zajął się wspomniany już mocodawca wydawnictwa Prelude Classics pan Michał Bryła.
Gdy dotarliśmy do opisu zawartości twórczej tytułowego krążka, bez ogródek mogę powiedzieć, iż w konsekwencji pełnego skupienia się na słuchanym materiale, nie jest to lekka i łatwa pozycja. Powodem takiego stanu rzeczy jest pewnego rodzaju instrumentalny minimalizm, który co jakiś czas przełamuje seria wokalnych, raz sopranowych – Justyna Reczeniedi, innym razem tenorowych – Krzysztof Zimny, a czasem chóralnych – tutaj lista jest długa i znajdziecie ją w materiałach zawartych w książeczce z płytą, na tle dostojnego fortepianu wykonywanych w estetyce dziwnej lekkości pieśni na kształt operowych recytatyw. Zdaję sobie sprawę, że to jest od samego początku będący zarzewiem powstania tej płyty autorski pomysł, jednak moim zdaniem wspominana przed momentem trudność zrozumienia tego krążka tkwi właśnie w tym zderzeniu dwóch całkowicie inaczej brzmiących światów. Prowadzony dostojnie, z pięknym frazowaniem przez Witolda Kawalca fortepian znakomicie rozdaje karty, jednak, gdy do gry wchodzą wspomniane partie wokalne, jesteśmy świadkami bardzo dużego kontrastu estetycznego oraz energetycznego. To dla mnie było na tyle sugestywne, że mimowolnie odciągało moje zmysły od śledzenia popisów pana Witolda. Być może taki był zamysł, aby zróżnicować poziom zaangażowania słuchacza w poszczególne składowe całości projektu, jednak osobiście nie do końca to kupowałem. Pomimo, iż często słucham muzyki free i kolokwialnie mówiąc dla wielu tak jak free-jazz niezrozumiałej „współczechy” – i jeśli chcecie zrozumieć, o czym mówię zderzcie pieśń Bogurodzica z filmu Krzyżacy z jej interpretacją według Wojciecha Kilara, wówczas zrozumiecie o czym piszę, nie jestem wielkim znawcą tego rodzaju twórczości i mogę nie do końca rozumieć zamysł aranżera. Jednak, jeśli już podjąłem się napisać kilka zdań o tej pozycji płytowej, postanowiłem wspomnieć, dlaczego nie jest łatwa. I zapewniam, nie ma w tym krztyny złośliwości z mojej strony. Na dowód tego chciałem zauważyć, iż określenie „nie jest łatwa” nie oznacza braku jakichkolwiek pozytywnych akcentów. W tym przypadku jest wręcz przeciwnie. O co chodzi? Otóż zaciekawił mnie pewien aspekt w tej realizacji. Chodzi mianowicie o główny punkt programu, jakim jest fortepian. Nawet solo załatwiłby mi świetną zabawę przez cały krążek. A powodem była ciekawa, niejednorodna, często mocnymi akordami pokazująca fajny pazur, a przez to daleka od nudy nawet dla niezbyt często obcującego z pojedynczym instrumentem słuchacza partytura, bezproblemowe panowanie nad instrumentem, umiejętne zebranie jego pracy przez mikrofony i na koniec mastering. Jak wiadomo, bez jakichkolwiek obaw o swoją reputację zawsze przyznaję, iż jestem po trosze melomanem i po trosze audiofilem, dlatego ten z pozoru jak pisałem niełatwy krążek mimo niezrozumienia do końca zamierzeń aranżera, finalnie odbieram jako warty każdej spędzonej podczas jego słuchania minuty. To było na tyle pozytywnie zaskakujące doznanie, że bez problemu jestem w stanie polecić go każdemu z Was. I to z dwóch powodów. Pierwszym był odbiór emocjonalny – przywołane popisy wokalne koniec końców w niczym nie przeszkadzały w ukazaniu majestatu atrybutu Witolda Kawalca, zaś drugim pozwalająca używać tej płyty jako tester swoich zestawów audio, perfekcyjna realizatorska praca Michała Bryły. Praca za każdym razem od początku do końca wykonywana z największym pietyzmem, co sprawia, że nawet w momencie niejednoznacznych odczuć emocjonalnych warto jest mieć jej wynik w swojej kolekcji.
Jak wynika z powyższego opisu, tytułowa płyta w moim odczuciu miała dwa oblicza. Jednak żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie złe i dobre, tylko prawdopodobnie nie do końca dla mnie zrozumiałe i dobre. To zaś sprawia, że choćby dla wyrobienia sobie własnego zdania powinniście nabyć ten krążek do prywatnej kolekcji. Powód opisałem chyba dość jasno, czyli jeśli nawet nie trafi do Was całość autorskiego projektu, z pewnością zakochacie się w grze i realizacji fortepianu. A chyba nie muszę nikogo uświadamiać, iż odległości brzmienia naszych konfiguracji od prawdy w wartościach bezwzględnych nie weryfikujemy przy użyciu muzyki elektronicznej, tylko wykorzystując naturalne instrumenty, z których zarejestrowany przez Michała Bryłę fortepian z uwagi na rozpiętość i złożoność brzmienia jest jednym z najtrudniejszych do wiernego odtworzenia, a tym samym jednym z najważniejszych. Choćby dlatego w moim mniemaniu warto kupić ten krążek o wspieraniu polskiej myśli artystycznej nie wspominając.
Jacek Pazio
Opinia 1
Choć początek wakacji z racji mocno kapryśnej, iście lipcopadowej aury, nie nastraja do zalegania na rodzimych plażach a i łażenie po górach w strugach mniej, bądź bardziej ulewnego deszczu nie wszystkim może przypaść do gustu, to przecież nie ma co siedzieć w domu wygniatając ulubione siedzisko na kanapie. Dlatego też, gdy tylko doszły naszych uszu kontrolowane przecieki o planowanej wizycie wielce urodziwych, przyuważonych swojego czasu, podczas ostatniego monachijskiego High Endu, przedstawicielek marki YG Acoustics w katowickim RCM-ie, czym prędzej podjęliśmy odpowiedzenie działania, które zaowocowały naszą spontaniczną weekendową eskapadą. Sprawczyniami całego zamieszania były bowiem intrygująco umaszczone, najnowsze odsłony trzeciego od dołu, trójdrożnego modelu z serii Reference, czyli Hailey 3, których dzięki uprzejmości Gospodarzy dane nam było posłuchać w minioną sobotę.
Jak z pewnością nasi wierni czytelnicy pamiętają blisko siedem lat temu Hailey już u nas gościły, lecz była to wówczas dostępna wersja 1.3 a w tzw. międzyczasie nie dość, że marka przeszła z rąk Yoava Gevy pod skrzydła Dr. Matthew Webstera, to choć nomenklatura modeli pozostała bez zmian, to one same uległy daleko idącym modyfikacjom, czego może na pierwszy rzut oka, poza m.in. usunięciem chroniących średniotonowca i basowca poprzeczek, jednak ewolucja technologiczna sięgnęła głęboko w ich firmowe DNA. Jednak to nie miejsce i nie czas na szczegółowe śledztwo, więc pomijając zawirowania właścicielsko / konstrukcyjne byliśmy głównie zainteresowani walorami sonicznymi „zielonych żabek”, gdyż skoro w mocno nieprzewidywalnych, żeby nie napisać niesprzyjających warunkach wystawowych z elektroniką Luxmana udało się im zapaść w naszą pamięć i w dodatku pozostawić po sobie miłe wspomnienia, to w nieco bardziej kontrolowanych a zarazem o niebo lepiej nam znanych salonowych okolicznościach przyrody zgodnie z logiką powinno być tylko lepiej.
I tak też w istocie było, gdyż nawet mocno niezobowiązujący sobotni odsłuch ewidentnie zaostrzył nasze apetyty i podniósł poprzeczkę oczekiwań. Zanim jednak przejdę do meritum z czysto kronikarskiego obowiązku wspomnę, iż w roi źródeł wystąpiły znany z występów u nas gramofon SME MODEL 60 + VA oraz szpulaki – Studer A80 i Sony APR-5000, a za napędzanie katowickich gościń odpowiadała majestatyczna końcówka Vitus Audio SS-103. I to był przysłowiowy strzał w dziesiątkę, bowiem Hailey 3 czego jak czego, ale Watów i Amperów łakną niczym kanie dżdżu i choć z mniej muskularną amplifikacją są w stanie czarować rozdzielczością oraz zjawiskową przestrzennością, to już dostęp do pełni możliwości pod względem mikro i makro dynamiki mają zarezerwowany wyłącznie dla zawodników chodzących w cięższej wadze. A jak wszem i wobec wiadomo duńskie piece nijakich limitacji w tej materii nie mają, więc wespół zespół z designerskimi YG dogadały się w mgnieniu oka oferując spektakl godny sporo większych i przy tym zazwyczaj również droższych kolumn.
W dodatku niezwykle udanym połączeniem drajwu, rozdzielczości i soczystości barw uwodziły nas nie tylko na wymuskanych audiofilskich smętach, lecz na „normalnym” repertuarze począwszy od pozornie bezpiecznego „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles poprzez „Whole Lotta Love” z „II”-ki Led Zeppelin na ostrzejszych odmianach rocka, czy do bólu ogranych evergreenach w stylu „ IV” Toto skończywszy. Pełna dowolność środków artystycznego wyrazu, chirurgiczna precyzja ogniskowania źródeł pozornych a przy tym bestialsko kopiący bas, uzależniająca od pierwszych taktów muzykalność i zarezerwowana głównie dla konstrukcji zamkniętych motoryka sprawiały, że najczęściej używanym przyciskiem na pilocie był ten odpowiedzialny za przyrost głośności. Skoro bowiem wraz ze wzrostem decybeli rosła przyjemność odbioru wynikająca z niezwykłej holografii i namacalności przekazu, to nikt z obecnych jakoś nie mając masochistycznych skłonności owych doznań ani myślał ograniczać, więc i nikogo nie dziwił fakt, że część utworów „poleciała” na iście koncertowych poziomach głośności. I wcale nie chodziło o to, by YG udawały większe aniżeli były w rzeczywistości, lecz jedynie fakt ich zdolności do grania z iście amerykańskim i to w hollywoodzkim ujęciu rozmachem, gdzie ilość dźwięków szła w parze z ich jakością a tym samym o jakimkolwiek wysileniu, czy bolesnej tak dla sprzętu, jak i słuchaczy wyczynowości nie było mowy.
W ramach podsumowania niniejszej mini relacji jedynie stwierdzę, że choć pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, to najnowsza odsłona YG Acoustics Hailey 3 nie dość, że owe zrobiła wielce pozytywne, to z każdym kolejnym tytułowa parka okazywały się tylko lepsza. Dlatego też z niecierpliwością obserwujemy rozwój wypadków po cichu licząc, że prędzej, czy później będziemy mieli okazję nausznej konfrontacji możliwości Hailey 3 w naszych systemach. A na razie serdecznie dziękujemy ekipie katowickiego RCMu za gościnę i poświęcony nam czas.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Odkąd sięgam pamiętam zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że lato to dla branży audio sezon ogórkowy. Chodzi oczywiście o pewnego rodzaju handlowy i produkcyjny marazm spowodowany zmianą priorytetów wydatkowych z tak zwanych dóbr luksusowych, na wakacyjne wojaże u większości potencjalnych klientów. Wiadomym bowiem jest, iż człowiek nie samą konsumpcją żyje, dlatego nie ma się co dziwić, że większość podmiotów związanych choćby z naszym hobby na ile to możliwe, próbuje bezpiecznie przeczekać ten jednak dla nich stosunkowo ciężki okres. Jednak większość nie oznacza wszyscy, czego idealnym przykładem jest będący bohaterem dzisiejszego spotkania katowicki RCM. Co z nim jest „nie tak”? Otóż przywołany przedstawiciel branży audio nie zasypia gruszek w popiele i chcąc jesienią zaprezentować swoim klientom coś nowego w bogatej ofercie podjął próbę znalezienia godnych wzięcia pod swoje skrzydła kolumn głośnikowych. Gdy wykorzystacie wyszukiwarkę na naszym portalu, przekonacie się, że kolumn dotychczas w teorii dostępnych na naszym rynku, jednak z sobie tylko znanych przyczyn ostatnio niespecjalnie dających o sobie znać. A zapewniam, od strony technicznej i brzmieniowej to światowa czołówka, o czym po prywatnych testach starszych modeli w swoim środowisku sprzętowym, dzięki najnowszej wersji modelu YG Acoustics Hailey 3 kolejny raz przekonałem się w odwiedzonym w minioną sobotę salonie w Katowicach. Jakie będą ostateczne decyzje biznesowe, pokaże czas, jeśli jednak miałem przyjemność zapoznania się z obecną produkcją tej znamienitej marki i bez względu na końcowe ustalenia w kolejnym akapicie skreślę kilka linijek na temat wyniesionych z tego pokazu osobistych obserwacji.
Zanim przejdę do konkretów, jedna dość istotna informacja. Kolumny z racji bycia konstrukcją zamkniętą i pozwalającego uzyskać znakomitą projekcję basu rozbudowania zwrotnicy są dość trudne do idealnego wysterowania. Nie oznacza to porażki z większością dobrych sekcji wzmacniających, jednak aby wykrzesać z nich w dobrym rozumieniu tego słowa ostatnie poty, potrzeba solidnego pieca. Z informacji uzyskanych od dystrybutora dowiedziałem się, że już Vitus SIA 25 nieźle sobie radził, jednak znając potencjał kolumn i chcąc pokazać nam, na co je tak naprawdę stać, na sobotnią prezentację zafundował im stereofoniczną końcówkę mocy. Co w efekcie takiej decyzji się wydarzyło? Nie wiem, jak system grał z 25-ką, ale sterowanie kolumn końcówką było pozytywnie rozumianym szaleństwem. Natychmiastowy atak, w pełni kontrolowana, nieograniczona w ilości, przesuwająca ściany energia średnicy i wywołujące trzęsienia ziemi twardym pomrukiem niskie rejestry serwowały rzadko spotykane nawet u mnie uderzenie muzyką. I co najciekawsze, bez względu na poziom wzmocnienia, a pokusiłbym się o stwierdzenie, że im było głośniej, czyli na pograniczu wytrzymałości słuchu, tym lepiej. To w pierwszej kolejności oczywiście pokłosie znakomitej realizacji pomysłu na kolumny zamknięte, ale w drugiej bardzo istotnego zapewnienia odpowiednio wydajnego wzmacniacza. A, że takich w Katowicach pod ręką jest kilka – dodam tylko, iż słuchaliśmy ze „skromną” 103-ką Vitusa, dlatego śmiem twierdzić, że kolumny mimo fenomenalnego występu nie pokazały kresu swoich możliwości. Niemniej jednak mocodawca salonu nawet przy tak skromnym set-upie nie miał najmniejszego problemu z tak zwanym „ugotowaniem” mnie pokazem tak kochanego przeze mnie dźwiękowego szaleństwa w rozumieniu dużego, w pełni kontrolowanego i pozbawionego zniekształceń słuchania muzyki. Po to u siebie mam dwumetrowe wieże, aby poczuć ją na poziomie energii rodem z koncertu i coś w tym stylu wydarzyło się w RCM-ie. I nie było znaczenia, czy dawcą sygnału był odtwarzacz CD, gramofon, czy magnetofon, bowiem za każdym razem dostawałem spektakl przez duże „S”. Naturalnie finalna jakość dźwięku była efektem gry źródeł rozpatrywanych w odwrotnej kolejności przywołanej wyliczanki, ale zapewniam, każde zwalało z nóg. Przynajmniej podczas wizyty w salonie. Jak kolumny wypadłyby podczas testu w moim lokum, to insza inszość, jednak to co usłyszałem w sobotę gwarantuje jedno, jeśli jakimś zrządzeniem losu do tego dojdzie, będzie się działo.
I tym optymistycznym akcentem zakończę tę relację. W stosunku do prób z pierwszymi konstrukcjami relację bardzo mocno przesuwającą postrzeganie marki YG Acoustics w pozytywnym odbiorze brzmienia jej oferty. Czy uda mi się zderzyć u siebie wnioski z testów z niegdysiejszymi modelami z obecną produkcją, jak wspominałem, nie mam pojęcia. Jednak bez względu na końcową decyzję producenta jedno jest pewne, sobotni wypad na południe Polski uważam za bardzo udany.
Jacek Pazio
Najnowsze komentarze