Opinia 1
O tym, że mam słabość do wszelakiej maści okablowania z co bardziej egzotycznych i odległych destynacji a przy tym niekoniecznie powszechnie znanych wytwórców nigdy nie ukrywałem. Ot, takie hobby, lub jak kto woli skrzywienie i czasem lubię sobie jakiś pozamainstreamowy wynalazek na własny użytek sprawić. Tym oto sposobem, pi razy drzwi niemalże piętnaście lat temu, z ogromu ówczesnego bogactwa dóbr wszelakich dostępnych na audiogonie udało mi się wyłowić wielce intrygujące z racji swej eterycznej aparycji przewody głośnikowe Slinkylinks S1, a następnie, zamiast od tegoż samego wytwórcy wyposażonych w eichmannowskie Bullet Plugi interkonektów, także pochodzące z Nowej Zelandii, również wykonane ze srebrnych przewodników i podobnie zakonfekcjonowane łączówki Antipodes Audio Katipo. Krótko mówiąc egzotyka pełną gębą i to egzotyka wagi muszej, gdyż w obu powyższych przypadkach waga opakowań przekraczała, bądź zbliżała się do ciężaru samego ich wsadu, między innymi z powodu używania wtyków które w dobie wyznawania zasady, iż „bez masy nie ma klasy” wydawały się wręcz (nie)poważnie anorektyczne. Jednak grały tak, że Antypody stały się niejako z automatu obszarem objętym moją wzmożoną atencją. Tym oto sposobem udało mi się doszperać, iż za popularnością rozwiązania Keitha Louisa Eichmanna stoi jego australijski dystrybutor Rob Woodland, który koniec końców kupił od ww. wynalazcy licencję na produkcję wtyków i innych akcesoriów. Lata mijały, pozyskaną wiedzę pokryła warstwa patyny oraz kolejne informacje i pewnie taki stan trwałby po dziś dzień, gdyby nie pojawienie się w naszej redakcji niewielkiego pudełka nadesłanego przez AVcorp Poland. I był to moment, w którym po raz kolejny, pomimo blisko półwiecznej egzystencji na tym ziemskim łez padole nie mogłem się zdecydować, czy życie to niekończący się ciąg zbiegów okoliczności, czy też nic nie dzieje się przez przypadek i samo z siebie, lecz jest konsekwencją czasem pozornie zupełnie niezwiązanych działań. Chodzi bowiem o fakt, iż choć bohater naszego dzisiejszego spotkania niejako debiutuje na łamach SoundRebels jako reprezentant nie tylko swojego (wy)twórcy, czyli manufaktury Curious Cables, co całego kontynentu, z którego pochodzi, to stoi za nim nie kto inny, tylko właśnie Rob Woodland. Jednym słowem świat naprawdę jest mały i nic w naturze nie ginie. Pytanie tylko jak moje doświadczenia z przeszłości przełożą się na współczesny przejaw aktywności twórczej Roba. Jeśli i Państwa nurtuje powyższy dylemat nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was do dalszej lektury.
Akapit związany z wrażeniami natury organoleptycznej, czyli aparycją i budową naszego dzisiejszego bohatera pozwolę sobie rozpocząć od krótkiego wstępu poświęconego możliwie skondensowanej genezie jego powstania. Jest to o tyle istotne, gdyż Curious Cables ujrzały światło dzienne w sposób zupełnie niewymuszony a zarazem wynikający z frustracji Roba Woodlanda płynącej z niezadowolenia ze status quo obecnego kilka lat temu na rynku przewodów USB. Skoro bowiem to właśnie pliki, abstrahuję w tym momencie od tego, czy mowa o zgromadzonych na domowych NAS-ach, czy też dostępnych w formie streamingu, miały być i poniekąd już są przyszłością audio, oferując parametry nieosiągalne dla cyfrowych nośników fizycznych, to czemuż ów drzemiący potencjał tak trudno uwolnić i usłyszeć. W wyniku krótkiego śledztwa wyszło wtenczas na jaw, że jednym z najsłabszych ogniw są przewody USB, które zaprojektowane li tylko do przesyłu danych dedykowaną im funkcję wykonuję zgodnie z założeniami, lecz już do muzyki nadają się najdelikatniej rzecz ujmując średnio. Krótko mówiąc, zgodnie z zasadą, że jak coś ma być zrobione porządnie, to trzeba zakasać rękawy i zrobić to samemu, Rob Woodland – właściciel i konstruktor Curious Cables na drodze prób i doświadczeń doszedł m.in. do wniosku, iż w przewodach USB ekranowanie ma sens o ile dotyczy … żył zasilających a nie sygnałowych. Czemu? Po pierwsze, gdyż to właśnie zasilanie „sieje” a po drugie w przewodach USB sygnał prowadzony jest w trybie zbalansowanym. Nie zaszkodzi również zapoznać się z umieszczoną wewnątrz pudełka krótką instrukcją zalecającą takie ułożenie przewodu, by zewnętrzna żyła (w tym wypadku zasilająca 5V) znajdowała się jak najdalej od wiązki głównej. I właśnie głównie owym rozwiązaniem Evolved różni się od swojego niższego stanem rodzeństwa. Poprawiono bowiem jego (uziemienia, nie rodzeństwa) skuteczność, zmniejszono rezystancję i obniżono przenoszenie szumów pomiędzy nim a żyłami sygnałowymi. Z kolei przewody sygnałowe to wyżarzone srebro w dielektryku powietrznym, w którym przewód nie styka się z izolacją, a więc rozwiązanie, jakie pamiętam z ww. Slinkylinks S1.
Przechodząc jednak od szczegółu do ogółu i skupiając się na aparycji tytułowej łączówki śmiało możemy uznać, iż już od progu widać, że mamy do czynienia z produktem wybitnie manufakturowym, czyli dalekim od masowego rozmachu, jaki reprezentował daleko nie szukając, recenzowany przez nas w zeszłym tygodniu Ricable Invictus USB. Skromny, czarno-biały, pleciony peszelek na obu krańcach zabezpieczono niebieską termokurczką z firmowymi nadrukami a sam przewód zakonfekcjonowano lekkimi wtykami. Generalnie CCE (Curious Cables Evolved) jest nad wyraz mało absorbujący tak pod względem wyglądu – przekroju, jak i masy, więc pomimo pewnej, wynikającej z jego budowy, sprężystości sama aplikacja nie powinna nastręczać najmniejszych trudności nawet przy chodzących w podobnej kategorii wagowej urządzeniach.
A jak nasz dzisiejszy gość prezentuje się pod względem brzmieniowym? Przewrotnie powiem, że diametralnie inaczej niż wspomniany przed chwilą Invictus. O ile bowiem włoski przewód w sposób całkowicie otwarty narzucał własną narrację Curious robi coś całkowicie odwrotnego, czyli usuwa się w cień znikając z toru wzorem ultra high-endowego Synergistic Research Galileo SX Ethernet i to właśnie w nim należałoby upatrywać podobieństw. Jeśli ktoś w tym momencie stwierdzi, że szaleństwem i totalnym nieporozumieniem jest chociażby sugestia, iż oba modele cokolwiek łączy – w tym obsługiwany typ transmisji, o wręcz kolosalnej różnicy w cenie nawet nie wspominając, więc jakikolwiek sparing jest wykluczony, spieszę z wyjaśnieniem, że z całym szacunkiem, ale rozmawiamy o dźwięku per se a ponadto, że przynajmniej teoretycznie „pieniądze nie grają”. Co prawda szalenie ułatwiają działania a jednocześnie otwierają drzwi do kosztownych technologii i materiałów, ale finalnie i tak i tak liczy się efekt końcowy i wybitnie subiektywna ocena odbiorcy. Nie twierdzę też, że CCE gra dokładnie tak samo i na tym samym poziomie co ww. amerykańska ethernetowa konkurencja, bo nie gra. Chodzi jednak o wspólny zbiór cech i założeń, które dla brzmienia obu łączówek są zbieżne i tożsame. A owym zbiorem jest w telegraficznym skrócie uwolnienie drzemiącej tak w nagraniach, jak i obecnych w naszych systemach źródłach dynamiki i możliwie bliskiej natywnej rozdzielczości materiału źródłowego. Dążymy bowiem do sytuacji idealnej, gdy zastosowane przez nas połączenia nie degradują transmitowanego sygnału w myśl zasady, że najlepszym połączeniem jest jego brak. Jednak wcale nie mam na myśli Wi-Fi a tym bardziej Bluetooth, lecz sytuację możliwie krótkiej drogi sygnału i możliwie daleko posuniętą redukcję elementów stojących na jego drodze, bądź, jak to ma miejsce w tym wypadku bliską ideałowi transparentność i bezstratność.
Co ciekawe wszystkie powyższe superlatywy zaczęły lęgnąć się w mej mózgownicy na jakże dalekim od audiofilskiej perfekcji repertuarze, jak „Under the Sun” Blacktop Mojo, gdzie zahaczający o heavy metal hard rock szalenie udanie podlano pikantnym bluesowym sosem. Było ciężko, zadziornie, ale melodyjnie i przede wszystkim niezwykle bezpośrednio, jednak bezpośredniością oznaczającą namacalność a nie ofensywność. Różnica może niewielka w teorii, acz szalenie istotna podczas wielogodzinnych sesji odsłuchowych, gdyż nie chodzi o sztuczne wyeksponowanie skrajów pasma, czy poszczególnych instrumentów zawieszając je w sterylnej próżni, lecz o zachowanie nie tylko homogeniczności przekazu, co przede wszystkim obecnych podczas sesji energii i flow między muzykami. Proszę tylko zwrócić na partie blach i gitar elektrycznych, gdzie jakiekolwiek „autorskie” wyostrzenie niebezpiecznie zbliżałoby przekaz do granicy komfortu a nic takiego miejsca nie miało. Zamiast tego poprawie uległa komunikatywność ww. problematycznego instrumentarium, czyli było słychać nie dość, że więcej, to przede wszystkim lepiej. Miłośnikom lżejszych i nieco bardziej kojących brzmień polecę fenomenalny dwupłytowy krążek „Rhythm & Blues” Buddy Guy’a, gdzie typowo klubowe (chodzi o klub bluesowy a nie dzikie pląsy przy dudniącej „muzyce technicznej”) klimaty przeplatają się z misternie dopracowanymi mini orkiestracjami z partiami dęciaków (kolejna okazja do docenienia walorów Curiousa), bądź smyczków. A CCE tylko czekał na takie smaczki i nader umiejętnie znikając z toru pozwalał czerpać z ich obecności samą przyjemność. I tutaj drobna uwaga, o ile bowiem wspominany Invictus serwował przekaz firmowo dopalony i dosaturowany, to przy Curiousie twardo stąpamy po ziemi i trzymamy się faktów, więc jeśli ktoś liczy na krainę łagodności i gładkość nawet tam, gdzie jej nie ma, to tu jej nie znajdzie. Znajdzie za to prawdę zarówno o nagraniu, jak i posiadanym źródle. Prawdę nagą i zarazem ze względu na ową nagość niezwykle piękną i autentyczną – bez retuszu, filtrów i upiększaczy. Generalnie chodzi mi o to, co doskonale znają, pamiętają a czasem głównie w tym celu do Monachium przyjeżdżają bywalcy majowego High Endu – o efekt live, jaki jest w stanie zapewnić elektronika Silbatone z blisko stuletnimi kinowymi tubami. Ci co byli i słyszeli doskonale wiedzą o co chodzi a tym z Państwa, którym nie dane było owego absolutu doświadczyć gorąco polecam nadrobienie zaległości.
Równie pozytywne adnotacje poczyniłem przy pełnym skupienia i zadumy „Tribute to Tomasz Stańko” formacji Piotr Schmidt Quartet wspomaganej przez Wojciecha Niedzielę. Jest to o tyle nieoczywiste, gdyż o ile w dynamicznych klimatach timing, drive i bezpośredniość bezsprzecznie procentują, to przy tzw. grze ciszą potrafią nieraz wywoływać podskórną nerwowość i chęć usilnego szukania emocji tam, gdzie raczej akcent stawiany powinien być na kontemplację. Całe szczęście tytułowa łączówka doskonale się i w takich połamanych rytmicznie niespiesznych dźwiękach odnalazła perfekcyjnie oddając zamysł twórców budujących misterne muzyczne instalacje z jednej strony pieczołowicie, z iście aptekarską dokładnością, oddając każdy szmer, przedęcie i muśnięcie blach a z drugiej dbając, by ta układanka była spójna i koherentna. Jeśli dodamy do tego mikrodynamikę zdolną z owych szmerów i muśnięć zbudować pełnoprawną sekcję rytmiczną trzymającą w karbach pozostałe instrumentarium a każdorazowe przepięcie na konkurencyjne okablowanie zdawało się nieco spowalniać, spłycać i ujednolicać do tej pory żywy i holograficznie trójwymiarowy przekaz. Dopiero wtedy można było docenić z jaką swobodą i brakiem jakichkolwiek limitacji australijski przewód kreował trójwymiarową scenę dźwiękową. W dodatku scenę nie w sztuczny sposób „rozdmuchaną”, lecz w pełni zgodną tak z realiami w jakich konkretnych nagrań dokonano, jak i zamysłem ich realizatorów. Proszę tylko z użyciem tytułowego przewodu porównać dwa fenomenalne i zrealizowane w sakralnych wnętrzach albumy „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen i „Antiphone Blues” Arne Domnérusa a następnie skonfrontować z możliwościami dostępnej na rynku konkurencji. Nie chcę uprzedzać w tym momencie faktów, ale jestem jakoś dziwnie spokojny o wynik takiego sparringu.
Patrząc zarówno na aparycję, jak i cenę Evolved USB można byłoby topową łączówkę Curious Cables uznać za idealną propozycję dla wszystkich zafiksowanych na źródłach cyfrowych i poszukujących, czasem li tylko dla sportu, niszowych produktów pasjonatach. Tymczasem nasz dzisiejszy bohater lekkim, niewymuszonym truchtem i bez najmniejszej tremy, o zadyszce nawet nie wspominając, wbiega na audiofilski Olimp. Jest bowiem niesamowicie rozdzielczy, transparentny i … chciałem napisać dynamiczny, ale to nie on sam dynamikę podkręca, czy też kreuje, lecz uwalnia i pozwala płynąć jej wartkim strumieniem. Jest zatem przewodem szalenie uniwersalnym i zdolnym pokazać niemalże (pozostawiam sobie pewien margines bezpieczeństwa na konstrukcje, które potrafią jeszcze więcej) wszystko, o ile tylko owo wszystko jest tego warte. Jest zarazem studyjnie prawdomówny i audiofilsko wyrafinowany i tylko od nas i naszego systemu zależeć będzie, czy będziemy w stanie go i jego prawdomówność docenić.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Musical Fidelity M8xi
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak ujawnia tytuł naszego spotkania, z małą, dokładnie tygodniową przerwą, po raz kolejny będziemy mierzyć się z okablowaniem przesyłu sygnału cyfrowego w standardzie USB. Być może kilku z Was taka częstotliwość zabawy tego typu produktami nieco zaskoczy, jednak zapewniam, to nie jest nasze widzi mi się, tylko odpowiedź na potrzeby coraz bardziej okupowanego przez różnego rodzaju konstrukcje streamujące muzykę, rynku audio. Od jakiegoś czasu posiadanie tego typu źródła dla wielu melomanów stało się czymś na kształt must have, dlatego nie zasypiając gruszek w popiele, gdy tylko nadarzy się okazja, bierzemy na tapet różne kable pozwalające przesłać uporządkowane pakiety zer i jedynek. Takim to sposobem dzisiaj padło na australijskiego Curious Cables, który za sprawą stacjonującego w Jaworze dystrybutora AVcorp wystawił do boju model Evolved USB.
Niestety z uwagi na lakoniczność producenta w domenie chwalenia się firmowymi rozwiązaniami technicznymi tytułowego kabla, tak prawdę mówiąc nie wiemy prawie nic. A pawie dlatego, że po pierwsze – z doświadczenia organoleptycznego mogę powiedzieć, iż kabel może nie wije się bezwiednie jak wąż, jednak nie jest bardzo sztywny, co w miarę łatwo pozwala uformować go w przestrzeni zaszafkowej. Po drugie – od strony wizerunkowej ubrano go czarno-srebrną plecionkę. Po trzecie – dalekie od jakiegoś szaleństwa wizualnego wtyki USB obciągnięto błękitną termokurczką z nadrukowanymi logo marki i nazwą modelu. A po czwarte łączący oba wtyki, ekranowany kabelek z napięciem 5V wydzielono jako osobny przebieg poza główną wiązkę kabli sygnałowych we wspomnianej plecionce. Tak prezentujący się produkt spakowano w estetyczne kartonowe pudełko z dołączoną do kompletu odezwą od jego pomysłodawcy.
Rozpoczynając opis oferty brzmieniowej Curiousa przyznam się bez bicia, że w wyłapaniu wszystkich wprowadzanych w moim systemie zmian bardzo przydatny był test ostatnio recenzowanego kabla z włoskiej stajni Ricable Invictus USB. Powodem takiego stanu rzeczy okazała się być diametralnie inna specyfika prezentacji tego samego materiału. Mianowicie, gdy mieszkaniec półwyspu w kształcie buta stawiał na przekaz nasycony i gęsty, co z automatu przekładało się na co prawda przyjemne w odbiorze, bo esencjonalne, jednak lekkie uśrednianie około-muzycznych zagadnień, to Australijczyk celował w ich transparentność, szybkość i oddech. Nie muszę chyba nikogo uświadamiać, że przy okazji zebrał się w sobie najniższy rejestr, w stronę neutralności podryfowała średnica, a góra nabrała większego blasku, co w konsekwencji mogło okazać groźne dla uzyskania odpowiedniego bilansu pomiędzy jego lotnością i wagą. Na szczęście robił to na tyle umiejętnie, że nie zaliczyłem efektownie latających w eterze żyletek, tylko doświadczyłem wdrożonej w życie wiedzy, jak pokazać muzykę z jej zadziornością, ale przy tym daleką od napastliwości. Naturalnie jej ogólny ciężar w stosunku do Włocha skoczył o oczko w górę, jednak w najmniejszym stopniu nie zbliżył się do stanu przed-anorektycznego. Była za to z drivem, dobrym atakiem i świetnym napowietrzeniem wirtualnej sceny. Oczywiście takie działanie naturalną koleją rzeczy preferowało nurty nastawione na rockowy bunt i mocne elektroniczne uderzenie – to był niekwestionowany konik testowej konfiguracji, jednak w moim, zaznaczam, że w standardzie dość ciemno grającym systemie, temat dużej przyjemności z obcowania z muzyką przybierał pozytywny wydźwięk również podczas napawania się stawiającym na granie ciszą jazzem oraz znaczną większością muzyki dawnej. Jaki był powód takiego obrotu sprawy? Już zdradziłem, czyli startowe nasycenie posiadanego systemu, który po zastrzyku oddechu i szybkości narastania sygnału bez popadania w oschłość i szkodliwe odchudzenie, pokazał fajny timing i radość odtwarzanych wydarzeń scenicznych. To zaś sprawiało, że w jazzie świetnie wypadały wszelkiego typu zawieszone w eterze, dzięki transparentności kabla, trwające w nieskończoność pojedyncze dźwięki, a w muzyce dawnej dla przykładu spod znaku interpretacji Jordi Savalla pieśni do Sybilli, bez oznak zbytniej lekkości głosów artystów znakomicie wypadała obecność muzyków w wielkiej kubaturze goszczącego ich klasztoru. Oczywiście za każdym razem było coś za coś, jednak zawsze odbierałem to jako czerpanie przyjemności z innego spojrzenia na ten sam materiał muzyczny, a nie niebezpieczne zbliżanie się do potencjalnego problemu. Naciągam fakty? Nic z tych rzeczy. Przecież każdy z Was niejednokrotnie spotkał się z podobnym wynikiem wpięcia czegoś nowego w swój tor. A czy to bywa docelowa konfiguracja, to już zależy od potrzeb i oczekiwań zainteresowanego. Ja opisuję osiągnięty wynik, który notabene na etapie poszukiwań okablowania do streamera, z pewnością wpisałby Australijczyka na zwyczajową listę odsłuchową.
Czy tytułowy kabel jest uniwersalny? Myślę, że jeśli docelowy system nie jest nazbyt odchudzony, to nawet neutralne układanki bez najmniejszych problemów mogą się z nim dogadać. Dlaczego tak sądzę? To proste. Jak wynika z powyższego tekstu, z jednej strony powodował w dobrym tego słowa znaczeniu, za sprawą zastrzyku drive’u pozytywne przyspieszenie bicia serca, ale za to z drugiej wiedział, gdzie przebiega linia dobrego smaku. Dlatego też, jeśli chcecie tchnąć w swoje zestawy nutkę radości i swobody w prezentacji, w moim odczuciu czeka Was starcie z Curious Cables Evolved USB na ubitej ziemi. Nie widzę innej opcji.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bon n N8
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Audio Trident II
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami””, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: AVcorp Poland
Ceny: 2 649 PLN/ 0,8m; 2 849 PLN / 1m; 3049 PLN / 1,2m; 3 349 PLN / 1,5m; 3 799 PLN / 2m
Wakacje to czas odpoczynku i relaksu, więc jeśli można zrezygnować z nadwyrężania kręgosłupa a jednocześnie posłuchać czegoś nad wyraz intrygującego i nieoczywistego, to tym bardziej jesteśmy na tak. Tym oto sposobem trafiły do nas przeurocze kolumny podstawkowe Fink Team KIM, które podobno potrafią zawstydzić bardziej okazałą konkurencję.
cdn. …
Opinia 1
Z naszym dzisiejszym gościem co prawda przelotnie, ale już mieliśmy okazję się spotkać i to dwukrotnie – podczas nomen omen ostatnich edycji monachijskiego High Endu i stołecznego Audio Video Show, czyli pi razy drzwi … dwa lata temu – w 2019r. A skoro z dumą pozował przy nim sam Heinz Lichtenegger – nowy właściciel marki, oczywistym było, że jeśli tylko owa nowość dotrze do Polski z chęcią się nad nią pochylimy. I tak też, dzięki uprzejmości białostockiego Rafko, się stało a super-integra Musical Fidelity M8xi koniec końców zawitała w naszych skromnych progach. Jednak zanim przejdziemy do jej redakcyjnej wiwisekcji warto wspomnieć, iż M8xi to konstrukcja stanowiąca pomost pomiędzy erą Antony’ego Michaelsona i ww. Heinza Lichteneggera, gdyż jej projekt powstał jeszcze w okresie „panowania” poprzedniego właściciela a swój finał miał już za nowego. Całe szczęście Heinz Lichtenegger nie zastosował metody grubej kreski i zamiast rewolucji postawił na ewolucję, więc prowadzący od samego początku prace nad naszym dzisiejszym gościem Simon Querry mógł ją nie tylko spokojnie kontynuować, lecz i sfinalizować. A co do zaoferowania ma symbol dokonanej w Musical Fidelity transformacji dowiecie się Państwo z poniższej epistoły.
Najogólniej rzecz ujmując aparycję naszego dzisiejszego bohatera śmiało możemy określić mianem firmowej. Po pierwsze mamy do czynienia z nader pokaźnych rozmiarów bryłą a po drugie jej kolorystykę ograniczono do bezpiecznej czerni dyskretnie ożywionej satynowym srebrem dodatków. Do wyboru jest również wersja jednolicie srebrna. W centrum masywnego, wykonanego z grubego płata aluminium frontu umieszczono czarno-błękitny wyświetlacz a pod nim okienko czujnika IR i niewielką diodę informującą o stanie pracy urządzenia. Z kolei wzrok i tak samoistnie podąża ku dwóm potężnym gałkom, lewej pełniącej rolę selektora źródeł, pod którą przycupnął zaskakująco niepozorny włącznik i prawej – odpowiedzialnej za regulację głośności z ulokowanym w jej pobliżu przyciskiem przyciemniana wyświetlacza. I tu drobna uwaga natury użytkowej. Otóż o ile brak oporu w przypadku selektora wejść nie niesie ze sobą większych zagrożeń, to już taka sama podatność przy regulacji głośności w połączeniu z niefrasobliwością, bądź chwilą nieuwagi może skończyć się w najlepszym wypadku nieplanowaną pobudką domowników. Warto zatem mieć ów szczegół na uwadze, bądź po prostu korzystać ze znajdującego się w zestawie nienachalnie urodziwego i niestety plastikowego systemowego pilota zdalnego sterowania. Z drobiazgów natury dekoracyjnej nie wypada pominąć ozdobnego szyldu z oznaczeniem modelu w lewym górnym narożniku i nadruku z logotypem marki w prawym.
Ściany boczne zastąpiono gęsto użebrowanymi radiatorami, które dość zauważalnie się nagrzewają, co biorąc pod uwagę deklarowaną moc tytułowej integry wydaje się całkiem zrozumiałe. Z powodu ilości oddawanego ciepła stosowną perforację znajdziemy również na płycie górnej.
Rzut okiem na ścianę tylną jasno daje do zrozumienia, że żarty się skończyły. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem nader logicznie rozplanowany układ interfejsów przyłączeniowych z okupującymi flanki podwójnymi terminalami głośnikowymi. I tu kolejna dygresja, gdyż o ile w przypadku zewnętrznych par nie powinno być problemu z aplikacją przewodów zakończonych nawet masywnymi widłami, to przy wewnętrznych już tak różowo nie jest, więc lepiej zainteresować się okablowaniem zakonfekcjonowanym bananami. Jeśli zaś chodzi o we/wyjścia, to patrząc od góry mamy dwie pary wejść i pojedynczy zestaw wyjść w standardzie XLR, następnie schodząc piętro niżej znajdziemy cztery pary wejść (Aux 2 można przestawić w bezpośrednie wejście na końcówkę) i dwie (liniowe + regulowane) wyjść RCA a parter przypadł w udziale sekcji cyfrowej w składzie wejść USB, dwóch koaksjali, dwóch optycznych i pojedynczych wyjść – coax i optycznego. Koaksjale i USB akceptują sygnały PCM 24 bit/192 kHz a we/wyjścia optyczne kończą swoja pracę na 96kHz. Wyliczankę zamykają porty 12V triggera i 16 A gniado zasilające IEC C20, więc jeśli nie chcemy być zdani na znajdującą się w zestawie zwykłą serwerową „komputerówkę” a nie posiadamy przewodu zasilającego z odpowiednim wtykiem (IEC C19) oprócz zakupu samego wzmacniacza będziemy zmuszeni rozejrzeć się za kolejną sieciówką.
Wzmacniacz ustawiono na niezbyt wysokich nóżkach, które z jednej strony sprawiają, iż bryła optycznie „lewituje”, jednak jednocześnie nieco utrudnia ustawianie, więc lepiej uważać na palce.
Po zdjęciu pokrywy górnej nie sposób powstrzymać się od będącego oznaką satysfakcji uśmiechu. Centrum trzewi zajmują będące początkiem klasycznego układu dual mono dwa potężne transformatory toroidalne potrafiące pociągnąć z gniazdka 2kW. Każdy z radiatorów obsadzono dwunastoma tranzystorami bipolarnymi w układzie mostkowym – po trzy pary Sankenów STD03N/STD03P z sekcją sterującą pracującą w czystej klasie A. Wspomniana przy opisie walorów wizualnych gałka wzmocnienia współpracuje z układem scalonym Texas Instruments i z tego samego źródła pochodzi również kość DAC-a PCM5242, która z powodzeniem obsługuje PCM 32 bit/384 kHz, więc zastosowanie „lejka” w postaci interfejsów SPDIF i USB ograniczających jej pracę do 24 bit/192 kHz wydaje się trudne do racjonalnego wytłumaczenia.
Choć z racji topologii sekcji przedwzmacniacza M8xi niej jest konstrukcją w pełni zbalansowaną (aż się prosi by przełącznik HT pojawił się również przy XLR-ach) lwią część odsłuchów prowadziłem właśnie po XLR-ach. Dzięki temu w porównaniu do połączenia po RCA otrzymałem lepszą dynamikę i rozdzielczość, więc skoro w takiej konfiguracji 8-ka grała lepiej nie widziałem powodu, by jej możliwości limitować. Mowa oczywiście o połączeniach analogowych, gdyż cyfrowymi zajmę się dosłownie za chwilę. Zanim jednak to nastąpi pozwolę sobie na drobną wskazówkę natury użytkowej. Otóż nasz dzisiejszy gość pełnię swoich możliwości osiąga mniej więcej po trzech – czterech kwadransach od włączenia, zatem jeśli chcemy już od pierwszych taktów krytycznego odsłuchu cieszyć się pełnym potencjałem tytułowej amplifikacji lepiej zafundować jej godzinną rozgrzewkę. A co do samego brzmienia, to … zasiadając przed M8xi zalecam nie sugerować się materiałami promocyjnymi budującymi wizje profitów płynących z klasy A, w jakiej pracuje sekcja przedwzmacniacza. Chociaż może ujmę to inaczej. Spodziewajcie się Państwo czego chcecie, jednak niekoniecznie skupiajcie się na stereotypach dotyczących magiczności, gęstości i niemalże lampowej lepkości związanej z ową klasą, gdyż charakterowi brzmienia Musicala zdecydowania bliżej do ASX-2000 i ASX-1000 Abyssounda, czyli nomen omen A-klasowych końcówek mocy , czy nawet tranzystorowego „singla” Tellurium Q Iridium 20 II a więc konstrukcji niejako przeczącym wspomnianym stereotypom. Bynajmniej nie oznacza to, że M8xi romansuje z chłodną analitycznością, lecz tak jak wspomniałem bazowanie na nie do końca definiowalnych skojarzeniach może prowadzić do rozczarowań i nieporozumień. Skoro jednak pozbyliśmy się owego zupełnie zbędnego balastu spokojnie możemy przejść do konkretów a te są nader smakowite, bowiem już od progu słychać, że w Musical Fidelity dokonała się nie tyle rewolucja, co ewolucja i nowe – zwiastowane właśnie przez naszego gościa pokolenie, może jeśli nie deklasować, co mocno wchodzić na koło dotychczasowym flagowcom. Mówiąc wprost M8xi nie tylko czerpie pełnymi garściami ze zdobyczy flagowej Nu-Visty 800, lecz z racji większej mocy pod pewnymi aspektami wypada lep … znaczy się inaczej i na swój sposób szalenie atrakcyjnie. Mamy zatem podobną do starszego pokolenia natychmiastowość i pozorną zachowawczość jeśli chodzi o dynamikę i prowadzenie basu a zarazem niezwykłą liniowość i transparentność. Dzięki temu konstruktorom nader zgrabnie udało się uniknąć nerwowości i nadpobudliwości z jaką potężne wzmacniacze potrafią wykazywać przy repertuarze dalekim od prób wgniecenia w fotel, bądź wręcz sponiewierania słuchacza. Weźmy na ten przykład na wskroś melancholijny a zarazem szalenie złożony i wielowątkowy „Reprise” Moby’ego, gdzie obok zwyczajowej elektroniki pojawia się orkiestra symfoniczna (Budapest Art Orchestra), po którego przesłuchaniu cieszyłem się jak dziecko, że ukazał się on nakładem Detusche Grammophon a nie jakiejś mniej doświadczonej w nagrywaniu wielkich składów wytwórni. „Na Musicalu” było bowiem słychać dosłownie wszystko, czyli zarówno to, co działo się na pierwszym planie – kreowane przez szalenie ciekawe grono zaproszonych gości, czy fortepian, lecz również w dalszych rzędach. Bez zadęcia, hollywoodzkiej przesady i sztucznej spektakularności. Oczywiście kilkudziesięcioosobowy skład cechował się odpowiednią skalą i wolumenem generowanych dźwięków, lecz daleki był od potęgi i brutalności stadionowych koncertów gwiazd rocka. To nie ta estetyka, nie te środki artystycznego wyrazu. I M8xi tę konwencję doskonale rozumiał operując z precyzją i kunsztem mikrochirurga zamiast bezpardonowości operatora maszyny burzącej wyposażonej w wielką kulę. W dodatku właśnie na tym albumie jak na dłoni widać /słychać było możliwość modelowania brzmienia wzmacniacza, który z zewnętrznym lampowym źródłem (Ayonem CD-35 (Preamp + Signature) w roli CD i DAC-a z Luminem U1 jako transport plików) czarował krągłością i wysyceniem a z kolei po wpięciu Lumina w jego gniazdo USB stawiał na nieco chłodniejszą i bardziej analityczną sygnaturę. Niezależnie jednak od trybu pracy i towarzyszących mu peryferii Musical nad wyraz angażująco snuł swoja opowieść stawiając zarówno na neutralność, co naturalność a tym samym zbliżając się do przysłowiowego drutu ze wzmocnieniem. Pozwolę sobie jeszcze na moment wrócić do wspomnianej „zachowawczości” operowania dolnym skrajem pasma. Otóż 8-ka jest przykładem udowadniającym sceptykom, że kilkusetwatowa spawarka wcale nie musi na każdym kroku podkreślać drzemiącej pod jej maską mocy. Dlatego delikatne muśnięcia smyczków są zwiewne niczym misterna pajęczyna utkana pomiędzy konarami drzew, jednak gdy do głosu dochodzi bęben wielki a orkiestra gra tutti, to bądźcie Państwo pewni, że ów fakt nie umknie waszej uwadze nie tylko ze względu na bodźce akustyczne, co również masującą trzewia falę dźwiękową. Co ciekawe pomimo wrodzonej niezwykłej „punktualności” dołu pasma bas w orkiestrowym wydaniu, oczywiście z racji wykorzystywanego instrumentarium wcale nie był nazbyt „kruchy”, lecz wręcz krągły i przyjemnie obły jednocześnie dostarczając pełne spektrum informacji zarówno o samym uderzeniu, jak i pracy naciągu bębna.
Całe szczęście nie mniej satysfakcjonująco wypadają nieporównanie bardziej dynamiczne i dalekie od audiofilskiego wymuskania pozycje, jak „Under a Godless Veil” Draconian, gdzie magnetycznemu wokalowi Heike Langhans wtóruje brutalny growl Andersa Jacobssona i monumentalna ściana doomowych riffów, czy utrzymane w szaleńczych tempach „Helloween” Helloween i „For The Demented” Annihilatora. Powiem szczerze, że po taką przysłowiowa jazdę bez trzymanki sięgnąłem z premedytacją, by na własne uszy przekonać się, czy aby przypadkiem Musical nie będzie miał zapędów do przeprowadzania selekcji reprodukowanego przez siebie materiału. Okazało się jednak, że jest wręcz przeciwnie, gdyż właśnie na ostrym łojeniu w niezwykle dystyngowanym i zrównoważonym Angliku budzi się prawdziwy demon destrukcji potrafiący rozpętać prawdziwe piekło. A biorąc pod uwagę trudną do zlekceważenia moc 550 W przy 8 i 870W przy 4 Ω jaką ma do dyspozycji skala zniszczenia nader szybko osiągała iście apokaliptyczny wymiar. Tu już nie było miejsca na konwenanse. Podwójna stopa i perkusyjne blasty tłukły niczym serie z ciężkich karabinów maszynowych a wściekłe gitarowe riffy bezpardonowo smagały ognistymi biczami. Kakofonia? Dla nieobeznanych z tematem z pewnością, jednak dla miłośników gatunku to prawdziwa, suto zaprawiona siarką, ambrozja. Jeśli dodamy do tego pełną kontrolę nad głośnikami, które złapane w stalowym uścisku nie miały nawet milimetra luzu na samowolę, więc „chodziły” jak w szwajcarskim chronografie oczywistym stanie się, że prędzej Wy skapitulujecie aniżeli znajdziecie pozycję zbyt szybka, bądź zbyt brutalna dla tytułowej amplifikacji.
No i zabił mi ćwieka ten najnowszy Musical Fidelity. Niby M8xi to „tylko” wszystkomająca integra i w dodatku wcale, przynajmniej zgodnie z firmową hierarchią, niezagrażająca flagowym Nu-Vistom, co poniekąd potwierdza jej cena, a tymczasem przeprowadzone odsłuchy jasno wskazują na to, że ma ona szaloną chrapkę na w pełni zasłużone miejsce na podium. Sytuacja ta przypomina mi niedawną „zmianę warty”, jaka miała miejsce w Accuphase, gdzie właśnie młode wilczki dość bezpardonowo zaczęły wypierać starszyznę rodu. Jeśli podobną politykę prowadzi nowy właściciel Musical Fidelity, to coś czuję w kościach, że za jakiś czas możemy spodziewać się poważnych zmian w brytyjskim portfolio a jeśli pójdą one w kierunku, jaki obrał M8xi, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się cieszyć. Niech moc będzie z Wami.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Anort Consequence; Artoc Ultra Reference; Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Rogoz Audio 4SM
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Tę angielską markę znają dosłownie wszyscy. Od początkującego, po wytrawnego adepta obcowania z jak najlepszą jakością muzyki. Powody są co najmniej dwa. Pierwszym jest rozpoznawalność poprzez kojarzenie jej z tak zwaną brytyjską szkołą grania, czyli pieczołowitą dbałością o dobrą prezentację najważniejszego dla naszego słuchu zakresu środka pasma akustycznego. Zaś drugim, może nie brylowanie w świadomości melomanów i audiofilów jako szczytowe osiągnięcia działu audio, choć trzeba przyznać, iż jeszcze kilkanaście lat temu, trend był zgoła inny, ale bez dwóch zdań konsekwentnie oferująca dobry, bo budzący zaufanie balans w kwestii cena produktu / jakość dźwięku. To są niepodważalne atuty jego brandu. Brandu, który chcąc pozostać w coraz bardziej obsadzonej nowymi zawodnikami grze, nie spoczywa na laurach i co jakiś czas powołuje do życia nowe konstrukcje. Oczywiście nie zapominamy Was o tym informować, czego jednym z przykładów jest nasz dzisiejszy bohater, w postaci uzbrojonego w wewnętrzny przetwornik cyfrowo/analogowy wzmacniacza zintegrowanego Musical Fidelity M8xi, wizytującego nasze progi za sprawą białostockiego dystrybutora Rafko.
Jak prezentuje się inicjator poniższej pogadanki? Naturalnie idzie tropem ostatnich działań marki na polu designu, jakim jest grający jedynie dwoma kolorami czerni i jasnej szarości i pomimo sporych gabarytów budzący zaufanie pośród klienteli wizualny spokój. Chodzi o umiejętne zgubienie przez konstruktorów nie oszukujmy się, determinowanej osiągami wzmacniacza znacząco dużej obudowy poprzez wykonanie jej w lubianej przez klientów czerni, z którą świetnie, bo z racji minimalizmu wyposażeniowego, symbolicznie kontrastują zaaplikowane na froncie manipulatory. Oczywiście to nie wszystko, bowiem wspomniany, mogący pochwalić się pokaźną wysokością awers, w celach zgubienia jego rozmiaru w górnej i dolnej części został lekko podcięty ku tyłowi. Jeśli chodzi o jego ofertę manualną, mamy do dyspozycji dwie rozrzucone na bokach wielkie, jasnoszare gałki – lewa wybór wejść, a prawa wzmocnienie, pod nimi na ich tle maleńkie, naturalnie w tym samym kolorze dwa guziki jako włącznik i wybór pracy lub wygaszenie wyświetlacza, w centrum wspomniany wyświetlacz i nieco niżej okienko odbioru fal dostarczanego jako standardowe wyposażenie pilota zdalnego sterowania oraz na samym dole diodę sygnalizują pracę urządzenia. Tak uzbrojoną przednią ściankę zdobią wtopione w nią w górnych parcelach prawej i lewej flanki nazwa modelu i logo marki. Wydawałoby się, że mimo mojego zachwytu minimalizmem na przedniej ściance sporo się dzieje, jednak zapewniam, w kontakcie bezpośrednim wszystko jest bardzo przyjazne dla oka. Przemierzając obudowę ku tyłowi, nietrudno zauważyć, iż producent w celach grawitacyjnego chłodzenia trzewi nieco grzejącego się urządzenia na górnej jej połaci zlokalizowane na bokach dwa moduły poprzecznych nacięć, zaś jako boki może nie monstrualnie wielkie, ale pokaźnej wielkości radiatory. Gdy doszliśmy do rewersu, jasnym staje się, że wspominany minimalizm wizerunkowy ma się nijak do wyposażenia konstrukcji, co udowadniają podwojone terminale kolumnowe, dwa wejścia i jedno wyjście liniowe XLR, seria wejść, jedno wyjście i jedna przelotka liniowa w standardzie RCA, oraz wejścia (po dwa) i wyjścia (po jednym) cyfrowe SPDIF oraz Optical. Oczywiście naturalną koleją rzeczy, acz patrząc na dotychczasowe rozwiązania marki w nietypowej wersji, na rzeczonych plecach M8-ki znajdziemy gniazdo zasilania z prostokątną końcówką C19. Temat całości zaś wieńczy standardowo pakowany do kartonu pilot zdalnego sterowania.
Próbując opisać brzmienie tytułowego wzmacniacza, w kwestii ogólnej prezentacji dźwięku na tle poprzedników bez jakichkolwiek podejrzeń o stronniczość mogę powiedzieć, iż jest spadkobiercą minimalnie innego, co ważne nadal fajnego, bo przyjemnie plastycznego, ale przy tym dobrze osadzonego w niskich rejestrach, dobrze nasyconego w centrum i do tego ciekawie wspartego trafiającymi w punkt najwyższymi składowych, grania starszych braci. Co dokładnie oznacza ta wyliczanka. Chodzi o to, że gdy poprzednicy potrafili wyciskać ostatnie soki wyczynowości z każdego zakresu, czasem ocierając się o przysłowiowe przegrzanie, rzeczony M8xi każdy z tych aspektów lekko tonizuje. Spokojnie, nie czyni z muzyki nudnej, bo z racji braku zjawiskowej prezentacji monotonnej papki, tylko starając się wpisać w znacznie większą potencjalną grupę docelową, inaczej prezentuje poszczególne akcenty przekazu. Dla przykładu w dolnym zakresie bas nadal jest mocny, ale mniej napompowany, środek mimo pracy stopnia wejściowego w klasie A, ciekawie wykorzystując jej dobro w postaci preferowania namacalności pierwszego planu, nie sprawia wrażenia nadmiernie ociekającego, zaś góra nadal zapewniając odpowiedni pakiet informacji jest przyjemnie stonowana. Nie zgaszona, tylko zmieniając swój blask z srebrnych w stronę złotych iskier, nie wychodzi przed szereg. Interesujące? Dla mnie tak. A czy uniwersalne? To już insza inszość, o czym postaram się napisać na bazie kilku przykładów płytowych.
Na początek woda na młyn wyspiarskiego pieca spod znaku interpretacji twórczości Claudio Monteverdiego w wykonaniu Johna Pottera z grupą The Dowland Project „Care-charming sleep”. To w większości są świetnie zaaranżowane ballady z wykorzystaniem instrumentów z epoki, których wydźwięk tak emocjonalny, jak i brzmieniowy z przecież najważniejszym na tej płycie głosem Johna Pottera włącznie, M8-ka wręcz książkowo wzmacnia. Jednak nie robi tego siłowo, przerysowując udział wokalisty na tle reszty składu, kreując go na wielkoluda, tylko umiejętnie bilansuje esencję jego popisów gardłowych nie tylko z wszechobecnym, zapewniam Was, w tym przypadku grającym jedne z pierwszych skrzypiec wszechobecnym echem, ale również energią i głośnością wtórującego mu w danym utworze czasem pojedynczego, a czasem kilku instrumentów. Wydawałoby się, że wspomniane osłabienie znaczenia skrajów pasma wespół z oszczędniejszym pompowaniem dźwięku, może zmniejszyć poczucie realizmu tego materiału, tymczasem okazało się, że owszem, jest miej wyczynowo, tylko czy sama wyczynowość pojedynczych aspektów jest ważniejsza od spójności całego przedsięwzięcia muzycznego?
Kolejnym przykładem dobrego radzenia sobie z muzyką był jazz. Owszem czasem pazur w prezentacji poszczególnych popisów instrumentalnych typu ostra jazda solo kontrabasisty Garego Peacocka na płycie Paula Bley’a „In The Evenings Out There”, ale w sobie tylko znany sposób angielski wzmacniacz bez problemu potrafił pokazać drapieżność grania tego muzyka. Prawdopodobnie pomogło w tym odchudzenie całości przekazu, co mimo zmniejszenia ostrości rysunku suma summarum okazało się być panaceum na szkodzącą szybkim zmianom tempa szarpania strun potencjalną nadwagę. Na tle pozostałych w pamięci odsłuchów z jednej strony było mniej krągło i ostro, ale za to z drugiej jakby szybciej i gładziej, co w żaden sposób nie krzywdziło tej muzyki, tylko pokazywało ją w innym świetle i zaangażowaniu innych środków wyrazu.. A co z resztą składu? Spokojnie. Biorąc pod uwagę dobrze dobrana do prezentacji masę i odpowiedni poziom oddechu, tak fortepian jak i saksofon, a nawet perkusja zgodnie ze swoimi barwowymi i energetycznymi zapotrzebowaniami bez problemu okazały się być pełnymi beneficjentami schedy szkoły grania najnowszego wzmocnienia Musical Fidelity.
Na koniec tej epistoły coś z mocno uzależnionego od reszty konfiguracji, z pogranicza wyraźnej inności, niż życzyliby sobie tego artyści. Naturalnie mam na myśli muzykę elektroniczną. Ta jak wiadomo, ma być pełna ekspresji, która w przypadku naszego bohatera jest zamierzenie ucywilizowana. Ucywilizowaniem w tym przypadku jest zwiększenie plastyki przekazu i wspomniane odejście od zbyt mocnego podkręcania wyrazistości każdego z podzakresów, bez czego komputerowe przebiegi nutowe mogą nie osiągnąć swoich celów powolnego niszczenia naszego słuchu oraz czasem wywołanie stanu bliskiego arytmii serca. To oczywiście teoria, jednak na tyle prawdziwa, że Anglik bez roszad kablowych poradził sobie z nią jedynie średnio. Jednak biorąc pod uwagę, że nie była to jakaś dramatyczna porażka, postanowiłem sprawdzić, jak na całość wpłynie zmiana okablowania na ostry w rysunku i szybkości, niedawno testowany na naszych łamach kabel sieciowy Acrolink 8N-PC8100 Performante. Efekt? Bez najmniejszych obaw o ratowanie tonącego mogę stwierdzić, iż temat warty był prób, gdyż w kwestii wyrazistości przekazu poprawiło się dosłownie wszystko. Otrzymałem dobre odcięcie istotnych niuansów od całości wydarzenia, atak i fajne wybrzmienia. Nie zrobiłem tego od początku testu, aby wpięciem samego urządzenia w swój tor sprawdzić faktyczną ofertę brzmieniową M8xi. Jednak gdybym w końcowej fazie testu to odpuścił, w moim mniemaniu byłaby to ewidentna krzywda, gdyż wiadomym jest, iż każdy z nas ma inaczej zestrojony system i wiedza, jak jakieś urządzenie reaguje na zadane warunki systemowe jest nieoceniona. Zatem wystawianie oceny czy tytułowy produkt docelowo spełnia oczekiwania w zakresie mocnego uderzenia ostrymi piskami, przesterem i trzęsieniami ziemi, zalecam po osobistym odsłuchu. Dla mnie po roszadach kablowych było może nie wyczynowo, ale zaskakująco wyraziście.
Na koniec kilka zdań o wewnętrznym przetworniku. To nie będzie jakaś wielka rozprawka, a jedynie pokazanie ewentualnego kierunku zmian w odniesieniu do posiadanego przeze mnie DAC-a dCS Vivaldi 2.0. Jaki zatem azymut wytyczyła ta procedura? Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że było to kroczenie dźwięku drogą zbliżoną do brzmienia wzmacniacza. Zrobiło się gęściej, soczyściej, ale co bardzo istotne, nadal z odpowiednim pakietem oddechu. Zatem jeśli zdecydujecie się na ten model wielofunkcyjnego wzmocnienia z szerokiej oferty wyspiarzy, pewne będzie, że obie funkcje są spójne brzmieniowo, co w przypadku korzystania ze źródła plikowego nie wygeneruje dodatkowych potencjalnych rozterek konfiguracyjnych.
Mam cichą nadzieję, że moja wersja wydarzeń testowych jasno daje do zrozumienia, iż w przypadku angielskiej myśli technicznej spod znaku Musical Fidelity M8Xi podczas wyboru należy kierować się dwoma aspektami. Pierwszym i najważniejszym jest przywiązanie do muzyki pełnej barw i plastyki z jej dobrym osadzeniem w masie. Niestety, jeśli ktoś stawia na drive bez trzymanki z oczywistym kosztem sfery muzykalności systemu, z naszym bohaterem nie będzie mu po drodze. Natomiast w drugim przypadku, widziałbym go jako ewentualny czasem balsam, a czasem nawet będący ostatnią deską ratunek błędnie, bo zbyt ostro skonfigurowanych zestawów, gdyż umiejętnie wdrożoną w życie spuścizną angielskiej szkoły grania z pewnością skoryguje potencjalne potknięcia. W jakim sytuacji postawicie go Wy, tego nie jestem w stanie wyrokować. Jednak jedno jest pewne. Spędzony z MF M8xi czas jeśli nie będzie zakończony decyzją zakupową, to zapisze się w Waszych umysłach jako co najmniej przyjemny.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10 SE-120
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
– streamer Melco N1A/2EX
– switch Silent Angel Bon n N8
Kolumny: Dynaudio Consequence Ultimate Edition, Gryphon Audio Trident II
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami””, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Rafko
Cena: 29 995 PLN
Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 550 W/ 8 Ω; 2 x 870W / 4 Ω; 2 x 1.6kW / 2 Ω (peak)
Max. napięcie wyjściowe: 67 V RMS
Max. prąd wyjściowy: 105 A
Wejścia analogowe: 4 pary RCA, 2 pary XLR
Wejścia cyfrowe: 2 x Coax (max. 24 bit/192kHz), 2 x Optical(max. 24 bit/96kHz), USB B (max. 24 bit/192kHz)
Wyjścia analogowe: para RCA line out, para RCA pre-out, para XLR pre-out
Wyjścia cyfrowe: Coax (max. 24 bit/192kHz), Optical (max. 24 bit/96kHz)
Zniekształcenia THD+N: <0.004%
Odstęp sygnał/szum: > 86dB
Impedancja wejściowa: 25kΩ (RCA), 50kΩ (XLR)
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 100 kHz
Współczynnik tłumienia: 150
Max. pobór mocy: 2000 W
Wymiary (S x W x G): 485 x 185 x 510 mm
Waga: 46 kg