Monthly Archives: Kwiecień 2019


  1. Soundrebels.com
  2. >

Fulianty Audio
artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Wbrew modzie na produkcję wszelakiej maści okablowania rodzima manufaktura Fulianty Audio postanowiła zaznaczyć swoją obecność na nieco innym polu. Dlatego też zamiast otulać teflonem, czy też pleść srebrne, bądź miedziane warkocze dostarczyła nam na testy … pracujący w klasie A (czyż nie zapowiada się smakowicie) wzmacniacz słuchawkowy OTL SE.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Roksan Sara

Roksan od dawna jest podziwiany i ceniony za swoje przełomowe gramofony
i ramiona gramofonowe, z których wiele stało się prawdziwymi „ikonami” tej branży. Nowe ramię SARA czerpie pełnymi garściami z reputacji Roksana za sprawą jakości brzmienia, łatwości obsługi i radykalności swojej konstrukcji. Ramię Sara jest odpowiedzią na rosnącą popularność muzyki słuchanej z płyt winylowych. Jest doskonałym rozwiązaniem zarówno dla nowych, jak i wieloletnich klientów Roksana, oferując wyjątkową jakość wykonania i brzmienia w rozsądnej cenie.

Konstrukcja nowego ramienia SARA sprawia, że jest ono uniwersalne, a jednocześnie zapewnia doskonałe brzmienie. Po zainstalowaniu w gramofonie wysokiej klasy będzie mogło współpracować z szeroką gamą wkładek znacząco poprawiając brzmienie Twoich ukochanych płyt winylowych.

Innowacje techniczne
W konstrukcji ramienia SARA wykorzystano najwyższej jakości komponenty i materiały. W konstrukcji łożyska typu unipivot wykorzystano klejnot i pin z węglika wolframu. Oddzielona od głównej przeciwwagi, regulacja azymutu jest łatwiejsza w obsłudze i precyzyjniejsza, co pozwala uzyskać lepszą jakość dźwięku. Ramię SARA wykorzystuje również wysokiej jakości wewnętrzne okablowanie z posrebrzanej miedzi OFC oraz interkonekt HDC firmy Roksan, które zapewniają neutralne, bardzo szczegółowe brzmienie
z realistyczną dynamiką.

Estetyka
Roksan zawsze oferował proste, ale wizualnie atrakcyjne produkty. Ramię SARA nie jest wyjątkiem. Jego wygląd sprawia, że każdy od razu zaliczy je do grona audiofilskich produktów najwyższej klasy, ale udało się nam to osiągnąć stosując naszą zasadę „mniej znaczy więcej”, która zachwyciła już wielu.
Wysokiej jakości czarne anodowane wykończenie nadaje ramieniu luksusowy charakter, co dodatkowo umacnia pozycję SARY wśród najlepszych ramion dostępnych na tym, a nawet wyższym poziomie cenowym.

Wygoda użytkowania
Zastosowanie najwyższej jakości materiałów zapewnia swobodę ruchów ramienia przy minimalnym tarciu. Wszystkie aspekty konstrukcji ramienia SARA składają się na łatwość jego użytkowania, ale także stabilność i wysoką kulturę jego pracy.

Wymiary
Odległość pivot – igła (długość efektywna): 240mm
Odległość pivot – oś talerza: 222,5 mm
Overhang (przesięg): 17,5 mm
Rozstaw śrub mocujących wkładkę: 12,7 mm
Przesunięcie liniowe: 86,35 mm
Przesunięcie osi wkładki: 21,1°
Luz promieniowy (zakres ruchu) przeciwwagi: 70,71 mm
Głębokość pod powierzchnią montażową (bez kabla HDC): 36,5 mm
Średnica otworu montażowego: 23 mm
Grubość płytki montażowej ramienia (arm board): min. 6mm -max 25mm
Wysokość ponad powierzchnią montażową: min. 49mm – max 61mm

Główne cechy
• Doskonała konstrukcja, wyjątkowy dźwięk
• Znakomity partner dla gramofonów Roksan Xerxes 20 Plus
• Łatwa w obsłudze i ustawieniu, ergonomiczna konstrukcja
• Konstrukcja Unipivot minimalizuje tarcie zapewniając doskonałe śledzenie rowka i pełną swobodę ruchu ramienia
• Wysokiej jakości wewnętrzne okablowanie ramienia z posrebrzanej miedzi OFC i doskonały interkonekt Roksan HDC gwarantują doskonały, detaliczny dźwięk w całym paśmie przenoszenia
• Wysokiej jakości wykończenie czarna anodą z dodatkiem subtelnych detali
• Podwieszana przeciwwaga i osobna regulacja azymutu

SPECYFIKACJA

Łożysko: unipivot
Rurka ramienia:aluminium
Możliwość współpracy z wkładkami o wadze: od 5 do 18g
Regulacja siły nacisku igły: w zakresie od 0 do 3g
Wewnętrzne okablowanie: posrebrzana miedź OFC
Masa efektywna: 24,2 g

Założona w 1985 r. brytyjska firma Roksan może pochwalić się piękną historią w branży audio. Produkty Roksan są znane na całym świecie z ich znakomitego brzmienia, wzorowej jakości wykonania, uderzającej estetyki i innowacyjnych rozwiązań.
Każde ramię SARA jest ręcznie montowane w Wielkiej Brytanii.

Cena detaliczna 9590 zł brutto

  1. Soundrebels.com
  2. >

McIntosh XRT1.1K

Niespełna rok po potężnych kolumnach McIntosh XRT 2.1K na nasz rynek wchodzą spokrewnione konstrukcyjnie, ale mniejsze i tańsze zestawy XRT 1.1K. W dalszym ciągu są to jednak pełnopasmowe, zaawansowane technologicznie zestawy głośnikowe bazujące na wiedzy zdobytej przy konstruowaniu referencyjnego modelu.

XRT 1.1K to czterodrożne kolumny o wysokości 180cm. Tak jak u droższego krewniaka w ich konstrukcji zastosowano charakterystyczne dla McIntosha rozwiązanie polegające na wykorzystaniu bardzo wielu przetworników elektroakustycznych ustawionych w dwie długie pionowe linnie i aproksymujących źródło liniowe. Badania nad takim typem konstrukcji były prowadzone w firmie McIntosh już pod koniec lat 1970-tych. W każdej kolumnie XRT 1.1K pracuje łącznie 70 głośników. Są to cztery 6,5-calowe głośniki basowe, dwa 6,5-calowe głośniki dla pasma niższych średnich tonów, 24 głośniki 2-calowe dla zakresu górnej części tonów średnich i 40 głośników wysokotonowych o rozmiarze 3/4 cala dla zakresu tonów wysokich.

Wykorzystano głośniki opracowane wcześniej do wspomnianego, topowego modelu XRT 2.1K. Przetworniki basowe mają duży skok i membrany kanapkowe z włókien nanoweglowych oraz Nomexu. Ekstremalna sztywność ich membran w połączeniu z nadzwyczajną lekkością umożliwiają pracę z dużymi wychyleniami co skutkuje zadziwiającymi możliwościami w zakresie odtwarzania najniższych tonów. Te same materiały i kanapkową konstrukcję membrany zastosowano też w głośnikach niskośredniotonowych. Głośniki średniowysokotonowe mają aluminiowo-magnezowe membrany a wysokotonowe neodymowe magnesy.

Zespoły głośników średniowysokotonowych i wysokotonowych umieszczono w osobnej smukłej obudowie zamocowanej przed obudową główną. Ustawienie tych głośników na linii pozwala uzyskać aproksymację walcowej charakterystyki promieniowania. Daje to zmniejszenie odbić od sufitu i podłogi, a także zmniejsza zróżnicowanie głośności przy zmianie odległości słuchacza od zestawu głośnikowego. Wszystko to skutkuje szerszą sceną dźwiękową i lepszym odbiorem dźwięku w niemal każdym punkcie pomieszczenia, w którym kolumny się znajdują.
Wiele osób może zastanawiać się co daje zastosowanie tak dużej ilości przetworników? Przecież konkurencyjne firmy tworzą swoje topowe konstrukcje z wykorzystaniem kilku lub kilkunastu przetworników. Otóż rozwiązanie wybrane przez firmę Mcintosh i stosowane z sukcesem od prawie pięćdziesięciu lat zapewnia słuchaczom siedzącym w różnych miejscach pomieszczenia odsłuchowego podobne natężenie oraz zbliżoną jakość dźwięku. Nie musimy ograniczać się do jednego idealnego punktu odsłuchowego, aby cieszyć się wybitną prezentacją muzyczną. Poza tym kolejną korzyścią wynikającą ze zwielokrotnienia przetworników jest znaczące zmniejszenie obciążenia każdego z nich i wynikająca stąd minimalizacja poziomu zniekształceń.
Najwyższej jakości aluminiowa obudowa mieszcząca głośniki basowe oraz niskośredniotonowe posiada wyloty tuneli bass-reflex na tylnej ściance. Podstawy wykonane są ze szczotkowanego aluminium i barwionego na czarno szkła. Całość opiera się na czterech regulowanych stopkach, tak aby zapewnić dobry kontakt z podłożem i wyeliminować potencjalne zniekształcenia czy wibracje. Lakierowanie na wysoki połysk wymaga położenia siedmiu warstw aby uzyskać efekt fortepianowej czerni. Eleganckie maskownice mocowane są do przedniego panelu za pomocą magnesów. Wykonano je ze specjalnej czarnej dzianiny o wysokim połysku, dzięki czemu idealnie zgrywają się z okrągłymi metalowymi elementami ozdobnymi nawiązującymi swoim wyglądem do charakterystycznych gałek stosowanych w urządzeniach McIntosha.
Zwrotnica zapewnia równomierną charakterystykę przenoszenia w całym paśmie. Wszystkie elementy mają niską stratność i charakteryzują się zdolnością do pracy z dużymi prądami. Poszczególne cewki dobrano tak by zapewnić wysoką liniowość na dużych poziomach głośności. W zwrotnicy zainstalowano bezpieczniki PTC. Jeśli nadmierne obciążenie spowoduje ich aktywację, po zmniejszeniu poziomu sygnału samoczynnie wracają one do normalnego stanu. Kształt kolumn jest idealny pod względem optymalnej emisji dźwięku. Szeroki zakres odtwarzanego pasma dźwięku sięga już od 16Hz aż do 45kHz!

Opatentowane przez firmę McIntosh, pozłacane terminale głośnikowe Solid Cinch™, umożliwiają bezproblemowe i jednocześnie pewne podłączenie nawet najgrubszych kabli głośnikowych z gwarancją, iż ich mocowanie nie poluźni się, dzięki czemu do kolumn dostarczany jest najwyższej jakości sygnał dźwiękowy. Jak przystało na najwyższej jakości model zestawów głośnikowych, XRT1.1K oferują oddzielne gniazda dla poszczególnych sekcji pasma. Takie rozwiązanie umożliwia zastosowanie tri-ampingu lub tri-wiringu.

Logo McIntosha, umieszczone na podstawie kolumn, można podświetlić na zielono, dzięki wykorzystaniu firmowej technologii Power Control stosowanej w końcówkach mocy, przedwzmacniaczach, wzmacniaczach zintegrowanych i w innych urządzeniach McIntosha.
XRT1.1K można stosować w pomieszczeniach, które wymagają użycia mniejszego zestawu głośnikowego niż majestatyczne XRT2.1K. Są one bowiem niższe o 35 cm od modelu referencyjnego i łatwiejsze w ustawieniu pomimo swojej relatywnie duzej masy. Dzięki temu będą pasować do większej liczby pomieszczeń z domowymi systemami audio-video. Pomimo mniejszych rozmiarów XRT1.1K zadziwiają możliwościami w zakresie kreowania wspaniałej sceny dźwiękowej, potęgi brzmienia i imponującej dynamiki, wypełniając pomieszczenie odsłuchowe dźwiękami o nadzwyczajnej muzykalności.

Dane techniczne XRT1.1K:
• Zestaw głośnikowy 4-drożny, obudowa typu bass-reflex
• Impedancja nominalna: 8Ω
• Moc: 1200 W
• Pasmo przenoszenia: 16 Hz – 45 kHz
• Efektywność: 89dB
• Częstotliwości zwrotnicy: 150 Hz, 450 Hz, 2000 Hz
• Wymiary kolumny z podstawą: (WxSxG) 180 x 54 x 54 cm.
• Masa: 82 kg/szt.

Cena det.: 276 000 zł/para

  1. Soundrebels.com
  2. >

Andrea Pivetta / Audiomica Laboratory / Zeta Zero

Opinia 1

Najwidoczniej tradycji musiało stać się zadość, gdyż w ramach rozgrzewki przed zbliżającym się wielkimi krokami monachijskim High Endem dokonaliśmy umownego i wysoce wyselekcjonowanego przeglądu specjałów, jakie mają zostać zaprezentowane na tegorocznych Targach Elektroniki Użytkowej Electronics Show. O co chodzi z tą tradycją i umownością? Otóż w zeszłym roku, w połowie kwietnia, mieliśmy okazję odwiedzić obecną w Ptak Expo nad wyraz liczną ekipę Polskiego Klastra Audio, co z resztą w stosownym materiale zostało udokumentowane, więc można uznać, iż swoista powtórka z rozrywki automatycznie staje się czynnością cykliczną a tym samym wpisuje się zachowania noszące znamiona tradycji. Jednak dziwnym zrządzeniem losu, lub jak kto woli na skutek szeroko rozumianego planowania, jakiś nad wyraz światły i niewątpliwie świetnie zorientowany w temacie umysł (czyżby pokłosie zjawiska określanego oksymoronem „dobra zmiana”?) wpadł na iście makiaweliczny pomysł, by tegoroczne targi zorganizować dokładnie w tym samym czasie co … wystawa w Monachium. Co prawda patrząc na asortyment prezentowany w Nadarzynie wydawać by się mogło, że to taki lokalny odpowiednik berlińskiej IFY (dla ułatwienia podam, że najbliższa odbędzie się w dniach 6 – 11 września 2019), jednak decyzja o niejako automatycznym wykluczeniu lwiej części przedstawicieli rodzimych producentów i branżowych magazynów audio wydaje się cokolwiek kuriozalna. Mniejsza jednak z tym, gdyż jak niniejszy mini artykuł pokazuje dla chcącego nic trudnego i jeśli tylko jest ku temu okazja, to cóż szkodzi rzucić okiem i uchem na coś, co tak naprawdę ma mieć swoją oficjalną polską premierę dopiero za dwa tygodnie.
O czym mowa? O m.in. nad wyraz intrygującym włoskim wzmacniaczu Andrea Pivetta Oltre, którego 120 000 W monstrualnego protoplastę (Opera Only) mogliśmy podziwiać m.in. podczas Audio video Show w 2017 r. A dokładnie o kompletnym systemie w skład którego, oprócz ww. amplifikacji wejdzie elektronika (6 kanałowy przedwzmacniacz Zeta Zero 1176), oraz kolumny Zeta Zero ORBITAL360 „Nano” wraz z kompletnym, dedykowanym okablowaniem Audiomica Laboratory Excellence Oltre Special Edition.

Jak prezentuje się wspomniany set mam nadzieję całkiem nieźle ukazują powyższe zdjęcia, jeśli zaś chodzi o jego walory brzmieniowe, to Państwo będą mogli je ocenić za dwa tygodnie a my, dzięki uprzejmości gospodarza – Tomasza Roguli (Zeta Zero, TR Studios) mogliśmy dokonać tego wczoraj. Od razu jednak zaznaczę, iż biorąc pod uwagę ilość zmiennych i całkowicie nieznane nam od strony akustycznej warunki, na chwilę obecną mogę powiedzieć, że tym razem było zupełnie inaczej niż zdążył nas przyzwyczaić Tomasz podczas corocznych prezentacji na AVS. Po pierwsze było bowiem może nie cicho, lecz natężenie dźwięku pozwalało na w pełni komfortową konwersację, co mając świadomość, iż na wystawach w salach zajmowanych przez Zetę czasem własnych myśli człowiek nie był w stanie usłyszeć, jest pewnym novum. Po drugie zaś, 1200 W Orbitale 360 „Nano” reprezentując firmową omnipolarność główny akcent stawiały na przestrzenność i trójwymiarowość prezentacji aniżeli klasyczne, znane z konwencjonalnych zestawów głośnikowych mniej bądź bardziej precyzyjne ogniskowanie źródeł pozornych i rozplanowywanie ich na jasno zdefiniowanej scenie muzycznej. Jednak najważniejsze, że całość sprawiała całkiem spójne wrażenie i na dłuższą metę nie męczyła, co jasno stawia ww. konstrukcje głośnikowe w zdecydowanie bardziej korzystnym, aniżeli dotychczas świetle. W dodatku biorąc pod uwagę nad wyraz silną polaryzację emocji, jakie budzi każdorazowe „publiczne” pojawienie się Zet Zero śmiem twierdzić, iż w domowych warunkach prezentują się one zdecydowanie „spokojniej” i zamiast niezdrowej ekscytacji wywołują raczej konstruktywne zainteresowanie.

Nie bez znaczenia może być też fakt, iż do ich napędzenia użyty został przedpremierowo nam zaprezentowany wzmacniacz mocy Andrea Pivetta Oltre w swojej 1kW (2 x 500W @ 4 Ω / 2 x 300W @ 8 Ω) odsłonie, który oprócz nad wyraz imponującej mocy dysponuje również nie mniej wyżyłowanym współczynnikiem tłumienia wynoszącym ponad 10 000, co automatycznie przekłada się na świetną kontrolę nad podpiętymi pod niego kolumnami. Pomijając brzmienie warto również zwrócić uwagę na niebanalny przywodzący na myśl połówkę poroża, bądź skrzydło, design włoskiej konstrukcji i jej konfigurowalność.

Jeśli zaś chodzi o okablowanie, to pełen dedykowany amplifikacji komplet zapewniła gorlicka manufaktura Audiomica Laboratory dostarczając wzbogacające serię Excellence modele głośnikowe, sygnałowe i zasilające Oltre Special Edition. Nie zagłębiając się w technikalia wspomnę jedynie iż przewody zasilające i głośnikowe oparto na żyłach z miedzi OCC o czystości 6N a w interkonektach miedziany przewodnik dodatkowo posrebrzono.

Niejako na zakończenie, korzystając z okazji rzuciliśmy okiem na profesjonalne zaplecze Zety, czyli TR Studios. które gościło artystów reprezentujących pełne spektrum gatunków muzycznych (od Zbigniewa Preisnera po Holy Death). W iscie telegraficznym skrócie wspomnę tylko, iż ww. przybytek dysponuje systemem zapisu DAW PROTOOLS HD PRO (oczywiście HI-Res 192kHz/24bit), jak i imponującą, w pełni analogową 82-wejściową konsolą mikserską AMEK RN wyposażoną w preampy Neve.

Serdecznie dziękując za gościnę z uwagą będziemy śledzić rozwój wypadków, gdyż o ile Opera Only, choćby z racji swoich nad wyraz absorbujących gabarytów stanowi li tylko ciekawostkę przyrodniczą, o tyle Andrea Pivetta Oltre wydaje się całkiem ciekawą propozycją dla miłośników nie tylko dobrego dźwięku, lecz również niebanalnego wzornictwa.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Rozpatrując upływający czas, przez pryzmat naszego zaangażowania w prowadzenie portalu Soundrebels bez dwóch zdań można rzec, iż w pewnym sensie siedzimy na walizkach przed wylotem na High End – organizowaną w Monachium największą wystawę na starym kontynencie. To zaś mogłoby sugerować, że zbierając siły na tę kilkudniową harówkę unikamy szukania ciekawych wydarzeń. Tymczasem z przyjemnością dementuję tę plotkę, bowiem w ostatni piątek z przyjemnością skorzystaliśmy z zaproszenia na pewnego rodzaju przedpremierowy pokaz zestawu audio, który swój oficjalny występ zaliczy dopiero podczas organizowanych w podwarszawskim Nadarzynie targach Electronics Show 2019. O kim mowa? Co ciekawe, nie będzie to solowa, czyli reprezentowana przez jednego producenta prezentacja, tylko występ pewnego rodzaju konglomeratu. Jakiego? Zapewniam, że w zdecydowanej większości wszystkim znanego, gdyż oprócz nowości w postaci przybyłego z ziemi Włoskiej do Polski designerskiego wzmacniacza zintegrowanego Andrea Pivetta, swoje trzy grosze do występów wniosą dwa rodzime brandy – Audiomica Laboratory (okablowanie) i Zeta Zero (kolumny i elektronika audio).

Analiza serii fotografii jasno daje do zrozumienia, że nasza wizyta nie była siłowym prężeniem muskułów, tylko okraszonym rozmowami na tematy około-soniczne przyjacielskie spotkanie przy muzyce płynącej z przygotowywanego do występów na wspomnianych tragach zestawu. Jak to zwykle ma miejsce, pełną listę biorących udział w spotkaniu produktów znajdziecie w tekście Marcina lub w tabelce pod naszymi tekstami, dlatego bez mogącej okazać się powtórką z rozrywki wyliczanki też ze swej strony skreślę jedynie kilka niezobowiązujących zdań o zapamiętanych odczuciach. Powiem tak. Jak można było się spodziewać, fonii rodem ze szkoły monitorów na licencji BBC z tej konfiguracji nie zaliczyłem. Jednakże miłym zaskoczeniem tego popołudnia był zdecydowanie inny, w moim przypadku znacznie przyjemniejszy, odbiór naładowanych ochotą do zjawiskowego grania kolumn Zeta Zero. Skąd taka zmiana? Niestety z braku czasu mój jedyny, a co gorsze zawsze zbyt krótki kontakt z nimi to wystawy audio. Te jak wiadomo są jednym torem przeszkód dla wystawców, co sprawia, że udane pokazy można policzyć na palcach jednej dłoni. Tymczasem możliwość bliższego poznania się z kolumnami w kontrolowanych warunkach i przy odpowiedniej głośności natychmiast pokazuje, że coś w nich jest. Może nie dla każdego, ale wynik jest daleko lepszy od wystawowego. Był oddech, energetyczny bas i pokazujące najdrobniejsze dotknięcia przeszkadzajek przez bębniarza wysokie tony. Czegóż chcieć więcej. Owszem, zawsze można zarzucić im zbyt żywiołowe granie. Jednak z drugiej strony trudno mieć pretensję do producenta, który realizuje potrzeby sporej rzeszy melomanów. Jeśli komuś coś nie leży, zawsze może poszukać swojego dźwięku u konkurencji. Ja bez względu na swój wzorzec zawsze szanuję punkt widzenia innego miłośnika muzyki, a teraz po próbie w zdecydowanie lepszych warunkach zaczynam rozumieć czego szuka w muzyce.

Ukazujący przedpremierowo swój byt zestaw nie był jedyną atrakcją tego wypadu. Otóż po sesji zdjęciowej w salonie odsłuchowym zostaliśmy zaproszeni przez gospodarza do jego oczka w głowie, jakim jest studio nagraniowe TR STUDIOS. Przyznam szczerze, projekt robi wrażenie. Kilometry kabli, dobrze zaaranżowanie akustycznie pomieszczenia do nagrywania wokalizy i osobno instrumetarium, a co najważniejsze wyśmienicie wyposażone od strony tak mikrofonowej, jak również serca każdego studia monstrualnie wielkiej konsoli studio bez problemu może konkurować z tuzami nie tylko rodzimymi, ale również światowymi. Skąd taka opinia? A stąd, że po pierwsze, to już bodajże drugi lub trzeci tego typu samodzielnie organizowany przybytek Tomasza Roguli. A po drugie, o umiejętnościach realizacyjnych świadczą ściany zdjęć z najbardziej znanymi muzykami naszego kraju i nie tylko. Niestety z racji osobistego wydźwięku tego ściennego kolażu nie zrobiłem żadnej fotki, ale zapewniam, od mnogości obrazków można dostać oczopląsu, a poznawszy bohaterów nabrać stosownego szacunku.

Puentując powyższą relację chciałbym podziękować Tomaszowi Rogule i Łukaszowi Mika za zaproszenie, miłą atmosferę i kilka przekazanych ciekawostek na temat mających być gwiazdami wystawy Electronics Show 2019 komponentów audio. Ja niestety będę za granicą, jednak bez względu na to wiem jedno, będzie na czym zawiesić przysłowiowe ucho.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio-Technica ATH-ADX5000 + Copland DAC 215

Link do zapowiedzi: Audio-Technica ATH-ADX5000

Opinia 1

Nie jest to nasz pierwszy i z pewnością również nie ostatni powrót do urządzeń, które na przestrzeni sześciu lat działalności SoundRebels przewinęły się przez nasze redakcyjne systemy. Ot mając do wyboru sięganie po niewiadomą, bądź coś, co nie dość, że znamy, lecz przede wszystkim podczas wcześniejszych kontaktów wpasowało się w nasze gusta i bardzo miło zapadło w pamięć, wybieramy opcję numer dwa. Możecie Państwo takie postępowanie uznać za swoisty asekurantyzm, ale dokonując oceny jednego z elementów misternej układanki wolimy mieć w niej tylko jedną niewiadomą i możliwie stabilny, a co za tym idzie dobrze nam znany punkt wyjścia. Dlatego też otrzymawszy propozycję zaopiniowania bądź co bądź pełnokrwiście high-endowych słuchawek Audio-Technica ATH-ADX5000 uznaliśmy, że nie ma co kombinować i szukać czegoś co może nie tyle zagra, co zgra się z ww. nausznikami, lecz lepiej zaufać dystrybutorowi – Sieci Salonów Top HiFi & Video Design i zainteresować się zestawem firmowym, w którym oprócz ATH-ADX5000 znajduje się goszczący swojego czasu z Audioquestami NightOwl Copland DAC 215.

Od polskiej premiery ATH-ADX5000 w listopadzie 2017 r. upłynęło półtora roku, więc zrozumiałym jest, iż ekscytacja związana z pojawiającą się na rynku nowością zdążyła opaść, kolejka chętnych do ich przetestowania stopniała i już bez presji czasu, czy też przebierających ze zniecierpliwienia, następnych na liście do odsłuchu melomanów mogliśmy wreszcie przyjąć je pod swój dach. Zupełnie nie wiem czemu, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności do tej pory dane nam było poznać walory brzmieniowe jedynie zamkniętych konstrukcji. Mieliśmy przepiękne, wykonane z czeremchy amerykańskiej ATH-W1000X, oraz ich nowszą, już teakową (Tectona grandis) inkarnację o symbolu ATH-W1000Z, wraz z topowymi wtenczas, tytanowymi ATH-A2000Z i … to by było na tyle. Dlatego też oferta przetestowania otwartego flagowca szczerze nas ucieszyła.
O atrakcjach związanych z unboxingiem i dbałością o zabezpieczenie słuchawek przed trudami spedycji nie będę się rozwodził, gdyż mam cichą nadzieję udało mi się to całkiem obrazowo ująć w zamieszczonej jakiś czas temu zajawce, lecz jedynie nadmienię, iż widać, że Japończycy doskonale zrozumieli, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, a to związane z wypakowywaniem 5000-ek jest jednoznacznie pozytywne. Pierwszy punkt dla ekipy z Tokyo. Drugi punkt pojawia się niemal natychmiast w momencie, gdy z kontemplacji li tylko wzrokowej przechodzimy do bardziej przyjemnych doznań natury sensorycznej, czyli do pierwszego obmacywania i orientujemy się, iż pomimo naprawdę znacznych gabarytów, w końcu przetworników o blisko 6 cm średnicy nikt w rulon zwijać nie będzie, tytułowe słuchawki praktycznie nic nie ważą (270 g to tyle co nic). Za taki stan rzeczy odpowiada zarówno nad wyraz ażurowa ich konstrukcja, jak i użyte do ich produkcji materiały. Do pierwszej grupy możemy z pewnością zaliczyć „niskoprofilowe”, lecz zaskakująco miękkie i komfortowe, pokryte alcantarą pady, podobnie obszyty podwójny pałąk nagłowny, oraz komory muszli wykonane z niezwykle sztywnego polimeru PPS (Polisulfid fenylu) i włókna szklanego zabezpieczone od zewnątrz przypominającą plaster miodu metalową siateczką. Zaś same membrany 58-milimetrowych przetworników pokryto … wolframem i dodatkowo zintegrowano je z napędem, czyli cewką i magnesem (w tym wypadku penmendurowym). Miłym detalem jest odłączany, wyposażony we wtyki A2DC przewód sygnałowy, który w razie potrzeby można zastąpić konstrukcją zbalansowaną. O takowy przewód należy jednak zadbać we własnym zakresie, gdyż na wyposażeniu znajduje się jedynie 3m sygnałówka wyposażona w standardowego 6,3 mm złoconego jacka.
I już na koniec części poświęconej aspektom mechaniczno-technologicznym dość istotny fakt świadczący o pozycji 5000-ek, czyli ich ręczny montaż w tokijskiej siedzibie producenta.

No i najważniejsze, czyli brzmienie, bo cóż nam po iście kosmicznych rozwiązaniach konstrukcyjnych, skoro dźwięk byłby wyprany z emocji niczym wyjałowione prześcieradło na oddziale zakaźnym. Całe szczęście już od pierwszych dźwięków słychać, że ATH-ADX5000 dość bezpardonowo odsadzają swoje młodsze rodzeństwo i w tempie godnym podrasowanego GTR-a podjeżdżają pod zderzak Focali Utopia i Finali Sonorus X. Niemożliwe? Patrząc na różnice w cenach ww. modeli tak z pewnością mogłoby się wydawać, jednak akurat w tym przypadku usłyszeć znaczy uwierzyć i kwota, jakiej przy kasie żąda za nie producent niewiele wnosi do tematu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w High-Endzie za wręcz minimalny przyrost jakości płacimy jak za przysłowiowe zboże (to chyba jedno z najbardziej zdewaluowanych porównań biorąc pod uwagę coroczne awantury rolników przy punktach skupu), lecz tym razem różnice dotyczą głównie niuansów natury estetycznej a nie reprezentowanych klas.
Mamy zatem znacznie lepiej zdefiniowany, niżej schodzący a przy tym potężniejszy niż w ATH-W1000Z i ATH-A2000Z bas, który nic a nic nie stracił z natychmiastowości konstrukcji zamkniętych, fenomenalnie rozdzielczą, napowietrzoną, soczystą średnicę i górę, jakiej nie powstydziłyby się wspomniane Utopie. Co ciekawe ani natychmiastowość, ani rozdzielczość, czy bezpardonowość suma summarum nie oznaczają w Audio-Technicach automatycznej eliminacji nagrań dalekich od audiofilskich konotacji. Bowiem zarówno koncertowy „Almost Unplugged” Europe, jak i szorstki, przywodzący na myśl twórczość Rammstein album „Rübezahl” Joachima Witta mając właściwą sobie energię, wykop i drive wcale nie odstręczały surowością, tnącymi po uszach sybilantami, czy zbyt ubogą artykulacją. I tutaj od razu uwaga natury użytkowej. Otóż ATH-ADX5000 będąc konstrukcjami totalnie otwartymi nie tylko nie izolują nas od dźwięków otoczenia, lecz i nie chronią otoczenia przed tym, czym w danej chwili się raczymy, więc warto mieć to na uwadze i zawczasu zadbać odpowiednią „higienę” akustyczną odpowiednio aranżując swoją audiofilską samotnię.
Zmieniając jednak repertuar na nawet nie tyle bardziej wymagający, co wręcz kłopotliwy dla słuchawek, czyli wielką symfonikę i sięgając po zgraną do nieprzyzwoitości ścieżkę dźwiękową z „Gladiatora” nie sądziłem, że na konwencjonalnych nausznikach dane mi będzie uzyskać iście planarną holografię zbliżoną do tego, czym swojego czasu oczarowały mnie Audeze LCD-4. Rozmach i istne hektary przestrzeni to jedno i od biedy da się nawet na rozsądnych poziomach cenowych jakoś je „wyczarować”, jednak już precyzji w lokalizacji źródeł pozornych, a co za tym idzie również ich wieloplanowości przy tak licznym aparacie wykonawczym już nie. A tymczasem ATH-ADX5000 bez najmniejszego trudu były w stanie rozlokować daleko przed (przypominam, iż cały czas opisuję brzmienie słuchawek a nie konwencjonalnych kolumn) słuchaczem na szerokiej scenie poszczególne sekcje orkiestry i gdy tylko wymagały tego okoliczności wyłuskiwać z nich pojedyncze instrumenty.
Podobne sprawy miały się na „Jazz at the Pawnshop” Arne Domnérusa, gdzie grany na scenie niewielkiego sztokholmskiego klubu radosny be-bop miesza się z otaczającymi nas zewsząd odgłosami najoględniej rzecz ujmując konsumpcji, czyli brzdękiem sztućców, gwarem rozmów i standardowej krzątaniny. Audio-Techniki ich nie segregują, nie dzielą na sceniczne i „widowniane”, lecz asymilują je we wspólny, koherentny, żywy zapis chwili, czyli 6 i 7 grudnia 1976. I choć nie ma tu nawet śladu sterylności każdy z obecnych na klubowej scenie muzyków jest tak „trójwymiarowo” zdefiniowany, że nawet siedząc przy dalszych stolikach i mając przed sobą jegomości z pasą kopcących cygara jesteśmy w stanie śledzić zarówno każdy, nawet najmniejszy ruch sceniczny, jak i każdy dźwięk wychodzący spod ich palców. Jeśli trzeba, a czasem człowieka nachodzi taka potrzeba by usłyszeć jeszcze więcej, to z 5000-kami na uszach można się poważyć o stwierdzenie, iż oprócz samych muzyków słychać również sygnaturę aparatury nagrywającej użytej podczas tamtej sesji czyli dwóch, pracujących naprzemiennie magnetofonów Nagra IV i również dwóch, tym razem działających nieprzerwanie mikrofonów Neumann U47. Przesadzam? Jeśli tak Państwo uważacie, to wypożyczcie na co najmniej weekend proponowany przez Sieć Salonów Top HiFi & Video Design zestaw, nakarmcie odpowiednio wyrafinowaną strawą i sami się przekonajcie.

Po kilkutygodniowej przygodzie z otwartymi flagowcami Audio-Technici doprawdy nie rozumiem, czemu jest o nich tak cicho. ATH-ADX5000 są bowiem nie tylko lekkie i szalenie komfortowe, lecz przede wszystkim oferują klasę brzmienia zarezerwowaną dla blisko dwukrotnie droższej konkurencji. Dlatego też, jeśli poszukujecie Państwo referencyjnych nauszników w pierwszej kolejności sugeruję skierować swe kroki ku portfolio tytułowego producenta i mając już odpowiedni punkt odniesienia kontynuować dalszą eksplorację. O ile oczywiście pierwszy odsłuch nie będzie zarazem finalnym.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Śledząc rynek producentów audio nie trzeba być jakoś ponadprzeciętnie rozgarniętym, aby zorientować się, że panowie z tego działu gospodarki doszli do wniosku, iż tanio i byle jak już było. O co chodzi? To proste. Spójrzcie na ilość dodawanych do każdego smartfona słuchawkopodobnych produktów, które owszem przypominają wspomniane umilacze codziennego życia, ale nie do końca spełniają warunek co najmniej przyzwoitej jakości generowanego dźwięku. Ktoś raczy oponować? Jeśli tak, znaczyć będzie jedynie, że nie miał do czynienia z dobrym produktem. Jednak nie mam zamiaru nikogo na siłę przekonywać do mojego punktu widzenia. Mamy wolny kraj i każdy wybiera własną ścieżkę życia. Mój wstępniak ma inne zadanie. Jakie? Otóż ostatnimi czasy brandy słuchawkowe zaczęły fantastyczny wyścig mający jeden cel: zaproponować jak najlepsze brzmienie w przyzwoitej cenie. To naturalnie nie oznacza topowego High Endu za cenę dousznych pchełek z pudełka telefonu komórkowego, ale również jest dalekie od oferty konstrukcji za przysłowiowy worek dukatów. Do czego piję? Proszę bardzo. W tym odcinku naszych rozważań na temat zabawek audio przyjrzymy się bardzo ciekawym przedstawicielkom omawianego działu. Co prawda z racji bycia flagowcem nie będą mogły pochwalić się zjawiskowo niską ceną. Jednakże biorąc pod uwagę odbyty test, ta jest bardzo dobrze skorelowana w stosunku do oferowanego dźwięku. O czym mowa? O pochodzących z Japonii nausznikach Audio-Technica ATH-ADX5000, o pojawienie się których na soundrebelsowej wokandzie zadbał warszawski dystrybutor – Sieć Salonów Top HiFi & Video Design.

Teoretycznie akapit przybliżający zarzewie spotkania mogły wyglądać tak: Jak sugerują fotografie, w przypadku tytułowych konstrukcji mamy do czynienia ze słuchawkami otwartymi. To zaś sprawia, że dobrze widoczny z zewnątrz, osadzony w okrągłej, dla celów odczuwania przyjemności podczas użytkowania w miejscu kontaktu z głową miękko wyściełanej muszli, przed uszkodzeniem mechanicznym chroni estetycznie wyglądająca, bo czerpiąca swój wzór z plastra miodu kratownica. Tak uzbrojone przetworniki spina pokryty podobnym materiałem co pady muszli, umożliwiający łatwą regulację pałąk. Temat zasilania sygnałem zaspokaja kabel ubrany w nadający sznytu wykwintności czarny materiał. Zaś dla celów bezpieczeństwa podczas ewentualnej logistyki wspomniane Japonki spakowano w ekskluzywny kuferek. I gdyby nie fakt rozprawiania o szczycie oferty, akapit wizualizacyjny mielibyśmy z głowy.
Tymczasem okazuje się, iż w tym przypadku diabeł tkwi w szczegółach. Czyli ni mniej ni więcej użytych podczas ręcznego wykonania każdej sztuki słuchawek materiałach. Jakich? Wspomniane wyściełanie wokółusznych padów i stelaża nagłowia to Alcantara. Materiał na obudowy głośników jest wariacją polimeru PPS z włóknem węglowym i magnezem. Mało? Proszę bardzo. Oto kilka informacji technicznych. Japończycy dla celów zmniejszenia szkodliwych drgań głośnika, jego membranę, cewkę i magnes zintegrowali w jedną całość i dodatkowo powierzchnię membrany pokrli wolframem. Idźmy dalej. Precyzyjne pochylenie głośników w obudowach zapewnia odpowiedni przepływ powietrza, co przekłada się na zdecydowanie lepszą reprodukcje każdego z podzakresu częstotliwościowego. Zaś aby postawić przysłowiową kropkę nad „i”, inżynierowie postanowili, że każda pieczołowicie wykonana w siedzibie firmy para otrzyma laserowo grawerowany numer seryjny. Amen.

Zwyczajowo przy każdorazowej decyzji opiniowania słuchawek powstaje problem ich napędzenia. Ten oczywiście z łatwością rozwiązujemy, czego skutkiem jest kolejne wsparcie testu przez duński przetwornik cyfrowo/analogowy z funkcją wzmacniacza słuchawkowego DAC 215. Dlatego też aby uniknąć pewnego rodzaju pisania w kółko o tym samym, w przypadku potencjalnego zainteresowania któregoś z czytelników tą konstrukcją zapraszam do testu Copland 215 plus Audioquest NightOwl. Zatem jeśli wszystko mamy już wyjaśnione, przejdźmy do clou, czyli flagowych konstrukcji ADX500 Audio-Technici.
Gdybym miał luźno określić, jaki kierunek dźwiękowy obrali japońscy inżynierowie, bez naciągania faktów powiedziałbym, iż postawili na duży oddech muzyki okalającej nasz ośrodek zarządzania czynnościami życiowymi. 5000-ki w pierwszej chwili wydają się być dość zwiewne, jednak już po kilku minutach okazuje się, że owszem, nie epatują siłowym kolorowaniem świata, jednak z dobrą masą zdroworozsądkowo starają się zaimponować nam szybkością narastania dźwięku. Ale nie chodzi o szkodliwy z racji skracania wybrzmień instrumentów atak za wszelką cenę, tylko przy dobrym timingu wydarzeń muzycznych pokazują fajną dbałość o przyjemną dla ucha wielobarwność każdego instrumentu. A wszystko jak wspomniałem, przy zjawiskowym oddechu na wirtualnej scenie. I gdy wszystkie wspomniane aspekty zbierzemy w jedną całość, nagle okazuje się, że mamy do czynienia z przypadkiem zagospodarowania zdecydowanie większego obszaru wokół naszej głowy niż konstrukcje konkurencji z podobnego przedziału cenowego. I chyba fakt zjawiskowego rozmachu spowodował, że że mimo osobistego hołubienia raczej cięższej aniżeli zbyt zwiewnej prezentacji 5000-ki bardzo przypadły mi do gustu. A z ręką na sercu przyznaję, iż próbowałem niecnych sztuczek, aby położyć test. Niestety nie pomogła tak uwielbiana przeze mnie wykonywana przez różne formacje Jordiego Savalla muzyka dawna. Mimo dalekiej od wysycenia prezentacji żaden instrument z epoki w najmniejszym stopniu nie ucierpiał. Owszem, nie kipiał soczystością, ale również nie zdradzał oznak anoreksji. Mało tego. W jego odbiorze fantastycznie pomagała rozświetlona sznytem grania słuchawek z rozmachem wizualizowana sceneria klasztorna z wszechobecnym echem w roli głównej. Jeden zero dla Japonek. Kolejnym wilczym dołem miał być jazz spod znaku ACT z Adamem Bałdychem w kompilacji „Brothers” https://tidal.com/album/77240951 na czele. Niestety i tym razem Audio-Technici wyszły z tarczą, a główną przyczyną była znakomita czytelność grania pana Adma rozedrganym smyczkiem i swobodą jego wypełnienia wirtualnego świata. Na koniec wiedząc, że chyba nie dam rady zmusić naszych bohaterek do rzucenia ręcznika, w napędzie CD-ka wylądowała będąca wodą na ich młyn formacja John’a Zorna Masada „First Live 1993”. Szybkość, energia i zarezerwowana dla tego typu muzy spontaniczność pokazały dogłębną znajomość tematu budowy słuchawek przez panów z kraju kwitnącej wiśni. To zaś skutecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że kupując punkt zapalny dzisiejszego spotkania nigdy nie będziemy się nudzić. Gdy mamy zatopić się w kontemplacji muzyki kościelnej, AT bez problemu potrafią przenieść nas do wymarzonej budowli. W momencie delektowania się muzyką typowo studyjną, nasze zmysły kierowane są na wirtuozerię artystów. A gdy zapragniemy udać się na free jazzowy koncert, natychmiast lokowani jesteśmy tuz pod sceną. Nie wiem, jak, ale zapewniam, że to dzieje się naprawdę.

Nie wiem, czy powyższy tekst nie wypadnie zbyt tendencyjnie. Jednak na swoje usprawiedliwienie powiem tylko jedno. Sam jestem pozytywnie zaskoczony, że coś w założeniach chadzające nieco mniej wysyconymi ścieżkami potrafiło mnie aż tak urzec. Z autopsji wiem, że jestem odporny na działanie podprogowe, a to świadczy tylko o jednym. To są wyśmienite konstrukcje i tylko bardzo ortodoksyjne, czyli pozbawione najmniejszego marginesu odstępstwa od obranej ścieżki sonicznej podejście do tematu może spowodować, że po osobistym zapoznaniu się z możliwościami ATH-ADX5000 wrócą do sklepu. W innych przypadkach, jeśli nie jesteście przygotowani mentalnie na zmiany w systemie słuchawkowym, lepiej omijajcie je z daleka. Nawet niezobowiązująca próba a żywym organizmie prawdopodobnie będzie nokautem.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Ceny:
Audio-Technica ATH-ADX5000: 10 999 PLN
Copland DAC 215: 8 499 PLN
Zestaw promocyjny Audio-Technica ATH-ADX5000 + Copland DAC 215: 13 333 PLN

Specyfikacja techniczna
Rodzaj: Otwarte, dynamiczne
Średnica przetwornika: 58 mm
Czułość: 100 dB/mW
Pasmo przenoszenia: 5 – 50 000 Hz
Maksymalna moc wejściowa: 1000 mW
Impedancja: 420 Ω
Waga: 270 g (bez kabli)
Złącza: A2DC
Wtyk: 6,3 mm, pozłacany, stereo
Akcesoria: Odłączany przewód (3,0 m), pozłacany wtyk stereo 6,3 mm, sztywne etui ochronne

  1. Soundrebels.com
  2. >

Naim & Focal Kanta N°1
artykuł opublikowany / article published in Polish

Po salonowym, potężnym Statemencie i Utopiach przyszła pora na zestaw gabinetowo – sypialniany …

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

in-akustik Reference LS-2404 & LS-4004 AIR Pure Silver

Opinia 1

Poruszając dość drażliwą tematykę kablarskich referencji i próbując, czy to z pamięci, czy to posiłkując się wszechobecnym internetem, stworzyć listę Top 10 najbardziej high-endowych modeli głośnikowych, z dość dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, iż pojawią się na niej wyposażone w monstrualne „konsole” MIT-y ACC 268, wykonane z iście jubilerską dokładnością Siltechy Triple Crown, przyobleczone w carbon mrożone indyki Transparentów Magnum Opus, iście bizantyjsko zdobione Skograndy Stravinsky, czy też budzące respekt węże Shunyata Sigma i Tara Labs Grand Master Evolution, lub cienkie niczym opłatek taśmy Nordost Odin 2. Generalnie mogłoby się wydawać, że kablarski Olimp jest na tyle szczelnie „obsadzony”, że szansa na znalezienie tam wakatu graniczy z cudem. A tymczasem, po cichutku i niemalże „za miedzą” wyrósł nam kolejny chętny do ultra high-endowych laurów. Jeśli zastanawiacie się Państwo o kim mowa i szybko dokonujecie swoistego rachunku sumienia, to … życzę Wam powodzenia, gdyż pewnie nie przypuszczacie, że chodzi o markę, której asortyment dostępny jest m.in. w sieci … wielkopowierzchniowych marketów AGD/RTV. Szok? Niedowierzanie? Proszę się nie krępować, tym bardziej że i nawet u doświadczonych audiofilów może i znana ze słyszenia nazwa samego producenta w większości przypadków nie wywoła większej ekscytacji. Chodzi bowiem o niemiecką markę in-akustik, która choć istnieje od 1977 r. to dziwnym zbiegiem okoliczności jakoś nie zdołała zyskać u nas (nad Wisłą) zarówno zbyt licznego grona nabywców, jak i z tego, co się orientuję stałej obecności na łamach audiofilskich periodyków. Najwyższy czas jednak to zmienić, gdyż dzięki uprzejmości dystrybutora – Horn Distribution dotarły do nas dwa topowe przewody głośnikowe Reference LS-2404 i LS-4004 AIR Pure Silver wycenione odpowiednio na … 75 i 125 000 PLN.

Idąc na łatwiznę można by powiedzieć, że Reference’y LS-2404 i LS-4004 AIR Pure Silver wyglądają jak wylinki potężnych albinosów boa dusicieli pozyskane z pobliskiego zoo, bądź zaprzyjaźnionego hodowcy. Jednak mając na uwadze wykorzystane przy ich projekcie know-how, najwyższej próby srebro i ręczną robotę, a co za tym idzie iście ultra high-endową proweniencję i przyprawiające o palpitację serca ceny pozwolę sobie na nieco bardziej „poetyckie” inspiracje. Otóż in-akustiki wydają się być utkane ze srebrnych pajęczych nici otulonych poranną mgłą zbieraną przez uczynne elfy wczesnym rankiem w alpejskich dolinach. To nad wyraz udane połączenie, posługując się architektonicznymi inspiracjami, naciągniętego na podwójną helisę singapurskiego Helix Bridge astańskiego „namiotu” Khan Shatyr autorstwa Normana Fostera. Ich konstruktorom udało się stworzyć lekką tak optycznie, jak i „wagowo” semi-transparentną tubę wewnątrz której biegnie 8 w przypadku LS-2404 i 16 w LS-4004, spiralnie osadzonych w gęstej sieci przekładek dystansujących wiązek, z których każda składa się z 24 srebrnych żył o średnicy 0,25 mm zaplecionych wokół rdzeni PE. Wchodzące w skład tej misternej plecionki srebrne żyły pokryto cienką warstwą lakieru zabezpieczającego je przed prądami wirowymi, którym przeciwdziała również ich bifilarna geometria. Ów lakier zapobiega również utlenianiu srebra. Jeśli dodamy do tego dwuwarstwową topologię multicore, gdzie pola magnetyczne wokół poszczególnych przewodników znoszą się wzajemnie otrzymamy w sumie przewód o bardzo niskiej indukcyjności zdolny przekazać transmitowane sygnały bez jakichkolwiek opóźnień. Opóźnień, które wprowadza większość (jeśli nie wszystkie) dielektryków. Chodzi bowiem o to, że zarówno PVC, polietylen, czy Teflon magazynują a następnie w niekontrolowany sposób oddają ową zmagazynowaną energię a tym samym zaburzają przesył sygnałów.
Cała konstrukcja jest nad wyraz ażurowa a zarazem wiotka, dzięki czemu świetnie się ją układa, choć warto mieć na uwadze, iż ze względu na swoją misterną konstrukcję warto było w stosunku do niej wykazać się stosowną delikatnością. Aby nie popadać jednak w paranoję kilkanaście centymetrów przed swoimi krańcami in-akustiki wyposażono w ozdobne splittery, z których już wychodzą bardziej konwencjonalne odcinki przewodów zakończone wymienną (i to we własnym zakresie), umieszczaną na niezwykle przydatnym przegubie, konfekcją. Tak, tak, nie przewidziało się Państwu – wyboru pomiędzy widłami, bądź bananami (obie opcje są z rodowanej miedzi tellurycznej) dokonujemy w zależności od własnych potrzeb i widzimisię a cała operacja wymaga użycia małego torxa, który oczywiście znajduje się na wyposażeniu.

Zanim jednak przejdę do opisu wpływu tytułowych przewodów na mój system nakreślę krótki szkic okoliczności w jakich przyszło nam zmierzyć się z niemieckimi flagowcami. Otóż pod koniec stycznia odezwał się do nas Horn z pytaniem, czy nie mielibyśmy przypadkiem ochoty rzucić uchem na pewien nad wyraz rzadko pojawiający się w obiegu rarytas w postaci topowych przewodów głośnikowych in-akustik Reference LS-4004 AIR Pure Silver. Nietrudno się domyślić, iż z prędkością światła udzieliliśmy twierdzącej odpowiedzi. Minęły blisko dwa miesiące i … pojawiła się informacja, że przesyłka jest już w drodze, w dodatku wygrzana, gdyż jest to podobnież dyżurna para krążąca po świecie a co za tym idzie nad wyraz intensywnie eksploatowana (nie znam dystrybutora, bądź redakcji, która mając takie „boa dusiciele” na stanie nie grałaby na nich no stop). Nic tylko ustawić się w blokach startowych, i odliczać czas do zaimplementowania ich w nasze mozolnie „strojone” systemy. Aż tu nagle otrzymujemy kolejną korespondencję informującą o pewnych, nieprzewidzianych komplikacjach wynikających z faktu dostarczenia … nie tylko tytułowych przewodów, lecz również ich wersji „light”, czyli Reference LS-2404 Pure Silver i w związku z tym rodzącym się pytaniem, czy bierzemy tylko to, co uzgodniliśmy, czy też jego młodsze rodzeństwo. Wychodząc z założenia, że jeśli chodzi o audio, to od przybytku głowa nie boli, zamiast jednego modelu pod nasz dach przygarnęliśmy dwa.
Dlatego też proces testowy ze standardowego maratonu przybrał nieco bardziej złożoną formę duathlonu, gdzie odsłuchy rozpocząłem i zakończyłem LS-2404 a centralne okno czasowe w całości poświęciłem LS-4004. Jeśli zastanawiacie się Państwo po co te powyższe kombinacje alpejskie spieszę z wyjaśnieniem, iż ich celem była możliwie obiektywna ocena różnic pomiędzy oboma modelami i to zarówno w drodze ku górze, jak i w dół firmowej hierarchii. Nie od dziś bowiem wiadomo, iż o ile wspinaczkę w większości przypadków oceniamy w kategorii zmian „kosmetycznych”, to już zejście o stopień, bądź dwa okazuje się nad wyraz bolesne. A jak było tym razem?

W telegraficznym skrócie powiem, że ekscytująco i to z intensywnością doznań godną najlepszych filmów Alfreda Hitchcocka, gdyż już stanowiący niejako przystawkę LS-2404 pokazał się z jak najlepszej strony, stawiając na nad wyraz sugestywną przestrzenność, rozdzielczość i dynamikę. To był ten typ grania, który pozwala cieszyć się zarówno „kanciastymi” dokonaniami Rammsteina, jak i wielką symfoniką w stylu „Rachmaninoff: Symphonic Dances & Vocalise” pod batutą Eiji Oue. Zamiast bowiem rozbijać każdy dźwięk na atomy i epatować ewentualnymi niedoskonałościami woli akcentować PRaT (Pace Rhythm and Timing), otaczać słuchacza zapisanymi w materiale źródłowym, choć z reguły pomijalnymi, bądź ukrytymi w zacienionych zakamarkach niuansami, a przez delikatnie podkreślony przełom średnicy i wyższego basu nieco „podrasowywać” pod względem energetycznym przekaz. Nawet pozornie relaksujący, czy wręcz leniwie sączący się album „Wallflower (The Complete Sessions)” Diany Krall pokazał nie tyle pazur, bo głos wokalistki nadal był rozkosznie słodki słodyczą gryczanego miodu, lub jeśli ktoś woli syropu klonowego, co większą intensywność i precyzję w kreowaniu źródeł pozornych. Diana Krall podchodziła nieco bliżej a jednocześnie nic a nic nie traciliśmy z gradacji planów, czy monumentalności fortepianu.
Uczciwie przyznam, że przed przesiadką na wyższy i zarazem droższy o 50 kPLN model miałem całkiem pokaźne obawy, zarówno co do tego, w jakim kierunku oferowany przez in-akustiki dźwięk wyewoluuje i czy owa ewolucja będzie warta wspomnianej różnicy w cenie. Jednak, gdy z głośników popłynęły pierwsze takty „If I Take You Home Tonight” wiedziałem, że LS-4004 jest flagowcem nie ze względu na pozycjonowanie poprzez cenę a rzeczywiste walory brzmieniowe. To co reprezentował niższy model okazało się li tylko przedsmakiem tego, co potrafi topowe rodzeństwo. Wysycenie i eufoniczność średnicy osiągnęły poziom mogący z powodzeniem startować w szranki z Siltechami Triple Crown, jednak akcent w niemieckich przewodach postawiony został nie na spektakularność, jak w przypadku holenderskich konkurentów, a na kreowanie sceny 3D i dopieszczanie nawet najcichszych mikrodetali nie gubiąc przy tym sensu nadrzędnej koherencji całości dzieła. Mieliśmy zatem do czynienia z niezwykle obszerną scena, na której precyzyjnie nakreślone i zdefiniowane we wszystkich (trzech) wymiarach źródła pozorne pozwalały na dowolnie szczegółową analizę a jednocześnie zwiększając kąt widzenia i perspektywę identyfikowaliśmy je jako nieodzowny element misternej układanki tworzącej gładki i pozbawiony pasożytniczych artefaktów obraz. Jednak gładki wcale nie oznacza w tym wypadku ugładzony, bo in-akustiki niczego nie uśredniają, czy wygładzają. Powyższe cechy, czyli przestrzenność, precyzję i swobodę wglądu w nagranie bardzo łatwo można zweryfikować na otwierającym album „Wasteland” Riverside utworze „The Day After”, gdzie głos Mariusza Dudy podany jest na początku niezwykle blisko i ciasno, by stopniowo zaczęła otaczać go rozrastająca się przestrzeń, a następnie, już w „Acid Rain”  utkana z gitarowych riffów ściana dźwięku. Jeśli w tym momencie zaczynają się Państwo się niepokoić, czy aby srebro, któremu nie wiedzieć czemu co poniektórzy przypisują zbytnia ofensywność, czy wręcz szklistość jest najlepszym z możliwych rozwiązań do takiej muzyki odpowiem, iż … nie mam bladego pojęcia, czy najlepszym, bo wszystkich dostępnych na rynku rozwiązań i metalurgicznych krzyżówek nie słyszałem, ale srebro użyte przez ekipę z Markgräflerland brzmi wybornie. O ile jednak prog-rock rozwiewa ewentulne obawy i wątpliwości to w zachwyt wprawia dobrze nagrany i mistrzowsko zagrany jazz. Wystarczy bowiem włączyć „Somethin’ Else (Rudy Van Gelder Edition)” dream teamu w składzie Cannonball Adderley / Miles Davis / Hank Jones / Sam Jones / Art Blakey , by rozsmakować się w skrzących blachach, perlistości fortepianu, czy oczywistym absolucie sekcji dętej z całym jej atakiem, konturem, ale też i barwą, czy wypełnieniem. Pół żartem pół serio można w tym momencie uznać iż lokalizacja in-akustika odcisnęła słyszalne piętno na brzmieniu topowych przewodów, gdyż porównywany do Toskanii wspomniany Markgräflerland sprawił, że zamiast utożsamianej z naszym zachodnim sąsiadem techniczności otrzymaliśmy całkiem sporą dawkę słodyczy i niewymuszonej naturalności.

Niejako na zakończenie refleksja o której, prawie bym zapomniał. Otóż LS-4004 AIR Pure Silver nie ma w sobie nic a nic z wyczynowości. Z nikim i niczym się nie ściga, nie pręży muskułów i nie udowadnia własnej wyższości. On po prostu robi swoje, czyli transmituje sygnały ze wzmacniacza do kolumn i robi to nie tylko wybornie, co stara się nie tylko usunąć w cień, co wręcz zniknąć w torze. „Problem” jednak w tym, że jego znikanie objawia się na tyle intensywnym wyswobodzeniem i napowietrzeniem dźwięku, że w pierwszej chwili można odnieść całkowicie błędne wrażenie, że nieco „pompuje” scenę, lecz tak jak zdążyłem zaznaczyć, jest to odczucie nie dość, że mylne, co chwilowe, więc po chwili ustępuje i bardzo szybko dochodzimy do wniosku, że dopiero teraz jesteśmy w stanie doświadczyć tego, co tak naprawdę zostało zapisane w materiale źródłowym. A co z LS-2404? Cóż, gdyby dotarł do nas na solowe występy z pewnością obsypałbym go samymi superlatywami, jednak w bezpośrednim starciu ze starszym rodzeństwem … po prostu musi uznać jego wyższość. Dlatego też jeśli tylko możecie Państwo pozwolić sobiena odrobinę szaleństwa posłuchajcie najpierw Reference LS-2404 Pure Silver a jeśli owe szaleństw wyrwie się choć na chwilę spod kontroli to Reference LS-4004 AIR Pure Silver i wierzcie mi, bądź nie, ale w tym szaleństwie znajdziecie ukojenie, bo z pomocą 4004-ki osiągniecie wymarzony audiofilski Olimp.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR:  Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3

Opinia 2

Uchylając rąbka tajemnicy naszych działań z przyjemnością oświadczam, iż wszelkie pojawiające się na łamach portalu Soundrebels testy zazwyczaj są w pełni planowymi wydarzeniami. Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy po latach wspólnej pracy zdążyliśmy się z Marcinem dotrzeć, ale nie lubimy mogącego zakończyć się bolesnymi skutkami chaosu. Jednak jak wiadomo, nieobliczalność codziennego życia często płata figle, przez co potrafi wywrócić do góry nogami nawet najbardziej dopieszczoną pod względem kolejności publikacji listę potencjalnych bohaterów. Po co ten wywód? Otóż w dzisiejszej odsłonie testowej mamy wręcz książkowy przykład produktu, który jako wyjątek stanowiący regułę z premedytacją złamał zasady będącej chlubą okresu PRL-u, gospodarki planowej. Jakie są tego przyczyny? Co najmniej dwie. Jedna jest pokłosiem znakomitej rozpoznawalności na świecie, która jakimś trafem nie ma przełożenia na byt na naszym rynku. Zaś druga, owszem z punktu widzenia zwykłego Kowalskiego zahaczająca o kosmos, jednakże wręcz idealnie wpisująca się w nasze portfolio, cena produktu. Zaciekawieni, cóż to za podmiot? Panie i Panowie, mam niekłamaną przyjemność przedstawić potencjalnym zainteresowanym kabel głośnikowy pochodzącej zza naszej zachodniej granicy niemieckiej marki in-akustik. Co prawda jako punkt zapalny niniejszej rozprawki warszawski dystrybutor HORN wybrał model Reference LS-4004 AIR Pure Silver, jednak dla przybliżenia progresu dźwięku w zależności od ceny zaproponował również do niezobowiązującej próby sonicznej konstrukcję Reference LS-2404 AIR Pure Silver.

Jak sugeruje nazwa serii okablowania, w przypadku linii AIR Pure Silver mamy do czynienia z przewodnikiem na bazie srebra. Naturalnie wybór takiego, a nie innego nośnika sygnału nie jest podyktowany li tylko szukaniem uzasadnienia dla końcowej ceny produktu, tylko ma swoje uzasadnienie w podejściu firmy do tematu przewodnictwa na tym poziomie jakości dźwięku. Nie będę wdawał się w rozpisywanie na temat ilości srebra w srebrze w omawianych drutach, bowiem ich spojrzenie na problem znajdziecie na stronie producenta, jednak po kontakcie organoleptycznym nie mogę pominąć dość ciekawego podejścia do prowadzenia ułożonych w okręgu z lekkim skrętem kilku stosunkowo cienkich żył. To dość ciekawe, idące z trendem utrzymania w stałej odległości od siebie poszczególnych nitek rozwiązanie. Jako szkielet dla usadowienia każdej z nich służą pierścienie PE, które okala ażurowa jasna plecionka. Czemu to ma służyć? Po pierwsze zapewnia nam minimalizującą wpływ poszczególnych sygnałów na siebie w kontrolowanym luźnym splocie odległość każdej linki, co można również odczytywać jako dodatkowy izolator powietrzny. A po drugie ubranie całości w zwiewną siatkę sprawia, że przy dużej średnicy kabla nie mamy najmniejszych problemów z ułożeniem go w nawet najbardziej ekstremalnych warunkach zaszawkowych. Ale to nie koniec pakietu danych, gdyż równolegle względem siebie prowadzone żyły sygnału audio tuż przed rozdzieleniem ich na szynę gorącą i zimną (plus i minus) zbiegają się do z dumą informującej nas nadrukiem o posiadanym modelu aluminiowej tulei. Zaś koniec każdego kabla w trosce o zaspokojenie ciężkich do określenia na etapie konfekcjonowania potrzeb potencjalnych klientów wieńczą umożliwiające dokręcenie dowolnej końcówki (banan/widły) zawiasy. Jeśli chodzi o temat procesu logistyki, czyli pakowania towaru do wysyłki, ten realizują wyściełane pianką zgrabne kartonowe pudełka.

Rozpoczynając akapit przybliżający informacje o sposobie prezentacji muzyki przy pomocy niemieckiej myśli technicznej nie będę owijał w bawełnę i szczerze powiem, iż poznawszy cenę topowego modelu LS-4004 poprzeczka oczekiwań poszybowała mocno w górę. Przecież mierzyłem się z dobrej kasy samochodem, a to potencjalnemu pretendentowi do laurów pozostawiało niewielki margines błędu. Wróć, nawet nie błędu, tylko ewentualnego skierowania wyniku sonicznego w nieco inną niż bym oczekiwał, ale nadal wyśmienitego dźwięku. Powiem więcej. W ferworze przedtestowych oczekiwań liczyłem nawet nie na wyśmienite, ale pod jakimś względem zjawiskowe granie. I wiecie co? In-akustik w moim odczuciu sprostał zadaniu. Czym? Otóż głównym pozytywem jego implementacji w mój tor było oddanie nieprzeciętnej przestrzeni prezentowanej muzyki. Ale nie przez przeniesienie tonacji w górę, tylko napowietrzenie wirtualnej sceny. W pierwszym kontakcie wydawało mi się, że dźwięk był lżejszy. Jednak gdy tylko wymagał tego materiał muzyczny, szybko okazywało się, iż walnięcie całego składu muzyków z free jazzowego projektu Johna Zorna Masada “First Live 1993” nadal było bardzo energetyczne. Niby w podstawie nie tak dociążone, ale w końcowym efekcie równie szybkie i o dziwo pełne energii. To zaś jednoznacznie sugerowało zdecydowanie większą rozdzielczość niemieckich od posiadanych przeze mnie angielskich drutów. Owszem, moja osobista porażka była efektem chadzania w innej lidze cenowej zderzanych konstrukcji, ale mimo tego bardzo ucieszyłem się, że panowie z in-akustik nie odcinają kuponów windując niczym nie popartą cenę w przestworza, tylko proponują idący jej w sukurs poziom fonii. Idźmy jednak dalej. Mam nadzieję, że analiza pewnego rodzaju powiązanych ze sobą zjawisk sonicznych jest dla Was elementarzem, jednak jeśli jakimś trafem zgubiliście się w moich zeznaniach, asekuracyjnie dodam, iż wspomniana prezentacja oprócz swobody wizualizacji wydarzeń znacznie rozbudowywała je w wektorach szerokości i głębokości, co natychmiast przekładało się na uczucie bycia w ich centrum. Wręcz idealnym materiałem do osiągnięcia tego stanu była składanka oficyny ACT „Monteverdi In The Spirit Of Jazz”, gdzie każda, nawet najdrobniejsza nuta unaoczniała mi, w jaki wielkiej kubaturze sakralnej zrealizowano większość znajdujących się na tym krążku kawałków. Co ciekawe. Mimo wspomnianej kilka linijek wcześniej pozornie mniejszej masy dźwięku w jego dolnych partiach nic a nic nie ucierpiało, w tym instrumentarium z epoki, nadal wyśmienicie pokazując swoja kolorystykę i umiejętność czarowania wybrzmieniami. Jednym słowem klasa. Powoli zbliżając się do końca tekstu jestem zobligowany wspomnieć jeszcze o jednym aspekcie. Mianowicie jedynym gatunkiem muzycznym, jaki na moich kablach wypadł nieco bardziej przekonująco, była elektronika. Oczywiście powodem było podkręcenie masy, czyli w odniesieniu do naszego tematu głównego podbarwienie generowanej muzyki, ale fakt jest faktem, że ortodoksi nie uzyskawszy odpowiedniej jakości masujących trzewia ruchów tektonicznych okraszonych gęsta lawą mogliby nieco pokręcić nosem. Jednakże nie stawiałbym tego tematu w jednej linii z problemami, a jedynie z innym spojrzeniem na sposób oddania niskich rejestrów.

Na koniec jedno zdanie na temat młodszego brata LS4004, czyli modelu LS-2404. Zapewniam, zdjęcia tego nie oddają, ale ten przy identycznej konstrukcji mechanicznej osiąga mniejszą średnicę. Oczywiście nie wiem, jak to bezpośrednio przekłada się na wartości soniczne, ale mogę powiedzieć, iż w tym przypadku mamy do czynienie z bardzo podobną prezentacją. Naturalnie mniej zjawiskową, ale w całej rozciągłości idącą drogą do flagowca. Zaś jedyną, od samego początku słyszalną różnicą, jest miękkie podkręcenie masy przełomu basu i średnicy, co z jednej strony zwiększa muzykalność wszelkiego rodzaju wokalizy i stawiających na emocje instrumentów dawnych, ale z drugiej w porównaniu do szczytu oferty tej marki delikatnie uśrednia całość prezentacji w tym zakresie. Czyli typowe dla audio coś za coś.

Jak widać, mimo sporych oczekiwań obie konstrukcje in-akustik wyszły z testu z tarczą. Oczywiście obecny muzyczny wzorzec marki zostawił tańszą konstrukcję lekko w tyle, ale to jest efekt innego podejścia do tematu już na poziomie projektowania, a nie ułomności tego tańszego. Jednak odnosząc się do LS-4004 powiem jedno. Jeśli Wasza dotychczasowa walka o dobrą prezentację w zakresie rozmachu słuchanej muzyki na chwilę obecną nie zakończyła się sukcesem, ten przypominający trochę rurę od odkurzacza, ale jakże zaawansowany technicznie kabel głośnikowy z pewnością pokaże, jak robią to najlepsi. Niestety jest tylko jeden haczyk. Jaki? Wieńcząca pracę inżynierów cena. Ale nikt nie powiedział, że w strefie High Endu będzie łatwo.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond, Statement
IC RCA: Hijri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Horn
Ceny
in-akustik Reference LS-2404 Pure Silver (2x3m) SW: 74 999 PLN
in-akustik Reference LS-2404 Pure Silver (2x3m) SBW: 79 999 PLN (Single-BiWire)
in-akustik Reference LS-4004 AIR Pure Silver (2x3m) SW: 124 999 PLN
in-akustik Reference LS-4004 AIR Pure Silver (2x3m) SBW: 129 999 PLN (Single-BiWire)

  1. Soundrebels.com
  2. >

Triangle Magellan Duetto
artykuł opublikowany / article published in Polish

Francuzi udowadniają, że High-End wcale nie musi oznaczać gigantomanii i zamiast potężnych podłogowych obelisków proponują filigranowe monitory Triangle Magellan Duetto.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

„Astigmatic” Krzysztofa Komedy

Opinia 1

O ile dziwnym zbiegiem okoliczności w głównych obchodach Record Store Day nie braliśmy bezpośredniego udziału a i stan naszych winylowych płytotek przez ostatni weekend nie uległ zmianie, to nie da się ukryć, że na brak wydarzeń pośrednio i bezpośrednio z muzyką związanych nie możemy narzekać. Piątkowy wieczór spędziliśmy w Białołęckim Ośrodku Kultury na koncercie Krzesimira Dębskiego i MAP prezentujących materiał z najnowszego albumu „Grooveoberek”, niedziela upłynęła na rozmowach z Adamem Czerwińskim i odsłuchach test pressów AC Records w stołecznym SoundClubie, a i we wtorkowy wieczór nie było dane nam lenić się w domowych pieleszach. Celem kolejnego wypadu stało się bowiem Studio U22, gdzie zorganizowany został odsłuch wydanego specjalnie z okazji RSD różowego i limitowanego do 500 szt. (dokładnie bodajże 524) winyla „Astigmatic” Krzysztofa Komedy, który uświetnił swoją obecnością sam Zbigniew Namysłowski.

Jednak zanim przejdę do części „wspominkowej” dotyczącej sesji nagraniowej tytułowego albumu w iście ekspresowym tempie nadmienię jedynie iż o doznania nauszne zadbał producent kolumn (Blipo + Chupacabra) Sveda Audio i krakowsko-warszawski Nautilus (Transrotor Massimo, przedwzmacniacz Accuphase C-2120 ). Brzmienie różowego LP okazało się wyśmienite – rozdzielcze, ekspresyjne a jednocześnie z wyśmienitym wypełnieniem i świetną trójwymiarowością. Jeśli więc tylko komuś z Państwa udało się ów limitowaną edycję zdobyć, to spokojnie możecie uważać się za szczęściarzy.

Jeśli zaś chodzi o samą rozmowę z Panem Zbigniewem Namysłowskim, którą był łaskaw poprowadzić Paweł Brodowski – Redaktor Naczelny „Jazz Forum”, to … odczucia mam mocno mieszane. Nie wiem jakie relacje panują pomiędzy ww. dżentelmenami, ale najdelikatniej mówiąc „chemii” tym razem nie było. Trudno jednak się temu dziwić, gdy weźmie się pod uwagę dość wyraźnie zaznaczoną „tezę” z jaką do wywiadu przystąpił RedNacz „Jazz Forum” skupiając się de facto wyłącznie na twórczości i postaci Krzysztofa Komedy a rolę przybyłego gościa sprowadzając li tylko do potwierdzania własnych przemyśleń i wspomnień. Pan Zbigniew grzecznie, acz stanowczo oponował m.in. przed wpasowaniem „Astigmatic” do nurtu free, czy też skutecznie unikał głębszych refleksji o samym Komedzie, w którego formacjach pojawiał się niejako na „gościnnych występach” – prowadząc już w tamtych czasach własne projekty muzyczne. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi być tak zaraźliwie entuzjastycznie nastawiony do życia i być uroczo ekstremalnie gadatliwy, jak pozostając w jazzowym kręgu Michał Urbaniak, ale aż nie chce mi się wierzyć, że gdzieś tam w zakamarkach pamięci Pana Namysłowskiego nie zalegają jakieś smakowite wydarzenia ze wspólnych sesji z Komedą. Cóż, nie tym razem.

Całe szczęście z tej nad wyraz „oszczędnej” narracji udało się wyłowić kilka dość istotnych faktów rzucających nieco światła na sam proces twórczy, czy też realia tamtych czasów. Po pierwsze warto przypomnieć, iż nagrania dokonano praktycznie w trakcie Jazz Jamboree 1965 – w nocy z 5 na 6 grudnia. Tuż po koncercie, podczas którego zespół Komedy (z Tomaszem Stańką, Januszem Kozłowskim i Rune Carlssonem) wykonał „Astigmatic” i „Kattornę” (opartą na motywie z filmu Heniga Carlssena pod tym samym tytułem), czyli dwie z trzech (doszedł „Svantetic” poświęcony szwedzkiemu poecie i przyjacielowi Komedy Svanetowi Forsterowi) kompozycji, jakie finalnie znalazły na tytułowym albumie i opuszczeniu sali Filharmonii Narodowej przez widzów nastąpiły dość istotne zmiany personalne w formacji Komedy. Miejsce Kozłowskiego przy basie i kontrabasie zajął Günter Lenz z występującego na Jamboree Kwintetu Alberta Mangelsdorffa, a do składu, w ramach wsparcia Tomasza Stańki (trąbka), dołączył Zbigniew Namysłowski (saksofon). Co ciekawe Pan Zbigniew dość sceptycznie odniósł się do efektu finalnego tej sesji pół żartem, pół serio stwierdzając, iż z reguły stara się nie słuchać swoich archiwalnych dokonań i wtorkowy wieczór tylko utwierdził go w słuszności takiego postępowania. Zwrócił również uwagę, iż Komeda nie mając „wirtuozerskiego” zacięcia i nie będąc pianistą stricte technicznym, lecz za to niewątpliwie „myślącym” (co podobno wcale nie jest regułą) – ukierunkowanym na kompozycję, podczas nagrania pełnił głównie rolę koordynatora. A z resztą jak to skromnie ujął „cóż tam było do grania, ot kilka nut), więc nie powinien dziwić fakt, iż wszyscy grali z pamięci.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, iż okres przedświąteczny jest jednym wielkim wyścigiem z czasem. Niby od dawna wszystko wiemy, aż tu nagle okazuje się, że ze zdecydowaną większością zadań do wykonania jesteśmy w przysłowiowym lesie. Trochę wstyd się przyznać, ale mimo solennego postanowienia systemowego rozwikłania problemu Wielkiego Tygodnia jak zwykl,e podobnie do większości populacji homo sapiens, najnormalniej w świecie jestem w stanie nieważkości, czyli mniej więcej, na nic nie mam czasu. Przynajmniej do wtorku (16.04.2019) tak sądziłem. Dlaczego do wtorku? Tutaj Was zaskoczę. Otóż iskrą do wykrzesania kilku dodatkowych chwil w tym zbyt krótkim nawet na cele egzystencjonalne dniu była prezentacja limitowanej edycji (tylko pięćset sztuk wytłoczonych na różowym winylu) płyty „Astigmatic” Krzysztofa Komedy. Ale Spokojnie. Sama płyta nie miałaby aż takiej mocy sprawczej. Głównym zarzewiem okazał się być gość w osobie Zbigniewa Namysłowskiego, który to miał przyjemność uczestniczyć w nagraniu tej najbardziej rozpoznawalnej polskiej jazzowej etiudy.

Krążek znam na wskroś i bez dwóch zdań zgadzam się z większością krytyków co do jego ponadczasowości, dlatego też, gdy pojawiała się okazja osobistego zderzenia się z jednym z jej twórców, nie było innej opcji, jak pojawić się w Alejach Ujazdowskich w Studiu U22. Jaki był wynik tego mitingu? Cóż. Jakiegoś wartkiego słowotoku pomiędzy prowadzącym z gościem nie było, ale bez względu na wszystko, nie żałowałem żadnej spędzonej w tym towarzystwie minuty. Dlaczego? Już wyjaśniam. Nasz flagowy saksofonista wydawał się być trochę zaskoczonym licznością przybyłej publiczności. Do tego siedział na walizkach przed wylotem do Anglii na koncerty promujące „Zimna Wojnę”. A tutaj musiał odpowiadać na naprędce artykułowane pytania i w dodatku na temat płyty, podczas realizowania której był jedynie muzykiem sesyjnym. Jednak uspokajam.
Mimo takich realiów wydarzenia kilka smaczków na temat Krzysztofa Komedy wypłynęło na głębsze wody. Jakich? Tak na szybko. Pierwszy, to poprzedzona uśmiechem pana Zbigniewa małomówność Krzysztofa na trzeźwo. A drugim wyznanie, że Komeda był zdecydowanie lepszym twórcą muzyki niż jej realizatorem. I choćby za to serdecznie dziękuję organizatorom – „STUDIO U22” za zaproszenie na tę imprezę i zorganizowanie wyszukanego systemu audio (elektronika Accupchase, gramofon Transrotor, kolumny Sveda Audio), a głównym postaciom tego wieczoru – Zbigniewowi Namysłowskiemu i Pawłowi Brodowskiemu – redaktorowi naczelnemu pisma Jazz Forum za na ile to było możliwe dogłębne przybliżenie nam tamtych lat.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Wydawnictwo AC Records w SoundClubie

W minioną niedzielę, czyli najdelikatniej rzecz ujmując w niezbyt sprzyjających okolicznościach przyrody związanych z przedświątecznym, a więc handlowym weekendem, zakupowym szaleństwem Record Store Day, oraz nad wyraz skutecznie paraliżującym stolicę maratonem w warszawskiej siedzibie SoundClubu miało miejsce spotkanie z jazzową formacją MAP w składzie – Adam Czerwiński (perkusja), Marcin Wądłowski (gitara), Piotr Lemańczyk (bas). O ile jednak temat sobotniego koncertu ww. (rozszerzonego) trio z Krzesimirem Dębskim w Białołęckim Ośrodku Kultury przewinął się niejako w ramach wstępu do właściwej części dyskusji, to głównym przyczynkiem do niedzielnej rozmowy była zbliżająca się premiera winylowego wydania albumu „Grooveoberek” i … związane z nim (znaczy się wydaniem) podróże Adama Czerwińskiego do kultowego dla większości melomanów i audiofilów miejsca – studia Abbey Road w ramach prowadzonego przez Niego wydawnictwa AC Records.

Zanim jednak przejdziemy do konkretów związanych z działaniami twórczo – postprodukcyjnymi warto rzucić okiem na skonfigurowany przez Gospodarzy na tę okoliczność system, w skład którego weszły: wkładka Air Tight PC-7, gramofon Brinkmann Bardo z ramieniem Brinkmann 12.1, Tenor Audio Phono 1, pre liniowe Boulder 2110, końcówka stereo Tenor Audio 175S HP, Marten Coltrane 2, okablowanie Jorma i Metrum Labs, listwa Verictum, stolik Artesania i platforma Franc Audio Accessories. Tor cyfrowy, który umilał czas licznie przybyłym gościom przed właściwą częścią „merytoryczną” obejmował DAC Soulution 760 i Roon Nucleus. Jak sami Państwo widzicie zarówno analogowy, jak i cyfrowy odłam nie miał na co narzekać, choć nie da się ukryć, że w związku z tematyką niedzielnego spotkania to właśnie winyl był tutaj w uprzywilejowanej sytuacji.

Adam Czerwiński, który oprócz bardzo intensywnej aktywności w lokalnych – polskich kręgach jazzowych zdążył również pojawić się na scenie Royal Albert Hall m.in. z Ericiem Claptonem, czy Robertem Plantem (w tym „Kashmir”) jest, jak się miało okazać wcale nieprzypadkowo, producentem muzycznym, czuwa nad swoimi „krążkami” od początku do końca, czyli od organizacji i rezerwacji studia po sam proces dostarczania materiału do tłoczni. I tym sposobem, zupełnie mimochodem, wypłynęły różnice w podejściu do tematu „u nas” i po drugiej stronie Kanału La Manche, gdyż w Polsce jak się okazało, że nadal pokutuje „będzie Pan zadowolony”, za to w UK nawet kwestia odpowiedniej tonacji okładki, doboru czcionki, czy dyskusja, które trzaski na konkretnych nagraniach zostawić w celu podkreślenia klimatu, a które mają zostać wyeliminowane, potrafią zająć kilka, czy wręcz kilkanaście dni. Powyższe refleksje nie są jednak czczym narzekaniem, lecz nauką na własnych błędach, gdyż A.Czerwiński przekonał się o tym na własnej skórze. Otóż swojego pierwszego winyla masterował w Abbey Road, jednak już tłoczenie zlecił „komuś” w Polsce mającemu tłocznię w Niemczech i ufając temu „komuś” nawet nie zażyczył sobie próbnego „wydruku”. W rezultacie całość wyszła po japońsku, czyli „jako-tako”. Dlatego też aktualnie Pan Adam jest, mówiąc żartobliwie, „czujny jak ważka”, zgłębił temat, jest świadom różnic w rodzajach matryc (lakier/ miedź) i stara się wcześniejszych błędów nie powtarzać.

Jeśli zaś chodzi o prezentowany podczas spotkania materiał, to dane nam było posłuchać zarówno test pressa „Grooveoberek” MAP & Krzesimir Dębski, jak i „Piano Sketches” na którym pojawiło się sześciu pianistów: Wojciech Niedziela, Michał Tokaj, Piotr Wyleżoł, Kuba Stankiewicz, Piotr Orzechowski oraz Artur Dudkiewicz, którzy zagrali na strojonym na 432 Hz (stroju obowiązującym do lat 50-ych) fortepianie. „Audiofilskim” smaczkiem było wykorzystanie przy obu produkcjach rodzimej produkcji wstęgowo – lampowego mikrofonu HUM. Mający swoją premierę podczas targów Musikmesse 2017 Hum Audio Devices RS-2 jest stereofonicznym mikrofonem wstęgowym, pracującym także w trybie Mid-Side, z wbudowanymi przedwzmacniaczami i możliwością zdalnego sterowania najważniejszymi funkcjami. Jego korpus wykonywany jest na obrabiarkach CNC z tolerancją do pojedynczych mikronów. Wewnątrz znajduje się koincydencyjna para przetworników wstęgowych, ustawionych pod kątem 90 stopni, które mogą pracować w klasycznej konfiguracji Blumleina lub, po mechanicznej zmianie ustawienia, w trybie Mid-Side, z mikrofonem toru Mid oferującym charakterystykę ósemkową.

Serdecznie dziękując Organizatorom – ekipie SoundClubu za gościnę a formacji MAP za wygospodarowanie w drodze na wybrzeże dłuższej chwili na spotkanie z melomanami i audiofilami w ramach podsumowania posłużę się, mam cichą nadzieję, że dobrze zapamiętaną sentencja, jaka padła w niedzielne popołudnie z ust Adama Czerwińskiego – „Winyl i generalnie analog ma tę przewagę nad cyfrą, że nie jest sterylny a przez to bliższy naszemu codziennemu życiu, które sterylnym przecież też nie jest”. I tym optymistycznym akcentem mówię … do zobaczenia, bo coś mi się wydaje, że nie było to ostatnie spotkanie w SoundClubie.

Marcin Olszewski