Jak widać na załączonych fotografiach nie tylko przy projektowaniu topowych Dynaudio ekipy R&D biorą pod uwagę wytrzymałość audiofilskich pleców. Otóż również w słonecznej Italii zespół stojący za zjawiskowymi kolumnami XS-85 zdecydował się na ich modułową konstrukcję. Żeby jednak nie było zbyt lekko, wraz z kolumnami częstochowska Delta Audio dostarczyła również dzieloną amplifikację pod postacią dwóch końcówek mocy PA-1175 i przedwzmacniacza P-1000.
cdn. …
Nie wiem, czy głównym winowajcą jest fakt uważania się za osobnika starej daty, czy najnormalniej w świecie mi się nie chce, ale od jakiegoś czasu podczas przemierzania swej drogi na tym padole ziemskim zauważam osobisty trend do unikania zmian, w nie będę tego ukrywał, ale wielce satysfakcjonującym mnie życiu. I nie chodzi o zmiany typu być albo nie być w kwestii adaptacji do co chwila zmieniających się warunków około-biznesowych, tylko raczej czerpania przyjemności w życiu prywatnym z tego, co zdążyłem już dogłębnie poznać. Czyli coś w stylu kultowego powiedzenia: „Najbardziej podobają mi się piosenki, które już znam”, czy przekładając na moje w zdecydowanej większości najchętniej piję tylko znane mi trunki. Na szczęście zdrowy rozsądek podpowiada mi, iż takim podejściem mogę sporo stracić, dlatego też co jakiś czas daję się namówić na coś nowego. W jakim celu w procesie wprowadzenia w temat sięgnąłem do przecież raczej przez wszystkich skrywanego osobistego błogiego lenistwa? Ano dlatego, że czasem warto jest skusić się na przełamanie rutyny i tak jak w moim przypadku udać się na degustację szkockiej Whisky z zazwyczaj dziwnym trafem omijanego przeze mnie regionu „rudej na myszach”, czyli Speyside (przyznaję szczerze, raczej optuję za ofertą wyspy Islay). Czym wspomniany region mnie tak poruszył? Zaraz, zaraz, o tym za moment, gdyż najpierw chciałbym przedstawić wszystkim miłośnikom tego rodzaju wody ognistej nową odsłonę może nie kilkusetletniej, ale już kilkudziesięcioletniej destylarni GlenAllachie, na temat której kilka ciekawych słów przekazał nam w znanym z naszych relacji warszawskim Salonie Alkoholi i Win Świata M&P przybyły ze Szkocji współwłaściciel trzyosobowego teamu, wespół z Billym Walkerem i Trishą Savage, pan Graham Stevenson.
Kreśląc kilka zdań na temat tytułowej destylarni chyba najważniejszą informacją jest fakt, iż w 2015 roku wspomnianej trójce właścicieli udało się ją wyrwać ze szponów większej korporacji. Dlaczego to taki istotne? Po pierwsze – nowi włodarze co prawda jako małe trybiki w innych destylarniach lub konsorcjach, ale od kilkudziesięciu lat są w branży (i to znamienitej), co w momencie inwestycji własnych środków gwarantuje nam nastawione na chęć zaistnienia w naszych świadomościach jako producenci czego wyjątkowego, wykorzystujące wieloletnią wiedzę podejście do tematu. Zaś po drugie i to z punktu widzenia ortodoksyjnego miłośnika wyspiarskich destylatów chyba nawet ważniejsze, jest zagadnienie związane w dotychczasową ofertą tego podmiotu, czyli stuprocentowa pewność, że murów GlenAllachie dotychczas (naturalnie przed zmianą na szczytach władzy) nie opuścił oficjalny rozlew uważanych za królewskie tak zwanych Single Mat’ów. Owszem, raz taki przypadek miał miejsce, ale jedynie w celach reklamowych dla gości destylarni. Tak więc mówiąc wprost, wspomniana we wstępniaku trójca w tym temacie ma czyste konto, czyli bez oglądania się na przeszłość może kreować gnieżdżący się gdzieś w ich głowach wizerunek nowego pomysłu na życie. Jakie to są mniej więcej pomysły? Pierwszym jest unikanie filtrowania destylatów na zimno, co przekłada się na trunki o co najmniej 46 procentowym udziale alkoholu. Drugi to oficjalne oświadczenie o wykluczeniu z procesu produkcji oszukującej nasze organy zarządzania wizją karmelizowania wyrobów, czyli ni mniej ni więcej, kolor cieczy w kieliszku ma być wynikiem finiszowań w różnych beczkach od Burbona po rozmaite wina świata. Kolejnym i chyba najważniejszym dla alkoholowych śmiało można powiedzieć audiofilów jest zmiana wizerunku marki z producenta półproduktów dla tworzących blendowe kompozycje innych wielkich podmiotów, na szukającą własnego „ja” pośród smakoszy tego rodzaju polepszaczy humoru, a co za tym idzie spowodowane zdecydowanie większym nakładem pracy na wdrażanie swoich smakowych wizji, świadome, drastyczne zmniejszenie produkcji z 4 milionów do około 800 tysięcy litrów rocznie. Mocne postanowienia? Dla mnie tak, a co najważniejsze, ostatniego czwartkowego wieczora miałem przyjemność je zweryfikować. Zaciekawieni, jakie wrażenie odniosłem?
Nie będę zbytnio się rozpisywał, gdyż co osobnik gatunku homo sapiens, to inny odbiór tego samego bodźca, ale ze swojej strony powiem tylko jedno. Zaprezentowane tego dnia produkty spod znaku GlenAllchie, czyli 10, 12 i 18 letnie Whisky były przyjemnie lekkie w nosie, ale zaskakująco oleiste w smaku, co przekładało się na ich ciekawy finisz. Naturalnie każdy z nich z racji bycia np. wersją Single Cask lub Malt, a przez to często chwaląc się inną mocą, owe nuty rozkładał nieco inaczej, jednak ogólnym sznytem jest bycie delikatnym w zapachu z bazą zapachu wanilii, karmelu i miodu, przy gęstości i oleistości w domenie zaspokajania oczekiwań naszych kubków smakowych.
Ale to nie koniec moich czwartkowych przygód z tym pomysłem na biznes, gdyż nasi bohaterowie (nowi właściciele) wraz z nabyciem znaku towarowego GlenAllachie otrzymali prawo do wykorzystania nazw dwóch innych marek. Dlatego też koniec występów zdominowała marka Macnair’s z ofertą blendów LUM REEK 12YO i 21YO. Tak tak, nasi bohaterowie są zdania, że blend w dobrym wydaniu jest w stanie powalczyć nawet z najbardziej wyszukanym Single Maltem. Dlatego też wykorzystując wiedzę jednego z nowych właścicieli w osobie ponad siedemdziesięcioletniego niegdyś guru destylarni BenRiach Billy’ego Walkera na froncie wdrażania do oferty alkoholu z określanych przez single maltowych ortodoksów wszelkiego rodzaju zlewek, postanowili powalczyć na rynku Whisky Blended Malt na bazie torfu. I tutaj mała niespodzianka. Z uwagi na brak własnych torfowych półproduktów tytułowa destylarnia korzysta z oferty producentów z ulubionej przeze mnie wyspy Islay. Jednak co ciekawe, podobnie do Single Maltów GlenAllacie, blendy Macnair’s w nosie są bardzo wstrzemięźliwe. To jest na tyle konsekwentne, że aby w pierwszym kontakcie nosowym wyczuć torf, trzeba mocno wytężyć nozdrza. Co następuje potem? Otóż trunek w owej wstrzemięźliwości wykazuje się sporą konsekwencją, gdyż dalszy proces przyswajania nie potęguje wyczuwania wspomnianych zgniłych szczątków roślin, tylko nadal pozostawia go w sferze przyjemnej bryzy. To zaś pozwala mi sądzić, że dzięki temu wszyscy wrogowie typowo torfowych whisky po skosztowaniu Macnair’s-a mogą nieco zmienić o nich swoje zdanie. Naturalnie pewności nie mam, ale bez względu na wynik swoich prób, wszystkich chcących się podzielić swoimi wnioskami z pola walki fighterów zapraszam na skrzynkę mailową.
Tak w teleekspresowym skrócie wyglądała prezentacja zapisującej na nowo swoje karty historii destylarni GlenAllachie. Co ciekawe, mimo, że przybyły ze Szkocji gość w osobie Grahama Stevensona debiutował w roli prelegenta, całość wieczornego przedsięwzięcia była nader ciekawa. Dlatego też kończąc mój pisany lekką ręką monolog dziękuję prowadzącemu za mile spędzony czas, a salonowi alkoholi M&P za zorganizowanie kolejnego nietuzinkowego wydarzenia. A żeby było całkowicie beztrosko, Was czytelnicy, organizatora salon M&P w Wesołej i w szczególności właściciela destylarni Grahama Stevensona pożegnam zwrotem z etykiety marki Macnair’s – LUM REEK, który ni mniej ni więcej, w oryginale i bez podtekstów erotycznych brzmi: „Niech twój komin dymi długo”, co po przetłumaczeniu na język Polski oznacza “życzenia długiego życia”.
Jacek Pazio
W miniony, upiornie deszczowy czwartkowy wieczór, gdy wyjście z domu wymagało sporego samozaparcia a stołeczne ulice kompletnie się zakorkowały, w Pałacyku Szucha – siedzibie Sailing Poland Yacht Club odbył się odsłuch jazzowego albumu wszech czasów – „Kind Of Blue” Milesa Davisa. Spotkanie poprowadzili Piotr Welc – inicjator cyklu, oraz Tomasz Tłuczkiewicz – wybitny znawca jazzu, długoletni dyrektor festiwalu Jazz Jamboree i prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego a gośćmi honorowymi byli Michał Urbaniak i kolejny Polak, którego można usłyszeć na płytach Milesa, czyli … Marek Olko.
Ktoś, coś? Ano właśnie, o ile bowiem udział Michała Urbaniaka w nagraniu „Tutu” (solówka w utworze „Don’t Lose Your Mind”) jest powszechnie znanym faktem (o której sam zainteresowany obszernie opowiadał w Studiu U22), to już o merytorycznym wkładzie Pana Marka wiedzą raczej fani gatunku i to też pewnie nie wszyscy. Warto zatem przypomnieć, iż chodzi o kwestię mówioną w utworze „One Phone Call/Street Scenes” z pochodzącego z 1985 r. albumu „You’re Under Arrest”. Otóż w tej swoistej reminiscencji nader licznych przygód Davisa z policją pojawia się standardowa formułka wypowiadana podczas zatrzymania przez policję praktycznie na całym świecie, czyli … „Masz prawo milczeć …” i właśnie w tym utworze, obok udającego francuskiego policjanta … Stinga pojawia się Marek Olko. A jak tam się znalazł? Cóż, sprawę całkiem szczegółowo opisano m.in. w „Magazynie Muzycznym 12 1986″. Otóż Panowie poznali się i nawiązali serdeczne kontakty podczas warszawskiej wizyty Milesa w 1983 r, gdy Marek Olko był tłumaczem gwiazdy podczas Jazz Jamboree. Do ponownego spotkania doszło w Londynie podczas „Capital Radio Jazz Festiwal”, a gdy Davis w trakcie prac nad „You’re Under Arrest” dowiedział, się, że Marek Olko jest w Nowym Jorku, osobiście zadzwonił, by spytać go, czy nie wpadłby któregoś dnia do jego studia by wziąć udział w swoistym happeningu, otwierającym płytę.
O wszechobecności „KoB” – najlepiej sprzedającego się albumu w historii jazzu, w świadomości nad wyraz licznego grona meomanów świadczy m.in. to, iż poza oczywistymi – codziennymi, nieudokumentowanymi odsłuchami milionów miłośników jazzu, owo wydawnictwo stało się m.in. tematem dwóch sążnistych książkowych opracowań ( „Kind of Blue: The Making of a Musical Masterpiece” autorstwa Ashley Khan, „The Making of Kind of Blue” Erica Nisensona), inspiracją powieści „Man Walking on Egshells” Herberta Simmonsa i „Prince of Darkness: A Jazz Fiction Inspired by the Music of Miles Davis” Waltera Ellisa a odwołania do niego odnajdziemy w hollywoodzkich produkcjach – jako dowód miłości Julii Roberts do Richarda Gere w romantycznej komedii „Uciekająca panna młoda”, i przyczynek do intelektualnego olśnienia grupy nastolatków w „Pleasantville”.
My również mieliśmy okazję dokumentować pewien około audiofilski „incydent”, gdy podczas spotkania z Yutaka Miura(Air Tight) w stołecznej siedzibie Sound Clubu porównywaliśmy kilka mniej, bądź bardziej unikatowych wydań tegoż albumu.
Warto też wspomnieć, iż album nagrano podczas dwóch sesji – 2 marca i 22 kwietnia 1959. Jest to o tyle istotne, gdyż tworzące pierwszą stronę wydania winylowego utwory „So What”, „Freddie Freeloader” i „Blue in Green” z 2 marca nagrane zostały na dwóch trzyśladowych magnetofonach Presto – jednym do masteringu, i drugim ubezpieczającym. Pech, a raczej niedopatrzenie jednego z członków ekipy realizatorów sprawił, iż maszyna do masteru pracowała trochę wolniej niż standardowo przyjęta w przemyśle muzycznym szybkość 15 cali na sekundę. Nie zdając sobie z tego sprawy technicy wzięli tę taśmę do zmiksowania i masteringu finalnej albumu „Kind Of Blue”, która światło dzienne ujrzała 15 sierpnia 1959 roku (Columbia CL 1355). Powyższa nieprawidłowość została odkryta przez Marka Wildera i usunięta dopiero w 1992 roku na wznowieniu „Kind Of Blue” w złotej serii Mastersound, gdzie wykorzystano taśmę z właściwą wysokością dźwięku z magnetofonu ubezpieczającego. Mając zatem kilka wydań, w tym te „z epoki” i już „po korekcie” można godzinami roztrząsać wyższość jednych nad drugimi. Jeśli zaś chodzi o użyty podczas czwartkowego odsłuchu materiał, to było nim dwupłatowe audiofilskie (180g 45RPM) wydanie Mobile Fidelity.
Tym razem system przygotowany na odsłuch Sailing Poland Yacht Club prezentował się nieco inaczej, aniżeli podczas ostatniej prezentacji „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd i obejmował aktywne zestawy Blipo home Sveda Audio (już bez modułów basowych Chupacabra) , przepiękny przedwzmacniacz liniowy Nagry i kruczoczarny, wyposażony we uzbrojone we wkładkę EMT HSD 006 ramię Zavfino Carbon gramofon AVID Acutus Dark.
Skoro albumy wszechczasów z obszaru Rocka i Jazzu mamy już odsłuchane warto zastanowić się co pojawi się na talerzu gramofonu z klasyki i POP-u, choć jeśli chodzi o ten ostatni gatunek, to coś czuję w kościach, że Michael Jackson może czuć się niezagrożony, ale to już Organizatorzy w stosownym momencie z pewnością ogłoszą.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Pomimo, jak się miało okazać mylnego, przeświadczenia, że jeśli chodzi o słuchawki, to wyroby HiFiMan-a gościły u nas kilkukrotnie, szybki remanent publikacji w sposób całkowicie obiektywny a przy tym i bezlitosny wykazał, iż tak naprawdę do tej pory mieliśmy okazję pochylić się li tylko nad referencyjnymi HE1000. Doprawdy trudno nam wytłumaczyć taki stan rzeczy tym bardziej, że w tzw. międzyczasie nie tylko bezpośrednia konkurencja, czyli Audeze, lecz nawet i niejako powracający na słuchawkowe pole bitwy Denon, zdążyły mieć po kilka odsłon na naszych łamach. Chcąc zatem jak najszybciej nadrobić powyższe niedopatrzenie udało nam się pozyskać na testy wielce urodziwy, a przy tym nad wyraz rozsądnie wyceniony model HE5se, który to pojawił się w naszej redakcji dzięki uprzejmości dystrybutora – białostockiego Rafko. W dodatku, a raczej jako dodatek, w dostarczonej przesyłce oprócz słuchawek znaleźliśmy również profilaktycznie dołożony jako punkt odniesienia niewielki, acz nader intrygujący firmowy, wyposażony w przetwornik D/A, wzmacniacz słuchawkowy HiFiMAN EF100.
Słuchawki planarne zdążyły już nas przyzwyczaić, iż za jakość nie tylko trzeba swoje zapłacić, ale i co nieco na czerepie ponosić, czyli przekładając to na język zrozumiały dla ogółu, w większości przypadków jest nietanio i nielekko. Tymczasem 5-ki są zaledwie 10 g cięższe od konwencjonalnych, topowych Denonów AH-D9200 a jeśli chodzi o wykorzystujące w roli przetworników cienką jak opłatek diafragmę konstrukcje, to do tej pory jedynie MrSpeakers Ether Flow (370g) i OPPO PM-1 (395g ) mogły pochwalić się iście muszą wagą, gdyż np. Audeze (LCD-3, LCD-4) bez zbytniego skrępowania dobijały do 600g. Opisując dzisiejsze bohaterki warto dodać, iż troskę o nasz szyjny odcinek kręgosłupa widać nie tylko na wadze, ale i generalnie ergonomii a co za tym idzie możliwie równomiernym rozłożeniem masy. Szeroki, wykonany ze sztucznej skóry pas nagłowny rozpięty na metalowym pałąku i niezwykle przyjemne w dotyku pady– obszyte na obwodzie materiałem skóropodobnym a od strony uszu delikatną dzianiną bardziej otulają, aniżeli ściskają w przysłowiowym imadle czerep użytkownika. Swoje trzy grosze dorzucają wypełniające poduszki pianki o efekcie pamięci, więc nawet długie godziny poświęcone na odsłuchy nie powinny zbytnio dać nam się we znaki. Tym razem korpusy muszli wykonano z tworzywa sztucznego a zewnętrzne grille z aluminium.
Wzmacniacz słuchawkowy HiFiMAN EF100 swą posturą znacząco odbiega od obowiązujących standardów, gdyż zamiast mniej bądź bardziej prostopadłościennego korpusu może pochwalić się karpatkopodobną (to takie ciasto z wysoce kalorycznym kremem), wyposażoną w charakterystyczne płozy aluminiową bryłą. Na jego froncie odnajdziemy oczywiście 6,3 mm wyjście słuchawkowe i trzy hebelkowe przełączniki odpowiedzialne za wybór wejścia, aktywację DAC-a i selektor wyjść (słuchawki/głośniki). Z kolei pokrętło głośności umieszczono na płycie górnej, w której tylnej części w stosownej puszce ukryto transformator zasilający a w przylegającej doń, ażurowej klatce niewielką lampę 6N3J. Przesuwając się ku zapleczu nie należy pominąć lewej ścianki, gdzie ze względów czysto ergonomicznych umieszczono wejście liniowe do odtwarzaczy przenośnych. Ściana tylna z kolei gości parę wejść RC, port USB, pojedyncze terminale głośnikowe i zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC.
W sekcji wyjściowej – dedykowanej głośnikom pracują układy Tripath oferujące moc 2 x 4.5W przy obciążeniu 4 Ω a widoczna w klatce podwójna trioda 6N3J w sekcji przedwzmacniacza pełni rolę wtórnika katodowego.
Nie ukrywam, że do konstrukcji planarnych mam słabość przede wszystkim ze względu na ich niesamowitą szybkość, natychmiastowość i rozdzielczość. Może nie wgniatają w fotel atomowym basem i zdolnością wygenerowania mocno destruktywnych dla naszego organu słuchu ciśnień akustycznych, ale dają naprawdę sporo w zamian. I tak też było tym razem, gdyż włączony niejako w ramach rozgrzewki króciutki, gdyż zaledwie bisko dwudziestopięciominutowy album „Two Worlds” Andrea Castelfranato sprawił, że HiFiMany po prostu utwierdziły mnie we wcześniejszych obserwacjach. A odgłosy nawałnicy, czy świergot ptaków pomimo nader późnej pory zabrzmiały na tyle naturalnie, że zacząłem się zastanawiać jakim cudem w drugiej połowie lutego i w dodatku kole północy ptactwo wyczynia takie harce. To właśnie owe efekty przestrzenne i zdolność budowania iście trójwymiarowej sceny muzycznej nie wewnątrz mojej głowy, lecz wzorem konwencjonalnych systemów stacjonarnych, wokół mnie, stały się przyczynkiem do dalszych muzycznych eksploracji. Pozostając w gitarowych klimatach nie omieszkałem też sięgnąć po „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolelli’ego, gdzie oprócz konwencjonalnego akustyka pojawia się również Ferdinando Ghidelli z gitarą „pedal steel” a całość zrealizowana została z iście audiofilską atencją (jakby nie było w ofercie Fonè to standard). Energia powstająca przy każdym trąceniu struny, czy pracy dłoni na gryfie były podane w sposób na tyle bezpośredni, proszę tylko nie mylić bezpośredniości z ofensywnością, że bez trudu mogliśmy poczuć się czynnymi uczestnikami nagrania.
Podobnie sprawy miały się przy większych składach. Przykładowo koncertową „Symphonicę” George’a Michaela cechował odpowiedni rozmach i całe szczęście ani słuchawki, ani dedykowana im amplifikacja, nie próbowały dokonać autorskiego reskalingu, który w większości przypadków kończy się efektem dioramy. Co ważne właśnie na dużych składach można było pożonglować amplifikacją, gdyż o ile przy swojej cenie EF100 wypadał nad wyraz korzystnie oferując zarówno świetne wysycenie średnicy i gładkość a zarazem rozdzielczość najwyższych rejestrów, to już w definicji najniższych składowych stawiał raczej na krągłość niż konturowość i zamordyzm. Po prawdzie podobną estetykę reprezentował zestaw iFi, z tą tyko różnicą, iż energia w jego przypadku była nieco bardziej namacalna i całość charakteryzowała większa motoryka. Z kolei przesiadka na znacząco wybijającą się ponad stawkę niemiecką ultra high-endową amplifikację, czyli Octave V 16 Single Ended wprowadziło 5-ki na zupełnie inną orbitę. Wzrost holografii i definicji przekazu był wręcz porażający a same słuchawki dostały przysłowiowych skrzydeł. Również bas nabrał iście atomowego wykopu i werwy, co jasno dało mi do zrozumienia, że czego jak czego, ale prądu 5-ki potrzebują naprawdę sporo. Potwierdził to odsłuch „The Astonishing” Dream Theater, który jak wiadomo nie należy do najłatwiejszych do poprawnej reprodukcji (również na słuchawkach) propozycji a tymczasem w ww. konfiguracji z powodzeniem mógł startować w szranki z pełnopasmowym kolumnowym High-Endem. Scena była bowiem nie tylko zaskakująco szeroka, jak i zachwycająca głębią, lecz uwagę przykuwały nad wyraz realistycznie odwzorowane źródła pozorne ze świetnie oddaną otaczającą je aurą. Gitarowe riffy cięły powietrze jak należy a partiom basu i perkusji nie brakowało potęgi i kontroli nawet w najniższych oktawach.
HiFiMan HE5se może nie mają rozmachu, skali i wyrafinowania swojego starszego rodzeństwa, jednak zakładając je na uszy i podpinając do odpowiednio wydajnego źródła nie sposób ich po prostu nie polubić. Trafiają bowiem w punkt zarówno jeśli chodzi o wysycenie, a więc muzykalność, jak i rozdzielczość, dzięki czemu dostarczają niezwykle komplety obraz reprodukowanych nie tylko dźwięków, co przede wszystkim muzyki. Dodając do powyższych zalet ponadprzeciętną wygodę użytkowania śmiało można wpisać 5-ki na listę słuchawkowych rekomendacji.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2 + Micro iUSB 3.0 + Gemini
– Wzmacniacz słuchawkowy: Octave V 12
– Słuchawki: Meze 99 Classics Gold; Meze 99 Neo; Denon AH-D9200; HiFi Man HE5SE
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Audiomica Laboratory Pebble Consequence USB; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring
Opinia 2
Nie oszukujmy się. Biorąc pod uwagę całość populacji osobników homo sapiens jestem skłonny podnieść tezę, iż rynek słuchawek ostatnimi czasy przegonił segment domowych systemów audio. Naturalnie w owym zbiorze znajdują się również użytkownicy podłączonych do smartfonów lub innych grajków tak zwanych dousznych pchełek. Jednak jakby na to nie patrzeć, przywołana grupa miłośników muzyki ostatnimi czasy jest oczkiem w głowie wielu producentów, co naturalnym procesem rozwoju danej gałęzi przemysłu powoduje pojawianie się w ich ofercie przyciągających do siebie klientów kochających częste zmiany nowości. Oczywiście nowość nowości nierówna, gdyż niektóre brandy potrafią zmienić tylko piórka bez większych korekt w budowie w stosunku do poprzedników. Na szczęście szanujące się marki, jeśli już decydują się na zmiany, z pewnością głównym czynnikiem roszad w ich portfolio jest poprawa jakości generowanego dźwięku. I takim też producentem z pewnością jest będący głównym punktem programu HIFIMAN, który w ostatnim czasie pośród wspomnianego rynku użytkowników nauszników próbuje zaistnieć z nowym modelem słuchawek HE5se. Naturalnie żadne zawieszone na głowie przetworniki same dźwięku nie wydadzą, dlatego też polski dystrybutor – białostockie Rafko, w trosce o pełną synergię podczas oceny możliwości najnowszego dzieła jankeskich inżynierów zadbało o firmowy wzmacniacz słuchawkowy HIFIMAN EF100.
Opis wyglądu słuchawek HE5se nie będzie obfitował w feerię rozwiązań technicznych rodem z Przylądka Canaveral. Piątki w specyfikacji SE HIFIMEN’a w temacie designu są ostoją spokoju. Ale nie wizerunkowej nudy, tylko hołdują unikaniu krzyku przy ponadczasowym połączeniu czerni ze srebrem. Rozpoczynając od spinającego głośniczki pałąka, przez muszle okalające uszy, przyjemne nawet podczas długotrwałego użytkowania pady, siatkę osłaniającą przetworniki od zewnętrznej strony, po skórę nagłowia, wszystko jest czarne. I gdy wydawałoby się, że takiej monotonności nie da się obudzić, w sukurs wręcz idealnemu wpisaniu się w nawet najbardziej wymagające gusta przychodzą wspomniane srebrne akcenty. Z pozoru jest ich niewiele, ale na tyle dobrze wkomponowane, że odbiór wzrokowy produktu zdaje się być ponadczasowy. Wieńcząc ten akapit nie sposób zapomnieć o informacji, iż w komplecie startowym producent gwarantuje nam mieniący się biało-miedzianą poświatą kabel przyłączeniowy do źródła dźwięku zakończony małym bananem typu jack.
Kilka strof o pomagającym w tym testowym sparingu wzmacniaczu słuchawkowym EF100 już w pierwszym zdaniu musi nieść informację, iż mamy do czynienia z konstrukcją wyposażoną w przetwornik cyfrowo/analogowy i wykorzystującą w swych układach elektrycznych lampę elektronową. To zaś już na starcie delikatnie sygnalizuje, że oprócz dużej funkcjonalności mamy spore szanse na co najmniej ciekawy recenzencki epizod. Sama obudowa wzmaka jest wariacją typowej dla mogących się pochwalić szklaną bańką na pokładzie platformą, na której tuż przy froncie z prawej strony zlokalizowano pokrętło głośności, w tylnej parceli usadowiono skryte w zaokrąglonej puszce trafo i obok niego pod ażurową kratką wspomniany pojemnik na wolne elektrony. Awers setki mimo, że jest stosunkowo niewielki oferuje kilka ważnych funkcji. Patrząc od lewej mamy gniazdo słuchawkowe, a z prawej trzy hebelki wyboru pracy urządzenia. Dwa pierwsze obsługują wybór wejścia, zaś zlokalizowany całkiem na prawo decyduje, czy będziemy słuchać słuchawek, czy łatwe do napędzenia kolumny głośnikowe. Kierując opis w stronę pleców, te próbując sprostać nałożonym przez konstruktorów zadaniom, są ostoją dla pojedynczego wejścia liniowego RCA, cyfrowego USB, pojedynczych terminali kolumnowych, włącznika głównego i gniazda zasilającego IEC.
No tak. Można było się tego spodziewać. Czego? Naturalnie sposobu prezentacji muzyki przez tytułowe słuchawki spod znaku HIFIMAN-a. Panowie zza wielkiej wody w dobrym tego słowa znaczeniu bezczelnie postawili na muzykalność. Dobiegający, a raczej wizualizujący się wokół mojej tkanki mózgowej świat muzyki oferował zjawiskową dawkę barwy. Jednak znamiennym przy tym jest, że nic a nic nie ucierpiała przy tym witalność prezentacji. Było gęsto, a zrazem swobodnie, czego wielu producentom zwyczajnie nie udaje się pogodzić, gdyż albo rozjaśniają, albo ze szkodą dla słuchacza zbytnio dociążają dźwięk. Osobiście bardzo lubię, gdy muzyka ma swoją wagę. ale też oczekuję, aby nie zdradzała zjawiska przyduchy, czyli uczucia zabicia jej oddechu. Zapewniam, to da się połączyć, czego idealnym przykładem jest zestaw słuchawek HE5se. Czy to muzyka dawna ze stajni Claudio Monteverdiego, czy ECM-owski jazz, wszystkie płyty z tych n