Monthly Archives: luty 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Siltech Classic Legend 880

Opinia 1

Kiedy niemalże na półmetku ubiegłorocznych wakacji dotarła do nas informacja o powolnym wygaszaniu dostępności cieszącej się w pełni zasłużoną popularnością i nieposzlakowaną opinią serii Classic Anniversary, której stuknęło wtenczas 13 lat, ciężko zachodziliśmy w głowę kto przy zdrowych zmysłach zarzyna kurę znoszącą złote jaja. Skoro coś się sprzedaje, rynek cały czas owe coś chłonie jak przysłowiowa gąbka, to jaki sens inwestować w coś nowego, co niewątpliwie trzeba będzie od nowa promować i niejako budować jego „markę” może nie tyle od zera, co od pewnego punktu, który Classic Anniversary przekroczyły pewnie dekadę wcześniej, jeśli nie lepiej. Wszystko jednak wskazuje na to, że ktoś w Niderlandach jednak odrobił pracę domową, przynajmniej z marketingu, i już na starcie nową „ofertę środka” przewrotnie ochrzcił … Classic Legend. Z jednej strony to dość odważne posunięcie, gdyż jak coś może być legendą, skoro jeszcze nie zdążyło na swoje konto zapracować, lecz z drugiej trudno Siltecha nie uznać za markę na swój sposób może nie tyle legendarną, co nad wyraz mocno zakorzenioną w starym dobrym High-Endzie, gdzie boska, mityczna i podkreślająca ekstremalność rozwiązań nomenklatura jest na porządku dziennym i nikt z tego powodu nie rozdziera szat i nie podnosi larum. Ponadto patrząc już chłodnym okiem na ową zmianę warty śmiało możemy uznać, iż nie jest to żadna rewolucja a w pełni naturalna ewolucja polegająca na zastąpieniu modeli z serii 330, 550 i 770 ich udoskonalonymi odpowiednikami 380, 680 i 880. A skoro ostatnimi czasy mieliśmy niewątpliwą przyjemność komplementować jubileuszowe wydanie pary książęcej, czyli Crown Princess & Prince 35 Anniversary, to ekipa Nautilusa – dystrybutora marki, nie chcąc narażać nas na zbyt duży szok wynikający z obniżenia półki zaproponowała przyjrzenie i przysłuchanie się przedstawicielom topowego typoszeregu, czyli 880-kom reprezentowanym przez interkonekty 880i (RCA, XLR) i przewody głośnikowe 880L, na co bez chwili wahania ochoczo przystaliśmy.

Co prawda Siltech w swych materiałach dość jasno daje do zrozumienia, że Classic Legend to oferta tzw. środka, czyli już nie „budżetowa” jak Explorer, lecz i zdecydowanie mniej drenująca kieszenie od Royal Signature, o Triple Crown nawet nie wspominając. Jednak już od progu, czyli od pierwszego kontaktu – od samych, widocznych w sesji unboxingowej pudeł, bo na pewno nie pudełek, w jakich dostarczane są Classic Legend trudno pozbyć się wrażenia, że to ewidentnie wysoka półka. Oczywiście do opasłych tomów jubileuszowych – 35 Year Anniversary, edycji Crown Princess & Crown Prince i skórzanych neseserów 3 koron jeszcze nieco brakuje, jednak cytując klasyka i tak jest „jakby luksusowo”. Przechodząc do konkretów, w wyściełanych przyciętą na wymiar sztywną gąbką pudłach otrzymujemy obleczone charakterystycznymi ciemnogranatowymi koszulkami niezbyt grube przewody z firmowymi satynowymi aluminiowymi splitterami. Ich obecność spełnia jednak nie tylko walor estetyczno – informacyjny (umieszczono na nich wskazówki dotyczące kierunkowości, numery seryjne, oznaczenie modelu i firmowe logotypy), lecz również pełnią funkcje elektryczne i mechaniczne. Ponadto to właśnie w nich następuje redukcja średnicy i przejście ze wspomnianego peszla na zabezpieczone błękitnymi termokurczkami końcowe odcinki ułatwiające aplikację przewodów w gniazdach.
Wyróżnikiem naszych dzisiejszych bohaterów od egzystującego już w niderlandzkim portfolio rodzeństwa są nowe srebrno-złote hybrydowe przewodniki o symbolu G9, w których mikroszczeliny pomiędzy kryształami srebra wypełnione zostały złotem. W roli potrójnej izolacji wykorzystano zarówno popularny Teflon, jak i termoplastyczny, organiczny polimer PEEK. Z kolei ekran zapożyczono z królewskiej serii Crown. W wyniku powyższych działań Classic Legend na tle swoich protoplastów mogą pochwalić się aż 2.5-krotnie lepszymi parametrami elektrycznymi i 1.5-krotnie większą izolacyjnością, a dla odbiorców niekoniecznie zainteresowanych niewiele mówiącymi im parametrami istotny powinien być fakt, iż pełnię swoich możliwości Legendy osiągają pełnię swoich możliwości już po około 100 godzinach pracy. Za swoiste novum wypada również uznać nowy sposób weryfikacji oryginalności zakupionych przewodów, gdyż oprócz laserowo naniesionych numerów seryjnych zostały wyposażone w niewielkie skórzane „breloczki” z wszytymi chipami, co dość jednoznacznie wskazuje na ostrą walkę z zalewającymi rynek mniej bądź bardziej ordynarnymi podróbkami.

Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym naszych dzisiejszych bohaterów na pierwszy ogień pozwolę sobie wziąć interkonekty i w dodatku sprowadzić je niemalże do wspólnego mianownika. Niemalże, bowiem jak już wielokrotnie nadmieniałem akurat w moim systemie lepiej sprawdzają się XLR-y, więc pomimo najszczerszych chęci mając przewody z tej samej serii tak w konfekcji RCA, jak i XLR niejako z automatu zawsze sięgać będę po te drugie, gdyż właśnie z nimi słychać u mnie nie tylko więcej, ale i lepiej. Niemniej jednak doskonale zdaję sobie sprawę, iż część odbiorców, czy to z technicznych, czy „światopoglądowych”, czy po prostu oczywistych – wynikających z lepszego wpasowania w system, względów woli jednak RCA. Jeśli zatem mamy obie łączówki z tego samego rozdania, zbudowane z takich samych przewodników i różniące się jedynie dodatkowym przebiegiem/konfekcją to śmiało możemy założyć, że grają tak samo a ewentualne różnice wynikają z preferencji/możliwości współpracującej z nimi elektroniki. A tytułowe łączówki Siltecha grają zaskakująco podobnie zarówno do wspominanych Crown Princess 35 Anniversary, co ze stoickim spokojem możemy uznać za dość oczywiste, jak i … Acrolinków 7N-A2070 Leggenda, co już takie oczywiste nie jest. Oczywiście chodzi o pierwsze i dość zgrubne wrażenie, gdyż po dłuższym zaznajomieniu z tematem i przysłowiowym podzieleniu włosa na czworo okazuje się, że zgodnie z zasadą mówiącą, że im dalej w las, tym więcej drzew, chyba, że dany areał dotknął kataklizm dewastacji w ramach „Lex Szyszko”, różnice pomiędzy wspomnianą konkurencją a przedmiotem dzisiejszej epistoły są. Jednak kluczowe jest to, że wszystkie ww. łączówki operują w bardzo zbliżonej do siebie estetyce opartej na niezwykle zaraźliwej motoryce, świetnej rozdzielczości i braku limitowania dynamiki w możliwie szerokopasmowym ujęciu. Chodzi bowiem o to, że SCL (Siltech Classic Legend) niczego nie powiększając i niczego nie rozdmuchując starają się raczej zapewnić pełną przepustowość arterii a więc nie limitować, nie degradować jednocześnie niczego nie interpretując, czy poprawiając. Chociaż z jednym małym wyjątkiem, którym jest … wyższy bas, gdzie delikatnie, bo delikatnie niewielki zastrzyk energii, przynajmniej na moje ucho się pojawia. Przykładowo na suchym, chrupkim i dość lekkim „Inhuman Rampage” DragonForce pojawiło się przyjemne dociążenie i bas, który choć nie schodził jakoś specjalnie niżej, to przynajmniej nabrał wielce pożądanego body. Całe szczęście tam, gdzie go nie brakuje, czyli np. na „Black Market Enlightenment” Antimatter owych kilka Dżuli więcej niewiele zmienia, co najwyżej powodując mocniejsze kopnięcie przy szarpnięciu struny gitary basowej, czy partiach perkusji. Jednak właśnie powyższe wydawnictwo pokazało jak nisko SCL potrafi „zejść” i jak świetnie radzi sobie z kontrolą i rozdzielczością reprodukowanego pasma. Nie było mowy o pogrubieniu konturów, uśrednieniu, czy zastąpieniu zróżnicowania onirycznymi i impresjonistycznymi plamami.
Choć Siltechy zdążyły mnie przyzwyczaić, że o górę pasma, przynajmniej od poziomu „starych” 770-ek, nie powinienem się martwić, to 880-ki są w pewnym sensie reprezentantami nowej jakości, a tak po prawdzie bardzo wyraźnym łącznikiem pomiędzy jeszcze cywilnymi seriami i pułapem gdzie zaczynają rządzić Royalsi. Oprócz bowiem wspomnianej, idącej ramię w ramię z ze zbliżoną do światła szybkością, rozdzielczości w tym wydaniu SCL mogą pochwalić się również zaskakującym, delikatnie muśniętym nutką słodyczy wyrafinowaniem. Od razu zaznaczę, że poprzednia inkarnacja, czyli wspomniane 770-ki dalekie były od jej braku, jednak nasi dzisiejsi bohaterowie nawet na szaleńczych gitarowych pasażach i niemiłosiernie katowanych blachach nie zapominają o tym, że w ich srebrnych żyłach „płynie” również złoto, które niejako zapobiega zbytniej analityczności i obniżeniu temperatury przekazu.
Skoro już kilkukrotnie przewijał się temat niemalże firmowej rozdzielczości, to pozwolę sobie jeszcze wspomnieć o równie wysokich ocenach na jakie zasługują tytułowe łączówki za wgląd w nagranie, precyzję lokalizacji poszczególnych muzyków i zarazem naturalność oddania przestrzeni w jakiej się poruszają. Nawet na niezwykle niespiesznym i utkanym z delikatnych, misternie splatających się melodii albumie „Adela” tria Aleksander Dębicz, Łukasz Kuropaczewski, Jakub Józef Orliński każde muśnięcie strun gitary, każde uderzenie w klawisz fortepianu jest swoistym mikro wybuchem o pełnym spektrum dynamiki przy jednoczesnym zachowaniu właściwych wykorzystanemu instrumentarium gabarytów, gdzie wzajemne interakcje nie zaburzają definicji ich odrębnych bytów.
Dołożenie do interkonektów dedykowanych im przewodów głośnikowych niewiele zmienia, co … szalenie cieszy, gdyż jest nader jasnym sygnałem wskazujących na ich neutralność. Mamy zatem tę samą swobodę i rozdzielczość, delikatnie tonizującą srebrną rześkość góry złotą nutkę słodyczy, lecz tym razem producent zadbał o większą liniowość przekazu, eliminując wspomniany zastrzyk energetyczny na basie. Dzięki temu uniknął swoistej kumulacji a tym samym zapobiegł ewentualnemu zaburzeniu równowagi tonalnej. Zarówno w duecie z łączówkami, jak i podczas solowych występów niderlandzkie głośnikowce oferują wyborną swobodę, dbałość o porządek na scenie i świetnie zachowaną gradację planów. Nie zamazują tego, co dzieje się w drugim, czy trzecim rzędzie, nie upraszczają wielkich składów, lecz też nie próbują bawić się w przesadną detaliczność, czy też z iście neurochirurgiczną precyzją godną trybów demonstracyjnych wielkoekranowych telewizorów oddawać najbardziej misterny splot wełny z jakiej została utkana marynarka klarnecisty, czy też dmącego tuż obok w waltornię sąsiada. Dyżurna ścieżka dźwiękowa z „Gladiatora” zabrzmiała z właściwą sobie potęgą, tutti wgniatały w fotel i co nader istotne SCL udało się zachować ich pełną naturalność. Już wyjaśniam o co chodzi. Pomijając mocno krzywdzące stereotypy i oparte na zazwyczaj traumatycznych przeżyciach doświadczenia ze srebrnymi przewodami wykonanymi z pośledniej jakości i/lub nieumiejętnie zaaplikowanych materiałów o odchudzaniu i wyostrzaniu dźwięku przez srebrne druty tutaj nie ma mowy. Podobnie jak o sztucznym konturowaniu ataku, który tak, jak ma to miejsce w naturze ma zdecydowanie bardziej krągłą definicję. Przecież ani bęben wielki nie „strzela” jak łamana, wysuszona na wiór drewniana szczapa, a instrumenty blaszane dęte oprócz właściwej im, natywnej „blaszaności” nie grają samym konturem, lecz przede wszystkim body i nawet flet piccolo, choć niewątpliwie przenikliwy w swej naturze, to de facto sporo ma w sobie słodyczy. I to wszystko Siltechy spinają w spójną i nad wyraz naturalną całość.

W ramach krótkiego podsumowania pozwolę sobie na pewną, niekoniecznie będącą na rękę tak producentowi, jak i dystrybutorom opinię. Otóż Siltech Classic Legend 880i & 880L charakteryzują się bodajże najkorzystniejszą relacją pomiędzy jakością i ceną w niderlandzkim portfolio. Oczywiście Royalsi oferują o wiele więcej, jednak za owe więcej trzeba słono dopłacić, co w większości przypadków znacznie studzi początkowy zapał nabywców. A 880-ki nie czując absolutnie żadnego respektu przed wyżej usytuowanym w hierarchii rodzeństwem grają z rodziną książęcą (Crown Princess & Prince 35 Anniversary) jak równy z równym.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jak wiadomo, naturalną koleją rzeczy każdego wycinka naszego codziennego życia jest rozwój technologiczny. To zaś sprawia, że po pewnym czasie nawet najlepsze produkty chcąc nadążyć za wymogami nowych czasów, muszą przejść swoisty lifting. Naturalnie nie jest to jednoznaczne z marną jakością protoplastów, bowiem nadal w swojej klasie są znakomite, tylko jest skutkiem zmieniających się oczekiwań potencjalnych użytkowników. Podobny stan odnosi się również do naszego podwórka audio, co znakomicie pokazuje będąca clou spotkania, pochodząca z Niderlandów marka Siltech. W teorii jest na tyle rozpoznawalna i popularna, że mogłaby usiąść na laurach i kolokwialnie mówiąc, bezproblemowo odcinać biznesowe kupony na bazie starych produktów, a mimo to nie chcąc wypaść poza konkurencyjną burtę, konsekwentnie wdraża nowe pomysły techniczne. I żeby nie być gołosłownym, przywołam jako przykład dostarczony do naszej redakcji przez Nautilusa odnowiony zestaw okablowania niegdyś znakomicie odbieranej przez użytkowników serii Classic Anniversary. Serii, z której na dobry początek na recenzencki tapet trafiły topowe modele w specyfikacji 880i (RCA i XLR) oraz 880L (głośnikowy).

Idąc za informacjami producenta, w kwestii użytych materiałów rzeczona linia bazuje na odpowiednim stopie (G9) srebra i złota. Jednak nie jako budulec wrzucony do jednego kotła tworząc bliżej nieokreślone połączeni obydwu metali szlachetnych, tylko dzięki odpowiedniej technologii złoto ma za zadanie wypełnić mikropęknięcia w strukturze srebra. A to nie koniec ważnych informacji, bowiem w tym modelu w kwestii izolacji skręconej koncentrycznie pary przewodników posłużono się patentami z najwyższej serii Triple Crown. Mianowicie w celach zapewnienia sygnałowi niskich zniekształceń i maksymalnej dynamiki zastosowano połączenie tworzyw Dupont Teflon oraz PEEK. To zaś sprawia, że nowe modele serii 800 znacznie przewyższają poprzedników nie tylko w jakości oferowanego dźwięku, ale również we wszelkiego rodzaju pomiarach technicznych. Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, jak to Siltech zdążył nas przyzwyczaić, mamy do czynienia z zastosowanymi na przebiegu każdego kabla dwoma baryłkami jako nie tylko reduktorami średnicy, ale również pełniącymi funkcje elektryczne i antyrezonansowe. Jeśli chodzi o kwestię terminacji dostarczonego okablowania, temat głośnikowych rozwiązano na bazie firmowych widełek, zaś sygnałowych w oparciu o wtyki RCA i XLR japońskiej marki Oyaide. Tak prezentujące się produkty spakowano w wyściełane profilowaną gąbką i opatrzone stosownymi certyfikatami błękitne, prostopadłościenne, kartonowe pudełka.

Gdy wpinałem w system omawiany zestaw okablowania, pierwszym cisnącym się na myśl oczekiwaniem było potwierdzenie mocno zaznaczanej w odezwie producenta rozdzielczości prezentacji. Jednak odbierane nie jako otwieranie się dźwięku, czyli podniesienie jego tonacji, tylko oczyszczenie go ze szkodliwych zniekształceń. Jak to wypadło? Bardzo dobrze. Co prawda przekaz na tle posiadanego na co dzień zestawu był minimalnie lżejszy w środku pasma, jednak dół dzięki oferowanej pod pełną kontrolą energii, okazał się wręcz fenomenalnym, zaś górny zakres wulkanem nieskażonych niechcianymi artefaktami typu nadpobudliwość i szorstkość, lotnych informacji. Co ciekawe, mimo nieograniczonej swobody, całość prezentacji podana była w estetyce ewidentnie odczuwalnej, ale w żadnym wypadku nieszkodliwej plastyki. Nie jakiejś monotonnej papki, tylko przy wyraźnym zaznaczeniu krawędzi dźwięku i niczym nieograniczanym oddechu jego projekcji, często fajnie, acz nieinwazyjnej gładkości łagodzącej obyczaje. Bez jakiegokolwiek sztucznego ocieplania przekazu, tylko z oczekiwaną nutą kultury. Czy to oznacza, że środek na tle reszty zakresów był słabszy? Nic z tych rzeczy. Był idealnym oddaniem zamierzeń konstruktorów, bowiem wspomniana mniejsza waga oznaczała jedynie inne zaangażowanie okablowania z nasycanie świata muzyki. Nadal oferowała dobre body, z tą tylko różnicą, że bez presji na estetykę stylu rubensowskiego, który mógłby zaburzyć jej odpowiedni timing.
Z tego też powodu przez cały czas testu nie zauważyłem najmniejszych problemów w oddaniu prawdy o każdego gatunku muzycznego. Ta krocząca drogą sakralnej magii w stylu interpretacji zapisów okresu Baroku spod znaku Jordi Savalla, znakomicie okazywała nie tylko jej mistycyzm, ale dodatkowo realia kubatury podczas nagrywania tego typu wydarzeń. Mistycyzm karmił się wspominaną plastyką i nadal dobrze wyważoną średnicą, zaś wszelkie akustyczne artefakty zyskiwały dzięki dobrej rozdzielczości wysokich tonów. Podobnie sprawy miały się z wszelkimi odmianami jazz-u i wokalistyki. Nienachalna gładkość wespół z dobrą wagą przekazu nie tylko fajnie kolorowały raz instrumentalne, a raz „gardłowe” opowieści, ale pozwalały im również prawie bez końca, ze świetną artykulacją każdej nuty majestatycznie wybrzmiewać. Oczywiście nie inaczej było z mocnym graniem grup rockowych i wyczynową elektroniką, bowiem rockmenów wspierała energia przekazu, zaś cyfrowe nurty może nie zyskiwały, ale dzięki umiejętnemu dozowaniu ogólnej plastyki nic a nic nie traciły na wyrazistości. Owszem, gdybym miał być do bólu szczery, nie mogę nie wspomnieć, iż te ostatnie dwa style muzyczne w swej karierze kilka razy miałem szansę słyszeć w manierze innej, bardziej dosadnej ekspresji. Niestety nie tylko w dobrej, ale również w złej odsłonie. Pierwszą, zazwyczaj opartą o tańsze, ale czasem również bardzo zbliżone pułapu cenowego naszych bohaterów kable, cechowała bardziej szorstka, bo okraszona pakietem zniekształceń niezbyt przyjemna maniera nachalności – to gorsza strona. Natomiast drugą, bardzo rzadką – na bazie znacznie droższego, a przez to bardziej wyrafinowanego jakościowo zestawu kabli, zauważalnie większa nie tylko swoboda, ale także wyrazistość w zaznaczeniu dosłownie każdego niuansu muzyki – mowa o dobrej stronie. Co to oznacza? To banalnie proste. Z powyższego wywodu jasno wynika, że konkurencji ciężko będzie uzyskać jakość testowanego Siltecha nawet za porównywalne pieniądze. Naturalnie lepiej da się zawsze, tylko jakim kosztem? Wspominany przeze mnie jako przykładowo lepszy zestaw, to używany obecnie tandem za ponad 100 tys złotych. Dlatego chcąc być wiarygodnym w przywoływaniu tego typu wzorców, użyłem frazy „bardzo rzadko”. I nie po to by pokazać, jaki ze mnie Kozak, tylko aby oddać oferowaną przez serię Legend 880 zjawiskową jakość grania.

Gdy przyszedł czas na puentę tego testowego rozdania, na wstępie wieńczącego spotkanie akapitu zdradzę, iż kabel sygnałowy XLR Siltech Classic Legend 880i nie opuścił mojego zestawu. Powód? Jak pisałem. Najnowsza odsłona tej serii Siltecha oferuje nie tylko zaskakującą rozdzielczość, ale przy okazji projekcji mocnego, w pełni kontrolowanego basu oraz swobodnie wybrzmiewających wysokich rejestrów, nadal pokazując dobre osadzoną w barwie średnicę, unika jej sztucznego pompowania. Wpięcie tego kabla w tor powoduje złapanie przez system często poszukiwanego luzu. Jednak odbieranego nie jako rozjaśnienie prezentacji, tylko nadanie jej pozbawionej otyłości nieprzewidywalności wprost przekładającej się na tętnienie życiem. Tyle i aż tyle. Czy opiniowany Siltech może zaczarować każdego? Fakt, nie jest tani. Jednak lojalnie ostrzegam. Już dawno nie słyszałem przewodu tak dobrze skorelowanego w domenie cena/jakość. To zaś sprawia, że nawet przypadkowy kontakt może być brzemienny w skutkach. Ja w każdym bądź razie w pozytywnym tego słowa znaczeniu poległem.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Siltech
Ceny:
Siltech Classic Legend 880i (SST RCA/Oyaide XLR): 17 590 PLN/1,25m
Siltech Classic Legend 880L (konfekcja widłami SSP 005): 37 490 PLN/2 x 2,5m; 41 790 PLN / 2 x 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jeśli chodzi o muzykę, to zabawa w skojarzenia geograficzne wydaje się dość prosta. Mówisz Australia, myślisz AC/DC, INXS, Midnight Oil. Mówisz Liverpool – myślisz The Beatles. Mówisz Mysłowice – myślisz Myslowitz i niby wszystko się zgadza, jednak w owych Mysłowicach działa i to od 1991 r. również nieco mniej znany szerszej publiczności projekt … Korbowód. Ok, ok, już widzę oczyma wyobraźni te protesty, że przecież to „legendarna” kapela, jednak o ile lokalnego fenomenu nie wykluczam, to gdyby nie dzisiejsza recenzja pewnie dalej żyłbym w błogiej nieświadomości. Z drugiej strony niby nic w tym dziwnego, gdyż cieszących się nawet nie tyle lokalną, co po prostu ograniczoną do ściśle określonej niszy kapel jest tysiące, a biorąc pod uwagę ponad 4,5mln populację zamieszkującą obszar metropolitalny Mysłowic też jest komu chwycić za gitarę, mikrofon, czy pałki. Skoro jednak w nasze ręce wpadł jeszcze pachnący tłocznią, wzbogacony o srebrny krążek z remixami, winyl „Lived Like Kings” wspomnianego Korbowodu nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Państwa na spotkanie z jak to zgrabnie ujął na antenie Radia Wnet Tomasz Wybranowski „miksem electro-dub ambientu, niezależnego rocka ze szczyptą transowych jazzowych harmonii.”

Od razu na wstępie powtórzę, że zabierając się za odsłuch o tytułowej formacji nie wiedziałem absolutnie nic, włącznie ze świadomością jej istnienia. Ot tak, po prostu. Skoro jednak skontaktował się z nami ich basista i zarazem producent – Leszek Mitman z pytaniem, czy z okazji winylowej reedycji (wyszedł na CD i pojawił się w serwisach streamingowych 8 czerwca 2020) ich piątego w karierze krążka „Lived Like Kings” nie widzieliśmy żadnych przeciwwskazań, by takową wolę wyrazić. Zanim jednak skupię się na muzycznej zawartości, nie sposób pominąć walorów wizualnych, gdyż już sam projekt okładki, za którym stoi zaprzyjaźniona z zespołem Marta Kosek, łapie za oko. Dwa usytuowane naprzeciwko siebie profile twarzy z daleka mogą przypominać motyla, bądź znane z testów psychologiczno – psychiatrycznych mazaje mające badanym z czymś się kojarzyć. Z ciekawostek, które gdzieś tam mi mignęły podczas internetowego szperactwa warto również wspomnieć, iż winyl, tak jak i srebrny krążek, wydany został przez Korbowód własnym sumptem – przez powołaną przez nich do życia wytwórnię Heliolux w nakładzie 333 sztuk.
Jednak ad rem, bowiem kiedy tylko dotarł do mnie zaskakująco pomarańczowy krążek czym prędzej umieściłem go na talerzu „zemsty hydraulika”, czyli słoweńskiej Kuzmy i coś mi od razu zaczęło mi nie pasować. Otóż już wielokrotnie przy mniej, bądź bardziej obszernych wzmiankach o rodzimych formacjach próbujących swoich sił w języku Shakespeare’a jednym z najczęściej formułowanych zarzutów jest właśnie kulejący angielski (vide męki Łukasza Szuby na „Fiasco” Romana Odoja). A tutaj jest rewelacyjnie! Szybki rzut oka na „listę płac” i wszystko jasne. Trudno, żeby nie było jak należy, skoro za wokale i teksty odpowiada … pochodzący z Waterford Irlandczyk – David O’Sullivan nader swobodnie operujący swym głosem w estetyce pomiędzy Davidem Bowie a Davidem Byrnem, których jak domniemywam nikomu przedstawiać nie trzeba. Całkiem niedawno z podobnego rozwiązania skorzystał Michał Łapaj z Riverside, który do swojego solowego projektu – albumu „Are You There” zaprosił znanego z Antimatter Micka Mossa. Jednak Korbowodowi daleko do minimalistycznych, jednoosobowych działań, gdyż akurat w tym przypadku mamy do czynienia z nad wyraz rozbudowanym kolektywem, którego trzon tworzą Michał Koterba (gitara) i Leszek Mitman (bas, programowanie, produkcja). O Davidzie O’Sullivanie wspominałem, więc możemy iść dalej. W składzie Korbowodu spotkamy również saksofonistę Michała Sosnę i perkusistę/klawiszowca Spacepierre (wł. Piotr Penkała) a gościnnie w nagraniu tytułowego albumu udział wzięli Aga Mali (chórki), Mateusz Parzymięso (klawisze), Dawid Broszczakowski (klawisze) i Grzegorz Bimczok (klawisze).
Charakteryzując w telegraficznym skrócie „Lived Like Kings” nie pozostaje mi nic innego jak tylko potwierdzić, iż owe bogactwo osobowe składu słychać. Muzyka przez ów kolektyw prezentowana jest bowiem gęsta, wieloplanowa i wciągająca bardziej aniżeli chodzenie po bagnach. Nie jest to jednak repertuar ani lekki, ani łatwy, ani w umowny sposób przyjemny. Dużo w niej mroku, zwątpienia i nieraz iście klaustrofobicznej ciasnoty, która w tzw. okamgnieniu potrafi przejść w dystopijne wizje pustkowi. Dla osób szukających jakiegoś punktu zaczepienia, ram w jakie mogliby wpisać to, co na „Lived Like Kings” wyczynia Korbowód pozwolę sobie podrzucić sugestie, które przynajmniej na moje ucho nader spójnie spinają się z ww. twórczością. Pierwszym i zarazem oczywistym jest Morphine (szczególnie „Cure for Pain”), następnie Massive Attack, a dla prawdziwych smakoszy Bohren & Der Club Of Gore, Bill Laswell i Badbadnotgood, gdzie moc i siła przekazu nie są oparte na szaleńczych tempach i ścianie dźwięku, lecz na powolnych, zapuszczających się niemalże w okolice doom-u melodiach i niespiesznym budowaniu u słuchaczy stanów lękowych jak w dobrym horrorze, gdzie czasem największe przerażenie budzi cisza i moment, w którym pozornie nic się nie dzieje. Niby gdzieś tam podskórnie można zauważyć melodykę sięgająca korzeni psychodelicznego rocka, ale brzmi ona tak jakby 45-kę puścić na 33 obroty (dla niezorientowanych chodzi o winyle) i dodatkowo suto podlać elektronicznym sosem spajającym całość w nienaruszalny monolit. Zespół dba jednak by nie przegrzać zbytnio atmosfery, by nie zrobiło się zbyt sennie i leniwie, więc loopy i klawisze operują głównie po chłodniejszej stronie mocy i choć na otwierającym album „Who” pojawia się ogień, to jest to raczej jego ciemna i zimna postać. Pomijając konieczność zmiany strony całość pochłania się za jednym podejściem, a po jej przesłuchaniu pierwsze oznaki uzależnienia każą ponownie podać stosowną dawkę.

Remixy to z kolei bardzo wdzięcznie wpisujący się gdzieś pomiędzy Massive Attack a twórczość Soulsavers od czasu rozpoczęcia ich współpracy z Davem Gahanem krążek. W porównaniu do LP „Lived Like Kings” jest już mniej mrocznie a bardziej klubowo, lecz nadal duszno i niepokojąco. Warstwę wokalną opartą głównie na melodeklamacjach wzmocniono iście transowo-rave’owym beatem i potężnym syntetycznym basem. Tutaj nie ma solowych występów O’Sullivana, gdyż pracujący nad materiałem producenci (Remigiusz Hadka, Blare For A, Skinny Downers, Speckled Doves, Dj Haem, Cuefx, Grzech Łojowski, Adam Celiński, L.Mitman (Lesmian) i M.Koterba (Almond Joy)) zadbali o to, by akcenty i ciężar gatunkowy zostały rozmieszczone nieco odmiennie od oryginalnego mixu. Sprzyja temu również nieco inna niż na LP kolejność utworów.

Od strony techniczno-brzmieniowej warto wspomnieć iż pomarańczowy winyl zaskakuje swoją cichością i to na takim poziomie, że przesiadając się z CD/streamu na LP i z powrotem mamy praktycznie taki sam poziom szumu tła, więc miłośnicy wszelakiej maści smażenia, szumów i trzasków muszą takowych doznań szukać dalej. Różnice obu nośników tkwią jednak gdzie indziej – w rozdzielczości. O ile bowiem LP brzmi bardziej koherentnie i bynajmniej nie chodzi mi w tym momencie o przysłowiową bułę, czy przyciętą górę pasma oraz mówiąc wprost przewalony bas, a raczej perspektywę, jaka poniekąd jest narzucana słuchaczowi. Czyli odbiór albumu jako całości – patrzenia na niego z szerszej perspektywy, by dopiero w dalszej kolejności poznawać jego niuanse i partie poszczególnych instrumentów, o tyle wersja cyfrowa może pochwalić się bardziej precyzyjną definicją źródeł pozornych i nieco lepiej zarysowanymi planami. Również „Lived Like Kings Remixed” brzmią nieco inaczej. Z racji zaakcentowania obecnej w mixie elektroniki i rozciągnięciu jej „zejścia” basu jest więcej i choć daleko mu do dominacji, to to, co robi w swych najniższych rejestrach zasługuje na bardzo wysokie noty, gdyż przy zachowaniu pełnej kontroli schodzi naprawdę piekielnie nisko. I tu mały audiofilski smaczek, gdyż jak się okazało w oby przypadkach materiał został zmiksowany na monitorach ME Geithain oraz zestawie T+A, więc mamy nader namacalny dowód, że czasem warto sięgnąć po coś, co nie tylko działa, lecz również gra tak, jak systemy bardziej wymagających aniżeli posiadacze boomboxów odbiorców.

„Lived Like Kings” Korbowodu to album (de facto albumy, choć na potrzeby niniejszej publikacji remixy pozwolę sobie potraktować jako niezobowiązujący bonus) nie dość, że zagrany na światowym poziomie, co również i na takowym wydany. W dodatku zawiera materiał niezwykle wyrafinowany i niebanalny, więc może trudno spodziewać się jego popularności w mainstreamowych rozgłośniach, jednak jeśli tylko poszukujecie Państwo muzyki niebanalnej, skłaniającej do refleksji i niosącej ze sobą coś więcej niż dwa takty mogące stanowić inspirację do popisów wokalnych przy goleniu, bądź pod prysznicem, to gorąco zachęcam do odsłuchu.

Marcin Olszewski

Lista utworów
„Lived Like Kings” LP:

Strona A
1. „Who”
2. „Exhume Yourself”
3. „Giving Back”
4. „Clean Out”
5. „Beat Me”

Strona B
1. „Lived Like Kings”
2. „Shellman”
3. „Gotta Dump”
4. „Anxiety”
5. „A Binding Contract”

„Lived Like Kings Remixed” CD
1. A Binding Contract (Lesmian Remix)
2. Clean Out (Rmq Remix)
3. Who (Blare For A Remix)
4. Gotta Dump (Skinny Downers Remix)
5. Beat Me (Speckled Doves Remix)
6. Lived Like Kings (Dj Haem Remix)
7. Anxiety (Cuefx Remix)
8. Exhume Yourself (Grzech Remix)
9. Shellman (Rad Remix)
10. Giving Back (Almond Joy Remix)

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Well Tempered Lab Simplex Mk2

To, że ostatnimi czasy brak poczciwego gramofonu na półce miłośnika muzyki najdelikatniej mówiąc jest swoistym foux pas, wiemy chyba wszyscy. Naturalnie jak w każdej dziedzinie życia zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę, jednak trend powrotu drapaka do łask jest bezsporny. Na tyle mocny, że producenci dwoją się i troją, aby spełnić najbardziej wyszukane oczekiwania. Powiem więcej. Niektórzy tak zatracili się w tym wyścigu analogowych zbrojeń, że zaprzęgają do tego technologie ocierające się o poziom produktów rodem z NASA. To źle? Oczywiście bardzo dobrze, jednak to ma swoje wady. Mam na myśli koszty finalnego produktu, których zwykły Kowalski niestety nie udźwignie. Na szczęście fraza „niektórzy” nie oznacza całej populacji konstruktorów, co znakomicie udowadnia dzisiejszy nowozelandzki bohater. I żeby było ciekawiej, jest bardzo wyrazisty, gdyż wdrożył do produkcji wydaje się, że od zawsze mający swoich zwolenników pomysł. Jaki? Już zdradzam. Otóż miło jest poinformować zainteresowanych gramofonomaniaków, iż w tym odcinku w przeciwieństwie do prześcigającej się w zastosowaniu najnowszych technologii konkurencji, zajmiemy się stosunkowo prostą w budowie szlifierką na bazie odpowiednio uformowanej ze sklejki plinty i prostego ramienia z zawieszoną na wsporniku piłką golfową pływającą w kuwecie wypełnionej odpowiednim płynem. Wolne żarty? A jeśli już, to nie ma prawa zagrać? Bynajmniej, gdyż od dawna podczas procesu testowego na bazie tak prostej konstrukcji nie miałem tyle radości ze słuchania. O kim mowa? O pochodzącej z Nowej Zelandii marce Well Tempered Lab, z portfolio której dzięki zabiegom stacjonującego we Wrocławiu dystrybutora Audio Atelier, do naszej redakcji zawitał model Simplex Mk2 wraz ze współpracującą z nim wkładką Charisma Audio Eco.

Przyglądając się budowie naszego bohatera Simplex Mk2 gołym okiem widać, że w kwestii prostoty konstrukcji byłem nader szczery. Chassis gramofonu wykonane jest z przybierającej obrys prostokąta z przyjemnie zaoblonymi krawędziami, wielowarstwowej sklejki. Co ciekawe, a od strony designu jest bardzo istotne, wszystkie niezbędne przyłączeniowo-napędowe atrybuty Simplex-a zostały umiejętnie ukryte. Odseparowany antywibracyjnie w metalowej konstrukcji, sterowany serwem silnik został zagłębiony w podstawie w lewym tylnym rogu, zaś osprzęt sterowania i karmienia silnika energią elektryczną w centralnej, a zestaw wejść RCA wraz z uziemieniem pod metalowymi osłonami w prawej części tylnej ścianki. Jeśli chodzi o łożyskowanie talerza, temat rozwiązano przy pomocy zalanej olejem kuwety z tworzącą trójkątny otwór wkładką z tworzywa sztucznego. Sam nośnik dla płyt winylowych wykonano z nieco większego w kwestii średnicy od czarnego placka, zmatowionego akrylu, na który finalnie nakładamy dostarczaną w komplecie dość grubą korkową nakładkę. Po co taki zabieg? Zapewniam, że dość istotny. Po pierwsze – silnik z pełnym zamysłem nie jest jakimś mocarzem – chodzi o minimalizację tętnień układu napędowego podczas jego pracy. A po drugie – samo przeniesienie momentu obrotowego odbywa się przy pomocy cieniutkiej, bo osiągającej średnicę 0.004 mm żyłki. I gdy skojarzymy obydwa konstrukcyjne fakty – potencjalne problemy podczas każdorazowego startu i zatrzymywania układu z uwagi na małą moc silnika i znikomą, ograniczającą przekazanie mocy z motoru na talerz, średnicę nylonowej nici, okaże się, że konstruktorowi zależało na tym, aby podczas użytkowania gramofonu płyty zmieniać w tak zwanym locie. I właśnie na to pozwala wytworzona poprzez zastosowanie grubej, o mniejszej średnicy, a przez to tworzącej odpowiedni prześwit do zdejmowania i nakładania płyty, korkowej nakładki. Rozwiązanie proste, ale bardzo skuteczne i po kilkunastu dniach zabawy stwierdzam jednoznacznie, że bardzo przyjazne i o dziwo bezpieczne w użytkowaniu. Na koniec kilka zdań o samym ramieniu. Jak wspominałem, mamy do czynienia z piłką golfową. Naturalnie została kolokwialnie mówiąc „przebita” z jednej strony pozwalającą na zamocowanie wkładki, a z drugiej zawieszenia stosownych przeciwwag do jej kalibracji, aluminiową rurkę. Sama piłeczka natomiast w celach stabilizacji układu została zatopiona w wypełnionej silikonem, okrągłej tulei i dla umożliwienia regulacji VTA podwieszona cieniutką żyłką na prostym, dającym dość łatwo się regulować wsporniku. Tak skonfigurowany bramofon usadowiono na eliminujących wibracje, gumowych, półsferycznych stopach.
Jeśli chodzi o zastosowaną w teście, naturalnie zaproponowaną i dostarczoną przez dystrybutora wkładkę, jak wspominałem w akapicie rozbiegowym, w tym przypadku mamy do czynienia ze stosunkowo niedrogim, acz zaskakująco ciekawym brzmieniowo nie tylko od strony specyfiki, ale również jakości grania produktem MC kanadyjskiej marki Charisma Audio model Eco.

Jak zaznaczałem we wstępniaku, przybliżany dzisiaj test był bardzo zaskakujący. I nie chodzi li tylko o pozytywny odbiór oferty brzmieniowej Simplex-a Mk2, ale ów odbiór w połączeniu z prostotą jego konstrukcji. To nie przebierając w słowach, wygląda jak praca wieńcząca zakończenie jakiejś szkoły technicznej – oczywiście mam na myśli pomysł na budowę tego typu urządzenia, a nie jakość wykonania, a mimo to zaproponowany sound dla sporej części obracającej się w tym przedziale cenowym konkurencji bez problemu może być pewnego rodzaju wzorcem. Spokojnie, nie mistrzostwa świata w klasie „Open”, tylko opracowania czegoś bardzo prostego, a mimo to pozwalającego wydobyć z czarnego krążka zarezerwowaną dla niego soniczną esencję. Co to oznacza?
Gdybym miał w kilku zdaniach określić sposób na muzykę według Well Tempered Lab – naturalnie w tandemie z dostarczoną wkładką Charisma Audio Eco, pierwsze co ciśnie się na klawiaturę, to podanie owego interesującego nas świata poukładanych na pięciolinii nut w przyjemnie ciemnawej projekcji. Nie zgaszonej, nie ociężałej, tylko bez zbędnego doświetlania dobrze osadzonej w barwie średnicy. Przekaz jest dosadny w dolnym zakresie, soczysty w centralnym paśmie i odpowiednio kulturalny, acz z dobrym pakietem informacji w najwyższych rejestrach, co sprawia, że ciężko jest pogodzić się z myślą spowodowanego późną porą dnia, zakończenia obcowania z muzyką. Muzyką, przez cały czas tętniącą pełnym energii, dobrze rozlokowanym na wirtualnej scenie życiem. Owszem, niewalczącą o pokazanie ekstremum poszczególnych zakresów typu przesadnie ostra krawędź, czy szaleńcza pogoń za bezkompromisowymi atakami dźwięku, ale również niezdradzającą oznak nadmiernej nadwagi. I to bez względu na zastany system. Skąd takie wnioski? Wystarczy spojrzeć na moją codzienną konfigurację, Sama w sobie jest nasycona, a mimo to zaproponowany przez dystrybutora nowozelandzko-kanadyjski tandem ani razu nie dał złapać się na szkodliwym czy to spowolnieniu, czy nadmiernej otyłości wydarzeń scenicznych. Z każdego starcia wychodził z tak zwaną tarczą. Z tym tylko istotnym aspektem, że wszelkiego rodzaju słabe realizacje zazwyczaj na takim postawieniu sprawy zyskiwały, a dobre nie stawały się niestrawnym ulepkiem.
Weźmy dla przykładu dołączone do serii zdjęć płyty tłoczone w epoce świetności winylu The Modern Jazz Quartet z muzyką Sonny’ego Rollinsa i dwóch znakomitych saksofonistów Coltrane’a z Quinichette-m. Jak można się spodziewać, z uwagi na pochodzenie ich realizacja jest bardzo dobra, a mimo tego niesione dawką dodatkowego body, jednak bez przekraczania dobrego smaku podkręcenie esencjonalności każdego ze źródeł pozornych nie tylko nie powodowało zgrzytu, ale w moim mniemaniu podkręcało efekt namacalności odbioru światowej klasy muzyków. Namacalności, bez której słuchamy tylko kolejnej płyty, a jeśli tak jak w przypadku tego testowego rozdania, takowa zostanie podniesiona do rangi zjawiska. integrujemy się z danym wydawnictwem bez jakichkolwiek ograniczeń. Nagle saksofony oprócz wyraźnego pokazania, że mamy do czynienia z drewnem stroika, zaczęły owo drewno znakomicie dozować w zależności od siły zadęcia, a nie jednostajnie karmić mnie nim na jedną modłę. A to tylko przedbiegi, bowiem podobny efekt emocji wywoływał mocny, do tego fajnie pokolorowany, jednak nieuduszony dźwięk wibrafonu. Nie wiem, czy już o tym pisałem, ale wspomniany generator dźwięku gdy jest dobrze odtworzony, potrafi mnie bezgranicznie zaczarować. Niestety słowem kluczem jest fraza „dobrze odtworzony”, z czym jak można domniemywać, nasz tandem znakomicie sobie poradził. Było dźwięcznie i soczyście, tak jak lubię.
Podobny odbiór, czyli panowanie gramofonu nad swoimi niuansami brzmieniowymi zaliczyłem w przypadku współcześnie tłoczonej, koncertowej płyty Diany Krall „Wallflower”. Jak wszystkie jej produkcje, w standardowym odtworzeniu nie ma do czego się przyczepić, a mimo tego, soczysty sznyt grania testowej konfiguracji nie spowodował nic złego. Mało tego. Dzięki temu fajnie zyskał głos artystki, przez co wywoływał u mnie większe pokłady emocji, co chyba jest głównym motorem podążania za twórczością pani Diany.
Na koniec koncertowe szaleństwo hard-rockowej grupy AC/DC „If You Want Blood You’ve Got It”. Co dobrego mogę powiedzieć o tym występie? Oczywiście tylko potwierdzić kilka linijek wcześniej wygłoszoną opinię nie tylko o braku strat, ale również w wielu przypadkach zyskach różnych produkcji płytowych. Jakość materiału jest daleka od realizacyjnego szaleństwa, dlatego płyta odtworzona na testowanym zestawieniu nie tylko pokazała, o co chodzi w gitarowych pasażach tego kojarzonego właśnie z „wiosłami” zespołu, ale znakomicie pomogła również wyraźniej zaistnieć walczącemu z instrumentalną materią wokaliście. I gdy zawsze w duchu narzekam na zbyt anorektyczny mastering tej płyty, to w przypadku ożenku z Well Tempered Lab Simlex Mk2 nagle wszystko znalazło się na swoim miejscu. Przypadek? Nie ma takiej opcji. To konsekwencja odpowiedniej konfiguracji sprzętowej.

Czy bazując na powyższym opisie poleciłbym naszego bohatera wszystkim wielbicielom analogu? Z uwagi na sposób prezentacji jak najbardziej. Jednak zdaję sobie sprawę z faktu posiadania przez kogoś nazbyt ociężałych zestawień, dlatego przed ewentualnym zakupem polecam z ręką na sercu określić stan stacjonującej u siebie układanki. Niestety opiniowany zestaw nie jest jakimkolwiek naprawiaczem popełnionych wcześniej błędów, tylko zgodnie z pomysłem konstruktora solidnie robi swoje. I jeśli mozolnie dobierając tor audio w gęstości prezentacji nie przekroczyliście zdrowego rozsądku – o niedowadze nie wspominając, jest duża szansa, że nawet niezobowiązujące spotkanie na własnym podwórku dla wielu z Was może okazać się czymś, czego od lat poszukiwaliście, a czy to z uwagi na znacznie wyższe koszty u konkurencji, czy też mimo usilnych prób zwyczajnie z braku organoleptycznego zderzenia, nie było dane Wam zakosztować. Nie wiem co po osobistej próbie powiecie Wy, ale ja tym jakże prostym w konstrukcji, ale skomplikowanym emocjonalnie analogowym konglomeratem jestem pozytywnie znokautowany.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Audio Atelier
Ceny:
Charisma Audio Eco: 3 990 PLN
Well Tempered Lab Simplex Mk2 z ramieniem: 11 990 PLN
Zasilacz liniowy Well Tempered DPS: 2 390 PLN (opcja)

Dane techniczne
Charisma Audio Eco – wkładka gramofonowa MC
Waga wkładki: 11 g
Korpus wkładki: aluminium
Wspornik: biała ceramika
Szlif: super eliptyczny Nude Diamond
Kąt śledzenia w pionie: 20 stopni
Cewka: cewka z czystego żelaza z miedzią OFC
Napięcie wyjściowe: 0,38 mV przy 3,54 cm/s.
Impedancja wewnętrzna: 8 omów
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz ± 1 dB
Balans kanałów: lepszy niż 0,5 dB
Separacja kanałów: lepsza niż 25 dB
Zgodność dynamiczna: 12 μm/mN
Zalecane obciążenie: 100 – 1000 omów
Zalecana siła nacisku / tracking force : 1,9 g ± 0,1 g
Możliwość śledzenia przy 315 Hz / 2 g: 80 uM
Zalecana masa ramienia: średnia
Okres docierania: 30 godzin

Well Tempered Lab Simplex Mk2
– Łożysko talerza „Zerowy prześwit”
– Silnik sterowany serwo z mocowaniem antywibracyjnym
– 0,004″ pas z nici poliestrowej
– W pełni wytłumione ramię z precyzyjnie wykonaną piłką golfową zawieszoną w płynie silikonowym dla optymalnego, zmiennego tłumienia
– Łatwa regulacja azymutu
– W zestawie nóżki izolacyjne
– Talerz akrylowy
– Jednowarstwowy cokół ze sklejki bałtyckiej w kolorze czarnym lub białym

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): David Laboga Custom Audio GR-AC-Connect

Opinion 1

Usually, due to capability restrictions, demand and economics, many smaller companies, being just the owner or employing just a few employees, restrict their catalog to one, or maybe two products, at least in their initial stages of existence. This is understandable, as in case the endeavor misfires, the losses are, let me put it diplomatically, acceptable. But when the recognizability of the brand grows bigger, when the number of clients increases, the demand for new/higher/lower models appears, then very quickly the portfolio grows to an almost “corporate” size. You could stay in your area of comfort, and stubbornly produce only those two initial models, but you need to understand, that this becomes a kind of “one shot”, when we can persuade a certain buyer to purchase only once, and that is it. And where is then the space for brand recognition, for the slow advancement on the steps of progress and refinement? Long things short, if in the beginning a small offering makes economical and logical sense, when you plan to stay on the market for longer, you should have a drawer of ready projects for future use, when things go well. And here we are dealing with a perfect example of this, in the form of practically the work of one person, who entered this e