Monthly Archives: sierpień 2022


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Ubsound Multico ML68

Opinia 1

Nie żebym bardzo narzekał, ale przyznacie, że ostatnimi czasy na naszym rynku audio w temacie wprowadzania całkowitych sprzętowych nowości dzieje się stosunkowo niewiele. Owszem, co jakiś czas któryś z dystrybutorów chwali się czymś nowym w swoim portfolio, jednak tak naprawdę jest tego jak na przysłowiowe lekarstwo. Lekarstwo, które minimalnie dozowane w pewien sposób ogranicza nas do wyboru konkretnego produktu ze znanej od zawsze, będącej owocem stagnacji w chęci powiększania oferty przez salony audio, często niespełniającej naszych oczekiwań niestety skończonej oferty. Na szczęście mimo wspomnianej sytuacji trochę się dzieje, czego idealnym przykładem jest dzisiejszy bohater w postaci producenta zespołów głośnikowych. I to nie byle jakiego, bowiem rodem ze znanej z ciekawych konstrukcji audio Italii. O kim mowa? Otóż dzisiaj przyjrzymy się swoistej nowości na naszym rynku, czyli podłogowym kolumnom głośnikowych Ubsound Multico ML68, których pojawienie się w Polsce i naszych okowach zawdzięczamy dystrybutorowi Audio Anatomy.

W telegraficznym skrócie temat naszych włoskich bohaterek wygląda następująco. Mamy do czynienia ze średniej wysokości ręcznie wykonywanymi konstrukcjami podłogowymi wyposażonymi w cztery, niezależne, 2-drożne, dynamiczne głośniki współosiowe. Trzy znajdziemy na froncie, a jeden w odseparowanej od podłoża czterema dość wysokimi tulejami podstawie. Jak widać, nie jest to tradycyjna aplikacja przetworników, jednak producent zapewnia, iż takie rozwiązanie jest żadnym przypadkiem, tylko efektem – niestety dla domowych dłubaczy – utajnionej firmowej technologii HDNSS (High Definition Natural Sound Signature), po części opartej na założeniach Manfreda Schroedera dotyczących wewnętrznego rezonansu głośnika i jego izolacji akustycznej. Idąc za informacjami producenta obudowy wykończone są wieloma odpowiednio nanoszonymi po sobie warstwami lakierniczymi. W dolnej części ich awersu znajdziemy zakrzywiony pod kątem 45 stopni asymetryczny port bass-reflex, zaś rewersu naklejoną tabliczkę znamionową i zagłębiony zestaw zacisków do kabli głośnikowych. Tak prezentujące się panny są idealnymi partnerkami dla praktycznie każdego wzmacniacza, bowiem mogą pochwalić się skutecznością 93dB przy obciążeniu 8 Ohm.

Opisywane dzisiaj kolumny bardzo intrygowały mnie z uwagi na niekonwencjonalną budowę. Nieczęsto bowiem ma się możliwość obcowania z tak, nie oszukujmy się, dość „egzotycznym” rozwiązaniem na bazie czterech samowystarczalnych, dwudrożnych przetworników. Miałem spore obawy o spójność przekazu. Co prawda producent w swojej odezwie do potencjalnego odbiorcy wspominał o firmowym rozwiązaniu problemu, jednak co innego coś obiecywać, a co innego wdrożyć to w życie. Na szczęście jak Włosi obiecali, tak zrobili i ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu udało im się temat ogarnąć. Z jakim efektem? Otóż od pierwszych chwil spędzonych przy muzyce w wydaniu Multico ML68 słychać nastawienie na pokazanie słuchaczowi co to znaczy plastyka i nienachalne malowanie świata estrady. Bez pogoni za na dłuższą metę męczącą wyczynowością typu: ostre krawędzie zbytnio napompowanego energią kontrabasu, czy tnące przestrzeń ofensywne górne rejestry. Owszem, wielu niedoświadczonym melomanom to może się podobać, jednak nie oszukujmy się, muzyka ma łagodzić obyczaje, a nie powodować nasilenie objawów ADHD. A jeśli tak, to chyba nikogo nie zdziwi fakt, że w sukurs takiemu podejściu do tematu szła zaplanowana przez inżynierów zdroworozsądkowa oszczędność w zbytnim cyzelowaniu każdego scenicznego bytu. Jednak natychmiast uspokajam poszukiwaczy drugiego dna, iż nie był to pozbawiony emocji przekaz jak po zażyciu pavulonu, tylko spojrzenie na muzykę od strony ciekawej projekcji na żywo, czyli więcej przyjaznych dla naszego słuchu organicznych plam, niż audiofilskiego w stylu często pozbawionego sensu mimowolnego rozdrabniania włosa na czworo. Nuda ? Nic z tych rzeczy, gdyż na przekór wszystkim podejrzeniom spokojna muzyka cały czas mnie czarowała, a ostrzejsza pokazując odpowiedni pazur nigdy nie przekroczyła dobrego smaku.
Czy to wszelkiego rodzaju wokaliza lub szeroko pojęty jazz, bez szukania poklasku w bezsensownym podawaniu każdego dźwięku z osobna, włoskie kolumny zawsze umiały wydobyć na światło dzienne zamierzenia artystów. Artystów, którzy – co bardzo istotne – bez wykorzystania skalpela, a mimo to wyraźnie określeni w eterze bez problemu pokazywali kunszt swoich poczynań scenicznych. Nie tylko jako pojedyncze byty na rozsądnie w domenie szerokości i głębokości, budowanej scenie, ale również, a może przede wszystkim spójnie i we wspólnym rozumieniu siebie nawzajem. Wbrew pozorom pokazanie słuchaczowi uzyskania przez muzyków odpowiedniego flow nie jest takie łatwe. A już na pewno nie w momencie siłowego oddzielania artystów od siebie. Przecież istotą dobrego odebrania materiału muzycznego oprócz zlokalizowania poszczególnych osobowych zjawisk, jest również pokazanie odbiorcy ich pełnej zrozumienia współpracy instrumentalnej, w czym moim zdaniem nasze bohaterki ewidentnie brylowały.
Nieco inaczej – mam na myśli określenie tego występu w samych superlatywach, acz również ciekawie wypadała muzyka spod znaku agresji, a w szczególności elektronika. To było co prawda lekko kontrolowane, jednak nadal istne szaleństwo. Bez bolesnych, a mimo to nadal pełne wyrazistych świstów, za to dobrze podparte dolnym zakresem. Być może dla ortodoksyjnych piewców tego typu znęcania się nad sobą mogłoby to być odebrane jako zbyt zachowawcze, jednak zapewniam, dla normalnego zjadacza chleba duch tego rodzaju muzy był ewidentnie zachowany. W moim odczuciu energia okraszona szczyptą sonicznej nostalgii była jedynie innym spojrzeniem na tego rodzaju twórczość, a nie problemem jako takim. I jeśli komuś taki stan rzeczy nie do końca odpowiada, zwyczajnie poszuka gdzie indziej. Przecież jeszcze się taki nie urodził, żeby każdemu dogodził, z czego znakomicie zdając sobie sprawę Włosi postawili na projekcję muzyki w duchu romantyzmu, zamierzenie stroniąc przy tym od odmiany równie ciekawej, jednakże ocierającej się o sceniczną „patologię”.

Mam nadzieję, że z mojego tekstu jasno wynika przesłanie konstruktorów. Słuchamy muzyki jak przyjaciółki, a nie jej przeciwieństwo w postaci wiecznie agresywnej teściowej. Oczywiście obydwa rodzaje twórczości mają swoją rację bytu, jednak podczas ewentualnej decyzji zakupowej co do dzisiaj ocenianych kolumn musimy wybrać. Jednak zalecam spokój, bowiem jeśli słuchacie obydwu rodzajów przywołanej muzyki, a nie jesteście bezwarunkowo zakręceni na jeden z jej nurtów, przybyłe z Włoch czarne Madonny, naturalnie w swoim stylu, ale spokojnie poradzą sobie z praktycznie każdym jej rodzajem. Bez prezentacyjnego ekstremum, za to z utrzymaniem zawartych w niej emocji.

Jacek Pazio

Opinia 2

Niby cały czas powtarzamy, że staramy się w miarę naszych skromnych możliwości być na czasie i wyłapywać to, co w audiofilskiej trawie piszczy, jednak po raz kolejny okazało się, że owej mnogości i różnorodności wszelakich dóbr nie bez kozery określanych mianem luksusowych nie sposób, pomimo najszerszych chęci ogarnąć. Całe szczęście audiofilski mikrokosmos jest tak skonstruowany, że wcześniej bądź później ktoś za nas odrobi pracę domową i z interesującego nas segmentu wyłowi coś, co wzbudzi nasze szczere zainteresowanie. Tak też stało się i tym razem a właściwie po raz wtóry, gdyż krakowskie Audio Anatomy po wcześniejszym odkryciu NIME Audiodesign i ich futurystycznych monitorów Mya pozyskało do swojego portfolio kolejną, debiutującą na naszym rynku, włoską markę Ubsound, z której to katalogu trafiły do nas na testy zaskakujące pod pewnymi względami kolumny Multico ML68.

Zgodnie z zapewnieniami producenta Ubsound Multico ML68 to „multi -koncentryczne kolumny projektowane i wykonywane ręcznie we Włoszech w samym sercu Mediolanu. Te wysokiej klasy głośniki zostały zaprojektowane specjalnie dla audiofilów, profesjonalistów i wymagających klientów z segmentu Hi-Fi.” Czyli pozornie nic kontrowersyjnego, czego nie można byłoby w tzw. okamgnieniu zweryfikować, co też postanowiliśmy z czystej ciekawości uczynić. I rzeczywiście, adres pod jakim zarejestrowana jest siedziba Ubsound znajduje się zaledwie 6,5km, czyli niecałe półtorej godziny spacerkiem, od ścisłego centrum Mediolanu, za które umownie przyjęliśmy Castello Sforzesco. Co do ręcznego wykonania nie mamy podstaw by twierdzić inaczej, choć patrząc na aparycję dostarczonej przez dystrybutora parki utrzymanej w podobno takiej samej co Lamborghini czarnej satynie, trudno nie odnieść wrażenia, że hasło „włoska robota” nasuwa nam nieco inne, mniej surowe, żeby nie powiedzieć garażowe, skojarzenia. Ba nawet niższe stanem Velvety łapią za oko zmysłowa czerwienią i ekscytującą żółcią a tu mamy jakąś trudną do racjonalnego wytłumaczenia zachowawczość. Skoro jednak nie ocenia się książki po okładce nie czas i nie miejsce na dalsze utyskiwania.
Samym dźwiękiem zajmiemy się dosłownie za chwilę, więc na razie skupmy się na detalach. Jak już podczas sesji unboxingowej udało nam się pokazać ML68 to dość niewielkie, nieprzekraczające metra wysokości podłogówki wyposażone w cztery 21 cm koaksjalne dwudrożne przetworniki (każda), z czego trzy znajdują się na froncie a jeden w podstawie dmucha w podłoże. Dlatego też zamiast standardowych niewielkich kolców Włosi zastosowali 4cm wysokości tuleje, których wnętrze wzmocniono stalowymi rdzeniami. Co ciekawe w materiałach promocyjnych można napotkać deklarację, iż również grające w podłoże drajwery poprawiają scenę nie tylko w kwestii basu, co nie budzi żadnych zastrzeżeń, lecz również średnich i wysokich tonów, do czego, szczególnie przy ustawianiu Multico na mięsistych wykładzinach i dywanach podchodziłbym z lekkim przymrużeniem oka/ucha. Abstrahując jednak od ewentualnych kontrowersji warto wspomnieć iż każdy z przetworników posiada dedykowany mu drewniany antywibracyjny kołnierz. Pozostając jeszcze przez chwilę przy frontach nie sposób pominąć przykręconej nad drajwerami firmowego aluminiowego szyldu i ulokowanych tuż przy podstawie pojedynczych wylotów układu bas refleks, które wewnątrz korpusów zakrzywiono ku górze pod kątem 45 °. Z kolei rzut oka na tylną ściankę przynosi kolejną budzącą mieszane uczucia niespodziankę, bowiem o ile nie wymagamy od tabliczki znamionowej specjalnego wyrafinowania, choć kontakt z Xavianami XN250 Evoluzione, gdzie ów detal wykonano z tłoczonej skóry pozostawił po sobie nader miłe wspomnienia, to już pojedyncze terminale głośnikowe w kolumnach za ponad 85 kPLN mogły by być nieco lepsze od tych zastosowanych przez Włochów, gdyż ostatnio podobnej klasy konfekcję spotkałem bodajże ćwierć wieku temu w budżetowych (kosztujących wtenczas <1,5 kPLN) Eltaxach Liberty 3+ i to w wersji bi-wire.
Co do trzewi i podstawowych technikaliów, to oprócz wysokiej – 93dB efektywności i przyjaznej 8 Ω impedancji niewiele wiadomo. Ot jedynie, że kluczowa dla projektu jest technologia HDNSS (High Definition Natural Sound Signature) oparta na kilku kryteriach i powiązanych z nimi objętych tajemnicą algorytmach bazujących m.in. na pracach Manfreda Schroedera już na etapie projektowania kładących nacisk na zjawiska fizyczne i akustyczno-dynamiczne a nie jak to zazwyczaj bywa głównie elektroakustyczne.

Tyle teorii. A jak ma się ona do praktyki? Śmiem twierdzić, że nijak, gdyż jeśli ktoś po nader tajemniczych wzmiankach o zastosowaniu iście kosmicznych technologii i skomplikowanych obliczeń spodziewał się stricte technicznego, analitycznego, czy wręcz laboratoryjnego dźwięku, to może srodze się zawieść, gdyż brzmienie ML68 jest takiej sygnatury przeciwnością. Reprezentuje bowiem obóz brzmienia na wskroś muzykalnego i zarazem homogenicznego, gdzie akcent zamiast na rozdzielczości i detalach kładziony jest na spoistości i płynności przekazu. Ponadto obecność aż czterech 21 cm przetworników w każdej kolumnie sprawia, iż pomimo stosunkowo niewielkich gabarytów Ubsoundy grają zaskakująco dużym i swobodnym dźwiękiem zdolnym wprawić w zakłopotanie niejeden znacznie bardziej postawny konkurencyjny model. Warto jednak mieć na uwadze, iż z racji wykorzystania przetworników koaksjalnych włoskie kolumny nawet nie próbują wpasować się w kanon konwencjonalnego źródła punktowego idąc raczej w kierunku estetyki live, gdzie bardziej liczy się przestrzeń tak na szerokość, jak i w wymiarze głębokości oraz swoboda artykulacji a nie definiowanie źródeł pozornych z dokładnością do setnych części milimetra. W dodatku pełnię ich możliwości będziemy w stanie poznać po około 150h rozgrzewce, gdyż wyjęte prosto ze wspólnego kartonu, całe szczęście dodatkowo wzmocnionego formami z płyty wiórowej, tytułowe Włoszki są nazbyt zachowawcze i zdystansowane. Całe szczęście z każdą godziną, z żelazną konsekwencją budzą się do życia nasycając przekaz soczystością i wrodzonym entuzjazmem zdolnym rozruszać najbardziej markotnych i niemrawych słuchaczy. Co ciekawe wcale do tego nie potrzebują jakiś specjalnie w wyrafinowanych i wymuskanych audiofilskich realizacji, gdyż nawet „Ray of Light” Madonny i „Touch” Yello w pierwszej chwili mogą wręcz oszołomić rozmachem i spektakularnością właściwymi klubowo-koncertowym wydarzeniom. O dziwo właśnie na elektronice pewna oniryczność i ekspresjonizm poszczególnych „instrumentów” i wokalistów jest najmniej zauważalna, gdyż wygenerowaną na komputerowej konsolecie scenę Ubsoundy oddają zaskakująco wiernie i namacalnie. Pół żartem pół serio można byłoby wręcz uznać iż ten na wskroś cyfrowy wsad włoskie kolumny konwertują w locie na zdecydowanie łatwiej przyswajalny odbiorcy przekaz analogowy, dzięki czemu zamiast wysilonej pracy nad ciągłą analizą nasz mózg może przełączyć się w relaksacyjny tryb błogiego lenistwa li tylko przepuszczając w trybie bypass to, co uszy i pozostałe nasze organy zbiorą dalej bez nawet najmniejszych działań uzdatniających.
Z kolei na zdecydowanie mniej przetworzonych i pozbawionych syntetycznych tętnień nagraniach, jak daleko nie szukając zjawiskowy album „Pieśni Współczesne (live at Cavatina Hall)” Miuosha z Zespołem Pieśni i Tańca Śląsk wrażenie uczestnictwa tylko się potęguje. Raz ze względu na wspomniany brak jakichkolwiek problemów z oddaniem rozmachu spektaklu – im większy skład, tym mocniej Multico łapią wiatr w żagle, a dwa ze względu na fenomenalną głębię sceny, co tylko podkreśla realizm. Proszę tylko zwrócić uwagę na wieloplanowość, złożoność aparatu wykonawczego, która z jednej strony brzmi jak jeden organizm, jednak nie ma najmniejszych problemów z wyodrębnieniem poszczególnych solistów i instrumentów, lecz nie zasadzie bezdusznej ekstrakcji a w pełni naturalnego, znaczy się zgodnego z tym, co zachodzi w realnym świecie podczas obserwacji, jako widz/słuchacz, zatrzymywania wzroku w danym punkcie i łapaniu na nim ostrości.
A co z małymi, kameralnymi składami? Nie mniej ciekawie, gdyż np. na „Gling-Gló” Björk z Tríó Guðmundar Ingólfssonar wspomniana oniryczność i niezdefiniowanie poszczególnych instrumentalistów może przywodzić na myśl konstrukcje omnipolarne. Jednak po chwili akomodacji właśnie taki sposób prezentacji bardzo szybko staje się całkowicie naturalny, gdyż fortepian ma właściwy sobie gabaryt, perkusja też robi co do niej należy a że ich krawędziami nie można się ogolić, to o ile tylko ktoś nie cierpi na nadwzroczność nawet siedząc w pierwszym rzędzie jazzowego klubu takich detali też nie zauważy, czyli wszystko jest w jak najlepszym – zgodnym z naturą porządku a że reprezentującym nieco inne aniżeli większość dostępnych na rynku „konwencjonalnych” konstrukcji punkt widzenia, to już zupełnie inna bajka.

Coś mi się wydaje, że właśnie owa naturalność może stanowić początkowo największy problem przy akceptacji Ubsound Multico ML68 takimi jakimi one są. Zamiast bowiem rozbijać poszczególne składowe na atomy i zastanawiać się jak brzmi bas, jak średnica i co się dzieje na górze pasma po prostu włączamy ulubiony repertuar i delektujemy się muzyką. Podkreślam muzyką a nie odrębnymi składowymi, czy pojedynczymi dźwiękami i niuansami. Jeśli zatem chcielibyście Państwo wrócić do podstaw, do źródeł, kiedy nadrzędną wartością była muzyka jako taka i przyjemność płynąca z obcowania z nią, to tytułowe włoskie kolumienki spełnią Wasze oczekiwania z nawiązką. Jeśli jednak zależeć będzie Wam na skrupulatnej analizie i krytycznych odsłuchach, gdzie przede wszystkim liczy się detal i poniekąd również sprzęt go odtwarzający, to raczej nie ten adres. Jednak aby mieć pewność wystarczy umówić się u dystrybutora na prezentację a jeszcze lepiej zabrać niewielkie Włoszki do siebie na weekend i samemu ocenić, czy to nasza bajka, czy jednak poszukiwania Złotego Grala trwać będą dalej.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II

Dystrybucja: Highendalliance / Audio Anatomy
Producent: Ubsound
Cena: 86 000 PLN/para

Dane techniczne
• Maksymalna moc wejściowa: 400 W
• Sugerowana moc wzmacniacza: od 20W do 360W
• Impedancja: 8 Ω
• Czułość: 93dB (2,83V/1m)
• Pasmo przenoszenia: 21 Hz – 26 000 Hz
• Maksymalne zniekształcenia harmoniczne: < 0,5%
• Bass-reflex: przedni, asymetryczny i zakrzywiony pod kątem 45°
• Zastosowane przetworniki: 4 x 2-drożne 21 cm (8,3’’) Ø współosiowe przetworniki dynamiczne
• Wymiary całkowite (S x W x G): 26 x 92 x 31 cm
• Wysokość stóp: 4 cm
• Waga: 20 kg / szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Skoro, cytując klasyka „po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój” tak po „Lamencie Świętokrzyskim”, którego mieliśmy wielką przyjemność wysłuchać na żywo, przyszła pora na zdecydowanie mniej funeralne „Impresje Świętokrzyskie”. To oczywiście dość daleko posunięte naginanie faktów do pasującej mi w tym momencie narracji, jednak skoro oba projekty łączy pojawiająca się również na „Graduale Wiślickim” postać Łukasza Mazura, to logicznym było, iż to właśnie on stał się wspólnym mianownikiem i swoistym punktem zaczepienia. Punktem o tyle kluczowym, że bazując na dotychczasowych kontaktach a przede wszystkim na tym, co spod jego palców wyszło zbudował u mnie na tyle pokaźny kredyt zaufania, że gdy padła propozycja zrecenzowania jego kolejnego wydawnictwa niejako z automatu i zupełnie bezrefleksyjnie powiedziałem „tak”. Na refleksje czas przyszedł później, gdy zgłębiając temat okazało się, że w ramach autorskiego projektu Luka Mazur Quartet artysta nie tylko postanowił pochwalić się autorskimi kompozycjami, które dziwnym zbiegiem okoliczności nie budziły nawet najmniejszych obaw, co również wziąć na warsztat znane melodie ludowe. Tak, tak, doskonale domyślam się, że właśnie w tym momencie zapaliły się w Państwa głowach ostrzegawcze lampki. Jednak skoro po muzykę ludową z taką ochotą sięgali najwięksi „klasycy”, jak Witold Lutosławski i jazzmani – Zbigniew Namysłowski, około-jazzowo do tematu podeszła Anna Maria Jopek , trudny do skategoryzowania estetyczny tygiel zaproponował Miuosh a z cięższych brzmień Percival Schuttenbach, przy czym efekty ich radosnej twórczości nie sposób, nawet przy wrodzonej złośliwości, uznać za wyroby cepeliopodobne, to i po Łukaszu nie spodziewałem się toksycznego romansu z pstrokatą tandetą. Jak zatem wypadła konfrontacja pomysłów artystów i moich pobożnych życzeń z szarą rzeczywistością?

O tym dosłownie za chwilę, bowiem skoro mamy do czynienia ze stosunkowo nowym bytem scenicznym wypadałoby choćby wspomnieć, iż choć tytułowy krążek oficjalnie pojawił się stosunkowo niedawno (raptem 21 czerwca) a na serwisach streamingowych debiutuje dosłownie dzisiaj (Tidal, Spotify, Apple Music) cały materiał od ponad roku był intensywnie promowany i szlifowany na licznych koncertach (m.in. Studiu im. Budki Suflera w Radiu Lublin, Muzycznej Owczarni w Jaworkach, w galerii Barwy Ziemi, zakopiańskim Kmicicu i Kawiarni Witkacy, na Małej Scenie Kieleckiego Centrum Kultury i również kieleckim klubie Chicago, czy Domu Kultury Polskiej w Wilnie). Jednak nie jest to przysłowiowa świeżynka i repertuar, czy też skład zebrany i powstały ad hoc, na gorąco i spontanicznie, lecz od jego urodzin mija właśnie 10 lat, jednak początkowo część utworów była grana w trio a Łukasz Mazur cały czas poszukiwał odpowiedniego spięcia melodycznego całości, co de facto udało mu się osiągnąć za pomocą grającego na skrzypcach, pochodzącego z Anglii, multiinstrumentalisty Michaela Jonesa. Oprócz mającego na swoim koncie współpracę m.in. z Fiolką Najdenowicz, Leszkiem Biolikiem oraz występy z Nigelem Kennedym czy T Love Jonesa i oczywiście Łukasza Mazura w składzie LMQ znajdziemy również kontrabasistę Maxa Kowalskiego i najmłodszego w gronie perkusistę Kubę Mazura („prywatnie” syna lidera formacji).

A jak z samą muzyką? Cóż, muszę Państwa w tym momencie zmartwić, gdyż niezależnie od tego, czy lubicie, szerokorozumiany jazz i/lub „folkowe” (zdecydowanie lepiej to wygląda aniżeli nasze rodzime „ludowe”) klimaty, to „Impresji Świętokrzyskich” po prostu powinniście, nawet z czystej ciekawości posłuchać. Zamiast bowiem ekshumować archaiczne melodie i próbować trącać struny naszej słowiańskiej wrażliwości LMQ serwuje nam wielce udaną mieszankę własnych, inspirowanych świętokrzyską spuścizną kulturową kompozycji, jak i autorskich interpretacji przekazywanych z pokolenia na pokolenie utworów ludowych. Jednak nie trzyma się kurczowo kojarzonej z nimi anachronicznej estetyki, lecz niejako daje im drugą młodość uwspółcześniając je na drodze wpadających w ucho a przy tym świetnie zagranych i zaśpiewanych, przez zaproszone do projektu gościnie (feminatywy ważna rzecz) aranżacji. I tak na „Matulu Moja” pojawia się Hanka Wójciak, którą część naszych czytelników może kojarzyć z „Zasłony” . Rezultat takiej kooperacji jest niezwykle wyważony, pełen taktu i zachowania oryginalnej „prostoty”, gdzie cudzysłów ma na celu wyzbycie się wszelakich pejoratywnych skojarzeń a zarazem podkreślenie zgodności z natywną melodyką utworu. Pomimo bowiem niezaprzeczalnej liryczności i delikatności wersja LMQ jest zdecydowanie mniej ingerującą w strukturę oryginału interpretacją aniżeli nomen omen świetna „Mother (Matulu)” Grażyny Auguścik z albumu „Past Forward”, czy też aż tak rozbudowaną aranżacyjnie jak ta znana z albumu „Muzyka Polska” Andrzej Jagodziński Trio (również z udziałem Grażyny Auguścik).
O Grażynie Auguścik wspominam nie bez powodu, gdyż zaszczyciła Ona swoją obecnością „Przepióreczkę” a prawdziwą perełką, przynajmniej moim skromnym zdaniem, jest pozornie zupełnie … niepozorna staropolska „Ty pójdziesz górą”, której słowa co bardziej pamiętliwi melomani mogą znać zarówno z najprzeróżniejszych popisów wokalnych, jak i z wtłaczanych w ramach obowiązku szkolnego do głów lektur jak „Nad Niemnem” i „Australczyk” Elizy Orzeszkowej, która najwidoczniej wielce sobie ów utwór upodobała. Tymczasem na „Impresjach …” uwagę zwraca nie tylko fenomenalny wokal Zuzy Gadowskiej (tak, tak zbieżność nazwisk z Arturem Gadowskim nie jest przypadkowa), lecz fakt iż pod ową fasadą niepozorności kryje się prawdziwa kopalnia cytatów, gdzie prawdziwą „wisienką na torcie” jest fragment „Polskich dróg” Kurylewicza. Oprócz niego można jeszcze doszukać się jeszcze trzech według Łukasza a czterech według mnie ;-) inspiracji. Ale tak po prawdzie, na takie smaczki, cytaty i transplantacje można natknąć się na „Impresjach …” co i rusz, gdyż skoro Łukasz Mazur ową świętokrzyską estetyką przez lata nasiąkał i mniej bądź bardziej świadomie chłonął, to chciał, nie chciał przyklejała się ona, bądź wręcz wnikała w jego DNA niejako „skażając” wszystko to, co w formie zapisów nutowych stara się przekazać swoim odbiorcom. Proszę się jednak zbytnio nie obawiać autorskich przeróbek, gdyż każdy z klasyków jest w pełni rozpoznawalny i to nie tylko dzięki warstwie tekstowej, co przede wszystkim nader czytelnej linii melodycznej. Od razu też uprzedzę wszystkich poszukiwaczy sensacji, że autorska kompozycja „Trawa” (na motywach „Zasiołam zieluno”) nie tylko nie jest utrzymana w klimatach reggae, bądź ska, gdyż jej tempo jest tyleż spokojne, co wręcz melancholijne, lecz i sam kompozytor podczas wykonywania wielokrotnie podkreślał, iż tu chodzi o „zwykłą trawę”, więc i na choćby śladowy wpływ THC nie ma co liczyć.

Od strony realizacyjnej warto wspomnieć, że nagrań dokonano w studiu MaQ Records w Wojkowicach i finalny efekt jest na tyle wysmakowany, że z powodzeniem można byłoby określić go mianem audiofilskiego, gdyby nie fakt, iż taka metka mogłaby mu bardziej zaszkodzić aniżeli pomóc. Po prostu dedykowane złotouchym wydawnictwa zaskakująco często są tak nadnaturalnie podkręcone, wyżyłowane i wyczyszczone, że wraz z nomen omen słusznie usuniętymi pasożytniczymi zabrudzeniami i szumami ginie naturalność i flow a muzyka zamiast spójnej całości staje się zlepkiem pojedynczych, wypolerowanych dźwięków. Tymczasem na „Impresjach …” owej antyseptycznej sterylności nie czuć i nie słychać. Tu bardziej mamy do czynienia z klimatem kameralnego live’u, granego na totalnym luzie jamu, gdzie nikt nigdzie się nie spieszy, zamiast iście onanistycznych solowych popisów nadrzędny staje się dialog i to zarówno pomiędzy samymi muzykami, jak i pomiędzy składem, z reguły reprezentowanym przez Łukasza, a słuchaczami. Ponadto akcent postawiono na delektowanie się, zabawę znanymi melodiami i mówiąc lapidarnie muzykowanie. Nie ma tu jednak, nawet delikatnej nonszalancji zamiast której można odnotować niezwykłe wyciszenie i iście stoicki spokój, który płynie ze sceny i udziela się odbiorcom. Nie jest to jednak efekt zwiotczenia, czy spowolnienia jak po pavulonie, lecz właśnie wynikającej z technicznej wirtuozerii swobody artykulacji. Delikatnie muskane blachy, czy uderzenia w werbel są czytelne i natychmiastowe, z bardzo sugestywnym długim finiszem. Podobnie fortepian o właściwym sobie gabarycie – wyraźnie słyszalny jako największy wśród wykorzystanych w nagraniu instrumentów. Ciekawie, znaczy się prawdziwie i zgodnie z rzeczywistością zostały „zdjęte” skrzypce/altówka, którym trudno zarzucić braku ekspresji i swobody a jednocześnie daleko im do przesłodzonych i gładkich dźwięków jakimi nader często okraszane są wszelakiej maści samplery. A tu tego wygładzenia nie ma, dzięki czemu wyraźnie słychać jak i skąd w skrzypcach/altówce konkretne dźwięki się biorą. Jedyne „ale” jakie przychodzi mi na myśl dotyczy partii kontrabasu, któremu co prawda nie sposób zarzucić braku idealnej równowagi pomiędzy mięsistością a kontrolą, jednak skoro mamy do czynienia z jego elektryczną odmianą, to i próżno rozglądać się tu za pracą pudła, które zostało ograniczone do niezbędnego minimum przez co z łatwością można doszukać się w nim cech wspólnych z również posiłkującymi się elektrycznym wspomaganiem gitarami basowymi. Ale tak jak wspomniałem, to jedynie moje wybitnie subiektywne czepialstwo, tym bardziej, że np. u Michela Godarda obecność elektrycznego basu nawet największym ortodoksom nie przeszkadza. Złego słowa nie powiem za to na scenę, która może nie poraża jakąś ponadnormatywną przestrzennością, jednak wystarczy sobie uświadomić, iż po pierwsze mamy do czynienia z kwartetem a po drugie nagraniem studyjnym, w dodatku dokonanym w pomieszczeniu, co można wywnioskować z dostępnych zdjęć, o dość oszczędnym pogłosie, więc gdyby nawet jakieś bonusowe „hektary” miałyby się pojawić, byłby to przejaw ewidentnej ingerencji w materiał źródłowy. A tak jest po prostu prawdziwie, bez sztucznych fajerwerków i próby oszołomienia słuchacza.

W ramach podsumowania napiszę tylko tyle, że „Impresje Świętokrzyskie” Luka Mazur Quartet, to album który wypada nie tylko mieć (na półce, w ulubionych na Tidalu), lecz również znać. Choć coś czuję w kościach, że w większości przypadków raz odsłuchany raczej nieprędko opuści odtwarzacz CD / playlistę szczęśliwego nabywcy, gdyż poprzez wspomnianą naturalność zarejestrowana na nim muzyka koi i sprawia, że wreszcie możemy choć na chwilę się zatrzymać i złapać właściwą perspektywę do otaczającego nas pędu. Szkoda tylko, że tego typu wydawnictwa muszą zmagać się z prozaicznymi problemami pozyskiwania funduszy na ich realizację, gdy do reprezentantów gatunków muzycznych nijakiego związku z kulturą niemających środki finansowe płyną wartkim strumieniem. Nie ma jednak co marudzić, tylko cieszyć się z faktu, iż takowy album koniec końców się ukazał jednocześnie życząc całej ekipie LMQ dalszych sukcesów i samozaparcia w dążeniu do obieranych sobie celów.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Mam nadzieję, iż na bazie kilku lat czytania moich wynurzeń znakomicie wiecie, że jazz to mój konik. Jednak jak wiadomo, jazz jazzowi nierówny i mimo hołubienia tego nurtu zdarzają się produkcje nie do końca wpisujące się w indywidualne oczekiwania. Jakie konkretnie? Nie jestem w stanie dokładnie ich zaszufladkować, gdyż czasem chodzi o ogólny soniczny pomysł na wizerunek danego bandu, a innym razem zbyt ambitne podejście do interpretacji podjętego tematu nawet bardzo lubianego składu. Co mam na myśli pisząc zagadkowo o „zbyt ambitnym podejściu do podjętego tematu”? Co prawda przewrotnie, bo jako pozytywny przykład jak tego uniknąć, ale już zdradzam, gdyż temat idealnie pasuje do clou dzisiejszego spotkania, czyli zaproponowanej do oceny od strony tak muzycznej, jak i realizacyjnej najnowszej płyty formacji Luka Mazur Quartet „Impresje świętokrzyskie”. Płyty w jazzowy sposób próbującej przybliżyć nam ludową twórczość regionu świętokrzyskiego, która dzięki znakomitemu wyważeniu ilości cech regionalnych w stosunku do stricte jazzowych w pozytywnym tego słowna znaczeniu wręcz zmusiła mnie do jakże przyjemnego w odczuciach kilkukrotnego przesłuchania jej od początku do końca. I co ciekawe, bez mogących odsunąć ją od następnych odsłuchowych podejść, jakichkolwiek oznak przesytu.

Jak informuje nas tytuł, materiał rozprawia o świętokrzyskim folklorze. Na szczęście muzycy ową ludowość wpletli w materiał bardzo umiejętnie, gdyż po pierwsze – w formie bardzo zbliżonej do oryginału wykorzystali ją stosunkowo symbolicznie – trzy pieśni z jazzowym akompaniamentem, a po drugie – zaprosili do ich wykonania trzy znakomicie wypadające w tej roli panie – Hankę Wójciak, Zuzę Gadowską i Grażynę Auguścik. Przyznam się, że przed odsłuchem obawiałem się przesytu tego typu wrzutek, jednak po kilkukrotnym zapoznaniu się z materiałem z przyjemnością informuję, iż są pewnego rodzaju niezbędnymi przerywnikami. Przerywnikami czegoś, co dla mnie jest najistotniejsze. Co takiego? Kilka aspektów. Od różnorodności tempa rozgrywających się opowieści, co znakomicie oddawało raz radość, a innym razem powagę granego tematu. Przez znakomite wplecenie w muzykę instrumentów strunowych – altówki i skrzypiec, które dla mnie przy bardzo dobrym występie całej formacji, mimo wszystko są solą zawartej na tej płycie muzyki. Po jak można się spodziewać skażonym przywiązywaniem wagi do jakości nagrania słuchanej muzyki melomanie-audiofilu, znakomitą realizację całości od strony masteringu. W sobie tylko znany sposób wszystko świetnie się zazębia, sprawiając nieodparte wrażenie równości każdego scenicznego bytu. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie próbował wskazać najmocniejszego akcentu tego materiału, którym dzięki świetnej jakości realizacji płyty, przy całej świetności pracy pełnej sekcji instrumentów, na pierwszy plan w moim odczuciu wychodzą wspomniane skrzypce i altówka. Dlaczego wygraną obydwu instrumentów wiążę z jakością produkcji płyty? Dla mnie to banał, jednak dla niewtajemniczonych zdradzę, iż właśnie dzięki ciężkiej pracy masteringowca są w stanie podkreślić zawarte w muzyce emocje. Nie „jęczą” jednostajnie malując nam nudny muzyczny świat, tylko będącą pokłosiem dbałości producenta o pełne spektrum informacji wielobarwnością każdego, czy to szybkiego, czy wolnego, raz mocnego, a innym razem jedynie muskającego struny, pociągnięcia smyka stawiają kropkę na „i” danego utworu. Bez tej palety dłuższych i krótszych wybrzmień, nieskończonej ilości kolorów oraz różnorodnej energii płyta emocjonalnie byłaby jednostajna. Tymczasem okazuje się, że raz tryska radością, czasem nostalgią, a nawet liryką, co ze śpiewanymi przez wspomniane artystki stricte ludowymi kontrapunktami pozwala raz głębiej, a raz płyciej, dzięki temu interesująco zderzyć słuchacza z przecież na swój sposób bardzo ciekawym, jednak często traktowanym po macoszemu repertuarem ludowym.

Dla mnie płyta formacji Luka Mazur Quartet „Impresje świętokrzyskie” jest w pozytywnym tego słowa znaczeniu totalnym zaskoczeniem umiejętnego połączenia czegoś, co z uwagi na dorobek naszych przodków bez problemu, ale jednak tylko toleruję – chodzi o twórczość naszych dziadków i babć, z czymś, za czym na co dzień tęskni moja dusza – to chyba nie tajemnica, że piję do mainstreamowego jazzu. Jak odbierzecie to Wy, ciężko jest mi wyrokować. Jednak jeśli przyjrzycie się tej produkcji od strony mojego postrzegania świata muzyki – przypominam o pozwalającym usłyszeć pełne spektrum pracy każdego instrumentu z wokalizą włącznie – ważnym aspekcie jakości dźwięku, jestem więcej niż pewien, że jeśli w niej się nie zakochacie, to przynajmniej docenicie kunszt muzyków. A, że z łatwością potrafią zaczarować nawet tak zmanierowanego słuchacza jak ja, powyższy opis jest tego dosadnym przykładem.

Jacek Pazio

Luka Mazur Quartet tworzą:
Łukasz Mazur – fortepian (instrumenty klawiszowe)
Michael Jones – skrzypce, altówka
Max Kowalski – kontrabas elektryczny
Jakub Mazur – perkusja

Lista utworów:
1. OBERNOWY
2. MATULU MOJA
3. MooJ OBEREK
4. MooJ KUJAWIAK
5. KUJANOWY
6. TY PÓJDZIESZ GÓRĄ
7. JUNGLE
8. TRAWA
9. PRZEPIÓRECZKA
10. OBEREK LOTNY

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Vermöuth Audio Studio Monitor

Opinion 1

I am probably not revealing any secret, when I claim that the pro-audio and audiophile circles treat each other with some safe distance, if not to say cold. The one and the other party look at each other’s doings and check those in their own field, but in general you can easily assume, that the representatives of both sides know what they know and are doing everything their own way. Of course there are some exceptions to the rule, like for example Amphion, and the Polish Sveda Audio, or Bryston, companies that do not care about the animosities and manufacture their products for both markets, just giving the customer a choice – if they want the “civilian” or the “professional” product – often offering a rack mount and handles. Yet this kind of “borrowings” and transfers of “foreign cultures” to their own backyard happen from time to time, what can be confirmed by, for example, the presence of the Bowers & Wilkins 800 series speakers in the Abbey Road Studios, or the popularity of the clocks and re-clockers from Mutec in the civilian systems of refined audiophiles. Yet it is hard to be surprised by that, as when we listen to music using devices that were also used during the recording process, this can be called an ideal situation. We can finally have a chance of hearing the same thing, the person responsible for the recording did. And following this trope we were very enthusiastic, when we received the proposition of the Gliwice based 4HiFi to test loudspeakers, that connect both worlds, in a way of speaking, the pro-audio with the civilian Hi-Fi/High End. I am talking about the Indonesian Vermöuth Audio Studio Monitor, a product from the brand, that for most will be associated with audiophile cables. However Hendry Ramli did not sit still in the meantime, and broadened the company portfolio with loudspeakers. And we would like to invite you to a meeting with those.

Already the process of applying the Vermöuth in our system, which you can see in the unboxing session, showed us clearly, that the Bali manufacturer approaches the care of their products with appropriate care, as each of the speakers was packaged in a solid, wooden box and secured with foam profiles and textile covers. The speaker boxes present themselves in a very elegant way. The timeless piano-black finish and skinny looks do the trick. Similarly to the “necked” and slightly concave fronts with the three drivers in a d’Appolito arrangement. And while the loudspeakers can be regarded as exotic, just looking at their provenience, but the choice of drivers is also not so obvious. The ceramic Accuton C173 do not need any special introduction, but the ribbon tweeter placed between them, is absolutely no mainstream. It is a … Serbian driver RAAL 70-20XR AM. Also intriguing is the way the company handled the bass-reflex ports, as rectangular ports were placed on the interior side walls, what sets which loudspeaker is the left and which is the right one. Why this solution? Well, it comes from the planned usage. It turns out, that many times in recording and mastering studios there is not enough space to allow the speakers to be positioned in appropriate distance from the back wall, and the presence of ports on the front does not add to their looks. This results in the need to place those vents on the side panels. On the other hand, the main portion of the back panel is covered by a metal plate with single, proprietary wire terminals, made from rhodium plated telluric copper. Behind the plate there is a large cross-over, which can be ordered in one of the four advancement levels. From the description on the boxes we learned, that the version we received is called “Upgrade 2”. This means we have the capacitors in the treble section in a better spec than the basic ones, but in the next level we would get the legendary Duelund, and in the top version those are covered in resin and placed outside of the chassis, what completely eliminates the influence of vibrations. The cross-over frequency is set to 1.75kHz, so we have here a two-way system with quite sufficient sensitivity of 89dB and a friendly impedance of 8Ohm with a 6.2Ohm minimum. This will not cause panic to users of tube amplifiers, but you should take into account the manufacturer’s recommendation to use amplifiers of 50W or more.
Additionally, taking into account their studio-civilian nature of the VASM (Vermöuth Audio Studio Monitor) they are available in both versions, an active and a passive one. The latter is the one we got for testing. The cabinets are made from MDF and have multiple internal reinforcements, although the cabinet itself is already very sturdy. The front is 50mm thick, the side walls 25mm and the remaining ones, as well as the internal reinforcements 18mm. The speakers have also a separate chamber for the cross-over or amplifier. Interestingly, in the Internet you can find the blueprints for the loudspeaker cabinets, with detailed dimensions, so if you feel confident in your handwork, you can create a safety copy of those quite easily.

And how do the VASM sound? I could say, that they are surprisingly close to the top line of the Bali made cables, the Reference. It is very good and natural – in the organic sense, without any artificiality and strain, they combine sensual darkening with high resolution. But this does not mean, that the Vermöuth sound dark, or even withdrawn, not at all, they supply the full package of information without any desire to emphasize on the treble, or upping it to achieve apparent increase of the volume of the reproduced information, while in fact this would boil down to accenting the detail and edges and making listening much less comfortable. And the comfort of listening to the VASM is above average. To better show you this, seemingly minor, difference I will resort to an example from a different realm. If you would imagine a text read by two different lectors – one with a lot of emphasis on the way it is interpreted, and another one, where the text is not obscured by the form, but presented in full, with perfect pronunciation – then the tested speakers will absolutely be in the second camp. But returning to our, audiophile, grounds, a similar sound culture was represented by the Estonian Estelon, a brand, which does currently not have a distributor on the Polish market. But now I need to verify, how this euphonia influences the repertoire and sounds, that are not usually associated with it, so I reached out for the blues-rock disc “Signs” by Jonny Lang, where the electronically processed, almost garage “filthy” guitar and the matte, quite hoarse vocals, that is much closer to the younger Brian Adams in terms of age, than to Tom Waits or Keith Richards, come together in a rough mixture. And you need to add to that the rounded, fat base and quite old-school keyboards supported by drums and percussion, able to give a kick and where the cymbals also are not being spared. This very diverse mixture the Vermöuth are able to place on a nice bass foundation, nicely surprising with downward reach and control, stabilize with very well saturated midrange and allow the golden treble to shine. Is this not a bit too romantic and sweet? Only seemingly, because this is not a mellow goop, but certain, discreet toning of the overly offensive accents in favor of reproducing a coherent whole. And additionally they keep the mentioned roughness, which in this case, is a confirmation of the full picture of the texture of the individual sounds, but without the artificial, forced emphasis on granularity, which does not help anything besides fatiguing the listener.
So the question becomes legitimate, if this sound signature, so close to the Reference cable series can coexist with the company cabling? And here, based on absolutely my personal preferences, I would claim, that as this combination may be appealing for a subset of listeners, especially those who have systems that are overly eager in serving sibilants and approaching the reproduced recordings with an exaggeratedly analytic way, for those with more balanced systems this could become too sweet. This is the reason, that I performed most of my listening with the Korean Hemingway Z-core∑ instead of the Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable. Because it turned out, that their phenomenal dynamics and the ability of differentiating even the smallest nuances created such a synergetic effect with the Bali loudspeakers, that I decided that searching for other solutions is pointless.
But returning to music, to the more lyrical approach to prog-metal “Resident Human” by Wheel or the classic – “Lateralus” by Tool, it was clearly audible, that the mentioned darkening does not result in losing any details or the ability of having an in-depth insight into the recording, even in the most dense arrangements. And it does not matter if we are talking about densely woven guitar riffs, or the polyrhythmic sounds of the drums and percussion supported by ecstatic bass plucks, the Vermöuth placed the mosaic together with enormous attention, at first allowing the listener to get acquainted with the played music as a whole, and then, when you were getting deeper into the recording, presented the subsequent tastes and nuances. Additionally you did not find any overblown aggression or offensiveness in those, quite neck breaking recordings, which sometimes approached cacophony (at least for listeners not used to those climates). There was as much energy in the reproduced sound as needed to be, but without any need to artificially up the tempo. And what about classical and other civilized genres? It was absolutely not worse, and I can feel it in my bones, that most of the potential buyers may think it was better, as with opera arias (“Antonio Vivaldi” by Cecilia Bartoli) and in micro-ecosystems of chamber ensembles (“Just the Two of Us” by Caecilie Norby and Lars Danielsson) the Studio Monitor could slowly weave their tale, showing the music lovers the tastier parts of the music coming from their drivers.

And here we come to the essence, namely the very harmful stereotypes, which, let us be frank, come from inability of using the drivers properly, telling us about the ceramic speakers being matte or ribbon tweeters being garish. The Vermöuth are telling us the opposite, as when I compare them to the more “typical” competition, using paper/textile membranes, the Bali made speakers place those in a very difficult spot. This is the reason, that despite utilizing Accuton drivers and the RAAL ribbon, the Vermöuth Audio Studio Monitor can be seen as the incarnation of refined musicality and very satisfying resolution and dynamics, a proposal almost ideal for all of you, who are looking for emotion and pleasure in music, and do not try to split the hair in four.

Marcin Olszewski

Opinion 2

It is well known, that any manufacturer of any kind of audio accessory, when he or she tries to enter the consumer market, has a sound master in his or her head. In theory everybody wants to reproduce the sound of live music, but it is known, that every homo sapiens has a different opinion on the same theme, and secondly, different methods of achieving the same result. But what am I hinting at? Of course to the fact, that some manufacturers offer only one kind of product, while others have more. Most companies tries to satisfy the needs of the consumers with only one range of products, being it cables, speakers or electronics, while others try their skills on many different fronts. And the latter is one we will have a look at today. I am talking about the well-known, at least for our readers, manufacturer from Bali, from whom we tested a wide range of cables, but now, thanks to the Gliwice based distributor 4HiFi, provided us with the stand mount speakers Vermöuth Audio Studio Monitor.

As you can see on our pictures, the tested speakers are designed to be placed on a stand, but compared to some other representatives of that group, they are quite big. This is a result of the manufacturer trying to have them reproduce large sound, devoid from distortion. This is why with the quite narrow fascia, shaped to counteract the detrimental influence of wave diffraction and equipped with three drivers in d’Appolito setting – where the mid-woofers from Accuton are placed around the RAAL ribbon, the speakers are exceptionally high and deep, to allow properly low reaching bass. An interesting touch is the not so typical placement of the bass-reflex ports, as the rectangular ports are placed on the inside wall of the cabinet. The back panel is just equipped with a single pair of wire terminals and carries the logo and model name. Finalizing the paragraph about the technicalities I need to mention, that the tested speakers are a two-way construction, with the declared frequency response from 44Hz to 55kHz at +/- 3dB and sensitivity of 89dB. For transport, the Bali beauties are placed inside cotton bags and packaged in wooden boxes covered with profiled foam.

Moving on to the main topic, the approach to sound according to Vermöuth Audio, the first thing I need to communicate, is the fact, that I need to fully deny the common opinion, that ceramic drivers are aggressive or have washed out timbre. Yes, if someone is not able to apply them properly, the final effect may be the confirmation of the stereotype I recalled earlier. Fortunately the owner of the company had sufficient experience gained from making audio cables, to acknowledge, that good sound is colorful sound, full of unobtrusive shine and emotion. And he was able to achieve this brilliantly. The music never crossed the borderline of good taste in terms of expressiveness, while having nice plasticity, a sound stage extending in all directions, typical for stand mount speakers, and due to proper amount of saturation, it presented a surprisingly palpable spectacle. What is very important in this kind of speakers, despite a solid amount of bass, for the size of them, it was never the leading part of the sound in the spectacle unfolding in my room. Yes, compared to the full-range Gauder, you could hear the effort put into creating appropriate amounts of it, but without signs of losing breath, or pumping. In my perception, the tested speakers touched the right spot of consensus between the minimum required package, and the one that could be generated without deterioration to showing the joy included in the played music. This is not easy even for big speakers, the more praise is due for not falling into the low frequency traps.
To confirm this state of the m