Choć zwykło się mówić, że „do trzech razy sztuka” to już nawet średnio rozgarnięty przedszkolak z autopsji wie, iż chodzi raczej o podejmowanie do skutku prób osiągnięcia wyznaczonego celu, aniżeli liczenie na łut szczęścia. Dlatego też, kiedy za pierwszym razem tytułowy bohater trafił do nas wśród dziesiątek, jeśli nie setek, kilogramów elektroniki tworzącej jeden z tzw. systemów marzeń (tym razem Chario/Octave/Siltech) a prawdopodobnie z racji natłoku wrażeń jego obecność po prostu nie była na tyle ewidentna, żebym zdążył brzydko mówiąc położyć na nim łapę i zostawić sobie na odrębny test uzbroiłem się w cierpliwość i spokojnie obserwowałem rozwój wypadków. Całe szczęście łaskawy los dał mi drugą szansę i tym razem już refleks mnie nie zawiódł, więc zamiast opisywać sugerowany przez krakowskiego dystrybutora firmowy zestaw Ayona w składzie CD-3sx plus Spitfire uznałem, że każdemu z ww. urządzeń należy się odrębna recenzja. O ile jednak wrażeniami z odsłuchu Spitfire’a dzieliliśmy się w połowie stycznia, to z CD-kiem wolałem chwilę poczekać. W końcu co za dużo to niezdrowo i nie każdy lubi sytuacje, gdy gdzie by nie spojrzał wyskakuje ta sama marka. Jednak dwa tygodnie to okres, na tyle bezpieczny, by bez perspektywy przesytu zaprezentować kolejny nader namacalny przykład austriackiej myśli technicznej i przekonać się cóż takiego Gerhard Hirt ma do powiedzenia w domenie cyfrowej.
Ayon CD-3sx, podobnie jak mój dyżurny CD-1sx, należy do trzeciej i zarazem, przynajmniej na razie, ostatniej generacji odtwarzaczy cyfrowych austriackiej maufaktury. W porównaniu do swoich protoplastów zmiany wynikające z ewolucji dotknęły układ wyjściowy, napęd, sekcję DACa, analogową regulację głośności i oczywiście zasilacz. Jeśli zaś chodzi o mniejszego brata, którego z powodzeniem użytkuję na co dzień to sprawa wygląda tak, jakby to co kluczowe zostało poprawione, powiększone, czy wręcz zdublowane. Dzięki temu w stopniu wyjściowym pracują nie dwie a cztery triody 6H30 a w zasilaniu kwartet lamp 6Z4. W dodatku sekcja przedwzmacniacza doczekała się analogowej, a nie jak w CD-1sx cyfrowej, regulacji głośności. Powyższe zmiany zaowocowały delikatnym wzrostem gabarytów odtwarzacza, lecz proszę się zawczasu nie martwić, bo wysokość i szerokość pozostały bez zmian a jedynie głębokości przybyło 6cm. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest wspólna dla obu konstrukcji pojedyncza kość przetwornika Sabre ESS9018, za którym znajdują się wzmacniacze operacyjne AD797. Za obsługę interfejsów cyfrowych odpowiada taki sam jak w Stratosie układ XMOS.
Z premedytacją część dotyczącą budowy i walorów natury estetycznej rozpocząłem od detali dotyczących trzewi, gdyż jak to w przypadku Ayona mając na koncie choćby po jednym opisie odtwarzacza i wzmacniacza można spokojnie dokonując recenzji kolejnych stosować metodę „kopiuj/wklej”. Po prostu z jednej strony takie są uroki możliwie daleko posuniętej unifikacji optymalizującej koszty własne (producenta nie recenzenta) a z drugiej nad wyraz charakterystyczna szata wzornicza i przez lata doprowadzone niemalże do perfekcji detale powodują oczywistą i praktycznie bezcenną rozpoznawalność Ayonów. Zatem jedynie z kronikarskiego obowiązku nadmienię, że CD-3sx jest klasycznym top-loaderem z centralnie umieszczonym napędem Stream Unlimited przyozdobionym akrylową, ciężką pokrywą, wyposażonym w niewielki krążek dociskowy uzbrojony w niewielkie magnesy zwiększające jego skuteczność.
Cały korpus wykonano z masywnych, szczotkowanych i anodowanych na czarno profili aluminiowych, w których wyfrezowano a następnie zabezpieczono chromowanymi siatkami otwory wentylacyjne zapewniające możliwie największy komfort termiczny ukrytym wewnątrz lampom. Z detali, których na pierwszy, jak i kolejny, rzut oka spostrzec nie sposób osobom nieobeznanym ze zwyczajami marki wspomnę o włączniku sieciowym znajdującym się na spodzie urządzenia w okolicach lewej przedniej nóżki i … uaktywniających się po przełączeniu Ayona w tryb „Direct Amp” małych przełącznikach –odrębnych dla lewego i prawego kanału, zlokalizowanych w pobliżu tylnych nóżek umożliwiających obniżenie poziomu wyjściowego o -6dB. Zanim jednak przejdziemy do opisu hebelków i przełączników wypadałoby dokończyć omówienie interfejsu z pomocą którego odtwarzacz komunikuje się z otoczeniem. A ma o czym informować, gdyż czerwony wyświetlacz dot-matrix informuje nie tylko o standardowych danych odtwarzanych krążków, ale i o upsamplingu, wybranych filtrach, rodzaju (PCM/DSD) sygnału wejściowego, jego parametrach, wybranym wejściu a gdy uaktywnimy regulację głośności również o jej nastawach. W tym momencie warto pamiętać o dość istotnym drobiazgu. W Ayonie -60 oznacza całkowite wyciszenie a „0” maksymalną głośność.
Przyciski nawigacyjne znalazły się na płycie górnej w dedykowanych niewielkich podfrezowaniach. Nie zapomniano o charakterystycznych podświetlanych aureolkach, szalenie ułatwiających obsługę urządzenia podczas wieczorno – nocnych odsłuchów, gdyż z miejsca odsłuchowego ich nie widać, a więc nie rozpraszają (podobnie jak przyciemniony, bądź całkowicie wyłączony wyświetlacz), za to przy wymianie płyty nie trzeba radzić sobie po omacku. Mała rzecz a cieszy.
Tylna ściana niezbyt przypomina zadek typowego odtwarzacza. Zdecydowanie bliżej jej do widoku, do jakiego przyzwyczaiły nas rozbudowane procesory/przedwzmacniacze. Nie ma jednak co wpadać w panikę, bo wszystko rozmieszczone jest nie tylko w idealnym porządku, ale i zgodnie z logiką a co najważniejsze z ergonomią. Centralnie umieszczone gniazdo zasilające jest na tyle nisko, że nawet najgrubszy przewód nie powinien przeszkadzać pozostałej – sygnałowej kabelkologii. Na obu skrajach umieszczono analogowe gniazda wyjściowe w standardzie RCA i XLR. Tuż obok wyjść dedykowanych prawemu kanałowi usytuowano sekcję trzech par wejść analogowych (tylko RCA). Część centralną we władanie wzięły interfejsy cyfrowe. Co prawda wyjście jest tylko jedno – pod postacią Coaxiala, ale za to w wejściach możemy przebierać jak w ulęgałkach, gdyż do wyboru mamy AES/EBU, coaxiala, optyczne, I2S w standardzie Ethernet (RJ45), USB, oraz dedykowane transmisji DSD 3 terminale BNC (DSD-L&DSD-R, oraz WCK dla Worldclocka). To jednak nie wszystko, gdyż wypadałoby choćby wspomnieć o sekcji czterech hebelkowych przełączników odpowiedzialnych za nastawy fazy, wzmocnienia, trybu pracy i uaktywnienia wyjściowych terminali sygnału analogowego. Przy czym o ile w przypadku ostatniego przełącznika mamy do wyboru trzy opcje RCA, XLR i XLR/RCA, to sam producent uczciwie uprzedza, iż jednoczesne uaktywnienie obu wyjść wiąże się z kompromisem brzmieniowym. Powyższy opis nie byłby jednak kompletny gdybym pominął niewielką czerwoną diodę informującą o prawidłowej polaryzacji zasilania.
Przesiadkę z 1-ki na 3-kę można porównać do odebrania swojego dobrze znanego i tak już firmowo bogato wyposażonego auta sportowego ze specjalistycznego serwisu zajmującego się tuningiem. Od razu zaznaczam, że nie mam w tym momencie na myśli przysłowiowego „pana Mietka”, który wstawiając wystrugany w piwnicy karykaturalny spoiler, oklejając karoserię jadłospisem z pobliskiej azjatyckiej jadłodajni i w przypływie wrodzonej dobroci zafunduje nam „rasowy”, czyli przerażająco głośny wydech poklepie po plecach stwierdzając „Będzie pan zadowolony”. O nie, nic z tych rzeczy. Dostajemy bowiem może nie to samo, bo zdecydowanie lepsze, ale bezsprzecznie i w 100% firmowe brzmienie, jednak już od pierwszych taktów na słyszalnie wyższym poziomie. Niby wszystkiego jest więcej, ale absolutnie nie można mówić o sztucznej gigantomanii, czy wręcz powiększaniu źródeł pozornych. Tu chodzi raczej o metodę drobnych kroczków, niuansów sprawiających, że reprodukowany obraz, a więc prezentowana przez odtwarzacz całość jest bardziej wierna oryginałowi, bądź jak kto woli temu, co w materiale źródłowym zostało zapisane. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż o ile w przypadku naturalnego instrumentarium z większą, bądź mniejszą dozą prawdopodobieństwa (wszystko zależy od tego jak często mamy kontakt z muzyką graną na żywo) możemy ocenić fakt zaistnienia, oraz intensywność przeskalowania o tyle np. na „The Very Best Of Enya”, czy „Anastasis” Dead Can Dance ilość użytej elektroniki nastręcza pewne trudności. Na CD-3sx wszystko jest bardziej namacalne, realne, rzeczywiste i to nie poprzez sztuczne podbicie kontrastu, czy wykonturowanie, lecz poprzez pewną organiczną spójność i harmonię. Przecież patrząc zarówno na panoramę Alp w mroźny, słoneczny zimowy poranek, jak i na architektoniczne dokonania Antonio Gaudi’ego spacerując po leniwie budzącej się ze snu Barcelonie nie szukamy przysłowiowej dziury w całym, lecz kontemplujemy piękno i skończoność – kompletność rozpościerającego się przed naszymi oczyma widoku. Tak samo jest z tytułowym odtwarzaczem. Zamiast dokonywać bezdusznej analizy dostarczanego mu sygnału stawia na jego syntezę, homogenizację, przy czym nie popełnia grzechu uśredniania. Potrafi zatem bardzo wyraźnie pokazać różnice zarówno w sposobie realizacji, jak i jakości dostarczonej strawy muzycznej. Przykładowo wspomniane przed chwilą „Anastasis” DCD na Ayonie brzmi potężnie, monumentalnie i niestety z wyraźnie przesadzonym fundamentem basowym, lecz … tak właśnie ten album został zarejestrowany i obarczanie winą za finalny efekt brzmieniowy austriackiego odtwarzacza jest równie zasadne jak zgłaszanie pretensji do garbatego, że ma proste dzieci. Wystarczy bowiem sięgnąć po fenomenalne wydawnictwa „Tartini secondo natura” i „The Devil’s Trill” Palladians, by natychmiast zyskać pewność, że jeśli chodzi o balans tonalny i szeroko rozumianą wierność oryginałowi to 3-ka jest bardzo, ale to bardzo bliska ideałowi. Barwa, spokój, oddech i fenomenalne oddanie klimatu to wszystko dostajemy w pakiecie i co najlepsze to wszystko jest na wyciągnięcie ręki.
Nie można jednak 3sx-a traktować li tylko w kategoriach zwykłego dyskofonu, gdyż byłoby to dla niego szalenie krzywdzące. Nie po to Gerhard Hirt wraz ze swoim zespołem zaimplementował w nim nad wyraz rozbudowaną sekcję przetwornika i potrójną baterię interfejsów analogowych, żeby ich nie wykorzystywać. Dlatego też z radością śpieszę donieść, iż decydując się na zakup tytułowego urządzenia do pełni szczęścia potrzebować będziemy jedynie odpowiednio (adekwatnie?) wyrafinowanej końcówki mocy i kolumn. Kwestię okablowania litościwie przemilczę, gdyż nie raz i nie dwa miałem okazję się przekonać, że austriacka elektronika nie ma za grosz skrupułów i niezależnie jak high-endowymi drutami ją zepniecie to w 99,9% pokaże ich potencjał. Co ważne nie grymasi przy tym i nie wybrzydza, więc nie miejcie Państwo skrupułów, by we własnych czterech ścianach zweryfikować efekty eksperymentów zarówno ze srebrnymi, jak i miedzianymi kombinacjami. W dodatku zarówno u siebie – podczas testu, jak i w kilku zaprzyjaźnionych systemach (okazało się, że jest to całkiem popularny wśród okolicznych złotouchych model) trudno mi było przyczepić się do czegokolwiek sensownego oprócz braku XLRów na wejściach analogowych. Dynamika, barwa, precyzja w kreowaniu sceny i lokalizacja źródeł pozornych zasługiwały na najwyższe noty. Zero utraty detali, mikroinformacji, czy tak ukochanego przez audiofilów planktonu dającego namiastkę poczucia bytności w sali koncertowej, czy studiu nagraniowym. Dodając do tego wyeliminowanie dodatkowego urządzenia w torze i kolejnych połączeń kablowych (vide – wydatków) okazuje się, że tego typu integracja niesie ze sobą wyłącznie zalety.
Podobnie ma się sprawa z wbudowanym DACiem. Niestety nie dysponując odpowiednim transportem zdolnym wykorzystać dobrodziejstwa terminali BNC pozostałem wierny laptopowi, z którego po USB dokładnie jak w przypadku swojej 1-ki mogłem z powodzeniem karmić 3-kę wszelakiej maści plikami. Różnicowanie jakości i „gęstości” było oczywiste. Im wyżej wspinaliśmy się po szczeblach drabiny PCM/DXD/DSD tym dźwięk stawał się bardziej swobodny, organiczny. W dodatku nie zachodziło tzw. zjawisko antyseptyczności, czy wyjałowienia wynikające z wręcz laboratoryjnej sterylności, lecz zmiany szły raczej ku znanej z codziennego życia oczywistej rozdzielczości obserwowanego wydarzenia w możliwie idealnych warunkach oświetleniowych.
Nie bez kozery Ayon CD-3sx znajduje się na samym szczycie listy konwencjonalnych odtwarzaczy austriackiej maufaktury z Gratkorn. Jest urządzeniem nie dość, że wybitnym sonicznie, to w dodatku kompletnym pod względem użytkowym – mogącym z powodzeniem stać się prawdziwym sercem rasowego high-endowego systemu. Systemu, w którym wyeliminowanie standardowego przedwzmacniacza i zewnętrznego DACa pozwoli do minimum ograniczyć ilość okablowania a zaoszczędzone środki przeznaczyć na końcówkę mocy, kolumny, czy tor analogowy.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Nautilus / Ayonaudio.pl
Cena: 26 900 PLN (29 900 PLN – edycja specjalna na lampach 6H30DR NOS)
Dane techniczne:
Parametry pracy przetwornika: 192 kHz/32 bity + DSD
Lampy: 6H30, 6Z4
Dynamika: > 118 dB
Napięcie wyjściowe (1 kHz/0,775 V, -0dB, Low): 0 – 2,5 V/zmienne
Napięcie wyjściowe (1 kHz/0,775 V, -0dB, High): 0 – 5 V/zmienne
Impedancja wyjściowa RCA: ~ 300 Ω
Impedancja wyjściowa XLR: ~ 300 Ω
Wyjście cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA)
Wejścia cyfrowe: 75 Ω S/PDIF (RCA), USB – 24/192 kHz + DSD, I2S, AES/EBU, TosLink, 3 x BNC dla DSD:
Stosunek S/N: > 118 dB
Pasmo przenoszenia (CD): 20 Hz – 20 kHz +/- 0,3 dB
THD (1 kHz): < 0,001%
Pilot: tak
Wyjścia analogowe: RCA & XLR
Wymiary (SxGxW): 480 x 390 x 120 mm
Waga: 17 kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000; RCM Sensor 2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Pass INT-250; Ayon Spitfire
– Końcówka mocy: Abyssound ASX-2000
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Parafrazując stwierdzenie Winstona Grooma, twórcę postaci Foresta Gumpa o tym, że „życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi” nie trzeba specjalnie nikogo przekonywać. Jednak sytuacja, gdy bladym świtem, sporo przed szóstą rano, zaczynają spływać informacje o oficjalnej premierze i spontanicznie organizowanym odsłuchu – prezentacji nie zdarzają się aż tak często, żeby przejść nad tym faktem do porządku dziennego. Dlatego też wiedziony wrodzoną ciekawością odwiedziłem wczesnym popołudniem siedzibę Studia U22 by na własne uszy przekonać się cóż takiego popełniła pewna seksowna Barbadoska, żeby nękać Bogu ducha winną branżę już od samego rana.
Oczywiście, zgodnie z tradycją, stosowne wprowadzenie w temat, oraz dość niezobowiązującą konferansjerkę poprowadził gospodarz całego zamieszania – Piotr Welc.
Nie owijając dłużej w przysłowiową bawełnę okazją do czwartkowego spotkania w Studiu U22 była premiera najnowszego albumu „Anti” Rhianny, która jak fama i wszechobecne bilbordy głoszą przeszła ostatnimi czasy do Play. Pomijając godne podkreślenia udostępnienie swoim abonentom oferty serwisu streamingowego Tidal przez wspomnianego operatora komórkowego, dzisiejsza impreza nie miałaby szans się odbyć bez nowego partnera biznesowego, jakim został jeden z odważniej poczynających sobie ostatnimi czasy dystrybutorów, czyli warszawski Horn. Gwoli ścisłości nie o sam podmiot gospodarczy chodzi a o jego ofertę, ze szczególnym uwzględnieniem dostarczonej niemalże prosto z odprawy celnej, jeszcze pachnącej fabryką flagowej superintegry Denon PMA-2500NE (oficjalnie dostępnej na rynku dopiero od 2016-02-15!) i niepozornego plikograja Denon Heos Link.
Krótko mówiąc dwie gorące nowości pod jednym dachem i to w dodatku w całkiem miłym towarzystwie i jeszcze milszej oprawie … nazwijmy ją kulinarną. Słowem żyć nie umierać. Jeśli ktoś w tym momencie kręci nosem, że prawdziwemu audiofilowi nie przystoi nie tylko pochylać się nad tego typu muzyką, czy interesować się pachnącym na kilometr komercją producentem tzw. elektroniki użytkowej, to … spieszę donieść, że jedyny obowiązujący i stosowany przez nas podział muzyki dotyczy takiej, która nam się podoba i takiej, która podoba nam się mniej, bądź wcale. Podobnie jest z elektroniką a po dzisiejszym spotkaniu w U22 wiemy już, że Denon PMA-2500NE zalicza się do tej pierwszej grupy i jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja z wielką chęcią pomęczymy go we własnych systemach. Powód? Skoro w demo roomie U22 bez najmniejszego problemu napędzał potężne Thiele CS 7.2, które wcale nie należą do najłatwiejszych obciążeń, to przy planowanej cenie oscylującej w granicach 12 000 PLN może okazać się prawdziwym hitem. Pełna kontrola nisko schodzącego i świetnie zróżnicowanego syntetycznego basu, nasycona średnica i perliste wysokie tony to tylko część atrakcji, jakimi w ciągu kilkudziesięciu minut zdążył uraczyć nas japoński duet. W dodatku dłuższą chwile warto byłoby poświęcić sekcji DACa zdolnego obsłużyć sygnały 384 kHz / 32 bit i 11.2 MHz DSD, choć ten temat również postaramy się zgłębić w bardziej kontrolowanych warunkach i na znanym nam materiale. Czego by jednak nie mówić najnowsza integra Denona mocno nas zaintrygowała.
Jeśli zaś chodzi o sam album „Anti”, to … nie oczekując moralnych dylematów i progresywnej niejednoznaczności rodem z twórczości Riverside, powinniśmy być nie tylko zadowoleni, ale i w pełni usatysfakcjonowani. Pulsujący rytm, charakterystyczny – lekko matowy wokal i niezobowiązujący charakter wydawnictwa mogą się po prostu podobać. W dodatku mamy do czynienia z dość ciekawym przypadkiem, gdy trzy single promujące płytę, czyli „FiveFour Seconds”, „Bitch Better Have My Money” i „American Oxygen” finalnie nie znalazły się na albumie. Z jednej strony to ewidentny przejaw jak już nie raz i nie dwa zdążyła udowodnić wcale nie najłatwiejszego charakteru Barbadoski a z drugiej dość jasny sygnał dla jej fanów, że chcąc mieć kompletne wydawnictwo będą musieli postarać się nieco bardziej niż zwykle i zamiast jednego krążka „szarpnąć” się na cztery, bądź, co wydaje się zdecydowanie bardziej rozsądne, zaprzyjaźnić się z serwisami streamingowymi, ze szczególnym uwzględnieniem Tidala.
Marcin Olszewski
Półwysep Apeniński dla szeroko pojętej sztuki designu jest kolebką wyrafinowania i piękna. Każda, no może przesadziłem, ale spora większość produktów wywodząca się ze wspominanego obszaru bez najmniejszego problemu łechce poczucie wysublimowanej estetyki niemalże całej populacji homo sapiens. I gdy zdradzę, że dzisiaj będziemy zajmować się produktem stacjonujących tam inżynierów i projektantów z naszej linii zainteresowań, już od pierwszych chwil oczyma wyobraźni widzimy nietuzinkowy projekt wizualny, gdzieś w duchu mając nadzieję, że podobną wartość niosą umiejętności soniczne danego komponentu. Nie będę na wstępie zdradzał, jak potoczył się proces testowy, dlatego zapraszam do lektury z mojego spotkania z włoską marka Pathos, wystawiającą do walki z Japończykami hybrydowy wzmacniacz zintegrowany ClasicRemix. Dla uzupełnienia dodam, iż nasz bohater mimo dość okrojonego testowego egzemplarza, podążając bardzo mocno kreującym dzisiejszy rynek trendem maksymalnego uzbrojenia, może być wyposażony w wewnętrzny moduł DACa i streamera. Dla uzupełnienia dodam, iż dystrybucji tytułowej marki na naszym rynku stosunkowo niedawno podjął się krakowski Audio Cave.
Jak na produkt z Italii występujący dzisiaj ClasicRemix mimo teoretycznie ogólnej prostoty wizualnej jest cacuszkiem wizualnym w najczystszej postaci. Jego obudowa z wysuniętą ku przodowi przednią ścianką i wystającymi na boki radiatorami sprawia wrażenie, że całość konstrukcji stoi na swoistym cokole. Kolorystyka naszego Włocha obraca się w tematyce brokatowej czerni głównej bryły i również mieniącego się brokatem srebra odlanych formie nazwy marki (Pathos) bocznych stosunkowo dużych jak na przecież niewielki wzmacniacz radiatorów. W dolnej nieco cofniętej frontowej części obudowy zaimplementowano gniazdo USB, wyświetlacz cyfrowy poziomu głośności i gniazdo słuchawkowe. Główna, czyli w tym przypadku górna część przedniego panelu otrzymała jedynie nieco przesunięte w prawą stronę srebrne pokrętło głośności. Przemierzając obudowę ku tyłowi, na jej płaszczyźnie górnej natkniemy się na dwie ubrane w celach ochronnych w specjalne motylki lampy elektronowe. Tylny panel jest ostoją pojedynczych terminali kolumnowych, zestawu 4 wejść RCA, jednej pary XLR, gniazda zasilania i włącznika głównego. Jak widać po załączonym opisie, konstruktor zadbał o pełne zadowolenie nabywcy, przewidując w swojej szerokiej palecie klienteli nawet najbardziej marudnego, podłączającego co tylko się da i z założenia szukającego dziury w całym audiofila.
Gdy po serii zapoznawczej Pathosa z systemem egzaminującym przysiadłem do weryfikacji jego możliwości, okazało się, że choć swoimi gabarytami nie przyprawia o zawrót głowy, to sercem do grania bez najmniejszych problemów mógłby obdarować niejednego konkurenta. Wzmacniacz może nie charakteryzował się takim wykopem jak testowany niegdyś jubileuszowy zestaw Octave, ale robił to nad wyraz swobodnie i z ładnym rozplanowaniem sceny muzycznej. Artyści nie narzekali na brak oddechu stojących za sobą formacji, a dość szeroki rozstaw kolumn przy pełnym odrywaniu się dźwięku od głośników również był bardzo dobrze zagospodarowany. Kreśląc kilka zdań o samej specyfice dźwięku, należałoby powiedzieć, iż w sferze temperatury grania idealnie trafiał w mój punkt widzenia zaangażowania koloru w proces przekazywania wydarzeń na wirtualnej scenie muzycznej. Nie odczuwałem najmniejszego przesłodzenia, tylko pełną kontrolę nad spójnie brzmiącym dźwiękiem. Tutaj muszę jednak przywołać fakt, iż testowany piecyk obraca się w krainie poniżej dwudziestu tysięcy i nie muszę chyba nikogo uświadamiać, o przełożeniu tego, co napisałem na możliwości danej, mającej swoje oczywiste ograniczenia w procesie projektowania i produkcji konstrukcji. Jednak nie piszę tego, aby mu zaszkodzić, tylko by potencjalny klient nie wziął moich wskazówek za wyrocznię, lecz traktował je jako pewien punkt odniesienia do swoich potrzeb. Kontynuując tematykę dźwięku chciałbym rozwinąć temat wspomnianej spójności. Mianowicie, chodzi o fakt pełnego przenikania i uzupełniania się poszczególnych częstotliwości, bez hołubienia nadzwyczajnymi przywilejami żadnego z pasm, szczególną uwagę zwracając na zakres górny. Generowane przez Classica wysokie tony mają charakterystyczny, jednak nie odbierany w skali szkodliwości sznyt prezentacji, gdyż przy ewidentnym uwypuklaniu wszelkich zgłosek syczących, robią to w bardzo wyważony, bo okraszony patyną sposób. Słychać je ewidentnie, ale nigdy nie zakłuły w uszy. Co wydaje się być ważne, nie determinuje to osłabienia ich wybrzmiewania. Owszem w stosunku do punktu odniesienia daje się odczuć lekką aurę woalki, ale mierząc siły na zamiary, wypada to bardzo dobrze, a po akomodacji słuchu staje się wręcz naturalne. I nie ukrywam odniesionego wrażenia, że chyba właśnie po to została zaaplikowana lampka w torze. Idąc ku dolnym rejestrom zaznaczę jeszcze byt wspomnianego przyjemnie pokolorowanego środka pasma i może nie demona kontroli, ale również nie lejących się bezwiednie jak wulkaniczna lawa najniższych tonów. Gdy na potrzeby tego tekstu przywołuję w swojej pamięci kilka pozycji płytowych, okazuje się, że zdecydowana ich większość wypadła bardzo dobrze. I bez znaczenia był rodzaj muzyki od dawnej przez jazz, by zakończyć wyliczankę na ostrym folk metalu. Co prawda znalazłbym kilku kręcących nosem miłośników ostrego grania, gdy ich uszy nie przenika szaleństwo bitych bez litości talerzy perkusisty, ale tacy delikwenci z pewnością poszukają wzmacniacza stawiającego na wolumen, a nie wyrafinowanie dźwięku. W tym przypadku kiedy jest taka potrzeba, dostajemy spokój, a gdy wymaga tego repertuar, mamy w miarę zadziorny, choć nieco utemperowany popis radzenia sobie w ciężkich okolicznościach muzycznych. Mając za sobą temat muzyki buntu, wspomnę jeszcze o wokalistyce, która czerpiąc z dobrodziejstwa barwowego i spójności przekazu, niejednokrotnie wprowadzała mnie w tak ulubiony stan zadumy nad dobiegającymi do mych uszu dźwiękami. I gdy powiem jeszcze, że nawet bardzo wymagający bezkompromisowego otwarcia ECM-owski jazz bez najmniejszych problemów dawał wiele frajdy ze słuchania, nie pozostaje Wam nic innego, jak zmierzyć się z tą propozycją marki Pathos na własnych zasadach. Tym bardziej, że na pokładzie możecie znaleźć jeszcze opcjonalnego pełnoprawnego DAC-a i streamer, co w dobie grania z plików jest nie do przecenienia.
Spotkanie z maleńką włoską hybrydą w moim odczuciu okazało się być jej jednoznacznym sukcesem. Wiadomo, zawsze można lepiej i to bez względu na ilość wydanych setek tysięcy złotych. W tym przypadku otrzymujemy bardzo dobrze wyposażony, pięknie wyglądający i co najważniejsze dobrze grający wzmacniacz. Czy okaże się kilerem dla Waszego wzmocnienia, musicie przekonać się sami. Ja tylko ostrzegam, wygląd, oferowane wyposażenie i bardzo muzykalnie wypadający piec może sporo namieszać w Waszej wydawałoby się skończonej układance audio.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audio Cave
Wzmacniacz dostarczony dzięki uprzejmości salonu Premium Sound
Ceny:
Pathos ClassicRemix: 10 990 PLN
Moduł HiDac: 3 400 PLN
Dane techniczne:
Sekcja przedwzmacniacza: lampy 2×6922 ECC88
Stopień wyjściowy: tranzystorowy, klasa AB
Moc wyjściowa RMS: 2×70 W / 8 Ω
Pasmo przenoszenia: 1,5 Hz – 200 kHz ± 0,5dB
Max napięcie wejściowe: 4,25 V RMS
Czułość wejściowa: 500 mV RMS
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Regulacja wzmocnienia: 2 x Burr Brown PGA2310 (180 kroków po 0,5dB)
Zniekształcenia THD: 0,025% / 70W
Stosunek sygnał/szum: > 100dB
Pobór mocy: 250 W / 70W PC; 100 W / zero volume; < 0,5 W/standby
Wejścia analogowe: 1 para XLR, 4 pary RCA
Wejścia cyfrowe: 1 USB typ „B”, 1 SPDIF coaxial, 1 SPDIF optical, 1 Ethernet RJ45, 2 USB type „A” (konieczny moduł HiDac)
Wyjścia: 1 para RCA (Pre out), słuchawkowe 6,3mm jack
Wymiary wzmacniacza: 280mm (S) x 170mm (W) x 370mm (G)
Waga: 14 kg
Moduł HiDac (opcjonalny):
Obsługiwane sygnały: 16 – 24 Bit / 44.1 – 192 kHz
Minimalne wymagania dla komputera: 1.3GHz CPU, 1GB RAM, 2.0 USB
Sekcja wzmacniacza słuchawkowego:
Moc wyjściowa: 1,6W / 32 Ω
Impedancja wyjściowa: 10 Ω
Max moc wyjściowa: 10 V RMS
Pasmo przenoszenia: 1,5 Hz – 200KHz ± 0,5dB
THD: 0,025%
System wykorzystywany w teście:
– Transport CD: Reimyo CDT – 777
– DAC: Norma Audio HS-DA1
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
TEAC prezentuje nową, flagową serię 503 i wprowadza do sprzedaży odtwarzacz sieciowy z wbudowanym przetwornikiem C/A USB – model NT-503. Ta niewielka pod względem rozmiarów konstrukcja, z w pełni metalową obudową, gwarantuje szeroki dostęp do cyfrowej muzyki – m.in. z radia internetowego i serwisów muzycznych online – a dzięki łączności Bluetooth aptX pozwala bezprzewodowo odtwarzać nagrania, zachowując jakość zbliżoną do CD. Urządzenie obsługuje pliki hi-res, w tym DSD 11,2 MHz, i potrafi przekonwertować sygnał audio niższej rozdzielczości do formatu DSD 12,2 MHz.
TEAC to znany i ceniony producent zaawansowanych urządzeń audio. W dobie cyfrowej muzyki firma sukcesywnie rozwija serię wyrafinowanych konstrukcji, które łączą niewielkie rozmiary z funkcjonalnością zarezerwowaną dla najbardziej rozbudowanych urządzeń. Najnowszym dziełem TEAC-a jest seria 503 Reference, która opierając się na szczytowych osiągnięciach linii 501 Reference wprowadza nowe udoskonalenia. Obecnie na polskim rynku debiutuje pierwsza konstrukcja z serii – model NT-503.
TEAC NT-503 jest zaawansowanym urządzeniem, które w niewielkiej, metalowej obudowie łączy odtwarzacz sieciowy z przetwornikiem cyfrowo-analogowym USB. Dzięki temu model ten dostarcza wysokiej jakości dźwięk z wielu źródeł wejściowych, wliczając LAN, Bluetooth i USB. NT-503 obsługuje audio hi-res: 11,2 MHz DSD i 384 kHz/32 bity PCM z komputera PC (za pomocą kabla USB) oraz 5,6 MHz DSD i pliki 192 kHz/24 bity za pośrednictwem LAN lub z pamięci przenośnej USB. Ponadto bezprzewodowa łączność Bluetooth dzięki obsłudze kodeków aptX i AAC pozwala cieszyć się muzyką ze smartfonu lub tabletu przy zachowaniu wysokiej jakości dźwięku, zbliżonej do CD. Listę dostępnych muzycznych źródeł rozszerza bezpłatna aplikacja TEAC HR Remote (iOS/Android), która pozwala korzystać z radia internetowego TuneIn oraz muzycznych serwisów online, takich jak Spotify i Deezer. Ponieważ NT-503 strumieniuje sygnał bezpośrednio z sieci Internet, a nie np. ze smartfonu, nawet podczas odsłuchu muzyki można odbierać połączenia i prowadzić rozmowy telefoniczne.
Szeroki i łatwy dostęp do muzyki idzie w parze z najwyższą jakością dźwięku, która podkreśla piękno i wyjątkowy charakter nagrań. Projektanci wyposażyli NT-503 we flagowy przetwornik cyfrowo-analogowy TEAC-a. Aby precyzyjnie i niezależnie odtworzyć dźwięk hi-res w prawym i lewym kanale, układ dual-mono modelu NT-503 wykorzystuje parę transformatorów toroidalnych, dwa przetworniki C/A oraz symetrycznie rozmieszczone stopnie wyjściowe. Specjalny obwód „TEAC-HCLD”, pracujący w sekcji analogowego wzmacniacza liniowego, wzmacnia charakter transientów i dba o precyzję odtworzenia dynamiki muzyki. Ponadto, korzystając z bardzo wydajnego algorytmu, NT-503 potrafi przekonwertować dowolne cyfrowe sygnały audio i przekształcić je do formatu 12,2 MHz.
Uniwersalność modelu zwiększają trzy tryby poziomu wyjściowego: stały 0 dB, stały +6 dB i zmienny, za pomocą zbalansowanych i niezbalansowanych wyjść analogowych. Dzięki temu NT-503 może współpracować ze zintegrowanym wzmacniaczem stereo lub końcówką mocy, pozwalając stworzyć wysokiej klasy system hi-fi. NT-503 wykorzystuje także układ „TEAC-QVCS”, niezwykle precyzyjny system kontroli głośności, który zapewnia czysty dźwięk przy zachowaniu doskonałej separacji kanałów.
Obsługę odtwarzacza sieciowego/przetwornika C/A USB ułatwia czytelny wyświetlacz OLED. NT-503 wyposażony jest również w wysokiej klasy wzmacniacz słuchawkowy, wykorzystujący obwody „TEAC-HCLD”. Układ dostarcza moc wyjściową 2 x 500 mW i z łatwością obsługuje nawet najbardziej wymagającej słuchawki, wliczając modele o impedancji 600 Ω, zapewniając precyzyjne i niezwykle muzykalne brzmienie.
TEAC NT-503 już jest dostępny w sprzedaży. Nabywcy mają do wyboru dwie wersje kolorystyczne, srebrną i czarną. Poglądowa cena detaliczna urządzenia wynosi 5699 zł.
Specyfikacja techniczna
Pasmo przenoszenia: 5 Hz-80 kHz (+1 dB, -3 dB)
Stosunek sygnał/szum: 112 dB (wyjście zbalansowane, A-ważony, 1 kHz); 110 dB (wyjście niezbalansowane, A-ważony, 1 kHz)
Całkowite zniekształcenia harmoniczne: 0,0015% (1 kHz, LPF: 20 Hz-20 kHz)
Zużycie energii: 18 W (0,4 W w trybie czuwania, 3 W w sieciowym trybie czuwania)
Wymiary (S x W x G): 290 x 81,3 x 248,7 mm
Waga: 3,9 kg
Dystrybucja: Audio Klan
Opinion 1
During telephone calls on the occasion of the test of the third version of the Crossfire, as well as during face to face meetings in the Krakow location of Nautilus, I heard from Gerhard Hirt, that there is no room for improvement in an integrated platform, so I assumed he knows what he is telling, as he is the constructor of those devices. And I would still be living in this blissful conviction, if not … the newest model from Ayon, christened as Spitfire. Of course there would not be anything special in appearing of a new model on the market, if not for a few things. First of all, the seemingly mysterious, dissonance between the first news and that, what was finally published on the company pages. What am I talking about? At first, the Spitfire was announced as a development of its predecessor – the Crossfire, and later only a construction of similar topology. Well, I think, that when you start, you also need to finish, and when you play with high stakes, then you need to know how to bluff, or have a really strong hand. In case of the tested integrated the case seems to be clear – a similar, as it is based on the same tubes, the AA62B, output stage, a somewhat simplified preamplifier section and voila – the recipe for success is ready. This is even more valid because the price is calculated … below the less powerful (at least on paper) Mercury II. Does this look interesting? It does – as hell. The question remains, if the appetite can be stilled. But this we will try to describe below.
About the looks of the Spitfire it is hard to write anything more, than we know from afar that it is an Ayon, and it will not deny its brethren. But when recognizability is so high, then we should not expect from the manufacturer, that he would change something, that the clients like and what sells well. So we have a classic chassis, made from brushed aluminum and with rounded edges, which carries on its back big, chromed cans covering heavy transformers and an imposing array of tubes. The central square is occupied by two pairs of 12AU7 and 6H30 with the big, single triodes AA62B on the flanks. We do also have the bias indicator.
The front panel is the continuation of the master set many years ago. In its center we have a red lit logo, with two solid, knurled knobs on the sides, used to set the volume, confirmed in a window nearby, and source selection. The main power switch is found on the bottom, near the left front corner – as usual.
The back panel is also not disappointing, as it offers four line inputs, with one pair in the XLR standard, while the rest are RCAs, direct input to the power stage and preamplifier output. There is also a mode switch (normal/direct), bias with a small display and single loudspeaker terminals, belonging to my beloved, newest generation of WBT, accepting even the widest spades. This list is finalized with a power socket integrated with the fuse.
During the description it is also worth to mention one thing, which is very important in case of tube gear, and Spitfire is one of them, namely the cooling. In case of this amplifier, the amount of vent holes was increased.
I started listening from the seemingly disobliging album “Shadow of the Moon” Blackmore’s night. The soothing guitar riffs of the completely tamed, if not senile, Ritchie Blackmore, and melancholic vocals Candice Night, theoretically should result in almost catatonic state of boredom and somnolence. Yet the Aust