Opinia 1
Jeśli w miarę regularnie czytacie nasze zmagania z materią audio, prawdopodobnie pamiętacie moje ostatnie dywagacje na temat poszukiwań ciekawych innowacji przez konstruktorów zespołów głośnikowych. Wówczas takim przedstawicielem okazał się być amerykański Polk Audio z modelem Legend L800. Jednak jak wiadomo, nikt nie ma monopolu na niecodzienne rozwiązania, dlatego też drogę tę obiera wiele gorących głów. Kto? Spokojnie, nie trzeba daleko szukać, bowiem podobne zainteresowania zdradza dostarczona do dzisiejszego testu kolejna marka zza wielkiej wody – Goldenear Technology, reprezentująca podejście do tematu budowy kolumn głośnikowych odmienne od znakomitej większość konkurencji. Co takiego wykombinowali? Na informacje na ten temat oczywiście zapraszam do lektury dalszej części tekstu, zaś w tym akapicie mogę zdradzić tylko, iż będziemy pochylać się nad niepozornie wyglądającymi, za to z wielkim sercem do grania, półaktywnymi kolumnami Goldenear Technology Triton Two+, o przybycie których do naszego OPOS-a zatroszczył się stacjonujący w Łodzi Audiofast.
Już na pierwszy rzut oka widać, że przygoda z tytułowymi Tritonami dla potencjalnego nabywcy będzie oznaczać obcowanie ze smukłymi, o zaoblonych wąskich przednich i tylnych ściankach, skrywającymi rozwiązania techniczne pod nadającymi ekskluzywności projektowi czarnymi maskownicami, rosłymi na około 120 cm wysokości obudowami. Być może fotografie tego nie oddają, jednak zapewniam, iż w kontakcie bezpośrednim te jakże spokojne wizerunkowo tekstylne pokrowce w połączeniu z połyskiem wyposażonej w stabilizujące kolumny wkręcane kolce podstawy i zakrywającą większość część górnej płaszczyzny skrzynki nakładki nadają konstrukcji pewnego rodzaju dostojności. To zaś automatycznie powoduje, że amerykańskie panny są w stanie, wpisać się wizualnie w nawet najbardziej wyszukane designersko warunki lokalowe. Tak wygląda temat aparycji, jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Co takiego umyka naszym oczom? Po pierwsze rozmieszczenie zespołu wysokich (wstęga według własnego projektu) i średnich tonów w układzie D’Apollito, Kolejną ciekawostką są wymuszone niewielką szerokością frontu, napędzane D-klasowymi wzmacniaczami mocy (1200W) dwa zorientowane w pionie prostokątne basowce współpracujące z umieszczonymi na bocznych ściankach membranami biernymi. Zaś wieńcząc dzieło danych technicznych, idąc za informacjami producent należy dorzucić jeszcze zwrotnice o zbalansowanej topologii i na nowo zaprogramowany procesor DSP. Zamykając temat opisu kolumn pozostaje nam do przybliżenia usytuowany w dolnej części pleców panel przyłączeniowy, który realizując spore jak na zespoły głośnikowe zadania uzbrojono w gniazdo zasilania IEC, gniazdo bezpiecznika, pojedyncze zaciski dla przewodów, diodę sygnalizującą działanie sekcji basowej, pokrętło regulacji ilości niskich tonów i terminal RCA dla współpracy kolumn z procesorem kina domowego. Zaskoczeni poziomem mnogości wdrożonych w życie, co prawda znanych w wielu konstrukcjach konkurencji jako pojedyncze implementacje, tutaj zastosowanych w pełnym pakiecie rozwiązań technicznych? Mniemam, iż tak i od razu szczerze przyznam, że ja również. Dlatego tym bardziej pragnąłem skonfrontować ów pomysł z konkretną muzyką, a na wnioski zapraszam do kolejnego akapitu.
Zanim przejdę do opisu brzmienia, kilka słów o samym podłączeniu. Oczywiście fakt, iż Tritony Two+ są kolumnami półaktywnymi wymusza na nas doprowadzenie do nich życiodajnej energii z sieci, czego sukces oznajmia mieniąca się błękitem dioda. Po tej czynności podłączamy typowe przewody kolumnowe i w ustawieniu pokrętła ilości basu na godzinie 12-tej – mamy możliwość płynnej regulacji podczas słuchania – odpalamy system. Prawda, że łatwizna? Jeśli tak, nie pozostaje mi nic innego, jak skreślić kilka zdań o brzmieniu smukłych amerykanek.
Jak zagrały? Powiem tak. Zdziwi się ten, kto sądzi, że za niezbyt monstrualnymi gabarytami kolumn kryje się nieśmiałość generowania bezkompromisowej sceny muzycznej. Co to to nie. Już informacja o mocnym wzmacniaczu sekcji basowej sugeruje, iż będziemy świadkami – oczywiście jeśli wymaga tego materiał muzyczny – niczym niekrępowanych sejsmicznych pomruków. A gdy do tego dodamy zdublowaną sekcję średniotonową i oferującą niezliczoną ilość informacji wstęgę, możemy być spokojni, że czego jak czego, ale energii podczas nawet najbardziej ekwilibrystycznych pasaży nutowych z pewnością nam nie zabraknie. Skąd to przekonanie? Oczywiście wyrobione kilkunastodniowymi odsłuchami, które jasno określiły zakres umiejętności opisywanych kolumn. Czy zauważyłem w nich jakieś znaki szczególne? Oczywiście, jak w każdym przypadku. W tym było to mocne postawienie konstruktorów na bezkompromisowość grania w domenie szybkości, lotności i uderzenia dźwięku, co na wykresie neutralności stawia je w moim odczuciu delikatnie na prawą stronę od punktu zero bezwzględnej neutralności dźwięku. Ową manierę można lekko skorygować odpowiednim okablowaniem i elektroniką, jednak dla prawdziwości moich wywodów jestem zobligowany poinformować, iż piewcy szkoły grania rodem z radia BBC w brzmieniu Two+ nie znajdą ukojenia romantycznej duszy paletą soczystych krągłości. To jest pokaz punktualności, natychmiastowości reakcji na zadany materiał muzyczny, rozmachu w temacie prezentacji głębi i szerokości wirtualnej sceny i zjawiskowego napowietrzenia przekazu. Dlatego też wszelkiego rodzaju muzyka rockowa np. spod znaku „Back In Black” AC/DC, czy free-jazz Johna Zorna „Masada First Live In Sevilla 2000”, lub choćby elektronika „Liminal” zespołu The Acid były wodą na młyn ocenianych paczek. Co to znaczy? Zwyczajnie. Mocne uderzenia na dole były zjawiskiem zarezerwowanym dla najlepszych. Gdy elektroniczna kapela swoją komputerową muzyką miała na celu wprowadzić w życie plan zmiażdżenia moich membran w uszach miękkim, ale gęstym basem, ściany pokoju wyginały się niczym na filmie „Matrix”. Innym razem, gdy free-jazzowi artyści na swojej płycie zapragnęli udowodnić, iż materiał nagrywano podczas koncertu, scena nie dość, że wydawała się nie mieć ograniczeń, to dodatkowo swoim rozmachem i swobodą prezentacji udowadniała, iż nie jest to mały klub, tylko wydarzenie w kubaturze stadionu.
To oznacza, że nasze bohaterki były uniwersalne dla każdego materiału muzycznego? To zależy. Dla sporej grupy tak. Jednak tak po prawdzie w kilku aspektach owa bezkompromisowość przekazu miała swoje reperkusje. Chodzi mi o dość lekkie potraktowanie środka pasma. Owszem, podobnie do reszty podzakresów było naszpikowane informacjami, jednak brakowało nieco nasycenia i plastyki. Niby wszytko wyglądało OK., jednak przyglądając się poszczególnym instrumentom dokładniej, okazywało się, że zbyt lekkie w domenie wypełnienia potraktowanie dźwięku powodowało utratę tak ważnych informacji o wykorzystanym drewnie do wykonania stroika saksofonu, czy pracy pudła rezonansowego wespół ze strunami podczas szybkich przebiegów nutowych solówek kontrabasisty. Oczywiście to tylko przykłady, które sugerują, że kilka osób w podobny sposób, czyli zbyt lekko w nasyceniu może również odebrać wokalizę i brzmienie instrumentów w muzyce baroku, czy nawet klasyce. Jednak uspokajam, to jest mocno narysowana tylko informacja, a nie zarzut jako taki i każdy z potencjalnych zainteresowanych może odebrać to inaczej, a nie zdziwiłbym się, gdyby takie postawienie sprawy było nawet trafieniem w Wasz punk „G”. Reasumując, jeśli jesteście nastawieni na brak ograniczeń w dziedzinie rozmachu ponad wszystko, do czego Goldenear Triton Two+ zostały wręcz stworzone, jestem pewien, że powyższe wywody prawdopodobnie to okażą się pomijalnym, nawet nie problemem, tylko jedną z wielu obecnych na rynku opinii.
Nie wiem, czy powyższy tekst wzbudził w Was obawę, czy zainteresowanie Tritonami. Jednak bez względu na wszystko zapewniam zainteresowanych, to są niepozornie wyglądające, ale za to pełne energii i co ważne ochoty do pokazania częstej nieobliczalności muzyki zespoły głośnikowe. Do tego z racji wizualnego spokoju świetnie wpiszą się w znakomitą większość potencjalnych pomieszczeń. Zatem jeśli tylko nadajecie na raczej stawiających na neutralność i swobodę, niż na słuchanie melancholijnego plumkania falach, nawet niezobowiązujące krótkie spotkanie na własnym podwórku może wywrócić Wasz świat do góry nogami. Czy tak się stanie, naturalnie musicie sprawdzić sami. Ja wiem jedno, gdy tylko wymagał tego materiał muzyczny, była to w pełni kontrolowana jazda bez trzymanki. A chyba o to, czyli unikanie sztampowej przewidywalności w obcowaniu z muzyką chodzi.
Jacek Pazio
Opinia 2
No to się porobiło. Wydawać by się mogło, że uzgadniając z rodzimym dystrybutorem, łódzkim Audiofastem, test wyrobów producenta, który do tej pory jeszcze nie gościł na naszych łamach, wypływać będziemy na zupełnie nieznane nam wody. Tymczasem szybki internetowy research wykazał, że nazwa może i jest dla nas pewnym novum, lecz ludzie za nią stojący już niekoniecznie. Mowa bowiem o amerykańskiej, założonej w 2010 r. przez Sandy’ego Grossa i Dona Givogue marce Goldenear Technology. Ktoś, coś? Jeśli nie, to już naprowadzam Państwa na właściwe tory. Otóż Sandy Gross to współzałożyciel Polk Audio i Definitive Technology a z kolei Don Givogue był współzałożycielem … Definitive Technology. Jakby tego było mało Goldenear Technology od stycznia 2020 jest częścią The Quest Group (TQG) – właściciela AudioQuesta. Krótko mówiąc jakiś „podkład”, bądź jak kto woli punkt wyjścia do dzisiejszego testu mieć powinniśmy, tym bardziej, że w listopadzie 2016 r. mieliśmy okazję poznęcać się nad Polkami LSIM705, zaledwie w zeszłym tygodniu podzieliliśmy się z Państwem wrażeniami z odsłuchów flagowych kolosów Legend L800, natomiast w lutym cieszyliśmy oczy i uszy wielce intrygującymi Definitive Technology Demand D17. A co tym razem wylądowało na soundrebelsowym tapecie? Nie mniej wymykające się łatwej kategoryzacji od swoich poprzedników półaktywne kolumny podłogowe Goldenear Technology Triton Two+, na których recenzję serdecznie zapraszamy.
Nie da się ukryć, iż poprzednie, goszczące u nas, propozycje Polk Audio i Definitive Technology na tyle wysoko ustawiły poprzeczkę oczekiwań pod względem autorskich rozwiązań i mało mainstreamowego podejścia do konstruowania kolumn, że unboxing tytułowych podłogówek przynajmniej początkowo wywołał pewien niedosyt. Generalnie wszystko niby było OK, ale bądźmy szczerzy, tym razem za bardzo nie było na czym oka zawiesić. Jednak przecież jeśli czegoś nie widać, to wcale nie oznacza, że owego czegoś nie ma, bowiem choć korpusy Dwójek szczelnie zakrywają pończochy maskownic warto mieć świadomość, iż producent nie oszczędzał na materiałach i postanowił z niepozornych „słupków” wycisnąć przysłowiowe siódme poty. Na sekcję średnio-wysokotonową składają się bowiem po dwa 4 ½ ’’ mid-woofery MVPP™ z wielołopatkowymi korektor fazy (Mulit-Vaned Phase Plug) poprawiającymi liniowość charakterystyki ich pracy i przypominający konstrukcje AMT (jest to autorska wariacja nt. projektu Oscara Heila) wstęgowy tweeter HVFR™ w układzie d’Appolito. Nie mniej intrygująco przedstawia się … aktywna 1200W i sterowana procesorem DSP sekcja basowa wyposażona w dwa prostokątne (5˝x 9˝) przetworniki wspomagane w umieszczone już na bokach, również prostokątne (7˝ x 10˝) membrany bierne. Jakby tego było mało zwrotnice są w pełni zbalansowane i również tutaj księgowi podobno nie mieli zbyt wiele do powiedzenia. Za to do woli mogli wypowiadać się zatrudnieni w Goldenear inżynierowie mający od 2001 r. do dyspozycji m.in. własną komorę bezechową będącą kopią pomieszczenia znajdującego się w Państwowym Komitecie Badań Naukowych w Ottawie.
Skoro front, podobnie jak i reszta ścian nie dysponuje niczym, co mogłoby złapać za oko, połyskujących dystyngowaną czernią nakładek górnych i cokołów nie biorę pod uwagę, gdyż z odległości kilku metrów ich obecność jest pomijalna, warto rzucić gałką na ścianę tylną. To właśnie tam wygospodarowano miejsce na całkiem pokaźnych rozmiarów szyld mieszczący nie tylko parę konwencjonalnych zacisków głośnikowych, lecz również wejście RCA LFE, gniazdo zasilające IEC z bezpiecznikiem i pokrętło regulatora natężenia najniższych tonów. A, i jest jeszcze błękitna dioda sygnalizująca stan pracy kolumn, niejako przy okazji generująca „ambientową” poświatę.
Kiedy do mych uszu dobiegły pierwsze dźwięki wygenerowane przez Tritony automatycznie pomyślałem o „Girls Just Want To Have Fun” Cyndi Lauper, bowiem 2+ już od progu oznajmiają donośnym głosem nie tylko to, na co mają ochotę, ale co im się parafrazując nienachalnego intelektualnie przedstawiciela kasty panujacej „po prostu należy”. Dlatego też z każdego utworu, gdzie choćby w tle, dalekim planie tli się odrobina rytmu, ów rytm wyciągną i na nim oprą cały spektakl, natomiast ciężki Rock, czy wielka symfonika to ich naturalne środowisko. Potężne dzieła Mahlera, czy Szostakowicza – na początek gorąco polecam „Shostakovich: Symphonies Nos. 1 & 11 – Khachaturian: Symphony No. 2, „The Bell”” w wykonaniu Houston Symphony Orchestra pod batutą Leopolda Stokowskiego, z pomocą Goldenearów nie tyko wgniotą Was w fotel, ale i zafundują istne trzęsienie ziemi. I tu od razu uwaga – potęga brzmienia, z jakim przyjdzie się Państwu zmierzyć nie będzie miała nic a nic wspólnego z bezkształtną, przypominającą lawinę, bądź falę tsunami przelewająca się przez Wasz pokój odsłuchowy, masą dźwięku, lecz precyzyjnym i niezwykle zróżnicowanym multisegmentowym tworem. Bowiem o ile całościowo tytułowe podłogówki można bezsprzecznie uznać za niezwykle „szybkie” kolumny, to skupiając się li tyko na reprodukowanym przez nie basie śmiało można uznać, iż jest on odpowiednikiem pioruna kulistego zamkniętego w ściśle kontrolowanym, laboratoryjnym środowisku. Jego ilość i wolumen co prawda jesteśmy w stanie precyzyjnie kontrolować z pomocą umieszczonych na tylnych ścianach pokręteł, jednak niezwykle trudno mi wyobrazić sobie sytuację, kiedy komuś udałoby się go zamulić i spowolnić. Po prostu 1200W D-klasowe i pracujące pod kontrolą procesorów DSP sekcje basowe wydają się być nieosiągalnym dla konkurencji połączeniem mocy i brutalności T-Rexa z precyzją i zwinnością kolibra przez co, przynajmniej na początku, możemy nawet nie wiedzieć skąd i z jak niszczycielskim impetem otrzymamy kolejne basowe kopnięcie.
Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że decydując się na tytułowe Tritony, z resztą zgodnie z ich nomenklaturą otrzymujemy li tylko dwa potężne subwoofery i coś tam jeszcze, czyli 2+, gdyż zarówno średnica, jak i góra nie tylko nie wstydzą się swojej obecności, co wręcz podobnie jak dół pasma nader żywiołowo reagują na dedykowane im częstotliwości, co z jednej strony daje wysoki ładunek energetyczny w całym, reprodukowany paśmie, a z drugiej zapewnia świetne zszycie wszystkich przetworników. Jeśli dodamy do tego iście monitorową holografię i umiejętność natychmiastowego „znikania” robi się naprawdę ciekawie. Oczywiście nad taką synergią trzeba w każdym systemie i w każdym pomieszczeniu indywidualnie popracować, bo jak komuś wpadnie do głowy ustawienie aktywnej sekcji basowej na przysłowiowego maxa, to cudów nie ma i nawet wbudowane DSP rzuci ręcznik na ring.
Nie ma się jednak co oszukiwać, że Tritony, dla których żadne metalowe i symfoniczne ekstremum nie jest straszne, równie wybornie wypadają w nastawionych na skupienie i grą ciszą klimatach. Nie oznacza to co prawda, że miłośnicy jazu i kameralistyki nie powinni się nimi zainteresować, jednak przy jazzie 2+ zdecydowanie swobodniej czują się w big-bandach w stylu „We’ve Just Begun” Sinne Eeg & The Danish Radio Big Band, aniżeli „Pavane For A Dead Princess” Steve Kuhn Trio . Podobnie z oszczędną pod względem składu osobowego klasyką, chociaż …to też zależy od kompozycji, gdyż ociekające ozdobnikami i bogactwem alikwot „Les Plaisirs du Louvre, Airs pour la Chambre de Louis XIII” Ensemble Correspondances / Sébastien Daucé zabrzmiało inaczej aniżeli zdążyłem się przyzwyczaić, aczkolwiek sugestywne podkreślenie motoryki i linii basu pokazało powyższe wydawnictwo z nieznanej mi dotąd strony. W dodatku przy tak wyrafinowanym repertuarze doszła do głosu jeszcze jedna cecha amerykańskich kolumn. Otóż nie tracą one nic a nic ze swojej rozdzielczości nawet przy stosunkowo cichym słuchaniu a dzięki płynnej regulacji najniższych składowych również pod względem ilości basu wcale nie musimy godzić się na jakiekolwiek kompromisy. Niemniej warto aspekt zamiłowania dzisiejszych bohaterek do dynamiki mieć na uwadze i o ile akolici growlu, blastów i riffów mają wreszcie szansę złapać gonionego od lat króliczka, to pozostałe grono melomanów musi samo przed sobą odpowiedzieć a pytanie, czy tego typu prezentacja wpisuje się w ich gusta, czy też muszą szukać dalej.
Goldenear Technology Triton Two+ to niezaprzeczalnie intrygujące konstrukcje, które miłośnikom hollywoodzkich superprodukcji, wielkiej symfoniki i ciężkich brzmień pozwolą za niezwykle przystępną cenę osiągnąć iście koncertowe poziomy głośności i rozbijającą w pył rodowe skorupy dynamikę, a jednocześnie, dzięki ponadprzeciętnej rozdzielczości, nawet przy niskich dawkach decybeli wydają się idealną propozycją dla nocnych marków. Krótko mówiąc nie ma co gdybać i wróżyć z fusów, tylko nie tyle umówić się na ich odsłuch, co na prezentację we własnym pomieszczeniu i z własnym systemem.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Audiofast
Cena: 20 250 PLN
Dane techniczne
Przetworniki: Dwa prostokątne przetworniki niskotonowe o długiej cewce, 5˝x 9˝
Dwa płaskie, prostokątne radiatory infradźwiękowe, 7˝ x 10˝
Dwa przetworniki nisko/średniotonowe typu MVPP™, 4-1/2″
Przetwornik wysokotonowy High-Velocity Folded Ribbon – HVFR™
Zalecana Moc Wzmacniacza: 20-500 W
Skuteczność: 91 dB
Pasmo Przenoszenia: 16 Hz – 35 kHz
Impedancja: 8 Ω
Wbudowany Wzmacniacz Subwoofera: Sterowany DSP, cyfrowy wzmacniacz ForceField o mocy 1200W
Wymiary (przy zainstalowanej podstawie, bez kolców)S x G x W: 13,33(przód) / 19,05(tył) x 38 cm x 122 cm
Waga: 27.2 kg netto / 33.1 brutto
Niezwykle wyrafinowany, odtwarzacz płyt CD i cyfrowy odtwarzacz audio z w pełni zbalansowanym układem wyjściowym
Luxman z dumą przedstawia swój najnowszy odtwarzacz płyt CD, D-03X. Urządzenie dziedziczy bazową konfigurację z odtwarzacza CD/SACD D-05u, który został ciepło przyjęty przez klientów na całym świecie jako najlepiej sprzedający się model. D-03X jest najnowszym cyfrowym odtwarzaczem multimediów wspierającym MQA (MQA-CD/pliki MQA)*1, format, w którym w ostatnich latach pojawia się coraz większa liczba tytułów.
Najważniejszymi elementami systemu odtwarzania płyt CD są najnowocześniejsza konstrukcja i specyfikacja, z nową stalową płytą górną i niesamowicie niezawodnym transportem CD, obejmującym grubą aluminiową podstawę mechaniczną i ekranowaną obudowę, oraz ze strukturą pozbawioną pętli, co pozwala zwiększyć precyzję i zminimalizować zakłócenia podczas odczytu płyt.
Układ przetwornika c/a wyposażony jest w dwa moduły Texas Instruments PCM1795 do obsługi plików high-res. D-03X urzeczywistnia ideę doskonałego odtwarzacza płyt kompaktowych Luxmana, zachowując precyzję podczas konwersji sygnałów cyfrowych na wysokiej jakości sygnały analogowe, wykorzystując niezależne przetworniki c/a lewy i prawy w trybie monofonicznym oraz wysokiej jakości wzmocnienie wyjściowe poprzez w pełni zbalansowany układ wyjściowy.
Wejście USB wspiera dane PCM do aż 384 kHz/32 bitów i pliki DSD do 11,28 MHz/1 bit (maksymalna częstotliwość próbkowania wciąż jest weryfikowana). Wejście S/PDIF obsługuje sygnały cyfrowe do aż 192 kHz/24 bitów.
Oprócz transferu izochronicznego port USB obsługuje transfer Bulk Pet*2, zmniejszając obciążenie pomiędzy wysyłaniem i odbieraniem, rozszerzając opcje stabilnego odtwarzania plików o wysokiej jakości.
Urządzenie w pełni dekoduje MQA-CD i odtwarza pliki MQA. Status dekodowania (Studio/niebieski, Authentic/zielony, Renderer/czerwono-fioletowy) czytelnie sygnalizują trzy różne kolory wskaźników LED na wyświetlaczu.
D-03X debiutuje jako długo wyczekiwany cyfrowy odtwarzacz, umożliwiając zarówno odtwarzanie wysokiej jakości płyt CD, które wciąż pozostają kluczowym nośnikiem muzyki, jak i różnorodne, odtwarzanie najnowszych danych cyfrowych, oprócz tradycyjnych formatów.
Luxman D-03X zadebiutuje na polskim rynku na początku maja br. Poglądowa cena detaliczna modelu wyniesie 18 499 zł.
Funkcje D-03X
Mechanizm napędu płyty
• Wyposażony w niezwykle niezawodny mechanizm transportu CD, dodatkowo udoskonalony za pomocą stalowej płyty górnej, zapewnia niesamowicie precyzyjny i stabilny odczyt danych cyfrowych.
• W porównaniu z urządzeniami z centralnie umieszczonym napędem, asymetryczny układ mechaniczny po lewej stronie jest doskonały, zapewniając przestrzeń dla układu analogowego, zachowując jakość i idealny przepływ sygnałów audio, redukcję wibracji i równowagę masy.
• Wytrzymała konstrukcja obudowy, otaczająca cały mechanizm, eliminuje zewnętrzne wibracje.
Układ cyfrowy
• Wejście USB obsługuje dane PCM do aż 384 kHz/32 bitów oraz dane DSD do aż 11,28 MHz/1 bit.
• Wejście S/PDIF obsługuje sygnały do aż 192 kHz/24 bity.
• Dekodowanie MQA wspiera pełne dekodowanie, czytelnie sygnalizowane przez trzy różne kolorowe diody LED. Ponadto obsługiwane są wszystkie formaty CD (USB, S/PDIF).
• Wyposażony w niezwykle precyzyjny zegar o niskim jitterze i niskiej fazie, który redukuje zakłócenia wokół jego częstotliwości oscylacyjnej.
• Przetwornik c/a wykorzystuje dwa skonfigurowane układy Texas Instruments PCM1795.
• Oprócz transferu izochronicznego obsługuje Bulk Pet (2 tryby), rozszerzając opcje dla danych wysokiej rozdzielczości i stabilizując odtwarzanie poprzez zmniejszenie obciążenia pomiędzy odczytem i odtwarzaniem.
Układ analogowy
• Wyjście różnicowe przetworników c/a w podwójnym trybie monofonicznym przekazywane jest do idealnie zbalansowanego układu konwersji prądowo-napięciowej (cztery identyczne moduły wzmacniacza) i kolejnego stopnia wzmacniacza LPF (filtr dolnoprzepustowy), silnie napędzając wyjście z niską impedancją.
• Niezwykle stabilne zasilanie wykorzystujące duży transformator mocy niezależnie zasilający każdy regulator układu i kondensatory blokowe.
Cechy mechaniczne
• Złożona struktura obudowy pozbawiona pętli izoluje urządzenie od impedancji uziemienia, od prądów obudowy i wpływu generowanych pól magnetycznych. Ekranowana obudowa blokuje także cyfrowe zakłócenia.
• Pozłacane złącza RCA, kompatybilne z zaawansowanymi kablami liniowymi z dużymi wtykami, oraz wysokiej jakości złącza Neutrik XLR.
Inne funkcje
• Obsługa WAV/FLAC/MP3/DSF/DSDIFF/ALAC/AIFF i oryginalnego oprogramowania do odtwarzania wysokiej jakości muzyki, Luxman Audio Player, które wspiera różne formaty (do pobrania dla Windows, Mac i HP).
• Czytelny wyświetlacz fluorescencyjny z różnymi trybami wyświetlania oraz funkcją zoom i regulacją jasności, pięknie prezentujący się na tle piaskowanego białego wykończenia.
• W zestawie aluminiowy pilot zdalnego sterowania z klawiaturą numeryczną zapewniający doskonałą obsługę.
*1 MQA jest zarejestrowanym znakiem towarowym MQA Limited.
*2 Bulk Pet jest zarejestrowanym znakiem towarowym Interface.
Opinia 1
Nie ma się co oszukiwać. Rynek szeroko pojętej produkcji kolumn w kwestii przełomowych rozwiązań od lat wydaje się jeśli nie stać w miejscu, to co najwyżej posuwać się do przodu bardzo drobnymi, niczym „japońska gejsza”, kroczkami – oczywiście bez jakichkolwiek personalnych i zawodowych wycieczek do tych ostatnich. Owszem, co chwila któryś w producentów stara się odtrąbić według swojej opinii, kolejny milowy krok, jednak przyglądając się temu z perspektywy czasu, okazuje się on być jedynie drobną korektą. To źle? Naturalnie nie, gdyż nawet drobny kroczek wprzód oznacza progres. Jednak jak to w życiu bywa, dla wielu pełnych nowych pomysłów technicznych głów to za mało i gdy jedna grupa producencka ze stosunkowo skromnymi wynikami stara się szukać nowych rozwiązań w kwestii konstrukcji poszczególnych komponentów, inna dążąc do ponadczasowych innowacyjności mocno eksperymentuje z ich aplikacją. Kogo i w jakim sensie mam na myśli? Oczywiście chodzi mi o drugi przypadek, czyli dzisiejszą, pochodzącą zza wielkiej wody (USA) markę Polk Audio i jej bardzo ciekawie zaprojektowane zespoły głośnikowe Legend L800, której dystrybucją na naszym rynku zajmuje się warszawski Horn. Co takiego nowatorskiego oferują wspomniane jankeskie paczki? Niestety wstępniak nie jest dobrym miejscem do dogłębnych wyjaśnień, dlatego też po dawkę szczegółowych informacji zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Jak widać na zdjęciach, mamy do czynienia z dość nietypową konstrukcją. Owszem, skrzynka jest zwykłym prostopadłościanem z dwoma potężnymi basowcami i specjalnie wyprofilowanym wylotem portu bass-refleks w stronę podłogi. Jednak to tylko preludium dla dalszych pomysłów konstrukcyjnych, bowiem nad wspomnianą, dodajmy dość typowo umiejscowioną baterią niskotonową, znajduje się podwojona – jedna obok drugiej – na odchylonych od siebie na zewnątrz płaszczyznach sekcja średnio-wysokotonowa. Choć na pierwszy rzut oka, to dziwne i karkołomne od strony spójności wirtualnej sceny rozwiązanie, jednak natychmiast uspokajam, już na ucho zewnętrze głośniki grają znacznie ciszej, co sugeruje jedynie wspomaganie głównego, wewnętrznego panelu w propagacji dźwięku w domenie szerokości, a co znajduje potwierdzenie w konieczności połączenia obydwu kolumn ze sobą dostarczonym w komplecie kablem sygnałowym. O co chodzi z tym połączeniem? Otóż o prozaiczne „widzenie” się obydwu kolumn w celu kolokwialnie mówiąc, nie wchodzenia sobie w drogę. Jak to wypada dźwiękowo? O tym za moment, gdyż to nie jest ostatnie słowo konstruktorów. Mianowicie, dostarczone paczki były jedynie zubożoną wersją większej całości do słuchania muzyki w trybie stereo. Pewnie nie uwierzycie, ale Amerykanie przygotowali je do współpracy w mocno rozbudowanym kinie domowym. Czyli? Spójrzcie na unboxing opisywanych bohaterek, a zobaczycie, iż na górnej płaszczyźnie skrzynek znajdują się tajemnicze zaślepki, w które aplikujemy dostępne na zamówienie, wielogłośnikowe moduły współpracujące z procesorem kina domowego. To zaś za pomocą jednego przycisku w zestawie nagłaśniającym nasz salon pozwala po sesji stereofonicznej z łatwością przestawić się na oglądanie kina domowego w standardzie Dolby Atmos. Zaskoczeni? Ja byłem bardzo. A jeszcze bardziej obawiałem się, co z takiej wielofunkcyjności wyjdzie w interesującym nas standardzie dwukanałowym. Gdy front i górny panel kolumn z ich funkcjonalnością mamy już opisany, pozostaje mi jedynie zdać relację z oferty przyłączeniowej pleców. Te jak obrazują fotografie, mają potrójne terminale kolumnowe. Jednak trzeba uważać, gdyż do pracy w trybie stereo używamy jedynie dolnych dwóch par i wspomnianego kabla łączącego sygnałowo dwie panny. Zaś górną parę wykorzystujemy dopiero po uzbrojeniu kolumn w kinowy panel efektowy. Ktoś obawia się przypadkowej pomyłki? Spokojnie, wszystko jest oznaczone nie tylko stosownymi zawieszkami na zaciskach, ale również w czytelnej instrukcji. Tak prezentujące się zespoły głośnikowe posadowiono na odpowiednio wyprofilowanej do współpracy z portem bss-refleks, uzbrojonej w aluminiową ramę podstawie z regulowanymi kolcami.
Rozpoczynając akapit o brzmieniu nie mogę nie przybliżyć założeń konstrukcyjnych tak nietypowo zaaplikowanych głośników. Otóż inżynierowie zapragnęli odtworzyć nam realną scenę muzyczną w praktycznie każdym jej aspekcie. Owszem, w znakomitej większości da się to zrobić w standardowym układzie przetworników, jednak nie oszukujmy się, zazwyczaj piętą Achillesową typowych kolumn jest jej szerokość. Naturalnie często udaje się uzyskać nawet lekko szerszą od ich zewnętrznego obrysu, jednak to jest już pewnego rodzaju zarezerwowana dla najlepszych sztuka sama w sobie. Tymczasem Polk Audio legend L800 przy pomocy współpracujących ze sobą zdublowanych sekcji średnich i wysokich tonów robią to z dziecinną łatwością. Ba, spokojnie mogę stwierdzić, iż ich prezentacja jest poza zasięgiem jakiejkolwiek typowo skonstruowanej, nawet tej najlepszej konkurencji. W przypadku 800-ek siadasz w fotelu, odpalasz system i w szerokim sweetspocie pławisz się rozciągniętą praktycznie od lewej do prawej ściany wirtualną sceną. I co ważne, bez lokalizacyjnych dziur lub tego typu zakłócających prawidłowość pokazania danego wydarzenia muzycznego artefaktów. Owszem, źródła pozorne są nieco powiększone i oddalone, ale odbieramy to jako naturalną przesiadkę do pierwszego rzędu w wielkiej hali koncertowej, a nie występ wirtualnych słoni i żyraf w małym klubie jazzowym. To oczywiście w odbiorze w naszej samotni powoduje lekką utratę intymnej namacalności ulubionych wokalistek, ale nie można mieć ciastko i zjeść ciastko, dlatego też przed zakupem zalecam zapoznanie się z taką prezentacją osobiście. Bo jest kontrowersyjna? Nic z tych rzeczy, jest zwyczajnie inna, jak każde z naszych oczekiwań. Nic więcej. Ale to nie wszystko. Zanim przejdę do kilku przykładów płytowych, z satysfakcją dodam jeszcze, iż opiniowane kolumny równie zjawiskowo grają w kwestii spójności. Co prawda raczej stawiają na rozmach i zbliżanie nas za wszelką cenę do efektu live, ale każdy podzakres robi to w zgodny z zasadą wzajemnego wspomagania się sposób. Jaki? Już wyjaśniam. W dolnym pasmie mamy mocne, zwarte i szybkie uderzenia. Na środku może nie ociekające magią szkoły radia BBC, ale dobrze wypełnione pasaże znaczącej większości instrumentów z wokalizą włącznie, Zaś na górze dosłownie hektary swobodnych i witalnych wybrzmień. To natomiast oznacza, że inżynierowie postawili na poszukiwaną przez wielu miłośników muzyki, niezbędną do uzyskania poczucia bycia na prawdziwym wydarzeniu muzycznym neutralność w najczystszej postaci. Jednym słowem dostajemy w dobrym tego słowa znaczeniu prawdziwą jazdę bez trzymanki.
Czym owa jazda odznaczała się w starciu z muzyką? Chyba nie muszę nikogo przekonywać, iż wszelkiego rodzaju energetyczne produkcje od rocka, przez elektronikę, po free-jazz były wodą na młyn opisywanych konstrukcji. Rozmach, natychmiastowy atak, energia, do tego wszystko rozgrywane na wizualizowanej na całej szerokości mojego przecież sporej wielkości pokoju, powodowało, że jeśli tylko zapragnąłem i podkręciłem poziom głośności, udawałem się na zapuszczony w danym momencie koncert dla przykładu formacji MASADA „First Live”. To jest umiarkowane free, ale na szczęście panowie pod wodzą Johna Zorna oprócz ballad nie zapomnieli dołożyć do pieca, co oczywiście bardzo lubię, a co przy okazji pozwoliło mi sprawdzić, czy kolumny są w stanie oddać ducha tego rodzaju zapisów nutowych. Ale nie tylko w aspekcie trzęsień ziemi i pojedynczych uderzeń jak pioruny dźwięków, tylko w kwestii pokazania panującego pomiędzy rozmawiającymi ze sobą instrumentalistami – saksofon z trąbką – muzycznego flow. Bez tego nawet najbardziej spektakularne fajerwerki nie będą miały szans na wywołanie u słuchacza chęci zaprzedania duszy diabłu, aby przesłuchać dany krążek do końca, co przecież jest nieodzowną składową każdej udanej sesji odsłuchowej. Na szczęście amerykanie wiedzieli, gdzie leży punkt „g” takiej prezentacji muzyki i umiejętnie wprowadzili to w życie. Czy idealnie? W wartościach bezwzględnych bdb. Jednak jak dla mnie przy świetnej prezentacji zrozumienia muzyków i zjawiskowości skrajów pasma, w środku mogłoby być nieco soczyściej. Co mi doskwierało? Oczywiście nie nazwałbym tego problemem, ale nazbyt neutralna średnica nie była w stanie pokazać znamiennych różnic pomiędzy trąbką i saksofonem. Owszem, to było słychać od pierwszego dźwięku, jednak dodatkowa szczypta drewna stroika w saksofonie nie tylko wpłynęłaby na jego plastykę, to jeszcze sama trąbka nabrałaby odpowiedniej masy. Czyli mamy problem? Tylko bez paniki. Z premedytacją przerysowuję sytuację, aby pokazać, że nawet w bezkompromisowości czasem przydaje się odrobina namiętności. Naturalnie nie każdemu, jednak nigdy nie zaszkodzi, gdy jest. Zatem czy wspomniany niuans oznacza, iż wszelka intymna muzyka była nader wyrywna? Nic z tych rzeczy. Była przyjemna i uwodząca, jednak w estetyce neutralności, czyli nie szukała siłowego wyciskania łez, cedując ten proces na zaangażowanie w słuchana muzykę samego słuchacza bardziej od strony merytorycznej niż sonicznej. Tak brzmiała Cassandra Wilson na krążku „Traveling Miles”, Diana Krall w kompilacji „The Girl In The Other Room” i o dziwo Adam Bałdych ze swoimi skrzypcami w produkcji „Brothers”. Teoretycznie wszystko było na swoim miejscu, jednak po wgłębieniu się w temat, okazywało się, że zawsze brakowało mi nadawanych przez nasyconą średnicę emocji. Nie było głębi nie tylko wokalizy, ale również szorstkości włosia smyczka, a to mimo ciekawej prezentacji, nie pozwalało mi postawić przysłowiowej kroki nad „i” podczas obcowania z każda z płyt. Ale zaznaczam, jestem lekko sformatowany na taką prezentację, dlatego przepuśćcie moją opinię przez odpowiedni filtr, czyli mówiąc wprost, jeśli nadajecie na nieco mniej wysyconych aniżeli ja falach, temat w ogóle może nie zaistnieć.
Jak wynika z moich spostrzeżeń, w przypadku korzystania z Polk Audio Legend L800 mamy do czynienia z muzyką przez duże „M”. Bez najmniejszych oporów jestem w stanie postawić tezę, iż taka prezentacja jest nie do osiągnięcia przez znakomitą większość konkurencji. Naturalnie mówię o swobodzie wypełnienia nawet największego pokoju odsłuchowego od ściany do ściany w pełnym spektrum głośności, bezkompromisowości i natychmiastowości wydarzeń muzycznych. Czy to jest oferta dla każdego? Powiem przekornie – mimo swoich preferencji, że jeśli macie otwarte umysły, jak najbardziej tak. Jednak ostrzegam. Decyzja nabycia amerykańskich kolumn będzie skutkować będącą konsekwencją rozmachu prezentacji, utratą namacalności wykonań wokalnych. Ale nie w sensie braku ich przeżywania – to będzie zależeć od naszego stanu umysłu, tylko utraty efektu siadania czarujących wokalistek na naszych kolanach. 800-ki skonstruowano do innych celów. Raczej starają się oddać emocje pełnego rozmachu koncertu, niż zadymionego klubu i zapewniam Was, są w tym znakomite.
Jacek Pazio
Opinia 2
Po recenzowanych blisko cztery lata temu na naszych łamach smukłych i na swój sposób lifestyle’owych LSIM705 przyszła pora na prawdziwe, a może raczej spodziewane i oczekiwane przez wiernych akolitów oblicze amerykańskiego Polk Audio. Zamiast bowiem zalotnie puszczać oko do dekoratorów wnętrz i utopijnie dążyć do jak najwęższych i jak najmniej absorbujących brył, co automatycznie prowadzi do multiplikacji przetworników – prób zastąpienia większych membran kilkoma mniejszymi, tym razem wysiłki projektantów skupiły się na tym co najważniejsze, czyli pełnopasmowym dźwięku i co trzeba podkreślić w wielce oryginalnej i bezkompromisowej formie. Jeśli bowiem zamiast dwóch słupków lądują u nas dwie potężne, niemalże dorównujące posturą naszym redakcyjnym ISIS-om, skrzynie, to cytując klasyka „wiedz, że coś się dzieje”. I rzeczywiście – obok dostarczonych przez dystrybutora marki – stołecznego Horna, flagowych podłogówek Legend L800 nie sposób przejść obojętnie, więc zamiast spacerować sugerujemy wygodnie się rozsiąść w fotelu i na własne uszy przekonać się cóż do powiedzenia mają tytułowe kolumny.
Ograniczając się do suchych danych technicznych, czyli bez zerkania na zdjęcia, śmiało można byłoby uznać 800-ki za w miarę konwencjonalne kolumny. Co prawda konstrukcje wyposażone w zdublowane tweetery nie pojawiają się na rynku zbyt często, i nie chodzi w tym momencie o modele wzbogacone o tzw. supertweetery, lecz o operujące jeszcze w słyszalnym przez większość osobników homo sapiens paśmie przetworniki, to nawet i u nas takowe gościły. Wystarczy wspomnieć Dynaudio Evidence Master i Evidence Platinum. Konsternacja przychodzi jednak wraz z zagłębianiem się w materiały promocyjne i co za tym idzie zdjęcia. Chodzi bowiem o to, iż starając się pokrótce opisać aparycję topowych Polków dochodzimy do swoistej hybrydy znanych z systemów wielokanałowych i sal kinowych dipoli z potężnymi modułami basowymi. Oczywiście to szalenie daleko idące uproszczenie, jednak widok dwóch par wysokotonowców i średniotonowców umieszczonych w orientacji … horyzontalnej i w dodatku nie na wprost słuchacza a zezujących na boki z odchylonych o 15-stopni, „przełamanych” połówek frontu nie należy do powszechnych. Dziwne? Niewątpliwie, ale skoro producent solennie zapewnia, że tak właśnie ma być i tak jest najlepiej, to nie wypada się z nim nie zgodzić, przynajmniej nie przed odsłuchem.
Skupiając się jednak na całości projektu, na razie, od strony wizualnej uczciwie trzeba przyznać, że Amerykanie sumiennie odrobili pracę domową i zaproponowali kolumny nie tylko duże, co wręcz imponujące posturą a zarazem swą obecnością nieprzytłaczające, oczywiście o ile nie będziecie Państwo próbowali wstawić ich do kilkunastometrowego pokoju, bo wtedy trudno będzie delikatnie mówiąc przeoczyć ich obecności. Zakładam, iż zdając sobie sprawę z rozmiaru własnego projektu producent nie eksperymentował i fronty i ściany górne 800-ek pociągnął czarnym, satynowym lakierem (czarny podobno wyszczupla) a pozostałe powierzchnie obudów dostępne są w popielatej czerni i zdecydowanie bardziej łapiącym za oko brązowym orzechu, którym to mogła się pochwalić recenzowana przez nas para.
I tak, jak już zdążyłem nadmienić na wielce intrygującą sekcję średnio-wysokotonową składają się po dwa 1-calowe pierścieniowe przetworniki wysokotonowe Pinnacle, podobny zestaw 5.25″ średniotonowców z membranami Turbine a już na wypłaszczonej sekcji basowej króluje duet 10” wooferów wspomaganych przez umieszczony w podstawie najnowszej generacji Enhanced Power Port, czyli autorski układ bas-refleks dmuchający na precyzyjnie wyliczoną krzywiznę ścian stożka ulokowanego tuż pod nim.
Rzut oka na ścianę tylną przynosi kolejna niespodzianka, gdyż oprócz skądinąd solidnych podwójnych terminali głośnikowych znajdziemy zagadkowe, przypominające zasilające gniazdo i kolejną parę terminali głośnikowych z enigmatyczną zawieszką „Height Input Only”. Zaraz, zaraz, to 800-ki są półaktywne? Szybka lektura instrukcji i nie, nic z tych rzeczy. Owe tajemnicze gniazdo to interface komunikacyjny obu kolumn a górne terminale wykorzystuje się w przypadku uzbrojenia topowej powierzchni tytułowych kolumn w dedykowany systemom wielokanałowym moduł wyższej warstwy Legend L900. My takowych nie otrzymaliśmy, ale nie omieszkaliśmy zerknąć cóż kryje się pod stosowna klapką.
Zgłębiając dalej technikalia nie sposób nie wspomnieć o podstawach teoretycznych takiej a nie innej budowy amerykańskich flagowców. Chodzi bowiem o najnowszą generację zaprojektowanej i wprowadzonej przez Matthew Polka na początku lat 80 technologii SDA – SDA-PRO wykorzystującej specjalny filtr „Head Shadow” w układzie przestrzennym. Konstrukcja SDA minimalizuje bowiem zjawisko interferencji dźwięku znane jako IAC (Interaural Crosstalk), które występuje we wszystkich konwencjonalnych kolumnach. Chodzi bowiem o wyeliminowanie krzyżowania się fal dźwiękowych, zanim dotrą one do uszu słuchacza, na drodze separacji obu kanałów stereo.
Zanim przejdę do opisu wrażeń nausznych warto zwrócić uwagę na prawidłowe ustawienie Polków, których w przeciwieństwie do większości „konwencjonalnych” kolumn nie tylko nie doginamy, kierując ich fronty ku słuchaczowi, co również powinniśmy przestrzegać oznaczeń która z kolumn jest prawa a która lewa. Potem wystarczy je tylko spiąć dołączonym w komplecie przewodem, podłączyć kable głośnikowe i można grać.
Patrząc na posturę i wyposażenie naszych dzisiejszych bohaterek można byłoby przypuszczać, że zaprojektowano je głównie z myślą o kruszeniu ścian i nagłaśnianiu masowych imprez. Tymczasem już pierwsze takty „You & Me” Joe Bonamassy pokazały, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Co ciekawe ani bas nie próbował zawłaszczyć sobie pozostałych podzakresów, ani sam wolumen generowanego przez Polki dźwięku nie wykraczał poza ramy dobrego smaku i przyzwoitości. Jeśli ktoś w tym momencie liczył na sztucznie rozdmuchane źródła pozorne, kilkumetrowe gryfy gitar, czy zestawy perkusyjne złożone wyłącznie z monstrualnych bębnów taiko, których średnice przekraczają 2,5m, to muszę go rozczarować, gdyż może i rozmiar również i w tym wypadku ma znaczenie, lecz chodzi o możliwość wygenerowania odpowiedniego ciśnienia akustycznego i odpowiednio niskie zejście basu, gdy jest to konieczne, a nie epatowanie tymi cechami gdzie tylko się da, bo przecież nie na tym cała zabawa w Hi-Fi i High-End polega. Zamiast tego mamy nieosiągalną dla większości konkurencji (również tej wielokrotnie droższej) zjawiskowo rozbudowaną w trzech wymiarach scenę, zupełnie niewymuszoną swobodę i umiejętność natychmiastowej reakcji nawet na największe spiętrzenia dźwięku, jakże konieczny przy wielkiej symfonice rozmach i o dziwo fenomenalną stereofonię, choć raczej wypadałoby użyć określenia holograficzną przestrzeń. Ścieżka dźwiękowa do „Westworld: Season 1” Ramina Djawadi zabrzmiała z iście hollywoodzką spektakularnością, lecz jeszcze raz podkreślę, że bez jakichkolwiek oznak gigantomanii. Ot wielki skład symfoniczny we właściwym sobie rozmiarze i idącą za nim skalą, jednak gdy rozpoczyna się solowa partia fortepianu to ów wolumen automatycznie wraca do rozmiaru właściwego ww. instrumentowi. Standard i oczywistość? Dobrze by było, jednak życie, niektóre systemy i nagrania pokazują nader dobitnie, że niekoniecznie.
Co ciekawe Polki w naszym 38 metrowym, oktagonalnym OPOS-ie dźwiękowo „mieściły się” łatwiej aniżeli niedawno przez nas testowane Dynaudio Contour 60, gdyż pomimo swojej niezaprzeczalnie niekonwencjonalnej konstrukcji nie wymagały wokół siebie aż tyle przestrzeni i co równie istotne nie trzeba było aż tak daleko odsuwać od nich fotela. Po prostu wypełniały pomieszczenie niejako szytym na miarę dźwiękiem. Dzięki temu zarówno dopiero co wspomniana filmowa symfonika, jak i cięższe odmiany rocka, jak daleko nie szukając ostatni, cudownie bezpardonowo bestialsko atakujący nasze zmysły thrash metalowy „Titans of Creation” Testamentu miały okazję rozwinąć skrzydła i nie tylko zabrzmieć, ale i po prostu „zagrzmieć” w naszej samotni. Wokal Chucka Billy’ego miał niezwykłą siłę emisji – wwiercał się w nasze zwoje mózgowe, by dopiero tam eksplodować z pełną, wspomaganą ekstatycznymi, bezkompromisowymi riffami mocą. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę, iż obracamy się w naprawdę ciężkich klimatach, gdzie nietrudno doszukać się death metalowych naleciałości, co wydawać by się mogło niespecjalnie sprzyja audiofilskim nasiadówkom, gdyż od dawien dawna uważać się zwykło, iż to właśnie ciężkie klimaty nagrywane są po prostu źle, to ty razem mamy wyjątek potwierdzający ową regułę. Jest niezwykle selektywnie, rozdzielczo i piekielnie gęsto, lecz cały czas mamy nie tylko kontrolę nad całością spektaklu, co i swobodny wgląd w nagranie. Gradacja planów jest wręcz wzorcowa, czytelność nie tylko pierwszego, jak i dalszych zasługuje wyłącznie na w pełni zasłużone superlatywy a porządek na scenie spełnia najbardziej restrykcyjne normy rozplanowania przestrzennego. Warto mieć jednak świadomość, że Polki same z siebie i z byle czym tak nie zagrają, więc o ile nasz redakcyjny Gryphon Mephisto z oczywistych względów mimochodem podnosi poprzeczkę, to już najnowsza odsłona amplifikacji Classé czy to pod postacią stereofoniczną, czy też monosów, nawet z racji wspólnej dystrybucji, wydaje się całkiem sensownym kierunkiem poszukiwań. Trzeba bowiem pamiętać, iż Polki choć znamionowo są 4 Ω i wykazują się całkiem akceptowalną 87dB skutecznością, to zapuszczają się nawet na 2.8 Ω, więc bez odpowiedniej elektrowni ich okiełznanie może okazać się cokolwiek problematyczne i to nie tylko przy ostrym łojeniu, co nawet przy pozornie niezobowiązującym „plumkaniu”. Wystarczy bowiem sięgnąć po coś w stylu zaskakująco skomercjalizowanej odsłony Youn Sun Nah i jej ostatniego, wydanego już nie przez audiofilską oficynę ACT a koncern Warnera albumu „Immersion” (nie wiedzieć czemu „znikniętym” z TIDAL-a). Niby wszystko jest ładnie i elegancko podane, drobna wokalistka leniwie roztacza swe aranżacyjne wdzięki, jednak proszę mi wierzyć, że elektroniczne wstawki na tym wydawnictwie potrafią zapuszczać się w takie rejony, że nawet sam Książę Piekieł nie zagląda tam bez latarki i wtedy nie tyko moc, lecz i wydajność prądowa stają się na wagę złota, gdyż bez nich zamiast kontrolowanego uderzenia mamy li tylko leniwe kopanie w rozmoknięty karton stopą obutą w Crocsy. Za to z odpowiednim „napędem” Polki czarują świetnym timingiem, krótkim, piekielnie szybko i twardo kopiącym basem, plastyczną średnicą i odważnie podaną, lecz daleką od ofensywności, za to jedwabiście gładką górą.
Polk Legend L800 to duże, oparte na niekonwencjonalnych, autorskich rozwiązaniach amerykańskie podłogówki o ponadprzeciętnych walorach sonicznych, których obecności (kolumn, nie walorów), chociażby z racji gabarytów nie da się ukryć. Graja bowiem dźwiękiem niezwykle homogenicznym i rozdzielczym nie bojąc się przy tym nie tylko niewielkich składów, lecz i wielkich orkiestr, czy ekstremalnego łojenia. Jeśli zatem rozglądacie się Państwo za nader rozsądnie wycenionymi kolumnami do dużego salonu, to Polki wydają się oczywistymi kandydatami do wpisania na Waszą listę. Od siebie, już zupełnie prywatnie i