Za oknem piękne słońce i trzaskający mróz, a u nas kolejny przykład na to, że płyty CD nigdzie, a tym bardziej na emeryturę, bądź wręcz do piachu się nie wybierają. No bo i po co, skoro na rynku odtwarzaczy nie brakuje. A jednym z owych powodów, by ze srebrnych krążków nie rezygnować jest … Trigon Exxact CD.
Cdn. …
Opinia 1
Skoro praktycznie każda, nawet najbardziej niewinna wzmianka o okablowaniu audio wywołuje istny Armagedon w mediach społecznościowych nie pozostaje nam nic innego, jak może nie tyle podążać zgodnie z narzuconą przez decybelujących dyskutantów retoryką, co dostosować narrację do spodziewanej kolejnej eskalacji. Z pomocą przychodzi nam jedno z trzech, obok Koranu i atlasu grzybów, najbardziej śmiercionośnych wydawnictw, czyli … Biblia, gdzie w „Apokalipsie św. Jana” pada sławetne „Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec.” Wszystko wskazuje bowiem na to, iż sprawca dzisiejszego zamieszania, de facto nawet poprzez własną nazwę, wykazuje dość jasne inklinacje do bycia wyborem finalnym, końcowym i ostatecznym. Panie i Panowie oto sygnowany przez włoską manufakturę Omega Audio Concepts interkonekt XLR Micro Extra Signal.
Patrząc na aparycję tytułowej łączówki trudno nie odnieść wrażenia, iż jej twórcom, poza firmową kolorystyką (polecam zerknąć do naszych relacji z monachijskich High Endów i hifideluxe’ów) niekoniecznie przyświecała chęć dopasowania do typowo stereotypowego postrzegania „włoskiej roboty” w ujęciu wyrafinowania formy i szlachetności wykończenia. Mówiąc wprost Micro Extra Signal XLR zdecydowanie bliżej naszym rodzimym Bautom aniżeli chociażby andaluzyjskim, a więc Hiszpańskim, wysokim modelom Fono Acustica. Na usprawiedliwienie dzisiejszego wytwórcy wypada jednak dodać, iż najwidoczniej na Półwyspie Apenińskim przynajmniej jeśli chodzi o aparycję połączeń audio niespecjalnie przywiązuje się wagę, gdyż daleko nie szukając ani goszczące u nas Ricable, ani HiDiamondy również niczym szczególnym za oko nie łapały. Wracając jednak do meritum a zarazem do analogii z polskimi „dyszlami” oprócz umaszczenia i „finezji” wykończenia cechy wspólne obejmują również ergonomię, gdyż podatność na zginanie i skręcanie włoskich interkonektów jest nazwijmy to dyplomatycznie „dość umowna”. Warto mieć ów szczegół na uwadze, bowiem Omegi nie tylko wymagają bardzo dużego promienia skrętu, lecz również dopasowania orientacji gniazd (pamiętajmy, że rozmawiamy o XLR-ach) spinanych ze sobą urządzeń, gdyż ich (znaczy się Omeg) obrót np. o 90° jest praktycznie niewykonalny a o 180° obrocie względem osi możemy po prostu zapomnieć. Powyższa niedogodność jest oczywiście pochodną budowy anatomicznej, gdyż tytułowe interkonekty wykonano z pięciu przewodników solid core ze srebrzonej miedzi, które oprócz poliolefinowej izolacji chroni aż sześć ekranów, co z pewnością nie służy wiotkości całej konstrukcji. Do konfekcji użyto może mało biżuteryjnych, lecz za to niewątpliwie solidnych wtyków Neutrik XX Series, które zabezpieczono zwykłymi termokurczliwymi koszulkami pozbawionymi jakichkolwiek oznaczeń. Stosowną informację o modelu, producencie i kierunkowości znajdziemy dopiero na umieszczonej na przewodzie aluminiowej mufie.
Mając dotychczas jedynie czysto przypadkowe, stricte wystawowe kontakty z dokonaniami ekipy z Colle Umberto i to głównie, pomijając ostatnie Audio Video Show (listwa zasilająca+ okablowanie), w ujęciu „globalnym” – w postaci kompletnych firmowych systemów do naszego dzisiejszego podchodziłem bez jakichkolwiek oczekiwań. No może jedynie z tymi dotyczącymi rekompensaty za czas i trud poświęcony na jego aplikację. A tak już zupełnie na serio, to autentycznie miał u mnie „carte blanche”. Dlatego też, choć rodzimy dystrybutor (chełmżyńskie Quality Audio) był na tyle miły, że przed dostawą zdążył go wygrzać, już w trakcie standardowych, niezobowiązujących rzutów uchem w trakcie kilkudniowej rozgrzewki dochodziłem do wniosków, że … jest potencjał. A gdy okres ochronny minął potwierdzenie wcześniejszych „migawek” okazało się czystą formalnością, bowiem karmazynowe Omegi zaoferowały wielce udany mariaż angażującej rozdzielczości z kojącą skołatane nerwy muzykalnością ujęty w ramy zapobiegającej przysypianiu na kanapie motoryki. Adekwatnie do swej postury operowały dźwiękiem dużym i obszernym stawiając w pierwszej kolejności na wolumen i energię a dopiero w drugiej na niuans i detal, przez co niejako w naturalny sposób intensyfikują wszelakiej maści rockowy repertuar. Przykładowo „Alienation” Three Days Grace zabrzmiało niemalże jak na sterydach – z niszczycielską potęgą, potężnym basowym fundamentem i przyjemnie gęstą konsystencją. Włoskie przewody nadały całości przyjemnej analogowości i gładkości, przez co cały album wypadł przyjemniej i bardziej melodyjnie. Ponadto partie wokalne zostały sugestywnie podkreślone i delikatnie wysunięte przed szereg dając tym samym więcej miejsca dalszoplanowym wydarzeniom. A właśnie, gradację planów określiłbym mianem satysfakcjonującej, acz nienachalnej, niezabiegającej o atencję, przez co gustując w gęstszych i bardziej zagmatwanych aranżacjach („Psychotic Symphony” Sons Of Apollo) decydując się na Omegi warto pomyśleć o odpowiednio rozdzielczej reszcie toru, gdyż one same z siebie dążyć do wyekstrahowania poszczególnych muzyków z tła niekoniecznie ambicję będą miały. Co innego rytm i drajw, które nawet przy szczątkowej sekcji rytmicznej zawsze będą wodą na młyn Micro Extra Signal.
Niemniej jednak zarówno w starszym, jak i mniej dynamicznym repertuarze jak np. „No Regrets – The Best Of Scott Walker and The Walker Brothers 1965–1976” włoskie łączówki potrafią pokazać się od najlepszej strony sugestywnie dosaturowując średnicę, dyskretnie ozłacając górne rejestry i co śmiem twierdzić najbardziej pożądane, eliminując „telefoniczność” orkiestracji (jakby podczas masteringu ktoś dograł je dzwoniąc z budki telefonicznej)umiejętnie redukując anachroniczność materiału źródłowego. Co prawda jest to zauważalne odejście od ortodoksyjnej transparentności, lecz skoro efekt finalny śmiało możemy rozpatrywać w kategoriach poprawy i uatrakcyjnienia prezentacji to trudno uznać ową manierę za wadę.
W końcu jeśli dzięki włoskiej łączówce słuchać i to z przyjemnością możemy nagrań, które do tej pory trzymaliśmy wyłącznie z sentymentu a na naszych playlistach, z racji realizacyjnych ułomności gościły nader sporadycznie to tylko wypada się cieszyć a nie szukać dziury w całym.
Jak mam nadzieję z powyższych, czysto subiektywnych obserwacji wynika Omega Audio Concepts Micro Extra Signal ma swój własny i zarazem jasno określony charakter brzmieniowy oraz trudną do pominięcia ergonomię. Dlatego też zasadnym wydaje się w pełni świadome podjęcie decyzji o jego wypróbowaniu we własnym systemie i tzw. rozpoznanie bojem, gdyż po pierwsze nie wszędzie da się go zaaplikować a po drugie doskonale zdaję sobie sprawę z istnienia osobników dla których to, że za sprawą ww. łączówki ich system i posiadane nagrania zabrzmią atrakcyjniej wcale nie będzie po ich myśli.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Wierzcie lub nie, ale dzisiejsze spotkanie spokojnie możemy zaliczyć do swego rodzaju dokonania rzeczy niemożliwej. Chodzi mianowicie o to, że tytułowa marka z Italii, którą notabene kilkukrotnie odwiedzaliśmy na wystawie w Monachium, swój projekt biznesowy opiera na oferowaniu klientowi w pełni kompletnego systemu audio od źródła, przez wzmocnienie, okablowanie, po kolumny głośnikowe. Niestety jest na tyle konsekwentna w swym działaniu, że kilkukrotnie odrzuciła propozycję rodzimego dystrybutora roztoczenia opieki jedynie nad częścią jej portfolio. I gdy temat powoli umierał, na szczęście znany tylko wspomnianym stronom splot wydarzeń sprawił, że po kilku podejściach do wiążących rozmów udało się wypracować na razie skromny, ale jednak ciekawy od strony oferty plan działań. Działań, których pierwszym efektem jest dzisiejszy test kabla sygnałowego. Jak przystało na Włochów wyrazistego od strony wizualnej, co tylko podkręca chęć dogłębnego poznania jego możliwości sonicznych. Co jest tematem tej epistoły? Otóż dzięki staraniom stacjonującego w Chełmży Quality Audio na przetarcie szlaków dla kolejnych zderzeń testowych w nasze progi trafił włoski przewód sygnałowy Omega Audio Concepts z serii Micro Extra Signal XLR.
Jeśli chodzi o garść informacji na temat okazałego wizualnie Włocha, najważniejszą jest fakt, że w roli przewodników mamy do czynienia ze srebrzoną miedzią. Jednak nie jako łatwo układającą się linką, tylko nieco sprawiającą problem podczas procesu aplikacji w ciasnych przestrzeniach, składającą się z 5 przewodów konstrukcją typu Solid Core. Niestety we wspomnianym układaniu kabla nie pomaga też solidność jego wykonania, bowiem przekrój całkowity użytych przewodników osiąga poziom 1.5 mm². A to nie wszystko, gdyż w ten sam sposób, czyli z wielką pieczołowitością potraktowano ekranowanie, gdzie przebieg sygnału zasiania zabezpieczono ośmioma warstwami, a zasilania wespół z sygnałem dodatkowymi sześcioma. W roli izolatorów zaś wykorzystano wariację Polyolefinu i powłoki PET. Jak wynika z opisu, po takim potraktowaniu kabel musiał osiągnąć sporą średnicę i przez to stawia opór przed wyginaniem, ale jest pociecha, gdyż gdy przed podłączeniem odpowiednio go uformujemy, da się go zastosować. Zamykając temat XLR-a Omega dodam jeszcze, iż w drogę do klienta nasz bohater pakowany jest w także w wyzywające kolorystycznie, elegancko wyściełane białym materiałem, opatrzone certyfikatem pudełko w krwistej czerwieni.
Jak odebrałem zastosowanie Micro Extra Signal pomiędzy przedwzmacniaczem, a końcówką mocy? Na co dzień używam bezpiecznego, bo równego w brzmieniu, dla wielu nazbyt zachowawczego w kwestii serwowania dużej dawki nasycenia, a dla mnie właśnie z tego powodu idealnie wpisującego się w potrzeby systemu kabla Hijiri Milion Kiwami. Kabla, który od wielu lat broni się u mnie nie tylko bez najmniejszego problemu, ale także idealnie pokazuje, w jakim kierunku podąża dźwięk, gdy go czymś zastąpię. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest mistrzostwo świata w rozumieniu bezwarunkowym, tylko w danej zbieraninie elektroniki. Co zatem pokazała roszada? Otóż testowany kabelek zafundował mojemu systemowi spory zastrzyk energii i otwartości. Muzyka dostała body i stała się jakby bardziej czytelna, gdyż wspomnianą dodatkową masę cechowała znakomita ostrość rysunku wirtualnej sceny. I właśnie owa ostrość spowodowała, że oprócz podkręcenia drive’u muzyki i co za tym idzie jej świetnie odbieraną nieobliczalność przekaz zyskał na transparentności. Owszem, był mocniejszy w uderzeniu skomasowaną, dobrze zdefiniowaną energią, bardziej wyrazisty w kwestii drapieżności oddania ataku muzyki i bardziej wyrazisty w budowaniu realiów najwyższych rejestrów, ale mimo mojego codziennego, nieco innego podejścia do tych aspektów muzyka w żadnym przypadku mnie nie męczyła. Jak Włochom się to udało, nie mam pojęcia. Ważne jednak, że gdy zazwyczaj od solidnego podkręcania emocji w każdym zakresie słuchanej muzyki z automatu stronię, to, co zaoferował produkt Omega Audio Concepts nie przekraczało estetyki przyjaznego przyswajania, a wręcz otwierało mi czasem oczy, że można aż tak ekspansywnie – w stosunku do moich codziennych oczekiwań, ale nadal z wielkimi umiejętnościami zaangażowania słuchacza w najdrobniejsze niuanse danego materiału. I to każdego materiału, gdyż działania opiniowanego kabla nie skupiały się na pojedynczym aspekcie dźwięku. Chodzi oczywiście o mocniejsze akcentowanie jego pełnego spektrum od masy, przez ostrość kreowania bytów w przestrzeni i oczywiście jako wynik wspomnianych działań jakby mocniejszy blask unikającego zbędnego zmiękczania górnego zakresu. Gdybym miał przełożyć to z polskiego na nasze, powiedziałbym, że muzyka oferowała solidną, w pełni kontrolowaną podstawę basową, gęstą, ale w wizualizacji wykorzystującą rysik, a nie flamaster średnicę, a wszystko bez zapędów do nadinterpretacji doświetlały dźwięczne, raczej twarde i przez to mocne, aniżeli nudnie zmiękczone wysokie tony. A jeszcze krócej? Dostałem zdroworozsądkowo zdefiniowaną jazdę bez trzymanki. Ale żeby nie było, u mnie w najmniejszym stopniu nie szkodzącą w słuchaniu ulubionej muzyki, a dla wielu z Was mogącą okazać się pewnego rodzaju ratunkiem w sensie korekty wcześniej podjętych nietrafionych wyborów. A jeśli tak, mam nadzieję, że bez problemu przyjmiecie do wiadomości, iż oferta soniczna opiniowanej konstrukcji byłą przyjazna nie tylko dla muzy rodem z piekła, ale także mlekiem miodem płynącej. Tej ostatniej w z nieco większym akcentowaniem skrajów pasma, ale nadal dobrze sprawdzającym się nawet podczas długich sesji odsłuchowych.
Komu polecałbym tytułowy kabel sygnałowy? Sprawa jest jasna. Jeśli szukasz w pełni kontrolowanego zastrzyku pełnych życia, ale dalekich od dręczenia słuchacza nadinterpretacją emocji podczas obcowania z ulubioną muzyką, jesteś idealnym kandydatem do prób w swoim systemie. Ale to nie jedyna grupa docelowa, gdyż jak wspomniałem, Micro Extra Signal XLR będzie fajnym partnerem także dla systemów nieco ociężałych lub cierpiących na tak zwaną anoreksję. Tchnie w nie szczyptę zwartej oraz dźwięcznej energii, co sprawi, że muzyka zabrzmi z taka radością, jak nigdy wcześniej. Mam nadzieję, że sprawę wyłożyłem jasno. Moim zdaniem prościej się już nie da.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Omega Audio Concepts
Cena: 21 100 PLN / 1m
Dane techniczne
Konstrukcja: solid core
Liczba przewodników: 5
Materiał przewodników: posrebrzana miedź
Liczba ekranów: 6
Izolacja: Poliolefin
Osłona zewnętrzna: Poliolefin + plecionka PET
Opinia 1
Choć reprezentanci Focala gościli u nas już kilkukrotnie, to dziwnym zbiegiem okoliczności francuskie słuchawki mieliśmy tylko … raz. I w dodatku ponad osiem lat temu. Co prawda były to flagowe Utopie, więc z łatwością moglibyśmy iść w zaparte, iż skoro skupiamy się na High-Endzie, to i słuchawki traktujemy według podobnego klucza, więc albo grubo, albo wcale. Problem jednak w tym, że jak to zwykł mawiać klasyk „panta rhei”, więc i związane z audio technologie idą do przodu a sam rynek ewoluuje we wcześniej trudnych do przewidzenia kierunkach. No bo kto by śmiał przypuszczać, że na przestrzenni niecałej dekady wszelakiej maści bezprzewodowość nie tylko stanie się powszechna i odmieniana przez wszystkie przypadki, co po rozgoszczeniu się w segmencie Hi-Fi zacznie coraz śmielej poczynać sobie również w High-Endzie. Dlatego też, gdy w końcu nadarzyła się ku temu sposobność – faworyzujący mobilność okres ferii zimowych, czym prędzej, dzięki uprzejmości stołecznego dystrybutora – FNCE (Focal Naim Consumer Electronics), zabezpieczyliśmy eleganckie i jak łatwo się domyślić sygnowane przez francusko-angielski koncern słuchawki Focal Bathys.
Szybki rzut okiem do katalogu Focala jasno pokazuje podejście ww.producenta do tematu. Do wyboru są bowiem jedynie będące przedmiotem niniejszego testu Bathysy i … Bathysy MG, czyli de facto rozwinięcie „podstawowej” inkarnacji o „ekskluzywne” magnezowe (zamiast magnezowo-aluminiowych) przetworniki. A skoro o podobieństwach i koligacjach mowa, to żeby sprawa była jasna od razu wspomnę, że Bathysy nie wzięły się znikąd, lecz bazują na konwencjonalnym, znaczy się przewodowym modelu Celestee. Nie da się jednak ukryć, iż nie są lapidarną „zrzynką” lecz finezyjnym rozwinięciem firmowego designu i wzbogaceniu go o miłe oku designerskie smaczki. Ot chociażby zdobiący metalowe muszle firmowy logotyp, który nie jest li tylko klasycznym grawerunkiem, lecz trójwymiarowym profilem, który nie dość, że jest wypukły a nie wklęsły, to jeszcze dzięki LED-owemu podświetleniu nie tylko nader skutecznie łapie za gałkę, lecz i ułatwia życie np. podczas procesu parowania. Oczywiście designerscy asceci mogą intensywność owej iluminacji stonować, bądź całkowicie wyłączyć. Za kolejny, niezwykle miły akcent pozwolę sobie uznać brak udziwnień natury funkcjonalnej, z których to swojego czasu słynęły francuskie samochody, bowiem w Bathysach obsługę wszelkich nastaw powierzono nie gestom a fizycznym, umieszczonym na obwodzie muszli (lwia część na prawej, a na lewej jedynie wybieramy tryb ANC) przyciskom i przełącznikom. Same muszle z regulowanym skokowo pałąkiem łączą masywne widelce oraz umożliwiające obrót o nieco ponad 90° przeguby, dzięki którym słuchawki da się ułożyć na płask w znajdującym się na wyposażeniu, eleganckim, sztywnym, zapinanym na zamek błyskawiczny etui. Co do wykończenia, to biorąc pod uwagę „mobilność” naszych bohaterek jest wręcz luksusowo. Pomijając piaskowe, bez porównania bardziej atrakcyjne aniżeli konwencjonalna czerń, malowanie uwagę zwraca obecność skóry na zewnętrznej powierzchni pałąka i mięsistych padów, oraz weluru od wewnątrz. Krótko mówiąc, biorąc tytułowe słuchawki do ręki czuć, że mamy do czynienia z produktem klasy premium o wartości postrzeganej znacząco przekraczającej zaskakująco przyjaźnie dla portfela nabywcy skalkulowaną cenę na poziomie 2,7kPLN (w trakcie testu).
Jeśli chodzi o anatomię, to jak zdążyłem już wspomnieć Focal sięgnął po własne przetworniki o 40 mm aluminiowo-magnezowych membranach, których budowa bardziej przypomina klasyczne – kolumnowe drajwery aniżeli większość słuchawkowych konkurentów. Każda muszlę wyposażono w 4 mikrofony, w trybie USB-DAC słuchawki z powodzeniem obsługują sygnał cyfrowy PCM 24 bit/192 kHz i nie zapomniano o możliwości obsługi za pomocą asystenta głosowego. Komunikacja po Bluetooth wykorzystuje kodeki SBC, AAC oraz aptX a korzystając z urządzeń mobilnych warto zainstalować firmowa apkę Focal & Naim, z poziomu której zyskamy dostęp do regulacji ww. podświetlenia logotypów oraz m.in. equalizacji.
Co prawda z racji hobbystycznie wykonywanej przez ponad ćwierćwiecze profesji powinienem być już porządnie zaimpregnowany na wszelakiej maści podprogowe sztuczki speców od marketingu, w tym budzenie oczekiwanych skojarzeń już poprzez perfidnie dobrana nomenklaturę, jednak uczciwie trzeba przyznać, że ekipa Focala solidnie odrobiła pracę domową i skuteczność ANC z powodzeniem można porównać do odcinającego nas od bodźców zewnętrznych … batyskafu. Mowa oczywiści o trybie Silent, gdyż Soft w swej separacji nie idzie aż tak daleko. Jest jeszcze opcja „transparentności”, ale to oczywista oczywistość i wspominam o niej jedynie z kronikarskiego obowiązku. Sekcję poświęconą walorom brzmieniowym zacząłem od ANC nie bez przyczyny, bowiem niezależnie od wybranego sposobu komunikacji jest ono aktywne, więc o ile tylko chcemy Bathysów słuchać a nie tylko je na czerepie nosić warto mieć tego świadomość. Niemniej jednak skoro skuteczność owego rozwiązania zdążyłem już (w pełni zasłużenie) obcmokać bez zbędnej zwłoki mogę zająć się rozbijaniem ich dźwięku na atomy.
A tak już zupełnie na serio, to choć Bathysy nawet nie próbowały startować do zasiadających na Olimpie Utopii, to już od pierwszych taktów jeszcze ciepłego „Reliance” Soen słychać było, że idą drogą przetartą przez starsze rodzeństwo. Oferowały bowiem niezwykle żywiołowy i komunikatywny przekaz oparty na soczyście wysyconych barwach, zaraźliwej motoryce i nieskrępowanej dynamice doprawionych solidną dawką odważnej i rześkiej góry. Dodając do tego świetną przestrzenność i budowanie sceny wokół głowy słuchacza a nie wewnątrz niej dostajemy gotowy przepis na sukces. Przynajmniej moim skromnym zdaniem, z którym nie trzeba się zgadzać. Jeśli bowiem ktoś liczy na delikatne otulanie anemicznym i pozbawionym energii kocykiem onirycznych dźwięków, to zdecydowanie nie ten adres. Co istotne Focale lubią i potrafią grać nie tylko głośno, lecz również z racji ponadprzeciętnej skuteczności ANC z powodzeniem można delektować się generowanymi przez nie dźwiękami na iście wieczorno-nocnych poziomach głośności. Jeśli jednak uznamy za stosowne z ich pomocą nieco połomotać, to prędzej nam krew pójdzie z uszu aniżeli one skapitulują. Karkołomne partie basu i perkusyjne wygibasy nie stanowią bowiem dla nich żadnego wyzwania – każde szarpnięcie struny, uderzenie w naciąg bębna ma właściwą energię, kontur i konsystencję, więc operujemy pełnym wachlarzem faktur i twardości na poziomie profesjonalnego zestawu ołówków Koh-I-Noor (10B-10H). Średnica jest onieśmielająco namacalna, zmysłowa i na wyciągnięcie ręki. Słychać, że producent świadomie ją dopalił a tym samym podkręcił jej atrakcyjność, ale to w końcu słuchawki lifestyle’owe a nie do studyjnego monitoringu, więc jeśli coś nawet zabrzmi lepiej aniżeli w rzeczywistości, to raczej nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien mieć o to do nich pretensji. Dlatego też nie omieszkałem mając je na uszach kilka razy kliknąć w „Break The Silence” Beyond The Black, gdyż francuskie słuchawki nie tylko zapewniły mi odpowiedni fundament basowy i wykop, lecz również delikatnie, acz wielce pożądanie, dodały mocy partiom wokalnym Jennifer Haben.
Jeśli zaś chodzi o górę pasma, to z jednej strony nie sposób odmówić jej „francuskiej rześkości”, lecz jednocześnie uczciwie trzeba przyznać, że daleko jej do męczącej na dłuższą metę szklistości, utwardzenia, czy wręcz ofensywności. I choć nie dorównują pod względem rozdzielczości i wyrafinowaniu Utopiom a pod względem bezpardonowości w detaliczności ULTRASONE Edition 15 Veritas, to bez większych obaw można z ich pomocą eksplorować zarówno bogate w riffy rockowe ekstrema, jak i klasyczny, operowy repertuar w stylu „The Ghosts of Hamlet. Lost Arias from Italian Baroque Operas”. A właśnie, skoro o klasyce mowa, to z niekłamaną satysfakcją odnotowałem fakt, iż Focale bez zająknięcia przeszły „próbę klawesynu”, którego partie dalekie były od dźwięku rodowych sreber zrzucanych po kamiennych schodach. Ba, w przypływie trudnej do wytłumaczenia perfidii na playliście umieściłem „Unfinished Love” Tong Li, który nie dość, iż z racji wykorzystywania orientalnej melodyki i instrumentarium nader odważnie operuje w górze pasma, to i partie wokalne najdelikatniej rzecz ujmując nie oszczędzają sybilantów. Tymczasem Bathysy z niezwykła pieczołowitością tkały pajęczynę rozedrganych dźwięków tworząc tajemniczy klimat i nastrój i kiedy trzeba delikatnie kłując w uszy, lecz jednocześnie nie przekraczając granicy dobrego smaku i kultury.
W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko stwierdzić, że jeśli tylko planujecie Państwo krótszy, bądź dłuższy wypad wykluczający korzystanie ze standardowego, stacjonarnego systemu audio, to zakup Focali Bathys wydaje się równie oczywisty, jak zapewnienie sobie i bliskim porządnego ubezpieczenia, czy odpowiednio wysokiej klasy lokum. I choć zwykło się uważać, że za jakość się płaci (i to słono), to akurat w tym przypadku Focal wykazuje się niezwykle empatyczny i litościwy dla domowego budżetu a jednocześnie gra na iście high-endowym pułapie. Czegóż chcieć więcej …
Marcin Olszewski
Opinia 2
Wszyscy wiemy, że francuska marka Focal to w głównej mierze światowej klasy producent zespołów głośnikowych od poziomu cenowego dla zwykłego Kowalskiego, po szczyty ekstremalnego High Endu. Jednak prawdopodobnie nie wszyscy orientują się, iż w swoim szerokim portfolio ma również całkiem spory zasób słuchawek i to zarówno dedykowanych najwyższej jakości sekcjom wzmacniającym, lecz również z segmentu bezprzewodowego. Co prawda mimo sporej oferty w swej historii nie mieliśmy zbyt wielu okazji przyjrzeć się tej sekcji działalności marki, ale to nie oznacza całkowitej posuchy, gdyż epizod z wysokim modelem Focal Utopia jakiś czas temu udało nam się zaliczyć. Przygoda fajna, jednak biorąc pod uwagę obecne trendy dla wielu nieco kłopotliwa, bowiem kolokwialnie mówiąc kablowa, dlatego z wielkim entuzjazmem przystaliśmy na propozycję warszawskiego Horna, aby tym razem zając się czymś użytkowo bardziej na czasie. O czym mowa? Otóż nieco schodząc z piedestału zajmowania się szczytami „władzy” dzisiaj padło na podstawowy bezprzewodowy model Focal Bathys. Jak to u Francuzów jest w standardzie bez dwóch zdań designerski i wykorzystujący najwyższej jakości materiały, a jak od strony brzmienia? Ten temat postaram się rozwinąć w dalszej części tekstu.
Nasze bohaterki to wokółuszne, zamknięte, w kwestii budowy bryły wykorzystujące połączenie nowoczesnych materiałów typu stal nierdzewna oraz wysokiej jakości tworzywa sztuczne oraz skóra, w wersji testowej wykończone w przyjemnym dla oka beżowym kolorze konstrukcje. Wspomniany efekt wyboru materiałów i ich wykorzystania jest na tyle udany, że nie tylko świetnie się prezentują od strony aparycji, ale także są bardzo przyjemne w użytkowaniu od procesu aplikacji na głowie, po dzięki przyjemnym padom na muszlach wielogodzinne użytkowanie. Jeśli chodzi o garść technikaliów, naturalną koleją rzeczy produkowania przez Focala różnorodnych przetworników w słuchawkach wykorzystano specjalnie zaprojektowaną dla nich w kształcie litery M, aluminiowo-magnezową membranę. Co jest bardzo istotne w tym modelu i z racji posiadania osobnego lokum do słuchania muzyki stronienia od tego typu produktów przekonało nawet mnie, to zastosowanie aktywnej korekcji szumów ANC. Co prawda muszle słuchawek są zamknięte i odgłosy z zewnątrz nie były tak uciążliwe podczas odsłuchu i dzięki temu muzyka powinna brzmieć dobrze, ale przyznaję się bez bicia, iż dodatkowa korekcja szumów aktywnym procesem dla mnie jest bardzo dobrym posunięciem. A to nie jedyna fajna informacja, bowiem kolejną dobrą wiadomością jest ich 30-to godzinna gotowość do pracy, co sprawia, że nawet przez kilka dni zabawy po kilka godzin nie musimy martwić się stan gotowości Focali do pracy. Tak prezentujące się konstrukcje wyposażono w niezbędne do ładowania oraz ewentualnego podłączenia kablem do źródła kable – gdy nie chcemy korzystać z bezprzewodowego i spakowano w estetyczną, obłą i wykończoną w kolorystyce samych słuchawek torbę transportową.
Jak bezprzewodowe Bathys-y wypadły w temacie brzmienia? Od strony użytkowej w rozumieniu odcinania słuchacza od zewnętrznych artefaktów świetnie. Trochę przypadkiem, ale dobitnie przekonałem się o tym jednego poranka, gdy żona kilkukrotnie wołając mnie na śniadanie i z braku odzewu z racji mojej alienacji od świata bez zakłóceń słuchaną muzyką, wściekła wykrzyczała mi tę informację prosto w twarz. A jak w najważniejszej kwestii? Otóż przekaz podany był swobodnie i z rozmachem. Może nie były to przysłowiowe hektary przestrzeni, jakimi zaczarowała mnie topowa wersja testowana przed kilkoma laty, ale muzyka prezentowana była z fajnym oddechem. To wbrew pozorom bardzo istotne, gdyż udanie zapobiegało siłowemu wciskaniu wirtualnego świata w głowę, co na dłuższą metę jest bardzo męczące. Gdy sposób wizualizowania w przestrzeni mamy już przybliżony, wspomnę jeszcze o kwestiach estetyki podania muzyki w domenie barwy, wagi i spójności brzmienia. Otóż odebrałem to jako fajną interpretację lekkiego, ale bez problemu oferującego niezłe zejście niskich rejestrów oraz otwarte wysokie tony grania. Co to oznacza? Nie żeby był to jakiś problem, bo podczas testu bawiłem się znakomicie, ale czasem podczas słuchania jazzu lub innych wymagających odpowiednio ciepłej atmosfery produkcji płytowych odczuwałem zbyt lekki poziom nasycenia środka pasma. Lubię, gdy w tego typu nurtach muzycznych średnica oferuje więcej tak zwanego mięsa, gdyż poprawia to homogeniczność i namacalność prezentacji. Tutaj było nieco inaczej. Ale jak wspominałem, nie chodzi o podnoszenie tego aspektu jako problemu, tylko zwrócenie uwagi na fakt, że konstruktor postawił na świeżość dźwięku, którą bez dwóch zdań nieudane podkręcanie atmosfery prezentacji poprzez dociążanie średnicy mogłoby mocno ostudzić. I gdy na początku miałem pewne obawy, że na dłuższą metę mogę mieć z tym tematem problem, już po kilku utworach i przez to naturalnej akomodacji z danym sposobem na muzykę opisany aspekt przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Oczywiście dlatego, że przekaz mimo lekkości był bardzo spójny, bowiem przy zdroworozsądkowym podaniu średnicy górny zakres nie krzyczał, a bas nie popadał w męczące dudnienie. Żadne pasmo nie próbowało wyskakiwać przed szereg, co po zrozumieniu przeze mnie pomysłu na muzykę według tego modelu słuchawek bez najmniejszego problemu i co bardzo ważne, na bardzo długo pozwalało oderwać się od otaczającego nie rzeczywistego świata. Każda puszczona płyta w odniesieniu do moich codziennych wyborów brzmiała nieco lżej, ale bez jakiegokolwiek uszczerbku dla przyjemności słuchania, tylko najzwyczajniej w świecie w nieco inny sposób. I piszę to bez naginania faktów, gdyż jak rzadko kiedy bezproblemowo mogąc poruszać się po pokoju, a nie będąc przywiązanym kablem do systemu być zmuszonym do siedzenia w jednym miejscu, proces testowy trwał nieprzyzwoicie długo i mimo to ani razu nie odczułem efektu nadinterpretacji swobodnego podejścia do wagi dźwięku. A słuchałem nie tylko spokojnego jazzu spod znaku Leszka Możdżera „Beamo” i przyjemnej dla ucha wokalizy Diany Krall „Girl in the Other Room”, ale także free-jazzowych szaleństw Johna Zorna z formacją MASADA „Live in Sevilla 2000”. Zapewniam, gdy pierwsze dwie pozycje to tak zwane pitu pitu i nawet w lekkiej wadze podania wypadają świetnie, to free-jazzowy materiał przy przekroczeniu linii dobrego smaku w odnoszącego się do zbyt małej wagi dźwięku kolokwialnie mówiąc nie pozostawia jeńców, tylko masakruje nasz ośrodek słuchu. Nie wiem jak, ale tytułowe bohaterki w sobie tylko znany sposób potrafiły pogodzić swobodę prezentacji z wymogami każdego rodzaju muzyki, co znając z autopsji niegdysiejszego użytkowania kultowych Sennheiserów HD600 nie jest takie oczywiste. Naprawdę w tym przypadku wszystko wypadała bardzo fajnie.
Czy francuskie konstrukcje Focal Bathys to remedium dla potrzeb całej populacji słuchawko-maniaków? Oczywistym jest, że choćby z uwagi na zwrócony przeze mnie aspekt raczej lekkiego, ale nadal dobrze orientującego ich brzmienie w odbiorze potraktowania centrum pasma, nie wszyscy będą z tego zadowoleni. Ale jestem dziwnie spokojny, że mimo wszytko będzie to naprawdę bardzo mała populacja tak zwanych „słuchawkowców”, gdyż sposób projekcji muzyki nie jest odchudzony, tylko raczej niepodgrzany, a to wielka różnica. Dlatego zanim po pobieżnej analizie moich wniosków będziecie zastanawiać się nad skreśleniem lub nie ich z potencjalnej listy odsłuchowej, zalecam zachowanie spokoju i mimo wszystko wzięcie ich na osobisty sparing, gdyż naprawdę w sensie pozytywnym możecie się bardzo zaskoczyć. Ja przynajmniej już po trzecim słuchanym kawałku z puli tak zwanego „plumkania” zaliczyłem taki stan, a zderzenie z Johnem Zornem tylko owo pozytywne zaskoczenie pogłębiło.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Horn / FNCE (Focal Naim Consumer Electronics)
Producent: Focal
Cena: 2 699 PLN (regularna 3 799 PLN)
Dane techniczne
Konstrukcja: bezprzewodowe, wokółuszne, ANC
Zastosowane przetworniki: 40 mm, magnezowo-aluminiowe
Pasmo przenoszenia: 15 Hz – 22 kHz
Zniekształcenia THD: <0.2 % @1kHz
Łączność: Bluetooth (2402 MHz – 2480 Mhz) 5.1 MultiPoint; Jack 3,5 mm; USB-C
Zakres Bluetooth: 15 m
Maksymalna moc emisji: 4.56 dBm (2.86 mW)
Czas pracy: 30h (Bluetooth), 35h (Mini Jack), 42h (USB DAC)
Bateria: Lithium-ion 1060 mAh
Czas ładowania : 1.5 h
Kolorystyka: Black silver, deep black, dune
Waga: 350 g
Opinia 1
Zgodnie z głoszoną przez Alberta Einsteina tezą „wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze”, czyli przekładając z polskiego na nasze minimalizm złożoności powinien iść w parze ze świadomością o nadrzędności skuteczności działania a nie być celem samym w sobie. Śmiem wręcz twierdzić, iż powyższa idea powinna również przyświecać twórcom audio, gdzie sam „silnik” urządzenia właśnie takową prostotą powinien się charakteryzować, a jeśli jest ku temu potrzeba, to ów możliwie uproszczony układ obudowuje się ułatwiającymi życie funkcjonalnymi przystawkami. Jednak życie dość boleśnie owe pobożne życzenia weryfikuje pokazując, że zamiast dążyć do prawdy i prostoty również i miłośnicy idei leczenia dżumy cholerą, czyli maskowania wad jednych komponentów/rozwiązań mankamentami innych potrafią znaleźć odbiorców wierzących, że więcej niejako z automatu oznacza lepiej. Mając jednak w tej materii własne zdanie a zarazem niczego nie musząc, gdyż jak to wielokrotnie wspominaliśmy dzielimy się odbiorcami naszych spontanicznych obserwacji czysto hobbystycznie a nie w ramach „reżimu pracy” na łamach SoundRebels staramy się oszczędzać Czytelnikom takowych, wątpliwych atrakcji i grzecznie, acz stanowczo odmawiamy tracenia czasu i prądu na podobne rozwiązania. I choć wieść gminna niesie, że „każda potwora znajdzie swego amatora”, czego audiofilskim odpowiednikiem jest przekonanie o tym, że „recenzent powinien tak długo słuchać aż mu się dane urządzenie spodoba”, to my jednak preferujemy jasne sytuacje, gdy niemalże od progu wiadomo, że z lądującymi na redakcyjnym tapecie ustrojstwami bez trudu nawiążemy nic sympatii. Tak też było z zamykającym nasze zeszłoroczne „występy” bezdyskusyjnie high-endowym i zarazem szalenie rozpieszczającym pod względem obsługi przedwzmacniaczu gramofonowym Audio Research Reference Phono 3SE. Jak jednak wiadomo choć zabawom na poziomie 100 kPLN+ trudno odmówić wręcz uzależniającej rozkoszy, to doskonale zdajemy sobie sprawę, iż są one zarezerwowane dla nielicznego grona szczęśliwców, więc przyszła pora na zdecydowanie skromniejszą, wręcz minimalistyczną i zarazem zdecydowanie bardziej osiągalną konstrukcję. W dodatku konstrukcję sygnowaną przez wytwórcę, który z analogiem niespecjalnie może się kojarzyć, gdyż mowa o znanym głównie ze źródeł cyfrowych i charakterystycznych aktywnych kolumn, niderlandzkim Grimm Audio. Jak się jednak okazuje, czego z resztą nasz dzisiejszy gość jest najlepszym przykładem, ekipa z Veldhoven pod wodzą Petera van Willenswaarda, również i z winylami jest za pan brat, więc sukcesywnie dążąc do możliwości zaoferowania kompletnego, a zarazem w 100%, bądź do tego wyniku dążącego, systemu ma w swym portfolio również … przedwzmacniacz gramofonowy PW1, któremu dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu mogliśmy się przez ostatnich parę tygodni przyjrzeć i przysłuchać.
Jak mam nadzieję na powyższych zdjęciach widać aparycji Grimm Audio PW1 bliżej do standardów dotyczących zasilaczy (daleko nie szukając np. tego dołączanego do 3-ki CEC-a bądź do Audii Flight FL Phono) aniżeli pełnoprawnych komponentów audio, choć akurat rozmiarówką przedwzmacniaczy gramofonowych nie ma za bardzo co się przejmować, gdyż obejmuje ona zarówno takie maluchy, jak AVM30 PH 30.3, czy iFi Audio iPhono3, jak i bliższe posturą potężnym wzmacniaczom Ypsilon VPS-100, Tenor Audio PHONO 1, czy nawet nasze redakcyjne RCM-owskie The Big Phono. Grunt, że trzewi PW1 bynajmniej nie umieszczono w li tylko blaszanej wytłoczce, lecz w masywnym, aluminiowym profilu a od wewnątrz zastosowano dodatkowe miedziane płyty ekranujące. Front stanowi szczotkowany aluminiowy monolit, na którym, w lewym dolnym narożniku znajdziemy jedynie biały nadruk z oznaczeniem modelu i nazwą wytwórcy z dyskretnie wkomponowaną diodą informująca o statusie urządzenia. Zdecydowanie więcej dzieje się za to na plecach, gdzie oprócz suto złoconych wejść RCA dla wkładek MC i MM oraz zacisku uziemienia znajdziemy również złocone wyjścia RCA i … parę XLR-ów. Wyliczankę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym dwubolcowe gniazdo IEC C18. I … to by było na tyle? Czyżbyśmy, mieli do czynienia z w pełni bezobsługową konstrukcją w stylu większości modeli Phasemation, albo mojego dyżurnego Tellurium-Q? Nie do końca, bowiem wystarczy zerknąć na „podwozie” naszego gościa, by odkryć, iż to właśnie tam ukryto za przesuwnymi zaślepkami, odpowiedzialne za nastawy dla obciążeń MM i MC oraz wzmocnienie stosowne mikro-przełączniki. Czyli o ile statystyczny, cywilny użytkownik optymalne dla posiadanej wkładki parametry ustawi raz, bądź góra kilka na przestrzeni całej swojej przygody z analogiem, o tyle jednostki dość regularnie żonglujące wkładkami/gramofonami (a do takich z pewnością się zaliczamy) raczej powinny Grimma pozostawić nie dość, że na widoku, to jeszcze z możliwie łatwym, umożliwiającym przewrócenie na plecy miejscu. Jest to o tyle wskazane, iż zgodnie z zapewnieniami producenta wszystkich zmian można dokonywać „w locie” – bez wyłączania przedwzmacniacza, co biorąc pod uwagę fakt, iż po aplikacji „audiofilsko” zakonfekcjonowanego przewodu zasilającego dostęp do włącznika jest niemalże zerowy ma sens.
Co do samego zasilania, to biorąc pod uwagę gabaryty PW1 wypadało by raczej spodziewać się eksmisji zasilacza na zewnątrz korpusu, tymczasem w Grimmie zdecydowano się zrobić to po swojemu. Po pierwsze zlecono w Amplimo wykonanie ultracichego transformatora o bardzo znikomym polu magnetycznym i po drugie umieszczono go pionowo tuż przy ścianie przedniej – poza wewnętrzną miedzianą komorą, dzięki czemu odsunięto go na 20 cm od sekcji we/wyjściowej. Z podobną atencją potraktowano sekcję sygnałową z ograniczoną do absolutnego minimum liczbą elementów zarówno, jeśli chodzi o wzmocnienie na wejściu (tranzystory FET – pojedyncze dla sekcji MM i MC), jak i wyjściu – opartym na jednym wzmacniaczu operacyjnym. Zrezygnowano również ze sprzężenia zwrotnego, więc każdy z komponentów tak pasywnych, jak i pasywnych musi być dobrany z niezwykłą precyzją.
Już od pierwszych taktów „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby słychać było, że Grimm PW1 pomimo skromnej aparycji, niepozornej postury, jak i całkiem przystępnej ceny wymyka się prostej, wynikającej z ww. czynników kategoryzacji. Oferuje bowiem zupełnie niespodziewane na tym pułapie połączenie wyrafinowanej rozdzielczości z wyborną dynamiką oraz zdolnością wiernego oddania pełnej palety barw – bez ich asekuracyjnego gaszenia, czy sztucznego podkręcania saturacji. Ponadto źródła pozorne, choć na tym nagraniu nieco powiększone nie mają tendencji do karykaturalnej gigantomanii a ponadto wyraźnie słychać, iż nie jest to maniera phonostage’a a zabieg realizatorsko-masteringowy. Otrzymujemy zatem nie tylko potężny pakiet informacji o tym co się dzieje na scenie / w studiu, lecz również równie pełny zestaw danych o samym post-procesie a ocenę ma podjąć sam odbiorca. Na równie wysokim poziomie prawdomówności utrzymane jest także różnicowanie samych nagrań. O ile bowiem „Minione” ma predyspozycje do zaliczenia go do miana audiofilskiego o tyle już przygotowane na RSD tłoczenie „Never Say Die!” Black Sabbath takowych ambicji nie wykazuje i o tym fakcie nader boleśnie można się przekonać. Co prawda Grimm i tak okazuje się niezwykle humanitarny w swej prawdomówności i nie kopie leżącego bezlitośnie obnażając całą mizerię rockowego nagrania, ale też nie dokonuje cudów, więc całość nadal brzmi płasko jak stolnica i jazgotliwie jak nadpobudliwy ratlerek na widok listonosza. Co ciekawe, z kolei „Accident of Birth” Bruce’a Dickinsona choć również nie oszczędzał nam iście garażowej szorstkości wwiercających się w synapsy riffów i bezlitośnie smaganych blach brzmiących jakby wykonano je z kapsli po mleku (dinozaury pamiętające mleko w szklanych butelkach powinny wiedzieć o co chodzi) charakteryzował się zdecydowanie lepszą dynamiką i trójwymiarowością sceny, co wyraźnie wskazuje na fakt, iż PW1 nie deprecjonuje konkretnych gatunków a jedynie unausznia prawdę o konkretnej realizacji.
Wystarczy jednak sięgnąć po płyty, których nie trzeba wyciągać za uszy, jak np. „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki a upływ czasu staje się zupełnie pomijalną zmienną, przypominając jedynie o sobie przy okazji zmiany strony. Uwagę zwraca niezwykła precyzja ogniskowania źródeł pozornych, oddanie prawidłowych rozmiarów obecnego na scenie instrumentarium i przede wszystkim świetny realizm tak pod względem dynamiki, jak i barw. Wokal Soyki jest śpiewny, niewymuszony i lekko chropawy, przez co na tyle autentyczny i namacalny, że staje się ewidentnym potwierdzeniem tezy mówiącej, że nawet po swoim odejściu, poprzez nagrania muzycy wciąż pozostają z nami. Śmiem wręcz twierdzić, że Grimm pełni nie tylko rolę bezdusznej składowej toru a swoistego wehikułu czasu umożliwiającego przenoszenie się do czasów, gdy ci, których w danym momencie słuchamy, a których już między nami nie ma, stąpali po ziemskim łez padole. Robi to jednak niezwykle dyskretnie i taktownie, operując właśnie rozdzielczością i materializacją postaci pomiędzy głośnikami a nie siłowym wypychaniem ich przed szereg, czy też wspomnianym wcześniej sztucznym powiększaniem ich brył.
Grimm Audio PW1 nie zabiega o atencję swą posturą bądź wymyślnym projektem plastycznym. Również pod względem ergonomii, szczególnie przy częstej zmianie wkładek, wymaga nieco więcej atencji od posiadającej łatwiejszy dostęp do zmian nastaw konkurencji. Wystarczy jednak wpiąć go w tor audio, na talerzu gramofonu położyć ulubioną płytę, opuścić ramię i … zapomnieć o całym świecie. Niderlandzki przedwzmacniacz robi bowiem coś, co potrafią tylko nieliczni – gra nie tylko muzykę, lecz również gra emocjami a to de facto one są odpowiedzialne za realizm reprodukowanych nagrań. Nie wierzycie? Cóż szkodzi zatem tytułowego malucha wypożyczyć na odsłuchy i samemu go ocenić. Tylko proszę nie mieć do mnie po fakcie pretensji, że nie planowaliście Państwo audio-wydatków a po powrocie do swojego dyżurnego phonostage’a magia prysła jak bańka mydlana i już nic nie jest takie, jak z PW1.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
–