Za oknem piękne słońce i trzaskający mróz, a u nas kolejny przykład na to, że płyty CD nigdzie, a tym bardziej na emeryturę, bądź wręcz do piachu się nie wybierają. No bo i po co, skoro na rynku odtwarzaczy nie brakuje. A jednym z owych powodów, by ze srebrnych krążków nie rezygnować jest … Trigon Exxact CD.
Cdn. …
Opinia 1
Skoro praktycznie każda, nawet najbardziej niewinna wzmianka o okablowaniu audio wywołuje istny Armagedon w mediach społecznościowych nie pozostaje nam nic innego, jak może nie tyle podążać zgodnie z narzuconą przez decybelujących dyskutantów retoryką, co dostosować narrację do spodziewanej kolejnej eskalacji. Z pomocą przychodzi nam jedno z trzech, obok Koranu i atlasu grzybów, najbardziej śmiercionośnych wydawnictw, czyli … Biblia, gdzie w „Apokalipsie św. Jana” pada sławetne „Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec.” Wszystko wskazuje bowiem na to, iż sprawca dzisiejszego zamieszania, de facto nawet poprzez własną nazwę, wykazuje dość jasne inklinacje do bycia wyborem finalnym, końcowym i ostatecznym. Panie i Panowie oto sygnowany przez włoską manufakturę Omega Audio Concepts interkonekt XLR Micro Extra Signal.
Patrząc na aparycję tytułowej łączówki trudno nie odnieść wrażenia, iż jej twórcom, poza firmową kolorystyką (polecam zerknąć do naszych relacji z monachijskich High Endów i hifideluxe’ów) niekoniecznie przyświecała chęć dopasowania do typowo stereotypowego postrzegania „włoskiej roboty” w ujęciu wyrafinowania formy i szlachetności wykończenia. Mówiąc wprost Micro Extra Signal XLR zdecydowanie bliżej naszym rodzimym Bautom aniżeli chociażby andaluzyjskim, a więc Hiszpańskim, wysokim modelom Fono Acustica. Na usprawiedliwienie dzisiejszego wytwórcy wypada jednak dodać, iż najwidoczniej na Półwyspie Apenińskim przynajmniej jeśli chodzi o aparycję połączeń audio niespecjalnie przywiązuje się wagę, gdyż daleko nie szukając ani goszczące u nas Ricable, ani HiDiamondy również niczym szczególnym za oko nie łapały. Wracając jednak do meritum a zarazem do analogii z polskimi „dyszlami” oprócz umaszczenia i „finezji” wykończenia cechy wspólne obejmują również ergonomię, gdyż podatność na zginanie i skręcanie włoskich interkonektów jest nazwijmy to dyplomatycznie „dość umowna”. Warto mieć ów szczegół na uwadze, bowiem Omegi nie tylko wymagają bardzo dużego promienia skrętu, lecz również dopasowania orientacji gniazd (pamiętajmy, że rozmawiamy o XLR-ach) spinanych ze sobą urządzeń, gdyż ich (znaczy się Omeg) obrót np. o 90° jest praktycznie niewykonalny a o 180° obrocie względem osi możemy po prostu zapomnieć. Powyższa niedogodność jest oczywiście pochodną budowy anatomicznej, gdyż tytułowe interkonekty wykonano z pięciu przewodników solid core ze srebrzonej miedzi, które oprócz poliolefinowej izolacji chroni aż sześć ekranów, co z pewnością nie służy wiotkości całej konstrukcji. Do konfekcji użyto może mało biżuteryjnych, lecz za to niewątpliwie solidnych wtyków Neutrik XX Series, które zabezpieczono zwykłymi termokurczliwymi koszulkami pozbawionymi jakichkolwiek oznaczeń. Stosowną informację o modelu, producencie i kierunkowości znajdziemy dopiero na umieszczonej na przewodzie aluminiowej mufie.
Mając dotychczas jedynie czysto przypadkowe, stricte wystawowe kontakty z dokonaniami ekipy z Colle Umberto i to głównie, pomijając ostatnie Audio Video Show (listwa zasilająca+ okablowanie), w ujęciu „globalnym” – w postaci kompletnych firmowych systemów do naszego dzisiejszego podchodziłem bez jakichkolwiek oczekiwań. No może jedynie z tymi dotyczącymi rekompensaty za czas i trud poświęcony na jego aplikację. A tak już zupełnie na serio, to autentycznie miał u mnie „carte blanche”. Dlatego też, choć rodzimy dystrybutor (chełmżyńskie Quality Audio) był na tyle miły, że przed dostawą zdążył go wygrzać, już w trakcie standardowych, niezobowiązujących rzutów uchem w trakcie kilkudniowej rozgrzewki dochodziłem do wniosków, że … jest potencjał. A gdy okres ochronny minął potwierdzenie wcześniejszych „migawek” okazało się czystą formalnością, bowiem karmazynowe Omegi zaoferowały wielce udany mariaż angażującej rozdzielczości z kojącą skołatane nerwy muzykalnością ujęty w ramy zapobiegającej przysypianiu na kanapie motoryki. Adekwatnie do swej postury operowały dźwiękiem dużym i obszernym stawiając w pierwszej kolejności na wolumen i energię a dopiero w drugiej na niuans i detal, przez co niejako w naturalny sposób intensyfikują wszelakiej maści rockowy repertuar. Przykładowo „Alienation” Three Days Grace zabrzmiało niemalże jak na sterydach – z niszczycielską potęgą, potężnym basowym fundamentem i przyjemnie gęstą konsystencją. Włoskie przewody nadały całości przyjemnej analogowości i gładkości, przez co cały album wypadł przyjemniej i bardziej melodyjnie. Ponadto partie wokalne zostały sugestywnie podkreślone i delikatnie wysunięte przed szereg dając tym samym więcej miejsca dalszoplanowym wydarzeniom. A właśnie, gradację planów określiłbym mianem satysfakcjonującej, acz nienachalnej, niezabiegającej o atencję, przez co gustując w gęstszych i bardziej zagmatwanych aranżacjach („Psychotic Symphony” Sons Of Apollo) decydując się na Omegi warto pomyśleć o odpowiednio rozdzielczej reszcie toru, gdyż one same z siebie dążyć do wyekstrahowania poszczególnych muzyków z tła niekoniecznie ambicję będą miały. Co innego rytm i drajw, które nawet przy szczątkowej sekcji rytmicznej zawsze będą wodą na młyn Micro Extra Signal.
Niemniej jednak zarówno w starszym, jak i mniej dynamicznym repertuarze jak np. „No Regrets – The Best Of Scott Walker and The Walker Brothers 1965–1976” włoskie łączówki potrafią pokazać się od najlepszej strony sugestywnie dosaturowując średnicę, dyskretnie ozłacając górne rejestry i co śmiem twierdzić najbardziej pożądane, eliminując „telefoniczność” orkiestracji (jakby podczas masteringu ktoś dograł je dzwoniąc z budki telefonicznej)umiejętnie redukując anachroniczność materiału źródłowego. Co prawda jest to zauważalne odejście od ortodoksyjnej transparentności, lecz skoro efekt finalny śmiało możemy rozpatrywać w kategoriach poprawy i uatrakcyjnienia prezentacji to trudno uznać ową manierę za wadę.
W końcu jeśli dzięki włoskiej łączówce słuchać i to z przyjemnością możemy nagrań, które do tej pory trzymaliśmy wyłącznie z sentymentu a na naszych playlistach, z racji realizacyjnych ułomności gościły nader sporadycznie to tylko wypada się cieszyć a nie szukać dziury w całym.
Jak mam nadzieję z powyższych, czysto subiektywnych obserwacji wynika Omega Audio Concepts Micro Extra Signal ma swój własny i zarazem jasno określony charakter brzmieniowy oraz trudną do pominięcia ergonomię. Dlatego też zasadnym wydaje się w pełni świadome podjęcie decyzji o jego wypróbowaniu we własnym systemie i tzw. rozpoznanie bojem, gdyż po pierwsze nie wszędzie da się go zaaplikować a po drugie doskonale zdaję sobie sprawę z istnienia osobników dla których to, że za sprawą ww. łączówki ich system i posiadane nagrania zabrzmią atrakcyjniej wcale nie będzie po ich myśli.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Wierzcie lub nie, ale dzisiejsze spotkanie spokojnie możemy zaliczyć do swego rodzaju dokonania rzeczy niemożliwej. Chodzi mianowicie o to, że tytułowa marka z Italii, którą notabene kilkukrotnie odwiedzaliśmy na wystawie w Monachium, swój projekt biznesowy opiera na oferowaniu klientowi w pełni kompletnego systemu audio od źródła, przez wzmocnienie, okablowanie, po kolumny głośnikowe. Niestety jest na tyle konsekwentna w swym działaniu, że kilkukrotnie odrzuciła propozycję rodzimego dystrybutora roztoczenia opieki jedynie nad częścią jej portfolio. I gdy temat powoli umierał, na szczęście znany tylko wspomnianym stronom splot wydarzeń sprawił, że po kilku podejściach do wiążących rozmów udało się wypracować na razie skromny, ale jednak ciekawy od strony oferty plan działań. Działań, których pierwszym efektem jest dzisiejszy test kabla sygnałowego. Jak przystało na Włochów wyrazistego od strony wizualnej, co tylko podkręca chęć dogłębnego poznania jego możliwości sonicznych. Co jest tematem tej epistoły? Otóż dzięki staraniom stacjonującego w Chełmży Quality Audio na przetarcie szlaków dla kolejnych zderzeń testowych w nasze progi trafił włoski przewód sygnałowy Omega Audio Concepts z serii Micro Extra Signal XLR.
Jeśli chodzi o garść informacji na temat okazałego wizualnie Włocha, najważniejszą jest fakt, że w roli przewodników mamy do czynienia ze srebrzoną miedzią. Jednak nie jako łatwo układającą się linką, tylko nieco sprawiającą problem podczas procesu aplikacji w ciasnych przestrzeniach, składającą się z 5 przewodów konstrukcją typu Solid Core. Niestety we wspomnianym układaniu kabla nie pomaga też solidność jego wykonania, bowiem przekrój całkowity użytych przewodników osiąga poziom 1.5 mm². A to nie wszystko, gdyż w ten sam sposób, czyli z wielką pieczołowitością potraktowano ekranowanie, gdzie przebieg sygnału zasiania zabezpieczono ośmioma warstwami, a zasilania wespół z sygnałem dodatkowymi sześcioma. W roli izolatorów zaś wykorzystano wariację Polyolefinu i powłoki PET. Jak wynika z opisu, po takim potraktowaniu kabel musiał osiągnąć sporą średnicę i przez to stawia opór przed wyginaniem, ale jest pociecha, gdyż gdy przed podłączeniem odpowiednio go uformujemy, da się go zastosować. Zamykając temat XLR-a Omega dodam jeszcze, iż w drogę do klienta nasz bohater pakowany jest w także w wyzywające kolorystycznie, elegancko wyściełane białym materiałem, opatrzone certyfikatem pudełko w krwistej czerwieni.
Jak odebrałem zastosowanie Micro Extra Signal pomiędzy przedwzmacniaczem, a końcówką mocy? Na co dzień używam bezpiecznego, bo równego w brzmieniu, dla wielu nazbyt zachowawczego w kwestii serwowania dużej dawki nasycenia, a dla mnie właśnie z tego powodu idealnie wpisującego się w potrzeby systemu kabla Hijiri Milion Kiwami. Kabla, który od wielu lat broni się u mnie nie tylko bez najmniejszego problemu, ale także idealnie pokazuje, w jakim kierunku podąża dźwięk, gdy go czymś zastąpię. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest mistrzostwo świata w rozumieniu bezwarunkowym, tylko w danej zbieraninie elektroniki. Co zatem pokazała roszada? Otóż testowany kabelek zafundował mojemu systemowi spory zastrzyk energii i otwartości. Muzyka dostała body i stała się jakby bardziej czytelna, gdyż wspomnianą dodatkową masę cechowała znakomita ostrość rysunku wirtualnej sceny. I właśnie owa ostrość spowodowała, że oprócz podkręcenia drive’u muzyki i co za tym idzie jej świetnie odbieraną nieobliczalność przekaz zyskał na transparentności. Owszem, był mocniejszy w uderzeniu skomasowaną, dobrze zdefiniowaną energią, bardziej wyrazisty w kwestii drapieżności oddania ataku muzyki i bardziej wyrazisty w budowaniu realiów najwyższych rejestrów, ale mimo mojego codziennego, nieco innego podejścia do tych aspektów muzyka w żadnym przypadku mnie nie męczyła. Jak Włochom się to udało, nie mam pojęcia. Ważne jednak, że gdy zazwyczaj od solidnego podkręcania emocji w każdym zakresie słuchanej muzyki z automatu stronię, to, co zaoferował produkt Omega Audio Concepts nie przekraczało estetyki przyjaznego przyswajania, a wręcz otwierało mi czasem oczy, że można aż tak ekspansywnie – w stosunku do moich codziennych oczekiwań, ale nadal z wielkimi umiejętnościami zaangażowania słuchacza w najdrobniejsze niuanse danego materiału. I to każdego materiału, gdyż działania opiniowanego kabla nie skupiały się na pojedynczym aspekcie dźwięku. Chodzi oczywiście o mocniejsze akcentowanie jego pełnego spektrum od masy, przez ostrość kreowania bytów w przestrzeni i oczywiście jako wynik wspomnianych działań jakby mocniejszy blask unikającego zbędnego zmiękczania górnego zakresu. Gdybym miał przełożyć to z polskiego na nasze, powiedziałbym, że muzyka oferowała solidną, w pełni kontrolowaną podstawę basową, gęstą, ale w wizualizacji wykorzystującą rysik, a nie flamaster średnicę, a wszystko bez zapędów do nadinterpretacji doświetlały dźwięczne, raczej twarde i przez to mocne, aniżeli nudnie zmiękczone wysokie tony. A jeszcze krócej? Dostałem zdroworozsądkowo zdefiniowaną jazdę bez trzymanki. Ale żeby nie było, u mnie w najmniejszym stopniu nie szkodzącą w słuchaniu ulubionej muzyki, a dla wielu z Was mogącą okazać się pewnego rodzaju ratunkiem w sensie korekty wcześniej podjętych nietrafionych wyborów. A jeśli tak, mam nadzieję, że bez problemu przyjmiecie do wiadomości, iż oferta soniczna opiniowanej konstrukcji byłą przyjazna nie tylko dla muzy rodem z piekła, ale także mlekiem miodem płynącej. Tej ostatniej w z nieco większym akcentowaniem skrajów pasma, ale nadal dobrze sprawdzającym się nawet podczas długich sesji odsłuchowych.
Komu polecałbym tytułowy kabel sygnałowy? Sprawa jest jasna. Jeśli szukasz w pełni kontrolowanego zastrzyku pełnych życia, ale dalekich od dręczenia słuchacza nadinterpretacją emocji podczas obcowania z ulubioną muzyką, jesteś idealnym kandydatem do prób w swoim systemie. Ale to nie jedyna grupa docelowa, gdyż jak wspomniałem, Micro Extra Signal XLR będzie fajnym partnerem także dla systemów nieco ociężałych lub cierpiących na tak zwaną anoreksję. Tchnie w nie szczyptę zwartej oraz dźwięcznej energii, co sprawi, że muzyka zabrzmi z taka radością, jak nigdy wcześniej. Mam nadzieję, że sprawę wyłożyłem jasno. Moim zdaniem prościej się już nie da.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Omega Audio Concepts
Cena: 21 100 PLN / 1m
Dane techniczne
Konstrukcja: solid core
Liczba przewodników: 5
Materiał przewodników: posrebrzana miedź
Liczba ekranów: 6
Izolacja: Poliolefin
Osłona zewnętrzna: Poliolefin + plecionka PET
Opinia 1
Choć reprezentanci Focala gościli u nas już kilkukrotnie, to dziwnym zbiegiem okoliczności francuskie słuchawki mieliśmy tylko … raz. I w dodatku ponad osiem lat temu. Co prawda były to flagowe Utopie, więc z łatwością moglibyśmy iść w zaparte, iż skoro skupiamy się na High-Endzie, to i słuchawki traktujemy według podobnego klucza, więc albo grubo, albo wcale. Problem jednak w tym, że jak to zwykł mawiać klasyk „panta rhei”, więc i związane z audio technologie idą do przodu a sam rynek ewoluuje we wcześniej trudnych do przewidzenia kierunkach. No bo kto by śmiał przypuszczać, że na przestrzenni niecałej dekady wszelakiej maści bezprzewodowość nie tylko stanie się powszechna i odmieniana przez wszystkie przypadki, co po rozgoszczeniu się w segmencie Hi-Fi zacznie coraz śmielej poczynać sobie również w High-Endzie. Dlatego też, gdy w końcu nadarzyła się ku temu sposobność – faworyzujący mobilność okres ferii zimowych, czym prędzej, dzięki uprzejmości stołecznego dystrybutora – FNCE (Focal Naim Consumer Electronics), zabezpieczyliśmy eleganckie i jak łatwo się domyślić sygnowane przez francusko-angielski koncern słuchawki Focal Bathys.
Szybki rzut okiem do katalogu Focala jasno pokazuje podejście ww.producenta do tematu. Do wyboru są bowiem jedynie będące przedmiotem niniejszego testu Bathysy i … Bathysy MG, czyli de facto rozwinięcie „podstawowej” inkarnacji o „ekskluzywne” magnezowe (zamiast magnezowo-aluminiowych) przetworniki. A skoro o podobieństwach i koligacjach mowa, to żeby sprawa była jasna od razu wspomnę, że Bathysy nie wzięły się znikąd, lecz bazują na konwencjonalnym, znaczy się przewodowym modelu Celestee. Nie da się jednak ukryć, iż nie są lapidarną „zrzynką” lecz finezyjnym rozwinięciem firmowego designu i wzbogaceniu go o miłe oku designerskie smaczki. Ot chociażby zdobiący metalowe muszle firmowy logotyp, który nie jest li tylko klasycznym grawerunkiem, lecz trójwymiarowym profilem, który nie dość, że jest wypukły a nie wklęsły, to jeszcze dzięki LED-owemu podświetleniu nie tylko nader skutecznie łapie za gałkę, lecz i ułatwia życie np. podczas procesu parowania. Oczywiście designerscy asceci mogą intensywność owej iluminacji stonować, bądź całkowicie wyłączyć. Za kolejny, niezwykle miły akcent pozwolę sobie uznać brak udziwnień natury funkcjonalnej, z których to swojego czasu słynęły francuskie samochody, bowiem w Bathysach obsługę wszelkich nastaw powierzono nie gestom a fizycznym, umieszczonym na obwodzie muszli (lwia część na prawej, a na lewej jedynie wybieramy tryb ANC) przyciskom i przełącznikom. Same muszle z regulowanym skokowo pałąkiem łączą masywne widelce oraz umożliwiające obrót o nieco ponad 90° przeguby, dzięki którym słuchawki da się ułożyć na płask w znajdującym się na wyposażeniu, eleganckim, sztywnym, zapinanym na zamek błyskawiczny etui. Co do wykończenia, to biorąc pod uwagę „mobilność” naszych bohaterek jest wręcz luksusowo. Pomijając piaskowe, bez porównania bardziej atrakcyjne aniżeli konwencjonalna czerń, malowanie uwagę zwraca obecność skóry na zewnętrznej powierzchni pałąka i mięsistych padów, oraz weluru od wewnątrz. Krótko mówiąc, biorąc tytułowe słuchawki do ręki czuć, że mamy do czynienia z produktem klasy premium o wartości postrzeganej znacząco przekraczającej zaskakująco przyjaźnie dla portfela nabywcy skalkulowaną cenę na poziomie 2,7kPLN (w trakcie testu).
Jeśli chodzi o anatomię, to jak zdążyłem już wspomnieć Focal sięgnął po własne przetworniki o 40 mm aluminiowo-magnezowych membranach, których budowa bardziej przypomina klasyczne – kolumnowe drajwery aniżeli większość słuchawkowych konkurentów. Każda muszlę wyposażono w 4 mikrofony, w trybie USB-DAC słuchawki z powodzeniem obsługują sygnał cyfrowy PCM 24 bit/192 kHz i nie zapomniano o możliwości obsługi za pomocą asystenta głosowego. Komunikacja po Bluetooth wykorzystuje kodeki SBC, AAC oraz aptX a korzystając z urządzeń mobilnych warto zainstalować firmowa apkę Focal & Naim, z poziomu której zyskamy dostęp do regulacji ww. podświetlenia logotypów oraz m.in. equalizacji.
Co prawda z racji hobbystycznie wykonywanej przez ponad ćwierćwiecze profesji powinienem być już porządnie zaimpregnowany na wszelakiej maści podprogowe sztuczki speców od marketingu, w tym budzenie oczekiwanych skojarzeń już poprzez perfidnie dobrana nomenklaturę, jednak uczciwie trzeba przyznać, że ekipa Focala solidnie odrobiła pracę domową i skuteczność ANC z powodzeniem można porównać do odcinającego nas od bodźców zewnętrznych … batyskafu. Mowa oczywiści o trybie Silent, gdyż Soft w swej separacji nie idzie aż tak daleko. Jest jeszcze opcja „transparentności”, ale to oczywista oczywistość i wspominam o niej jedynie z kronikarskiego obowiązku. Sekcję poświęconą walorom brzmieniowym zacząłem od ANC nie bez przyczyny, bowiem niezależnie od wybranego sposobu komunikacji jest ono aktywne, więc o ile tylko chcemy Bathysów słuchać a nie tylko je na czerepie nosić warto mieć tego świadomość. Niemniej jednak skoro skuteczność owego rozwiązania zdążyłem już (w pełni zasłużenie) obcmokać bez zbędnej zwłoki mogę zająć się rozbijaniem ich dźwięku na atomy.
A tak już zupełnie na serio, to choć Bathysy nawet nie próbowały startować do zasiadających na Olimpie Utopii, to już od pierwszych taktów jeszcze ciepłego „Reliance” Soen słychać było, że idą drogą przetartą przez starsze rodzeństwo. Oferowały bowiem niezwykle żywiołowy i komunikatywny przekaz oparty na soczyście wysyconych barwach, zaraźliwej motoryce i nieskrępowanej dynamice doprawionych solidną dawką odważnej i rześkiej góry. Dodając do tego świetną przestrzenność i budowanie sceny wokół głowy słuchacza a nie wewnątrz niej dostajemy gotowy przepis na sukces. Przynajmniej moim skromnym zdaniem, z którym nie trzeba się zgadzać. Jeśli bowiem ktoś liczy na delikatne otulanie anemicznym i pozbawionym energii kocykiem onirycznych dźwięków, to zdecydowanie nie ten adres. Co istotne Focale lubią i potrafią grać nie tylko głośno, lecz również z racji ponadprzeciętnej skuteczności ANC z powodzeniem można delektować się generowanymi przez nie dźwiękami na iście wieczorno-nocnych poziomach głośności. Jeśli jednak uznamy za stosowne z ich pomocą nieco połomotać, to prędzej nam krew pójdzie z uszu aniżeli one skapitulują. Karkołomne partie basu i perkusyjne wygibasy nie stanowią bowiem dla nich żadnego wyzwania – każde szarpnięcie struny, uderzenie w naciąg bębna ma właściwą energię, kontur i konsystencję, więc operujemy pełnym wachlarzem faktur i twardości na poziomie profesjonalnego zestawu ołówków Koh-I-Noor (10B-10H). Średnica jest onieśmielająco namacalna, zmysłowa i na wyciągnięcie ręki. Słychać, że producent świadomie ją dopalił a tym samym podkręcił jej atrakcyjność, ale to w końcu słuchawki lifestyle’owe a nie do studyjnego monitoringu, więc jeśli coś nawet zabrzmi lepiej aniżeli w rzeczywistości, to raczej nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien mieć o to do nich pretensji. Dlatego też nie omieszkałem mając je na uszach kilka razy kliknąć w „Break The Silence” Beyond The Black, gdyż francuskie słuchawki nie tylko zapewniły mi odpowiedni fundament basowy i wykop, lecz również delikatnie, acz wielce pożądanie, dodały mocy partiom wokalnym Jennifer Haben.
Jeśli zaś chodzi o górę pasma, to z jednej strony nie sposób odmówić jej „francuskiej rześkości”, lecz jednocześnie uczciwie trzeba przyznać, że daleko jej do męczącej na dłuższą metę szklistości, utwardzenia, czy wręcz ofensywności. I choć nie dorównują pod względem rozdzielczości i wyrafinowaniu Utopiom a pod względem bezpardonowości w detaliczności ULTRASONE Edition 15 Veritas, to bez większych obaw można z ich pomocą eksplorować zarówno bogate w riffy rockowe ekstrema, jak i klasyczny, operowy repertuar w stylu „The Ghosts of Hamlet. Lost Arias from Italian Baroque Operas”. A właśnie, skoro o klasyce mowa, to z niekłamaną satysfakcją odnotowałem fakt, iż Focale bez zająknięcia przeszły „próbę klawesynu”, którego partie dalekie były od dźwięku rodowych sreber zrzucanych po kamiennych schodach. Ba, w przypływie trudnej do wytłumaczenia perfidii na playliście umieściłem „Unfinished Love” Tong Li, który nie dość, iż z racji wykorzystywania orientalnej melodyki i instrumentarium nader odważnie operuje w górze pasma, to i partie wokalne najdelikatniej rzecz ujmując nie oszczędzają sybilantów. Tymczasem Bathysy z niezwykła pieczołowitością tkały pajęczynę rozedrganych dźwięków tworząc tajemniczy klimat i nastrój i kiedy trzeba delikatnie kłując w uszy, lecz jednocześnie nie przekraczając granicy dobrego smaku i kultury.
W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko stwierdzić, że jeśli tylko planujecie Państwo krótszy, bądź dłuższy wypad wykluczający korzystanie ze standardowego, stacjonarnego systemu audio, to zakup Focali Bathys wydaje się równie oczywisty, jak zapewnienie sobie i bliskim porządnego ubezpieczenia, czy odpowiednio wysokiej klasy lokum. I choć zwykło się uważać, że za jakość się płaci (i to słono), to akurat w tym przypadku Focal wykazuje się niezwykle empatyczny i litościwy dla domowego budżetu a jednocześnie gra na iście high-endowym pułapie. Czegóż chcieć więcej …
Marcin Olszewski
Opinia 2
Wszyscy wiemy, że francuska marka Focal to w głównej mierze światowej klasy producent zespołów głośnikowych od poziomu cenowego dla zwykłego Kowalskiego, po szczyty ekstremalnego High Endu. Jednak prawdopodobnie nie wszyscy orientują się, iż w swoim szerokim portfolio ma również całkiem spory zasób słuchawek i to zarówno dedykowanych najwyższej jakości sekcjom wzmacniającym, lecz również z segmentu bezprzewodowego. Co prawda mimo sporej oferty w swej historii nie mieliśmy zbyt wielu okazji przyjrzeć się tej sekcji działalności marki, ale to nie oznacza całkowitej posuchy, gdyż epizod z wysokim modelem Focal Utopia jakiś czas temu udało nam się zaliczyć. Przygoda fajna, jednak biorąc pod uwagę obecne trendy dla wielu nieco kłopotliwa, bowiem kolokwialnie mówiąc kablowa, dlatego z wielkim entuzjazmem przystaliśmy na propozycję warszawskiego Horna, aby tym razem zając się czymś użytkowo bardziej na czasie. O czym mowa? Otóż nieco schodząc z piedestału zajmowania się szczytami „władzy” dzisiaj padło na podstawowy bezprzewodowy model Focal Bathys. Jak to u Francuzów jest w standardzie bez dwóch zdań designerski i wykorzystujący najwyższej jakości materiały, a jak od strony brzmienia? Ten temat postaram się rozwinąć w dalszej części tekstu.
Nasze bohaterki to wokółuszne, zamknięte, w kwestii budowy bryły wykorzystujące połączenie nowoczesnych materiałów typu stal nierdzewna oraz wysokiej jakości tworzywa sztuczne oraz skóra, w wersji testowej wykończone w przyjemnym dla oka beżowym kolorze konstrukcje. Wspomniany efekt wyboru materiałów i ich wykorzystania jest na tyle udany, że nie tylko świetnie się prezentują od strony aparycji, ale także są bardzo przyjemne w użytkowaniu od procesu aplikacji na głowie, po dzięki przyjemnym padom na muszlach wielogodzinne użytkowanie. Jeśli chodzi o garść technikaliów, naturalną koleją rzeczy produkowania przez Focala różnorodnych przetworników w słuchawkach wykorzystano specjalnie zaprojektowaną dla nich w kształcie litery M, aluminiowo-magnezową membranę. Co jest bardzo istotne w tym modelu i z racji posiadania osobnego lokum do słuchania muzyki stronienia od tego typu produktów przekonało nawet mnie, to zastosowanie aktywnej korekcji szumów ANC. Co prawda muszle słuchawek są zamknięte i odgłosy z zewnątrz nie były tak uciążliwe podczas odsłuchu i dzięki temu muzyka powinna brzmieć dobrze, ale przyznaję się bez bicia, iż dodatkowa korekcja szumów aktywnym procesem dla mnie jest bardzo dobrym posunięciem. A to nie jedyna fajna informacja, bowiem kolejną dobrą wiadomością jest ich 30-to godzinna gotowość do pracy, co sprawia, że nawet przez kilka dni zabawy po kilka godzin nie musimy martwić się stan gotowości Focali do pracy. Tak prezentujące się konstrukcje wyposażono w niezbędne do ładowania oraz ewentualnego podłączenia kablem do źródła kable – gdy nie chcemy korzystać z bezprzewodowego i spakowano w estetyczną, obłą i wykończoną w kolorystyce samych słuchawek torbę transportową.
Jak bezprzewodowe Bathys-y wypadły w temacie brzmienia? Od strony użytkowej w rozumieniu odcinania słuchacza od zewnętrznych artefaktów świetnie. Trochę przypadkiem, ale dobitnie przekonałem się o tym jednego poranka, gdy żona kilkukrotnie wołając mnie na śniadanie i z braku odzewu z racji mojej alienacji od świata bez zakłóceń słuchaną muzyką, wściekła wykrzyczała mi tę informację prosto w twarz. A jak w najważniejszej kwestii? Otóż przekaz podany był swobodnie i z rozmachem. Może nie były to przysłowiowe hektary przestrzeni, jakimi zaczarowała mnie topowa wersja testowana przed kilkoma laty, ale muzyka prezentowana była z fajnym oddechem. To wbrew pozorom bardzo istotne, gdyż udanie zapobiegało siłowemu wciskaniu wirtualnego świata w głowę, co na dłuższą metę jest bardzo męczące. Gdy sposób wizualizowania w przestrzeni mamy już przybliżony, wspomnę jeszcze o kwestiach estetyki podania muzyki w domenie barwy, wagi i spójności brzmienia. Otóż odebrałem to jako fajną interpretację lekkiego, ale bez problemu oferującego niezłe zejście niskich rejestrów oraz otwarte wysokie tony grania. Co to oznacza? Nie żeby był to jakiś problem, bo podczas testu bawiłem się znakomicie, ale czasem podczas słuchania jazzu lub innych wymagających odpowiednio ciepłej atmosfery produkcji płytowych odczuwałem zbyt lekki poziom nasycenia środka pasma. Lubię, gdy w tego typu nurtach muzycznych średnica oferuje więcej tak zwanego mięsa, gdyż poprawia to homogeniczność i namacalność prezentacji. Tutaj było nieco inaczej. Ale jak wspominałem, nie chodzi o podnoszenie tego aspektu jako problemu, tylko zwrócenie uwagi na fakt, że konstruktor postawił na świeżość dźwięku, którą bez dwóch zdań nieudane podkręcanie atmosfery prezentacji poprzez dociążanie średnicy mogłoby mocno ostudzić. I gdy na początku miałem pewne obawy, że na dłuższą metę mogę mieć z tym tematem problem, już po kilku utworach i przez to naturalnej akomodacji z danym sposobem na muzykę opisany aspekt przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Oczywiście dlatego, że przekaz mimo lekkości był bardzo spójny, bowiem przy zdroworozsądkowym podaniu średnicy górny zakres nie krzyczał, a bas nie popadał w męczące dudnienie. Żadne pasmo nie próbowało wyskakiwać przed szereg, co po zrozumieniu przeze mnie pomysłu na muzykę według tego modelu słuchawek bez najmniejszego problemu i co bardzo ważne, na bardzo długo pozwalało oderwać się od otaczającego nie rzeczywistego świata. Każda puszczona płyta w odniesieniu do moich codziennych wyborów brzmiała nieco lżej, ale bez jakiegokolwiek uszczerbku dla przyjemności słuchania, tylko najzwyczajniej w świecie w nieco inny sposób. I piszę to bez naginania faktów, gdyż jak rzadko kiedy bezproblemowo mogąc poruszać się po pokoju, a nie będąc przywiązanym kablem do systemu być zmuszonym do siedzenia w jednym miejscu, proces testowy trwał nieprzyzwoicie długo i mimo to ani razu nie odczułem efektu nadinterpretacji swobodnego podejścia do wagi dźwięku. A słuchałem nie tylko spokojnego jazzu spod znaku Leszka Możdżera „Beamo” i przyjemnej dla ucha wokalizy Diany Krall „Girl in the Other Room”, ale także free-jazzowych szaleństw Johna Zorna z formacją MASADA „Live in Sevilla 2000”. Zapewniam, gdy pierwsze dwie pozycje to tak zwane pitu pitu i nawet w lekkiej wadze podania wypadają świetnie, to free-jazzowy materiał przy przekroczeniu linii dobrego smaku w odnoszącego się do zbyt małej wagi dźwięku kolokwialnie mówiąc nie pozostawia jeńców, tylko masakruje nasz ośrodek słuchu. Nie wiem jak, ale tytułowe bohaterki w sobie tylko znany sposób potrafiły pogodzić swobodę prezentacji z wymogami każdego rodzaju muzyki, co znając z autopsji niegdysiejszego użytkowania kultowych Sennheiserów HD600 nie jest takie oczywiste. Naprawdę w tym przypadku wszystko wypadała bardzo fajnie.
Czy francuskie konstrukcje Focal Bathys to remedium dla potrzeb całej populacji słuchawko-maniaków? Oczywistym jest, że choćby z uwagi na zwrócony przeze mnie aspekt raczej lekkiego, ale nadal dobrze orientującego ich brzmienie w odbiorze potraktowania centrum pasma, nie wszyscy będą z tego zadowoleni. Ale jestem dziwnie spokojny, że mimo wszytko będzie to naprawdę bardzo mała populacja tak zwanych „słuchawkowców”, gdyż sposób projekcji muzyki nie jest odchudzony, tylko raczej niepodgrzany, a to wielka różnica. Dlatego zanim po pobieżnej analizie moich wniosków będziecie zastanawiać się nad skreśleniem lub nie ich z potencjalnej listy odsłuchowej, zalecam zachowanie spokoju i mimo wszystko wzięcie ich na osobisty sparing, gdyż naprawdę w sensie pozytywnym możecie się bardzo zaskoczyć. Ja przynajmniej już po trzecim słuchanym kawałku z puli tak zwanego „plumkania” zaliczyłem taki stan, a zderzenie z Johnem Zornem tylko owo pozytywne zaskoczenie pogłębiło.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Horn / FNCE (Focal Naim Consumer Electronics)
Producent: Focal
Cena: 2 699 PLN (regularna 3 799 PLN)
Dane techniczne
Konstrukcja: bezprzewodowe, wokółuszne, ANC
Zastosowane przetworniki: 40 mm, magnezowo-aluminiowe
Pasmo przenoszenia: 15 Hz – 22 kHz
Zniekształcenia THD: <0.2 % @1kHz
Łączność: Bluetooth (2402 MHz – 2480 Mhz) 5.1 MultiPoint; Jack 3,5 mm; USB-C
Zakres Bluetooth: 15 m
Maksymalna moc emisji: 4.56 dBm (2.86 mW)
Czas pracy: 30h (Bluetooth), 35h (Mini Jack), 42h (USB DAC)
Bateria: Lithium-ion 1060 mAh
Czas ładowania : 1.5 h
Kolorystyka: Black silver, deep black, dune
Waga: 350 g
Opinia 1
Zgodnie z głoszoną przez Alberta Einsteina tezą „wszystko powinno być tak proste, jak to tylko możliwe, ale nie prostsze”, czyli przekładając z polskiego na nasze minimalizm złożoności powinien iść w parze ze świadomością o nadrzędności skuteczności działania a nie być celem samym w sobie. Śmiem wręcz twierdzić, iż powyższa idea powinna również przyświecać twórcom audio, gdzie sam „silnik” urządzenia właśnie takową prostotą powinien się charakteryzować, a jeśli jest ku temu potrzeba, to ów możliwie uproszczony układ obudowuje się ułatwiającymi życie funkcjonalnymi przystawkami. Jednak życie dość boleśnie owe pobożne życzenia weryfikuje pokazując, że zamiast dążyć do prawdy i prostoty również i miłośnicy idei leczenia dżumy cholerą, czyli maskowania wad jednych komponentów/rozwiązań mankamentami innych potrafią znaleźć odbiorców wierzących, że więcej niejako z automatu oznacza lepiej. Mając jednak w tej materii własne zdanie a zarazem niczego nie musząc, gdyż jak to wielokrotnie wspominaliśmy dzielimy się odbiorcami naszych spontanicznych obserwacji czysto hobbystycznie a nie w ramach „reżimu pracy” na łamach SoundRebels staramy się oszczędzać Czytelnikom takowych, wątpliwych atrakcji i grzecznie, acz stanowczo odmawiamy tracenia czasu i prądu na podobne rozwiązania. I choć wieść gminna niesie, że „każda potwora znajdzie swego amatora”, czego audiofilskim odpowiednikiem jest przekonanie o tym, że „recenzent powinien tak długo słuchać aż mu się dane urządzenie spodoba”, to my jednak preferujemy jasne sytuacje, gdy niemalże od progu wiadomo, że z lądującymi na redakcyjnym tapecie ustrojstwami bez trudu nawiążemy nic sympatii. Tak też było z zamykającym nasze zeszłoroczne „występy” bezdyskusyjnie high-endowym i zarazem szalenie rozpieszczającym pod względem obsługi przedwzmacniaczu gramofonowym Audio Research Reference Phono 3SE. Jak jednak wiadomo choć zabawom na poziomie 100 kPLN+ trudno odmówić wręcz uzależniającej rozkoszy, to doskonale zdajemy sobie sprawę, iż są one zarezerwowane dla nielicznego grona szczęśliwców, więc przyszła pora na zdecydowanie skromniejszą, wręcz minimalistyczną i zarazem zdecydowanie bardziej osiągalną konstrukcję. W dodatku konstrukcję sygnowaną przez wytwórcę, który z analogiem niespecjalnie może się kojarzyć, gdyż mowa o znanym głównie ze źródeł cyfrowych i charakterystycznych aktywnych kolumn, niderlandzkim Grimm Audio. Jak się jednak okazuje, czego z resztą nasz dzisiejszy gość jest najlepszym przykładem, ekipa z Veldhoven pod wodzą Petera van Willenswaarda, również i z winylami jest za pan brat, więc sukcesywnie dążąc do możliwości zaoferowania kompletnego, a zarazem w 100%, bądź do tego wyniku dążącego, systemu ma w swym portfolio również … przedwzmacniacz gramofonowy PW1, któremu dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu mogliśmy się przez ostatnich parę tygodni przyjrzeć i przysłuchać.
Jak mam nadzieję na powyższych zdjęciach widać aparycji Grimm Audio PW1 bliżej do standardów dotyczących zasilaczy (daleko nie szukając np. tego dołączanego do 3-ki CEC-a bądź do Audii Flight FL Phono) aniżeli pełnoprawnych komponentów audio, choć akurat rozmiarówką przedwzmacniaczy gramofonowych nie ma za bardzo co się przejmować, gdyż obejmuje ona zarówno takie maluchy, jak AVM30 PH 30.3, czy iFi Audio iPhono3, jak i bliższe posturą potężnym wzmacniaczom Ypsilon VPS-100, Tenor Audio PHONO 1, czy nawet nasze redakcyjne RCM-owskie The Big Phono. Grunt, że trzewi PW1 bynajmniej nie umieszczono w li tylko blaszanej wytłoczce, lecz w masywnym, aluminiowym profilu a od wewnątrz zastosowano dodatkowe miedziane płyty ekranujące. Front stanowi szczotkowany aluminiowy monolit, na którym, w lewym dolnym narożniku znajdziemy jedynie biały nadruk z oznaczeniem modelu i nazwą wytwórcy z dyskretnie wkomponowaną diodą informująca o statusie urządzenia. Zdecydowanie więcej dzieje się za to na plecach, gdzie oprócz suto złoconych wejść RCA dla wkładek MC i MM oraz zacisku uziemienia znajdziemy również złocone wyjścia RCA i … parę XLR-ów. Wyliczankę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym dwubolcowe gniazdo IEC C18. I … to by było na tyle? Czyżbyśmy, mieli do czynienia z w pełni bezobsługową konstrukcją w stylu większości modeli Phasemation, albo mojego dyżurnego Tellurium-Q? Nie do końca, bowiem wystarczy zerknąć na „podwozie” naszego gościa, by odkryć, iż to właśnie tam ukryto za przesuwnymi zaślepkami, odpowiedzialne za nastawy dla obciążeń MM i MC oraz wzmocnienie stosowne mikro-przełączniki. Czyli o ile statystyczny, cywilny użytkownik optymalne dla posiadanej wkładki parametry ustawi raz, bądź góra kilka na przestrzeni całej swojej przygody z analogiem, o tyle jednostki dość regularnie żonglujące wkładkami/gramofonami (a do takich z pewnością się zaliczamy) raczej powinny Grimma pozostawić nie dość, że na widoku, to jeszcze z możliwie łatwym, umożliwiającym przewrócenie na plecy miejscu. Jest to o tyle wskazane, iż zgodnie z zapewnieniami producenta wszystkich zmian można dokonywać „w locie” – bez wyłączania przedwzmacniacza, co biorąc pod uwagę fakt, iż po aplikacji „audiofilsko” zakonfekcjonowanego przewodu zasilającego dostęp do włącznika jest niemalże zerowy ma sens.
Co do samego zasilania, to biorąc pod uwagę gabaryty PW1 wypadało by raczej spodziewać się eksmisji zasilacza na zewnątrz korpusu, tymczasem w Grimmie zdecydowano się zrobić to po swojemu. Po pierwsze zlecono w Amplimo wykonanie ultracichego transformatora o bardzo znikomym polu magnetycznym i po drugie umieszczono go pionowo tuż przy ścianie przedniej – poza wewnętrzną miedzianą komorą, dzięki czemu odsunięto go na 20 cm od sekcji we/wyjściowej. Z podobną atencją potraktowano sekcję sygnałową z ograniczoną do absolutnego minimum liczbą elementów zarówno, jeśli chodzi o wzmocnienie na wejściu (tranzystory FET – pojedyncze dla sekcji MM i MC), jak i wyjściu – opartym na jednym wzmacniaczu operacyjnym. Zrezygnowano również ze sprzężenia zwrotnego, więc każdy z komponentów tak pasywnych, jak i pasywnych musi być dobrany z niezwykłą precyzją.
Już od pierwszych taktów „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby słychać było, że Grimm PW1 pomimo skromnej aparycji, niepozornej postury, jak i całkiem przystępnej ceny wymyka się prostej, wynikającej z ww. czynników kategoryzacji. Oferuje bowiem zupełnie niespodziewane na tym pułapie połączenie wyrafinowanej rozdzielczości z wyborną dynamiką oraz zdolnością wiernego oddania pełnej palety barw – bez ich asekuracyjnego gaszenia, czy sztucznego podkręcania saturacji. Ponadto źródła pozorne, choć na tym nagraniu nieco powiększone nie mają tendencji do karykaturalnej gigantomanii a ponadto wyraźnie słychać, iż nie jest to maniera phonostage’a a zabieg realizatorsko-masteringowy. Otrzymujemy zatem nie tylko potężny pakiet informacji o tym co się dzieje na scenie / w studiu, lecz również równie pełny zestaw danych o samym post-procesie a ocenę ma podjąć sam odbiorca. Na równie wysokim poziomie prawdomówności utrzymane jest także różnicowanie samych nagrań. O ile bowiem „Minione” ma predyspozycje do zaliczenia go do miana audiofilskiego o tyle już przygotowane na RSD tłoczenie „Never Say Die!” Black Sabbath takowych ambicji nie wykazuje i o tym fakcie nader boleśnie można się przekonać. Co prawda Grimm i tak okazuje się niezwykle humanitarny w swej prawdomówności i nie kopie leżącego bezlitośnie obnażając całą mizerię rockowego nagrania, ale też nie dokonuje cudów, więc całość nadal brzmi płasko jak stolnica i jazgotliwie jak nadpobudliwy ratlerek na widok listonosza. Co ciekawe, z kolei „Accident of Birth” Bruce’a Dickinsona choć również nie oszczędzał nam iście garażowej szorstkości wwiercających się w synapsy riffów i bezlitośnie smaganych blach brzmiących jakby wykonano je z kapsli po mleku (dinozaury pamiętające mleko w szklanych butelkach powinny wiedzieć o co chodzi) charakteryzował się zdecydowanie lepszą dynamiką i trójwymiarowością sceny, co wyraźnie wskazuje na fakt, iż PW1 nie deprecjonuje konkretnych gatunków a jedynie unausznia prawdę o konkretnej realizacji.
Wystarczy jednak sięgnąć po płyty, których nie trzeba wyciągać za uszy, jak np. „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki a upływ czasu staje się zupełnie pomijalną zmienną, przypominając jedynie o sobie przy okazji zmiany strony. Uwagę zwraca niezwykła precyzja ogniskowania źródeł pozornych, oddanie prawidłowych rozmiarów obecnego na scenie instrumentarium i przede wszystkim świetny realizm tak pod względem dynamiki, jak i barw. Wokal Soyki jest śpiewny, niewymuszony i lekko chropawy, przez co na tyle autentyczny i namacalny, że staje się ewidentnym potwierdzeniem tezy mówiącej, że nawet po swoim odejściu, poprzez nagrania muzycy wciąż pozostają z nami. Śmiem wręcz twierdzić, że Grimm pełni nie tylko rolę bezdusznej składowej toru a swoistego wehikułu czasu umożliwiającego przenoszenie się do czasów, gdy ci, których w danym momencie słuchamy, a których już między nami nie ma, stąpali po ziemskim łez padole. Robi to jednak niezwykle dyskretnie i taktownie, operując właśnie rozdzielczością i materializacją postaci pomiędzy głośnikami a nie siłowym wypychaniem ich przed szereg, czy też wspomnianym wcześniej sztucznym powiększaniem ich brył.
Grimm Audio PW1 nie zabiega o atencję swą posturą bądź wymyślnym projektem plastycznym. Również pod względem ergonomii, szczególnie przy częstej zmianie wkładek, wymaga nieco więcej atencji od posiadającej łatwiejszy dostęp do zmian nastaw konkurencji. Wystarczy jednak wpiąć go w tor audio, na talerzu gramofonu położyć ulubioną płytę, opuścić ramię i … zapomnieć o całym świecie. Niderlandzki przedwzmacniacz robi bowiem coś, co potrafią tylko nieliczni – gra nie tylko muzykę, lecz również gra emocjami a to de facto one są odpowiedzialne za realizm reprodukowanych nagrań. Nie wierzycie? Cóż szkodzi zatem tytułowego malucha wypożyczyć na odsłuchy i samemu go ocenić. Tylko proszę nie mieć do mnie po fakcie pretensji, że nie planowaliście Państwo audio-wydatków a po powrocie do swojego dyżurnego phonostage’a magia prysła jak bańka mydlana i już nic nie jest takie, jak z PW1.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Przy naszych możliwościach bezproblemowego wypożyczenia do posłuchania czego tylko dusza zapragnie, może wyglądać to dziwnie, ale tytułową niderlandzką markę znam jedynie ze słyszenia. Co prawda wszyscy znajomi wypowiadali się o niej w pozytywnym tonie, ale zawsze byłem ciekawy, co to faktycznie oznacza. Na szczęście dzięki jej obecnemu opiekunowi do czasu, gdyż niniejszym mam przyjemność skreślić o sygnowanym przez nią produkcie kilka zdań. O kim mowa i co pojawiło się u mnie na testy? Otóż ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, nasze skromne progi odwiedził produkt z mojego ulubionego działu audio, jakim jest tor analogowy, łódzki dystrybutor Audiofast postanowił dostarczyć niepozorny od strony aparycji, jednak ciekawy w kwestii oferowanego dźwięku phonostage stacjonującej w Niderlandach marki Grimm Audio o handlowym oznaczeniu PW1. Czy obronił się w moich oczach w starciu z opiniami zasłyszanych od znajomych? O tym naturalnie opowiem w dalszej części tekstu.
Jak stanowią fotografie, nasz bohater to stosunkowo nieduża konstrukcja. Co ciekawe i fajne zarazem, konstruktor ubierając trzewia w wymyślną obudowę zastosował formę dość długiego prostopadłościanu o podstawie kwadratu. Jednak nie postawił go ani w pionie, ani w poprzek, tylko wzdłuż, aby wspomniany kwadrat był awersem i rewersem. To oczywiście sprawia, że urządzenie będąc długim, ale za to wąskim zajmuje stosunkowo mało miejsca, co moim zdaniem jest wielką zaletą, gdyż dla wielu z nas chroniczny brak miejsca na stoliku ze sprzętem jest prawdziwą zmorą, a nasz bohater dzięki nietypowej bryle okazuje się być pewnego rodzaju ratunkiem. Naturalnie takie postawienie sprawy ma swoje reperkusje w postaci usytuowania paneli manualno – przyłączeniowych. Chodzi o to, że gdy front ozdobiony jest li tylko diodą informującą o pracy urządzenia i na brak miejsca automatycznie nie występuje, to już plecy zmieściły jedynie zestaw przyłączy w postaci wejść dla wkładek MM i MC, wyjść w standardach RCA i XLR, zacisku uziemienia oraz zintegrowanego z głównym włącznikiem gniazda zasilania. A jedynie dlatego, gdyż zestaw regulacji parametrów dla zastosowanej wkładki konstruktor został zmuszony przenieść na spód obudowy, co ktoś często zmieniając wkładki może uznać za mały problem. Jednak na bazie moich doświadczeń uważam, że tak oceniający tę sprawę melomani będą naprawdę marginalną rzadkością, dlatego raczej traktuję to jako rzadko spotykany rykoszet wyboru takiej, a nie innej bryły obudowy, a nie problem jako taki. Tym bardziej, że czasem tego typu przełączniki są całkowicie wewnątrz urządzenia, tak więc nie ma kolokwialnie mówiąc dramatu.
Gdy dotarliśmy do akapitu o brzmieniu PW1-ki, pierwsza opinia jaka ciśnie mi się na usta, to będące parafrazą znanej sentencji określenie naszego bohatera jako diabła w nietuzinkowej obudowie. Mocne uderzenie energią, fajnie określony w kwestii krawędzi bas, dobrze osadzony w masie środek i otwarte, ale bez wycieczek w stronę nadpobudliwości wysokie tony sprawiły, że przez te kilka dni, jakie miałem przyjemność obcować z tym maluchem, nie było płyty, słuchanie której nie wywoływałoby u mnie efektu tak zwanego dygania nóżką. To było na tyle fajne zderzenie z tą dotychczas całkowicie obcą mi w rozumieniu werbalnym marką, że śmiało mogę powiedzieć o tym przedwzmacniaczy gramofonowym – „mały, ale wariat”. Mimo wspominanych dobrych opinii moich znajomych o innych konstrukcjach tego brandu nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, a tutaj taki pozytywny „Zonk”. Czy w każdym aspekcie? Cóż, gdybym na siłę miał się do czegoś przyczepić, wróć, nie przyczepić, tylko zwrócić na coś uwagę, to może w mojej ocenie grał raczej po chłodnej, aniżeli ciepłej stronie mocy. To oczywiście można bez problemu skorygować okablowaniem, ale sam z siebie unika ocieplania. I tak naprawdę prawdopodobnie dobrze, gdyż na stosunkowo niskich pułapach cenowych, bo tak na tle obecnego szaleństwa można określić pozycjonowanie Grimma, podgrzewanie atmosfery prezentacji często kończy się zbytnim ulepieniem muzyki. Niby ciepłe i soczyste granie zawsze powinno sprawiać słuchaczowi przyjemność, jednak z doświadczenia wiem, jak łatwo jest przekroczyć cienką linię dobrego smaku. Dlatego dobrze, że panowie z Niderlandach nie cisnęli konstruktora, aby powołał do życia ciepłą kluskę, tylko raczej neutralnego, ale dzięki temu oferującego średnio zamożnemu Kowalskiemu wkroczenie w świat płyt winylowych analogowego drapieżnika. I co najciekawsze, drapieżnika tylko wówczas, gdy wymagała tego materiał, co pokazało kilka przesłuchanych przeze mnie płyt.
Jako agresywny zwierz pokazał się w rockowym materiale grupy Radiohead „Hail to the Thief”. To co prawda nie jest jakiś szaleńczy rock, ale na płycie jest kilka momentów, gdzie tylko dobre uderzenie dźwiękiem pozwala dotrzeć do głębi duszy słuchacza. I takie w owych sytuacjach dostawałem. Ale co w tym było dodatkowo bardzo ciekawe, dzięki dobrej kontroli dolnego zakresu nawet uderzenie pełnym składem formacji nie powodowało zlewania się muzyki w jedną nieprzyjemną kakofonię. Owszem, pławiłem się w ostrości, ale jako odpowiedź na zapotrzebowanie muzyki. Muzyki, która z drugiej strony, gdy była stonowana, pozwalała fajnie błyszczeć charyzmatycznej wokalizie frontmena. Jakby narkotycznej, zamierzenie oderwanej od typowego dla tego rodzaju twórczości krzyku, ale przez to mnie osobiście z łatwością hipnotyzującej. Nie powiem, to był fajny epizod tego testu.
Jeśli chodzi o drugą naturę Grimma, swój fajny urok zaprezentował na płycie Pat Metheny Group w składzie Lyle Mays, Mark Egan i Dan Gottlieb. To bardzo nastrojowy jazz i muszę powiedzieć, że gdy nieco obawiałem się o niedomagania barwowe oraz niezbędną homogeniczność muzyki jako skutek grania raczej neutralnie bez prób ocieplania przekazu, ku mojemu zaskoczeniu niczego niepokojącego nie zanotowałem. A dlatego, że po akomodacji z oferowanym dźwiękiem, czyli wyzbyciu się codziennego subiektywnego poszukiwania na siłę większej temperatury brzmienia systemu, phonostage pokazał materiał z dobrą wagą, bardzo czytelnie, lotnie oraz z niezbędnym drivem. W tym materiale nie forsował zbytniej nerwowości – to odniesienie do określenia go drapieżnikiem, tylko na ile pozwalało zaawansowanie techniczne na tym pułapie cenowym bez problemu pokazał świetną dźwięczność gitar, dostojność fortepianu i zabawę przeszkadzajkami perkusisty. Muzyka płynęła, a ja po kilku taktach zapomniałem o celu położenia tego czarnego krążka na talerzu gramofonu.
Czy moim zdaniem próby we własnym systemie z punktem zapalnym dzisiejszego spotkania są warte świeczki? Bez żadnego naciągania faktów jak najbardziej. To pełne ekspresji oraz mocne w domenie energii granie, które z jednej strony z ostrym repertuarem muzycznym nigdy nie pozwoli nam się nudzić, a z drugiej podczas obcowania z sięgającym dna duszy romantyka nie tylko nie zabije zawartych w nim emocji, ale nawet podkreśli najważniejsze jego aspekty. I bez znaczenia jest wspomniana przeze mnie estetyka unikania podgrzewania przekazu, gdyż to moje osobiste oczekiwania, bez realizacji których Grimm i tak nie miał najmniejszego problemu z zaczarowaniem mnie. Zatem jeśli szukacie czegoś z wigorem, ale przy okazji oferującego niezbędne pokłady kontrolowanej masy, Niderlandczyk PW1 powinien znaleźć się na Waszej liście odsłuchowej. Zapewniam, będzie się działo.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Grimm Audio
Cena: 21 600 PLN
Dane techniczne
Wzmocnienie wkładek MM/RIAA: 37 dB ±1 dB. Czułość: typowo 5 mV
Wzmocnienie wkładek MC: MM/RIAA plus 20 lub 30 dB. Czułość: typowo 500 µV (wzmocnienie 20 dB) lub 160 µV (wzmocnienie 30 dB)
Opcjonalne wzmocnienie wyjścia: +10 dB
Impedancja wyjściowa: 100 Ω (RCA i XLR)
Zalecana impedancja obciążenia wyjściowego: > 10 kΩ
Impedancja wejściowa:
– MM rezystancyjna: 47 kΩ
– MM pojemnościowa: 47 pF, plus opcjonalnie 47 pF, 100 pF, i/lub 220 pF równolegle
– MC rezystancyjna: 47 kΩ, plus opcjonalnie 33 Ω, 100 Ω, 330 Ω i/lub 1 kΩ równolegle
– MC pojemnościowy: 330 pF, plus opcjonalnie 330 pF i/lub 680 pF równolegle
Zniekształcenia THD+N: MM ≤ -45 dB (1 kHz, 5 mV); MC ≤ -45 dB (1 kHz, 500 µV)
Odstęp sygnał/szum: MM ≥ 80 dB (pozycja +0 dB, ref. 5 mV); MC ≥ 76 dB (pozycja +20 dB, ref. 500 µV); ≥ 80 dB (pozycja +30 dB, ref. 500 µV)
Margines przeciążenia: MM 24 dB (1 kHz, 5 mV); MC 24 dB (1 kHz, 500 µV).
Precyzja RIAA: ±0,5 dB 20 Hz – 20 kHz
Nierównowaga kanałów: ≤ 0,5 dB
Przesłuch: MM ≥ 90 dB (1 kHz, 5 mV); MC ≥ 86 dB (1 kHz, 500 µV). kHz, 500 µV)
Bezpiecznik 230 V: 200 mA TT, Littelfuse 0215.200MXP
Wymiary (S x G x W): 100 x 250 x 100 mm
Waga: 3,3 kg
Opinia 1
Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że z dość spontanicznej i czysto losowej eksploracji portfolio sprawcy dzisiejszego zamieszania przeszliśmy na wyższy poziom wtajemniczenia i zaczęliśmy … zbierać #kwadraty. Zakładam, iż użytkownikom Stravy raczej nie musze tłumaczyć o co chodzi, jednak jednostkom za przeproszeniem „niespedalonym” (od razu spieszę z wyjaśnieniem, iż mam na myśli osoby niejeżdżące rowerami) należy się małe wprowadzenie. Otóż chodzi o to, że mapa świata została podzielona na małe (ok.1,5 x 1,5 km) kwadraty w które wystarczy wdepnąć, wpłynąć (np. kajakiem), wjechać (rowerem, na nartach), by takowy „zaliczyć”. Kwadraty oczywiście się sumuje a cała zabawa nabiera rumieńców, gdy z małych kwadracików zaczynamy „budować” jak największe. I tak też wygląda nasza przygoda z duńskimi przewodami ZenSati, które zaczęliśmy testować „detalicznie” – po sztuce/dwie a od pewnego czasu na redakcyjny tapet bierzemy kompletne sety. Jak z pewnością nasi wierni czytelnicy pamiętają wystartowaliśmy z wysokiego C – od topowych #X-ów, by potem przeskoczyć na przeciwległy skraj katalogu i zweryfikować możliwości otwierających go Razzmatazzów a ostatnio nacieszyć tak oczy, jak i uszy Angelami. Z kolei tym razem, poniekąd korzystając z nadarzającej się okazji, czyli 3-kowej prezentacji i uprzejmości dystrybutora, oraz samego wytwórcy, na testy trafił do nas komplet ZenSati Seraphim w skład którego weszły przewód USB, trzy interkonekty analogowe XLR, pojedynczy RCA, przewody głośnikowe wraz ze zworami i siedem (!!) przewodów zasilających – w tym dwa zakończone 20A wtykami IEC C19.
Jeśli chodzi o walory natury estetycznej, to nie da się ukryć, że Seraphimy są złote. Bardzo, bardzo złote, nawet bardziej od flagowych #X-ów. Dlatego też od razu lojalnie uprzedzam, że jeśli ktoś niespecjalnie czuje potrzebę epatowania posiadanym w systemie okablowaniem a co za tym idzie mniej, bądź bardziej ukradkowych spojrzeń i nie mniej kłopotliwych pytań z nim związanych, to umaszczenie tytułowych przewodów może odebrać jako nazbyt ostentacyjne. Czego by jednak nie mówić wrażenie jakie robi kompletny zestaw duńskich kabli śmiało można uznać za piorunujące. Oprócz złotych zewnętrznych oplotów również i korpusy wtyków utrzymano w wiadomym, nieskromnym kolorze a i przewodzące elementy „wsadów” konfekcji są złocone. Od strony użytkowej ZenSati nie sprawiają praktycznie żadnych problemów – pomimo wyczuwalnej sprężystości dają się wdzięcznie układać i jedyne do czego mógłbym się przyczepić, to brak oznaczenia kierunkowości i kanałów / „+” i „-”. Od razu jednak zaznaczę, iż dla większości „cywilnych” odbiorców nie powinno to stanowić większego problemu, gdyż w ich przypadku zazwyczaj raz wpięte przewody będą egzystować w systemie latami. Czyli zadziała zasada wpiąć i zapomnieć. Nieco inaczej sytuacja wygląda u nas, gdzie częstotliwość zmian, roszad i żonglowania okablowaniem i innymi akcesoriami charakteryzuje się zdecydowanie bardziej dynamiczną fluktuacją i po prostu docenia się drobiazgi ułatwiające życie podczas nurkowania i jogo-podobnych wygibasów w ciasnych przestrzeniach zaszafkowych. Nie da się jednak ukryć, iż Mark Johansen w swej informacyjnej lakoniczności jest od lat konsekwentny, więc poniekąd decydując się na sygnowane przez Niego „druty” powinniśmy wiedzieć czego się spodziewać.
Z resztą owa lakoniczność dotyczy nie tylko widocznych gołym okiem oznaczeń (wyjątkiem są dyskretne banderolki z numerami seryjnymi), lecz również i kwestii anatomicznych. Mówiąc wprost jedyne, o czym wspomina producent to wykorzystanie przewodników ze złoconej miedzi a zarówno geometria, ich średnice, czy rozkład i rodzaj ekranów i izolatorów pozostaje jego słodką tajemnicą. Podobnie jest z parametrami elektrycznymi, więc jeśli jednak ktoś zamiast słuchać woli sobie mierzyć, to raczej zdany jest na siebie.
Skoro na testy otrzymaliśmy pełen zestaw okablowania, to właśnie od obserwacji dotyczących „gry zespołowej” zacznę wynurzenia o wpływie tytułowej złotej zgrai na mój system. Zgodnie z solennymi zapewnieniami skandynawskiego wytwórcy „ZenSati Seraphim zapewnia niesamowitą dynamikę i wspaniałą przejrzystość, połączoną z niemal uzależniającą głębią i klarownością basów”, więc na dobrą sprawę, przynajmniej jeśli każdą marketingową deklarację byśmy brali jako najprawdziwszą prawdę, to na tym moglibyśmy poprzestać i skończyć temat. Jak jednak życie i nasze osobiste doświadczenia dowodzą nie zawsze takowe deklaracje znajdują pokrycie w praktyce a co za tym idzie niejednokrotnie potrafiliśmy wyrażać swe nieco odmienne zdanie. A jak będzie tym razem? Cóż, wygląda na to, że Mark niespecjalnie czuje potrzebę zaklinania rzeczywistości i po prostu, cytując klasyka „mówi jak jest”. Jak się bowiem okazuje zarówno dół, jak i średnica transmitowane przez „duńskie złotka” niosą ze sobą niezwykle imponującą energię i żywiołowość. Wystarczy bowiem raptem kilka taktów odświeżonego przez Lamb of God i Dave’a Mustaine’a „Wake Up Dead”, by na własnych trzewiach poczuć, że nikt tu nie zamierza w tańcu się …, mniejsza z tym co. Dostajemy potężną dawkę świetnie prowadzonych szarpnięć basu, uderzeń perkusji i niezwykle udany duet wokalny Randy’ego Blythe’a z Mustainem podane z takim powerem, że oryginalne nagranie z krążka „Peace Sells… but Who’s Buying?” wypada przy nim boleśnie anemicznie. Całe szczęście reszta albumu, zapewne z racji braku możliwości bezpośredniego porównania z radosną „owczą” twórczością, już doskonale się broni i wciąga skuteczniej aniżeli chodzenie po bagnach. Niemniej jednak obie wersje pokazują, że Seraphimy jeńców nie biorą a im cięższy, gęstszy, bardziej brutalny materiał im zaserwujemy, tym z większą satysfakcją będą nim nas smagały. Gitarowe riffy łączą ognistą zajadłość z wypalającym zmysły blaskiem ciekłej surówki płynącej wartkim strumieniem z hutniczego pieca a perkusyjne galopady trafiają słuchaczy niczym serie z zamontowanego na Black Hawku obrotowego GAU-19. Zero spowolnienia, asekuracyjnych podchodów i ciągnącego się ogona. Natychmiastowość jest porażająca, bezdyskusyjna i o ile tylko okablowany Seraphimami system posiada ku temu predyspozycje to przesiadce na inne druty zazwyczaj będzie towarzyszyło bolesne poluzowanie i rozmiękczenie dźwięku z wyraźnym spadkiem motoryki i timingu. Co jednak najważniejsze owa konkretyzacja i witalność duńskich drutów wcale nie idzie w parze z osuszeniem i zbytnią żylastością prezentacji, gdyż zarówno pod względem konsystencji, jak i saturacji wypełniającej precyzyjnie kreślone kontury brył nie sposób mieć jakiekolwiek krytycznych uwag. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że ZenSati nawet nieco podkreślają soczystość barw i dopalają aspekt emocjonalny, wiec to nie jest „zgniły kompromis” a zdecydowanie bardziej korzystna sytuacja z gatunku „win-win”.
Doskonale to słychać na nieco jazgotliwym i intensywnie eksplorującym górną część pasma albumie „Paper Doll” Samanthy Fish, która lubi tu i ówdzie zadziornie zaskrzeczeć. A z ZenSati jest energetycznie, wręcz wybuchowo a jednocześnie zaskakująco eufonicznie i żeby nie powiedzieć, nie iść na metaforyczną łatwiznę, „złoto na górze”. Nie chodzi jednak o asekuracyjne zgaszenie, bądź wycofanie najwyższych składowych a właśnie ich ozłocenie, przez co zachowując pełen pakiet obecnych w ww. podzakresie informacji sam sposób prezentacji staje się bardziej atrakcyjny, mniej zajadle ofensywny i na dłuższą metę mniej męczący.
A jak „anielskie złotka” wypadają nie tylko solo, co również na tle swojego rodzeństwa? Cóż, nie wypada mi nic innego napisać, jak tylko stwierdzić, że świetnie się bronią i niejako w gratisie dają całkiem satysfakcjonującą namiastkę, przedsmak tego, co czeka nas na „duńskim Olimpie”. Ba, zdaję sobie sprawę, że to, co teraz napisze może wyglądać na mało poprawne politycznie zagranie, ale właśnie w porównaniu z #X-ami Seraphimy mają szansę szybciej i skuteczniej złapać potencjalnych nabywców za ucho. Grają bowiem może mniej wyrafinowanie i finezyjnie, ale właśnie w tym upatruję jest ich największy atut. Mogą bowiem nieco poluzować krawat, rozpiąć guzik przy kołnierzyku i huknąć, kopnąć a czasem i siarczyście zakląć, czego flagowcom przecież nie wypada. Ponadto np. zasilające sieciówki oferują bardziej zwarty przekaz od Cheruba, głośnikowce, zwory i interkonekty mogą pochwalić się wyższej próby organicznością i wysyceniem od Angeli a co do łączówki USB, to nader boleśnie przekonałem się, że deklasuje mojego dyżurnego Zorro pod każdym względem, gdyż zachowując żywiołowość swojego niżej urodzonego pociotka wszystko gra lepiej, z jeszcze większą żywiołowością, swobodą i rozdzielczością dorzucając wspomniane wypełnienie i soczystość przekazu. Nie ukrywam, że spodziewałem się takiego obrotu sprawy, gdyż już Angel grał lepiej, jednak tutaj różnica jest jeszcze większa i jak już zdążyłem wspomnieć … bolesna. A czy warta dopłaty drobnych … 38 kPLN, cóż akurat odpowiedź na to pytanie każdy zainteresowany powinien przemyśleć i „przepracować” sam – we własnym systemie. Na pocieszenie powiem, że jeszcze bardziej „boli” sparring z sILENzIO, więc jeśli ktoś lubi takie samoumartwianie, to gorąco polecam.
No to najwyższa pora na podsumowanie, które tym razem pozwoliłem sobie ubrać w postać serii pytań kontrolnych. Czy zatem ZenSati Seraphim możemy uznać za wybitnie high-endowe okablowanie? Bezdyskusyjnie tak. Czy przynależą do ekstremalnego High-Endu na którym mogą poprzestać nawet najbardziej wytrawni smakosze? Oczywiście. A czy można jeszcze lepiej? Cóż, pomijając ofertę konkurencji, którą w tym momencie dyplomatycznie/litościwie (niepotrzebne skreślić) przemilczę już samo portfolio ZenSati pokazuje, że jak najbardziej. Werdykt brzmi zatem 3 x TAK i wyłącznie od Państwa zależeć będzie jego interpretacja.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem święcie przekonany, że gdybym wziąwszy pod uwagę punkt zapalny dzisiejszego spotkania prosto z mostu napisał frazę – „no to kolejny raz jedziemy z tym koksem”, znakomita większość z Was bez jakiegokolwiek zająknięcia wiedziałby o co chodzi. Niestety owa znakomita większość nie oznacza pełnego składu czytelników, dlatego pokrótce nakreślę co mam na myśli. Mowa o kolejnym testowym spotkaniu z kompletnym zestawem dla całego systemu od zasilania, przez sygnał analogowy oraz cyfrowy, po głośnikowy. Wiadomym jest, że czym innym jest wpływ na system pojedynczej konstrukcji, a czym innym pełny garnitur, dlatego obecnie coraz częściej bierzemy na tapet full set. Spod jakiego znaku towarowego tym razem? Myślę, że już kolor tytułowych konstrukcji jasno sugeruje dostarczoną przez warszawskiego dystrybutora Audiotite ofertę pochodzącej z Danii marki ZenSati. Jednak nie byle jaką, bowiem aby nadać wydarzeniu odpowiedniej rangi i przy okazji pokazać, co dzieje się w temacie dźwięku na tak zwanych „szczytach kablowej władzy” zajmującą wysoką pozycję w cenniku serię Seraphim. Co z tego wynikło, oczywiście postaram się w miarę strawnie wyłożyć w dalszej części tekstu.
W temacie budowy i dogłębnych technikaliów nie mam zbyt wiele do powiedzenia, gdyż marka obawiając się nielegalnego zawłaszczenia swojego know how zapobiegawczo zdradza niewiele. Czy to dobrze, czy źle nie mnie rozstrzygać, dlatego powiem co wiem. A wiem, że materiałem na przewodnik jest wysokiej jakości miedź, którą w celach uzyskania niezakłóconego przepływu sygnału oferującego naturalny dźwięk systemu pokryto warstwą czystego złota. Jaki jest skład procentowy każdego kruszcu, jaki jest splot oraz średnica przewodników pozostaje tajemnicą. Wiem natomiast, że marka w celach idealnego sonicznie konfekcjonowania okablowania według niej skutecznie eliminując szkodliwe zniekształcenia stosuje firmową procedurę szczelnego zaciskania końcówek. W jaki sposób też niestety nie zdradza. Tajemnicą za to nie jest finalne pakowanie każdego produktu w opatrzone certyfikatem oryginalności, estetyczne czarne pudełko.
Jak zareagował mój system na ubranie go w złote kable z Danii? Nieco mnie zaskoczył, gdyż podczas solowych występów każdy ruch oceniałem inaczej, aniżeli pełnego zestawu. Gdy po zakończeniu procesu przepinania całość się ustabilizowała, w pierwszej kolejności odczułem większy udział energii w projekcji dźwięku. Ale nie jako przysłowiową „bułę”, tylko wzmocnienie soczystości dobrze kontrolowanego impulsu. Żadnego szkodliwego uśredniania, a jedynie ciekawe przesunięcie poziomu wagi, a przez to nasycenia przekazu w kierunku większego jej udziału w wizualizowaniu wydarzeń scenicznych. Pojedyncze kable aż takiej fajnej sytuacji mi nie oferowały, co tylko udowadnia, że oprócz starć z przysłowiowymi singlami, warto użyć kompletu. Ale to nie koniec ciekawych obserwacji, gdyż wzmocnienie nasycenia, przy jednoczesnym utrzymaniu transparentności przekazu dało efekt minimalnego przybliżenia sceny w moim kierunku. Tylko znowu, nie jako sztuczne siadanie mi na kolanach pięknych artystek z jednoczesną utratą rozpiętości budowania realiów w tył, a przesunięcie nadal oferującej bardzo dobrą głębokość sceny o pół kroku w przód. W efekcie bardzo interesująco wypadała tak lubiana przeze mnie muzyka jazzowa stawiająca na artyzm operowania pojedynczymi, rozrzuconymi w eterze jako długowieczne byty dźwiękami. Na koniec słowo o najwyższych rejestrach. Te, aby nie odrywać się szkodliwie od rzeczywistości były dźwięczne, lotne i pełne informacji, ale w estetyce ciepła. Przyjemnego w odbiorze, jednakże w żadnym wypadku nielimitującego ich otwarcia i fajnego napowietrzania dalekiej od rozjaśnienia średnicy. Nie wiem, w którym momencie przepinania moich drutów na dostarczone do testu nastąpiła wspomniana zmiana, ale rad jestem, że jak nigdy wcześniej, tym razem śledziłem początek aplikacji tak licznie goszczących w moich progach bohaterów, który pokazał, w jakim kierunku krok po kroku ewaluowało brzmienie systemu po pełnozakresowym zabezpieczeniu jego potrzeb w kable ZenSati. Co na to muzyka?
Zacznę od najbardziej lubianej i wspominanej przed momentem muzyki spod znaku jazzu z portfolio Torda Gustavsena Trio „The Other Side”. To spokojny, pełen improwizacji materiał, który dzięki przywołanej estetyce minimalnego przybliżania niektórych scenicznych bytów zabrzmiał jakby bardziej intymnie. A dlatego, że w okablowaniu tylko znany sposób delikatnie zawieszał bliżej mnie przyjemne dla ucha wybrzmiewanie czasem pojedynczych nut, a czasem ich dłuższych pasaży. Ale nie w sensie burzącego spójność podania muzyki odrywania ich od rzeczywistości danej sesji nagraniowej. Chodziło raczej mające nienachalnie, acz skutecznie zwrócić moją uwagę umiejętnie podkreślenie fajnie podkręcających poziom emocji podczas słuchania tej muzyki muzycznych zabiegów artystów. I muszę przyznać, że mimo nieco innego podania tej twórczości przez mój set okablowania kolokwialnie mówiąc bez problemu to kupiłem. Czy tylko dlatego? Bynajmniej, gdyż reszta aspektów brzmienia systemu mimo innej wagi w sensie świetnego nic a nic nie ucierpiała. Ot muzyka mogła pochwalić się większą esencjonalnością, która za sprawą pełnej kontroli dolnego zakresu i utrzymaniu świetnego drive’u prezentacji ani razu nie przerodziła się w nieprzyjemne przegrzanie materiału.
Do sprawdzenia sytuacji z drugiej strony muzycznej barykady posłużyłem się muzyką filmową „Helikopter w Ogniu” Hansa Zimmera. To typowa przeplatanka mocnych i melodyjnych fraz. Jednak na tle większości produkcji filmowych mamy do czynienia z bardzo wysoko zawieszającym poprzeczkę sonicznym miszmaszem. Piję do serwowania nam na przemian raz spokojnych, często zaczerpniętych z bliskiego wschodu muzycznych partii na bazie lokalnych pieśni, zaś innym razem mających podkreślić tragizm sytuacji w ścieżce filmowej sejsmicznych pomruków. Nie powiem, bardzo lubię tę płytę, ale gdy system nie potrafi różnicować tak dramatycznie odległych od siebie muzycznych zapisów, całość pomysłu kompozytora wciągnięcia nas w wir wydarzeń będącą podprogowym działaniem muzyką pali się na przysłowiowej panewce. Jak było w tym przypadku? Podobnie do jazzu. Z tą tylko różnicą, że gdy tam większa, nawet kontrolowana, ale jednak podnosząca poziom esencjonalności waga dźwięku po prostu nie przeszkadzała, tak tutaj wręcz była wodą na młyn tej pozycji płytowej. Dostałem atak, energię i romantyzm, ale tylko wówczas, gdy wymagała tego materiał. Bez jakiegokolwiek krzyku, za to z pełną ekspresją wdrażania w życie zaprezentowania przez system umiejętności kontrolowanego masowania moich trzewi dźwiękami z Hadesu. To była rzadko spotykana podczas testów przygoda.
Gdzie widziałbym tytułowy zestaw okablowania? Mam nadzieję, że odpowiedź na to pytanie jasno wynika z powyższego opisu. Otóż wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba zapewnienia systemowi soczystego, ale też dobrze określonego w kwestii krawędzi, oferującego odpowiedni atak oraz uderzenie zwartą energią zestawu przewodów. Owszem, nakarmiony duńskimi konstrukcjami zestaw zaoferuje nieco większy poziom wagi muzyki, jednak udanie przekuje go w kontrolowany energetyczny impuls, co suma summarum w żadnej mierze nie zaszkodzi nawet lekko ocieplonym układankom. Zatem jeśli swoimi dotychczasowymi wyborami nie przekroczyliście poziomu dobrego smaku w domenie płynności i soczystości prezentacji, aplikacja pełnego kompletu ZenSati Seraphim z dużą dozą pewności zakończy się poprawiającym namacalność odbioru muzyki, bo głębszym wejściem w jej wir wydarzeń. A jeśli tak, moim zdaniem gra warta jest przysłowiowej świeczki.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Ceny
Seraphim XLR/RCA: 45 900 PLN / 2 x 0,5m; 53 900 PLN / 2 x 1 m; 67 900 PLN / 2 x 1,5 m
Seraphim USB: 36 890 PLN / 0,5m; 44 290 PLN / 1m; 51 690 PLN / 1,5m
Seraphim Speaker: 137 000 PLN / 2 x 2 m; 152 000 PLN / 2 x 2,5 m; 167 000 PLN / 2 x 3 m
Seraphim Jumpers (Zwory): 15 900 PLN / 4 x 0,1m; 16 900 PLN / 4 x 0,2 m; 18 900 PLN / 4 x 0,3 m
Seraphim Power: 55 900 PLN / 1m; 62 900 PLN / 1,5m; 69 900 PLN / 2m
Opinia 1
Z moich dotychczasowych doświadczeń z tą niemiecką marką wynikają nie tylko jasne, ale jakże istotne dla uzyskania dobrej jakości brzmienie systemu przesłanki. To zawsze jest energetyczne, z zachowaniem kontroli w dolnym zakresie, odpowiednią wagą w środku pasma i oferujące otwartą prezentacje granie. Teoretycznie jej produkty mają wszystko, czego osobnikowi poszukującemu świetnej projekcji ulubionej muzyki do szczęścia potrzeba, a mimo to ludzie z różnym skutkiem wolą eksperymentować z bardziej znanymi, czasem na tle naszego zachodniego sąsiada mizernie wypadającymi brandami. Owszem, bywa, że takie podejście kończy się pełnym sukcesem, ale nie raz i nie dwa słyszałem opinię, iż zanim coś udało się sklecić, dany delikwent przeszedł konfiguracyjną gehennę. A przecież miał pod ręką coś od tak zwanego strzału stawiającego dźwięk w co najmniej dobrym wydaniu, co później drobnymi ruchami można na swoją modłę podkolorować. Tak tak, będący bohaterem tej epistoły niemiecki Trigon w każdym dotychczasowym wydaniu to był kawał solidnej od strony technicznej, jak i sonicznej maszyny. Czy nadal tak jest, i na przykładzie czego będziemy to weryfikować? Otóż dzięki udanym konsultacjom z warszawskim Hi-Fi Systemem bez najmniejszego problemu udało się pozyskać na testy obecnie flagowy, wyposażony w przetwornik D/A wzmacniacz zintegrowany Trigon Excellence. Intrygujące? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, wszystkich zainteresowanych zapraszam na kilka poniższych spostrzeżeń.
Jak wspominałem przed momentem, nasz bohater to kawał maszyny. A na potwierdzenie tego faktu niech posłuży punkt odniesienia, jakim jest stojący za nim na fotografiach, ważący ponad 30 kg zasilacz do mojego przedwzmacniacza liniowego Commander. Już on swą aparycją przytłacza znakomitą większość urządzeń, a od Trigona jest nieco mniejszy, zatem możecie wyobrazić sobie, że co jak co, ale niemieccy inżynierowie kreśląc plany na powołanie do życia modelu Excellence na ile się da, nie szczędzili środków pieniężnych, aby zadowolić nawet najbardziej marudnego klienta. I tak naprawdę jest, bowiem oprócz sporych gabarytów został bogato uzbrojony. Oczywiście obudowa to konstrukcja wykorzystująca grube płaty aluminium, której boki wieńczą solidne radiatory chłodzące trzewia konstrukcji. Jeśli chodzi o rozplanowanie awersu, w jego centrum widzimy wielki, kolorowy wyświetlacz, na jego bokach dwie gałki funkcyjne – selektor wejść oraz głośność, a pod nim cztery okrągłe przyciski i po środku gniazdo słuchawkowe. Dotarłszy z opisem do tylnego panelu przyłączeniowego, idąc za wstępniakiem kolejny raz stwierdzam, iż jest na bogato. A to za sprawą mnogości wejść nie tylko analogowych w obydwu standardach RCA/XLR, ale jako odpowiedź na zaimplementowany wewnątrz przetwornik także wszelkich cyfrowych, co sprawia, że gdy się na niego zdecydujemy, z automatu nabywamy rasową centralę sterującą nawet najbardziej rozbudowanym systemem audio. Tak bogate wyposażenie wieńczy zestaw terminali kolumnowych na bazie wtyków WBT oraz zintegrowane w łącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Naturalnie w zestawie w kartonie znajdziemy także mimo, że systemowego, ale o dziwo bardzo czytelnego pilota zdalnego sterowania. Jak wynika z opisu wyglądu i dostępności ilości funkcji mamy do czynienia z czymś nietuzinkowym, zatem nadszedł czas na przybliżenie, jak to się ma do estetyki brzmienia.
Jakie wrażenie pozostawił po sobie Trigon? Bez dwóch zdań bardzo dobre. A jedną z głównych cech pozwalających w taki sposób określić jego odbiór było swobodne prowadzenie przez cały przekrój częstotliwościowy moich wielkich kolumn jak na przysłowiowej smyczy. Bas oprócz tego, że schodził do czeluści Hadesu, do tego był w pełni kontrolowany. Średnica odpowiednio dociążona i przy tym pełna informacji. Zaś górne pasmo epatowało swobodą i dźwięcznością. A najciekawsze było to, że przekaz był bardzo spójny, bowiem każdy wymieniony wycinek częstotliwości nie próbował żyć swoim życiem, tylko płynnym przejściem znakomicie współgrał z sąsiednim. Gdzie zatem jest haczyk? Otóż moim zdaniem to nie jest haczyk w rozumieniu czegoś nie do końca idealnego, tylko wynik wyborów konstruktorów. Chodzi mianowicie o unikanie przez niemiecki wzmacniacz jakiegokolwiek sztucznego podgrzewania atmosfery odtwarzanej muzyki. Wszystko co robił, miało na celu pokazanie danego materiału w estetyce dokładności i wyrazistości, co dla wielu melomanów lubiących tak przyjemne dla ucha, ale jednak przekłamujące rzeczywistość forsowane ocieplania i uplastycznienia przekazu może być zbyt dosadne. Ale owa dosadność nie jest ani nachalna, ani szorstka, ot muzyka jest podawana z mocnym zaznaczeniem dobrze określonej w domenie ostrości rysunku energii, którą z fajnym feedbackiem jako świetna otwartość prezentacji wspierają – odpowiednio doświetlając centrum pasma – najwyższe rejestry. Po prostu niemiecka integra nie owijała niczego w przysłowiową bawełnę, tylko dany materiał zawsze pokazywała z świetnie wypadającą werwą podpartą czytelnym rozplanowaniem wirtualnych bytów na scenie.
Wziąwszy pod uwagę powyższy stan rzeczy chyba nikogo nie muszę przekonywać do opinii o bardzo dobrym występie tytułowej sekcji wzmocnienia w repertuarze elektronicznym choćby spod znaku Massive Attack na płycie „Blue Lines”. To naszpikowana mocnymi akcentami wyrazistości oraz efektami opartymi na bazie impulsu energii muzyka, a że pochodzący zza naszej zachodniej granicy ekscelencja takie klimaty ma wpisane w kodzie DNA, bez najmniejszego problemu raz byłem atakowany oczekiwaną agresywną poszczególnych fraz muzycznych, by za moment w kontrze lub jako podkręcenie emocji zaliczyć sesję sejsmicznych pomruków. Odbiór zaliczam do jednego z bardziej udanych wliczając w to nawet spotkania ze znacznie droższymi konstrukcjami. Trigon nie pozostawiał złudzeń podczas projekcji tej muzy, że co jak co, ale dobrze rozumiana agresja prezentacji to jego prawdziwe „ja”, co świetnie sprawdzało się także w repertuarze rockowym. Owszem, wówczas ten ostatni, gdy był słabo zrealizowany, nie zostawiał jeńców. Jednak, jeśli słuchałem swoich ulubionych kapel typu AC/DC, czy Metallica, przyswajanie marnej jakości, ale za to pokazanej w prawdziwym wydaniu ich twórczości w ogóle nie sprawiało mi najmniejszego problemu, żeby nie powiedzieć, iż dzięki temu przy okazji świetnie przypominało mi lata właśnie takiego pochłaniania materiału. Brutalnego i ostrego, ale dzięki temu docierającego do dna duszy.
W nieco innym, jednak w wielu aspektach także fajnym duchu wypadła muzyka rodzimego trio Marcina Wasilewskiego z gościnnym występem saksofonisty Joakima Mildera „Spark Of Life”. To spokojny, wzbogacony o popisy dęciaka jazz, w idealnym pokazaniu którego istotne są dwie kwestie. Pierwszą jest czystość podania oraz ostrość rysunku źródeł pozornych. Zaś drugą odpowiednie wyważenie pomiędzy wyrazistością, esencjonalnością, gładkością i otwartością brzmienia materiału. I gdy wezmę wszystkie wspomniane niuanse pod uwagę, bez problemu mogę powiedzieć, że efekt próby systemu z tym materiałem był co najmniej dobry. A dobry, nie bardzo dobry, gdyż opisywany wzmacniacz w podstawowej estetyce brzmienia, której celowo nie modelowałem przed odsłuchem, aby pokazać jego prawdziwie „ja”, nieco tonował poziom gładkości i miękkości. Reszta kwestii, czyli rysowanie i lokowanie scenicznych bytów w idealnie wyrysowanym wirtualnym świecie z ciekawą propozycją zróżnicowania energii każdego instrumentu były znakomite. Niestety wspomniane na samym początku unikanie podgrzewania atmosfery przyjemnymi krągłościami i uplastycznianiem przekazu powodowało, że ortodoksyjni wielbiciele tego rodzaju muzyki mogą być nieco niedopieszczeni. Ogólnie całość wypadała interesująco, jednak przydałaby się szczypta barwy i miękkiego body. Naturalnie to z łatwością dało się osiągnąć odpowiednią kablekologią, jednak wspominałem już, iż zamierzenie jej nie czyniłem. Z każdym urządzeniem w większym lub mniejszym stopniu da się osiągnąć fają nić porozumienia, jednak warto jest wiedzieć, jak gra bez takich działań. Trigon oferuje mocny akcent energii oraz nienaganną bezpośredniość i tylko od potencjalnego użytkownika zależeć będzie – piję do rozumnej konfiguracji, jak wypadnie z tematach z puli robienia sobie „kuku” nadmiernym ugładzaniem go. Sam z siebie – być może na szczęście – tego z konstrukcyjnego założenia nie zrobi.
Kogo może rozkochać w sobie mocarny z wyglądu i taki sam w rozumieniu wyrazistego w estetyce prowadzenia jednak dość trudnych kolumn Trigon Excellence? Szczerze powiedziawszy z uwagi na wyartykułowane zalety powinien mieć o rząd wielkości więcej zwolenników, aniżeli przeciwników. Ci pierwsi bez problemu docenią jego nieskrepowane epatowanie energią i ciekawą wyrazistością podania materiału. Natomiast drudzy, jeśli go nie pokochają – co niestety jest sporym prawdopodobieństwem, to jedynie z dla wielu z nas bardzo prozaicznego powodu stronienia od przegrzewania i nudnego umilania słuchanej muzyki. Niestety pochodzący zza zachodniej granicy wzmacniacz powstał w oparciu o całkowicie inne założenia już na poziomie projektowania. To jest maszyna do odtwarzania muzyki przez duże „M”, a nie błogiego „pitu pitu”. Owszem, wspomnianą w dobrym rozumieniu agresję można go nieco ujarzmić, ale ciepłych klusek z niego nie zrobimy. Zatem sprawa jest jasna jak słońce, kochasz „ogień” krzyżujesz szpady z Trigonem, stawiasz na krągłość, plastykę i ciepłe podanie muzyki ponad wszystko, omijasz go szerokim łukiem.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Co prawda zgodnie z przypisywaną Heraklitowi z Efezu maksymą „Panta rhei” również i w branży audio trudno spodziewać się stabilizacji, to przypadek tytułowej marki śmiało zasługuje na miano klinicznego. Okazuje się bowiem, iż praktycznie (z jednym wyjątkiem) ilekroć sygnowane przez niemieckiego Trigona, bo to o nim mowa, urządzenia trafiały do nas na testy, to za każdym razem dostawcą był inny dystrybutor. W 2019 r. Trinity przyszło z katowickiego RCM-u, w 2021 r. Epiloga i zestaw pre/power Dialog & Monolog dostarczyła ekipa EIC a pod koniec minionego roku bohater dzisiejszego spotkania, czyli wzmacniacz zintegrowany Trigon Excellence trafił w nasze skromne progi za sprawą stołecznego Hi-Fi Systemu. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z przysłowiowym „gorącym kartoflem”? Niekoniecznie. Po prostu odkąd pamiętam Trigon nigdy nie był u nas marką modną, czy też pierwszego, bądź nawet drugiego wyboru, więc świadomość jego istnienia miała jedynie garstka zainteresowanych a co za tym idzie zamiast zalegać w magazynach stawiających na bardziej rozpychających się na rynku zawodników „opiekunów” cały czas szukał kogoś, kto poświęci mu nieco więcej atencji i energii. Z drugiej strony nie wydaje mi się by i sam wytwórca czuł jakąś nieprzemożoną potrzebę pchania się na okładki i rozkładówki audiofilskich periodyków, bądź też zależało mu na jakiejś zmasowanej kampanii reklamowej. Skoro bowiem od sierpnia 1996 nie tylko utrzymuje się na powierzchni, lecz i sukcesywnie rozbudowuje i regularnie odświeża swoje portfolio to znak, że jednak wolumeny sprzedaży nie są wcale takie śladowe i najwidoczniej li tylko nad Wisłą miał nieco pod górkę. Jak będzie dalej czas pokaże, więc nie uprzedzając faktów nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Państwa na ciąg dalszy.
Zgodnie z dostępnymi informacjami Excellence zastąpił goszczącego u nas blisko pięć lat temu Epiloga i patrząc zarówno na aparycję naszego dzisiejszego gościa, jak i jego parametry trudno się z ową narracją nie zgodzić. Bez trudu można jednak zauważyć, iż pomimo zachowania firmowego designu Excellence zdecydowanie wyładniał. Chodzi bowiem o to, iż jego wykonana z grubego płata szczotkowanego aluminium płyta frontowa zyskała na symetrii bowiem w porównaniu z protoplastą okupujący lewą flankę krzyżowy wybierak zastąpiono bliźniaczym do prawej gałki wzmocnienia selektorem źródeł. Ponadto pod centralnie usytuowaną taflą akrylu zamiast archaicznych wyświetlaczy zagościł wysokorozdzielczy 7” ekran LCD (możliwość wyboru jednej z 8 grafik tła), pod którym umieszczono cztery dotykowe przyciski odpowiedzialne za włączenie/wyłączenie urządzenia, odłączenie/załączenie wyjść głośnikowych, wywołanie menu i aktywację trybu mono oraz gniazdo słuchawkowe 6,3mm. Klasyczne ściany boczne nadal zastępują gęsto użebrowane radiatory a na plecach uwagę zwracają solidne uchwyty ułatwiające przenoszenie 26 kg integry. Na nich jednak podobieństwa z przodkiem się kończą, bowiem zamiast znanej z Epiloga modułowości mamy zamknięty i skończony układ gniazd. Nie ma jednak co rozpaczać, bo ekipa z Fuldabrück zamiast dylemat wyboru scedować na nabywcę fabrycznie zaaplikowała full-pakiet wszelakiej maści przyłączy. Mamy zatem do dyspozycji nie tylko po dwie pary wejść analogowych w standardzie RCA i XLR, lecz również wyjścia XLR i pętlę na zewnętrzny rejestrator/procesor. Z kolei domenę cyfrową reprezentuje zestaw wejść USB i pary Toslink plus para koaksjali. Terminale głośnikowe WBT są pojedyncze, acz szeroko rozstawione a pomiędzy nimi ulokowano zintegrowane z włącznikiem głównym i komora bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. W zestawie nie zabrakło również solidnego, aluminiowego pilota i zaskakująco porządnego przewodu zasilającego.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to w każdym kanale pracuje po osiem tranzystorów zdolnych łącznie oddać 200 przy 8Ω i 330 W przy 4 Ω a z kolei w sekcji przetwornika znajdziemy układ ESS Sabre obsługujący sygnały PCM do 32-bit/768kHz i DSD64, którego filtrację możemy ustawić z poziomu menu.
Doskonale pamiętając dynamiczną i żywiołową naturę Epiloga zabierając się za odsłuchy Excellence zamiast asekuracyjnego plumkania i windzianych smętów od razu sięgnąłem po „Ascension” Paradise Lost i z nieukrywaną satysfakcją odnotowałem fakt, iż niemiecka integra wzorem swego protoplasty nie zamierzała brać jeńców atakując słuchaczy lawiną brutalnych dźwięków. Przekaz był niezwykle dynamiczny, mroczny i zarazem szalenie czytelny. Niezależnie od poziomu spiętrzenia i skomplikowania, zagmatwania dźwięków rozdzielczość pozostawała na wysoce satysfakcjonującym poziomie pozwalając z łatwością wniknąć w strukturę, tkankę nagrań. Uwagę przykuwała fenomenalna motoryka i timing, co w ciężkim metalowym repertuarze tylko zwielokrotniało siłę rażenia. Majestatyczne riffy, potężne perkusyjne pasaże co i rusz wstrząsały moim pokojem odsłuchowym a złowieszczy wokal Nicka Holmesa budził autentyczną grozę, tym bardziej, że zarówno namacalność i niemalże fizyczna materializacja frontmana były ewidentne i niezaprzeczalne, gdyż Trigon nieco dopalając środek pasma nie omieszkał również dyskretnie wypchnąć go przed głośniki dbając jednocześnie o prawidłowa gradację dalszych planów.
Z czystej ciekawości wykopałem również nieco zakurzony, nadgryziony zębem czasu powermetalowy „Unholy Savior” Battle Beast i tutaj również nie było się do czego przyczepić. Oczywiście nieco infantylne wokalizy i wyzierająca tu i ówdzie „plastikowość” aranżacji nadal trącały „cepelią”, ale złego słowa nie można było powiedzieć zarówno o rozmachu prezentacji, jak i zaraźliwej, niepozwalającej spokojnie usiedzieć w miejscu motoryce, więc ww. album wybrzmiał od pierwszej do ostatniej nutki.
Zmiana repertuaru na jazzowe improwizacje w postaci „Live at Smoke” Ala Fostera pokazała, że i z pozbawionym elektrycznego wspomagania instrumentarium nasz gość radzi sobie wyśmienicie. Począwszy od oddania panującego między muzykami flow, poprzez niezwykle precyzyjne definiowanie ich na scenie a kończąc na miłemu uszom organicznemu wysyceniu barw Excellence jasno dawał do zrozumienia, że i w mniejszych składach, stawiających nie raz i nie dwa na granie ciszą odnajduje się jak ryba w wodzie skupiając uwagę słuchaczy w pierwszej kolejności na centrum „kadru” a następnie dopuszczając niezobowiązująca eksplorację dowolnych zakamarków. Nie broni dostępu zarówno do audiofilskich smaczków, jak i atrakcji w postaci informacji o mechanice pracy użytego podczas występu instrumentarium, czy żywiołowej reakcji oklaskującej prawdziwy dream team publiczności. I tu od razu kolejny plus, bowiem owe oklaski nie dobiegają z głośników, lecz tytułowa integra umieszcza je wokół nas niejako z automatu rezerwując nam miejsce przy stoliku Smoke Jazz Club na nowojorskim Broadway’u. Ponadto nie próbuje sztucznie rozdmuchiwać i powiększać sceny do iście stadionowych rozmiarów. O nie, skoro realizacji dokonano na niewielkiej, kameralnej scenie przytulnego jazzowego klubu, to trudno się dziwić, że całość właśnie tak brzmi – blisko, namacalnie i na swój sposób intymnie a dynamika operuje przede wszystkim w domenie mikro a nie makro.
W ramach podsumowania pozwolę sobie stwierdzić, iż o ile tylko nie jesteście Państwo miłośnikami sterylnego chłodu, lub pozbawionej zarówno czytelności, jak i życia ospałości, to Trigon Excellence ma szanse na długo, bądź wręcz na stałe zagościć w Waszym systemie. Jest bogato wyposażony, oferuje istny bezlik możliwości dopasowania jego funkcjonalności do wymogów i widzimisię odbiorców i co najważniejsze gra dosłownie wszystko – od brutalnego metalu po wyrafinowane jazzowe improwizacje. I w dodatku gra tak dobrze, że siadając do odsłuchu lepiej zarezerwować sobie dwa, bądź trzy kwadranse zapasu, bowiem z autopsji wiem, że nawet przy niezwykle napiętym grafiku niezwykle trudno jest wyłączyć go po jednej płycie.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Trigon
Cena: 59 990 PLN
Dane techniczne
Wejścia: 2 pary XLR, 2 pary RCA, 4 x SPDIF (2 x Coax., 2 x Opt.), 1 x USB
Rezystancja wejściowa: 47 kΩ
Czułość wejściowa: 1V RMS
Moc wyjściowa: 2 x 200 / 8Ω; 2 x 330 W / 4 Ω
Współczynnik tłumienia: >100 (8 Ω / 1 kHz)
Zniekształcenia (THD + N): < 0,02%
Wyjścia: słuchawkowe 6,3mm Jack; para XLR (preamp-out)
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 200 kHz (-3 dB)
Stosunek sygnału do szumu: -92 dBA w odniesieniu do 1 W przy 4 Ω
Pobór mocy: < 1 W (standby)
Wymiary (S x W x G): 440 x 179 x 425 mm
Waga: 26,1 kg
Opinia 1
Przyznam szczerze, że choć będącą punktem zapalnym tego spotkania amerykańską markę produkującą gramofony znam od dawien dawna, to nasze spotkania zawsze ograniczały się do kontaktów u znajomych analogowych maniaków. Ne powiem, spotkania bardzo przyjemne w obiorze, jednak ze względu na moc niewiadomych pozbawione braku szans na wyciąganie jakichkolwiek wiążących wniosków, co dokładnie produkty tego brandu potrafią. Na szczęście w myśl zasady „co się odwlecze to …” wreszcie nadszedł czas, aby na moich warunkach skrzyżować z Jankesami przysłowiowe szpady. A bohaterem dzisiejszego, mam nadzieję, że będącego zapowiedzią kolejnych mitingów testu będzie dostarczony przez warszawskiego dystrybutora Hi-Fi Club produkowany w Stanach Zjednoczonych gramofon VPI Prime X. Jak wypadł i czy powtórzył wcześniejsze dobre wrażenie dowiecie się z lektury dalszej części tekstu.
Tytułowy VPI mimo zajmowania niskiego miejsca w ofercie marki jest wbrew pozorom bardzo solidną maszyną. To werk mogący pochwalić się wykonanym z połączenia MDF-u i stali, pokrytym czarną okładziną winylową chassis o rozmiarach 550/400 mm. W komplecie dostajemy aż 12 calowe, wytwarzane techniką druku 3D ramię typu unpivot UMN 3D (materiał do wykonania bazuje na fuzji żywicy epoksydowej i Delrinu). W jego skład oczywiście wchodzi jeszcze 12 calowy, wykonany z aluminium, ważący 9 kg talerz zwieńczony firmowym dociskiem. A całość tak wyposażonej konstrukcji stabilizują firmowe stopy antywibracyjne. Jeśli chodzi zaś o silnik, to 24 biegunowa konstrukcja asynchroniczna i jest odpowiednio ciężkim elementem stawianym obok bryły gramofonu w ten sposób eliminując potencjalne problemy przenoszenia szkodliwych dla wibracji na bryłę gramofonu. Sam napęd z silnika na talerz przekazywany jest poprzez okrągły pasek, a zmiana obrotów z 33 na 45 polega na wykorzystaniu odpowiedniego kółka napędowego na osi silnika. Tak prezentujący się analogowy konglomerat w komplecie osiąga wagę 20 kilogramów.
Co wydarzyło się w okowach mojego systemu? Dla mnie najważniejszą obserwacją była jego prawdziwa estetyka brzmienia. Mam na myśli wcześniejsze stawianie na pewnego rodzaju fajną, ale jednak lekkość i wyraźną otwartość w wyższej średnicy prezentacji muzyki. Tymczasem u mnie zabrzmiał bardzo esencjonalnie i przyjemnie ciemnawo. Oznacza to, że jest bardzo czuły na zastosowaną wkładkę, ale na tyle uniwersalny, że nie forsuje finalnego brzmienia na swoją modłę, co jest częste u konkurencji, która, aby „uspokoić” werki zmusza użytkownika do zastosowania naprawdę ekstremalnie plastycznej i esencjonalnej, wręcz „zamulającej” wkładki. Prime X taki nie jest, co nie tylko mnie, ale pewnie wielu z Was cieszy. Aby to pokazać dokładniej, wrócę na moment do moich spotkań z nim u znajomych, którzy zazwyczaj stosowali wkładki Lyra będące w tej samej dystrybucji co sam gramofon. Nie powiem, to świetne produkty, jednak ich rozpoznawalną cechą jest stawianie na swobodę i rozmach projekcji materiału. Ja natomiast zawiesiłem na X-ie drugą od dołu wkładkę japońskiego Dynavector-a DV 20X2. Też uważaną przez użytkowników za wyrazistą, jednak mocno optującą za uderzeniem energią z wyraźnym zaznaczeniem skrajów pasma, za co notabene wielu piewców zabawy w drapanie płyt za nią nie przepada, bowiem słuchając muzyki chcą pławić się w krainie mlekiem i miodem płynącej. Ta decyzja poskutkowała w moim mniemaniu bardzo dobrym konsensusem brzmieniowym pomiędzy wagą dźwięku, jakością serwowanej energii i wyrazistością akcentowania krawędzi każdej nuty przy raczej ciemnawej, aniżeli nazbyt jasnej estetyce wizualizowania świata muzyki. Jednym słowem dostałem znakomity drive, w pełni kontrolowany, do tego odpowiednio dociążony impuls dolnego zakresu i środka pasma, a wszystko dopieszczały bogate w informacje, ale nie rozjaśniające przekazu wysokie tony. Muszę przyznać, że takim obrotem sprawy byłem pozytywie zaskoczony, gdyż mimo fajnego odbioru występów Amerykanina na wyjazdach, to co zaoferował z japońskim rylcem było bliższe mojemu sercu. Tym bardziej, że dzięki temu muzyka spod znaku rocka – której notabene sporo słucham, czyli różnie potraktowany jakościowo przez realizatorów spory kawałek mojego muzycznego hobby nie tylko nie „krzyczał”, ale mógł pochwalić się wręcz oczekiwanym body, a przez to zwiększeniem przyjemności obcowania z nim podczas głośnych odsłuchów.
Weźmy na tapet choćby taki Black Sabbath z „Never Say Die”. Dla mnie muza fajna, bo przez lata nie tak bardzo osłuchana, dlatego obecnie często do niej wracam. Byłem bardzo rad, że amerykański gramofon dodał do jej szczypty masy, a przez to energii, jednak dzięki utrzymaniu otwartości prezentacji nie zabił agresji. To oczywiście był wynik nie tylko samego drapaka, ale dobrej konfiguracji w rozumieniu zastosowanej wkładki. Chodzi o to, że na tle mojego wcześniejszego postrzegania jego brzmienia pozwolił jej pokazać swoją estetykę. Dzięki temu przywołane ruchy natury esencjonalności z pełnym utrzymaniem ekspresji na krawędziach nie tylko nieco poprawiły odbiór tego kultowego czarnego krążka, ale z wielką przyjemnością pozwoliły podkręcić gałkę wzmocnienia, aby w pełni zatopić się w tym muzycznym buncie. Lubię sobie strzelić tego rodzaju twórczością w ucho, ale musi to być dobre połączenie energii i ostrości, co w fajnym wydaniu bez problemu dostałem.
Z innej muzycznej beczki spójrzmy na naszego bohatera przez pryzmat ostatnio wydanego box-u Tomasza Stańki i płyty „Zamek mgieł” z 1976 roku. To muzyka z tych wymagających. I nie tylko dlatego, że to typowy dla wspomnianego trębacza muzyczny eksperyment, w tym przypadku zagrany w estetyce kreowania pojedynczych, zawieszonych w terze na kilka sekund nut, których spokojny byt co jakiś czas przerywa mocne i szybkie granie całego jazzowego składu, ale także z powodu świetnej realizacji. Dalekiej od zbytniej plastyki, ale dzięki dobremu osadzeniu w masie, umiejętnemu rozrzuceniu muzyków na scenie i pokazania ich pracy w zjawiskowej bezpośredniości oraz wynikającej z tego namacalności, system musi umieć wyartykułować pojedynczy sceniczny byt z dobrą krawędzią, energią i lotnością. A, że połączenie stabilnego werku z Ameryki z „muskularną” wkładką z Japonii wspomniane cechy kreowało w świetnym wydaniu, nie tylko przesłuchałem tę płytę kilka razy z rzędu, ale przy okazji opisałem na swoim profilu jako przykład znakomitego polskiego produktu muzycznego ostatnich latach na bazie starych, dosłownie i w przenośni wyciągniętych z szafy w Polskim Radiu zapisów sprzed 50 lat.
Jak oceniam opisywany gramofon? Nie będę owijał w bawełnę, tylko jak rzadko kiedy walnę prosto z mostu. To znakomita oferta pod każdym względem. Solidnie wykonany, posadowiony na antywibracyjnych stopach, a przez to odporny na czynniki zewnętrzne, wyposażony w standardzie w znakomite 12 calowe ramię werk jest gwarancją stabilnej i oferującej dobre brzmienie tak zwanej zabawy z gramofonem w roli głównej. A to nie jedyne zalety, gdyż nasz bohater bez jakiejkolwiek paniki typu formowanie brzmienia na swoją modłę fajnie reaguje na zastosowane wkładki. A gdy do tego dodamy na tle często mającej problemy zaoferować podobną jakość dźwięku, nierzadko droższej konkurencji cenę na poziomie przysłowiowych wacików, mamy ewidentny szach mat. I muszę Wam powiedzieć, że gdy pierwsze dwie cechy są wynikiem wiedzy konstruktorów i całkowicie zrozumiałe, to ostatnia dla mnie jest największym fenomenem tej pozycji w cenniku marki VPI. Takiego dźwięku za podobną kwotę, z tak długim ramieniem, od tak znamienitego brandu próżno szukać. Nie wierzycie? Spróbujcie, a szybko przekonacie się, o czym mówię.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kiedy jakiś czas temu, znaczy gdzieś na początku XXI w., nastał gramofonowy boom większość obserwatorów wieszczyła jego rychły, wynikający li tylko z sezonowej mody schyłek. Jak jednak widać lata mijają a hype na winyle może i nieco osłabł, ale nadal utrzymuje się na wielce satysfakcjonującym zainteresowanych analogiem poziomie. Ba, coraz częściej można spotkać systemy, w których źródła obejmują jedynie plikograja i reprezentującą domenę analogową „szlifierkę”. Doszło nawet do tego, iż najmłodsze, po części deklarujące się jako „ostatnie”, pokolenie właśnie LP uważa za synonim płyty, na srebrne krążki patrząc jak na całkowicie bezużyteczne szpargały i relikt epoki słusznie minionej, bo muzyki najczęściej słuchają z serwisów streamingowych a dane przenoszą na pendrajwach, bądź „szerują w chmurze”. Dlatego też nikogo nie powinien dziwić fakt, iż ostatnimi czasy na naszych łamach tuż za wszelakiej maści streamerami i transportami plików pod względem częstotliwości pojawiania plasują się właśnie gramofony. A dzisiejsze spotkanie tylko ów rozkład sił umacnia, bowiem dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu na testy dotarł do nas amerykański … gramofon VPI Prime X. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo cóż do zaoferowania na całkiem zdroworozsądkowym pułapie cenowym ma bodajże najlepiej rozpoznawalna zaoceaniczna manufaktura gramofonowa nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Was na ciąg dalszy.
Choć Prime X to niemalże przedsionek (jest trzecim od dołu modelem) właściwej oferty VPI, to zgodnie ze stereotypowymi, archetypowymi, wynikającymi z jego pochodzenia oczekiwaniami nie tylko nie rozczarowuje, lecz już od progu budzi zaufanie i staje się atrakcją wieczoru, bądź wręcz gwiazdą systemu. Jest potężny, masywny i już samą swą posturą niczym Dodge RAM 1500 V8 5.7L HEMI spycha na prawy pas zdecydowanie mniej muskularne, żeby nie powiedzieć rachityczne konstrukcje. Ustawiona na masywnych, antywibracyjnych stopach, wykonana ze stali i MDF-u, pokryta czarną, winylową folią plinta nie jest prostą „deską”, lecz seksownie taliowanym profilem z ergonomicznym wycięciem na zewnętrzny 24-biegunowy synchroniczny silnik napędzający 12”, masywny – 9kg aluminiowy talerz za pomocą gumowego paska. Zmianę prędkości obrotowej z 33,3 na 45 RPM dokonuje się poprzez jego przełożenie w prowadnicy. Równie pozytywne wrażenie sprawia usytuowane na imponującym armboardzie 12” ramię JMW-12. To najnowszej generacji, wykonana w technologii druku 3D z żywicy epoksydowej i Delrinu (polioksymetylen) konstrukcja o masie efektywnej wynoszącej 10.5g. Wyposażono je w precyzyjną regulację przeciwwagi, boczne obciążniki azymutalne, regulację wysokości (VTA) w locie oraz wewnętrzne okablowanie z miedzianej plecionki, zakończone wtykiem Lemo. Pokrywy brak, lecz bez problemu można sobie takową, np. akrylową sprawić, gdyż na rynku nie brakuje zarówno gotowców, jak i osłon wykonywanych na wymiar.
Ponieważ na potrzeby niniejszego testu ramię tytułowego gramofonu uzbroiliśmy w naszą redakcyjną wkładkę Dynavector DV-20X2 o znanym przebiegu a i sam napęd VPI został niemalże wypięty z systemu dystrybutora nie musieliśmy zbyt długo czekać na akomodację amerykańskiego źródła w naszym systemie. Jednak po kilku dość losowo wybranych płytach przyszła pora na bardziej krytyczne sesje i na pierwszy ogień poszło przygotowane na RSD tłoczenie „Never Say Die!” Black Sabbath. Jak z pewnością zorientowani w temacie doskonale wiedzą nie jest to w jakimkolwiek stopniu audiofilsko zrealizowany album. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że z audiofilizmem i referencyjnym brzmieniem nie ma nic a nic wspólnego. Jest jazgotliwy, płasko nagrany i zazwyczaj męczy na tyle skutecznie, że wystarczy jedna strona by sięgnąć po coś innego. Tymczasem VPI udało się owo anachroniczne rockowe granie przyjemnie podkręcić energetycznie, dzięki czemu gitarowe riffy nie tylko potępieńczo rzęziły, co niosły ze sobą zdecydowanie więcej ognia. Oczywiście cudów nie ma co się spodziewać, więc partiom perkusji nadal bliżej było anemicznemu stukaniu aniżeli potężnym kanonadom, jednak nagle okazało się, że da się nie tyle zmęczyć, co z umiarkowanym entuzjazmem wysłuchać całości poczynań Ozzyego i jego wesołej kompanii.
Nie po to jednak stawia się w systemie gramofon za 20 kPLN+, by katować się i jego tłoczeniami surowymi jak tatar podawany w przydrożnym barze, więc gdy tylko wybrzmiały ostatnie takty „Swinging the Chain” czym prędzej zmieniłem klimat sięgając po zdecydowanie wyższych lotów i bez porównania bardziej dopieszczony pod względem realizacyjnym „Turn Up The Quiet” Diany Krall gdzie Prime X mógł w pełni złapać wiatr w żagle i pokazać na co go stać. A miał co prezentować, bo i potrafił czarować obecnym pomiędzy muzykami flow i sugestywnie dopalić średnicę delikatnie przybliżając pierwszy plan a i z oddaniem swobody, oddechu oraz niuansów artykulacji nie miał najmniejszych problemów. Co ciekawe, choć bez trudu można było dostrzec, iż amerykański gramofon ze szczególną atencją zerka ku sekcji rytmicznej świetnie oddając tak mikro, jak i makro-dynamikę, to bynajmniej nie ma ambicji sztucznego podkręcania tempa nagrań, czy wręcz wprowadzania sztucznej nerwowości. O nie, tutaj nadal królowały niespieszne tempa, lecz nie wykluczały one iście zaraźliwej motoryki, przez co praktycznie bezwiednie kończyny same podrygiwały do rytmu. Całość prezentacji była romantycznie rozświetlona a miękkość światła udanie równoważyła precyzja ogniskowania źródeł pozornych. A właśnie, scena kreowana przez Prime X nie ograniczała się li tylko do pierwszego i ewentualnie drugiego / trzeciego planu, lecz w zależności od potrzeb, realiów poszczególnej kompozycji oferowała właściwą wieloplanowość z rozdzielczością zachowywaną aż do ostatnich rzędów towarzyszącego wokalistce składu.
A jak z gęstą i zazwyczaj wprawiającą w zakłopotanie elektroniką? Odpowiedź na to fundamentalne pytanie dał krążek „Mezzanine” Massive Attack czarno na białym pokazując, że VPI potrafi w gramofony. Najniższe składowe zachowywały energię niemalże do subsonicznych poziomów, przy czym o ile tylko taki był zamysł ich twórców dysponowały konturem, to również i tytułowy gramofon kreślił je precyzyjną kreską idealnie wycinając je z tła, na którym królowały impresjonistyczne plamy syntetycznych sampli. Miłym zaskoczeniem był również brak tendencji do upraszania i ujednolicania przekazu, lecz dążenie do możliwie najwyższej jego rozdzielczości przy jednoczesnym zachowaniu prawidłowej konsystencji i masy. Nie sztuką jest bowiem jest odchudzić i osuszyć całość stawiając na odartą z „mięcha” chrupkość. A Prime X kiedy trzeba potrafił cyknąć przesterem, by za chwilę łupnąć zapuszczającym się w podziemia Hadesu basiszczem stabilnie prowadząc jednocześnie partie wokalne. Działał wielowątkowo mając pełną kontrolę nad rozgrywającymi się na imponującej pod względem gabarytów scenie wydarzeniami. I chyba tylko pod tym względem można uznać, że pozwolił sobie na pokazanie swojego umownie stereotypowego „amerykańskiego oblicza” i iście hollywoodzkiego rozmachu, choć osobiście zdecydowanie wolę lekkie przegięcie w tę stronę aniżeli skalowanie wszystkiego w dół i odbierającą przyjemność obcowania z muzyką miniaturyzację. A tu wszystkiego jest po prostu nieco więcej i w typowo amerykańskiej rozmiarówce zgodnie z mottem, że duży może więcej.
Nie będę ukrywał, iż choć VPI Prime X daje dopiero przedsmak tego, co czeka na miłośników analogu w górze amerykańskiego portfolio, to już na tym poziomie oferuje niezwykle satysfakcjonujący pakiet energii, dynamiki, muzykalności i rozdzielczości. W dodatku okazuje się niezwykle przyjazny w obsłudze a jednocześnie bezdyskusyjnie in plus wyróżnia się na tle podobnie wycenionej konkurencji zarówno niebanalnym designem, jak i zazwyczaj nieobecnym na tym pułapie 12” ramieniem. Mówiąc wprost nie tylko świetnie się prezentuje, co równie dobrze gra wyciągając ze starych rockowych nagrań wszystko to, co najlepsze a na tych dobrze zrealizowanych łapiąc wiatr w żagle i zachwycając niezwykle atrakcyjnym brzmieniem.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: VPI Industries Inc.
Cena: 22 500 PLN (z ramieniem 12″ 3D UNI-PIVOT, VTA)
Dane techniczne
VPI Prime X
Plinta: MDF i stal, wykończenie czarny winyl
Talerz: 12”, aluminiowy, masa 9 kg
Ramię: JMW-12
Silnik: 24-biegunowy synchroniczny AC, 300 obr./min
Kołysanie i drżenie (wow and flutter): 0,05%
Dokładność prędkości obrotów: 0,05%
Szum/Rumble: >80 dB poniżej poziomu referencyjnego
Wymiary (S x G): 54,3 x 40 cm
Masa całkowita: 20 kg
Ramię VPI JMW-12
Pivot to spindle: 300 mm
Wewnętrzne okablowanie: miedziana plecionka VPI
Długość efektywna: 313.0 mm
Masa efektywna: 10.5g
Overhang: 13mm
kąt prowadzenia ramienia: 17.37°
Zniekształcenia RMS: 0.267%
Materiał: Wykonane w technologii druku 3D z żywicy epoksydowej i Delrinu (polioksymetylen)
Opinia 1
Choć stricte high-endowe zabawy flagowymi modelami bardzo szybko przyzwyczajają nas do dobrego, to doskonale zdajemy sobie sprawę, że dla statystycznego odbiorcy są to czysto abstrakcyjne propozycje, z którymi kontakt zazwyczaj rozpatrują w czysto wystawowych kategoriach. Dlatego też w drodze wyjątku i li tylko okazjonalnego odstępstwa od głównego profilu naszej radosnej twórczości postanowiliśmy na chwilę wrócić na ziemię i samodzielnie zweryfikować cóż ciekawego ma do zaoferowania rynek jednostkom dopiero stawiającym pierwsze kroki w segmencie Hi-Fi. Dlatego też, skoro to pliki grają pierwsze skrzypce w większości aktualnie kompletowanych systemów nie pozostało nam nic innego, jak właśnie eksploracja królestwa zer i jedynek, w trakcie której wyłuskaliśmy budzącego pozytywne, bazujące na naszych wcześniejszych kontaktach z jego starszym i zarazem wyższego stanu rodzeństwem, skojarzenia kandydata. Mowa o sygnowanym przez markę Silent Angel streamerze Bremen SL1 Plus, do którego z racji pewnej nomenklaturowej niekonsekwencji od razu pozwolę na wstępie się przyczepić. Otóż o ile w „sieci” permanentnie stosowanym oznaczeniem Bremen-a jest forma SL1P, to już sam producent używa SL1 Plus, co z punktu widzenia dopiero raczkujących w temacie odbiorców, do których de facto nasz gość jest przecież skierowany, może prowadzić do pewnej dezorientacji. Niemniej jednak jak zwał, tak zwał a i tak chodzi o podstawowego w „anielskim” portfolio plikograja, na którego test serdecznie zapraszamy.
Jak na załączonych zdjęciach widać Bremen SL1 Plus, to klasyczny przejaw slim-fitowego minimalizmu, gdzie cienki jak opłatek stalowy korpus spina aluminiowa opaska frontu przyozdobiona jedynie złotym oznaczeniem modelu (tym razem w formacie SL1P). Próżno szukać tu jakichkolwiek, chociażby archaicznych wyświetlaczy informujących o statusie urządzenia i parametrach przetwarzanego sygnału, czy też umożliwiającej manualną obsługę klawiszologii. Jak łatwo się domyślić, w tym pozornym szaleństwie rezygnacji ze wszystkiego co wydawać by się mogło jest do szczęścia potrzebne jest głębszy sens. Po co bowiem płacić za coś, co i tak czytelności dostępnej u boleśnie wyżej wycenionej konkurencji nie doścignie, a jednocześnie marnotrawić ograniczone środki na funkcjonalności dublowane przez konieczne do obsługi urządzenia smartfony i tablety, na które to, zarówno pracujące pod kontrolą iOSa, jak i Androida, z kolei przygotowano stosowną, zawiadującą całością nastaw i umożliwiającą nawigację/codzienną obsługę apkę VitOS Orbiter. To właśnie z jej pomocą zagregujemy wszystkie subskrybowane serwisy streamingowe, posiadane w sieci lokalnej repozytoria, czy ulubione stacje radiowe. Nie oznacza to bynajmniej, że Bremen niczym przysłowiowa cegła w żaden sposób nie daje znaku życia, gdyż w jego „podłodze” umieszczono dyskretnie świecącą w podłoże niebiesko-zieloną diodę, dzięki której wiadomo, że Silent Angel działa / ma łączność z siecią lokalną.
Rzut oka na ścianę tylną miło zaskakuje, gdyż producent był na tyle łaskaw, iż oprócz standardowego zestawu wyjść analogowych RCA dodał również parę XLR-ów. Ponadto komplet klasycznych wyjść cyfrowych w postaci koaksjala i toslinka rozbudował o port USB-Audio, oraz zestaw trzech (1x USB 2.0 + 2 x USB 3.0) portów do podpięcia pamięci masowych. Jakby tego było mało istnieje możliwość aplikacji w trzewiach naszego gościa dodatkowego max. 4TB dysku M.2 NVMe SSD. Wyliczankę zamyka zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC, port USB-C firmowej magistrali SA-Link i odpowiedzialne za komunikację ze światem zewnętrznym gniazdo Ethernet oraz antena Wi-Fi.
Szybka wizja lokalna trzewi wskazuje na budowę modułową, z wyodrębnionymi sekcjami zasilania, bazującego na dwóch procesorach (Dual-core Cortex-72 1.8GHz + Quad-core Cortex-A53 1.4GHz) streamera i DAC-a, które pozamykano w dedykowanych, miedzianych sarkofagach, co biorąc pod uwagę zastosowanie impulsowego zasilacza ma jak najbardziej rację bytu. Dziwnym zbiegiem okoliczności producent nigdzie nie chwali się po jaką kość przetwornika sięgnął a i my nie czuliśmy potrzeby dokonywania samowolnej wiwisekcji.
Zabierając się za odsłuchy i dając Bremenowi kilka dni na akomodację już od pierwszych taktów jubileuszowego „Rapture of the Deep” Deep Purple jasnym stało się, że azjatycki plikograj nie przejawia najmniejszych ambicji do jakichkolwiek przejawów wyczynowości. W zamian oferuje ponadprzeciętną muzykalność i skupiającą na sobie uwagę iście analogową i organiczną średnicę. Nie oznacza to bynajmniej grania li tylko środkiem pasma, lecz nie da się ukryć, iż to właśnie na faworyzowaniu ww. podzakresu Silent Angel może najwięcej ugrać. Skoro bowiem większość wokali i pierwszoplanowego instrumentarium może zabrzmieć bardziej eufonicznie i namacalnie od nawet zauważalnie droższych konstrukcji, to pal sześć ortodoksyjną wierność oryginałowi. Skoro to, co dobiega naszych uszu jest po prostu bardziej atrakcyjne, to jak śpiewali Fleetwood Mac „Tell me lies, tell me sweet little lies …” i na takie małe, acz miłe uszom kłamstewka jesteśmy w stanie nie tylko przystać, co przyjąć je z szeroko otwartymi ramionami. Hammond i Moog Aireya swą konsystencją wręcz onieśmielają, wokal Gillana przywodzi na myśl nie wiadomo, kiedy minione lata a całość ma zaraźliwy drajw i niesie ze sobą autentyczną radość rockowego grania. Na nader często goszczącym na naszych playlistach „Monteverdi – A trace of Grace” Michela Godarda owe faworyzowanie pierwszego planu i średniotonowego podzakresu jest jeszcze bardziej zauważalne. Silent Angel kieruje naszą uwagę na to, co dzieje się bezpośrednio przed nami zazwyczaj kradnące show efekty przestrzenne sprowadzając do roli uroczych ozdobników, które nadają całości odpowiedni klimat, lecz są właśnie dodatkiem a nie równą artystom składową nagrania. Czy można tego typu sposób narracji uznać za pewne uproszczenie? Z pewnością, jednak warto również mieć uwagę, iż zbytnie epatowanie rozdzielczością i usilne staranie się by uszczęśliwić słuchacza potężnym pakietem informacji na tym poziomie cenowym, a więc urządzeniu w domyśle mającym pracować w dość budżetowych systemach może okazać się przysłowiowym strzałem w stopę, bądź wręcz w kolano, gdyż zazwyczaj na tym pułapie ilość niespecjalnie idzie w parze z jakością. A jak wspomniałem Bremen stawia na równowagę i przyjemność odbioru, więc choć różnicuje nagrania pod względem ich jakości, to niespecjalnie czuje się w obowiązku te niższych lotów dodatkowo piętnować. Dzięki temu nawet te dość anachronicznie zrealizowane (np. „William Tell Overture”) choć pod względem trójwymiarowości sceny i precyzji rozmieszczenia na niej muzyków są dość zgrubne, to nadal czarują melodyką i drzemiącym w nich ładunkiem emocjonalnym.
Choć Silent Angel Bremen SL1 Plus nie może pochwalić się nie tylko wysokorozdzielczym, co wręcz jakimkolwiek wyświetlaczem, to już pod względem brzmieniowym i dostępnej za sprawą dedykowanej aplikacji ergonomii udanie się broni. Oferuje całkiem satysfakcjonującą rozdzielczość, kojącą muzykalność i wyrozumiałość dla starszych nagrań.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF® /FI-50M NCF®
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D ® NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Choć zazwyczaj staramy się zajmować nieco bardziej ambitnymi konstrukcjami, co dla modeli z najniższych półek cennika oznacza pewnego rodzaju niezasłużoną banicję, nie oznacza to, że całkowicie zarzuciliśmy próbę poznawania tak zwanej oferty startowej. Przez lata zabawy nie raz i nie dwa mierzyliśmy się z takimi konstrukcjami i trzeba przyznać, że gro tych spotkań pokazało, iż przysłowiowe „tanio” nie oznacza złego wyniku brzmieniowego. Owszem, na tle droższych braci nie tak wyrafinowanego, ale jako „starter” przy mniejszych kosztach produkcji całkowicie akceptowalnego. A żeby być całkowicie szczerym, powiem, że często zaskakująco dobrego. A pierwszym z brzegu przykładem – nieco uprzedzając fakty – broniącym tej teorii jest będący tematem dzisiejszego spotkania, dystrybuowany przesz krakowskiego Nautilusa, pochodzący z Hong Kongu streamer Silent Angel SL1P. Streamer mający w teorii pozwolić nam na pozbawione pogoni za wyczynowością, ale za to bezpieczne jakościowo rozpoczęcie zabawy z tego rodzaju obcowaniem z muzyką.
Jak ukazują fotografie, SL1P to stosunkowo nieduża, niska, niezbyt szeroka i unikająca szaleństwa w domenie głębokości konstrukcja. Wykonana z aluminium, zaoblona na bokach skrzynka na froncie została ozdobiona jedynie zorientowanym na prawej flance złotym opisem modelu oraz na górnej powierzchni wykonanym w tym samym kolorze logo marki. Gotowość do pracy urządzenia sygnalizuje, świecąca w dół, tworząca jedynie niebieską poświatę dioda. Jeśli chodzi zestaw przyłączy, te znajdziemy na rewersie, a ich skład wchodzi zestaw wejść i wyjść tak cyfrowych, jak i analogowych – USB. LAN, OPTICAL, COAX, HDMI, RCA/XLR. Naturalnie pełen pakiet przyłączy wieńczy zintegrowany z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem terminal prądowy IEC. Jak wiać, nie mamy żadnych fajerwerków w stylu wyświetlacza, czy podświetlanych piktogramów informujących o wykorzystywanym materiale oraz innych teoretycznie zbędnych funkcji. To problem? Bynajmniej, gdyż poczynione w tym temacie oszczędności pozwoliły producentowi skupić się na najważniejszym aspekcie, jakim jest brzmienie. A to tłumaczenie jest tym bardziej ekonomicznie uzasadnione, gdyż wszystkie przywołane informacje widzimy na wykorzystywanym do obsługi streamera tablecie lub innym tego typu urządzeniu.
Jak wypadł skromny wizerunkowo, jednak wielki duchem Azjata? Nieco powielając estetykę brzmienia starszych braci, ale co ciekawe, niewiele od nich odstając zaproponował mi soczyste, dzięki temu pełne energii, ale dalekie od spowolnienia brzmienie. Przy tym dobrze osadzone w masie, co dawało dobry pakiet energii basu, w podobnym stylu wypadające, ale bez bolesnych strat w rozdzielczości w środku pasma i aby nie zaburzyć spójności prezentacji oferujące otwarte, ale unikające chadzania swoimi drogami wysokie tony. Gdybym w skrócie miał określić pomysł na muzykę według SL1P, powiedziałbym, iż całość poszukiwała raczej przyjemnej, aniżeli szaleńczej strony muzyki. I w moim odczuciu bardzo dobrze, gdyż na najniższych pułapach cenowych zbytnie podkręcanie emocji w domenie ekspresji często kończy się nieprzyjemnym jazgotem. Oczywiście jako naturalny efekt deklarowanych na samym początku oszczędności, aby dotrzeć do mniej zamożnego klienta. Dlatego lepiej upłynnić przekaz niż ryzykownie próbować na siłę ścigać się w osiągach. To ostatnie tym bardziej jest bez sensu, gdy ten proceder z już inaczej projektowanymi konstrukcjami można uprawiać nabywając coś z wyższej półki portfolio marki. Reasumując tytułowy Silent Angel brzmiał muzykalnie, co przy dobrym rozplanowaniu rozsądnej rozmiarowo wirtualnej sceny pozwalało nie tylko odprężyć się przy słuchanej muzyce, ale gdy wyłączyłem wszelkie zmysły analizujące najdrobniejsze niuanse projekcji muzyki, bez problemu przenieść się w jej wirtualny świat. Co było w tym dodatkowo fajne, ten spokojniejszy i ten ostrzejszy.
Pisząc o spokojniejszym rodzaju muzyki myślałem o materiale kultowego trio Jarrett-a, Peacock-a i DeJohnette’a „After The Fall”. To ani szybki, ani nazbyt wolny jazz, ale równie wymagający od systemu dobrego poukładania muzyków na scenie, odpowiedniego artykułowania energii w zależności od prezentowanego instrumentu, co przekłada się na utrzymanie odpowiedniego drive’u muzyki oraz zadbania o swobodną, ale nienachalną jej ekspresję. Jak po moich wcześniejszych anonsach można się spodziewać, nasz bohater ze wspomnianej zabawy artystów nie próbował żadnych wyścigów w kwestii wyciskania ostatnich soków. Jednak nie było to też zwykłe „odbębnienie” materiału, tylko owszem, z nutą melancholii, ale na szczęście pełne werwy pokazanie pełnego spektrum ich pracy. A na szczęście dlatego, że muzykalność źródła pokazała najważniejsze cechy każdego wizualizowanego źródła, a udane unikanie przegrzania prezentacji zapewniło przyjemne, żeby nie powiedzieć na tym pułapie cenowym bardzo przyjemne zatopienie się w swobodnie podanej muzie. Jej melodyjności i dźwięczności, czyli typowo dla tego rodzaju jazzu.
A co z agresją w stylu formacji Metallica „72 Seasons”? Nie ma się co oszukiwać, przeraźliwego cięcia eteru krzykliwymi atakami pełnego składu nie było. Ale malkontentów proszę o spokój, gdyż muzyka nie zgasła, a została jedynie okraszona szczyptą esencjonalności i gładkości. Nadal uderzała odpowiednią mocą, z tą tylko różnicą, że bez ekstremalnie ostrych akcentów. Panowie dawali z siebie wszytko w podobnym tonie do estetyki starszych braci naszego bohatera, tylko jako efekt przeciwdziałania wprowadzania do przekazu szkodliwych zniekształceń jako efekt zamierzonych oszczędności konstrukcyjnych, byli przyjemniejsi w odbiorze. A polegało to na tym, że przy zachowaniu odpowiedniego pompowania powietrza przez bębny Larsa, większą soczystością mogła pochwalić się wokaliza Jamesa i delikatnie mniej kłuła w ucho góra. Ale jak pisałem, wszystko miało odpowiedni wigor, co ani trochę nie przeszkadzało tej kapeli przyjemnie dla ucha i oczywiście na własne życzenie mnie sponiewierać. A dzięki opisanemu ukulturalnieniu zrobiłem to przy większym poziomie głośności, niż robię to na co dzień, w efekcie czego byłem kopany większym udziałem energii. Było inaczej, ale równie ciekawie.
Czy rzeczony streamer jest ofertą dla każdego? Jeśli szukacie fajnego, płynnego grania, jak najbardziej. Silent Angel SL1P bez problemu potrafi pokazać wszystko, co zaplanowali artyści. A, że w duchu większej plastyki i bez wycieczek w stronę doświetlania przekazu w górnym paśmie, rockowy przykład muzyczny pokazał, że finalnie może to być zaletą. Naturalnie dla ekstremistów może to być zbytnie odstępstwo do prawdy, ale dla takich osobników tytułowa marka ma bardziej adekwatne rozwiązania. Niestety droższe, dlatego jeśli tego rodzaju klimaty są małym procentem Waszych przygód z muzyką i w głównej mierze stawiacie na tę przyjemną, za stosunkowo nieduże pieniądze przedstawiciel Hong Kongu zapewni Wam wszytko, co w takim zaprezentowaniu jej jest niezbędne.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Nautilus
Producent: Silent Angel
Cena: 3 990 PLN
Dane techniczne
System operacyjny: VitOS Orbiter
CPU: Dual-core Cortex-72 1.8GHz + Quad-core Cortex-A53 1.4GHz
RAM: 4 GB
Pamięć Flash: 32 GB
Dysk wewnętrzny (opcjonalny): M.2 NVMe SSD (22 x 80mm) max. 4TB
Łączność: Gigabit Ethernet (1000 Mbps); Wi-Fi 2.4/5GHz; USB 2.0 + 2 x USB 3.0 (obsługa pamięci masowych)
Wyjścia cyfrowe: TOSLINK, Coaxial (192KHz/24bits); USB Audio
Wyjścia analogowe: para XLR; para RCA (2 Vrms max.)
Obsługiwane formaty muzyczne: AAC, M4A, MP3, OGG, FLAC, WAV, ALAC, WAV64, AIFF, CUE, WMA, DSF, DFF (pliki SACD, natywne DSD do DSD256, oraz DoP do DSD128), MQA
Obsługiwane serwisy: Spotify Connect, Tidal, DLNA, Qobuz, MQA, Airplay 2
Wymiary (S x W x G): 439 x 50 x 250 mm
Waga: 4 kg
Najnowsze komentarze