Amerykański producent słuchawek planarnych, firma Audeze, prezentuje swój najnowszy produkt – zamknięte słuchawki wokółuszne LCD2 Closed-Back. Wyposażone w wysokiej klasy przetworniki, dostarczają piękne, w pełni naturalne brzmienie i skutecznie odizolowują użytkownika od hałasu otoczenia.
LCD to referencyjna seria słuchawek w ofercie firmy Audeze. Najszersza, jest jednocześnie najbardziej zaawansowaną technicznie i skierowaną do najbardziej wymagających użytkowników oraz miłośników muzyki, w tym artystów i profesjonalistów pracujących w studiach nagraniowych. Po ostatnio zaprezentowanych otwartych słuchawkach LCD2 Classic, stworzonych z myślą o osobach zaczynających swoją przygodę z produktami Audeze, firma wprowadza nową, zamkniętą konstrukcję LCD2 Closed-Back.
Najnowszy model jest typową dla serii LCD wokółuszną konstrukcją (wyjątkiem są douszne słuchawki LCDi4). Stworzone w oparciu o klasyczne słuchawki LCD-2 i ich sygnaturę brzmieniową, te zamknięte słuchawki oferują czyste, rzeczywiste wrażenia odsłuchowe, jednocześnie doskonale izolując użytkownika od hałasu otoczenia. LCD2 Closed-Back tworzą prawdziwie osobiste, emocjonujące i angażujące doświadczenie.
Na zewnątrz uwagę przykuwają nowocześnie zaprojektowane muszle słuchawek. Ich czarną kolorystykę uatrakcyjniają białe akcenty stylistyczne. Do obydwóch muszli doprowadzone są odpinane przewody, podłączane poprzez 4-pinowe złącza mini-XLR. Przewód słuchawkowy ma długość 1,9 m, co stanowi udany kompromis pomiędzy 1,2-metrowymi kablami charakterystycznymi dla konstrukcji mobilnych i 3-metrowymi przewodami stosowanymi w typowo domowych słuchawkach. Muszle pokryte są ekologiczną skórą i zawieszone na lekkim, stalowym pałąku. Elementem charakterystycznym dla najnowszych słuchawek Audeze z serii LCD są także nylonowe pierścienie z krystalicznymi wtrąceniami, którymi otoczone są muszle.
We wnętrzu obudów projektanci umieścili planarne przetworniki magnetyczne. To rozwiązanie, z którego słyną słuchawki Audeze i które pozwala cieszyć się fantastycznym, naturalnym brzmieniem muzyki. Kluczowym elementem przetworników są ultra-cienkie membrany (106 mm), wprawiane w ruch przez neodymowe magnesy N50 umieszczone po ich obu stronach. Cały układ pozwala odtwarzać dźwięki z zakresu 10 Hz – 50 kHz i szczyci się niezwykle niskim poziomem zniekształceń (<0,1% przy 100 dB). Impedancja słuchawek wynosi 70 Ω, a ich czułość sięga 97 dB/1 mW.
Wykorzystując tę zaawansowaną technikę głośnikową LCD2 Closed-Back dostarczają niesamowicie dynamiczny dźwięk, bogaty i wypełniony detalami. Potęgę brzmienia zwiększa głęboki, doskonale kontrolowany bas. Kiedy trzeba, słuchawki brzmią niezwykle delikatnie, jeszcze bardziej uwypuklając precyzję dźwięku. Całości dopełnia wysoki komfort użytkowania, zwiększający przyjemność płynącą ze słuchania muzyki. Kołnierze wypełnione pianką z efektem pamięci nie tylko szczelnie otulają uszy, lecz także zapewniają najwyższy poziom wygody.
Słuchawki Audeze LCD2 Closed-Back zadebiutują na rynku jesienią br. Nominalną cenę detaliczną produktu poznamy w chwili wprowadzania go do sprzedaży.
Dystrybucja: Audio Klan
To, że walka z wibracjami jest bardzo ważną składową procesu dążenia do jak najlepszego dźwięku z systemów audio wie chyba każdy skażony audiofilskim podejściem do słuchania muzyki osobnik. Jednak wyobraźcie sobie, że spory odsetek owych zorientowanych w temacie jednostek co prawda uprawia zabawę we wszelkiego rodzaju platformy, czy stopki antywibracyjne pod konkretne urządzenia, jednak zaniedbuje jeden bardzo ważny aspekt. Jaki? Dla ułatwienia posłużę się przykładem, jakich wiele. Znacie nieszczęśników toczących notoryczną walką z żoną o jakikolwiek skrawek miejsca na system audio w salonie? A takich „nakłonionych” do pójścia na daleko posunięty kompromis? Ano właśnie. Jednak o zgrozo, dość często z niewiadomych pobudek nawet zadeklarowani miłośnicy muzyki popełniają kardynalny błąd stawiając swoje ukochane zabawki na cherlawych, rodem z @#$%% (dość popularne żółto – niebieskie wielkopowierzchniowe markety z wyposażeniem wnętrz), wykonanych z tartacznych odpadów, czyli pospolitego paździerza, prawie nic nie ważących stolikach lub szafkach.
Niemożliwe? Uwierzcie mi, że jak najbardziej. W tym momencie na myśl przychodzi jedno bardzo ważne pytanie: „Jak mamy uzyskać dobry dźwięk, gdy ostoja naszego audiofilskiego ołtarzyka drży niczym osika w swych posadach?”. Jednak nasze dzisiejsze spotkanie nie ma na celu oceny takich, czy innych wyborów, gdyż każdy ma inną życiową karmę, tylko zostało zainicjowane przybyciem do naszej redakcji pewnego na wskroś audiofilskiego mebelka i oczywistych prób wychwycenia ewentualnych reakcji ustawionych na nim urządzeń generujących dźwięk. Przejdźmy jednak do konkretów, gdyż w tym docinku, za sprawą pochodzącej ze Słowacji marką NEO High End i jej stolika QUATTRON będziemy mieli okazję przyjrzeć się efektowi sonicznemu a tym samym uświadomienia wszystkim faktu istotnego wpływu tego akcesorium na dźwięk dość taniego zestawu marki Primare. Zapowiada się ciekawie? Jeśli tak i ktoś dotychczas omijający ten temat szerokim łukiem postanowi się nawrócić, dodam, iż ofertą słowackiego producenta na naszym rynku zajmuje się katowicki RCM.
Stoliki Quattron lub w zależności od potrzeb klienta Double Quattron są pojedynczymi półkami, w zależności od modelu podpartymi czterema lub sześcioma, wytoczonymi ze stali nierdzewnej, dobieranymi pod konkretne zamówienie wysokości nogami. Poszczególne platformy stawiamy jedna na drugą, co sprawia, że pod względem konfiguracji są bardzo elastycznym, potrafiącym spełnić nawet najbardziej wyszukane potrzeby produktem. Ich blaty mogą być wykonane z okleinowanego MDF-u, granitu, drewna i jak w przypadku modelu dostarczonego do testu bambusa, a na życzenie zainteresowanego wszelkie drewnopodobne konstrukcje dodatkowo polakierowane na dowolny kolor lub wysoki połysk. Przyznacie, że naprawdę trzeba być bardzo dużym malkontentem, żeby w ofercie NEO nie znaleźć czego dla siebie. Goszczący u mnie model był podstawową, dwupółkową konstrukcją z bambusowymi blatami. Same blaty są bliźniacze, a jedyną różnicę stanowią różne wysokości filarów. Jak widać na załączonej sesji fotograficznej, mamy do czynienia z przyjaznym optycznie, unikającym ekwilibrystyk technicznego lub bizantyjskiego designu, naturalną kolorystycznie i o satynowym połysku propozycję. Za jedyną ozdobę możemy uznać usytuowane w tylnej części każdej półki logo marki. Ale i to, jeśli ktoś preferuje czysty minimalizm, można obejść najzwyczajniejszym w świecie odwróceniem blatu podczas montażu nóg. Ja jednak lubiąc niezobowiązujące smaczki zmontowałem zestaw po bożemu, czyli emblematami skierowanymi ku górze.
Z racji, iż jak wspomniałem, wszyscy zdajecie sobie sprawę o niezaprzeczalnym wpływie solidnej ostoi systemu audio na jego możliwości soniczne, w mojej przygodzie ze słowackim mebelkiem opiszę starcie nie mebel dedykowany kontra paździerzowa szafka, tylko tytułowy stolik vs położone na osnutej w gęstą wykładzinę podłodze wydawałoby się solidne podstawy granitowe. Tylko nie szukajcie w takim postawieniu sprawy drugiego dna. Potraktujcie to raczej jako próbę zderzenia się z wibracjami od podłogi w korelacji z różnymi materiałowo platformami nośnymi.
Jak sądzicie, jakie były skutki użycia będącego punktem zainteresowań stolika NEO QUATTRON? Bardzo łatwo zauważalne. Słuchając systemu w wersji podłogowej nie powiem, muzyka brzmiała nader ciekawie. Teoretycznie wszystko wydawało się być na swoim miejscu. Był atak, była ciekawa średnica, a wszytko uzupełniały będące wizytówką marki Primare żywe górne rejestry. I szczerze powiedziawszy melomanom stawiającym bardziej na neutralność niż akcent muzykalności, taka konfiguracja „mogłaby” przypaść do gustu. Dlaczego słowo „mogłaby” wziąłem w cudzysłów? Otóż po akomodacji słuchu do takiego ustawienia bardzo łatwo udawało mi się wychwycić pewną nerwowość dźwięku, która z dużą dozą pewności była spowodowana jednak bezpośrednim kontaktem granitowych podstaw z drżącą od moich wielkich kolumn podłogą. Owszem, w mocno osadzonych w masie, czyli kolokwialnie mówiąc zamulonych zestawach może być to odbierane jako dodatkowe ożywienie dźwięku. Jednak podobnie myślących osobników natychmiast wyprowadzam z błędu i stwierdzam jednoznacznie, że jest to efekt wprowadzania zniekształceń do przekazu muzycznego, a przecież nie o to w naszej zabawie chodzi. Co zatem stało się po przestawieniu szwedzkiej układanki na produkt naszego południowego sąsiada? Nie będę owijał w bawełnę, tylko napiszę, że wszystkie aspekty wypadły znacznie lepiej. A najważniejsze jest to, iż dźwięk, jak prawdopodobnie wróżyliby przeciwnicy podobnych zabiegów, bynajmniej nie umarł. Powiem więcej. Poprzez delikatne przyciemnienie znacznie poprawiła się jego rozdzielczość. Naturalnie zakładam, że nikt z Was nie myli rozdzielczości z rozjaśnieniem przekazu, gdyż w innym wypadku w odbiorze tego, co się stało nigdy ze mną się nie zgodzi. Muzyka przy dodatkowym napowietrzeniu sceny dźwiękowej nabrała fajnego body, ale skutkiem tego nie było jej spowolnienie, tylko tchnięcie w zapisy nutowe szczypty soczystości. To był nadal ciekawy, bo stawiający na energię grania spektakl, ale bez tak szkodliwych w efekcie sonicznym zniekształceń. Sytuacja zmieniła się na tyle diametralnie, że gdy początek testu był dla mnie pewnego rodzaju walką z szorstkością i namiastką krzykliwości muzyki, to po przesiadce jedynym, co było w stanie ruszyć mnie z wygodnego fotela, był koniec płyty, albo obolała od długiego siedzenia, znajdująca się poniżej pleców część ciała. Nie wierzycie? Cóż, nie pozostaje Wam nic innego, jak przekonać się na własnej skórze. Ale ten proces zależy tylko i wyłącznie od samych zainteresowanych.
Puentując ten niezbyt długi tekst nie będę uprawiał drukującej mecz ekwilibrystyki słownej. To nie jest żadne audio voodoo, tylko wpływająca na nasze zestawy audio fizyka. Dlatego też prosto z mostu powiem. Jeśli z jakiś niewiadomych przyczyn nadal udajecie, że lichy stolik załatwia sprawę podstawy dla systemu generującego dźwięk dla świętego spokoju i przekonania się czy mam rację, pożyczcie nawet najtańszą opcję NEO QUATTRON na odsłuchy. Jestem przekonany, że jeśli Wasza układanka jest dobre skonfigurowana, brutalnie doświadczycie na własnej skórze, że spędzony dotychczas przy muzyce czas tak naprawdę był czasem straconym. I wiecie co? Jeśli nigdy nie robiliście takiego podejścia, w dobrym tego zwrotu znaczeniu serdecznie życzę Wam otwierającej oczy porażki dotychczasowego status quo.
Jacek Pazio
Dystrybucja: RCM
Cena:
Quattron (wykończenie mat)cena od
segment 92mm (podstawa): 2 120,-
segment 122mm: 2 090,-
segment 172mm: 2 250,-
segment 222mm: 2 460,-
segment 272mm: 2 600,-
segment 322mm: 2 830,-
Quattron (wykończenie połysk)
segment 92mm (podstawa)3 900,-
segment 122mm: 3 780,-
segment 172mm: 3 930,-
segment 222mm: 4 150,-
segment 272mm: 4 300,-
segment 322mm: 4 510,-
Dane techniczne:
Wymiary (S x G): 700 x 547 mm
Powierzchnia użytkowa (S x G): 505 x 530 mm
Dostępne wysokości nóg: 92 mm (pod dolną półkę), 122 mm, 172 mm, 222 mm, 272 mm, 322 mm
Półki: 29 mm MDF
Nogi: stalowe o średnicy 40 mm
Dopuszczalne obciążenie każdej z półek: 70 kg
Wszyscy miłośnicy muzyki uważnie śledzący rynek audio z pewnością zdążyli już się oswoić z bardzo mocnym, żeby nie powiedzieć dominującym, trendem wyposażania komponentów Hi-Fi we wszystkie dostępne funkcje. Co prawda sam jeszcze nad tym pracuję, ale przyznam szczerze, idzie mi to bardzo opornie. Dlaczego? Otóż wbrew pozorom nie chodzi mi o zwiększanie kompatybilności produktu z docelowym systemem w zakresie jego wydawałoby się typowych kompetencji typu powielanie wejść i wyjść we wzmacniaczach, czy odtwarzaczach, tylko bezpardonowo, z czystym sumieniem, piję do całkowitego pogmatwania zadań konkretnych komponentów audio. Nie ogarniacie? Spójrzcie na najnowszej generacji przedwzmacniacze liniowe i wzmacniacze zintegrowane z funkcjami przetwornika cyfrowo-analogowego, a często nawet streamera. Przecież do niedawna takie praktyki byłyby uważane za świętokradztwo, a obecnie dział Hi-Fi, a nawet przedsionek High Endu bez takich gadżetów prawie nie mają racji bytu. Czy to źle? Naturalnie że nie, gdyż bez podobnych praktyk wielu osobników homo sapiens byłoby skazanych na przysłowiowe boomboxy, a tak na początku zabawy w audiofila już po kupnie przyzwoicie grającego wzmacniacza zintegrowanego z zaimplementowanym na pokładzie DAC-em w oparciu o pliki są w stanie skonfigurować pełnoprawny system. To po co ta cała krucjata? Otóż w dzisiejszym sparingu testowym pochylimy się nad idealnie wpisującym się w scharakteryzowany powyżej nurt komponentem. Jakim? Otóż ta relacja z placu boju będzie historią mojego zderzenia się z włoskim lampowym wzmacniaczem zintegrowanym Synthesis ROMA 96DC+, który wraz z dobrodziejstwem inwentarza oferuje potencjalnemu użytkownikowi DAC-a i moduł phonostage’a dla wkładek MM i wysokopoziomowych MC, a którego kilkunastodniową wizytę u siebie zawdzięczam warszawskiemu dystrybutorowi E.I.C.
Przybliżając wygląd i budowę tytułowego lampiaczka, już w pierwszym zdaniu należy stwierdzić, iż jest bardzo zgrabny (szerokość to mniej więcej połowa konwencjonalnej rozmiarówki) i efektowny wizualnie. Patrząc na bryłę widzimy typową dla wykorzystujących w układach elektrycznych szklane bańki konstrukcję, czyli coś na kształt platformy, na której bliżej frontu na mieniącej się blaskiem srebra blasze zaaplikowano lampy elektronowe, a za nimi ukryte w czarnej skrzynce transformatory. Jeśli chodzi zaś o elektronikę, ta bardzo schludnie spakowana jest pod wspomnianym pokładem dla baniek próżniowych. Kreśląc kilka zdań na temat frontu trzeba oddać konstruktorom, że mimo jego solidnej grubości nie przytłacza projektu wizualnego. Mało tego, na tym wydawałoby się małym skrawku projektantom udało się zmieścić nadającą szyku wzmacniaczowi centralnie umieszczoną wielką gałkę wzmocnienia, na jej lewej flance główny włącznik, obok niego logo marki i nadruki z identyfikujące opisywany model, a na prawej opisane piktogramami sześć diod informacyjnych o stanie urządzenia i dwa przyciski funkcyjne. Przyznacie, iż mimo że małe, to solidnie wypasione, a przy tym nieprzeładowane wizualnie. Patrząc na naszego Włocha z lotu ptaka naszym oczom ukazuje się zabezpieczająca przed poparzeniem lampami klatka z ekslibrisem logo marki w swej przedniej płaszczyźnie. Przyznam szczerze, że jak dla mnie zbyt solidnie skrywa swoje najcenniejsze atuty, dlatego też jestem rad, że z łatwością można ją odkręcić, co na czas zabawy w testowanie zrobiłem. Wieńcząc akapit wizualizacyjny dochodzimy do równie ważnego jak awers super-integry jej rewersu. Tutaj podobnie do przedniego panelu również nie mamy zbyt dużego pola do wyposażeniowego popisu, a mimo to ROMA jest zaskakująco wielofunkcyjna. Niby nie mamy przesadnej oferty przyłączeniowej znanej z amplitunerów dedykowanych systemom kina domowego, ale o zaspokojenie potrzeb statystycznego stereofila powinniśmy być spokojni. Plecy dziewięćdziesiątki szóstki uzbrojono bowiem w: trzy wejścia liniowe (w tym jedno dla phonostage’a) zacisk uziemienia, analogową przelotkę do nagrywania REC OUT, trzy wejścia cyfrowe (OPTICAL, SPDIF, USB), niestety dość wąsko rozstawione pojedyncze terminale kolumnowe i gniazdo zasilania IEC. Po raz kolejny wtrącę maksymę, małe, ale dobrze wypasione.
Wstępne, przedtestowe dywagacje na temat rzeczonego, wszystkomającego wzmacniacza przynosiły jedną ważną myśl: “Czy podążając tropem najnowszych technologii producent nie zagubił istoty bytu wzmacniacza lampowego”. O co chodzi? Przecież szklane bańki w torze podczas ich użytkowania mają owocować bardzo muzykalnym przekazem. Tymczasem aplikacja krzemowych podzespołów przetwarzających zapisy zero-jedynkowe mogła odbić się na ogólnym sznycie grania Romy. Ale nie chodzi mi w tym momencie o stylistykę grania przetworników, tylko samej sekcji wzmocnienia w przypadku ominięcia wewnętrznego DAC-a. Na szczęście zastąpienie Włochem mojego Japończyka nie spowodowało drastycznej zmiany kursu dźwięku. To był bardzo esencjonalny, a przez to dobitnie pokazujący o co chodzi w zabawie z lampami przekaz. Co ciekawe, na przekór moim obawom, mimo bardzo gęstego grania bas nie był przesadnie rozwydrzony. Naturalnie w stosunku do punktu odniesienia stracił na sprężystości, ale jego metamorfoza całkowicie mieściła się w estetyce dobrego lampowego grania. Idąc dalej tropem poszczególnych zakresów częstotliwościowych chciałbym uspokoić melomanów kochających gęstą i gładką średnicę. Ta korelując z dolnym podzakresem była soczysta, a we współpracy z wiedzącymi gdzie jest ich miejsce wysokimi tonami oferowała spory pakiet informacji. Dobrą wieścią dla wielu melomanów prawdopodobnie będzie również fakt budowania przez opiniowaną konstrukcję delikatnie przybliżonej wirtualnej sceny dźwiękowej z delikatnym powiększeniem znajdujących się na niej źródeł pozornych. To nie jest jakaś napastliwa przypadłość, ale po dłuższym kontakcie można ją odczuć, co jak wspomniałem, przez wielu lubiących znajdować się w centrum wydarzeń muzycznych, może być odebrane jako wielki plus. I z taką estetyką wzmacniania sygnału audio miałem przyjemność przez większość procesu testowego. W zależności od nurtu muzycznego, jeden na takim postawieniu sprawy bardziej, a drugi mniej zyskiwał, jednak za każdym razem czuć było dużą ochotę do pokazania świata muzyki przez pryzmat pięknie kreujących go barw. Dlatego też muzyka dawna aż kipiała od rozedrganych alikwot bardzo uduchowionej wokalistyki i wtórujących jej instrumentów, choć już świat muzycznego buntu dla wielbicieli niszczenia narządów słuchu, dla mnie bardzo przyjemny, przez docelową grupę słuchaczy byłby z pewnością uznany za zbyt zachowawczy. Ale przecież nikt rozsądny nie kupi małego lampiaczka do słuchania muzyki zwanej potocznie łojeniem. A jeśli jednak, to prawdopodobnie zrobi to po dogłębnym posłuchaniu Romy i stwierdzeniu, że taka prezentacja jest bliższa jego sercu. Tak wyglądał temat wykorzystania tytułowej konstrukcji w roli wzmacniacza zintegrowanego. Sprawy przybrały nieco inny wymiar, gdy do głosu doszedł wbudowany w trzewiach przetwornik cyfrowo/analogowy.
Otóż rezygnacja z stawiającego na piękno kolorowej muzyki DAC-a Reimyo zaowocowała znaczną poprawą krawędzi dźwięków. Naturalnie natychmiastowym skutkiem było pozytywne przyspieszenie muzyki, ale niestety w pakiecie stratowa dawka drapieżności przyniosła pewną kwadratowość dobiegających do mych narządów słuchu zapisów nutowych. Muzyka co prawda nieco zebrała się w sobie, ale prysł nieco czar lampy, co przełożyło się na pewnego rodzaju jej słyszalną szorstkość. Ale przypominam, rozprawiamy o dwóch światach produktów audio (punkt odniesienia kontra pretendent do laurów), dlatego na moje obserwacje nakreślające kierunek zmian dźwięku powinniście delikatnie przefiltrować, gdyż w innym przypadku z pewnością skrzywdzicie włoską konstrukcję. Jednak jakby na to nie patrzeć, ewentualny nabywca dostaje dwa w jednym. Jeśli jego set będzie potrzebował nutki lampowej soczystości skorzysta jedynie z sekcji wzmocnienia. Zaś w przypadku całkowicie przeciwstawnych potrzeb, czyli oczekiwań mocniejszego rysowania świata, skorzysta z wewnętrznego przetwornika. Czy to nie jest piękne?
Decyzja podjęcia się przetestowania niedrogiego, ale za to bardzo bogato wyposażonego wzmacniacza Synthesis Roma 96DC+ od startu była obciążona ewentualną sromotną porażką. Tymczasem biorąc pod uwagę jego walory tak brzmieniowe, jak i funkcjonalne wszystko zakończyło się bardzo pozytywnie. Ktoś powie, że przecież w aspekcie użycia dodatkowej obróbki sygnału cyfrowego delikatnie narzekałem. Owszem, ale jak wspominałem, proszę spojrzeć na całość projektu przez pryzmat zamiarów i sił, a wówczas okażę się, że sprawy globalnej oceny przyjmują całkowicie inny wymiar. Wymiar, który wyartykułowanych niuansów nie pozwala rozpatrywać w estetyce problemów, tylko albo propozycji innego spojrzenia na dźwięk, albo celowego równoważenia gęstego grania wzmacniacza w jego podstawowej funkcji. Gdzie zatem widzę naszego bohatera? Szczerze? Wszędzie. Dlaczego? Przeczytajcie jeszcze raz to co napisałem pod koniec akapitu merytorycznego, a zorientujecie się, że wykorzystując poszczególne sekcje macie do czynienia z rasowym kameleonem, a to pozwala na bardzo łatwe dopasowania jego walorów do posiadanego zestawienia. Czegóż chcieć więcej.
Jacek Pazio
Dystrybucja: E.I.C / Synthesis
Cena: 10 000 PLN
Dane techniczne:
Lampy w stopniu mocy: 4xEL34/6CA7
Lampy w stopniu sterującym: 2x12AU7/ECC82
Przedwzmacniacz: OP/Amp NJM2114
Moc wyjściowa: 2x25W, w klasie „A” / 6Ω
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz (-0 dB)
Konfiguracja stopnia mocy: Pentoda
Impedancja wejściowa (line): 50kΩ
Czułość: 300mV – dla wyjściowej mocy maksymalnej
Zniekształcenia: <1%, 25W,1kHz
Odstęp sygnał/szum:>90dB (ważony filtrem A)
We/wyjścia:
– 2 wejścia analogowe
– 1 wejście gramofonowe (MM/MC – wysoka impedancja)
– 1 wyjście analogowe Rec Out
– 1 wejście Toslink (do 24-bit/192 kHz)
– 1 wejście koaksjalne
– 1 wejście USB (B) (do 32-bit/384 kHz i DSD 5.6 MHz)
Wejście gramofonowe:
Pasmo przenoszenia: 20Hz-20kHz (+/-0.5 dB)
Wzmocnienie (MM): 40dB
Impedancja wejściowa: 47kΩ
Przetwornik D/A: Asahi Kasei AK4495S 32-Bit/768 kHz
Pobór mocy: 180W max
Wymiary (S x G xW ): 260x380x200 mm
Waga: 18 kg
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Szanowni Państwo, proszę się na zapas niepotrzebnie nie martwić, gdyż wcale nie mamy zamiaru wchodzić w tematykę modelujących sylwetkę na zasadzie łagodnego przeczyszczenia bez przerywania snu specyfików w stylu magicznych batoników sygnowanych przez którąś z WAGs (dla niewtajemniczonych to z „fachowe określenie partnerek boiskowych kopaczy). Podtytuł niniejszej mini-recenzji może jest niejednoznaczny i poniekąd przywodzący na myśl typowo suplementowo-dietetyczne skojarzenia, lecz rzecz będzie o kwintesencji naszej audiofilskiej pasji, czyli analogu. A dokładnie o wielce użytecznym akcesorium pozwalającym utrzymać igły naszych wkładek we wzorowej czystości i tym samym sprawiającym, że jakość reprodukowanego przez nie dźwięku będzie jeszcze lepsza. Nie wierzycie? W takim razie zapraszam na kilka słów o dzisiejszym bohaterze, czyli znajdującej się w ofercie katowickiego RCM-u „galaretce” DS Audio ST-50.
Tytułowy ST-50 to tak naprawdę żel na bazie karbaminianu etylu ( C3H7NO2 ), czyli przekładając to na bardziej zrozumiały język … ester etylowy kwasu karbaminowego. Łatwe do zapamiętania, nieprawdaż? Od razu jednak uprzedzę domorosłych „małych chemików”, że zgodnie z powszechnie dostępnymi informacjami lepiej samemu ww. środka nie próbować uzyskać, gdyż jego wytwarzanie, o przypadkowej konsumpcji nawet nie wspominając, nie należy do najzdrowszych, więc lepiej zawierzyć w tej materii fachowcom i zdać się na ich – przeprowadzany w kontrolnych, laboratoryjnych warunkach proces. Zamiast jednak rozbijać tytułową galaretkę na atomy proponuję skupić się na konkretach – jego walorach tak wizualnych, jak i … poniekąd sonicznych.
Jak to zwykle w przypadku wyrobów docierających do nas z Kraju Kwitnącej Wiśni bywa również i w tym razem pozornie błaha „duperelka” traktowana jest z dbałością godną kosztującej przynajmniej 1 000 € wkładki gramofonowej. ST-50 opuszcza bowiem fabrykę w stylowym, czarnym kartonowym pudełeczku szczelnie wypełnionym kopertą z gęstej pianki, w której znajdziemy … kolejny, tym raczej foliowy, strunowy woreczek zawierający eleganckie i po prostu sprawiające wrażenie luksusowego aluminiowe, niklowane puzdereczko. I dopiero w nim spoczywa transparentny plasterek żelu. To się nazywa budowanie napięcia, oraz podprogowe działanie na potencjalnego nabywcę. Przecież zanim osoba mająca wątpliwości, co do sensowności zakupu, dokona pełnego procesu wypakowania, czyli unboxingu, będzie najzwyczajniej w świecie „ugotowana”.
Za to sama metodologia użycia ST-50 jest tak nieprzyzwoicie prosta i intuicyjna, że jeśli tylko nie dysponujemy gramofonem z automatycznym startem spokojnie powinniśmy sobie z nią poradzić. A czemu posiadacze „automatów” są niejako z grupy docelowej duperelki DS Audio wykluczeni? Powód jest nad wyraz prozaiczny – procedura czyszczenia igły polega na opuszczeniu ramienia uzbrojonego we wkładkę na spoczywająca na talerzu gramofonu 50-kę. Tymczasem w modelach startujących w momencie podniesienia ramienia z pozycji spoczynkowej, tego typu działania z powodzeniem określić możemy jako mocno utrudnione, jeśli ramię po skończonej stronie nie wraca do pozycji startowej, bądź wręcz niewykonalne, jeśli do punktu wyjścia wraca. Oczywiście na upartego można na własne ryzyko próbować podsuwać galaretkę pod unieruchomione ramię, ale tego typu praktyki zbyt mocno podchodzą, przynajmniej w moim mniemaniu, pod zupełnie niepotrzebne kombinacje alpejskie.
Postępując zgodnie z zaleceniami producenta po ułożeniu ST-50 na talerzu gramofonu w zasięgu ramienia pozwalamy zadziałać grawitacji, czyli opaść wkładce, zgodnie z ustawioną siłą docisku, na żel a następnie delikatnie podnieść ramię, nieco przesunąć puzdereczko i dla lepszego efektu powtórzyć całą procedurę. Aha – i jeszcze jedno. Tego typu oblucje warto przeprowadzać praktycznie przed odsłuchem każdej płyty. Brzmi mało sensownie i wskazuje na nerwicę natręctw? Cóż, wybiegając nieco przed szereg i uchylając rąbka tajemnicy śmiem twierdzić, iż jeśli doświadczycie na własnej skórze, znaczy się na własnych uszach, wpływu niniejszego akcesorium jego użytkowanie wejdzie Wam w krew równie szybko, jak przecieranie płyty szczoteczką przed opuszczeniem na nią ramienia. Serio, serio.
Na koniec akapitu mam kolejną dobrą wiadomość natury użytkowej – w przypadku zauważenia, iż nasze czyścidełko, ze względu na zebranie sporej ilości zanieczyszczeń, jest już drugiej świeżości wystarczy przepłukać pod bieżącą wodą, dać około trzydziestu minut na przeschnięcie w temperaturze pokojowej i mieć je od ponownie w niemalże dziewiczym stanie.
Jak sami Państwo widzicie, dla uwiarygodnienia wyników końcowych działanie DS Audio ST-50 weryfikowałem z pomocą obu naszych redakcyjnych źródeł analogowych, czyli zarówno na tzw. zemście hydraulika, czyli Kuzmie Stabi S z ramieniem Stogi i wkładką Shelter 201, oraz referencyjnym SME 30/2 z ramieniem V i wkładką Miyajima Madake. Całe szczęście w obu przypadkach rezultaty działania okazały się całkowicie zbieżne, więc kilka poniższych uwag dotyczyć będzie całości ponad dwutygodniowych testów.
Nie ukrywam, że na samym początku do zagadnienia podszedłem bez większych oczekiwań i wręcz z lekkim uśmieszkiem powątpiewania. W końcu, gdy tylko widzimy ku temu potrzebę urządzamy naszym winylom „małe spa” w myjce Nitty Gritty, podczas odtwarzania nad każdą płytą pojawia się SK-Filter a większe pyłki zdejmujemy stosowną szczoteczką, bądź pędzelkiem. Najogólniej rzecz biorąc dbamy o naszą płytotekę a tymczasem zaserwowanie DS Audio ST-50 tuż przed odsłuchem fenomenalnego „Lo-Fi Lo-Ve” (nasza skromna recenzja) Tomasza Pauszka niemalże ścięło mnie z nóg i sprawiło, że dopiero po zakończeniu albumu pozwoliłem sobie na krótką przerwę. Przyrost jakości był nazwijmy to w możliwie stonowany sposób … piorunujący. Skala zjawiska dotyczyła bowiem wszystkich aspektów dźwięku i porównać ją można było jedynie do sytuacji jakbyśmy otrzymali fabrycznie nową wkładkę, która jest już wygrzana i może się pochwalić pełnym spectrum własnych możliwości. Niemożliwe? Teoretycznie nie, lecz jak widać spece z DS Audio jakoś prawa fizyki obeszli. W obu bowiem przypadkach wkładki zaoferowały zdecydowanie lepszą rozdzielczość, wyrafinowanie a przy tym gładkość i krystaliczną czystość reprodukowanego pasma. Powyższy efekt daleki był jednak od podstępnego przesunięcia równowago tonalnej ku górze i próbach wmówienia słuchaczom, że więcej góry i podkreślenie sybilantów to właśnie owa rozdzielczość. To była gra w 100% fair, bez uciekania się do tanich sztuczek. Drastycznemu obniż