HiFi Rose, producent nowoczesnych urządzeń audio-wideo, wprowadza do sprzedaży nowy model – RS130. Jest to transport sieciowy, który doskonale uzupełnia dotychczasową ofertę produktową południowokoreańskiej marki. RS130 to niezwykle funkcjonalne urządzenie, obsługujące odtwarzanie dźwięku z wielu różnorodnych źródeł.
Nowy model został opracowany tak, aby spełnić oczekiwania melomanów zarówno pod względem jakości dźwięku, jak i designu. Ma duży, wygodny w obsłudze ekran dotykowy oraz wentylacyjny nawiązujący do charakterystycznego logotypu HiFi Rose. Na uwagę zasługuje ponadto solidna, aluminiowa obudowa. Gwarantuje ona stabilną pracę urządzenia, charakteryzuje się dużą odpornością na ciepło, a jednocześnie redukuje niepożądane wibracje, które mogą mieć negatywny wpływ na jakość dźwięku.
Streaming audio z różnych źródeł
Model RS130 pracuje w oparciu o autorską platformę firmy HiFi Rose i obsługuje wiele innowacyjnych rozwiązań technicznych, które pozwalają na bezstratne przesyłanie sygnału audio. Wspiera takie standardy i formaty jak MQA, PCM (do 32 bit/768 kHz) czy DSD (do DSD512 włącznie). Umożliwia streaming z serwisów takich jak np. Tidal, Apple Music, Qobuz czy Spotify (dzięki Spotify Connect). Zapewnia również dostęp do radia internetowego. Transport sieciowy RS130 jest także kompatybilny z AirPlay, DLNA i Roon (certyfikat Roon Ready). Wspiera ponadto standard Bluetooth (przez dongle USB).
Czysty dźwięk, bez opóźnień
Urządzenie zostało zaprojektowane tak, aby skutecznie blokować szumy cyfrowe. To m.in. zasługa niezwykle precyzyjnego i stabilnego zegara OCXO (Oven Controlled Crystal Oscillator), który jest niewrażliwy na zmiany temperatury. Na uwagę zasługuje także całkowite oddzielenie zasilacza AC, zasilacza DC i układów przetwarzających sygnał audio.
Co więcej, model RS130 wśród dostępnych złączy ma m.in. gniazda Ethernet SFP i USB 3.0 Fiber, a więc połączenia cyfrowe, które do transmisji wykorzystują światłowód. Przekłada się to na doskonałą rozdzielczość w całym paśmie przetwarzanych częstotliwości, a tym samym przestrzenny i żywy dźwięk.
Model RS130 nie ma wbudowanego przetwornika cyfrowo-analogowego, a więc należy go podłączyć do zewnętrznego DAC-a lub np. wzmacniacza wyposażonego w układ przetwarzania C/A. Nowy transport sieciowy HiFi Rose ma natomiast zintegrowany dysk SSD, który przeznaczony jest do buforowania sygnału audio. Dzięki temu eliminowany jest wpływ wibracji i szumów, a błędy opóźnienia są minimalizowane.
Perfekcyjnie zaprojektowane urządzenie
Model RS130 kontynuuje myśl projektową HiFi Rose. Został opracowany tak, aby spełnić oczekiwania nawet najbardziej wymagających użytkowników.
– Nowy RS130 to perfekcyjnie zaprojektowany transport sieciowy, który odzwierciedla wszystkie funkcje i specyfikacje, które zostały zgłoszone przez użytkowników korzystających z naszych produktów oraz przez audiofilów. Jest on rezultatem naszej dumy ze zrozumienia środowiska high-endowego systemu audio z optymalną kompatybilnością. Dlatego oczekujemy, że nowy model RS130 zyska uznanie większej liczby audiofilów, jak również obecnych użytkowników naszych produktów – powiedział jeden z przedstawicieli HiFi Rose.
Przewidywana dostępność
Producent oferuje model RS130 w dwóch wersjach kolorystycznych: czarnej i srebrnej. Pierwsze egzemplarze tego transportu sieciowego mają pojawić się w ofercie naszych partnerów handlowych w lipcu 2023 roku.
Opinia 1
Choć popularność winyli nie słabnie z niekłamaną satysfakcją obserwuję pewną normalizację tej jeszcze kilka lat temu wydawać by się mogło chwilowej „mody”. Młodzi akolici 12” placków nieco zdążyli się z tematem oswoić, przestali rzucać się na wszystko jak szczerbaty na suchary a ich decyzje zakupowe stały się mniej kompulsywne a bardziej przemyślane. Pokłosiem owej ewolucji jest oczywiście również wzrost świadomości nabywców, którym byle badziewia wcisnąć się już nie da a sukcesywne nasiąkanie magią analogu powoduje sukcesywne podnoszenie poprzeczki własnych oczekiwań otwiera drzwi i co za tym idzie również portfele dla nowych, mniejszych, czy wręcz niszowych – butikowych marek, których próżno szukać wśród oferty hipermarketów i globalnych korporacji. I właśnie z takim „tajemniczym nieznajomym” w ramach niniejszej epistoły przyszło nam się spotkać, bowiem dzięki uprzejmości stołecznego MiP-a na testy trafił do nas wielce intrygujący przedwzmacniacz gramofonowy PPA V790 sygnowany przez niedawno debiutującą na naszym rynku niemiecką specjalizującą się do tej pory we wzmacniaczach słuchawkowych manufakturę Violectric.
Pomimo dość nieabsorbujących gabarytów PPA V790 szalenie daleko do budzącej obawy zbytniej lekkości a tym samym obaw przed przesuwaniem urządzenia przez podpięte pod niego okablowanie. Pomijając sam wsad co nieco ma w tym temacie do powiedzenia nad wyraz solidny korpus, którego front wykonano z 8mm, pozostałe ściany z 3-4 mm a plecy z 3 mm anodowanych na czarno płatów aluminium. Na pierwszy rzut oka widok płyty przedniej może rodzić w pełni uzasadnione obawy przed zbytnim epatowaniem iluminacją umieszczonych na niej … 37 (!!) diod umieszczonych w sześciu kolumnach. Całe szczęście Violectric nie poszedł śladami Wave’a Manley Laboratories, więc nawet podczas wieczorno-nocnych odsłuchów nie ma się wrażenia bytności w lunaparku. W dodatku całość jest nader logicznie rozplanowana, bowiem w każdej z sześciu sekcji jednocześnie świeci się zazwyczaj jedna. Jednak po kolei. Patrząc od lewej mamy dwuprzyciskowy selektor źródeł, więc owych diod jest sześć, następnie podobną parą manipulatorów dokonujemy wyboru impedancji (8 diod), kolejno takie same zestawy pozwalają ustawić pojemność oraz wzmocnienie, przy czym w ostatnim z nich kroków jest „tylko” siedem, bo topowa dioda informuje o ewentualnym przesterowaniu (clipping). A dalej jest już z górki, bowiem typowi krzywej korekcji (trzy diody) i aktywatorowi filtra subsonicznego (jedna dioda) przydzielono po jednym przycisku a bliźniaczy włącznik główny całkowicie iluminacji pozbawiono. Na nudę nie ma co liczyć również na rewersie, bowiem z racji niezbyt imponującej powierzchni zagęszczenie gniazd jest wprost imponujące. Lewa flankę zajmuje gniazdo zasilające IEC i zacisk uziemienia, następnie mamy sekcję wyjść z parą XLR-ów na górze i RCA na dole. Podobną logikę powielono przy wejściach, więc górny rządek zajęły trzy pary XLR-ów a dolny podobny zestaw XLR.
Pomijając całkowicie bezobsługowe Tellurium Q Iridium, czy bezlik pnonostage’y Phasemation (EA-350, EA-500, EA-1000, EA-1 II) podobnym komfortem obsługi mogły pochwalić się goszczące w naszych skromnych progach dostarczony razem z Acutusem dzielony Avid Pulsare II, Gold Note’y (PH-1000, PH-10), FM Acoustics FM 122 MkII, oraz Tenor Audio PHONO 1. Jednak żadna z powyższych konstrukcji nie ma startu do 790-ki pod względem jednoczesnej obsługi ramion/wkładek, która w przypadku Violectrica wynosi trudne do wynosi … 6 (słownie sześć!). Powiem szczerze, że nawet podczas kilkunastu wizyt na monachijskim High Endzie nie spotkałem systemu zdolnego zapełnić wszystkie wejścia naszego gościa.
Od strony technicznej 790-ka może pochwalić się implementacją specjalnej topologii układu wzmacniającego, opartego o sprzężone stałoprądowo (DC) superszybkie bipolarne tranzystory wejściowe w układzie kaskady (po siedem na kanał), dzięki czemu osiągnięto bardzo niski poziom zniekształceń. Niskoszumny jest również 15VA toroidalny transformator Talemy zamknięty w dedykowanej kapsule.
Jeśli zaś chodzi o brzmienie, to zamiast mozolnie budować napięcie, leniwie rozsmakowywać słuchaczy w krok po kroku zalotnie odkrywanych niuansach i nieco psując niespodziankę Violectric już od pierwszych dźwięków ostentacyjnie daje do zrozumienia, że gra w analogowej lidze mistrzów i jeńców brać nie zamierza. Oferuje bowiem ponadprzeciętną muzykalność, lecz nie w jej zamulonej i bezkształtnej postaci a tej realistycznie rozdzielczej – możliwie najbliższej prawdzie, czyli uczestnictwu w danym wydarzeniu muzycznym live. Nie dzieli włosa na czworo, nie rozbija poszczególnych fraz na atomy, lecz pokazuje je po prostu takimi jakie są, lecz nie w oderwaniu od kontekstu, lecz z właściwym ładunkiem emocjonalnym, energetycznym i co najważniejsze kompletnym rodowodem dokumentującym ich pochodzenie. O co w tym całym, dość mocno zagmatwanym, wywodzie chodzi? O to, że 790-ka reprodukując poszczególne dźwięki nie zapomina o ich źródłach, czyli mówiąc wprost instrumentach jakie je wygenerowały. Dzięki czemu do naszych uszu nie dobiegają li tylko dźwięki fortepianu a po prostu słyszymy jak konkretny fortepian brzmi. Może na papierze różnica wydaje się czysto kosmetyczna, jednak proszę mi wierzyć na słowo, bądź jeszcze lepiej przekonać się na własne uszy, że jej skala jest kolosalna i zasadnicza. Coś jak ta pomiędzy słyszeniem a słuchaniem. Czemu wspomniałem o tym nieszczęsnym fortepianie? Cóż, traf chciał, że w ramach niezobowiązującej rozgrzewki na talerzu Kuzmy wylądowała dość relaksująca w swym wyrazie płyta „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubalcaby, gdzie przynajmniej teoretycznie klawisze mają stanowić jedynie akompaniament do popisów wokalnych naszej eksportowej Divy. Tymczasem kiziany „włochatym paluchem” wiadomy instrument w odsłonie zaserwowanej przez naszego gościa zyskuje na randze i staje się równorzędnym partnerem AMJ. Ba, z racji swoich trudnych do zignorowania gabarytów to on gra pierwsze skrzypce, lecz nie poprzez tanie wypchnięcie przed szereg, bądź wycofanie Pani Anny a jedynie poprzez swoją, jakże oczywistą obecność na scenie. Jeszcze lepiej efekt ten jest widoczny, znaczy się słyszalny na „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki, bowiem na tym krążku sam Soyka w klawisze uderza, więc ich – Soyki i fortepianu, zespolenie staje się oczywistą oczywistością a wokal artysty nie tylko przeplata się z dźwiękami instrumentu, co z nimi nierozerwalnie zespala w ramach wspólnego DNA. Oczywiście obecność pozostałego instrumentarium też jest niezaprzeczalna, lecz już ich role schodzą na nieco dalszy plan. W dodatku, nagle „W Hołdzie …” przestało irytować nieco zbyt wysokim szumem własnym. Jakby testowanemu preampowi udało się go wyeliminować z nagrania zachowując pełnię informacji o akustyce, przestrzeni i bezliku audiofilskiego planktonu sprawiającego, że nagranie nie brzmi zbyt sterylnie i duszno. I jeszcze jedno. Otóż pomimo swojej niezwykłej rozdzielczości Violectric bynajmniej nie podkreśla i nie epatuje sybilantami, których zarówno AMJ, jak i Stanisław Soyka bynajmniej nie szczędzą, więc jeśli tylko zastanawialiście się Państwo, czy przypadkiem wszystko-mówiący i nic-nieukrywający tytułowy phonostage nie okaże się w Waszym systemie zbyt bezwzględny dla posiadanej płytoteki, to spieszę Was uspokoić, że nic takiego, przynajmniej w tym przypadku nie nastąpi.
Na potwierdzenie powyższej tezy pozwoliłem sobie sięgnąć po zdecydowanie mniej wyrafinowany a zarazem nieporównywalnie bardziej bezwzględny dla wszelakiej maści przejaskrawień i wyostrzeń repertuar, czyli „Hail To The King” Avenged Sevenfold. Ot, kawał porządnego bądź co bądź melodyjnego łojenia, które o ile tylko trafi na podatny grunt, czyli system zdolny poradzić z zapisanymi w materiale źródłowym spiętrzeniami dźwięków, to potrafi nie tylko zwiać słuchaczowi czapkę, lecz i wyrwać go z kapci. A tak już na serio, to perkusja jest tu po prostu nagrana świetnie, gitarom nie brakuje mięcha a i M. Shadows wydziera się jakby od tego miało zależeć jego być albo nie być w kapeli. Nieśmiało tylko wspomnę, iż ww. krążków (album wyszedł na dwóch „plackach”) należy słuchać na odpowiednio podkreślających klimat poziomach głośności, co dodatkowo podnosi poprzeczkę oczekiwań i wymagań. I … I Violectric rzuca się w wir wydarzeń z autentycznym, w dodatku zaraźliwym, entuzjazmem. Tworzy potężną ścianę gęsto tkanych gitarowych riffów posadowionych na solidnym basowym fundamencie, któremu bynajmniej nie brakuje ani konturu, ani body, ani tym bardziej różnorodności, więc zamiast monotonnego dudnienia otrzymujemy w pełni czytelny i daleki od sprasowanej mielonki krwisty konstrukt, w którego tkanki bez najmniejszych ograniczeń jesteśmy w stanie swobodnie wniknąć.
W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie na konkluzję, iż dla przeważającej większości miłośników analogu Violectric PPA V790 może być przysłowiowym Happy Endem ich poszukiwań Świętego Grala wśród przedwzmacniaczy gramofonowych. Jeszcze nie kosztuje „oczu z głowy”, da radę obsłużyć, i to jednocześnie, sześć ramion, wszelkich nastaw możemy dokonywać w locie, no i co nie mniej istotne nie zajmuje kilku półek audiofilskiego stolika. Pal licho jednak jego funkcjonalność, gdyż po wpięciu w system i ustawieniu właściwych parametrów najważniejsze staje się to, jak gra. A gra tak, że mucha nie siada.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
To, że obecnie analog kolejny raz jest pełnoprawnym źródłem szanującego się melomana, wiadomo od kilku dobrych lat. Naturalnie rynek audio zwęszywszy tak śmiało poczynającą sobie reaktywację tego wiekowego odczytu materiału muzycznego, poszedł za ciosem i dosłownie każdy producent ma w swoim portfolio jeśli nie pełne „oprzyrządowanie” – mowa nie tylko o urządzeniach, ale również o spectrum akcesoryjnym, to choćby gramofon. Jednak co ciekawe, ów trzymający rękę na pulsie rynek może nie pominął, ale z pewnością potraktował po macoszemu jeden drobny niuans. Chodzi mianowicie o zatwardziałych piewców drapania płyt winylowych, którzy w swej zabawie posługują się nawet nie dwoma, ale często trzema, a czasem nawet czterema rodzajami wkładek na jednym werku. Jak to możliwe? Normalka. Trzy stanowiska dla ramion oferuje bardzo dużo producentów, cztery raczej wyjątki. Nie zmienia to jednak faktu, że nie raz widziałem osobnika dysponującego na jednym gramofonie wkładką MM, MC i mono, który z uwagi na brak rozbudowanej oferty musiał posiłkować się osobnymi przedwzmacniaczami gramofonowymi dla każdej z nich. Po prostu rzadkością są phonostage z wieloma wejściami sygnału. Jednak rzadkość nie oznacza nicości, czego idealnym przykładem jest dzisiejszy producent. Mowa o pochodzącej zza naszej zachodniej granicy niemieckiej marce Violectric, która dzięki staraniom warszawskiego dystrybutora MIP wystawiła do zaopiniowania multi-funkcyjny przedwzmacniacz gramofonowy Volectric PPA V790.
Próbując opisać technikalia naszego bohatera jedno jest widoczne gołym okiem, poza użyciem solidnych kształtek aluminium do wykonania obudowy producent nie inwestował w jakieś upiekszanie aparycji V790-ki. To zbędny wydatek, który z pewnością postanowił spożytkować w postaci szerokiej oferty przyłączeniowej i regulacyjnej urządzenia. Takim to sposobem Violectric to średniej wielkości beż żadnych wizualnych udziwnień prostopadłościenna skrzynka. Jednak co bardzo istotne, mimo niewielkich rozmiarów wyposażeniem elektronicznym pozwala podłączyć aż 6 wkładek MM lub MC na raz (po wejściach RCA oraz XLR) z osobną regulacją każdego dostępnego punktu jej pracy z osobna. To oczywiście zdradza awers phonostage’a, którego połać bardzo czytelnie podzielono na cztery sekcje – trzy z wyjściami RCA/XLR oraz jedną jako wyjście sygnału również w takich samych standardach. Naturalną koleją rzeczy w tego typu produktach jest zwieńczenie całości uzbrojenia przedwzmacniacza w zacisk uziemienia i gniazdo zasilania IEC. Jeśli chodzi o przedni panel, ten próbując sprostać wszelkiej maści zadaniom został podzielony na 6 sekcji. Patrząc od lewej mamy realizowany w pionie przez dwa guziki wybór wykorzystanego wejścia, obok podobnie dwoma guzikami ustawianą impedancję, następnie pojemność, dalej wzmocnienie, włączenie lub wyłączenie filtra subsonicznego, dobór equalizacji, poziom sygnału wyjściowego, zaś całkiem z prawej usytuowano włącznik główny. Skomplikowane? Spokojnie, to naprawdę dziecinnie proste w użytkowaniu urządzenie, żeby nie powiedzieć, iż chciałbym, aby inni producenci podchodzili do tego zagadnienia tak zdroworozsądkowo. Podłączmy, wybieramy wyjście, ustawiamy konkretne wartości dla posiadanej wkładki i temat zamknięty. Przynajmniej u mnie tak to wyglądało. A przyznam szczerze, że pierwszy wzrokowy kontakt z uwagi na ilość dostępnych regulacji lekko onieśmielał.
Co zaproponował mi niemiecki phonostage? Ku pozytywnemu zaskoczeniu fajne uderzenie z dobrze zebraną w sobie masą i niezbędną do pokazania odpowiedniego wigoru grania iskrę na górze. Bez rozdrabniania włosa na czworo, ale również ze znakomitym pakietem informacji. Czy ostatnia cecha o „unikaniu rozdrabniania włosa na czworo” jest sygnałem jakiś niedomagań? Nic z tych rzeczy. Chodziło mi po prostu o zaznaczenie, że nasz bohater skupiał się na pokazaniu muzyki z jej emocjonalnej strony, a nie próbował kreować często pokracznych ekwilibrystyk z nadawaniem jej filigranowości, gdzie często jej nie ma. Nie raz miałem do czynienia z rozdmuchaniem wirtualnej sceny, co w imię nie do końca dobrze wypadającego rozmachu skutkowało słabą lokalizacją źródeł pozornych, o utrzymaniu przez nie odpowiednich rozmiarów i niezbędnej do różnicowania każdego z nich energii nie wspominając. Na to na szczęście inżynierowie Violectrica nie poszli. Podążyli za to w kierunku bardzo dobrego oddania najważniejszych cech każdej położonej na talerz płyty, dzięki czemu cała przesłuchana playlista wypadła, tak jakbym oczekiwał na tym pułapie cenowym. Kiedy trzeba z zawartą w muzyce drapieżnością, innym razem nostalgią i intymnością, ale zawsze z dobrze utrzymanym poziomem ataku, esencji i dźwięczności.
Pierwszym z brzegu fajnym przykładem na udowodnienie tej tezy był materiał braci Oleś z Christopherem Dellem zatytułowany „Komeda Ahead”. To tak zwana przeze mnie gra ciszą, czyli w zadumie, bez pośpiechu i pogoni za mijającym czasem rozrzucone po scenie, rozprawiające ze sobą instrumenty. Niby banał do odtworzenia, jednak to tylko pozory. Po pierwsze każdy z artystów i jego wydający dźwięk atrybut muszą być czytelni, dobrze definiowani pomiędzy kolumnami najlepiej w trzech wektorach i w zależności od sytuacji muzycznej w danym momencie mniej lub bardziej ekspresyjni. I gdy pierwsza obserwacja cech testowanego przedwzmacniacza typu mocne dociążenie i zebranie się w sobie jako jeden z aspektów wiodących, sugerowała problemy z pokazaniem lotności zdecydowanej większości dźwiękowych fraz, podczas testu nic takiego nie miało miejsca. To oczywiście zasługa będącej feedbackiem zwarcia dźwięku dobrego konturu pojedynczych nut, a co za tym idzie dobrego odcięcia ich od tła, co znakomicie podkreślał brak limitacji oddechu muzyki. Dzięki temu ta raz tętniła energią, by za moment nieco zwolnić i na długo zawieszać mieniące się milionem odcieni pojedyncze byty. Czyli suma summarum dostałem obraz, na jaki nie tylko osobiście liczyłem, ale z pewnością chcieli przekazać.
Innym przykładem dobrego radzenia sobie z różnorodnym materiałem był zespół Depeche Mode z kompilacją „Playing The Angel”. To elektroniczne popisy od zawsze słuchanego przez mnie, wręcz kultowego zespołu, które przy najdrobniejszym braku masy, kontroli i zaznaczenia ataku dźwięku zwyczajnie albo się rozmyją albo będąc rozjaśnionymi zaczną krzyczeć. Wówczas robi się bolesny galimatias, który udowadniając słuszność zarzucenia sztucznego rozdmuchania wirtualnej sceny kosztem zmniejszenia ilości niesionej przez materiał energii w tym przypadku nie miał miejsca. Jak można się spodziewać, dzięki eksponowanym przeze mnie zaletom tytułowego pre gramofonowego popularni „Depesze” ze swoimi elektroniczno-wokalnymi wybrykami wypadli tak wymownie, że jak podczas najlepszych mitingów testowych zatrzymali mnie przy sobie na czas odsłuchu co do minuty czterech (to album dwupłytowy) pełnych rowków – czytaj stron tej produkcji.
Na koniec coś intymnego, czyli zazwyczaj tytułująca płyty swoim wiekiem, z uwagi na moc i magię wokalu ostatnio popularna Adele z krążkiem „25”. Szczerze powiedziawszy na dłuższą metę taki repertuar to nie moja bajka, jednak jeśli już dostałem płytę jako prezent od córci, a wiem, że wielu z Was lubi tę artystkę, to postanowiłem się nią podeprzeć. Tym bardziej, że dobrze pokazała na wskroś podobną do kameleona, swoistą przemianę opiniowanego przedstawiciela sekcji analogowej. Otóż płyta wylądowała na gramiaku zaraz po Depeche Mode. I gdy wydawało się, że rysowana przed momentem ściana solidnego dźwięku, jej zwarcie i dosadność podania zabije drzemiące w Adele piękno wokalnego czaru, PPA V790 może nie wycisnął z tego materiału esencji duchowości na poziomie „Pasji według św. Mateusza”, ale spokojnie radził sobie z pokazaniem wkładanych przez artystkę emocji. Było krągło, plastycznie i na szczęście idąc za dozowaniem przez divę wokalnej ekspresji raz mocno, a raz delikatnie. Słowem, na ile pozwolił błysnąć mocno skompresowany materiał muzyczny, niemieckie phono spokojnie nadążało za wymogami odtwarzanej muzyki.
Gdy dotarliśmy do finału tego testu, jestem zobligowany wytypować grupę docelową dla Violectrica PPA V790. Myślicie, że będę lawirował? Nic z tych rzeczy, gdyż temat jest bardzo prosty. Moim zdaniem jedynymi, którzy mogą mieć jakieś „ale” co do naszego bohatera, to wielbiciele konstrukcji lampowych. Niestety 790-ka nie rozwibruje dźwięku, a tak naprawdę nie tchnie weń tylu harmonicznych – złośliwcy twierdzą, że również szkodliwych zniekształceń, jakich by sobie życzyli. Za to znakomicie realizując podstawowe zadania tego typu konstrukcji bez problemu poradzi sobie z praktycznie każdym materiałem. Nie ma znaczenia jakim, gdyż potrafi nie tylko uderzyć dźwiękiem, ale również fajnie go zawiesić i nadać mu emocji, co notabene chyba dość dokładnie opisałem na konkretnych przykładach. Zatem jeśli szukacie konkretnego działania we wzmocnieniu delikatnego sygnału z wkładki gramofonowej i do tego w pozytywnym tego słowa znaczeniu „wielofunkcyjny kombajn”, nie ma co deliberować, tylko zalecam kontakt się z dystrybutorem. Ożenku nie gwarantuję, jednak fajnie spędzony przy muzyce czas jak najbardziej.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
Dystrybucja: MiP
Producent: Violectric
Cena: 19 220 PLN
Dane techniczne
• Wejścia: 3 pary XLR; 3 pary RCA
• Maks. napięcie wejściowe: -7/-37 dBu @ 30/60 dB Gain
• CMRR: > 90 / > 80 dB @ 100 Hz / 15 kHz
• Impedancja wejściowa: 10, 25, 50, 100, 250, 500, 1000 Ω, 47kΩ
• Pojemność wejściowa: 22, 47, 100, 150, 220, 330, 470, 1000 pF
• Gain: 30, 36, 42, 48, 54, 60, 66 dB
• Rodzaje EQ: RIAA 500R-13,7 / NAB 500B-16 / LP Columbia 500C-16
• Bezwzględne odchylenie filtra: < +/- 0,1 dB
• Różnica faz (L < > R): < 0,5 0 (RIAA)
• IEC Lo-Cut: 20 Hz / 6 dB na oktawę
• Pasmo przenoszenia (Flat): < 3 Hz … 85 / 60 kHz @ wzmocnienie 30 / 60 dB
• Szum eIN (Ri = 0 Ω): -132/-143 dB @ 30/60 dB wzmocnienia
• Szum eIN (Ri = 1kΩ): -128/-131 dB @ 30/60 dB wzmocnienia
• THD (@ 1 kHz, wejście -30 / -60 dBu): -106 / -88 dB @ wzmocnienie 30 / 60 dB
• Przesłuch (L > R / R > L): < -100 / < -90 dB @ 1/15 kHz
• Wyjścia, stereo: para XLR; para RCA
• Maks. poziom wyjściowy: +18 RCA/ +24 dBu XLR
• Impedancja wyjściowa: < 1 Ω
• Wymiary (S x W x G): 290 x 90 x 250 mm
Po monachijskim High Endzie, na którym w ucho i oko wpadły nam przynajmniej dwa systemy, w których można było usłyszeć japońską elektronikę Soulnote sprawa była jasna – wracamy i działamy. No i zadziałaliśmy. W dodatku jak to mamy w zwyczaju zrobiliśmy to po przysłowiowej bandzie ściągając na testy (niemalże) wszystko, co Soulnote ma najlepszego w swym portfolio, czyli … odtwarzacz SACD/CD S-3 SE, zegar X-3 SE, przedwzmacniacz liniowy P-3 SE i monobloki M-3 SE.
cdn. …
Obserwując w Internecie już kilkudniowy szum o tematyce audio, nie trzeba być omnibusem, aby zorientować się, iż interesująca każdego z nas, od lat najważniejsza tego typu w Europie impreza niestety jest za nami. Łatwo to zauważyć, bowiem wszyscy – nawet ci, którzy nie byli na niej osobiście, dwoją się i troją, aby na ile to możliwe, pamięć po niej zbyt szybko nie wygasła. To źle? Nic z tych rzeczy, przecież takie przedsięwzięcia są solą naszej zabawy i jeśli się odbywają, dobrze jest, gdy echo po nich rozbrzmiewa jak najdłużej. O czym mowa? Oczywiście o tegorocznej, monachijskiej wystawie High End 2023, po odwiedzeniu której zaraz po relacji Marcina przyszedł czas na podzielenie się z Wami własnymi refleksjami o zaliczonych prezentacjach. Nie będą to jakieś determinujące być albo nie być jakiegokolwiek zestawu przemyślenia, tylko luźne sprawozdania z zastanej w kilku pokojach sytuacji. Jak to zwykle bywa sytuacji na wskroś przypadkowej, przez to często obciążonej problemami natury repertuarowej, jednak nie oszukujmy się, pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i jeśli mówiąc młodzieżowym żargonem w danym momencie „coś nie pykło”, nie mój problem. Ale jak wspominałem, moja opinia jest jedynie spojrzeniem jednym z miliona i chcąc być fair w stosunku do wszystkich wystawców, zalecam brać ją z lekkim przymrużeniem oka. To jak, przygotowani? Jeśli tak, zatem wszystkich pragnących zobaczyć i usłyszeć wystawę moim okiem i uchem, naturalnie będących w stanie poświęcić kilkanaście minut na ostatnimi czasy niemodne przeczytanie tekstu, zapraszam na serię poniższych, mam nadzieję, że ciekawie opisujących brzmienie odwiedzanego zestawu akapitów z muzyką w tle. Zanim rozpocznę, jeszcze jedna uwaga. Z racji mnogości nie tylko komponentów audio, ale również zgromadzonych w jednym pokoju producentów, w swoich refleksjach nie będę dokonywał drobiazgowej wyliczanki, tylko posłużę się nazwami głównych graczy. Zapewniam, to wystarczy, aby zorientować się, o czym będę rozprawiał.
1. hORNS, David Laboga Custom Audio
Mniemam, że tych marek nikomu z bywalców naszego portalu nie trzeba przedstawiać. To rodzimi producenci, którzy w tym roku postanowili wystąpić w teorii skromnym, jednak dla mnie znakomicie wypadającym duecie. W tym pokoju bywam prawie zawsze, jednak ostatnio oferowany dźwięk z jakiś powodów nie rzucał na kolana. Przyczyn zapewne było wiele i raczej nie podejmuję się dociekać, co dawniej się nie spinało, jednak cieszy fakt, że ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu tym razem jako pierwszy zaliczony podczas tej wystawy, dla mnie stały punkt odwiedzin wreszcie zagrał bardzo dobrze. Była barwa, esencja i energia, a wszystko okraszone nienachalnym efektem tubowego ogniskowania źródeł pozornych. Nic tylko zmieniać repertuar, co podczas mojej kilkunastominutowej wizyty z niekłamaną przyjemnością czyniliśmy. A trzeba pamiętać, że prezentacja odbywała się w niewielkiej sali i do tego w znakomitej większości oszklonej. Jednak jak widać na załączonym obrazku, jak się chce ogarnąć nawet tak trudne warunki, to może nie bez problemu, ale jednak się da. Receptura na dobry dźwięk w tym roku okazała się nader prosta. Trochę ustrojów akustycznych, prosty odtwarzacz CD z lampami na pokładzie, lampowe wzmocnienie, barwne kable i dalekie od ofensywności kolumny tubowe. Brawo Wy.
2. Kharma
Przyznam szczerze, że to jest jeden z trzech producentów kolumn, jakie w głównej mierze kreowały mój grafik wizyt. Tytułowa Kharma od zawsze w wielu kwestiach nie pozostawia jeńców. Jednak pisząc frazę „w wielu” z premedytacją zasugerowałem często wytykane temu brandowi co najmniej kontrowersyjne aspekty, z których najważniejszym i tak naprawdę chyba jedynym jest wyrazista oferta brzmienia. To zawsze jest jazda bez trzymanki, z tą tylko różnicą, że w zależności od wystawianego w danym roku modelu i towarzyszącej elektroniki mniej lub bardziej kontrowersyjna. Chodzi oczywiście o zbyt lekkie traktowanie zakresów średniotonowego i wyższego basu, co skutkuje dryfowaniem dźwięku w stronę analityczności. Owszem, jest szybki, transparentny i bezpośredni, niestety na dłuższą metę męczący. Trochę szkoda, że w tym roku prezentowany model stał niżej w hierarchii, przez co zrezygnowano z diamentowych przetworników, gdyż to powodowało, że gdy konfiguracja z poprzedniej wystawy mimo zbytniej lekkości podania, ale za to ze świetną czystością była naprawdę bardzo ciekawa, to tegoroczny popis był lekko bolesny. Krzaczasty na górze i bez odpowiedniego uderzenia energią. Nie wiem, czy to kwestia towarzyszącej, nieco innej elektroniki, czy okablowania, ale jedno jest pewne, występ AD 2023 to nie moja bajka.
3. Fono Acustica
Tutaj co prawda mamy do czynienia nazwą wystawcy, jednak jak unaoczniają fotografie, po raz kolejny przyjrzymy się kolumnom Kharma. Tym razem w odróżnieniu od poprzedniego występu sekcją wzmocnienia zajęła się znana mi marka Robert Koda. Co mogę powiedzieć na temat tego seta? Cóż, nie wiem, co się stało. To już wolałem poprzedni występ, gdyż nosił znamiona pewnego rodzaju radości prezentacji. Zbyt lekkiej, nieco natarczywej, jednak jakiejś. Tymczasem po wejściu do tego pokoju przywitała mnie ogólna kotara, ściśnięcie i brak choćby akceptowalnej dynamiki przecież generowanego przez wielkie kolumny i znakomity system dźwięku. Gdybym miał ocenić usłyszany spektakl, biorąc pod uwagę potencjał wykorzystanych komponentów napisałbym „dramat”.
4. Engstrom, Marten
Ten pokój w teorii sygnował producent elektroniki lampowej, znany u nas od kilku lat szwedzki Engstrom. Jednak jak od kilku przed wystawowych dni wieść gminna niosła, tak naprawdę dla wielu odwiedzających głównym punktem programu były pachnące jeszcze nowością kolumny Marten Mingus Septet. Jaki był soniczny efekt rodzimego tandemu? Chyba nikogo nie zdziwi fakt typowości dla prezentacji z dobrze zaaplikowanymi lampami elektronowymi w trzewiach sekcji wzmacniającej. Miękko i soczyście, z dobrym zejściem, ale bez dwóch zdań zawsze pod dobrą kontrolą. A to nie koniec, gdyż uzupełniając wyliczankę nie mogę zapomnieć o fajnej plastyce i dźwięczności przyjemnie rozwibrowanego dźwięku. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, bez względu na poziom głośności i repertuar, przekaz zawsze cechowało przyjemne niewymuszenie podania. Z dobrym drivem, ale bez cech natarczywości. Po prostu tak jak przez lata nauczył nas Engstrom.
5. Marten, MSB, TechDAS, DS Audio
Jak widać po kolejności wyliczanki, mimo mocnego rozbudowania elektronicznego konglomeratu w tej sali była to firmowa prezentacja kolumn Martena. Tak tak, tego samego modelu co w Engstrom-ie, jednak tym razem z krzemem w roli tworzenia sygnału audio. Czym zaskoczyli mnie wystawcy? Nie wiem, czy zaskoczyli, po prostu pokazali łatwość akomodacji zespołów głośnikowych z różną elektroniką. Naturalnie wynik brzmieniowy był inny niż w tandemie ze szwedzkim wzmocnieniem z lampami próżniowymi, niemniej jednak równie znakomity. Dźwięk był nieco twardszy, ale nie kanciasty. Mniej rozwibrowany, a mimo to pełen przyjemnie podanych informacji. Za to epatujący większą, bardziej zebraną w sobie, dzięki czemu żywiej pulsującą energią. A najciekawsze w tym wszystkim był fakt, że mimo stacjonowania w pokoju kultowego gramofonu i zestawu optycznej wkładki gramofonowej z dedykowanym phono spod znaku DS Audio, przez cały czas mojej wizyty muzyka leciała z plików. To co wydarzyłoby się, gdyby wystawca dopuścił do głosu gramofon? Spokojnie, to pytanie retoryczne. Wszyscy wiemy, co by się stało. Oczywiście to, co tygrysy lubią najbardziej.
6. MSB, Marten
Tutaj podobnie do Engstrom-a. W teorii wystawiał się przedstawiciel słynnej doliny krzemowej, produkujący elektronikę brand MSB, jednak to co się wydarzyło, nie miałoby miejsca, gdyby nie kolumny. W czym rzecz? Nie od dzisiaj wiadomo, że elektronika spod znaku MSB jest bezwzględna. Wyrazista, energetyczna i precyzyjna w pokazaniu dosłownie każdego, choćby najdrobniejszego niuansu dźwięku, dlatego aby nie zmarnować jej potencjału, bardzo ważnym jest umiejętna konfiguracja. Czy to kolumny, towarzyszący systemowi zestaw okablowania tudzież adaptacja akustyczna, nawet najdrobniejsze potknięcie jest w stanie zniweczyć drzemiący w tym sprzęcie dar. Dla jednych ciężki do okiełznania, dla innych właśnie z tego powodu bardzo intrygujący, ale bezwarunkowo będący jej najważniejszym atutem. I właśnie owa, dla wielu problematyczna, na szczęście dla profesjonalistów tylko pozorna trudność konfiguracyjna wespół z wystawową kubaturą sali, zastosowanym okablowaniem i znakomitymi kolumnami Marten-a w moim odczuciu dały brzmienie wystawy. Gdy prześledzicie moje relacje z podobnych przedsięwzięć, okaże się, że unikam tego typu jednoznacznych wyznań. Jednakże tym razem bazując na zjawiskowym odbiorze całości prezentacji postanowiłem odejść od dotychczasowych standardów. A tak naprawdę powodem takiego zachowania był przywoływany w jednym z pierwszych akapitów, ustalony w duchu sparing trzech ikon segmentu produkcji kolumn. Co prawda ogłaszanie zwycięzcy już po prezentacji drugiego zawodnika a przed ukazaniem się oceny ostatniego sparingpartnera brutalnie studzi dalsze napięcie tego jakościowego porównania, ale myślę, że nie do końca, gdyż dla zrozumienia werdyktu mimo wszystko istotnym jest poznanie wszystkich za i przeciw, o czym przekonacie się nieco później. Co takiego pokazał tytułowy zestaw? Powiem tak. Być może mój odbiór mocno warunkowało zastosowanie identycznego jak w moich Gauderach Berlina RC-11 zestawu średnio-wysokotonowego opartego o głośniki diamentowe i porcelanę, ale nie oszukujmy się, taki set przetworników jest obecnie stosowanym jedynie w najlepszych konstrukcjach, przez to uważanym za topowe rozwiązanie i jeśli jest dobrze zaaplikowane, nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia z fenomenem. Tak też było w przypadku zestawu MSB/Marten. Ze zrozumiałych względów wykorzystania innych przetworników basowych niż u mnie (ja mam aluminiowe, a tutaj jest najnowsza kanapka Accutona) z nieco innym akcentem projekcji niskich rejestrów – nieco grubsza kreska krawędzi dźwięku, ale góra i środek pasma to majstersztyk. Lekkość podania, nienachalna, wyłaniająca się ze smolistego tła prezentacja najdrobniejszych artefaktów zapisanych na płycie i daleka od narzucania się, a przez to wciągająca do słuchania motoryka dźwięku dosłownie i w przenośni przeniosły mnie do mojego pokoju. Po odsłuchu streamera Wadax-a u warszawskiego dystrybutora wiedziałem, że Marteny to potrafią, jednak nie sądziłem, że w takim tonie potrafi się odnaleźć uważana za bezduszną amerykańska elektronika. Morał? Banalny, bo kolejny raz utwierdzający mnie w przekonaniu, iż nigdy nie powinno się mówić nigdy – oczywiście piję tutaj do często odsądzanego od czci i wiary MSB.
7. Thrax
Jak było u Thrax-a? Chciałoby się powiedzieć – „jak zwykle, czyli dobrze”, jednak taki przekaz zrozumieliby jedynie melomani znający tę markę. Dlatego spiesząc z wyjaśnieniami z przyjemnością informuję, iż z jednej strony dzięki wyrazistym, kreślącym byty ostrą kreską kolumnom bardzo transparentny, a z drugiej jako feedback zastosowania w torze wielu lamp elektronowych, choć już w samych 100W monoblokach „siedziały trany” – był to bardzo koherentny pokaz. Bez zbędnego nudzenia zbytnią słodkością, tylko mocne uderzenie zestawionych w jedną całość monitorów z dedykowanymi modułami basowymi z elementami fajnej barwy i lotności. Nic, tylko siedzieć i słuchać. I to nie byle czego, tylko w zależności od materiału raz dużego i agresywnego, a innym razem pełnego intymności pomysłu na muzykę.
8. Estelon
Nie wiem, czy wszyscy są zorientowani, ale ten producent za sprawą krakowskiego Nautilusa jesienią ponownie pojawił się na naszym rynku. To jak widać gołym okiem, są bardzo designerskie zespoły głośnikowe. Jednak istotą bytu tego podmiotu nie jest li tylko sam wygląd, ale również znakomita korelacja aparycji z jakością oferowanego brzmienia. Swobodne, pełne esencji i dynamiczne, co pewnie wielu z Was wyczytało z mojej relacji z jesiennej wystawy w Warszawie. Oczywiście jako dobre otwarcie współpracy wówczas na pokaz przyjechały modele flagowe, dlatego wynik nie był jakimś specjalnym zaskoczeniem. Co innego obecnie przybliżany występ w Monachium, którego tematem była nowość Estelon Aura. Kolumny wykonano z termicznie formowanego kompozytu i wyposażono przetworniki od Scan-Speaka i SB Acoustics. Ciekawostką tego modelu przy symetrycznej aplikacji sekcji średnio-wysokotonowej w górnej części bryły, jest skierowanie basowca w podłogę poprzez specjalnie wyprofilowaną, umożliwiającą bezinwazyjne promieniowanie energii we wszystkich kierunkach podstawę. Jak to brzmiało? Zaskakująco ciekawie. Dlaczego zaskakująco? Sprawa rozbija się o elektronikę współpracującą w postaci dCS-a i Moona, które nie zawsze udaje się okiełznać, aby uzyskać fajny przekaz. Na szczęście konfiguracja się udała, gdyż pokazała ważną dla mnie pewnego rodzaju twardość pełnego energii dźwięku. Nie lubię nudnego zmiękczania muzyki, tylko dobrze osadzone w barwie i masie konkrety. A te były bardzo dobre. Może nie na poziomie ponad miliona złotych za flagowca, ale jak na planowane niecałe 100 tysięcy za Aurę baaardzo intrygujące.
9. ESD Acoustics
Chyba nie tylko ja zauważyłem, że panowie z ESD Acoustics poszaleli. Ściana zawiadującej całością zestawu elektroniki – jedynie Bóg raczy wiedzieć, co do czego służy i monstrualne kolumny tubowe. Jednak nie mniejsze lub większe kapelusze, tylko dwa leje po ruskich Kindżałach i w sumie kilkanaście drobnych lejków po Irańskich dronach. Fotografie tego nie oddają, ale gdy zaciekawiony takim cudem lekko się do niego zbliżyłem, zrozumiałem, że mój wydawałoby się wielki konglomerat generujący muzykę – wielkie kolumny i końcówka mocy – to pikuś przy ESD. Kolejny raz okazało się, że idąc za klasyk