Monthly Archives: grudzień 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Wykonawca:  Kapela Hanki Wójciak
Tytuł:  „Zasłona”
Gatunek:  Folk
Dystrybucja:  Wydawnictwo Kompania Muzyczna Las

Tym razem recenzja będzie nietypowa, gdyż dotycząca materiału dostarczonego na … klasycznym test pressie, czyli przyozdobionym białym labelem próbnym tłoczeniu mającym zweryfikować jakość dźwięku przed finalnym rozpoczęciem produkcji. Oczywiście w trakcie odsłuchów, dzięki uprzejmości Artystów, opisywany materiał dotarł do mnie również w postaci cyfrowej, lecz biorąc pod uwagę zarówno popularność czarnych krążków, jak i wynikającą z ich fizyczności i specyfiki odtwarzania może nie tyle niemożność, co dalekie od ergonomii odsłuchiwanie pojedynczych tracków, czy programowanie niewymagających wstawania z kanapy kilkugodzinnych playlist (nie dotyczy posiadaczy oldschoolowych Wurlitzerów) skupiać się będę właśnie na tymże nośniku. Czemu? Bo nie dość, że analogowe – powszechnie a przy tym błędnie uznawane za generator szumów i trzasków, źródło dźwięku cenię znacznie wyżej aniżeli wszelakiej maści plikograje to i możliwość odsłuchu normalnie – w powszechnym obrocie, niedostępnego egzemplarza dodatkowo rozbudziła moją ciekawość.

A nad czym przyszło mi tym razem się pastwić? Nad drugim, po „Znachorce” albumie Kapeli Hanki Wójciak o dość enigmatycznym i jak z treści wiadomego utworu wynika również dwuznacznym tytule … „Zasłona”. Od razu uczciwie się przyznam, iż o istnieniu powyższej formacji, jak i jej dokonaniach artystyczno – fonograficznych do momentu otrzymania niniejszego materiału nie wiedziałem absolutnie niczego a na krajową scenę folkową zerkałem nad wyraz sporadycznie i to głównie przez pryzmat twórczości zespołu Percival Schuttenbach, zdecydowanie częściej zapuszczając się w skandynawskie i szkockie klimaty. Krótko mówiąc przysłowiowe „carte blanche” z tą tylko różnicą, iż otrzymując kruczoczarny krążek usłyszałem, iż sprawczynią całego zamieszania jest najprawdziwsza – z krwi i kości, Góralka – Hanka Wójciak, więc …, ale nic więcej nikt nie powie, żeby przypadkiem nie wpłynąć na mój osąd.
Nie uprzedzając jednak faktów i nie psując niespodzianki aluzja o połączeniu rodzimego folkloru z góralską estetyką nieco jednak wpłynęła na moje oczekiwania i … całe szczęście nie spełniły się one nawet w kilku promilach, gdyż zamiast cepelii w stylu Trebuniów, czy Golców w otwierającej album „Pieśni powitalnej” słychać nuty, jakich nie powstydziłaby się sama Loreena McKennitt, czy Candice Night z Blackmore’s Night. Całość podana jest jednak w niższej, bardziej zmysłowej tonacji i oczywiście okraszona naszą – słowiańską melodyką. Krótko mówiąc jest swojsko, ale nie w przaśnym tego słowa znaczeniu, tylko tak, jak w powinniśmy czuć się u siebie w domu, swobodnie, komfortowo, mówiąc to co myślimy szczerze, czasem wręcz do bólu. Bowiem teksty Wójciak poruszają tematykę codziennego życia, nieuchronności śmierci, relacji damsko-męskich i czynią to w sposób niezwykle przystępny na zasadzie co z oczu to z serca, z zaraźliwą przekorą i nieco sarkastycznym poczuciem humoru.

Warstwa muzyczna również nie rozczarowuje. Zróżnicowane i wcale nieoczywiste instrumentarium wśród którego oprócz skrzypiec i kontrabasu usłyszymy gitary bozouki, kalimbę oraz harmoszkę nie pozwalają na nudę. Podobnie jest z melodiami, gdyż w ucho najszybciej wpada trafnie wybrany jako promujący album utwór „Ja”, który z jednej strony daje świetną próbkę możliwości talentu tekściarskiego Artystki, jak i kunsztu aranżacyjnego formacji, gdyż zmienne tempa, wieloplanowość, chórki i niebanalna warstwa liryczna bardzo pozytywnie wyróżnia się na tle plastikowej miałkości radiowych pseudo przebojów. Podobnie jest z „Tańcem”, gdzie iście bałkańska, czy wręcz orientalna ornamentyka nie pozwala nawet na chwilową dekoncentrację – skupia naszą uwagę i z powodzeniem utrzymuje ten stan od pierwszej do ostatniej nuty. Skojarzenia z Ofra Hazą? W tym momencie są jak najbardziej na miejscu. Następne w kolejności, śpiewane gwarą „Gody” poruszają za to naszą słowiańsko-góralską wrażliwość, gdzie do pełni szczęścia w zupełności nam wystarcza piękny kobiecy wokal i odzywające się od czasu do czasu skrzypce (Dawid Czernik). Nie ma jednak co się rozczulać, bo już odzywa się skoczny utrzymany w estetyce gypsy „Czarodziej”, który wydaje się być świetną zapowiedzią do „Paris, o mon amour”, gdzie z kolei skojarzenia muzyczne kierują moje myśli ku twórczości Zaz, z tą tylko różnicą, że Wójciak operuje zdecydowanie gładszym, bardziej jedwabistym wokalem. Jednym słowem wielce eklektyczny to materiał, w który większość z nas powinna naleźć coś dla siebie.

A jak mają się zagadnienia okołoaudiofilskie, czyli zarówno jakość realizacji, jak i dźwięku? Płyta LP gra z zauważalnie większą dynamiką i lepszą trójwymiarowością od swojego cyfrowego odpowiednika. Jedynie w momencie bardziej intensywnych, operujących w górze pasma dźwięków odzywa się lekka granulacja i kompresja. Na cyfrze tego nie słychać, bo i energia jest tam zdecydowanie słabsza. Całość wypada jednak całkiem przekonywająco z sugestywnie zaakcentowanym pierwszym planem, nieabsorbującymi sybilantami i stabilnymi źródłami pozornymi. A czemu piszę o różnicach pomiędzy cyfrą i analogiem? Piszę, gdyż o ile za mix i mastering do wydania CD odpowiada Bartek Magdoń, to już nad analogiem „siedział” Paweł 'Bemol’ Ładniak, więc i efekt finalny jest inny. W obu jednak przypadkach, jeśli czegokolwiek mógłbym sobie życzyć, to zdecydowanie większej ilości powietrza i oddechu na górze, ale nie takiego sztucznego – „wyczarowanego” na stole podczas masteringu, ale prawdziwego – uchwyconego podczas nagrania. Oczywiście w samochodzie, czy kuchennym boomboxie i tak i tak tego nie usłyszymy, ale siadając wieczorem z lampką Primitivo di Manduria, bądź słomkowego torfowego destylatu z Islay i włączając „Zasłonę” chciałoby się w pełni wykorzystać drzemiący w niej potencjał. A skoro owego oddechu na górze nie ma to summa summarum jest „tylko” dobrze.

Marcin Olszewski

Lista utworów:
1. Pieśń powitalna
2. Jak dwa Michały
3. Ja
4. Taniec
5. Gody
6. Czarodziej
7. Niebo
8. Wenus – cud
9. Paris, o mon amour
10. Za-słona
11. Nie ma piękniejszej chwili

bonus tracks:

12. Mąż
13. Słabość

Skład zespołu:

Hanka Wójciak – śpiew, harmoszka
Tomasz Czaderski – instrumenty perkusyjne
Jacek Długosz – gitary bouzouki (4,8,12), kalimba (7)
Mateusz Frankiewicz – kontrabas
Tomasz Pawlak – skrzypce
Andrzej Zagajewski – mandola

gościnnie:
Alicja Gac – chórki (11)
Dawid Czernik – skrzypce (5)
Michał Pamuła – perkusja (3,6,11)

  1. Soundrebels.com
  2. >

Po pięciu latach od premiery referencyjnych A-klasowych monobloków oznaczonych symbolem A-200 Accuphase powraca z następcą. Konstrukcję monofonicznego wzmacniacza mocy A-250 zaczerpnięto z poprzednim modelu, dokonano tu jednak gruntownych modyfikacji, dzięki czemu poprawiono parametry mające istotny wpływ na brzmienie. Projektanci podkreślają, że najnowsze monobloki to najbardziej zaawansowany pod względem osiągów i wydajności wzmacniacz w historii japońskiej firmy. Są oni szczególnie dumni z ekstremalnie niskich szumów własnych oraz monstrualnego współczynnika tłumienia. To właśnie dzięki temu ostatniemu monobloki zapewniają wzorcową kontrolę praktycznie dowolnych zestawów głośnikowych, co nie jest takie oczywiste w przypadku większości wzmacniaczy w czystej klasie A. Tutaj cel jest wyraźny: zapewnić A-klasowym A-250 miejsce w panteonie najlepszych wzmacniaczy mocy w historii techniki audio. Czyżbyśmy byli świadkami narodzin legendy?

Od strony konstrukcyjnej A-250 to „wzmacniające” dzieło sztuki. Dwa rozmieszczone symetrycznie stopnie końcowe pracują w konfiguracji równoległej, dostarczając mocy ciągłej 100 W dla obciążenia 8 Ω i… aż 800 W dla 1 Ω. W tym miejscu trzeba wspomnieć, że to tylko wielkości katalogowe, gdyż rzeczywiste wynoszą odpowiednio: 191 i 1009. W czystej klasie A. A-200 miał tak samo, tylko że tutaj clou jest gdzie indziej – w poziomie szumów własnych, niższym o 20 %. Dzięki temu stosunek S/N wynosi 127 dB przy maksymalnym poziomie wysterowania. Odpowiada za to zmodyfikowany stopień wejściowy, składający się dwóch równoległych, w pełni zbalansowanych układów sterujących w układzie wzmacniacza instrumentacyjnego. Umieszczono je bezpośrednio przy złączach, bez przewodów doprowadzających sygnał, co pozwoliło na redukcję strat i szumu na wejściu aż o 70 %.
W rezultacie A-250 ma najniższy poziomem S/N w historii wzmacniaczy mocy japońskiego producenta. A co do wspomnianego współczynnika tłumienia, producent podaje oficjalnie 1000, natomiast rzeczywista zmierzona wartość wynosi aż 1400, czyli o 27 % więcej niż w A-200. Jest to wynik obniżenia o połowę impedancji na wyjściu całego układu dzięki zastosowaniu tzw. zdalnej detekcji symetrycznej, czyli poboru sygnału negatywnego sprzężenia zwrotnego bezpośrednio przy zaciskach głośnikowych – dodatnim jak i ujemnym. Dzięki temu zmniejszeniu uległy także zniekształcenia harmonicznych i intermodulacyjne. Do obniżenia impedancji przyczyniły się także układy zabezpieczające głośników, przyjmujące postać bezstykowych elektronicznych modułów zbudowanych na tranzystorach MOS-FET, uzupełnionych zworami przyjmującymi postać pozłacanych sztabek z grubymi cewkami o przekroju prostokątnym. Te ostatnie nawinięto tak, że zwoje przylegają do siebie dłuższymi krawędziami.
W A-250 poprawiono również wyświetlacz: moc jest pokazywana niezależnie od obciążenia i 40-punktowy wskaźnik napięcia na wyjściu. Ten pierwszy został jednak wyposażony w automatyczną kalibrację zakresu, a drugi – pogrubiony w celu poprawy czytelności. A jeśli potrzebna będzie jeszcze większa moc, dwa monobloki A-250 można zmostkować.

Cena wzmacniacza wynosi 99 000 zł za sztukę.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Panele akustyczne Artnovion

Każdy audiofil lub meloman mający choćby blade pojęcie o odpowiednim przygotowaniu pokoju do słuchania muzyki znakomicie zdaje sobie sprawę, iż adaptacja akustyczna wygospodarowanej do wspomnianego celu kubatury jest jednym z bardzo ważnych, jeśli nie najważniejszym elementem precyzyjnej układanki zwanej “audiofilską nirwaną”. Naturalnie w jej skład wchodzi również sam system audio, ale elementarz profesjonalnego przygotowania się do odbioru piękna tworów muzycznych mówi, że owszem, poprawnie skonfigurowany system jest w stanie pokazać się nam z bardzo dobrej strony, ale tylko przy wsparciu odpowiednio przygotowanego do tego celu pomieszczenia będzie mógł wzbić się na maksimum swoich możliwości. I wiecie co? O wadze wyartykułowanych, pisanych jednym tchem formułek od dawien dawna i ja znakomicie zdawałem sobie sprawę, ale od zawsze do tego tematu delikatnie zniechęcała mnie jedna, no może dwie rzeczy. Jakie? O nie. Nie tak szybko. O tym w dalszej części tekstu, który w dzisiejszej odsłonie dotyczyć będzie zastosowania w moim music-roomie portugalskich paneli akustycznych Artnovion, a dokładnie mówiąc swoistego pakietu w skład którego wchodzą: absorbery Sahara W, Siena W, dyfuzory Lugano i regulowane na konkretne częstotliwości bass-trapy Eiger Tuneable Bass Trap. Ważnym dla potencjalnych zainteresowanych aspektem tej rozprawy będzie zapewne informacja, iż dystrybucją rzeczonych komponentów akustycznych na naszym rynku zajmuje się stacjonujący w Łodzi CORE trends.

Przybliżając temat wspomnianych atrybutów domowego akustyka nie wgryzę się w najdrobniejsze szczególiki typu skład chemiczny materiału wykorzystywanego do produkcji poszczególnych komponentów, czy obsługiwanych częstotliwości (to każdy zainteresowany znajdzie na stronie dystrybutora), tylko w miarę prostym językiem postaram się przekazać zebrane w procesie kontaktu organoleptycznego informacje. Rozpoczynając opis jestem zobligowany poinformować, że praktycznie każdy z prezentowanych produktów występuje w bardzo bogatej plecie kolorystycznej, a to co docelowo wylądowało u mnie, z jednej strony było konsekwencją wyborów wymuszonych spójnością z wykończonym w danej stylistyce domem, a z drugiej zaś, dla ożywienia prezentowanych w każdej recenzji fotografii (tylne dyfuzory Sahara). Przybliżając zatem przytoczone w nawiasie absorbery Sahara zeznam, iż jest to pokryty w wysokim połysku grubą warstwą kolorowego tworzywa motyw pustynnego piasku z odpowiednio zaimplementowanymi w każdym zagłębieniu różnorodnymi rozmiarowo owalnymi otworami. Same otwory zaślepiono materiałem, a na jego jak gdyby plecach naklejono poprzeczne pasy odpowiedniej gęstości gąbki.
Temat stojących przy bocznych ścianach pokoju absorberów Siena od strony technicznej wygląda podobnie, z tą tylko różnicą, że powierzchnią pracującą są pionowe, o różnych szerokościach, szczebelki. Przechodząc do kolejnego punktu programu pragnę zeznać, iż sprawa wyprodukowania dyfuzorów Lugano nie zamyka się tylko w zwykłym wycięciu będących wariacją stadionów sportowych owalnych zagłębień, lecz każdy z nich ma różną głębokość. Ostatnim elementem akustycznej układanki jaki chciałem Wam przybliżyć, są bardzo ważne dla większości budowanych obecnie lokali mieszkalnych bass-trapy Eiger. Te zastosowane u mnie są co prawda narożne, ale ich schludne wykończenie sprawia, iż przy odpowiednio przemyślanym montażu dało się je zastosować w środku jedynej wolnej od bibelotów i konstrukcyjnych niuansów pokoju ścianie. I tutaj ciekawostka. W ofercie Artnovion znajdziemy również wersję szerokopasmowego pochłaniania najniższego zakresu częstotliwościowego, ale z uwagi na fakt moich problemów z bardzo konkretną częstotliwością za sprawą odmiany Tuneable zdecydowałem się na wytoczenie armat w najbardziej doskwierające mi pasmo (w moim przypadku mówimy o 67-69 Hz). Jak zbudowany jest Eiger? Fotki jednoznacznie zdradzają, że mamy do czynienia z docelowo obliczoną pojemnością wyłapujących odpowiednie fale skrzynek, na które nakładamy wypukłe, wykonane z cienkich żeberek, również dokładające swoje trzy grosze w procesie walki ze szkodliwymi rezonansami ażurowe atrapy. Ale myliłby się ten, kto pomyśli, że sam sobie coś takiego wystruga, gdyż clou programu tego modelu pułapki basowej jest odpowiednie uformowanie znajdujących się wewnątrz komór pozwalających płynnie zmieniać zakres ich pracy. Tak tak, przesuwając widniejący na czarnym aksamicie „dynks” jesteśmy w stanie punktowo zmierzyć się z konkretnym szkodliwym pikiem. Wieńczącym całość pakietu informacji, bardzo dla mnie ważnym aspektem natury aplikacji wymienionych w tekście podzespołów tematem jest możliwość mobilnej aplikacji większości z nich na zaprojektowanych do tego celu, po kilku miesiącach użytkowania mogę stwierdzić, że bardzo stabilnych podstawach. Tak pokrótce wygląda będący naszym obiektem zainteresowań oręż w walce z niedogodnościami przystosowywanego do celów zatapiania się w świat muzyki pomieszczenia odsłuchowego. Zapowiada się ciekawie? Jeśli tak, po informacje co sprawiło, że w ogóle zdecydowałem się na taki krok i w jaki sposób na końcowy dźwięk wpłynęły przedstawione w tym akapicie akcesoria, zapraszam do lektury dalszej części tekstu.

Akapit opisujący wpływ akcesoriów Artnovion na użytkowane przeze mnie pomieszczenie muszę rozpocząć od informacji, iż cała ingerencja w posiadaną kubaturę nie była atakiem na występujące w niej wszelkie szkodliwe rezonanse, tylko próbą jak najmniej inwazyjnego ogarnięcia ich w samym sweet-spocie. Dlaczego? Po prostu nie chciałem zmieniać co prawda przeznaczonego jedynie do słuchania muzyki, ale jednak salonu w coś na kształt studia. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że przy odpowiednich środkach pieniężnych wszystko można wykonać na poziomie nie odstającym od jakości wykończenia Zamku Królewskiego, ale najzwyczajniej w świecie nie do końca o to mi chodziło. To nadal miał być salon z bardzo ważnym dla mnie widokiem na ogród, co uwidocznione na załączonych fotografiach przy pomocy portugalskiego designu udało się osiągnąć. Co mam na myśli pisząc o designie oferty producenta z Półwyspu Iberyjskiego? Jak to co? To jest jeden z dwóch wspominanych we wstępniaku powodów skłaniających mnie do jakichkolwiek prób z poprawą akustyki. Dotychczas znani mi producenci oferowali mniej lub bardziej przypominające królującą w czasach komuny w Polsce boazerię, a to bez względu na teoretyczną wspaniałość działania już na starcie eliminowało je z listy nawet potencjalnych dywagacji. Tymczasem Portugalczycy zaproponowali na tyle eleganckie wykończenie, że po zapoznaniu się z oferowaną jakością okres prób zapanowania nad rezonansami pomieszczenia stał się realnym bytem. Co w tym momencie opisu wydaje się być istotne, to fakt wykorzystania kilku wcześniej z premedytacją i świadomie dokonanych i każdorazowo pokrywających się pomiarów, czyli bardzo dobry przebieg krzywej odpowiedzi pokoju na zadany sygnał testowy z jednym, nawet nie tragicznym w skutkach przy cichym słuchaniu, ale jednak pikiem na poziomie 67-69 Hz. I gdy zapraszałem do współpracy ekipę z CORE trends, mówiąc o walce miałem na myśli jedynie ograniczenie wspomnianego podbicia. Jednak panowie z Łodzi będąc wcześniej u mnie kilkukrotnie zdążyli zapoznać się z zastanymi warunkami na tyle dokładnie, że nie poszli na łatwiznę ograniczając się do moich skromnych oczekiwań, tylko kilkoma „gadżetami” postanowili dosłownie wycisnąć z mej samotni ostatnie soki.
Jak myślicie, udało się? Głupie pytanie. Naturalnie, że tak. Postawienie tych dosłownie kilku złożonych z kombinacji absorberów i dyfuzorów stojaków sprawiło, że wirtualna scena muzyczna nabrała wyrazistości, czyli ni mniej ni więcej stała się bardziej czytelna w zakresach szerokości i głębokości przy jednoczesnym urealnieniu się projekcji 3D. Mało tego. Aplikacja bocznych i znajdujących się za sprzętem zestawów spowodowała polepszenie zakresu niskotonowego w domenie konturowości, na co bez postawienia bass-trapów nie liczyłem nawet w najśmielszych snach, a co dostałem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczywiście pchany próżnością skąpca gdy pozostałem z tym zestawem sam na sam, próbowałem oszukiwać się, że to tylko złudzenie optyczne i usunąłem górne panele z bocznych i tylnych zestawów. Niestety efekt dźwiękowy przecież znanego mi na wskroś systemu mówiąc infantylnie na tyle znacząco “zdechł”, że po dosłownie kilku minutach z pochyloną w skrusze głową zdjęte części układanki montowałem na swoje miejsce. Powiem szczerze, dawno nie robiłem czegoś tak pokornie. A to był dopiero pierwszy etap pracy nad akustyką, gdyż czas na pułapki basowe przyszedł dopiero po kilku tygodniach, gdy mój mózg nauczył się pierwszych zmian w propagacji fal dźwiękowych. Jak wyglądał proces walki z basem? Niestety, mój pokój nie ma wolnych narożników. Z przodu jest półokrągły, a występujące z tyłu obarczone nietypowymi zadaniami (jeden jest uzbrojony w drzwi wejściowe, a drugi ubrany w półki dedykowane oczekującemu na recenzje sprzętowi audio) nie pozwoliły na typowy montaż tego typu atrybutów. I gdy temat na miarę wymaganej przeze mnie estetyki wydawał się nierozwiązywalny, zaproponowałem usadowienie skrzynek w centrum tylnej ściany. Oczywiście akceptacja takiego rozwiązania wiązała się z kilkukrotnymi próbami logistycznymi w celach weryfikacji słuchowej i pomiarowymi dla pełnego potwierdzenia efektu. Na szczęście za każdym razem ewidentnie słychać było pozytywny wpływ rzeczonych pułapek i set czterech trapów zagościł na stałe tuż (tak około 1.5 mb) za moimi plecami, punktowo, czyli w ustawieniu na 69 Hz uzupełniając wcześniejszą konfigurację. I tak nastał czas pławienia się w muzyce w może nie w pełni profesjonalnie przygotowanym, czyli złapanym za twarz każdym chadzającym swoimi drogami rezonansem, ale naprawdę bardzo dobrze spisującym się podczas użytkowania pokoju odsłuchowym.

Puentując dzisiejszą około-akustyczną przygodę szczerze namawiam, jeśli to jest możliwe, zatrudnijcie profesjonalistów. Ja co prawda dzięki kilku niezależnym pomiarom mogłem nimi się wesprzeć, ale tylko dlatego, że nie nastawiałem się na w pełną w zakresie całego pokoju adaptację, mogłem pójść nieco na skróty. Po mojej przygodzie może wydawać się, że aplikacja akcesoriów akustycznych jest łatwą czynnością, ale zapewniam, to tylko tak wygląda. Według pomiarów mam bardzo dobrze reagujące na fale dźwiękowe pomieszczenie i być może dlatego wszystko poszło jak z płatka. Jednak z relacji wielu userów for internetowych wiem, że zdecydowana większość z tym tematem ma pod przysłowiową górkę. Dlatego też, jeśli nie chcecie ponieść spektakularnej porażki, zasięgnijcie porad fachowców. Tak, to kosztuje. Ale raz dobrze wydane pieniądze posłużą Wam przez długie lata, a spowodowana własną niewiedzą i zerowym doświadczeniem porażka może skutecznie zniechęcić do pracy nad poprawą warunków odsłuchu nawet najbardziej zatwardziałego audiofila. Dlatego też szczerze zachęcając do akustycznego opanowania swoich samotni lojalnie ostrzegam przed pochopnymi ruchami w ciemno.

Jacek Pazio

Dystrybucja: CORE trends
Ceny:
Artnovion Sahara Doble W – Absorber Rouge – 6 037,20 PLN / 4 szt. (czerwone panele za systemem)
Artnovion Lugano W – Diffuser Gold – 7 421,80 PLN / 6 szt. (złote panele)
Artnovion Siena W – Absorber Blanc – 4 870,20 PLN / 12 szt. (białe panele)
Artnovion Kit Mobile Wall – 2 022,00 PLN / 6 szt. (stojaki)
Artnovion Eiger Tuneable Bass Trap – 1 345,90 PLN / szt. (czerwone pułapki basowe)

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Rok 2017, dzięki warszawskiemu Audio Klanowi, kończymy nie tyle z przytupem, co z potężnym wykopem, gdyż na testy otrzymaliśmy „kompaktowy” (jak na amerykańskie warunki)  zestaw pre + power w składzie Constellation Audio Pictor & Taurus.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Co prawda od 30-ych urodzin miedzi wysokiej czystości minęły już dwa lata, ale jak widać Acrolink lubi celebrować tego typu okazje, czego dowodem jest właśnie dostarczony do naszej redakcji przewód 7N-PC5500 Speziale Edizione.

cdn…

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: AVM V30 & M30

Opinia 1

Gdy po podjęciu decyzji zatwierdzającej test będącego naszym obiektem zainteresowań w dzisiejszym odcinku zestawu pre-power niemieckiego producenta AVM zwyczajowo sięgnąłem do naszych wcześniejszych spotkań z tą marką, po wejściu w historię wspólnych zmagań w mych oczach pojawiło mi się coś na kształt kręcącej się w oku łezki. Dlaczego? Spójrzcie sami, a przekonacie się, iż pierwsze starcie z ofertą tej myśli technicznej miało miejsce w poprzednim, a co za tym idzie z uwagi na niewielkie gabaryty bardzo mocno ograniczającym rozwój posiadanego systemu pomieszczeniu. Czy żałuję przeprowadzki? Naturalnie, że nie, ale jako posiadacz duszy romantyka nie mogłem inaczej niż miłymi wspominkami rozpocząć przyswajania wówczas wyartykułowanych zalet i przywar. A po co w ogóle tam zajrzałem? Otóż, gdy wówczas miałem przyjemność wypowiedzieć się o odtwarzaczu kompaktowym, tym razem ustalony z dystrybutorem test obliguje mnie do zabrania głosu w sprawie zestawu przedwzmacniacza liniowego wespół z końcówkami mocy. Ten set zaś ni mniej ni więcej jest jubileuszowym odświeżeniem pierwszej serii wynoszącej na szczyty producentów audio tytułowego AVM-a, a dokładniej mówiąc komunikującej światu, iż Udo Besser wchodzi do gry. O czym mowa? Panie i panowie w tym recenzenckim starciu pochylimy się nad wykorzystującym trzydziestoletnie doświadczenie konstruktora w dziedzinie budowania komponentów odtwarzających dźwięk zestawem AVM 30, czyli przedwzmacniaczem liniowym V30 i końcówkami mocy M30, którego dystrybucją na naszym rynku zajmuje się Pan Grzegorz Pardubicki (avm-audio.pl).

Tytułowy komplet składa się z trzech części, z czego jedna jest centrum dowodzenia (o tym za moment) zwanym przedwzmacniaczem liniowym, a dwie pozostałe są osobnymi na każdy kanał końcówkami mocy. Obserwując rzeczony zestaw wyraźnie widać, iż na czym jak na czym, ale na bardzo modnym w ostatnim czasie, a przy tym dobrze wpływającym na efekt soniczny komponentów audio aluminium producent nie oszczędzał, gdyż obudowy są prostopadłościanami z owego jasno szarego metalu. Największa, czyli wspomniany przedwzmacniacz liniowy idąc z duchem czasu oprócz podstawowego zadania dozowania sygnału do końcówek mocy dodatkowo oferuje użytkownikowi kilka ciekawych funkcji. Z uwagi na istotność dla wielu melomanów owej funkcjonalności trochę nietypowo opis wyglądu V30-ki rozpocznę od tylnego panelu. A jego oferta jest przebogata i rozpoczynając kreślenie litanii od lewej strony proponuje nam: pohonostage gramofonowy dla wkładek MM i MC wraz zaciskiem uziemienia, sześć wejść liniowych RCA i parę XLR-ów, serię wejść cyfrowych (USB, OPICAL, COAXIAL i port BT), podwojone wyjścia liniowe wraz z przelotką dla subwoofera w standardzie RCA, dwa wyjścia cyfrowe (OPTOCAL, COAXIAL), pojedyncze wyjście liniowe XLR oraz zintegrowany z włącznikiem głównym i gniazdem bezpiecznika terminal sieciowy IEC. Przyznacie, że mamy do czynienia ze wspomnianym kilka linijek wcześniej centrum dowodzenia sygnałami audio we wszelkich protokołach. Opis ścianki frontowej nie będzie już tak owocny w ilość manipulatorów i informować nas będzie jedynie o umieszczonym w jej centrum wyświetlaczu, dobranych w pary na jego obydwu flankach przyciskach funkcyjnych, zlokalizowanych tuż przy bokach dwóch sporej wielkości gałkach sterowniczych całej konstrukcji (z lewej selektor wejść, a z prawej głośność) i znajdującym się całkowicie z prawej strony gnieździe słuchawkowym. Prezentacja końcówek mocy niestety z prozaicznych powodów jedynie wykonywania powierzonego im przez opisywany przed momentem przedwzmacniacz zadania wzmacniania sygnału biegnącego do kolumn będzie jeszcze uboższa niż front V30-ki. Kreśląc info można powiedzieć jedynie, że front jest grubym płatem szczotkowanego aluminium z diodą sygnalizującą pracę w lewym górnym rogu, a o tylnej ściance, iż przyjmuje sygnał liniowy portami RAC i XLR, zadaną moc oddaje przy pomocy podwojonych terminali kolumnowych, dzięki hebelkowemu włącznikowi pozwala zdecydować o samoczynnego załączeniu się końcówek po włączeniu przedwzmacniacza, a sam prąd z sieci trafia do niej za pośrednictwem zintegrowanego jak w poprzednim produkcie włącznika głównego z gniazdem IEC.

Prawdopodobnie nie odkryję Ameryki, gdy rzeknę, iż każda mogąca pochwalić się jubileuszowym exlibrisem konstrukcja jest pewnego rodzaju przypomnieniem dawnych, często będących ważnym punktem zwrotnym danego brandu czasów. Naturalnie za każdym razem konstruktor zobligowany jest zaproponować przynajmniej nieco lepszy dźwięk, ale jak to w życiu bywa, jeden bez specjalnego windowania cen stara się doprowadzić zmiany dźwięku do obecnych oczekiwań melomanów, a drugi urządzając swoiste wyścigi pod płaszczykiem wzbicia się na dotychczas nieosiągalne szczyty przy prawie kosmetycznych ruchach bezpardonowo dodaje kolejne zera do ceny końcowej. Po co wyciągam to na światło dzienne? Otóż właściciel marki AVM z opisywaną dzisiaj jubileuszową serią 30-tek postawił raczej na zdroworozsądkową korektę brzmienia bez pogoni za światowym trendem winszowania sobie za podobne rzeczy furmanki pieniędzy. Ktoś powie: “To co, przepakował w inne obudowy i szlus?”. Niestety pierwowzoru dzisiejszego tandemu nie dane było mi słuchać, ale jedno mogę Wam obiecać na pewno, wszelkie za i przeciw najnowszego wcielenia skreślę najprościej jak tylko się da, a jeśli ktoś z Was miał szczęście zapoznać się z protoplastami V30/M30, będzie miał znakomitą okazję przekonać się, jak ostatnie 30 lat wpłynęło na finalną estetykę fonii nowych konstrukcji.

Co zatem ma do zaoferowania AVM 30? Gdybym miał użyć przybliżającego nam ofertę dźwiękową jubileuszowych trzydziestek porównania, powiedziałbym, że wzmacniana przez tytułowych gości muzyka swoim spokojem nie odbiega od designu samych obudów. Co to oznacza? Nic nadzwyczajnego, tylko idąc tropem spokoju wizualnego dostajemy solidne, naładowane kolorem średnicy i masą niskich rejestrów dystyngowane granie. Nie jesteśmy karmieni ciężkim do okiełznania przez resztę systemu szaleństwem w stylu każdy podzakres żyje swoim życiem z końcowym efektem “łał”, tylko ogólny spokój przecież nieodzownej w życiu człowieka muzyki. Bardzo mocno wpływające na siebie z racji przechodzenia jednych w drugie zakresy nisko i średnio-tonowe idealnie się uzupełniają, a przy tym są ostoją dla unikających wychodzenia przed szereg wysokich tonów. Naturalnie na tle mojej elektroniki było nieco spokojniej, ale nie był to efekt opadającej na kreującą się przed nami scenę muzyczną efekt grubej kotary, tylko delikatnie tonizująca wydarzenia korekta ostrości przekazu. I gdybym w telegraficznym skrócie miał wspomnieć coś o samym sposobie formowania wirtualnego przedstawienia, powiedziałbym, iż w doniesieniu do codziennej referencji wykonuje kroczek w przód, ale nadal szczelnie wypełnia przestrzeń między-kolumnową. Jakieś przykłady płytowe? Proszę. Na pierwszy sparing wybrałem twórczość bałkańskiej piosenkarki Amiry Medunjanin z płytą „Damar”. W tym starciu faworyzowany był dobrze osadzony w barwie i masie głoś artystki, co ze szczególną pieczołowitością podkręcało efekt erotyki śpiewanych przez nią ballad. Naturalną koleją rzeczy oscylowania dźwięku w tendencji grania mocnym wysyceniem i tylko punktowo odzywającymi się wysokimi tonami był efekt dość ciemnej opowieści muzycznej. To jak zawsze w naszej zabawie będzie miało swoich zwolenników i przeciwników, ale znając sporą grupkę osobników homo sapiens spod znaku audiofili jestem skłonny wygenerować tezę, że taka prezentacja znajdzie więcej melomanów romantyków, niż stających w kontrze orędowników szybkości ponad wszystko. Co na koniec relacjonowania efektu odtworzenia tego krążka wydaje się być ciekawe, to temat tak istotnych dla tego regionu Europy fraz gitarowych. Powiem szczerze, trochę się o nie, a dokładniej mówiąc o swobodę ich wybrzmiewania obawiałem, ale przyznam, oprócz minimalnego odejścia od znanego mi z codziennych odtworzeń blasku, finalnie było dobrze. Kolejna batalia o dobry wynik soniczny stoczyła się podczas słuchania produkcji rodzimego jazzmana Bogdana Hołowni w Trio “On The Sunny Side”. Przyglądając się tej pozycji nieco dokładniej trzeba pochwalić ją za oddanie wielkości i dostojności fortepianu, ale zarazem nieco ponarzekać na grający więcej pudłem rezonansowym niż strunami kontrabas, i za zbyt spokojnie wybrzmiewające atrybuty perkusisty. W ogólnym odbiorze całość była bardzo ciekawa, ale zbyt zachowawcza w stosunku do tego, co od niej zawsze oczekuję. I gdy wydawało się, że produkty spod znaku AVM nic więcej z siebie nie wykrzeszą, w sukurs przyszła im produkcja grupy Sons Of Kemet “Burn”. Efekt był taki, że to co wcześniej momentami doskwierało, czyli zbyt dostojnie kreowany przekaz muzyczny, w świecie stawiającym na mocne uderzenia bębniarza i gęste granie gitar okazywało się niezastąpionym dobrem. Owszem, ta muza nastawiona jest również na szybkość, ale jej minimalne utemperowanie w imię energii ważnego instrumentarium powodowało, iż czy to był bardzo dobry, czy tylko średni pokaz możliwości oddania prawdy o zapisie nutowym w dużym stopniu zależeć będzie od preferencji zainteresowanego słuchacza.

Analizując powyższy tekst wyraźnie widać, iż zestaw V30 i M30 w głównej mierze jest dla wiedzących czego oczekują od muzyki melomanów. Nie da się z tego seta zrobić mistrza świata w sprincie typu muzyka elektroniczna, ale nie widzę też najmniejszych problemów, gdy ktoś zapragnie nieco ją ucywilizować i mogąc się pochwalić posiadaniem rzeczonego zestawu czasem do niej sięgnie. Zatem, czy to jest set dla całego gremium audiofilów? Z czystym sumieniem stwierdzam, że nie. Idealnym partnerem są osobnicy stawiający na bez względu na fakt banalności stwierdzenia muzykalność dźwięku. Jako kolejną grupę docelową widzę posiadaczy systemów nadpobudliwych, gdyż dawka stabilizacji poprzez barwę i wysycenie może być tym, czego od zawsze oczekiwali. Naturalnie lekkie cofnięcie się otwartości wybrzmiewania muzyki podczas ożenku z testowanymi konstrukcjami po dogłębnej analizie da się wychwycić, ale nie brałbym tego za złą kartę przetargową, gdyż są to jedynie zmiany na poziomie niuansów, a nie degradacji dźwięku. Ciekawe to wgląda, nie sądzicie? Niestety, do weryfikacji czy mówię prawdę, czy łżę w żywe oczy, jak to zwykle bywa, jesteście zmuszeni odbyć osobisty sparing, do którego jak zwykle szczerze namawiam.

Jacek Pazio

Opinia 2

Z reguły jest tak, że w ramach uczczenia jakiejś okrągłej rocznicy firma wprowadza na rynek jubileuszowy produkt chwaląc się tym faktem wszem i wobec. Tak przynajmniej może nie tyle nakazuje, co zdążyła już nas przyzwyczaić tzw. odwieczna tradycja i jakby na powyższe zjawisko nie patrzeć również logika. Tymczasem z będącym obiektem niniejszego testu setem jest nieco inaczej. Jeśli bowiem zerkniemy do oficjalnego, anglojęzycznego portfolio AVM-a bardzo szybko się okaże, że ani przedwzmacniacza V30, ani monobloków M30 w nim nie odnajdziemy a zarówno kontakt organoleptyczny, jak i poniższe zdjęcia dowodzą, iż takowe w naturze występują. Aby jednak ów fakt potwierdzić trzeba zmienić język strony producenta na … niemiecki i voilà. Oto, oprócz dotychczas widocznych serii Inspiration, Evolution i Ovation, naszym oczom ukazuje się właśnie 30-ka, w której znajdziemy nie tylko wspomniane V30 i M30, lecz również wyposażoną w DAC-a (dziś to konieczność) i moduł Bluetooth 125W integrę A30 i przedwzmacniacz gramofonowy P30. Żeby było ciekawiej cała ta urodzinowa gromadka otrzymała własny adres w sieci https://www.avm30.com/ , gdzie nadal nie ma możliwości zmiany języka na inny, aniżeli ojczysty dialekt Udo Bessera – założyciela i właściciela marki. Mniejsza jednak z tym, gdyż skoro wspomniany zestaw pre / power pod postacią przedwzmacniacza V30 i monofonicznych końcówek mocy M30 za sprawą nadwiślańskiego dystrybutora – AVM Polska, zawitał do naszej audiofilskiej samotni nie pozostaje nam nic innego jak zaprosić Państwa na kilka słów o tym dość tajemniczym i w dodatku limitowanym do 333 sztuk zestawie.

Pomijając pewną dość zastanawiającą, niemalże konspiracyjną otoczkę już podczas wypakowywania, którym zdążyliśmy się już jakiś czas temu pochwalić tytułowy set prezentuje się całkiem normalnie a co ważne w niczym nie odbiega swoją stylistyką od pozostałego rodzeństwa. To dość surowy i minimalistyczny design oparty na szczotkowanych, dostępnych w naturalnej, bądź anodowanej na czarno kolorystyce aluminiowych płatach i gdy wymaga tego sytuacja, jak to właśnie ma miejsce w przypadku przedwzmacniacza możliwie oszczędnej gałkologii. Dlatego też na froncie V30-ki znajdziemy jedynie niewielki, centralnie umieszczony błękitny wyświetlacz, po którego obu stronach umieszczono po dwa zlicowane przyciski i po satynowej gałce. Lewe pokrętło odpowiada za wybór źródła a prawe za natężenie sygnału. Nie zabrakło również wyjścia słuch