Opinia 1
Prawdopodobnie wielu z Was patrząc na swoje pewnego rodzaju odosobnienie pośród znajomych w odmiennym podejściu do słuchania muzyk wróży naszemu hobby i związaną z nim branżą pewny upadek. Młodzież słucha na byle czym bez większych emocji materiału o bardzo niskiej jakości, zatem jedyny wniosek jaki się nasuwa jest dla nas dramatyczny. Tymczasem chciałbym pocieszyć najbardziej zdruzgotanych taką sytuacją moich pobratymców, bowiem tak naprawdę nie jest wcale źle. A dowodem takiego stanu rzeczy jest konsekwentny wzrost liczby podmiotów tak dystrybucyjnych, jak i producenckich. Skąd to wiem? Z doświadczenia, którego pierwszym z brzegu potwierdzeniem niezłej kondycji interesującego nas segmentu zaawansowanego audio jest niedawno zaistniały na naszym rynku dystrybutor. Czego? Spokojnie, choć sporo na ten temat wiem, dzisiaj nie zdradzę wszystkiego, a jedynie temat naszego spotkania, aby poniższą sesją testową zasiać w zainteresowanych ziarno ciekawości. Nad czym się pochylimy? Otóż miło jest mi zaprosić Was na kilka strof o dostarczonym do zaopiniowania przez warszawskiego dystrybutora SoundAlchemy https://soundalchemy.pl/ analogowym kablu sygnałowym stawiającej na naszym rynku swoje pierwsze kroki, pochodzącej z Włoch marki HiDiamond Signal Top Silver RCA. Zaintrygowani nowym graczem na rynku? Jeśli tak, to zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Co wiemy o budowie naszego bohatera? Po pierwsze użyty przewodnik jest najwyższej czystości miedzią UP-4VRC (Ultra Pure Crystal Cooper). A to nie koniec jego zalet, gdyż, to odmiana tak mocno wychwalanej przez użytkowników podobnych konstrukcji miedzi monokrystalicznej, co finalnie skutkuje technologicznym skrótem UP-SCC 4VRC. Jej użycie według producenta ma oferować redukcję szkodliwej indukcyjności, pojemności i rezystancji, dzięki czemu docierający do słuchacza dźwięk jest w najlepszej dostępnej czystości, a przez to naturalnej formie. Jeśli chodzi o użyty izolator, ten także jest wyszukaną pozycją. A jest nim 100-krotnie trwalszy od zazwyczaj używanego teflonu XLPE, który zastosowano z uwagi na minimalizowanie zakłóceń i zapewnienie pełnej liniowości sygnału. Kwestie zaterminowania tytułowych kabli producent zrealizował przy pomocy uznawanych na świecie wtyków specjalisty w tej materii WBT w wersji srebrnej. Tak wykonany przewód może pochwalić się średnicą zewnętrzną na poziomie 7 mm, a w drogę do klienta pakowany jest w czarne pudełko wyściełanie jasnym odcieniem aksamitu i w celach ochrony nabywcy przed zakupem ostatnio brutalnie zaśmiecających rynek podróbek opatrzony certyfikatem oryginalności.
Jakim wynikiem brzmieniowym zakończyły się starania producenta zapewnienia sygnałowi jak najłatwiejszego przebrnięcia przez opisywany kabel RCA? Otóż bez problemu jestem w stanie zgodzić się, że muzyka brzmiała swobodnie i z rozmachem. Gdybym miał opisać to szczegół po szczególe, wyglądało to tak. Ogólnie przekaz oferował dobrą wagę dźwięku. Może nie było to przysłowiowe przestawianie ścian, ale bas był dobrze osadzony w masie, a za sprawą kolejnych zabiegów konstrukcyjnych – o tym za moment – był sprężysty i szybki. Co miałem na myśli pisząc o zabiegach konstrukcyjnych? Chodzi o pewnego rodzaju doświetlenie środka pasma. Nie w sposób bolesny, czy natarczywy, ale ewidentnie nadający muzyce fajnego luzu i ekspresji, co w ciekawy sposób przekładało się na wzmocnienie efektu odczuwalnego drive’u słuchanego materiału. Ale też nie szalonej pogoni za narastaniem sygnału ponad wszystko, co zazwyczaj kończy się sztuczną technicznością podania muzyki, tylko jakby tchnięcia w nią nuty witalności. Naturalnie to odbiło się nieco na jej esencjonalności, jednak nadal centrum pasma dawało niezbędną do utrzymania równowagi tonalnej dawkę energii. A co z górnym pasmem? W oczywisty sposób jako feedback ekspresyjności średnicy nieco korygowało działanie podpierającego go niższego pasma w kwestii wyrazistości, dając jedynie efekt witalności, a nie nachalnej dźwięczności umiejętnie zapobiegał efektowi krzykliwości rozgrywanych na wirtualnej scenie wydarzeń. W efekcie przywołanych działań całościowo muzyka była nie tylko dobrze i czytelnie rozrysowana na szerokiej i głębokiej scenie, ale także rysowana z ulubiona przeze mnie estetyką ostrości. Spokojnie, w żadnym wypadku nie skalpelem, bo mogłoby to wypaść sztucznie i na dłuższą metę męcząco, ale dobrze naostrzonym rysikiem. I co bardzo ważne, bez efektu utwardzania kreowanych źródeł. Jak zatem wypadała konkretna, ta nieciekawie i ta znakomicie zrealizowana muzyka?
Na początek zespół znany z przez cały okres swojej zabawy w pakowanie heavy-metalu w dla laika w bliźniacze okładki Iron Maiden z płytą „The Number of the Beast” . Znawcy twórczości tej grupy wiedzą o czym mówię, a ktoś nie kojarzy, wbicie nazwy tej formacji w wyszukiwarkę dobitnie sprawę wyjaśni, że płyty spod tego znaku nie da się z niczym pomylić. Ale nie okładkach, a brzmieniu muzyki z udziałem włoskiego kabla miałem rozprawiać. Jak zatem wypadł mariaż przewodu Wocha z moją elektroniką od Duńczyków? Tak jak się spodziewałem, metalowy zespół zagrał szybko i z niezbędną werwą oraz energią. Jednak co ciekawe, mimo podniesienia tonacji w środku pasma przekaz nie podryfował w stronę bólu narządów słuchu lub niechcianych zniekształceń, tylko raczej dosadności ataku, ale ku mojemu zaskoczeniu udanie podpartego uderzeniem odczuwalnego impulsu. Ogólnie powyżej niskiego środka więcej działo się niż mam na co dzień i na samym początku obawiałem się efektu zmęczenia materiału w rozumieniu wyłączenia muzyki spowodowanego natarczywością jej projekcji, ale finalnie okazało się to obawą bez pokrycia, gdyż bez problemu zaaplikowałem sobie cały krążek od dechy do dechy. Było ostro, ale ze smakiem, a jedyną różnicą od codziennych przyzwyczajeń okazała się być nadal bez problemu dobre wypadająca waga muzyki.
Z drugiej strony muzycznych opowieści wziąłem na tapet czarującą Dianę Krall z jej miłosną pozycją „The Look Of Love”. To materiał z puli łatwych i przyjemnych, jednak wbrew pozorom dzięki dobrej, czasem nawet balansującej na krawędzi przerysowania realizacji często stwarzający problem zestawom grającym zbyt otwarcie – czytaj jasno. A jak wspominałem, włoski kabel w tym zakresie miał coś do powiedzenia. Na szczęście wspominałem również o unikaniu przezeń utwardzenia przekazu, co w przypadku wyczuwalnego podniesienia emocji wokalizy Diany w środku pasma nie wyrządziło żadnych szkód, tylko jakby ją delikatnie odmłodziło. Ale w ocenie ostatniego określenia proszę o szczyptę wyrozumienia, napisałem o odmłodzeniu w sensie pokazania wokalu jakby bardziej lotnego, co wielu z Was może odebrać jako duży plus. Ja przeszedłem nad nim bez większych emocji, jednak chcąc jasno pokazać efekt wpięcia HiDiamond-a w mój tor, pozwoliłem sobie na nutę luzu w wygłaszaniu opinii. Reasumując, w tym przypadku nic nie przyspieszyło i nie zrobiło się nieprzyjemnie ostre, a jedynie pokazało się z lżejszej, jednakże nadal płynnej i czarującej strony.
Komu zasugerowałbym próby dogadania się z włoskim kablem HiDiamond Signal Top Silver RCA? Tak naprawdę jedyną grupą, jaka może mieć problemy adaptacyjne, to posiadacze systemów już bardzo mocno wyśrubowanych w kwestii wyrazistości kreowania muzyki. Tutaj dodatkowy zastrzyk emocji w wyższej średnicy może wypaść różnie. Co ciekawe, nie zawsze źle, a czasem za sprawą unikania utwardzania dźwięku w dobrym znaczeniu tego słowa dla „ekstremistów” nawet oczekiwanie, ale raczej w tym przypadku bym uważał. Reszta populacji melomanów w moim odczuciu ma zielone światło. Czy zostanie soczyście zielonym, czy zmieni odcień na nieco jaśniejszy, naturalnie zależeć będzie od zastanych warunków. Jedno jednak jest pewne, jeśli nie należycie do pierwszej przywołanej przez mnie grupy, są bardzo duże szanse na ożenek z Włochem na lata. Lekko odświeży przekaz, ale nie spowoduje efektu anoreksji, co może okazać się kropką nad „i” w konfiguracji Waszej zbieraniny.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Bez większego krygowania się i pozornej skromności z powodzeniem możemy stwierdzić, iż podstawą dobrego samopoczucia bardzo często jest przekonanie o własnej za…ści, znaczy się wyjątkowości. Skoro bowiem jesteśmy tacy piękni i mądrzy, to de facto świat mamy u stóp i to właśnie my mamy pełne prawo czuć się zwycięzcami. I coś czuję w kościach, iż właśnie takie mniemanie o sobie może mieć Salvatore Filippelli – były dyrektor włoskiego oddziału Nextream a zarazem ojciec założyciel, powstałej w listopadzie 2000 r., w malowniczym Anzio, manufaktury HiDiamond. Wystarczy bowiem zerknąć w dostępne na stronie internetowej bio owego bytu, by dowiedzieć się, iż mamy do czynienia z „nowym standardem w świecie Hi-Fi” ponadto „HiDiamond jest czymś więcej niż tylko producentem kabli Hi-Fi; jest pionierem w dziedzinie innowacji i jakości dźwięku. Dzięki niezachwianemu dążeniu do perfekcji, nadal przesuwa granice tego, co jest możliwe w świecie audio Hi-Fi” a „dzięki obecności na całym świecie, firma stała się synonimem doskonałości i innowacji w branży audio”. Prawdę powiedziawszy, choć „w branży” siedzę trzecią dekadę i staram się cały czas trzymać rękę na pulsie, to szczerze powiedziawszy, pomimo świadomości istnienia tytułowej marki przez myśl nie przeszłoby uznanie jej za rozdającego karty i to w skali światowej gracza. Czyżby zatem ktoś zbyt mocno wziął sobie do serca tytuł powieści „Rzym to ja” Santiago Posteguillo? Niekoniecznie, gdyż nikogo „skażonego” audiophilią nervosą chyba nie muszę przekonywać, iż audio to pasja, jak i że najważniejsza w życiu jest wiara w to co się robi, szczególnie, gdy w grę w chodzi jakiś proces twórczy, a za taki produkcję okablowania audio z pewnością można uznać. Dlatego też w ramach dzisiejszego spotkania z lekkim przymrużeniem oka, jak i autentycznym zaciekawieniem, dzięki debiutującemu na naszych łamach stołecznemu dystrybutorowi SoundAlchemy możemy pochylić nad również mającymi swój debiut nad Wisłą włoskimi przewodami HiDiamond a dokładnie interkonektami Top Silver RCA, na których test serdecznie zapraszam.
Pod względem aparycji mamy pełną spójność pomiędzy nazwą serii, do której należą tytułowe łączówki, a tym co widzimy gołym okiem. Znaczy się Top Silver RCA pokrywa srebrzysta plecionka zewnętrzna, pojedyncze przebiegi zakonfekcjonowano solidnymi, zakręcanymi i jakże by miało być inaczej … srebrnymi WBT-ami. Na każdy z przewodów nanizano również wykonaną z czarnego tworzywa sztucznego tuleję przyozdobioną firmowym logotypem, nazwą serii i oznaczeniem kierunkowości. Czy ich rola wykracza poza domenę intormacyjno-dekoracyjną nie wiadomo, choć gdyby wzorem chociażby tuningowych pierścieni stosowanych przez Stealth Audio miałyby pełnić rolę elementu strojącego powinny być jakoś stabilniej na przewodach osadzone a nie swobodnie się po nich przesuwać.
Niestety z ogólnodostępnych materiałów promocyjnych serwowanych tak przez samego producenta, jak i rodzimego dystrybutora nie dowiemy się jak wygląda geometria, czy też nawet budowa samych wiązek przewodzących, o szczegółowym przekroju jaki zwyczajowo serwuje np. Furutech nawet nie wspominając. Co ciekawe, ową lakoniczność rekompensują wartości dotyczące pojemności i rezystancji, co powinno uszczęśliwić wszystkich tych, którzy właśnie na ich podstawie oceniają … brzmienie. Do puli metalurgicznych niuansów warto dodać, iż pomimo sugerującej bazowanie na srebrze nomenklatury serii do produkcji łączówek Top Silver RCA użyto ultra-czystej miedzi monokrystalicznej – Ultra Pure Single Crystal Copper© (UP-SCC) poddawanej procesowi 4VRC – „czterokrotnej rekrystalizacji miedzi w próżni” (Four Times Vacuum Re‑Crystallization) a w roli izolatora podobno 100 razy lepszego od „zwykłego” teflonu XLPE, czyli … usieciowanego polietylenu. Dla niewtajemniczonych to termoutwardzalny polimer w którym pod wpływem ciepła powstają omnipolarne wiązania tworzące trójwymiarową matrycę.
Tyle luźnych dygresji i dywagacji nt. tego co widać, czy też nie gołym okiem, a zatem nie pozostaje mi nic innego jak tylko przejść do części poświęconej brzmieniu włoskich łączówek. I tu z jednej strony niespodzianka a z drugiej przejaw celowości i spójności działań tak konstrukcyjnych, jak i nomenklaturowych, bowiem opierając się li tylko na stereotypowym postrzeganiu „srebrnych” przewodników śmiało można uznać, iż tytułowe interkonekty grają niejako tożsamo ze swoją nazwą, jak i wyglądem. Oferują bowiem rześką i rozdzielczą, dobrze doświetloną formę prezentacji stawiając na timing, bezpośredniość i swoistą chrupkość przekazu. Szukając motoryzacyjnych analogii i zarazem biorąc pod uwagę wyznawaną przez ich (przewodów znaczy się) twórcę ideologię sukcesu pół żartem, pół serio można byłoby Top Silver-y uznać za odpowiedniki bolidów F1, bądź przemykających malowniczymi drogami „cywilnych” – dopuszczonych do ruchu Ferrari, które lubią wysokie obroty, więc zamiast wzorem amerykańskich muscle-carów złowrogo gulgotać raczej operują w nieco wyższej tonacji. Dlatego też, niejako chcąc rozpocząć testy od repertuaru w którym „włoskie sreberka” mogłyby rozwinąć skrzydła, złapać wiatr w żagle i zrobić możliwie najlepsze pierwsze wrażenie, które jak wiadomo można zrobić tylko raz a zarazem takie „otwarcie” odciśnie piętno na dalszych obserwacjach, sięgnąłem po wyśmienity album „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” Roberty Mameli. I powiem szczerze, że była to bardzo dobra decyzja, gdyż dawno nie słyszałem ww. Divy w tak ekspresyjnym i zarazem perlistym wydaniu. Jej sopran brzmiał z krystaliczną czystością i mocą poważnie zagrażającą drżącym o swój byt rodowym szkłom za każdym razem gdy tylko zapuszczała się w najwyższe rejestry. Z niezwykłą precyzją i pietyzmem zostało również oddane pozycjonowanie oraz definicja towarzyszącego jej instrumentarium. HiDiamond prowadził wprawną ręką krawędzie brył cienką i twardą kreską, więc ich separacja od otaczającego je tła była najwyższych lotów, co nie przeszkadzało w oddawaniu pełnej synergii panującej wewnątrz aparatu wykonawczego. Równie pozytywne obserwacje poczyniłem podczas odsłuchu „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolelli, gdzie pogłos towarzyszący partiom gitarowym niósł się hen wysoko a namacalność obu gitar (Mesolelli towarzyszy grający na elektrycznej gitarze hawajskiej (ang. pedal steel guitar) Ferdinando Ghidelli) uświadamia nam jak bardzo można zbliżyć się do dźwięku „na żywo”. Warto jednak mieć na uwadze, iż przysłowiowe pierwsze skrzypce grają tu struny a wsparcie pudła pełni tu rolę może nie tyle służebną, co uzupełniającą. Podobnie z resztą jak na „9 Dead Alive” Rodrigo y Gabriela, gdzie można już mówić o delikatnie sygnalizowanym może nie tyle podniesieniu równowagi tonalnej, co właśnie akcentowaniu pasma powyżej niższej średnicy. Charakterystyczne „oklepywanie” gitar przez meksykański duet ma tutaj świetny timing, lecz zarazem nie niesie ze sobą takiej energii w dole pasma do jakiej przyzwyczaiło mnie moje dyżurne okablowanie.
Jak łatwo się domyślić taki sposób narracji ma swoje dalsze następstwa, czyli m.in. na niedawno wydanym „Ascension” Paradise Lost nieco brakowało mi znanej z systemu odniesienia majestatyczności i iście apokaliptycznych spiętrzeń właściwych ciężkiemu łojeniu perkusyjnych kanonad, czy też szarpiących trzewia partii basu. Nie oznacza to bynajmniej, że ekipa „raju utraconego” postanowiła dorównać swą jazgotliwością metalurgom z Annihilatora („Alice In Hell”), lecz jedynie brak tendencji do intensyfikowania basowych pomruków, stawiania na spektakularność przekazu i chęci eksploracji najgłębszych zakamarków Hadesu. Jeśli zatem chcielibyście Państwo utemperować nazbyt obfity i lekko ospały dół pasma serwowany przez Wasz system, to jak najbardziej właściwy kierunek, lecz jeśli już teraz oscylujecie na granicy lekkiej anemii, to do Top Silverów podchodziłbym ze wzmożoną ostrożnością.
Reasumując HiDiamond Top Silver RCA są przewodami skierowanymi do słuchaczy poszukujących odważnej, całe szczęście jeszcze nie ofensywnej, ekspresyjnej prezentacji ze świetnie oddanym timingiem i nie mniej angażującą rozdzielczością a zarazem iście zamordystyczną kontrolą najniższych składowych. Krótko mówiąc jeśli ktoś potrzebuje nieco bardziej znanych punktów zaczepienia i odniesienia, to mówiąc wprost tytułowe włoskie łączówki operują w estetyce bardziej zbliżonej do obozu Nordosta aniżeli Cardasa, co mam cichą nadzieję będzie dla Państwa stanowiło jakąś wskazówkę co do ich zgodności z Waszymi osobistymi preferencjami.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: SoundAlchemy
Producent: HiDiamond
Cena: 3 799 PLN / 1m kpl.
Dane techniczne
Zewnętrzna średnica przewodów: 7 mm;
Liczba przewodników: 2
Przewodniki: Ultra Pure Single Crystal Copper (UP-SCC 4VRC)
Max. pojemność: 105 pF/km
Rezystancja przewodników: 50 Ω/km
Rezystancja ekranu: 27 Ω/km
Opinia 1
Zgodnie z jedną maksym Goethego twierdzącego, iż „kto nie idzie do przodu, ten się cofa” zbyt długie pozostawanie w bezruchu, czyli de facto zasiedzenie pomimo pozornych, wynikających z niezmienności i stabilizacji błogostanu, nie tylko nie sprzyja rozwojowi, co finalnie sprawia, że peleton, w którym do tej pory całkiem nieźle sobie radziliśmy, powoli, acz sukcesywnie zaczyna nam odjeżdżać. Dlatego też czy to aktywowanych przez nas, czy też przez tzw. okoliczności przyrody zmian lepiej nie traktować w kategoriach rzucanych nam przez przewrotny los pod nogi kłód, lecz raczej jako okazji do rozwoju i otwarcia na nowe możliwości. O ile jednak dla postronnych obserwatorów powyższy wywód może nosić znamiona klasycznego coachingu w stylu „Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą…”, to jego cel jest zgoła inny. Chodzi bowiem o to, że czasem wystarczy nawet niewielka zmiana, by spojrzeć na to, co się robiło i robi z nieco innej perspektywy a tym samym stwierdzić, że można owo coś zrobić nie tyle od nowa, co nieco inaczej. Przechodząc jednak do meritum, dzisiejsze spotkanie bynajmniej nie będzie dotyczyło czysto filozoficznych rozważań, lecz niezobowiązującej relacji z otwarcia nowej siedziby do niedawna sopockiego salonu Premium Sound, który z racji przeznaczenia dotychczasowego lokum do wyburzenia (pod nowy apartamentowiec), przeprowadził się o przysłowiowy rzut beretem – do Gdańska na Bernarda Chrzanowskiego 36A. A jeśli chodzi o nowe o nowe możliwości, to nie sposób nie wspomnieć o połączeniu ww. inauguracji z gościnną prezentacją oferty olsztyńskiego Prestige Audio. Tym oto sposobem we właśnie dobiegający końca weekend udało nam się upiec przysłowiowe dwie pieczenie przy jednym ogniu, a jeśli zastanawiacie się Państwo cóż z owej spontanicznej kooperacji wyszło nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Was na ciąg dalszy.
Nowy adres, nowe wnętrza i może nie tyle nowy, co odświeżony, zaadaptowany na potrzeby innego układu pomieszczeń pomysł na prezentację tak własnego, jak i pojawiającego się na gościnnych występach asortymentu. Jak na powyższych zdjęciach widać pierwsza z (na razie) dwóch (trzecia – kinowa jest w takcie przygotowywania) sal ma nieco mniej zobowiązujący charakter i służy głównie ekspozycji portfolio salonu, choć grające tam Adiosolutions Figaro L2 w zjawiskowym malowaniu Midnight Green i w towarzystwie zestawu Zikra Audio Preamplifier & Stereo 300B XLS z Rockną Wavelight WLS i Wavedream R2R DAC Signature oraz okablowania Dyrholm Audio Nexus dobitnie udowadniały, że ustawiona vis a vis kanapa nie służy li tylko do ozdoby, lecz z powodzeniem może stanowić wielce atrakcyjne miejsce odsłuchowe. Oczywiście związany z eventem gwar pozwalał jedynie na dość zgrubną ocenę drzemiącego w ww. zestawie potencjału, lecz nawet podczas naszej ledwie kilkugodzinnej bytności niezależnie jaki repertuar lądował na playliście dźwięki docierające do naszych uszu okazywały się na tyle wysokiej próby, by co i rusz przykuwać uwagę przybyłych gości. W końcu w zbliżonych do domowych warunkach, z praktycznie symboliczną adaptacją akustyczną można było posłuchać zarówno jazzu, jak i ostrego łojenia z niezwykle przyjemnie, wręcz organicznie podaną średnicą, potężnym, acz świetnie prowadzonym przez duńską końcówkę basem i rozdzielczą, otwartą a zarazem daleką od ofensywności górą. Ponadto na własne oczy i uszy, znaczy się empirycznie, można było przekonać się o prawdziwości moich prywatnych obserwacji o zaskakującym braku wrażliwości Figaro na bliskość tylnej ściany. Podobnie bowiem jak i w moim systemie, również i w Gdańsku ww. Audiosolutions nie tylko nie cierpiały na podbicie najniższych składowych, co z łatwością kreowały w pełni trójwymiarową – nie tylko szeroką, lecz również mogąca pochwalić się wielce satysfakcjonującą głębią scenę. Zakładam, że co nieco do powiedzenia w tej materii miały misternie zawieszone, niezwykle atrakcyjne drewniane, perforowane panele akustyczne, ale o ile z reguły tego typu „ustrojstwa” budzą w pełni zrozumiały sprzeciw przedstawicielek płci pięknej, to z poczynionych zarówno podczas naszej obecności, jak i prezentacji zdjęć zaprzyjaźnionym, niekoniecznie audiofilsko skażonym „dziewczynom”, obserwacji śmiem wnioskować, iż mało która z nich wykluczyłaby aplikację takowych w kontrolowanych przez siebie pomieszczeniach.
Z kolei tuż za widocznymi w pierwszej galerii drzwiami rezydował drugi, nie mniej intrygujący system, w którym „zasilanej” sygnałem ze switcha Silent Angel Bonn NX Rocknie WLS towarzyszył nasz rodzimy DAC Horizon Lampizatora i znany już z pierwszego systemu przedwzmacniacz liniowy Zikra Audio Preamplifier. Gdzie podziało się wzmocnienie? Odpowiedź brzmi w … kolumnach, bowiem na potrzeby weekendowego eventu, dzięki operatywności zarówno Prestige Audio, jak i samego producenta w Gdańsku grały aktywne Sveda Audio Jupiter, do których finalnie dołączył potężny 500W subwoofer Wombat. System, podobnie jak sąsiedni okablowano Dyrholmami z serii Nexus. Jeśli zaś chodzi o brzmienie, to przynajmniej początkowo oscylowało ono wokół iście studyjnej bezpośredniości i skupiało się na rozdzielczości oraz timingu, by po dołożeniu subwoofera zacząć całkiem odważnie romansować z iście audiofilsko-melomańską estetyką. Co ciekawe pojawienie się Wombata wpłynęło nie tylko na ilość i jakość najniższych składowych, lecz również wysycenie średnicy, przez co twardo i odważnie kreślone kontury wypełniła tętniąca życiem, soczysta tkanka. Jednak z racji iście fabrycznej świeżości całość wymagała nieco rozegrania, więc o ile w piątek można było zaobserwować dość wyraźną ewolucję całego zestawu, to podejrzewam, że w sobotę dynamika zmian mogła nie być aż tak wyraźna. Grunt, że całość udowadniała, że świadoma aplikacja subwoofera bynajmniej nie musi oscylować wokół pojęcia profanacji, lecz wspomagając nieco zbyt małe do goszczącej je kubatury konstrukcje podstawkowe zaoferować dynamiczny i co najważniejsze koherentny przekaz.
Jeśli zastanawiacie się Państwo czy i jaki sens miała podróż przez pół Polski by li tylko niezobowiązująco rzucić tak okiem, jak i uchem na nową siedzibę Premium Sound i przygotowane przez Gospodarzy wespół z ekipą Prestige Audio systemy, to zupełnie szczerze powiem, że jak najbardziej. Nie dość bowiem, że stała się okazją do spotkania z gronem osób z którymi nie zawsze możemy z racji chronicznego braku czasu na spokojnie porozmawiać w trakcie corocznego Audio Video Show, lecz również pozwoliła nam niejako na gorąco poczuć klimat najnowszej miejscówki Premium Sound, który, na co wszystko wskazuje ma szansę na dłużej zapuścić korzenie w mającej szalony potencjał okolicy a tym samym zaszczepić audiofilskiego bakcyla na nowym terytorium. Czego oczywiście szczerze trójmiejskiej ekipie życzymy i dziękując za gościnę mówimy do zobaczenia na … Audio Video Show. Przy okazji prosimy o zbytnie nieoddalanie się od „radioodbiorników”, gdyż lada moment, znaczy się w ciągu nadchodzącego tygodnia podzielimy się z Państwem wrażeniami z już krytycznych odsłuchów prezentowanego w Gdańsku zestawu pre/power Zikra Audio Preamplifier & Stereo 300B XLS, do lektury których już teraz serdecznie zapraszamy.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Co prawda będący głównym bohaterem opisywanego wydarzenia salon audio Premium Sound określa się jako podmiot stacjonujący w trójmieście, ale biorąc pod uwagę jego perypetie lokalizacyjne bez kozery można mówić o nim jak o rasowym globtroterze. Chodzi oczywiście o czasem wymuszone nie z jego winy, a czasem spowodowane wymogami rozwijania się zmiany adresów. Pierwszego, oprócz tego, że mieścił się w nadbałtyckiej aglomeracji dokładnie nie pamiętam, ale już (przed)ostatni w Sopocie, z którego tak jak dzisiaj robiłem relację tuż po otwarciu i obecnie oficjalnie nowo powołany do życia w ostatni piątek tym razem w Gdańsku już znakomicie. A znam na tyle dobrze, że jedno mogę powiedzieć na pewno, za każdym razem mocodawca tego podmiotu przywiązuje wielką wagę do najdrobniejszych niuansów. Mowa oczywiście nie tylko o zapewnieniu bogatej oferty z szerokiej sieci rodzimej dystrybucji, ale także profesjonalnym przygotowaniu pomieszczeń odsłuchowych w celu wydobycia z danego zestawu maksimum jakości oferowanego przezeń dźwięku. I zapewniam, nie jest to niczym niepoparte, mające na celu sztuczne wychwalanie rzeczonego gospodarza, gdyż nawet po zdawkowym zapoznaniu się z serią załączonych fotografii gołym okiem widać, że obydwa wspomniane przeze mnie, nie ma się co oszukiwać, najważniejsze aspekty profesjonalnie przygotowanego do zapewnienia klientom odpowiedniej obsługi w rzeczonym Premium Sound są na najwyższym poziomie. Naturalnie mowa o wypełnionych po brzegi półkach ze sprzętem i stosownej adaptacji akustycznej całego salonu, co sprawia, że kolokwialnie określając ów stan można powiedzieć, że jest na bogato. Na tyle, że w ostatni weekend chcąc uczcić uruchomienie działalności w nowym miejscu wespół z olsztyńskim dystrybutorem Prestige Audio przygotował dwa znakomicie prezentujące się i tak samo brzmiące systemy. Jeden w z pozoru ciężkim akustycznie miejscu tuż przed wejściem do głównego pokoju odsłuchowego i drugi we wspomnianym, dedykowanym do drobiazgowej prezentacji show-roomie.
Pierwszy, niejako wprowadzający nas do głównego pomieszczenia zestaw elektroniki do posłuchania w znakomitej większości wykorzystanych produktów był mi bardzo dobrze znany. W pierwszej kolejności mam na myśli ostatnio goszczący u nas na sesji testowej, za kilka dni mający pojawić się zestaw sekcji wzmocnienia pre-power duńskiej marki Zikra Audio. Marki, o której z pełną świadomością słów zawsze piszę, że jeśli chodzi o sposób prowadzenia i radzenia sobie z zakresem basu, większość lampowej konkurencji może się od niej uczyć. To jest na tyle intrygujący fenomen, że nie raz i nie dwa zastanawiałem się, czy nie postawić sobie czegoś z ich katalogu jako odskocznię od mojego, monstrualnie wielkiego, także duńskiego konglomeratu. I piszę to bez krzty naciągania faktów, tylko jako wyraz szacunku do konstruktora, bo tak grające lampowe konstrukcje są rzadkością. Wracając do prezentowanego zestawu wspomniana sekcja pre-power oczywiście sama z siebie nie miała szans zagrać, gdyż niezbędne było źródło i kolumny. W roli pierwszego wystąpił streamer oraz DAC rozpoznawalnej i chwalonej przez użytkowników w naszym kraju od lat rumuńskiej marki Rockna Audio, zaś jako finalni odbiorcy sygnału kolumny litewskiego specjalisty Audiosolutions. Jednak nie byle jakie kolumny, tylko Figaro L2 – model, który kilka miesięcy temu, po sesji testowej stał się codziennym narzędziem pracy Marcina. Tak tak, podobnie jak mnie zauroczyło skandynawskie wzmocnienie, dla niego kolumny były tak samo mocnym uderzeniem pozytywnych emocji. Jednak, gdy ja posiadając już znakomity set z bólem serca odpuściłem temat ewentualnych zmian w systemie, on będąc na rozstaju dróg w poszukiwaniu kolumn dla siebie nie przepuścił tak znakomitej okazji i sesję testową zwieńczył pozostawieniem ich na stałe. Kończąc opis pierwszej konfiguracji nie mogę pominąć także ważnej roli testowanego przez nas w większości oferty okablowania duńskiego producenta okablowania Dyrholm Audio – na tym wydarzeniu z serii Nexus. Co prawda tej jeszcze u siebie nie gościliśmy, ale na bazie wiedzy z poprzednich spotkań bez problemu jestem w stanie stwierdzić, że bez nich pokaz nie byłby tak udany. A udany, dlatego że mimo ustawienia kolumn dość blisko ściany pozwolił muzyce nie tylko zbudować fajną scenę, ale przy zachowaniu odpowiedniej temperatury, barwy i energii dźwięku, zejście i niezłą kontrolę basu. A ten ostatni był jedną z najbardziej chwalonych przeze mnie cech podczas decyzji Marcina w sprawie ich zakupu. Jednym słowem słuchając zestawu w teoretycznie ciężkim akustycznie miejscu dostałem to, czego na bazie swoich doświadczeń z większością komponentów się spodziewałem, czyli swobodę i kiedy wymagał tego materiał muzyczny dosadność prezentacji.
Jeśli chodzi o zaproponowany przez Premium Sound drugi system w głównym pokoju prezentacyjnym to opierał się on o w pełni aktywne zespoły głośnikowe. W tej roli wystąpiły monitory Sveda Audio, które finalnie miały dwie odsłony. Pierwszą było wykorzystanie li tylko podstawkowych Jupiterów, by po czasie zaproponować zestaw wzbogacony o aktywny subwoofer Wombat. Co było powodem prób? Naturalnie w opinii niektórych słuchaczy brak należytej energii dźwięku, które, aby zadowolić wszystkich skorygowano pozostawieniem systemu w konfiguracji 2+1. Ok., kolumny kolumnami, a co z resztą zestawu? Jak obrazują fotografie jako źródło wystąpił streamer rumuńskiej Rockny w towarzystwie przetwornika D/A Lampizator Horizon. Idąc dalej tropem konfiguracji już bezpośrednio karmiącego kolumny funkcję przedwzmacniacza liniowego realizowała identyczna jak w poprzednio opisywanym zestawie dzielona jednostka Zikra Audio. Uzupełniając listę jestem zobligowany wspomnieć jeszcze o okablowaniu Dyrholm Audio i polskiej manufakturze akcesoriów antywibracyjnych Graphiite Audio, z portfolio którego wykorzystano platformę pod przetwornik i podstawki pod okablowanie. Jak widać, system nieco mniej skomplikowany od strony ilości komponentów – brak układu wzmacniającego sygnał, który jest w już w kolumnie, ale dzięki finalnemu zastosowaniu dodatkowej sekcji niskotonowej, nieodstający poziomem energii od tego z dużymi kolumnami Audiosolutions z wcześniej przywoływanego pokazu. A pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że w odniesieniu do aspektu energii set Svedy był nawet bardziej ekspresyjny. Oczywiście takie postawienie sprawy dało inną estetykę dolnego zakresu, który po dłuższym osłuchaniu się miał sporo do powiedzenia także w środkowym paśmie. Jak to wypadło w wartościach bezwzględnych? Cóż, z tego konglomeratu elektroniki i kolumn znałem tylko przedwzmacniacz liniowy, dlatego nie oceniam jakości, a jedynie estetykę brzmienia, która w kilku aspektach była dość odległa od pierwszego występu. Głownie chodziło o estetykę podania dolnego zakresu i przez to nieco inne formowanie w obydwu przypadkach kontroli oddawanej energii. W wersji Sveda Audio było soczyście i raczej miękkawo, a Audiosolutions w dobrym rozumieniu słowa twardo, dzięki czemu ten zakres oferował lepszy rysunek brylujących w nim instrumentów. Co było lepsze? Jak zwykle to zależało od tego, co komu w duszy gra, gdyż słyszałem opinie in plus w odniesieniu do obydwu zestawów, dlatego zwycięzcy jako takiego nie było. Były inne sposoby widzenia tego samego materiału muzycznego, a który tak naprawdę dla kogoś jest lepszy i tak potencjalny zainteresowany przed zakupem będzie musiał zweryfikować osobiście.
I tym optymistycznym akcentem kończę tę jakże owocną w pozytywne doznania nauszne relację. Relację z wizyty będącej odpowiedzią na zaproszenie tak naprawdę dwóch istotnych w tym dwudniowym przedsięwzięciu podmiotów. Pierwszym oczywiście jest gospodarz nowo otwartego lokalu w Gdańsku Premium Sound, zaś drugim reprezentant marek Zikra Audio, Lampizator, Sveda Audio i Dyrholm, czyli stacjonujący w Olsztynie Prestige Audio. Nie chcąc zbytnio im słodzić ze szczerego serca jedynie dziękuję za fajnie spędzony piątek okraszony zarówno ciekawymi brzmieniowo konfiguracjami, jak i rozmowami z licznie przybyłymi gośćmi. Naprawdę warto było przejechać pół Polski, aby przy ulubionej muzyce spędzić z Wami wolny od pracy w przysłowiowej „fabryce” czas.
Jacek Pazio
Opinia 1
Z pewnością nie raz i nie dwa słyszeliście złowrogie zapowiedzi osobników obcujących z muzyką na bazie plików, że format CD nawet nie tyle umiera, co dawno umarł i jeśli jeszcze na rynku jest coś w ofercie, to tylko z racji wyprzedaży magazynowych resztek. Na szczęście są to tak zwane pobożne życzenia, gdyż wielu producentów widząc jeszcze sporo problemów jakościowych muzyki słuchanej na bazie streamu, nawet mając coś z tej strony barykady cały czas nie porzuca poczciwego, przez lata dopracowanego do granic jakościowych możliwości formatu CD. Przykłady takiego podejścia do tematu można by bez końca mnożyć, bowiem uprawia to cała high end-owa elita. A uprawia dlatego, gdyż wie, że jeśli nie zlekceważy się tematu podczas powoływania do życia źródła płyt kompaktowych, pliki zawsze będą krok za nim. I żeby nie wiadomo jak zaklinać rzeczywistość, na przysłowiowym pudle zwycięzców zaraz po formacie analogowym w postaci płyty winylowej, jest odtwarzacz CD, a dopiero po nim pliki. Owszem, zawsze znajdzie się jakiś rodzynek z ostatniej pozycji na pudle mogący powalczyć w tym temacie, ale na bazie moich doświadczeń wiem, iż to jedynie pojedyncze przypadki potwierdzające wspomnianą regułę. Czy to oznacza, że jeśli chcemy pozostać w sferze bardzo dobrze odtwarzanych srebrnych krążków, jesteśmy skazani na kredyty hipoteczne pozwalające zorganizować środki na konstrukcje ze szczytów kompaktowego Olimpu? Ależ nic z tych rzeczy, gdyż mimo wspomnianego odtrąbienia przez niektórych śmierci formatu CD, świetne konstrukcje znajdziemy dosłownie na każdym pułapie cenowym z segmentem dla statystycznego Kowalskiego włącznie. A pierwszym z brzegu może być opiniowany dziś, nie najtańszy, ale też nie kosztujący oczu z głowy, dostarczony przez łódzki Audiofast, pochodzący ze Stanów Zjednoczonych zestaw w postaci transportu CD/SACD i przetwornika cyfrowo-analogowego marki Bricasti o symbolach M19 & M11.
Jak prezentują się nasi bohaterowie? Jak widać, producent zastosował unifikację obudów. Zabieg stosunkowo częsty, gdyż z jednej strony zachowujący taki sam wygląd komponentów w teorii mających ze sobą współpracować z często oczekiwanym przez klientów efektem spójności wyglądu, zaś z drugiej to zawsze jest oszczędność w postaci minimalizacji ilości odmiennych podzespołów, które potem chcąc utrzymać płynność produkcji trzeba kosztownie magazynować. Najważniejszą obok unifikacji jednak sprawą jest zaprojektowanie udanej wizualnie obudowy. A te w moim mniemaniu są bardzo przyjazne wzrokowo, gdyż to zawsze sprawdzające się połączenie odcieniu jasnej szarości górnych, wyposażonych w dwa bloki otworów wentylacyjnych górnych połaci z czernią bocznych ścianek oraz wykonanych z grubego płata aluminium frontów. A gdy do tego dodam, że obudowa nie jest jakoś specjalnie wysoka, okaże się, że oprócz udanego zderzenia kolorów, korpusy Bricasti są także zgrabne gabarytowo. Jak wygląda ich wyposażenie manualno-przyłączeniowe? To naturalnie zależy od zakresu działania. Awers transportu CD/SACD podzielono na dwie sekcje. Na lewej widać mieniący się błękitem wyświetlacz, na jego prawej flance sporej średnicy szarą gałkę pozwalającą zmienić numer słuchanego utworu, a pod nimi serię eliptycznych guzików funkcyjnych, zaś na prawej szufladę napędu oraz całkiem z prawej strony okrągły włącznik inicjujący pracę urządzenia wraz z diodą informacyjną o jego stanie. Rewers transportu może się pochwalić trzema rodzajami wyjść sygnału cyfrowego (I2S/DSD, SPDIF, AES/EBU), 2 trigger-ami do spięcia całego systemu w jeden sterowany całościowo układ komponentów oraz zintegrowany w głównym włącznikiem terminal prądowy IEC. Oczywiście będąc uniwersalnym źródłem Bricasti M19 umożliwia odczyt płyt CD i SACD, a w jego sterowaniu pomaga dołączany w komplecie pilot zdalnego sterowania. Jeśli rozprawiamy o przetworniku, w centralnej, lekko zagłębionej w stosunku do bocznych parceli, części frontu został umieszczony pełniący nieco inne funkcje niż transport, zestaw wyświetlacza, gałki i przycisków oraz na prawej stronie identyczny do czytnika płyt włącznik. Kwestie przyłączeniowe natomiast realizuje bateria wejść cyfrowych (LAN, I2S, USB, TOSLINK, AES/EBU, SPDIF, trigger spinający funkcyjnie DAC-a z reszta systemu, wyjścia analogowe XLR oraz RCA i naturalnie pozwalający przyjąć energię elektryczną zestaw włącznika i gniazda zasilania IEC. Wspominając o jego możliwościach odkodowania sygnału cyfrowego porty USB/ETHERNET ogarniają sygnał 44.1 kHz – 384 kHz, DSD 256X Natywne, DoP, wejście SPDIF pracuje w zakresie 44.1 kHz – 192 kHz, DSD 128 i DoP, natomiast TOSLINK radzi sobie od 44.1 kHz – 96 kHz. Wieńcząc opis obydwu komponentów dodam, że przetwornik podobnie do transportu jest wyposażony w pilot zdalnego sterowania.
Co wynikło z testowego mariażu amerykańskiego źródła z moim systemem? Nie powiem, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. A dlatego, że zestaw zapewnił muzyce dobrą podstawę niskich rejestrów, otwartą, nienachalnie, acz wyczuwalnie lekko doświetloną w wyższym zakresie średnicę i zapewniające odpowiednią ilość detali, ale czuwające nad efektem nadinterpretacji przez wspomniane wzmocnienie centrum pasma, minimalnie stonowane najwyższe rejestry. Efekt współpracy wszystkich podzakresów był taki, że dostałem mocne uderzenie żywym, otwartym, ale zarazem nienachalnym dźwiękiem, co zapewniało najważniejsze dla mnie składowe słuchanej muzyki, czyli szybkość narastania sygnału, przez to radość i nieprzewidywalność prezentacji. A na samym początku nie było to takie oczywiste. O co chodzi? Nie będę owijał w bawełnę, tylko wspomnę, iż aplikując testowane źródło w mój tor bałem się zbytniego spokoju. To niestety w dobie krzykliwości sporej grupy konstrukcji w imię pozornego serwowania ilości informacji finalnie będąc zniekształceniami bardzo częste praktyki producentów. Aby się zabezpieczyć, wolą zaproponować coś nadmiernie stonowanego, aby w przypadku trafienia na krzykliwą resztę układanki na samym starcie wypaść, jeśli nie idealnie, to przynajmniej bezpiecznie, by w perspektywie dodatkowego strojenia okablowaniem okazać się urządzeniem z potencjałem. Na szczęście Jankesi nie poszli tą drogą, tylko postawili na rozmach i dobrze rozumianą nieobliczalność, dzięki czemu przez cały okres testu miałem dużo frajdy ze słuchania dosłownie każdego jej rodzaju.
Mocny rock z repertuaru Black Sabbath w postaci płyty „Vol. 4” bez problemu pokazywał prawdziwe „ja” tej formacji. Raz w pozytywnym tego słowa znaczeniu masakrował moje zmysły ostrymi kawałkami z pełnym pakietem zawartej w nich agresji z podobną prezentacją wokalizy włącznie, by za moment w balladzie „Changes” zaczarować moje wnętrze – na tle zwyczajowego krzyku – niekojarzoną z Ozzy-m płynnością zaśpiewanego tekstu, który wspierał hipnotyzujący motyw w zamyśle mający być zagranym przez sekcję smyczków, jednak finalnie podczas sesji nagraniowej po decyzji zespołu zrealizowany przez syntezatory. Spróbujcie wczuć się w ten kawałek, a zrozumienie, o co mi chodzi. Ja przy nim wręcz odlatuję. Jest na tyle mistyczny i głęboko poruszający, że mimo woli podkręcam gałkę głośności do granic wytrzymałości zmysłu słuchu, a mimo to cały czas sprawia mi to przyjemność. Po co wspominam obie twarze tego krążka? Chodzi oczywiście o pokazanie, że wspominane na samym początku lekkie doświetlenie średnicy nie wywołało żadnych reperkusji sonicznych w postaci krzykliwości lub jakiegokolwiek szkodliwych rozjaśnień. Specjalnie wziąłem na tapet tę muzykę, gdyż ona będąc średnio zrealizowana nie wybacza nadmiernego majstrowania przy ożywianiu średnicy i tutaj pokazała palcem, że amerykańskie źródło wyszło ze starcia z przysłowiową tarczą.
A czy duet Bricasti dał radę zaspokoić wymagania bardzo czułej na zbytnią otwartość centrum pasma muzyki jazzowej? W tym przypadku włożyłem do transportu ciężki do dobrego odtworzenia materiał Leszka Możdżera i jego interpretację muzyki filmowej „Kaczmarek by Możdżer”. Dlaczego ciężki? Po pierwsze zestaw musi oddać dostojność fortepianu, po drugie swobodę prezentacji w górnych partiach, a po trzecie dźwięczność w pojedynczych akordów w pełnym zakresie częstotliwościowym. I gdy pierwsze dwie cechy bez problemu przed puszczeniem tej płyty byłem w stanie sobie wyobrazić, to nieco obawiałem się o przywołaną dźwięczność, a dokładnie mówiąc zbytnie, będące cechą zestawu doświetlenie przekazu, a przez to odchudzenie zawieszonych w eterze pojedynczych nut. Jak zatem wypadła ta próba? Do końca nie wiem, jak Amerykanie to zrobili, ale nie odczułem problemu w stylu utraty esencjonalności muzyki, tylko jakby lżejsze podanie, które nie zaburzyło jej wielobarwności. Zjawiskowo płynęła, dzięki czemu podobnie do odtworzeń z mojego pełnego zestawu przez cały czas mnie czarowała. I uderzyła niskimi akordami, i otuliła zjawiskową średnicą, i pobudziła zmysły rozwibrowaniem najwyższych zakresów, co już od drugiego utworu – pierwszy był pewnego rodzaju akomodacją słuchu do zastanej sytuacji – pozwoliło zatracić się w niej bez granic. Byłem tym faktem pozytywnie zaskoczony, bo z racji wspominanej trudności pokazania zawartej w niej intymności nieczęsto ją wykorzystuję, gdy tymczasem zestaw zza wielkiej wody przypomniał mi, jak głęboko potrafi dotknąć mej duszy.
Komu poleciłbym tytułowe dzielone źródło CD? Naturalnie w pierwszej kolejności wszystkim zainteresowanym słuchaniem muzyki. Dla nich pliki, jeśli nawet nie grają gorzej, niestety z braku manualnej celebry są jakby bezduszne. Ale to nie jedyna grupa, której zalecałbym osobistą próbę z zestawem Bricasti. Piję oczywiście do sfrustrowanych piewców streamowania, którzy konfiguracyjnie „boksując” się z materią przez dłuższy czas nie są w stanie osiągnąć przyzwoitego dźwięku. Jak wspominałem we wstępniaku, dobre CD zazwyczaj zagra lepiej od plików przy takich samych nakładach finansowych o większej łatwości zestawienia systemu na bazie poczciwego kompaktu nie wspominając. Wystarczą dobre chęci, aby się o tym przekonać. Jaki będzie tego finał, nie mam pojęcia. Jeśli jednak z prozaicznej przyczyny, znaczy się lenistwa lenistwo i związanym z nim brakiem chęci manualnego obsługiwania procesu doboru repertuaru coś nie zaiskrzy, przynajmniej przekonają się, na jakim etapie jakości są ze swoimi plikograjami. Z moich doświadczeń wynika, że niestety zazwyczaj daleko za kompaktem. A po tym teście wiem, że będzie to spora grupa.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
O ile w dużym uproszczeniu i z przymrużeniem oka wzajemne relacje pomiędzy audiofilami i reprezentantami branży pro-audio przypominają nieco sąsiedzkie przepychanki Kargula z Pawlakiem, o tyle już sami wytwórcy dóbr wszelakich obu grupom dedykowanych nie tylko ewentualnych animozji nie podsycają, co traktując wszystkich tak samo serio potrafią pokazać i udowodnić, że cel w obu przypadkach jest ten sam a jest nim nic innego, jak tylko wierność oryginałowi, czyli reprodukcji muzyki „na żywo”. Tym samym, przy odrobinie szczęścia istnieje cień szansy by tak w procesie realizacji, jak i finalnego – domowego odsłuchu korzystać z urządzeń pochodzących z jednej „stajni” a więc niejako na własne potrzeby połączyć oba ww. światy. Z grona marek mających w swych katalogach zarówno produkty audiofilskie, jak i profesjonalne wystarczy tylko wspomnieć np. Amphiona, Brystona, Dynaudio, Focala, czy też sprawcę dzisiejszego zamieszania, czyli amerykańską manufakturę Bricasti Design. Jednak, żeby jeszcze nieco podnieść temperaturę w ramach niniejszego testu skupimy się nie tylko na reprezentancie wszechobecnych DAC-ów, lecz również nad wyraz namacalnie zadającym kłam twierdzeniom o śmierci srebrnych krążków transporcie CD/SACD. Panie i Panowie oto sygnowane przez Bricasti Design transport M19 oraz przetwornik cyfrowo-analogowy M11 Series II R2R w pełnej krasie.
Jak powyższe zdjęcia obrazują tytułowy duet prezentuje się niezwykle atrakcyjnie, gdyż nie dość, że nader udanie łączy srebrzystość korpusów z satynową czernią frontów, to jeszcze dyskretnie odchodzi od oklepanej prostopadłości. Każde z urządzeń jest bowiem uroczo taliowane a ściany przednie zamiast monolitycznych, płaskich płatów bądź to ukształtowano w delikatną falę jak ma to miejsce w przypadku M19-ki, bądź wypchnięto boczne połacie, by w tak powstałej wnęce umieścić centrum sterowania (M11). Jak łatwo zauważyć zarówno transport, jak i przetwornik mogą pochwalić się szalenie czytelnymi dużymi, kolorowymi wyświetlaczami oraz wzbogaconymi o wielofunkcyjne gałki zestawami przycisków funkcyjno-nawigacyjnych. Co ciekawe ich układ nie został zunifikowany, więc ustawiając jedno na drugim nie uzyskamy efektu pełnej, symetrycznej koherencji. Jak się jednak okazuje w tej pozornej niefrasobliwości jest głębszy sens, gdyż operując ww. gałkami nie ma obawy, że zmieniając utwór w CD nieopatrznie przełączymy wejście w DAC-u. Podobnie jest z plecami Amerykanów, gdyż transport dysponuje, pomijając gniazdo sieciowe, jedynie wyjściami cyfrowymi w postaci terminala Ethernet (I2S), koaksjalnego i AES/EBU oraz przelotką triggera a z kolei DAC ma do zaoferowania zdecydowanie szerszy wachlarz przyłączy. Patrząc od lewej do dyspozycji otrzymujemy komplet wyjść analogowych w standardzie RCA i XLR (bliźniaczy zestaw okupuje przeciwległą flankę), zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające, przycisk bezpiecznika, gniazdo triggera, wejścia Ethernet, USB, Toslink, koaksjalne, I2S, AES/EBU i BNC, więc jest w czym wybierać. Jeśli miałbym się do czegoś w tym momencie przyczepić to byłoby to zbyt bliskie sąsiedztwo gniazd zasilających i włączników, gdyż przy stosowaniu przewodów zasilających z „klasycznymi” – okrągłymi i masywnymi wtykami w stylu 50-ek Furutcha dostęp do przełączników jest na tyle problematyczny, że dobrze mieć na podorędziu przedstawicielkę płci pięknej z odpowiednio długimi „szponami”.
Oba urządzenia wyposażono w zgrabne piloty i uzbrojono w specjalnie dla nich zaprojektowane stopy antywibracyjne. Od strony technicznej w obu komponentach z wielką troską potraktowano sekcje zasilania bazując na solidnych, klasycznych toroidach. Ponadto w transporcie sięgnięto po napęd SACD/CD Sound United D&M a w przetworniku, na co z resztą wskazuje jego oznaczenie zamiast którejś z popularnych kości natrafimy na autorski układ R2R.
A jak tytułowy duet gra? Z jednej strony niejednoznacznie a z drugiej … spodziewanie, bowiem warto mieć świadomość jego studyjnego rodowodu. Mamy bowiem do czynienia z niezwykłą liniowością przekazu, lecz bez studyjnej antyseptyczności, czyli dostajemy potężną porcję muzyki a nie bezlik niekoniecznie ze sobą powiązanych dźwięków, z których nasz umysł rozpaczliwie próbować będzie ulepić jakąś znośną całość. Co ciekawe prawdomówność i rzetelność w trzymaniu się faktów nie powoduje bezlitosności różnicowania przekazu i to nie tylko na dobrze zrealizowanych krążkach, lecz i takich, które najdelikatniej rzecz ujmując można byłoby określić mianem „produkcji garażowych”. Oczywiście perełki w stylu „Tomba sonora” w wykonaniu Stemmeklang i Kristin Bolstad, czy też „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena porażają realizmem i głębią sceny, gdyż ta wbrew pozorom aby być namacalną wcale nie musi być wypychana do przodu, i w tym wypadku nie jest, podobnie z resztą jak i przesadnego dosaturowania u Amerykanów nie uświadczymy. Jest akuratnie, prawdziwie, więc bez dopalenia czy dosłodzenia, ale też i bez smagania sybilantami. I w tym momencie dochodzimy do nagrań, które zazwyczaj właśnie przez ułomności realizacyjne zalegają zakamarki audiofilskich regałów i z tygodnia na tydzień obrastają coraz grubszą warstwą kurzu, czyli umownie nazwijmy je „niegodnymi” audiofilskich maszynerii. Tymczasem nawet sięgając po „Giants & Monsters” Helloween może nie doświadczymy iście trójwymiarowej holografii, ale po pierwsze scena będzie miała co najmniej dwa-trzy plany a po drugie i poniekąd najważniejsze blachy wreszcie przestaną brzmieć jakby ktoś je sklecił z kapsli po mleku (kiedyś mleko sprzedawano w szklanych butelkach z kapslami z grubej folii aluminiowej) i pokażą coś na kształt rozdzielczości. Znaczy się krążek zabrzmi co najmniej akceptowalnie, a to nie lada sukces. Cuda? Nic z tych rzeczy, po prostu Bricasti potrafią przebić się przez warstwę rdzy, garażowego brudu i patyny, by dotrzeć do źródła prawdy i pokazać poszczególne partie instrumentalne takimi jakimi one rzeczywiście są. Dlatego też bez większych obaw oprócz długowłosych szarpidrutów podczas testów M19 z M11 pozwalałem sobie sięgać po takie pozycje jak pulsujące orientalnymi rytmami „٣ (Trois)” Acid Arab, gdzie pozorna monotonia jest właśnie wyłącznie domeną pozorów, przez które jeśli tylko będziemy w stanie się przebić dotrzemy do fantastycznego bogactwa dźwięków i nieoczywistych melodii rozbrzmiewających wokół nas a nie tylko dobiegających z głośników. A właśnie, Bricasti doskonale radzą sobie z odrywaniem dźwięków od kolumn, więc jeśli tylko nagranie samo z siebie nie klei się do membran, to możemy mieć pewność, że swoboda z jaką opuści drajwery przynajmniej początkowo będzie dla nas sporym zaskoczeniem. Przy elektronice w stylu ww. Acid Arab, czy też tej serwowanej przez Ganja White Night na np. „Sprouted” da się zauważyć, iż amerykański duet stawia kontrolę oraz zróżnicowanie najniższych składowych ponad nieskrępowanie ich wolumenu, czy też iście infradźwiękowe zejścia. Dlatego też warto skierować na niego uwagę w systemach, gdzie basu jest na granicy dobrego smaku, bądź też jego jakość i kontrola wymagają pewnych działań naprawczych. Wystarczy tylko wyjść z niego (duetu) porządnymi XLR-ami i poprawa powinna być bezdyskusyjna.
W ramach podsumowania do tematu dzisiejszych bohaterów pozwolę sobie podejść nieco niekonwencjonalnie, bowiem poszukiwaczom kompletnego cyfrowego źródła rekomendowałbym najpierw testy/zakup przetwornika Bricasti Design M11 Series II R2R a dopiero po oswojeniu się z jego wspomnianą liniowością i prawdomównością sięgnięcie po transport M19. Czemu tak a nie na odwrót? Cóż niby powinno zaczynać się od samego początku – miejsca narodzin sygnału, ale śmiem twierdzić, że w tym konkretnym przypadku możliwość własnousznej weryfikacji możliwości i transparentności amerykańskiego przetwornika da okazję potencjalnym nabywcom do zdobycia potrzebnego bagażu doświadczeń by w drugiej turze docenić równie onieśmielające wyrafinowanie napędu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by wziąć na testy i po nich zostawić, pełen set i nie zaprzątać sobie głowy stopniowaniem przyjemności, jednak decyzję pozostawię Państwu już na sam koniec sugerując jedynie zadbanie o odpowiednio wysokiej próby okablowanie tak sygnałowe, jak i zasilające, gdyż w całej swej prawdomówności i szczerości Bricasti nie mają w zwyczaju ukrywać poczynionych ich kosztem oszczędności.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; 2 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + WK Audio TheRed Power
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: Audiofast
Producent: Bricasti Design
Ceny
Bricasti Design M19: 50 430 PLN
Bricasti Design M11: 63 040 PLN; opcja Roon Ready + 5040 PLN; opcja I2S + 2 520 PLN
Dane techniczne
Bricasti Design M19
Wyjścia cyfrowe/; XLR: AES/EBU; SPDIF (Opcjonalnie coax lub BNC); I2S (RJ45)
Częstotliwość próbkowania: 44,1 kHz lub DSD 64fs Native
Pobór mocy: 15 W
Wymiary (S x G x W): 43.2 x 31.7 x 11.4 cm
Waga: 9 kg
Bricasti Design M11
Wejścia cyfrowe: AES/EBU 24, BNC, Coax, Optyczne, USB
Max. częstotliwości próbkowania: 192 kHz (AES, SPDIF); 96 kHz (Toslink); PCM 384 kHz, DSD256 natywne lub DoP (USB); 384 kHz PCM, DSD128 natywnie oraz DoP (opcjonalnie Ethernet)
Jitter: 8 ps przy 48 kHz / 6 ps przy 96 kHz
Wyjścia analogowe: para XLR; para RCA
Impedancja wyjściowa: 40 Ω
Poziom wyjściowy: +13,5 dBm lub +10 dBm (przełączane wewnętrznie)
Konwersja D/A: 20-bitowa, typu drabinkowego
Pasmo przenoszenia (@44,1 kHz): 10 Hz – 20 kHz, +0 dB / –0,2 dB
Zakres dynamiki: >120 dB (ważone krzywą A)
THD+N (@1 kHz): 0,0020% przy 0 dBFS
Pobór mocy: 28 W (6 W w trybie czuwania)
Wymiary (S x G x W): 43,18 × 30,48 × 11,43 cm
Waga: 6,80 kg
Opinia 1
Patrząc na to, jaką lawinę komentarzy w mediach społecznościowych wywołała nasza ostatnia recenzja przewodów Ethernet Tellurium Q po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, iż audiofilizm jest równie ekstremalnym hobby, co np. przyrządzanie potraw z ryby Fugu (Rozdymki Tygrysiej). O ile jednak z tego co mi wiadomo przed restauracjami takowe specjały serwującymi nijakich pikiet nawołujących do zastąpienia jej, znaczy się Fugu np. śledziem, nikt przy zdrowych zmysłach nie organizuje, gdyż smakosze w owych rozkoszach podniebienia gustujący konsumpcji dokonują w pełni świadomie i na własne ryzyko, o tyle pod poświęconymi okablowaniu recenzjami negujący ich (przewodów nie recenzji) działanie frustraci decybelują z żarliwością i oburzeniem godnym wypraw krzyżowych, czy też polowań na czarownice. Tymczasem wystarczy uznać tak słabość do ekscentrycznego sashimi, jak i zamiłowanie do high-endu właśnie za formę pewnego ekscentryzmu i widzimisię, które dotyczy li tylko jednostek owym hobby się parających i zająć się własnymi sprawami. Mówiąc wprost zaglądanie komuś do talerza, systemu i wydawanie swych, wynikających z uprzedzeń, fobii bądź czysto atawistycznych lęków opinii najdelikatniej rzecz ujmując nie najlepiej świadczy o samych dyskutantach. Dlatego też mając pełną świadomość, że i tematyka dzisiejszego testu wykracza poza strefę komfortu audio-sceptyków od razu lojalnie uprzedzamy, iż poniższe obserwacje kierujemy do odbiorców o znacząco szerszych horyzontach, miłośników przysłowiowych kabelków od lampki pozostawiając sam na sam z ich demonami. Kto i co jest zatem razem sprawcą całego zamieszania? Regularnie goszcząca na naszych łamach duńska manufaktura ZenSati i reprezentujące serię sILENzIO interkonekty RCA i XLR, na których test serdecznie zapraszamy.
Jak powyższe zdjęcia unaoczniają sILENzIO są czarno złote, przez co nieco przypominają Acoustic Zen-y Absolute Copper, chociaż w duńskich przewodach zewnętrzna czarna siatka ochronna jest nieco gęstsza aniżeli w amerykańskich, a tym samym „złotość” przewodów nie jest tak absorbująca. Operujemy zatem w iście wieczorowej estetyce, którą podkreśla jedwabista czerń korpusów wtyków oraz usytuowanych nieco przed nimi wykonanych z podobną dbałością o detale redukujących średnicę tulei. I proszę mi wierzyć na słowo, że owe „pocieniacze” nie są li tylko designerską fanaberią twórcy a wielce przydatnym pod względem ergonomii ułatwieniem, bowiem przy widocznych, nader absorbujących średnicach aplikacja obu interkonektów byłaby w większości przypadków mocno problematyczna i wymagała zamawiania przebiegów o długościach znacznie przewyższających realne potrzeby. A tak końcówki przewodów są znacznie bardziej wiotkie, więc tak montaż, jak i ich ułożenie w zaszafkowej, zazwyczaj ograniczonej przestrzeni staje się nieco mniej karkołomnym wyzwaniem.
Zgodnie z tradycją informacji dotyczących „wsadu” materiałowego i szczegółów anatomicznych tytułowych ZenSati jest jak na lekarstwo, jednak z tego co udało mi się wyciągnąć od rezydującej w Helsinge ekipy wynika, iż projektując przewodniki Mark sięgnął po wysokiej czystości posrebrzaną miedź. Żyły sygnałowe mają postać spiralnie skręconych taśm, z kolei ekranowanie wykonano w formie plecionki a całość wykorzystuje znaną z naszych wcześniejszych spotkań topologię dielektryka powietrznego stąd też ich pokaźna średnica i zauważalna sztywność.
Zgodnie z zapewnieniami producenta sILENzIO zaprojektowano tak, by nie wykazywały tendencji do opóźnień czasowych, tłumienia energii i jednocześnie cechowały się wysoką odporność na wszelakiej maści wibracje, czyli tak po prawdzie reprezentowały cechy pożądane i deklarowane przez innych wytwórców. Jak to jednak bywa każdy ma swój własny pomysł na osiągnięcie celu, jak i rezultaty podejmowanych przez nich działań są różne. Tym bardziej w przypadku ZenSati, gdzie jak mogliśmy na własne uszy się przekonać każda z dotychczas goszczących u nas serii, choć wykazywała cechy właściwe swemu rodowodowi, to za każdym razem miała „to coś”, wyróżniające ją od rodzeństwa. Idąc od dołu cennika Razzmatazzy urzekały muzykalnością i zaskakującą jak na ich pozycję dojrzałością, Zorro onieśmielały żywiołowością, Angele nieskrępowaniem dynamiki a topowe #X wyrafinowaniem i nienachalnością swego absolutu. Z kolei z sILENzIO mieliśmy przyjemność gościć jedynie reprezentujący domenę cyfrową przewód USB, lecz było to na tyle w pozytywnym znaczeniu słowa „porażające” doświadczenie, że po testach już delikwent do dystrybutora nie wrócił znajdując swe stałe miejsce w systemie Jacka. Jak się bowiem okazało duńska łączówka niejako zredefiniowała pojęcie bezstratności i transparentności, więc jak łatwo można się domyślić podobnych atrakcji spodziewaliśmy się po analogowych interkonektach. I uczciwie muszę przyznać, że się nie zawiodłem, choć już emocje były zdecydowanie mniejsze. Czy to oznacza, że łączówki RCA i XLR ustępują pod jakimkolwiek względem swemu cyfrowemu rodzeństwu? Absolutnie nie, jednak z racji, że pojawiają się po nim, a jak wiadomo pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, muszą pogodzić się z rolą bycia drugimi. Wracając jednak do meritum nie da się ukryć, że sILENzIO konsekwentnie stawiają na dynamiczne nieskrępowanie, czasową natychmiastowość i koherentność konsystencji oferując brzmienie tyleż kompletne, co niebezpiecznie bliskie wzorcowi, czyli muzyce na żywo. Zamiast jednak bazować, wzorem Angeli, na efekcie swoistego dopalenia i zastrzyku adrenaliny, jasno dają do zrozumienia, że prowadzą dojrzalszą formę komunikacji czytelnie nawiązując do stoickiego spokoju i „smoczej mądrości” #X-ów. Po wpięciu ich w system doświadczamy bowiem pewnego rodzaju absolutu, jednak doświadczenia tego nie można rozpatrywać w kategoriach „szoku poznawczego”, co raczej w pełni naturalnego osiągnięcia takiego poziomu świadomości i zdolności pojęcia/przyswojenia dostarczanego nam ogromu informacji, że po pierwsze mamy pewność kompletności i nieskalaności przekazu a po drugie po owym przekazie nie oczekujemy niczego więcej poza prawdą, czyli na tym poziomie zaawansowania w pełni świadomie rezygnujemy z wszelkiego rodzaju uatrakcyjniających dodatków, polepszaczy i intensyfikatorów doznań.
Przejdźmy jednak do konkretów, czyli poglądowych nagrań dowodzących prawdziwości powyższych wynurzeń. Na pierwszy ogień poszedł zatem „Celuloid” Marka Napiórkowskiego i Artura Lesickiego, no bo co jak co, ale chyba każdy przynajmniej raz w życiu gitarę akustyczną na żywo słyszał. A tutaj takowe są dwie, świetnie „zdjęte” przez rozstawione w mieszczącym się w starym młynie w Lubrzy studiu RecPublica mikrofony (para DPA – dawne Brüel & Kjær plus wielkomembranowe Telefunken i Brauner). Ich brzmienie jest bliskie, pełne, gęste a jednocześnie szalenie obecne, namacalne i szalenie dynamiczne, lecz w domenie mikro – mieszczącej się w domowym zaciszu, gdzie szybkość narastania dźwięków, moment trącenia struny czy praca rąk na gryfach dzieją się tu i teraz a generowany przez dźwięki oraz jest w pełni z nimi koherentny tak czasowo, jak i brzmieniowo. Autentyzm podkreśla i bardzo mu służy nagranie realizowane praktycznie na „setkę”, czyli mamy możliwość obcowania z pełnym, nienaruszonym „wykonem” (cóż za koszmarne słowo), a nie poszatkowaną niczym kimchi sklejką z przypadkowych fragmentów różnych podejść, czy nawet sesji. Ponadto z ZenSati w torze pełna rozdzielczość była dostępna niemalże od najniższych poziomów głośności, więc choć zazwyczaj słuchałem ze standardowymi nastawami, to nie korciło mnie ich podkręcanie w celu osiągnięcia większego realizmu, czy lepszego wglądu w nagranie. To mniej więcej tak jakby któregoś z ww. muzyków poprosić by … grał głośniej, choć siedzi jakieś 2 metry od Ciebie. Posłuchajcie tylko Państwo tematu „Prawo i pięść: Nim wstanie dzień” późną nocą, gdy szum tła jest praktycznie zerowy a śmiem twierdzić, że jeśli tylko tak intymna a zarazem bezpośrednia forma prezentacji przypadnie Wam do gustu, to zanim się zorientujecie właśnie świt zastanie Was wsłuchanych w ulubione dźwięki.
Podnosząc poprzeczkę wymagań proponuję zmianę estetyki i intensywności bodźców na black-metalowy „Amidst the Ruins” Saor, czyli materiał, którego raczej nie usłyszycie na wystawach i audiofilskich prezentacjach. A szkoda, gdyż w pozornym chaosie i brutalnej kakofonii szczelnie wypełniającej blisko godzinny album drzemie zaskakująco wiele pięknych melodii, partii naturalnego instrumentarium i folkowej melancholii. Jednak, aby do tego dotrzeć trzeba dysponować odpowiednio rozdzielczym systemem, w tym również takowe cechy posiadającym okablowaniem a sILENzIO owe kryteria spełniają z nawiązką, przez co z łatwością dokonują swoistej dekompresji problematycznego materiału. Co istotne zamiast bezrefleksyjnej, zerojedynkowej selekcji na bezpardonową metalową młóckę i „prawilne” – godne audiofilskich uszu kameralne wstawki, tytułowe łączówki pokazują, iż owe pozornie drastycznie różne estetyki mogą i potrafią ze sobą harmonicznie koegzystować na jednej scenie wchodząc ze sobą we wzajemnie interakcje. Ponadto owa koegzystencja w żadnym przypadku nie oznacza uśredniania, więc gitarowym riffom nie brakuje ognistości, growlom ewidentnego zezwierzęcenia i pierwotnej dzikości a perkusyjnym blastom potęgi zdolnej kruszyć mury, by jednocześnie z taką samą wiernością oddając rozmach orkiestracji, czy też eteryczny magnetyzm solowych partii irlandzkich fletów (tin/low whistles), czy też charakterystycznych dud (Uilleann Pipes). Otrzymujemy zatem niezwykle złożoną, wielowarstwową i zmieniającą się niczym w kalejdoskopie prezentację, którą możemy obserwować zarówno z bezpiecznego dystansu, jak i dać się ponieść jej wartkiemu nurtowi zanurkować w najgłębsze zakamarki artystycznych dokonań Andy’ego Marshalla. Niezależnie jednak od zagmatwania, gęstości, czy też brutalności reprodukowanego materiału mamy zachowany wzorowy porządek, precyzyjne ogniskowanie źródeł pozornych i zgodną z realiami rozmiarówką użytego instrumentarium, co wespół zespół z wiernością fakturom i barwom daje wspomniany efekt naturalności i właśnie bezdyskusyjnego realizmu.
Nie da się ukryć, że ZenSati sILENzIO RCA & XLR nie są przewodami dla poszukujących taniej sensacji i natychmiastowego szoku poznawczego audiofilskich nuworyszy. Tutaj zamiast teledyskowej galopady i gombrowiczowskiego gwałtu przez uszy Mark Johansen proponuje prawdziwą, acz niespieszną muzyczną ucztę dla zmysłów wymagającą cierpliwości niczym przy dekantacji Stefano Accordini Acinatico Amarone della Valpolicella Classico, kiedy dopiero po kilku godzinach jesteśmy w stanie doświadczyć pełni bukietu drzemiących w nim aromatów. I tak też działają duńskie interkonekty, niespiesznie akomodując się w systemie i dzień po dniu odkrywając kolejne pokłady reprodukowanych przez niego informacji muzycznych. A gdy tylko osiągną pełnię swoich możliwości, to w większości przypadków dalsze gonienie audiofilskiego króliczka oznaczać będzie w najlepszym wypadku krok w bok a nie w górę drabinki poprawy i zaawansowania. Oczywiście cały czas mam bolesną świadomość istnienia #X-ów, jednak doskonale zdając sobie sprawę z ich nieosiągalności dla większości odbiorców, wspominam o nich jedynie w kategoriach ewidentnej abstrakcji uznając właśnie sILENzIO za finał poszukiwań i spełnienie audiofilskich marzeń o przewodzie doskonałym.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jeśli chodzi o duńską markę ZenSati, to jeśli spojrzycie w portalową wyszukiwarkę, przekonacie się, że tematyka naszych dotychczasowych starć była nad wyraz różnorodna. Chodzi oczywiście nie tylko o różnorodność linii znajdujących się w portfolio tego podmiotu, ale także sposób podejścia do zagadnienia od strony liczby kabli w teście. Mówię o występach tak pojedynczych sztuk, jak i całych zestawów w pełni zaspokajających potrzeby naszych dość rozbudowanych systemów audio. Cel? Naturalnie weryfikacja jaki wpływ na brzmienie danego systemu ma pojedynczy Duńczyk, a innym razem cała ferajna. Jak sugeruje tytuł, tym razem będzie to spotkanie z jednym rodzajem okablowania w dwóch wersjach przesyłu danych. Co zatem trafiło w nasze progi? Jeden przedstawiciel tej serii miał u nas swoje pięć minut, a był nim finalnie pozostawiony na stałe u mnie w systemie kabel cyfrowy USB, więc tym razem dzięki staraniom samego producenta na tapet dzisiejszego spotkania trafiły interkonekty analogowe w postaci ZenSati SILENzIO RCA & XLR.
Co wiemy o budowie tytułowych konstrukcji. W trosce o ochronę swojego know how Duńczycy zdradzają tak naprawdę niewiele. A jeśli już na stronie o czymś wspominają, informacje są zdawkowe. Z nich dowiadujemy się, że materiały użyte do wykonania przewodów są najwyższej jakości. Jakie to materiały? Mowa jest o złocie, srebrze i miedzi jako przewodnikach i ekranach, rod zapewne w służbie wykończenia metalowych powierzchni niektórych z zastosowanych metali oraz teflon, jedwab i bawełna służąc za wielowarstwową i zróżnicowaną izolację. Naturalnie to tylko zgrubny pakiet danych konstrukcyjnych, jednak jedyny jaki znamy i musi nam wystarczyć. I tak naprawdę dla mnie nie ma problemu, gdyż najważniejszą wartością każdej konstrukcji jest jej wpływ na brzmienie mojego systemu i o tym nie omieszkam wypowiedzieć się w kolejnym akapicie.
Gdy dotarliśmy do części opisującej wpływ tytułowego okablowania na mój set audio, myślę, że wielu z Was zadaje sobie pytanie, czy ich oferta soniczna jest bliźniacza do posiadanej przeze mnie wersji USB. Powiem szczerze, że także dla mnie było to pierwszą istotną do „nausznego” wyjaśnienia kwestią, jaka nasuwała mi się na myśl. Efekt? Znakomity, bowiem podobnie do pierwszego starcia z tym modelem także teraz dostałem delikatny zastrzyk energii z nutą plastyki i gładkości przekazu. Oczywiście bez jakiś szczególnych poziomów podnoszenia wspomnianych aspektów do granic przyzwoitości, bo mogłoby się to skończyć albo efektem natarczywości prezentacji poprzez zbytnie forsowanie jej impulsu albo przegrzaniem i w efekcie zabiciem blasku muzyki w efekcie przekroczenia dobrego smaku w kwestii upiększania wysokich tonów. Po prostu całość działań była umiejętnym, bo ze smakiem podkręcaniem ich bytu w przekazie. Co to oznacza? Tłumacząc to z polskiego na nasze muzyka zaoferowała nieco bardziej odczuwalny niż mam na co dzień drive w odniesieniu do ilości zwartej masy oddawanej w tym samym czasie co lżej grające okablowanie oraz za sprawą szczypty gładkości większy spokój prezentacji. To było dla mnie bardzo ciekawe zderzenie z serwowaną przez ZenSati narracją, gdyż zwyczajowo jakiekolwiek majstrowanie przy ekspresji podania muzyki – piję do gładkości – kończy się u mnie mimowolnym ostudzeniem jej percepcji. Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło, gdyż remedium na taki stan okazało się podkręcanie dosadności impulsu słuchanego materiału. Ale na tyle subtelnie, że z drugiej strony nie zakończyło się to tak męczącym mnie na dłuższą metę efektem siłowego podania wydarzeń na wirtualnej scenie. W efekcie muzyka z jednej strony dostała przysłowiowego kopa, a z drugiej nie powodowała zmęczenia podczas wielogodzinnego słuchania nawet na wysokich poziomach głośności, co tak naprawdę jest u mnie na porządku dziennym.
I zapewniam, poziom wolumenu nie miał znaczenia jakiej muzyki słuchałem, ponieważ podanie jej w sposób oferowany przez linię okablowania SILENzIO, nawet w przypadku bardzo emocjonalnej twórczości Anouara Brahema „After The Last Sky”, która wymaga głębszego wejścia w materiał, wypadało znakomicie. Po prostu cechowało ją jedynie solidniejsze uderzenie minimalnie mocniej uplastycznionym dźwiękiem, co sprawiało, że nietypowe dla Europejczyka atrybuty oud”wespół z wtórującą jej wiolonczelą oraz typowym jazzowym zestawem w postaci fortepianu oraz kontrabasu za sprawą działania okablowania brzmiały bardziej bezpośrednio werbalnie, a dzięki temu z większą łatwością angażowały moją duszę. Tutaj muszę się przyznać, że do momentu zakończenia tej części odsłuchu nie byłem pewny, jak w ocierającej się o cechy orientu wypadnie mocny kopniak z nutą łagodności. Na szczęście strach miał tylko wielkie oczy i wszystko było w jak najlepszym porządku z bonusem w rodzaju odczuwania nadal przyjemnego w odbiorze, jednak znacznie mocniejszego od codziennego impulsu muzycznego.
Nie inaczej wypadła muzyka z przeciwnego bieguna, w roli której wypadł nie kto inny, jak pełen buntu Rammstein z najnowszym krążkiem „Zeit”. W tym przypadku pozorne uspokojenie ostrości rysunku najwyższych rejestrów całkowicie rekompensowane było zwiększeniem energii. Dzięki temu zawarte na płycie z pozoru spokojne, jak i te z werwą kawałki zabrzmiały z odpowiednim wykopem. Mocno w dolnym zakresie, soczyście, ale bez jakichkolwiek uśrednień w temacie informacji w średnicy oraz odpowiednio wyraziście na samej górze. Efekt był na tyle przekonujący, że bez najmniejszych problemów prezentacja dosłownie pokazywała palcem, co i w jaki sposób ma mi do powiedzenia sąsiad zza naszej zachodniej granicy. A zapewniam, było co pokazywać, gdyż tytułowy utwór swoim podprogowym przekazem kolejny raz poruszył mnie w sposób zmuszający do często odsuwanej z obawy o najgorsze refleksji na temat jestestwa na tym ziemskim padole. Było mocno, wyraziście i oczywiście emocjonalnie, czyli tak jak powinno.
Komu dedykowałbym tytułowe okablowanie? Otóż tak naprawdę nie widzę przeciwwskazań dla nikogo. To co oferują – proponują słuchaczowi esencjonalny, lekko podkręcony w kwestii energii oraz delikatnie uplastyczniony dźwięk, jest na tyle udanie wdrożone w życie, że dosłownie każdy system powinien na tym skorzystać. Zagra z radością i tendencją do umiejętnie dozowanego pokazywania zawartego w muzyce drive’u, dlatego ogólnie rzecz ujmując nie widzę najmniejszych obaw w odniesieniu do większości populacji melomanów. Dlaczego większości, a nie całości? Naturalnie chodzi o czynnik ludzki z jego często niezrozumiałymi oczekiwaniami. Tego niestety nie da się przewidzieć. Jednak bez względu na wszystko zachęcam Was do prób we własnym systemie z tytułowymi ZenSati SILENzIO XLR lub RCA, bo naprawdę warto. Co prawda idąc za poprzednim zdaniem w małym procencie potencjalnych zainteresowanych zawsze może coś nie „pyknąć”, ale jeśli nawet, nudy podczas obcowania z muzyką na bank nie będzie. A to chyba w naszym hobby jest najważniejsze.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati SILENzIO
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiotite
Producent: ZenSati
Ceny (kpl.): 53 900 PLN / 0,5m; 63 900 PLN / 1m; 73 900 / 1,5m PLN
Zgodnie z krążącymi w mediach społecznościowych zaproszeniami, mniej bądź bardziej oficjalnymi newsletterami i przekazywanymi pocztą pantoflową informacjami dziś, czyli w piątek, w stołecznej delegaturze krakowskiego Nautilusa miało miejsce bardzo sympatyczne wydarzenie. Otóż okazją do popołudniowego spotkania tak z przybyłymi gośćmi, jak i sprawcami całego zamieszania, czyli konstruktorem – Michałem Posiewką i gospodarzem – Robertem Szklarzem była premiera najnowszego modelu wzmacniacza zintegrowanego Audio Reveal Classique.
Jak widać na powyższych zdjęciach tytułowa integra wygodnie rozsiadła się w mniejszym z dwóch pomieszczeń odsłuchowych jakimi warszawski, zlokalizowany na ul. Kolejowej 45, salon dysponuje a podczas mojej bytności towarzyszyły jej „niemy” gramofon Transotora i czynnie dbający o odpowiedni podkład muzyczny streamer Ayon S-10. Z racji niezbyt imponującej kubatury gospodarze nie próbowali naginać praw fizyki i zdroworozsądkowo sięgnęli po łapiące za oko „oldchoolową” estetyką zgrabne podłogówki Dynaudio Contour Legacy. Co do wykorzystanego okablowania, to też nikt nie próbował żadnych karkołomnych eksperymentów spinając wszystko kombinacją Acrolinków i Siltechów.
Skoro to premiera wypadałoby chociaż kilka zdań o gościu honorowym, czyli Audio Reveal-u Classique skreślić, co też niniejszym czynię. Nie da się jednak ukryć, iż Michał (Posiewka) pozostając wiernym dotychczasowemu i zarazem świetnie rozpoznawalnemu designowi udowodnił, że jeśli projekt jest przemyślany pod względem funkcjonalnym i w dodatku „zaskoczy” w świadomości odbiorców, to trzeba się go trzymać i jedynie dyskretnie akomodować do potrzeb konkretnych urządzeń. I tak też jest tym razem, gdyż Classique nie wyprze się swojego rodzeństwa. Mamy zatem do czynienia z drewnianym (Merbau) frontem i lakierowanym masywnym korpusem, na którego przedniej platformie pyszni się klasyczny zestaw lamp, czyli po parze pracujących w sekcji preampu triod 12AT7 i 12AU7 oraz górujące nad nimi, 300B w stopniu wyjściowym. Jeśli chodzi o bardziej zaawansowane technikalia, to Classique jest konstrukcją dual mono, z osobnymi sekcjami zasilania oraz transformatorami sieciowymi do obu kanałów i dysponuje całkiem przyzwoitą mocą 8W przy 4 i 8 Ω obciążeniu.
Z racji, iż tego typu eventy służą raczej towarzyskim pogaduszkom i jedynie niezobowiązującym rzutom tak oka, jak i ucha o brzmieniu Classique napiszę jedynie tyle, że jak na salonowe, a więc i dalekie od optymalnych, warunki rodzimy „lampiszon” wypadł wielce obiecująco. Pół żartem, pół serio można byłoby stwierdzić, że było słychać „potencjał”, jednak nie chcąc psuć sobie zabawy traktowałem serwowane przez niego dźwięki li tylko jako tło kuluarowych rozmów bardziej krytyczne i miarodajne opinie rezerwując na jego pełnowymiarowy test, którego spodziewać się można w najbliższej przyszłości.
Serdecznie dziękując za gościnę Gospodarzom gorąco zachęcam poszukujących nowych nausznych doznań melomanów i audiofilów do nawet niezobowiązującej wizyty w warszawskiej delegaturze Nautilusa i samodzielnej weryfikacji możliwości tytułowej integry Audio Reveal Classique. Nie musze chyba nikogo przekonywać, że po pierwsze warto samodzielnie ocenić urządzenie a po drugie, chociaż warunki lokalowe na Kolejowej trudno uznać za perfekcyjne, to śmiem twierdzić, że i tak i tak, nawet w niewielkich salonowych salkach prezentowane tamże systemy mają szansę zagrać o wile lepiej aniżeli na zbliżającym się wielkimi krokami Audio Video Show, gdzie wszechobecny gwar praktycznie wyklucza sensowność jakichkolwiek odsłuchów.
Marcin Olszewski
Opinia 1
Jak wynika z informacji uzyskanych od przedstawiciela marki Perlisten na niedawno odwiedzonej przez nas podwójnej rocznicy jej białostockiego dystrybutora Rafko, tytułowa marka tak naprawdę jest multi-kontynentalnym bytem. Chodzi oczywiście o rozlokowanie jej działalności w trzech punktach na mapie świata, w skład których na kontynencie północno-amerykańskim wchodzą naturalnie Stany Zjednoczone, europejskim Dania, a na azjatyckim dedykowana li tylko do produkcji jej oferty fabryka w Chinach. Jak widać, rozmach godny pozazdroszczenia, jednak najważniejszym jest fakt znakomitego współdziałania każdej dywizji, co skutkuje powoływaniem do życia oferujących bardzo dobre brzmienie w swej klasie zespołów głośnikowych. Kilka już u siebie mieliśmy, tak więc wiem, co mówię. A, że ta liczba pozycji to jedynie mały wycinek portfolio naszego bohatera, z przyjemnością zapraszam zainteresowanych poznaniem kolejnego produktu do lektury dzisiejszej opowieści. A będzie to relacja z procesu testowego rozwinięcia ostatnio opiniowanych monitorów A3m, czyli tym razem będące w dystrybucji przywołanego na samym początku tego akapitu białostockiego Rafko amerykańskie kolumny podłogowe Perlisten A4t.
Jak prezentują się Amerykanki? Gdybym miał obrazowo opisać ich aparycję w stosunku do mniejszych sióstr, powiedziałbym, że zamiast zastosowania stabilizującej solidnej nogi inżynierowie rozciągnęli gabaryty obudowy do samej podłogi, dzięki czemu w uzyskanym większym korpusie dało się zaaplikować dodatkowy głośnik basowy oraz wylot portu bass-refleks. Takim to sposobem, jeśli chodzi o zestaw przetworników, na froncie mamy do czynienia z okalaną dającym fajny efekt doświetlenia przekazu falowodem wysokotonówkę, wokół niej w układzie D’Apollito głośniki średnio-niskotonowe, a tuż pod wspomnianym trójcą dodatkowego basowca. Nie ma się co oszukiwać, bateria generatorów fal dźwiękowych jest potężna, co już przy wstępnym oglądzie zastanej sytuacji pozwala domniemać, że w kwestii oddawanej energii tak jak to wielu od dobrych kolumn oczekuje, będzie się działo. Idąc dalej tropem budowy rzeczonych Perlistenów w trosce o stabilność stosunkowo wysokich konstrukcji, posadowiono je na przykręcanych od spodu poprzecznych, wyposażonych w regulowane stopy belkach, zaś temat przyłączenia ich do systemu rozwiązuje zorientowany przy podłodze pojedynczy zestaw ze smakiem dopracowanych wizualnie zacisków. Wspominając kilka danych dotyczących technikaliów kolumn A4t najważniejszymi są: praca w układzie 2.5 drożnym, zastosowanie wentylacji obudowy systemem bass-refleks z wylotem z przodu obudowy, impedancja na poziomie 4 Ohm oraz skuteczność osiągająca wynik 88.5 dB. Jak widać, kolumny nie będą jakimś szczególnym obciążeniem dla sekcji wzmacniających, do tego elegancko się prezentują, co czyni je bardzo uniwersalnymi tak w aspektach technicznych, jak i organoleptycznych.
Co potrafią Perlisteny? Jak co prawda jako domniemanie, ale jednak wspominałem, potrafią zapewnić w pomieszczeniu dobrze rozumianą ścianę pełnego energii dźwięku. I to w kompleksowym zakresie częstotliwościowym od mocnego zejścia solidnie uderzającego dolnego zakresu, przez esencjonalną, ale dobrze ubraną w pakiet informacji średnicę, po dźwięczne, lekko doświetlone czymś na kształt płaskiej tuby, dzięki dobrej aplikacji nieprzerysowane wysokie tony. Naturalnie w stosunku do mniejszych sióstr przekaz emanuje większą płynnością i wagą, co z automatu delikatnie spowalnia szybkość narastania sygnału, jednak to naturalna kolej rzeczy, a do tego z dużą dozą prawdopodobieństwa prawie niezauważalna w momencie wstawienia naszych bohaterek do większego pomieszczenia niż zderzane z nimi podstawkowce. Jaki był efekt wzmocnienia dolnego zakresu dodatkowym przetwornikiem? Dla mnie, mimo że na co dzień u siebie mam większą sprężystość przekazu, odbiór całości był bardzo dobry, a śmiem twierdzić, że dla wielu z Was po ewentualnych próbach u siebie okaże się znakomity. Muzyka, kiedy miała sponiewierać dosadnością zawartej w danym materiale mocy, z dziecinną łatwością przyprawiała mnie o arytmie serca, zaś kiedy powinna brzmieć esencjonalnie i czarująco, także bez problemu zaskarbiała moje po trosze romantyczne serce. I nie tylko dlatego, że w drugim przypadku brzmiała jedynie słodko i ciepło, ale także za sprawą zjawiskowego wglądu w nagrania jako feedback zatopienia wysokotonówki w falowodzie. I to umiejętnego zatopienia, bowiem w żadnym wypadku kolokwialnie mówiąc muzyka nie była krzykliwa, tylko dzięki idealnemu rysowaniu wydarzeń scenicznych czytelnie ogniskowała dane źródło pozorne na wirtualnej scenie. Być może zabrzmi to dziwnie, ale dla mnie działanie Amerykańskich kolumn zakrawało na fajnie odbierany paradoks. Otóż z jednej strony aż kipiały krągłością i plastyką, a z drugiej skrzyły wysokimi tonami, jednak bez poczucia nadmiaru ich ilości i raczej tylko jako pokazanie palcem najważniejszych aspektów danego materiału. Jak wspominałem, to ściana nieskrępowanego dźwięku, którego znakiem szczególnym była podana od samego dołu po środek, przyjemnie dla ucha podkreślona oddechem w górnym zakresie energia.
Bardzo dobrym przykładem na pokazanie możliwości kolumn w zakresie oddawanej energii był materiał ze ścieżki dźwiękowej filmu „Gladiator” Ridley’a Scott-a. Wielbicielom tego filmu chyba nie muszę mówić, że ze szczególnym uwzględnieniem scen walki na samym początku filmu. To jest kawalkada następujących po sobie uderzeń nie tylko dolnym pasmem, ale także kakofonią soniczną reszty zakresów próbujących pokazać panujący podczas takich starć ogólny chaos. Chaos dla wielu zespołów głośnikowych często bardzo trudny do odtworzenia w pełnym pasmie, gdyż gubią się właśnie w dolnym zakresie lub w ogóle nie mają nic w nim do powiedzenia pozostawiając słuchaczowi do wyboru jedynie bolesny krzyk. W tym przypadku nie zanotowałem żadnych braków. Było gęsto w dole, jak i na górze, co pozwoliło mi wejść w ten zamierzony chaos z pełnym zaangażowaniem i podczas trwania bitwy bez braków w pokazaniu jej energetyczno-kakofonicznej nieobliczalności. Po prostu był ogień w najczystszej postaci.
A jak na tle powyższego łamania delikatnego kręgosłupa melomana – zaznaczam, że w dobrym znaczeniu tego określenia – wypadały magiczne wersety twórczości Claudio Monteverdiego i interpretacji Johna Pottera „Care-charming sleep”? Cóż, było i słodko, i ciepło oraz dzięki żywym za sprawą utubienia wysokotonówki górnym rejestrom bardzo ciekawie. A ciekawie, dlatego, że słychać było nie tylko zajmowane przez danego artystę miejsce na wirtualnej scenie, ale także każdy niuans pracy czy to instrumentów gardłowych, czy strunowych tudzież dętych, co znakomicie wspomagało wtórujące każdemu dźwiękowi echo wysokiej kubatury kościelnej. Tak jak we wcześniejszej produkcji było ostro, tak w tej magicznie. Słodko, miękko, ale od strony informacji w górnych rejestrach podane z aptekarską precyzją, czyli bez na dłuższa metę zniechęcającej do wielogodzinnych odsłuchów nudy.
Czy przed momentem opisane kolumny są lekiem na całe zło dla każdego z nas? Naturalnie ze zrozumiałych względów nie. A nie, bowiem po pierwsze naprawdę oferują soczyste granie, co w przypadku pomieszczeń ze szkodliwymi modami dolnego zakresu prawdopodobnie spowoduje ich pobudzenie. Po drugie znam wiele osób przedkładających szybkość brzmienia systemu ponad jego soczystość i wówczas na bank z tytułowymi Perlistenami nie będzie im po drodze. Ale jeśli powyższe aspekty Was nie dotyczą, a wiem, że tak w znaczącej większości jest, wówczas to może być pomysł na dźwięk na długie lata. Pełen energii i magii okraszonych żywą, jednak nienatarczywą projekcją najwyższych rejestrów. Dosłownie i w przenośni bajka. Pytanie tylko, jak bardzo i na jakim poziomie esencjonalności jesteście zdeterminowani w niej uczestniczyć. To już niestety można zweryfikować jedynie osobistym starciem we własnym systemie. Czyli piłka jest po Waszej stronie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć jak już zdążyliśmy kilkukrotnie na naszych łamach udowodnić w ciągu pięciu lat od swojego powstania amerykańskiemu Perlistenowi, który przebojem wdzierając się na high-endowe salony, udało się nie tylko porządnie namieszać we wszelakiej maści rankingach i ustabilizować swoją pozycję, to zamiast okopywać się na z góry upatrzonych pozycjach od minionego monachijskiego High Endu za sprawą nieco bardziej aniżeli S i R serii A równie udanie rozpocząć eksplorację bliższych możliwościom finansowym szerszego grona odbiorców rejonów. Co ciekawe, pomimo znacznej redukcji cen nowe/tańsze modele praktycznie nic a nic nie straciły z charakterystycznej „urody” starszego rodzeństwa a i ich tzw. wartość postrzegana nadal wypada nader korzystnie, gdyż dochowują wierności „amerykańskiej rozmiarówce” a tym samym nawet w przypadku podstawkowych, niedawno u nas goszczących A3m otrzymujemy zaskakująco pokaźne kolumny. Nie inaczej jest w przypadku najwyższego z serii modelu A4t, któremu dzięki uprzejmości białostockiego Rafko mogliśmy się przyjrzeć i przysłuchać.
Już sesja unboxingowa unaoczniła, że żarty się skończyły i decydując się na tytułowe A4t warto nie tylko do ich wniesienia/rozpakowania postarać się o dodatkową parę (umięśnionych) rąk, co i wygospodarować odpowiednią – adekwatną do ich (kolumn, nie rąk) postury ilość miejsca. I proszę mi wierzyć, nie są to kurtuazyjne zwroty „kadzące” naszym gościniom, lecz na własnych plecach doświadczone i organoleptycznie zweryfikowane fakty, na podstawie których śmiem twierdzić, że bez min. 20-25 metrowego i to niezbyt „zagraconego” salonu spokojnie można skierować swoją uwagę ku nieco mniejszemu modelowi A3t, bądź nawet wspomnianemu wcześniej podstawkowemu A3m. Wracając do meritum a więc przynależnych temu akapitowi kwestii aparycyjno konstrukcyjnych warto wspomnieć iż przy trudnych do przeoczenia gabarytach (1285 x 280 x 450 mm) A4t reprezentują grono czterogłośnikowych, dwuipółdrożnych konstrukcji wentylowanych, czyli przekładając to na język nieco bardziej zrozumiały na ich frontach znajdziemy po trzy 215mm przetworniki nisko-średniotonowe z włókna węglowego pomiędzy którymi, a dokładnie górną parą, zaimplementowano umieszczony w charakterystycznym, dorównującym średnicą mid-wooferom falowodzie przerośnięta, bo aż 35mm kopułkę z kompozytu Teteron. Dolną część ściany przedniej zajmuje pionowa, zabezpieczona metalową siatką szczelina wylotu układu bas refleks a stabilność poprawiają przykręcane do podstawy i uzbrojone w biżuteryjne masywne kolce poprzeczne aluminiowe sztaby. Z kolei na plecach, pomijając pojedyncze acz uczciwie trzeba przyznać, że solidne, terminale głośnikowe nie dzieje się absolutnie nic. Podobnie sprawy mają się z dostępna paletą umaszczeń – jedyną opcją jest satynowa czerń.
Jeśli chodzi o jakąś głębszą wiwisekcję natury anatomicznej, to poza bardzo szczegółowymi charakterystykami akustycznymi dostępnymi na stronie producenta zakładam, że większości zainteresowanych do pełni szczęścia wystarczy wiedza o 88.5dB skuteczności przy 4Ω (min. 3.1Ω) impedancji i wskazówka, by przy wyborze amplifikacji nie schodzić poniżej 50W, co patrząc tak na gabaryty samych kolumn, jak i powyższe parametry, o kierowaniu się zdrowym rozsądkiem nawet nie wspominając, nie powinno dziwić, czy też budzić jakichkolwiek kontrowersji.
Jak łatwo można się domyślić, przechodząc do części poświęconej brzmieniu nie obca była mi ciekawość co pokażą A4t, skoro już ich mniejsze, podstawkowe i ubożej wyposażone rodzeństwo absolutnie nic a nic nie robiło sobie z różnic klasowych, bezpardonowo zapuszczając się w rejony wydawać by się mogło zarezerwowane dla szlachetniej urodzonych S5T. Jak się jednak okazało dołożenie mid-woofera, zwiększenie pojemności komory czynnej i przede wszystkim zmiana samej idei układu – z konstrukcji zamkniętej na wentylowaną sprawiły, że A4t, choć nadal mają w sobie charakterystyczne dla Perlistenów hi-techowe DNA, to sonicznie reprezentują zupełnie nową jakość. W telegraficznym skrócie ich brzmienie scharakteryzować można jako niezwykle gęste, mięsiste, majestatyczne i lekko przyciemnione, choć niepozbawione wysokiej próby rozdzielczości. Już od pierwszych taktów „Ofnir” Heilung jasnym stało się, że 4-ki nie tylko lubią i co najważniejsze potrafią grać głośno, co do prawidłowego ich wysterowania, oraz prowadzenia potrzebować będą solidnego, zdolnego złapać je „krótko przy pysku” pieca. I wydaje mi się, że z powodzeniem ewentualne rozterki i dylematy da się rozwiązać nawet w obrębie portfolio samego Rafko, bowiem po ostatnich roszadach dystrybucyjnych do ich koszyka „wpadł” kanadyjski Bryston, a więc praktycznie w ciemno celowałbym w 300W końcówkę 4B³ bądź nawet mniejszą – 200W 3B³. Chodzi bowiem o to, że A4t oferują masywną i potężną podstawę basową, nad którą trzeba zapanować, by nie próbowała zawłaszczać sobie obszarów jej nieprzypisanych. Jeśli powyższy warunek spełnimy, to nie tylko transowo-szamańsko-rytualne pląsy będą miały właściwą sobie motorykę i tajemniczość, lecz i współczesna elektronika w stylu „Sprouted” Ganja White Night zabrzmi nie tylko monumentalnie, lecz i z odpowiednią wieloplanowością i rozdzielczością łącząc wyśmienitą czytelność przekazu z potęgą udowadniającą, że w większości sytuacji i konfiguracji, szczególnie tych wielokanałowych, kwestia zakupu subwoofera może wcale nie być taka oczywista i konieczna.
Nie mniej atrakcyjnie i zarazem wciągająco skuteczniej aniżeli chodzenie po bagnach wypadły odsłuchy „mrocznych” soundtracków w stylu nomen omen „The Darkness” autorstwa Atli Örvarsson, Kjartan Holm i Sin Fang, gdzie Perlisteny niejako mimochodem intensyfikowały nastrój niepokoju i czającego się w mrocznych zakamarkach niekoniecznie pozytywnie zapowiadającego się nieznanego. Warto w tym momencie podkreślić, iż pomimo gęstości i wspomnianego w pełni zamierzonego przez realizatora a nie narzucanego przez kolumny niedoświetlenia prezentacji nie sposób było zarzucić im jakikolwiek spadek rozdzielczości, czy też limitację napowietrzenia, otwartości prezentacji, bowiem zarówno wokalizy, orkiestracje, jak i partie fortepianu czarują komunikatywnością i ekspresją. Podobnie jest z gradacją planów, gdyż zazwyczaj obniżenie ilości lumenów wiąże się ze spadkiem czytelności, widoczności dalszych rzędów a tymczasem A4t do najdalszych, zajmowanych przez muzyków rzędów zachowują pełen pakiet informacji. Efekt ten bardzo wyraźnie słychać również na polifonicznym albumie „Tomba sonora” Stemmeklang i Kristin Bolstad, gdzie pomimo wręcz ewidentnego mroku tak aura pogłosowa, jak i lokalizacja źródeł pozornych są wyborne. Wszystko wskazuje zatem na opanowaną do perfekcji przez Amerykanów zdolność widzenia w ciemności i to zdolność nie noktowizyjną – monochromatyczną, co z zachowaniem pełnej rozpiętości barwowej, a to już nie lada wyczyn.
Patrząc na Perlisteny A4t tak z perspektywy ich gabarytów, zastosowanych przetworników, jak i skali a przede wszystkim jakości oferowanego przez nie dźwięku nie pozostaje mi nic innego, jak tylko uznać je za konstrukcje wycenione wręcz dumpingowo. Jeśli zatem szukacie Państwo kolumn potrafiących zapuścić się w najgłębsze zakamarki Hadesu, jak ognia unikające irytujących przejaskrawień a jednocześnie zdolnych z iście aptekarską precyzją pokazać złożoność wielkiego aparatu wykonawczego, to o ile tylko dysponujecie co najmniej dwudziestometrowym pokojem oraz zdolnym prawidłowo je wysterować wzmacniaczem, to odsłuch A4t wydaje się czystą formalnością. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia jedynie czarnego umaszczenia, ale podobno właśnie takie malowanie sprzedaje się najlepiej, więc można uznać, że producent wie co robi, tym bardziej, że w tym przypadku płacimy praktycznie wyłącznie za brzmienie a nie utrzymywanie w portfolio pełnej palety RAL.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Kuzma XL DC
– wkładka My Sonic Lab Eminent EX
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80
Dystrybucja: Rafko
Producent: Perlisten Audio
Cena: 29 990 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: podłogowa, dwuipółdrożna, wentylowana (Bass Reflex)
Zastosowane przetworniki
Wysokotonowy: 35mm kompozytowa (Teteron) kopułka
Nisko-średniotonowe: 3 x 215mm z włókna węglowego
Skuteczność: 88.5dB / 2.83v / 1.0m
Impedancja: 4Ω (nominalna); 3.1Ω (minimalna)
Pasmo przenoszenia: 36 – 24kHz (-6dB); 27 – 27kHz (-10dB)
Zalecana moc wzmacniacza: 50 – 350W
Wymiary (W x S x G): 1285 x 280 x 450 mm
With a high degree of certainty, most analogue freaks similar to me, have had heated discussions, certainly more than once or twice, about the way the signal from MC phono cartridges is processed. As you know, these are usually low-voltage styluses, which, unlike their less technically advanced MM sisters, can be treated in two ways. So what am I talking about? Let me tell you. Although it is defined differently in different places in our world, in Warsaw, there is a saying, that there are two schools of doing things – the Falenica or the Otwock way (both are areas in the Warsaw agglomeration). The first one votes for the use of electronic circuits, i.e. a typical phonostage, while the second one advises the use of a theoretically simpler design, because it is based on a transformer that raises the level of the signal. One might ask, what is the problem if each of the mentioned options fulfills its tasks? You take what you have at hand and the topic is closed. Well, as it usually happens, the devil is in the details, which are the pros and cons of each one of them. What and in which case? I will not go too much into the detail, because it is a vast topic, but in short, based on my experience, it looks like this: in typical MC phono preamplifiers, it is about fighting a heavy, not always successful, battle with an increase in distortion during the amplification of the signal, while the SUT (Step Up Transformer) being a substitute for the phonostage often causes some kind of averaging of the sound. And let me remind you that these problems and their effects only get worse with the increase in the quality of those devices. As you can see, playing with a turntable – at least at the highest level of quality – is not easy. Unfortunately, if you want to get into it, you have to get a grip on the topic somehow, so today’s test has a chance to support you with some kind of help. How? Well, it will be a sonic evaluation of an alternative to the typical phono preamplifier I use, i.e. a Step Up Transformer. However, not just any SUT, it is a product of Zikra Audio, a specialist in analogue circuits, with tubes in the background – I am alluding to an excellent line preamplifier, which we described some time ago on our pages. Now the Olsztyn distributor Prestige Audio delivered to our editorial office the flagship product of the Danish brand Zikra Audio – the MC Transformer.
When you look at a series of photographs, and use your imagination to collide it with my phonostage, even a layman will notice that if someone has chosen the transformer solution that is the subject of today’s review, in addition to the satisfactory quality, they get something for free. Of course, I am talking about the dimensions of both designs. A SUT is always more compact, while phono preamplifiers full of complicated electronics in my style can often use two large boxes of a trifling 20 kg each. You will admit that there is a lot to fight for. So how does the Danish Step-Up look like? As you can see, it is a small box made of polished steel. However, do not let this fact fool anyone, because the solidity of the components used inside makes this small cuboid weigh more than 5 kg. For my part, I will add that it is undoubtedly a very aesthetically pleasing cuboid, because all the information text on the device, including the brand and device name on the fascia, as well as descriptions of all the sockets on the back of the cover, are etched or engraved in barely visible italics. The effect is, that at first glance nothing can be seen on the shiny surface, and all the cards of Zikra MC Transformer are revealed only after looking from the right angle. Believe me, although it seems like something unnecessary, in the end it is great thing for everyday use. Once we have the general looks of the device described, there is nothing left to do, but go to the back of the case and look at its compatibility with the analogue system. And there you will find 6 RCA inputs and a centrally oriented ground terminal. Why as many as 6? I am already explaining. Six, because we first have to bring the signal from the tonearm, which is done by the sockets right next to the ground screw. Then output the signal after it has been properly digested by the internal transformer through the sockets on the outer flanks. And if a given cartridge needs load correction – above 100 Ohm the topic is negligible – you can contact the manufacturer and order something like RCA „bits” with the necessary load value, which are implemented on the sockets between the input and output marked as “Load”. You will admit that the operation is very simple and the only minor problem to solve is to determine the value of the plugs that adjust the factory values of the cartridge to the Step-Up. So much from me about the general appearance and the process of adapting the device to work in a given environment. And if so, we have come to the moment of mentioning its bowels. I will present them in a very rarely used way – I will just paste the mailing I received from the distributor, very digestively describing the internal structure of the device, and does not brag and glorifying the manufacturer’s achievements too much.
„Transformer step up.
In general, Zikra keeps it a secret who makes the transformers, but we can reveal that the goal from the very beginning was to create a step up that will sonically beat its reference in the form of the flagship Kondo or Allnic Audio. The transformer delivered for testing is a silver-wound version – a copper-based version is also available. Both versions are characterized by a special type of winding, which makes them Bifilar transformers. In our opinion, this is the best solution in step-up transformers for turntables with an MC cartridge. The use of bifilar winding is of particular importance, as it allows for the maximum possible clean and faithful transmission of a very low-voltage signal. Bifilar cable routing provides excellent magnetic coupling and minimizes inductance, resulting in a wider frequency response, both in terms of deep bass and subtle highs. This design reduces intrinsic noise and electromagnetic interference, so that the signal remains extremely clear and natural. In addition, high symmetry of windings is achieved, resulting in a better channel balance and a more stable stereo stage. As a result, a bifilar winding transformer not only improves the dynamics and clarity of the sound, but also maintains the phase consistency of the sound, which is crucial for a truly audiophile listening experience. An important piece of information is also the fact that the oversized core of custom-made transformers is pure Permalloy. The transformers themselves are put inside a triple shielding, where the first two screens are nu-metallic elements, and at the end there is a copper capsule.”
Little or much information? In my opinion, the most important features of the design are revealed, so the topic is treated solidly and we can move on to the clou of the meeting, i.e. the description of the sound of the Scandinavian MC Transformer.
Before I move on to a detailed description of signal processing by the Zikra SUT, a few sentences about my experience with this type of designs. It is an undeniable fact that connecting them gave the impression of achieving greater consistency in the sound of the system. A cranked amount of energy, and fewer unnecessary artifacts, as a result of the consolidation of the sound, give a sense of increased tangibility of the events taking place on the virtual stage. Without going into too much detail, the focus is on the emotions carried by the music. It has always been like this, and I always perceived it positively, which made me spend time with music based on a black record myself for several years. Unfortunately, only until a certain time. But why? There came a moment, where my audiophile soul, which was largely devalued by music lovers, disappointed by failures of creating a stereo ideal in all aspects of sound, finally started to speak to me. It was that soul, which pointed her finger at places, where there was no spark. Yes, it was fun, but when you want to go all in the recording, having two different alter egos, fun is not enough. This is why I currently use a typical phonostage. To meet my high-quality requirements for very high-quality sound – the power supply itself uses a transformer with a power of 200W per channel, but as they say: „the result justifies the means”. But I would like to point out that in order to surpass, maybe not the best, but a decent Step-Up, you need to find a very good phono, which, as you can see in my system as an example, is not an easy task, despite I have achieved a success. And when, after years of searching, I finally managed to reach the finish line, so that any tested device to perform really well and at the same time wants to fulfill my requirements, it must climb the Olympus Mountain. So how did the Danish Step-Up fare against the mythical mountain? Did it sound well, covering only a bit of the distance to the top, and giving a lot of fun from listening to music? Or did it defeat it completely?
Well, I do not know if it is my weakness for this manufacturer, that I have having experienced excellent designs based on electron tubes, which I currently avoid for simple management reasons, but once again the Zikra Audio brand positively surprised me. It is actually a small manufacture, like many others I hosted at home, but each time its offering escapes the results I predicted, leaving many excellent manufacturers behind, and this also happened this time. Admittedly, it gently rearranged the aesthetics of music reception, in relation to my everyday setup, but it did this in such an interesting and non-invasive way, that after the first day of playing with this inconspicuous box, I called a friend who was also crazy about turntables. What was the effect? The first and most important observation was to leave the music at its current level of full swing and full momentum. This is very important, because another nuance captured, was a minimal, but clearly noticeable, pulling of the sound together, resulting in an increase in fully controlled energy. Fortunately, such a move did not affect the speed of the system’s reaction to the changing situation on stage in any way. Usually, such an action has its repercussions in the form of shortening the reverberations and thus squeezing, and gently rounding off the edges of the sound, limiting its vibration and the size of the virtual world in the dimensions of width, depth and, of course, and in my opinion, above all, its height. Not without significance is also the loss of the effect of the ethereality created in the space between the speakers, which is necessary to draw the listener into the whirlpool of events. Of course, Zikra Audio, due to its knowledge of how to build good audio devices, coped with it excellently and the problems in question had no raison d’être. And it did it so successfully that as a result I got an excellent drive, which did not hurt the music at all, providing it with not only a package of information about the joy that lies dormant in it, but also about the complexity of the artists’ work and about the rendering of the sound of their attributes. Yes, yes, it is not without reason that I divide the complexity of projection into two areas, because being a declared audiophile I cannot do otherwise, which unfortunately is a big problem for many who are often hosted at my home. Of course, it is about focusing on the musicality of the sound, but often at the expense of not being able to convey the diversity of energy generated by a solo instrument, not to mention showing several instruments at once with the appropriate expression of each one of them.
A nice example is the actually whole catalog of this artist, but for the purposes of the test I used Ken Vandermark’s album released after a series of concerts in Krakow’s Alchemia club „The Vandermark 5”. And I do not mean to convey the frantic tempo and sound impact that is a special feature of free-jazz, because every good MC Transformer can do that, and I am looking for an outstanding one. Firstly, it is about the differentiation of the energy produced and the timbre, of sometimes playing in succession and sometimes together, instruments. I mean a variety of impulses, sometimes with their hardness, other times softness, and the length and speed of rising and decaying. And secondly, their specific timbre allows them to be distinguished from each other, even when emitting a tonally identical sound at the same time. I assure you, dealing with these aspects at a level close to the truth is the highest art of signal processing from a phono cartridge. I am convinced that most of our hero’s relatives will play such material nicely, colorfully and with energy. However, the whole problem is that when we take a closer look at such a projection, it suddenly turns out that this niceness, in the longer run, is nothing else, than what I mentioned in the very beginning, very pleasant to the ear, but still averaging of the sound. And a well-configured turntable should not offer any restrictions to the listener. Yes, many treat it this way, i.e. as a giver of pleasant sounds, but it has nothing to do with what not only can, but should presented by a top system, to which the titular Scandinavian aspires. Fortunately, the principal of the Zikra brand understands this perfectly and, in my opinion, with the support of many years of playing with this technology, he offered us an MC Transformer that fully reflects the sound assumptions written out a moment ago. It can easily cope with the speed of signal build-up, maintaining the appropriate timbre of the sound, but also, and for me above all, the variation of the impulse of each instrument participating in a given musical moment. So how did it look like? Imagine two saxophones playing at the same time in a different key, add a furiously loud trumpet that is musically arguing with them, and let everything in the lower parts be attacked by a strong kickdrum. You will admit that in order to convey this madness well, there is a lot of solid work to be done, with the resolution of the whole thing at the forefront. And that is not all, because often, in various album projects, the whole jumble, without rhythm and leading melody, is interjected by a springy double bass, solidly supported by the thickest strings. It also hits us with energy, but different from drums, and a good system should show that the double bass appeared at all – that is one thing, and that despite operating with a strong beat, it does it in a different frequency range and with a different specificity of attack and duration than the drummer with his drums – that is two. Any suggestions? Do not worry, I will tell you what usually happens. Naturally, we collide with a wall of chaotic and completely illegible sound, which every manufacturer who gets whipped with that, usually blames on poorly realized recording. Meanwhile, very often this is not the case, but a given device, looking at its work in great detail, allows you to show this madness as nice, if not weak from the projection point of view. Zikra naturally emerged from many such attempts to throw logs under his feet without the slightest problems. So convincing that if I did not have the current phonostage, the test would certainly end with a conversation about leaving the eponymous SUT permanently in my system. What is the reason for canceling those talks? Does this mean that you can do better? Paraphrasing a classic, it is probably clear that there will always be a bigger fish. However, I can reassure you, the differences between what I have now and what the Dane proposes are very discreet and only end in a different view of the microdynamics of sound at its edges. Compared to my phono preamplifier in this aspect, Zikra shows less freedom, which I sometimes perceived as a slight tension in the sound. But as I wrote, these are nuances and I am convinced, that even if you caught it during listening test, taking into account the four times the difference in price of both devices in favor of Scandinavian one, you would not even think for a moment what to choose.
As you can see from the amount of text, I came up with a long monologue reserved for phenomenal constructions that really move my feelings. A monologue, which I hope, clearly shows how the uncompromising Step-Up should do and what the tested Zikra Audio MC Transformer presented in one hundred percent. Is it an offer for everyone? In my opinion, without the slightest stretching of the facts, yes. Naturally, if you bear the price resulting from avoiding compromises in the process of bringing it to life. I admit that it is not cheap. However, on the other hand, in order for a typical, i.e. electronic-based phono to sound as unrestrained and as faithful as possible to the realism of every aspect of music, not only does it take a long time to find, but also certainly you will have to pay a lot more than for our hero, not even mentioning the sizes of both amplifiers of the signal from the phono cartridge. Have I convinced you? If not, there is only one thing left for me, which is to invite those interested to a personal clash with Zikra. However, I loyally warn you, if you are mentally prepared for the changes, there will probably be no return to the analog system configuration from before the test.
Jacek Pazio
System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Commander
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Kuzma XL DC
– Cartridge: My Sonic Lab Eminent EX
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Polish distributor: Prestige Audio
Manufacturer: Zikra Audio
Price: 10 750 €
Specifications
Recommended Cartridge Impedance: < 10Ω
Gain at 1kHz: 20dB
Frequency band: 10Hz-100kHz (-2.5dB, +0.5dB)
Weight: 5.1 kg
Cytując klasyka, jak „po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój”, tak po super-integrze MA 12000 przyszła pora na dedykowane mu źródło – odtwarzacz CD/SACD McIntosh MCD12000.
cdn. …
Podobnie jak to miało miejsce w przypadku serii TheOne po solowych występach przewodów zasilających, interkonektów (analogowych i cyfrowych) oraz głośnikowców przyszła pora na „zbiorówkę” topowej linii WK Audio TheRed.
cdn. …
Najnowsze komentarze