Opinia 1
Skoro niejako w DNA High-Endu zaszyte jest dążenie do perfekcji, to śmiało możemy również uznać, iż nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Czyli nawet jeśli nasz system gra jak marzenie i tak że mucha (niekoniecznie Anna) nie siada, to praktycznie zawsze i nie ruszając jego „kręgosłupa” da się z niego wycisnąć coś więcej z pomocą wyższych lotów okablowania, czy też opcjonalnych akcesoriów. I choć dla osób postronnych może to wyglądać na przejaw nerwicy natręctw, wiecznego nieusatysfakcjonowania i szukania dziury w całym, to dla jednostek skażonych bakcylem audiophilii nervosy jest niczym innym jak tylko pielęgnowaniem własnego hobby i konsekwentnego podążania obraną wcześniej drogą. A jak wiadomo im dalej w las, tym więcej drzew, więc jeśli z tematem propagacji wibracji z i do urządzeń za sprawą wszelakiej maści antywibracyjnych stopek i platform jesteśmy niejako, z racji dość regularnych publikacji, na bieżąco, to najwyższa pora na kolejny stopień zaawansowania, czyli kwestię rezonansów elektromagnetycznych generowanych przez przepływ prądu w urządzeniach owym medium zasilanych. Brzmi intrygująco? I tak właśnie być powinno, gdyż dzięki uprzejmości chełmżyńskiego Quality Audio do naszej redakcji trafiła para wielce urodziwych, włoskich regulowanych „tłumików drgań” / damperów Omicron A2 i X1 Top Harmonix Stabilizer, na których recenzję serdecznie zapraszamy.
Jak łatwo zauważyć oba dampery mają postać zaokrąglonych w swej górnej części cylindrycznych układów modularnych wykonanych z Delrinu® i mosiądzu, w których, w zależności od stopnia zaawansowania, mamy jeden poziom odsprzęgnięcia łożyskiem kulowym i jeden pierścień do dostrajania częstotliwości rezonansów (A2), bądź układ zdublowany – z dwoma poziomami łożyskowego odsprzędnięcia i oprócz górnego również środkowy pierścień regulacyjny. Mniejszy z rodzeństwa Omicron A2 ma średnicę 110 mm i wysokość 60 mm, natomiast większy X1 przy takiej samej średnicy może pochwalić się wzrostem 75mm. Różnica w wadze również jest zauważalna, choć akurat tutaj Włosi żadnych parametrów nie podają.
Patrząc na asortyment Omicron Group jaki w tzw. międzyczasie przewinął się przez nasze systemy pozwolę sobie uznać nasze dwa tytułowe stabilizery jako swoiste hybrydy łączące funkcjonalność Power Boosta z nieco uprzedzając fakty, skalą zmian jakie oferowały Faraday i topowa Tesla. Ich działanie opiera się na możliwości dostosowania, dostrojenia do szerokiego zakresu drgań / wibracji poprzez obrót pierścienia (A2) lub pierścieni (X1), co powoduje zmiany poziomu rozpraszania energii. A co jest źródłem owych wibracji? W elektronice jest to prąd a dokładnie jego przepływ, co może prowadzić do degradacji i wprowadzania zakłóceń do sygnałów audio. A Omicrony owe wibracje rozpraszają. Tylko tyle i aż tyle, bowiem z tego co nam wiadomo są to jedyne akcesoria na rynku działające na tej zasadzie. Co prawda jest jeszcze QPOINT Nordosta, jednak on akurat generuje własne pole synchronizujące rezonanse znajdujących się w jego zasięgu urządzeń, więc choć również zajmuje się zagadnieniami elektromechanicznymi to nie dość, że synchronizuje a nie rozprasza rezonanse to jest akcesorium aktywnym.
Z racji, iż moje AudioSolutions Figaro L2 stoją, choć bardziej trafnym określeniem byłoby „lewitują nad podłogą za pomocą” na sprężynowo – magnetycznych stopach Solid Tech Feet of Balance a sugerowane w ramach działań fakultatywnych przez dystrybutora ustawienie Omicronów na podłodze wzbudziło dziki entuzjazm mojego Chihuahu’y finalnie testy przeprowadziłem żonglując tytułowymi akcesoriami pomiędzy źródłem – Vitus Audio SCD-025 Mk.II a wzmacniaczem zintegrowanym Vitus Audio RI-101 MkII.
Jeśli zastanawiacie się Państwo czy aplikacja tytułowych Omicronów cokolwiek dała, a jeśli tak, to czy owe roszady było słychać, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko potwierdzić zainteresowanym i rozsierdzić zaimpregnowanych na doświadczenia empiryczne, że jak najbardziej tak. Od razu spieszę również donieść, iż kontynuowanie prowadzonych na FB pod relacją z unboxingu dyskusji i czysto akademickich dywagacji jakoby taki sam efekt da położenie na urządzeniu przysłowiowej cegły, bądź innego obciążnika, mija się z celem. Chociażby z racji, iż stosownych, ponad kilogramowych damperów – odpowiedników Thixara Eliminator używam od lat, jednak ich przydatność w moim systemie ogranicza się do urządzeń wagi lekkiej – transportu Lumïn U2 Mini, switcha QSA Red i NAS-a I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB a ww. Vitusy na ich wdzięki są zupełnie obojętne. Dlatego też przez pierwszych kilka dni oswajałem się nie tylko ze skalą zaobserwowanych zmian, co przede wszystkim faktem zaistnienia takowych. Niby „kieszonkowy” Power Boost też „robił im dobrze”, jednak tam jasno było powiedziane, że operujemy polami magnetycznymi, więc akurat masa i gabaryty samego akcesorium miały znaczenie drugorzędne a jedynie wypadało pamiętać, by nie stawiać go na napędach i odtwarzaczach. Tymczasem w przypadku A2-ki i X1-ki nijakich przeciwwskazań nie odnotowałem a tym samym wygaszanie rezonansów musi odbywać się czysto mechanicznie – poprzez precyzyjne dostrajanie układu każdego z Omicronów. I muszę przyznać, że jeśli tylko się je optymalnie nastawi to efekt jest nie tylko doskonale słyszalny, co przynajmniej w moim mniemaniu bezsprzecznie pozytywny a jego skala, intensywność wprost proporcjonalnie rośnie w zależności od tego, czy swój urok roztacza podstawowy A2, czy topowy X1. Niemniej jednak kierunek zmian w obu przypadkach był tożsamy, więc w dalszej części pozwolę sobie opisywać i definiować go w formie wspólnego dla obu modeli mianownika.
Generalnie rzecz ujmując, kluczową kwestią jest fakt, iż Omicrony nie majstrują w równowadze tonalnej, czy też barwie, wysyceniu dźwięku, choć początkowo takie wrażenie można odnieść. Jednak im dłużej się z nimi egzystuje, tym bardziej oczywistym staje się, iż obszarem ich zainteresowania jest potencjał energetyczny oddawany przez znajdujące się pod ich wpływem urządzenie oraz rozdzielczość / stabilność kreowanej sceny i precyzja definiowania na niej źródeł pozornych. Po prostu wzrost energetyczności prezentacji sprawia, iż w pierwszej chwili możemy uznać, iż z racji wyraźniejszego, bardziej odczuwalnego basu całość bardziej „siada”, schodzi w dół a przez to obniża swój strój. Tymczasem okazuje się, iż potencjał uwalniany jest nie tylko na dole, co w całym paśmie, więc i średnica, i góra mają więcej do powiedzenia, zakomunikowania. Proszę tylko rzucić uchem na „(Meta) morphosis” The Nocturnal Affair, gdzie jakiekolwiek odstępstwa od liniowości albo powodują męczący po utworze/dwóch jazgot, albo ewidentnie „gaszą” prezentację sprowadzając ją do poziomu tępo cykającego muzaka. A z Omicronami dostawałem więcej, nieco bliżej i zdecydowanie czyściej, stabilniej i bardziej namacalnie. Porównanie z i bez A2 / X1 na tych samych utworach było na tyle jednoznaczne, że jeśli tylko przyzwyczailiśmy się do brzmienia z włoskim akcesorium jego eliminacja – zdjęcie z urządzenia, szczególnie ze wzmacniacza, owocowało mało przyjemną … anoreksją i zawoalowaniem. Tylko po chwili przychodziła refleksja, że przecież do tej pory zarówno ja, jak i przewijający się przez moje 4 kąty słuchacze uznawali mój system za grający zdecydowanie energetycznie i pomimo dbałości o muzykalność o dość „usportowionym” charakterze. Tymczasem dopiero Omicrony pokazały, że da się w ową „sportowość” jeszcze lepiej i to bez sztuczności i przerysowań – bez „nitro” i ryczącego / strzelającego wydechu, z kulturą, wyrafinowaniem i w dodatku iście zegarmistrzowską precyzją. Bo warto mieć świadomość, że ani A2, ani tym bardziej X1 wyjęte prosto z pudełka i po prostu ustawione na urządzeniu nie pokażą pełni swoich możliwości. A jeśli ktoś będzie miał takie szczęście i trafi z „fabryczną” (choć nie wierzę, żeby podczas transportu coś się nie przekręciło nawet o kilka stopni) kalibracją w punkt, to czym prędzej powinien gnać do najbliższej kolektury Totka. I piszę to zupełnie szczerze, gdyż chcąc poznać naturę tytułowych bibelotów, ze szczególnym uwzględnieniem X1, spędziłem blisko dwa tygodnie na ich dostrajaniu do poziomu, by ich wpływ był zachowany, powtarzalny na dowolnym repertuarze a nie li tylko konkretnym, co jak dowodzi praktyka jest o wiele prostsze. Bowiem przy skrajnych nastawach Omicrony „grają”, znaczy się „sprawiają”, że brzmienie oscyluje pomiędzy nazbyt ofensywnym i zarazem nieco anemicznym a przesadnie gęstym i zwalistym, więc przykładowo „odchudzenie” Cassandry Wilson na „New Moon Daugter” i „zagęszczenie” zazwyczaj jazgotliwego „Pump” Aerosmith może się podobać, to już na mniej ekstremalnych pozycjach efekt raczej nie będzie akceptowalny. Proszę jednak na powyższe przykłady patrzeć poprzez pryzmat pewnego uproszczenia, ponieważ zarówno odchudzenie, jak i dociążenie są w tym przypadku metaforycznymi słowami-kluczami, gdyż tak jak zaznaczyłem wcześniej tu nie ma zmian na poziomie równowagi tonalnej, czy też palety barw a jedynie zachodzi operowanie rozkładem energii i klarownością prezentacji. Ot eliminacja podskórnej nerwowości i rozedrgania plus zdolność oddania pełnego potencjału energetycznego sprawiają, że umowny „strzał w ucho” jest bardziej realistyczny a całość prezentacji bardziej żywa.
Przy niezelektryfikowanym, naturalnym instrumentarium oraz w zdecydowanie spokojniejszym repertuarze Omicrony też świetnie się sprawdzają i co ciekawe pomimo wspomnianej wcześniej poprawy rozdzielczości i energetyczności prezentacji nie intensyfikują doznań tam, gzie nie jest to potrzebne. Do czego piję? A do wszelakiej maści audiofilskich wydawnictw w stylu „Live ad Alcatraz” Fausto Mesolelli’ego, gdzie dodatkowe „podkręcenie” oznaczałoby czystą nauszną pornografię (vide gombrowiczowski gwałt przez uszy) a nie wielce realistyczną namiastkę akustycznego koncertu na żywo. Z pełnym spektrum ekspresji operujących nie tylko w skali makro, lecz również mikro i to niezależnie od poziomu głośności. A jeśli dodamy do tego efekt iście aksamitnej czerni tła bez utraty najdrobniejszych mikro-informacji i i całego tzw. „audiofilskiego planktonu” raz zaaplikowany i dostrojony pod konkretne urządzenie Omicron bardzo trudno z systemu wyeliminować.
I dlatego też, niejako w ramach podsumowania, pozwolę sobie jedynie stwierdzić, że choć Omicrony A2 i X1 Top Harmonix Stabilizer po testach w moim systemie trafiły na dłuższą chwilę do Jacka, swoją drogą zachodzę w głowę jaki, jeśli jakikolwiek, wpływ miały na ponad 200 kg Apex-a, to bazując na własnych doświadczeniach, oraz nie ma co ukrywać nauce na własnych błędach, za jaką pozwolę sobie uznać odesłanie Power Boosta, finalnie, kiedy czytacie Państwo te słowa X1-ka „gra” u mnie jako stały element wyposażenia / dostrojenia systemu. Jak się bowiem okazało kilkutygodniowa zabawa „włoszczyzną” sprawiła, iż odkryte dzięki niej możliwości Vitusa na tyle skutecznie uzależniły od siebie, że słuchanie li tylko ze świadomością, wspomnieniem ich istnienia bez możliwości codziennego delektowania się nimi po prostu nie wchodziło w grę. W związku z powyższym o ile z oczywistych względów gorąco rekomenduję przetestowanie ww. akcesoriów we własnych czterech kątach, to od razu lojalnie uprzedzam, iż profilaktycznie lepiej nastawić się psychicznie, że jeśli tylko trafimy z odpowiednimi nastawami, to prawdopodobieństwo odesłania Omicrona do dystrybutora będzie nad wyraz znikome. Ot klasyczny przykład biletu w jedną stronę. Całe szczęście osiągnięty z jego pomocą cel jest wart każdej wydanej złotówki.
Ps. Jeśli obawiacie się Państwo dylematu w stylu „osiołkowi w żłobie dano” i cierpicie na nerwicę natręctw „posłuchajcie” A2, a jeśli chcecie pojechać po przysłowiowej bandzie i mieć zabawę na „długie zimowe wieczory”, by po tygodniu, bądź dwóch usiąść wygodnie w ulubionym fotelu i autorytatywnie stwierdzić „to jest to”, spróbujcie X1.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie ma się co oszukiwać, zajmująca się walką z wibracjami i szkodliwymi polami magnetycznymi, pochodząca ze słonecznej Italii marka Omicron w kwestii rozbudowania swojego portfolio jest bardzo płodna. To oczywiście w pewnej mierze pokłosie chęci oferowania swoich produktów w szerokiej gamie cenowej, ale moim zdaniem przede wszystkim wynik walki na wspomnianych frontach od szeroko pojętej elektroniki, przez okablowanie, po dział analogowy w postaci docisków płyt winylowych. Jak wynika z powyższej wyliczanki, mocodawca marki działa z rozmachem, jednak, gdy prześledzicie nasze zmagania z jego ofertą nie tylko ilościowym, ale także jakościowym. Naturalnie w ostatnim stwierdzeniu mam na myśli w pełni słyszalne działanie każdej konstrukcji, co systemom wykorzystującym produkty spod tego znaku towarowego pozwala wznieść się na ich wyżyny soniczne. I nie ma znaczenia, na jakim pułapie cenowym się obracamy, wpływ „zabawek” z Półwyspu Apenińskiego jest oczywisty i nierzadko dla wielu konfiguracji zbawienny. Czym tym razem w dobrym znaczeniu słowa uraczył nas stacjonujący w Chełmży dystrybutor tytułowego producenta Quality Audio? Otóż z pozoru dwoma niepozornymi produktami działającymi na poziomie walki z wibracjami harmonicznymi serii Harmonix Stabilizer w postaci podstawowej wersji Omicron A2 oraz flagowej Omicron X1 Top.
W obu przypadkach w kwestii budowy mamy do czynienia z wariacją walca z przyjemną dla oka, bo zaobloną z łukowatymi nacięciami górną częścią posadowionej w pionie owalnej bryły. Ale to tylko zgrubne podobieństwo, gdyż w zależności od skomplikowania technicznego dostarczone wersje różnią się wysokością. Powód? Banalny, gdyż jest konsekwencją zastosowania dodatkowego „modułu” regulacyjnego – zestaw pierścieni ustalających zakres walki z wibracjami – pomiędzy dwoma głównymi częściami konstrukcji. To jest główna i jedyna różnica, bowiem obie wersje tytułowych „strojnych wizualnie biurowych docisków do papieru” mają bliźniaczy pierścień regulacyjny na górnej połaci. Reasumując powyższy opis, podstawowa wersja ma tylko górny, zaś topowa górny i centralny moduł regulacyjny, co powoduje wspomnianą wizualną różnicę w wysokości. Jednak dodanie dodatkowego zestawu regulacyjnego nie było jedynie próbą poprawy efektu wizualnej prezentacji stabilizera, która w obydwu przypadkach standardowo jest na najwyższym, bo włoskim poziomie, tylko w głównej mierze zwiększeniem jego uniwersalności działania. Chodzi o to, że wespół z górnym pierścieniem flagowy model poprzez dołożenie centralnego panelu regulacyjnego logarytmicznie zwiększa ilość dostępnych opcji wpływu na zadane środowisko sprzętowe, co pozwala znacznie precyzyjniej poprawić najsłabszy punkt goszczącego urządzenie Omicrona systemu audio.
Jak się aplikuje, jak działają i jaki jest wynik soniczny zastosowania naszych. bohaterów? Naturalnie stawiamy je na urządzeniach elektronicznych. Nie obawiajcie się, każdy w podstawę ma wkomponowany gumowy ring, co zapobiega ewentualnym uszkodzeniom wykorzystywanej przez nie powierzchni. Jeśli już stawiamy, najlepiej jest je usadowić nad transformatorem. Oczywiście jeśli nie ma na to szans, efekty działania – choć w minimalnie mniejszym stopniu – usłyszycie także po instalacji w innym miejscu. Ja widoczne na zdjęciach „maleństwa” – mówię w odniesieniu do będącej ich zakresem działania końcówki mocy Gryphon Apex – zaaplikowałem blisko frontu na wzmacniaczu mocy. Tam jest trafo, tak więc w momencie możliwości ustawienia nad nim wybór był oczywisty. Dla wychwycenia potencjalnych zmian wybrałem startowy punkt odniesienia ustawienia ringów. Zaś chcąc wyraźnie usłyszeć wpływ działań kręciłem pierścieniami nie po milimetrze, tylko w pokaźnych, bo co 90 stopni. Naturalnie zmiany zauważalne były już podczas płynnych ruchów, jednak, aby być w stu procentach pewnym danego wyniku, z premedytacją w kwestii wyboru ustawienia do odsłuchu działałem brutalnie. Efekt? Z uwagi na mniejszy, acz w bardzo podobnym efektów działania obydwu wersji Omicrona swoje obserwacje opiszę na przykładzie modelu topowego.
Otóż startowo ustawiłem na górnym pierścieniu literkę N na wprost zielonego punktu, a widniejące na zdjęciach nacięcie w dolnej części centralnego pierścienia na wprost zielonego oznaczenia na podstawie konstrukcji. To był dla mnie punkt „zero”. Co się wydarzyło podczas kilkudniowej zabawy? Otóż postawienie Harmonix-Stabilizera na wzmacniaczu dawało efekt eliminacji pewnego rodzaju nerwowości dźwięku. Nie był to poziom wymiany elektroniki, jednak znakomicie słyszalny, co biorąc pod uwagę gabaryty końcówki mocy i wpływającego na jej pracę malutkiego stabilizera całkowicie burzyło moje startowe podejście do testu wyrażane zdroworozsądkowym pukaniem się w głowę. Ale to był dopiero początek pozytywnego zaskoczenia, gdyż dokonane później zmiany ustawień – a zaznaczam, że dla uproszczenia procedury testowej kręciłem dwoma pierścieniami równolegle, a przecież można każdy z osobna z innym stopniem obrotu – ciekawie, bo w każdym punkcie weryfikacji całkowicie inaczej formowały finalne brzmienie systemu. I to nie tylko w zakresie mniejszego lub większego spokoju na wirtualnej cenie, ale także ilości oferowanej energii i otwartości prezentacji. Jakim prawem to działało na tak dużej masie? Po zadaniu podobnego pytania dostałem informację od producenta, że zmieniamy układ działania rezonansowego tego akcesorium na poziomie mikrowibracji. Szczerze powiedziawszy mimo takich informacji moja dusza audiofila nadal była lekko rozkołatana emocjonalnie, gdyż zderzenie oddziałujących na siebie mas konsekwentnie nie korelowało z moimi dotychczasowymi doświadczeniami. Niestety po nausznej weryfikacji skutków zastosowania Omicrona mimo nadal lekkiego niedowierzania nie miałem innego wyjścia, jak przejść nad tą kwestią do porządku dziennego. Tym bardziej, że zmiany podczas zaplanowanych przeze mnie sesji korekcji działania wyglądały następująco. Pierwszy stan, czyli de facto postawienie na urządzeniu w pozycji „zero” wprowadził do przekazu szczyptę spokoju. Po kolejnym ruchu obydwu pierścieni o 90 stopni muzyka zaczynała nabierać większej masy i energii. Trzeci stan regulacji dał efekt mocnego nasycenia, ale bez utraty pakietu informacji. A gdy suwaki przestawiłem w czwarty zaplanowany punkt – umowna godzina 9, wydarzenia sceniczne w pełni mnie zaskakując zaczęły epatować wyraźnym efektem odchudzenia i większego udziału wyższej średnicy w całościowej projekcji muzyki. Jak to możliwe, jak wspominałem, zbyt długo nie wnikałem. Za to słysząc co dzieje się we wspomnianych 4 punktach odsłuchu na potrzeby dłuższego, oczywiście w pełni poprawionego przez testowany produkt odsłuchu zacząłem zabawę z ustawianiem każdego z pierścieni z osobna. Nie powiem, łatwo nie było, bo ilość opcji jest prawie nieograniczona, ale po kilkunastu ruchach złapałem fajne soniczne flow i nie chcąc popaść w regulacyjną histerię do końca testu niczego nie zmieniałem. I to nawet przy zmianie repertuaru, co pokazywało, że działanie Omicrona jest skierowanie na poprawienie jakości dźwięku na poziomie całościowym, a nie wybiórczym.
Komu poleciłbym próby z tytułowymi akcesoriami z Włoch? Myślę, że domyśliliście się, iż zadane przed momentem pytanie jest z rodzaju retorycznych, gdyż ofertą Omicrona nie modelujemy dźwięku zwiększając nacisk na jakiś aspekt prezentacji muzyki, z automatu negatywnie wpływając na inny – czytaj więcej góry kosztem średnicy lub dołu, tylko płynnie eliminujemy zniekształcenia wprowadzane przesz wibracje harmoniczne generowane przez transformatory urządzeń audio. Wibracje, których pozbycie się oczyszcza sygnał finalnie zwiększając bezpośredniość prezentacji – znika efekt mgiełki, a przez to namacalność słuchanej muzyki. A jeśli tak, pytanie o grupę docelową jest nie na miejscu. Bardziej stosownym byłoby określenie, czy warto podjąć próbę testową we własnym środowisku. Jeśli zatem miałbym odnieść się do ewentualnych prób u siebie w domu, bez dwóch zdań zapewniam, że dla osobników poszukujących jak najlepszej jakości dźwięku to jeden z ważniejszych kroków w drodze do przysłowiowej mety.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Omicron Group
Ceny
Omicron A2 Harmonix Stabilizer: 2 200 PLN
Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer: 3 300 PLN
Opinion 1
Perhaps for many of you I will be too generous in my assessment of the Polish brand we are meeting today, but in my opinion, Fezz Audio can be safely classified as a vacuum tube mainstream. Why such a theory? I assure you, this is not the result of collusion between me and the aforementioned business entity, but a claim based on brand recognition among domestic audiofreaks. Of course, I also include us, who from time to time test very sonically interesting devices from this manufacturer. Of course, you can check which devices we have tested in the portal search engine, but to anticipate the facts, I will only mention that each model of the amplifier hosted by us showed very interesting aspects of sound, when compared to other devices in its price class and design. Although we did not have all the models on our test bench, but I can really vouch for the ones we did. Will I also do that for the one tested today? This, of course, will be revealed at the end of this text. Bu what are we testing today? Well, I will have the undisguised pleasure of putting a few paragraphs to paper about the latest incarnation of the Single Ended amplifier, which we have tested quite a long time ago, but now returned, after years of gathering experience, in its latest version – the Fezz Audio Mira Ceti Mk 2.
The photos already indicate that the current incarnation of Mira Ceti is a completely different world. Starting from the housing, through the electrical system indicated by the arrangement of the tubes, to the tubes themselves, this is a completely different approach to the subject. Although we are still dealing with a support platform enclosure for the glass bubbles and transformers hidden in fancy cups, this time it is not a poor angular box, made with the proverbial „hammer” during school practical and technical classes. Currently, it is an eye-friendly, rectangular and relatively flat, but with smoothly rounded side edges, black and silver body, hiding the entrails of the amplifier. On its front, we have two large knobs at our disposal that continue the design idea – the left volume knob, and the right one a selection of line inputs. The upper slope is occupied by a set of 3 control and two power tubes, the latter being the iconic 300B version. On the other hand, the reverse offers a potential buyer a rich set of line inputs, output taps for 4 and 8 Ohm speakers and a standard IEC power socket. If you take a look at the series of photos from the unboxing, you will see that on the rear panel we have two more blinded slots for the optional D/A converter and phonostage cards. Of course, we get a remote control in the starter kit. As for the most important technical data, you can find the full set at the end of the review, but for now, due to the cult nature of the design, I will only mention that tube lovers consider this to be the royal Single Ended setup based on 300B tubes, which is able to give 8 W of power per channel.
As you can guess, due to the not very high power of the amplifier in relation to the needs of my speakers in the volume domain, there was no chance to rearrange the walls of the room with volume. However, what surprised me very positively, up to medium sound volume levels, Mira Ceti did unexpectedly well. It offered a nice projection of the lower range, tangible, because spiced up with a note of a well-applied tubes, i.e. a lively and vibrating midrange and sonorous, slightly sweet, but full of unobtrusive expression, treble. Such a package of well-implemented sonic aspects made the music sound very tangible and with such a weight of 3D aesthetics, as if I was personally at a given recording session. I got the typical aesthetic of the royal Single Ended topology. What is more, the whole thing sounded not only graceful, but without the effect of blurring the sharpness of the drawing of virtual sources, so it filled my room with considerable freedom. So successful that when I started the system, I did not need to anything other than changing the repertoire in the CD player. Interestingly the Polish amplifier managed to not only play the more spiritually satisfying music, but also some heavier genres, if not pushed out of reasonable volume levels. Naturally, it was quite far from the expression and control of my solid state amp, but let me remind you, firstly, it is a tube, and secondly, it is by definition weak in power, because it is designed for other loads from speaker units. That is why the originators of the project called Mira Ceti Mk.2 deserve a lot of respect for proposing something universal enough to come out of victorious after clashing with my “dragons”.
A great example of enchanting with music by the Fezz was the contemplative jazz by the Tord Gustavsen Trio „The Other Side”. The music is seemingly easy to reproduce, because it is calm. However, as you know, the devil is in the details, which in this case means chiseling each note and showing its sonority and vibration. Transistor amplifiers, unfortunately, will never convey it in such an excellent way as our hero did – and to be fair, I also mean my Gryphon with this. Of course, it is about dismantling each chord, or even a single note, reserved only for a tube in the good sense of the word. And not because we are looking for the „audiophile” part in such a repertoire – it is there, of course, but not in itself, it is a byproduct of what those artists signed up for when choosing their career path in this and not another musical style. Naturally, the Polish amplifier played it beautifully, because with a good embedding of the piano in the mass, clearly presenting the sound of the double bass and not hiding the overtones served by the brass and other percussive instruments the drummer brought to life. In a word, it was a fairy tale.
As for the rock performances, like the one from Metallica’s „72 Seasons”, for example, it was known that the presentation would not blow me out of the room. But I must admit that despite the very difficult conditions, which theoretically will not occur in the everyday life of an amplifier, because no one will buy it for such large towers, it managed itself interestingly. It kept a good eye on the tempo of the band’s playing, colored and saturated the sound of guitars and vocalizations, which are so important for the band, and even dealt with the drummer’s performances in an interesting way. Of course, it was not a reckless ride, taken straight from a transistor amplifier suitable for the speakers from the test session, but I assure you, the atmosphere of this rock playing was presented to the utmost extent possible. Maybe not at the decibel levels destroying the eardrums, but with a nice kick and a pleasant color. That much for such a weak integrated amplifier is undoubtedly a great positive.
Where would I locate our tested amp? Of course, in places where you love the tangibility of music. However, in this case, tangibility is not in the sense of pulling the hair on your head with the level of unrestrained rock energy, but the proverbial splitting of hair in four during contemplation with music for the spirit. As I mentioned, in the first case, the Mira Ceti Mk2 will also produce a nice show, but you will see the real „spirit” of it only with dedicated, i.e. relatively easy to drive speakers and in a repertoire focused on romanticism. In the latter, for such reasonable money, it is truly outstanding.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– Streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Commander
– Power amplifier: Gryphon Audio APEX Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
– Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
– USB cable: ZenSati Silenzio
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: SME 60
– Cartridge: My Sonic Lab Signature Diamond
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Clamp: Omicron Luxury Clamp
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Opinion 2
When the first incarnation of Mira came to us at the beginning of January 2017, it was the result of long discussions, lively correspondence and at the same time a certain bending of our rules, i.e. going below the threshold of 10 thousand zlotys we apply for electronics. And even then, despite a slightly more austere design than the usually recommended, for similar price, Leben 300, the Polish design turned out to be a very interesting proposition. However, as you know, time does not stand still, customer expectations are growing, and in the meantime the manufacturer itself has decided to give its portfolio a solid facelift. In this way, after the 100 W Olympia speakers addressed to lovers of a slightly heavier repertoire and owners of not very cooperative speakers, time has come to, maybe not so much to return to the past and repeat, but to meet a completely new version of the ethereal Fezz Audio Mira Ceti Mk2 integrated amplifier, based on the „iconic” 300 B tubes.
If the above photos do not reflect it, then take my word for it, or even more advisable, go to the local representative of the eponymous brand and verify the fact in person that the Fezz Audio Mira Ceti Mk2 looks simply excellent „live”. The rounded corners of the aluminum body give the whole thing peace, and the minimalist front with a volume knob (left) and a source selector (right) only intensifies this calmness. However, it is difficult to accuse THE Mira of even a trace of boredom, as the whole is enlivened by the centrally placed, illuminated logotype and the black of the top plate and the three „saucepans” hiding the transformers contrasting with the extinguished silver of the obverse and sides. And here is a small digression, because while the copy provided by 21Distribution was characterized by a slightly belaying, silver color (Moonlight), you can also order much more eye-catching versions of Big Calm, Burning Red, Evergreen, or Sunlight. The set also includes a protective cage, which, as in the case of Olympia, I allowed myself not to remove from the foam profiles (I recommend an unboxing session for those interested), which may not particularly reduce the aesthetic values of the title tube amp, but it does not add any beauty to it either, so if we do not have in the house any juvenile progenitor, destructively oriented towards the world around them, or an equally unruly menagerie, I do not see much point in arming the Mira with such protection. Returning to the issue of construction and appearance, it is impossible not to mention the delicious “greenhouse” on the top cover, i.e. the Electro Harmonix’s 6SN7 trio occupying the foreground and the discreetly retracted pair of noble 300B PSVane HiFi Series. Fortunately, the cylindrical silos located behind them with the transformers enclosed in their bowels are not too absorbing, and due to their black color, they practically do not draw any attention to themselves.
The back panel also does not disappoint. Looking from the left, we have an IEC power socket integrated with a fuse chamber, triple speaker terminals (with separate taps for 4 and 8 Ω) between which there is space for two slots for optional expansion cards. Then we have three pairs of line inputs, a direct input for the power amplifier and a dual subwoofer output (all in the RCA standard). The whole thing is placed on four conical legs made of hard rubber, and in the box, in addition to the mentioned „cage” and the described tubes assigned to the appropriate sockets, we will also find an aluminum remote control.
In terms of technology, we are dealing with an original variation of the classics of the genre, i.e. the Single-Ended system based on 300B tubes with a power of 8W, but what is not so common, using unique toroidal transformers (proprietary, that is, branded by Toroidy.pl, from which the Fezz brand comes). In addition, according to the manufacturer’s assurances, Mira’s facelift concerned not only her appearance, but also covered her viscera – the topology of the system was thoroughly redesigned, the signal path was improved and higher-class components were used.
As attentive observers of the domestic audio scene have certainly noticed, unlike its predecessor, the Mira Ceti Mk2 appeared in our country almost immediately after its official premiere, so this time we did not manage to avoid the usual and completely natural excitement associated with dealing with a still fragrant factory novelty. Therefore, instead of writing paeans in her (Mira’s, not excitement) honor on a wave that obviously disturbs the ability to evaluate excitement in a balanced way, we allowed ourselves to approach the topic „coldly”. So we listened, observed, and only when the first emotions subsided did we start critical listening. However, I will point out right away that the aforementioned coldness was by no means a harbinger of any vendetta or revenge, which, as is well known, „tastes best cold”, but a methodology developed over the years to eliminate at least some of the factors that could falsify the final result.
However, even with a completely calm head and emotions put aside, the Fezz Audio Mira Ceti Mk2 not only did not allow for indifference, which practically made Josh Groban’s „CINEMATIC” enchant from the first bars with the depth of timbres, the tangibility of apparent sources, the holography of the sound and the freedom, or even characteristic of a symphonic performance apparatus… power. Yes, yes, it is not a printing imp, but a genuine surprise by the fully tangible fact; because taking into account the very unimpressive 8W that the Mira has at it disposal, especially after switching from a 300W solid state amp, I did not expect something like this. And here you go, both the soloist himself and the occasional guests materialized just in front of the line of speakers, and the accompanying line-up built a surprisingly spacious, and at least highly satisfyingly ordered, stage in terms of the gradation of plans. In addition, compared to the Olympia, which focused on volume and drive, spreading its wings at slightly higher volume levels, the Mira „did well” from the very beginning of the volume knob scale. Of course, there is no need to fool ourselves that with a murmuring like from a kitchen radio, we will experience communing with an audiophile absolute, because physics cannot be fooled in that way. However, even during evening and night sit-ins without exposing your housemates to waking up, or during social gatherings, where shouting over the background music is not in good taste, you can hear everything just fine. There is breath, freedom, precise focusing of individual stage beings and at the same time omnipresent peace that is a derivative of noble sophistication. Because there is no denying that the Mira plays in such a sophisticated, not to say „expensive” way. Without even a shred of looking for a cheap sensation and showmanship that may initially be pleasing. Here, the emphasis is placed with equal attention both on the main characters and on the reverberation aura surrounding them, or the very characteristics of the room in which the recording was made. With the Fezz, we will easily experience the cubature of Bach Church in Arnstadt (Thuringia/Germany) „Bach Motets” by Solomon’s Knot, and at the same time we will not „lose” the polyphonic theme of the presentation, which, at least in my case, requires a little more attention than slightly less complex vocally and lyrically complex compositions (not to mention Rihanna’s „Umbrella”). I do not even mention the ability to convey the full spectrum of naturalness of human voices, because it is obvious and there is no need to dwell on it. They just sound like they are live and that is it.
However, in order not to be so nice, nice and elegant, I did not miss to practice with the Mira a set of „screams” on duty, i.e. „OPVS NOIR Vol.1” by Lord Of The Lost and „In Somnolent Ruin” by Draconian landed on the playlist. And here, instead of the „kind” defeat prophesied by some, who knew my love for pounding, we could safely talk about a pleasant surprise. That is, by definition, a surprise should be pleasant, although I know some that deviate slightly from this definition. Coming back to the substance, however, heavy sounds, as long as I did not try to achieve truly concert volume levels, usually made a greater impression on listeners unaccustomed to similar piles of growls, riffs and blasts than on the eponymous, Polish amplifier, which entered the most brutal cacophony like a hot knife in butter, doing a great job of rendering an undeniably fiery, but intricately woven web of sounds. And no, it did not save itmself with the proverbial wall of them, i.e. a monolithic conglomerate, where it is impossible to distinguish who and what is playing / gurgling at a given moment, because despite the breakneckness of the challenge set before it, the Fezz, with its innate charm, maintained both the coherence of the whole and the diversity of the tissues that make up this whole. Miracles? Not at all, but rather a synergy both in terms of sound and electric character with the AudioSolutions Figaro L2 I own, which have shown more than once and not twice that they like weak tube amps and instead of throwing logs under their feet, they definitely prefer to „pull” them up and squeeze the best out of them. However, it is worth bearing in mind that the Mira Ceti Mk2 has its limitations, so with heavy slaughter it builds dynamics as a derivative of its „micro” variety, encasing it with successive layers of powerful sounds, so when compared directly with the aforementioned Olympia, we will easily notice that its musculature is based mainly on „sculpture” and not mass. This does not mean that the Mira shows any anorexic tendencies, because it is not, but if someone expects it to be the „physical” of an East-German shot putter or weightlifter, they have rather confused the addresses, because they came across sports acrobatics classes. To put it simply, Olympia had better control over the lowest components and retained their full energy longer, while Mira, drawing contours more precisely and reproducing the tissue with greater sophistication, „descends” faster with the energy potential. The only question is, who consciously decided to buy it, will be bothered by this? Because le us be honest, firstly – the above observations come out only with a direct comparison between the above models, and secondly who buys a SET on 300B for death/black/doom and similar derivatives of metal. And yet there is a third option that somehow eliminates the above digressions and at the same time makes the Mira even more versatile. Well, although it may sound like a profanation, if you play sharper and love higher volume levels, it is worth considering the option of using the subwoofer outputs located on its back and supporting it with one or even a pair of appropriate units specialized in infrasound. For example, the not very big SVS 3000 Micro.
In short, I am under a great, and extremely positive, impression of the sonic capabilities of the Fezz Audio Mira Ceti Mk2, and while it would be difficult for me to consider it as the only amplification, as the second, occasionally plugged into the system, for pure pleasure, the amplifier makes sense, the legitimacy of leaving it after the tests is not so debatable at all. The Mira has an extraordinary ability to enchant, but not with stereotypically „tube” viscosity and overheating, but holography and resolution of the presentation. At the same time, it does not fall into too much analyticality, and at the same time respects the intelligence of the recipient without trying to pretend to be something it is not. And in today’s game based on appearances and truly celebrity-inflated egos of individuals aspiring to be stars, it is a great deal of courage and art to bet on realism and not silicone/ozempic illusion. And the Mira Ceti Mk2 enchants with its natural beauty and shows how music can and above all should sound.
Marcin Olszewski
System used in this test
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + Omicron Decoupler Clamp
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panel VMT
Polish distributor: 21Distribution
Manufacturer: Fezz Audio
Price: 4 200 €
Specifications
Circuit type: Single-Ended
Max. output power: 2 x 8 W @ 4 Ω / 8 Ω
Vacuum tubes: 2 x 300B + 3 x 6SN7
Analogue inputs: 3 pairs RCA + direct
Analogue output: sub-out
THD: <0,3% (1 kHz at full power))
Frequency response: 12 Hz – 48 kHz
S/N ratio: 78 dB
Damping factor: >10
Input impedance: 50 kΩ
Sensitivity: 0,6 V
Power consumption: 150 WColors: Big Calm, Black Ice, Burning Red, Evergreen, Moonlight, Republika, Sunlight
Equipment: tube cage, remote
Optional extension cards: Bluetooth, Phono MM, DAC
Dimensions (W x D x H): 420 x 380 x 226 mm
Weight: 20,5 kg
Dopiero co pożegnaliśmy rodzimy filtr Acoustic Dream Ad1 a właśnie zawitał do nas potężny, akumulatorowy StromTank S-1000.
Cdn. …
Opinia 1
Filtrować, czy nie filtrować? Uzdatniać, czy nie uzdatniać? Oto jest pytanie. Z jednej strony niefiltrowane jasne pełne ma swoje grono wiernych smakoszy a z kolei zimna filtracja wyspiarskim destylatom, w przeciwieństwie do zemsty, która jak wiadomo najlepiej smakuje na zimno, niespecjalnie służy. Tymczasem obniżając do zera woltaż i schodząc do poziomu „kranówki”, to bez przepuszczenia jej chociażby przez „dzbankowy” filtr, patrząc na to, co pozostawia po sobie w czajniku i kuchennej/łazienkowej armaturze, wolałbym nie spożywać. I podobnie jest z prądem, gdyż odpowiedź na powyższe dylematy brzmi … to zależy. Zależy chociażby od stopnia jego zaśmiecenia a więc nie tylko źródła jego pochodzenia (fotowoltaika / domowe magazyny energii, sieć dostawcy), stanu infrastruktury, lecz również mniej, bądź bardziej „inwazyjnego” otoczenia (zakłady przemysłowe, trakcja kolejowa / tramwajowa) itp. Nie ma zatem innego wyjścia, jak tylko każdy przypadek rozpatrywać indywidualnie a stosownej weryfikacji dokonywać nie zdalnie / korespondencyjnie, lecz na miejscu i organoleptycznie. Dlatego też po nieco ponad trzech latach od testu 0-ki („Zerówki”) i czterech od spotkania z AL-5 wracamy do eksploracji portfolio rodzimej, bo w końcu kto, jak nie „lokals” wie co z naszych gniazdek wychodzi, manufaktury Acoustic Dream i bierzemy na redakcyjny tapet najmłodsze dziecko Arnolda Piątka – sprawcy całego zamieszania, czyli filtr sieciowy Ad1.
Jak już sesja unboxingowa pokazała Ad1 do odbiorcy końcowego dociera w kompaktowym, acz zaskakująco ciężkim kartonie. Jak się bowiem okazuje ów karton pełni jedynie czysto transportowo-maskującą rolę po pierwsze zapewniając dyskrecję przed oczami ciekawskich a po drugie zapewnia miejsce do naklejenia stosownych etykiet spedycyjnych. Dopiero wewnątrz znajdziemy właściwą „skorupę”, czyli wykonany na wymiar, suto wyściełany gąbką solidny case. Jakby tego było mało samą walizkę od zewnętrznego pudła oddzielają grube płaty sztywnej pianki. Powiem szczerze, że z taką troską o ładunek dawno się nie spotkałem i to nie tylko ujęciu lokalnym, co globalnym, gdyż po wielokroć urządzenia zza oceanu wysyłane są przez ich wytwórców z taką niefrasobliwością jakby każde było dostarczane do Klientów indywidualnie i to w lektyce na puchowych poduszkach a nie brutalnie przewalane w te i we w te przez firmy spedycyjne. Krótko mówiąc już od progu Acoustic Dream sprawia bardzo pozytywne wrażenie. A później jest tylko lepiej, bowiem filtr dodatkowo otula miękki, zapobiegający ewentualnym mikro zarysowaniom przez gąbki pokrowiec. A sam Ad1? Jest po prostu uroczo zwartą aluminiowo-stalową bryłą o solidności śmiało zasługującej na miano pancernej. Płyta górna mieści osiem gniazd schucko Fi-E-03 japońskiego Furutecha w wersji rodowanej (R) bądź złoconej (G) – określanej przy składaniu zamówienia. Jak widać na załączonych zdjęciach do nas dotarła „złota opcja”. Panel tylny mieści jedynie włącznik główny i zasilające gniazdo wejściowe Furutecha FI-03R/G a przedni to już królestwo błękitnego (kolor również można zdefiniować indywidualnie) wyświetlacza, któremu warto poświęcić kilka słów. Jak łatwo się domyślić, bądź po prostu bazując na wcześniejszych doświadczeniach, pierwszą, acz niejedyną, jego funkcją jest informowanie o aktualnym napięciu w domowej sieci elektrycznej. To jednak dopiero początek, choć de facto za takowy wypadałoby uznać wyświetlanie logo powitalnego, które na indywidualne zamówienie można zastąpić własnym tekstem. Oprócz powyższych opcji z pomocą dwóch niewielkich przycisków można przestawić ów display w tryb wyświetlania aktualnego czasu, zweryfikować poprawność podłączenia fazy /L/, bądź po prostu wyświetlać nazwę/model kondycjonera. Oczywiście zapewniona jest nie tylko możliwość dostosowania jaskrawości wyświetlacza, co również jego całkowite wygaszenie. Słowem, wszystko, bądź prawie (na upartego można byłoby oczekiwać jeszcze pomiaru chwilowego/średniego poboru mocy) wszystko czego tylko dusza zapragnie.
Jak już wielokrotnie nadmieniałem moja dyżurna i zarazem „nic niemająca” dyżurna listwa Furutech e-TP60 ER pełni rolę czysto służebną i prozaiczną. Po prostu zapewnia odpowiednią liczbę gniazd i nie psuje, nie limituje możliwości wpinanej do niej elektroniki niczego przy tym nie filtrując i nie uzdatniając o funkcjach ochronnych nawet nie wspominając. Jest za to niewielka a przez to na tyle „poręczna”, że daje się ją dyskretnie ukryć za stolikiem audio i tylko przy ewentualnych roszadach kablowych dostęp do jej gniazd pozwala mi przypomnieć sobie o słowach, których znajomość nie przystoi pannom z dobrego domu (z fortepianem, bądź bez). Przepinając się z niej na tytułowy kondycjoner nie mogłem nie odnotować kilku fundamentalnych faktów. Pierwszym i dość oczywistym była niemożność schowania go za systemem a tym samym Ad1 stanął pomiędzy suto zastawionym stolikiem Solid Tech Radius Duo 3 a prawą kolumną AudioSolutions Figaro L2, którą byłem zmuszony nieco od ww. mebla odsunąć. Prawą, chcąc zachować symetryczność ustawienia, z resztą również. Mniejsza jednak z tym, gdyż kluczowym następstwem była znacząca poprawa ergonomii, bowiem dostęp do wpiętych w Ad1 kabli stał się bajecznie prosty. Za kolejny plus warto uznać przyrost liczby gniazd, czyli zamiast 6 miałem do dyspozycji 8, z czego z dziką przyjemnością skorzystałem podczas równoległych testów przewijających się przez mój system urządzeń. A trzecią wartością dodaną była możliwość monitorowania parametrów – napięcia mojej domowej sieci i korelowanie ich ewentualnych zmian z brzmieniem systemu.
I w tym momencie dochodzimy do sedna, czyli tego czy i jak wpływ kondycjonera Acoustic Dream Ad1 słychać. A uchylając rąbka tajemnicy zdradzę, że słychać i to dobrze. Ba, słychać nie tylko dobrze, ale i to, co w danym momencie słyszymy również jest dobre a może wręcz uchodzić za lepsze aniżeli przed wpięciem Ad1-ki w tor. Warto jednak w tym momencie mieć świadomość, co zazwyczaj wszelakiej maści kondycjonery i oparte na gruntownej filtracji uzdatniacze zazwyczaj robią. Mowa o pewnym, raz w większym, raz w mniejszym stopniu wygładzeniu i tonizacji, uspokojeniu dźwięku, bowiem eliminacja zamazujących obraz artefaktów i granulacji przejawia się utratą mogącej podobać się zadziorności i surowości. Oczywiście od powyższej reguły są też wyjątki, jak chociażby zwiększający wolumen, energetyczność i motorykę Keces BP-5000, „otwierający” górę i wyswabadzający energetyczność najniższych składowych Tsakiridis Devices Super Athena, czy zapewniający przyrost holografii i rozdzielczości Gryphon Audio PowerZone 3.10, choć on akurat niczego (podobno) nie filtruje a jedynie „bezstratne kieruje przepływem drgań elektronów na poziomie molekularnym”. Tymczasem wzorem swojego rodzeństwa Ad1 poniekąd się w ww. mainstreamowe cechy wpisuje. Robi to jednak z właściwym sobie dźwiękiem i wyczuciem, więc zamiast zalać całość lepkim i słodkim syropem klonowym z iście aptekarską precyzją uważnie rozkłada akcenty i intensywność swojego działania, by pozostawiając w natywnej formie to co dobre troskliwie zając się elementami na pewne niedostatki finezji i dopracowania cierpiące. Przykładem niech będzie mroczna, potężna i zarazem wyraźnie chropawa w górze pasma ścieżka dźwiękowa do „The Punisher: One Last Kill” autorstwa Krisa Bowersa, która pomimo niezwykle intensywnej i regularnej eksploatacji jeszcze nie zdążyła mi się znudzić, choć przy wyższych poziomach głośności potrafi każdorazowo zbliżyć się, bądź nawet przekraczać granice mojej strefy komfortu w domenie szorstkości i „cyfrowego” zaszumienia. Tymczasem tytułowy kondycjoner zachowując niszczycielską siłę basu jedynie wysycił średnicę i nie tyle wycofał, bądź zaokrąglił górę, co przyjemnie ją „wypolerował” transformując z postaci chropawej rdzy do stadium satynowości. Nazbyt ładne i asekuracyjne? Bynajmniej, po prostu milsze mym uszom. A jeśli ktoś ma co do tego jakieś wątpliwości polecam nauszną weryfikację chociażby z krążkiem „Fauna” Haken, gdzie złagodzenie kanciastości góry nie spowodowało utraty zawartych w niej mikrodetali a śmiem twierdzić, że świergot ptaków na „Naghtingale” wręcz zyskał na realizmie.
Zmieniając nawet nie nieco a diametralnie repertuar z hałaśliwego na wręcz intymny i poniekąd oparty na grze ciszą, czyli „Diavola” Gabrielle Cavassy z niekłamaną satysfakcją odnotowałem, iż rodzimy oczyszczacz nie „zgasił” tego jakże urokliwego albumu i nie sprowadził go do poziomu nudnego, „windzianego” smędzenia a jedynie obszar swych działań ograniczył do eliminacji szumu tła, które może dla części odbiorców stanowić namiastkę analogowości, a tak naprawdę nie tylko niczego pożądanego do reprodukcji nie wnosi, to jeszcze maskuje i pokrywa patyną wszelakiej maści audiofilskie smaczki. Zwróćcie Państwo tylko uwagę na pracę miotełek perkusisty – bez Ad1 zlewa się ona z ww. szumem tła/podkładu a gdy pojawia się Acoustic Dream owe smyranie staje się czymś niezwykle oczywistym i w pełni definiowalnym. Podobnie artykulacja samej wokalistki i barwa jej głosu, która pozbawiona „papierosowej chrypki” jeszcze skuteczniej trąca struny „męskiej wrażliwości”.
Jak mam cichą nadzieję z powyższych dywagacji jasno wynika, że wpływ na dopieszczaną w domenie zasilania, wpiętej weń elektroniki kondycjoner Acoustic Dream Ad1 ma niebagatelny i przy tym na wskroś pozytywny. Założyć również można, iż zastąpienie złoconych gniazd Furutecha ich rodowanymi odpowiednikami pozwoli nadać dźwiękowi delikatnego utwardzenia i rozświetlenia, więc jeśli dla kogoś „złota odsłona” Ad1-ki będzie, pardon my French, zbyt „ładna” to z rodowaną takowych zastrzeżeń mieć nie powinien. Krótko mówiąc Acoustic Dream Ad1 pozwala cieszyć się muzyką w jej niezwykle atrakcyjnej postaci a jednocześnie z racji zaawansowanego zabezpieczenia antyprzepięciowego i skutecznej filtracji zapewnia elektronice z jego usług korzystającej dobrostan energetyczny a jego posiadaczom spokojny sen.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Być może jeszcze nie wszyscy, co prawdopodobnie w niedługim czasie się zmieni, ale zapewne wielu z Was już teraz kojarzy tego dość dobrze rozpoznawalnego, stacjonującego nad Bałtykiem rodzimego producenta akcesoriów prądowych. Tak tak, to od kilku dobrych lat trafiający w gusta wielu melomanów specjalista od solidnych sonicznie i konstrukcyjnie listew sieciowych. Na tyle atrakcyjnych w wymienionych „osiągach”, że spokojnie mogących konkurować ze światowym mainstreamem. Przesadzam? Bynajmniej, bowiem moją opinię opieram na doświadczeniach zdobytych podczas kilku serii testowych, z których jasno wynikało, iż mocodawca marki powołując do życia każdy projekt jest daleki od stosowania jakichkolwiek oszczędności, co dosłownie i w przenośni widać gołym okiem w postaci tworzenia pancernych i słychać podczas użytkowania rozbudowanych w kwestii czyszczenia energii elektrycznej konstrukcji. Co tym razem podesłał do oceny? Nie powiem, nieco mnie zaskoczył, gdyż na tle poprzednich modeli dostaliśmy coś bardzo kompaktowego. I co tym bardziej ciekawe, mimo zaoferowania klientowi aż 8 gniazdek, dodatkowo podnosząc tym faktem walory użytkowe zaawansowanego technicznie terminala prądowego, jakim jest Acoustic Dream Ad1.
Jak wspominałem, na tle starszych braci – czytaj rozbudowanych elektronicznie terminali prądowych – Ad1-ka jest całkiem kompaktowa. Oczywiście na tle tak zwanych „złodziejek” z marketów budowlanych to nadal wielkie „bydlę”, ale odnosząc się nawet nie do innych modeli spod tego znaku towarowego, tylko do światowej konkurencji i biorąc pod uwagę zastosowanie aż 8 gniazdek to naprawdę znakomity rozmiarowy wynik. Jeśli chodzi o sam pomysł na bryłę, ten jest identyczny jak reszta oferty, czyli stojący na czterech solidnych łapach prostopadłościenny blok aluminium, na górnej połaci którego zaimplementowano osiem złoconych gniazdek japońskiego Furutecha. Ale to nie koniec technicznych fajerwerków rzeczonej listwy, bowiem podłączone do niej urządzenia chronione są zastosowanymi w jej trzewiach DC-Blockerami, a dla posiadania pewności o dostarczanym do naszego domostwa poziomie energii elektrycznej z przodu ma czytelny z daleka piktogramowy wyświetlacz m.in. ilości Voltów pojawiających się w gniazdkach. Jak widać, w temacie skomplikowania technicznego jest na bogato. A jak z sprawy wyglądają od strony wpływu na podłączone komponenty audio, oczywiście zdradzę w kolejny akapicie.
Co zadziało się po podpięciu do tytułowej listwy zestawu źródła plikowego z przetwornikiem D/A – w tym momencie wewnętrznego DAC-a w odtwarzaczu CD Gryphon Ethos? Po pierwsze lekko poprawił się spokój na wirtualnej scenie. Nadal oferowała dobry wgląd w naganie, jednak cechowało ją dążenie do eliminacji czasem przeszkadzającej w pełnym wejściu w nagranie lekkiej szorstkości prezentacji. Mówiąc wprost muzyka brzmiała nieco płynniej. Po drugie zaś jako feedback likwidacji pewnego rodzaju nerwowości dźwięku zwiększyło się poczucie namacalności rozgrywanych wydarzeń scenicznych. Owszem, na tle sytuacji sprzed zmiany miejsca zasilania wspomnianych urządzeń – mowa o mojej listwie – przekaz lekko złagodniał. Jednak natychmiast muszę dodać, iż była to jedynie zmiana priorytetów finalnej estetyki grania na nieco przyjemniejszą w odbiorze, a nie jakikolwiek problem, bowiem system nadal bez oferował dobry drive oraz artystyczną nieprzewidywalność słuchanego w danym momencie materiału muzycznego. Mam na myśli oczywiście odpowiednie różnicowanie prezentacji danej muzy w zależności od zapisanej w jej kodzie DNA ekspresji. Reasumując powyższy pakiet informacji listwa Ad1 wprowadzała do muzyki dobrze rozumianą kulturę, a przez to fajne wrażenie obecności muzyków w moim pokoju oraz pozwalała na znacznie większy udział ilości decybeli podczas odsłuchu nie tylko łatwego, ale także z racji słabej realizacji trudniejszego do przyjemnego posłuchania materiału muzycznego. Efekt zastosowania naszej bohaterki był na tyle uniwersalny, że jazz oprócz przyjemniejszego, a co za tym idzie pozwalającego głębiej zatopić się w nim wizualizowania się w moim pokoju, konsekwentnie serwował mi pełen pakiet tak ważnych dla pokazania wirtuozerii pracy artystów informacji. Zaś ostra muza mimo wzbogacenia jej nutą płynności, nadal oferowała bogactwo niezbędnych dla pokazania prawdy o niej akcentów typu: szybkość narastania sygnału oraz stosowna drapieżność prezentacji. To było zaskakujące doznanie, gdyż podobne do naszej bohaterki zabiegi nadawania muzyce nawet szczypty płynności często kończą się mocnym uśrednieniem odbioru tak ważnych dla nas detali, a tutaj nic takiego nie miało miejsca. Gdybym miał to skomentować własnymi słowami, powiedziałbym, iż konstruktorowi w tym przypadku w pewien sposób udało się połączyć przysłowiową wodę z ogniem. I moim zdaniem to chyba najbardziej udana pod tym względem listwa w dotychczas poznanym testowo przeze mnie portfolio tego brandu. Nie twierdzę, że z całej puli dostępnych modeli, bo wszystkich nie miałem, ale z tego co sam poznałem, dla mnie jest najciekawsza sonicznie.
Komu poleciłbym, jeśli nie kupno w ciemno, to przynajmniej próby z listwą Acoustic Dream Ad1 we własnym systemie? Otóż nie mam najmniejszych oporów oznajmić, iż nasza bohaterka może sprawić wiele radości pełnemu spektrum nie tylko melomanów z uwagi na dążenie do muzykalności systemu, ale z racji działania w tej materii z dużym umiarem także wymagających audiofilów. Na tyle udanie unika siłowego forsowania swojego pomysłu na dźwięk, że nie zdziwię się, gdy po sesji testowej u wielu z Was nieoczekiwanie okaże się ostatnią cegiełką przez lata mozolnie konfigurowanego zestawu muzycznego.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Producent: Acoustic Dream
Cena: 4 200 € Netto
Dane techniczne
Gniazda wyjściowe: 8 szt. Furutech Fi-E 30 w wersji Rh ncf i Au
Gniazdo wejściowe: IEC IP40 acc. to IEC 60529 Furutech FI-03R/G z zabezpieczeniem nadprądowym /L i N/
Prąd max: 10A/50oC
Filtr ferrytowy: 3xWE-MLS EMI 25MHz – 208 Ω, 100MHz – 248 Ω
Ochrona przepięciowa: dwustopniowa 2,5 – 40,0 kA
Zabezpieczenie aparatowe: do 10 A VC
Przewodniki: Cu, Au, Rh, Ag, przekroje poprzeczne 1,0 – 6,0m²
Korpus: aluminium PA 13 oraz stal szlachetna Aisi 316 pokryte polimerem ceramicznym – Cerakote
Wymiary (D x S x W): 300 x 230 x 126 mm
Waga: 11 kg
Opinia 1
Wiele fajnych rzeczy można powiedzieć o stanowiącej temat obecnego spotkania marce, ale na tle długiej wyliczanki jedno stwierdzenie w mojej opinii jest dla niej kluczowe. Chodzi oczywiście o jasną deklarację, iż jest niekwestionowanym przedstawicielem tak zwanego wyspiarskiego mainstreamu w segmencie Hi-Fi. I nie mam na myśli li tylko przyjaznych dla zwykłego Kowalskiego cen za proponowane konstrukcje, ale także idącą w znakomitej komitywie z nimi jakość oferowanego dźwięku. Znam tę kwestię bardzo dobrze z autopsji, dlatego gdy tylko coś z portfolio tego podmiotu pojawia się w moich progach, wiem, że proces testowy będzie fajnie spędzonym czasem przy muzyce. A gdy to „coś” jest jeszcze z działu analogowego, wówczas przyjemność wzrasta logarytmicznie. Co tym razem wpadło mi w ręce? Otóż bardzie ciekawy wzorniczo, bo swoim designem na tle dawnych konstrukcji oferujący nutę nowoczesności, dostarczony przez Stratos International phonostage Cyrus 40 PPA.
Dość typowo dla zabawek Cyrusa także rzeczony przedwzmacniacz gramofonowy jest stosunkowo kompaktowy. Jak zwykle to z lekko podciętymi dolnymi krawędziami, dość głęboka i niezbyt wysoka, za to w temacie szerokości o rozmiarze niegdysiejszych konstrukcji midi, wykonana z aluminium, prostopadłościenna skrzynka, której wystrój frontu na tle dawnych pomysłów na design śmiało można określić jako awangardowy. A awangardowy dlatego, że bez mała cały awers jest jednym wielkim wyświetlaczem z pełną gamą informacji o stanie urządzenia i zadanych przez nas parametrach jego działania. Co ciekawe, producent chcąc pomóc nam w procesie wyboru warunków pracy 40 PPA w komplecie startowym przewidział dostarczanego w komplecie pilota. Jeśli chodzi o tylny panel przyłączeniowy, potencjalny nabywca dostaje w dobrym znaczeniu słowa istne szaleństwo. A powodem takiej oceny jest oferta czterech wejść dla wkładek gramofonowych MM i MC. Naturalnie dla każdego z nich jest przewidziany osobny zacisk uziemienia. Oprócz wspomnianych przyłączy wejściowych znajdziemy także dwa rodzaje terminali analogowych w standardach RCA i XLR. Z uwagi na nowoczesność urządzenia producent przewidział na rewersie także dodatkowe gniazda pozwalające na diagnostykę pracy i upgrade firmware.
Czym uwiódł mnie – jeśli oczywiście taki stan miał miejsce – tytułowy wzmacniacz delikatnego sygnału z wkładki gramofonowej? Otóż pierwszym plusem była udanie wdrożona w życie plastyka górnych rejestrów. Muzyka brzmiała nader płynnie, jednak bez odczuwalnej utraty pakietu informacji. Po prostu oferowała przyjemny dla ucha posmak gładkości, co wespół z solidnym nasyceniem dodatkowo potęgowało uczucie większej namacalności wirtualnej sceny. Drugim, oczywiście nader pozytywnym aspektem wpięcia Cyrusa w mój tor okazało się być wizualizowanie wydarzeń scenicznych bez efektu meczącego na dłuższą metę efektu przyduchy w środkowej i dolnej części pasma. Piję w tym momencie w pozytywnym słowa znaczeniu do zakresu pracy wysokich tonów, które były w pełni zaangażowane w służbie reszty podzakresów i dzięki temu nie limitowały ekspresji projekcji słuchanego materiału. Niestety często nieumiejętne trzymanie na wodzy tego zakresu kończy się zabiciem drzemiącej w muzyce radości, czyli drive’u i swobody jej wybrzmiewania. Na szczęście inżynierowie Cyrusa to doświadczone „drapieżniki” w dziedzinie audio i wykorzystując przez lata gromadzoną wiedzę poradzili sobie z tym tematem na tak zwanym luziku. Na tyle skutecznie, że mimo nastawienia przekazu raczej na muzykalność, a nie poszukiwanie wyczynowości system w świetnym wydaniu oferował mi dobrą wagę, czytelność i zadziorność podczas zatapiania się każdej położonej na talerzu gramofonu płycie.
Weźmy dla przykładu widoczny na zdjęciach krążek rodzimego trio RGG „Endorfina”. Mimo faktu, że wysokie tony nie szukały nadmiernego poklasku, czego w imię ekstremalnej ich witalności i będącej wynaturzeniem zjawiskowej ekspresji bardzo często szuka wielu melomanów, tak ważne dla twórczości tej grupy perkusjonalnia swym bytem za każdym razem trafiały w punkt niezbędnej dla danej nuty czytelności. Mogąc pochwalić się lotnością i dźwięcznością pozwalały muzyce wypełniać mój pokój z należną dla danego muzycznego pasażu swobodą. Mam oczywiście na myśli nie tylko błysk blach talerzy, ale także dzięki oddechowi prezentacji czytelność i rozwibrowanie popisów kontrabasisty oraz czarowanie raz dostojnością, a innym razem perlistością tak ważnego dla tej formacji fortepianu. Dzięki temu tak pełny skład, jak i solowe popisy artystów wypadały równie interesująco, żeby nie powiedzieć intrygująco co, jeśli mamy zatracić się w tak emocjonalnej muzyce oprócz hołubienia tego rodzaju muzyki, jest jednym z podstawowych warunków technicznych każdego muzycznego „rozdania”.
W przypadku cięższego grania w postaci krążka „Live After Dead” grupy Iron Maiden zaś Cyrus także pokazał ciekawą stronę tego nasączonego artystyczną wściekłością nurtu muzycznego. Przez opisany sposób na muzykę może w nieco bardziej spokojnej odsłonie, aniżeli mam to z kilkukrotnie droższego, używanego na co dzień phonostage’a, ale nadal z pełnym zaangażowaniem w utrzymanie drive’u i serwowanie zwartej w danym akordzie energii. Było szybko i mocno, a moim zdaniem pozorne dążenie do sedna muzykalności nie dość, że nie było jakimkolwiek problemem, to jawiło się jako pozytywny aspekt pozwalający z większą przyjemnością oraz poziomem głośności posłuchać tej zazwyczaj marnie zrealizowanej muzy. A że lubię dać po przysłowiowych garach, naturalną koleją rzeczy z premedytacją chwyciłem za pilota i napełniłem pokój fajnie okraszonym nienachalną plastyką muzycznym buntem.
Gdzie tytułowy phonostage jest w stanie zagościć na stałe? Być może Was zaskoczę, ale powiem tak. Cyrusa 40 PPA bez wyjątku powinni posłuchać wszyscy poszukujący dobrego przedwzmacniacza gramofonowego. A powodem jest bardzo dobre radzenie sobie z każdym materiałem. Owszem, z nutą większego zaangażowania w estetykę płynności, ale w gdy kolokwialnie mówiąc trzeba będzie przyłożyć, nie będzie z tym problemu. A jeśli tak, nie dziwcie się, że nie widzę przeciwwskazań dla nikogo. Tym bardziej, że jak to zwykle u wyspiarzy spod tego znaku towarowego jest w standardzie, żądana za phono cena w stosunku do oferowanej jakości dźwięku nie budzi najmniejszych wątpliwości co do uczciwości producenta. Gdy posłuchacie Cyrusa sami, przekonacie się, że takie są fakty.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Choć „angielskie pudełka po butach” znam od dekad i przynajmniej jeśli chodzi o charakterystyczny design oraz brzmienie nigdy nie miałem z nimi żadnych problemów, to panujący na ich plecach, wynikający z nikczemnej postury, ścisk a w przypadku wzmacniaczy niechęć do klasycznych terminali głośnikowych, nader skutecznie eliminował jakiekolwiek rozważania nad aplikacją czegokolwiek z wyspiarskiego portfolio w moim systemie. Dlatego też, pomimo miłych wspomnień, jakie po sobie zostawiły CDt-XR & i7-XR i Pre-XR & Mono X 300 Signature zainteresowanie marką wykazywałem co najwyżej umiarkowane. Tymczasem lokalne zmiany dystrybucyjne zbiegły się z sukcesywną rozbudową portfolio Cyrusa o jubileuszową serię 40 i topową 80, które śmiało można uznać za nowe otwarcie i prawdziwą estetyczno-funkcjonalną rewolucję. Przesadzam? Bynajmniej, wystarczy tylko niezobowiązująco rzucić okiem, by przekonać się, że np. dotychczasowe zamiłowanie do wyświetlaczy rodem z popularnych w latach 90-ych minionego tysiąclecia kalkulatorów ustąpiło miejsca wysokorozdzielczym ekranom LCD a siermiężna guzikologia czujnikom dotykowym. Dlatego też, kiedy ekipa Stratos International – nowego przedstawiciela Cyrusa na naszym rynku zgłosiła się do nas z pytaniem, czy przypadkiem nie mielibyśmy ochoty przyjrzeć i przysłuchać się jeszcze ciepłemu, pachnącemu fabryką przedwzmacniaczowi gramofonowemu Cyrus 40 PPA oczywiście wyraziliśmy żywe zainteresowanie i z radością przyjęliśmy pod swój dach ww. urządzenie.
Jak już zdążyłem nadmienić Cyrus 40 PPA jest reprezentantem nowej, jubileuszowej serii 40 i co z resztą doskonale widać jest po prostu ponadprzeciętnie, szczególnie jak na phonostage urodziwy i szczodrze może nie tyle przez naturę, co przez swoich projektantów i konstruktorów wyposażony. Zacznijmy jednak na razie od frontu, który w całości pokrywa czerniona tafla akrylu skrywająca pod sobą zajmujący niemalże całą wysokość i lwią część szerokości szalenie czytelny wyświetlacz, któremu towarzyszą ulokowane wzdłuż lewej krawędzi dotykowe przyciski odpowiedzialne za wybór źródła, nastawy obciążenia oraz aktywację filtra subsonicznego. Lewy górny róg okupuje firmowy, również podświetlany logotyp. Co jednak istotne użytkownik wcale nie musi przyozdabiać ww. tafli materiałem daktyloskopowym, bowiem wraz z jednostką główną dostarczany jest … pilot zdalnego sterowania, z którego to pomocą dokonamy pełnej konfiguracji przedwzmacniacza praktycznie nie ruszając się z kanapy. A jest co ustawiać, bowiem, nieco uprzedzając fakty i opis ściany tylnej 40-ki do dyspozycji mamy … cztery wejścia, które możemy dowolnie zdefiniować jako MM/MC dobierając odpowiednie wzmocnienie, rezystancję, czy kapacytancję, aktywować wspomniany filtr subsoniczny, dopasować do własnych wymagań jasność wyświetlacza i LED-ów a nawet ustawić czas po którym urządzenie przejdzie w tryb standby.
Sam korpus jest zamkniętym aluminiowym profilem w mniej więcej połowie swej długości przyjmującym postać poprzecznie prążkowanej piórami radiatorów „tary” (młodszym czytelnikom wyjaśniam, iż mowa o „ręcznej” protoplastce współczesnych pralek). A co do „pleców”, to oprócz klasycznego gniazda zasilającego IEC, jak już zdążyłem zdradzić mamy pełną rozpustę, czyli wyjścia liniowe w standardzie RCA i XLR, cztery pary wejść RCA – każda z własnym zaciskiem uziemienia, porty USB i Ethernet do aktualizacji firmware, przełącznik masy i firmowy wielopinowy terminal jeśli najdzie kogoś ochota na dopieszczenie 40 PPA zewnętrznym zasilaczem 40 PSU. Uff, wyliczanka robi wrażenie. I powiem szczerze, że szukając podobnie wypasionej kontrpropozycji na myśl przychodzą mi na razie jedynie zdecydowanie droższe Violectric PPA V790, Gold Note PH-1000 i Musical Fidelity Nu-Vista Vinyl. Słowem zapowiada się całkiem ciekawie. Jeśli chodzi o trzewia, to de facto zajmują one nieco połowę objętości korpusu i mają postać sześciowarstwowego laminatu zlokalizowanego tuż pod ww. żebrowaniem radiatorów. Zasilacz jest impulsowy, więc wyposażony w solidny toroid 40PSU jest jak najbardziej wart uwagi. Całe szczęście nie trzeba od razu drenować na niego portfela a jedynie rozważyć jego zakup, gdy już oswoimy się z możliwościami samego przedwzmacniacza.
Przechodząc do opisu wrażeń nausznych nie mogę zacząć inaczej aniżeli od absolutnej ciszy i czarnej niczym Vantablack otchłani tła jaką wita odbiorców tytułowy phonostage. Jeśli dodamy do tego budzącą szacunek rozdzielczość i onieśmielającą dynamikę jasnym będzie, że nie jest to propozycja dla miłośników poobiedniej drzemki przy leniwie snującej się „muzyczce z głośniczka”. Co ciekawe owa dynamika bynajmniej nie jest pochodną jakiejś nerwowości, bądź utwardzenia i zbytniej chrupkości najniższych składowych, lecz natywnej zdolności oddania pełnego potencjału energetycznego zawartego w materiale źródłowym. Bas na „AFR AI D” Mariusza Dudy jest potężny, majestatyczny, jednak świetnie kontrolowany, więc nie zamazuje pozostałych podzakresów. Uwagę zwraca jednak ogrom przestrzeni jaki jest w stanie wygenerować angielski przedwzmacniacz. Na powyższej elektronice, gdy jej rozmiary wytycza jedynie wyobraźnia oraz umiejętności twórcy a nie kubatura pomieszczenia taki sposób reprodukcji sprawdza się wybornie. Cyrus wchłania nas w muzyczny mikrokosmos a operując przyjemnie wysyconymi i zarazem witalnymi barwami oraz niezaprzeczalną homogenicznością przekazu jednoznacznie stawia na atrakcyjność prezentacji automatycznie wywołując pełne zaangażowanie odbiorcy. Na nieco bardziej siermiężnym, czy wręcz garażowym „Never Say Die!” Black Sabbath do głosu dochodzi również humanitarne traktowanie niezbyt wysokich lotów realizacji. Co prawda słychać oczywiste mankamenty techniczne w stylu zbytniej jazgotliwości i upośledzonej rozdzielczości góry, o śladowych ilościach finezji oraz wyrafinowania nawet nie wspominając, ale zaraźliwa motoryka i galopujące tempo robią swoje, więc nie sposób spokojnie usiedzieć w miejscu. To takie słuchanie dla chwilowej frajdy, wspomnienia lat minionych i tamtych „smaków”, niczym przejażdżka Bertone X1/9, gdzie jest ciasno, siedzi się prawie jak w gokarcie a przekroczenie 100 km/h skutecznie kończy każdą rozmowę. Proszę jednak mnie dobrze zrozumieć. Cyrus ww. album gra szorstko i brudno, bo tak właśnie owo wydawnictwo brzmi, więc wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wystarczy bowiem sięgnąć chociażby po współczesny repertuar w stylu „Hardwired … To Self-Destruct” Metallici, bądź nawet „I Loved You at Your Darkest” Behemotha a dostaniemy kawał potężnego łojenia bez jakichkolwiek anachronicznych artefaktów. Będzie piekielnie szybko, ciężko a jednocześnie bez utraty czytelności i irytujących uproszczeń w kulminacyjnych momentach, więc jeśli tylko reszta systemu (ze szczególnym uwzględnieniem wkładki) podoła takiemu natłokowi informacji, to o „przepustowość” tytułowego phonostage’a możemy być spokojni. I już kończąc „piekielne klimaty” jedynie pragnąłbym jeszcze skomplementować Cyrusa za brak utwardzenia i szklistości najwyższych rejestrów, co właśnie w takich mocno ofensywnych realizacjach potrafi bardzo dawać się we znaki. A tu otrzymujemy pełen pakiet informacji ale bez zbytniego epatowania „latającymi żyletkami”. Mała rzecz a cieszy.
Na klasyce, w tym symfonice („Gustav Holst: The Planets” Vienna Philharmonic/Herbert Von Karajan,1962) , jak i jazzie („Minione” Anna Maria Jopek / Gonzalo Rubalcaba , „Sketches Of Spain” Miles Davis) do głosu doszły jeszcze wyrafinowanie i przyjemne „drążenie” wieloplanowości, gdzie uwagi słuchacza nie pochłania w lwiej części jedynie pierwszy plan, lecz w zależności od kierunku skierowanego wzroku odkrywamy kolejne partie instrumentów i detale, które do tej pory nam umykały. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by ulubiony repertuar kontemplować z szerokiej perspektywy jako nierozerwalną, koherentną całość, lecz z drugiej strony w tzw. okamgnieniu możemy przestawić się w tryb wnikliwej eksploracji, a to, szczególnie patrząc przez pryzmat zaskakująco przystępnej ceny naszego gościa, wcale nie jest takie oczywiste.
Mówiąc wprost nie spodziewałem się, że w tak niepozornym ciałku może drzemać taki potencjał. A tymczasem Cyrus 40 PPA wręcz rwie się do grania i z racji wrodzonego, lekkiego usportowienia potrafi nie tylko tchnąć solidną dawkę życia w nazbyt ospałe systemy lecz również odkryć do tej pory nieco przykurzone pokłady rozdzielczości nawet z dość budżetowych wkładek. Dodając do tego świetną ergonomię i bogactwo przyłączy, o atrakcyjnym designie nawet nie wspominając nie pozostaje mi nic innego jak tylko szczerze go zarekomendować.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: Stratos International
Producent: Cyrus Audio
Cena: 10 990 PLN
Dane techniczne
Wejścia: 4 pary RCA (MM/MC)
Wyjścia: Para RCA, para XLR
Napięcie wyjściowe: 9V
Wzmocnienie (MC): 30dB, 50dB, 60 dB, 65dB
Regulacja obciążenia wkładki: 11Ω, 16Ω, 33Ω, 47Ω, 100Ω, 150Ω, 333Ω, 500Ω, 1kΩ, 47kΩ; 100pF, 1nF, 2nF, 3nF
Zgodność z krzywą RIAA: ±0.5dB
Czułość wejściowa: 4mV (MM); 120μV – 4mV (MC)
Zniekształcenia THD: 0.001% (MM); 0.0018% (MC)
Odstęp sygnał/szum: -87dBA (MM); -79dBA (MC)
Separacja kanałów: -90dB (MM); -95dB (MC)
Aktualizacja firmware: via RJ45, USB-A
Pobór mocy: 30W; <0,5W Standby
Wymiary (W x S x G): 88 x 220 x 365 mm
Waga: 4,8 kg
Opinia 1
Być może dla wielu z Was w ocenie będącej bohaterem dzisiejszego spotkania polskiej marki będę nazbyt hojny, ale moim zdaniem Fezz Audio śmiało można zaliczyć do rodzimego lampowego mainstreamu. Skąd taka teoria? Zapewniam, nie jest to efekt zmowy pomiędzy mną, a wspomnianym podmiotem gospodarczym, tylko twierdzenie bazujące na rozpoznawalności marki pośród rodzimych audiofreaków. Oczywiście wliczam do tej puli także nas, co jakiś czas testujących bardzo ciekawe sonicznie urządzenia spod tego znaku towarowego. Jakie urządzenia naturalnie można sobie sprawdzić w portalowej wyszukiwarce, jednak uprzedzając fakty wspomnę jedynie, iż każdy model goszczonego u nas wzmacniacza w swojej klasie cenowej i sposobie pracy pokazywał bardzo ciekawe aspekty brzmienia. Co prawda wszystkich modeli nie mieliśmy, ale pod tymi zweryfikowanymi w swoim systemie bez problemu podpisuję się obydwoma rękami. Czy podpiszę się także pod dzisiejszym? To oczywiście okaże się na końcu tego tekstu. O czym? Otóż dzisiaj będę miał niekłamaną przyjemność skreślić kilka strof o najnowszym wcieleniu dość dawno temu testowanej konstrukcji Single Ended, teraz po latach zbierania doświadczeń w najnowszej odsłonie Fezz Audio Mira Ceti Mk 2.
Już zdjęcia wskazują, że obecna inkarnacji Miry Ceti to inny świat. Począwszy od obudowy, przez wskazywany rozmieszczeniem lamp układ elektryczny, po same lampy, to zupełnie inne podejście do tematu. Co prawda nadal mamy do czynienia z obudową typu platforma nośna dla szklanych baniek i skrytych w strojnych kubkach transformatorów, jednak tym razem nie jest to biedna, wykonana przysłowiowym „młotkiem na szkolnych Zajęciach Praktyczno-Technicznych” kanciasta skrzynka. Obecnie to przyjazna dla oka, prostopadłościenna i stosunkowo płaska, ale z płynnie zaoblonymi krawędziami bocznymi, czarni-srebrna bryła skrywająca trzewia wzmacniacza. Na jej froncie mamy do dyspozycji dwa swoją aparycją kontynuujące pomysł na design wielkie pokrętła – lewe głośność, a prawe wybór wejść liniowych. Górną połać okupuje zestaw 3 lamp sterujących i dwóch mocy w kultowej wersji 300B. Natomiast rewers potencjalnemu nabywcy oferuje bogaty zestaw wejść liniowych, odczepy wyjść dla kolumn 4 i 8 Ohmów oraz standardowe gniazdo zasilania IEC. Gdy się przyjrzycie serii zdjęć z unboxingu, zobaczycie, iż na tylnym panelu mamy do dyspozycji jeszcze dwa zaślepione sloty dla płytki opcjonalnego przetwornika D/A oraz phonostage’a. W komplecie startowym dostajemy oczywiście pilota zdalnego sterowania. Jeśli chodzi o najważniejsze dane techniczne, pełen zestaw znajdziecie na końcu recenzji, teraz jednak z racji topologicznej kultowości konstrukcji wspomnę jedynie, iż to uważany przez wielbicieli lamp królewski układ Single Ended na bazie lamp 300B, który jest w stanie oddać 8 W mocy.
Jak można się domyślić, z uwagi na niezbyt wielką moc wzmacniacza w stosunku do stuprocentowych potrzeb moich kolumn w domenie głośności nie było szans na przestawianie ścian pokoju. Jednak co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, do średnich poziomów wolumenu dźwięku Mira Ceti radziła sobie nadspodziewanie dobrze. Oferowała fajną projekcję dolnego zakresu, namacalną, bo doprawioną nutą dobrze zaaplikowanej szklanej bańki, czyli żywą i rozwibrowaną średnicę oraz dźwięczne, nieco słodkawe, ale pełne nienachalnej ekspresji wysokie tony. Taki pakiet dobrze wdrożonych w życie aspektów sonicznych zaś powodował, że muzyka brzmiała bardzo namacalnie i z takim ważeniem estetyki 3D, jakbym osobiście był na danej sesji nagraniowej. Dostałem typową estetykę królewskiej topologii Single Ended. Co więcej całość brzmiała nie tylko z gracją, ale bez efektu zacierającej ostrość rysunku źródeł pozornych wolaki, dlatego ze sporą swobodą wypełniała moje pomieszczenie. Na tyle udanie, że gdy odpalałem system, nie pozostawało mi nic innego, jak zmieniać jedynie repertuar goszczący w odtwarzaczu CD. I co było koleją ciekawostką, polski piecyk w ramach rozsądnego poziomu głośności radził sobie nie tylko muzyką dla ducha, ale także z mocniejszym uderzeniem. Naturalnie do ekspresji i kontroli mojego tranzystora było dość daleko, jednak przypominam, po pierwsze to lampa, a po drugie z założenia słaba mocowo, bo przeznaczona do innych obciążeń ze strony zespołów głośnikowych. Dlatego pomysłodawcom projektu pod nazwą Mira Ceti Mk.2 należy się wielki szacunek za zaproponowanie czegoś na tyle uniwersalnego, że potrafiło wyjść z tarczą ze starcia z moimi smokami.
Świetnym przykładem na czarowanie muzyką przez z był kontemplacyjny jazz spod znaku Tord Gustavsen Trio „The Other Side”. Muzyka pozornie łatwa do odtworzenia, bo spokojna. Jednak jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach, którymi w tym przypadku są cyzelowanie każdej nuty i pokazanie jej dźwięczności i rozwibrowania. Tranzystorowe piecyki niestety nigdy nie oddadzą tego w tak znakomity sposób jak zrobił to nasza bohaterka – żeby nie było, mam na myśli również mojego Gryphona. Chodzi oczywiście o zarezerwowane jedynie dla dobrej lampy w dobrym znaczeniu słowa rozbieranie każdego akordu, a nawet pojedynczej nuty na czynniki pierwsze. I nie dlatego, że szukamy na siłę „audiofilskości” w takim repertuarze – to oczywiście też, ale nie samo w sobie, tylko na coś takiego pisali się artyści wybierając swoją ścieżkę kariery w takim, a nie innym stylu muzycznym. Naturalnie polski piecyk zagrał to koncertowo, bo z dobrym osadzeniem fortepianu w masie, czytelnie prezentując brzmienie kontrabasu oraz nie szczędząc alikwot serwowanych przez powoływane do życia blachy i inne atrybuty perkusisty. Jednym słowem bajka.
Co do rockowych popisów choćby formacji Metallica „72 Seasons” wiadomym było, że prezentacja nie wydmucha mnie z pokoju. Ale przyznam, że mimo bardzo trudnych warunków, jakie teoretycznie nie wystąpią w codziennym życiu wzmacniacza, bo nikt nie kupi go do takich wielkich wież, ciekawie dawał sobie radę. Nieźle pilnował tempa grania kapeli, fajnie kolorował i nasycał brzmienie tak ważnych dla zespołu gitar i wokalizy, a nawet ciekawie radził sobie z popisami bębniarza. Owszem, nie było to jazda bez trzymanki rodem z odpowiedniego dla kolumn z sesji testowej wzmacniacza tranzystorowego, ale zapewniam, klimat tego rock-owego grania był jak najbardziej zachowany. Może nie na poziomie zniszczenia bębenków w uszach od poziomu decybeli, ale z fajnym wykopem i przyjemna barwą. Tyle i aż tyle, co dla tak słabiutkiej integry bez dwóch zdań jest wielkim pozytywem.
Gdzie ulokowałbym nasz punkt zapalny spotkania? Oczywiście w miejscach, gdzie kocha się namacalność muzyki. Jednak w tym przypadku namacalność nie w rozumieniu targania włosów na głowie poziomem nieskrępowanej rockowej energii, tylko przysłowiowego rozkminiania włosa na czworo podczas kontemplacji przy muzyce dla ducha. Jak wspominałem, w pierwszym przypadku Mira Ceti Mk2 także pokaże fajny spektakl, jednak prawdziwe „ja” zobaczycie dopiero z dedykowanymi, czyli stosunkowo łatwymi do napędzenia kolumnami i w repertuarze nastawionym na romantyzm. W tym drugim za tak rozsądne pieniądze jest wręcz znakomita.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Kiedy na początku stycznia 2017 r. trafiła do nas pierwsza inkarnacja „Mirki” był to efekt długich przymiarek, ożywionej korespondencji i zarazem pewnego nagięcia naszych reguł, czyli zejścia w przypadku elektroniki poniżej progu 10 kPLN. I już wtedy, pomimo nieco bardziej surowego designu aniżeli zazwyczaj polecana „w podobnych pieniądzach” 300-ka Lebena rodzima konstrukcja okazała się wielce ciekawą propozycją. Jak jednak wiadomo czas w miejscu nie stoi, oczekiwania odbiorców rosną a i sam wytwórca w tzw. międzyczasie postanowił zafundować swemu portfolio solidny lifting. Tym oto sposobem po skierowanej do miłośników nieco cięższego repertuaru i posiadaczy niezbyt skorych do współpracy kolumn 100 W Olympii przyszła pora może nie tyle na powrót do przeszłości i powtórkę z rozrywki, co spotkanie z niejako zupełnie nową odsłoną eterycznej, opartej na „kultowych” lampach 300 B integry Fezz Audio Mira Ceti Mk2.
Jeśli powyższe zdjęcia tego nie oddają, to proszę mi wierzyć na słowo, bądź co jeszcze bardziej wskazane udać się do lokalnego przedstawiciela tytułowej marki i zweryfikować ów fakt osobiście, że Fezz Audio Mira Ceti Mk2 „na żywo” prezentuje się wprost wybornie. Zaoblone narożniki aluminiowego korpusu nadają całości spokoju a minimalistyczny front z gałką wzmocnienia (lewa) i bliźniaczym selektorem źródeł (prawa) ów spokój jedynie potęgują. Trudno jednak zarzucić „Mirce” choćby śladową nudę, bowiem całość ożywia centralnie umieszczony, podświetlany logotyp i kontrastująca ze zgaszonym srebrem awersu i boków czerń płyty górnej oraz trzech „rondli” skrywających trafa. I tu od razu mała dygresja, bowiem o ile dostarczony przez 21Distribution egzemplarz cechowało nieco asekuracyjne, srebrne umaszczenie (Moonlight) to zgodnie z tradycją z powodzeniem można postawić na zdecydowanie bardziej łapiące za oko wersje Big Calm, Burning Red, Evergreen, czy Sunlight. W zestawie nie zabrakło również ochronnej klatki, której podobnie jak w przypadku Olympii pozwoliłem sobie nie wyłuskiwać z piankowych profili (zainteresowanym polecam sesję unboxingową), która może niespecjalnie obniża walory estetyczne tytułowego lampiaka, jednak urody też mu nie przydaje, więc jeśli nie mamy na stanie małoletniej i destrukcyjnie nastawionej do otaczającego je świata progenitury, bądź równie niesfornej menażerii, to z nie widzę większego sensu uzbrajania Mirki w takowe zabezpieczenie. Wracając do kwestii budowy i wyglądu nie sposób nie wspomnieć o pyszniącej się na płycie górnej szklarni, czyli okupującym pierwszy plan tercecie 6SN7 Electro Harmonixa oraz dyskretnie cofniętej parze szlachetnych 300B PSVane HiFi Series. Ulokowane za nimi cylindryczne silosy z zamkniętymi w ich trzewiach trafami nie są całe szczęście nazbyt absorbujące a z racji czarnego umaszczenia praktycznie zupełnie nie zwracają na siebie uwagi.
Ściana tylna również nie rozczarowuje. Patrząc od lewej mamy zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, potrójne (z osobnymi odczepami dla 4 i 8 Ω) terminale głośnikowe pomiędzy którymi wygospodarowano miejsce na dwa sloty dla opcjonalnych kart rozszerzeń. Następnie do dyspozycji mamy trzy pary wejść liniowych, bezpośrednie wejście na końcówkę mocy i podwójne wyjście subwooferowe (wszystkie w standardzie RCA). Całość ustawiono na czterech stożkowych nóżkach z twardej gumy a w pudełku, oprócz wspomnianej „klatki” i opisanych – przypisanych odpowiednim gniazdom lamp znajdziemy również aluminiowy pilot zdalnego sterowania.
Pod względem technicznym mamy do czynienia z autorską wariacją nt. klasyki gatunku, czyli układem Single-Ended opartym na lampach 300B o mocy 8W, lecz, co wcale nie takie powszechne, wykorzystującym unikalne (własnej, znaczy się firmowanej przez Toroidy.pl, z której to marki Fezz się przecież wywodzi) transformatory toroidalne. Ponadto, zgodnie z zapewnieniami producenta lifting Mirki dotyczył nie tylko jej aparycji, lecz również objął trzewia – gruntownie przeprojektowano topologię układu, udoskonalono tor sygnałowy i sięgnięto po wyższej klasy komponenty.
Jak z pewnością uważni obserwatorzy rodzimej sceny audio zdążyli odnotować w przeciwieństwie do swojej protoplastki Mira Ceti Mk2 pojawiła się u nas praktycznie od razu po swojej oficjalnej premierze, więc tym razem nie udało nam się uniknąć zwyczajowej i w pełni naturalnej ekscytacji związanej z obcowaniem z jeszcze pachnącą fabryką nowością. Dlatego też zamiast na fali w sposób oczywisty zaburzającej zdolność wyważonej oceny ekscytacji na gorąco pisać peany na jej (Mirki, nie ekscytacji) cześć, pozwoliliśmy sobie podejść do tematu „na chłodno”. Czyli słuchaliśmy, obserwowaliśmy i dopiero kiedy pierwsze emocje opadły wzięliśmy się do krytycznych odsłuchów. Od razu jednak zaznaczę, iż wspomniany chłód nie był bynajmniej zwiastunem jakiejkolwiek vendetty, bądź zemsty, która to jak wszem i wobec wiadomo „najlepiej smakuje na zimno”, lecz wypracowanej przez lata metodyki pozwalającej wyeliminować chociaż część mogących zafałszować końcowy wynik czynników.
Jednak nawet z zupełnie spokojną głową i odłożonymi na bok emocjami Fezz Audio Mira Ceti Mk2 nie tylko nie pozwalał na obojętność, co praktycznie uzależniał od pierwszych taktów „CINEMATIC” Josha Grobana czarując głębią barw, namacalnością źródeł pozornych, holografią przekazu i swobodą, czy wręcz właściwą symfonicznemu aparatowi wykonawczemu… potęgą. Tak, tak, to nie żaden chochlik drukarski, tylko autentyczne zdziwienie w pełni namacalnym faktem, bowiem mając na uwadze nader mało imponujące 8W, jakimi dysponuje na wyjściu Mirka czegoś takiego, szczególnie po przesiadce z 300W tranzystora, raczej się nie spodziewałem. A tu proszę, zarówno sam solista, jak i okazjonalnie pojawiający się goście materializowali się tuż przed linią kolumn a towarzyszący im skład budował zaskakująco obszerną i co najmniej wysoce satysfakcjonująco uporządkowaną pod względem gradacji planów scenę. Ponadto w porównaniu z Olympią, która stawiała na wolumen i drajw rozwijając skrzydła przy nieco wyższych poziomach głośności, Mirka „robiła dobrze” już od samego dołu skali gałki volume. Oczywiście nie ma co się oszukiwać, że przy szemrzącym niczym kuchenne radyjko plumkaniu doznamy obcowania z audiofilskim absolutem, bo fizyki nijak oszukać się nie da. Jednak nawet podczas wieczorno-nocnych nasiadówek bez narażania współdomowników na pobudkę, bądź w trakcie towarzyskich spotkań, gdzie przekrzykiwanie tła nie jest w dobrym guście słychać wszystko wprost wybornie. Jest oddech, swoboda, precyzyjne ogniskowanie poszczególnych bytów scenicznych i zarazem wszechobecny spokój będący pochodną szlachetnego wyrafinowania. Bo nie da się ukryć, iż Mirka gra właśnie w taki wyrafinowany, żeby nie powiedzieć „drogi” sposób. Bez nawet krztyny szukania taniej sensacji i mogącego początkowo się podobać efekciarstwa. Tu akcent stawiany jest z równą atencją zarówno na pierwszoplanowych postaciach, jak i otaczającej akompaniujący im skład aurze pogłosowej, czy też samej charakterystyce pomieszczenia, w którym dokonano nagrania. Na Fezzie bez trudu doświadczymy kubatury Bach Church w Arnstadt (Turyngia/Niemcy) „Bach Motets” Solomon’s Knot a jednocześnie „nie stracimy” polifonicznego wątku prezentacji, który przynajmniej w moim wypadku wymaga nieco więcej uwagi aniżeli nieco mniej złożone wokalnie i tekstowo kompozycje (niczego „Umbrelli” Rihanny nie ujmując). O zdolności oddania pełnego spektrum naturalności ludzkich głosów nawet nie wspominam, gdyż to oczywista oczywistość i nie ma co się nad nią rozdrabniać. Po prostu brzmią jak na żywo i tyle.
Żeby jednak nie było tylko tak miło, ładnie i elegancko nie omieszkałem przećwiczyć z Mirką również zestawu dyżurnych „krzyków i wrzasków”, czyli na playliście wylądowały m.in. „OPVS NOIR Vol.1” Lord Of The Lost i „In Somnolent Ruin” Draconian. I tu, zamiast wieszczonej przez co poniektórych, znających moje zamiłowanie do łomotu, „życzliwych” porażki śmiało można było mówić o miłej niespodziance. Tzn. z założenia niespodzianka powinna być miła, choć znam takie, które nieco od owej definicji odbiegają. Wracając jednak do meritum, ciężkie brzmienia, o ile tylko nie próbowałem osiągać iście koncertowych poziomów głośności, zazwyczaj robiły większe wrażenie na nieprzyzwyczajonych do podobnych spiętrzeń growli, riffów i blastów słuchaczach aniżeli na tytułowym, rodzimym wzmacniaczu, który w najbrutalniejszą kakofonię wchodził niczym rozgrzany nóż w masło świetnie radząc sobie z oddaniem bezsprzecznie ognistej, acz misternie utkanej pajęczyny dźwięków. I nie, nie ratował się przysłowiową ścianą owych, czyli monolitycznym zlepkiem, gdzie nie sposób rozróżnić kto i co w danym momencie gra / gulgocze, gdyż pomimo karkołomności postawionego przed nim wyzwania Fezz z wrodzonym sobie wdziękiem zachowywał zarówno spójność całości, jak i zróżnicowanie tkanek ową całość tworzących. Cuda? Bynajmniej, raczej synergia tak pod względem charakteru brzmienia, jak i elektrycznym z posiadanymi przeze mnie AudioSolutions Figaro L2, które nie raz i nie dwa pokazały, że ze słabowitymi lampiszonami się lubią i zamiast rzucać im kłody pod nogi zdecydowanie bardziej wolą „ciągnąć” je w górę i wyciskać z nich wszystko co najlepsze. Warto jednak mieć na uwadze, iż Mira Ceti Mk2 ma jednak swoje ograniczenia, więc przy ciężkim łojeniu dynamikę buduje niejako jako pochodną jej odmiany „mikro” obudowując ją kolejnymi warstwami potężnych dźwięków, więc przy bezpośrednim porównaniu z chociażby ww. Olympią bez trudu zauważymy, iż jej muskulatura opiera się głównie na „rzeźbie” a nie masie. Nie oznacza to bynajmniej, że Mirka przejawia jakieś anorektyczne tendencje, bo tak nie jest, lecz jeśli ktoś oczekuje po niej „fizyczności” NRD-owskiej kulomiotki bądź sztangistki, to raczej pomylił adresy, gdyż trafił na zajęcia z akrobatyki sportowej. Mówiąc wprost Olympia lepiej kontrolowała najniższe składowe i dłużej zachowywała pełnię ich energii, z kolei Mirka precyzyjniej kreśląc kontury i z większym wyrafinowaniem odwzorowując tkankę szybciej „schodzi” z potencjałem energetycznym. Pytanie tylko komu, kto na nią świadomie się zdecyduje będzie to przeszkadzało. Bowiem bądźmy szczerzy, po pierwsze – powyższe obserwacje wychodzą przy bezpośrednim porównaniu pomiędzy ww. modelami, a po drugie kto kupuje SET-a na 300B do death/black/doom i im pochodnych odmian metalu. No i przecież jest jeszcze trzecia niejako eliminująca powyższe dywagacje opcja i zarazem sprawiająca, że Mirka jeszcze zyskuje na uniwersalności. Otóż, choć może zabrzmieć to jak profanacja, jednak przy ostrzejszym graniu i zamiłowaniu do wyższych poziomów głośności warto rozważyć opcję wykorzystania znajdujących się na jej plecach wyjść subwooferowych i wspomóc ją jednym, bądź nawet parą stosownych jednostek w infradźwiękach wyspecjalizowanych. Ot chociażby niezbyt absorbujących gabarytowo SVS 3000 Micro.
Krótko mówiąc jestem pod wielkim, w dodatku wybitnie pozytywnym, wrażeniem możliwości sonicznych Fezz Audio Mira Ceti Mk2 i o ile trudno byłoby mi go brać pod uwagę w roli jedynego wzmocnienia, to już jako drugi, okazjonalnie wpinany w tor, dla czystej przyjemności, piec ma sens zasadność jego pozostawienia po testach wcale nie jest taka dyskusyjna. Mirka ma bowiem niezwykłą zdolność czarowania, lecz nie stereotypowo „lampową” lepkością i przegrzaniem, co holograficznością i rozdzielczością prezentacji. Nie popada przy tym w zbytnią analityczność i zarazem szanuje inteligencję odbiorcy nie próbując udawać czegoś, czym nie jest. A to w dzisiejszych, opartych na grze pozorów i iście celebrycko rozbuchanym ego pretendujących do miana gwiazd jednostek, czasach spora odwaga i sztuka stawiać na realizm a nie silikonowo/ozempic-ową ułudę. A Mira Ceti Mk2 czaruje pięknem naturalnym i pokazuje jak może i przede wszystkim powinna brzmieć muzyka.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: 21Distribution
Producent: Fezz Audio
Cena: 16 900 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: Single-Ended
Moc: 2 x 8 W @ 4 Ω / 8 Ω
Zastosowane lampy: 2 x 300B PSVane HiFi Series + 3 x 6SN7 Electro Harmonix
Wejścia analogowe: 3 pary RCA + direct
Wyjścia analogowe: sub-out
THD: <0,3%
Pasmo przenoszenia: 12 Hz – 48 kHz
Współczynnik tłumienia: >30
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Czułość: 0,7 V
Pobór mocy: 150 W
Dostępne kolory: Big Calm, Black Ice, Burning Red, Evergreen, Moonlight, Republika, Sunlight
Wyposażenie: kosz ochronny, pilot
Wymiary: 420 x 380 x 226 mm
Waga: 20,5 kg
Opinia 1
Jak zapewne wiecie, stosunkowo niedawno modelem Ascent po latach przerwy i zmianie dystrybutora wznowiliśmy proces przyglądania się amerykańskim konstrukcjom spod znaku YG Acoustics. Proces, który biorąc pod uwagę naturalne roszady w cenniku oraz powołanie do życia nowych modeli bez jakiegokolwiek naciągania faktów można nazwać całkowicie nowym otwarciem naszych przygód. Bez dwóch zdań ciekawych, bowiem wspomniany brand po latach doświadczeń w kilku modelach kolumn odszedł od standardowego wykorzystywania aluminium jako stuprocentowego materiału na obudowy, na rzecz w znakomitej większości zastąpienia go firmową wariacją kompozytu. Po odpowiedź na pytanie – co w kwestii brzmienia z tego wynikło. Oczywiście potencjalnych zainteresowanych kieruję do portalowej wyszukiwarki. Teraz natomiast chciałbym zaprosić Was na kilka akapitów o starszych siostrach niedawno opisywanych Ascentów, czyli dostarczonych przez katowicki RCM kolumnach YG Acoustics Summit. Na pierwszy rzut oka prawie takich samych jak poprzedniczki, jednak jak wiemy, fraza „prawie” robi wielką różnicę, co w tym przypadku oznacza nieco inne spojrzenie na muzykę.
Gdy dotarliśmy do akapitu o budowie naszych bohaterek, faktem jest, iż są łudząco podobne do mniejszych Ascentów. Powiem nawet więcej. W odniesieniu do bryły obudowy są wręcz ich kopiami tylko w nieco większej skali. Powodem oczywiście jest chęć zaproponowania melomanom zespołów głośnikowych z większym driverem basowym, a przez to z innym sposobem propagacji tego zakresu, co chcąc uzyskać jego dobrą jakość automatycznie wiązało się ze zwiększeniem litrażu skrzynki. Skrzynki, która walcząc ze szkodliwymi falami stojącymi w jej wnętrzu może pochwalić się skośnie zorientowanymi względem siebie pionowymi ściankami, zaś mając wprowadzić lekką zmianę firmowego brzmienia zamiast w 100 procentach z aluminium, oprócz frontu z niego została wykonana z opracowanego własnym sumptem od strony składu kompozytu. Tak, tak, w YG powiało zmianami. Jednak owe zmiany na chwilę obecną nie dotknęły jeszcze kwestii przetworników, gdyż w Summitach mamy często wykorzystywaną przez nich jedwabną wysokotonówkę oraz typowe dla nich aluminiowy średniak i nieco większy basowiec, które nie są typowymi wytłoczkami z blachy, tylko bardzo kosztownymi konstrukcjami powstałymi podczas procesu toczenia cienkiego płatka z grubego puca materiału. Jaki jest sens stwarzania sobie aż takich problemów? Zapewniam, bardzo duży, gdyż to oznacza większą sztywność membrany, a przez to lepszą w kwestii jakości i oczywiście szybszą jej reakcję na obsługiwany w danym momencie impuls energii. Ostatnimi w moim mniemaniu ciekawymi informacjami na temat rzeczonych zespołów głośnikowych, co oczywiście odbieram jako znak szczególny prezentacji przez nie muzyki, jest zagłębienie tweetera w lekkim falowodzie oraz rezygnacja inżynierów ze strojenia basu portem bass-reflex na rzecz pracy przetworników w obudowie zamkniętej. Jeśli chodzi o garść najważniejszych technikaliów, w przypadku Summit-ów mamy do czynienia z konstrukcją 3-drożną o skuteczności 90 dB, które według producenta potrafią pokryć pasmo w zakresie 24-4- kHz. Wieńcząc opis budowy warto również wspomnieć, iż każda z kolumn może pochwalić się niebagatelną wagą na poziomie 72 Kg.
Co zaproponowały mi panny zza wielkiej wody? Otóż pierwsze co wychwyciłem, to inne podejście do estetyki prezentacji w stosunku do pierwszego po latach starcia z marką YG z mniejszym modelem. Nie wiem, czy to tylko efekt strojenia zwrotnicy, gdyż jestem przekonany, że także pokłosie postawienia na większy potencjał zakresu basu, ale Summity zagrały lepszym wypełnieniem średnicy. Jednak to nie jedyny ciekawy feedback wykorzystania wspomnianego zabiegu z sekcją basu, gdyż dzięki temu muzyka brzmiała z większą swobodą. Na tle mniejszych Ascentów początkowo wyglądało to na jakby lekkie zmniejszenie pazura prezentacji, jednak to jedynie złudzenie powstałe w pierwszych minutach odsłuchu, gdyż po zrozumieniu ich sposobu na muzykę finalnie był to ruch w bardzo dobrą stronę. Muzyka nadal oferowała pełen zestaw informacji i stosowną szybkość prezentacji, ale ewidentnie nabrała dostojności i przez to rozmachu w rozumieniu rozbudowania wirtualnej sceny. Wcześniej z Ascentami odnosiłem wrażenie skupienia na szybkości kreowania wydarzeń scenicznych, co teraz na tle większych sióstr określiłbym jako ściśnięcie dźwięku. Oczywiście to był wynik rozmiarów kolumn oraz wyborów sekcji inżynierskiej co do ich strojenia, a nie ich jakikolwiek problem, z tego też powodu myślę, że testowane dzisiaj Summity są od początku do końca zaplanowaną odpowiedzią na tamte w pełni przemyślane decyzje. Odpowiedzią oferującą bardziej dostojny, że znacznie większym potencjałem jakości bas, idealnie skrojoną, bo nasyconą i pełną informacji średnicę oraz za sprawą umieszczenia wysokotonówki w śladowej tubie dźwięczne, jednak okraszone estetyką brzmienia jedwabiu wysokie tony. Gdybym miał określić w jednym zdaniu co potrafią nasze bohaterki, bez owijania w bawełnę powiedziałbym, iż proponują potencjalnemu nabywcy znakomite, bo dobrze kontrolowane pokłady energii, namacalność transparentnego środka i swobodę wybrzmiewania bogatych w alikwoty, jednak bez efektu nachalności wysokie tony. Po prostu mają do zaoferowania daleki od nudy, bo żywy i ciekawie skrojony w każdym aspekcie dźwięk.
Pierwszym z brzegu dowodem na taki stan rzeczy była choćby muzyka jazzowa RGG „Unfished Story”. To jak wiadomo od strony ekspresji twórczość raczej spokojna, bo nastawiona na kontemplację pojedynczej nuty. Jednak nuty raz wymownej w rozumieniu zwartego impulsu, innym razem plastyki i pełnej informacyjności, ale także skrzenia się w nieskończoność, pełnych blasku akcesoriów perkusyjnych wysokich tonów. Jak można się domyślić, wychwycony pakiet ciekawych aspektów brzmienia kolumn nie miał z pokazaniem tego repertuaru najmniejszych problemów. Dostałem dostojny fortepian, dobrze osadzony w masie i drapieżny kontrabas oraz blask wykorzystywanych przez „bębniarza” talerzy, co trafiając idealnie w moje oczekiwania od pierwszego akordu wywołało na mojej twarzy efekt banana. Lubię, gdy system fajnie, ale bez nachalności cyzeluje najdrobniejszą składową danego utworu i taki efekt zapewniły ni Amerykanki. A jeśli tak, nie było innej opcji, jak przypomnienie sobie nie jednej, ale co najmniej dwóch pozycji tego świetnego polskiego trio.
A co z solidnym łupnięciem? Do tego także użyłem ciekawego materiału w postaci dla wielu najlepiej wydanego krążka formacji Black Sabbath „13”. Otóż sprawa wypadła podobnie do poprzedniego materiału. Dobre operowanie kontrolowaną energią, zachowanie odpowiedniej dla zastanej sytuacji w generowanym materiale szybkości narastanie sygnału i swoboda oddania nawet najbardziej skomplikowanych pasaży sonicznych generowanych przez wściekłych artystów pozwoliły kolumnom pokazać prawdziwe „ja” tej muzy. I kopnięcie pełnym składem i popisy soczystymi gitarowymi riffami i zamierzone cięcie eteru mocnymi uderzeniami perkusisty w talerze bez problemu pozwalały mi nie tylko bez problemu wejść emocjonalnie w tę estetykę muzyczną, ale także wręcz się w niej zatracić. Wychowałem się na ciężkiej muzie i gdy tak jak w przypadku tej sesji testowej system potrafi ją dobrze zaprezentować, pełnym zaangażowaniem emocjonalnym umiem to docenić.
Jak spuentuję dzisiejszą epistołę? Otóż spieszę donieść, iż brzmienie Summitów na tle Ascentów jest zdecydowanie bardziej dojrzałe. Dzięki podkręceniu emocji w środku pasma oraz zwiększeniu ilości dobrej jakości dolnego zakresu oferujące znacznie lepszą spójność prezentacji. Spójność, która nie tylko umiejętnie godzi dobre wyniki soniczne wszystkich nurtów muzycznych, ale także pozwala słuchać ich na zarezerwowanym dla każdego z nich poziomie głośności. Osobiście lubię ostre granie i po to mam wielkie kolumny, aby czasem przestawić meble w pokoju. Jednak, aby takim wolumenem decybeli być ukontentowanym, ostatnie ogniwo w postaci kolumn musi prezentować wysoki poziom jakości oferowanego dźwięku. Poziom, który tytułowe zespoły głośnikowe po opisanym okresie weryfikacji w moim mniemaniu w 100 procentach spełniają.
Jacek Pazio
Opinia 2
Tym razem, niejako na rozgrzewkę, pozwolę sobie nieco przybliżyć niezorientowanym w temacie kłębiące się w głowach audiofilów mity, dylematy, lęki i nadzieje z jakimi muszą się mierzyć w ramach swojego hobby. Ot chociażby zwykło się żartobliwie twierdzić jakoby w całej tej naszej zabawie bynajmniej nie chodzi o złapanie a li tylko gonienie upragnionego „króliczka”, co choć w przypadku ciężkiego stadium audiophilii nervosy potrafi mieć miejsce, to z reguły bezrefleksyjne „przewalanie sprzętu” uskuteczniają jednostki tak naprawdę niewiedzące czego od dźwięku oczekują, jakie brzmienie lubią i w którym kierunku chciałyby podążać. Do tego grona z pewnością można zaliczyć tych, dla których głównym motorem zmian jest klasyczne CCC, czyli cena czyni cuda a progres liczony jest kwotą uzyskanych rabatów. Pomijając jednak powyższe przypadki kliniczne większość audiofilsko zorientowanych melomanów jednak ceni sobie stabilizację i potrafi czerpać radość z własnego stanu posiadania każdą zmianę po wielokroć rozbijając na atomy i przypatrując się jej pod wszelkimi możliwymi kątami. W końcu nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego a chwilowe zauroczenie potrafi zburzyć wieloletni spokój ducha. Z drugiej strony brak zmian oznacza stagnację, brak impulsów do dalszych poszukiwań a w ekstremalnych przypadkach utratę zainteresowania, czy wręcz obumarcie pasji. Dlatego też rozsądek podpowiada, by planować zmiany o charakterze ewolucyjnym a nie rewolucyjnym, gdzie kroki w górę może są i mniejsze, liczniejsze, lecz utrzymują nas na wcześniej obranej ścieżce a w przypadku zejścia z trasy powrót do poprzedniego stadium jest jak najbardziej możliwy i niezbyt bolesny. Dlatego też nie będę ukrywał, iż skoro filigranowe Ascenty pozostawiły po sobie wyłącznie miłe wspomnienia a tym samym rozbudziły nasze apetyty, to gdy tylko plasujące się oczko wyżej a zarazem wieńczące „budżetową” serię Peaks Summity znalazły się w naszym zasięgu czym prędzej je do siebie przygarnęliśmy wychodząc z założenia, że właśnie tak może wyglądać ewolucja systemu u kogoś, kto zasmakowawszy w amerykańsko/angielskich specjałach będzie miał ochotę na więcej a jednocześnie czuje lekką tremę przed przesiadką na któryś z bardziej pokaźnych (Sonja?) modeli z serii Reference.
Nie da się ukryć, iż seria Peaks wyraźnie ociepla dotychczasowy, nieco industrialny wizerunek YG Acoustisc. Co prawda okazjonalnie przemycane „customowe” malowania w stylu demonstracyjnych Hailey 3 wprowadzały odrobinę radosnego szaleństwa do monochromatycznego portfolio, to zarówno znany z Ascentów heban, jak i pyszniący się na Summitach miodowy palisander (Rosewood) ewidentnie łapią za oko a jednostki oczekujące nieco większej surowości z pewnością polubią się z piaskowym dębem. W sukurs naturalnym okleinom idą również bardziej obłe, zwężające się zarówno ku tyłowi, jak i górze bryły kompozytowych obudów z aluminiowymi frontami na których zaaplikowano zestaw trzech firmowych przetworników. Zgodnie z tradycją maskownice nie są przewidziane a na otarcie łez producent w standardzie dostarcza masywne regulowane kolce (uwiecznione podczas unboxingu).
Wystarczy tylko zerknąć na zdjęcia oraz do zamykającej dzisiejsze wynurzenia metryki Summitów, by utwierdzić się w przekonaniu, iż tak pod względem aparycyjnym, jak i konstrukcyjnym mamy do czynienia z oczywistym, acz niezwykle dyskretnym, przeskalowaniem tego, co zdążyliśmy poznać w ramach testu Ascentów. Nie dość bowiem, że 12 cm różnicę wzrostu widać dopiero przy bezpośrednim porównaniu a 18 kg wagi przy przenoszeniu, co raczej „cywilni” nabywcy raczej nawet nie odnotują, gdyż śmiało można założyć, iż ich, kolumn, nie nabywców, ustawieniem zajmie się ekipa dystrybutora/dealera, to tak naprawdę główny progres dotyczy umieszczonego tuż przy pełniącym rolę komory dla zwrotnicy cokole głośnika basowego, którego średnica ewoluowała z 22 do 26 cm. Pozostałe, okupujące górną część frontu drajwery – 26mm jedwabny tweeter z układem ForgeCore™ i 18,5 cm średniotonowiec są dla obu modeli tożsame. Pomijając jednak dywagacje nad rozmiarówką warto wspomnieć iż właśnie średnica i bas reprodukowana jest przez autorskie aluminiowe przetworniki wykonane techniką BilletCore, czyli ich membrany powstają nie poprzez tłoczenie a zdecydowanie bardziej praco-, czaso- i materiałochłonny proces precyzyjnego wykrawania ich z aluminiowych bloków do postaci stożków o grubości ścianek wynoszącej zaledwie 0,2mm i masie poniżej 30 g.
Inspekcja ściany tylnej nie przynosi żadnych niespodzianek. Znajdziemy tam bowiem jedynie solidne pojedyncze terminale WBT i dyskretną tabliczka znamionową. W końcu worem ww. rodzeństwa Summity to konstrukcje zamknięte i oczywiście trójdrożne, które przynajmniej na papierze nie wydają się nazbyt mordercze dla mającej z nimi współpracować elektroniki. Ot całkiem wysoka 90 db skuteczność przy 4 Ω (min.2,4 Ω) impedancji dają cień szansy, że i z lampą YG powinny się dogadać.
Przechodząc do sekcji poświęconej odsłuchom zastanawiałem się, czy nie zacząć od zachowawczych, niezobowiązujących aluzji, by sukcesywnie budować napięcie aż do wielkiego finału, jednak ów dość spontaniczny konspekt przy pierwszych taktach „Herja” Danheim rozsypał się jak przysłowiowy domek z kart jasno dając do zrozumienia, że duży może więcej i to znacznie więcej aniżeli sugerowałoby zaledwie 2Hz niżej w paśmie przenoszenia względem młodszego rodzeństwa (24 vs. 26Hz). Niby już Ascenty komplementowałem z racji obszerności i wolumenu generowanych dźwięków, czy też zaraźliwej motoryki i energicznie kopiącego basu, jednak fizyki nijak oszukać się nie da i większa komora obudowy plus przyrost średnicy woofera sprawiają, że nie tylko najniższe składowe są lepiej definiowane co i niższa średnica oferuje zauważalnie więcej „body”. A na wikińgsko-transowym materiale serwowanym przez Reidara Schæfera Olsena owe dociążenie i wypełnienie przekazu było zdecydowanie krokiem w dobrą i zgodną z moimi preferencjami stronę. Zaowocowało to mniejszą wyczynowością w porównaniu z Ascentami, gdyż po pierwsze nie trzeba było ich aż tak z pomocą gałki głośności „wkręcać na obroty” żeby uzyskać odpowiedni ładunek energetyczno-emocjonalny. Szukając motoryzacyjnych analogii przesiadka pomiędzy przedmiotowymi modelami YG z serii Peaks jest niczym zamiana Nissana GTR na Porsche GT4 RS, gdzie na niższych obrotach / rejestrach Summity przyjemniej masują trzewia. Wystarczy jednak wcisnąć pedał przyspieszenia i zmienić repertuar na obłąkańczy, acz całkiem niewinnie rozpoczynający się „Too Fast to Die” Archspire a YG potraktują Was niczym tarczę w zawodach strzeleckich z M134 Minigun. Znaczy się z całkiem sporym prawdopodobieństwem jeśli nie rozerwą Was na strzępy to wprawią w długotrwałe stany lękowe i ciężką nerwicę. A tak na serio, to bas Sumitów zachowując natychmiastowość i zróżnicowanie Ascentów dysponuje zauważalnie większym potencjałem energetycznym i zdolnością jego utrzymania do imponująco, szczególnie biorąc pod uwagę gabaryty kolumn, niskich częstotliwości. Co ciekawe pomimo niezwykle wysokiej próby rozdzielczości a tym samym zróżnicowania wszelakiej maści niuansów nie sposób określić basu tytułowych YG mianem nazbyt chrupkiego, czy też utwardzonego. Jednak z drugiej strony nie jest on również pluszowo miękki, czy też zaokrąglony. Najbardziej odpowiednim określeniem byłoby z pewnością „naturalny”, bądź wręcz „neutralny”, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, iż dla części odbiorców są to nazbyt właśnie „neutralne” i niewystarczająco, szczególnie jak na stricte high-endowe oczekiwania, ekspresyjne definicje. Cóż jednak poradzić na fakt, iż właśnie taki on jest – naturalny a więc zgodny, tożsamy z rzeczywistością, którą możliwie wiernie odwzorowuje a nie z racji własnych ograniczeń i ułomności jest w stanie li tylko nieudolnie naśladować i interpretować.
Z resztą ową wierność słychać nie tylko w dole, co w całym reprodukowanym przez tytułowe kolumny paśmie. Proszę tylko sięgnąć po świetnie zrealizowany album „Bomba Flamenca” La Tempête, gdzie karkołomne pod względem złożoności orkiestracje mieszają się z równie misterną chóralną polifonią a całość „oblana” jest intensyfikującą doznania bogatą aurą pogłosową paryskiego protestanckiego kościoła Saint-Esprit. Dla melomanów istne spełnienie marzeń a dla większości kolumn prawdziwy koszmar i poprzeczka trudności zawieszona na iście olimpijskim pułapie. A tymczasem Summity w całym tym XVI w. sefardyjskim, obfitującym w jazgotliwe dęciaki i orientalne akcenty rozgardiaszu odnajdują wielowymiarowe piękno, nieoczywiste harmonie i przede wszystkim kojący spokój. Jednak nie poprzez uspokojenie, spowolnienie prezentacji a dotarcie do emocjonalnego źródła i podniosłości reprodukowanego materiału. Reprodukowana przez firmową, miękką kopułkę góra jest nadal krystalicznie czysta i nomen omen jedwabiście gładka, lecz z racji większej intensywności pozostałych podzakresów nie skupia już na sobie tak atencji, jak w mniejszym modelu. Ponadto zarówno naturalne, niezelektryfikowane instrumentarium, jak i głosy chórzystów brzmią na tyle realistycznie, że śmiało można uznać, iż wzorem swojego młodszego rodzeństwa Summity nie tyle znikają ze sceny, co przenoszą słuchaczy do wnętrza XIX w. świątyni oferując pełną siłę artykulacji i namacalność poszczególnych źródeł pozornych. Oczywiście spora w tym zasługa zdolności kreowania w pełni trójwymiarowej i zarazem holograficznej sceny, przez co wspomniana aura pogłosowa nie kończy się na wysokości „naszego” – domowego sufitu a sięga wykorzystanego w nagraniu sakralnego sklepienia. Co poniekąd jest cechą przypisywaną zdecydowanie bardziej strzelistym, wieloprzetwornikowym konstrukcjom głośnikowym w stylu redakcyjnych Gauderów i im podobnych audiofilskich obelisków.
Choć YG Acoustics Summit reprezentują zaskakująco zbieżny z tym co pokazały mniejsze Ascenty pakiet zalet, to z racji swych nieco większych gabarytów a zatem i możliwości wprowadzają słuchaczy na zauważalnie wyższy poziom audiofilskich uniesień. Grają większą skalą i nie wymagają do złapania wiatru w żagle aż takich poziomów głośności co młodsze rodzeństwo, więc jeśli tylko dysponujecie Państwo odpowiednim metrażem i nazwijmy to dyplomatycznie chęcią ich posłuchania, o domniemanej woli ich pozostawienia na dłużej nawet nie wspominając, to gorąco zachęcam do ich wypożyczenia i przekonania się na własne uszy jak udanie łączą firmową rozdzielczość z uzależniającą muzykalnością i wizualnym seksapilem.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: YG Acoustics
Cena: 34 900 €
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożne, podłogowe
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 26 mm (1”) jedwabny tweeter YG z układem ForgeCore™
– średniotonowy: 18.5 cm (7.25”) YG aluminiowy
– niskotonowy: 26 cm (10.25”) YG aluminiowy
Skuteczność: 90 dB
Impedancja: 4Ω nominalna (2.4Ω minimum)
Pasmo przenoszenia: 24 Hz – 40 kHz
Wymiary (W × S × G): 113.5 × 31 × 50 cm
Waga: 72 kg / szt.
Wykończenie: Heban (Ebony), Palisander (Rosewood), Dąb (Oak)
Choć tłok w segmencie urządzeń i akcesoriów do streamingu robi się coraz większy trudno z tego powodu rozpaczać, bowiem nic tak dobrze nie robi na progres i urealnienie cen jak „mordercza” konkurencja. Dlatego też z niekłamanym entuzjazmem przyjęliśmy pod swój dach kolejny switch ethernetowy – UNio Poki.
Cdn. …
Najnowsze komentarze