Opinia 1
Być może dla wielu z Was w ocenie będącej bohaterem dzisiejszego spotkania polskiej marki będę nazbyt hojny, ale moim zdaniem Fezz Audio śmiało można zaliczyć do rodzimego lampowego mainstreamu. Skąd taka teoria? Zapewniam, nie jest to efekt zmowy pomiędzy mną, a wspomnianym podmiotem gospodarczym, tylko twierdzenie bazujące na rozpoznawalności marki pośród rodzimych audiofreaków. Oczywiście wliczam do tej puli także nas, co jakiś czas testujących bardzo ciekawe sonicznie urządzenia spod tego znaku towarowego. Jakie urządzenia naturalnie można sobie sprawdzić w portalowej wyszukiwarce, jednak uprzedzając fakty wspomnę jedynie, iż każdy model goszczonego u nas wzmacniacza w swojej klasie cenowej i sposobie pracy pokazywał bardzo ciekawe aspekty brzmienia. Co prawda wszystkich modeli nie mieliśmy, ale pod tymi zweryfikowanymi w swoim systemie bez problemu podpisuję się obydwoma rękami. Czy podpiszę się także pod dzisiejszym? To oczywiście okaże się na końcu tego tekstu. O czym? Otóż dzisiaj będę miał niekłamaną przyjemność skreślić kilka strof o najnowszym wcieleniu dość dawno temu testowanej konstrukcji Single Ended, teraz po latach zbierania doświadczeń w najnowszej odsłonie Fezz Audio Mira Ceti Mk 2.
Już zdjęcia wskazują, że obecna inkarnacji Miry Ceti to inny świat. Począwszy od obudowy, przez wskazywany rozmieszczeniem lamp układ elektryczny, po same lampy, to zupełnie inne podejście do tematu. Co prawda nadal mamy do czynienia z obudową typu platforma nośna dla szklanych baniek i skrytych w strojnych kubkach transformatorów, jednak tym razem nie jest to biedna, wykonana przysłowiowym „młotkiem na szkolnych Zajęciach Praktyczno-Technicznych” kanciasta skrzynka. Obecnie to przyjazna dla oka, prostopadłościenna i stosunkowo płaska, ale z płynnie zaoblonymi krawędziami bocznymi, czarni-srebrna bryła skrywająca trzewia wzmacniacza. Na jej froncie mamy do dyspozycji dwa swoją aparycją kontynuujące pomysł na design wielkie pokrętła – lewe głośność, a prawe wybór wejść liniowych. Górną połać okupuje zestaw 3 lamp sterujących i dwóch mocy w kultowej wersji 300B. Natomiast rewers potencjalnemu nabywcy oferuje bogaty zestaw wejść liniowych, odczepy wyjść dla kolumn 4 i 8 Ohmów oraz standardowe gniazdo zasilania IEC. Gdy się przyjrzycie serii zdjęć z unboxingu, zobaczycie, iż na tylnym panelu mamy do dyspozycji jeszcze dwa zaślepione sloty dla płytki opcjonalnego przetwornika D/A oraz phonostage’a. W komplecie startowym dostajemy oczywiście pilota zdalnego sterowania. Jeśli chodzi o najważniejsze dane techniczne, pełen zestaw znajdziecie na końcu recenzji, teraz jednak z racji topologicznej kultowości konstrukcji wspomnę jedynie, iż to uważany przez wielbicieli lamp królewski układ Single Ended na bazie lamp 300B, który jest w stanie oddać 8 W mocy.
Jak można się domyślić, z uwagi na niezbyt wielką moc wzmacniacza w stosunku do stuprocentowych potrzeb moich kolumn w domenie głośności nie było szans na przestawianie ścian pokoju. Jednak co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, do średnich poziomów wolumenu dźwięku Mira Ceti radziła sobie nadspodziewanie dobrze. Oferowała fajną projekcję dolnego zakresu, namacalną, bo doprawioną nutą dobrze zaaplikowanej szklanej bańki, czyli żywą i rozwibrowaną średnicę oraz dźwięczne, nieco słodkawe, ale pełne nienachalnej ekspresji wysokie tony. Taki pakiet dobrze wdrożonych w życie aspektów sonicznych zaś powodował, że muzyka brzmiała bardzo namacalnie i z takim ważeniem estetyki 3D, jakbym osobiście był na danej sesji nagraniowej. Dostałem typową estetykę królewskiej topologii Single Ended. Co więcej całość brzmiała nie tylko z gracją, ale bez efektu zacierającej ostrość rysunku źródeł pozornych wolaki, dlatego ze sporą swobodą wypełniała moje pomieszczenie. Na tyle udanie, że gdy odpalałem system, nie pozostawało mi nic innego, jak zmieniać jedynie repertuar goszczący w odtwarzaczu CD. I co było koleją ciekawostką, polski piecyk w ramach rozsądnego poziomu głośności radził sobie nie tylko muzyką dla ducha, ale także z mocniejszym uderzeniem. Naturalnie do ekspresji i kontroli mojego tranzystora było dość daleko, jednak przypominam, po pierwsze to lampa, a po drugie z założenia słaba mocowo, bo przeznaczona do innych obciążeń ze strony zespołów głośnikowych. Dlatego pomysłodawcom projektu pod nazwą Mira Ceti Mk.2 należy się wielki szacunek za zaproponowanie czegoś na tyle uniwersalnego, że potrafiło wyjść z tarczą ze starcia z moimi smokami.
Świetnym przykładem na czarowanie muzyką przez z był kontemplacyjny jazz spod znaku Tord Gustavsen Trio „The Other Side”. Muzyka pozornie łatwa do odtworzenia, bo spokojna. Jednak jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach, którymi w tym przypadku są cyzelowanie każdej nuty i pokazanie jej dźwięczności i rozwibrowania. Tranzystorowe piecyki niestety nigdy nie oddadzą tego w tak znakomity sposób jak zrobił to nasza bohaterka – żeby nie było, mam na myśli również mojego Gryphona. Chodzi oczywiście o zarezerwowane jedynie dla dobrej lampy w dobrym znaczeniu słowa rozbieranie każdego akordu, a nawet pojedynczej nuty na czynniki pierwsze. I nie dlatego, że szukamy na siłę „audiofilskości” w takim repertuarze – to oczywiście też, ale nie samo w sobie, tylko na coś takiego pisali się artyści wybierając swoją ścieżkę kariery w takim, a nie innym stylu muzycznym. Naturalnie polski piecyk zagrał to koncertowo, bo z dobrym osadzeniem fortepianu w masie, czytelnie prezentując brzmienie kontrabasu oraz nie szczędząc alikwot serwowanych przez powoływane do życia blachy i inne atrybuty perkusisty. Jednym słowem bajka.
Co do rockowych popisów choćby formacji Metallica „72 Seasons” wiadomym było, że prezentacja nie wydmucha mnie z pokoju. Ale przyznam, że mimo bardzo trudnych warunków, jakie teoretycznie nie wystąpią w codziennym życiu wzmacniacza, bo nikt nie kupi go do takich wielkich wież, ciekawie dawał sobie radę. Nieźle pilnował tempa grania kapeli, fajnie kolorował i nasycał brzmienie tak ważnych dla zespołu gitar i wokalizy, a nawet ciekawie radził sobie z popisami bębniarza. Owszem, nie było to jazda bez trzymanki rodem z odpowiedniego dla kolumn z sesji testowej wzmacniacza tranzystorowego, ale zapewniam, klimat tego rock-owego grania był jak najbardziej zachowany. Może nie na poziomie zniszczenia bębenków w uszach od poziomu decybeli, ale z fajnym wykopem i przyjemna barwą. Tyle i aż tyle, co dla tak słabiutkiej integry bez dwóch zdań jest wielkim pozytywem.
Gdzie ulokowałbym nasz punkt zapalny spotkania? Oczywiście w miejscach, gdzie kocha się namacalność muzyki. Jednak w tym przypadku namacalność nie w rozumieniu targania włosów na głowie poziomem nieskrępowanej rockowej energii, tylko przysłowiowego rozkminiania włosa na czworo podczas kontemplacji przy muzyce dla ducha. Jak wspominałem, w pierwszym przypadku Mira Ceti Mk2 także pokaże fajny spektakl, jednak prawdziwe „ja” zobaczycie dopiero z dedykowanymi, czyli stosunkowo łatwymi do napędzenia kolumnami i w repertuarze nastawionym na romantyzm. W tym drugim za tak rozsądne pieniądze jest wręcz znakomita.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
Kiedy na początku stycznia 2017 r. trafiła do nas pierwsza inkarnacja „Mirki” był to efekt długich przymiarek, ożywionej korespondencji i zarazem pewnego nagięcia naszych reguł, czyli zejścia w przypadku elektroniki poniżej progu 10 kPLN. I już wtedy, pomimo nieco bardziej surowego designu aniżeli zazwyczaj polecana „w podobnych pieniądzach” 300-ka Lebena rodzima konstrukcja okazała się wielce ciekawą propozycją. Jak jednak wiadomo czas w miejscu nie stoi, oczekiwania odbiorców rosną a i sam wytwórca w tzw. międzyczasie postanowił zafundować swemu portfolio solidny lifting. Tym oto sposobem po skierowanej do miłośników nieco cięższego repertuaru i posiadaczy niezbyt skorych do współpracy kolumn 100 W Olympii przyszła pora może nie tyle na powrót do przeszłości i powtórkę z rozrywki, co spotkanie z niejako zupełnie nową odsłoną eterycznej, opartej na „kultowych” lampach 300 B integry Fezz Audio Mira Ceti Mk2.
Jeśli powyższe zdjęcia tego nie oddają, to proszę mi wierzyć na słowo, bądź co jeszcze bardziej wskazane udać się do lokalnego przedstawiciela tytułowej marki i zweryfikować ów fakt osobiście, że Fezz Audio Mira Ceti Mk2 „na żywo” prezentuje się wprost wybornie. Zaoblone narożniki aluminiowego korpusu nadają całości spokoju a minimalistyczny front z gałką wzmocnienia (lewa) i bliźniaczym selektorem źródeł (prawa) ów spokój jedynie potęgują. Trudno jednak zarzucić „Mirce” choćby śladową nudę, bowiem całość ożywia centralnie umieszczony, podświetlany logotyp i kontrastująca ze zgaszonym srebrem awersu i boków czerń płyty górnej oraz trzech „rondli” skrywających trafa. I tu od razu mała dygresja, bowiem o ile dostarczony przez 21Distribution egzemplarz cechowało nieco asekuracyjne, srebrne umaszczenie (Moonlight) to zgodnie z tradycją z powodzeniem można postawić na zdecydowanie bardziej łapiące za oko wersje Big Calm, Burning Red, Evergreen, czy Sunlight. W zestawie nie zabrakło również ochronnej klatki, której podobnie jak w przypadku Olympii pozwoliłem sobie nie wyłuskiwać z piankowych profili (zainteresowanym polecam sesję unboxingową), która może niespecjalnie obniża walory estetyczne tytułowego lampiaka, jednak urody też mu nie przydaje, więc jeśli nie mamy na stanie małoletniej i destrukcyjnie nastawionej do otaczającego je świata progenitury, bądź równie niesfornej menażerii, to z nie widzę większego sensu uzbrajania Mirki w takowe zabezpieczenie. Wracając do kwestii budowy i wyglądu nie sposób nie wspomnieć o pyszniącej się na płycie górnej szklarni, czyli okupującym pierwszy plan tercecie 6SN7 Electro Harmonixa oraz dyskretnie cofniętej parze szlachetnych 300B PSVane HiFi Series. Ulokowane za nimi cylindryczne silosy z zamkniętymi w ich trzewiach trafami nie są całe szczęście nazbyt absorbujące a z racji czarnego umaszczenia praktycznie zupełnie nie zwracają na siebie uwagi.
Ściana tylna również nie rozczarowuje. Patrząc od lewej mamy zintegrowane z komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, potrójne (z osobnymi odczepami dla 4 i 8 Ω) terminale głośnikowe pomiędzy którymi wygospodarowano miejsce na dwa sloty dla opcjonalnych kart rozszerzeń. Następnie do dyspozycji mamy trzy pary wejść liniowych, bezpośrednie wejście na końcówkę mocy i podwójne wyjście subwooferowe (wszystkie w standardzie RCA). Całość ustawiono na czterech stożkowych nóżkach z twardej gumy a w pudełku, oprócz wspomnianej „klatki” i opisanych – przypisanych odpowiednim gniazdom lamp znajdziemy również aluminiowy pilot zdalnego sterowania.
Pod względem technicznym mamy do czynienia z autorską wariacją nt. klasyki gatunku, czyli układem Single-Ended opartym na lampach 300B o mocy 8W, lecz, co wcale nie takie powszechne, wykorzystującym unikalne (własnej, znaczy się firmowanej przez Toroidy.pl, z której to marki Fezz się przecież wywodzi) transformatory toroidalne. Ponadto, zgodnie z zapewnieniami producenta lifting Mirki dotyczył nie tylko jej aparycji, lecz również objął trzewia – gruntownie przeprojektowano topologię układu, udoskonalono tor sygnałowy i sięgnięto po wyższej klasy komponenty.
Jak z pewnością uważni obserwatorzy rodzimej sceny audio zdążyli odnotować w przeciwieństwie do swojej protoplastki Mira Ceti Mk2 pojawiła się u nas praktycznie od razu po swojej oficjalnej premierze, więc tym razem nie udało nam się uniknąć zwyczajowej i w pełni naturalnej ekscytacji związanej z obcowaniem z jeszcze pachnącą fabryką nowością. Dlatego też zamiast na fali w sposób oczywisty zaburzającej zdolność wyważonej oceny ekscytacji na gorąco pisać peany na jej (Mirki, nie ekscytacji) cześć, pozwoliliśmy sobie podejść do tematu „na chłodno”. Czyli słuchaliśmy, obserwowaliśmy i dopiero kiedy pierwsze emocje opadły wzięliśmy się do krytycznych odsłuchów. Od razu jednak zaznaczę, iż wspomniany chłód nie był bynajmniej zwiastunem jakiejkolwiek vendetty, bądź zemsty, która to jak wszem i wobec wiadomo „najlepiej smakuje na zimno”, lecz wypracowanej przez lata metodyki pozwalającej wyeliminować chociaż część mogących zafałszować końcowy wynik czynników.
Jednak nawet z zupełnie spokojną głową i odłożonymi na bok emocjami Fezz Audio Mira Ceti Mk2 nie tylko nie pozwalał na obojętność, co praktycznie uzależniał od pierwszych taktów „CINEMATIC” Josha Grobana czarując głębią barw, namacalnością źródeł pozornych, holografią przekazu i swobodą, czy wręcz właściwą symfonicznemu aparatowi wykonawczemu… potęgą. Tak, tak, to nie żaden chochlik drukarski, tylko autentyczne zdziwienie w pełni namacalnym faktem, bowiem mając na uwadze nader mało imponujące 8W, jakimi dysponuje na wyjściu Mirka czegoś takiego, szczególnie po przesiadce z 300W tranzystora, raczej się nie spodziewałem. A tu proszę, zarówno sam solista, jak i okazjonalnie pojawiający się goście materializowali się tuż przed linią kolumn a towarzyszący im skład budował zaskakująco obszerną i co najmniej wysoce satysfakcjonująco uporządkowaną pod względem gradacji planów scenę. Ponadto w porównaniu z Olympią, która stawiała na wolumen i drajw rozwijając skrzydła przy nieco wyższych poziomach głośności, Mirka „robiła dobrze” już od samego dołu skali gałki volume. Oczywiście nie ma co się oszukiwać, że przy szemrzącym niczym kuchenne radyjko plumkaniu doznamy obcowania z audiofilskim absolutem, bo fizyki nijak oszukać się nie da. Jednak nawet podczas wieczorno-nocnych nasiadówek bez narażania współdomowników na pobudkę, bądź w trakcie towarzyskich spotkań, gdzie przekrzykiwanie tła nie jest w dobrym guście słychać wszystko wprost wybornie. Jest oddech, swoboda, precyzyjne ogniskowanie poszczególnych bytów scenicznych i zarazem wszechobecny spokój będący pochodną szlachetnego wyrafinowania. Bo nie da się ukryć, iż Mirka gra właśnie w taki wyrafinowany, żeby nie powiedzieć „drogi” sposób. Bez nawet krztyny szukania taniej sensacji i mogącego początkowo się podobać efekciarstwa. Tu akcent stawiany jest z równą atencją zarówno na pierwszoplanowych postaciach, jak i otaczającej akompaniujący im skład aurze pogłosowej, czy też samej charakterystyce pomieszczenia, w którym dokonano nagrania. Na Fezzie bez trudu doświadczymy kubatury Bach Church w Arnstadt (Turyngia/Niemcy) „Bach Motets” Solomon’s Knot a jednocześnie „nie stracimy” polifonicznego wątku prezentacji, który przynajmniej w moim wypadku wymaga nieco więcej uwagi aniżeli nieco mniej złożone wokalnie i tekstowo kompozycje (niczego „Umbrelli” Rihanny nie ujmując). O zdolności oddania pełnego spektrum naturalności ludzkich głosów nawet nie wspominam, gdyż to oczywista oczywistość i nie ma co się nad nią rozdrabniać. Po prostu brzmią jak na żywo i tyle.
Żeby jednak nie było tylko tak miło, ładnie i elegancko nie omieszkałem przećwiczyć z Mirką również zestawu dyżurnych „krzyków i wrzasków”, czyli na playliście wylądowały m.in. „OPVS NOIR Vol.1” Lord Of The Lost i „In Somnolent Ruin” Draconian. I tu, zamiast wieszczonej przez co poniektórych, znających moje zamiłowanie do łomotu, „życzliwych” porażki śmiało można było mówić o miłej niespodziance. Tzn. z założenia niespodzianka powinna być miła, choć znam takie, które nieco od owej definicji odbiegają. Wracając jednak do meritum, ciężkie brzmienia, o ile tylko nie próbowałem osiągać iście koncertowych poziomów głośności, zazwyczaj robiły większe wrażenie na nieprzyzwyczajonych do podobnych spiętrzeń growli, riffów i blastów słuchaczach aniżeli na tytułowym, rodzimym wzmacniaczu, który w najbrutalniejszą kakofonię wchodził niczym rozgrzany nóż w masło świetnie radząc sobie z oddaniem bezsprzecznie ognistej, acz misternie utkanej pajęczyny dźwięków. I nie, nie ratował się przysłowiową ścianą owych, czyli monolitycznym zlepkiem, gdzie nie sposób rozróżnić kto i co w danym momencie gra / gulgocze, gdyż pomimo karkołomności postawionego przed nim wyzwania Fezz z wrodzonym sobie wdziękiem zachowywał zarówno spójność całości, jak i zróżnicowanie tkanek ową całość tworzących. Cuda? Bynajmniej, raczej synergia tak pod względem charakteru brzmienia, jak i elektrycznym z posiadanymi przeze mnie AudioSolutions Figaro L2, które nie raz i nie dwa pokazały, że ze słabowitymi lampiszonami się lubią i zamiast rzucać im kłody pod nogi zdecydowanie bardziej wolą „ciągnąć” je w górę i wyciskać z nich wszystko co najlepsze. Warto jednak mieć na uwadze, iż Mira Ceti Mk2 ma jednak swoje ograniczenia, więc przy ciężkim łojeniu dynamikę buduje niejako jako pochodną jej odmiany „mikro” obudowując ją kolejnymi warstwami potężnych dźwięków, więc przy bezpośrednim porównaniu z chociażby ww. Olympią bez trudu zauważymy, iż jej muskulatura opiera się głównie na „rzeźbie” a nie masie. Nie oznacza to bynajmniej, że Mirka przejawia jakieś anorektyczne tendencje, bo tak nie jest, lecz jeśli ktoś oczekuje po niej „fizyczności” NRD-owskiej kulomiotki bądź sztangistki, to raczej pomylił adresy, gdyż trafił na zajęcia z akrobatyki sportowej. Mówiąc wprost Olympia lepiej kontrolowała najniższe składowe i dłużej zachowywała pełnię ich energii, z kolei Mirka precyzyjniej kreśląc kontury i z większym wyrafinowaniem odwzorowując tkankę szybciej „schodzi” z potencjałem energetycznym. Pytanie tylko komu, kto na nią świadomie się zdecyduje będzie to przeszkadzało. Bowiem bądźmy szczerzy, po pierwsze – powyższe obserwacje wychodzą przy bezpośrednim porównaniu pomiędzy ww. modelami, a po drugie kto kupuje SET-a na 300B do death/black/doom i im pochodnych odmian metalu. No i przecież jest jeszcze trzecia niejako eliminująca powyższe dywagacje opcja i zarazem sprawiająca, że Mirka jeszcze zyskuje na uniwersalności. Otóż, choć może zabrzmieć to jak profanacja, jednak przy ostrzejszym graniu i zamiłowaniu do wyższych poziomów głośności warto rozważyć opcję wykorzystania znajdujących się na jej plecach wyjść subwooferowych i wspomóc ją jednym, bądź nawet parą stosownych jednostek w infradźwiękach wyspecjalizowanych. Ot chociażby niezbyt absorbujących gabarytowo SVS 3000 Micro.
Krótko mówiąc jestem pod wielkim, w dodatku wybitnie pozytywnym, wrażeniem możliwości sonicznych Fezz Audio Mira Ceti Mk2 i o ile trudno byłoby mi go brać pod uwagę w roli jedynego wzmocnienia, to już jako drugi, okazjonalnie wpinany w tor, dla czystej przyjemności, piec ma sens zasadność jego pozostawienia po testach wcale nie jest taka dyskusyjna. Mirka ma bowiem niezwykłą zdolność czarowania, lecz nie stereotypowo „lampową” lepkością i przegrzaniem, co holograficznością i rozdzielczością prezentacji. Nie popada przy tym w zbytnią analityczność i zarazem szanuje inteligencję odbiorcy nie próbując udawać czegoś, czym nie jest. A to w dzisiejszych, opartych na grze pozorów i iście celebrycko rozbuchanym ego pretendujących do miana gwiazd jednostek, czasach spora odwaga i sztuka stawiać na realizm a nie silikonowo/ozempic-ową ułudę. A Mira Ceti Mk2 czaruje pięknem naturalnym i pokazuje jak może i przede wszystkim powinna brzmieć muzyka.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Dystrybucja: 21Distribution
Producent: Fezz Audio
Cena: 16 900 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: Single-Ended
Moc: 2 x 8 W @ 4 Ω / 8 Ω
Zastosowane lampy: 2 x 300B PSVane HiFi Series + 3 x 6SN7 Electro Harmonix
Wejścia analogowe: 3 pary RCA + direct
Wyjścia analogowe: sub-out
THD: <0,3%
Pasmo przenoszenia: 12 Hz – 48 kHz
Współczynnik tłumienia: >30
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Czułość: 0,7 V
Pobór mocy: 150 W
Dostępne kolory: Big Calm, Black Ice, Burning Red, Evergreen, Moonlight, Republika, Sunlight
Wyposażenie: kosz ochronny, pilot
Wymiary: 420 x 380 x 226 mm
Waga: 20,5 kg
Opinia 1
Jak zapewne wiecie, stosunkowo niedawno modelem Ascent po latach przerwy i zmianie dystrybutora wznowiliśmy proces przyglądania się amerykańskim konstrukcjom spod znaku YG Acoustics. Proces, który biorąc pod uwagę naturalne roszady w cenniku oraz powołanie do życia nowych modeli bez jakiegokolwiek naciągania faktów można nazwać całkowicie nowym otwarciem naszych przygód. Bez dwóch zdań ciekawych, bowiem wspomniany brand po latach doświadczeń w kilku modelach kolumn odszedł od standardowego wykorzystywania aluminium jako stuprocentowego materiału na obudowy, na rzecz w znakomitej większości zastąpienia go firmową wariacją kompozytu. Po odpowiedź na pytanie – co w kwestii brzmienia z tego wynikło. Oczywiście potencjalnych zainteresowanych kieruję do portalowej wyszukiwarki. Teraz natomiast chciałbym zaprosić Was na kilka akapitów o starszych siostrach niedawno opisywanych Ascentów, czyli dostarczonych przez katowicki RCM kolumnach YG Acoustics Summit. Na pierwszy rzut oka prawie takich samych jak poprzedniczki, jednak jak wiemy, fraza „prawie” robi wielką różnicę, co w tym przypadku oznacza nieco inne spojrzenie na muzykę.
Gdy dotarliśmy do akapitu o budowie naszych bohaterek, faktem jest, iż są łudząco podobne do mniejszych Ascentów. Powiem nawet więcej. W odniesieniu do bryły obudowy są wręcz ich kopiami tylko w nieco większej skali. Powodem oczywiście jest chęć zaproponowania melomanom zespołów głośnikowych z większym driverem basowym, a przez to z innym sposobem propagacji tego zakresu, co chcąc uzyskać jego dobrą jakość automatycznie wiązało się ze zwiększeniem litrażu skrzynki. Skrzynki, która walcząc ze szkodliwymi falami stojącymi w jej wnętrzu może pochwalić się skośnie zorientowanymi względem siebie pionowymi ściankami, zaś mając wprowadzić lekką zmianę firmowego brzmienia zamiast w 100 procentach z aluminium, oprócz frontu z niego została wykonana z opracowanego własnym sumptem od strony składu kompozytu. Tak, tak, w YG powiało zmianami. Jednak owe zmiany na chwilę obecną nie dotknęły jeszcze kwestii przetworników, gdyż w Summitach mamy często wykorzystywaną przez nich jedwabną wysokotonówkę oraz typowe dla nich aluminiowy średniak i nieco większy basowiec, które nie są typowymi wytłoczkami z blachy, tylko bardzo kosztownymi konstrukcjami powstałymi podczas procesu toczenia cienkiego płatka z grubego puca materiału. Jaki jest sens stwarzania sobie aż takich problemów? Zapewniam, bardzo duży, gdyż to oznacza większą sztywność membrany, a przez to lepszą w kwestii jakości i oczywiście szybszą jej reakcję na obsługiwany w danym momencie impuls energii. Ostatnimi w moim mniemaniu ciekawymi informacjami na temat rzeczonych zespołów głośnikowych, co oczywiście odbieram jako znak szczególny prezentacji przez nie muzyki, jest zagłębienie tweetera w lekkim falowodzie oraz rezygnacja inżynierów ze strojenia basu portem bass-reflex na rzecz pracy przetworników w obudowie zamkniętej. Jeśli chodzi o garść najważniejszych technikaliów, w przypadku Summit-ów mamy do czynienia z konstrukcją 3-drożną o skuteczności 90 dB, które według producenta potrafią pokryć pasmo w zakresie 24-4- kHz. Wieńcząc opis budowy warto również wspomnieć, iż każda z kolumn może pochwalić się niebagatelną wagą na poziomie 72 Kg.
Co zaproponowały mi panny zza wielkiej wody? Otóż pierwsze co wychwyciłem, to inne podejście do estetyki prezentacji w stosunku do pierwszego po latach starcia z marką YG z mniejszym modelem. Nie wiem, czy to tylko efekt strojenia zwrotnicy, gdyż jestem przekonany, że także pokłosie postawienia na większy potencjał zakresu basu, ale Summity zagrały lepszym wypełnieniem średnicy. Jednak to nie jedyny ciekawy feedback wykorzystania wspomnianego zabiegu z sekcją basu, gdyż dzięki temu muzyka brzmiała z większą swobodą. Na tle mniejszych Ascentów początkowo wyglądało to na jakby lekkie zmniejszenie pazura prezentacji, jednak to jedynie złudzenie powstałe w pierwszych minutach odsłuchu, gdyż po zrozumieniu ich sposobu na muzykę finalnie był to ruch w bardzo dobrą stronę. Muzyka nadal oferowała pełen zestaw informacji i stosowną szybkość prezentacji, ale ewidentnie nabrała dostojności i przez to rozmachu w rozumieniu rozbudowania wirtualnej sceny. Wcześniej z Ascentami odnosiłem wrażenie skupienia na szybkości kreowania wydarzeń scenicznych, co teraz na tle większych sióstr określiłbym jako ściśnięcie dźwięku. Oczywiście to był wynik rozmiarów kolumn oraz wyborów sekcji inżynierskiej co do ich strojenia, a nie ich jakikolwiek problem, z tego też powodu myślę, że testowane dzisiaj Summity są od początku do końca zaplanowaną odpowiedzią na tamte w pełni przemyślane decyzje. Odpowiedzią oferującą bardziej dostojny, że znacznie większym potencjałem jakości bas, idealnie skrojoną, bo nasyconą i pełną informacji średnicę oraz za sprawą umieszczenia wysokotonówki w śladowej tubie dźwięczne, jednak okraszone estetyką brzmienia jedwabiu wysokie tony. Gdybym miał określić w jednym zdaniu co potrafią nasze bohaterki, bez owijania w bawełnę powiedziałbym, iż proponują potencjalnemu nabywcy znakomite, bo dobrze kontrolowane pokłady energii, namacalność transparentnego środka i swobodę wybrzmiewania bogatych w alikwoty, jednak bez efektu nachalności wysokie tony. Po prostu mają do zaoferowania daleki od nudy, bo żywy i ciekawie skrojony w każdym aspekcie dźwięk.
Pierwszym z brzegu dowodem na taki stan rzeczy była choćby muzyka jazzowa RGG „Unfished Story”. To jak wiadomo od strony ekspresji twórczość raczej spokojna, bo nastawiona na kontemplację pojedynczej nuty. Jednak nuty raz wymownej w rozumieniu zwartego impulsu, innym razem plastyki i pełnej informacyjności, ale także skrzenia się w nieskończoność, pełnych blasku akcesoriów perkusyjnych wysokich tonów. Jak można się domyślić, wychwycony pakiet ciekawych aspektów brzmienia kolumn nie miał z pokazaniem tego repertuaru najmniejszych problemów. Dostałem dostojny fortepian, dobrze osadzony w masie i drapieżny kontrabas oraz blask wykorzystywanych przez „bębniarza” talerzy, co trafiając idealnie w moje oczekiwania od pierwszego akordu wywołało na mojej twarzy efekt banana. Lubię, gdy system fajnie, ale bez nachalności cyzeluje najdrobniejszą składową danego utworu i taki efekt zapewniły ni Amerykanki. A jeśli tak, nie było innej opcji, jak przypomnienie sobie nie jednej, ale co najmniej dwóch pozycji tego świetnego polskiego trio.
A co z solidnym łupnięciem? Do tego także użyłem ciekawego materiału w postaci dla wielu najlepiej wydanego krążka formacji Black Sabbath „13”. Otóż sprawa wypadła podobnie do poprzedniego materiału. Dobre operowanie kontrolowaną energią, zachowanie odpowiedniej dla zastanej sytuacji w generowanym materiale szybkości narastanie sygnału i swoboda oddania nawet najbardziej skomplikowanych pasaży sonicznych generowanych przez wściekłych artystów pozwoliły kolumnom pokazać prawdziwe „ja” tej muzy. I kopnięcie pełnym składem i popisy soczystymi gitarowymi riffami i zamierzone cięcie eteru mocnymi uderzeniami perkusisty w talerze bez problemu pozwalały mi nie tylko bez problemu wejść emocjonalnie w tę estetykę muzyczną, ale także wręcz się w niej zatracić. Wychowałem się na ciężkiej muzie i gdy tak jak w przypadku tej sesji testowej system potrafi ją dobrze zaprezentować, pełnym zaangażowaniem emocjonalnym umiem to docenić.
Jak spuentuję dzisiejszą epistołę? Otóż spieszę donieść, iż brzmienie Summitów na tle Ascentów jest zdecydowanie bardziej dojrzałe. Dzięki podkręceniu emocji w środku pasma oraz zwiększeniu ilości dobrej jakości dolnego zakresu oferujące znacznie lepszą spójność prezentacji. Spójność, która nie tylko umiejętnie godzi dobre wyniki soniczne wszystkich nurtów muzycznych, ale także pozwala słuchać ich na zarezerwowanym dla każdego z nich poziomie głośności. Osobiście lubię ostre granie i po to mam wielkie kolumny, aby czasem przestawić meble w pokoju. Jednak, aby takim wolumenem decybeli być ukontentowanym, ostatnie ogniwo w postaci kolumn musi prezentować wysoki poziom jakości oferowanego dźwięku. Poziom, który tytułowe zespoły głośnikowe po opisanym okresie weryfikacji w moim mniemaniu w 100 procentach spełniają.
Jacek Pazio
Opinia 2
Tym razem, niejako na rozgrzewkę, pozwolę sobie nieco przybliżyć niezorientowanym w temacie kłębiące się w głowach audiofilów mity, dylematy, lęki i nadzieje z jakimi muszą się mierzyć w ramach swojego hobby. Ot chociażby zwykło się żartobliwie twierdzić jakoby w całej tej naszej zabawie bynajmniej nie chodzi o złapanie a li tylko gonienie upragnionego „króliczka”, co choć w przypadku ciężkiego stadium audiophilii nervosy potrafi mieć miejsce, to z reguły bezrefleksyjne „przewalanie sprzętu” uskuteczniają jednostki tak naprawdę niewiedzące czego od dźwięku oczekują, jakie brzmienie lubią i w którym kierunku chciałyby podążać. Do tego grona z pewnością można zaliczyć tych, dla których głównym motorem zmian jest klasyczne CCC, czyli cena czyni cuda a progres liczony jest kwotą uzyskanych rabatów. Pomijając jednak powyższe przypadki kliniczne większość audiofilsko zorientowanych melomanów jednak ceni sobie stabilizację i potrafi czerpać radość z własnego stanu posiadania każdą zmianę po wielokroć rozbijając na atomy i przypatrując się jej pod wszelkimi możliwymi kątami. W końcu nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego a chwilowe zauroczenie potrafi zburzyć wieloletni spokój ducha. Z drugiej strony brak zmian oznacza stagnację, brak impulsów do dalszych poszukiwań a w ekstremalnych przypadkach utratę zainteresowania, czy wręcz obumarcie pasji. Dlatego też rozsądek podpowiada, by planować zmiany o charakterze ewolucyjnym a nie rewolucyjnym, gdzie kroki w górę może są i mniejsze, liczniejsze, lecz utrzymują nas na wcześniej obranej ścieżce a w przypadku zejścia z trasy powrót do poprzedniego stadium jest jak najbardziej możliwy i niezbyt bolesny. Dlatego też nie będę ukrywał, iż skoro filigranowe Ascenty pozostawiły po sobie wyłącznie miłe wspomnienia a tym samym rozbudziły nasze apetyty, to gdy tylko plasujące się oczko wyżej a zarazem wieńczące „budżetową” serię Peaks Summity znalazły się w naszym zasięgu czym prędzej je do siebie przygarnęliśmy wychodząc z założenia, że właśnie tak może wyglądać ewolucja systemu u kogoś, kto zasmakowawszy w amerykańsko/angielskich specjałach będzie miał ochotę na więcej a jednocześnie czuje lekką tremę przed przesiadką na któryś z bardziej pokaźnych (Sonja?) modeli z serii Reference.
Nie da się ukryć, iż seria Peaks wyraźnie ociepla dotychczasowy, nieco industrialny wizerunek YG Acoustisc. Co prawda okazjonalnie przemycane „customowe” malowania w stylu demonstracyjnych Hailey 3 wprowadzały odrobinę radosnego szaleństwa do monochromatycznego portfolio, to zarówno znany z Ascentów heban, jak i pyszniący się na Summitach miodowy palisander (Rosewood) ewidentnie łapią za oko a jednostki oczekujące nieco większej surowości z pewnością polubią się z piaskowym dębem. W sukurs naturalnym okleinom idą również bardziej obłe, zwężające się zarówno ku tyłowi, jak i górze bryły kompozytowych obudów z aluminiowymi frontami na których zaaplikowano zestaw trzech firmowych przetworników. Zgodnie z tradycją maskownice nie są przewidziane a na otarcie łez producent w standardzie dostarcza masywne regulowane kolce (uwiecznione podczas unboxingu).
Wystarczy tylko zerknąć na zdjęcia oraz do zamykającej dzisiejsze wynurzenia metryki Summitów, by utwierdzić się w przekonaniu, iż tak pod względem aparycyjnym, jak i konstrukcyjnym mamy do czynienia z oczywistym, acz niezwykle dyskretnym, przeskalowaniem tego, co zdążyliśmy poznać w ramach testu Ascentów. Nie dość bowiem, że 12 cm różnicę wzrostu widać dopiero przy bezpośrednim porównaniu a 18 kg wagi przy przenoszeniu, co raczej „cywilni” nabywcy raczej nawet nie odnotują, gdyż śmiało można założyć, iż ich, kolumn, nie nabywców, ustawieniem zajmie się ekipa dystrybutora/dealera, to tak naprawdę główny progres dotyczy umieszczonego tuż przy pełniącym rolę komory dla zwrotnicy cokole głośnika basowego, którego średnica ewoluowała z 22 do 26 cm. Pozostałe, okupujące górną część frontu drajwery – 26mm jedwabny tweeter z układem ForgeCore™ i 18,5 cm średniotonowiec są dla obu modeli tożsame. Pomijając jednak dywagacje nad rozmiarówką warto wspomnieć iż właśnie średnica i bas reprodukowana jest przez autorskie aluminiowe przetworniki wykonane techniką BilletCore, czyli ich membrany powstają nie poprzez tłoczenie a zdecydowanie bardziej praco-, czaso- i materiałochłonny proces precyzyjnego wykrawania ich z aluminiowych bloków do postaci stożków o grubości ścianek wynoszącej zaledwie 0,2mm i masie poniżej 30 g.
Inspekcja ściany tylnej nie przynosi żadnych niespodzianek. Znajdziemy tam bowiem jedynie solidne pojedyncze terminale WBT i dyskretną tabliczka znamionową. W końcu worem ww. rodzeństwa Summity to konstrukcje zamknięte i oczywiście trójdrożne, które przynajmniej na papierze nie wydają się nazbyt mordercze dla mającej z nimi współpracować elektroniki. Ot całkiem wysoka 90 db skuteczność przy 4 Ω (min.2,4 Ω) impedancji dają cień szansy, że i z lampą YG powinny się dogadać.
Przechodząc do sekcji poświęconej odsłuchom zastanawiałem się, czy nie zacząć od zachowawczych, niezobowiązujących aluzji, by sukcesywnie budować napięcie aż do wielkiego finału, jednak ów dość spontaniczny konspekt przy pierwszych taktach „Herja” Danheim rozsypał się jak przysłowiowy domek z kart jasno dając do zrozumienia, że duży może więcej i to znacznie więcej aniżeli sugerowałoby zaledwie 2Hz niżej w paśmie przenoszenia względem młodszego rodzeństwa (24 vs. 26Hz). Niby już Ascenty komplementowałem z racji obszerności i wolumenu generowanych dźwięków, czy też zaraźliwej motoryki i energicznie kopiącego basu, jednak fizyki nijak oszukać się nie da i większa komora obudowy plus przyrost średnicy woofera sprawiają, że nie tylko najniższe składowe są lepiej definiowane co i niższa średnica oferuje zauważalnie więcej „body”. A na wikińgsko-transowym materiale serwowanym przez Reidara Schæfera Olsena owe dociążenie i wypełnienie przekazu było zdecydowanie krokiem w dobrą i zgodną z moimi preferencjami stronę. Zaowocowało to mniejszą wyczynowością w porównaniu z Ascentami, gdyż po pierwsze nie trzeba było ich aż tak z pomocą gałki głośności „wkręcać na obroty” żeby uzyskać odpowiedni ładunek energetyczno-emocjonalny. Szukając motoryzacyjnych analogii przesiadka pomiędzy przedmiotowymi modelami YG z serii Peaks jest niczym zamiana Nissana GTR na Porsche GT4 RS, gdzie na niższych obrotach / rejestrach Summity przyjemniej masują trzewia. Wystarczy jednak wcisnąć pedał przyspieszenia i zmienić repertuar na obłąkańczy, acz całkiem niewinnie rozpoczynający się „Too Fast to Die” Archspire a YG potraktują Was niczym tarczę w zawodach strzeleckich z M134 Minigun. Znaczy się z całkiem sporym prawdopodobieństwem jeśli nie rozerwą Was na strzępy to wprawią w długotrwałe stany lękowe i ciężką nerwicę. A tak na serio, to bas Sumitów zachowując natychmiastowość i zróżnicowanie Ascentów dysponuje zauważalnie większym potencjałem energetycznym i zdolnością jego utrzymania do imponująco, szczególnie biorąc pod uwagę gabaryty kolumn, niskich częstotliwości. Co ciekawe pomimo niezwykle wysokiej próby rozdzielczości a tym samym zróżnicowania wszelakiej maści niuansów nie sposób określić basu tytułowych YG mianem nazbyt chrupkiego, czy też utwardzonego. Jednak z drugiej strony nie jest on również pluszowo miękki, czy też zaokrąglony. Najbardziej odpowiednim określeniem byłoby z pewnością „naturalny”, bądź wręcz „neutralny”, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, iż dla części odbiorców są to nazbyt właśnie „neutralne” i niewystarczająco, szczególnie jak na stricte high-endowe oczekiwania, ekspresyjne definicje. Cóż jednak poradzić na fakt, iż właśnie taki on jest – naturalny a więc zgodny, tożsamy z rzeczywistością, którą możliwie wiernie odwzorowuje a nie z racji własnych ograniczeń i ułomności jest w stanie li tylko nieudolnie naśladować i interpretować.
Z resztą ową wierność słychać nie tylko w dole, co w całym reprodukowanym przez tytułowe kolumny paśmie. Proszę tylko sięgnąć po świetnie zrealizowany album „Bomba Flamenca” La Tempête, gdzie karkołomne pod względem złożoności orkiestracje mieszają się z równie misterną chóralną polifonią a całość „oblana” jest intensyfikującą doznania bogatą aurą pogłosową paryskiego protestanckiego kościoła Saint-Esprit. Dla melomanów istne spełnienie marzeń a dla większości kolumn prawdziwy koszmar i poprzeczka trudności zawieszona na iście olimpijskim pułapie. A tymczasem Summity w całym tym XVI w. sefardyjskim, obfitującym w jazgotliwe dęciaki i orientalne akcenty rozgardiaszu odnajdują wielowymiarowe piękno, nieoczywiste harmonie i przede wszystkim kojący spokój. Jednak nie poprzez uspokojenie, spowolnienie prezentacji a dotarcie do emocjonalnego źródła i podniosłości reprodukowanego materiału. Reprodukowana przez firmową, miękką kopułkę góra jest nadal krystalicznie czysta i nomen omen jedwabiście gładka, lecz z racji większej intensywności pozostałych podzakresów nie skupia już na sobie tak atencji, jak w mniejszym modelu. Ponadto zarówno naturalne, niezelektryfikowane instrumentarium, jak i głosy chórzystów brzmią na tyle realistycznie, że śmiało można uznać, iż wzorem swojego młodszego rodzeństwa Summity nie tyle znikają ze sceny, co przenoszą słuchaczy do wnętrza XIX w. świątyni oferując pełną siłę artykulacji i namacalność poszczególnych źródeł pozornych. Oczywiście spora w tym zasługa zdolności kreowania w pełni trójwymiarowej i zarazem holograficznej sceny, przez co wspomniana aura pogłosowa nie kończy się na wysokości „naszego” – domowego sufitu a sięga wykorzystanego w nagraniu sakralnego sklepienia. Co poniekąd jest cechą przypisywaną zdecydowanie bardziej strzelistym, wieloprzetwornikowym konstrukcjom głośnikowym w stylu redakcyjnych Gauderów i im podobnych audiofilskich obelisków.
Choć YG Acoustics Summit reprezentują zaskakująco zbieżny z tym co pokazały mniejsze Ascenty pakiet zalet, to z racji swych nieco większych gabarytów a zatem i możliwości wprowadzają słuchaczy na zauważalnie wyższy poziom audiofilskich uniesień. Grają większą skalą i nie wymagają do złapania wiatru w żagle aż takich poziomów głośności co młodsze rodzeństwo, więc jeśli tylko dysponujecie Państwo odpowiednim metrażem i nazwijmy to dyplomatycznie chęcią ich posłuchania, o domniemanej woli ich pozostawienia na dłużej nawet nie wspominając, to gorąco zachęcam do ich wypożyczenia i przekonania się na własne uszy jak udanie łączą firmową rozdzielczość z uzależniającą muzykalnością i wizualnym seksapilem.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: YG Acoustics
Cena: 34 900 €
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożne, podłogowe
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 26 mm (1”) jedwabny tweeter YG z układem ForgeCore™
– średniotonowy: 18.5 cm (7.25”) YG aluminiowy
– niskotonowy: 26 cm (10.25”) YG aluminiowy
Skuteczność: 90 dB
Impedancja: 4Ω nominalna (2.4Ω minimum)
Pasmo przenoszenia: 24 Hz – 40 kHz
Wymiary (W × S × G): 113.5 × 31 × 50 cm
Waga: 72 kg / szt.
Wykończenie: Heban (Ebony), Palisander (Rosewood), Dąb (Oak)
Choć tłok w segmencie urządzeń i akcesoriów do streamingu robi się coraz większy trudno z tego powodu rozpaczać, bowiem nic tak dobrze nie robi na progres i urealnienie cen jak „mordercza” konkurencja. Dlatego też z niekłamanym entuzjazmem przyjęliśmy pod swój dach kolejny switch ethernetowy – UNio Poki.
Cdn. …
Czytelnikom w miarę systematycznie śledzącym nasze poczynania nie muszę raczej udowadniać, iż w stołecznej siedzibie SoundClubu pojawiamy się od lat na tyle regularnie, że przynajmniej, jeśli chodzi o główną salę odsłuchową, czujemy się niemalże jak w domu. Co bynajmniej nie znaczy, że już od bladego świtu wchodzimy tam jak do siebie w rozciągniętych dresach i Crocsach na stopach, jednak doskonale wiemy, gdzie posadzić swe cztery litery by słychać było najlepiej. I o ile podczas gremialnych prezentacji i odsłuchów podporządkowujemy się regułom rotacji w sweet spocie o tyle w trakcie krytycznych, takich jak niniejsza nasiadówek stosowne siedzisko mamy na wyłączność. Dlatego też, gdy gabaryty i waga proponowanych na testy urządzeń wywołują w pełni zrozumiały entuzjazm wśród pracowników niepublicznych placówek medycznych o profilu ortopedycznym a grymas bólu na twarzach soundclubowej ekipy, wykazując się daleko idącą empatią nie widzimy problemu, by zamiast zrzucać na nich spedycyjne komplikacje udać się tam „na gotowe” by na miejscu stosowne odsłuchy przeprowadzić. I tak też było tym razem, bowiem na naszym celowniku znalazły się spełniające wszelkie kryteria „ponadnormatywności” zjawiskowe kolumny … Goebel Divin Noblesse, na których test serdecznie zapraszam.
Słowem wstępu odnośnie przygotowanego na niniejszą okazję systemu a raczej wypadałoby napisać systemów, to śmiało mogę uznać, iż raczej nie było w nich nic, z czym nie zetknęlibyśmy się wcześniej, czyli w roli źródła wystąpił tercet WADAX-a – Reference Server / Reference PSU / Reference DAC a za wzmocnienie odpowiadały na przemian dwa duety – zapamiętany z przedostatniego High Endu https://soundrebels.com/high-end-2024/ szwajcarski Soulution ( 727 / 717 ) o mocy 2 × 150 W @ 8 Ω / 2 × 300 W @ 4 Ω i znany nam m.in. ze spotkania z Jackiem Gawłowskim i odsłuchów Metallici amerykański Boulder ( 2110 / 2160 ) dysponujący mocą 2 x 575 W @ 8 Ω / 2 x 1100 W @ 4 Ω, co przy 95dB skuteczności i 4 Ω impedancji tytułowych kolumn wydawało się aż nadto wystarczające. Warto również wspomnieć, iż całość elektroniki spoczęła na platformach i stolikach Franc Audio Accessories a kolumny z iście aptekarską dokładnością wspomaganą wrodzoną nerwicą natręctw co do milimetra ustawił i do sekundy dogiął Bartek Wężyk.
A co do samych kolumn, to z Divin Noblesse mieliśmy już przyjemność m.in. podczas edycji 2019 i zeszłorocznej monachijskiego High Endu – w pokoju Vitus Audio oraz minionego Audio Video Show i choć nasze dzisiejsze bohaterki trudno uznać za konstrukcje kompaktowe i niezbyt absorbujące gabarytowo, to mając w pamięci fakultatywny odsłuch flagowych Divin Majestic w siedzibie producenta śmiało można je uznać za zdroworozsądkowy kompromis. Przynajmniej w stricte ultra high-endowym ujęciu, bo jakby nie patrzeć mierzące blisko 170 cm i ważące 260kg kolumny jakoś wnieść i gdzieś ustawić trzeba móc. Kwestie finansowe litościwie przemilczę, gdyż przy kwocie 1,1 mln PLN (całe szczęście za parę) większości z nas przydałaby się jakaś kumulacja w popularnej grze losowej określanej przez wtajemniczonych mianem podatku od marzeń.
Pomimo nad wyraz wybujałej formy i prawdziwego bogactwa przetworników Goebel Divin Noblesse są konstrukcjami „tylko” trójdrożnymi, w których za reprodukcję najwyższych składowych odpowiada zlokalizowany w ich „talii”, stanowiący centrum symetrycznego układu potężny 5.6” przetwornik wysokotonowy AMT w masywnym, aluminiowym falowodzie dostosowanym do profilu Tractrix. W bezpośrednim sąsiedztwie modułu wysokotonowego umieszczono 8” firmowe średniotonowce o membranach z włókna węglowego i papieru, którym z kolei, w rozszerzających się ku krańcom kolumn komorach towarzyszą 12” basowce wspomagane symetrycznym układem bas-refleks. Korpusy kolumn wykonano z 8 cm (11 cm na froncie), wielowarstwowych sandwichy kompozytowych o właściwościach antyrezonansowych dodatkowo wzmacnianych stopami aluminium. Terminale głośnikowe są podwójne i zlokalizowane tuż przy podstawach, dzięki czemu bez problemu można zaaplikować w nich masywne (w tym firmowe, widoczne na powyższych zdjęciach) okablowanie.
Pomijając imponującą posturę i równie niekonwencjonalne, przypominające futurystyczne hantle / zaprojektowane przez Pabla Picassa klepsydry kształty tego „kalibru” kolumn nie kupuje się przecież po to, by wyłącznie się im przyglądać i ewentualnie próbować zaimponować ich posiadaniem znajomym, choć od razu uprzedzę, iż jednostki postronne, nieskażone audiophilią nervosą mogą patrzeć na szczęśliwców Divin Noblesse posiadających jak na totalnych szaleńców. Mówiąc wprost nad tytułowymi Goebelami warto zastanawiać się wyłącznie w kategoriach dbania o własny dobrostan, więc logicznym jest, iż oprócz wspomnianych walorów natury estetycznej należy mieć również a raczej przede wszystkim na uwadze ich walory soniczne. A te … cóż. W wersji skróconej dają się określić mianem zjawiskowych i redefiniujących pojęcie referencji, jeśli takową już sobie zdefiniowaliśmy. Zakładam jednak, że Czytelników, którzy dobrnęli do tego miejsca bardziej interesuje nieco bardziej rozbudowana forma. Dlatego też nie pozostaje mi nic innego jak tylko przejść do meritum z czysto kronikarskiego obowiązku nadmieniając, iż pierwszą turę odsłuchów prowadziłem z amplifikacją Soulution, by po krótkiej przerwie poznać drugie oblicze tytułowych kolumn wzmacnianych duetem Boulderów.
Jak można domniemywać przy tak absorbujących gabarytowo i pyszniących się budzącą respekt baterią potężnych przetworników kolumnach oczywistym wydaje się otwarcie części poświęconej brzmieniu pytaniem o reprodukcję najniższych składowych. I słusznie, bowiem w takim jak niniejszy przypadku bardzo łatwo popaść w przesadę i pójść na ilość, wolumen i spektakularność licząc na to, że odbiorca korelując skalę dźwięku z rozmiarem kolumn uzna ją za właściwą i adekwatną do rzeczywistości. Tymczasem o ile wielkie składy symfoniczne („Gladiator”) i apokaliptyczne porykiwania szarpidrutów („Pro Xristou” Rotting Christ) zgodnie ze swym DNA wgniotą słuchacza w fotel zwiewając przy okazji kapcie ze stóp i aromatyczną WZ-kę wraz z talerzykiem ze stolika kawowego, o tyle kameralne składy i mniejsze formy muzyczne zabrzmią wręcz karykaturalnie i przesadnie. Dlatego też, tak jak we wszystkim, również i w High-Endzie, choć czasem trudno w to uwierzyć, liczy się zdroworozsądkowy umiar i możliwie wierne trzymanie się faktów. A tytułowym Goebelom z faktami było nad wyraz po drodze, bowiem kiedy trzeba potrafiły rozpętać prawdziwe piekło zapuszczając się np. na „Issa Dub” Murkury w rejony częstotliwości uaktywniających czuwające w PAN-ie sejsmografy, by na lirycznym „Bird On A Wire” w wykonaniu Katey Sagal zagrać z eteryczną zwiewnością i w znany tylko sobie sposób zdematerializować się w zajmowanym przez siebie pokoju. I tu de facto poruszyłem kluczową, przynajmniej w moim odczuciu i postrzeganiu ich cechę. Chodzi bowiem o fakt, iż pomimo potężnych gabarytów i znacznego rozstawu przetworników Divin Noblese grają nadspodziewanie … monitorowo – koherentnie i spójnie pracując niczym wzorcowe źródło punktowe. O ile jednak czegoś podobnego dane mi było doświadczyć z Cabasse La Sphère o tyle z bądź co bądź konwencjonalnych kolumn taka sztuka nie udaje się zbyt często. Wypada zatem tylko się cieszyć i zarazem mieć nadzieję, że ich przyszły posiadacz z równą atencją co Bartek podejdzie do ich ustawienia we własnym pokoju i podobny efekt osiągnie. Idźmy jednak dalej, gdyż podobnej do dołu pasma intensywności można byłoby, chociażby z racji rozmiaru (a ten jak wiadomo ma znaczenie) spodziewać się po wysokich tonach. I tu znów mamy swoistą niejednoznaczność i pewną aberrację pomiędzy stereotypowymi oczekiwaniami a stanem faktycznym bowiem z jednej strony nie można odmówić Goebelom niezwykle otwartej i rozdzielczej góry, lecz zarazem nie sposób określić jej mianem ofensywnej, czy chociażby przesadnie eksponowanej. I to praktycznie niezależnie od repertuaru, gdyż o ile jeszcze co prawda dość surowe, ale zarazem całkiem kulturalne gitarowe kompozycje Keitha Richardsa na „Crosseyed Heart” pozwalały z wręcz aptekarską dokładnością śledzić pracę ręki po gryfie i przebiegi kostki po strunach bez jakichkolwiek znamion męczącej na dłuższą metę metaliczności, to już smyczki na „Paganini: Diabolus in Musica” Salvatore Accardo oprócz oczywistej swobody i zadziorności cechowała trudna do przeoczenia natywna szorstkość. Co jednak ciekawe nie była ona ani nazbyt akcentowana ani wygładzona i „polukrowana” przez co z powodzeniem można było mówić o najwyższej próby realizmie porównywanym do odsłuchu na żywo. W dodatku, pomijając różnice natury realizacyjnej, nad którymi Goebele przechodziły po prostu do porządku dziennego ów realizm dla jakże różnego repertuaru stawał się czymś permanentnym i oczywistym na tyle, że po dłuższej sesji powrót do własnego stanu posiadania wymagał sporego samozaparcia. Generalnie rzecz ujmując w pewnym momencie uzmysłowiłem sobie, iż zamiast skupiać się na tytułowych kolumnach z nieprzebranych zasobów Tidala i Qobuz-a wyłuskuję nie utwory / albumy stricte testowe, co po prostu takie, które darzę sympatią i po prostu lubię ich słuchać dla własnej przyjemności. A że moje, podobno spaczone, gusta mają całkiem sporą rozpiętość estetyczną więc z dziką przyjemnością pozwoliłem sobie na odsłuch zarówno momentami brutalnego albumu „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects, jak i baśniowego „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena jedynie utwierdzając się w przekonaniu, że gładkość i lśnienie najwyższych składowych nie tylko nie powodują przesytu, co świetnie korespondują z komunikatywnością i ekspresją średnicy a tym samym naturalnością reprodukcji ludzkich głosów, czy to w formie podniosłej polifonii, czy niemalże zwierzęcego ryku.
I kiedy tak sobie siedziałem i delektowałem się trudnym do zapomnienia sonicznym absolutem, gdzie każda nawet najdrobniejsza składowa miała swoje jasno zdefiniowane i niemalże z obsesyjną precyzją przypisane tak w domenie czasu, jak i trójwymiarze lokalizacji na scenie miejsce utwierdzając się w nomen omen całkiem słusznym przekonaniu, że raczej nic lepszego spotkać mnie już nie może nadszedł czas małej roszady i szwajcarski duet zstąpiła amerykańska parka pre/power a okablowanie głośnikowe z pojedynczego ewoluowało do wersji bi-wire. Efekt? Cóż, skoro stopniowanie superlatyw skończyło mi się przy konfiguracji z Soulution, to w tej części jedynie skupię się na najbardziej oczywistych, acz biorąc pod uwagę iście stratosferyczny pułap obu konfiguracji, li tylko różniących oba podejścia do tematu niuansach. Po pierwsze do głosu doszła większa „organiczność” prezentacji, co bynajmniej nie tyle oznaczało zmiękczenie, czy też zaokrąglenie krawędzi definiujących źródła pozorne, co nieco większą dawkę plastyczności. Jakby przypięty do średnioformatowego „body” obiektyw makro zastąpić „portretowym” ekwiwalentem o takiej samej ogniskowej i świetle. Bez zmiany kompozycji, czy też kąta widzenia otrzymujemy jedynie inną, milszą oku właśnie plastykę sprawiającą, iż z trybu mniej bądź bardziej (pod)świadomej analizy odbiorca przestawia się na opcję bardziej zrelaksowanego, naturalnego obcowania z muzyką. Patrząc na ową roszadę z mojego, czysto prywatnego punktu widzenia Goebele z Soulution grały na poziomie iście studyjnego hiper-realizmu, dzięki któremu z łatwością można określić nie tylko splot wełny z jakiej uszyto marynarkę drugiego skrzypka, co również markę wody kolońskiej jakiej użył rano przed nagraniem. To wprost wymarzony zestaw recenzencki do obserwacji i definicji sygnatur wszelkich elementów pojawiających się w torze. Z kolei Bouldery pozwalały Divin Noblesse zachowując równie imponujący wachlarz informacji nieco inaczej rozkładać akcenty, przez co oprócz detalu, i to na poziomie atomów i molekuł, równie istotne były całe bryły, czy wręcz pełne aparaty wykonawcze, przez co na prezentację patrzyliśmy właśnie z perspektywy koherentnej, stanowiącej jeden organizm a zarazem będącej niezwykle złożoną i misterną układanką całości. To jednak, jak już zdążyłem nadmienić niuanse, lecz niuanse budujące klimat, ów obraz całości. Powrót do „Crosseyed Heart” pokazał legendarnego Stonesa w nieco bardziej lirycznej odsłonie. „Robbed Blind” i „Suspicious” zabrzmiały „głębiej” / „gęściej”, z mocniejszym ładunkiem emocjonalnym na średnicy i osadzeniem w niższych częstotliwościach. Mniej prawdziwie? Niekoniecznie, po prostu bardziej … po ludzku. Bo właśnie amerykański duet potrafił z niemieckich kolumn wycisnąć więcej aspektów tzw. komunikacji pozawerbalnej, gdzie porozumienie pojawia się po przysłowiowej pierwszej nutce, pierwszym dźwięku, kiedy po prostu wiemy, że to jest to i nic więcej do szczęścia nie jest nam już potrzebne. No dobrze, nieco się zagalopowałem, bo kiedy z głośników popłynął album „Wallflower” Diany Krall jasnym się dla mnie stało, że aktualna kumulacja w popularnej grze losowej może okazać się niewystarczająca do zatrzymania owej pełni szczęścia dłużej aniżeli li tylko na czas salonowego odsłuchu.
Reasumując, nie pozostaje mi nic innego jak tylko z głębokim żalem oznajmić, iż Goebel Divin Noblesse to jedne z najlepszych i zarazem najbardziej uniwersalnych kolumn, jakich dane mi było słuchać. Czy można lepiej? Bez cienia wątpliwości stwierdzę, że tak, bowiem mając na koncie kontakt z flagowymi Divin Majestic muszę uznać wyższość ww. monstrów. A jeśli zastanawiacie się Państwo skąd bierze się ów głęboki żal, to tylko nieśmiało chciałbym nadmienić, iż zakup tytułowych Divin Noblesse to tak naprawdę nie koniec a początek drogi, gdyż nie licząc odpowiedniego pomieszczenia wypadałoby czymś równie wyrafinowanym co same kolumny je napędzić, zadbać o odpowiednio wysokich lotów źródło a na koniec jeszcze wziąć rok albo i dwa urlopu, żeby w spokoju i bez pośpiechu przesłuchać posiadaną pliko i płytotekę ciesząc się jak dziecko nie tylko z autentycznej referencji wymuskanych i dopieszczonych nagrań, lecz również świetnie oddawanych emocji w niekoniecznie audiofilskich i nieco nadgryzionych zębem czasu realizacji. To jednak, przynajmniej na razie jedynie pobożne życzenia, więc nie ma co rozpaczać a jedynie przyjąć do wiadomości, iż na tle Goebel Divin Noblesse większość dostępnej na rynku konkurencji może wypaść niezbyt przekonująco, nazbyt zachowawczo bądź zamiast możliwie wiernej reprodukcji oferować własną niekoniecznie zgodną z oryginałem interpretację. Więc nawet jeśli nigdy nie dane będzie Wam ich wpisać na listę posiadanych dóbr doczesnych warto posłuchać ich dłuższą chwilę w kontrolowanych warunkach, gdyż mając taki punkt odniesienia zdecydowanie łatwiej będzie dążyć do upragnionego ideału.
I już zupełnie na koniec, jeśli komuś po głowie chodzi pomysł na brzmienie proponowany przez Olivera Göbela i jego ekipę, to sugeruję nie oddalać się zbytnio od radioodbiorników, gdyż jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to jest szansa na dalszą eksplorację portfolio tytułowej manufaktury z Landshut i to z nieco mniej ekstremalnego pułapu cenowego.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
Źródło: Wadax Reference Server /Reference PSU
Przetwornik cyfrowo/analogowy: Wadax Reference DAC
Przedwzmacniacz: Soulution 727, Boulder 2110
Wzmacniacz mocy: Soulution 717, Boulder 2160
Okablowanie: Goebel Lacorde Statement – głośnikowe, interkonekty, zasilające + zasilające Jorma Paragon & Jorma Statement głośnikowe (bi-wiring przy Boulderze)
Stolik / platformy antywibracyjne: Franc Audio Accessories
Dystrybucja: SoundClub
Producent: Göbel High End
Cena: 1 100 000 PLN (para)
Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana, podłogowa
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 1 x 5,6” AMT
– średniotonowy: 2 × 8″
– niskotonowy: 2 x 12″
Skuteczność: 95 dB / 1 W / 1 m
Pasmo przenoszenia: 21 Hz – 24 000 Hz (–3 dB)
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 140 Hz / 1600 Hz
Impedancja: 4 Ω (nominalna); 3,8 Ω przy 100 Hz (minimalna)
Wymiary (W × S × G): 168 × 56 × 82 cm
Waga: 260 kg / szt.
Opinion 1
It is hardly surprising that since the world in which we live has shrunk to the proverbial „global village”, where distance is most often counted by time zone changes and related delays in electronic correspondence, the market of all kinds of goods is trying to adapt to these changes. Popular fashion chains, seemingly inseparable from the landscape of shopping centers, are gradually liquidating their stationary shops and moving to the Internet, manufacturers of household appliances/electronics are investing more and more boldly in their own online stores, and in fact, for the lion’s share of consumers, it is less and less important whether they shop locally or on the other side of the globe, since delivery is usually free and instant, whether he website is available in an understandable dialect, or translated on the fly by the browser, and the possible return is more convenient than, until recently, in a conventional store. And although it might seem that, due to its specificity, the Hi-Fi/High-End industry will use the benefits of E-commerce at most to sell the smaller goods – non-binding accessories and budget cabling, yet only a few (ten) years after the spread of broadband Internet, not only dealers/distributors, but also audio manufacturers themselves see e-commerce as a chance to stay afloat. In fact, some manufacturers are giving up global distributor networks, putting everything on one card – making the sales not only electronic, but also direct to consumer (the so-called B2C model). Madness? Not necessarily. After all, in order to be sure of the accuracy of the choices made, you will need to listen in your own four corners and in your own system anyway, and in addition, shortening the supply chain by a step or two (distributor/dealer/store) allows you to noticeably reduce prices by removing distributor and store margins. And this is the path chosen by the Danish manufactory Dyrholm Audio, from whose portfolio we have the pleasure to extract and at the same time have a closer look at the representatives of the latest reference series, Nexus, the culmination of two decades of struggle with the subject matter. However, in order to dose these pleasures, digital cables – USB and Ethernet – come first, and we will take care of their analogue siblings in due time.
Looking back at our previous encounters with the effects of John Dyrholm’s metallurgical work, let me note that while the issue of packaging – elegant, but quite modest cardboard suitcases remains unchanged, the progress in the design of the cables themselves is as noticeable as it is indisputable. To put it bluntly, the Nexus, dressed in olive-green-black textile braids, look extremely gorgeous. Having a quite large diameter, although they come a bit short of the ZenSati #X in these terms, it is reduced near the ends with black anodized aluminum bushings with printed information about the manufacturer, model and … directivity. Both cables are covered by a 5-year warranty, and the buyer is also entitled to return them within 4 weeks if they do not meet the hopes placed in them.
From pure usability, it is worth mentioning that USB is available in lengths of 1 – 2 m and the Ethernet cable in 1 – 3 m, although if someone has different requirements, due to the fact that each copy is made to a specific order, there should be no problems with obtaining a different length. And when it comes to anatomy, in the USB connector, the signal cores are made of the purest UPOCC silver available (6N+) and the power wires are made of UPOCC copper. Of course, all conductors are 100% protected against oxidation, and the signal section is practically completely separated from the power supply one – both „buses” are separate, shielded runs in an outer sleeve filled with anti-resonance foam, converging just before the gilded copper plugs. The Ethernet cable, on the other hand, is made of eight (four pairs) of 6N+ monocrystalline silver wires that are 100% oxidation-protected and braided with unbleached cotton insulation. Unlike most high-end competitors, the massive plugs do not come from the Telegärtner catalog, but from Wireworld.
As most readers have certainly noticed, we are not so much struggling with an embarrassment of riches, because as you know plenty is no plague, but we can safely talk about a surprising abundance of all kinds of accessories and wiring representing the broadly understood digital domain. Various filters (Aardvark Isolator Classic & Ultra, AB-Tech STILL) and connectors (TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger), Luna Cables Gris, Stealth Audio Black Magic Ultra T-Select (test coming soon) run through our systems, and despite the ecstatic reactions of the cable-skeptics that negate their influence on the sound of devices connected, noticeable sonic changes are caused by their appearance in the audio path, about which we regularly inform you on our pages. It was no different with the title duo, which focused on dynamics, spontaneity and bluntness of the sound, which is the opposite of veiling. I will only point out right away that this bluntness has nothing to do with crude aggressiveness, offensiveness, or forcibly pushing the sound in front of the speakers, but only means an extraordinary expressiveness of reproduction. In the sound of the Dyrcholms, there is not even a trace tendency to distance themselves from the reproduced material. They go all out, and, without taking prisoners, they present the listener with a fait accompli – music in the form in which it sounds best – native, primordial and unlimited both dynamically and spatially. Spectacular? In fact, it is enough to reach for Japanese soundtracks, e.g. to „Original Drama W KAIBUTSU” by Takashi Ohmama & Tatsuhiko Saiki or „魔都精兵のスレイブ2” („Chained Soldier 2”) by Kohta Yamamoto to feel the breathtaking, truly Hollywood momentum and the lack of any bottlenecks and cataracts that can disrupt the fast stream of data. However, it is not only the scale and extensiveness of the stage that draws attention, but also the precision of the gradation of the plans that create it. Here, not only quantity but also quality matters, so in addition to volume, the detail is crucial, even the smallest one, existing at the level of „plankton” and dust particles sparkling on the stage illuminated by spotlights. Interestingly, this „extensiveness” is also perfectly audible where things are about … silence. The minimalist and even contemplative „Sounds of Mirrors” by Dhafer Youssef, although still full of concentration, with the Dyrholms the mystery ceases to be a miniature and evolves into a form that absorbs listeners, a kind of galaxy of magical and at the same time extremely well-defined sounds, suspended in the velvety black immensity of space. The timbres are crisp, bright and juicy, but at the same time not oversaturated or too warm, so even Queen Latifah on „Trav’lin’Light” does not look candy-like, but only silky smooth and sensually lazily oozing her stories. The low timbre of the voice, phenomenal articulation and discreet accompaniment „on the Dyrholms” sound complete, elegant and at the same time extremely engaging, showing that even from commercial recordings it is possible to obtain excellent results, when sufficient care is given to the digital sound path.
As a summary, I will allow myself a small excuse and at the same time an explanation of the reason why I described both wires together and not each separately. Well, already during the accommodation period, it turned out that their impact on my system was identical, that is, to put it bluntly, the audibility of either USB or Ethernet connectors was not only perfectly noticeable, but also repetitive. Therefore, instead of duplicating the observations made during the listening, I reduced them to a common denominator. So if you are wondering whether it is worth „entering” the digital Dyrholms from the reference Nexus series, all you have to do is reach for one of the tested connectors and everything will become clear. At the same time, I will immediately reassure everybody who is afraid of excess and/or oversaturation of the „Danish signature”, because I have not observed anything like this with the full digital wiring of the system I have, and the only thing that can happen to you with the title duo, is the elimination of the „foreign element” – a difficult to predict reaction to a cable from another stable. The point is that with the USB & Ethernet set, you will not get anything more than what each of the connectors is able to show separately, but simply 100% of what John Dyrholm wanted to include in the Nexus series. That is all and that is it.
Marcin Olszewski
System used in this test
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + Omicron Decoupler Clamp
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinion 2
When you use our search engine, you will easily see that we have been exploring the portfolio of the Dyrholm Audio brand, which is the hero of today’s epistle, for several years now. And I would not be completely honest if I did not say that every meeting, apart from the sonic diversity of each tested series, has always been a fun adventure with music in the background. Regardless whether we are talking about the Phoenix, Draco or Vision series, each time the system showed interesting nuances offered by each of them. What are they? Naturally, I will not artificially dilute the text, because you will find everything in the relevant entries, especially since today we will deal with the flagship series of the mentioned brand. And it will be, provided by the Danes at their own expense – in order to minimize the prices of products for the end customer, this year the brand has switched to a very convenient direct sales system – a digital cabling package of the top Nexus line in the form of a USB and Ethernet cable. Curious about what this clash will bring? If so, there is nothing else left for you to do but spend a few minutes reading the following paragraphs, to reveal a bit of the mystery. I will add that the text below finished for me in a surprisingly interesting way.
Starting the description of the construction of our heroes with the Ethernet cable, we know that its heart, i.e. the signal conductor, was made in the European Union – there is no need to laugh about this, because for a lot of people, frequent quality mishaps of Asian manufacturers make this issue very important – made of solid silver wire with a purity of 6N+. In its bowels, 8 conductors were used, in 4 pairs of two wires wrapped in unbleached cotton and finally 100 percent protected against oxidation. When it comes to shielding, tinned copper wire was utilized for that, which allows to completely eliminate noise from the network. The issue of plugs was solved with the help of the well-known brand Wireworld. As the Danish Dyrholm is a manufactory that takes care of every detail during the production process, all cables are made by hand with great care. And what is also an interesting non-standard feature on the market, the manufacturer is happy to implement constructive requests from a potential customer. This, of course, is associated with a slightly longer waiting time for your product, but if someone wants a custom version, they will certainly come to terms with such a turn of events.
On the other hand, a USB cable, unlike a LAN, uses the purest UPOCC silver (6N+) available as a conductor. Similar to its predecessors, the signal runs have been wrapped in cotton and protected against oxidation with a hundred percent degree of certainty. If we were to vivisection this version of the digital cable, it would turn out that inside we would find 2 separate shielded wires placed in a tube made of damping foam with an additional screen. The cable is terminated with high quality, gilded copper plugs of the A and B type.
What was the effect of replacing my set of USB and LAN cables with the designs from Denmark that were the focal point of this meeting? I will say briefly, I heard two excellent changes. The first was the presentation of the music with better clarity. However, not in the sense of brightening, but by removal of the “fog” from the virtual scene. I like music presented directly in the sense of avoiding any warming treatments that increase the pleasure of reception, and surprisingly, what seemed to me being a great result before the test, improved, in a way known only to Dyrholm’s principals. And the most interesting thing was that the additionally cleaned spark of the upper registers, which, despite the clearer glitter in the inter-speaker ether, was even more pleasant to listen to than the previous one, slightly smoothed. This is probably the result of effective prevention of network noise interference with the signal transmitted between devices. Admittedly, I am not sure, but this is how I would interpret the work of the tested cables in the service of the sonic result I heard. Apart from all the guesses, however, one thing is certain, this aspect of creating stage events has climbed to heights that have not occurred in my system so far.
As for the second positive impact of the Nexus on my setup, it was the increased control and verbal reception of the sound. Well, it was not the usual reduction of the essentiality of energy, i.e. de facto flattening of the diversity of the pulse served by the stereo, which is a notorious action to improve the legibility of the lines visualizing the sound. In this case, the point is, that with better control of the lower range and improvement of the edges of virtual entities, there was a kind of amplification, both in the domain of clarity and energy, juicy, but also multi-colored. Suddenly, the music not only sped up, but also served a much stronger accentuation of the formation of individual chords, which translated into presenting it with much more joy, which I did not expect in the most optimistic guesses. And I did not expect it, because if I were to try some kind of enumeration, successfully applied injections of impulses of energy through all kinds of wiring, and in addition at such an affordable price for an ordinary Kowalski, it would suffice to use one hand to count. This is why I had such a reaction.
Therefore, it will probably not surprise anyone that the above list of changes introduced by cables working in tandem from Denmark literally and figuratively disarmed me. So much so that I will no longer artificially dilute the text with flowery descriptions of the sound of the albums I listened to, because the aforementioned constructions will probably defend themselves in the when put in your systems. On the other hand, without beating around the bush, I am very pleased to announce that the Scandinavian digital set Dyrholm Audio Nexus USB and Ethernet has not returned to the manufacturer after such a successful, strongly raising the bar of sound of my test sessions, but has become a reference point for further attempts to evaluate the sound of this type of designs. As you know, I am not some die-hard fan of using file-based music, but when something positively surprises me, I can easily say it directly in the test, which has happened more than once. But as you can see from today’s clash, when, in the positive sense of the word, a product knocks me out, even if it is not a complement to my beloved analogue system, but it clearly increases the sound qualities of another segment of the setup I have – most often I play using a turntable and a studio tape recorder, often a CD player, and following today’s story, of course, I do not forget about the file sources, immediately becomes a permanent component of it. Gentlemen, without a doubt, you deserve well-deserved respect for bringing the tested cables to life.
Epilogue
At this point, I usually try to gather the most important features of the tested products into one whole. However, I think that if I, an individual who does not really play with files on a daily basis, left the eponymous digital wiring for myself, without unnecessary duplication of the information contained in the text, I inform the entire population of audiofreaks that it would be a sin not to try them. If you buy or do not buy, it does not really matter. It is important that the time spent on personal testing with them will be one hundred percent pleasantly spent. And I would not be surprised if a face-to-face meeting would end with a decision similar to mine. After what I have heard in my own room, I think with a high degree of certainty that it can really happen.
Jacek Pazio
System used in this test:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– Streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Commander
– Power amplifier: Gryphon Audio APEX Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
– Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
– USB cable: ZenSati Silenzio
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: SME 60
– Cartridge: My Sonic Lab Signature Diamond
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Clamp: Omicron Luxury Clamp
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80
Manufacturer: Dyrholm Audio
Prices
Dyrholm Audio Nexus USB: 1 775 € / 1,5m
Dyrholm Audio Nexus Ethernet: 2 370 € / 1,5m
Opinia 1
Jak doskonale się Państwo orientujecie w kultywowaniu naszego hobby kierujemy się głównie emocjami i wrodzoną ciekawością i emocjami, chwilą a tym samym niekoniecznie zdrowym rozsądkiem, więc jeśli tylko coś nas zaintryguje, to bez zbędnych przymiarek i kalkulacji, na „pełnym spontanie” wskakujemy w samochód/pociąg/samolot, by na własne oczy i uszy przekonać się o potencjale, bądź jego braku, sprawcy całego zamieszania. I tak też było tym razem, gdy po wymianie kurtuazyjnej korespondencji nie tylko otrzymaliśmy zaproszenie do siedziby MIXMANN AUDIO SYSTEMS – rodzimego przedstawiciela w pewnych kręgach kultowej marki Daniel Hertz, co wraz z owym anonsem dotarły do nas nie mniej intrygujące didaskalia wskazujące na niezwykle mało sprzyjające warunki akustyczne w jakich zapowiadany jako system marzeń zestaw miał być prezentowany. Łącząc powyższe fakty można byłoby dojść do wniosku, iż wspomniani polscy reprezentanci ww. marki wykazują, jeśli nie samobójcze, to przynajmniej wskazujące na zamiłowanie do zabaw S&M / face slapingu ciągoty, więc skoro sami się proszą, to czemu nie skorzystać z okazji i przejechać się po nich jak walec z piosenki Młynarskiego. Tym oto sposobem w samo południe wylądowaliśmy w minioną sobotę w podwarszawskim Grodzisku a to, co zastaliśmy na miejscu opisujemy i unaoczniamy w formie poniższego materiału słowno – zdjęciowego.
Niby jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów, ale chyba nikomu obeznanemu w temacie nie muszę wyjaśniać, iż warunki w jakich prezentowany był system Daniel Hertz, w skład którego wchodził dysponujący sekcją DAC-a (autorski procesor Daniel Hertz Mighty Cat) D-klasowy, oparty o moduły Hypex NCORE NC502NP wzmacniacz Maria 350 oraz łapiące za oko 15” coaxialnym drajwerem, acz niemalże dosunięte do samej ściany, dość absorbujące gabarytowo podłogowe kolumny Anton, grał w warunkach najdelikatniej rzecz ujmując urągających audiofilskim prawidłom. Z czysto kronikarskiego obowiązku nadmienię tylko, iż za źródło służył … Mac Mini, z którego wychodzący po USB sygnał uzdatniał duet Ideon Audio Σigma Wave USB audio isolator i re-clocker eos Time a całość spięta była okablowaniem zgodnie z zapewnieniem Gospodarzy w pełni rekomendowanym przez samego Marka Levinsona, acz przywodzącym na myśl przysłowiowe przewody od lampki. Pozbawiony jakiejkolwiek adaptacji akustycznej, połączony z aneksem kuchennym salon, jedna (prawa) ściana w 90% zajęta przez okna balkonowe i samotny narożnik reprezentujący rodzinę mebli tapicerowanych jasno dawały do zrozumienia, kto tu rządzi. Zapowiada się ciekawie? A to przecież dopiero preludium, gdyż niejako na dzień dobry usłyszeliśmy mrożącą krew w żyłach propozycję zapoznania się z możliwościami tytułowego seta bazując na repertuarze dostępnym na … Youtube. I to uruchamianym nie z natywnej aplikacji a z poziomu internetowej przeglądarki. Wbrew pozorom efekt okazał zaskakująco nie tylko akceptowalny, co niczym z reklamy Glenmorangie z Harrisonem Fordem … miły i przyjemny. Herezja i konfabulacja? Cóż, patrząc na zdjęcia sami z pewnością tak właśnie byśmy myśleli, jednak realia temu wyraźnie przeczyły. Na niewielkich składach i akustycznych realizacjach pierwszy plan okazał się niezwykle namacalny, aura pogłosowa nader realistyczna i choć na zasugerowanym przeze mnie „Helvegen” w wykonaniu Einara Selvika, Eivør & The Danish National Symphonic Orchestra pojawił się lekki bałagan w dalszych planach, to jak na niemalże „dworcową” akustykę pomieszczenia i konstrukcję samych kolumn (o ich kontrowersyjnym ustawieniu nawet nie wspominając) śmiało można było uznać za sukces.
Przesiadka na zdecydowanie mniej dyskusyjne źródło kontentu w postaci streamingu z Tidala i Qobuza pokazało, iż tytułowy system nie tylko jest w stanie różnicować jakość samych nagrań, co również samo ich pochodzenie. Pliki grane „z chmury” cechowało przyjemne kreowanie sceny za linią głośników i wyraźna gradacja planów, przy czym poluzowanie najniższych składowych podkreślało spektakularne możliwości dynamiczne samych kolumn, z którymi firmowa amplifikacja radziła sobie w stopniu satysfakcjonującym, acz niekoniecznie stawiającym na zamordystyczną kontrolę. Jeśli jednak ktoś stawia na wolumen i masę a nie timing i audiofilskie zróżnicowanie, to raczej nie powinien w tym przypadku kręcić nosem. I bynajmniej nie chodzi o to, że się czepiam, gdyż przygotowany przez Gospodarzy repertuar brzmiał jak to mawiał w ww. promocyjnych filmikach Harrison Ford „nice”, jednak sięgnięcie po nieco bardziej problematyczne pozycje z mojej dyżurnej playlisty, czyli „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects i „Hold Me Down” Murkury sprawiło, że grały nie tylko kolumny, lecz również a może przede wszystkim samo pomieszczenie dość wyraźnie zaburzając czytelność reprodukowanego materiału. Warto jednak mieć na uwadze, iż ww. repertuar nie należy do mainstreamu, więc i prawdopodobieństwo, by ktoś próbował się nim na tytułowym systemie i w podobnie spartańskich warunkach akustycznych delektować śmiało możemy uznać za znikome. Chociaż może sprawę pozwolę sobie ująć z nieco innej perspektywy. Otóż doskonale zdaję sobie sprawę, iż obaj z Jackiem możemy uważać się za niezwykłych szczęśliwców, gdyż nasze Małżowinki nie tylko tolerują, co wręcz kibicują naszemu hobby a tym samym pozwalają nam na zaskakująco wiele pozornie kontrowersyjnych pod względem logiki, finansów i wystroju wnętrz działania. Tymczasem większość skażonych audiophilią nervosą osobników w swej walce z materią jest skazana na ciągłe i nader bolesne kompromisy i ustępstwa, więc zastane w Grodzisku warunki wcale tak dalece nie odbiegają od tego, czym dysponuje znacząca część potencjalnych nabywców. A zestaw Daniela Hertza właśnie w takich niezbyt sprzyjających okolicznościach przyrody grał i grał … przyjemnie. Może nie w rozumieniu stricte audiofilskim, gdzie akcent stawiany jest na rozdzielczość i bezkompromisową holografię, lecz raczej z niezobowiązującą swobodą, imponującym rozmachem i przyjemnie masującym trzewia fundamentem basowym, które zarówno przy słuchaniu muzyki, jak i seansach filmowych pozwalają po prostu cieszyć się pozbawionym nerwowości, za to stawiającym na czysto hedonistyczną przyjemność dźwiękiem.
No i niejako na deser zostawiliśmy granie ze zgromadzonych na dysku Maca Mini, gdyż właśnie z tego „źródła” udało się osiągnąć najbliższą audiofilskim wzorcom prezentację – z najlepszą z dotychczasowych odsłon rozdzielczością i różnicowaniem poszczególnych realizacji. Warto przy tym wspomnieć, iż również różnicowanie jakości/gęstości materiału źródłowego było bardziej oczywiste i z łatwością zauważalne, co dobrze świadczy o sekcji przetwornika Marii.
Jakie zatem nasuwają się wnioski z powyższych dywagacji? Przede wszystkim to, że nawet w niezbyt sprzyjających warunkach nie ma co załamywać rąk i zamiast odpuszczać temat decydując się na soundbar bądź zestaw słuchawkowy można spróbować pomysłu na dźwięk z portfolio Daniela Hertza. Czy będzie Wam z nim po drodze przekonacie się sami, jednak tak jak ze wszystkim co gra, również i w tym przypadku trzeba przekonać się samemu – na własne uszy. A ponadto śmiało można założyć, że jeśli to, co usłyszycie Państwo w Grodzisku przypadnie Wam do gustu, to w Waszych czterech ścianach zapewne nie zagra gorzej. Pomijając bowiem „dworcową” akustykę pomieszczenia dystrybutora zakładam, iż potencjalni zainteresowani zamiast „cywilnego” Maca Mini finalnie zdecydują się na nieco wyższych lotów źródło a i wbrew zapewnieniom Marka Levinsona choćby odrobinę lepszym okablowaniem (przynajmniej sygnałowym) warto się zainteresować. Ale to już raczej wyjdzie w praniu.
I już zupełnie na sam koniec serdecznie dziękujemy za zaproszenie i gościnę ekipie MIXMANN AUDIO SYSTEMS szczerze podziwiając ich odwagę by skonfrontować reprezentowane przez siebie podejście oraz własne wyobrażenie referencji z naszym niezaprzeczalnie bezkompromisowym i krytycznym spojrzeniem na owe zagadnienie.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Gdy w minioną sobotę większość z Was wspólnie z rodziną lub znajomymi była pochłonięta grillowaniem razem z Marcinem w celach poznawczych udaliśmy się do podwarszawskiego Grodziska Mazowieckiego, bowiem właśnie tam stacjonuje przedstawiciel przyjaznej dla pełnego spektrum domowników konfiguracji sprzętowej. Jednak nie byle jakiej, tylko systemu będącego owocem pracy znanego wszystkim Marka Levinsona realizującego swe pasje pod szyldem marki Daniel Hertz. Jednak w odróżnieniu do dotychczasowych owoców jego pracy ze świata High Endu, tym razem oferując sprzęt audio postawił na pewnego rodzaju minimalizm w postaci wyposażonego w sekcję DAC-a wzmacniacza zintegrowanego Daniel Hertz Maria 350, opartych o przetwornik szerokopasmowy kolumn Anton oraz dedykowanego przez konstruktora, spełniającego założenia idealnej współpracy z systemem w zakresie parametrów okablowania. Intrygujące? Spokojnie, jeszcze nie odpowiadajcie, gdyż to nie koniec istotnych informacji dotyczących tego mitingu. Mianowicie chodzi o jego clou, czym w tym przypadku była próba udowodnienia przez polskiego przedstawiciela marki, iż najnowszy pomysł Levinsona jest lekiem na praktycznie wszelkie problemy zwyczajnej rodziny. Jakie to problemy? Aby nie rozwadniać tekstu, wymienię tylko trzy najważniejsze. Pierwszym jest eliminacja notorycznej walki melomanów z żonami buntującymi się przed zbytnim zagracaniem będącego centrum życia rodziny salonu gościnnego, co ma zapewnić ograniczenie rozbudowania elektroniki. Drugim zapewnienie dobrej jakości dźwięku bez zazwyczaj także nie do przyjęcia przez nasze drugiej połówki ingerencji w akustykę. Zaś trzecim łatwa konsolidacja zestawu audio z pełnym spektrum domowych multimediów z oglądaniem telewizji sonicznie wspieranej przez jego system włącznie. I dopiero teraz tak naprawdę powinienem zapytać, czy jesteście zaintrygowani. Jednak spokojnie, też nie odpowiadajcie, to pytanie retoryczne, bo jestem pewny, że tak. Zatem jeśli mam rację, zapraszam na kilka poniżej opisanych spostrzeżeń z tego spotkania.
Jak widać na zdjęciach, system, a tak naprawdę wzmacniacz czerpiący sygnał Mac-a Mini i kolumny, gospodarz spotkania wstawił do typowego pokoju, któremu z racji pełnienia funkcji rodzinnego salonu obce było audiofilskie szaleństwo w postaci zagracania go panelami akustycznymi. Po prostu widzimy zwyczajną komodę, nieduże urządzenie na górnej półce, stojące po jej bokach kolumny, a w centrum tylnej ściany telewizor. Teoretycznie dla hardcore’owych audiofilów po stokroć temat nie do przyjęcia. Jednak jak ustalaliśmy podczas umawiania spotkania i co potem potwierdzał organizator sobotniej zabawy, to calowy zabieg, gdyż multimedialny komplet dedykowany jest zwykłym ludziom, a nie szurniętym – choćby takim jak ja – poszukiwaczom Świętego Grala w audio. Ma być nienarzucający się wizualnie – oczywiście oprócz kolumn, bowiem te muszą zapewnić dobrą jakość dźwięku, uruchamiany bez procedur rodem z Przylądka Canaveral podczas startu kosmicznego wahadłowca i grać od przysłowiowego kopa, czyli bez zwyczajowej dla audiofilów dłuższej lub krótszej rozgrzewki. I muszę powiedzieć, że co prawda, gdy weszliśmy do pokoju, muzyka niezobowiązująco już plumkała, ale temat minimalizmu całości odebrałem w opisany przed momentem sposób. Nawet kolumny choć duże, stojąc po bokach sprej komody niespecjalnie mnie absorbowały. Nie mówię, że nie intrygowały technicznie, bo bym skłamał, gdyż były ciekawe z racji zastosowania przetworników szerokopasmowych, ale to już efekt zboczenia spowodowanego moim hobby, a nie braku spójności w unikaniu nadmiernego rozbudowania słuchanej konfiguracji. Jak to zagrało?
Tutaj zaliczyłem pierwsze ciekawe zaskoczenie, gdyż słuchaliśmy muzyki z Youtube’a, Tidala i lokalnych plików, co mi osobiście nie przyszło by do głowy. I gdy myślałem, że będzie ciężko coś ciekawego usłyszeć, te 3 różne źródła danych pokazały fajną cechę tego systemu, jaką było różnicowanie każdego z nich. A co najciekawsze, najgorzej wypadł Tidal. Tidal, który pozornie ma być bezstratny, ale jak wiemy, nigdy nie wiemy, co tak naprawdę dostajemy. Dwa pozostałe źródła do oferowanej jakości zaś są pewne. Youtube jest skompresowany, żeby brzmiał wszędzie dobrze i przez to bardzo odporny na wszelkiej maści niechciane zakłócenia, natomiast pliki lokalne zazwyczaj zgrywane z płyt CD / kupowane z zaufanego źródła i dlatego nie pozostawiają marginesu na domysły co do jakościowej hochsztaplerki. Oczywiście różnice pomiędzy słuchanymi platformami mimo słyszalności, były na tyle drobne, że systemowi w pokazaniu fajnego dźwięku to specjalnie nie przeszkadzało. Była energia dolnego zakresu, ogólna otwartość brzmienia i rozmach prezentacji. Nic, tylko usiąść na kanapie i delektować się przyjemnie podaną na tacy muzyką. Całość wypadała na tyle przyjemnie w odbiorze, że nawet ja będąc przedstawicielem hardcore’owego podejścia do tematu obcowania z muzyką bez problemu zatapiałem się w słuchanym materiale. Oczywiście tylko słuchanym, gdy źródłem był Tidal i pliki z dysku, natomiast w przypadku zatrudnienia Youtube’a także oglądanym. I nie byłbym szczery, gdybym nie wspomniał, iż ta wizualna funkcja niosła ze sobą dodatkową wartość emocjonalną. A przykładem na lepszy odbiór muzyki z opcją wizji jest choćby wyprawa do opery. Na sucho materiał dla 90 procent populacji melomanów jest nie do ogarnięcia. Jednak, gdy bierzemy udział w widowisku muzycznym – czy to werbalnie, czy poprzez koncertowe projekcje w telewizji, nawet te smętne operowe kawałki jawią się jako ciekawy pakiet głęboko zapadających w nasze dusze emocji. Abstrahując jednak od prezentacji tego dnia mużyki z wizją lub bez, wszystko co udało się zaliczyć, nawet dla mnie wypadało na tyle atrakcyjnie, że bez problemu mogę potwierdzić, iż gospodarz podczas wstępnych ustaleń mówił prawdę. To niezobowiązujący wizualnie, bardzo uniwersalny od strony konfiguracji z domowym centrum spędzania wolnego czasu całej rodziny oraz fajnie brzmiący w ciężkich warunkach akustycznych zestaw. Na pierwszy rzut oka tak nie wygląda, jednak w zderzeniu z muzyką się broni. Oczywiście nie na poziomie wyczynowym, czego tak naprawdę według gospodarza Daniel Herz nie poszukiwał, ale na tyle przyjemnym w odbiorze, że gdybym nie posiadał swojego prywatnego lokum do uprawiania audio-szaleństwa, jest duża szansa ewentualnego rozpatrywania aplikacji tytułowego zestawu w moim rodzinnym salonie.
I tym optymistycznym akcentem kończę opis odsłuchu najnowszego dziecka Marka Levinsona. Czas spędzony w towarzystwie gospodarza i prezentowanych przez niego produktów mainstreamowego konstruktora zabawek ze świata High Endu był czasem spędzonym w miłym i okraszonym fajnymi wrażeniami muzycznymi towarzystwie. Jeszcze raz, jednak tym razem już na piśmie dziękuję za zaproszenie, konstruktywną wymianę zdań i miłą atmosferę podczas spotkania.
Jacek Pazio
Dystrybucja: MIXMANN AUDIO SYSTEMS
Producent: Daniel Hertz
Ceny:
Maria 350: 16 000 € netto
Anton Speaker: 40 000 € netto
Dane techniczne
Maria 350
Moc: 2 x 350W / 8 Ω
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 30 kHz
Wejścia analogowe: 3 pary RCA
Wejścia cyfrowe: koaksjalne, USB Audio 2.0
Łączność: Bluetooth (24 bit/48 kHz), Wi-Fi
Wyjście: słuchawkowe
Wymiary (W x S x G): 110 x 430 x 330 mm
Anton Speaker
Skuteczność: 99,5 dB/1W/1m
Impedancja: 8 Ω
Moc RMS: 800W
Pasmo przenoszenia: 25 Hz – 20 kHz
Wymiary (W x S x G): 127 x 47 x 43,5 cm
Waga: 75 kg
Opinia 1
Trudno się dziwić, że skoro świat w jakim żyć nam przyszło zmalał do przysłowiowej „globalnej wioski”, gdzie dystans liczy się najczęściej zmianami stref czasowych i związanymi z nimi opóźnieniami w korespondencji elektronicznej to i rynek dóbr wszelakich stara się do owych zmian dostosować. Popularne i wydawać by się mogło, że nierozerwalnie wpisane w krajobraz centrów handlowych modowe sieciówki sukcesywnie likwidują swoje stacjonarne placówki przenosząc się do Internetu, producenci AGD/RTV coraz odważniej inwestują we własne sklepy internetowe i tak po prawdzie dla lwiej części konsumentów coraz mniejsze znaczenie ma fakt, czy zakupy robią lokalnie, czy na drugim krańcu globu skoro dostawa jest zazwyczaj darmowa i błyskawiczna, storna dostępna w zrozumiałym narzeczu, bądź w locie tłumaczona przez przeglądarkę a ewentualny zwrot wygodniejszy niż jeszcze do niedawna w konwencjonalnym sklepie. I choć wydawać by się mogło, że ze względu na swą specyfikę branża Hi-Fi/High-End z dobrodziejstw E-commerce będzie korzystać co najwyżej w celu upłynniania umownej „drobnicy” – niezobowiązujących akcesoriów i budżetowego okablowania, to tymczasem zaledwie kilka (naście) lat po rozpowszechnieniu się szerokopasmowego Internetu nie tylko dealerzy/dystrybutorzy, lecz również i sami wytwórcy audio właśnie w handlu elektronicznym widzą szansę na utrzymanie się na powierzchni. Ba, część producentów rezygnując z globalnych sieci dystrybutorów wręcz stawia wszystko na jedną kartę – kartę sprzedaży nie dość, że elektronicznej, to w dodatku bezpośredniej (tzw. model B2C). Szaleństwo? Niekoniecznie. W końcu, żeby mieć pewność trafności wyboru wszystkiego trzeba i tak i tak posłuchać we własnych czterech kątach i we własnym systemie a ponadto skrócenie łańcucha dostaw o ogniwo, bądź dwa (dystrybutor/dealer/sklep) pozwala zauważalnie obniżyć ceny redukując je o marże dystrybutorskie i sklepowe. I właśnie tę ścieżkę obrała duńska manufaktura Dyrholm Audio, z której to portfolio mamy przyjemność wyłuskać i zarazem pochylić się nad reprezentantami najnowszej i stanowiącej zwieńczenie dwóch dekad walki z materią referencyjnej serii Nexus. Aby jednak dozować sobie owe przyjemności na pierwszy ogień poszły przewody cyfrowe – USB i Ethernet a ich analogowym rodzeństwem zajmiemy się za czas jakiś.
Patrząc na nasze dotychczasowe spotkania z efektami metalurgicznej radosnej twórczości Johna Dyrholma pozwolę sobie zauważyć iż o ile kwestia opakowań – eleganckich, acz dość skromnych tekturowych walizeczek pozostaje niezmienna, to progres w designie samych przewodów jest tyleż zauważalny, co wręcz bezdyskusyjny. Mówiąc wprost przyodziane w oliwkowo-zielono-czarne tekstylne oploty Nexusy prezentują się nad wyraz korzystnie. Całkiem pokaźne, choć do ZenSati #X nieco im brakuje, jak na pełnioną rolę średnice, redukują przy końcach przebiegów anodowane na czarno aluminiowe tuleje z nadrukami informującymi o producencie, modelu i … kierunkowości. Oba przewody objęte są 5-letnią gwarancją a nabywcy przysługuje również możliwość ich zwrotu w ciągu 4 tygodni, jeśli nie spełnią pokładanych w nich nadziei.
Od strony czysto użytkowej warto wspomnieć, iż USB dostępny jest w długościach 1 – 2m a Ethernet 1 – 3m, choć jeśli ktoś ma inne wymagania, to z racji, iż każdy egzemplarz wykonywany jest pod konkretne zamówienie nie powinno być problemów z pozyskaniem innej rozmiarówki. A jeśli chodzi o anatomię, to w łączówce USB żyły sygnałowe wykonano z najczystszego dostępnego srebra UPOCC (6N+) a zasilające z miedzi UPOCC. Oczywiście wszystkie przewodniki są w 100% zabezpieczone przed utlenianiem a sekcja sygnałowa od zasilającej jest praktycznie całkowicie odseparowana – obie „magistrale” stanowią osobne, zaekranowane przebiegi w wypełnionej anty rezonansową pianką koszulce zewnętrznej zbiegające się dopiero tuż przed wtykami ze złoconej miedzi. Z kolei przewód Ethernet wykonano z ośmiu (czterech par) drutów z monokrystalicznego srebra 6N+ w 100% zabezpieczonych przed utlenianiem i oplecionych izolacją z niebielonej bawełny. W przeciwieństwie od większości high-endowej konkurencji masywne wtyki pochodzą nie z katalogu Telegärtnera a od Wireworld-a.
Jak z pewnością większość Czytelników zdążyła zauważyć ostatnimi czasy nie tyle zmagamy się z klęską urodzaju, gdyż akurat od przybytku głowa nie boli, to śmiało możemy mówić o zaskakującej obfitości wszelakiej maści akcesoriów i okablowania reprezentujących szeroko rozumianą domenę cyfrową. Przez nasze systemy przewijają się najróżniejsze filtry (Aardvark Isolator Classic & Ultra, AB-Tech STILL) oraz łączówki ( TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger), Luna Cables Gris, Stealth Audio Black Magic Ultra T-Select (test wkrótce)) i pomimo ekstatycznych reakcji negujących ich jakikolwiek wpływ na brzmienie spinanych nimi urządzeń kablosceptyków jednak zauważalne zmiany soniczne ich pojawienie się w torze audio powoduje, o czym z resztą regularnie na naszych łamach informujemy. Nie inaczej było z tytułowym duetem, który postawił na dynamikę, żywiołowość i stanowiącą przeciwieństwo zawoalowania dosadność przekazu. Tylko od razu zaznaczę, iż owa dosadność nie ma nic a nic wspólnego z ordynarną napastliwością, ofensywnością, czy też siłowym wypychaniem dźwięku przed kolumny a jedynie oznacza niezwykłą ekspresyjność reprodukcji. W dźwięku Dyrcholmów nie ma nawet śladowych tendencji do dystansowania się od transmitowanego materiału. One idą na całość i nie biorąc jeńców stawiają słuchacza przed faktem dokonanym – przed muzyką w takiej postaci w jakiej brzmi ona najlepiej – natywnej, pierwotnej i nieograniczonej tak pod względem dynamicznym, jak i przestrzennym. Spektakularnie? Ba, wystarczy bowiem sięgnąć po japońskie soundtracki np. do „Original Drama W KAIBUTSU” Takashi Ohmama & Tatsuhiko Saiki czy „魔都精兵のスレイブ2”(„Chained Soldier 2”) Kohta Yamamoto by na własnych trzewiach poczuć zapierający dech w piersiach, iście hollywoodzki rozmach i brak jakichkolwiek wąskich gardeł i katarakt mogących zaburzyć wartki strumień danych. Uwagę zwraca jednak nie tylko skala i obszerność sceny, lecz równiej precyzja gradacji planów ją tworzących. Tutaj liczy się nie tylko ilość, lecz również jakość a więc oprócz wolumenu kluczowe znaczenie ma detal i to nawet ten najdrobniejszy, egzystujący na poziomie „planktonu” i drobinek kurzu skrzących się na oświetlonej reflektorami scenie. Co ciekawe owa „obszerność” doskonale słyszalna jest również tam, gdzie gra dotyczy również … ciszy. Minimalistyczny i wręcz kontemplacyjny „Sounds of Mirrors” Dhafera Youssefa choć nadal jest pełnym skupienia misterium z Dyrholmami przestaje być miniaturą a ewoluuje do wchłaniającej słuchaczy postaci swoistej galaktyki magicznych a zarazem z niezwykłą atencją definiowanych dźwięków zawieszonych w aksamitnie czarnym bezmiarze kosmosu. Barwy są rześkie, rozświetlone i soczyste, lecz zarazem nieprzesaturowane, czy nazbyt ocieplone, więc nawet Queen Latifah na „Trav’lin’Light” nie wypada cukierkowo a jedynie jedwabiście gładko i zmysłowo leniwie sącząc swoje opowieści. Niska barwa głosu, fenomenalna artykulacja i dyskretny akompaniament „na Dyrholmach” brzmią kompletnie, elegancko i zarazem szalenie angażująco pokazując, że przy dbałości o tor cyfrowy nawet z komercyjnych nagrań da się uzyskać wyborne rezultaty.
Niejako w ramach podsumowania pozwolę sobie na małe usprawiedliwienie i zarazem wyjaśnienie powodu, z którego to oba przewody opisałem razem a nie każdy z osobna. Otóż już w trakcie okresu akomodacyjnego okazało się, iż ich wpływ na mój system jest ze sobą tożsamy, czyli mówiąc wprost słyszalność czy to łączówki USB, czy Ethernet była nie dość, że doskonale zauważalna, co powtarzalna. Dlatego też zamiast dublować poczynione w trakcie odsłuchów obserwacje sprowadziłem je do wspólnego mianownika. Jeśli zatem zastanawiacie się Państwo, czy warto w cyfrowe Dyrholmy z referencyjnej serii Nexus „wchodzić” wystarczy, że na początek sięgniecie po jedną z tytułowych łączówek a wszystko stanie się jasne. Przy czym od razu uspokoję jednostki obawiające się nadmiaru i/lub przesytu „duńskiej sygnatury”, gdyż nic takiego przy pełnym cyfrowym okablowaniu posiadanego systemu nie zaobserwowałem a jedyne co przy tytułowym duecie może Was spotkać, to eliminacja „elementu obcego” – trudnej do przewidzenia reakcji na przewód z innej stajni. Chodzi bowiem o to, że przy komplecie USB & Ethernet nie dostaniecie czegokolwiek więcej aniżeli to, co jest w stanie pokazać każda z łączówek osobno lecz po prostu 100% tego, co John Dyrholm w serii Nexus chciał zawrzeć. Tylko tyle i aż tyle.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy wykorzystacie naszą wyszukiwarkę, z łatwością przekonacie się, iż portfolio będącej bohaterem dzisiejszej epistoły marki Dyrholm Audio kolokwialnie mówiąc penetrujemy poznawczo już od kilku lat. I nie byłbym do końca szczery, gdybym nie oznajmił, że każde spotkanie oprócz różnorodności sonicznej każdej testowanej serii zawsze było fajną przygodą z muzyką w tle. Bez względu na to, czy mówimy o serii Phoenix, Draco, czy Vision, za każdym razem system pokazywał ciekawe niuanse oferowane przez każdą z nich. Jakie? Naturalnie nie będę sztucznie rozwadniał tekstu, bowiem wszystko znajdziecie w stosownych tekstach, tym bardziej, że dzisiaj zajmiemy się flagową serią tytułowego znaku towarowego. A będzie nim dostarczony przez Duńczyków własnym sumptem – marka w celach minimalizacji cen produktów dla końcowego klienta w tym roku przeszła na bardzo dogodny w obsłudze system sprzedaży bezpośredniej – cyfrowy pakiet okablowania topowej linii Nexus w postaci kabla USB oraz Ethernet. Zaciekawieni co przyniesie to starcie? Jeśli tak, to nie pozostaje nic innego, jak poświęcić kilka minut na lekturę poniższego, zdradzając nieco rąbka tajemnicy dodam, iż zaskakująco ciekawie zakończonego dla mnie poniższego tekstu.
Rozpoczynając opis budowy naszych bohaterów od kabla Ethernetowego wiemy, iż jego serce, czyli przewodnik sygnału został wykonany w Unii Europejskiej – nie ma się co śmiać pod nosem, bowiem dla sporej grypy ludzi na tle częstych wpadek jakościowych producentów z Azji to bardzo istotne – z litego drutu ze srebra o czystości 6N+. W jego trzewiach zastosowano aż 8 żył wspomnianego przewodnika w 4 przebiegach po dwa druty otulone niebieloną bawełną i finalnie w 100 procentach zabezpieczono przed utlenianiem. Jeśli chodzi o ekranowanie, w tej służbie pracuje cynowany drut miedziany pozwalający całkowicie wyeliminować szum w sieci. Kwestię wtyków rozwiązano przy pomocy znanej marki Wireworld. Jako że duński Dyrholm jest manufakturą, która dba o każdy detal podczas procesu produkcji, wszystkie kable z wielką pieczołowitością wykonywane są ręcznie. I co dodatkowo na rynku jest ciekawą niestandardowością, producent chętnie realizuje konstruktywne prośby potencjalnego klienta. To oczywiście wiąże się z nieco dłuższym czasem oczekiwania na swój produkt, ale jeśli ktoś zażyczy sobie wersję custom z pewnością z takim obrotem sprawy bez problemu się pogodzi.
Natomiast kabel USB w odróżnieniu od LAN jako przewodnik wykorzystuje najczystszą dostępną odmianę srebra UPOCC (6N+). Podobnie do poprzedników przebiegi sygnału zostały otulone bawełną i ze stuprocentowym stopniem pewności zabezpieczone przed utlenianiem. Gdybyśmy zrobili wiwisekcję tej wersji cyfrowej sygnałówki, okazałoby się, że wewnątrz znajdziemy 2 oddzielne ekranowane przewody umieszczone w tubie z pianki tłumiącej z dodatkowym ekranem, Całość konstrukcji wieńczy zaterminowanie jej wysokiej jakości wtykami A i B z pozłacanej miedzi.
Jaki był efekt podmiany posiadanego przeze mnie zestawu kabli USB i LAN na będące punktem centralnym tego spotkania konstrukcje z Danii? Powiem krótko, usłyszałem dwie znakomite zmiany. Pierwszą było zaprezentowanie muzyki z lepszą przejrzystością. Jednak nie w sensie rozjaśnienia, tylko zdjęcia z wirtualnej sceny przysłowiowej mgiełki. Lubię muzykę podaną bezpośrednio w rozumieniu unikania jakichkolwiek ocieplających zabiegów podkręcających przyjemność odbioru i o dziwo to co przed testem wydawało mi się świetnym wynikiem, w znany tylko mocodawcom Dyrholma sposób udało się poprawić. A najciekawsze było to, że dodatkowo oczyszczona iskra górnych rejestrów mimo wyraźniejszego brylowania w międzykolumnowym eterze była nawet przyjemniejsza w odbiorze od wcześniejszej lekko ugładzonej, na tle tej prezentacji jakby szeleszczącej. Zapewne to efekt skutecznego przeciwdziałania ingerencji szumów sieci w przekazywany pomiędzy urządzeniami sygnał. Co prawda pewny nie jestem, ale bez problemu tak bym pracę rzeczonych drutów w służbie usłyszanego wyniku sonicznego interpretował. Abstrahując jednak do wszelkich domysłów jedno jest pewne, ten aspekt kreowania wydarzeń scenicznych wspiął się na dotychczas niewystępujące u mnie wyżyny.
Jeśli chodzi o drugi pozytywny wpływ Nexusów na mój zestaw, było nim zwiększenie kontroli i werbalnego odbioru dźwięku. Otóż nie było to zwyczajowe zmniejszenie esencjonalności energii, czyli de facto jakby spłaszczenie różnorodności serwowanego przez zestaw impulsu, co jest wręcz notorycznym działaniem mającym poprawić czytelność kreski wizualizującej przekaz. W tym przypadku chodzi o to, że przy lepszej kontroli dolnego zakresu i poprawieniu krawędzi wirtualnych bytów nastąpiło jakby wzmocnienie tak w domenie wyrazistości, jak i uderzenia soczystą, ale także wielobarwną pigułą energii. Nagle muzyka nie tylko przyspieszyła, ale także serwowała znacznie mocniejsze akcentowanie powstawania poszczególnych akordów, co przekładało się na prezentację jej ze znacznie większą radością, czego w najbardziej optymistycznych domysłach się nie spodziewałem. A nie spodziewałem, bowiem gdybym miał pokusić się i pewnego rodzaju wyliczankę, udanie zaaplikowanych przez okablowanie zastrzyków wzmacniających zwarty impuls energii przez wszelkiej maści okablowanie, a do tego w tak przystępnej dla zwykłego Kowalskiego cenie, spokojnie zmieściłbym na palcach jednej ręki. Stąd taka reakcja.
Dlatego chyba nikogo nie zdziwi fakt, że powyższa lista zmian wprowadzanych przez pracujące w tandemie kable z Danii dosłownie i w przenośni położyła mnie na łopatki. Na tyle, że nie będę więcej sztucznie rozwadniał tekstu kwiecistymi opisami brzmienia słuchanych płyt, bo rzeczone konstrukcje w starciu z Waszymi zestawami zapewne same się obronią. Za to nie owijając w bawełnę z wielką przyjemnością oświadczam, iż skandynawski cyfrowy set Dyrholm Audio Nexus USB i Ethernett po tak udanej, mocno podnoszącej poprzeczkę brzmienia mojej zbieraniny sesji testowej nie wrócił już do producenta, tylko stał się dyżurnym punktem odniesienia dla kolejnych prób oceny brzmienia tego typu konstrukcji. Jak wiecie, nie jestem jakimś zatwardziałym piewcą obcowania z muzyką na bazie plików, jednak, gdy coś mnie pozytywnie zaskoczy, bez problemu umiem to w teście wprost oznajmić, co nie raz i nie dwa miało miejsce. Ale jak widać po dzisiejszym starciu, gdy najzwyczajniej w świecie w pozytywnym rozumieniu słowa jakiś produkt mnie znokautuje, nawet jeśli nie jest uzupełnieniem mojego oczka w głowie, jakim jest tor analogowy, jednak wyraźnie podnosi walory dźwiękowe innego segmentu posiadanego systemu – najczęściej bawię się gramofonem i magnetofonem studyjnym, często odtwarzaczem CD i idąc za dzisiejszą opowieścią oczywiście nie zapominam o źródle plikowym, natychmiast staje się jego stałą składową. Panowie bez dwóch zdań za powołanie do życia tytułowych kabli należy Wam się zasłużony szacun.
Epilog
W tym miejscu zwyczajowo próbuję zebrać w jedną całość najważniejsze cechy testowanych produktów. Jednak myślę, że jeśli ja, na co dzień osobnik niespecjalnie parający się zabawą z plikami zostawiłem sobie tytułowe okablowanie cyfrowe, bez zbędnego powielania zawartych w tekście informacji informuję całą populację audiofreaków, że grzechem byłoby ich nie spróbować. Kupicie, nie kupicie, nieważne. Ważne, że czas poświęcony na osobiste próby z nimi będzie czasem w stu procentach przyjemnie spędzonym. A nie zdziwiłbym się, gdyby spotkanie twarzą w twarz zakończyło się decyzją podobną do mojej. Po tym co usłyszałem u siebie, z dużą dozą pewności myślę, iż to naprawdę może się zdarzyć.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Producent: Dyrholm Audio
Ceny
Dyrholm Audio Nexus USB: 1 775 € / 1,5m
Dyrholm Audio Nexus Ethernet: 2 370 € / 1,5m
Najnowsze komentarze