Monthly Archives: luty 2026


  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Gryphon Audio Essence Stereo

Opinia 1

Po latach przyjemnych w odbiorze zmagań z elektroniką duńskiej marki Gryphon Audio Design nieukrywaną satysfakcją mogę powiedzieć, iż w temacie opiniowania sekcji wzmocnienia spod tego znaku towarowego dzisiejszym spotkaniem właśnie dobiliśmy do przysłowiowej mety. Co prawda, będąc całkowicie szczerym, nie mieliśmy u siebie jeszcze najsłabszej integry Diablo 120, ale nie sądzę by w tym temacie była jakaś większa presja ze strony dystrybutora, dlatego miło mi poinformować, że tym optymistycznym akcentem wieńczymy serię spotkań z tym działem skandynawskiego brandu. Co zawitało w nasze progi? Co prawda już kilka lat temu mające swoją oficjalną premierę, ale o dla mnie najistotniejsze, że najnowsze dziecko będącej pod opieką łódzkiego Audiofastu stajni Gryphon Audio Design w postaci stereofonicznej końcówki mocy Essence. Spośród tego rodzaju konstrukcji najbardziej kompaktowej, oczywiście z tego powodu dysponującej najmniejszym zapasem mocy, ale nadal oprócz klasy AB, podobnie do starszych braci oferującej także spory poziom energii oddawanej w czystej klasie A. Jak wypadła na tle całej gamy tego typu produktów? Naturalnie po odpowiedź na wszystkie potencjalne pytania w tej materii zapraszam do lektury dalszej części tekstu.

Rozpoczynając opis budowy naszego punktu zapalnego spotkania jestem winny sprostowania określenia końcówki mocy jako kompaktowej. Mianowicie chodzi o to, że owszem, na tle reszty rodziny jest kompaktowa, jednak, aby bez problemu oddać 50W/8Ohm w klasie A i nie ugotować układów w trzewiach, na tle konkurencji jest całkiem pokaźna gabarytowo. Wysoka, dość głęboka i szeroka, dzięki czemu mimo oddawania sporej ilości ciepła podczas pracy nie nagrzewa się do nieprzyjemnych poziomów temperatury. Naturalnie, aby sprostać zadaniu grawitacyjnego chłodzenia, cała obudowa Essence’a wykonana została z grubych płatów aluminium oraz zaopatrzona na bokach w wielkie, designersko wykończone radiatory. Ogólnie każdy aspekt dotyczący obudowy jest efektem znakomitej pracy sekcji zajmującej się wyglądem konstrukcji, gdyż oprócz przywołanych bocznych radiatorów, także górna pokrywa może pochwalić się zabiegami zdobniczymi od ciekawego rozmieszczenia poprzecznie zorientowanych otworów wentylacyjnych począwszy, przez szczotkowanie powierzchni, na wygrawerowaniu nietuzinkowego logo skończywszy. A i to nie wszystko, gdyż w duchu utrzymania fajnego wyglądu idzie także strojny awers. Chodzi o wystający nieco przed główną jego połać, wykonany z czernionego szkła motyw trójkąta oraz wkomponowana poprzecznie w jego dolnej części, wąska, ale przyjemnie dla oka dość szeroka świetlna listwa sygnalizująca tryb pracy końcówki A lub AB. Oczywiście podobne podejście zobaczymy na tylnym panelu, gdzie oprócz szczotkowania powierzchni i niezbędnego wentylowania wnętrza poprzecznymi otworami znajdziemy bajecznie piękne terminale kolumnowe. Oczywiście z racji bycia jedynie ostatnim ogniwem sekcji wzmocnienia na plecach umieszczono jedynie typowe dla końcówek Gryphona wejście analogowe w wersji XLR, zacisk masy, gniazdo bezpiecznika, dla wielu w przypadku poszukiwań docelowego kabla prądowego mogące mieć spore znaczenie in minus gniazdo zasilania 20A oraz dwa bananowe wyjścia łączące wzmacniacz z przedwzmacniaczem liniowym jako opcje wykorzystania go w opcji sterowania mocą w trybie „Green Bias”. Zapewniam, z której strony byśmy na ten produkt nie spojrzeli, duński piecyk jest wizualnym majstersztykiem. Jeśli chodzi o garść technikaliów, najważniejszą informacją jest podstawowy tryb pracy w klasie A i bezproblemowe oddanie mocy w tym wydaniu na poziomie od 50W przy obciążeniu 8, po 200W przy 2 Ohm. Kolejną to pełne zbalansowanie układów wewnętrznych. Trzecią, oczywiście istotną, bo wynikającą z założeń technicznych jest jego waga na poziomie 45 kg. Jak sugeruje powyższy opis, Essence to kawał solidnej i świetnie prezentującej się maszyny. Czy wartej grzechu zdradzę w kolejnej części tekstu.

Co mogę powiedzieć o cennikowo rozpoczynającym ofertę kocówek mocy Gryphonie Esssence? Otóż tak naprawdę to wypisz wymaluj estetyka grania mojego Apex-a. Naturalnie z innym poziomem swobody wysterowania jednak sporych gabarytowo i zarazem wymagających obciążeniowo, a tym samym niełatwych we współpracy kolumn, ale muszę powiedzieć, że nawet do średnich poziomów głośności miałem nieodparte wrażenie, iż gdybym nie był „szurnięty” na punkcie dochodzenia do mety we wszystkim, czego się dotykam, najlepiej z dwoma, ale także z już jedną sztuką tytułowej sekcji wzmocnienia z pełnym zadowoleniem z uzyskanej jakości dźwięku mógłbym przez długie lata żyć. Owszem, zawsze można byłoby osiągnąć coś więcej, ale już posiłkując się kilkukrotnie większymi nakładami finansowymi, co patrząc na to z poziomu zderzenia ceny z jakością w najmniejszym stopniu nie zbliżyłoby się do tego, co zaproponował mi zestaw Essence wespół z posiadanymi Gauderami. Abstrahując jednak od wszelkich domysłów typu „co by było, gdyby” testowo skonfigurowany set – naturalnie w nieco mniejszej skali w odniesieniu do moich codziennych poziomów głośności, ale jednak – zaproponował mi wszechobecną magię. Świetna barwa, nasycenie i budowanie trójwymiarowej rzeczywistości powodowały, że podczas słuchania eterycznej muzyki czułem te same emocje bycia tam i w tedy, co z moim codziennym zestawem. Emocje bazujące na świetnej namacalności kreowanych w moim pokoju wydarzeń, a dzięki temu zatracaniu się w muzyce bez jakichkolwiek ograniczeń. A co było bardzo ciekawe z punktu widzenia potrzeb zapewnienia kolumnom odpowiedniej ilości nieskrępowanej ilości energii, w takim repertuarze bez jakichkolwiek strat w jakości prezentacji mogłem podkręcić gałkę wzmocnienia do lubianych przeze mnie poziomów wolumenu dźwięku. Byłem tym w sensie pozytywnym nieco zaskoczony, gdyż z powodzeniem przekraczałem teoretycznie nieprzekraczalny bez strat, a w istocie bardzo dobrze wypadający pakiet decybeli w udziałem słuchanego materiału. I jak zaznaczałem, z utrzymaniem świetnych wyników w oddaniu rozmachu i swobody budowania wirtualnej sceny w trzech wymiarach.
Bardzo fajnym przykładem na taki stan rzeczy były najnowszy krążek Wojtka Mazolewskiego „Solo”. To wbrew pozorom nie jest „pastwienie” się nad słuchaczem monotonną linią melodyczną na bazie jednego instrumentu, tylko umiejętne budowanie raz napięcia, a innym razem zadumy przy wykorzystaniu często kilku nałożonych na siebie, inaczej brzmiących z racji pochodzenia spod ręki innego producenta, oczywiście grających inny temat kontrabasów okraszonych dźwiękami różnego rodzaju przeszkadzajek. Nie ma się co oszukiwać, ta muzyka jest raczej z tych spokojniejszych, ale serwowany przez nią atak zwartej energii tego typu instrumentu na przemian z długotrwałym zawieszeniem pojedynczej nuty w eterze nie pozwalają na jakąkolwiek nudę. Ale jest jeden warunek, system musi nie tylko umieć pokazać całość z fajną barwą i nasyceniem, ale także z dobrym rysunkiem źródeł pozornych. Na szczęście tytułowy Duńczyk bez najmniejszych problemów sobie z tym poradził. Zrozumiałe jest, że nie był to rysunek na poziomie rysika rodem z flagowego Apex-a, ale i tak do nieco wyższych niż średnich poziomów głośności muzyka brzmiała zjawiskowo. A gdy do tego dodam przez cały czas odczuwalny w niej pakiet włożonego przez artystę podczas sesji nagraniowych serca, naturalnie bazując na płycie winylowej zaliczyłem te pozycje dwa razy z rzędu. System ani razu się nie spóźnił z odpowiednią artykulacją wymagających akordów, ani razu nie przekroczył dobrego smaku w kwestii nasycenia, dlatego zaliczam to podejście testowe do wręcz znakomitych.
Jak w kontrze do jazzu wypadła muza rockowa? W tym podejściu posłużyłem się ostatnim krążkiem formacji AC/DC „Power Up”. Biorąc pod uwagę możliwości testowanej konstrukcji w stosunku do punktu odniesienia podejrzewałem, co się wydarzy, ale chciałem to dobitnie potwierdzić. Mianowicie chodziło mi weryfikację możliwości utrzymania kontroli dolnego zakresu w zależności od poziomu głośności. To, że będzie barwnie i mocno nasycenie w centrum pasma było pewne. Obawiałem się za to utraty jakości odbioru podczas mocnego uderzenia rockową muzyką. I muszę powiedzieć, że i w tym aspekcie pozytywnie się zaskoczyłem. Nie twierdzę, że było idealnie odtworzenie, bo jednak krawędź kreowania niskiego środka i basu z uwagi na wymagające kolumny nieco traciły na wyrazistości, ale nie była to klapa, tylko raczej miękkie, aniżeli ostre podanie tych kwestii. A najlepsze w tym było to, że z racji zazwyczaj skompresowania tego rodzaju materiału i przez to pewnej ostrości jego brzmienia brak idealnej kontroli energii działał in plus. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie mówię o rozmyciu krawędzi, tylko jej lekkim pogrubieniu, co przełożyło się na większe wysycenie ogólnego przekazu, a w konsekwencji przyjemniejszy odbiór. Oczywiście tylko do średnich poziomów głośności, bo potem bywało różnie, ale przypominam o pewnego rodzaju testowym paradoksie karmienia wielkich kolumn nie do końca dopasowanym do nich wzmocnieniem. Czyli co, chcąc zachować pozory bezstronności kopię pod wzmacniaczem dołek? Bynajmniej, bowiem to pokazuje raczej, że mimo startowego mezaliansu pokazał się z bardzo dobrej strony, co świetnie uwypukliło ukryte w tej konstrukcji mocowe możliwości.

Gdzie ulokowałbym stereofoniczną końcówkę mocy Gryphon Audio Design Essence? Naturalnie wszędzie tam, gdzie słuchacz oczekuje świetnej barwy, dobrego wypełnienia średnicy, solidnie podpartych dolnymi rejestrami, ale bez utraty lotności przekazu. Będzie gęsto, jednak z odpowiednią eterycznością. I jak wynika z powyższego opisu, bez względu na wykorzystywany poziom dźwięku – przypominam o dobrym występie tego aspektu w starciu z posiadanymi przeze mnie trudnymi kolumnami. Czy to oznacza, że to niekwestionowane remedium na potrzeby całej populacji melomanów? Jasne, że nie, bo niestety prezentacji spod znaku poszukiwania maksymalnej szybkości ataku oraz często bolesnego przysłowiowego rozdrabniania włosa na czworo Essence Wam nie zapewni. Jednak nie dlatego, że to jego ukrywany przez producenta problem, tylko wynikający z założeń konstrukcyjnych pracy w czystej klasie A kod DNA. Duńczyk ma kreować muzykę w jej najlepszym wydaniu, a nie bezdusznie odtwarzać.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

Mówiąc szczerze, że ilekroć docierają do nas informacje o redukcjach rozmiarów, mocy, czy też optymalizacji jakiś kluczowych układów, to niejako z automatu zapalają w naszych głowach większość ostrzegawczych kontrolek, bowiem odmieniana przez wszystkie przypadki ekologia to jedno a wspomniana przed chwilą „optymalizacja” zazwyczaj dotyczy li tylko kosztów własnych wytwórcy odbijając się przy tym czkawką tak na jakości, jak i długowieczności samych produktów a co za tym idzie portfelach nabywców. No bo jak przejść do porządku dziennego nad wynalazkami w stylu Jeepa Compass e-Hybrid, który przy masie 1667 kg może „pochwalić się” oszałamiającą mocą 146 KM uzyskiwaną z 3-cylindrowego silnika o pojemności .. 1 199 cm³. Dlatego też przyzwyczajeni do dobrego, czyli największych i najmocniejszych A-klasowych końcówek mocy Gryphona świadomość istnienia „małego” Essence’a mieliśmy, acz specjalnego ciśnienia na wzięcie go na redakcyjny tapet nie odczuwaliśmy. Co poniekąd nie powinno dziwić, bo i po co, oczywiście w przypadku rozczarowania, psuć sobie bądź co bądź ugruntowaną wcześniejszymi testami (w przypadku Jacka również stanem posiadania) opinię o jednej z legend High-Endu. Jednak czas od premiery ww. modelu spokojnie sobie płynął a spływające do nas opinie o nim zazwyczaj oscylowały gdzieś pomiędzy niemym zachwytem a ekstatyczną euforią nijak nie wskazując na jakiekolwiek niecne, mające na celu rozmienianie się na drobne działania ekipy z Ry. Dlatego też wiedzeni czystą ciekawością i dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu pozyskaliśmy na krytyczne odsłuchy Gryphona Essence Stereo a tym samym wreszcie możemy podzielić się własnymi wrażeniami.

Po drapieżnych i poszarpanych bryłach starszego rodzeństwa (Mephisto, Antileon), czy wręcz gigantomanii flagowego Apex-a przyszła pora na nadal surowy i mroczny, jednak na tle ww. zawodników ewidentny minimalizm i czystko „kontekstową” kompaktowość. Krótko mówiąc Essence Stereo, przynajmniej jak na portfolio Gryphon Audio jawi się jako oaza spokoju i propozycja dla szerokiego grona odbiorców. Jak jednak nadmieniłem to wybitnie „kontekstowe” pozory, bowiem tak z racji gabarytów (47 × 24 × 46 cm), jak i wagi (45 kg) tytułową końcówkę trudno do małych i poręcznych zaliczyć. Ułatwiających jej przenoszenie uchwytów brak a ściany boczne zastąpiono co prawda asekuracyjnie zaokrąglonymi, niemniej jednak nadal nastroszonymi piórami radiatorów. Płytę frontową wykonano z solidnego płata szczotkowanego aluminium, którego monolityczność przełamuje trójkątny akrylowy klin z poprzeczną LED-ową belką. Na owym klinie znajdziemy jedynie dyskretną informację o modelu urządzenia, charakterystyczny, podświetlony na czerwono logotyp i zielone kółko sensora standby.
Włącznik główny ukryto przed oczami ciekawskich na płycie spodniej – tuż przy przedniej krawędzi – na wysokości wierzchołka trójkątnej akrylowej wstawki. To jednak nie koniec niespodzianek, gdyż po jego lewej stronie umieszczono przycisk trybu iluminacji ww. LED-owej belki a po prawej bliźniaczy odpowiedzialny za bias. I tak w standardzie LED-y świecą na niebiesko i jedynie przy zmianie biasu zmieniają swe umaszczenie na 10 sekund – na zielone przy niskim i czerwone przy wysokim. W drugim ustawieniu kolor iluminacji cały czas pozostaje zgodny z wybranym ustawieniem biasu a w trzecim następuje praktycznie całkowite (z pominięciem sensora standby) zaciemnienie (Stealth).
Jak to przy wzmacniaczach mocy bywa plecy Essence’a są oazą spokoju. Do dyspozycji mamy parę złoconych wejść XLR Neutrika, pojedyncze terminale głośnikowe, gniazdo zasilające C20, komorę bezpiecznika T 5A / 250V, gniazda triggera 12V i magistrali Green Biasu. Krótko mówiąc standard, do którego Duńczycy zdążyli przyzwyczaić swoich wiernych akolitów.
Zapuszczając żurawia do trzewi trudno powstrzymać uśmiech, i to szeroki, zadowolenia, gdyż to, co ukazuje się naszym oczom może budzić jedynie podziw wśród nabywców i zazdrość wśród konkurencji. Wnętrze szczelnie wypełniają wyborne komponenty zamontowane zarówno na poziomej płycie głównej, jak i mniejszych – pionowych biegnących wzdłuż ścian bocznych. Płytki drukowane są czterowarstwowe a wytrawione na nich miedziane ścieżki mają grubość 70 μm. Jak łatwo się domyślić atencję kradnie monstrualne 1 350W toroidalne trafo wykonywane na zamówienie w Noratelu, z którym współpracuje nie mniej imponująca bateria kondensatorów o łącznej pojemności 440 000μF (po 220 000μF na kanał). Warto również wspomnieć, iż zarówno wyświetlacz/firmowe podświetlenie, jak i układy kontrolne otrzymały osobne zasilanie. Z kolei do masywnych radiatorów przymocowano po 10 bipolarnych tranzystorów Sankena na kanał zdolnych oddać po 50W w czystej klasie A przy 8 Ω obciążeniu. Z kolei w stopniu wejściowym zastosowano podwójne tranzystory J-FET a w pełni symetryczna całość pracuje bez globalnej pętli sprzężenia zwrotnego. Ponadto wewnętrzne, dość nieliczne i zarazem max. 15cm połączenia kablowe poprowadzono srebrnymi przewodami.

Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że zmiana dyżurnego Apex-a na najmniejszego z rodu Essence’a będzie równie bolesnym regresem jak przesiadka z Maybacha S 580 do A-klasowego hatchbacka, to już pierwsze takty „Blood” OSI dowiodły, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Oczywiście w połączeniu z dwumetrowymi Gauderami słychać było „tylko” 50W moc końcówki, ale nie wykluczam, iż nie mając możliwości bratobójczego pojedynku z ponad 200W Apexem nawet nie zwróciłbym na ów aspekt takiej uwagi. A tak, cóż winien jestem zainteresowanym stosowną wzmiankę. Niemniej jednak nie próbując osiągać iście koncertowych poziomów głośności również i duński „maluch” dzielnie sobie radził. Gęste, prog-rockowe aranżacje suto okraszone elektroniką nie stanowiły dla niego większego wyzwania. Grał z niewymuszeniem i swobodą stawiając na koherencję i wysycenie aniżeli na bestialskie oszołomienie mnie bezlikiem informacji, czy bestialstwem basowych uderzeń. Tylko żebyśmy dobrze się zrozumieli. To, że coś nie wyrwało mnie z kapci, bądź nie poraziło swym absolutem wcale nie oznacza, że nie trafiło do menu Duńczyków, bowiem przykładowo rozdzielczość Essence’a śmiem określić mianem wybornej, lecz z racji, iż tytułowa końcówka daleka jest od epatowania powyższą składową odbieramy ją jako coś całkowicie oczywistego i naturalnego. Schody zaczynają się w momencie, gdy podobne oczekiwania zaczynamy zgłaszać do konkurencyjnych produktów. A tu po prostu wszystko jest na swoim miejscu i świetnie ze sobą współgra. Ponadto Essence pod względem sposobu prowadzenia narracji jest niejako przeciwieństwem ekstatycznej wyczynowości Diablo 333, który metaforycznie każdy zakręt brał dryftem, kiedy to nasz dzisiejszy gość niewiele ustępując mu pod względem szybkości robi to z niewymuszoną elegancją i płynnością 6-litrowej limuzyny. Pół żartem, pół serio opis brzmienia najmniejszej końcówki Gryphona można byłoby definiować jej nazwą i śmiem twierdzić, iż byłaby to bardzo trafna charakterystyka. Essence gra bowiem właśnie niezwykle … esencjonalnie i to na niej – esencjonalności opiera reprodukcję dowolnego repertuaru. Barwy są sugestywnie dosaturowane, temperatura komfortowo podniesiona, góra zjawiskowo lśniąca a bas, choć kreślony nieco grubszą aniżeli w Apexie kreską, nad wyraz zróżnicowany i zapuszczający się w rejony wydawać by się mogło daleko poza zasięgiem 50W „słabeusza”. Jak jednak praktyka (empiria) dowodzi 50 A-klasowych Watów Gryphona z powodzeniem można uznać za ekwiwalent 100, bądź nawet 200W „zwykłych” i po prostu odpowiednie kolumny dobierać bardziej „na ucho” aniżeli kierując się jakimiś mniej, bądź bardziej trafnymi zaleceniami i sugestiami.
Nie mniej pozytywne obserwacje poczyniłem na niezelektryfikowanym, klasycznym materiale, gdyż „Elgar” w wykonaniu Sheku Kanneh-Masona zabrzmiał z niezwykłym skupieniem i właśnie esencjonalnością na pierwszym miejscu eksponując naturalność barw i organiczność tkanki wypełniającej kontury uczestników nagrania. Było w tym graniu coś z wysokiej próby „lampowości” i może zakrawać to na absurd, ale bez trudu można było zauważyć zaskakująco wiele cech wspólnych z niedawno u nas goszczącymi monoblokami MastersounD-a. Równie płynnie odbywało się przejście z partii solowych do pełnego wykorzystania składu osobowego London Symphony Orchestra, na co pozwalam sobie zwrócić uwagę, gdyż Essence z wrodzonym wdziękiem i pietyzmem zachowywał właściwą wykorzystywanemu w danym momencie aparatowi wykonawczemu skalę prezentacji, przez co nader umiejętnie operował ogniskową pozwalającą na swobodną eksplorację poszczególnych planów. A trzeba mieć świadomość, że głębokość kreowanej przez tytułową końcówkę mocy sceny w pełni zasługiwała na miano high-endowej.

Jak się z pewnością Państwo domyślacie celem dzisiejszego spotkania bynajmniej nie było ustalenie, czy Gryphon potrafi stworzyć lepiej grający od niniejszego Essence’a wzmacniacz mocy, bo to już przerabialiśmy przy okazji testów starszego rodzeństwa a jedynie empiryczna weryfikacja, czy obecność w duńskim portfolio tytułowego gagatka nie będzie nazbyt ewidentnym odejściem od high-endowej bezkompromisowości niejako stanowiącą wizytówkę ekipy z Ry. I powiem szczerze, że sztuka down-sizingu Duńczykom wyszła wybornie, gdyż Essence Stereo oferuje zaskakująco dużo z większych modeli i zarazem stanowi ewidentną alternatywę dla konstrukcji zintegrowanych, które nie mogą się z nim równać tak pod względem wyrafinowania, jak i dojrzałości prezentacji. Nie ma zatem mowy o nawet śladowych zapędach do wewnątrzgatunkowej kanibalizacji, więc wystarczy rzucić tak okiem, jak i uchem na dowolny „wypust” Gryphona i od razu będzie wiadomo, czy to słyszymy wpisuje się w nasze własne preferencje. Osobiście dopisuje się do listy akolitów skandynawskich rozwiązań dzielonych a tym samym umieszczam Essence’a na swojej prywatnej liście gorących rekomendacji.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Gryphon Audio
Cena: 104 000 PLN

Dane techniczne
Moc RMS (czysta klasa A): 2 x 50W / 8Ω, 2 x 190W / 4Ω, 2 x 200W / 2Ω
Szum (średnio-ważony): < -81dBV
Zniekształcenia THD+N: < 1%, 50W @ 8Ω
Zniekształcenia intermodulacyjne (DFD): < 0,05%, 25W @ 8Ω
Impedancja wyjściowa: 0,015 Ω
Wzmocnienie: +31,0dB
Wejścia: Para XLR
Napięcie wejściowe: 0,564Vrms
Impedancja wejściowa: 20kΩ
Pobór mocy: < 0,5W (Standby), 350W (bez sygnału), 1350W (Max)
Gniazdo zasilające: C20
Bezpiecznik: T 5A / 250V
Wymiary (S x W x G): 47 × 24 × 46 cm
Waga: 45 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak widać z miniaturyzacją świetnie radzą sobie nie tylko azjatyckie, lecz i europejskie marki. Ot chociażby takie … rumuńskie Audiobyte, które w swym portfolio może pochwalić się m.in. streamerem SuperHUB i przetwornikiem SuperVOX.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Nie ma po jak rozpocząć weekend od szampana, a jeszcze lepiej od szampańskiej A-klasowej integry Accuphase E-700.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

O ile większość populacji w czwartkowe popołudnie jedzie zazwyczaj na oparach z utęsknieniem wypatrując piątkowej syreny na fajrant w stołecznej delegaturze Nautilusa na ul. Kolejowej 45 panował radosny gwar a licznie przybyli goście bynajmniej nie wyglądali na takich, którym gdziekolwiek by się spieszyło, bądź cokolwiek wskazywałoby na ich skrajne wyczerpanie. Zakładam, że nasi stali czytelnicy zdążyli się domyślić, iż powyższą grupę stanowili nie miłośnicy spontanicznych flash mobów wprawiających w zdumienie przypadkowych przechodniów, choć widok zatłoczonego, przypominającego z zewnątrz oszklone terrarium nautilusowego hallu mógł z zewnątrz podobne wrażenie wywoływać, a melomani i audiofila mający ochotę na solidna porcję wysokiej klasy dźwięków i co najważniejsze spotkanie oko w oko ze sprawcami tego całego zamieszania. Czyli poniekąd formułę, w jakiej ostatnio mieliśmy przyjemność uczestniczyć w ramach, nomen omen również czwartkowej prezentacji gramofonów J.Sikora Reference & Aspire. Tym razem jednak, że się tak wyrażę, wynurzenia sprzętowe zeszły na dalszy plan, bowiem rola dania głównego przypadła muzyce, czyli odsłuchowi najnowszego, niezwykle entuzjastycznie ocenionego przez prestiżowy amerykański Downbeat, Jazzwise, Record Collector, UK Vibe, Purculture, Cosmic Jazz czy japoński Jazz Life albumu Wojtka Mazolewskiego „Solo” a żeby dodatkowo podnieść rangę spotkania na Kolejowej pojawił się również sam artysta.

Zanim jednak przejdziemy do meritum, zachowując jako taką chronologię pozwolę sobie pokrótce opisać czym stołeczny Nautilus nas ugościł, a nieco uprzedzając fakty jedynie nadmienię, że było na czym tak oko, jak i ucho zawiesić. Rozpoczynając sprzętową litanię i idąc zgodnie z drogą reprodukowanych sygnałów na pierwszy ogień idzie źródło, czyli majestatyczny, 80 kilogramowy gramofon J.Sikora Standard Max z ramieniem KV12 uzbrojonym we wkładkę Analog Relax EX700. I tu od razu mała ciekawostka, bowiem korpus 700-ki wykonano z takiego samego drewna, z jakiego wykonywano legendarne skrzypce … Stradivariusa – najwyższej klasy świerk rezonansowy z włoskiego regionu Południowego Tyrolu. Ponadto zabezpieczono go nie na drodze standardowego lakierowania a wielokrotnego olejowania mieszanką kalafonii i oleju lnianego. Szaleństwo? Bynajmniej, raczej dbałość o detale i powrót do wyrafinowanych technik lutniczych z przełomu XVI i XVII wieku. Kolejnym elementem toru był lampowy przedwzmacniacz Circle Labs V1000, któremu towarzyszyły również reprezentujące krakowską manufakturę przedwzmacniacz liniowy P300 oraz potężne monobloki M500. Całość okablowania stanowiła autorska mieszanka Acrolinków, Acoustic Zenów i Siltechów a zwieńczeniem tory były onieśmielającej urody, kuszące futurystycznymi kształtami Estelony X Diamond Mk II.

W ramach krótkiego wprowadzenia licznie przybyłych gości przywitał gospodarz – Robert Szklarz, który w iście ekspresowym tempie przekazał pałeczkę Robertowi Sikorze, by ten, już w nieco dłuższym monologu mógł przybliżyć historię założonej przez jego tatę marki J.Sikora. W tym dla większości dopiero wkraczającym w świat Hi-Fi prehistorię, czyli start z pułapu DIY, lampowy epizod Burdjak & Sikora jak i mozolną drogę na audiofilski Olimp potwierdzoną nie tylko hura-entuzjastycznymi w recenzjami światowej prasie, lecz przede wszystkim zadowolonymi klientami w najodleglejszych zakątkach naszego globu. W niezwykle przystępny i zrozumiały dla „nietechnicznych” osób omówione zostały zagadnienia związane z eliminacją pasożytniczych wibracji i rezonansów, precyzyjnie dobranych silników zdolnych okiełznać niebagatelną masę talerza, czy też samą jego, znaczy się talerza, strukturę.

Z racji zbliżającej się wielkimi krokami godziny przybycia Wojtka Mazolewskiego reprezentujący Circle Labs Krzysztof Lichoń ograniczył się do krótkiej charakterystyki poszczególnych komponentów zwracając uwagę zarówno na uniwersalność i wszechstronność phonostage’a, jak i praktycznie nieograniczoną moc oraz wydajność prądową najnowszych końcówek mocy.

A teraz pora na niespodziankę, choć postępując nieco wbrew narzucanym z góry trendom mógłbym z powodzeniem napisać niespodzianka, czyli nigdzie nie figurującego zarówno na rozsyłanych mailem, jak i dostępnych w sieci anonsach dziennikarza muzycznego Hirka Wronę, który z wrodzoną sobie lekkością wspomniał o kilku zaskakujących i zarazem potwierdzających talent głównego sprawcy całego zamieszania. Przykład? Proszę bardzo – w zeszłym roku, tuż przed otwarciem bram gdyńskiego Open’era z powodów zdrowotnych wycofał się Wunderhouse, organizator (Mikołaj Ziółkowski, szef Alter Art) niczym tonący łapiący się brzytwy skontaktował się z Wojtkiem, czy przypadkiem nie da rady pojawić się na na Alter Stage ze swoim Quintet-em.  Kilka telefonów weryfikujących osiągalność reszty bandu i wyszło na to, że z dyżurnej 5-ki jest … 2/3 składu. Od czego jednak znajomi i znajomi znajomych. W rezultacie w przeciągu zaledwie doby udało się rozwiązać nie tylko kwestie personalne, co się spotkać, przećwiczyć zupełnie nowy dla „alternatywnego” składu repertuar i finalnie dać porywający publiczność koncert. Koncert, który obecni na lotnisku Gdynia-Kossakowo szczęśliwcy oceniali pod względem energetyczności na równi z … Massive Attack.

W ramach grande finale na scenę wkroczył sam Wojtek Mazolewski i dzierżąc w dłoniach swój jeszcze pachnący tłocznią (pierwszy nakład się wyprzedał) najnowszy album „Solo” opowiadał zarówno o samym procesie twórczym, realizacyjnym, jak i post-produkcyjnym, w tym poszukiwaniu odpowiedniej tłoczni (finalnie stanęło na Takcie) i ważkości jakości samego procesu tłoczenia LP. Chodziło bowiem o to, by z racji nader ograniczonego instrumentarium oddać pełne spektrum zdolnej do wygenerowania przez kontrabas i garść okazjonalnie pojawiających się instrumentów dynamiki. Słowem o walkę o raptem 3dB, które zazwyczaj tłocznie „zdejmują” z mix-a, by asekuracyjnie zapewnić sobie spokój z ewentualnymi zwrotami przez posiadaczy niezbyt wysokiej klasy gramofonów. A tutaj kluczowy był każdy detal, podobnie jak i świadomość Wojtka, że swój krążek kieruje do odbiorcy nie tylko o zacięciu melomańskim, co również posiadającego stosowny „park maszynowy”. Za finalne brzmienie „Solo” oprócz samego Artysty odpowiada Wojtek Urbański a mastering powierzono Benowi Rawlinsowi. Lwia część nagrań powstała w przydomowym studiu Wojtka w Konstancinie, gdzie brak presji czasu i możliwość pracy praktycznie o dowolnej porze dnia i nocy pozwoliła zrealizować większość kłębiących się w głowie artysty pomysłów. A co do samej muzyki… cóż, jej musicie Państwo posłuchać sami, bo nikt za Was tego nie zrobi. Od siebie jedynie dodam, iż pomimo przewodniej „solowości” niezwykle daleko jej od monotonii. Ba, jest wręcz szalenie eklektyczna a zarazem organicznie koherentna, jednak aby ją odpowiednio mocno poczuć, zasmakować we wszystkich zawartych na niej niuansach wymaga odpowiedniej atencji i odsłuchu kompletnego – od pierwszej do ostatniej nuty. To nie jest materiał „fastfoodowy”, do konsumpcji w biegu i przy okazji, lecz coś co wymaga pewnego wyciszenia i chęci wniknięcia w jego strukturę a nie li tylko bezrefleksyjnego ślizgania się po jego powierzchni.

Serdecznie dziękując ekipie stołecznego Nautilusa za proszenie gorąco zachęcamy Państwa nie tylko do śledzenia kalendarza odbywających się tam spotkań, co i nawet niezobowiązujących wizyt by jedynie rzucić tak okiem, jak i uchem na prezentowane tam urządzenia i systemy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Dzisiejsza relacja z wczorajszego spotkania w warszawskim oddziale Nautilusa potwierdza bardzo istotną w biznesie zasadę, że nawet gdy kolokwialnie mówiąc „dobrze się kręci”, nie należy osiadać na laurach. Naturalnie w tym przypadku chodzi o konsekwentne promowanie zawiązanej współpracy z polskim producentem gramofonów J.Sikora. Jak wieść gminna niesie, producentem mogącym pochwalić się wieloma sukcesami za granicą, dlatego chyba nikogo nie dziwi fakt, że wspomniany Nautilus postanowił dystrybucyjnie zadbać o jej dobrą passę na polskim rynku. A, że jest konsekwentny, podszedł do tematu na tyle sumiennie, że w ciągu bodajże 2 miesięcy zorganizował w stolicy kolejny głośny miting z produktem wspomnianego analogowego brandu w jednej z głównych ról. Dlaczego jednej z głównych? Cóż, tego dowiecie się w dalszej części tej relacji.

Rozwijając ostatnią myśl z powyższego akapitu spieszę wyjaśnić, iż owszem, tak jak poprzednio, także i tym razem pierwsze skrzypce grał gramofon J.Sikora – wczoraj w wersji Standard Max. Jednak, aby nadać imprezie większej rangi, krakowski dystrybutor postanowił zaprezentować przy okazji także rodzimy system wzmocnienia sygnału od przetworzenia informacji z wkładki gramofonowej za pomocą phonostage’a V1000, przez przedwzmacniacz liniowy P300, po najnowsze monobloki M500 spod znaku Circle Labs. A najciekawsze było to, że aby zadbać o wyjątkowość wydarzenia, jako materiał promocyjny posłużyła pachnąca jeszcze nowością płyta „Solo” znanego chyba wszystkim kontrabasisty Wojtka Mazolewskiego z osobistym udziałem wspomnianego artysty. Jak widać, było na bogato tak od strony zaplecza sprzętowego, jak i dla mnie bardziej interesującego artystycznego, bowiem po kilku zarzuconych przez zapomnienie próbach kupna w necie, wreszcie nabyłem sobie wspomniany krążek z podpisem w Nautilusie.
Jak przebiegła impreza? Typowo, czyli w pierwszej kolejności każdy z bohaterów miał swoje, według mnie ciekawie wykorzystane pięć minut na przybliżenie swojego produktu – dotyczy to także Wojtka i jego płyty z ciekawymi smaczkami z realiów nie tylko samego tworzenia materiału, ale także masteringu oraz procesu na ile było to możliwe, audiofilskiego podejścia do jej tłoczenia. Gdy wspomniani prelegenci zdradzili licznie przybyłym gościom tajniki z tak zwanego swojego ogródka, wszyscy zostali uraczeni obfitym w ilość emocji nie tylko w odniesieniu do jakości odtworzenia, ale także wirtuozerii gry na trudnym instrumencie, odsłuchem wspomnianej, tak naprawdę jeszcze ciepłej wydawniczo płyty „Solo”. Naturalnie jak to w Nautilusie jest standardem, po głównym punkcie wieczoru posileni smacznym poczęstunkiem goście w większych lub mniejszych grupach wszystko co przed momentem się wydarzyło, ochoczo komentowali. A jak wynika z powyższego opisu, było co komentować, gdyż i sprzęt, i materiał muzyczny i oczywiście przybyły Wojtek Mazolewski byli z najwyższej półki.

I tym optymistycznym akcentem kończę tę relację. Dla mnie przyjemną w odbiorze nie tylko z perspektywy audiofila jako feedback wykorzystywanego stoku sprzętu audio, ale także, a myślę, że przede wszystkim melomana, bowiem jak zaznaczałem wcześniej, nie tylko nabyłem cztery brakujące, oczywiście podpisane tytuły z portfolio Wojtka Mazolewskiego, ale przy okazji od podszewki poznałem atmosferę powstawania tak intymnie brzmiącej ostatniej płyty. Czy impreza była warta poświęconego czasu? Odpowiadając ujmę to tak. Podczas spędzonych w salonie ponad 3 godzin około-muzycznych – mowa o płycie, jej twórcy i sprzęcie, naturalnie bardzo pozytywnych w odbiorze bodźców było tak wiele, że jeśli tylko coś podobnego w tej mekce audio w przyszłości będzie miało się jeszcze wydarzyć, na ile pozwoli proza codziennego życia, z pewnością się w niej pojawię.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Powrót do przeszłości, a dokładnie do lat 70-ych w amerykańskim stylu, czyli intrygujące monitory McIntosh ML1 Mk II.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Takumi TT level 2.1 DC

Opinia 1

Wielokrotnie wspominałem, iż patrząc z naszej, czysto subiektywnej i zazwyczaj obarczonej oczywistą aberracją audiofilskiej perspektywy sam fakt zadziałania nie jest sukcesem samym w sobie i końcem drogi a jedynie punktem wyjścia do dalszego udoskonalania i dążenia do upragnionej perfekcji. I choć część postronnych obserwatorów takie podejście traktować może jako przejaw nerwicy natręctw lub wręcz ciężkiej obsesji, to od dawien dawna w Japonii a nieco bliżej, znaczy się bardziej konkretnie – zarówno w High-Endzie, jak i m.in. w motoryzacji, znany jest termin „Takumi” (匠) oznaczający mistrza rzemiosła – osobę, która przez lata praktyki i perfekcyjną precyzję osiągnęła mistrzostwo w swoim fachu. Przykładowo w Lexusie status Takumi ma jedynie 19 spośród 7700 pracowników fabryki Miyata w Kyushi a każdy z nich ma co najmniej dwadzieścia pięć lat doświadczenia. Podobnie jest, a przynajmniej tak do niedawna było, w audio, gdzie ów ww. termin pojawiał się nader sporadycznie i zazwyczaj był zarezerwowany jeśli nie dla opus magnum danej marki, to przynajmniej jakiegoś stricte high-endowego wypustu jak daleko nie szukając zestawu Roberta Kody, czy 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO bądź formą podziękowania za owe świetne rzemiosło, jak ma to miejsce w przypadku „budżetowej” (w zależności od wersji 9-12kPLN) wkładki Miyajima Takumi. Tymczasem w ramach dzisiejszego spotkania pochylimy się nad przejawem radosnej twórczości bytu, który de facto dopiero debiutuje na naszym – polskim rynku, na swoim rodzimym – holenderskim działa pod obecną banderą około dekady, lecz niejako już od progu obiecuje wynikającą z rzemieślniczej pracy i pasji … perfekcję. O czym i o kim, bo jak wiadomo za marką zawsze stoi konkretna osoba, mowa? A o sprowadzonej przez stołeczny Stratos International marce Takumi, czyli projekcie Rika Stoeta, który od ponad trzech dekad z powodzeniem realizował swoją twórczą pasję w postaci wzmacniaczy lampowych sygnowanych markami Heart i StoetKit. Jeśli zaś chodzi o mroczny obiekt pożądania, który wylądował na redakcyjnym tapecie, to jest to środkowy model z aktualnego portfolio Takumi o wszystko mówiącym oznaczeniu TT Level 2.1DC w wersji Transparent (dostępna jest jeszcze Black).

Jak już zdążyłem wspomnieć Level 2.1 DC jest tzw. ofertą środka – poniżej znajdziemy czekający na swoją premierę podstawowy model Level 1.1 a powyżej 3.1. Do tego dochodzi pięć modeli wkładek MC i zewnętrzny przełącznik obrotów Speedpod. Sam tytułowy gramofon prezentuje się nad wyraz atrakcyjnie, szczególnie w dostarczonej na testy transparentnej wersji. Nie przeczę, że lustrzana czerń nie mniej skutecznie łapie za oko, jednak doświadczenie podpowiada mi, iż nie dość, że na kruczoczarnym akrylu widać dosłownie najmniejsze drobinki kurzu, to równie irytujące będą mikro-rysy i materiał daktyloskopowy powstające w trakcie jego codziennego użytkowania, czego „bezbarwna” opcja nam zazwyczaj oszczędza. W dodatku przez solidny płat akrylu z jakiego wykonano plintę dostajemy wgląd do zamontowanej pod nią „skrzynki” z elektroniką sterującą. Całość ustawiono na trzech antywibracyjnych regulowanych aluminiowych nóżkach i wyposażono w firmowe tytanowe ramię z zamontowanym na stałe przewodem sygnałowym zakończonym wtykami RCA. Za napęd odpowiada silnik DC z czujnikiem Halla oferujący dwie standardowe prędkości 33 1/3 oraz 45 RPM a obroty na subplater przenoszone są za pomocą płaskiego, gumowego paska. Talerz wykonano z mlecznego akrylu i ma masę 1,15 kg. Jak widać na unboxingu gramofon wyposażono w akrylową pokrywę i docisk a miłą niespodzianką jest obecność zewnętrznego przełącznika obrotów Takumi Speedpod Aluminium, który również jest dostępny luzem za drobne 895 PLN. W wersji standardowej Takumi TT level 2.1 DC dociera do odbiorcy końcowego wyposażony w budżetową wkładkę Audio Technica AT3600L MM, jednak podczas rozmów z dystrybutorem jednogłośnie uznaliśmy, iż nie ma sensu limitować jego możliwości tak podstawowym rylcem, więc finalnie testowy egzemplarz otrzymał nieprzeciętnej urody turkusowo-malachitową, znaczy się zieloną, wkładkę Takumi Kuro MC. Na sam koniec charakterystyki wizualnej pozwolę sobie jeszcze wspomnieć, iż sam (znaczy się z ramieniem) gramofon wyceniono na zaskakująco przystępne 7 995 PLN a wspomniana przed chwilą wkładka wymaga dopłaty 3 495 PLN.

Ponieważ podobnie do swojego tak starszego, jak i młodszego rodzeństwa Kuro wymaga 30h na „dotarcie” a i sam drive miał zupełnie nieznany nam przebieg przez kilka pierwszych dni całość kręciła się na poboczu moich zainteresowań. Ot, pamiętałem o przestawianiu ramienia do punktu startu, lecz niespecjalnie korciło mnie rzucenie uchem na jeszcze „niewygrzany” zestaw, gdyż jak wiadomo pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, a jeśli podczas takowego doświadczenia coś „nie pyknie”, to zazwyczaj kładzie się cieniem na dalszych obserwacjach. A tak, jak już wszystko zdążyło się ułożyć, to zabierając się do krytycznych odsłuchów mogłem ze spokojem uznać, że wszelkie zalecenia producenta zostały spełnione, więc przynajmniej jeśli chodzi o niezmienność dźwięku, abstrahując na razie od tego jaki by on nie był, temat jest zamknięty.
No właśnie, brzmienie. Brzmienie, a dokładnie jego jakość, która już od pierwszych taktów „We Get Requests” Oscar Peterson Trio, po którym na talerzu wylądował „Sketches of Spain” Milesa Davisa jasno dała do zrozumienia, że mamy do czynienia z trudną do obojętnego przejścia obok okazją. Nie dość bowiem, że niderlandzkie źródło zaoferowało świetną rozdzielczość, przestrzenność to jeszcze na liście zalet znalazły się solidny dół pasma i zaraźliwy timing. Jeśli ową wyliczankę uzupełnimy o realistyczne odwzorowanie gabarytów i konsystencji reprodukowanego instrumentarium, to śmiało możemy uznać, że startujemy od zaskakująco wysokiego pułapu, W dodatku niemożność utrzymania w spoczynku kończyn zaczynała się już przy zaskakująco niskich poziomach głośności i wręcz śladowym udziale sekcji rytmicznej, co niewiele ma wspólnego ze stereotypowo pojmowaną analogowością. O ile bowiem część słuchaczy za przejawy wspomnianej analogowości uznaje obcięcie skrajów pasma i przysłowiową „bułę”, o tyle Takumi stawia na witalność i energetyczność z odważnie zaznaczonymi skrajami. Czy to źle? Absolutnie nie, po prostu lojalnie uprzedzam melomanów przyzwyczajonych do podstawowych, budżetowych modeli tak gramofonów, jak i wkładek, których główną zaleta jest to, że coś z kręcących się na nich płyt są w stanie odczytać a efekt takowych działań zazwyczaj zamyka się w określeniu „ładnie”. Tymczasem niderlandzka „szlifierka” w telegraficznym skrócie gra tak jak wygląda – transparentnie, szalenie realistycznie i zarazem bezsprzecznie koherentnie. Nie odtwarza bowiem bezdusznie pojedynczych dźwięków zadanie ich zlepienia w wyrób muzykopodobny cedując na odbiorcę, lecz właśnie „gra” muzykę taką jaka ona jest, a dokładnie tak jak została zarejestrowana na wiadomym nośniku. Uwagę zwraca również świetna tak mikro, jak i makro dynamika, choć jednak nie da się ukryć, że jej drugiej odsłony zdecydowanie szybciej aniżeli w akustycznym jazzie doświadczymy na repertuarze w stylu szaleńczych thrashowych galopad z „Hardwired…To Self-Destruct” Metallici, bądź nieco bardziej muzykalnych acz nadal wgniatających w fotel „Reliance” Soen. Do głosu dojdzie wtedy świetna kontrola najniższych składowych idąca w parze z ich wybornym różnicowaniem i nie mniej imponującym zejściem, co biorąc pod uwagę fakt, iż przecież nie mamy do czynienia z klasycznym mass-loaderem zasługuje na w pełni zasłużone skomplementowanie. Ba, początkowo, właśnie z racji dość lekkiej konstrukcji i wszechobecnego akrylu obawiałem się jeśli nie odchudzenia /przesunięcia równowagi tonalnej ku górze, to pewnej, chociażby podskórnej nerwowości. Tymczasem Takumi, choć góry nie żałuje i zarówno ekspresję dęciaków, jak i gitarowe riffy, bądź bestialsko smagane blachy oddaje z właściwą im bezpardonowością, to nie wykazuje tendencji do zbytniego ich eksponowania, czy też utwardzania. Dzięki temu bez większych obaw można serwować mu, jak i sobie, nie do końca referencyjne pozycje płytowe, co poniekąd unauszniła sesja z pronitowskim tłoczeniem „Look Sharp!” Roxette. Przejaw masochizmu? Bynajmniej, raczej chwilowy powrót do szczenięcych lat i zarazem dowód, że Level 2.1 wespół z Kuro MC potrafią zagrać praktycznie wszystko sprawiając przy tym naprawdę sporo frajdy.

Choć wydawać by się mogło, że rynek skierowanego dla miłośników analogu jest po przysłowiowy korek zapełniony znanymi i popularnymi markami, więc na zdrowy rozsądek bezpieczniej zaufać wytwórcom z grona „pierwszego wyboru”, to uzbrojony we wkładkę Takumi Kuro MC gramofon Takumi TT level 2.1 DC udowadnia, że jak się chce, wie jak i potrafi, to jednak można stworzyć produkt o ponadprzeciętnych walorach sonicznych, aspirującej do przedsionka High-Endu wartości postrzeganej a zarazem dostępny w niezwykle atrakcyjnej cenie. Produkt, którym warto się zainteresować i nawet niezobowiązująco rzucić tak okiem, jak i uchem, bo istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że „transparentny Niderlandczyk” zostanie z nami zdecydowanie dłużej aniżeli tylko kilka testowych dni.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Co prawda nazwa dzisiaj omawianej marki wielu z Was może wyprowadzić na manowce, ale zapewniam, kojarząca się z krajem kwitnącej wiśni fraza „Takumi” jest znakiem towarowym producenta stacjonującego w Holandii. A co dla mnie w niej jest najciekawsze, producenta wielu modeli uważanych przeze mnie – zaraz po magnetofonie – za najlepsze źródło dźwięku gramofonów. Jak brzmiących to się okaże w serii przewidzianych testów, jednak abstrahując od brzmienia już teraz śmiało można powiedzieć, iż w niektórych przypadkach intrygujących wzorniczo. Co mam na myśli w odniesieniu do designu przynajmniej w dzisiaj opisywanym przypadku zdradza seria zamieszczonych fotografii, dlatego z przyjemnością zapraszam Was na streszczenie, jak będący iskrą dla tego testu werk wypadł od strony sonicznej. O czym mowa? Jak sugeruje tytuł, o dystrybuowanym przez markę Stratos International firmowym tandemie bardzo intrygującego wizerunkowo gramofonu Takumi TT level 2.1 DC wespół z wkładką gramofonową z oferty tego samego analogowego przybytku Takumi Kuro MC. Zainteresowani? Jeśli tak, zatem nie pozostaje Wam nic innego, jak zapoznać się z poniższym tekstem.

Nie ma się co oszukiwać, tytułowy drapak mimo ewidentnej kolokwialnie mówiąc aparycyjnej „fajności” z dużą dozą pewności jest ofertą na kształt „kochaj albo rzuć”. Naturalnie piję do materiału, jaki został użyty do wykonania plinty, czyli wysokogatunkowego przezroczystego akrylu. To niestety z jednej znakomity pomysł na rozkochanie w sobie piewców wykorzystywania w budowaniu urządzeń audio tak zwanej estetyki Hi-Tech, ale za to z drugiej mocno bijący po oczach osobników wiernym wizualnej tradycji. Na szczęście to tylko jedna z wielu propozycji tej marki, dlatego nie będę się rozwodził nad wyższością jednych świąt nad drugimi, tylko przejdę do technicznych konkretów. A oprócz „niewidzianego” werku są nimi: solidne i stosunkowo skomplikowane technicznie, bo wykorzystujące magnetyczny antyskating ramię, sterowany za pomocą precyzyjnego regulatora, skryty pod estetyczną osłonką silnik, także wykonany z akrylu, jednak tym razem zmatowiony talerz, antywibracyjne stopy stabilizujące konstrukcję na podłożu, pozwalająca osłonić całość przez wszędobylskim kurzem, z racji przezroczystości także trudna do zlokalizowania przez zmysł wzroku, zawieszona na estetycznych zawiasach osłona i oczywiście wspominana, będąca jedną z kilku propozycji w cenniku producenta wkładka MC Takumi Kuro. Jak widać, pomysł na tytułowy drapak jest nie tylko dopracowany wizualnie, ale także mechanicznie, co powinno przełożyć się na finalne brzmienie. Te ostatnie zaś oczywiście postaram się przybliżyć Wam w kolejnym akapicie.

Co zaoferował bardzo nowocześnie prezentujący się gramofon? Zanim dojdziemy do konkretów, garść moich wstępnych przemyśleń. Ostatnio byłem pochłonięty wyborem osobistego drapaka płyt winylowych. Zderzyłem wówczas testowo typowego mass-loadera z wariacją mass-loadera w rozumieniu elastycznego odseparowania ciężkiej platformy stabilizującej konstrukcję na półce od identycznej, tylko tym razem nośnej dla akcesoriów typu talerz, ramię i silnik – mowa o modelach Kuzma XL DC oraz SME 60. Jak można się domyślić, w obydwu przypadkach budulcem był różnego rodzaju metal, co z automatu gwarantowało pewnego rodzaju stabilność konstrukcji i przez to odporność na bodźce zewnętrzne. Tymczasem tutaj mamy akryl. Pięknie wyglądający, ale jednak niezbyt ciężki i do tego podczas użytkowania mogący generować niechciane ładunki elektryczne. Mam nadzieję, że wiecie co mam na myśli? Oczywiście chodzi o pełen pakiet obaw, jak owe niewiadome wypadną z konfrontacji z codzienną zabawą. Jaki zatem był efekt moich poczynań? Muszę przyznać, że w kwestii zbierania szkodliwych wibracji i wszędobylskich ładunków elektrycznych na szczęście bardzo się myliłem, gdyż niczego niepokojącego nie zanotowałem. A zaznaczam, gramofon to moja podstawowa forma obcowania z muzyką i wiem, gdy gdzieś tkwi problem. Zapewniam, takowego nie było, co tak naprawdę okazało się być dopiero pierwszym z serii plusów opisywanej konstrukcji, bowiem w obliczu dobrego radzenia sobie ze wspomnianymi artefaktami kropkę nad „i” w pozytywnym odbiorze konstrukcji postawiła muzyka. Zabrzmiała z odpowiednim nasyceniem, stosownym dla dość prostej konstrukcji rozwibrowaniem, budowaniem szerokiej i głębokiej sceny, a całość okraszała fajna świetlistość prezentacji. Ale nie chodzi o rozjaśnienie czy efekt krzykliwości, tylko serwowanie muzyce efektu blasku wizualizowanych źródeł pozornych. Blasku, który nadawał słuchanemu materiałowi ciekawej radości. I gdybym miał odnieść te realia do mojego codziennego wyboru, powiedziałbym, że biorąc pod uwagę cenę było zaskakująco dobrze. Naturalnie rozpatrując wszystko w skali stosownej dla zajmowanej półki cenowej. Ale co by nie mówić, ku mojemu zdziwieniu było esencjonalnie, energetycznie z dobrą kontrolą i dźwięcznie dając poczucie bardzo spójnego grania.
Ciekawym przykładem na udane połączenie dobrej wagi dźwięku ze wspomnianym blaskiem była najnowsza płyta Charlesa Lloyda „Figure In Blue”. To ciekawe połączenie nieczęsto wykorzystywanego w jego projektach instrumentarium – choćby gitara i flet, które w kwestii projekcji drapieżności prezentacji raczej stawia na spokój. Jednak ów spokój jest bardzo zdradliwy, gdyż Charles bardzo mocno przywiązuje wagę do pokazywania bytu każdej nuty od inicjacji, po wygaszanie, czyli dobrą transparentność wizualizacji. To zaś sprawia, że jeśli tylko system ma problemy z rozdzielczością i artykulacją najdrobniejszych niuansów, tracimy najważniejszy element powołania tego krążka do życia, jakim jest kontemplacja nad zawieszonymi w eterze niespiesznymi sonicznymi frazami. Na szczęście tytułowy konglomerat z Holandii bez najmniejszych problemów sobie z tym poradził. A to dlatego, że nie tylko udźwignął różnicowanie energii serwowanej przez całkowicie odmiennie brzmiące instrumenty – piję do gitary spierającej się z fletem w jednym z utworów, ale także dzięki wspominanemu efektowi blasku jako finalne wykończenie projekcji dźwięku. W jaki sposób sobie poradził? Po prostu cały czas podawał całość z odpowiednią otwartością i swobodą. Tyko tyle i aż tyle.
Jeśli chodzi zaś o zabawę ze scenicznym buntem, na talerzu gramofonu położyłem chyba najlepiej zrealizowany czarny krążek formacji Black Sabbath „13”. Moim celem była weryfikacja, czy to, co pomagało muzyce jazzowej, nie powoduje nadinterpretacji w momencie mocniejszego udziału z wielką wściekłością wykorzystywanych przez bębniarza talerzy i innych perkusjonaliów. I co? Cóż, kolejny raz przekonałem się, że mimo zadbania konstruktora o ciekawy design w stylu Hi-Tech, nie zapomniał również o dobrym wyważeniu ilości masy i ogólnej otwartości prezentacji nawet podczas odtwarzania z założenia trudnych nurtów muzycznych. Było ostro, ale także energetycznie, co dawało fajny feedback w postaci tak zwanego „dygania nóżką”. A to nie oszukujmy się, jest ewidentnym potwierdzeniem zadowolenia słuchacza z uzyskanej w swoim domu muzycznej opowieści.

Gdzie widzę naszego bohatera? Tak naprawdę przeciwko postawieniu sobie go na półce mogą mieć obiekcje tylko ludzie kochający estetykę vintage. Niestety nie wszyscy są w stanie zaakceptować aż tak nowoczesnej w rozumieniu użytych materiałów i wyglądu bryły. Ale gdy wezmę pod uwagę cenę, za jaką można ten zestaw nabyć, w pełni świadom swojej wypowiedzi jednoznacznie stwierdzam, że to jedyna grupa, jakiej z gramofonem Takumi TT level 2.1 DC będzie nie po drodze. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie z uwagi na oferowane brzmienie, tylko wygląd, co jasno daje do zrozumienia, że za cenę około 11 tys. złotych dostajemy naprawdę świetna ofertę. A gdy do tego dodam, że mówimy o komplecie z bardzo dobrą wkładką, bez krygowania się na tle mainstreamu propozycję Holendra można określić mianem dumpingu. Nie wierzycie? Niestety teraz piłeczka jest po Waszej stronie. Jak wynika z powyższego opisu, dla mnie to bardzo ciekawy pomysł na muzykę z płyty winylowej. I co ważne, w każdym aspekcie od wyglądu, po brzmienie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Stratos International
Producent: Takumi
Ceny
Takumi TT level 2.1 DC: 7 995 PLN
Takumi Kuro MC: 3 495 PLN

Dane techniczne
Takumi TT level 2.1 DC
System napędowy: Wewnętrzny napęd paskowy
Silnik: DC z czujnikiem Halla
Prędkości: 33-1/3 obr./min, 45 obr./min
Wybór prędkości: Elektroniczny za pomocą przełącznika 0-33-45 lub za pomocą Speedpod (elektroniczny przełącznik zmiany obrotów)
Talerz: Akrylowy 1,15 kg, odsprzężony od talerza napędowego i osi
Ramię: Tytanowe, podwójnie przegubowe, stała głowica
Masa efektywna ramienia: 15 g
Wkładka: fabrycznie zamontowana Audio Technica AT3600L MM
Wyjście: Stały kabel RCA L+R
Antiskating: Magnetyczny
Zasilanie: Zewnętrzny zasilacz sieciowy 12 V DC
Wymiary (S x G x W): 430 x 327 x 152-162 mm
Waga: 8,1 kg
Zestaw zawiera: Zasilacz, akrylowa osłona przeciwpyłowa, docisk płyty, Speedpod (elektroniczny przełącznik zmiany obrotów)

Takumi Kuro MC
Wspornik: borowy
Igła: Nude Eliptical 6/15 µm
Cewka: kwadratowa 4N OCC
Impedancja: 5 Ω
Pasmo przenoszenia: 20-22 000 Hz +/-2 dB
Poziom wyjściowy: 0,26 mV
Separacja kanałów: > 25 dB
Dokładność śledzenia: 60 µm
Balans kanałów: < 0,5 dB
Siła nacisku: 1,6-2,2g (rekomendowane 1,8 g)
VTA: 20°
Zgodność dynamiczna: 13 µm/mN
Waga: 9 g
Zalecane obciążenie 100-470 Ω

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Kiedy za oknem mróz nie odpuszcza audiofilskie myśli krążą wokół lamp, jak  … Fezz Olympia, który nie tylko podniesie temperaturę w pokoju, ale i z pomocą swoich 100W wysteruje większość kolumn.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Trigon Exxact CD

Opinia 1

Choć wielozadaniowość i wielofunkcyjność na stałe wpisały się w audiofilskie realia i konsumenckie oczekiwania, to poza wszystkomającymi kombajnami na rynku nadal egzystują i jak dzisiejszy przykład pokaże całkiem nieźle sobie radzą urządzenia oferujące jedynie to, do czego de facto zostały pierwotnie stworzone. Z jednej strony taka oszczędność formy może wydawać się jawnym przejawem „optymalizacji kosztów własnych”, lecz z drugiej, już pozbawionej spiskowego kontekstu, jest wyłącznie zdroworozsądkowym unikaniem dublowania funkcjonalności i zarazem eliminacją ewidentnej rozrzutności. Daleko nie szukając weźmy na tapet tytułowego Trigona, który swoje wzmacniacze zintegrowane, w tym recenzowanego miesiąc temu Excellence’a w stosowne interfejsy cyfrowe oraz sekcję przetwornika wyposaża, więc jeśli ktoś posiada stosowne źródła cyfrowe, to z powodzeniem może wpiąć się bezpośrednio w owe złącza i mieć problem z głowy. Dlatego też biorąc na redakcyjny tapet firmowy odtwarzacz Exxact CD bez większego zdziwienia przeszliśmy do porządku dziennego nad faktem, iż jest on niczym innym jak właśnie … odtwarzaczem srebrnych krążków, więc próżno szukać tu wejść cyfrowych, czy też mniej bądź bardziej rozbudowanej możliwości streamingu.

Nie da się ukryć, iż Exxact CD to wielce udane połączenie minimalizmu, ergonomii i nienachalnej nowoczesności. na wykonanym z solidnego płata szczotkowanego aluminium froncie znajdziemy jedynie oznaczenie modelu z centralnie umieszczonym jednowierszowym, czerwonym wyświetlaczem przypominającym mi przez wiele lat użytkowane odtwarzacze Ayona, czy już zupełnie prehistoryczne źródła Micromegi z serii Stage i Thule Spirit, cienką szczelinę napędu i sześć funkcyjnych przycisków. Lewy dolny narożniku okupuje ponadto firmowy logotyp a prawy opis funkcji urządzenia. Z równym pragmatyzmem potraktowano plecy, gdzie umieszczono jedynie po parze wyjść analogowych RCA/XLR oraz zestaw wyjść cyfrowych (BNC i Toslink). Wyliczankę zamyka zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. Całość usadowiono na aluminiowych nóżkach antywibracyjnych.
Podobnie jak w przypadku testowanej przez nas ostatnio integry Excellence również i do Exxacta dołączono firmowy, wykonany z miedzianych przewodników o przekroju 3 x 2,5 mm² przewód zasilający Volt łapiący za oko charakterystyczną niebieską folią ekranująca przezierająca przez bezbarwna osłonę zewnętrzną. O ile jednak ww. przewód można zaliczyć do wyposażenia standardowego, to do tego grona niestety nie należy, przynajmniej wg. danych producenta stanowiący jedynie opcję systemowy, masywny i aluminiowy pilot zdalnego sterowania Director. Całe szczęście stołeczny dystrybutor do całej sprawy podchodzi zdroworozsądkowo i nie chcąc wprowadzać zbędnego zamieszania, tym bardziej, że Niemcy cenę sterownika uzależniają od tego czy zamawiany jest od razu z urządzeniem, czy też domawiany już po zakupie (bodajże 100€ vs 400€), w ramach pro-klienckiego podejścia do potencjalnych nabywców dokładają ów jakże przydatny podczas codziennej obsługi urządzenia „drobiazg” w gratisie.
Jeśli chodzi o trzewia, to znajdziemy w nich impulsowy zasilacz, szczelinowy transport Stream Unlimited, sekcję przetwornika opartą na kości Burr-Brown PCM1794 obsługującej sygnały PCM do 24-bit/192kHz oraz analogową z czterema wzmacniaczami operacyjnymi Burr-Brown OPA2134UA.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu jedynie wspomnę, iż z racji, że dostarczony na testy egzemplarz zdążył swoje pograć w niedawno przez nas odwiedzonej siedzibie dystrybutora – stołecznego Hi-Fi Systemu, to sam proces jego akomodacji w moim systemie pozwoliłem sobie ograniczyć do kilku dni niezobowiązującego plumkania w tle. Profilaktycznie tylko, na tzw.ucho, zweryfikowałem, że podczas pracy z jego wnętrza nie dochodzą jakieś niepokojące dźwięki a sam proces ładowania i wysuwania płyty odbywa się z właściwą kulturą, co dla mnie, jako wieloletniego posiada i fana top-loaderów wcale nie było takie pewne i oczywiste. Kiedy jednak czas ochronny minął i zabrałem się za krytyczne odsłuchy od razu stało się jasnym, iż konstruktorzy Exxacta do jego walorów brzmieniowych podeszli z równym pragmatyzmem, co przy designie i funkcjonalności. Bowiem zamiast jakiejś ponadnormatywnej żywiołowości, sztucznej ekscytacji i męczących na dłuższą metę „wodotrysków” Niemcy zdecydowali się na zdroworozsądkową rzetelność. Doskonale zdaję sobie sprawę, że taka narracja, przynajmniej na papierze brzmi równie ekscytująco, jak śledzenie akcji podczas lektury książki telefonicznej, lecz w praktyce sytuacja ma się zdecydowanie lepiej, gdyż Trigon po prosty swoją obecnością w torze stara się jak najmniej odciągać nasza uwagę od reprodukowanej przez niego muzyki. Coś w stylu VW Golfa VII generacji, gdzie wszystko jest na swoim miejscu i zarazem pod ręką, zazwyczaj pod postacią intuicyjnych przycisków i pokręteł a nie trudnych do przewidzenia i odnalezienia pozycji w wymagającym przeklikania na ekranie ikon w menu. To brzmienie równe, lekko przyciemnione, ale szalenie komunikatywne i zarazem urzekająco rzetelne – stawiające na koherencję, muzykalność i liniowość prezentacji aniżeli uwypuklenie jakiegoś podzakresu. Doskonale to słychać na ścieżce dźwiękowej do serialu „Vaka” autorstwa Atli Örvarsson, Kjartan Holm i Sin Fang, gdzie czysto ilustracyjny materiał muzyczny łączący chłodną elektronikę z naturalnymi orkiestracjami pod względem nastroju oscyluje pomiędzy oniryczną sennością a podskórną nerwowością i na mało rozdzielczym, uśredniającym systemie potrafi zabrzmieć niezbyt angażująco. Tymczasem odtwarzacz Trigona nie tylko był w stanie poprawnie oddać drzemiące w materiale źródłowym emocje, lecz również bez trudu zaskakiwać swobodą i natychmiastowością skoków dynamiki, czy też obszernością i wieloplanowością kreowanej sceny. Z kolei na brutalnym, metalcore’owym „Setting Fire To The Sky” URNE niemiecki odtwarzacz ani myślał iść na skróty i stawiać słuchaczy pod monolityczną ścianą dźwięku, lecz dostarczając pełen pakiet informacji o poszczególnych partiach instrumentalno-wokalnych budował z nich misterną, niezwykle zagmatwaną trójwymiarową strukturę dodając od siebie jedynie delikatne ozłocenie góry i nie mniej symboliczne obniżenie środka ciężkości, co śmiem twierdzić śmiało można uznać za zaletę aniżeli wadę na tym pułapie cenowym. Podobnie jest z konturami definiującymi źródła pozorne. Zamiast stawiać na bezwzględną ostrość Trigon posługuje się nieco grubszą aniżeli mój dyżurny punkt odniesienia kreską, przez co bryły są solidniejsze, bardziej stabilne i zarazem namacalne, więc nawet jeśli wzmacniacz z podobnej co źródło półki będzie pod tym względem lekko niedomagał, to Exxact pozwoli zachować całości odpowiednią równowagę i precyzję. Jak łatwo się domyślić oczywistym beneficjentem owego metaforycznego mocniejszego dociśnięcia ołówka są wokaliści i instrumentaliści operujący na pierwszym planie, więc jeśli tylko macie Państwo na nieco intensywnieją relację np. z Selah Sue w ramach jej albumu „Persona” , to Trigon będzie słusznym kierunkiem poszukiwań, gdyż z jego udziałem urocza Belgijka zabrzmi niżej, bardziej zmysłowo i co może się podobać nieco bliżej.

Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu wynika Trigon Exxact CD to odtwarzacz nie tylko niezwykle uniwersalny, co przede wszystkim przewidywalny i zarazem charakteryzujący się niezwykle dojrzałym brzmieniem. Nie szuka taniej sensacji, czy chwilowej ekscytacji przedkładając ponad nie koherencję i liniowość prezentacji. Dodaje przy tym od siebie nieco ciepła i plastyki, więc jeśli tylko reszta Waszego systemu nie cierpi na ich nadmiar i zbytnią ospałość, to z powodzeniem można go w takim towarzystwie spróbować udomowić. I tylko jedna końcowa uwaga. Otóż nie wiem jak to będzie u Państwa, ale u mnie tytułowy odtwarzacz większą rozdzielczość, werwę i swobodę prezentował po XLR-ach, więc jeśli posiadacie takowe złącza we wzmocnieniu, to nawet z czystej ciekawości przy okazji odsłuchów Exxacta warto z nich skorzystać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Zapewne nie tyko ja, ale także Wy ostatnio często spotykaliście się z twierdzeniem, iż czasy CD nieubłaganie mijają. Nie powiem, trochę prawdy w tym jest, że z racji całkowitej eliminacji zbędnego przemieszczania się po pokoju podczas obcowania z muzyką na bazie streamerów plikowych poczciwe srebrne krążki mają pod górkę, ale na szczęście tylko trochę. Po czym tak wnoszę? Po pierwsze dlatego, że wielu z nas posiada rozbudowane kolekcje płyt i nie zamierza z nich rezygnować. A po drugie udowadnia to dzisiejszy test typowego odtwarzacza płyt kompaktowych. Bez zbędnych bajerów, tylko od początku do końca urządzenia czytającego zera i jedynki z plastikowych podstawek pod kawę jako pełnoprawnego CD i dla purystów tego rodzaju zabawy dzięki wyjściom cyfrowym transportu na zewnętrzny przetwornik D/A. O czym mowa? O kolejnej propozycji dystrybuowanego przez warszawski Hi-Fi System niemieckiego producenta elektroniki Trigon, z portfolio, którego na tapet dzisiejszego spotkania trafił odtwarzacz Trigon Exxact CD.

Nasz dzisiejszy bohater z racji rozsądnej wyceny za pełnoprawny odtwarzacz płyt nie jest jakoś przesadnie strojny ani nadmuchany gabarytowo. Powiem więcej, dla wielu właśnie pozytywnym jest, że oferuje jest dość kompaktowy i emanuje bardzo stonowaną aparycją. W pierwszej kolejności chodzi oczywiście o to, że trzewia Exxact-a spakowano w typową dla tego typu konstrukcji, prostopadłościenną obudowę z anodowanego na czarno aluminium. Zaś w drugiej o fakt iście minimalistycznego ozdobienia jej jedynie niezbędnymi akcentami obsługowymi, w skład których wchodzą: centralnie umieszczony, krwisto-czerwony wyświetlacz, tuż pod nim szczelinowy napęd płyt CD oraz poniżej niego wieńcząc piramidę akcesoriów obsługowych 6 białych guzików funkcyjnych. Przyznacie, że co jak co, ale zbędnego wizualne blichtru w tym przypadku ani widu, ani słychu. Gdy awers mamy omówiony, przyszła kolej na rewers. Ten podobnie do frontu także nie oferuje nadmiernego szaleństwa, tylko. niezbędne do pełnienia podstawowych dla źródła funkcji przyłącza. Przyłącza, w skład których wchodzą wyjścia analogowe RCA/XLR, wyjścia cyfrowe OPTICAL i COAX, a całość oferty integrującej odtwarzacz z resztą systemu wieńczy zintegrowane z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazdo zasilania IEC. Naturalnie w zestawie znajdziemy także pilota zdanego sterowania i zestaw firmowego okablowania. Wiadomym jest, że każdy zapewne wykorzysta lepsze, bo swoje druty, ale zawsze miło jest, gdy producent zadba o zestaw startowy.

Gdy wpinałem naszego bohatera w system, nie miałem najmniejszego pojęcia, na co go stać. Co prawda biorąc pod uwagę brzmienie reszty testowanych niegdyś, pełnych nieposkromionej energii i ochoty do pokazywania muzyki przez duże „M” urządzeń, sondowałem ostateczny wynik soniczny, ale aby się nie nastawiać, podszedłem do testu z czystą kartą. Jakimi spostrzeżeniami została zapisana? Cóż, od pierwszej chwili słychać było, iż Exxact unika poszukiwania wyczynowości brzmienia. Nie stawia na mocne konturowanie dolnych rejestrów i stroni także od wskrzeszania nadmiernie ekspresyjnych najwyższych częstotliwości. Raczej stara się pokazać muzykę w bezpiecznej formie. Za to bardzo spójnie, bo oferując pełne równouprawnienie wszystkich składowych częstotliwościowych od basu, przez średnicę, po wysokie tony. W pierwszej chwili wydawało mi się, że testowany CD jest jakby minimalnie pozbawiony zawsze oczekiwanej przeze mnie zjawiskowej drapieżności, ale już po jednym wieczorze zrozumiałem, że to zabieg w pełni zaplanowany. Co mam na myśli? Chodzi o panujący na scenie pozornie ogólny spokój, który jednak po akomodacji z pomysłem na dźwięk Trigona jest jego bardzo mocną stroną. A mocną dlatego, że w pierwszej kolejności jest idealnym partnerem dla epatujących zaraźliwym drive-m innych składowych niemieckiego ekosystemu – piję do wyrazistej w pokazywanie ekspresji sekcji wzmocnienia, zaś w drugiej nawet w przypadku zderzenia tej estetyki z moją zbieraniną muzyka kolokwialnie mówiąc nie umarła, a jedynie oferowała mniejsze zaangażowanie w podkręcanie wyrazistości skrajów pasma. Ale żeby uspokoić skołatane nerwy potencjalnych malkontentów w odniesieniu do efektu wpięcia w mój zestaw naszego bohatera spieszę poinformować, iż ów testowy ożenek miał bardzo ciekawe konsekwencje brzmieniowe. Chodzi mianowicie o fakt nieco przyjemniejszego, ale nadal w pożądanej przez artystów estetyce mocnego pokazywania różnie jakościowo zrealizowanej muzyki rockowej, a z drugiej strony konsekwentną dbałość o wyłuskanie z muzyki zawartych w niej, co istotne najważniejszych emocjonalnie cech z gatunku jazzu. Owszem, w przeciwieństwie do większości konkurencji wszystko brzmiało z lekkim dystansem w rozumieniu wyciskania z prezentacji ostatnich „soków”, ale to nie jest problem jako taki, tylko ogólna estetyka mającego być bezpiecznym konfiguracyjnie dla szerokiej grupy odbiorców urządzenia. A bezpiecznym, gdyż przy opisanym sposobie pokazywania muzyki bardzo udanie oferował ciekawie rozplanowaną wirtualnie scenę muzyczną tak w odniesieniu do głębokości, jak i szerokości.
Jeśli chodzi o popisy rockowe, w teście udanie posłużyłem się materiałem rodzimej grupy Riverside „Love, Fear And The Time Machine”. To nie jest jakaś rockowa masakra i może się zdziwicie, właśnie dlatego wylądowała w CD-ku. A wylądowała, żeby pokazać, czy opisywanie przed momentem unikanie ostrości prezentacji nie zabiło w niej ducha agresji. I z przyjemnością muszę powiedzieć, że mimo odczuwalnej zmiany priorytetów wyrazistości nadal przekaz buntu był w pełni zrozumiały, a dodatkową pozytywną składową tej prezentacji było nieco milsze potraktowanie realizacji. Mniej ostro, ale nadal z odpowiednim animuszem.
Z innej muzycznej beczki wziąłem na tapet motywy bałkańskie spod znaku Saviny Yannatou „Songs of Thessaloniki”. Intymne, płynne i wdzięczne w podaniu słuchaczowi i z nie tylko czarującą wokalizą, ale także wykorzystujące nieoczywiste instrumentarium. I gdy głos artystki wpadł przewidywanie, bo odtwarzacz oferując dobry poziom plastyki i nasycenia średnicy pokazał go bardzo dobrze, właśnie najbardziej zaintrygowały mnie instrumenty. Teoretycznie powinny nieco stracić na dźwięczności i lotności, tymczasem był jedynie bardziej plastyczne, ale nadal nośne. Oczywiście nie tak, jak mam na co dzień, ale konsekwentnie zmuszające do zatopienia się w ich brzmieniu, a to bazując na powyżej opisanych obserwacjach nie było takie oczywiste. Na szczęście strach miał jedynie wielkie oczy i płyta bez problemu zabrzmiała interesująco.

Gdzie ulokowałbym naszego bohatera? Otóż wszędzie tam, gdzie system cierpi na nadpobudliwość w górnych rejestrach lub nadwagę w zakresie basu. Tytułowy Trigon Axxes CD będzie dla nich przyjaznym brzmieniowo katalizatorem, co pozwoli słuchaczowi zbliżyć się bardziej do sedna muzyki. Sprawi, że zabrzmi spójnie, co jest pierwszą podstawową składową dobrej prezentacji. A w innych przypadkach? Powiem tak. Trzeba spróbować na własnym organizmie, gdyż nie tylko każdy system reaguje na nowe urządzenie inaczej, ale także każdy z nas często taki sam wynik ocenia przez pryzmat innych oczekiwań. Jedno jednak jest pewne, tak jak wcześniej wspominałem, nasz bohater od strony brzmienia jest bezpieczny i raczej nic nie popsuje, tylko ewentualnie nie spełni pełnej palety oczekiwań. A jeśli tak, mierząc się z nim nic nie tracicie, a zaliczone doświadczenie będzie okaże się zdobyciem kolejnej odznaki zakochanego w dobrze brzmiącej muzyce harcerza melomana.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Trigon-Audio
Cena: 12 999 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: 20Hz – 20kHz (+ – 1dB)
Zniekształcenia THD: < 0,02
Tłumienie przesłuchu: < – 80 dB (1 kHz)
Stosunek sygnału do szumu: < -100 dBA
Wyjścia analogowe: para RCA, para XLR
Wyjścia cyfrowe: BNC (SPDIF), optyczne (Toslink)
Impedancja wyjściowa: 33 Ω
Maks. napięcie wyjściowe: 2 V
Akcesoria (opcjonalne) Pilot zdalnego sterowania na podczerwień: Director
Wymiary (S x W x G): 440 x 110 x 365 mm
Waga: 9 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Doskonale wiemy, że choć duży może więcej, to i małe potrafi być piękne. Z podobnego założenia wyszli Duńczycy z Raidho Acoustics umieszczając w swym katalogu mini-monitory X1t.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nawet początkujący adept zabawy w drapanie płyt winylowych znakomicie się orientuje, że przy słyszalnym wpływie na finalne brzmienie analogowego konglomeratu dosłownie każdej jego składowej, takiej jak werk, ramię czy sposób napędzania talerza, tak naprawdę największe znaczenie ma wkładka gramofonowa. To od niej zaczyna się proces interpretacji zawartych w rowku płyty informacji, dlatego stworzenie jej nawet najlepszych warunków pracy przez resztę wymienionych przed momentem kwestii technicznych gramofonu będzie li tyko pracą nad maksymalnym pokazaniem jej prawdziwego „ja”. Raz mlekiem i miodem płynącego, innym razem w dobrym rozumieniu tego sowa agresywnego, a jeszcze innym łączącego obie wspomniane cechy. I gdy wydawałoby się, że dzięki temu temat wyboru docelowego rylca jest przysłowiową bułką z masłem, tak naprawdę chcąc trafić w sedno naszych oczekiwań zaczynają się schody. A co gorsza, im szukamy bardziej wyrafinowanej wkładki, są tym bardziej strome, gdyż z jakością jej wykonania z automatu w parze idzie ilość i jakość dostarczanych przez nią informacji, a to już nie są przelewki. Skąd to wiem? Naturalnie z autopsji popartej ostatnimi poszukiwaniami dla siebie docelowego gramofonu. O moich przygodach wyboru napędu i dlaczego padło na ten, a nie inny, pisałem w serii testów, dlatego teraz niejako wieńcząc ów proces przyszedł czas na przyjrzenie się dobranej finalnie wkładce gramofonowej. Jakiej? Naturalnie adekwatnej jakościowo do napędu, którą okazała się dystrybuowana przez katowicki RCM flagowa konstrukcja japońskiego potentata w tej dziedzinie – wykonuje na zamówienie według specyfikacji zamawiającego tego typu konstrukcje dla praktycznie połowy analogowego świata – My Sonic Lab Signature Diamond. Tak, tak, to model z obecnie najbardziej docenianym przez melomanów diamentowym wspornikiem, zatem zachęcając Was do zapoznania się z poniższym tekstem jedno co mogę zdradzić we wstępniaku, to wypowiedzieć frazę – będzie się działo.

Signature Diamond z racji zajmowania pierwszego miejsca w cenniku jest najbardziej dopracowaną technicznie i materiałowo wkładką tego producenta. Jej obudowę wykonano z tytanu, jednak w odróżnieniu od oczko niższego modelu dodatkowo utwardzonego powierzchniowo metodą Black IP. Jak wspominałem we wstępniaku, w tym przypadku mamy do czynienia z konstrukcją, w której wspornik wykonano z diamentu. Wybór tego rodzaju materiału w opinii producenta na tle półproduktów używanych w innych modelach ma zapewnić znaczną poprawę transferu energii. Jednak w odróżnieniu do tego typu wkładek innych brandów nie jest to lity, okrągły lub prostokątny kawałek tego kruszcu, tylko stożkowa rurka. Cel? Otóż wykonany w tej technologii wspornik, czyli połączenie diamentu i jej stożkowego profilu w efekcie ma pozwolić uzyskać znakomitą przejrzystość, a przez ro namacalność oraz pewnego rodzaju nienachalną płynność i homogeniczność prezentacji, co niezaprzeczalnie jest kwintesencją zabawy w obcowanie z muzyką z gramofonu. Wieńcząc opis budowy nie będę w tym miejscu rozwodził się nad konkretnymi danymi do kalibracji, bowiem znajdziecie je pod testem, tylko dodam, iż w porównaniu ze sporą grupą producentów tak zaawansowanych wkładek tytułowy cartridge jest bardzo przyjazny w nastawach, co sprawia, że obsłuży go praktycznie pełna paleta potencjalnych do współpracy przedwzmacniaczy gramofonowych, co także z doświadczenia wiem, jest ewidentną zaletą.

Co sadzę o sposobie na muzykę według flagowego modelu wkładki My Sonic Lab? Zanim przejdę do konkretów, kilka zdań o używanej podczas doboru docelowego gramofonu kontrpropozycji od tego samego producenta Eminent EX. To bardzo żywa i energetyczna wkładka. Brzmi bez prób czarowania słuchacza, grając fajnym uderzeniem – w granicach rozsądku – skrajami pasma, dlatego idealnie nadaje się do porównań różnego typu transportów. Pokazuje świetne zejście basu i otwartość dźwięku na górze, ale co znamienne bez zbędnego podgrzewania atmosfery w środku pasma. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli, mimo takiego postawienia sprawy jej oferta soniczna jest na tyle ciekawa, że gdyby wybrany gramofon nie pozwalał na zawieszenie czegoś bardziej wyrafinowanego jakościowo i gdybym z jakiś powodów nie dysponował nieco większą kwotą na ten element toru analogowego, zapewne zostałaby na stałe dając mi wiele frajdy. Oczywiście już startowe założenia były inne, dlatego gdy wreszcie stanęło na wyborze konkretnego modelu, zapytałem dystrybutora, co na bazie swoich doświadczeń i znajomości moich oczekiwać by zaproponował. Ten bez jakiegokolwiek namysłu powiedział – „tyko diament”, a jeśli tak, to wyrazista flagowa Kuzma lub bardziej ludzka w kwestii barwy i organiczności topowa My Sonic Lab. Oczywiście z uwagi na hołubienie dobremu osadzeniu dźwięku w średnicy padło na tytułową Japonkę. Co zrobiła na tle podstawowego modelu? Po pierwsze wykreowała zjawiskowy, nigdy wcześniej niesłyszany przeze mnie w kwestii czystości, a przez to bezpośredniości odbioru wirtualny spektakl. Po drugie delikatnie utemperowała szorstkość zwiększając rozdzielczość najwyższych rejestrów i w pozytywnym znaczeniu sowa rozczłonkowała na niezliczona ilość mikroinformacji wcześniej odbierane jako lekko uśrednione w jeden ulany impuls niskie tony. A po trzecie podniosła do rangi równouprawnienia ze skrajami pasma pełną życia i rozwibrowania, tętniącą wcześniej niesłyszaną przeze mnie radością średnicę. Efekt był nie do uwierzenia, gdyż zazwyczaj podkręcanie zawartości średnicy w przekazie kończy się większym lub mniejszym uśrednianiem przekazu, a tutaj wręcz odwrotnie, poczułem coś na kształt tchnięcia w muzykę nieskrępowanej witalności, lotności i wspominanej organiczności. Co prawda, gdy w akapicie o budowie interpretowałem odezwę producenta do potencjalnego klienta na temat osiągów tej wkładki, wspominałem o teoretycznej możliwości wystąpienia takiego zjawiska, ale gdy przez lata zabawy w testowanie nie raz i nie dwa przekonałem się, że często są to jedynie pobożne życzenia, na wstępne ochy i achy zostawiłem sobie spory margines. Niestety jak się po wygrzaniu wkładki okazało niepotrzebnie, bo mnie kolokwialnie mówiąc znokautowała. A zrobiła to oferując mocny, czysty i szybki impuls, znakomicie brylując w będących pod pełną kontrolą i ze zjawiskowym pakietem informacji dolnych częstotliwościach oraz zdejmując jakiekolwiek poczucie efektu woalki bez odczucia nadpobudliwości prezentacji w zakresie wysokich tonów. Po prostu muzyka wybuchła feerią najbardziej oczekiwanych na poziomie ekstremalnego High Endu brzmieniowych smaczków. Na tyle udanie w pełnym spektrum słuchanej muzyki, że potrafiła wciągnąć mnie w wir każdego wydarzenia sonicznego od początku do końca każdego wydawnictwa płytowego od klasyki, przez jazz, po rock, a być może nie wiecie, ale w swoich zbiorach mam pozycje nawet czterokrążkowe.
Co prawda nie cztero-, a dwupłytowym, ale za to bardzo dobrym przykładem jak poradziła sobie opiniowana wkładka z niełatwym materiałem jest relacja z koncertu w tandemie z orkiestrą symfoniczną zespołu buntowników z mojej młodości Metallica „S&M”. Jak można się domyślić, to mocny w kwestii operowania dobrze zdefiniowaną w kwestii ilości i rozdzielczości energią rockowy koncert, co prawie z automatu przygotowuje nasze oczekiwania na zderzenie z dość nieszczególnie dobrze zrealizowanym zapisem. Zapisem, który powiedzmy sobie szczerze, spokojnie można go określić jako solidnie skompresowany. Jednak wyartykułowane cechy brzmienia wkładki typu dobre operowanie dołem, żywym środkiem oraz transparentnymi, z nutą ciepła wysokimi tonami sprawiły, iż płyta zabrzmiała zaskakująco ciekawie. A to dlatego, że przywołany efekt kompresji nie tylko nie był bardzo bolesny, ale dzięki zjawiskowej rozdzielczości prezentacji wszystko wypadło w adekwatnej dla tego zespołu estetyce drapieżności w otulinie naprawdę minimalnej ilości zniekształceń. Jak to się stało, nie mam pojęcia, ale całość w sobie tylko znany sposób została bardzo czytelnie podana na przysłowiowej tacy. I nie mówię tutaj jedynie o wokalizie, czy mocnych i soczystych gitarowych popisach, ale także często odzywającej się w tle sekcji mruczących, a nie zlanych w jedno monotonne buczenie kontrabasów. Te ostatnie z założenia są tylko dodatkiem, który wiele razy przy słabym odtworzeniu tego materiału znikał w ogólnym rozgardiaszu, tymczasem podczas testu były co prawda drugoplanowym, ale znakomicie zdefiniowanym w eterze z dobrym osadzeniem w masie scenicznym bytem. Nie powiem, to był pozytywy szok, bo był pierwszym zaobserwowanym pozytywem dźwiękowym pokazującym rozdzielczość brzmienia wkładki.
A co wydarzyło się po drugiej stronie barykady? W tym celu na talerzu wylądowała także koncertowa, jednak tym razem czarująca i dobrze zrealizowana masteringowo Diana Krall z płytą „Wallflower”. A jeśli realizator się postarał, w efekcie od pierwszej nuty nie było innej możliwości, jak automatyczne i bezkresne zatopienie się moich zmysłów w oferowanych przez muzykę i samo operowanie przez Dianę instrumentem głosowym smaczków dźwiękowych. To była magia przez duże „M”, gdyż opierała się nie tylko na znakomitym odtworzeniu tej przecież intymnie brzmiącej wokalizy, ale także zapewnieniu podczas jej projekcji w moim pokoju najdrobniejszych niuansów związanych z tembrem głosu oraz mimiki twarzy artystki, brzmieniem będących w obsadzie koncertu instrumentów i otoczenia w jakim to wydarzenie było realizowane. Dla mnie była to przysłowiowa kropka nad „i” w rozumieniu decyzji nieoddawania po teście tej wkładki do dystrybutora.

Komu zarekomendowałbym tytułową wkładkę? Jak wynika z powyższego opisu, wszystkim oczekującym dobrze rozumianego analogowego piękna. Z jednej strony odpowiedniej agresji w projekcji skrajów pasma wzbogaconych o witalną średnicę, a z drugiej dzięki rozdzielczości, a nie rozjaśnieniu zjawiskowo czystego, a przez to pozbawionego odczucia oddzielania słuchacza od wirtualnej sceny nutą mgiełki, podania słuchanej muzyki. To dwie najważniejsze cechy tego rylca, które w takiej jakości próżno w komplecie szukać w innych konstrukcjach nawet na tym samym poziomie cenowym u konkurencji. Naginam fakty jako usprawiedliwienie swojego jednak kosztownego wyboru? Bynajmniej, gdyż każdy, ale to każdy model cartridge’a – nawet z tych najdroższych – ma nieco inaczej zdefiniowany kod DNA, a ten jak wiemy jest nie do podrobienia. Owszem, może być bliski opisanemu w powyższym teście My Sonic Lam Signature Diamond, ale jak to zwykle bywa, diabeł będzie tkwił w szczegółach. Szczegółach, które w tym przypadku na tyle idealnie trafiały w moje oczekiwania, że nie widziałem sensu dalszych poszukiwań. To był klasyczny szach-mat.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: RCM
Producent: My Sonic Lab
Cena: 51 900 PLN

Specyfikacja
Korpus: Tytanowy
Wspornik: diamentowa rurka o stożkowym profilu
Igła: Semi-line contact (3μm x 30μm)
Cewki/rdzeń: Magnes: neodymowy #50 ze specjalnym rdzeniem z czystej miedzi (SH-μX)
Piny: polerowane rodowane
Waga: 13g
Napięcie wyjściowe: 0.5mV @ 1kHz
Impedancja wewnętrzna: 1.4 Ω (DCR)
Pasmo przenoszenia: 10 ~ 50kHz
Zrównoważenie kanałów: < 0.5dB (1kHz)
Separacja kanałów: > 30dB (1kHz)
Dokładność śledzenia: @315Hz przy 2g sile nacisku
Podatność dynamiczna: 10 μm / mN
Rekomendowane obciążenie: > 100 Ω
Rekomendowana siła nacisku: 1.9 ~ 2.2g