Monthly Archives: wrzesień 2016


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

W dobie powszechnej globalizacji, dewaluacji dotychczasowych wzorców i rozmieniania się prawdziwych legend High-Endu na drobne, jak grzyby po deszczu pojawiają się dotąd nieznane, ale nader śmiało sobie poczynające małe manufaktury. Nieznosząca próżni przyroda wypełnia w ten sposób luki powstałe po skomercjalizowaniu się, niestety w pejoratywnym tego słowa znaczeniu, dotychczasowych władców audiofilskich dusz. Nauczeni życiem i oczekujący najwyższej, ręcznej roboty odbiorcy z niesmakiem odwracają wzrok od coraz bardziej ordynarnej masówki i w poszukiwaniu upragnionej nirwany sięgają po wyroby niszowe, mające duszę i przywracające wiarę w prawdziwe rzemiosło. I właśnie taką niszę postanowił zagospodarować Davide Oliveri ze słonecznej Italii oferując światu wyroby DoAcoustics. Biorąc pod uwagę kraj pochodzenia, tradycje wzornicze i generalnie poczucie dobrego smaku, od kuchni poczynając a na wzornictwie przemysłowym skończywszy, trudno się dziwić, że patrząc na ofertę ww. marki trudno nie uznać jej za wielce … może nie tyle intrygującą co po prostu ładną. Ba, większość z modeli to filigranowe, lifestyle’owo – designerskie słupki i kostki na widok których większość z reguły naburmuszonych projektantów wnętrz promienieje a z trudem znoszące nasze hobby małżonki z aprobatą kiwają głowami. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy wśród nich nie dopatrzyli się jednak czegoś pełnokrwiście, rasowo hi-fi’owego. O czym mowa? Oczywiście o flagowym modelu 202, na recenzję którego niniejszym serdecznie zapraszamy a przy okazji pragniemy nadmienić, iż obiekt niniejszej epistoły został osobiście dostarczony przez polskiego dystrybutora DoAcoustics – stołeczną Barierę Dźwięku.

Jak zapewnia, zarówno na swojej stronie, jak i w materiałach promocyjnych producent, tytułowe 202-ki łączą w sobie elegancję i … jakość, co jak zdążyła nauczyć nas praktyka nie zawsze idzie w parze. Co ciekawe powyższe deklaracje widać już przy pierwszym kontakcie, gdyż kolumny przychodzą w solidnych drewnianych skrzyniach, których drogocenna zawartość jest nie tylko nieźle zabezpieczona przed trudami podróży, ale i dostosowana do w miarę, biorąc pod uwagę ciężar, komfortowego wyjęcia. DoA są bowiem wyposażone w mocne tekstylne opaski, z których pomocą bez najmniejszych problemów wyciąga się je z dedykowanych „trumienek”. I tylko jedna uwaga natury funkcjonalnej – czynność tę powinny wykonywać dwie osoby. Mamy zatem pierwszy plus za pomysłowość i ergonomię a to przecież dopiero początek. Dalej jest równie dobrze, żeby nie powiedzieć lepiej. Obudowy wykonano z przepięknego drewna bambusowego przełamując jego natywną „organiczną” naturalność płatami satynowego aluminium na obu podstawach i tuż pod sekcją średnio-wysokotonową. Szczerze powiem, że taka stylistyka naprawdę się broni i trudno byłoby mi znaleźć osobę, która nie byłaby nią oczarowana. Z jednej strony mamy klasyczne drewno w tropikalnym wydaniu a z drugiej industrialne aluminium plus intrygujące, stanowiące niewątpliwy element dekoracyjny śruby mocujące górną płytę. Pewnej dozy tajemniczości dodają też szczelnie zakrywające przetworniki czarne maskownice. Z materiałów dołączonych do dzisiejszych bohaterek dowiedzieć się jedynie możemy, iż górę pasma obsługuje wstęga a średnicę i bas nieznanego pochodzenia drajwery z magnezowymi membranami i miedzianymi korektorami fazy. Jeśli chodzi o parametry elektryczne, to mamy do czynienia z układem trójdrożnym o skuteczności 90 db i 4 Ω nominalnej impedancji pracującym pod kontrolą zwrotnicy pierwszego i drugiego rzędu. Sekcję niskotonową wspomaga umieszczony na froncie bas refleks. Ściana tylna również jest ostoją spokoju, gdyż oprócz eleganckiej, kruczoczarnej tabliczki znamionowej i pojedynczych, rodowanych terminali głośnikowych nie znajdziemy tam nic, co mogłoby przykuć naszą uwagę. W komplecie znajdują się oczywiście kolce.
Wraz z kolumnami otrzymaliśmy również firmowe okablowanie wykonane w formie estetycznych miedzianych taśm o przekroju 1mm/40mm zakończonych masywnymi, rozporowymi banankami. Na upartego da się je poprowadzić pod dywanem, bądź niemalże ułożyć na listwach (pod pewnie też, ale nie próbowałem) przypodłogowych, więc jest okazja do kolejnego plusa u płci pięknej.

Po opisie walorów wizualnych najwyższy czas zająć się brzmieniem. Powiem szczerze, że niespecjalnie przepadam za bas-refleksami dmuchającymi mi w twarz, choć tym razem ewentualne powiewy oscylowałyby w okolicach moich kolan, ale pomimo dość intensywnego pastwienia się nad 202-kami ani razu nie udało mi się przyłapać ich na zbyt intensywnym wspomaganiu się frontową dziurą. Ot wylot bas refleksu sobie był, ale słychać go nie było. I dobrze, bo tak powinno być zawsze. Całe szczęście przy całej swej niechęci do hiperwentylacji DoA wcale na brak najniższych tonów nie cierpiały. Wręcz przeciwnie. Basu było zadziwiająco dużo jak na tak zgrabne podłogówki a w dodatku podany został w świetnej jakości. Nie dość, że nic nie dudniło i nie zlewało się w bezkształtną masę, to w dodatku zarówno samo zejście, jak i atak budziły w pełni zasłużony respekt. Nawet katowane syntetycznym i dość mało cywilizowanym repertuarem w stylu „The Fat Of The Land” The Prodigy nie wykazywały najmniejszych chęci do kapitulacji nad wyraz żwawo masując trzewia słuchaczy i powodując rytmiczne dzwonienie rodowych „skorup” w kredensie. Wszystko było grane w punkt a i same krawędzie źródeł pozornych dalekie były od „włoskiego rozmarzenia”, czy impresjonistycznego rozmycia. Ot świetnie zachowana równowaga między konturowością, zróżnicowaniem i nasyceniem. Tak, tak drodzy Państwo – bas również potrafi być mięsisty i soczysty, ale problem w tym, że niezbyt często można to usłyszeć. Jeśli jednak chciałoby się Wam poświęcić temu zagadnieniu dłuższą chwilkę, to posłuchajcie na spokojnie najniższych składowych zarejestrowanych np. na „Misa Criolla” Ramireza, albo jeszcze lepiej na „TaTaKu Best of Kodo II 1994-1999” Kodo. Równie smakowitą dawkę informacji otrzymacie z wiolonczeli, czy kontrabasu, tylko w tym przypadku lepiej sięgnąć po coś wyjątkowego, coś w stylu „Moonlight Serenade” Raya Browna i Laurindo Almeidy. Ileż tam się dzieje!
Przechodząc do średnicy nie sposób nie zauważyć jej organicznej, nie, nie gładkości lecz naturalności, która przecież nie zawsze jest wyglancowana jak oficerki Kampanii Reprezentacyjnej WP na defiladę. I tak też jest właśnie w tym przypadku. Damskie wokale mają w sobie coś z faktury skórki brzoskwini – z jednej strony są milutkie, ale da się je też wziąć pod włos i uzyskać nieco prawdziwej szorstkości. Zyskuje na tym różnicowanie nagrań, gdyż z jednej strony mamy lepką, karmelową słodycz Queen Latifah z „The Dana Owens Album” a z drugiej zionącą siarką i przerażającym growlem Angelę Gossow (Arch Enemy) na „Rise of the Tyrant”. Niby i to i to płeć piękna udzielająca się wokalnie, ale różnica trzeba przyznać porażająca.
Najwyższe składowe to kolejny popis umiejętności inżynierskich Davide’a Oliveri’ego. Otrzymujemy bowiemzarówno ponadprzeciętną rozdzielczość, jak i całkowity brak ofensywności. Nie jest to co prawda aż tak „napowietrzona” prezentacja jak z zaaplikowanych w moich Gauderach AMT, ale jak na klasyczną wstęgę, to efekt i tak jest wyśmienity. Trąbka Milesa na „Sketches Of Spain” brzmiała krystalicznie czysto, momentami wręcz wchodziła w korę mózgową niczym lancet, ale nie raniła, nie powodowała uczucia zmęczenia i nie sprawiała, że po godzinie, czy dwóch miało się dość słuchania. O nie. 202-ki bowiem czarowały nie tylko szatą wzorniczą, lecz i brzmieniem, przy czym od brzmienia uzależniały i sprawiały, że to, co miało zostać zrobione „na już” zostawało przesunięte na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Patrząc na tytułowe kolumny nie sposób oprzeć się wrażeniu, że choć mamy do czynienia z zestawami trójdrożnymi, to ich twórcy udało się niebezpiecznie zbliżyć do wzorca – do źródła punktowego. Z czego to wnioskuję? Z odsłuchów oczywiście, gdyż podczas blisko dwutygodniowych testów ani razu nie udało mi się przyłapać 202-ek na nawet najbardziej nieśmiałych próbach szatkowania pasma, czy pokazywania punktów, w których jeden drajwer przekazywał pałeczkę kolejnemu. Tutaj wszystko zostało idealnie zespolone, spasowane, uszyte na miarę. Jak u starego, dobrego krawca. Po prostu włoska robota i to w najlepszym wydaniu.

Generalnie rzecz biorąc trudno zarzucić DoAcoustics 202 jakiekolwiek wady. Nie dość, że są dopracowane pod względem designu, jak i wykonania, to i oferowane przez nie brzmienie nie tylko dorównuje, ale wręcz przewyższa wspomniane walory wizualne. Co prawda tę jakość producent wycenił na blisko 42 tysiące PLN, ale bądźmy ze sobą całkowicie szczerzy. Obiekt niniejszej recenzji wykazuje wszelakie cechy dobra luksusowego a za luksus drodzy Państwo się płaci. Tym razem jednak zamiast płacić za firmowy znaczek i niewiele ponad płacimy za rzeczywistą jakość. Jeśli nie dostrzegają Państwo różnicy proszę posłuchać podobnie wycenionej „legendarnej” konkurencji i porównać z DoAcoustics 202.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Audion Premier MM
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz: Chord CPA 3000
– Końcówka mocy: Chord SPM 1200 MKII
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF
(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Ostatnimi czasy pośród producentów zespołów głośnikowych daje się zaobserwować coraz śmielszą tendencję odejścia od wykorzystania samego drewna i jego pochodnych w budowie będących ostoją dla implementowanych przetworników skrzynek. Na chwilę obecną nie jest to jeszcze proces lawinowy, ale rynek producencki wyraźnie daje do zrozumienia, że szuka alternatywy dla poczciwych potomków naszego dobra narodowego, jakim jest dąb „Bartek”. I myliłby się ten, kto sądziłby, że dyktują to względy ekologiczne, gdyż najzwyczajniej w świcie sprawa rozbija się o wartości soniczne użytych do konstrukcji obudów dla głośników materiałów. Co więcej, tą drogą zaczynają iść konstruktorzy, którzy niejako z rozdzielnika historii mają w genach maestrię wytwarzania produktów z budulca dostarczonego przez naturę – najlepiej litego drewna. Mowa oczywiście o mieszkańcach Półwyspu Apenińskiego, czyli Włochach, o wytworze których dzisiaj będziemy deliberować. Tutaj małe zaskoczenie, gdyż bohaterem naszego spotkania będzie nowość na naszym rynku w postaci pochodzącej nie skąd inąd tylko właśnie z Italii marka DO ACOUSTICS, która w swoim portfolio posiada głównie zespoły głośnikowe, ale nie zapomina również o wspieraniu ich wartości dźwiękowych firmowym okablowaniem. Miło mi zatem poinformować, że moja opowieść krążyć będzie wokół zestawu głośnikowego 202  i pochodzących spod prezentowanej dzisiaj włoskiej bandery przewodów kolumnowych. Naturalną koleją rzeczy jest fakt dostarczenia wspomnianych komponentów przez dystrybutora, czyli warszawską Barierę Dźwięku.

Będące zaczynem do naszego spotkania kolumny są wykonanym z drzewa bambusowego smukłymi, przekraczającymi metr wysokości, stosunkowo wąskimi słupkami, co jak znakomicie wiemy, prawie zawsze ułatwia ich znikanie z pokoju odsłuchowego, a przy tym pozwala wykreować fantastyczną wirtualną, wieloplanową  scenę muzyczną. O tym czy ten pewnego aksjomat się udał, z pewnością zda relację poniższy test. Rzeczona konstrukcja jest projektem trójdrożnym wspomaganym portem bass-reflex, gdzie sekcja wysoko-średniotonowa od basowej oddzielona jest aluminiową przekładką. Ale to nie jest jedyne miejsce wkomponowania tego metalu w opisywane kolumny, gdyż podobny element znajdziemy jeszcze na ich dachu i jako nieco większą niż ich poziomy obrys umożliwiającą wkręcenie kolców podstawę. Słowem, maestria łącząca wizualny z sonicznym smak drewna i podobno mającego sporo pozytywnych oddziaływań na dźwięk aluminium. Dodatkowego sznytu wizualnego opisywanemu produktowi dodaje zastosowanie licujących ze średnicą głośników czarnych maskownic i ramek otworów wzmacniających niskie tony. Gdy spojrzymy na tył opisywanych bohaterek, okaże się, że bez oznak szaleństwa designerskiego proponują nam jedynie tabliczkę znamionową z pojedynczym terminalem przyłączeniowym. Kończąc akapit wizualizacyjny wspomnę jeszcze o dostarczonych w komplecie firmowym drutach. Jak widać na zdjęciach, mamy do czynienia z szerokimi, miedzianymi taśmami, które w celach łapania potencjalnego klienta za oko zatopiono w przezroczysty izolator, na którym nadrukowano nazwę marki i oznaczenie poszczególnych żył (+,-). Puenta? Marka Do Acoustic bez względu na jakikolwiek wytwarzany produkt konsekwentnie kroczy drogą postrzegania organoleptycznego. A co z dźwiękiem?

Tutaj prawdopodobnie się zdziwicie, ale mimo faktu zastosowania przecież maleńkich rozmiarowo w porównaniu do tego co posiadają ISIS-y  przetworników energia basu była bardzo dobra. Może nie był to równoważny wolumenowo i rysunkowo przekaz, ale w tak dużej kubaturze mojego pomieszczenia niejedna posiadająca zdecydowanie większe drajwery konstrukcja wychodziła na tarczy. A tutaj mała, ale w pozytywnym znaczeniu niespodzianka. Co więcej, środek tej układanki głośników również pałał radością w przekazywaniu kolorów odtwarzanych przez nie dźwięków. I gdy do tego dodamy co prawda oparte o wstęgę, ale bez maniery krzykliwości górne rejestry, okaże się, że mamy bardzo spójne barwowo, otwarte i dobrze osadzone w masie granie. Owszem, aby to uzyskać w 35 metrach kwadratowych, musiałem nieco podkręcić gałkę głośności, ale nie oszukujmy się, na tle moich Austriaków są to jednak słupki, które w wartościach bezwzględnych wypadają bardzo dobrze. Pochylając się nad wartościami sonicznymi 202-jek rozpocznę od elektroniki spod znaku Depeche Mode i ich krążka „Exciter”. To co prawda jest sztucznie generowana muzyka, ale miałem zamiar sprawdzić, czy owe radzenie sobie z rozmiarami mojej samotni przy naprawdę mocnym odkręceniu gałki nie zacznie zdradzać zadyszki. I powiem Wam, że do poziomu strawności ilości decybeli przez moje narządy słuchu nic niepokojącego nie zanotowałem. Owszem, z pewnością znalazłbym materiał i odpowiednią głośność do położenia tego testu, ale to nie jest walka o zabicie pacjenta, tylko pokazanie jego dobrych i słabych stron. Ale wracając do twórczości DM, trzeba przyznać, że obfitość basu na płycie znakomicie ułatwiała kolumnom brylowanie w tym aspekcie, a przetworzony wokal również nie zdradzał braków w przyjemności odbioru – tak prawdę mówiąc ze względu na z premedytacją wymuszoną sztuczność nie miał nawet podstaw. Jedynie obsługiwane przez wstęgę górne pasmo miało swoje nieco zbyt duże jak na moje standardy pięć minut. Nie była to rzeź rodem z filmu „Gladiator”, ale tutaj wyraźnie dało się usłyszeć użyty w tyk kolumnach driver, za który notabene wielu z Was prawdopodobnie 202-ki pokocha. Kolejnym krążkiem była płyta Michela Godarda Monteverdi „A Trace Of Grace”. I gdy podczas spotkania z tym materiałem dostałem świetnie poukładaną  z czytelną lokalizacją źródeł pozornych kościelną scenę, troszkę brakowało mi masy gitary basowej. Krawędzie były w porządku, ale jej wypełnienie nieco odstawało od codziennego wzorca. Dodatkowym delikatnie szukającym dziury w całym bez decydowania czy było dobrze czy źle aspektem tego odtworzenia było zbyt dosłowne pokazanie tej sesji nagraniowej. Dlaczego nie chcę rozstrzygać tego tematu? Niestety, każdy z nas nieco inaczej postrzega dane wydarzenie i gdy dla jednego byt delikatnie zaciemniającej przekaz i wprowadzającej szum w tle aury kościoła – nie mówię tutaj o utracie rozdzielczości, tylko sposobu strojenie środka z górą pasma – jest wyznacznikiem realizmu, dla innego, przedkładającego żyletki w eterze czasem fundowane przez wstęgi doświetlenie góry jest zdecydowanie bardziej akceptowalne. Jednak z mojej perspektywy było zbyt dosadnie. Na koniec zmagań testowych w napędzie CD-ka wylądował artysta ukrywający się pod pseudonimem MOJAVE 3 z płytą „Excuses For Tarvellers”. Wnioski? Bardzo spójne granie. Żaden ze wspomnianych przed momentem mankamentów nie miał nic do powiedzenia. To był fajnie wyartykułowane zdarzenie muzyczne z jego wszystkimi zaletami czy to w dziedzinie rozpoczynających większość utworów krótkich gitarowo-wokalnych solówek, czy ich pełnego współgrania z wchodzącego w dalszej części każdego z kawałków zespołu. Rzekłbym nawet, że delikatne przerysowanie w domenie ostrości – przyznaje, lekko naciągam fakty – w tym wypadku było zjawiskiem In plus. Owszem, nosiło znamiona majstrowania w przekazie, ale był to tylko nawet dla mnie dobrze wypadający sznyt grania, a nie szkoda jako taka. I to wszystko z takich wąskich cherlaków. Kto by pomyślał. Świat schodzi chyba na psy, ups. idzie ku dobremu.

Rozpakowanie testowanych kolumn z miejsca fundowało mi wiele niewiadomych. Tak były piękne, ale jednak nieco za małe do mojego pomieszczenia. Tymczasem w trakcie testu okazało się, że gdy tylko wyzerowałem w pamięci codzienny wzorzec z jego produkującym przez 15 calowy basowiec wolumenem, spokojnie mogłem odnaleźć się w tym, co bardzo ciekawie proponowały produkty z Włoch. Co więcej, zastosowane przetworniki niosąc swój sznyt nie forsowały ogólnego przekazu na swoja modłę, pokazując jedynie pazurki w bardzo wyspecjalizowanym repertuarze. A to jest już nie lada sztuką. Próbując określić docelowego klienta powiedziałbym, że nie ma jakiś szczególnych obwarowań. Ważne, żeby tolerował będącą wartością nadrzędną kolumn otwartość dźwięku. Oczywiście radziłbym nie przesadzać ze wstawianiem ich do zbyt wielkich pomieszczeń. Owszem obronią się, ale mogą nie pokazać do końca, na co je stać, a chyba wyciąganie maksimum możliwości z danego produktu jest jednym z celów zabawy w audiofila.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Bariera Dźwięku / Sklep
Ceny:
DoA 202: 41 999 PLN
DoA Flat Cable 2x3m: 1 200 PLN

Dane techniczne:
Konstrukcja: Trójdrożna, wentylowana – bas refleks
Zwrotnica: 1 i 2 rzędu
Pasmo przenoszenia: 30 Hz – 20 kHz (+/- 3 db)
Skuteczność: 90 db
Impedancja nominalna: 4 Ω
Wymiary (W x S x G): 108 × 20 × 34 cm
Waga: 35 kg (szt.)
Rekomendowana moc wzmacniacza: 25 – 250 W

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

W związku ze zmianą polskiej dystrybucji, która przeszła właśnie pod skrzydła Audio Klanu i wraz z pojawieniem się w wybranych salonach pierwszych egzemplarzy odświeżonych wersji legendarnych amerykańskich kolumn do Warszawy zawitał również sam Peter Mackay – wiceprezes ds. sprzedaży i marketingu  Magico. Kiedy zatem otrzymałem propozycję ucięcia sobie z tym „drugim po Bogu” człowiekiem w Magico krótkiej pogawędki nie zwlekałem ani chwili i zarezerwowałem sobie poprzedzające oficjalne otwarcie przearanżowanego salonu Top Hi-Fi na Gen. Andersa 12 wtorkowe popołudnie. Nie będę ukrywał, że tego typu okazje z reguły zdarzają się podczas wszelakiej maści targów i wystaw, co niestety wiąże się z chronicznym brakiem czasu, wszechobecnym pośpiechem i niestety dość kurtuazyjnymi regułkami powtarzanymi rozmówców. Tym razem jednak było inaczej. Brak presji czasu, aromatyczna kawa i praktycznie zerowy szum tła (spora w tym zasługa nowej adaptacji akustycznej) sprawiły, że można było na spokojnie porozmawiać a oczywistą wartością dodaną była muzyka leniwie sącząca się z przepięknych S5 MK II podłączonych pod dzieloną amplifikację Passa i odtwarzacz Krella.
Zanim jednak zacznę oficjalne “przesłuchanie” wspomnę tylko, że przez blisko godzinę miałem przyjemność obserwować Petera przy pracy, czyli przy przeprowadzanej z iście aptekarską dokładnością konfiguracji całego systemu z doginaniem kolumn, żonglerką kablami i całą, jakże przez nas ubóstwianą otoczką audiofilskiego misterium. I nie ma że boli, najwidoczniej Peter wyszedł z założenia, że jeśli coś ma być zrobione dobrze, to najlepiej zrobić to samemu a przy okazji pokazać obecnym na szkoleniu przedstawicielom dystrybutora jak najefektywniej zaprezentować potencjał z tych jakby nie patrzeć przyspieszających bicie High-Endowych serc kolumn.

Marcin Olszewski: Peter, przez ponad osiemnaście lat pracowałeś w “rodzinie” Krella a teraz, czyli niemalże od roku zmieniłeś barwy na Magico. Co istotne zmiana dotyczy nie tylko pracodawcy, co tak na prawdę punktu widzenia. Z początku systemu audio przeniosłeś się bowiem na sam jego koniec. Czy w związku z powyższym zmieniłeś również swoją politykę i za błędne konfiguracje obwiniasz elektronikę a nie jak dotychczas kolumny? ;-)

Peter Mackay: Dobre pytanie na przełamanie pierwszych lodów ;-) Prawdę powiedziawszy do tej pory w ten sposób o „zmianie barw” nie myślałem, ale dzięki za sugestię – nigdy nie wiadomo kiedy taka argumentacja może się przydać. A co do samej zmiany, to rzeczywiście jest ona poważna, ale jednocześnie pozwala na mój dalszy rozwój. Nowe wyzwania, nowe cele …

M.O.: Polecam się na przyszłość. I przy okazji, jeszcze jedno, tym razem już ostatnie pytanie dotyczące przeszłości. Z tego co się orientuję niezbyt rozpowszechniona jest wiedza o tym, że Krell posiada w swoim portfolio również dwa modele kolumn – Modulari Primo i Modulari Duo, wykonane z aluminium. A teraz jesteś w Magico. Zbieg okolczności?

P.M.: Dokładnie, to czysty zbieg okoliczności. Kolumny Krella i Magico to dwa, zupełnie inne światy. Wystarczy z resztą na nie popatrzeć.

M.O.: Skupmy się zatem na teraźniejszości. Niezaprzeczalnie Magico jest świetnie rozpoznawalną marką na rynku. Posiada spójną i logicznie przygotowaną ofertę opartą na charakterystycznej, Waszej – firmowej unifikacji. Dwie krótkie serie – Q i S wyraźnie dają do zrozumienia, że wszystko jest pod kontrolą. No może prawie, gdyż na samym szczycie macie serie Limited z „normalnym” M Project i … Ultimate, czyli nie dość, że aktywnym, pięciodrożnym, to jeszcze tubowym monstrum!

P.M.: Tak, w przypadku Utimate’ów mogliśmy zaszaleć i właśnie to zrobiliśmy. Do maksimum wykorzystaliśmy naszą wiedzę, umiejętności i możliwości technologiczne, aby stworzyć coś doskonałego. Potwierdziła to z resztą reakcja rynku – byłeś w na High Edzie w Monachium i sam widziałeś co się działo w sali, gdzie one grały.

M.O.: Powiedz mi zatem, czemu niektóre z rozwiązań zaimplementowanych w Ultimate’ach nie znalazły zastosowania w niższych, mniej „wyczynowych” modelach. Np. czemu jakaś „delikatna wariacja” tubowego tweetra nie jest widoczna w niższych seriach.

P.M.: Projekt Ultimate jest na chwile obecną tak różny od naszej standardowej oferty, że próba implementacji czegokolwiek z niego, potraktowania go jako dawcy organów raczej nie skończyłaby się dobrze. Trudno byłoby zachować przy takim projekcie spójność brzmieniową z konwencjonalnymi przetwornikami.

M.O.: Porozmawiajmy zatem o używanym przez Was aluminium i samych obudowach. Obaj wiemy, że „surowe” – lite drewno ze względu na swoją anizotropowość nie jest idealnym materiałem. MDF i HDF są lepsze, ale też mają swoje wady. Z drugiej strony jest tyle najprzeróżniejszych odmian sklejki i innych materiałów drewnopochodnych, że zawsze można coś wybrać dla siebie.

P.M.: Wybór aluminium przez Magico był w pełni świadomy. Zależało nam na możliwie permanentnym pozbyciu się rezonansów pochodzących z samej obudowy, które zaburzają pracę, wprowadzają pasożytnicze interferencje do dźwięku nawet najlepszych przetworników.

M.O.: Wykorzystywane przez Was aluminium jest w jakiś sposób „specjalne”, czy też możemy uznać, że używacie podobnych materiałów jak Piega czy YG Acoustics?

P.M.: Szczerze powiedziawszy nie śledzę tego, z czego korzysta konkurencja. W Magico używamy możliwie najlepszego aluminium lotniczego i jak na chwilę obecną jesteśmy z jego jakości zadowoleni.

M.O.: No właśnie, wykorzystujecie niezwykle zaawansowane technologie, kosztowne materiały jak grafen, własnej konstrukcji przetworniki a i w zwrotnicach nie stronicie od topowych komponentów. Nie macie księgowych w Magico, a może trzymacie ich gdzieś w odosobnieniu i jedynie informujecie o faktach dokonanych?

P.M.: Bez przesady. Może z boku tak to właśnie wygląda, ale wysoce nierozsądnym z naszej strony byłoby zaprzepaszczać potencjał drzemiący w obudowach montując w nich pośledniej jakości komponenty, bądź nie mieć pełnej kontroli nad ich jakością. Skoro udało nam się stworzyć niemalże całkowicie „martwą” akustycznie obudowę i traktując ją jako punkt wyjścia mogliśmy we własnym zakresie tak zaprojektować pracujące w nich przetworniki, by finalnie uzyskać możliwie liniową charakterystykę. Oczywiście koszty wytworzenia każdej kolumny są jak na rynkowe realia naprawdę poważne, ale uważamy, że efekt końcowy jest tego wart.

M.O.: Do wewnętrznego okablowania używacie przewodów nazwijmy to „dostępnych na sklepowych półkach”, czy jest to coś autorskiego? Jeśli to drugie, to nie korci Was wprowadzenie własnych przewodów głośnikowych?

P.M.: Nie jest żadną tajemnicą, ze Magico  okablowane są miedzianymi przewodami solid-core dostarczanymi nam przez Mundorfa. A co do kabli… doskonale zdajemy sobie sprawę, że każdy z nas i naszych nabywców ma swoje ulubione marki i modele, więc nie widzimy sensu w zmienianiu tych przyzwyczajeń.

M.O.: Ale pewne rzeczy wolicie mieć pod kontrolą i dla tego między innymi Magico wyposażone są w pojedyncze terminale głośnikowe?

P.M.: Dokładnie. W tym przypadku nie ma co kombinować i pozwalać nieświadomie psuć to, nad czym tak ciężko pracowaliśmy. Niestety większość użytkowników widząc podwójne terminale zdecyduje się na dwa gorsze przewody niż jeden lepszy co jednak wbrew pozorom nie jest takie złe w porównaniu do prób „poprawienia” dźwięku dwoma diametralnie różnymi nie tylko brzmieniowo, co przede wszystkim elektrycznie „przebiegami”. Tego typu działaniom po prostu mówimy nie.

M.O.: A jak z kolorystyką? Tutaj też jesteście tak ortodoksyjni, czy jeśli kroś Was „ładnie poprosi” to nie robicie problemów w dopasowaniu kolorystyki zamawianej pary do Aston Martina Waszego przyszłego Klienta?

P.M.: Bez przesady, aż tak, jak to ująłeś „ortodoksyjni” nie jesteśmy. Przykładowo S1 Mk II i S5 Mk II dostępne są w dwóch wykończeniach – strukturalnym M-Cast i satynowym M-Coat. Jedynie model M3 dostępny jest w wykończeniu Carbon Black i nie ma możliwości wyboru innego koloru. Jeśli zaś chodzi o wersje „customowe” to jak najbardziej jesteśmy skłonni pochylić się nad oczekiwaniami naszych Klientów i tak jak słusznie wspomniałeś większość tego typu zleceń pochodzi od posiadaczy wysokiej klasy jedno- i dwuśladów.

M.O.: A jak wyglądają Wasze plany z wiązane z coraz dynamiczniej rozwijającym się segmentem desktop/PC-Audio? Teoretycznie podstawkowe konstrukcje w stylu s1.5 i q1 mogłyby stać się protoplastami aktywnych, bądź nawet bezprzewodowych nowych modeli.

P.M.: Co prawda z zainteresowaniem obserwujemy ten segment rynku, ale uważamy, że nie ma zbytniego sensu rozmieniać się na drobne a przy tym rozbudowywać ofertę o produkty, które z racji swojej ceny nie mają szans znaleźć satysfakcjonujące nas grono odbiorców. Postawmy sprawę jasno – zarówno koszty wytworzenia, jak i sam wkład materiałowy w przypadku nawet małych konstrukcji są na tyle wysokie, że cena dla odbiorcy końcowego musiałaby zostać ustawiona na dość mało akceptowalnym przez zainteresowanych tym obszarem klientów. Dla tego wolimy skupić się na tym co umiemy i robimy najlepiej – na konwencjonalnych konstrukcjach.

M.O.: I tak trzymajcie. Serdecznie dziękuję za rozmowę i do zobaczenia.
P.M.: Do zobaczenia.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Po 27-letniej obecności Contourów na rynku, zwieńczonej bardzo udaną edycją limitowaną, Dynaudio stanęło przed następującym zagadnieniem: czym zastąpić dotychczasowe modele?

Duńczycy zdecydowali się na dość ryzykowny krok, zachowując nazwę serii i projektując wszystkie modele całkowicie od nowa. Zmiany w przypadku monitorów oznaczonych symbolem 20, mniejszych podłogówek 30-ek i większych 60-ek oraz centralnego 25C widoczne są już na pierwszy rzut oka: wszystkie jednostki mają opływowe, zaokrąglone krawędzie i wyposażone są w nowe przetworniki nisko-średniotonowe. Inżynierowie Dynaudio zastosowali membrany z tradycyjnego MSP, jednak całkowicie zmienili ich geometrię oraz zróżnicowali grubość materiału. Napędzają je lekkie aluminiowe cewki o większym wychyleniu. Dzięki takim zabiegom udało się osiągnąć o 70 % większe wychylenie membran, co przekłada się na lepszą stabilność mechaniczną przy dużych obciążeniach i optymalizację kierunkowości promieniowania, a zapewnia łatwiejsze wysterowanie głośnika. Upgrade w basie i środku pasma wymagał także dopełnienia od góry – w każdym z modeli zastosowano topowe tweetery Esotar2.

Seria 20

Seria 30

Seria 60

Wygląda więc na to, że w przypadku nowej serii jedynym łącznikiem z przeszłością jest koncepcja wielowarstwowej obudowy wyposażonej w osobną płytę czołową, do której przykręcono głośniki. Tym razem została ona wykonana z aluminium i precyzyjnie dopasowana do obłości skrzynki.

Nowe Contoury dostępne są w sześciu wersjach kolorystycznych, m. in. w czarnym i białym połysku. Jeśli chodzi o ceny, zapowiada się podwyżka w stosunku do poprzedników, która jednak wydaje się usprawiedliwiona, jeśli weźmiemy pod uwagę skalę wprowadzonych zmian.

Dystrybucja: Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

Polski dystrybutor marki T+A – Hi-Ton Home of Perfection – ma przyjemność poinformować o oficjalnym wprowadzeniu do sprzedaży najnowszych urządzeń z serii E 1000. Nowa linia zastąpi dotychczasową, bardzo ciepło przyjętą na polskim rynku i wielokrotnie nagradzaną serię E. Nowe komponenty stereo są połączeniem charakterystycznej dla marki T+A wysokiej jakości brzmienia i wykonania z nowoczesnymi funkcjami streamingowymi, rozbudowanymi opcjami połączeniowymi i jeszcze bardziej dopracowanymi detalami. Jak zauważył sam producent, melomani i audiofile chcą słuchać muzyki z taką samą łatwością, jak użytkownicy serwisów streamingowych i amatorzy plików, jednak oprócz wygody oczekują też wysokiej jakości brzmienia. Odpowiedzią niemieckiej firmy na to zapotrzebowanie są właśnie urządzenia zdolne do wykorzystania ogromnego potencjału tych mediów w taki sposób, aby mogły one zostać włączone do systemu klasy hi-end. Najnowsza seria E 1000 stanowi doskonały przykład takiego połączenia i jednocześnie dowód na to, że można słuchać muzyki w sposób łatwy i przyjemny, nie rezygnując z dźwięku najwyższej próby.

Podobnie, jak poprzednia seria E, nowa linia E 1000 składa się z trzech dopracowanych w każdym szczególe urządzeń. Pierwszym jest wzmacniacz zintegrowany PA 1000 E, drugim – wszechstronny odtwarzacz cyfrowy MP 1000 E łączący w sobie odtwarzacz płyt kompaktowych, przetwornik cyfrowo-analogowy i streamer z funkcjami łączności bezprzewodowej, natomiast trzeci model to wielofunkcyjny kombajn typu all-in-one R 1000 E w którym połączono funkcje wzmacniacza i źródła cyfrowego. Wszystkie urządzenia otrzymały eleganckie obudowy wykonane w całości z aluminium, włącznie z wymiennymi panelami bocznymi. Podobnie, jak w poprzedniej serii E, konfiguracja kolorystyczna zależy od upodobań użytkownika, a do wyboru są aż cztery wersje – czarna ze srebrnymi boczkami, srebrna z czarnymi boczkami, a także jednolicie czarna lub srebrna. Gdyby po jakimś czasie wygląd urządzenia się komuś znudził, panele można w dość prosty sposób wymienić – operacja na życzenie klienta może być przeprowadzona przez autoryzowanego dealera lub dystrybutora T+A.

Trzonem serii E 1000 jest wzmacniacz zintegrowany PA 1000 E dysponujący potężną mocą i doskonałym brzmieniem. Urządzenie jest spadkobiercą znakomitego modelu Power Plant, którego brzmienie udało się niemieckim inżynierom jeszcze trochę poprawić. Kluczowym elementem z punktu widzenia jakości dźwięku jest tutaj przedwzmacniacz. Celem konstruktorów było uzyskanie idealnej neutralności i wierności muzycznej, a także bardzo dobrych właściwości dynamicznych. Zastosowanie najnowszych wzmacniaczy operacyjnych zamontowanych na oddzielnych obwodach napięcia stabilizowanego (Op Amp Decoupling) gwarantuje idealnie spójne przetwarzanie sygnału niezależnie od obciążenia. Rezultatem jest dźwięk pozbawiony jakichkolwiek podbarwień, zgodny z tym, co zarejestrowano na płycie. Regulację głośności powierzono precyzyjnemu potencjometrowi ALPS-a aby zapewnić wysoki margines przeciążenia i dobry stosunek sygnału do szumu. Na przednim panelu wzmacniacza znajduje się przycisk, który całkowicie usuwa wszelkie regulatory barwy i funkcję loudness ze ścieżki sygnału.

PA 1000 E wyposażony jest w komplet wysokiej jakości wejść symetrycznych i niesymetrycznych. Sekcja zbalansowana zamontowana na własnej płytce drukowanej ma w pełni symetryczną budowę i jest połączona bezpośrednio do przedwzmacniacza za pomocą wzmacniaczy różnicowych wysokiej jakości. Wejścia RCA i XLR mogą zostać przypisane do różnych urządzeń źródłowych. Producent wykorzystał tu audiofilskie złącza aby do minimum ograniczyć wpływ zniekształceń harmonicznych i szumu tła. Sama sekcja wzmacniacza przyjęła firmę przełączanych stopni wyjściowych, w których sygnał wyjściowy generowany jest przez dużą liczbę bardzo krótkich impulsów ujemnych i dodatnich. T+A nie korzysta jednak z żadnych gotowych rozwiązań – tutaj cały układ został opracowany od podstaw przez niemieckich konstruktorów, a jego brzmienie dalekie jest od „gotowych” wzmacniaczy z przełączanym stopniem wyjściowym. PA 1000 E wykorzystuje układ zbudowany w całości z elementów dyskretnych i wyposażony w najnowsze, ultra-szybkie tranzystory MOS-FET oraz inteligentne moduły sterowników o dużej wydajności prądowej. Przewymiarowany zasilacz zbudowano z wykorzystaniem transformatora toroidalnego o niskich stratach i oddzielnych odczepach dla każdej sekcji wzmacniacza, dzięki czemu ogromny zapas energii jest dostępny w każdej chwili.

Idealnym partnerem dla PA 1000 E jest cyfrowy odtwarzacz MP 1000 E. To unikalne urządzenie odzwierciedlające pomysłową filozofię projektowania – łączy w sobie klasyczny odtwarzacz płyt kompaktowych z możliwością odtwarzania formatów plików muzycznych z szerokiej gamy źródeł. To nie komputer – to gracz pierwszej ligi audiofilskiej zawierający dodatkowe funkcje pozwalające na odkrywanie bogatych zasobów cyfrowej muzyki. Inżynierowie T+A specjalnie dla tego modelu opracowali nową płytę główną, która może przyjąć sygnał z pięciu różnych źródeł cyfrowych w doskonałej jakości i bez drgań pochodzących od napędu optycznego. Nowy klient SCL obsługuje sieci LAN i WLAN, a dodatkowo wyposażony jest w interfejsy USB, wysokiej jakości tuner cyfrowy, hi-endowy mechanizm CD, a także wiele dodatkowych wejść cyfrowych, wejście USB dla komputera i moduł Bluetooth z kodekiem aptX.

Wszystkie te cechy pozwalają MP 1000 E uzyskać dostęp do wszystkiego, co dostarcza muzykę – radia internetowego z Airable Internet Radio Service, serwerów UPnP, nośników USB, radia FM, FM-HD i DAB+, płyt kompaktowych, laptopów czy innych źródeł zewnętrznych wyposażonych w gniazda cyfrowe, jak chociażby konsole do gier czy audiofilskie serwery muzyczne. Strumieniowe z urządzeń mobilnych jest również dostępne w doskonałej jakości. Wejście USB jest przeznaczone do przesyłania plików z komputera i celowo zaprojektowane tak, aby dostarczyć brzmienie najwyższej próby. Nowy odtwarzacz T+A jest w stanie przetworzyć dane PCM w jakości do 32 bit/384 kHz i DSD 256. Sercem MP 1000 E jest podwójny przetwornik cyfrowo-analogowy pracujący w układzie Double-Mono Differential DAC połączony z audiofilskimi modułami wyjścia analogowego. Urządzenie posiada zaawansowany układ zegara eliminujący jitter i wszelkie formy zewnętrznej ingerencji w sygnał. Takie połączenie jest odpowiedzialne za niezwykle naturalny, żywy dźwięk. Opcjonalnie źródło może być wyposażone w specjalny moduł przedwzmacniacza dający opcję kontroli głośności na wyjściu, co świetnie sprawdza się w połączeniu z kolumnami aktywnymi. Dzięki aktualizacji oprogramowania, już wkrótce MP 1000 E będzie umożliwiał słuchanie muzyki z serwisów Deezer i Qobuz, natomiast bezstratny streaming z serwisu TIDAL już jest dostępny tak, jak w wyższych modelach z serii R 2000.

Następca modelu Music Receiver – R 1000 E – to urządzenie uniwersalne zawierające w sobie geny PA 1000 E i MP 1000 E. Ten wysokiej klasy jednoczęściowy system muzyczny jest wyposażony w najnowsze technologie i komponenty, dzięki czemu automatycznie plasuje się w ścisłej światowej czołówce jeśli chodzi o urządzenia all-in-one. R 1000 E łączy w sobie klasyczną technologię analogową dla sekcji wzmacniacza z najnowszą cyfrową technologią odtwarzania muzyki ze źródeł wewnętrznych. Jest również wyposażony w dużą liczbę wysokiej jakości wejść analogowych i cyfrowych, co czyni go idealnym centrum nowoczesnego systemu stereo. Do urządzenia można podłączyć niemal wszystko, włącznie z dekoderem telewizyjnym, konsolą lub gramofonem (opcjonalny moduł phono). Podobnie, jak w MP 1000 E, użytkownik może wybrać także strumieniowe przesyłanie muzyki z komputera – nie ma żadnych ograniczeń! Co więcej, R 1000 E przeznaczony dla wszystkich formatów ponieważ jego wysokiej jakości konwerter przetwarza wszystko włącznie z audiofilskim formatem DSD na najwyższym poziomie.

Cechą charakterystyczną R 1000 E jest obecność wysokiej jakości mechanizmu CD, modułu Bluetooth z aptX, tunera cyfrowego, klienta streamingowego czy dodatkowych gniazd dla innych źródeł cyfrowych. Oznacza to po prostu, że R 1000 E może uzyskać dostęp do wszystkiego, co dostarcza muzykę – CD, FM, FM-HD i radia DAB+, a także radia internetowego, serwerów muzycznych pracujących w sieci UPnP, pamięci USB, laptopa, komputera, tabletu czy smartfona z łącznością Bluetooth. Jeśli natomiast chodzi o sekcję wzmacniacza, niemieccy inżynierowie nie musieli szukać daleko. Szybko doszli do wniosku, że stopnie wyjściowe w integrze PA 1000 E są tak dobre, że należy w możliwie wiernej formie przeszczepić je do wielofunkcyjnego kombajnu R 1000 E. Udało się to zrobić tylko z nieznacznym zmniejszeniem mocy wyjściowej. Urządzenie oddaje 180 W na kanał przy 4 omach, co pozwoli mu wysterować większość zestawów głośnikowych dostępnych na rynku. R 1000 E wykorzystuje także klasyczny zasilacz bazujący na dużym transformatorze toroidalnym, który charakteryzuje się bardzo stabilną pracą pod dużym obciążeniem. Gwarantuje to moc, która jest wysoka nie tylko „na papierze”, ale rzeczywiście jest dostępna w każdym momencie podczas odsłuchu. Podobnie, jak MP 1000 E, model R 1000 E obsługuje serwis streamingowy TIDAL, a już niedługo użytkownicy otrzymają dostęp do serwisów Deezer i Qobuz dzięki darmowej aktualizacji oprogramowania.

Nowe urządzenia T+A z serii E 1000 będą dostępne w sprzedaży od października. Wzmacniacz zintegrowany PA 1000 E będzie kosztował 14900 zł. Dodatkowy moduł phono stage’a zamieniający jedno z wejść analogowych na wejście gramofonowe będzie można zamawiać w dwóch wersjach – dla wkładek MM i MC. Moduły PHE-MM i PHE-MC będą dostępne w tej samej cenie wynoszącej 1690 zł. Kartę phono stage’a można zamówić od razu i otrzymać ją już fabrycznie zamontowaną lub później dokupić takie rozszerzenie i przeprowadzić instalację u autoryzowanego dealera lub dystrybutora T+A. Odtwarzacz MP 1000 E będzie kosztował 21900 zł, a opcjonalny moduł regulacji głośności VVM wyceniono na 1490 zł. Cenę amplitunera all-in-one R 1000 E ustalono na 22900 zł. Wszystkie urządzenia T+A objęte są dwuletnim okresem gwarancyjnym.

Dystrybucja: Hi-Ton Home of Perfection

  1. Soundrebels.com
  2. >

Zbiór niezbędnych do rozwiązania problemów technicznych  potocznie zwany zestawem audio opartym o gramofon tak prawdę mówiąc dla potencjalnego zainteresowanego jest jedną wielką podróżą przez pole minowe. Owszem, proste uruchomienie nawet dobrze grającego zestawu, jeśli tylko mamy pojęcie i/lub będziemy posiłkować się wyspecjalizowanymi  w tej domenie podmiotami, jest dość łatwe. Oczywiście nie mówię tutaj o domorosłych artystach przywracających do jako takiego życia wygrzebanych gdzieś z zakamarków aukcji internetowych nadających się jedynie na dawców  części staroci, tylko ludziach, którzy zasmakowali analogu przez duże „A”. Problem zaczyna się, gdy na drodze do nirwany zaszliśmy już na tyle wysoko, że każdy, nawet najdrobniejszy niuans urasta do miana być albo nie być danej konfiguracji. Powiem więcej, niektórym potencjalnym klientom czasem nie chodzi nawet o samo końcowe brzmienie gramofonu, które jest bardzo istotne, ale o sam układ elektryczny obrabiający delikatny sygnał wkładki, czyli przedwzmacniacz. Proszę się nie śmiać, gdyż osobiście znam kilku ortodoksów, którzy już podczas wstępnych założeń przy kompletowaniu swojego seta sprawdzałi, czy dany phonostage jest: tranzystorowy, lampowy czy hybrydowy. Co więcej, znam nawet osobników nie dopuszczających w układzie elektrycznym szkodliwych w ich mniemaniu kondensatorów. To nie jest śmieszne, to jest autentyczny fakt. A dlaczego tak jest? Odpowiedź jest prosta. Każda przywołana topologia układu niesie ze sobą pewien mniejszy lub większy rys brzmieniowy, który  trochę z góry ustawia końcowy wynik soniczny, czasem nie do końca zbieżny z wstępnymi  oczekiwaniami. Na szczęście, jak by nie dywagować, główny podział konstrukcji przedwzmacniaczy gramofonowych zależny jest od mania lub nie mania szklanych baniek w układzie elektrycznym i właśnie przedstawicielem tej drugiej grupy będziemy się dzisiaj zajmować. Lecz, dla podkręcenia atmosfery dodam również, że nasz dzisiejszy bohater podnosząc poprzeczkę wyrafinowania konstrukcji zrezygnował z niosących podobno samo zło kondensatorów w torze sygnałowym na rzecz transformatorów. To niezbyt popularna droga, ale na przestrzeni kilku ostatnich lat będący naszym dzisiejszym punktem zainteresowań phonostage VSP-100 greckiej marki YPSILON dla celów współpracy z wkładką MC wspomagany dedykowanym STEP-UP-em obok przedstawicieli japońskiego Audio Tekne jest już drugą, unikanjącą drogi na skróty konstrukcją, z jaką miałem do czynienia. Jaki efekt dźwiękowy miało takie postawienie sprawy przez Greków? Nie wiem, czy uda mi się w pełni oddać ducha tej prezentacji, ale zapraszam na okraszony kilkoma przykładami płytowymi poniższy test. Kończąc wstępniaka dodam, że tytułowy zestaw gościł w moich progach dzięki uprzejmości znajomego melomana.