Monthly Archives: grudzień 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Z pewnością wiecie, iż testowanie jakiejkolwiek konstrukcji z działu analogowego jest dla mnie czyś wyjątkowym. To naturalnie wynik większej przyjemności obcowania z muzyką odtwarzaną z gramofonu, aniżeli CD tudzież streamera plików. A gdy tak jak w dzisiejszym przypadku mam spotkać się z jakimś ambitnym projektem, moje zadowolenie wzmaga się wykładniczo. Z czym będę się mierzył? Z pochodzącym zza wielkiej wody, bardzo dobrze znanym dosłownie i w przenośni każdemu adeptowi zabawy w analog producentem w głównej mierze urządzeń lampowych – amerykańskim Audio Researchem. A konkretnie? Otóż dzięki staraniom łódzkiego Audiofastu na kilkanaście dni ku mojemu zadowoleniu zawitał Audio Research Reference Phono 3SE.

Kreśląc kilka informacji o budowie naszego bohatera dla wielu potencjalnych użytkowników najważniejszą jest zastosowanie obudowy w kształcie spokojnego wizualnie prostopadłościanu, a nie typowej dla lampowych urządzeń platformy nośnej dla szklanych baniek i innych ważnych podzespołów. To naturalnie ma swoje reperkusje konstrukcyjne, gdyś ukryte wewnątrz ogniska temperatury trzeba jakoś chłodzić. Na szczęście Amerykanie bez problemu sobie z tym poradzili, gdyż zastosowane bańki z wolnymi elektronami nie będąc lampami mocy nie wydzielają jakiejś dramatycznej ilości ciepła, dlatego wystarczyło wykonać boczne ścianki ze znakomicie oddających nadmiar ciepła, poprzecznie użebrowanych aluminiowych radiatorów, a górną pokrywę z gęsto perforowanego transparentnego akrylu. Efekt jest taki, że i urządzenie jest zabezpieczone przed przegraniem i dzięki bezbarwnej górnej połaci ciekawski klient może zajrzeć do środka, aby przekonać się o kunszcie wykonania tytułowego urządzenia. Jeśli chodzi o przedni panel, mamy do czynienia z typowym dla tej marki rozwiązaniem, czyli wielkim płatem szczotkowanego aluminium, w centrum którego zorientowano duże czarne okienko z wykorzystującym odcień zieleni wyświetlaczem, pod nim sześć okrągłych guzików pozwalających dopasować pracę urządzenia do zastosowanej wkładki, a na zewnętrznych flankach pionowo ustawionymi rączkami transportowymi. Po dotarciu do tylnej ścianki widzimy dwa wejścia na osobne wkładki gramofonowe, zacisk masy, gniazdo bezpiecznika, terminal prądowy IEC, wyjścia sygnału na przedwzmacniacz liniowy RCA/XLR, wielopinowe gniazdo konfiguracyjne oraz bananowe gniazdo pozwalające spiąć pełen zestaw AR w uruchamiany jednym guzikiem konglomerat. Miłym dodatkiem jest pilot zdalnego sterowania.

Jak spisał się AR Reference Phono 3SE? Powiem tak. Gdy rozpoczynałem sesję odsłuchową, jedno wiedziałem na pewno. Chodzi o fakt barwnego, wręcz czarującego brzmienia wykorzystującego go w swoim torze systemu. Do tego plastycznego i przyjemnie rozwibrowanego, co z automatu przybliża słuchacza do prawdziwych realiów muzyki. To są stałe składowe projekcji świata muzyki z lampą w torze, dlatego w tym temacie czułem wewnętrzny spokój. Czego za to nie wiedziałem? Po pierwsze, czy nie ma efektu przegrzewania dźwięku, co czasem jest finalnie szkodliwym wynikiem zbytniej pogoni za muzykalnością konstrukcji. A po drugie i chyba nawet ważniejsze dla mnie, jak poradzi sobie z najniższym zakresem. Jakie jest jego zejście, a także jak kreowany jest w kwestii krawędzi i zwarcia serwowanej energii. Właśnie z tych ostatnich, niestety ciężkich do udźwignięcia na poziomie moich oczekiwań powodów na co dzień używam konstrukcji tranzystorowej, dlatego będąc pewnym wszystkiego co dzieje się wyżej, moja największa uwaga od samego początku była skupiona na samym dole. Co zatem w tej materii się wydarzyło? Nie powiem, oczywiście nie był to poziom energii, twardości i ostrości rysunku tranzystora, ale przekaz nie cierpiał na jakiekolwiek braki w materii zapewniającej odpowiednia ilość niskich tonów. Bas może nie brylował ze swoją dosadnością na poziomie mojej dzielonej konstrukcji, ale bez jakiegokolwiek był odpowiednią podstawą do kreowania nawet najbardziej skomplikowanego świata muzyki. Dobrze osadzał w masie i wyrazistości nie tylko pełny w brzmieniu kontrabas raz pokazując jego krągłość, a innym razem ostry rysunek strun, ale także podczas wykorzystywania klawiszy z partii basowych majestatycznie wizualizował dostojnie brzmiący fortepian. I co w tym wszystkim było bardzo istotne, Audio Research może nie określał ich w eterze nader ostrym rysikiem, ale naprawdę wyraźną kreską, co pozwoliło wymagającym pasażom muzycznym bez problemu utrzymać odpowiednią szybkość rozpoczynania i wygaszania każdego ataku impulsu przy zachowaniu świetnej czytelności tego działania.
Chcąc pokazać zalety wpięcia Amerykanina w mój tor jako pierwszy przykład wystąpi nasz wieszcz z dziedziny trąbki Tomasz Stańko w kwartecie z formacją Marcina Wasilewskiego „September Night”. To w zamyśle artystów bardzo nastrojowa muzyka, jednak wbrew pozorom też niełatwa w odtworzeniu. W drugiej części poprzedniego zdania chodzi oczywiście o wymagania od użytego do tego celu sprzętu. Mam tutaj na myśli nie tylko umiejętność zawieszenia nieskazitelnie czystej, trwającej w nieskończoność pojedynczej nuty czy uderzenia zwartą linią melodyczną kontrabasu i fortepianu, ale także czytelne rozplanowanie artystów na scenie oraz wypełnienie przestrzeni pomiędzy kolumnami pełnym emocji, czyli raz delikatnie rozwibrowanym, a innym razem pełnym energii dźwiękiem. Jeśli zestaw to uśredni, a sporo lampowych konstrukcji w pogoni za muzykalnością ponad wszystko ma w tym temacie wiele za uszami, muzyka zabrzmi nudno. Ta wspomniana z założenia jest melancholijna i gdy do tergo dodamy nadmierny spokój odtwarzającego ją systemu, mamy idealny przepis na porażkę. Na szczęście nie z Jankesami takie numery, gdyż jak wspominałem, posmak lampy owszem był wyczuwalny, jednak tylko jako pewnego rodzaju przyprawa soniczna, a nie cel nadrzędny. Dlatego z głośników popłynęła feeria niespiesznych, jednak dobrze akcentowanych zmian tempa, jaskrawości i zróżnicowania energii prezentacji poszczególnych instrumentów, dzięki czemu z wielką przyjemnością przypomniałem sobie ten od sporego czasu zapomniany przez mnie czarny krążek w całości. Było tak jak lubię, czyli lotnie, swobodnie, barwnie i namacalnie. Mniej agresywnie od codziennego wzorca, ale bez jakiegokolwiek uszczerbku na przyjemności odbioru.
Z innej beczki na tapecie wylądował najnowszy krążek Deep Purple „=1”. Dla wielu z moich znajomych to już nie są starzy dobrzy Purple, ale ja osobiście cały czas im kibicuję i na przekór utyskiwaniom kolegów niedawno postawiłem sobie tę produkcję na półce. A niedawno, gdyż od momentu wylądowania na liście jakiś rok temu miałem jeszcze kilka fajnych pozycji do nabycia. Jak odebrałem ich brzmienie z użyciem tytułowego phono? Nie wypadli nazbyt rachitycznie? Przecież to mocne granie, a lampa jest raczej łagodna. Otóż powiem szczerze, że zestaw dał radę. Może nie było to idealnie agresywne granie, gdyż szklana bańka nie pozwala na zbytnie brutalizowanie muzyki, ale idąc tropem dobrego rysunku tej pozycji płytowej uderzenia pełnego składu dawały w pełni wystarczający impuls energii, a pojedyncze występy instrumentów mimo unikania ostrego ich krawędziowania były znakomicie czytelne i fajnie osadzone w eterze. I to nie tylko w domenie szerokości i głębokości, ale także wysokości, co właśnie dobra lampa ma w zwyczaju świetnie robić. Dzięki takiemu obrotowi sprawy występ był może nieco ugładzony, ale zapewniam, także daleki efektu mordowania zapisanego w genach muzyków wewnętrznego buntu. A najciekawsze w tym wszystkim było to, że wielu z Was słuchając tego rodzaju twórczości niezbyt często być może będzie wolało taki, czyli nieco bardziej przyjemny w odbiorze, ale nadal ekspresyjny sposób na rockowe szaleństwo. Ktoś może nie przepadać za ogłuszaniem się w teorii bolesną dla uszu hard-rockową kakofonią, jednak czasem lubi sobie kolokwialnie mówiąc dać w ucho, wówczas lampowa wersja rockowego szaleństwa jest do tego idealną propozycją. Ja co prawda na co dzień wolę krzyk w pełnej krasie, ale nie powiem, to co zaoferował mi AR było fajne, bo nadal pełne energetycznych zaskoczeń.

Gdzie ulokowałbym naszego bohatera? Myślę, że nie jestem w stanie wymienić żadnych przeciwwskazań. Powód jest banalny i rozbija się o poszukiwanie przeze mnie w dobrym znaczeniu słowa wyczynowości podania muzyki – dlatego mam duże kolumny oraz ostro rysujący świat muzyki system, co z autopsji wiem, wielu znajomym analogowym melomanom nie za bardzo odpowiada, na co przy ocenianiu tego rodzaju zabawek zawsze biorę poprawkę. Patrząc zatem na zastaną sytuację przez pryzmat mojego osobistego widzimisię tytułowy phonostage nie ma najmniejszego problemu z dolnym pasmem, co opisałem choćby na przykładzie produkcji jazzowej. A, że nie gra jak wyrazisty, dla niektórych „kwadratowy” tranzystor, to już jest pochodna założeń konstrukcyjnych z lampami w tle, które dla wielu są właśnie pierwszym podstawowym warunkiem w zabawie w słuchanie muzyki z gramofonu. I gdy do tego dorzucimy nieosiągalne dla „krzemowych wynalazków” zalety spod znaku eteryczności, barwy i rozwibrowania dźwięku, Audio Research Reference Phono 3 SE wydaje się być jeśli nie pewniakiem, to przynajmniej jednym z pierwszych konstrukcji na krótkiej liście do odsłuchu. Naprawdę warty jest każdej poświęconej mu minuty.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

Tak jak w większości dziedzin naszego życia, a więc poniekąd przy przejawach ludzkiej kreatywności, również i w analogu można zaobserwować dwa dążące do tego samego celu, lecz niejako równoległymi ścieżkami, nie tyle modele biznesowe, co podejścia do tematu. W pierwszym dążenie do nomen omen słusznej ze wszech miar perfekcji idzie w parze z wręcz onieśmielającą komplikacją, która dopiero raczkujące w analogu jednostki może wprawić co najmniej w lekką konsternację. Weźmy pod lupę chociażby tak prozaiczne urządzenia jak przedwzmacniacze gramofonowe. Począwszy od oferującego precyzyjną equalizację FM Acoustics FM 223, poprzez wymagającego rozkręcania przy każdorazowej zmianie parametrów pracy Octave Phono Module a skończywszy na przypominającym wojskową radiostację z czasów zimnej wojny THÖRESS-ie Parametric Phono Equalizer potencjalny użytkownik już na starcie dostaje jasny sygnał, że to nie jest zabawa dla „niedzielnych kierowców”. Z kolei na drugim, równoległym torze mamy zdolnego nie tylko obsłużyć pięć (!) źródeł, lecz również większość (jeśli nie wszystkie) kiedykolwiek wprowadzone na rynek krzywe korekcji i to z pomocą pojedynczej gałki i wygodnego ekranu Gold Note’a PH-1000, wyposażonego w pilota oraz intuicyjny, wyświetlany na ekranie interfejs RCM Big Phono, czy zupełnie bezobsługową – automatycznie dopasowującą optymalne parametry pracy całą rodzinę Phasemation. Krótko mówiąc każdemu według potrzeb. Niemniej jednak, osobiście należąc do jednostek ceniących sobie tak wygodę, jak i ergonomię obsługi zazwyczaj bardziej przychylnym okiem patrzyłem na konstrukcje reprezentujące drugą z ww. frakcji, gdyż jeśli już zabierałem się za ekshumację posiadanego toru analogowego, to zamiast ślęczeć nad mikro-przełącznikami i habilitować się z niezbyt intuicyjnych nastaw zdecydowanie bardziej wolałem po prostu odkurzyć dawno nieużywaną winylową płytotekę i posłuchać muzyki. Dlatego też z nieukrywaną satysfakcją przyjąłem propozycję łódzkiego Audiofastu, by wziąć na redakcyjny tapet właśnie przynależny faworyzowanej przeze mnie frakcji przedwzmacniacz gramofonowy Audio Research Reference Phono 3SE.

Jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku Audio Research Reference Phono 3SE jest przedstawicielem obozu stawiającego na wygodę i intuicyjność obsługi swoich wyrobów. Ponadto z racji firmowej unifikacji nie wyprze się nie tylko więzów krwi z phonostagem PH9, lecz również … przetwornikiem cyfrowo-analogowym DAC 9. Lwią część wykonanego z płata szczotkowanego aluminium frontu zajmuje tafla czernionego akrylu pod którą ukryto wielowierszowy zielony wyświetlacz a w dolną część wkomponowano sześć, również aluminiowych przycisków umożliwiających nie tylko wybudzenie/uśpienie urządzenie, wybór źródła, czy wyciszenie, lecz również nawigację po menu w celu dokonania stosownych nastaw typu wybór krzywej korekcji, jaskrawości iluminacji, wartości wzmocnienia, czy też weryfikacja „przebiegu” lamp. Profesjonalnego sznytu nadają całości masywne uchwyty, które biorąc pod uwagę całkiem akceptowalną 16,6kg wagę urządzenia pełnią rolę wybitnie dekoracyjną. Podobnie z resztą jak akrylowa, gęsto perforowana płyta górna pozwalająca na pełen wgląd w trzewia naszego gościa. Widok ściany tylnej może nie jest tak intrygujący jak pyszniących się na zielonym laminacie układów elektronicznych (o których dosłownie za chwilę), ale raczej u nikogo nie powinien wywołać niedosytu. Do dyspozycji mamy bowiem dwie pary wejść RCA z pojedynczym zaciskiem uziemienia oraz wyjścia liniowe i to zarówno w standardzie RCA, jak i XLR. Miłym dodatkiem jest wejście na zewnętrzny czujnik IR oraz port RS232 umożliwiający systemowa integrację. Co ciekawe zlokalizowane w sąsiedztwie komory bezpiecznika gniazdo zasilające jest w standardzie … 16A IEC C20, co przy deklarowanym poborze mocy na poziomie 130W wydaje się zupełnie niepotrzebną komplikacją i przerostem formy nad treścią. Warto ów fakt mieć na uwadze i decydując się na zakup 3-ki zapobiegliwie zabezpieczyć stosowny przewód, bądź zmienić wtyk w swoim dyżurnym – do phonostage’a przewidzianym.
Pod względem funkcjonalności wszystko jest na tip-top. W zestawie nie zabrakło pilota zdalnego sterowania, dla każdego wejścia możemy ustawić indywidualne parametry, w tym również krzywą korekcji, gdyż Amerykanie oprócz aktualnie obowiązującej RIAA nie zapomnieli o melomanach posiadających w swych zbiorach tłoczenia nagrywane z korekcją Columbii i Decci. W trzewiach, jak to AR ma w zwyczaju nie mogło zabraknąć lamp, a tych w 3-ce nie żałowano. Mamy zatem po trzy triody 6H30P na kanał w torze audio oraz zestaw 6H30P plus 6550WE w zasilaniu.

Patrząc na 3-kę poprzez pryzmat jej ceny część postronnych, nieobeznanych z High-Endem obserwatorów z pewnością spodziewa się … nie wiadomo czego. Po pierwsze zapewne równie ekstremalnego co sam phonostage toru analogowego, po drugie sięgania po wybitne, referencyjne, najlepiej wycinane na miedzi wzorce – pozytywy (m.in. w 2018 r takowy prezentowany i grany był na AVS), no i po trzecie dźwięku co najmniej ściągającego bokserki przez głowę. Tymczasem … co do pierwszego oczekiwania, to akurat tutaj pracę domową nad wyraz sumiennie odrobił Jacek, gdyż u mnie analog stanowi jedynie niezobowiązujące uzupełnienie systemu, czy wręcz swoistego rodzaju fanaberię, więc sięgam po niego od wielkiego święta. Druga kwestia to przynajmniej na razie temat dla nas nieosiągalny, a jeśli chodzi o trzecią, to śmiem twierdzić, iż Audio Research Reference Phono 3SE jest nader namacalnym zaprzeczeniem ww. stereotypowo i jakże błędnie postrzeganego High-Endu. Zamiast oszałamiać, powalać i masakrować stawia na urzekającą niewymuszoność i naturalność prezentacji, gdzie muzyka w swoim tempie sączy się z głośników, bądź rwie wartkim nurtem o ile tylko takie było zamierzenie jej twórcy. A co do masakrowania, to w ramach rozgrzewki sięgnąłem po daleki od audiofilskich ambicji a zarazem niekoniecznie tożsamy z aktualnym postrzeganiem tak kolektywnej twórczości Black Sabbath, jak i solowych albumów Ozzy’ego wydany z okazji RDC 2024 krążek „Never Say Die!”. Szorstkie a zarazem dość lekkie rockowe granie, nieśmiało kąsające synapsy riffy i do tego lekko jazzujące wstawki sprawiają, że ów krążek niezbyt często ląduje wśród tych fanom Księcia Ciemności polecanych. A Audio Research zaprezentował go z zupełnie nieoczywistym i zarazem niespodziewanym wdziękiem stawiając zarówno na przestrzenność oraz świetną precyzję w definiowaniu muzyków na scenie, jak i oddanie realiów schyłku lat 70-ych i natywnej „archaiczności” brzmienia. Co jednak ciekawe 3-ka nie piętnuje owej archaiczności i nie epatuje owym wyraźnym nadgryzieniem przez ząb czasu, lecz jedynie niezwykle umiejętnie oddaje klimat minionej epoki. W dodatku z prawdziwą, natywną estetyką, klimatem i brzmieniem a nie li tylko na nich wzorowaną mniej, bądź bardziej udaną kopią w stylu Grety Van Fleet. Warto również wspomnieć, iż nawet dość monotonnie cykające blachy, czy słyszalna granulacja wyższych rejestrów również przechodzą w wydaniu tytułowego phonostage’a. O ile bowiem informacja o ich mankamentach trafia do słuchacza, to już ocena pozostawiona jest odbiorcy i nie jest ferowana przez ww. urządzenie.
Zmieniając repertuar na nieco bardziej wyrafinowany, acz jeszcze starszy, czyli „We Get Requests” Oscar Peterson Trio dostałem po raz kolejny świetny wgląd w nagranie, perfekcyjne definiowanie muzyków na scenie i coś, co wcześniej ginęło w rockowym galimatiasie – iście zjawiskowe zaczernienie tła i … ciszę. Tak, tak – ciszę. W dodatku nie tylko w sensie „gry nią”, lecz również w przerwach pomiędzy utworami, bądź w momencie, gdy jeszcze zawieszona na ramieniu wkładka nie rozpoczęła swej eksploracji kręcącego się pod nią krążka. Mówiąc wprost Audio Research pomimo swego „ulampienia” nie ma w zwyczaju czegokolwiek do reprodukowanego materiału od siebie dodawać, w związku z powyższym jeśli w danym momencie nic na jego wejście nie trafia, to i on sam nie serwuje nam żadnych szumów, wizgów i innych tego typu artefaktów. Z kolei w porównaniu z tą wybitnie archiwalną rejestracją „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby zachwyca blaskiem, czystością i otwartością prezentacji. Zarówno fortepian, jak i bas, czy perkusja mają tu zdecydowanie więcej do powiedzenia, więc i pakiet informacji przez nie dostarczany jest bezsprzecznie bogatszy. A dla Audio Researcha nie jest to bynajmniej jakakolwiek trudność, lecz jedynie okazja do rozwinięcia skrzydeł i złapania wiatru w żagle.
Niejako na koniec pozwoliłem sobie odkurzyć „AFR AI D” Mariusza Dudy by stwierdzić, że z mroczną i gęsta elektroniką 3SE jest to drodze. Dźwięk miał odpowiedni ciężar, konsystencję i fakturę a jednocześnie charakteryzował się świetną rozdzielczością, dzięki czemu elektroniczne „plamy dźwiękowe” nie przypominały impresjonistycznych mazajów a stanowiły precyzyjnie zdefiniowane byty, które od czasu do czasu przecinały partie gitary, czy też mocno przetworzone, zdehumanizowane wokale. Uwagę zwraca niezwykle nisko schodzący a zarazem świetnie kontrolowany bas, który aż do samego „dołu” zachowuje pełnię energii i o ile tylko w swym założeniu nie ma snuć się przy posadzce najniższych poziomów piekieł, to śmiało możemy uznać, iż chodzi na co najmniej fluorocarbonowej, plecionej smyczy o zerowej rozciągliwości. Zero poluzowania, czy zaokrąglenia krawędzi, więc jeśli tylko reszta toru będzie reprezentować równie wysoki poziom wierności, to absolutnie nic, co dzieje się w dole pasma nie powinno umknąć Waszej uwadze.

Śmiało możemy uznać, iż Audio Research Reference Phono 3SE jest spełnieniem audiofilskich marzeń o referencyjnym przedwzmacniaczu gramofonowym. Jest szalenie intuicyjny w obsłudze, pozwala podpiąć dwa gramofony/ramiona/wkładki, świetnie się prezentuje i niejako w bonusie oferuje możliwość całkowicie bezinwazyjnego cieszenia oczu widokiem jego intrygujących trzewi. Oczywiście również bajecznie gra, ale to się przecież rozumie samo przez się. W końcu rozmawiamy o High-Endzie a śmiem twierdzić, że nikogo nie trzeba uświadamiać, że Audio Research zna zasady i od lat „umie w te klimaty” oj umie. A Reference Phono 3SE jest tego najlepszym przykładem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Audio Research
Cena: 115 000 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: ±0.2 dB w paśmie 10 Hz do 60kHz; ±3 dB w paśmie 0.3Hz do 300 kHz.
Zniekształcenia: <0.002% przy 1.0V RMS dla 1kHz
Wzmocnienie: Przełączane 51 dB (Niskie), 73 dB (Wysokie) / 1 kHz XLR; 45 dB (Niskie), 67dB (Wysokie) / 1 kHz RCA. (Współpracuje z MC & MM).
Impedancja wejściowa: 47K Ω i 100pF (RCA). Dodatkowe obciążenia: 1000, 500, 200, 100, 50 Ω i Własne.
Impedancja wyjściowa: 200 Ω RCA, 400 Ω XLR. Zalecane obciążenie 50kΩ-100kΩ i 100pF. (10kΩ min. i 2000pF max.)
Maksymalny poziom wejściowy: 250mV RMS przy 1kHz (680 mV RMS przy 10kHz). Niskie wzmocnienie.
Poziom wyjściowy: 2V RMS (1V RMS SE), 200K Ω obciążenie zbalansowane(maksymalna zdolność wyjściowa 30V RMS przy mniej niż 0.5% THD, 1kHz).
Szum: 0.28 µV równoważnego szumu wejściowego, IHF ważone. Niskie wzmocnienie (71 dB poniżej 1mV 1kHz na wejściu). 0.082 µV równoważnego szumu wejściowego. Wysokie wzmocnienie (62 dB poniżej 0.1 mV 1kHz na wejściu).
Korekcja: (Przełączana) RIAA, Columbia, Decca.
Lampy: 6 x 6H30P podwójne triody, plus (po 1) 6550WE i 6H30P w zasilaczu
Pobór mocy: 130 W max, 2W stand-by.
Wymiary (S x W x G): 48 cm x 19.8 cm x 41.9 cm. Uchwyty wystają 4 cm poza panel przedni.
Waga: 16.6 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Bryston BR-20 & 14B³

Opinia 1

Nie da się ukryć, iż z perspektywy większości tak zainteresowanych tematem odbiorców/konsumentów, jak i czysto postronnych jednostek obszary pro-audio i Hi-Fi/High-End, choć tematycznie ze sobą związane więcej dzieli aniżeli łączy. Niby i tu, i tu wszystko kręci się, bądź przynajmniej kręcić powinno, wokół muzyki, lecz jedni, ci „zza szyby” z dźwiękiem pracują a inni – „cywile” mniej bądź bardziej świadomie „konsumują”. Logicznym zatem wydaje się pogląd, iż diametralnie inne potrzeby wymuszają sięganie po równie różne narzędzia, czyli przekładając z polskiego na nasze – urządzenia reprodukcję dźwięku umożliwiające. I choć nie brakuje wytwórców skupionych jedynie na odbiorcach z jednej bądź drugiej strony ww. „szyby”, to jak już kilkukrotnie udowadnialiśmy są też tacy, którzy wszystkich traktują tak samo, zbytnio nie dokonując selekcji swojej klienteli na bramkach. I właśnie z owego wielce demokratycznego grona wyłuskaliśmy kanadyjskiego Brystona, który w związku z niedawną zmianą polskiego dystrybutora, oprócz ugruntowanej renomy wśród audio-profesjonalistów, zaczyna coraz odważniej rozpychać się właśnie przy stricte „konsumenckim stoliku”. Tym oto sposobem, dzięki uprzejmości aktualnego opiekuna marki – białostockiego Rafko mamy okazję podzielić się z Państwem wrażeniami z odsłuchów wielce poważnego zestawu pre/power, czyli przedwzmacniacza BR-20 i stereofonicznego wzmacniacza mocy 14B³.

Choć Bryston BR-20 gościł już u nas tuż po swojej premierze w 2021 r, to jego powtórna wizyta nie wynika li tylko z chęci przypomnienia o jego istnieniu w związku ze zmianą dystrybucji, lecz przede wszystkim z faktu, iż przynajmniej na chwilę obecną Kanadyjczycy lepszego przedwzmacniacza w ofercie nie mają a uzgadniając z ekipą Rafko szczegóły testu 14B³ uznaliśmy za stosowne recenzowanie ww. końcówki z dedykowanym jej preampem, gdyż wspólnie założyliśmy, że właśnie w takiej konfiguracji będzie ona pracowała u większości nabywców. Tym oto sposobem wszystkich zainteresowanych szczegółami związanymi z 20-ką odsyłam do naszych wcześniejszych wynurzeń. A tym, którym wystarczą highlighty pragną donieść, iż tytułowy przedwzmacniacz na swym wykonanym z masywnego płata aluminium awersie może pochwalić się, patrząc od lewej niewielkim błękitnym wyświetlaczem, gniazdem słuchawkowym 6,3mm i bezlikiem diod (czternaście informujących o parametrach sygnałów cyfrowych i dwie dodatkowe wskazujące na ustawienia zbalansowania kanałów, 10 dla źródeł cyfrowych plus cztery dla analogowych i aureola kolejnych 36 otaczających gałkę wzmocnienia) oraz przycisków informujących tak o parametrach obsługiwanych sygnałów, jak i wybranym wejściu, w opozycji do których pyszni się masywna gałka regulacji głośności okupująca prawą flankę.
Logicznym odzwierciedleniem bogactwa frontu jest ściana tylna przywodząca na myśl raczej zaawansowany procesor audio a nie stereofoniczny przedwzmacniacz. Wejścia analogowe są cztery – po dwie pary XLR i RCA, za to wyjścia tylko XLR, choć podwójne, więc bez kombinowania spokojnie możemy podpiąć cztery monobloki. Sekcja cyfrowa obejmuje zaskakująco szeroki zestaw przyłączy – po parze AES/EBU, Coaxiali i Toslinków (kończą pracę na 192kHz/24bit) uzupełnionych pojedynczym USB Audio (PCM 384 kHz/32bit; DSD256). Do tego dochodzą cztery porty USB-C do obsługi pamięci masowych / dongla Wi-Fi i gniazdo Ethernet. Decydując się na opcję z kartą HDMI dostajemy dodatkowe 4 wejścia i jedno wyjście w ww. formacie obsługujące zarówno sygnał wizyjny 4K HDR, jak i DSD64. Wyliczankę zamykają gniazdo zasilające IEC-320 C14 i interfejsy RS232 (mini jack), USB-B i RJ45 do komunikacji z „domową inteligencją”. Co do dokładnej wiwisekcji trzewi, to jak wspomniałem chętnych odsyłam do naszej wcześniejszej recenzji a w ramach dzisiejszego spotkania pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż aktualny „wypust”, przynajmniej jeśli chodzi o jego sekcję cyfrową, bazuje na parze przetworników AKM AK4490 a moduł streamera oparto o platformę Raspberry Banana Pi.

Jak na oferowaną, deklarowaną przez producenta moc 14B³ prezentuje się całkiem kompaktowo, tym bardziej, że mówimy o klasycznym, tranzystorowym i pracującym w klasie AB a nie D-klasowym wzmacniaczu. Czar kompaktowości pęka jednak jak bańka mydlany, gdy próbuje się ową 41 kg „kruszynkę” wyłuskać z kartonu i ustawić w docelowym miejscu. Okazuje się bowiem, że minimalistyczna tafla frontu wykonana z masywnego aluminiowego bloku z wygrawerowanym logotypem i oznaczeniem modelu oraz centralnie umieszczonym włącznikiem głównym w wersji cywilnej – pozbawionej frontowych uchwytów niespecjalnie logistykę ułatwia. Co prawda na ścianie tylnej uchwyty już są, lecz biorąc pod uwagę, iż to od frontu umieszczono dwa potężne toroidalne trafa i właśnie tam usytuowana jest większość masy urządzenia już zawczasu sugeruję poważne rozważenie „studyjnej” opcji 19” (z uszami) zamiast „cywilnej” 17-ki. Serio, serio. Później mi podziękujecie. A wracając do meritum, o stanie pracy informują ulokowane tuż nad włącznikiem dwie niewielkie diody a za element dekoracyjny można uznać zarówno lekkie podfrezowania wokół sekcji informacyjno, użytkowej, jak i podłużne, biegnące w poprzek frontu wgłębienia. Ozdobiona firmowym logotypem płyta górna jest gęsto perforowana a zamiast konwencjonalnych ścian bocznych mamy gęsto użebrowane pionowe radiatory, które jak łatwo się domyślić pełnią rolę czysto użytkową a nie li tylko dekoracyjną. Ściana tylna oferuje tylko to, co niezbędne i zarazem znane z wcześniejszych/mniejszych modeli. Czyli wspomniane uchwyty po bokach, a tuż przy górnej krawędzi (duże ułatwienie przy podpinaniu) charakterystyczne terminale wejść zbalansowanych w postaci combo XLR/ 6,3mm TRS uzupełnione o zestaw gniazd RCA i stosowny przełącznik wyboru. Tuż obok przycupnął kolejny hebelek umożliwiający ustawienie optymalnego wzmocnienia – 23 lub 29 dB. Piętro niżej napotkamy terminal 12V triggera oraz pojedyncze, zakręcane terminale głośnikowe akceptujące zarówno  wtyki bananowe/BFA, jak i widły, choć te daje się wpiąć jedynie od góry, co przy ciężkich i sztywnych przewodach może być nieco problematyczne. Najniższy poziom zajmuje trójbolcowe gniazdo zasilające IEC i komora z bezpiecznikami. Jak z pewnością wprawne i obeznane z kanadyjską elektroniką oko wyłapało brak jest znanego z 3B³ i 4B³ przełącznika umożliwiającego zmostkowanie wzmacniacza i korzystanie z niego w formie monobloku. Pomijając względy czysto techniczne warto wziąć jednak pod uwagę, iż 14B³ dysponuje mocą 600W przy 8 i 900W przy 4Ω obciążeniu na kanał, więc śmiało możemy uznać, brak owej funkcjonalności za niezwykle mało istotny drobiazg. Tym bardziej, iż zgodnie z zapewnieniami producenta, logiką, oraz … matematyką na poziomie klas nauczania początkowego 14B³ jest de facto … parą zamkniętych w jednym korpusie monobloków 7B³. I to bez żadnych oszczędności, czy też wymuszonych przez księgowych optymalizacji kosztów własnych. Dlatego też w zasilaniu mamy po solidnym 850VA toroidzie i po 88 000μF pojemności filtrującej na kanał, które z kolei odpowiadają za dostarczenie nieprzerwanego strumienia życiodajnej energii do 32 (po 16 na stronę) tranzystorów bipolarnych pracujących w stopniu wyjściowym. Jeśli dodamy do tego ultra niskie zniekształcenia (<0.005%) i całkiem wysoki (>500) współczynnik tłumienia i weźmiemy pod uwagę deklarowaną moc, to śmiało można z góry założyć, iż 14B³ poradzi sobie praktycznie z każdymi dostępnymi na rynku kolumnami.

Zanim przejdziemy do części poświęconej walorom sonicznym tytułowego duetu pozwolę sobie na małą dygresję odnośnie ergonomii i szybkości działania webowego, dostępnego pod adresem http://my.bryston.com/ interfejsu Brystona BR-20. Otóż nie wiem, czy to z racji dokonanych zmian konstrukcyjnych, mającego miejsce w tzw. międzyczasie wzrostu moich osobistych wymagań i oczekiwań, czy też znacznego rozrostu liczby dodanych do swojego profilu albumów, lecz w trakcie niniejszego testu znacznie mniej entuzjastyczne je oceniałem aniżeli podczas naszego poprzedniego spotkania. Już wyjaśniam o co chodzi. 0 ile bowiem do samej ergonomii obsługi podstawowych funkcjonalności nie miałem większych zastrzeżeń, gdyż tak intuicyjność, jak i czytelność poszczególnych zakładek, w tym możliwość zmiany nazw wejść, czy też dokonywania wszelkich innych nastaw, były wysoce satysfakcjonujące, to już obsługa streamera wymagała ode mnie znacznych pokładów empatii i cierpliwości. Z nieznanych mi bliżej przyczyn każdorazowe załadowanie listy ulubionych albumów z Tidala trwało zaskakująco dłuuugo, zauważalnie dłużej aniżeli przeglądanie np. zawartości 4TB Soundgenic-a, o porównaniu pracy mojego dyżurnego Lumina U2Mini nawet nie wspominając. Dodatkowo brak możliwości sortowania po dacie dodania a jedynie w porządku alfabetycznym nie poprawiał sytuacji. Oczywiście do wszystkiego można się przyzwyczaić, jednak nomen omen mając własne, już zakorzenione przyzwyczajenia z pewnością chwilę może zająć oswojenie się z nowymi regułami obsługi. Dlatego też sekcję streamera można śmiało potraktować, jako gratisowy dodatek umożliwiający wstępną weryfikację, czy pliki to nasza bajka, a jeśli znajdziemy z nimi nić porozumienia już bez większego pośpiechu można rozejrzeć się za docelowym transportem.

Na wstępie muszę przyznać, iż jako wieloletni użytkownik „zaledwie” 300W modelu 4B³ byłem szalenie ciekaw cóż pokaże jego starsze i przy tym dwukrotnie mocniejsze rodzeństwo. I szczerze powiedziawszy się nie zawiodłem, bowiem 14B³ zachowując transparentność i uniwersalność mojej wcześniejszej amplifikacji zaoferował jeszcze większą swobodę i niewymuszoność prezentacji. I proszę wziąć pod uwagę fakt, iż już w ramach niezobowiązującej rozgrzewki zamiast asekuracyjnego plumkania na playliście wylądował album „Para Bellum” Testamentu, po którym do mikrofonu dorwała się płeć piękna pod postacią siostrzyczek Wild, czyli „zero.point.genesis” The Pretty Wild, gdzie względnego spokoju czy gry ciszą nie było nawet jak na lekarstwo co wcale. I właśnie na takim radosnym łomocie kanadyjski duet ani nie tracił zimnej krwi, ani nie próbował zdemolować mojego lokum. Piszę o tym nie bez przyczyny, gdyż dość powszechne jest mniemanie, iż przy takich mocach nawet smyrnięcie miotełką werbla wprawia w drżenie nie tylko rodowe skorupy, co cały, załadowany nimi po sam sufit kredens. I pewnie tak by było, gdyby w torze zabrakło BR-20, którego przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie rozkręca na 100%. Za to po prostu Kanadyjczycy wespół zespół robili swoje grając dokładnie to, co trafiło „na taśmę”. Tam gdzie miało być szorstko i brudno było. Tam gdzie ostro także spokojnie można było dźwiękiem się ogolić, ale wystarczyło, by do głosu doszło nieco zdroworozsądkowego romantyzmu (vide „Meant to Be”) a okazywało się, że i z mikrodynamiką elektronice z kraju klonowego liścia jest po drodze. Bowiem niczym rasowy set na 300B potrafiła cyzelować najdelikatniejsze akordy, czy też z iście laserową precyzją zawieszać je w hektarach przestrzeni nieprzeniknionego mroku. Odsłuchy „Pax” Tingvall Trio i „Shiraz” Dhafera Youssefa unauszniły (bo przecież nie unaoczniły), że i gra ciszą, pogłosem, czy właśnie operującym ww. środkami artystycznego wyrazu zredukowanym do minimum składem nie tylko ma sens, co potrafi zachwycić delikatnością i wyczuciem klimatu. Do tej pory uważałem, że mój dawny 4B³ był przysłowiowym „drutem ze wzmocnieniem”, jednak pojawienie się w moim systemie 14-ki dość bezpardonowo owe wyobrażenia zweryfikowało. Nie dało się bowiem nie zauważyć, iż to co 4-ka robiła dobrze, bądź wręcz świetnie, czyli m.in. znikanie w torze, 14-ka doprowadziła do istnej perfekcji. Ot chociażby zdolność idealnego dopasowania się do reprodukowanego materiału powodująca, że niczym kameleon, bądź wręcz jakiś wyimaginowany zmiennokształtny byt końcówka Brystona z czysto instrumentalnej roli elementu toru audio de facto stawała się uczestnikiem „wykonu”. Było jej jeszcze mniej w owym torze, wyraźniej dominowała nad młodszym i słabszym rodzeństwem tak pod względem rozdzielczości, jak i koherencji przekazu, choć akurat tu co nieco miał do powiedzenia BR-20. A właśnie, aby wycisnąć z obu naszych dzisiejszych gości wszystko co najlepsze nie polecam zbytniego kombinowania i rozważania opcji „cebula mode on”, gdyż tutaj każda, nawet najmniejsza składowa toru jest doskonale słyszalna i podawana nie tyle na dłoni, co na perfekcyjnie wypolerowanej srebrnej tacy. Dlatego też sugeruję po zakupie ww. parki od razu i to w trybie ekspresowym przesiąść się na XLR-y i przynajmniej 14B³ zafundować jakąś solidną (akurat tutaj rozmiar-średnica żył będą miały fundamentalne znaczenie) sieciówkę, znaczy się przewód zasilający i raczej wpiąć ją bezpośrednio w ścianę, gdyż praktyka dowodzi, a i sam Bryston udowadnia, że lwia część wszelakiej maści listew i kondycjonerów boleśnie limituje drzemiący w nim potencjał.
Wracając do meritum i zarazem starając się usilnie kanadyjski duet nawet nie tyle przyłapać na jakimś ewidentnym potknięciu, co po prostu solidnie przewłóczyć co i rusz sięgałem po niezwykle zróżnicowany repertuar. I może dziwnie to zabrzmi, niemniej jednak niezależnie czy były to uwspółcześnione interpretacje klasyki w stylu „Bach: The Cello Suites – Recomposed” Petera Gregsona, czy pozornie niezobowiązujące, lecz tak naprawdę niezwykle wielowarstowe i zagmatwane konglomeraty klasyki i jazzu w odsłonie niezastąpionego Johna Zorna („Fantasma”), czy nawet totalnie zdehumanizowany elektroniczny „Hyperpop Psychedelic Dimension” H501L za każdym razem łapałem się na tym, że dosłownie po kilku taktach przestawałem w nawet najmniejszym stopniu analizować obecność recenzowanego zestawu, gdyż na tyle dyskretnie usuwał się on w cień, że najważniejsza stawała się „grana” przez niego muzyka. W dodatku grana tak, jak rzadko kiedy, żeby nie napisać nigdy. Działo się to również za sprawą bezwzględnej kontroli jaką przejmowała nad kolumnami 14-ka, co szczególnie przy dopiero co wspomnianej, „połamanej” elektronice robiło naprawdę piorunujące wrażenie. Zróżnicowanie i wgląd w fakturę nawet najniżej schodzących dźwięków były perfekcyjne i co ciekawe wcale ów strumień informacji nie był efektem prosektoryjnej ekstrakcji, lecz jedynie wynikał z całkowicie bezinwazyjnego dotarcia do źródła, sedna i pokazania go takim jakim ono rzeczywiście jest. Bez uśredniania, upraszczania, czy maskowania pozornie bardziej atrakcyjnymi ozdobnikami. Krótko mówiąc – chcecie wiedzieć co macie w nagraniach i co tak naprawdę potrafią Wasze kolumny – sięgnijcie po będący przedmiotem niniejszych wywodów kanadyjski zestaw.

W ramach podsumowania pozwolę sobie metaforycznie stwierdzić, iż tytułowy duet z powodzeniem można byłoby reklamować fragmentem utworu „Take the Power Back” Rage Against The Machine, gdzie Zack de la Rocha melodeklamuje w końcówce „Come on, come on! We gotta take the power back. No more lies. No more lies. No more lies.(…)”. Bo właśnie takie są Brystony BR-20 & 14B³ – mają pełną władzę nad kolumnami i nie kłamią. Przy czym lojalnie ostrzegam – w większości przypadków kontakt z nimi będzie biletem w jedną stronę. Od razu jednak dodam, iż będzie to podróż w jedynie słusznym kierunku …

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Kanadyjski Bryston to dość specyficzna w naszym hobby marka. Chodzi oczywiście o jej konotacje z rynkiem pro, na którym notabene radzi sobie bardzo dobrze. I gdy wydawałoby się, że wystarczy od głównego nurtu działań tylko odcinać przysłowiowe kupony, jej mocodawcy są tak zaangażowani w emocjonalne w sprawianie nam przyjemności z obcowania z muzyką, że postanowili stworzyć coś, co po przygotowaniu jej na profesjonalnym sprzęcie w studiu odtworzy ją w naszych domostwach. W tym celu stworzyli ciekawą grupę produktów, która nie tylko jest w stanie pokryć pełną paletę zapotrzebowań klientów w zależności zasobów środków pieniężnych, ale jeśli już ktoś zdecyduje się na ożenek z Bryston-em, z automatu jest chroniony 10 letnią gwarancją niezawodności konstrukcji. Myślicie, że to ostatnie to żart? Bynajmniej, o czym dobitnie przekonał się jakiś czas temu Marcin, gdy jego końcówka mocy 4B3 po bodajże 6 latach nawet nie to, że przestała grać, ale czasem zdradzała niepokojące symptomy potencjalnego problemu, wówczas bez jakiegokolwiek marudzenia została ekspresowo poddana wnikliwemu przeglądowi. No dobrze, wystarczy tego lukrowania, przyjrzyjmy się dzisiejszemu zestawowi dostarczonemu do testu. Otóż tym razem białostocki dystrybutor Rafko postawił na rozbudowaną, bo dzieloną sekcję wzmocnienia tej marki. W jej skład wchodzi testowany już jakiś czas temu przez nas, wyposażony w przetwornik D/A przedwzmacniacz liniowy BR-20 i wydajną, na chwilę obecną całkowicie nam nieznaną końcówkę mocy 14B³. Co wynikło z mariażu tego tandemu z moim systemem, naturalnie opiszę w poniższym tekście.

Rozpoczynając opis budowy tytułowych produktów z Kanady od przedwzmacniacza liniowego w kwestii obudowy mamy do czynienia z typowych rozmiarów skrzynką z frontem z grubego płata aluminium. Jeśli chodzi o wyposażenie awersu, że tak powiem, rodem z rynku pro jest na bogato. To zaś oznacza, iż spełniając rolę typowej centralki dla najbardziej skomplikowanego zestawu audio jest bardzo mocno uzbrojony w pozwalające sterować BR-20-ką manipulatory. Znajdziemy na nim rozbudowaną sekcję przycisków wyboru wejść cyfrowych – aż 10 sztuk oraz czterech wejść analogowych 2 x XLR i 2 x RCA, dwa guziki obsługujące ustawienie balansu między kanałami, przyciski MUTE, POWER, serię diod informujących o wyborze danej funkcji, podobnie rozbudowaną serię diod informujących o obsługiwanym formacie cyfrowym i częstotliwości jego próbkowania, gniazdo słuchawkowe, czujnik podczerwieni do pilota zdalnego sterowania, z lewej strony nieduży wyświetlacz, zaś z przeciwległej sporej wielkości gałkę wzmocnienia. Jak wspominałem, jest na maxa. I wiecie co, podobnie jest na tylnym panelu. To oczywiście oznacza bogactwo wejść analogowych, cyfrowych – w tym (opcjonalną) mnogość w rzadko spotykanej w naszej zabawie HDMI, ale niestety z punktu widzenia posiadaczy większości urządzeń lampowych tylko wyjść analogowych w wersji XLR. To ostatnie naturalnie skutek pochodzenia z rynku pro. W komplecie opisanej centralki znajdziemy także zgrabnego pilota zdalnego sterowania.
Dotarłszy z opisem do będącej dla nas nowością końcówki mocy, pierwszym ważnym aspektem do wspomnienia jest jej prawie podwojony w kwestii wysokości obudowy w stosunku do pre rozmiar obudowy. Wykonany podobnie do preampa z grubego puca glinu front 14-ki w celach wizualnego ożywienia jednak sporej jego połaci w centralnej części delikatnie podfrezowano. Co do wyposażenia, będąc jedynie dawcą końcowej dawki energii do kolumn końcówka oferuje znacznie mniej fajerwerków, bo tylko włącznik inicjujący jej pracę i dwie diody informujące o tym stanie. Na rewersie natomiast dostajemy do dyspozycji pojedyncze terminale kolumnowe, wejścia sygnału w postaci RCA/XLR, przełącznik potwierdzający wybór jednego z nich, hebelek wyboru wzmocnienia oraz gniazdo zasilające. W odróżnieniu od sterownika w celach grawitacyjnego chłodzenia wzmacniacza górna połać obudowy została poddana perforowaniu podłużnymi otworami wentylującymi jego trzewia, zaś boki typowo dla tego rodzaju urządzeń wykonano z mocno użebrowanych radiatorów. Jak widać, w odróżnieniu do poprzedniej konstrukcji w tym przypadku mamy do czynienia z urządzeniem bardzo schludnym wizerunkowo, ale za to wydajnym prądowo.

Jak zapamiętałem spotkanie z mocarnym Bryston-em? Naturalnie w wielu aspektach powtórzył, a w wielu poprawił bardzo dobry wynik z innych starć. Chodzi o to, że tym razem zapas mocy pozwolił mu na tle słabszych konstrukcji pokazać więcej swobody w prowadzeniu kolumn, a to wprost przełożyło się na mniejsze poczucie szorstkości prezentacji oferując nieco pełniejsze granie. To oczywiście nadal było rysowanie muzyki wyraźną kreską ze świetnym atakiem i kontrolą całości pasma, ale już z posmakiem większej krągłości prezentacji. Taka sytuacja sprawiła, że muzyka brzmiała w sposób bardziej namacalny, gdyż po pierwsze brzmiała bez jakiejkolwiek szkodliwej wolaki pomiędzy mną a artystami, po drugie znakomicie oddawała nieobliczalność zmian tempa i wyrazistości brzmienia muzyki w zależności od słuchanego materiału, a po trzecie serwowała niekończące się pokłady w pełni kontrolowanej, a przez to wielobarwnej energii. Jednym słowem tętniła w duchu w jakich przewidzieli ją muzycy, czyli tak jak lubię bez owijania w bawełnę. Osobiście mimo tak fajnego wyniku w momencie decyzji zakupowej brzmienie systemu próbowałbym nieco bardziej pokolorować, ale tylko jako finalny szlif, a nie korekta wywracająca całość do góry kołami. Jednak gdybym nie miał takiej możliwości, podczas wyboru pomiędzy testowanym dzisiaj zestawem, a jakimś umilaczem życia za wszelką cenę, bez zastanawiania się wybrałbym ofertę z kraju klonowego liścia, gdyż przysłowiowy ogień podczas obcowania z muzyką jest dla mnie czymś nadrzędnym.
Pierwszym z brzegu udowadniającym takie podejście do tematu przykładem była choćby ścieżka dźwiękowa z filmu „Blade Runner 2049” Hansa Zimmera wespół z Benjaminem Wallfisch-em. Wszyscy wiemy, iż to wbrew pozorom bardzo trudny materiał do odtworzenia, gdyż brak kontroli i możliwości wytworzenia odpowiedniej ilości nisko schodzącej energii nie odda pewnego rodzaju mroczności tej muzyki. Muzyki mającej podnieść poczucie dramatyzmu eliminowania brylujących poza kontrolą systemu, będących skrzyżowaniem człowieka z robotem samo-kontrolujących się osobników. Modulowane niskie pomruki mają wywołać w naszych trzewiach stany przedzawałowe i takie w fantastycznej odsłonie dostałem. Mało tego, wspomniane mocne uderzenie dźwiękiem było dodatkowo serwowane z wymaganą natychmiastowością zmian nie tylko tempa, ale także przechodzenia z nadinterpretacji wyrazistości w oczekiwaną przez kompozytora płynność brzmienia muzyki. To istny rollercoaster, który oprócz prezentowanych na ekranie wydarzeń mających poruszyć nasz ośrodek przyswajania obrazu, dobrze zaprezentowaną, pełną nieprzewidywalności ścieżką dźwiękową ma dopełnić misję uświadomienia nam być może czekającej nas przyszłości. W moim odczuciu Bryston pokazał to bardzo dobitnie i co ciekawe, w tym przypadku zastanawiałbym się, czy ocieplać jego prezentację.
Bardzo dobrze wypadła także muzyka jazzowa spod znaku Billy Hart Quartet „Just”. Ta oczywiście dla mnie mogłaby mieć nieco więcej ciepła i pozytywnie rozumianej krągłości, co oczywiście stosownym okablowaniem spokojnie można zrobić, ale mimo tego pokazała dla mnie najważniejsze cechy w odtwarzaniu tego rodzaju materiału. W pierwszej kolejności chodzi o czytelność kreowania źródeł pozornych jako osobnych bytów w domenie ostrości krawędzi, a dzięki temu także znakomitego rozplanowania ich na wirtualnej scenie. W drugiej o umiejętne brylowanie w pokazywaniu stosownej dla danego instrumentu energii. Zaś trzeciej o swobodę i lotność podania całości materiału. W tej muzyce przynajmniej dla mnie uśredniając wspomniane aspekty zbytnią błogością podania skazujemy się na nudę. Na szczęście kanadyjski tandem w swoim – czytaj wyraźnym – stylu mimo z pozoru nieco chłodnawego od moich końcowych oczekiwań sposobu na jazzowe opowieści, pokazał ów materiał z bardzo ciekawej strony. Owszem, strony raczej wyrazistej i szybkiej, aniżeli mocno soczystej i przez to przyjemnie łechczącej ego miłośnika ciepłego plumkania, ale za to z najważniejszymi, a nie zdziwiłbym się gdyby nie idealnymi dla wielu z Was niuansami w kwestii obrazowania nie raz i nie dwa pojawiającego się nawet w międzykolumnowym eterze najdrobniejszego dźwięku. W tym nasz bohater był znakomity.

Komu zarekomendowałbym tytułowy zestaw wzmocnienia z Kanady? Bez problemu większości z Was. Naturalnie czasem trzeba będzie lekko dostosować resztę toru, aby uzyskać idealną dla siebie synergię w kwestii barwy i soczystości. Ale nie zniechęcajcie się, bowiem już na starcie macie pod ręką takie atuty jak kontrola znakomitej większości zespołów głośnikowych, dobre zejście niskich rejestrów i wzorową reakcję na wymogi w danym momencie słuchanego materiału muzycznego, co zazwyczaj jest piętą achillesową zbyt pięknie brzmiących wzmacniaczy. Reasumując, jeśli jesteście na etapie roszad w tej sekcji rozbudowanego toru audio, warto jest podjąć rękawicę i wpiąć u siebie tytułowy zestaw Bryston BR-20 & 14B³. Nawet jak coś nie pyknie, nudy nie będzie, bo to mający konotacje z rynkiem pro w pozytywnym znaczeniu słowa diabeł w estetycznej, bo skierowanej do wymagającego klienta szacie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Rafko
Producent: Bryston
Ceny
Bryston BR-20: 29 995 PLN; 32 995 PLN z kartą HDMI; 33 995 PLN z kartą Phono; 36 995 PLN z HDMI i Phono
Bryston 14B³: 51 995 PLN

Dane techniczne
Bryston BR-20
Wejścia analogowe: 2 pary RCA; 2 pary XLR
Wyjścia analogowe: 2 pary XLR
Wejścia cyfrowe: 2 x AES/EBU; 2 x Coax; 2 x Toslink; USB Audio (PCM 384 kHz / 32 bit; DSD x 4(DSD 256)); 4 x USB3.0 (obsługa pamięci masowych) / Adaptera Wi-Fi
Komunikacja: Ethernet
Karta HDMI 4K HDR (opcja): 4 wejścia; 1 wyjście (obsługa DSD)
Pasmo przenoszenia: 20 HZ – 20 kHz
Odstęp sygnał/szum: 110 dB
Zniekształcenia intermodulacyjne: ≤ 0,0003%
Zniekształcenia THD+N (20 HZ – 20 kHz): ≤ 0,0006%
Czułość wejściowa: 2V RMS
Impedancja wejściowa: 50 kΩ (RCA); 10 kΩ (XLR)
Pobór mocy: 45W; 0,5W Standby
Wymiary (S x W x G): 430 x 116 x 330 mm
Waga: 5,5 kg

Bryston 14B³
Moc ciągła (RMS): 2 x 600W / 8Ω; 2 x 900W / 4Ω
Wejścia: para XLR; para RCA
Zniekształcenia THD+N: <0.005%
Pasmo przenoszenia: <1Hz – 100kHz: -3dB
Impedancja wejściowa: 7.5kΩ (RCA); 5kΩ (XLR)
Szum: -118dB (RCA); -122dB (XLR)
Współczynnik tłumienia: >500 / 20Hz (8Ω)
Wymiary (S x W x G): 430 x 205 x 427 (467 z uchwytami) mm
Waga: 41 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak to mówią do trzech razy sztuka, czyli po minionym Audio Video Show i prezentacji w 3-ce wreszcie przyszła pora na odsłuch topowego zestawu MastersounD Spazio & PF 200 litz w kontrolowanych warunkach.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Furutech Project-V1-T

Po takiej serii testów nawet nie tyle podejrzewam, ale jestem w stu procentach pewien, że każdy z Wasi wie, iż seria V-1 nie jest tylko oznaczeniem środków rażenia z okresu II Wojny Światowej, ale także najnowszej linii produktowej japońskiego specjalisty od okablowania i wszelkiej maści akcesoriów audio – Furutecha. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy mozolnie opiniowaliśmy konstrukcję po konstrukcji spod tego znaku towarowego, czego dla mnie pozytywnym skutkiem jest pozostawienie na stałe w systemie kabla sieciowego zastosowanego w przedwzmacniaczu gramofonowym oraz dwóch sygnałówek XLR pomiędzy źródłami i pre liniowym, czyli wspomnianym phonostagem i odtwarzaczem CD. A zostały dlatego, że ich znakiem szczególnym jest unikanie fajerwerków, tylko praca nad rozdzielczością podania muzyki ze szczególnym uwzględnieniem centralnej części pasma. W pierwszym kontakcie tytułowe druty nie wywołują jakiś szczególnych ochów i achów, jak to robi chcąca podstępem zaskarbić naszą duszę konkurencja, jednak wszystko zmienia się, gdy wypniemy V-1-ki. Nagle muzyka w sporej części jakby umiera. Z jakiegoś powodu traci bliską naturalności namacalność, co sprawia, że umyka przecież mający nas zaczarować pierwiastek radości. A, że ów efekt najbardziej boli w najczulszym zakresie dla naszego organu słuchu jakim jest średnica, gdy posiadamy równo grający zestaw, zastrzyk mikrodynamiki w tym pasmie nienachalnie, ale naprawdę potrafi zrobić cuda. Tak przynajmniej było w przypadku poprzedniego rodzeństwa dzisiaj opisywanego kabla gramofonowego. Zgadza się, w tym spotkaniu omówimy ostatniego przedstawiciela rodu V1, czyli dostarczony przez katowicki RCM kabel sygnałowy od ramienia do phonostage’a Furutech Project V1-T-R4 (wersja RCA/RCA).

Z informacji producenta na temat budowy rzeczonego okablowania wiemy, że mamy do czynienia z przewodnikiem typu Silver Hybrid OCC, który finalnie poddano procesowi Alpha. Płynący z wkładki gramofonowej bardzo delikatny sygnał przed zewnętrznymi zakłóceniami zabezpiecza trójwarstwowa konstrukcja ekranu. Co bardzo istotne, każda wiązka przewodów sygnałowych ekranowana jest osobno. Zaś dodatkowym zabezpieczeniem sygnału oprócz wspomnianego potrojenia ekranów jest zastosowanie jeszcze jednego ekranu dla całego kabla. Jeśli chodzi o izolację, w tym temacie Japończycy posłużyli się materiałem oznaczonym jako SR PVC oraz spienionym azotem polietylenu. Wieńcząc opis podstawowych danych na temat naszego bohatera dodam jedynie, co oczywiście znakomicie widać na serii fotografii, z obydwu stron dostarczony do testu kabel został zaterminowany wtykami w wersji RCA/RCA. Naturalnie to nie jedyna opcja, bowiem w ofercie znajduje się jeszcze zestaw z końcówkami DIN/RCA. Ta druga opcja wbrew pozorom jest dość popularna pośród użytkowników gramofonów, dlatego inżynierowie z kraju kwitnącej wiśni bez najmniejszego problemu dołączyli do swojego portfolio także tę wersję. Oczywiście idąc za przykładem wcześniej opisywanych drutów finalnie nasz bohater pakowany jest najpierw w estetyczny błękitny worek, by finalnie spocząć. w wyściełanej miękkim, także błękitnym materiałem bambusowej skrzynce. Przesada? Nic z tych rzeczy, gdyż u Japończyków szacunek do klienta jest standardem, a taka dbałość o detale jest tego potwierdzeniem.

Zanim przejdę do konkretów, kilka informacji na temat stanu przed wpięciem w mój tor testowanego kabla. Dotychczas stawiałem na niedrogi portfolio Vermöuth Audio Refenence Phono. Powodem było preferowanie przyjemnego, dobre osadzonego w masie, ale nieprzeciążonego, bo pokazującego fajny pazur dźwięku. W międzyczasie oczywiście testowałem kilka innych propozycji, jednak ogólna spójność brzmienia w estetyce fajnej barwy i nasycenia zawsze przemawiała do mnie bardziej, aniżeli zazwyczaj na pierwszy rzut ucha nawet atrakcyjna, ale jednak na dłuższą metę męcząca wyczynowość skrajów pasma podczas projekcji muzyki przez potencjalnego konkurenta. Czas mijał, pretendenci do zagoszczenia w moim torze analogowym zamiast kabla z Bali odpadali jeden po drugim, aż rękawicę moim wymaganiom rzucił tytułowy Japończyk V1-T. W teorii nie potrzebowałem niczego specjalnego, bo system świetnie brzmiał. Jednak tylko w teorii. Dlaczego? Nie będę silił się na czarowanie, tylko rozwinę myśl ze wstępniaka. Chodzi oczywiście o w pierwszym kontakcie brak nachalnych zmian w odtwarzaniu muzyki. Po jego aplikacji nadal dostałem odpowiednią wagę oraz nasycenie dźwięku, a przez to świetną muzykalność. Jednak od pierwszych nut jako pozytywny efekt uboczny roszady słychać było mrówczą pracę w zakresie średnich tonów. Chodzi o diametralną poprawę jej rozdzielczości. Nie jako efekt rozjaśnienia, bo wszystko nadal brzmiało bez jakichkolwiek prób dopalenia wyższego środka, nie odchudzenia, gdyż cały czas stawiało na przyjemną dla ucha w dobrym znaczeniu krągłość, ale zapewnienie tej części pasma diametralnie większej ilości informacji. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, nie odczuwałem żadnej szorstkości czy techniczności brzmienia tak skonfigurowanego systemu. Za to bardzo pozytywnie zaskoczył mnie efekt większej witalności, a przez to radości rozgrywających się w tym zakresie wydarzeń oraz kreowanie jak nigdy przedtem zjawiskowo rozwibrowanych w brzmieniu źródeł pozornych – bez znaczenia czy ludzkiego głosu, czy naturalnego instrumentu. To było coś na kształt wcześniej nieosiągalnego przez konkurencje zaliczenia zjawiska większej świeżości, a przez to namacalności słuchanej muzyki. Co prawda inne marki dzielnie walczyły o podobny wynik, jednak jak wspominałem, raczej skupiali się na „dopalaniu” skrajów pasma, gdy tymczasem Furutech postawił na większą radość średnicy. Owszem, zdaję sobie sprawę, że u kogoś innego podkręcenie emocji w zakresie basu i górnych rejestrów może wywołać większy aplauz, ale wówczas nazywając to po imieniu dostajemy już dźwięk niebezpiecznie wyczynowy. Niestety ten w przypadku toru analogowego jest prostą drogą do wynaturzeń w postaci zbytniej ostrości wizualizacji świata muzyki, czyli wypisz wymaluj kroczymy drogą toru cyfrowego. W analogu mamy dostać pełnię życia, zwiewność oraz homogeniczność, co swoim działaniem Japończyk pokazał z najlepszej jaką dotychczas udało mi się u siebie usłyszeć strony. Niby na wirtualnej scenie na tle wypiętego Vermöutha działo zaskakująco dużo, ale bez szkodliwych utwardzeń i rozjaśnienia, co gdy sięgniecie po portalową wyszukiwarkę, jest cechą nie tylko tytułowego kabla gramofonowego, ale całej rodziny V1. I tym optymistycznym akcentem zakończę opis brzmienia naszego bohatera. Mogę w nieskończoność rozwodzić się nad nim opisując konkretne tytuły płytowe, jednak wiedząc, że bez takich praktyk kabel znakomicie sam się obroni, celowo pozostawię Was z nutą niedopowiedzenia. Powód? Chcę, abyście tak jak ja na własnej skórze przekonali się, że na tle konkurencji jakby mniej – mówię o unikaniu podkręcania efektowności skrajów pasma, w finalnym rozrachunku jakości brzmienia muzyki znaczy więcej. Oczywiście owe więcej w tym przypadku znaczy prawdziwiej.

Czy bazując na powyższym opisie ostatni Samuraj z serii V1 model T-R4 marki Furutech może być potencjalnym killerem dla każdego konkurenta w analogowych zbieraninach? Powiem bez ogródek. Jeśli tylko tego rodzaju okablowaniem nie korygujecie wcześniej popełnionych błędów konfiguracyjnych, jak najbardziej ma wielkie szanse pokazać zjawiskowość brzmienia gramofonu. Zjawiskowość polegającą nie na operowaniu mocnymi kontrapunktami w zakresie basu i górnego rejestru, tylko przy utrzymaniu odpowiedniej wagi dźwięku, zapewnieniu oddechu i rozdzielczości najważniejszej dla naszych organów słuchu średnicy, bo tak naprawdę w muzyce tam najwięcej się dzieje. Jeśli o nią zadbamy, mamy prosty przepis na gramofonowy sukces. Sukces, którego chciał nie chciał po tym starciu zostałem szczęśliwym beneficjentem.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 21 300 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Bowers & Wilkins 801 D4

Opinia 1

Przez lata zabawy w nasze hobby słyszałem wiele opinii o brytyjskich kolumnach B&W. Jednak co w zestawieniu ich w kontrze ze sobą jest bardzo istotne, tych niespecjalnie gloryfikujących było tyle samo, co szczerze pochwalnych, co biorąc pod uwagę różnorodność naszych oczekiwań jest bardzo dobrym wynikiem. Oponenci grzmieli, iż brzmią zbyt technicznie albo z braku wyrafinowania nadają się tylko do kina domowego. Jeśli chodzi zaś o pozytywy, rozmówcy w pierwszej kolejności informowali mnie, że przy umiejętnym zestawieniu systemu bez efektu nachalności pokazują wszystko, co zostało zarejestrowane na płycie, o wydobycie czego przecież w naszej zabawie chodzi, zaś jako drugi argument przemawiający za ich walorami podawali bardzo częste wykorzystanie wyspiarskiej oferty w studiach nagraniowych, co świadczy dobitnie o ich niezaprzeczalnych walorach brzmieniowych. Jak widać, co osobnik, to inna opinia. A gdzie jestem ja? Powiem szczerze, że od zawsze moje serce kibicuje drugiej grupie. I nie mam na myśli oficyn wydawniczych wykorzystujących je do masteringu, tylko zwykłego użytkownika, który wiedząc „z czym tę markę się je”, wykorzystuje jej potencjał drobiazgowej prezentacji najdelikatniejszych niuansów soniczych w służbie wyciśnięcia z muzyki tak zwanych siódmych potów. To obecnie jest moje motto konfigurowania systemu, które oczywiście obecnie na bazie innych zespołów głośnikowych, ale zaszczepione zostało właśnie niegdyś bawiąc się kolumnami Bowersa. Tego samego, który dzisiaj będzie bohaterem spotkania. Co udało się pozyskać? Otóż po niełatwej batalii z Siecią Salonów Top Hi-Fi & Video Design – logistyka ciężkich topowych modeli jest problematyczna, bo postawionych jedynie w pionie spakowanych w cherlawe kartony – w nasze skromne progi trafił obecnie flagowy model brytyjskiego specjalisty w tej dziedzinie Bowers & Wilkins 801 D4. Jak zagrały czarne panny? Sam byłem bardzo ciekaw, co obecnie potrafi top tego producenta, dlatego jeśli i Wami targa podobna żądza, wszystkiego oczywiście dowiecie się podczas lektury poniższego tekstu.

Nasze bohaterki w moim odczuciu mimo bardzo odległej od standardów estetyki bryły w kształcie prostopadłościanu prezentują się znakomicie. Może zdjęcia tego nie oddają, ale obłość głównej skrzynki dla sekcji basu, na to nałożona w poziomie wariacja kropli wody dla średnich rejestrów i podobna, tylko nieco wydłużona o mniejszej średnicy butla z wydłużoną szyjką dla wysokich tonów w sumie wyglądają bardzo spójnie wizualnie. A gdy do tego dostajemy wykończenie całości w fortepianowej czerni, pokrycie górnej powierzchni głównej bryły obudowy skórą i delikatne obrysowanie głośników srebrnymi akcentami, trzeba być naprawdę upartym malkontentem, aby mieć do tego projektu jakieś zastrzeżenia. Tym bardziej, że wszystkie wymienione zabiegi nie są żadnym przypadkiem, tylko poprzez odpowiednie uformowanie oddziaływania fal wygenerowanych przez membrany głośników wynikiem konsekwentnej walki ze szkodliwymi falami wewnątrz każdej z 3 części obudowy. Jeśli chodzi o zastosowane na froncie przetworniki, mamy dwa basowce, nad nimi umieszczony w aluminiowej, umieszczonej na głównej bryle obudowie jeden średniak i na samym szczycie diamentową kopułkę. Gdy z opisem przejdziemy zaś na tylny panel, mamy do czynienia z zastosowaną na całej wysokości obudowy zakresu basu, ryflowaną w pionie, w dolnej części wyposażoną w zorientowane w poziomie podwojone terminale przyłączeniowe, dodatkowo usztywniającą konstrukcję aluminiową sztabę. Całość konstrukcji posadowiono na nieco większej rozmiarowo od przekroju poprzecznego kolumny, oddzielonej dystansami, aby skierować w nią sekcję bass-refleksu platformie. Wieńcząc zgrubny opis budowy D4-ek dodatkowymi ważnymi informacjami wydają się być trój-drożność ich pracy, pokrycie pasma przenoszenia w zakresie 13 Hz – 35 kHz oraz będąca łakomym kąskiem dla znakomitej większości sekcji wzmacniających skuteczność pracy na deklarowanym poziomie 90 dB.

Gdy dotarliśmy do części opisowej zastanego brzmienia, w pierwszej kolejności jestem Wam winny odpowiedź na pytanie, czy po latach przerwy w kontaktach z tą marką nadal utrzymuję opinię, że to ciekawe konstrukcje? Otóż moja odpowiedź brzmi – jak najbardziej. Jednak zaznaczam, że tak jak kiedyś, tak i teraz, a obecnie nawet bardziej, bo technologia idzie do przodu i kolumny potrafią więcej, trzeba znać abecadło konfiguracyjne. Ale uspokajam, nie musicie robić doktoratu z tego tematu, wystarczy trzymanie się powszechnej wiedzy, co z czym połączyć, aby uzyskać dany wynik, czyli w przypadku Angielek raczej poszukiwać cieplejszej i bardziej soczystej elektroniki. Wówczas przy znakomitym wglądzie w nagranie otrzymacie dobrze osadzony w barwie i masie przekaz, który bez najmniejszego problemu poradzi sobie z każdym materiałem muzycznym. Ale idźmy po kolei. Pierwszym świetnym aspektem prezentacji w wydaniu opiniowanych Bowersów jest górny zakres. Co prawda to wykonywany w innej technologii, aniżeli mój Accuton, ale jednak diamentowy przetwornik, który oprócz rozdzielczości daje efekt pokazania blach perkusisty w formie uderzanego „patykiem” talerza z grubej blachy, a nie wiotkiej formatki z folii spożywczej. To zaraz po świetnym podaniu materiału z nienaganną bezpośredniością – czytaj bez efektu wolaki pomiędzy artystą i słuchaczem – jest drugi bardzo pozytywnie wpływający na odbiór muzyki aspekt stosowania tego rodzaju kopułek. Jeśli chodzi o średnie tony, w moim odczuciu to najbardziej delikatny i dlatego wymagający zakres. Gdy się go zlekceważy, nie dość, że muzyka zabrzmi twardo i technicznie, to dodatkowo zostaną podbite wysokie tony i mamy idealny przepis na porażkę. Tymczasem, jeśli nawet nie chcemy wymieniać posiadanej elektroniki, często wystarczy zmienić okablowanie lub czasem nawet jedynie zastosować gęsto brzmiące zwory na wyższe zakresy i temat przyjemnie się stabilizuje. Na koniec pisząc o dolnym pasmie powiem tak. Jeśli zadbacie o poprzednie, bas będzie zwarty, pełen informacji i z niskim zejściem, co zapewniam, w takiej jakości i ekspresji będzie niedostępne dla sporej liczny konkurencji. Reasumując zatem powyższą wyliczankę chcę oznajmić, że przy odrobinie dbałości o peryferia dostaniecie dźwięk na lata. Owszem nie będzie to estetyka szkoły grania konstrukcji rodem z radia BBC, ale w tym co zaprezentuje, czyli w czytelnym i w pełni kontrolowanym oraz umiejętnym wygenerowaniu zjawiskowej rozmiarowo wirtualnej sceny będzie znakomita. Nic, tylko zmieniać płyty i napawać się pełną ekspresji muzyką.
Choćby bardzo wrażliwą na nadmierny chłód i twardość prezentacji interpretację zapisów Claudio Monteverdiego w wykonaniu Michela Godarda „A trace of Grace” . Mam na myśli nie tylko wymagającą odpowiedniej temperatury wokalizę – rozmach jej wybrzmiewania Bowersy nawet z lekkim ochłodzeniem przekazu zaprezentowałyby znakomicie, choć to jedna z najważniejszych kwestii tej muzyki, ale także instrumentarium z dość nietypowo użytą w tego rodzaju twórczości elektryczną gitarą basową na czele. Oferuje pełne (tłuste) brzmienie, moduluje byt każdej nuty wręcz w nieskończoność i gdy jest soczysta, ale pod pełną kontrolą i z dobrym rysunkiem krawędzi, przyjemnie dla trzewi snuje się u nas po podłodze, a w realiach nagrywania płyty po kościelnej posadzce bez efektu wzbudzania efektów typu „buła”. I muszę powiedzieć, że gdy po nią sięgałem, przy pewnego rodzaju spokoju o większość scenicznych detali tworzących ten spektakl, lekkie obawy miałem jedynie o basowe wiosło. Nie dość, że pasuje do Monteverdiego jak pięść do nosa, to w momencie przerysowania popsułaby efekt duchowości wybrzmiewania tej muzyki. Na szczęście zrobiłem drobną, oczywiście przed momentem sugerowaną wcześniej korektę zworek pomiędzy terminalami basu i góry ze środkiem, co sprawiło, że i temperatura grania systemu była bardzo dobra i gitara pokazała, o co tak naprawdę chodziło interpretatorowi tego materiału w osobie Michela Godarda. O co? Oczywiście o pokazanie uduchowionej muzyki w estetyce maksymalnej jakości brzmienia na wzór naszej zabawy w audiofilizm, co nie ma się co oszukiwać, wyszło mu świetnie.
A czy zatem idealny wgląd w nagranie nie przekroczył dobrego smaku w ciężkim materiale? W tym przypadku wykorzystałem grunge-ową grupę Nirvana i jej znany krążek „Nevermind”. To jest dość szorstkie wykrzykiwanie z wielkim zaangażowaniem swoich racji przez Kurta Cobaina i do tego podrasowane wszechobecnymi, ostro grającymi gitarami i jakiekolwiek, powtarzam, jakiekolwiek przedobrzenie w temacie twardości i transparentności prezentacji tej muzy kończy się ogólnym jazgotem. Jak to wypadło w przypadku B&W? Nie powiem, mocno w kwestii wyrazistości brzmienia gitar i z wielką charyzmą darcia się na mnie wokalisty, ale dziwnym trafem tylko w służbie świetnego odbioru. Naturalnie, gdy zderzylibyśmy ten wykon z projekcją oferującą lekkie spowolnienie za cenę większej soczystości w pierwszym odruchu byłoby pewnie przyjemniej. Jednak przecież nie o taką przyjemność akurat artystom chodziło. To miało być szaleństwo i takie od Angielek dostałem. Emocjonalnie się zmęczyłem, nie powiem, ale po to powstawała tego rodzaju muzyka, aby nas w pozytywnym znaczeniu zamęczyć ogólną rozpierduchą, a nie zagłaskać melodyjną papką. Do głaskania służy Country. Niestety z braku tego typu materiału źródłowego nie podjąłem próby weryfikacji radzenia sobie naszych bohaterek z muzyką amerykańskich tirowców. Do pełnej oceny wystarczyły mi dwie wspomniane pozycje, które notabene w odniesieniu do swojej estetyki wypadły znakomicie.

Gdzie ulokowałbym tytułowe kolumny Bowers & Wilkins 801 D4? Po tym co wyartykułowałem powyżej, nie widzę ich tylko w jednym miejscu. Naturalnie chodzi o melomanów przedkładających maksymalną przyjemność słuchania dosłownie każdego rodzaju materiału w całkowitym oderwaniu go od zamierzeń artystów, czyli piewców zawsze miłego i słodkiego grania. Cała reszta populacji audiomaniaków jeśli podczas konfigurowania systemu choćby odrobinę się postara, jeśli nie zakocha się w nich na zabój, to z pewnością nie powie, że to złe, tylko inaczej od ich oczekiwań grające konstrukcje. Konstrukcje pokazujące świetną krawędź dźwięku, swobodę kreowania wirtualnej sceny i szybkość narastania sygnału, co w obecnym momencie moich poszukiwań ideału sonicznego jest bardzo ważne, żeby nie powiedzieć najważniejsze. To dlaczego ich sobie nie zostawiłem? Sprawa jest banalna i rozbija się o rozmiar kolumn. Gdy raz po-obcujesz z zespołami głośnikowymi w rozmiarze moich Gauderów, niestety powrót do rozmiaru kompaktowego jest zbyt bolesny. A gdy tak jak ja możesz sobie tego oszczędzić, temat jakiegokolwiek downgrad-u naturalną koleją rzeczy umiera. Ale żeby nie było, gdybym z jakiś powodów stanął na rozstaju dróg, nasze bohaterki w zagoszczeniu u mnie na stałe miałby praktycznie z górki. A przy tej cenie na tle światowej konkurencji o bardzo mocnym nachyleniu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Pół żartem, pół serio mógłbym dzisiejsze spotkanie rozpocząć od „Ody do ślimaka”, lecz nie tej przecudownie zaśpiewanej przez jucho a w jakiejś nieco bardziej wzniosłej formie. Oczywiście zamiast uroczego przedstawiciela mięczaków, bohaterem byłaby parka prezentowanych podczas minionego Audio Video Show krwistoczerwonych Nautilusów Bowers & Wilkins, którym udało się, jeśli nie zdjąć wiszącej nad nami klątwy, to przynajmniej rozbić limitujący nasze poczynania szklany sufit. Chodzi bowiem o to, iż ilekroć robiliśmy przymiarki do topowej linii 800 zawsze kończyło się na max. drugim bądź trzecim stopniu podium – trzykrotnie spotykaliśmy się z 802-kami, ostatnio, znaczy się w maju gościliśmy 803-ki a swojego czasu flagowych 800-ek a potem 801-ek dane nam było zasmakować głównie w ramach czystko niezobowiązująco-towarzyskich okolicznościach przyrody. Normalnie, aż chciałoby się powtórzyć za Adasiem Miauczyńskim „Znowu drugi. Całe życie ciągle drugi. Nawet jak gdzieś pierwszy byłem, czułem się jak drugi …”. Całe szczęście to już historia i czasy słusznie minione, bowiem po odczarowującym spotkaniu z „czerwonymi ślimakami” coś w temacie drgnęło i koniec końców ekipa Sieci Salonów Top HiFi & Video Design zjawiła się u nas z parką kruczoczarnych … Bowers & Wilkins 801 D4.

Jak już w ramach sesji unboxingowej relacjonowaliśmy 801-ki podobnie do swojego niższego stanu rodzeństwa docierają nie w spodziewanych przy flagowcach drewnianych skrzyniach, bądź customowych case’ach, lecz w pomysłowych modułowych kartonach, z których majestatycznie wyjeżdżają po stosownej rampie. Patent ciekawy i ułatwiający, przyspieszający wypakowywanie, jednak wymagający transportu i wszelkich działań natury logistycznej kolumn w pionie, co o ile w przypadku pozbawionych stopni ciągów komunikacyjnych nie przysparza najmniejszych trudności, o tyle przy stojących na drodze schodach potrafi dać się we znaki zbolałym plecom. Czego się jednak nie robi dla brytyjskiej „rodziny królewskiej”. Same kolumny prezentują się niezwykle elegancko i zapewne z racji „wyszczuplającej” czerni w jaką zostały przyobleczone nad wyraz kompaktowo. Serio, serio, aż się człowiek zastanawia skąd ich przekraczająca 100kg waga. Oczywiście odpowiedź jest oczywista i wynikająca tak ze złożoności samych konstrukcji, jak i użytych do ich budowy materiałów. Korpusy wykonano ze składanej i giętej na miejscu – w fabryce w Worthing sklejki. Ze sklejki jest również wewnętrzne ożebrowanie, czyli legendarny Matrix™, który ze ścianą przednią i aluminiowymi „łożami” – masywnymi tulejami dla przetworników basowych łączą specjalne, również aluminiowe, skręcane profile. Jednak od pierwszego spojrzenia za oko łapie charakterystyczna sekcja wysoko-średniotonowa, czyli łezkowaty, wyfrezowany z pojedynczego bloku aluminium Solid Body Tweeter-on-Top z 25mm diamentowym tweeterem zamontowany na szczycie również aluminiowej średniotonowej „głowy” – Turbine Head łypiącej na nas srebrzystym 150mm drajwerem Continuum z kompozytowym zawieszeniem biomimetycznym. Całość spoczywa na pokrytym skórą Connolly, odlewanym aluminiowym cokole, poprzez który łączy się z sekcją basową, gdzie pyszni się wspomagany dmuchającym w podstawę układem bas refleks, duet 250mm wooferów z membranami Aerofoil. Owa nazwa dotyczy samego profilu kanapkowych (dwie warstwy karbonowej plecionki z twardą syntetyczną pianką między nimi) membran, które mają zmienną grubość – są cieńsze przy cewce i zewnętrznym zawieszeniu i grubsze w połowie swojego promienia, gdyż właśnie tam występują największe siły.
Ścianę tylną wykonano w formie masywnego, żebrowanego aluminiowego profilu, do którego „od wewnątrz” montowana jest wykonana z najwyższej klasy komponentów zwrotnica. Co ciekawe zajmuje ona de facto dedykowaną sobie komorę, gdyż komorę czynną, w której pracują ww. woofery oddzielają od niej plecy kratownicy Matrix. Terminale głośnikowe są podwójne i zlokalizowane tuż przy podstawie kolumn spoczywających na uzbrojonych zarówno w kółka, jak i wykręcane kolce cokołach. W zestawie oczywiście nie zabrakło firmowych zworek, jednak ich „audiofilskość” pozwolę sobie określić mianem symbolicznej sugerując tym samym iście ekspresowe zastąpienie ich jumperami zdecydowanie wyższych, adekwatnych klasie samych kolumn lotów.
801-ki w wersji podstawowej dostępne są w widocznej powyżej czerni o wysokim połysku, bieli i dwóch naturalnych „satynowych” fornirach – orzechowym i orzechowym barwionym na czerwono. Bardziej ekstrawaganckie wykończenia zarezerwowano dla wersji Signature (California Burl Gloss i Midnight Blue Metallic) a w limitowanej Abbey Road Limited Edition postawiono na klasyczną elegancję i fornir Vintage Walnut.
Jeśli chodzi o parametry elektryczne to brytyjskie flagowce są konstrukcjami trójdrożnymi o skuteczności 90dB i 8Ω impedancji.

Choć zwykło się mawiać, iż jeden obraz jest wart więcej niż tysiąc słów a zdjęć w powyższych galeriach jest kilka…dziesiąt, to niestety nie da się z nich wywnioskować jak tytułowe kolumny grają. Choć wcale nie taka zamierzchła przeszłość dowodzi, iż są tacy, którzy idąc w zaparte twierdzą, że takową zdolność posiedli i już na podstawie unboxingu ferowali swe wyroki. Dziwne? Niekoniecznie, gdyż jak Pan Bóg kogoś chce pokarać to mu jedynie rozum a nie dostęp do komputera i Internetu odbiera, więc potem są takie i nie inne efekty. Wracając jednak do meritum 801-ki oferują brzmienie zaskakująco wysokich lotów tak pod względem wyrafinowania, rozdzielczości, dynamiki, czy też … muzykalności, której wg. ww. obrazkowych znawców powinny być zaprzeczeniem. A tymczasem, nawet na tle po wielokroć droższej konkurencji, Bowersy rozbijają bank i uzależniają od pierwszych taktów „The World Under Unsun” Lunatic Sound, na których dobitnie dowiodły, iż muzykalność i eufonia odbioru wcale nie muszą oznaczać przesłodzonej i wręcz lepkiej średnicy, czy wycofanych i asekuracyjnie zaokrąglonych wysokich tonów uzupełnionych misiowatym dołem. O nie. Tutaj estetyce prezentacji bliżej jest może nie do stereotypowo studyjnej liniowości, choć przecież właśnie na 800-kach pracują w Abbey Road, co zdroworozsądkowego umiaru i skupienia się na koherencji aniżeli siłowym wypychaniu „przegrzanej” średnicy przed szereg. Angielskie kolumny wzorem najlepszych monitorów znikają ze sceny zostawiając nas sam na sam z muzyką. Scena kreowana jest niezwykle realistycznie i choć na ww. elektronice tak ogniskowanie źródeł pozornych, jak i budowanie planów jest czysto umowne, to jednak doskonale słychać, kiedy Mariusz Duda fizycznie trąca struny, a kiedy do głosu dochodzą wygenerowane na konsolecie / syntetyzatorze „muzyczne plany”. Wystarczy jednak sięgnąć po materiał oparty na naturalnym instrumentarium w stylu wielkiej symfoniki – „Beethoven: Symphonies Nos.5 & 7” w wykonaniu Wiener Philharmoniker pod batutą Carlosa Kleibera, bądź pulsującego zaraźliwą motoryką jazzu na „Little Big Beat Studio (Live Session)” Avishai’a Cohena (gorąco polecam podgląd na YouTube) a materializacja w naszym bezpośrednim sąsiedztwie składu wykonawczego staje się faktem.
Góra pasma jest szalenie rozdzielcza i zgodnie z wykorzystanym do jej reprodukcji budulcem kopułki diamentowo czysta. Jeśli do tego dodamy całkowity brak podbarwień i granulacji jasnym stanie się, że o ile tylko reszta toru czegoś nie spaprze usłyszymy dosłownie wszystko, absolutnie wszystko co w paśmie przez brytyjski diament obsługiwanym w materiale źródłowym się znalazło. Co ciekawe nie sposób takiej prawdomówności odbierać w kategoriach wypranej z emocji laboratoryjnej analityczności, gdyż 801-ki ani złośliwie nie piętnują potknięć realizatorów, ani nie epatują zbytnio wyeksponowanymi sybilantami a jedynie pokazują je takimi, jakimi one w naturze są. Dlatego też zabierając się za eksplorację radosnej twórczości Carli Bruni, bądź Anny Marii Jopek warto mieć świadomość, iż obie artystki mają tendencję to „szeleszczenia” i niemalże „połykania” mikrofonu. I to po prostu słychać. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli ktoś ma z tym problem, to raczej nie jest to wina kolumn a rozwiązaniem wydaje się zmiana ww. wokalistek na operującą w niższych rejestrach, bardziej krągłą i stonowaną w artykulacji konkurencję. Dalej otrzyma się full-pakiet informacji, ale z racji większej organicznej soczystości zagrożenie ukłuciem jakimś syknięciem spada praktycznie do zera.
Średnica jest logiczną kontynuacją i zarazem uzupełnieniem góry, czyli pierwsze skrzypce grają rozdzielczość i perfekcyjna liniowość idące w parze z iście studyjną monitorową komunikatywnością, gdzie np. różnicowanie siły emisji wokalistów jest czymś tak oczywistym i naturalnym, że po przesiadce na inne konstrukcje ów aspekt zazwyczaj będzie wypadał jako mniej, bądź bardziej upośledzony. Może dla miłośników lepkiej słodyczy będzie to nazbyt zachowawca narracja, jednak w kategoriach bezwzględnych to właśnie jest idealna równowaga, od której odejście jest ewidentnym przekłamaniem, na które godzimy się, a nader często więc świadomie oczekujemy. Dlatego też, nie dziwi fakt, iż właśnie z tych kolumn korzystają w Abbey Road, bo na po prostu wszystko słychać. Jednak od razu pragnę doprecyzować, że słychać nie tylko to, jak coś komuś nie wyjdzie, lecz również, jeśli efekt finalny nagrania, miksu trafia w punkt i wszystko się w nim zgadza. Dlatego też korzystając z nadarzającej się okazji sięgnąłem po materiał właśnie tam zrealizowany, czyli „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects, dzięki któremu jednocześnie zweryfikowałem zdolność 801-ek do reprodukcji nad wyraz karkołomnych spiętrzeń dźwięków o ofensywności i tempach przekraczających tolerancję lwiej części nieprzywykłych do takich ekstremów słuchaczy. A to przecież była jedynie niewinna przystawka przed istnym Armagedonem, jaki miał towarzyszyć odsłuchowi „I Feel the Everblack Festering Within Me” Lorna Shore. I proszę mi wierzyć na słowo, że z Bowersami w torze ww. album szczerze odradzam jednostkom posiadającym w swych trzewiach jakieś zastawki, rozruszniki, bądź inne medyczne ustrojstwa, gdyż przy niemalże koncertowych poziomach głośności niezwykle twardy i perfekcyjnie kontrolowany, lecz zarazem nie noszący znamion odchudzenia, bądź osuszenia bas wali w nasze „kichy” jak zawodowy bokser wagi ciężkiej uzbrojony w używane w MMA „twarde” rękawice. Perkusyjne blasty i podwójna stopa potrafią momentami wręcz odebrać oddech i w takich momentach okazuje się, że to odbiorca jest najsłabszym ogniwem, bo same 801-ki nawet nie zbliżają się w okolice kompresji. Krótko mówiąc chapeau bas!

W ramach podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko stwierdzić, iż Bowers & Wilkins 801 D4 są kolumnami genialnymi i basta. Grają wszystko i robią to obłędnie, i to obłędnie prawdziwie na tyle, że doskonale zdaję sobie sprawę, iż część potencjalnych odbiorców tak potężnej dawki informacji i prawdy może na dłuższą metę nie wytrzymać. Warto również pamiętać, by 801-ek nie łączyć z nazbyt analityczną elektroniką i wykazującym podobne ciągoty okablowaniem, chociaż z tym drugim to różnie bywa, gdyż kilkukrotnie dane mi było słuchać Bowersów w towarzystwie Nordostów i za każdym razem było co najmniej dobrze, bądź bardzo dobrze. Ale to już może działała zasada, że ładnemu we wszystkim ładnie. Któż to może wiedzieć … Grunt, że po kilkunastu dniach w z 801-kami w systemie na pewno nie zamieniłbym ich nawet na wspomniane na wstępie bądź co bądź kultowe „ślimaki”, gdyż sportowo umaszczone Nautilusy przy naszych bohaterkach grały na tyle anachronicznie, że można je jedynie traktować w kategoriach ekstrawaganckich, kolekcjonerskich bibelotów i futurystycznej ozdoby salonu. Jeśli jednak chodzi o walory soniczne, to jednak 801 D4 rozdają tu karty.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Producent: Bowers & Wilkins
Cena: 185 998 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, podłogowa, wentylowana
Zastosowane przetworniki
– wysokotonowy: 1 x ø25mm diamentowy
– średniotonowy: 1 x ø150mm Continuum cone FST™
– niskotonowy: 2 x ø250mm Aerofoil
Pasmo przenoszenia: 13Hz – 35kHz (15Hz – 28kHz +/-3dB)
Skuteczność: 90dB (2.83Vrms @ 1m)
Impedancja: 8Ω (min. 3.0Ω)
Zniekształcenia THD: <1% 30Hz – 20kHz; <0.3% 100Hz – 20kHz
Rekomendowana moc wzmacniacza: 50W – 500W / 8Ω
Max. rekomendowana impedancja okablowania: 0.1Ω
Dostępne warianty wykończenia: Gloss Black, White, Satin Rosenut, Satin Walnut
Wymiary (W x S x G): 1221 x 451 x 600 mm
Waga: 100,6 kg/szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

W tym roku świąteczne przygotowania przybierają złote barwy. Do ZenSati Seraphim dołączył właśnie Gold Note Mediterraneo X w wersji … Gold.

Cdn. ..

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

W tym roku miał być spokój z okablowaniem audio a tymczasem prawdziwym rzutem na taśmę dotarł do nas kompletny zestaw okablowania ZenSati Seraphim.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Raidho TD3.10

Opinia 1

Nie wiem, jak widzicie to Wy, ale w moim mniemaniu tytułowa marka Raidho swą rozpoznawalność w głównej mierze opiera na trzech filarach. Pierwszym jest dla wielu bardzo istotne pochodzenie z kolebki światowego mainstreamu produkującego kolumny, czyli ikony tego typu konstrukcji – Danii. Drugi to będące feedbackiem powołania jej do życia, czyli z założenia brylowanie ze swoją ofertą li tylko w segmencie High End-u. Zaś trzecim opieranie produktów – choć nie zawsze, czego dowodem jest dzisiejsza epistoła testowa – o dużą liczbę, za to stosunkowo niewielkich przetworników, co daje rozpoznawalny od pierwszego kontaktu sznyt brzmieniowy. Naturalnie są to jedynie moje, dlatego nikogo nie wiążące przemyślenia, ale gdy w rozmowie w jakimś szerszym gronie padnie nazwa dzisiaj opiniowanej marki, w pierwszym odruchu na myśl przychodzą mi 3 wspomniane cechy. Jednak jak zdążyłem napomknąć, ostatni znak rozpoznawczy nie jest wiążący dla całej populacji kolumn spod tego znaku towarowego, gdyż tym razem przyjrzymy się nieco innym do typowych zespołom głośnikowym, które do przetwarzania niskich rejestrów wykorzystują na tle swojego rodzeństwa spore rozmiarowo przetworniki. A będą nimi dostarczone przez Warszawskiego dystrybutora Hifi System, sporej wielkości w domenie wysokości oraz na tle typowych produktów, aby można było zastosować duże membrany, o szerokich frontach Raidho TD3.10.

Dzisiejszy model kolumn marki Raidho to dość wysokie, osiągające lekko ponad 150 cm, głębokie na 70 cm i jak wspominałem szerokie na prawie 50 cm, przez to na tle rodziny bardzo okazałe konstrukcje. Aby to jakoś zgubić i przy okazji powalczyć ze szkodliwymi rezonansami wewnętrznymi ich bryłę udanie wizualnie uformowano. Chodzi mianowicie o zbieganie się płynną linią bocznych ścianek od strony szerokiego awersu w kierunku znacznie węższych pleców, zastosowanie lekkiego zagłębienia połaci frontu pomiędzy górnym głośnikiem basowym a dolnym średniotonowym i lekkie pochylenie górnej części obudowy w kierunku frontu. Takie wybory sprawiają, że skrzynka nie ma równoległych do siebie ścianek, a w przekroju poprzecznym wykorzystuje bardzo często stosowany przez inne marki kształt lutni, co znakomicie realizuje zadania antyrezonansowe i walkę z falami stojącymi wewnątrz niej. Jeśli chodzi o uzbrojenie w przetworniki, każdy z nich zamontowano na osobnym module wykonanym z grubego płata aluminium. I tak patrząc od dołu widzimy dwa basowce, a nad nimi ustawione w układzie d’Appolito także dwa średniotonowce i pomiędzy nimi wysokotonowy przetwornik wstęgowy. Jeśli chodzi o wyposażenie tylnego panelu, w celu odpowiedniego strojenia dolnego zakresu konstruktorzy zastosowali 4 porty bass-refleks, zaś w funkcji spięcia kolumn z resztą systemu jako ukłon dla purystów w tym temacie podwoili zestaw zacisków przyłączeniowych. Naturalnie, aby tak wysoka i mimo wszystko dość wąska konstrukcja była stabilna, do podstawy TD3.10 przykręcono poprzeczne, wyposażone w regulowane stopy, zwiększające szerokość punktów jej podparcia aluminiowe poprzeczki. Z ciekawostek technicznych warto jest wspomnieć, iż w układzie zwrotnicy zastosowano komponenty Mundorfa, cewki powietrzne i kondensatory polipropylenowe, a całość wewnątrz okablowano Nordostami z serii Norse. Tak pokrótce opisany model Raidho w temacie osiągów technicznych może pochwalić się skutecznością na poziomie 89 dB przy obciążeniu 4 Ohm, pasmem przenoszenia pod 20 Hz do 50 kHz oraz niebagatelną wagą 105 kg sztuka.

Co sądzę o naszych bohaterkach? Pierwsze co chcę powiedzieć, to oznajmić, iż to całkowicie inne granie od rodziny tej marki wykorzystującej małe przetworniki w dużej liczbie. Swobodniejsze, z większym udziałem przyjemnego nasycenia i dobrze rozumianej krągłości średnicy, a także oferujące więcej i do tego znacznie bardziej zróżnicowanej energii – w szczególności odnosi się do dolnego zakresu. Efekt jest taki, że gdy typowa bateria maluchów stawia raczej na szybkość ataku, zwarcie przekazu i przez to proponowanie słuchaczowi bardzo zwartego, niestety czasem nazbyt twardego dźwięku, tytułowe panny zmieniają front działań i dostajemy pakiet luzu, szczyptę zawsze mającego swój udział w przekazie „mięsa”, dzięki czemu muzyka staje się łatwiej przyswajalna (unika efektu zbytniej techniczności podania) i z automatu bardziej namacalna. Nagle zamiast wyścigów w domenie wyrazistości prezentacji, główne role grają rozmach i swoboda budowania realiów scenicznych, większa naturalność barwy, odpowiednia soczystość i wielobarwność przekazu. Dosłownie i w przenośni dostajemy inny świat. Świat, który bez dwóch zdań przemawia do mnie bardziej po ludzku. Owszem, lubię mocny kontur i odpowiednią szybkość narastania sygnału, ale gdy robi się z tego cel nadrzędny, na dłuższą metę mam z tym problem. W tym przypadku konstruktorzy odpuścili ściganie się na parametry i postawili na dobrze rozumianą muzykalność. Co ciekawe, na tyle uniwersalną, że testowo skonfigurowany zestaw znakomicie radził sobie z każdego rodzaju twórczością. Tą stawiającą na intymne spotkanie ze słuchaczem i tą mającą nim potrząsnąć.
Przywołując stonowaną muzykę chciałbym wspomnieć o świetnym występie podczas testu stosunkowo nowej produkcji Benjamina Lacknera z czterema kolegami „Spindrift”. To w większości spokojna muzyka, jednak występujące instrumentarium powoduje, że bez odpowiedniego nasycenia i dobrze rozumianej miękkości dających szansę na wytworzenie odpowiedniej homogeniczności prezentacji zabrzmi nudno, bo zbyt kanciasto i szybko. To zaś sprawi, że nie da szans na pokazanie imponujących wybrzmień każdego instrumentu i nierzadko nie pozwoli na długotrwałe zawieszenie wygenerowanej przezeń pojedynczej nuty, co jest znakiem szczególnym takich projektów. Na szczęście dla tytułowych Dunek takie klimaty są wodą na młyn i dzięki rezygnacji z wielu małych przetworników na rzecz mniejszej ilości dużych ten spokojny jazz zabrzmiał soczyście, ze świetnym zejściem, oddechem i dźwięcznością. A gdy dodam, że mimo sporych gabarytów kolumny potrafiły zniknąć z pokoju i pozostawić mnie z wielką wirtualną sceną, po prostu się w nich zakochałem. Dotychczas produktami tergo brandu byłem jedynie w pewien sposób zauroczony, gdyż oferowały fają wyczynowość prezentacji, tymczasem model TD3.10 pokazał, że szaleńczą pogoń za wyczynowością z niedużym uszczerbkiem dla tego rodzaju prezentacji da się przekuć w nadal pełną werwy, bo jednak kontur w pracy kontrabasu, czy zaznaczenie mocnego akordu przez fortepian są istotnymi elementami ich wizualizacji w eterze, ale już pokazującą w typowym dla danego rodzaju materiału estetykę opartą o odpowiedni konsensus pomiędzy drapieżnością, a płynnością i dźwięcznością. Naprawdę nie sadziłem, że kolumny Raidho to potrafią, a tu taki pozytywny Zonk.
A co z mocnym graniem? W tej roli wystąpiła ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera z filmu „Incepcja”. Jak wiadomo jest to muzyka pełna zaskoczeń. Raz masuje nas melodyjnymi – o różnych poziomach soczystości i energii – motywami tworzącymi napięcie dla danej sceny w filmie, by za moment zaskoczyć feerią mocnych i nieprzewidywalnych kopnięć basem, jego niskimi pomrukami, zmianą tempa oraz natychmiastowym atakiem następujących po sobie motywów. A, że opisywane kolumny miały kolokwialnie mówiąc „czym dmuchnąć”, także ten rodzaj muzyki dosłownie i w przenośni dosłownie połknęły. Pokazały, że nie tylko potrafią wygenerować mikro-trzęsienia ziemi, ale także utrzymać kontrolę tak nisko chadzającego zakresu basu. Oczywiście niebagatelną rolę spełniło także umiejętne dozowanie nasycenia i krągłości dźwięku, co dodatkowo podkreśliło kunszt kompozytora w umiejętnym łączeniu melodyjności i agresji w następujących po sobie frazach dźwiękowych bez jakiegokolwiek uczucia zgrzytu pomiędzy nimi podczas odbioru przez słuchacza. Gdyby tytułowe panny nie umiały odpowiednio różnicować mocnych i delikatnych przebiegów muzycznych, wyszłaby z tego jedna nudna papka, a tak na przemian byłem przyjemnie utulany i zamierzenie zaatakowany stosownymi do klatki filmowej motywami sonicznymi. I co najciekawsze, w bardzo dobrej jakości prezentacji bez względu na poziom głośności, co pokazało umiejętność panowania kolumn nad wygenerowanym przez siebie światem dźwięków. To zaś dobitnie pokazało, że duże przetworniki oferują całkowicie inne podejście do tematu prezentacji muzyki i żadne zaklinanie rzeczywistości, że kilka małych sumarycznie daje taką samą powierzchnię membrany i praktycznie to jest to samo. Nie jest to samo, co w tym teście udowodnił model Raidho TD3.10.

Komu poleciłbym tytułowe, nie ma się co oszukiwać urodziwe od strony wizualnej i świetne od strony brzmieniowej kolumny z Danii? Praktycznie wszystkim. No może bez wielbicieli estetyki stawiającej na szybkość narastania sygnału oraz mocny kontur rysowanych w eterze źródeł pozornych, gdyż one od tego celowo stronią. Do takich fajerwerków są inne modele z tej stajni. Dzisiaj opisywana konstrukcja jest orędownikiem poszukiwania muzyki w muzyce, ale przy zachowaniu świetnego drive’u i swobody prezentacji. Jeśli zatem w swym dążeniu do dotarcia do sedna muzyki czegoś takiego poszukujecie, bez dwóch zadań Raidho TD3.10 powinny znaleźć się na jednym z pierwszych miejsc na liście odsłuchowej. Zapewniam, będzie się działo i to w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Prawdę powiedziawszy nie sądziłem, że na samym finiszu 2025 r. przyjdzie nam nawiązywać do ostatniego (i to dosłownie) monachijskiego High Endu, gdzie właśnie miała miejsce premiera naszych dzisiejszych gościń. Nie da się jednak ukryć, że to jednak zdecydowanie bliższe tak lokalizacyjnie, jak i kalendarzowo nasze stołeczne Audio Video Show było swoistym triggerem do tego, by finalnie prezentowane tam potężne, pozornie wręcz o wiele za duże do hotelowej klitki, Raidho TD3.10 (bo to o nich cały czas mowa), zagościły w naszych skromnych progach. Skoro bowiem tam się „dźwiękowo” nie tylko zmieściły, co bardzo skutecznie obroniły nie mogliśmy przepuścić okazji weryfikacji tego fenomenu w znanych sobie warunkach sprzętowo – lokalowych. Tym oto sposobem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zaprosić Państwa na ciąg dalszy naszych dywagacji nt. dostarczonych z niemałym trudem (wystarczy zerknąć na relację z unboxingu) przez ekipę warszawskiego Hi-Fi Systemu tych ponad 100-kilogramowych piękności.

Jak widać na załączonych zdjęciach Raidho TD3.10 prezentują się na tyle atrakcyjnie, żeby nie powiedzieć obłędnie, że nawet jakby tylko stały i nie grały, to z pewnością znaleźliby się chętni do ustawienia ich w salonie jedynie w celu cieszenia nimi oczu. I powiem szczerze, że doskonale bym ich rozumiał, bowiem duńskie kolumny, szczególnie w dostarczonej na testy wersji pokrytej orzechowym fornirem pod względem designu i jakości wykonania nie biorą jeńców. Lekko wygięte, frezowane na obrabiarkach CNC, zbiegające się ku śladowej ścianie tylnej panele boczne pokryto bowiem ręcznie selekcjonowanym i parowanym fornirem z orzecha włoskiego o niezwykle bogatym rysunku, który poddawany jest aż ośmiu etapom precyzyjnego szlifowania oraz zabezpieczany jest szesnastoma (!) warstwami lakieru o wysokim połysku. Słowem cud, miód i orzeszki.
Nie mniej atrakcyjnie Raidho prezentują się en face, gdyż zestaw customowych drajwerów nie wylądował na „prostej desce”, lecz umieszczono go na modułowym, lekko wygiętym – zapewniającym koherencję czasową aluminiowym panelu. Patrząc od góry mamy sekcję wysoko-średniotonową z wstęgą i parą średniotonowców w układzie D’Appolito, którą od dołu uzupełnia para budzących zaufanie basowców. I tak, jak w przypadku stolarki, również nie sposób obojętnie przejść również obok zastosowanych przez Duńczyków przetworników, gdyż nie są to ogólnodostępne, nawet modyfikowane „półkowce”, lecz w pełni autorskie konstrukcje. I tak, pracujący do 50kHz, zamontowany w aluminiowym falowodzie planarno-wstęgowy wysokotonowiec wyposażono w membranę z folii aluminiowej o grubości 10 µm i zaledwie 18 mg masie ruchomej. Jeszcze bardziej zaawansowaną technologię reprezentuje duet 5,25″ średniotonowców, które mogą pochwalić się membranami w formie sześciowarstwowych (m.in. aluminium, ceramika, tantal, DLC, 10 µm warstwa 1,5-karatowego diamentu) sandwichy za których napęd odpowiadaukład oparty na magnesach neodymowych N52 z pierścieniem stabilizującym strumień magnetyczny i tytanową cewką nawiniętą kwadratowym drutem. Reprodukcję najniższych składowych powierzono parze 10” wooferów, które są rozwinięciem znanych z modelu TD3.8 wersji 8”. Ich membrany również mają budowę kanapkową pokryte diamentową powłoką węglową (DLC) i charakteryzują się większą sztywnością od tytanu przy jednocześnie niższej masie. Tytanowe są za to ich kosze a cewki nawinięto bardzo cienkim drutem litz. Całość okablowano przewodami Nordost Norse a opartą głównie na komponentach Mundorfa wykonano w technice montażu punkt-punkt. Zredukowane do niezbędnego minimum plecy 3.10 prezentują się nie mniej elegancko. Zlokalizowane tuż przy podstawie podwójne terminale głośnikowe śmiało zasługują na miano biżuteryjnych a cztery (!) porty bas-refleks jasno dają do zrozumienia, że duńskie kolumny mają czym i lubią  „łupnąć”. Raidho usadowiono na poprawiających ich stabilność poprzecznych belkach, które z kolei uzbrojono w masywne, regulowane stopy antywibracyjne.
Od strony elektrycznej mamy do czynienia z konstrukcjami trójdrożnymi (częstotliwości podziału wyznaczono przy 240Hz i 2,7kHz) o skuteczności 89dB i 4Ω impedancji, do których prawidłowego wysterowania, przynajmniej wg. wytwórcy wystarczy wzmacniacz dysponujący przynajmniej 50W.

O ile do tej pory zazwyczaj mieliśmy do czynienia z modelami Raidho opartymi na stosunkowo niewielkich przetwornikach basowych a co za tym idzie o niezwykle smukłych i wiotkich kształtach korpusów, to TD3.10 od owej slim-fitowej estetyki wyraźnie odchodzą wykorzystując nie dość, że przynależną do klasycznej rozmiarówki 10” woofery, to z racji ich umieszczenia na swych frontach również przybierając zdecydowanie bardziej masywną i absorbującą gabarytowo formę. I, przynajmniej z mojego, czysto subiektywnego punktu widzenia, bardzo dobrze, bo tym sposobem udało się Duńczykom połączyć przysłowiowy ogień z wodą. Chodzi bowiem o to, iż tym razem otrzymujemy spodziewany pakiet firmowy – szybkość, holografię i rozdzielczość, lecz dodatkowo, niejako … chciałem napisać w bonusie, lecz przy oscylującej wokół 600kPLN cenie wyglądałoby to dość kontrowersyjnie, więc uznajmy, że … wraz z całym dobrodziejstwem inwentarza również świetnie rozciągniętą i zróżnicowaną podstawę basową. Co ciekawe, początkowo można było odnieść wrażenie, że basu z TD3.10 jest wręcz mniej aniżeli z niedawno u nas goszczących filigranowych jubileuszowych X2t 25th Anniversary Edition Emerald Green. To jednak tylko pozory, gdyż nasze dzisiejsze gościnie operują nie dość, że w zdecydowanie szerszej skali, co dramatycznie wyższej ilości, która idzie w parze z jakością a nie jest nią w mniejszym, bądź większym stopniu kompensowana. Mamy zatem do czynienia z onieśmielającą mikrodynamiką na niemalże molekularnym poziomie, gdzie każde, nawet najdelikatniejsze trącenie struny, muśnięcie talerza, bądź nawet zazwyczaj pomijalna mechanika pracy dęciaków nie dość, że są oczywiste, to jeszcze potrafią wokół siebie zbudować konkretną opowieść dowodząc słuszności swego zaistnienia w danym miejscu i czasie. Wystarczy tylko sięgnąć po kontemplacyjny „Officium Novum” Jana Garbarka z The Hilliard Ensemble, czy baśniowy „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena, by nie wiedzieć kiedy dać się wchłonąć przez stworzony przez kolumny mikrokosmos. Każdy, nawet najmniejszy dźwięk, niuans są na wyciągniecie ręki, podane na srebrnej tacy, lecz nie wyrwane z kontekstu a cały czas z nim związane i w nim egzystujące. Odsłuch z Raidho w systemie przypomina nieco możliwość pilotowania wyposażonego w kamery 4/8k drona mając na głowie zestaw VR i podążanie za interesującymi nas w danym momencie dźwiękami i melodiami, wnikanie w strukturę nagrania, przemykanie pomiędzy uczestnikami sesji nagraniowej i chłoniecie muzyki maksymalnie wyczulonymi zmysłami. Zero zawoalowania, „naciągania pończoch na mikrofony”, czy też asekuracyjnego wycofania, gdy potężna dawka informacji niebezpiecznie zbliża się do granic naszej percepcji. Zbytnie utwardzenie, czy wręcz szklistość? Brak. Przesadna analityczność i tendencja do ofensywności? Nie stwierdzono. Po prostu dostajemy to, co na płycie, w pliku się znalazło, dokładnie w takiej jakości w jakiej zostało zrealizowane/zarejestrowane. Mówiąc wprost TD3.10 nie są od korygowania, bądź interpretowania a jedynie reprodukcji w możliwie najbliższej oryginałowi postaci. Przesadzam? Bynajmniej, jedynie staram się ubrać w słowa niezwykłą natychmiastowość i holograficzną rozdzielczość jaką są w stanie zaoferować tytułowe kolumny.
A jak Raidho radzą sobie na przeciwległym krańcu skali dynamiki? Cóż, bazując m.in. na odsłuchach wielkiej symfoniki („Rhapsodies”) oraz techniczno-symfonicznego deathcore’u w wydaniu Lorna Shore („I Feel the Everblack Festering Within Me”) śmiem twierdzić, że jedyny problem jaki ich nabywca może napotkać, to brak zrozumienia dla jego upodobań muzycznych u pozostałych domowników a jeśli wstawi je do mieszkania/apartamentu w budynku wielorodzinnym, to również … sąsiadów. Nie da się bowiem ukryć, iż jeśli tylko odpowiednio niskie częstotliwości, bądź apokaliptyczne spiętrzenie dźwięków w materiale źródłowym się znajdą a amplifikacja podoła je do kolumn z pełnym pakietem informacji co do potęgi i ładunku energetycznego dostarczyć, to … klękajcie narody. Oferowany przez TD3.10 bas jest niezwykle zwarty, momentami wręcz żylasty, lecz zarazem daleki od osuszenia i zbytniej chrupkości, dzięki czemu nie tylko nic się nie snuje i nie dudni, co nie sposób uznać, że niskich częstotliwości jest za mało, czy to z racji reglamentacji ich wolumenu, czy też zejścia. W dodatku w całości reprodukowanego pasma mamy do czynienia z wyśmienitą kontrolą, której oczywistą beneficjentką jest zaraźliwa motoryka, oraz trudnym do przecenienia zróżnicowaniem i gradacją intensywności poszczególnych składowych. Raidho z łatwością pokazują różnice pomiędzy siłą uderzenia w werbel a podwójną stopą, bądź siłą rażenia sekcji smyczków i dęciaków z liczną obsadą waltorni.

Kluczowym jednak pozostaje fakt, iż niezależnie od swej natywnej rozdzielczości i natychmiastowości Raidho TD3.10 cały czas operują niezwykle wyrafinowanym i jedwabiście gładkim dźwiękiem, przez co nie sposób określić je mianem nazbyt analitycznych, czy też zachowawczych pod względem emocjonalnym. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że dla większości odbiorców będą one ucieleśnieniem zdroworozsądkowej, wynikającej również z ich koherencji, muzykalności. Dlatego też, jeśli tylko rozglądacie się Państwo za bezkompromisowymi zarówno pod względem wykonania, jak i brzmienia stricte high-endowymi kolumnami, to wpisanie na listę do odsłuchów TD3.10 wydaje się czystą formalnością.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Raidho Acoustics
Cena: 580 000 PLN (Orzech włoski); 516 000 PLN (piano black)

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożne, podłogowe
Zastosowane przetworniki:
– 1 × ręcznie wykonany tweeter w technologii planarnej (wstęgowy)
– 2 × 5,25″ głośniki średniotonowe z membraną tantalowo-diamentową
– 2 × 10″ głośniki niskotonowe z powłoką diamentową (DLC)
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 50 kHz (±3 dB)
Skuteczność: 89dB (2,83 V / 1 m)
Impedancja nominalna: 4 Ω
Zalecana moc wzmacniacza: 50 – 500 W
Częstotliwości podziału: 240 Hz i 2,7 kHz
Wymiary (S × W × G): 485 × 1520 × 700 mm (wraz z nóżkami)
Waga: 105 kg / szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Nieuchronnie zbliżający się koniec roku to czas podsumowań, domykania rozpoczętych projektów i tak też jest też nasz jeden z ostatnich gości – ostatni z rodu – Furutech Project-V1-T.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Jak już zdążyliśmy „na socjalach” zasygnalizować w miniony piątek, w Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej odbyło się wielce udane spotkanie z muzyką legendarnej formacji Pink Floyd. Okazją była kolejna, nawet nie będę zgadywał która, tym razem jubileuszowa (stuknęła jej 50-tka!) winylowa reedycja ósmego albumu studyjnego Floydów, czyli „Wish You Were Here 50” . Zgodnie z tradycją 3-kowych spotkań i zarazem z powszechnie znanym zamiłowaniem Gospodarza – Piotra Metza do wszelakiej maści kolekcjonerskich boxów zamiast standardowej czarnej, bądź nieco bardziej wyróżniającej się z tłumu żółtej wersji na Myśliwieckiej nie mogło zabraknąć najbardziej wypasionej opcji, czyli zestawu czterech clarity-vinyli (oryginalny album, dziewięć bonusowych utworów studyjnych, rejestracja Live At Wembley 1974), repliki japońskiego 7-calowego singla „Have A Cigar” / „Welcome To The Machine”, dwóch płyt CD oraz Blu-Ray z m.in. miksem Dolby Atmos przygotowanym przez Jamesa Guthrie. Jak łatwo się domyślić z racji ściśle określonych ram czasowych odsłuch objął jedynie pierwszą, oryginalną płytę LP i pojedynczy bonusowy track z drugiego krążka.

W ramach wprowadzenia Piotr Metz przybliżył licznie zgromadzonej publiczności rys historyczny i okoliczności powstania „Wish You Were Here” a reprezentujący częstochowską Deltę-Audio Maciej Grabałowski pokrótce opisał przygotowany na okoliczność piątkowego odsłuchu system. A ten (system, nie Maciek) prezentował się niezwykle intrygująco, gdyż w jego skład wchodziły równie trudne tak do ukrycia, jak i podobno do wniesienia jubileuszowe, wyposażone w aktywne zwrotnice Klipsche Jubilee do których napędzenia użyto potężnych, 200W lampowych monobloków Mastersound PF 200 litz, które na basie wspomagała kolejna para, tym razem stereofonicznych, acz z możliwością zmostkowania i zarazem tranzystorowych końcówek mocy Gold Note PA-1175. Rolę przedwzmacniacza powierzono wyposażonemu w regulowany stopień wyjściowy przedwzmacniaczowi gramofonowemu Gold Note PH-1000 z zewnętrznym zasilaczem PSU-1250 a źródłem był zjawiskowy gramofon Gold Note Mediterraneo X z ramieniem uzbrojonym w firmową wkładkę Giotto. Z kolei okablowanie zapewniło ZenSati dostarczając przewody z serii Seraphim uzupełnione kilkoma Razzmatazzami.

Jak już wielokrotnie w ramach 3-kowych relacji wspominałem Studio Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej z racji ponad 256 m² powierzchni i kubatury wynoszącej ok. 1500 m³ na tyle wysoko zawiesza poprzeczkę przed śmiałkami pragnącymi wystąpić na jego scenie, iż niejako na samym starcie eliminuje większość cywilnych kolumn głośnikowych. Wystarczy wspomnieć Ardento Alter 2, Audio Physic Cardeas 30 LJE, czy Avantgarde Acoustic Duo XD, które ewidentnie ginęły tak optycznie, jak i sonicznie „w Osieckiej”, w której to świetnie odnajdywały się z kolei „maleństwa” w stylu występujących jeszcze (to był rok 2012) pod banderą Isophona Berlin RC 11, Avantgarde Acoustic Trio z dedykowanymi im modułami SHORT BASSHORN czy Cabasse La Sphère. Krótko mówiąc na Myśliwieckiej duzi zawsze mieli łatwiej a skoro i Klipsche Jubilee również do najmniejszych nie należą, to i perspektywy były raczej optymistyczne. I szczerze powiem, że się nie zawiodłem, gdyż powyżej wyszczególniony system zaprezentował się nad wyraz korzystnie. Może organizatorzy nie przesadzali z głośnością, ale śmiem twierdzić, że dla większości zgromadzonych dawki decybeli i tak były w pełni satysfakcjonujące, czy wręcz na granicy tolerancji. Grunt, że z powodzeniem można było poczuć rockowy drajw a hektary przestrzeni i perfekcyjne ogniskowanie źródeł pozornych były niejako w gratisie. Nie da się jednak pominąć wyraźnej „papierowej” sygnatury Klipschy, która może niekoniecznie by korespondowała z bardziej współczesnym repertuarem, jednak biorąc pod uwagę, iż za wsad muzyczny w piątkowe popołudnie posłużyły półwieczne tracki śmiem twierdzić, że udało się osiągnąć pełną synergię charakterologiczną. Świetnie zabrzmiały leniwe riffy Gilmoura, które właśnie dzięki wspomnianej przed chwilą „papierowości” zyskały nieco na ekspresji – nie były już tak kremowe jak zazwyczaj, a wokal Watersa odważniej kąsał nasze zmysły. Czy trzeba czegoś więcej do szczęścia? Nie wiem jak reszta zgromadzonych, ale osobiście nie miałbym nic przeciw kolejnej godzinie na eksplorację bonusowych nagrań …

Serdecznie dziękując Gospodarzowi oraz ekipie Delta-Audio za zaproszenie czytelnikom zainteresowanym ww. „parkiem maszynowym” sugerujemy zbytnio nie oddalać się od odbiorników …

Marcin Olszewski

Opinia 2

Jak wszyscy znakomicie wiemy, czas nie tylko niebłaganie, ale do tego jakoś dramatycznie szybko mija. To zaś sprawia, że aby nie popaść z tego powodu w depresję, wszystkie symptomy przypominające nam o tym niemiłym aspekcie naszego bytu na tym ziemskim padole w mniej lub bardziej udany sposób staramy się ignorować – w głównej mierze mam na myśli udawanie niezwracania uwagi na dorastanie dzieci, potem wnuków czy lekceważenie widzianych w lustrze niebłaganych własnych zmian fizjologicznych. I gdy wydawałoby się, że przy takim podejściu temat przemijania życia mamy pod pełną kontrolą, niestety jak to zwykle w życiu bywa, gdy tak jak ja kochasz muzykę, zawsze jest coś, czego w przypominaniu nam o starzeniu się ni w ząb nie da się zagłuszyć. Co mam na myśli? Jak to co, piję do tematu dzisiejszej relacji z wizyty w studiu koncertowym Agnieszki Osieckiej w radiowej Trójce, czyli wspólnego obchodzenia z wieloma podobnymi mi osobnikami rocznicy wydania będącej ikoną rockowej twórczości płyty „Wish You Were Here” zespołu Pink Floyd. Której rocznicy? Być może zabrzmi to niezbyt korelująco z podniosłością tego wydarzenia, ale patrząc na to z perspektywy przed momentem wygłoszonego żalu do życia niestety już 50. Na szczęście tego wieczora świetnie oprawionej nie tylko od muzycznej, ale także znamienitości gospodarzy oraz odtwarzającego muzykę sprzętu strony. Te ostatnie aspekty wydarzenia to co prawda w tego typu prowadzonych przez Piotra Metza przedsięwzięciach jest standardem, ale myślę, że dobrze jest zawsze wspomnieć o pełnym profesjonalizmie organizowania przez pomysłodawcę tych niestety już cyklicznych, przypominające wiekowe ikony muzyki imprez.

Gdy użyjecie naszej wyszukiwarki, zorientujecie się, iż to jest nasza kolejna wyprawa na muzyczną ucztę do tego odłamu Polskiego Radia. Za każdym razem z innym muzycznym tematem przewodnim w tle, ale przygotowaną na bogato, gdyż pan Piotr zawsze zaprasza znajomego dystrybutora sprzętu audio, aby pomógł mu ogarnąć temat od strony jak najlepszej jakości systemu prezentującego dany krążek. I gdy mieliśmy okazję spotkać już w tym studio przedstawicieli RCM-u, Nautilusa, Voice’a i kilku innych, tym razem wybór padł na stacjonujący w Częstochowie salon Delta Audio. Ten zaś nie przebierał w środkach i wytoczył na ostatni piątkowy wieczór najcięższe działa. Rolę źródła pełnił zestaw analogowy włoskiej marki Gold Note w postaci rocznicowego gramofonu i znakomitego, bo dzielonego flagowego phopnostage’a. Do sekcji wzmocnienia wykorzystano mocarne lampowe monobloki także włoskiej marki Mastersound dla sekcji zakresu góry i średnicy oraz tranzystorowe końcówki mocy Gold Note dla zakresu basu. Kwestię zespołów głośnikowych rozwiązywały – jak sama nazwa wskazuje – jubileuszowe, zajmujące szczyt w ofercie amerykańskiej marki, jak unaoczniają fotografie tubowe, oczywiście wysokoskuteczne kolumny Klpisch Jubilee. Całości konfiguracji zaś dopełniało dostarczone przez podwarszawskiego dystrybutora Audiotite, brylujące tuż za podium oferty okablowanie duńskiej marki ZenSati Seraphim. Jak wynika z powyższego opisu było na czym nie tylko ucho podczas odsłuchu, ale także oko przed i po nim zwiesić.
Jak to wypadło? Jak zwykle świetnie, gdyż po trosze to zasługa pana Piotra, który zarzucał nas nie tylko dogłębnymi informacjami na temat będącego tematem przewodnim albumu muzycznego, ale także dotyczącymi go anegdotami. Po drugie bardzo duży udział w fajnym odbiorze imprezy miał mocodawca salonu dostarczającego sprzęt z najwyższej półki Maciej Grabałowski który nie tylko zajął się dostarczeniem wymienionych wcześniej konstrukcji, ale również drobiazgowym opisem każdej z nich. A po trzecie sama muzyka. Niby znana, teraz jedynie poprawiona technicznie i wydana w wielu formatach i z wieloma dodatkami w formie wielkiego box-a, ale tak jak pięćdziesiąt lat temu, także teraz słuchana wespół z po brzegi wypełniającymi salę koncertową słuchaczami nadal hipnotyzująca. Ani śladu nudy, tylko pełne wejście podświadomością w cały materiał muzyczny z małą przerwą na zmianę strony A na B wydania winylowego. Jednym słowem bajka. Na tyle warta uczestnictwa, że jeśli będziecie mili szansę na taki pokaz się wkręcić, nie marnujcie okazji, bo po idąc za wyliczanka składowych tego wydarzenia po trzykroć warto.

Kończąc ten w porównaniu z tym co wydarzyło się podczas mojej piątkowej wizyty w Trójce bardzo skrótowy i lakoniczny opis chciałbym podziękować organizatorom za możliwość uczestnictwa w pokazie, za co odwdzięczam się skreśleniem kilku informacji na jego temat, a podobnym do mnie uczestnikom za miłą, bo skupioną na celebrowaniu słuchania świetnej muzyki atmosferę. Ta ostatnia była na tyle łącząca nas w jeden słuchający organizm, że gdy pojawi się szansa na kolejny taki wypad, z pewnością nie omieszkam się nań zdecydować. Choćby z chęci poznania podobnych do mnie muzycznych freaków.

Jacek Pazio