Monthly Archives: grudzień 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Z pewnością wiecie, iż testowanie jakiejkolwiek konstrukcji z działu analogowego jest dla mnie czyś wyjątkowym. To naturalnie wynik większej przyjemności obcowania z muzyką odtwarzaną z gramofonu, aniżeli CD tudzież streamera plików. A gdy tak jak w dzisiejszym przypadku mam spotkać się z jakimś ambitnym projektem, moje zadowolenie wzmaga się wykładniczo. Z czym będę się mierzył? Z pochodzącym zza wielkiej wody, bardzo dobrze znanym dosłownie i w przenośni każdemu adeptowi zabawy w analog producentem w głównej mierze urządzeń lampowych – amerykańskim Audio Researchem. A konkretnie? Otóż dzięki staraniom łódzkiego Audiofastu na kilkanaście dni ku mojemu zadowoleniu zawitał Audio Research Reference Phono 3SE.

Kreśląc kilka informacji o budowie naszego bohatera dla wielu potencjalnych użytkowników najważniejszą jest zastosowanie obudowy w kształcie spokojnego wizualnie prostopadłościanu, a nie typowej dla lampowych urządzeń platformy nośnej dla szklanych baniek i innych ważnych podzespołów. To naturalnie ma swoje reperkusje konstrukcyjne, gdyś ukryte wewnątrz ogniska temperatury trzeba jakoś chłodzić. Na szczęście Amerykanie bez problemu sobie z tym poradzili, gdyż zastosowane bańki z wolnymi elektronami nie będąc lampami mocy nie wydzielają jakiejś dramatycznej ilości ciepła, dlatego wystarczyło wykonać boczne ścianki ze znakomicie oddających nadmiar ciepła, poprzecznie użebrowanych aluminiowych radiatorów, a górną pokrywę z gęsto perforowanego transparentnego akrylu. Efekt jest taki, że i urządzenie jest zabezpieczone przed przegraniem i dzięki bezbarwnej górnej połaci ciekawski klient może zajrzeć do środka, aby przekonać się o kunszcie wykonania tytułowego urządzenia. Jeśli chodzi o przedni panel, mamy do czynienia z typowym dla tej marki rozwiązaniem, czyli wielkim płatem szczotkowanego aluminium, w centrum którego zorientowano duże czarne okienko z wykorzystującym odcień zieleni wyświetlaczem, pod nim sześć okrągłych guzików pozwalających dopasować pracę urządzenia do zastosowanej wkładki, a na zewnętrznych flankach pionowo ustawionymi rączkami transportowymi. Po dotarciu do tylnej ścianki widzimy dwa wejścia na osobne wkładki gramofonowe, zacisk masy, gniazdo bezpiecznika, terminal prądowy IEC, wyjścia sygnału na przedwzmacniacz liniowy RCA/XLR, wielopinowe gniazdo konfiguracyjne oraz bananowe gniazdo pozwalające spiąć pełen zestaw AR w uruchamiany jednym guzikiem konglomerat. Miłym dodatkiem jest pilot zdalnego sterowania.

Jak spisał się AR Reference Phono 3SE? Powiem tak. Gdy rozpoczynałem sesję odsłuchową, jedno wiedziałem na pewno. Chodzi o fakt barwnego, wręcz czarującego brzmienia wykorzystującego go w swoim torze systemu. Do tego plastycznego i przyjemnie rozwibrowanego, co z automatu przybliża słuchacza do prawdziwych realiów muzyki. To są stałe składowe projekcji świata muzyki z lampą w torze, dlatego w tym temacie czułem wewnętrzny spokój. Czego za to nie wiedziałem? Po pierwsze, czy nie ma efektu przegrzewania dźwięku, co czasem jest finalnie szkodliwym wynikiem zbytniej pogoni za muzykalnością konstrukcji. A po drugie i chyba nawet ważniejsze dla mnie, jak poradzi sobie z najniższym zakresem. Jakie jest jego zejście, a także jak kreowany jest w kwestii krawędzi i zwarcia serwowanej energii. Właśnie z tych ostatnich, niestety ciężkich do udźwignięcia na poziomie moich oczekiwań powodów na co dzień używam konstrukcji tranzystorowej, dlatego będąc pewnym wszystkiego co dzieje się wyżej, moja największa uwaga od samego początku była skupiona na samym dole. Co zatem w tej materii się wydarzyło? Nie powiem, oczywiście nie był to poziom energii, twardości i ostrości rysunku tranzystora, ale przekaz nie cierpiał na jakiekolwiek braki w materii zapewniającej odpowiednia ilość niskich tonów. Bas może nie brylował ze swoją dosadnością na poziomie mojej dzielonej konstrukcji, ale bez jakiegokolwiek był odpowiednią podstawą do kreowania nawet najbardziej skomplikowanego świata muzyki. Dobrze osadzał w masie i wyrazistości nie tylko pełny w brzmieniu kontrabas raz pokazując jego krągłość, a innym razem ostry rysunek strun, ale także podczas wykorzystywania klawiszy z partii basowych majestatycznie wizualizował dostojnie brzmiący fortepian. I co w tym wszystkim było bardzo istotne, Audio Research może nie określał ich w eterze nader ostrym rysikiem, ale naprawdę wyraźną kreską, co pozwoliło wymagającym pasażom muzycznym bez problemu utrzymać odpowiednią szybkość rozpoczynania i wygaszania każdego ataku impulsu przy zachowaniu świetnej czytelności tego działania.
Chcąc pokazać zalety wpięcia Amerykanina w mój tor jako pierwszy przykład wystąpi nasz wieszcz z dziedziny trąbki Tomasz Stańko w kwartecie z formacją Marcina Wasilewskiego „September Night”. To w zamyśle artystów bardzo nastrojowa muzyka, jednak wbrew pozorom też niełatwa w odtworzeniu. W drugiej części poprzedniego zdania chodzi oczywiście o wymagania od użytego do tego celu sprzętu. Mam tutaj na myśli nie tylko umiejętność zawieszenia nieskazitelnie czystej, trwającej w nieskończoność pojedynczej nuty czy uderzenia zwartą linią melodyczną kontrabasu i fortepianu, ale także czytelne rozplanowanie artystów na scenie oraz wypełnienie przestrzeni pomiędzy kolumnami pełnym emocji, czyli raz delikatnie rozwibrowanym, a innym razem pełnym energii dźwiękiem. Jeśli zestaw to uśredni, a sporo lampowych konstrukcji w pogoni za muzykalnością ponad wszystko ma w tym temacie wiele za uszami, muzyka zabrzmi nudno. Ta wspomniana z założenia jest melancholijna i gdy do tergo dodamy nadmierny spokój odtwarzającego ją systemu, mamy idealny przepis na porażkę. Na szczęście nie z Jankesami takie numery, gdyż jak wspominałem, posmak lampy owszem był wyczuwalny, jednak tylko jako pewnego rodzaju przyprawa soniczna, a nie cel nadrzędny. Dlatego z głośników popłynęła feeria niespiesznych, jednak dobrze akcentowanych zmian tempa, jaskrawości i zróżnicowania energii prezentacji poszczególnych instrumentów, dzięki czemu z wielką przyjemnością przypomniałem sobie ten od sporego czasu zapomniany przez mnie czarny krążek w całości. Było tak jak lubię, czyli lotnie, swobodnie, barwnie i namacalnie. Mniej agresywnie od codziennego wzorca, ale bez jakiegokolwiek uszczerbku na przyjemności odbioru.
Z innej beczki na tapecie wylądował najnowszy krążek Deep Purple „=1”. Dla wielu z moich znajomych to już nie są starzy dobrzy Purple, ale ja osobiście cały czas im kibicuję i na przekór utyskiwaniom kolegów niedawno postawiłem sobie tę produkcję na półce. A niedawno, gdyż od momentu wylądowania na liście jakiś rok temu miałem jeszcze kilka fajnych pozycji do nabycia. Jak odebrałem ich brzmienie z użyciem tytułowego phono? Nie wypadli nazbyt rachitycznie? Przecież to mocne granie, a lampa jest raczej łagodna. Otóż powiem szczerze, że zestaw dał radę. Może nie było to idealnie agresywne granie, gdyż szklana bańka nie pozwala na zbytnie brutalizowanie muzyki, ale idąc tropem dobrego rysunku tej pozycji płytowej uderzenia pełnego składu dawały w pełni wystarczający impuls energii, a pojedyncze występy instrumentów mimo unikania ostrego ich krawędziowania były znakomicie czytelne i fajnie osadzone w eterze. I to nie tylko w domenie szerokości i głębokości, ale także wysokości, co właśnie dobra lampa ma w zwyczaju świetnie robić. Dzięki takiemu obrotowi sprawy występ był może nieco ugładzony, ale zapewniam, także daleki efektu mordowania zapisanego w genach muzyków wewnętrznego buntu. A najciekawsze w tym wszystkim było to, że wielu z Was słuchając tego rodzaju twórczości niezbyt często być może będzie wolało taki, czyli nieco bardziej przyjemny w odbiorze, ale nadal ekspresyjny sposób na rockowe szaleństwo. Ktoś może nie przepadać za ogłuszaniem się w teorii bolesną dla uszu hard-rockową kakofonią, jednak czasem lubi sobie kolokwialnie mówiąc dać w ucho, wówczas lampowa wersja rockowego szaleństwa jest do tego idealną propozycją. Ja co prawda na co dzień wolę krzyk w pełnej krasie, ale nie powiem, to co zaoferował mi AR było fajne, bo nadal pełne energetycznych zaskoczeń.

Gdzie ulokowałbym naszego bohatera? Myślę, że nie jestem w stanie wymienić żadnych przeciwwskazań. Powód jest banalny i rozbija się o poszukiwanie przeze mnie w dobrym znaczeniu słowa wyczynowości podania muzyki – dlatego mam duże kolumny oraz ostro rysujący świat muzyki system, co z autopsji wiem, wielu znajomym analogowym melomanom nie za bardzo odpowiada, na co przy ocenianiu tego rodzaju zabawek zawsze biorę poprawkę. Patrząc zatem na zastaną sytuację przez pryzmat mojego osobistego widzimisię tytułowy phonostage nie ma najmniejszego problemu z dolnym pasmem, co opisałem choćby na przykładzie produkcji jazzowej. A, że nie gra jak wyrazisty, dla niektórych „kwadratowy” tranzystor, to już jest pochodna założeń konstrukcyjnych z lampami w tle, które dla wielu są właśnie pierwszym podstawowym warunkiem w zabawie w słuchanie muzyki z gramofonu. I gdy do tego dorzucimy nieosiągalne dla „krzemowych wynalazków” zalety spod znaku eteryczności, barwy i rozwibrowania dźwięku, Audio Research Reference Phono 3 SE wydaje się być jeśli nie pewniakiem, to przynajmniej jednym z pierwszych konstrukcji na krótkiej liście do odsłuchu. Naprawdę warty jest każdej poświęconej mu minuty.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Opinia 2

Tak jak w większości dziedzin naszego życia, a więc poniekąd przy przejawach ludzkiej kreatywności, również i w analogu można zaobserwować dwa dążące do tego samego celu, lecz niejako równoległymi ścieżkami, nie tyle modele biznesowe, co podejścia do tematu. W pierwszym dążenie do nomen omen słusznej ze wszech miar perfekcji idzie w parze z wręcz onieśmielającą komplikacją, która dopiero raczkujące w analogu jednostki może wprawić co najmniej w lekką konsternację. Weźmy pod lupę chociażby tak prozaiczne urządzenia jak przedwzmacniacze gramofonowe. Począwszy od oferującego precyzyjną equalizację FM Acoustics FM 223, poprzez wymagającego rozkręcania przy każdorazowej zmianie parametrów pracy Octave Phono Module a skończywszy na przypominającym wojskową radiostację z czasów zimnej wojny THÖRESS-ie Parametric Phono Equalizer potencjalny użytkownik już na starcie dostaje jasny sygnał, że to nie jest zabawa dla „niedzielnych kierowców”. Z kolei na drugim, równoległym torze mamy zdolnego nie tylko obsłużyć pięć (!) źródeł, lecz również większość (jeśli nie wszystkie) kiedykolwiek wprowadzone na rynek krzywe korekcji i to z pomocą pojedynczej gałki i wygodnego ekranu Gold Note’a PH-1000, wyposażonego w pilota oraz intuicyjny, wyświetlany na ekranie interfejs RCM Big Phono, czy zupełnie bezobsługową – automatycznie dopasowującą optymalne parametry pracy całą rodzinę Phasemation. Krótko mówiąc każdemu według potrzeb. Niemniej jednak, osobiście należąc do jednostek ceniących sobie tak wygodę, jak i ergonomię obsługi zazwyczaj bardziej przychylnym okiem patrzyłem na konstrukcje reprezentujące drugą z ww. frakcji, gdyż jeśli już zabierałem się za ekshumację posiadanego toru analogowego, to zamiast ślęczeć nad mikro-przełącznikami i habilitować się z niezbyt intuicyjnych nastaw zdecydowanie bardziej wolałem po prostu odkurzyć dawno nieużywaną winylową płytotekę i posłuchać muzyki. Dlatego też z nieukrywaną satysfakcją przyjąłem propozycję łódzkiego Audiofastu, by wziąć na redakcyjny tapet właśnie przynależny faworyzowanej przeze mnie frakcji przedwzmacniacz gramofonowy Audio Research Reference Phono 3SE.

Jak już zdążyłem zasygnalizować we wstępniaku Audio Research Reference Phono 3SE jest przedstawicielem obozu stawiającego na wygodę i intuicyjność obsługi swoich wyrobów. Ponadto z racji firmowej unifikacji nie wyprze się nie tylko więzów krwi z phonostagem PH9, lecz również … przetwornikiem cyfrowo-analogowym DAC 9. Lwią część wykonanego z płata szczotkowanego aluminium frontu zajmuje tafla czernionego akrylu pod którą ukryto wielowierszowy zielony wyświetlacz a w dolną część wkomponowano sześć, również aluminiowych przycisków umożliwiających nie tylko wybudzenie/uśpienie urządzenie, wybór źródła, czy wyciszenie, lecz również nawigację po menu w celu dokonania stosownych nastaw typu wybór krzywej korekcji, jaskrawości iluminacji, wartości wzmocnienia, czy też weryfikacja „przebiegu” lamp. Profesjonalnego sznytu nadają całości masywne uchwyty, które biorąc pod uwagę całkiem akceptowalną 16,6kg wagę urządzenia pełnią rolę wybitnie dekoracyjną. Podobnie z resztą jak akrylowa, gęsto perforowana płyta górna pozwalająca na pełen wgląd w trzewia naszego gościa. Widok ściany tylnej może nie jest tak intrygujący jak pyszniących się na zielonym laminacie układów elektronicznych (o których dosłownie za chwilę), ale raczej u nikogo nie powinien wywołać niedosytu. Do dyspozycji mamy bowiem dwie pary wejść RCA z pojedynczym zaciskiem uziemienia oraz wyjścia liniowe i to zarówno w standardzie RCA, jak i XLR. Miłym dodatkiem jest wejście na zewnętrzny czujnik IR oraz port RS232 umożliwiający systemowa integrację. Co ciekawe zlokalizowane w sąsiedztwie komory bezpiecznika gniazdo zasilające jest w standardzie … 16A IEC C20, co przy deklarowanym poborze mocy na poziomie 130W wydaje się zupełnie niepotrzebną komplikacją i przerostem formy nad treścią. Warto ów fakt mieć na uwadze i decydując się na zakup 3-ki zapobiegliwie zabezpieczyć stosowny przewód, bądź zmienić wtyk w swoim dyżurnym – do phonostage’a przewidzianym.
Pod względem funkcjonalności wszystko jest na tip-top. W zestawie nie zabrakło pilota zdalnego sterowania, dla każdego wejścia możemy ustawić indywidualne parametry, w tym również krzywą korekcji, gdyż Amerykanie oprócz aktualnie obowiązującej RIAA nie zapomnieli o melomanach posiadających w swych zbiorach tłoczenia nagrywane z korekcją Columbii i Decci. W trzewiach, jak to AR ma w zwyczaju nie mogło zabraknąć lamp, a tych w 3-ce nie żałowano. Mamy zatem po trzy triody 6H30P na kanał w torze audio oraz zestaw 6H30P plus 6550WE w zasilaniu.

Patrząc na 3-kę poprzez pryzmat jej ceny część postronnych, nieobeznanych z High-Endem obserwatorów z pewnością spodziewa się … nie wiadomo czego. Po pierwsze zapewne równie ekstremalnego co sam phonostage toru analogowego, po drugie sięgania po wybitne, referencyjne, najlepiej wycinane na miedzi wzorce – pozytywy (m.in. w 2018 r takowy prezentowany i grany był na AVS), no i po trzecie dźwięku co najmniej ściągającego bokserki przez głowę. Tymczasem … co do pierwszego oczekiwania, to akurat tutaj pracę domową nad wyraz sumiennie odrobił Jacek, gdyż u mnie analog stanowi jedynie niezobowiązujące uzupełnienie systemu, czy wręcz swoistego rodzaju fanaberię, więc sięgam po niego od wielkiego święta. Druga kwestia to przynajmniej na razie temat dla nas nieosiągalny, a jeśli chodzi o trzecią, to śmiem twierdzić, iż Audio Research Reference Phono 3SE jest nader namacalnym zaprzeczeniem ww. stereotypowo i jakże błędnie postrzeganego High-Endu. Zamiast oszałamiać, powalać i masakrować stawia na urzekającą niewymuszoność i naturalność prezentacji, gdzie muzyka w swoim tempie sączy się z głośników, bądź rwie wartkim nurtem o ile tylko takie było zamierzenie jej twórcy. A co do masakrowania, to w ramach rozgrzewki sięgnąłem po daleki od audiofilskich ambicji a zarazem niekoniecznie tożsamy z aktualnym postrzeganiem tak kolektywnej twórczości Black Sabbath, jak i solowych albumów Ozzy’ego wydany z okazji RDC 2024 krążek „Never Say Die!”. Szorstkie a zarazem dość lekkie rockowe granie, nieśmiało kąsające synapsy riffy i do tego lekko jazzujące wstawki sprawiają, że ów krążek niezbyt często ląduje wśród tych fanom Księcia Ciemności polecanych. A Audio Research zaprezentował go z zupełnie nieoczywistym i zarazem niespodziewanym wdziękiem stawiając zarówno na przestrzenność oraz świetną precyzję w definiowaniu muzyków na scenie, jak i oddanie realiów schyłku lat 70-ych i natywnej „archaiczności” brzmienia. Co jednak ciekawe 3-ka nie piętnuje owej archaiczności i nie epatuje owym wyraźnym nadgryzieniem przez ząb czasu, lecz jedynie niezwykle umiejętnie oddaje klimat minionej epoki. W dodatku z prawdziwą, natywną estetyką, klimatem i brzmieniem a nie li tylko na nich wzorowaną mniej, bądź bardziej udaną kopią w stylu Grety Van Fleet. Warto również wspomnieć, iż nawet dość monotonnie cykające blachy, czy słyszalna granulacja wyższych rejestrów również przechodzą w wydaniu tytułowego phonostage’a. O ile bowiem informacja o ich mankamentach trafia do słuchacza, to już ocena pozostawiona jest odbiorcy i nie jest ferowana przez ww. urządzenie.
Zmieniając repertuar na nieco bardziej wyrafinowany, acz jeszcze starszy, czyli „We Get Requests” Oscar Peterson Trio dostałem po raz kolejny świetny wgląd w nagranie, perfekcyjne definiowanie muzyków na scenie i coś, co wcześniej ginęło w rockowym galimatiasie – iście zjawiskowe zaczernienie tła i … ciszę. Tak, tak – ciszę. W dodatku nie tylko w sensie „gry nią”, lecz również w przerwach pomiędzy utworami, bądź w momencie, gdy jeszcze zawieszona na ramieniu wkładka nie rozpoczęła swej eksploracji kręcącego się pod nią krążka. Mówiąc wprost Audio Research pomimo swego „ulampienia” nie ma w zwyczaju czegokolwiek do reprodukowanego materiału od siebie dodawać, w związku z powyższym jeśli w danym momencie nic na jego wejście nie trafia, to i on sam nie serwuje nam żadnych szumów, wizgów i innych tego typu artefaktów. Z kolei w porównaniu z tą wybitnie archiwalną rejestracją „Minione” Anny Marii Jopek i Gonzalo Rubacalby zachwyca blaskiem, czystością i otwartością prezentacji. Zarówno fortepian, jak i bas, czy perkusja mają tu zdecydowanie więcej do powiedzenia, więc i pakiet informacji przez nie dostarczany jest bezsprzecznie bogatszy. A dla Audio Researcha nie jest to bynajmniej jakakolwiek trudność, lecz jedynie okazja do rozwinięcia skrzydeł i złapania wiatru w żagle.
Niejako na koniec pozwoliłem sobie odkurzyć „AFR AI D” Mariusza Dudy by stwierdzić, że z mroczną i gęsta elektroniką 3SE jest to drodze. Dźwięk miał odpowiedni ciężar, konsystencję i fakturę a jednocześnie charakteryzował się świetną rozdzielczością, dzięki czemu elektroniczne „plamy dźwiękowe” nie przypominały impresjonistycznych mazajów a stanowiły precyzyjnie zdefiniowane byty, które od czasu do czasu przecinały partie gitary, czy też mocno przetworzone, zdehumanizowane wokale. Uwagę zwraca niezwykle nisko schodzący a zarazem świetnie kontrolowany bas, który aż do samego „dołu” zachowuje pełnię energii i o ile tylko w swym założeniu nie ma snuć się przy posadzce najniższych poziomów piekieł, to śmiało możemy uznać, iż chodzi na co najmniej fluorocarbonowej, plecionej smyczy o zerowej rozciągliwości. Zero poluzowania, czy zaokrąglenia krawędzi, więc jeśli tylko reszta toru będzie reprezentować równie wysoki poziom wierności, to absolutnie nic, co dzieje się w dole pasma nie powinno umknąć Waszej uwadze.

Śmiało możemy uznać, iż Audio Research Reference Phono 3SE jest spełnieniem audiofilskich marzeń o referencyjnym przedwzmacniaczu gramofonowym. Jest szalenie intuicyjny w obsłudze, pozwala podpiąć dwa gramofony/ramiona/wkładki, świetnie się prezentuje i niejako w bonusie oferuje możliwość całkowicie bezinwazyjnego cieszenia oczu widokiem jego intrygujących trzewi. Oczywiście również bajecznie gra, ale to się przecież rozumie samo przez się. W końcu rozmawiamy o High-Endzie a śmiem twierdzić, że nikogo nie trzeba uświadamiać, że Audio Research zna zasady i od lat „umie w te klimaty” oj umie. A Reference Phono 3SE jest tego najlepszym przykładem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Audio Research
Cena: 115 000 PLN

Dane techniczne
Pasmo przenoszenia: ±0.2 dB w paśmie 10 Hz do 60kHz; ±3 dB w paśmie 0.3Hz do 300 kHz.
Zniekształcenia: <0.002% przy 1.0V RMS dla 1kHz
Wzmocnienie: Przełączane 51 dB (Niskie), 73 dB (Wysokie) / 1 kHz XLR; 45 dB (Niskie), 67dB (Wysokie) / 1 kHz RCA. (Współpracuje z MC & MM).
Impedancja wejściowa: 47K Ω i 100pF (RCA). Dodatkowe obciążenia: 1000, 500, 200, 100, 50 Ω i Własne.
Impedancja wyjściowa: 200 Ω RCA, 400 Ω XLR. Zalecane obciążenie 50kΩ-100kΩ i 100pF. (10kΩ min. i 2000pF max.)
Maksymalny poziom wejściowy: 250mV RMS przy 1kHz (680 mV RMS przy 10kHz). Niskie wzmocnienie.
Poziom wyjściowy: 2V RMS (1V RMS SE), 200K Ω obciążenie zbalansowane(maksymalna zdolność wyjściowa 30V RMS przy mniej niż 0.5% THD, 1kHz).
Szum: 0.28 µV równoważnego szumu wejściowego, IHF ważone. Niskie wzmocnienie (71 dB poniżej 1mV 1kHz na wejściu). 0.082 µV równoważnego szumu wejściowego. Wysokie wzmocnienie (62 dB poniżej 0.1 mV 1kHz na wejściu).
Korekcja: (Przełączana) RIAA, Columbia, Decca.
Lampy: 6 x 6H30P podwójne triody, plus (po 1) 6550WE i 6H30P w zasilaczu
Pobór mocy: 130 W max, 2W stand-by.
Wymiary (S x W x G): 48 cm x 19.8 cm x 41.9 cm. Uchwyty wystają 4 cm poza panel przedni.
Waga: 16.6 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Bryston BR-20 & 14B³

Opinia 1

Nie da się ukryć, iż z perspektywy większości tak zainteresowanych tematem odbiorców/konsumentów, jak i czysto postronnych jednostek obszary pro-audio i Hi-Fi/High-End, choć tematycznie ze sobą związane więcej dzieli aniżeli łączy. Niby i tu, i tu wszystko kręci się, bądź przynajmniej kręcić powinno, wokół muzyki, lecz jedni, ci „zza szyby” z dźwiękiem pracują a inni – „cywile” mniej bądź bardziej świadomie „konsumują”. Logicznym zatem wydaje się pogląd, iż diametralnie inne potrzeby wymuszają sięganie po równie różne narzędzia, czyli przekładając z polskiego na nasze – urządzenia reprodukcję dźwięku umożliwiające. I choć nie brakuje wytwórców skupionych jedynie na odbiorcach z jednej bądź drugiej strony ww. „szyby”, to jak już kilkukrotnie udowadnialiśmy są też tacy, którzy wszystkich traktują tak samo, zbytnio nie dokonując selekcji swojej klienteli na bramkach. I właśnie z owego wielce demokratycznego grona wyłuskaliśmy kanadyjskiego Brystona, który w związku z niedawną zmianą polskiego dystrybutora, oprócz ugruntowanej renomy wśród audio-profesjonalistów, zaczyna coraz odważniej rozpychać się właśnie przy stricte „konsumenckim stoliku”. Tym oto sposobem, dzięki uprzejmości aktualnego opiekuna marki – białostockiego Rafko mamy okazję podzielić się z Państwem wrażeniami z odsłuchów wielce poważnego zestawu pre/power, czyli przedwzmacniacza BR-20 i stereofonicznego wzmacniacza mocy 14B³.

Choć Bryston BR-20 gościł już u nas tuż po swojej premierze w 2021 r, to jego powtórna wizyta nie wynika li tylko z chęci przypomnienia o jego istnieniu w związku ze zmianą dystrybucji, lecz przede wszystkim z faktu, iż przynajmniej na chwilę obecną Kanadyjczycy lepszego przedwzmacniacza w ofercie nie mają a uzgadniając z ekipą Rafko szczegóły testu 14B³ uznaliśmy za stosowne recenzowanie ww. końcówki z dedykowanym jej preampem, gdyż wspólnie założyliśmy, że właśnie w takiej konfiguracji będzie ona pracowała u większości nabywców. Tym oto sposobem wszystkich zainteresowanych szczegółami związanymi z 20-ką odsyłam do naszych wcześniejszych wynurzeń. A tym, którym wystarczą highlighty pragną donieść, iż tytułowy przedwzmacniacz na swym wykonanym z masywnego płata aluminium awersie może pochwalić się, patrząc od lewej niewielkim błękitnym wyświetlaczem, gniazdem słuchawkowym 6,3mm i bezlikiem diod (czternaście informujących o parametrach sygnałów cyfrowych i dwie dodatkowe wskazujące na ustawienia zbalansowania kanałów, 10 dla źródeł cyfrowych plus cztery dla analogowych i aureola kolejnych 36 otaczających gałkę wzmocnienia) oraz przycisków informujących tak o parametrach obsługiwanych sygnałów, jak i wybranym wejściu, w opozycji do których pyszni się masywna gałka regulacji głośności okupująca prawą flankę.
Logicznym odzwierciedleniem bogactwa frontu jest ściana tylna przywodząca na myśl raczej zaawansowany procesor audio a nie stereofoniczny przedwzmacniacz. Wejścia analogowe są cztery – po dwie pary XLR i RCA, za to wyjścia tylko XLR, choć podwójne, więc bez kombinowania spokojnie możemy podpiąć cztery monobloki. Sekcja cyfrowa obejmuje zaskakująco szeroki zestaw przyłączy – po parze AES/EBU, Coaxiali i Toslinków (kończą pracę na 192kHz/24bit) uzupełnionych pojedynczym USB Audio (PCM 384 kHz/32bit; DSD256). Do tego dochodzą cztery porty USB-C do obsługi pamięci masowych / dongla Wi-Fi i gniazdo Ethernet. Decydując się na opcję z kartą HDMI dostajemy dodatkowe 4 wejścia i jedno wyjście w ww. formacie obsługujące zarówno sygnał wizyjny 4K HDR, jak i DSD64. Wyliczankę zamykają gniazdo zasilające IEC-320 C14 i interfejsy RS232 (mini jack), USB-B i RJ45 do komunikacji z „domową inteligencją”. Co do dokładnej wiwisekcji trzewi, to jak wspomniałem chętnych odsyłam do naszej wcześniejszej recenzji a w ramach dzisiejszego spotkania pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż aktualny „wypust”, przynajmniej jeśli chodzi o jego sekcję cyfrową, bazuje na parze przetworników AKM AK4490 a moduł streamera oparto o platformę Raspberry Banana Pi.

Jak na oferowaną, deklarowaną przez producenta moc 14B³ prezentuje się całkiem kompaktowo, tym bardziej, że mówimy o klasycznym, tranzystorowym i pracującym w klasie AB a nie D-klasowym wzmacniaczu. Czar kompaktowości pęka jednak jak bańka mydlany, gdy próbuje się ową 41 kg „kruszynkę” wyłuskać z kartonu i ustawić w docelowym miejscu. Okazuje się bowiem, że minimalistyczna tafla frontu wykonana z masywnego aluminiowego bloku z wygrawerowanym logotypem i oznaczeniem modelu oraz centralnie umieszczonym włącznikiem głównym w wersji cywilnej – pozbawionej frontowych uchwytów niespecjalnie logistykę ułatwia. Co prawda na ścianie tylnej uchwyty już są, lecz biorąc pod uwagę, iż to od frontu umieszczono dwa potężne toroidalne trafa i właśnie tam usytuowana jest większość masy urządzenia już zawczasu sugeruję poważne rozważenie „studyjnej” opcji 19” (z uszami) zamiast „cywilnej” 17-ki. Serio, serio. Później mi podziękujecie. A wracając do meritum, o stanie pracy informują ulokowane tuż nad włącznikiem dwie niewielkie diody a za element dekoracyjny można uznać zarówno lekkie podfrezowania wokół sekcji informacyjno, użytkowej, jak i podłużne, biegnące w poprzek frontu wgłębienia. Ozdobiona firmowym logotypem płyta górna jest gęsto perforowana a zamiast konwencjonalnych ścian bocznych mamy gęsto użebrowane pionowe radiatory, które jak łatwo się domyślić pełnią rolę czysto użytkową a nie li tylko dekoracyjną. Ściana tylna oferuje tylko to, co niezbędne i zarazem znane z wcześniejszych/mniejszych modeli. Czyli wspomniane uchwyty po bokach, a tuż przy górnej krawędzi (duże ułatwienie przy podpinaniu) charakterystyczne terminale wejść zbalansowanych w postaci combo XLR/ 6,3mm TRS uzupełnione o zestaw gniazd RCA i stosowny przełącznik wyboru. Tuż obok przycupnął kolejny hebelek umożliwiający ustawienie optymalnego wzmocnienia – 23 lub 29 dB. Piętro niżej napotkamy terminal 12V triggera oraz pojedyncze, zakręcane terminale głośnikowe akceptujące zarówno  wtyki bananowe/BFA, jak i widły, choć te daje się wpiąć jedynie od góry, co przy ciężkich i sztywnych przewodach może być nieco problematyczne. Najniższy poziom zajmuje trójbolcowe gniazdo zasilające IEC i komora z bezpiecznikami. Jak z pewnością wprawne i obeznane z kanadyjską elektroniką oko wyłapało brak jest znanego z 3B³ i 4B³ przełącznika umożliwiającego zmostkowanie wzmacniacza i korzystanie z niego w formie monobloku. Pomijając względy czysto techniczne warto wziąć jednak pod uwagę, iż 14B³ dysponuje mocą 600W przy 8 i 900W przy 4Ω obciążeniu na kanał, więc śmiało możemy uznać, brak owej funkcjonalności za niezwykle mało istotny drobiazg. Tym bardziej, iż zgodnie z zapewnieniami producenta, logiką, oraz … matematyką na poziomie klas nauczania początkowego 14B³ jest de facto … parą zamkniętych w jednym korpusie monobloków 7B³. I to bez żadnych oszczędności, czy też wymuszonych przez księgowych optymalizacji kosztów własnych. Dlatego też w zasilaniu mamy po solidnym 850VA toroidzie i po 88 000μF pojemności filtrującej na kanał, które z kolei odpowiadają za dostarczenie nieprzerwanego strumienia życiodajnej energii do 32 (po 16 na stronę) tranzystorów bipolarnych pracujących w stopniu wyjściowym. Jeśli dodamy do tego ultra niskie zniekształcenia (<0.005%) i całkiem wysoki (>500) współczynnik tłumienia i weźmiemy pod uwagę deklarowaną moc, to śmiało można z góry założyć, iż 14B³ poradzi sobie praktycznie z każdymi dostępnymi na rynku kolumnami.

Zanim przejdziemy do części poświęconej walorom sonicznym tytułowego duetu pozwolę sobie na małą dygresję odnośnie ergonomii i szybkości działania webowego, dostępnego pod adresem http://my.bryston.com/ interfejsu Brystona BR-20. Otóż nie wiem, czy to z racji dokonanych zmian konstrukcyjnych, mającego miejsce w tzw. międzyczasie wzrostu moich osobistych wymagań i oczekiwań, czy też znacznego rozrostu liczby dodanych do swojego profilu albumów, lecz w trakcie niniejszego testu znacznie mniej entuzjastyczne je oceniałem aniżeli podczas naszego poprzedniego spotkania. Już wyjaśniam o co chodzi. 0 ile bowiem do samej ergonomii obsługi podstawowych funkcjonalności nie miałem większych zastrzeżeń, gdyż tak intuicyjność, jak i czytelność poszczególnych zakładek, w tym możliwość zmiany nazw wejść, czy też dokonywania wszelkich innych nastaw, były wysoce satysfakcjonujące, to już obsługa streamera wymagała ode mnie znacznych pokładów empatii i cierpliwości. Z nieznanych mi bliżej przyczyn każdorazowe załadowanie listy ulubionych albumów z Tidala trwało zaskakująco dłuuugo, zauważalnie dłużej aniżeli przeglądanie np. zawartości 4TB Soundgenic-a, o porównaniu pracy mojego dyżurnego Lumina U2Mini nawet nie wspominając. Dodatkowo brak możliwości sortowania po dacie dodania a jedynie w porządku alfabetycznym nie poprawiał sytuacji. Oczywiście do wszystkiego można się przyzwyczaić, jednak nomen omen mając własne, już zakorzenione przyzwyczajenia z pewnością chwilę może zająć oswojenie się z nowymi regułami obsługi. Dlatego też sekcję streamera można śmiało potraktować, jako gratisowy dodatek umożliwiający wstępną weryfikację, czy pliki to nasza bajka, a jeśli znajdziemy z nimi nić porozumienia już bez większego pośpiechu można rozejrzeć się za docelowym transportem.

Na wstępie muszę przyznać, iż jako wieloletni użytkownik „zaledwie” 300W modelu 4B³ byłem szalenie ciekaw cóż pokaże jego starsze i przy tym dwukrotnie mocniejsze rodzeństwo. I szczerze powiedziawszy się nie zawiodłem, bowiem 14B³ zachowując transparentność i uniwersalność mojej wcześniejszej amplifikacji zaoferował jeszcze większą swobodę i niewymuszoność prezentacji. I proszę wziąć pod uwagę fakt, iż już w ramach niezobowiązującej rozgrzewki zamiast asekuracyjnego plumkania na playliście wylądował album „Para Bellum” Testamentu, po którym do mikrofonu dorwała się płeć piękna pod postacią siostrzyczek Wild, czyli „zero.point.genesis” The Pretty Wild, gdzie względnego spokoju czy gry ciszą nie było nawet jak na lekarstwo co wcale. I właśnie na takim radosnym łomocie kanadyjski duet ani nie tracił zimnej krwi, ani nie próbował zdemolować mojego lokum. Piszę o tym nie bez przyczyny, gdyż dość powszechne jest mniemanie, iż przy takich mocach nawet smyrnięcie miotełką werbla wprawia w drżenie nie tylko rodowe skorupy, co cały, załadowany nimi po sam sufit kredens. I pewnie tak by było, gdyby w torze zabrakło BR-20, którego przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie rozkręca na 100%. Za to po prostu Kanadyjczycy wespół zespół robili swoje grając dokładnie to, co trafiło „na taśmę”. Tam gdzie miało być szorstko i brudno było. Tam gdzie ostro także spokojnie można było dźwiękiem się ogolić, ale wystarczyło, by do głosu doszło nieco zdroworozsądkowego romantyzmu (vide „Meant to Be”) a okazywało się, że i z mikrodynamiką elektronice z kraju klonowego liścia jest po drodze. Bowiem niczym rasowy set na 300B potrafiła cyzelować najdelikatniejsze akordy, czy też z iście laserową precyzją zawieszać je w hektarach przestrzeni nieprzeniknionego mroku. Odsłuchy „Pax” Tingvall Trio i „Shiraz” Dhafera Youssefa unauszniły (bo przecież nie unaoczniły), że i gra ciszą, pogłosem, czy właśnie operującym ww. środkami artystycznego wyrazu zredukowanym do minimum składem nie tylko ma sens, co potrafi zachwycić delikatnością i wyczuciem klimatu. Do tej pory uważałem, że mój dawny 4B³ był przysłowiowym „drutem ze wzmocnieniem”, jednak pojawienie się w moim systemie 14-ki dość bezpardonowo owe wyobrażenia zweryfikowało. Nie dało się bowiem nie zauważyć, iż to co 4-ka robiła dobrze, bądź wręcz świetnie, czyli m.in. znikanie w torze, 14-ka doprowadziła do istnej perfekcji. Ot chociażby zdolność idealnego dopasowania się do reprodukowanego materiału powodująca, że niczym kameleon, bądź wręcz jakiś wyimaginowany zmiennokształtny byt końcówka Brystona z czysto instrumentalnej roli elementu toru audio de facto stawała się uczestnikiem „wykonu”. Było jej jeszcze mniej w owym torze, wyraźniej dominowała nad młodszym i słabszym rodzeństwem tak pod względem rozdzielczości, jak i koherencji przekazu, choć akurat tu co nieco miał do powiedzenia BR-20. A właśnie, aby wycisnąć z obu naszych dzisiejszych gości wszystko co najlepsze nie polecam zbytniego kombinowania i rozważania opcji „cebula mode on”, gdyż tutaj każda, nawet najmniejsza składowa toru jest doskonale słyszalna i podawana nie tyle na dłoni, co na perfekcyjnie wypolerowanej srebrnej tacy. Dlatego też sugeruję po zakupie ww. parki od razu i to w trybie ekspresowym przesiąść się na XLR-y i przynajmniej 14B³ zafundować jakąś solidną (akurat tutaj rozmiar-średnica żył będą miały fundamentalne znaczenie) sieciówkę, znaczy się przewód zasilający i raczej wpiąć ją bezpośrednio w ścianę, gdyż praktyka dowodzi, a i sam Bryston udowadnia, że lwia część wszelakiej maści listew i kondycjonerów boleśnie limituje drzemiący w nim potencjał.
Wracając do meritum i zarazem starając się usilnie kanadyjski duet nawet nie tyle przyłapać na jakimś ewidentnym potknięciu, co po prostu solidnie przewłóczyć co i rusz sięgałem po niezwykle zróżnicowany repertuar. I może dziwnie to zabrzmi, niemniej jednak niezależnie czy były to uwspółcześnione interpretacje klasyki w stylu „Bach: The Cello Suites – Recomposed” Petera Gregsona, czy pozornie niezobowiązujące, lecz tak naprawdę niezwykle wielowarstowe i zagmatwane konglomeraty klasyki i jazzu w odsłonie niezastąpionego Johna Zorna („Fantasma”), czy nawet totalnie zdehumanizowany elektroniczny „Hyperpop Psychedelic Dimension” H501L za każdym razem łapałem się na tym, że dosłownie po kilku taktach przestawałem w nawet najmniejszym stopniu analizować obecność recenzowanego zestawu, gdyż na tyle dyskretnie usuwał się on w cień, że najważniejsza stawała się „grana” przez niego muzyka. W dodatku grana tak, jak rzadko kiedy, żeby nie napisać nigdy. Działo się to również za sprawą bezwzględnej kontroli jaką przejmowała nad kolumnami 14-ka, co szczególnie przy dopiero co wspomnianej, „połamanej” elektronice robiło naprawdę piorunujące wrażenie. Zróżnicowanie i wgląd w fakturę nawet najniżej schodzących dźwięków były perfekcyjne i co ciekawe wcale ów strumień informacji nie był efektem prosektoryjnej ekstrakcji, lecz jedynie wynikał z całkowicie bezinwazyjnego dotarcia do źródła, sedna i pokazania go takim jakim ono rzeczywiście jest. Bez uśredniania, upraszczania, czy maskowania pozornie bardziej atrakcyjnymi ozdobnikami. Krótko mówiąc – chcecie wiedzieć co macie w nagraniach i co tak naprawdę potrafią Wasze kolumny – sięgnijcie po będący przedmiotem niniejszych wywodów kanadyjski zestaw.

W ramach podsumowania pozwolę sobie metaforycznie stwierdzić, iż tytułowy duet z powodzeniem można byłoby reklamować fragmentem utworu „Take the Power Back” Rage Against The Machine, gdzie Zack de la Rocha melodeklamuje w końcówce „Come on, come on! We gotta take the power back. No more lies. No more lies. No more lies.(…)”. Bo właśnie takie są Brystony BR-20 & 14B³ – mają pełną władzę nad kolumnami i nie kłamią. Przy czym lojalnie ostrzegam – w większości przypadków kontakt z nimi będzie biletem w jedną stronę. Od razu jednak dodam, iż będzie to podróż w jedynie słusznym kierunku …

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Kanadyjski Bryston to dość specyficzna w naszym hobby marka. Chodzi oczywiście o jej konotacje z rynkiem pro, na którym notabene radzi sobie bardzo dobrze. I gdy wydawałoby się, że wystarczy od głównego nurtu działań tylko odcinać przysłowiowe kupony, jej mocodawcy są tak zaangażowani w emocjonalne w sprawianie nam przyjemności z obcowania z muzyką, że postanowili stworzyć coś, co po przygotowaniu jej na profesjonalnym sprzęcie w studiu odtworzy ją w naszych domostwach. W tym celu stworzyli ciekawą grupę produktów, która nie tylko jest w stanie pokryć pełną paletę zapotrzebowań klientów w zależności zasobów środków pieniężnych, ale jeśli już ktoś zdecyduje się na ożenek z Bryston-em, z automatu jest chroniony 10 letnią gwarancją niezawodności konstrukcji. Myślicie, że to ostatnie to żart? Bynajmniej, o czym dobitnie przekonał się jakiś czas temu Marcin, gdy jego końcówka mocy 4B3 po bodajże 6 latach nawet nie to, że przestała grać, ale czasem zdradzała niepokojące symptomy potencjalnego problemu, wówczas bez jakiegokolwiek marudzenia została ekspresowo poddana wnikliwemu przeglądowi. No dobrze, wystarczy tego lukrowania, przyjrzyjmy się dzisiejszemu zestawowi dostarczonemu do testu. Otóż tym razem białostocki dystrybutor Rafko postawił na rozbudowaną, bo dzieloną sekcję wzmocnienia tej marki. W jej skład wchodzi testowany już jakiś czas temu przez nas, wyposażony w przetwornik D/A przedwzmacniacz liniowy BR-20 i wydajną, na chwilę obecną całkowicie nam nieznaną końcówkę mocy 14B³. Co wynikło z mariażu tego tandemu z moim systemem, naturalnie opiszę w poniższym tekście.

Rozpoczynając opis budowy tytułowych produktów z Kanady od przedwzmacniacza liniowego w kwestii obudowy mamy do czynienia z typowych rozmiarów skrzynką z frontem z grubego płata aluminium. Jeśli chodzi o wyposażenie awersu, że tak powiem, rodem z rynku pro jest na bogato. To zaś oznacza, iż spełniając rolę typowej centralki dla najbardziej skomplikowanego zestawu audio jest bardzo mocno uzbrojony w pozwalające sterować BR-20-ką manipulatory. Znajdziemy na nim rozbudowaną sekcję przycisków wyboru wejść cyfrowych – aż 10 sztuk oraz czterech wejść analogowych 2 x XLR i 2 x RCA, dwa guziki obsługujące ustawienie balansu między kanałami, przyciski MUTE, POWER, serię diod informujących o wyborze danej funkcji, podobnie rozbudowaną serię diod informujących o obsługiwanym formacie cyfrowym i częstotliwości jego próbkowania, gniazdo słuchawkowe, czujnik podczerwieni do pilota zdalnego sterowania, z lewej strony nieduży wyświetlacz, zaś z przeciwległej sporej wielkości gałkę wzmocnienia. Jak wspominałem, jest na maxa. I wiecie co, podobnie jest na tylnym panelu. To oczywiście oznacza bogactwo wejść analogowych, cyfrowych – w tym (opcjonalną) mnogość w rzadko spotykanej w naszej zabawie HDMI, ale niestety z punktu widzenia posiadaczy większości urządzeń lampowych tylko wyjść analogowych w wersji XLR. To ostatnie naturalnie skutek pochodzenia z rynku pro. W komplecie opisanej centralki znajdziemy także zgrabnego pilota zdalnego sterowania.
Dotarłszy z opisem do będącej dla nas nowością końcówki mocy, pierwszym ważnym aspektem do wspomnienia jest jej prawie podwojony w kwestii wysokości obudowy w stosunku do pre rozmiar obudowy. Wykonany podobnie do preampa z grubego puca glinu front 14-ki w celach wizualnego ożywienia jednak sporej jego połaci w centralnej części delikatnie podfrezowano. Co do wyposażenia, będąc jedynie dawcą końcowej dawki energii do kolumn końcówka oferuje znacznie mniej fajerwerków, bo tylko włącznik inicjujący jej pracę i dwie diody informujące o tym stanie. Na rewersie natomiast dostajemy do dyspozycji pojedyncze terminale kolumnowe, wejścia sygnału w postaci RCA/XLR, przełącznik potwierdzający wybór jednego z nich, hebelek wyboru wzmocnienia oraz gniazdo zasilające. W odróżnieniu od sterownika w celach grawitacyjnego chłodzenia wzmacniacza górna połać obudowy została poddana perforowaniu podłużnymi otworami wentylującymi jego trzewia, zaś boki typowo dla tego rodzaju urządzeń wykonano z mocno użebrowanych radiatorów. Jak widać, w odróżnieniu do poprzedniej konstrukcji w tym przypadku mamy do czynienia z urządzeniem bardzo schludnym wizerunkowo, ale za to wydajnym prądowo.

Jak zapamiętałem spotkanie z mocarnym Bryston-em? Naturalnie w wielu aspektach powtórzył, a w wielu poprawił bardzo dobry wynik z innych starć. Chodzi o to, że tym razem zapas mocy pozwolił mu na tle słabszych konstrukcji pokazać więcej swobody w prowadzeniu kolumn, a to wprost przełożyło się na mniejsze poczucie szorstkości prezentacji oferując nieco pełniejsze granie. To oczywiście nadal było rysowanie muzyki wyraźną kreską ze świetnym atakiem i kontrolą całości pasma, ale już z posmakiem większej krągłości prezentacji. Taka sytuacja sprawiła, że muzyka brzmiała w sposób bardziej namacalny, gdyż po pierwsze brzmiała bez jakiejkolwiek szkodliwej wolaki pomiędzy mną a artystami, po drugie znakomicie oddawała nieobliczalność zmian tempa i wyrazistości brzmienia muzyki w zależności od słuchanego materiału, a po trzecie serwowała niekończące się pokłady w pełni kontrolowanej, a przez to wielobarwnej energii. Jednym słowem tętniła w duchu w jakich przewidzieli ją muzycy, czyli tak jak lubię bez owijania w bawełnę. Osobiście mimo tak fajnego wyniku w momencie decyzji zakupowej brzmienie systemu próbowałbym nieco bardziej pokolorować, ale tylko jako finalny szlif, a nie korekta wywracająca całość do góry kołami. Jednak gdybym nie miał takiej możliwości, podczas wyboru pomiędzy testowanym dzisiaj zestawem, a jakimś umilaczem życia za wszelką cenę, bez zastanawiania się wybrałbym ofertę z kraju klonowego liścia, gdyż przysłowiowy ogień podczas obcowania z muzyką jest dla mnie czymś nadrzędnym.
Pierwszym z brzegu udowadniającym takie podejście do tematu przykładem była choćby ścieżka dźwiękowa z filmu „Blade Runner 2049” Hansa Zimmera wespół z Benjaminem Wallfisch-em. Wszyscy wiemy, iż to wbrew pozorom bardzo trudny materiał do odtworzenia, gdyż brak kontroli i możliwości wytworzenia odpowiedniej ilości nisko schodzącej energii nie odda pewnego rodzaju mroczności tej muzyki. Muzyki mającej podnieść poczucie dramatyzmu eliminowania brylujących poza kontrolą systemu, będących skrzyżowaniem człowieka z robotem samo-kontrolujących się osobników. Modulowane niskie pomruki mają wywołać w naszych trzewiach stany przedzawałowe i takie w fantastycznej odsłonie dostałem. Mało tego, wspomniane mocne uderzenie dźwiękiem było dodatkowo serwowane z wymaganą natychmiastowością zmian nie tylko tempa, ale także przechodzenia z nadinterpretacji wyrazistości w oczekiwaną przez kompozytora płynność brzmienia muzyki. To istny rollercoaster, który oprócz prezentowanych na ekranie wydarzeń mających poruszyć nasz ośrodek przyswajania obrazu, dobrze zaprezentowaną, pełną nieprzewidywalności ścieżką dźwiękową ma dopełnić misję uświadomienia nam być może czekającej nas przyszłości. W moim odczuciu Bryston pokazał to bardzo dobitnie i co ciekawe, w tym przypadku zastanawiałbym się, czy ocieplać jego prezentację.
Bardzo dobrze wypadła także muzyka jazzowa spod znaku Billy Hart Quartet „Just”. Ta oczywiście dla mnie mogłaby mieć nieco więcej ciepła i pozytywnie rozumianej krągłości, co oczywiście stosownym okablowaniem spokojnie można zrobić, ale mimo tego pokazała dla mnie najważniejsze cechy w odtwarzaniu tego rodzaju materiału. W pierwszej kolejności chodzi o czytelność kreowania źródeł pozornych jako osobnych bytów w domenie ostrości krawędzi, a dzięki temu także znakomitego rozplanowania ich na wirtualnej scenie. W drugiej o umiejętne brylowanie w pokazywaniu stosownej dla danego instrumentu energii. Zaś trzeciej o swobodę i lotność podania całości materiału. W tej muzyce przynajmniej dla mnie uśredniając wspomniane aspekty zbytnią błogością podania skazujemy się na nudę. Na szczęście kanadyjski tandem w swoim – czytaj wyraźnym – stylu mimo z pozoru nieco chłodnawego od moich końcowych oczekiwań sposobu na jazzowe opowieści, pokazał ów materiał z bardzo ciekawej strony. Owszem, strony raczej wyrazistej i szybkiej, aniżeli mocno soczystej i przez to przyjemnie łechczącej ego miłośnika ciepłego plumkania, ale za to z najważniejszymi, a nie zdziwiłbym się gdyby nie idealnymi dla wielu z Was niuansami w kwestii obrazowania nie raz i nie dwa pojawiającego się nawet w międzykolumnowym eterze najdrobniejszego dźwięku. W tym nasz bohater był znakomity.

Komu zarekomendowałbym tytułowy zestaw wzmocnienia z Kanady? Bez problemu większości z Was. Naturalnie czasem trzeba będzie lekko dostosować resztę toru, aby uzyskać idealną dla siebie synergię w kwestii barwy i soczystości. Ale nie zniechęcajcie się, bowiem już na starcie macie pod ręką takie atuty jak kontrola znakomitej większości zespołów głośnikowych, dobre zejście niskich rejestrów i wzorową reakcję na wymogi w danym momencie słuchanego materiału muzycznego, co zazwyczaj jest piętą achillesową zbyt pięknie brzmiących wzmacniaczy. Reasumując, jeśli jesteście na etapie roszad w tej sekcji rozbudowanego toru audio, warto jest podjąć rękawicę i wpiąć u siebie tytułowy zestaw Bryston BR-20 & 14B³. Nawet jak coś nie pyknie, nudy nie będzie, bo to mający konotacje z rynkiem pro w pozytywnym znaczeniu słowa diabeł w estetycznej, bo skierowanej do wymagającego klienta szacie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Rafko
Producent: Bryston
Ceny
Bryston BR-20: 29 995 PLN; 32 995 PLN z kartą HDMI; 33 995 PLN z kartą Phono; 36 995 PLN z HDMI i Phono
Bryston 14B³: 51 995 PLN

Dane techniczne
Bryston BR-20
Wejścia analogowe: 2 pary RCA; 2 pary XLR
Wyjścia analogowe: 2 pary XLR
Wejścia cyfrowe: 2 x AES/EBU; 2 x Coax; 2 x Toslink; USB Audio (PCM 384 kHz / 32 bit; DSD x 4(DSD 256)); 4 x USB3.0 (obsługa pamięci masowych) / Adaptera Wi-Fi
Komunikacja: Ethernet
Karta HDMI 4K HDR (opcja): 4 wejścia; 1 wyjście (obsługa DSD)
Pasmo przenoszenia: 20 HZ – 20 kHz
Odstęp sygnał/szum: 110 dB
Zniekształcenia intermodulacyjne: ≤ 0,0003%
Zniekształcenia THD+N (20 HZ – 20 kHz): ≤ 0,0006%
Czułość wejściowa: 2V RMS
Impedancja wejściowa: 50 kΩ (RCA); 10 kΩ (XLR)
Pobór mocy: 45W; 0,5W Standby
Wymiary (S x W x G): 430 x 116 x 330 mm
Waga: 5,5 kg

Bryston 14B³
Moc ciągła (RMS): 2 x 600W / 8Ω; 2 x 900W / 4Ω
Wejścia: para XLR; para RCA
Zniekształcenia THD+N: <0.005%
Pasmo przenoszenia: <1Hz – 100kHz: -3dB
Impedancja wejściowa: 7.5kΩ (RCA); 5kΩ (XLR)
Szum: -118dB (RCA); -122dB (XLR)
Współczynnik tłumienia: >500 / 20Hz (8Ω)
Wymiary (S x W x G): 430 x 205 x 427 (467 z uchwytami) mm
Waga: 41 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak to mówią do trzech razy sztuka, czyli po minionym Audio Video Show i prezentacji w 3-ce wreszcie przyszła pora na odsłuch topowego zestawu MastersounD Spazio & PF 200 litz w kontrolowanych warunkach.