Opinia 1
Ostatni weekend wakacji a dokładnie jego wigilia, czyli piątkowe popołudnie stało się okazją dla objętej obowiązkiem szkolnym dziatwy do pożegnania dwumiesięcznej laby, a skupiając się na zdecydowanie bliższej profilowi naszego magazynu tematyce, dla przybyłych zarówno z całej Polski, jak i świata gości przyczynkiem do świętowania podwójnego jubileuszu. W przestronnych wnętrzach białostockiego Hotelu Branicki zorganizowano szkolenie produktowe oraz uroczystą kolację z okazji 20-lecia Rafko Distribiution i 15-lecia marki Melodika, na których pojawili się licznie przybyli przedstawiciele współpracujących z Organizatorami producentów, salonów audio i prasy.
Jak łatwo się domyślić ponad 30°C, które zaserwowało nam dość kapryśne tegoroczne lato nie skłaniały do zbyt rozbudowanego programu zajęć. Ot krótkie podsumowanie dwóch dekad Rafko na rynku, kilka podstawowych wskaźników świadczących o ciągłym rozwoju i precyzyjnie przemyślanej strategii działania realizowanej tak w przeszłości, jak i planowanej na przyszłość. Do tego garść nowości z portfolio Melodiki – m.in. o wprowadzeniu nowej serii Pro, jak sam nazwa wskazuje skierowanej na rynek pro-audio, czy też potwierdzających uważną obserwację rynku „ruchach” w obrębie serii Sky Blue obejmujących premierę przewodu zasilającego z „rasową”, oczekiwaną przez audiofilsko zorientowanych odbiorców, konfekcją. Nie zabrakło również kilku słów o Solid Grip Technology, czyli zaciskaniu odpowiednio przygotowanych wtyków na przewodach głośnikowym za pomocą dwutonowej prasy, co znacząco poprawia powierzchnię styku na tle standardowego połączenia śrubowego czy też stosowanego przez konkurencję zaciskania ręcznego.
Następnie mikrofon z rąk Rafał Koca trafił do Elodie Deveau z Triangle Electroacoustique, która w Białymstoku pojawiła się z gorącą, jeszcze pachnącą fabryką nowością, czyli najnowszymi podstawkowymi monitorami Borea BR04. To skierowane do szerokiego grona odbiorców, budżetowe (cena to 2 695 PLN / para) konstrukcje cechujące się atrakcyjnym wyglądem i większą od swoich poprzedniczek pojemnością skrzyń, przez co z powodzeniem mogące pracować 10-40 metrowych pomieszczeniach, co bez najmniejszych problemów udowodniły nagłaśniając przekraczającą swym metrażem hotelową salę.
Z nie mniej atrakcyjnym pakietem nowości pojawił się również Ivan Bošnovič z Canor Audio, który z nieukrywaną dumą zaprezentował „wszystkomający” – wyposażony w DAC-a, phonostage i zaawansowany wzmacniacz słuchawkowy hybrydowy wzmacniacz zintegrowany model Virtus A3 z łapiącą za oko wielofunkcyjną, wzbogaconą wyświetlaczem gałką. Oprócz tego, na „niemej” części ekspozycji można było obejrzeć i obmacać lada moment mające trafić na sklepowe półki nieprzeciętnej urody modele entry-level, czyli przetwornik cyfrowo-analogowy Verto D4S i pracujący w klasie AB tranzystorowy (oczywiście wyposażony w DAC-a) wzmacniacz zintegrowany Virtus I4S.
To jednak jeszcze nie koniec atrakcji, bowiem jak wszem i wobec wiadomo całkiem niedawno Rafko roztoczyło opiekę dystrybucyjną nad Brystonem, a więc i słynnej ze swej długowieczności, potwierdzonej m.in. 20 letnią gwarancją kanadyjskiej elektroniki reprezentowanej przez Sheldona Combsa nie mogło zabraknąć. A właśnie, gwarancja. Otóż dotychczas wspomniane 20 lat dotyczyło jedynie modeli „analogowych”, czyli końcówek mocy, preampów, itp. i było liczone od … daty produkcji konkretnego urządzenia. Tymczasem wraz ze zmianą dystrybucji zmieniły się, i to na korzyść nabywcy, warunki owej gwarancji i teraz zegar zaczyna tykać dopiero od daty sprzedaży.
Jak widać na zdjęciach w roli wzmocnienia podczas prezentacji pracowała 200W integra Bi-200, czyli niejako hybryda przedwzmacniacza BP19 z końcówką mocy 3B. Pojawiła się też zapowiedź wprowadzenia do oferty jej młodszego rodzeństwa, czyli nieco słabszego modelu Bi101. Z racji niezwykle korzystnej różnicy w strefach czasowych udało się również nawiązać połączenie video z Jamesem Tannerem, który rezygnując z copiątkowego treningu hokeja poświęcił swój czas na podzielenie się z uczestnikami eventu kilkoma anegdotami dotyczącymi długowieczności produkowanej przez nich elektroniki oraz odpowiadając na spontaniczne pytania m.in. o szanse na bardziej odważny design, dość jednoznacznie podważając sens zmian czegoś co sprawdza się od dziesięcioleci i co poniekąd jest znakiem rozpoznawczym marki mającej ugruntowaną pozycję nie tylko na audiofilskim, lecz i zdecydowanie bardziej pragmatycznym rynku pro-audio.
Następnie pałeczkę przejął doskonale nam znany m.in. z ubiegłorocznego Audio Video Show Lars Johansen z Perlistena, który w iście telegraficznym skrócie zaprezentował przybyłym początkowo powstałą jedynie z myślą o rynku azjatyckim serię A. Jak się jednak okazało popyt na przedstawicieli ww. serii przekroczył najśmielsze oczekiwania producenta, który idąc za ciosem postanowił spróbować z nimi szczęścia na rynkach europejskich i amerykańskim. W Białymstoku można było posłuchać dwóch „3-ek” podłogowego modelu A3t i niedawno goszczącego u nas podstawkowego i zarazem mogącego pochwalić się obudową zamkniętą A3m. I choć hotelowe warunki trudno było określić mianem kontrolowanych, to różnice pomiędzy nimi (kolumnami, nie warunkami) były ewidentne i jasno wskazywały, że obie propozycje skierowane są do posiadających jasno sprecyzowane oczekiwania odbiorców. A3t zagrały bardziej „cywilnie”, za to A3m szły w stronę niemalże studyjnej prawdomówności dostarczając, szczególnie na basie taki ogrom informacji, że część słuchaczy nie mogła wyjść z podziwu nad tak wysokiej próby dźwiękiem.
Serdecznie dziękując Organizatorom za gościnę i możliwość spotkania się w jakże pięknych okolicznościach przyrody szczerze życzę im nie tylko kolejnych 20, co standardowych 100 lat prosperity.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Miniony piątek 29.08.2025r nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla tytułowego bohatera relacji był bardzo znamiennym i zarazem radosnym dniem kończących się wakacji. Patrząc przez pryzmat oferty niezbędnych dla zaspokojenia naszych potrzeb promieni słonecznych tak naprawdę niezbyt gorących wakacji, na szczęście dla wielu podmiotów będącej w centrum naszego zainteresowania branży, mocno podgrzanych opisywanym obecnie przeze mnie rocznicowym wydarzeniem. Jakim i czyim? Już zdradzam. Co prawda impreza była jedna, jednak tak naprawdę okazała się zwieńczeniem dwóch okrągłych okresów działalności znanego chyba wszystkim, stacjonującego w Białymstoku dystrybutora sprzętu i okablowania audio RAFKO. Pierwsza definiowała przecięcie wstęgi zajmowania się tematyką audio na poziomie 20 lat od oficjalnego założenia firmy, zaś druga przypominała o powołaniu przed 15 laty do życia tworzonego pod własnym szyldem okablowania Melodika. Jestem w stu procentach pewny, że obie nazwy tak jak ja bardzo dobrze znacie, jednak odliczając współpracujące z owym brandem sklepy audio kolejny raz w stu procentach także jestem pewny, że nie zdawaliście sobie sprawy z okresu jestestwa na rynku jakim obydwa projekty mogą się pochwalić. A jest czym, bowiem po pierwsze według prezentowanych na samym początku przez mocodawcę firmy Rafała Koca informacji na temat rozwoju portfolio i ilości współpracujących z nim rynków zagraniczych, Melodika ze słupkami pokazującymi przebieg działań na rynku wręcz wystrzeliła w kosmos. A po drugie ciężko przepracowane minione 20 lat samego salonu Rafko zaowocowało kilkukrotnymi przenosinami z niegdyś maleńkiego pomieszczenia do obecnie wielkiej kubatury magazynowo wystawowej bogato zaopatrzonego w szereg marek salonu. Jak w oparciu o wiedzę o naszym rynku można się spodziewać, nie było łatwo, jednak determinacja i ciężka praca sprawiły, że białostockie Rafko nie tylko nadal jest w grze, ale może świętować dwie dla wielu tego typu pomysłów na biznes okrągłe rocznice. I to świętować nie byle jak, gdyż z pompą zorganizowane warsztaty połączone z kończącym je wieczornym bankietem zaszczycili przedstawiciele kilku dystrybuowanych przezeń marek. A byli nimi Elodie Deveau spod znaku Triangle’a, Ivan Bosnovic od Canora, Lars Johansen ze stajni Perlisten-a oraz osobiście wizytujący imprezę Sheldon Combs wraz z łączącym się z nami on line z Kanady Jamesem Tannerem jako liderzy Brystona. Jak widać było na bogato w każdym wymiarze. I słusznie, gdyż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i gospodarz przy okazji obchodów ww. rocznic nie marnując drzemiącego w nich potencjału zaznaczenia obecności na rodzimym rynku zrobił to z tak zwanym przytupem.
Jak wspominałem, na imprezę przybyli przedstawiciele będących w ofercie Rafko producentów. Naturalnie chcąc dobrze zaprezentować swą ofertę z racji produkcji dwóch rodzajów sprzętu – kolumny oraz elektronika – połączono ich w pary. Takim to sposobem podzieleni na grupy w pierwszej kolejności zapoznałem się z kolumnowymi nowościami francuskiej marki Triangle napędzanych słowacką elektroniką Canor. Pierwszy brand za sprawą przemiłej Elodie Deveau pokazał taniutkie, ale fajnie grające nawet na tak nieprzewidywalnej akustycznie imprezie monitorki Borea BR04. Nie zapomniał dodatkowo przypomnieć o stojących z boku także monitorowych, ale już bezprzewodowych Capellach. W kolejnym kroku oprócz kilku innych pozycji jako ciekawostkę pokazał na slajdach serię kolumn dedykowanych do postawienia w ogrodzie. Eleganckich, odpornych na warunki atmosferyczne i co najważniejsze grających dookólnie. Naturalnie pokaz kolumn nie miałby szans zaistnienia bez stosownego zestawu elektroniki, która w tym przypadku pochodziła od naszych południowych sąsiadów – marki Canor. Składał asię z nowości w postaci wzmacniacza zintegrowanego z sekcją przetwornika, przedwzmacniacza gramofonowego na pokładzie oraz znanego od jakiegoś czasu odtwarzacza CD. Zestaw z kolumnami mimo lekkiego mezaliansu – zasilane tą znakomitą sekcją kolumny kosztowały jedynie 2690 złotych – zagrał dość swobodnie i z na tyle ciekawym z zaznaczeniem dolnych partii pasma akustycznego, że biorąc pod uwagę realia pokazu – wielkość pomieszczenia, ilość ludzi i rozmiar kolumn – nie było do czego się przyczepić. To miała być prezentacja nowości, a nie wyścigi i moim zdaniem bardzo dobrze to wyszło. Jeśli chodzi inne nowości spod znaku Canor, na serii zdjęć znajdziecie również nowości w postaci wzmacniacza zintegrowanego oraz przetwornika cyfrowo-analogowego. Jak widać, są bardzo kompaktowe, świetnie prezentujące się wzorniczo i do tego uniwersalnie kolorystyczne. Jak brzmią, okaże się lada moment, gdyż obecnie trwa wdrażanie oferty na rynek.
Kolejny zestaw uświetniający opisywane spotkanie ludzi kochających muzykę to połączenie wieloletniego doświadczenia kanadyjskiego specjalisty od przygotowywania i wzmacniania sygnału Bryston z amerykańskim podmiotem zajmującym się produkcją zaawansowanych technicznie – niektóre wersje mogą pochwalić się zastosowaniem aż 3 przetworników wysokotonowych w jednej kolumnie – zespołów głośnikowych Perlisten. To był nieco inny pokaz tak od strony efektu sonicznego, jak i samej prezentacji marek, gdyż w czasie rzeczywistym podczas rozprawiania o elektronice dzięki prowadzącemu Sheldonowi Combsowi połączyliśmy się on line z Kanadą z Jamesem Tannerem. Było intrygująco, bowiem gdy pierwszy przekazywał nam podstawowe informacje o marce z 20 letnią gwarancją na sekcje wzmacniające i 5 letnią na przetworniki D/A z racji szybkiego rozwoju technologii w tym segmencie na czele, ten ostatni odpowiadał na najbardziej absurdalne pytania typu: po co w jego biurze stoi łopata. Okazało się, że łopata jest bardzo istotnym gadżetem, gdyż wypolerowana i do tego opatrzona dedykacją, kazała się być namacalnym symbolem wbicia pierwszego sztycha pod siedzibę marki. Jeśli chodzi o garść ciekawostek o kolumnach, oprócz możliwych do znalezienia w internecie interesujących od strony skomplikowania kolumn technikaliów najważniejszą jest ich multi-narodowość. Jej główne siedziby znajdziemy w dwóch zorientowanych na przeciwległych kraju lokalizacjach Stanów Zjednoczonych, jedną w Europie, a konkretnie w Danii oraz fabrykę dedykowaną li tylko tej marce na południu Chin. Jak widać, rozstrzał lokalizacyjny spory, jednak z tego co udało mi się usłyszeć podczas pełnoprawnych testów kilku pozycji tej marki wynik brzmieniowy jest bardzo udany. Jak zagrał przygotowany kanadyjsko-amerykański zestaw? Cóż, to inny rozmiar kolumn, dlatego było, mocno, z zejściem i godnym pozazdroszczenia rozmachem. Jak w wartościach bezwzględnych? Wspominałem już, że tego typu pokazy w żadnym wypadku nie są miarodajne, ale gdybym na siłę miał coś skreślić, powiedziałbym, że wielu z Wam życzę w swoim domostwie tego rodzaju nieskrępowania dźwięku. Było czym dmuchnąć, co naprawdę sprawiało bardzo dobre wrażenie. I nie tylko na mnie, ale także wielu innych gościach.
I tym ciekawym akcentem zakończę niniejszą relację. Relację z naprawdę ważnego dla nas wydarzenia, gdyż jeśli Rafko na tym bezwzględnym rynku wrogiego wyrywania przez konkurencję dystrybucji przez lata promowanych przez siebie producentów przetrwał 20 lat, jestem dziwnie spokojny o kolejny taki wynik. A jeśli tak, nie zdziwię się, jeśli po następnej dwudziestce nie będzie już jednym z wielu tego typu podmiotów, tylko liderem w grupie wiodących, czego tak jemu, jak i Wam, ale też sobie ze szczerego serca życzę.
Jacek Pazio
Opinia 1
Choć tematyką audio paramy się z mniejszą, bądź większą intensywnością od ponad ćwierćwiecza i tak z ręką na sercu coraz mniej sytuacji z ową niszą ludzkiej aktywności jest w stanie nas zaskoczyć, to jednak każdorazowo biorąc na redakcyjny tapet a następnie zabierając się za opis okablowania gdzieś podświadomie, z tyłu głowy, mamy scenę z Gladiatora ze znamiennym okrzykiem „Unleash Hell!”. Nie da się bowiem ukryć, iż nic tak skutecznie nie tyle podnosi temperatury dyskusji, co wręcz wywołuje jej samozapłon, co właśnie przewody, które przynajmniej wg. opinii jednostek ich działanie wykluczających „nie grają”. Jednak zamiast mając takie a nie inne przekonania przejść do porządku dziennego nad faktem istnienia grup reprezentujących opinie odmienne i iść swoją drogą, przynajmniej „nad Wisłą”, czują się w obowiązku swe niesłyszenie nie tylko obwieszczać Urbi et Orbi, co z trudnych do zrozumienia pobudek narzucać słyszącym, owej zdolności słyszenia jednocześnie im odmawiając. Czyli coś w stylu – skoro nie udało mi się wyczuć jakiś specjalnych nut i aromatów w winie za 50 PLN, to smakosze delektujący się zawartością butelek za dziesięcio- bądź stukrotność ww. kwoty z pewnością też nic nie czują, a jedynie pompują balonik snobizmu. Cóż, takiego a nie innego postrzegania świata, znaczy się przez pryzmat własnych ograniczeń, nikomu odmówić nie można, gdyż każdy żyje jak chce, byleby tylko w swe buty nie próbował wcisnąć innych. Dlatego też tym razem, mając pełną świadomość niezwykłej „łatwopalności” poruszanych kwestii z iście stoickim spokojem postanowiliśmy dokonać możliwie chłodnej analizy dwóch sąsiadujących ze sobą w katalogu brytyjskiego Tellurium Q przewodów … Ethernet, czyli modeli Ultra Silver II i Black Diamond Streaming Cable, na których test serdecznie zapraszamy.
Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć producenci okablowania dzielą się na tych, którzy spowiadają się z nawet najmniejszej nitki w oplocie i takich, którzy co najwyżej zaznaczą … kierunkowość. Do grona grających w otwarte karty pozwolę sobie zaliczyć np. japońskiego Furutecha, który każdą nowość dokumentuje pod względem anatomicznym z iście aptekarską dokładnością, więc niejako z automatu biorąc cokolwiek z ich portfolio na testy możemy w ciemno zakładać, że co jak co, ale wsad merytoryczny do części poświęconej budowie mamy niejako z głowy. Z kolei drugi obóz reprezentuje między innymi sprawca dzisiejszego zamieszania, gdyż stojący za marką Tellurium Q Geoff Merrigan z rozbrajającą szczerością stwierdza „jeśli nie wierzysz, że nasze kable mogą coś dać, nie słuchaj ich, a jeśli spróbowałeś i nie słyszysz różnicy – nie kupuj.” Trudno odmówić temu rozumowaniu logiki, choć wszelkiego rodzaju audio-bajkopisarzy (w tym nas) stawia w dość kłopotliwej sytuacji, bowiem nie od dziś wiadomo, że z próżnego, to i Salomon nie naleje a tu jakiegokolwiek punktu zaczepienia ze świecą szukać. Chociaż, skoro o starożytnych mowa, to wbrew instynktowi samozachowawczemu do Geoffa w sprawie ewentualnego uchylenia rąbka firmowej tajemnicy napisałem i co nieco wyciągnąć od Niego mi się udało. A co to ma wspólnego z zamierzchłymi czasami i głoszącymi wtenczas swe nauki myślicielami? Otóż całkiem sporo, bowiem wprawne oko na koszulce Ultra Silver II powinno wyłapać „Ducha Platona (Plato’s Ghost)”, czyli odwieczne dążenie do doskonałości/perfekcji, która choć niemożliwa do osiągnięcia rodzi praktyczne rozwiązania pozwalające podejść, zaskakująco różnymi ścieżkami, do niej możliwie blisko.
Zatem w telegraficznym skrócie i bez zbędnego rozwadniania „koncentratu”. Budowa Black Diamonda mniej więcej odpowiada klasycznemu przewodowi Ethernetowemu, z kolei Ultra Silver II jest swojego rodzaju „zmutowanym ekshumantem” (high-endowym zombie?) – projektem powstałym ze współpracy Geoffa z Benem – swoim synem, który w ramach eksploracji wygaszonych starych i zakończonych niepowodzeniem, chociażby z racji braku wtenczas możliwości i/lub wiedzy na ich kontynuowanie, projektów natrafił na pewną ideę, która po pewnych modyfikacjach założeń miała szanse spełnić pokładane w niej nadzieje. Tym oto sposobem panowie rozpoczęli mozolne, bazujące na zasadach propagacji sygnału oraz wzajemnych interakcjach przewodników eksperymenty z ekranowaniem pojedynczych żył, co nie uprzedzając faktów, doprowadziło do wielce ciekawych rezultatów plasujących finalny produkt na pułapie serii Ultra Silver.
Jedyne co pozostaje nam do dodania w kwestii aparycji tytułowego duetu, to bazowanie na czysto organoleptycznych doznaniach, czyli potraktowanie obu przewodów tzw. testem macanta. I tak, tytułowa parka przyodziana została w syntetyczne, plecione czarne koszulki i zakonfekcjonowana wysokiej klasy wtykami Telegärtnera zabezpieczonymi białymi termokurczkami z oznaczeniami modeli i logotypem producenta. Pomijając taką samą – 1m długość obu egzemplarzy na tym podobieństwa się kończą, bowiem Ultra Silver II jest jednolicie czarny i wiotki niemalże niczym sznurówka, a z kolei w Black Diamondzie coś burgundowego przez zewnętrzną plecionkę przeziera, średnica samego przewodu jest zauważalnie większa, podobnie z resztą jak sztywność i sprężystość, przez co aplikacja krótszych aniżeli wspomniany metr łączówek może okazać się dość problematyczna.
Przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych bohaterów pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż nie znając ich przebiegu przez pierwszy tydzień pozostawiłem je wpięte w domową sieć i po ustawieniu zapewniających nieprzerwany przepływ informacji muzycznych playlist dałem im czas na wygrzanie. Po ww. ochronnym okresie akomodacji zakasałem rękawy i żonglując nimi pomiędzy switchem QSA Red a zasilanym Faradem Super3 transportem Lumïn U2 Mini oraz rezydującą u mnie na równoległych testach usieciowioną odsłoną duńskiej integry Vitus Audio RI-101 MkII DAC/Streamer (recenzja wkrótce) przystąpiłem do obserwacji serii bratobójczych pojedynków. Jak się okazało było to całkiem pasjonujące zajęcie, gdyż de facto dotyczyło wyłapywania pochodnych ewentualnych różnic budowy anatomicznej obu modeli, albowiem wtykami dysponowały takimi samymi, więc ewentualną sygnaturę zastosowanej konfekcji można było sprowadzić do wspólnego mianownika.
Nie da się jednak ukryć, że każdy z ww. przewodów, jeśli nie tyle „grał”, to „transmitował” kierowany nań strumień „muzycznych danych” na swój, własny i charakterystyczny sposób. Ultra Silver II oferował na tle mojego dyżurnego Next Level Tech NxLT Lan Flame brzmienie żywsze i bardziej rześkie, więc przy bezlitośnie smaganych blachach potrafił bezpardonowo cyknąć, choć przy tym fenomenalnie budował głębię sceny dokonując precyzyjnej gradacji poszczególnych planów. Z nim w torze odsłuch „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects oraz „Communion” Septicflesh był niczym jazda bolidem F1 po torze Silverstone. Szybkość gitarowych riffów zapierała dech w piersiach, natychmiastowość możliwości przejścia z pierwszego do ostatniego rzędu zajmowanego przez muzyków trwała mgnienie oka a każde wsparte ścianą metalowej kakofonii orkiestrowe tutti przypominało obserwację momentu, w którym można wreszcie skorzystać z dobrodziejstw DRS-u. Ot, kipiąca od adrenaliny rock’n’rollowa jazda bez trzymanki. Z kolei Black Diamond jawił się niczym pełniący rolę samochodu bezpieczeństwa 4 litrowy Aston Martin Vantage – grając pokaźniejszym wolumenem i z racji faktu, że nie musiał tak wchodzić na obroty jak 1,6l jednostki napędowe bolidów, ciemniejszym, bardziej soczystym dźwiękiem. Miał przy tym zauważalny sznyt natywnej (wagnerowskiej?) dostojności i większą energię na dole pasma – bas nie tylko było słychać, jak w przypadku Silvera, lecz również czuć.
Porównując obie łączówki 1:1 wychodzi na to, że Silver jest bardziej selektywny, idzie, jeśli nie krok, to pół w kierunku analityczności, z kolei Black Diamond operuje w nieco gęstszej i bardziej organicznej estetyce i żeby zbytnio nie przesadzić wręcz analogowej rozdzielczości. Jednak nie tej znanej z, oferowanej przez większość gramofonów, za wyjątkiem konstrukcji sygnowanych przez TechDAS-a, co raczej poczciwe „szpulaki”, przy których przywołane do tablicy gramofony brzmią zaskakująco asekuracyjnie i beznamiętnie. Pragnę również zauważyć, iż Black Diamond nie jest jednak tak gęsty i lepki, jak nasz rodzimy David Laboga Custom Audio Ruby Ethernet a przy tym scenę buduje nieco bliżej od przyodzianego w czerwone wdzianko konkurenta. Nie stara się też oszołomić i sponiewierać odbiorcy swą zajebistością w stylu spektakularnego w każdym aspekcie Synergistic Research Galileo SX Ethernet operując w zdecydowanie bardziej wyważonej emocjonalności. Szukając muzycznych analogii uznałbym go za bliższego naturalnej, niewymuszonej manierze Carlosa Santany bądź Erica Claptona aniżeli wyczynowości Steve’a Vai’a, czy Joe Satrianiego.
Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu wynika oba tytułowe brytyjskie przewody mają na tyle wyraźnie zdefiniowane własne sygnatury, że potencjalni nabywcy bez najmniejszego problemu powinni już po kilku taktach ulubionego repertuaru wiedzieć który z nich zostanie z nimi na dłużej. O ile bowiem Tellurium Q Ultra Silver II stawia na drajw, rozdzielczość i napowietrzenie o tyle Black Diamond zachwyca dojrzałością i niewymuszeniem prezentacji.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jestem w 100% przekonany, że w swojej zabawie w dopieszczanie systemów audio wszyscy mamy trzy rodzaje znajomych. Pierwsza grupa to zatwardziali piewcy ichniejszej prawdy, jeśli chodzi o jakikolwiek wpływ okablowania na brzmienie zestawu. Są na tyle ortodoksyjni, że choćbyś pokazał im zmiany przysłowiowym palcem, nierzadko stwierdzą, że owszem słyszą, ale nie rozumieją tego i dlatego nie przyjmują do wiadomości jakichkolwiek, co istotne słyszanych prze nich działań w tym temacie. Drugą są osobnicy zdający sobie sprawę, iż temat jest ważnym elementem obcowania z muzyką w najwyższej jakości prezentacji, ale traktując go po macoszemu, jeśli nawet nie używają dostarczanych w komplecie tak zwanych „komputerówek”, stosują tanie lub pierwsze z brzegu tego typu konstrukcje. System brzmi jak brzmi, ale najważniejsze, że gra. Trzecią zaś reprezentujemy my, w pełni rozumiejący, bo wielokrotnie zweryfikowany „nausznie” ten bardzo istotny temat audiofreaki, którzy czasem w poszukiwaniu lepszej jakości brzmienia posiadanego zestawu, a czasem jedynie dla zmiany jego estetyki prezentacji sprawdzamy we własnym środowisku sprzętowym pojawiające się nowości na rynku. I właśnie dla ostatniej grupy wzięliśmy na tapet pochodzące z różnych linii produktowych dwa dla sporej grupy melomanów ekstremalnie sporne w omawianej dziś kwestii wiary i świadomego użytkowania różnej maści okablowania, przewody do stremowania muzyki. Chodzi o kable cyfrowe, a dokładnie mówiąc ich wersję LAN, o wizytę których w naszych progach zadbał łódzki dystrybutor Szymański Audio. Co wpadło w nasze ręce? Otóż produkty znakomicie znanej z naszych łamów angielskiej marki Tellurium Q w postaci okablowania LAN z serii Ultra Silver II Streaming Cable i Black Diamond Streaming Cable.
Co wiemy na temat budowy produktów Tellurium Q? Niestety nic. Naprawdę, bo co możemy wywnioskować po zdawkowej informacji od producenta, że nowe modele są bardziej zaawansowane technicznie z kilkoma nowymi rozwiązaniami w stosunku do protoplastów? Przyznacie, że niewiele. Czyżby to jawne drwiny z klientów? Bynajmniej, to dbałość o swój dorobek inżynierki, co w dobie już jawnego podrabiania wszystkiego przez wszystkich – Chińczycy podrabiają nawet chińskie produkty – jasno udowadnia, że wykładanie przysłowiowych kart na stół może skończyć się dla danego podmiotu końcem bytu na rynku. I nie do końca nawet z racji machlojek Azjatów, tylko przez osobników kupujących z premedytacją podrabiane produkty, bo to oni napędzają tę koniunkturę. Nie wiem jak Wy, ale żyjąc na własny rachunek, a nie z pensji za etat w przysłowiowej fabryce znakomicie to rozumiem.
Rozpoczynając opis brzmienia po tym co usłyszałem, nie mogę nie nawiązać do wstępniaka. Panowie obrońcy praw oszukiwanych melomanów nawet na bazie produktów z jednej stajni nie ma szans na obronę Waszej tezy, że okablowanie cyfrowe nie wprowadza zmian w finalnym brzmieniu systemu audio. I nie są to konstrukcje z dwóch stron barykady cenowej najtańszy vs najdroższy, bo różnią je jednie 3 oczka na firmowej drabince, a mimo to te dwa kable dzieli przepaść w kwestii estetyki podania muzyki. Czy to oznacza, że jeden z nich jest uszkodzony? Bynajmniej, gdyż to naturalna kolej użycia nieco innych półproduktów oraz innej konstrukcji wewnętrznej każdego z nich, co finalnie ma dać potencjalnemu nabywcy produkt odpowiadający potrzebom jego aktualnego systemu. Jak zatem wypadły opisywane tytułowe kable? Jak wspominałem, to są dwa różne światy.
Tańszy, czyli Ultra Silver II postawił na gładkość i plastykę w służbie spokoju w przekazie. Jakie były tergo skutki? Pierwsze co przychodzi mi na myśl, to ogólne tonowanie nadmiernych fajerwerków podczas obcowania z muzyką. Przekaz dostaje zastrzyk przyjemnej balsamiczności, która wygasza niepożądane piki typu nazbyt ostre kreowanie krawędzi źródeł pozornych i bolesne dla ucha przerysowanie wysokich tonów. W efekcie muzyka osiąga wyższy poziom płynności, co sprawia, że możemy przy niej spędzić długie godziny bez efektu zmęczenia. Jednak co bardzo istotne, także bez tendencji do znużenia monotonią brzmienia, gdyż przy przywołanej dawce spokoju nadal cechuje ją zawarty w każdym rodzaju twórczości pierwiastek raz nostalgii, a innym razem szaleństwa. Fakt, podanych w estetyce raczej piękna, aniżeli agresji, ale to już jest celowy zabieg producenta zrealizowany poprzez inną budowę kabla. I chyba tą ostatnią przywołaną cechą Ultra Silver II najbardziej – w pozytywnym znaczeniu – mnie zaskoczył. W pierwszej chwili pomyślałem, że to ewidentny usypiacz, gdy tymczasem po zrozumieniu efektu jego działania okazało się, iż owszem na feerię nieprzewidywalnych fajerwerków nie ma co liczyć, ale i tak bez problemu, bo nadal z dużą ekspresją bez problemu jestem w stanie znakomicie bawić się przy takich kawałkach jak produkcje rockowe spod znaku choćby AC/DC, czy Metallica. Z wyczuwalną nutką fajnie zaaplikowanej kultury, jednak umiejętnie niezabijającej drzemiącego w rockmenach ducha buntowników.
Pisząc o droższym kablu LAN dzisiejszej epistoły – mowa o Black Diamond – w dobrym znaczeniu tego słowa wszelkich potencjalnych zainteresowanych lojalnie ostrzegam, że nie bierze jeńców. Wyjaśniając sytuację natychmiast uspokajam, iż chodzi o jego świetnie wypadającą żywiołowość. Mocna kreska, solidne uderzenie basem, nasycony środek i świetlista góra pokazały, jak umiejętnie potrząsnąć słuchacza muzyką, aby przy tym nie zamęczyć go nadmierną wyrazistością przekazu. Każde żywe podanie muzyki dla mnie osobiście jest podstawowym kryterium znakomitego brzmienia systemu, jednak przerysowanie poszczególnych jej składowych sprawia, że staje się nachalny i na dłuższą metę męczący. W tym przypadku był lubiany przez mnie nieposkromiony drive, jednak na tyle unikający przekroczenia linii dobrego smaku, że nie cierpiał na tym pełen iskier blach perkusjonaliów i mocnych kontrabasowych pasaży jazz, ani szaleńczo grany, ale niestety zazwyczaj słabo zrealizowany rock. Na tle poprzednika wszystko brzmiało bardziej energicznie, szybciej, z większą wyrazistością, ale jakimś cudem tylko w służbie wstrzyknięcia w dany materiał odpowiedniej dawki adrenaliny, a nie zafundowania słuchaczowi niekontrolowanych efektów rodem ze stanu po zażyciu nieznanych przyjmującemu dopalaczy. Adrenaliny w pierwszej kolejności dla piewców mocnego grania wręcz niezbędnej nawet kosztem jakości odtworzenia marnie wydanego przez wytwórnię materiału, ale w drugiej nierzadko oczekiwanej przez melomanów zakochanych w napawaniu się ostrym rysunkiem wirtualnej sceny. To kabel, który to co ma obrobić, narysuje dość ostro, jednak nie na tyle, aby popsuć końcowy wynik brzmieniowy. Jak to robi, nie wiem. Wiem natomiast, że robi to znakomicie.
Jak spuentuję powyższy opis? Czy obydwa kable są godne uwagi? A jeśli tak, to z jakiego powodu? Powiem bez ogródek. Bez względu na ich ofertę brzmieniową w swojej klasie i realizacji konkretnych zadań sonicznych to bardzo ciekawe konstrukcje Każda jest kierowana do innej grupy docelowej, bo wiadomym jest, że co miłośnik muzyki, to inne problemy do rozwiązania lub różne oczekiwania spełnienia dźwiękowych preferencji. Naturalnie sporo do powiedzenia ma także pozycjonowanie w cenniku marki, co jest pokłosiem różnego zaawansowania technicznego każdego z nich zwieńczonego taką, a nie inną prezentacją. Komu bym je polecił? To chyba wynika z powyższego opisu. Jeśli ktoś szuka spokoju, znakomicie powinien sprawdzić się Tellurium Q Ultra Silver II. Natomiast w momencie chęci zderzenia się z ogólnym szaleństwem w spełnieniu marzeń bez problemu pomoże Tellurium Q Black Diamond. Jak pisałem, to są dwa światy, co sprawia, że każdy z Was ma bardzo duże szanse na znalezienie nici porozumienia z konstrukcjami tej marki. Marki, której kilku konstrukcji przez lata sam używałem i wiem, że warta jest przysłowiowego grzechu.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million