Monthly Archives: sierpień 2025


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ostatni weekend wakacji a dokładnie jego wigilia, czyli piątkowe popołudnie stało się okazją dla objętej obowiązkiem szkolnym dziatwy do pożegnania dwumiesięcznej laby, a skupiając się na zdecydowanie bliższej profilowi naszego magazynu tematyce, dla przybyłych zarówno z całej Polski, jak i świata gości przyczynkiem do świętowania podwójnego jubileuszu. W przestronnych wnętrzach białostockiego Hotelu Branicki zorganizowano szkolenie produktowe oraz uroczystą kolację z okazji 20-lecia Rafko Distribiution i 15-lecia marki Melodika, na których pojawili się licznie przybyli przedstawiciele współpracujących z Organizatorami producentów, salonów audio i prasy.

Jak łatwo się domyślić ponad 30°C, które zaserwowało nam dość kapryśne tegoroczne lato nie skłaniały do zbyt rozbudowanego programu zajęć. Ot krótkie podsumowanie dwóch dekad Rafko na rynku, kilka podstawowych wskaźników świadczących o ciągłym rozwoju i precyzyjnie przemyślanej strategii działania realizowanej tak w przeszłości, jak i planowanej na przyszłość. Do tego garść nowości z portfolio Melodiki – m.in. o wprowadzeniu nowej serii Pro, jak sam nazwa wskazuje skierowanej na rynek pro-audio, czy też potwierdzających uważną obserwację rynku „ruchach” w obrębie serii Sky Blue obejmujących premierę przewodu zasilającego z „rasową”, oczekiwaną przez audiofilsko zorientowanych odbiorców, konfekcją. Nie zabrakło również kilku słów o Solid Grip Technology, czyli zaciskaniu odpowiednio przygotowanych wtyków na przewodach głośnikowym za pomocą dwutonowej prasy, co znacząco poprawia powierzchnię styku na tle standardowego połączenia śrubowego czy też stosowanego przez konkurencję zaciskania ręcznego.

Następnie mikrofon z rąk Rafał Koca trafił do Elodie Deveau z Triangle Electroacoustique, która w Białymstoku pojawiła się z gorącą, jeszcze pachnącą fabryką nowością, czyli najnowszymi podstawkowymi monitorami Borea BR04. To skierowane do szerokiego grona odbiorców, budżetowe (cena to 2 695 PLN / para) konstrukcje cechujące się atrakcyjnym wyglądem i większą od swoich poprzedniczek pojemnością skrzyń, przez co z powodzeniem mogące pracować 10-40 metrowych pomieszczeniach, co bez najmniejszych problemów udowodniły nagłaśniając przekraczającą swym metrażem hotelową salę.
Z nie mniej atrakcyjnym pakietem nowości pojawił się również Ivan Bošnovič z Canor Audio, który z nieukrywaną dumą zaprezentował „wszystkomający” – wyposażony w DAC-a, phonostage i zaawansowany wzmacniacz słuchawkowy hybrydowy wzmacniacz zintegrowany model Virtus A3 z łapiącą za oko wielofunkcyjną, wzbogaconą wyświetlaczem gałką. Oprócz tego, na „niemej” części ekspozycji można było obejrzeć i obmacać lada moment mające trafić na sklepowe półki nieprzeciętnej urody modele entry-level, czyli przetwornik cyfrowo-analogowy Verto D4S i pracujący w klasie AB tranzystorowy (oczywiście wyposażony w DAC-a) wzmacniacz zintegrowany Virtus I4S.

To jednak jeszcze nie koniec atrakcji, bowiem jak wszem i wobec wiadomo całkiem niedawno Rafko roztoczyło opiekę dystrybucyjną nad Brystonem, a więc i słynnej ze swej długowieczności, potwierdzonej m.in. 20 letnią gwarancją kanadyjskiej elektroniki reprezentowanej przez Sheldona Combsa nie mogło zabraknąć. A właśnie, gwarancja. Otóż dotychczas wspomniane 20 lat dotyczyło jedynie modeli „analogowych”, czyli końcówek mocy, preampów, itp. i było liczone od … daty produkcji konkretnego urządzenia. Tymczasem wraz ze zmianą dystrybucji zmieniły się, i to na korzyść nabywcy, warunki owej gwarancji i teraz zegar zaczyna tykać dopiero od daty sprzedaży.
Jak widać na zdjęciach w roli wzmocnienia podczas prezentacji pracowała 200W integra Bi-200, czyli niejako hybryda przedwzmacniacza BP19 z końcówką mocy 3B. Pojawiła się też zapowiedź wprowadzenia do oferty jej młodszego rodzeństwa, czyli nieco słabszego modelu Bi101. Z racji niezwykle korzystnej różnicy w strefach czasowych udało się również nawiązać połączenie video z Jamesem Tannerem, który rezygnując z copiątkowego treningu hokeja poświęcił swój czas na podzielenie się z uczestnikami eventu kilkoma anegdotami dotyczącymi długowieczności produkowanej przez nich elektroniki oraz odpowiadając na spontaniczne pytania m.in. o szanse na bardziej odważny design, dość jednoznacznie podważając sens zmian czegoś co sprawdza się od dziesięcioleci i co poniekąd jest znakiem rozpoznawczym marki mającej ugruntowaną pozycję nie tylko na audiofilskim, lecz i zdecydowanie bardziej pragmatycznym rynku pro-audio.
Następnie pałeczkę przejął doskonale nam znany m.in. z ubiegłorocznego Audio Video Show Lars Johansen z Perlistena, który w iście telegraficznym skrócie zaprezentował przybyłym początkowo powstałą jedynie z myślą o rynku azjatyckim serię A. Jak się jednak okazało popyt na przedstawicieli ww. serii przekroczył najśmielsze oczekiwania producenta, który idąc za ciosem postanowił spróbować z nimi szczęścia na rynkach europejskich i amerykańskim. W Białymstoku można było posłuchać dwóch „3-ek” podłogowego modelu A3t i niedawno goszczącego u nas podstawkowego i zarazem mogącego pochwalić się obudową zamkniętą A3m. I choć hotelowe warunki trudno było określić mianem kontrolowanych, to różnice pomiędzy nimi (kolumnami, nie warunkami) były ewidentne i jasno wskazywały, że obie propozycje skierowane są do posiadających jasno sprecyzowane oczekiwania odbiorców. A3t zagrały bardziej „cywilnie”, za to A3m szły w stronę niemalże studyjnej prawdomówności dostarczając, szczególnie na basie taki ogrom informacji, że część słuchaczy nie mogła wyjść z podziwu nad tak wysokiej próby dźwiękiem.

Serdecznie dziękując Organizatorom za gościnę i możliwość spotkania się w jakże pięknych okolicznościach przyrody szczerze życzę im nie tylko kolejnych 20, co standardowych 100 lat prosperity.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Miniony piątek 29.08.2025r nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla tytułowego bohatera relacji był bardzo znamiennym i zarazem radosnym dniem kończących się wakacji. Patrząc przez pryzmat oferty niezbędnych dla zaspokojenia naszych potrzeb promieni słonecznych tak naprawdę niezbyt gorących wakacji, na szczęście dla wielu podmiotów będącej w centrum naszego zainteresowania branży, mocno podgrzanych opisywanym obecnie przeze mnie rocznicowym wydarzeniem. Jakim i czyim? Już zdradzam. Co prawda impreza była jedna, jednak tak naprawdę okazała się zwieńczeniem dwóch okrągłych okresów działalności znanego chyba wszystkim, stacjonującego w Białymstoku dystrybutora sprzętu i okablowania audio RAFKO. Pierwsza definiowała przecięcie wstęgi zajmowania się tematyką audio na poziomie 20 lat od oficjalnego założenia firmy, zaś druga przypominała o powołaniu przed 15 laty do życia tworzonego pod własnym szyldem okablowania Melodika. Jestem w stu procentach pewny, że obie nazwy tak jak ja bardzo dobrze znacie, jednak odliczając współpracujące z owym brandem sklepy audio kolejny raz w stu procentach także jestem pewny, że nie zdawaliście sobie sprawy z okresu jestestwa na rynku jakim obydwa projekty mogą się pochwalić. A jest czym, bowiem po pierwsze według prezentowanych na samym początku przez mocodawcę firmy Rafała Koca informacji na temat rozwoju portfolio i ilości współpracujących z nim rynków zagraniczych, Melodika ze słupkami pokazującymi przebieg działań na rynku wręcz wystrzeliła w kosmos. A po drugie ciężko przepracowane minione 20 lat samego salonu Rafko zaowocowało kilkukrotnymi przenosinami z niegdyś maleńkiego pomieszczenia do obecnie wielkiej kubatury magazynowo wystawowej bogato zaopatrzonego w szereg marek salonu. Jak w oparciu o wiedzę o naszym rynku można się spodziewać, nie było łatwo, jednak determinacja i ciężka praca sprawiły, że białostockie Rafko nie tylko nadal jest w grze, ale może świętować dwie dla wielu tego typu pomysłów na biznes okrągłe rocznice. I to świętować nie byle jak, gdyż z pompą zorganizowane warsztaty połączone z kończącym je wieczornym bankietem zaszczycili przedstawiciele kilku dystrybuowanych przezeń marek. A byli nimi Elodie Deveau spod znaku Triangle’a, Ivan Bosnovic od Canora, Lars Johansen ze stajni Perlisten-a oraz osobiście wizytujący imprezę Sheldon Combs wraz z łączącym się z nami on line z Kanady Jamesem Tannerem jako liderzy Brystona. Jak widać było na bogato w każdym wymiarze. I słusznie, gdyż pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz i gospodarz przy okazji obchodów ww. rocznic nie marnując drzemiącego w nich potencjału zaznaczenia obecności na rodzimym rynku zrobił to z tak zwanym przytupem.

Jak wspominałem, na imprezę przybyli przedstawiciele będących w ofercie Rafko producentów. Naturalnie chcąc dobrze zaprezentować swą ofertę z racji produkcji dwóch rodzajów sprzętu – kolumny oraz elektronika – połączono ich w pary. Takim to sposobem podzieleni na grupy w pierwszej kolejności zapoznałem się z kolumnowymi nowościami francuskiej marki Triangle napędzanych słowacką elektroniką Canor. Pierwszy brand za sprawą przemiłej Elodie Deveau pokazał taniutkie, ale fajnie grające nawet na tak nieprzewidywalnej akustycznie imprezie monitorki Borea BR04. Nie zapomniał dodatkowo przypomnieć o stojących z boku także monitorowych, ale już bezprzewodowych Capellach. W kolejnym kroku oprócz kilku innych pozycji jako ciekawostkę pokazał na slajdach serię kolumn dedykowanych do postawienia w ogrodzie. Eleganckich, odpornych na warunki atmosferyczne i co najważniejsze grających dookólnie. Naturalnie pokaz kolumn nie miałby szans zaistnienia bez stosownego zestawu elektroniki, która w tym przypadku pochodziła od naszych południowych sąsiadów – marki Canor. Składał asię z nowości w postaci wzmacniacza zintegrowanego z sekcją przetwornika, przedwzmacniacza gramofonowego na pokładzie oraz znanego od jakiegoś czasu odtwarzacza CD. Zestaw z kolumnami mimo lekkiego mezaliansu – zasilane tą znakomitą sekcją kolumny kosztowały jedynie 2690 złotych – zagrał dość swobodnie i z na tyle ciekawym z zaznaczeniem dolnych partii pasma akustycznego, że biorąc pod uwagę realia pokazu – wielkość pomieszczenia, ilość ludzi i rozmiar kolumn – nie było do czego się przyczepić. To miała być prezentacja nowości, a nie wyścigi i moim zdaniem bardzo dobrze to wyszło. Jeśli chodzi inne nowości spod znaku Canor, na serii zdjęć znajdziecie również nowości w postaci wzmacniacza zintegrowanego oraz przetwornika cyfrowo-analogowego. Jak widać, są bardzo kompaktowe, świetnie prezentujące się wzorniczo i do tego uniwersalnie kolorystyczne. Jak brzmią, okaże się lada moment, gdyż obecnie trwa wdrażanie oferty na rynek.

Kolejny zestaw uświetniający opisywane spotkanie ludzi kochających muzykę to połączenie wieloletniego doświadczenia kanadyjskiego specjalisty od przygotowywania i wzmacniania sygnału Bryston z amerykańskim podmiotem zajmującym się produkcją zaawansowanych technicznie – niektóre wersje mogą pochwalić się zastosowaniem aż 3 przetworników wysokotonowych w jednej kolumnie – zespołów głośnikowych Perlisten. To był nieco inny pokaz tak od strony efektu sonicznego, jak i samej prezentacji marek, gdyż w czasie rzeczywistym podczas rozprawiania o elektronice dzięki prowadzącemu Sheldonowi Combsowi połączyliśmy się on line z Kanadą z Jamesem Tannerem. Było intrygująco, bowiem gdy pierwszy przekazywał nam podstawowe informacje o marce z 20 letnią gwarancją na sekcje wzmacniające i 5 letnią na przetworniki D/A z racji szybkiego rozwoju technologii w tym segmencie na czele, ten ostatni odpowiadał na najbardziej absurdalne pytania typu: po co w jego biurze stoi łopata. Okazało się, że łopata jest bardzo istotnym gadżetem, gdyż wypolerowana i do tego opatrzona dedykacją, kazała się być namacalnym symbolem wbicia pierwszego sztycha pod siedzibę marki. Jeśli chodzi o garść ciekawostek o kolumnach, oprócz możliwych do znalezienia w internecie interesujących od strony skomplikowania kolumn technikaliów najważniejszą jest ich multi-narodowość. Jej główne siedziby znajdziemy w dwóch zorientowanych na przeciwległych kraju lokalizacjach Stanów Zjednoczonych, jedną w Europie, a konkretnie w Danii oraz fabrykę dedykowaną li tylko tej marce na południu Chin. Jak widać, rozstrzał lokalizacyjny spory, jednak z tego co udało mi się usłyszeć podczas pełnoprawnych testów kilku pozycji tej marki wynik brzmieniowy jest bardzo udany. Jak zagrał przygotowany kanadyjsko-amerykański zestaw? Cóż, to inny rozmiar kolumn, dlatego było, mocno, z zejściem i godnym pozazdroszczenia rozmachem. Jak w wartościach bezwzględnych? Wspominałem już, że tego typu pokazy w żadnym wypadku nie są miarodajne, ale gdybym na siłę miał coś skreślić, powiedziałbym, że wielu z Wam życzę w swoim domostwie tego rodzaju nieskrępowania dźwięku. Było czym dmuchnąć, co naprawdę sprawiało bardzo dobre wrażenie. I nie tylko na mnie, ale także wielu innych gościach.

I tym ciekawym akcentem zakończę niniejszą relację. Relację z naprawdę ważnego dla nas wydarzenia, gdyż jeśli Rafko na tym bezwzględnym rynku wrogiego wyrywania przez konkurencję dystrybucji przez lata promowanych przez siebie producentów przetrwał 20 lat, jestem dziwnie spokojny o kolejny taki wynik. A jeśli tak, nie zdziwię się, jeśli po następnej dwudziestce nie będzie już jednym z wielu tego typu podmiotów, tylko liderem w grupie wiodących, czego tak jemu, jak i Wam, ale też sobie ze szczerego serca życzę.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Choć tematyką audio paramy się z mniejszą, bądź większą intensywnością od ponad ćwierćwiecza i tak z ręką na sercu coraz mniej sytuacji z ową niszą ludzkiej aktywności jest w stanie nas zaskoczyć, to jednak każdorazowo biorąc na redakcyjny tapet a następnie zabierając się za opis okablowania gdzieś podświadomie, z tyłu głowy, mamy scenę z Gladiatora ze znamiennym okrzykiem „Unleash Hell!”. Nie da się bowiem ukryć, iż nic tak skutecznie nie tyle podnosi temperatury dyskusji, co wręcz wywołuje jej samozapłon, co właśnie przewody, które przynajmniej wg. opinii jednostek ich działanie wykluczających „nie grają”. Jednak zamiast mając takie a nie inne przekonania przejść do porządku dziennego nad faktem istnienia grup reprezentujących opinie odmienne i iść swoją drogą, przynajmniej „nad Wisłą”, czują się w obowiązku swe niesłyszenie nie tylko obwieszczać Urbi et Orbi, co z trudnych do zrozumienia pobudek narzucać słyszącym, owej zdolności słyszenia jednocześnie im odmawiając. Czyli coś w stylu – skoro nie udało mi się wyczuć jakiś specjalnych nut i aromatów w winie za 50 PLN, to smakosze delektujący się zawartością butelek za dziesięcio- bądź stukrotność ww. kwoty z pewnością też nic nie czują, a jedynie pompują balonik snobizmu. Cóż, takiego a nie innego postrzegania świata, znaczy się przez pryzmat własnych ograniczeń, nikomu odmówić nie można, gdyż każdy żyje jak chce, byleby tylko w swe buty nie próbował wcisnąć innych. Dlatego też tym razem, mając pełną świadomość niezwykłej „łatwopalności” poruszanych kwestii z iście stoickim spokojem postanowiliśmy dokonać możliwie chłodnej analizy dwóch sąsiadujących ze sobą w katalogu brytyjskiego Tellurium Q przewodów … Ethernet, czyli modeli Ultra Silver II i Black Diamond Streaming Cable, na których test serdecznie zapraszamy.

Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć producenci okablowania dzielą się na tych, którzy spowiadają się z nawet najmniejszej nitki w oplocie i takich, którzy co najwyżej zaznaczą … kierunkowość. Do grona grających w otwarte karty pozwolę sobie zaliczyć np. japońskiego Furutecha, który każdą nowość dokumentuje pod względem anatomicznym z iście aptekarską dokładnością, więc niejako z automatu biorąc cokolwiek z ich portfolio na testy możemy w ciemno zakładać, że co jak co, ale wsad merytoryczny do części poświęconej budowie mamy niejako z głowy. Z kolei drugi obóz reprezentuje między innymi sprawca dzisiejszego zamieszania, gdyż stojący za marką Tellurium Q Geoff Merrigan z rozbrajającą szczerością stwierdza „jeśli nie wierzysz, że nasze kable mogą coś dać, nie słuchaj ich, a jeśli spróbowałeś i nie słyszysz różnicy – nie kupuj.” Trudno odmówić temu rozumowaniu logiki, choć wszelkiego rodzaju audio-bajkopisarzy (w tym nas) stawia w dość kłopotliwej sytuacji, bowiem nie od dziś wiadomo, że z próżnego, to i Salomon nie naleje a tu jakiegokolwiek punktu zaczepienia ze świecą szukać. Chociaż, skoro o starożytnych mowa, to wbrew instynktowi samozachowawczemu do Geoffa w sprawie ewentualnego uchylenia rąbka firmowej tajemnicy napisałem i co nieco wyciągnąć od Niego mi się udało. A co to ma wspólnego z zamierzchłymi czasami i głoszącymi wtenczas swe nauki myślicielami? Otóż całkiem sporo, bowiem wprawne oko na koszulce Ultra Silver II powinno wyłapać „Ducha Platona (Plato’s Ghost)”, czyli odwieczne dążenie do doskonałości/perfekcji, która choć niemożliwa do osiągnięcia rodzi praktyczne rozwiązania pozwalające podejść, zaskakująco różnymi ścieżkami, do niej możliwie blisko.
Zatem w telegraficznym skrócie i bez zbędnego rozwadniania „koncentratu”. Budowa Black Diamonda mniej więcej odpowiada klasycznemu przewodowi Ethernetowemu, z kolei Ultra Silver II jest swojego rodzaju „zmutowanym ekshumantem” (high-endowym zombie?) – projektem powstałym ze współpracy Geoffa z Benem – swoim synem, który w ramach eksploracji wygaszonych starych i zakończonych niepowodzeniem, chociażby z racji braku wtenczas możliwości i/lub wiedzy na ich kontynuowanie, projektów natrafił na pewną ideę, która po pewnych modyfikacjach założeń miała szanse spełnić pokładane w niej nadzieje. Tym oto sposobem panowie rozpoczęli mozolne, bazujące na zasadach propagacji sygnału oraz wzajemnych interakcjach przewodników eksperymenty z ekranowaniem pojedynczych żył, co nie uprzedzając faktów, doprowadziło do wielce ciekawych rezultatów plasujących finalny produkt na pułapie serii Ultra Silver.

Jedyne co pozostaje nam do dodania w kwestii aparycji tytułowego duetu, to bazowanie na czysto organoleptycznych doznaniach, czyli potraktowanie obu przewodów tzw. testem macanta. I tak, tytułowa parka przyodziana została w syntetyczne, plecione czarne koszulki i zakonfekcjonowana wysokiej klasy wtykami Telegärtnera zabezpieczonymi białymi termokurczkami z oznaczeniami modeli i logotypem producenta. Pomijając taką samą – 1m długość obu egzemplarzy na tym podobieństwa się kończą, bowiem Ultra Silver II jest jednolicie czarny i wiotki niemalże niczym sznurówka, a z kolei w Black Diamondzie coś burgundowego przez zewnętrzną plecionkę przeziera, średnica samego przewodu jest zauważalnie większa, podobnie z resztą jak sztywność i sprężystość, przez co aplikacja krótszych aniżeli wspomniany metr łączówek może okazać się dość problematyczna.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych bohaterów pozwolę sobie jedynie nadmienić, iż nie znając ich przebiegu przez pierwszy tydzień pozostawiłem je wpięte w domową sieć i po ustawieniu zapewniających nieprzerwany przepływ informacji muzycznych playlist dałem im czas na wygrzanie. Po ww. ochronnym okresie akomodacji zakasałem rękawy i żonglując nimi pomiędzy switchem QSA Red a zasilanym Faradem Super3 transportem Lumïn U2 Mini oraz rezydującą u mnie na równoległych testach usieciowioną odsłoną duńskiej integry Vitus Audio RI-101 MkII DAC/Streamer (recenzja wkrótce) przystąpiłem do obserwacji serii bratobójczych pojedynków. Jak się okazało było to całkiem pasjonujące zajęcie, gdyż de facto dotyczyło wyłapywania pochodnych ewentualnych różnic budowy anatomicznej obu modeli, albowiem wtykami dysponowały takimi samymi, więc ewentualną sygnaturę zastosowanej konfekcji można było sprowadzić do wspólnego mianownika.
Nie da się jednak ukryć, że każdy z ww. przewodów, jeśli nie tyle „grał”, to „transmitował” kierowany nań strumień „muzycznych danych” na swój, własny i charakterystyczny sposób. Ultra Silver II oferował na tle mojego dyżurnego Next Level Tech NxLT Lan Flame brzmienie żywsze i bardziej rześkie, więc przy bezlitośnie smaganych blachach potrafił bezpardonowo cyknąć, choć przy tym fenomenalnie budował głębię sceny dokonując precyzyjnej gradacji poszczególnych planów. Z nim w torze odsłuch „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects oraz „Communion” Septicflesh był niczym jazda bolidem F1 po torze Silverstone. Szybkość gitarowych riffów zapierała dech w piersiach, natychmiastowość możliwości przejścia z pierwszego do ostatniego rzędu zajmowanego przez muzyków trwała mgnienie oka a każde wsparte ścianą metalowej kakofonii orkiestrowe tutti przypominało obserwację momentu, w którym można wreszcie skorzystać z dobrodziejstw DRS-u. Ot, kipiąca od adrenaliny rock’n’rollowa jazda bez trzymanki. Z kolei Black Diamond jawił się niczym pełniący rolę samochodu bezpieczeństwa 4 litrowy Aston Martin Vantage – grając pokaźniejszym wolumenem i z racji faktu, że nie musiał tak wchodzić na obroty jak 1,6l jednostki napędowe bolidów, ciemniejszym, bardziej soczystym dźwiękiem. Miał przy tym zauważalny sznyt natywnej (wagnerowskiej?) dostojności i większą energię na dole pasma – bas nie tylko było słychać, jak w przypadku Silvera, lecz również czuć.
Porównując obie łączówki 1:1 wychodzi na to, że Silver jest bardziej selektywny, idzie, jeśli nie krok, to pół w kierunku analityczności, z kolei Black Diamond operuje w nieco gęstszej i bardziej organicznej estetyce i żeby zbytnio nie przesadzić wręcz analogowej rozdzielczości. Jednak nie tej znanej z, oferowanej przez większość gramofonów, za wyjątkiem konstrukcji sygnowanych przez TechDAS-a, co raczej poczciwe „szpulaki”, przy których przywołane do tablicy gramofony brzmią zaskakująco asekuracyjnie i beznamiętnie. Pragnę również zauważyć, iż Black Diamond nie jest jednak tak gęsty i lepki, jak nasz rodzimy David Laboga Custom Audio Ruby Ethernet a przy tym scenę buduje nieco bliżej od przyodzianego w czerwone wdzianko konkurenta. Nie stara się też oszołomić i sponiewierać odbiorcy swą zajebistością w stylu spektakularnego w każdym aspekcie Synergistic Research Galileo SX Ethernet operując w zdecydowanie bardziej wyważonej emocjonalności. Szukając muzycznych analogii uznałbym go za bliższego naturalnej, niewymuszonej manierze Carlosa Santany bądź Erica Claptona aniżeli wyczynowości Steve’a Vai’a, czy Joe Satrianiego.

Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu wynika oba tytułowe brytyjskie przewody mają na tyle wyraźnie zdefiniowane własne sygnatury, że potencjalni nabywcy bez najmniejszego problemu powinni już po kilku taktach ulubionego repertuaru wiedzieć który z nich zostanie z nimi na dłużej. O ile bowiem Tellurium Q Ultra Silver II stawia na drajw, rozdzielczość i napowietrzenie o tyle Black Diamond zachwyca dojrzałością i niewymuszeniem prezentacji.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jestem w 100% przekonany, że w swojej zabawie w dopieszczanie systemów audio wszyscy mamy trzy rodzaje znajomych. Pierwsza grupa to zatwardziali piewcy ichniejszej prawdy, jeśli chodzi o jakikolwiek wpływ okablowania na brzmienie zestawu. Są na tyle ortodoksyjni, że choćbyś pokazał im zmiany przysłowiowym palcem, nierzadko stwierdzą, że owszem słyszą, ale nie rozumieją tego i dlatego nie przyjmują do wiadomości jakichkolwiek, co istotne słyszanych prze nich działań w tym temacie. Drugą są osobnicy zdający sobie sprawę, iż temat jest ważnym elementem obcowania z muzyką w najwyższej jakości prezentacji, ale traktując go po macoszemu, jeśli nawet nie używają dostarczanych w komplecie tak zwanych „komputerówek”, stosują tanie lub pierwsze z brzegu tego typu konstrukcje. System brzmi jak brzmi, ale najważniejsze, że gra. Trzecią zaś reprezentujemy my, w pełni rozumiejący, bo wielokrotnie zweryfikowany „nausznie” ten bardzo istotny temat audiofreaki, którzy czasem w poszukiwaniu lepszej jakości brzmienia posiadanego zestawu, a czasem jedynie dla zmiany jego estetyki prezentacji sprawdzamy we własnym środowisku sprzętowym pojawiające się nowości na rynku. I właśnie dla ostatniej grupy wzięliśmy na tapet pochodzące z różnych linii produktowych dwa dla sporej grupy melomanów ekstremalnie sporne w omawianej dziś kwestii wiary i świadomego użytkowania różnej maści okablowania, przewody do stremowania muzyki. Chodzi o kable cyfrowe, a dokładnie mówiąc ich wersję LAN, o wizytę których w naszych progach zadbał łódzki dystrybutor Szymański Audio. Co wpadło w nasze ręce? Otóż produkty znakomicie znanej z naszych łamów angielskiej marki Tellurium Q w postaci okablowania LAN z serii Ultra Silver II Streaming Cable i Black Diamond Streaming Cable.

Co wiemy na temat budowy produktów Tellurium Q? Niestety nic. Naprawdę, bo co możemy wywnioskować po zdawkowej informacji od producenta, że nowe modele są bardziej zaawansowane technicznie z kilkoma nowymi rozwiązaniami w stosunku do protoplastów? Przyznacie, że niewiele. Czyżby to jawne drwiny z klientów? Bynajmniej, to dbałość o swój dorobek inżynierki, co w dobie już jawnego podrabiania wszystkiego przez wszystkich – Chińczycy podrabiają nawet chińskie produkty – jasno udowadnia, że wykładanie przysłowiowych kart na stół może skończyć się dla danego podmiotu końcem bytu na rynku. I nie do końca nawet z racji machlojek Azjatów, tylko przez osobników kupujących z premedytacją podrabiane produkty, bo to oni napędzają tę koniunkturę. Nie wiem jak Wy, ale żyjąc na własny rachunek, a nie z pensji za etat w przysłowiowej fabryce znakomicie to rozumiem.

Rozpoczynając opis brzmienia po tym co usłyszałem, nie mogę nie nawiązać do wstępniaka. Panowie obrońcy praw oszukiwanych melomanów nawet na bazie produktów z jednej stajni nie ma szans na obronę Waszej tezy, że okablowanie cyfrowe nie wprowadza zmian w finalnym brzmieniu systemu audio. I nie są to konstrukcje z dwóch stron barykady cenowej najtańszy vs najdroższy, bo różnią je jednie 3 oczka na firmowej drabince, a mimo to te dwa kable dzieli przepaść w kwestii estetyki podania muzyki. Czy to oznacza, że jeden z nich jest uszkodzony? Bynajmniej, gdyż to naturalna kolej użycia nieco innych półproduktów oraz innej konstrukcji wewnętrznej każdego z nich, co finalnie ma dać potencjalnemu nabywcy produkt odpowiadający potrzebom jego aktualnego systemu. Jak zatem wypadły opisywane tytułowe kable? Jak wspominałem, to są dwa różne światy.
Tańszy, czyli Ultra Silver II postawił na gładkość i plastykę w służbie spokoju w przekazie. Jakie były tergo skutki? Pierwsze co przychodzi mi na myśl, to ogólne tonowanie nadmiernych fajerwerków podczas obcowania z muzyką. Przekaz dostaje zastrzyk przyjemnej balsamiczności, która wygasza niepożądane piki typu nazbyt ostre kreowanie krawędzi źródeł pozornych i bolesne dla ucha przerysowanie wysokich tonów. W efekcie muzyka osiąga wyższy poziom płynności, co sprawia, że możemy przy niej spędzić długie godziny bez efektu zmęczenia. Jednak co bardzo istotne, także bez tendencji do znużenia monotonią brzmienia, gdyż przy przywołanej dawce spokoju nadal cechuje ją zawarty w każdym rodzaju twórczości pierwiastek raz nostalgii, a innym razem szaleństwa. Fakt, podanych w estetyce raczej piękna, aniżeli agresji, ale to już jest celowy zabieg producenta zrealizowany poprzez inną budowę kabla. I chyba tą ostatnią przywołaną cechą Ultra Silver II najbardziej – w pozytywnym znaczeniu – mnie zaskoczył. W pierwszej chwili pomyślałem, że to ewidentny usypiacz, gdy tymczasem po zrozumieniu efektu jego działania okazało się, iż owszem na feerię nieprzewidywalnych fajerwerków nie ma co liczyć, ale i tak bez problemu, bo nadal z dużą ekspresją bez problemu jestem w stanie znakomicie bawić się przy takich kawałkach jak produkcje rockowe spod znaku choćby AC/DC, czy Metallica. Z wyczuwalną nutką fajnie zaaplikowanej kultury, jednak umiejętnie niezabijającej drzemiącego w rockmenach ducha buntowników.
Pisząc o droższym kablu LAN dzisiejszej epistoły – mowa o Black Diamond – w dobrym znaczeniu tego słowa wszelkich potencjalnych zainteresowanych lojalnie ostrzegam, że nie bierze jeńców. Wyjaśniając sytuację natychmiast uspokajam, iż chodzi o jego świetnie wypadającą żywiołowość. Mocna kreska, solidne uderzenie basem, nasycony środek i świetlista góra pokazały, jak umiejętnie potrząsnąć słuchacza muzyką, aby przy tym nie zamęczyć go nadmierną wyrazistością przekazu. Każde żywe podanie muzyki dla mnie osobiście jest podstawowym kryterium znakomitego brzmienia systemu, jednak przerysowanie poszczególnych jej składowych sprawia, że staje się nachalny i na dłuższą metę męczący. W tym przypadku był lubiany przez mnie nieposkromiony drive, jednak na tyle unikający przekroczenia linii dobrego smaku, że nie cierpiał na tym pełen iskier blach perkusjonaliów i mocnych kontrabasowych pasaży jazz, ani szaleńczo grany, ale niestety zazwyczaj słabo zrealizowany rock. Na tle poprzednika wszystko brzmiało bardziej energicznie, szybciej, z większą wyrazistością, ale jakimś cudem tylko w służbie wstrzyknięcia w dany materiał odpowiedniej dawki adrenaliny, a nie zafundowania słuchaczowi niekontrolowanych efektów rodem ze stanu po zażyciu nieznanych przyjmującemu dopalaczy. Adrenaliny w pierwszej kolejności dla piewców mocnego grania wręcz niezbędnej nawet kosztem jakości odtworzenia marnie wydanego przez wytwórnię materiału, ale w drugiej nierzadko oczekiwanej przez melomanów zakochanych w napawaniu się ostrym rysunkiem wirtualnej sceny. To kabel, który to co ma obrobić, narysuje dość ostro, jednak nie na tyle, aby popsuć końcowy wynik brzmieniowy. Jak to robi, nie wiem. Wiem natomiast, że robi to znakomicie.

Jak spuentuję powyższy opis? Czy obydwa kable są godne uwagi? A jeśli tak, to z jakiego powodu? Powiem bez ogródek. Bez względu na ich ofertę brzmieniową w swojej klasie i realizacji konkretnych zadań sonicznych to bardzo ciekawe konstrukcje Każda jest kierowana do innej grupy docelowej, bo wiadomym jest, że co miłośnik muzyki, to inne problemy do rozwiązania lub różne oczekiwania spełnienia dźwiękowych preferencji. Naturalnie sporo do powiedzenia ma także pozycjonowanie w cenniku marki, co jest pokłosiem różnego zaawansowania technicznego każdego z nich zwieńczonego taką, a nie inną prezentacją. Komu bym je polecił? To chyba wynika z powyższego opisu. Jeśli ktoś szuka spokoju, znakomicie powinien sprawdzić się Tellurium Q Ultra Silver II. Natomiast w momencie chęci zderzenia się z ogólnym szaleństwem w spełnieniu marzeń bez problemu pomoże Tellurium Q Black Diamond. Jak pisałem, to są dwa światy, co sprawia, że każdy z Was ma bardzo duże szanse na znalezienie nici porozumienia z konstrukcjami tej marki. Marki, której kilku konstrukcji przez lata sam używałem i wiem, że warta jest przysłowiowego grzechu.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Szymański Audio
Producent: Tellurium Q
Ceny:
Tellurium Q Ultra Silver II: 3 600 PLN /1m
Tellurium Q Black Diamond: 4 870 PLN / 1m; 5280 PLN / 1,5m; 5 690 PLN / 2,5m; 6 100 PLN / 3m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Najwyższa pora na kolejną markę, która dziwnym zbiegiem okoliczności dawno u nas nie gościła, czyli Bricasti Design i sygnowany przez nią duet – transport CD/SACD M19 i przetwornik cyfrowo-analogowy M11.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Sforzato DSP-07EX

Opinia 1

Choć biorąc pod uwagę istny bezlik dostępnych na rynku, skierowanych do miłośników grania z plików, zarówno zintegrowanych streamerów, jak i ogołoconych z sekcji analogowej wyspecjalizowanych transportów, można byłoby z całkiem trafnie stwierdzić, że raczej nie ma szans na jakieś spektakularne wywrócenie przysłowiowego stolika, gdyż każdy z chętnych na własny kawałek cyfrowego tortu kurczowo trzyma się jego (stolika, nie tortu) rantu. Jak się jednak okazuje ów osąd jest obarczony pewnym błędem. Błędem nieuwzględnienia zmiennej w postaci zupełnie od niedawna mającej swojego polskiego reprezentanta – w postaci krakowskiego Nautilusa, japońskiej marki Sforzato. Marki, o której, z racji wykonywania pewnych rzeczy „po swojemu” robi się coraz głośniej. Dlatego też po bardzo miłym i obiecującym „wieczorku zapoznawczym” w ramach testu podstawowego modelu DSP-09EX czym prędzej wyraziliśmy gotowość przyjęcia pod swe dachy szlachetniej urodzone „wytwory” z Kraju Kwitnącej Wiśni. Tym oto sposobem, dzięki uprzejmości ekipy dopiero co wspomnianego Nautilusa, raptem miesiąc po publikacji naszych wrażeń dotyczących „podstawki”, możemy się z Państwem podzielić obserwacjami dotyczącymi reprezentującego oczko wyższą półkę modelu Sforzato DSP-07EX.

Zgodnie z firmową, wyznawaną przez Pana Omata Kyoshi – ojca założyciela, głównego projektanta i tak na dobrą sprawę jedyną osobę stojącą za tytułową marką, będącą … jednoosobową działalnością gospodarczą, logiką wraz ze zmniejszaniem się numeracji rośnie ranga danego urządzenia. W dodatku spadek z 9-ki na 7-kę w przypadku sprawcy dzisiejszego zamieszania poskutkował również wyraźnym przyrostem gabarytów, więc na tle wcześniejszej rozmiarówki właściwej segmentowi „mini”, mogącego się pochwalić płytą czołową o szerokości 390 mm DSP-07EX śmiało można uznać za reprezentanta „midi” (dla przypomnienia pełnowymiarowe urządzenia mają zazwyczaj szerokość 17” – 430mm a przeznaczone do montażu w rackach 19” – ok. 483mm). Ponadto ów front na względem tańszego modelu wyraźnie wyładniał, gdyż zamiast srebrnej płaskiej tafli satynowego aluminium zdecydowano się na nadające całości większej dynamiki i finezji biegnące wzdłuż dolnej krawędzi faliste podftrezowanie z logicznym wybrzuszeniem na znany z tańszego modelu niebiesko-zielony wyświetlacz dot-matrix. Klawiszologia pozostała również bez zmian – lewym przyciskiem wybieramy wejście, prawym odwracamy fazę, a włącznik główny należy wymacać na płycie dolnej w okolicach ww. wyświetlacza. A właśnie, ekran niby jest, lecz równie dobrze mogło by go nie być, gdyż nadal informuje jedynie o wejściu i częstotliwości reprodukowanego sygnału, po wszelkie pozostałe dane odsyłając do tabletu/smartfonu z zainstalowaną, dostępną zarówno na Androida, jak i iOS-a aplikacją Taktina. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie by „wyręczyć” się nieco rozszerzającym funkcjonalność (chociażby o internetowe rozgłośnie radiowe) Roona, choć nadal na obsługę Tidal/Spotify connecta i TuneIn nie ma co liczyć.
Rzut oka na plecy 7-ki dość szybko ujawnia, że poza zastąpieniem klasycznego portu Ethernetowego RJ-45 światłowodowym złączem SFP (adapter znajduje w zestawie), wszystko jest (prawie) po staremu. Do dyspozycji, patrząc od lewej, mamy bowiem zintegrowane z komora bezpiecznika gniazdo zasilające IEC, port USB do update’u firmware’u, wspomniane gniazdo Ethernetowe, zegarowe (10 MHz) gniazdo BNC z portem zasilania oraz zestaw wyjść analogowych w standardzie RCA i XLR. Jak z pewnością wprawne oko zauważyło owo „prawie” dotyczyło właśnie sekcji zegarowej, która tym razem została wyekspediowana na zewnątrz i przybrała postać osobnego modułu zamkniętego w niewielkim aluminiowym korpusie. Jak łatwo się domyślić zasadnym wydaje się zainteresowanie się wyższej klasy rozwiązaniem, gdzie z pomocą spieszy samo Sforzato kusząc zaskakująco szerokim wachlarzem „własnych wypieków” w postaci trzech zegarów – PMC-07EX, PMC-05EX i PMC-03EX. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by sięgnąć po rozwiązania firm trzecich, jak chociażby ofertę Mutec-a.
Jeśli chodzi o „cyfrowe serce” naszego gościa, to tym razem zamiast pojedynczej kości Sabre ESS ES9038Pro, jak to miało miejsce w 9-ce wykorzystano dwa ww. układy – po jednym na kanał, pracujące w układzie dual mono. Co ciekawe sekcje przetwornika i pracującego pod kontrolą własnego oprogramowania transportu plików są od siebie odseparowane i połączone firmową magistralą ZERO Link. Z kolei w zasilaniu, sytuacja w porównaniu z niżej urodzonym braciszkiem, wygląda zgoła inaczej, gdyż zamiast trzech transformatorów zdecydowano się na zastosowanie dwóch przewymiarowanych toroidów – jednego przeznaczonego do zasilania sekcji cyfrowej i drugiego – analogowej. W czasie pracy trzewia odtwarzacza generują całkiem zauważalne ilości ciepła, więc warto zapewnić im komfort termiczny i nie zasłaniać perforacji tak dolnej, jak i wierzchniej płyty korpusu.

Mając już merytoryczny podkład, czyli bagaż doświadczeń zdobytych w trakcie „przesłuchań” 9-ki mniej więcej domyślałem się czego powinienem się po naszym dzisiejszym gościu spodziewać. Co innego jednak przypuszczenia i prognozy a co innego bynajmniej nie szara rzeczywistość. Jak się bowiem okazało Sforzato DSP-07EX reprezentował nie tylko zdecydowanie większą rozmiarówkę, ale i pod względem brzmieniowym sytuował się na bezsprzecznie wyższym pułapie wyrafinowania i rozdzielczości. Oprócz znanych z tańszego modelu organicznej gęstości i zaskakującej analogowej gładkości przekazywał zdecydowanie więcej informacji dotyczących aury pogłosowej i wymiaru wysokości kreowanej sceny a przy tym nie tyle pokręcał tempo, co potrafił zaskoczyć natychmiastowością skoków dynamiki. W rezultacie nadal mieliśmy do czynienia ze swoistą soczystą gęstością i aksamitnym zaczernieniem tła, lecz poprzez wyraźniejsze zaakcentowanie pierwiastka eteryczności efekt swoistego winietowania – spadku gęstości i rozdzielczości w „narożnikach kadru” ulega eliminacji, więc może nie otrzymujemy, bo one cały czas tam są, co de facto dostrzegamy więcej informacji. Przykładowo, na pełnym gęstych aranżacji, krążącym wokół estetyki rock-opery „Sanguivore” Creeper rozmach prezentacji śmiało można było określić mianem epickiego a jednocześnie cały czas utrzymywany był niczym nieskrępowany wgląd w wieloplanowość nagrania. Coś jakbyśmy obserwowali skomplikowany mechanizm zegarowy w stylu zawieszonego w przestrzeni Ulysse Nardin Classic Skeleton Tourbillona w rozmiarze XXL, czyli nie w swej natywnej – naręcznej formie a co najmniej naściennej bądź wręcz dedykowanej górującej nad naszymi włościami wieży zegarowej. Co ciekawe, owa precyzja przybiera w tym wydaniu nie aptekarską (antyseptyczną) a właśnie zegarmistrzowską, ocierająca się o geniusz, postać oznaczająca w pełni naturalną rozdzielczość, gdzie każdy, najmniejszy detal jest częścią większej całości i ma swoją, szalenie istotna rolę. Zamiast jednak wyrywać się przed szereg i wzorem osła ze Shreka dopominać się atencji po prostu robi swoje dążąc w swej perfekcji do ideału – dźwięku na żywo. Nie mniej cieszy mnie również fakt, iż oprócz niezwykłej wierności oryginałowi, czyli materiału źródłowemu „środkowy” Sforzato (nad nim w rodzimej hierarchii stoi przecież dwuelementowy DSP-05EX) w swym różnicowaniu jakości nagrań nie tylko nie popada w surową mentorską przesadę deprecjonując, bądź wręcz eliminując gatunki jego szlachetnemu urodzeniu niegodne, lecz wyciska z nich wszystko co najlepsze. Dlatego też bez większych obaw, oprócz wymuskanych, audiofilskich realizacji („Tomba Sonora” Stemmeklang, Kristin Bolstad ) można sięgać po pozycje operujące zdecydowanie bardziej bezkompromisowymi środkami artystycznego wyrazu, jak daleko nie szukając „Call The Devil” Mushroomhead, czy niewinnie rozpoczynający się „Doom Crew Inc.” Black Label Society. Za każdym razem dostaniemy zarówno to, co już znamy, bądź raczej myśleliśmy, że znamy, jak i to czego istnienia do tej pory mogliśmy się co najwyżej domyślać. Jest to też brzmienie, dźwięk, wzorem XACT-a S1, bądź 432 EVO Master, wymykający się prostej kategoryzacji na analogowy / cyfrowy, gdyż jego pochodzenie, domena, w której / z której powstaje okazuje się zupełnie pomijalna i obojętna. Operujemy bowiem na takim poziomie wyrafinowania i realizmu, że pod ocenę zazwyczaj poddajemy samo zarejestrowane wykonanie danego zapisu nutowego i ewentualną interpretację natury wykonawczej a nie trafność i sygnaturę urządzenia owe sygnały dekodującego i transmitującego. Można więc, chociażby na potrzeby niniejszego spotkania stwierdzić, iż DSP-07EX jest zauważalnie bardziej transparentny, odciska wyraźnie mniej intensywne piętno aniżeli DSP-09EX a jednocześnie owa transparentność sprawia, że otwarcie dźwięku jest wyraźniejsze a intensywność prezentacji wzrasta. Nielogiczne? Przynajmniej na papierze, lecz wystarczy wpiąć 7-kę w tor, by od razu zrozumieć o co jej twórcy chodzi. Podobnie przecież jest z jej „konsystencją”, którą na wstępie pozwoliłem sobie określić mianem zarówno gęstej oraz soczystej, jak i eterycznej, co przynajmniej w teorii powinno się wykluczać a w tym przypadku idealnie ze sobą koresponduje wzajemnie się uzupełniając.

Po raz kolejny, tym razem za sprawą DSP-07EX, Sforzato udowodniło, iż pomimo egzystencji w postaci jednoosobowego bytu jest w stanie z powodzeniem konkurować ze zdecydowanie bardziej licznymi, a tym samym posiadającymi większe zaplecze markami. Jak się bowiem okazuje nie zawsze liczy się skala produkcji, czy też obszerność portfolio, lecz sam pomysł tak na siebie, wierność własnej filozofię dźwięku, czy też ergonomii oferowanych urządzeń. A w przypadku Sforzato sznyt / szkołę grania śmiało można określić mianem firmowego, ergonomię w pełni powtarzalnej, więc w rezultacie, o ile tylko jedno i drugie wpisze się w nasze gusta i oczekiwania w raz obranym kierunku prowadzić nas będzie jedna droga i tylko od nas zależeć będzie na jakim poziomie intensywności przyjdzie nam ją pokonać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Jeśli nie pamiętacie, to z przyjemnością przypomnę, iż tytułowy, zajmujący się streamowaniem plików Japończyk w dzisiejszym spotkaniu pokazuje już drugi swój produkt z co prawda niezbyt dużego, ale za to pokrywającą jakością liczącego 3 modele portfolio. Niedawno zajmowaliśmy się rozpoczynającym ofertę DSP-09EX, który zagrał na tyle fajnym, bo soczystym ale z ciekawym drive-m dźwiękiem, że gdy przyszedł moment na jego powrót do dystrybutora, podczas ustalania terminu działań logistycznych od razu zasygnalizowaliśmy, że mamy chrapkę na oczko wyżej pozycjonowany model. Na szczęście opiekuna marki nie trzeba było zbyt długo przekonywać, w konsekwencji czego dzięki zaangażowaniu krakowskiego Nautilusa do redakcji trafił zajmujący środkową pozycję w cenniku, streamer Sforzato DSP-07EX. Czy rozwinie interesująco rozpostarte przez poprzednika plikowe skrzydła? A może jego brzmienie podryfuje w inną stronę? To chyba jasne jak słońce, że odpowiedź na te pytania zawarta jest w poniższych akapitach, do lektury których serdecznie zapraszam.

Tym razem rzeczony odtwarzacz plików może pochwalić się znacznie solidniejszą i bardziej atrakcyjną wizualnie posturą. Mianowicie chodzi o to, że gdy poprzednik był dość wąskim, stosunkowo głębokim, ale jednak niedużym urządzeniem, będący bohaterem niniejszego testu starszy brat w tych zagadnieniach to inna liga. Naturalnie z uwagi na bycie dawcą sygnału na bazie pochodzących ze streamingu, a nie płyty CD zer i jedynek, a więc braku wymagających rozbudowania wertykalnego trzewi nadal jest stosunkowo niski, jednak jego szerokość oraz głębokość bez problemu osiągają wymiary typowego urządzenia audio. A to nie koniec różnić in plus, gdyż obecnie awers nie jest już banalną sztabką jedynie zaoblonego na rogach glinu, tylko wykonanym z aluminium, panelem z wyfrezowanym w jego dolnej części wycinkiem fali. Wizualnie sytuacja jest znacznie bardziej przyjaźniej dla oka, co w połączeniu z podobnym do poprzednika miksem wyświetlacza oraz zorientowanymi na jego flankach guzikami funkcyjnymi sprawia, że na tej już sporej połaci coś się dzieje. Nienachalnego, acz pozwalającego cieszyć się ciekawą feerią połączenia płynnego łuku z kontrastującym z nim czarno-błękitnym wyświetlaczem otoczonym okrągłymi przyciskami. Niby banał, ale gdy spojrzycie na sesje zdjęciowe obu ww. urządzeń, przekonacie się, iż nawet drobne zmiany finalnie dają fajny efekt wizualny, z czym podczas słuchania muzyki chciał nie chciał będziemy mieli kontakt wzrokowy. Dla mnie to dobry ruch. Co proponuje nam nasz bohater od strony panelu przyłączeniowego? Naturalnie poza wejściem na moduł zewnętrznego zegara wzorcowego 10 MHz wraz z gniazdem zasilającym, który jest w komplecie z urządzeniem, to samo co poprzednik. Czyli zestaw wejść cyfrowych USB – jako port do upgeade’u konstrukcji, USB B i LAN w służbie przyjmowania sygnału cyfrowego, pakiet wyjść analogowych – po jednym RCA i XLR, zaś całość wyposażenia wieńczy niezbędny do dostarczenia konstrukcji energii elektrycznej terminal sieciowy IEC. Ciekawostką jest fakt posadowienia Sforzato DSP-07EX na trzech antywibracyjnych stopach, co wyraźnie pokazuje pełną dbałość Japończyków o szczegóły wpływające na dźwięk urządzenia. Jeśli chodzi o garść informacji o obsługiwanych protokołach i ich częstotliwościach próbkowania, dostajemy możliwość pracy materiałem PCM: 44.1 kHz – 768 kHz oraz DSD: 64 – 512. Na koniec przypomnienie, iż podobnie do tańszego brata w przypadku modelu DSP-07EX nie mamy pilota zdalnego sterowania, bowiem całość zagadnienia z powodzeniem i bez problemu załatwia dedykowana aplikacja sterująca.

Co w kwestii brzmienia zaproponował zajmujący środkową pozycję w dorobku firmy streamer? Otóż w moim odczuciu same delicje. Grał w oparciu o dobrą podstawę basową, nie szczędził nasycenia w środku pasma, A całość okraszał dobrym pakietem blasku górnego zakresu. Ktoś powie, że to wypisz wymaluj model 09EX, to co jest w nim takiego, że został powołany do życia i to za większe pieniądze? Już odpowiadam, chodzi o poprawę jakościową każdego z wymienionych aspektów. W jaki sposób? Najważniejszymi działaniami jest poprawa rozdzielczości i lekka korekta body dźwięku. To przyniosło natychmiastową poprawę tak w namacalności tego co działo się na wirtualnej scenie, jak i urealniło szybkość reakcji systemu na zmieniające się w każdej sekundzie zamierzenia artystów. Niezbyt zrozumiale się wyraziłem? Już tłumaczę. Otóż przekładając powyższą opinię z polskiego na nasze po pierwsze wszelkie źródła pozorne były znacznie czytelniejsze i bardziej punktowo w domenie szerokości i głębokości usytuowane pomiędzy kolumnami. Zaś po drugie muzykę cechował lepszy atak, a dzięki temu nieprzewidywalność następujących po sobie fraz, co automatycznie poprawiało ekspresję zawartej w muzyce radości. To jak wiadomo, są bardzo istotne rzeczy, które już z nieco mniejszym wyrafinowaniem w poprzednim modelu powodowały, że z naszym bohaterem chciałem zaliczać wielogodzinne sesje odsłuchowe, a teraz zostały kolokwialnie mówiąc podkręcone jakościowo. Aby to dobrze wyjaśnić, posłużę się przykładami płytowymi z testu tańszego modelu.
Tak jak wówczas najpierw zajmijmy się mocnym uderzeniem formacji Megadeth „The Sick, the Dying… and The Dead”. Podczas poprzedniego występu wspominałem, że muzyka tego podmiotu brzmiała z dobrą wagą, co jest zazwyczaj pozytywnie odbierane w tego typu twórczości, jednak jedynie na tyle udanie zaaplikowaną, aby nie zabić jej ducha. A co zrobił nasz bohater? Jak można się spodziewać, za sprawą poprawy rozdzielczości prezentacji podpartej będącym feedbackiem lekkiego odchudzenia przekazu przyspieszeniem dźwięku popisy muzyków bardzo zbliżyły się do nadal dobrze dobieranej, ale jednak zapisanej w nutach i sposobie ich wyrażania przez muzyków szorstkości i drapieżności. Zrobiło się mniej komfortowo aniżeli z 9-ką, tylko w tym przypadku owa „utrata” komfortu szła z duchem tego rodzaju artystycznej zabawy. Utrata, czyli de facto poprawa, bo było i szybciej i przez to z werwą, a dodatkowo i co bardzo istotne, nie tylko z mieszczącą się w normie fajnego przyswajania, ale wręcz oczekiwaną detalicznością w rozumieniu rozdzielczości. Jednym słowem panowie zaczęli bardziej przypominać, że są w komitywie z zawartą w nazwie zespołu śmiercią, a nie błogim życiem. A objawami tego stanu rzeczy były przywoływana bliższa prawdy szybkość i transparentność prezentacji, co przy dobrej wadze przekazu powodowało mające być nieodzownym towarzyszem słuchacza – czyli to czego ja również oczekuję, przyspieszenie bicia jego serca. Reasumując, opisywany streamer tym razem wzniecił we mnie większy od poprzednika, zapisany w kodzie DNA tej muzyki ogień.
A jak z popisami Jana Garbarka wespół ze znakomitą formacją chóralną jako interpretacja zapisów sakralnych wykonywanych w kubaturach kościelnych „Officium”? Wówczas pisałem, że były porażające w rozumieniu pozytywnym. Kłamałem? Nic z tych rzeczy, gdyż tak było. Jednak jak się teraz okazało, po drobnych korektach brzmienia źródła – wspominałem o tym na samym początku tego akapitu – przy konsekwentnym zachowaniu kolorystyki prezentacji i mimo zmniejszenia, ale nadal zachowania dobrej wagi dźwięku oraz większej rozdzielczości podania całości dostałem lepszy wgląd w nagranie. Wszystkiego w dobrym znaczeniu słowa było więcej. Więcej informacji o pracy saksofonu, więcej smaczków wokalnych kwartetu, co znakomicie podkreślało teraz bogatsze w artefakty jako odbicia od ścian wszechobecne echo. Nagle zrobiło się bardziej dźwięcznie i swobodnie, co tylko podnosiło uczucie przebywania w czasie rejestracji sesji nagraniowej.

Wieńcząc dzisiejszą sesję testową jestem Wam winien odpowiedzi na co najmniej dwa podstawowe pytania. Pierwsze dotyka tematu, czy tytułowe źródło plikowe obroniło się w odniesieniu do decyzji podniesienia ceny w stosunku do modelu podstawowego. Natomiast drugie zmusza mnie, aby z grubsza określić docelowe miejsce naszego bohatera. I wiecie co? Powiem tak. Oba bez problemu połączę i powiem, iż różnice in plus na korzyść Sforzato DESP-07EX nie dość, że w pełni usprawiedliwiają wzrost ceny, to przy okazji będąc ewidentną poprawą, a nie dryfowaniem jedynie w innym kierunku brzmieniowym naturalną koleją rzeczy zwiększają docelową grupę potencjalnych nabywców. W tej ostatniej kwestii chodzi o to, że gdy poprzednik czasem mógł nie dogadać się z mocno osadzonymi w masie systemami, to dawka luzu w dzisiaj opisywanej konstrukcji ówczesne obawy całkowicie eliminuje. To zaś sprawia, że głównym problemem zaiskrzenia pomiędzy Wami a Sforzato mogą być tylko indywidualne, często naprawdę na siłę wyszukiwane preferencje. Niestety to ludzka natura i nic na to nie poradzę. Jednak bez względu na wszystko, jeśli zastanawiacie się nad fajnym dawcą plików, warto przyjrzeć się na poważnie tytułowemu Japończykowi. Jak wspominałem, nie dość, że to jakościowy progres w stosunku do młodszego brata, to dzięki umiejętnemu wdrażaniu w życie pakietu swobody grania bardzo uniwersalny sonicznie.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Nautilus
Producent: Sforzato Corp.
Cena: 29 900 PLN (regularna 33 900 PLN)

Dane techniczne
Wyjścia analogowe: RCA, XLR, ok. 2 Vrms
Wejścia: LAN SFP (adapter w zestawie), USB typu B, 10 MHz BNC (zegar)
Obsługa plików: AIFF, WAV, FLAC, ALAC, dsf, diff
Obsługiwane częstotliwości: 44,1 kHz – 768 kHz / 16-32 bit (PCM); 2,8 – 22,5 MHz (64-512) DSD
Obsługiwane protokoły: Roon Ready, UPnP, DLNA
Obsługiwane serwisy streamingowe: Amazon HD, TIDAL, Qobuz
Wymiary (S x G x W): 390 x 327 x 85 mm

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Transparent XL Power Cord Gen.6

Opinia 1

Choć słyszących i myślących użytkowników wysokiej klasy systemów od dawna nie trzeba przekonywać, że ich przez lata mozolnie konfigurowane zestawy grają na tyle, na ile pozwala im najsłabsze ogniwo, a więc istotne jest nie tylko co i gdzie gra, lecz również czym jest połączone, to dziwnym zbiegiem okoliczności każdorazowa wzmianka o otrzymaniu na testy, bądź rezultatach tychże praktycznie dowolnego typu okablowania przyciąga nie tylko jednostki zainteresowane tematem, co istne zgraje dyskutantów owym, empirycznie doświadczonym obserwacjom przeczących. Co ciekawe można zauważyć pewną prawidłowość, bowiem im ktoś mniej ma ww. doświadczenia a tym samym wiedzy, tym głośniej doświadczenia takowym materiałem „badawczym” dysponujących neguje. W rezultacie wcześniej bądź później całość zaczyna przypominać rozmowę ze ślepym o kolorach i grę w szachy z gołębiem, by po jakimś czasie obniżyć temperaturę i nie tyle wy-, co przy-gasnąć w oczekiwaniu na kolejne zarzewie. Skoro jednak od naszego ostatniego spotkania z amerykańską myślą techniczną w postaci przewodu zasilającego Transparent XL Power Cord Gen.5 upłynęło ponad 8 lat a w tzw. Międzyczasie, znaczy się w okolicach listopada 2021 r., światło dzienne ujrzała kolejna, jak łatwo się domyślić szósta odsłona, to pozwolimy sobie, m.in. dzięki uprzejmości ekipy stołecznego Hi-Fi Clubu, wrócić do tematu, nasze standardowe – czysto subiektywne, spostrzeżenia przede wszystkim kierując do tych, którzy usłyszeli i uwierzyli, pozostałej części „zaimpregnowanych” na empiryczne doświadczenia sugerując spalenie buzujących w nich emocji na pobliskiej siłowni plenerowej, bądź bieżni. Zatem niepotrzebnie nie rozwlekając wstępniaka, Panie i Panowie, oto Transparent XL Power Cord Gen.6.

Jak już śledzący nasze poczynania zainteresowani czytelnicy, zerkając na sesję unboxingową mogli zauważyć Transparent XL Power Cord Gen.6 dostarczany jest w eleganckim, czarnym, wyściełanym powycinaną „pod wymiar” gąbką i zaskakująco pokaźnych rozmiarów neseserze. Ów pozorny przerost formy nad treścią nie wynika bynajmniej z chęci deklasacji zapakowanej w mniej absorbująco gabarytowo opakowania konkurencji, lecz z prozaicznej unifikacji „futerałów” w obrębie serii/marki niezależnie od długości „wsadu”. A właśnie, tytułowa XL-ka standardowo dostarczana jest w 2m przebiegach, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by zamówić sobie dłuższe/krótsze odcinki. Sam przewód jest przy tym dość giętki, co przy nieprzesadzonej średnicy pozwala na jego sprawną aplikację w wąskich przestrzeniach zaszafkowych. Nad kolorystyką nie ma co się rozwodzić, gdyż króluje tu ponadczasowa czerń zarówno, jeśli chodzi o sam peszel pokrywający przewód, jak i umaszczenie satynowych wtyków. Za jedyny element dekoracyjny można uznać przyozdobioną oznaczeniem modelu charakterystyczną karbonową mufę kryjącą autorski system filtracji.
Zgodnie z solennymi zapewnieniami producenta niniejszy przewód zasilający jest „idealnym, wysokoprądowym i wolnym od szumów rozwiązaniem dla bardziej zaawansowanych systemów muzycznych i filmowych z poziomu Connoisseur (Znawcy/Konesera). Dobrze współpracuje z innymi przewodami z poziomu Ultimate i jest znaczącym ulepszeniem w stosunku do kabla zasilającego z serii REFERENCE”. Wszystko jasne, prawda? Zakładam, że oprócz najbardziej ortodoksyjnych wyznawców marki większość czytelników powyższą deklarację może potraktować jako klasyczny przykład marketingowej „mowy-trawy” będącej li tylko wypełnieniem wierszówki, żeby strona www nie wyglądała zbyt ubogo. Tymczasem, wbrew owym pozorom, drzemie w tym cytacie głębszy sens, lecz aby go zrozumieć trzeba po prostu go poznać. Okazuje się bowiem, iż w Transparencie opracowano tak na własne, jak i potencjalnych nabywców oraz użytkowników potrzebę podwójny, acz całkiem logiczny system hierarchicznej kategoryzacji zestawów audio idący w parze z „poziomami muzykalności” rozpoczynający się od podstawowego – „Satysfakcjonującego (Satisfying)”, poprzez Ulepszony podstawowy – „Angażujący (Engaging)”, Lepszy – „Wiarygodny (Believable)”, Ulepszony lepszy – „Autentyczny (Authentic)”, Premium – „Realistyczny (Realistic)”, Ulepszony lepszy – „Jak żywy (Lifelike)”, Znawcy – „Ostateczny (Ultimate)”, na Ulepszonym znawcy – „Transcendentnym (Transcendent)” skończywszy. Do tego dochodzi jeszcze przypisana każdemu levelowi kolorystyka i ściągi który model okablowania, gdzie przynależy, więc tak na dobrą sprawę można bazując na powyższej rozpisce przynajmniej wstępnie zorientować które stadium audiophilii nervosy reprezentujemy i którą linią produktową powinniśmy się zainteresować.
Jeśli ktoś liczył, że to koniec teorii i okrągłych zwrotów, to prosiłbym jeszcze o dosłownie chwilę cierpliwości i uwagi, gdyż niestety dalej będziemy operowali na poziomie wysokopojemnych ogólników. Cóż jednak począć, skoro usilnie próbując wycisnąć jakieś „twarde” dane i konkrety można jedynie dotrzeć do informacji o bardziej zwartej/szczelnej konstrukcji przewodników z miedzi OFHC względem poprzednika, ręcznej terminacji firmowymi wtykami oraz redukujących szumy przy jednoczesnej pełnej przepustowości energii filtrach umieszczonych w wypełnionym żywicą epoksydową module z włókna węglowego. I to by było na tyle, co biorąc pod uwagę uderzające, iście jednojajowo bliźniacze, podobieństwo obu generacji niejako skazuje potencjalnych nabywców na weryfikację metryk poszczególnych egzemplarzy po nr. seryjnych. Wbrew pozorom taka zachowawczość w zmianach aparycyjnych ma też i dobre strony, gdyż konia z rzędem temu, kto bazując li tylko na wyglądzie będzie w stanie zauważyć ewentualny upgrade wiadomego okablowania zasilającego z 5-ej na 6-ą generację. A jak wiadomo, czego oczy nie widzą …, czyli niczego nie sugerując śmiało można założyć, iż ewentualne odświeżenie posiadanych kabliszczy będzie dla osób postronnych całkowicie nomen omen transparentne ….

Ponieważ, jak już zdążyłem we wstępniaku wspomnieć, od naszego ostatniego spotkania z 5 generacją zasilających XL-ek upłynęło ponad 8 lat a w tzw. międzyczasie z mojego ówczesnego systemu ostała się bodajże jedynie listwa zasilająca i jakby tego było mało zmianie uległo również samo lokum, to do naszego dzisiejszego sprawcy całego zamieszania podchodziłem bez jakichkolwiek skojarzeń i oczekiwań. Było to o tyle kluczowe, iż poprzednio na testy otrzymaliśmy fabrycznie nowe egzemplarze o zerowym przebiegu, które w ramach standardowej akomodacji „wygrzewałem” przez kilka dni, lecz patrząc z perspektywy czasu na wcześniejsze obserwacje i porównując je chociażby z poczynionymi przez Jacka, po kolejnym tygodniu grania, a następnie zestawiając je z charakterystyką brzmieniową obecnie testowanej sztuki mam pewne przypuszczenia dotyczące niewystarczającego przebiegu 5-ek. Całe szczęście stanowiący przedmiot dzisiejszego spotkania egzemplarz na swym liczniku miał zdecydowanie dłuższy staż „pod prądem”, a i u nas na puste przebiegi nie miał co liczyć. W rezultacie zasilając 300W Vitusa, jak i wraz drugim egzemplarzem równolegle recenzowaną , dysponującą podobną mocą parkę Electrocompanietów AW 800 M (recenzja wkrótce) które Volty i Ampery „ciągnęły z gniazdka” bardziej ochoczo niż mrównik (Aardvark) z „Różowej Pantery” polujący na niewielkie, acz słynące ze swej pracowitości owady, miał okazję udowodnić swoją deklarowaną w materiałach reklamowych wysokoprądowość. I śmiem twierdzić, że ową próbę zdał z wysoce satysfakcjonującą notą.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od ustawiającej na odpowiednio wysokim pułapie poprzeczkę wymagań muzyki operowej – mojego ulubionego albumu „Verdi: Il Trovatore”  z Luciano Pavarottim, gdzie tytułowemu przewodowi z zaskakującą skutecznością udało się połączyć właściwą gradację wielu planów z sugestywną trójwymiarowością sceny i koherencją rozgrywającego się przed nami spektaklu. Jakby tego było mało całość została zaprezentowana w iście organicznie naturalnej plastyce, więc nie dość, że precyzja definicji źródeł pozornych zapewniała wzorowy porządek podczas najbardziej dynamicznych scen, to ani razu nie udało mi się przyłapać XL-ki na próbach zbytniego konturowania i siłowego ekstrahowania poszczególnych bytów z tła. Z nią w torze wszystko było właśnie naturalne i niewymuszone, lecz z jednej strony bez jakichkolwiek oznak nerwowości, podkręcania tempa, rozdmuchiwania brył, czy bezsensownego prężenia muskułów, a z drugiej zgrabnie unikając spowolnienia i impresjonistycznego rozmazania dalszych planów. Może w kategoriach bezwzględnych nie było takiej natychmiastowości i takiego oddechu – budowania wymiaru wysokości jak z Furutechem Nanoflux Power NCF, lecz biorąc pod uwagę „drobną”, wynoszącą nieco ponad 8 kPLN różnicę w cenach obu przewodów nie widzę problemu z przymknięciem oka na powyższe odstępstwa. Śmiało można uznać, iż amerykański przewód robi wszystko nie tylko poprawnie, co po prostu dobrze bądź bardzo dobrze, vide plastyka prezentacji, a że droższa i operująca na wyższych pułapach zaawansowania konkurencja robi coś lepiej, to raczej oczywista oczywistość, tym bardziej, że w portfolio Transparenta znajdziemy jeszcze topowe Opusy i to raczej dla nich zarezerwowane są stricte ultra high-endowe doznania.
Z kolei na reprezentującym nieco odmienne podejście do melodyki i estetyki jako takiej repertuarze, czyli daleko nie szukając thrashowym „Te Rā” Alien Weaponry, bądź też industrialno-metalcore’owym „PALEHELL” Paledusk natywna gładkość i dojrzałość barwowa Transparenta sprawiły, że zamiast domniemanego złagodzenia przekaz uległ dodatkowej i mile widzianej intensyfikacji. Okazało się bowiem, że lekka tonizacja i przyprószenie złotem zazwyczaj siermiężnie szorstkiej, garażowej góry pozwalają słuchać dłużej i co najważniejsze głośniej, na czym motoryka i generalnie aspekt dynamiczny tylko zyskiwały budując imponujący fundament basowy, który nie tylko budził respekt swymi rozmiarami i zejściem, co naturalnością różnicowania wszelakiej maści blastów, uderzeń stopy i szarpnięć basowych strun. I to nie tylko pod względem gabarytu i definicji – rozmiarówki, co również w kwestiach emisji energii, przez co nawet na iście koncertowych poziomach głośności zamiast monotonnego łupania dostępny był nader szeroki wachlarz intensywności – od delikatnych muśnięć, po potężne uderzenia.

Jak mam cichą nadzieję z powyższego tekstu jasno wynika Transparent XL Power Cord Gen.6 z powodzeniem powinien wkomponować się wszędzie tam, gdzie zarówno króluje szeroko rozumiana równowaga tonalna, jak tam i gdzieś po drodze ktoś zrobił o krok, bądź pół, za daleko w stronę zbytniej analityczności. Aplikacja XL-ki 6-ej generacji nie wpłynie w nich na ewentualne obniżenie rozdzielczości, za to wyeliminuje zbytnią szklistość i beznamiętność prezentacji. Jeśli zatem chcecie Państwo poczuć na własnej skórze jak brzmi większe stężenie muzyki w muzyce, to tytułowy Transparent wydaje się dla Was stworzony.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Zapewne gdy tylko przeczytaliście tytuł dzisiejszego spotkania, nikogo nie trzeba było przekonywać, że pochodzące zza wielkiej wody okablowanie to bez dwóch zdań pełnokrwisty mainstream ekskluzywnego segmentu High End. Jednak co w jego działalności jest bardzo istotne, mimo rozdawania kart pośród najlepszych, a więc za spore pieniądze, nie zapomina o mniej zamożnej klienteli. A najciekawsze, że z równie dobrym wynikiem sonicznym w odniesieniu cen do jakości, jak w topowych konstrukcjach. Skąd to wiem? Po trosze z poprzedniego testu  protoplastów dzisiejszego modelu, a po trosze po wielu zapytaniach od znajomych z for internetowych o datę publikacji dzisiejszego wystąpienia. Czego? Oczywiście testu dystrybuowanych przez warszawski Hi-Fi Club amerykańskich kabli zasilających Transparent XL Power Cord Gen.6. Jak wypadły na tle poprzedników? Czy obroniły wspomnianą korzystną relację jakości do ceny? Po odpowiedź zapraszam do kolejnych akapitów.

Idąc za informacjami producenta w rzeczonych kablach zasilających wykorzystano wysokiej jakości beztlenową miedź OFHC. O splocie, jego ekranowaniu oraz sposobie izolacji nie wiemy niestety nic. Wiemy za to, że na tle poprzedniej generacji w modelu 6 została poprawiona kwestia zwartości całej konstrukcji poprawiając w ten sposób stabilność mocowania wszelkich elementów akcesoryjnych. W tym ostatnim przypadku mówimy oczywiście o stabilniejszej aplikacji wtyczek oraz umocowanego w centralnej części długość kabla układu redukcji szumów. Ów układ w celach wizualnych oraz ochrony przez szkodliwym wpływem wibracji ukryto w wykonanych z kompozytów z włókna węglowego owalnych modułach zalanych żywicą epoksydową. Na koniec po finalnym zaterminowaniu Power Cord XL Gen.6 pakowany jest w estetyczną, czarną, wyściełaną profilowaną gąbką walizę. Jak widać, niby produkt dla mniej zamożnych klientów, ale traktowanie ich na najwyższym, wyznaczanym przez topowe konstrukcje poziomie. Szacunek.

Co brzmieniowo zaoferowała szósta generacja uwielbianego przez użytkowników kabla serii XL? Po pierwsze przekaz nadal cechuje dobra esencjonalność. Po drugie wszystko podparte jest solidną, może nie rysowaną skalpelem, ale umiejętnie unikającą efektu szkodliwego uśredniania wydarzeń w tym pasmie podstawą basową. A po trzecie za sprawą otwartości prezentacji poprzez pełen detali środek i dźwięczne wysokie tony dostajemy bardzo dobry wgląd w nagranie. Zaraz, zaraz, to wypisz wymaluj cechy bardzo bliskie poprzednikowi, to gdzie wpływ rozwoju technologii? Już wyjaśniam. W teorii wszystko jest podobne, jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. A tym razem jest to większa rozdzielczość wizualizowania muzyki, która dawne, czasem odbierane jako zbyt solidne nasycenie przekuła w przyjemną dla ucha plastykę. Ów efekt sprawił, że muzyka fajnie przyspieszyła, czyli obecnie dostajemy lepszy drive, dzięki czemu w dobrym znaczeniu tego słowa więcej i szybciej się dzieje. Dlaczego napisałem o dobrym znaczeniu słowa „więcej”? To proste. Często więcej jeśli nie oznacza wzrostu poziomu zniekształceń, to najczęściej nadinterpretację wyższej średnicy i ofertę nazbyt żywych wysokich tonów. W tym przypadku zaś aby nie wpaść w sidła przywołanego efektu otwierania dźwięku, konstruktorzy okablowania odchudzając środek zadbali o jego gładkość i plastykę. Jest lżejszy, a przez to szybszy, jednak bardzo homogeniczny, co sprawia, że muzyka mimo oferowania większej witalności w sobie tylko znany sposób jest daleka od nachalności. Co jak co, ale frazy „Transparent” i „natarczywość” od zawsze były tak zwanymi antonimami i chwała amerykańskim inżynierom, że nadal tak jest. Jak to ma się do odtwarzania konkretnej muzyki?
Wbrew pozorom tak w muzyce rockowej – co notabene jest naturalną koleją rzeczy, jak i ociekającej emocjami na bazie nostalgii jazzowej, czy barokowej zmiany oferowane przez najnowszy model popularnych XL-ek były tak zwaną wodą na ich młyn. Powód chyba jasny, czyli zwiększenie lotności dźwięku, która heavy metalowcom z Behemotha („The Satanist”) pozwoliła mocniej uderzyć bezpośredniością brutalizmu tergo typu twórczości, a muzyce sakralnej w interpretacji Jordi Savalla z płyty „Jerusalem” nabrać odpowiedniego rozmachu w kwestii wypełniania mojego pomieszczenia zarejestrowanym w kubaturach kościelnych uduchowionego materiału. I nie ma znaczenia, o jakiej muzyce będziemy rozprawiać, gdyż testowane okablowanie w obydwu przypadkach uwalniało znacznie większe pokłady swobody prezentacji, co automatycznie zwiększało poczucie większej obecności muzyki w pokoju. Odczuwalnie świeższej w projekcji i dzięki poprawie szybkości narastania sygnału dającej więcej frajdy poprzez zaskakiwanie mnie następującymi po sobie, już dalekimi od przegrzania, czyli przewidywalności frazami. Jednym słowem, najnowsza odsłona kabli Transparent XL Power Cord Gen. 6 to propozycja obcowania z muzyką żywszą i przez to ciekawszą.

Gdzie ulokowałbym naszego bohatera? Bez owijania w bawełnę i jakiegokolwiek naciągania faktów widzę tylko jedno miejsce, gdzie miałby pod górkę. Mowa oczywiście o systemach z dużą nadwagą. Transparent to nadal operowanie barwą i nasyceniem, tylko w żywszym wydaniu. Ale i w takich przypadkach nie zawsze wróżyłbym totalną porażkę. Chodzi mianowicie o to, że czasem winowajcą takiego stanu rzeczy jest zastosowane okablowanie. I jeśli takowe jest przyczyną konfiguracyjnej porażki, tytułowy przewód zasilający XL Gen. 6 nagle może okazać się ratunkiem w ciężkiej sytuacji. Tak więc jak widać, wszystko zależeć będzie od naszych preferencji wespół z tym, co udało nam się zestawić. Jednak jedno jest pewne, nowa seria amerykańskich kabli to puszczenie wodzy w projekcji muzyki w stronę większego oddechu, przy zachowaniu estetyki gładkości i nasycenia, co sprawia, ze to bardzo ciekawa brzmieniowo propozycja. A jeśli tak, gdy jesteśmy na rozstaju dróg, grzechem byłoby go nie wypróbować.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Transparent Audio
Cena: 14 300 PLN; + 1 850 PLN za dodatkowy 1m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Scansonic HD MB8B

Opinia 1

Dzięki jakiś czas temu przeprowadzonemu przez nas testowi wiemy, iż tytułowy byt jest udanie wdrożoną w życie propozycją zaoferowania nieco tańszej linii produktów przez celującego w segment High End kolumnowego gracza. Chodzi oczywiście o duńską markę Raidho Acoustics, która realizując założenia działalności dotyczącej ekstremum jakości dźwięku swoich konstrukcji, powołała do życia bardziej przyjazną cenowo dla zwykłego Kowalskiego markę Scansonic HD. Byt, który podczas przeprowadzanego niegdyś przez nas testu kolumn MB5B pokazał, że nie tylko bardzo przyjemne brzmienie za rozsądne pieniądze, ale ku uciesze naszych drugich połówek zwracających uwagę na wygląd mających zająć zaszczytne miejsce w salonach domostw produktów także idący z duchem nowoczesności design nie są mu obce. I dobrze, bowiem gdy pierwsze nasze starcie było z konstrukcjami niezbyt pokaźnymi rozmiarowo, a co za tym idzie łatwo przyswajalnymi wizualnie, dziś będziemy zajmować się naprawdę czymś nieco bardziej absorbującym. A będą nim dostarczone przez nowego opiekuna marki na naszym rynku – stołeczny HiFi System kolumny podłogowe Scansonic HD MB8M. Wysokie, smukłe, nowocześnie wyglądające i uzbrojone po zęby w przetworniki, co sprawia, że stawiając je w swoim domostwie powinniśmy liczyć na szereg ciekawych dla oczu i uszu doznań.

Nawet na tle moich kolumn widać, że nasze bohaterki to spore konstrukcje. Osiągają prawie 1.5m wysokości, co przy około 40 centymetrach szerokości frontu chcąc nie chcąc zmusza potencjalnego zainteresowanego do weryfikacji swoich warunków lokalowych w kontekście ich ugoszczenia. A zapewniam, warto się nad nimi zastanowić, gdyż w swej budowie wykorzystują sporo technicznych rozwiązań poprawiających dźwięk. Pierwszym istotnym działaniem jest kształt obudowy, czyli minimalizujące fale stojące wewnątrz skrzynki, płynnie zbiegające się w tylnej części jej łukowate boczne ścianki. Kolejnym jest zastosowanie pokaźnej liczby przetworników, co po pierwsze wespół z umiejętnym strojeniem zwrotnic ustaliło ich pracę w układzie 3-drożnym, a po drugie serią 3 portów bass-refleks o niewielkiej średnicy dało szansę na energetyczny i odpowiednio kontrolowany dolny zakres. Jeśli chodzi o dostępną kolorystykę wykończenia, co prawda na sesję testową dotarła wersja kolumn w uwielbianej przez wielu z nas czerni, ale bez problemu możecie zamówić je z naturalną okleiną orzechową. Tak atrakcyjnie prezentujące się Dunki w celach odpowiedniej stabilizacji posadowiono na przykręcanych do podstawy poprzecznych aluminiowych belkach z regulowanymi stopami oraz w tylnej części czegoś na kształt pleców, w ich dolnej części wyposażono w pojedyncze terminale przyłączeniowe. Jeśli chodzi o garść technikaliów, będące bohaterkami spotkania smukłe panny są w stanie pokryć pasmo przenoszenia od 34 Hz do 20 kHz, a ich impedancję producent ustalił na poziomie 4 Ohm przy 88dB skuteczności . Jak widać, kolumny nie są jakoś specjalnie wymagające dla elektroniki, co pokazuje ich ważną dla wielu nabywców uniwersalność.

Gdy po krótkiej rozgrzewce podszedłem do krytycznych odsłuchów, natychmiast przekonałem się, że duże kolumny to same pozytywy. Jakie? Najważniejszym jest zarezerwowana dla tego rozmiaru swoboda prezentacji. O ile tylko spełni się założenia zastosowania odpowiedniego strojenia tego typu konstrukcji, drugim jest nawet w przypadku tak pokaźnych konstrukcji powodujące znikanie ich z pomieszczenia, głębokie i szerokie wizualizowanie słuchanej muzyki. Mam tak na co dzień i byłem rad, że w nieco mniejszym stopniu, ale te przecież nadal pokaźnych gabarytów paczki bez problemu pokazały wymienione przeze mnie, sprawiające dużą przyjemność obcowania z ulubionym materiałem walory soniczne i to bez względu na rockowy, elektroniczny lub jazzowy rodowód. To bez dwóch zdań jest bardzo ważne, gdyż pozwala nam zwrócić na takie kolumny uwagę nawet w momencie oscylowania z metrażem posiadanego lokalu na pograniczu ich akceptacji. Naturalnie trzeba wówczas zadbać o zapewnienie dobrej sekcji wzmacniającej, ale jeśli kolumny grają zbyt „zwaliście”, co by się nie robiło, nie ma szans na dobry wynik. Na szczęście opisywane MB8B pokazały się z bardzo dobrej, mieszczącej się w opisywanych przed momentem ramach strony, gdyż potrafiły utrzymać dolny zakres w oczekiwanych ryzach, a za sprawą połączenia rozmiaru i dobrego połączenia zastosowanych przetworników ze strojeniem zwrotnicy dobrze odzwierciedlały bezpieczną esencjonalność, rozmach i intencje odtwarzanej muzyki.
Jako przedstawiciela mocnego uderzenia wspomnę występ Rammsteina „Reise Reise”. To jak wiadomo solidna dawka decybeli. Jednak jeśli znacie tę płytę, wiecie, iż jest bardzo wymagająca od kolumn, gdyż ilość basu w połączeniu z jego energią wielu zespołom głośnikowym sprawia sporo problemów. Mówię oczywiście o braku kontroli często spowodowanym mającym się podobać potencjalnemu nabywcy podbiciem przełomu basu i dolnej średnicy. Gdy słuchamy przysłowiowego plumkania, wszystko jest w najlepszym porządku. Sprawy jednak komplikują się, gdy w odtwarzaczu wyląduje coś z drive-m jak choćby wspomniany Rammstein. Dudni na maksa i przekaz zlewa się w jedną nudną papkę, a przecież to materiał kipiący życiem. I to życie dzięki testowanym kolumnom zostało dobrze oddane. Kiedy miało trząść podłogą pokoju, stawałem na skraju arytmii serca. Innym razem zaś dzięki wyrazistości i rozmachowi projekcji muzyki frontmen formacji w pozytywnym znaczeniu słowa masakrował moje uszy wyrazistą i pełna ekspresji wokalizą. Jednym słowem, testowo skonfigurowana kompilacja sprzętowa stanęła na wysokości postawionego przez naszego zachodniego sąsiada zadania. Dostałem ogień, jakiego oczekiwałem.
Co istotne dla tego modelu kolumn, dzięki rozmiarom fajnie interpretowały także muzykę stawiającą na kontemplację. Weźmy na tapet ostatnią płytę duetu Leszka Możdżera i Adama Bałdycha „Passacaglia” . To krążek pełen popisów operujących głębokimi uczuciami, a które potraktowane nazbyt ofensywną prezentacją nie wespną się na wyżyny wpływu na danego osobnika. Dlatego nie bez powodu od samego początku tak chwalę duńskie kolumny za umiejętność i znikania z pomieszczenia i utrzymania lekkości wizualizowania muzyki, gdyż dzięki temu także z muzą z drugiej strony barykady spod znaku agresji wybrzmiewania także wyszły ze starcia z tak zwana tarczą. Było lotnie, ale także odpowiedniemu bilansowi esencjonalności muzykalnie, czyli idealnie aby wprowadzić mnie w stan zadumy. I tak się finalnie stało.

Komu poleciłbym tytułowe kolumny? Powiem tak. Po pierwsze są duże, ale dzięki dobremu operowaniu ilością basu i nasyceniem średnicy przy wsparciu dźwięcznymi wysokimi tonami, potrafią umiejętnie dozować niezbędne dla dowolnego rodzaju muzyki emocje. Na tyle, że radzą sobie tak z mocnym energetycznie, jak i pełnym witalności materiałem. Po drugie jak wynika z analizy ich technikaliów, nie są jakoś dramatycznie wymagające prądowo. To zaś sprawia, że jeśli dysponujecie solidną sekcją wzmacniającą, możecie pokusić się nawet o wstawienie ich do z pozoru zbyt małego pokój. Jeśli nie będzie wprowadzał zbyt trudnych do okiełznania modów i elektronika to udźwignie, będziecie mogli cieszyć się swoją ulubioną muzyką w prezentacji iście koncertowej. Jednak nie w rozumieniu bliżej nieokreślonej ilości bolesnych decybeli, tylko w pełni kontrolowanego rozmachu wypełniania posiadanego pomieszczenia. Oszalałem? Bynajmniej, gdyż obcuję z czymś takim na co dzień, czego Wam również życzę, a nasze bohaterki mają spore szanse to zapewnić.

Jacek Pazio

Opinia 2

Jak już kilkukrotnie wspominaliśmy, nic tak dobrze nie robi na przypomnienie o istnieniu marki jak zmiana … dystrybucji. Wystarczy bowiem lekka roszada na lokalnej mapie opiekunów a dziwnym zbiegiem okoliczności nowy reprezentant, z oczywistych i wiadomych powodów zaczyna wykazywać „parcie na szkło” wszem i wobec, Urbi et Orbi obwieszczając „radosną nowinę”. Tak też było i tym razem ze stołecznym Hi-Fi Systemem, który po wzięciu pod swoje skrzydła zrzeszonych pod sztandarem kopenhaskiego Dantax A/S marek Raidho Acoustics i Scansonic HD (o dwóch pozostałych, czyli przebywającym w stanie głębokiej anabiozy – kryptobiozy Gamucie i Harmony, przynajmniej na razie nic mi nie wiadomo) rozpoczął stosowne działania promocyjne w ramach których do naszego OPOS-a trafiła parka wielce intrygujących a zarazem nieoczywistych, przynajmniej przez pryzmat stereotypowego postrzegania duńskich specjałów, kolumn Scansonic HD MB8B, na których test serdecznie zapraszamy.

Prawdę powiedziawszy eksplorując portfolio Scansonic HD dość szybko można się (zde)zorientować, iż po pierwsze standardowa logika gradacji tak poszczególnych serii, jak i modeli im przypisanych traktowana jest przez Duńczyków zaskakująco niefrasobliwie, więc może zarzuty o kanibalizację były by pewną przesadą, to już uznanie istnienia bytów równoległych i stosowania logiki parakonsystentnej wydają się zaskakująco trafną oceną sytuacji. Chodzi bowiem o to, iż nawet skupiając się na dwóch najwyższych seriach, czyli MB i Q można nieco się pogubić, który model, pomijając oznaczenia, jest usytuowany wyżej a który niżej w rodzinnej, mającej odzwierciedlenie w cenniku, hierarchii. O co chodzi? A chociażby o to, że topowe modele obu serii, czyli Q10 i MB8 B wyceniono na tyle samo i jakby tego było mało okazuje się, że nie są one wcale największe/najwyższe i wyposażone w największą liczbę przetworników, gdyż pod tym względem deklasuje je rezydujący oczko niżej, a przy tym zauważalnie tańszy model MB6 B. Słowem wygląda na to, że mając ochotę na powstające w Pandrup kolumny wypada kierować się intuicją, rozsądkiem i przede wszystkim słuchem, zaszeregowanie do konkretnej linii produktowej i pozycję w firmowym rankingu traktując czysto informacyjnie – z gatunku tzw. wiedzy nieprzydatnej. Jakby tego było mało, choć zarówno wspomniane we wstępniaku Raidho Acoustics, jak i siostrzane Scansonic HD kojarzone są głównie z charakterystycznie strzelistych a zarazem niezwykle smukłych projektów, co poniekąd potwierdziły goszczące u nas reprezentantki obu marek (S-2.0 i MB5 B), to MB8B wydają się być wyjątkiem ową regułę potwierdzającą. Nie da się bowiem ukryć iż proporcje ich korpusów są zaskakująco klasyczne a i same średnice / wolumen użytych przetworników nie odbiegają od ogólnie przyjętych standardów. Mamy bowiem do czynienia z pokaźnych gabarytów (420 x 1440 x 480 mm), trójdorożnymi, pięciogłośnikowymi konstrukcjami podłogowymi o zbiegających się ku tyłowi ściankach bocznych i zapewniających stabilność poprzecznych aluminiowych wspornikach z regulowanymi stopami. Jeśli chodzi o zestaw przetworników, to średnicę i górę pasma obsługuje para 5,25″ mid-wooferów z włókna węglowego pomiędzy którymi (układ D’Apolito) umieszczono wysokotonową wstęgę. Z kolei dół pasma powierzono duetowi 8” basowców z włókna węglowego. Z kolei na ścianie tylnej znajdziemy pojedyncze terminale głośnikowe oraz potrójne ujście kanałów bas-refleks. Zgodnie z zapewnieniami producenta 8-ki mogą pochwalić się 88dB skutecznością przy impedancji znamionowej na poziomie 4 Ω, więc do ich napędzenia lepiej sięgać po wzmacniacze dysponujące przynajmniej 100W na kanał.

Przechodząc do części poświęconej brzmieniu naszych gościń pierwsze z co nasuwa mi się na myśl, to nomen, omen duńskie słowo „Hygge” oznaczające (za Wikipedią) „komfort, wygodę, przytulność, używane jako określenie osiągnięcia wewnętrznej równowagi, bezpieczeństwa i szczęścia, …”. Bo tak właśnie Scansonic HD MB8B grają – z niezwykłym spokojem, swobodą i koherencją. Bez najmniejszych oznak nerwowości, wymuszenia i silenia się na wyczynowość. Góra jest szalenie komunikatywna, lecz jednocześnie jedwabiście gładka i dyskretnie przyprószona tak złotem, jak i „cukrem pudrem” – wyrafinowanie słodka. Jej zszycie z równie gładką i świetnie wysyconą średnicą jest perfekcyjne, przejście między jakże różnymi konstrukcyjnie drajwerami jest zupełnie niezauważalne, gdyż para średniotonowców w niczym tak pod względem szybkości, jak i rozdzielczości nie ustępuje wstędze, więc nie ma się wrażenia, że w pewnym momencie następuje jakieś dziwne zwolnienie i regres holografii. Do tego dochodzi bas o budzącym respekt wolumenie i energii, choć bez tendencji do zawłaszczania nieprzynależnych jemu podzakresów.
Prog-metalowy, polifoniczny i gdzieniegdzie wspomagany przez TLV Orchestrę „Souls” Scardust pokazał, że Scansonici nie boją się ani skomplikowanych i gęstych aranży, ani nie mają najmniejszych problemów ze stworzeniem nie tyle monolitycznej ściany dźwięku, co prawdziwie epickiego i wieloplanowego show i to przy iście koncertowych poziomach głośności. Skoki dynamiki wgniatały w fotel, gradacja planów nie budziła najmniejszych zastrzeżeń a dynamika rozgrywających się na scenie wydarzeń potrafiła w kulminacyjnych momentach przyprawić o istny zawrót głowy. Jednak prowadzona przez 8-ki narracja wprowadzała do prezentacji pierwiastek spajającej całość logiki i harmonii. Dodając do tego wspomnianą wcześniej gładkość, zarówno prog-rockowo/metalowy, jak i nawet cięższy („For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects) repertuar nie tylko nie ranił udręczonych prozą codziennego życia zmysłów, lecz wręcz je koił pozwalając w pozornej kakofonii odnaleźć melodykę i … wytchnienie. Jak to możliwe? Zupełnie normalnie, po prostu duńskie kolumny nie próbują nikomu niczego udowadniać, więc raczej skupiają się na czysto hedonistycznych aspektach muzykalności i emocjonalności prezentacji a nie analitycznego dzielenia włosa na czworo i rozbijania każdego dźwięku na atomy. Nie oznacza to bynajmniej totalnego uśredniania i braku różnicowania odtwarzanych realizacji, bądź na tyle silnej własnej sygnatury, że natywny charakter nagrań spychany jest na dalszy plan, lecz taką perspektywę, gdzie przy zachowaniu właściwej energetyczności, w tym, gdy zachodzi taka potrzeba również ofensywności, czy wręcz zwierzęcej dzikości (wyrykiwany po maorysku, dokładnie w Reo Māori, thrashowy „Te Rā” Alien Weaponry) akcentowane są zgodne z naszymi oczekiwaniami dźwięki i akordy, które pozwalają na rozładowanie stresu i negatywnych emocji. Bo tak na dobrą sprawę właśnie na emocjach Scansonici bazują. Nie pozwalając na obojętność wciągają słuchaczy w wir wydarzeń na tyle skutecznie, że kiedy wybrzmi z nich ostatnia nuta łapiemy się na tym, że jesteśmy równie zdyszani co właśnie kończący występ frontman. A latka lecą i takie skakanie po scenie mając 50+ na karku może powodować lekką zadyszkę. Dlatego też warto również mieć świadomość, że i z bardziej lirycznymi klimatami, jak daleko nie szukając „Memory” Palomy Dineli Chesky duńskim kolumnom również jest po drodze, gdyż mogą wtedy zaprezentować pełnię swych możliwości natury holograficzno – przestrzennej nie tylko natychmiastowo dematerializując się w pokoju odsłuchowym, lecz również budując niezwykle nastrojowy klimat, gdzie delikatne przyciemnienie prezentacji nie wyklucza jej niezwykle realistycznej trójwymiarowości i namacalności źródeł pozornych, co przy świetnym oddaniu aury pogłosowej i „oddechu” w górze pasma sprawia, że intensywność doznań bliska jest czynnemu, znaczy się fizycznemu, bo śmiem twierdzić, ze nawet do okazjonalnego potrząsania marakasami średnio się nadaję, uczestnictwu w nagraniu.

W ramach podsumowania pozwolę sobie jedynie powtórzyć, iż Scansonic HD MB8B są kolumnami niezwykle atrakcyjnymi i eleganckimi a zarazem szalenie uniwersalnymi pod względem brzmieniowym. Dlatego też jeśli rozglądacie się Państwo za podłogówkami, które czarować będą zarówno podczas nastrojowych sesji jazzowych, jak i ukazywać piękniejsze oblicze najcięższych odmian metalu, to o ile tylko dysponujecie odpowiednim metrażem i wydajnym wzmocnieniem, to rzut ucha na tytułowe duńskie konstrukcje wydaje się wielce wskazany.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Hi-Fi System
Producent: Scansonic HD
Cena: 55 900 PLN (czarny satyna), 64 500 PLN (orzech)

Dane techniczne
Konstrukcja: 3-drożna, podłogowa, wentylowana
Pasmo przenoszenia (-6dB): 34 Hz-20 kHz
Impedancja: 4 Ω
Czułość: 88 dB
zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: wstęgowy
– średniotonowy: 2 x 5,25″
– basowy: 2 x 8″
Zalecana moc wzmacniacza: min. 100 W
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 400 Hz – 2800 Hz
Wymiary (S x W x G): 420 x 1440 x 480 mm
Waga: 45 kg / szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Furutech Project V1-S

Opinion 1

It would seem that the halfway point of the summer holidays is not a very obvious time to make any kind of retrospection. Meanwhile, while individuals untainted by “audiophilia nervosa” focus on such important activities like observing long-term weather forecasts, that allow them to optimize the destination of their next trip, or discussions about choosing their favorite finish and chips shop in one of the seaside resorts, we are still kind of stuck with one foot in Munich-related memories, while gradually unloading the queue of novelties spotted there, which we managed to obtain for testing in the meantime. And contrary to appearances, this process does not always take place at the speed of the German ICEs, because the test devices are, as their name suggests, used for testing and demonstrations and they usually return to the manufacturers’ headquarters after exhibitions, or only occasionally appear „stationary” as part of possible “fittings”, as was the case with the charmingly green YG Acoustics Hailey 3 at the RCM in Katowice. Nevertheless, although we do not complain about the lack of activities and topics for more or less elaborate descriptions and we quietly hope that there are no signs of “cucumber season” visible on our website, we are happy to finally confess about probably the last artifact „hunted down” while traversing the countless corridors of the MOC, the Project V1-S speaker cable, currently closing the top Furutech series.

When it comes to the appearance of our guest, it is safe to say that everything is in line with the company’s DNA, from the delivery of the cable in an elegant wooden box (unboxing) to the black and copper color of the cable and the top-line plugs used to terminate the cables. However, it is worth being aware that the visual similarity preserved within the product siblings does not mean they are anatomical twins, because each of the wires, although based on similar materials, has an individualized structure optimized in terms of its purpose. And so it is with the S, whose arteries have a cross-section of 6.1 mm² were made, in accordance with the native tradition, of silver-plated copper conductors α(Alpha) OCC and pure (7N) copper α(Alpha) DUCC subjected to unique cryogenic and demagnetization processes, but their braiding, cross-sections and individual damping and shielding layers were selected in terms of its location in the system and transmitted signals. Let us start with what can be seen with the naked eye, i.e. the characteristic black-copper outer jacket and massive anti-vibration joints that slightly reduce the diameter of the cables, which are further divided into „+” and „-” wires in equally elegant splitters and are terminated with the company’s banana plugs (CF-202-N1(R)) and/or forks (CF-201-N1(R)). And how does it look like inside? Looking from the very center, each of the conductors consists of an inner core with 109 clockwise wound conductors Ø0.18 made of silver-plated copper α (Alpha) OCC, around which, this time anti-clockwise wound, 38 wires Ø0.18 silver-plated copper α (Alpha) OCC were placed, then 69 clockwise and 93 anti-clockwise wound conductors made of α (Alpha) DUCC (Dia Ultra Crystallized Copper) with Ø0.18. The insulation of each conductor is made of Polyethylene for audio applications. And only such a pair goes to a common tunnel made of paper wrap filled with polyester yarn. The next two layers are the shield – the inner one made of α foil (Alpha) and the outer one made of α (Alpha) OFC copper braid. Then, the whole thing is filled with PVC enriched with nano-ceramic particles of a flexible carbon compound and equally flaccid tubes made of the same material. Slowly approaching the black polypropylene braid, visible to the naked eye, it is impossible to miss another paper wrap and the final, third screen made of α copper foil (Alpha) responsible for the above-mentioned „golden” clearances.

I assume that apart from the complexities of metallurgical nature and elegance of appearance, most readers are primarily interested in how the Furutech Project V1-S sounds. I must admit that this issue may not have kept us awake at night, but simply intrigued us. As it turned out, however, the Japanese wires reached us in an almost virgin condition – smelling of the factory, and at the same time the information reaching our ears about an unexpectedly long period of their accommodation (warming up) prompted us to abandon any sudden actions in favor of, as it turned out – justified, arming ourselves with patience. Therefore, it was only after a few weeks, when the dynamics of the observed changes in mood swings dropped to zero, that we started critical listening. And these, there is no denying it, put us in a great mood, because the V1-S fully rewarded the time spent both on warming them up and waiting for the appearance itself. Not only did they correspond perfectly with the signature of their siblings, that have been appearing in our systems so far, but they somehow became item making the entire series complete. They combined the maturity of the sound known from the previous encounters with a completely obvious and at the same time unforced resolution, and unrestrained dynamics with the lack of any nervousness, or artificial pumping up of the size of the virtual sources, or, irritating in the long run, increasing of the tempo. In general, everything was accurate – as it should be, and in its place, but the longer we listened to them, the more often we caught ourselves hearing not only the reproduced music, but a kind of native signatures of elements that are in front of and behind the tested wires in our systems. Interestingly, this enrichment of the sound was not done on the basis of „contaminating” the source signal, but only on the addition of a side plot, a kind of stage directions, signaling that the full control over the bass exploring the deepest recesses of Hades on „Sprouted” by Ganja White Night is due to the appropriately efficient amplification, while the sensuality of Paloma Dinela Chesky’s vocals on „Memory” is due to the tuning of our speakers. As if that was not enough, V1 never let me know that the repertoire served to it was in any way inappropriate, or even insulting to her noble birth, so after a few timid attempts I stopped being embarrassed and whenever I felt like making noise, I reached for Japanese („Nonnegative” by Coldrain) or English („The Sky, The Earth & All Between”  by Architects) metalcore, exposing my senses to the bestial whips of guitar riffs, electronic distortions drilling into synapses and truly animal roars and screams. And please imagine, that even with such cacophonous load, the Japanese cables coped as well as with, … to not to look far, great symphonies („Stokowski: Gran Galà, vol. II”  by Leopold Stokowski / The Philadelphia Orchestra), offering full precision of imaging and resolution of the farthest planes not only in the more lyrical fragments, but also during the tutti of the entire performance apparatus pressing into the seat / squeezing the last juices out of the rock instruments. The key to this ability, however, was the fact that I never managed to catch the Furutechs trying to take shortcuts, simplify presentations, or simulate their native resolution by artificially sharpening the highest frequencies. In fact, compared to the NCF Nanoflux, the V1 could seem a bit darkened and denser, but these are only appearances resulting from better, more accurate blackening of the background and a deeper stage with a smoother gradation of the planes. We have, therefore, a more mature and sophisticated way of narration, in which the „subject” conducting it does not have to prove anything to anyone.

So is this the end of our adventures with Japanese flagships? At the moment, everything seems to indicate this, but without suggesting anything at all, and even more so without anticipating the facts, I take the liberty of drawing attention to a rather surprising gap at the top of Furutech’s portfolio, where it is difficult to find digital models that are adequate in terms of class to their analog siblings. However, returning to the merits and the tested Project V1-S loudspeaker cables, it should be clearly noted, that they are in a class of their own, and at the same time, showing surprising kindness to the wallets of potential buyers, they allow the systems wired with them to climb to the heights of their capabilities.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Vitus SCD-025mkII + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + ZenSati Angel jumpers
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Switch: Quantum Science Audio (QSA) Red + Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

Probably many of you are well aware, but if anyone overslept in following our assessments of the achievements of the tested brand, I officially declare that things are like this. If the Japanese brand Furutech, which is the subject of this dissertation, does not take up the gauntlet in the field of digital signals such as USB and LAN – you probably remember we have already described the AES/EBU digital cable, it is safe to say, that with the following test of the current flagship Project V1 line, we are reaching the proverbial finish line. This finish line, of course, is the bringing to life, and in this episode we will take a look at the last available item from the aforementioned V1 lineup, which are loudspeaker cables. Interestingly and certainly close to the truth, after the excellent reception by the market of the previous designs – I myself use XLR and power cables – the cabling is very much awaited for. Fortunately, the gentlemen from the land of the rising sun did not beat around the bush, and the cables, which is the subject of the meeting at the Munich exhibition in May, had their official premiere. And because they had, we immediately asked the Katowice RCM for a test unit, and the result of this request is our ability to take a look with great pleasure at the flagship model of Furutech Project V1-S speaker cables in this episode.

Perhaps the product photos do not reflect this, but during the session, after plugging into the system, you can see that the cables in question are quite thick. Fortunately, this diameter does not result from simply inserting signal wires into a garden hose to give them the dignified appearance expected by many music lovers, but from overlapping many layers of conductors separated by insulators, shields and spacers dampening harmful vibrations, which ultimately results in a large diameter, but allows you to quite easily form the cable route in the target system. What exactly makes up the mentioned diameter? Due to the large number of components used, I will only mention the most important ones, and very briefly at that. What is most interesting in my opinion? It is about the material for conductors. Well, the conglomerate carrying the signal is a combination of two types of cryogenic copper, typical in case of this manufacturer. I am talking about a multi-wire core made of silver-plated OCC Alpha copper, on which two intersecting layers of high-purity DUCC copper were applied, also composed of many thin wires. This is a very interesting topic, because usually manufacturers decide on one type of material, while at Furutech we have an obvious sandwich that is supposed to give specific sonic results. We will see what came out of it in the description of the sound. However, returning to other construction details, when it comes to protecting the signal against harmful electrical influence of the environment in which the cable works, the V1 model uses double insulation and double shielding, while the activities in terms of minimizing the impact of vibrations on the signal are carried out on the basis of longitudinally arranged rods made of nano-ceramics and filling the free zones with carbon powder in accordance with RoHS standards. Speaking of the packaging of the described cables, we are dealing with the latest, not yet available as a ready-made version of spade and banana plugs made in NCF technology. To conclude the paragraph on technicalities, I would like to remind you that in accordance with the idea of packaging the products of this series, the V1-S speaker is packed in an aesthetically padded with blue material, bamboo wooden box. As you can see, when buying a product from Furutech, we get a successful combination of advanced technology with sophisticated design of both the product itself as well as the way how the cable is displayed to the customer during unboxing.

What sonic cards did our hero reveal to me? Of course, as usual, communing with the top series of the Japanese cables, I got an eruption of a volcano of energy in the entire sound spectrum. Starting from the lowest bass, through the midrange bursting with joy, to the delicately sweetened, but only taking away a kind of nervousness, yet still resonant treble, it was evident that the music gained the expected dignity. However, what is significant not only for this model, but for the entire series of cabling, the biggest beneficiary of such an action is the center of the band. Yet it is not about the typical cranking up of the mass, pushing it out of line, giving the effect of taking a step forward in relation to the line of the speakers. In this case, we get something completely different. It is so minimally invasive, but very significant that in the first moments after connecting from other wires, you may not notice it, but it perfectly comes to the fore after returning to the zero state. Namely, we are talking about the V1-S, and the rest of the family, serving an injection of vitality in the midrange. As if a charming vibration would elevate the effect of the life’s joy of the instruments shining in this range. When you unplug them and replace them with even the best designs of the competition, this joyful spark will always be missing. And it will not help to illuminate this range, which usually ends up increasing its tonality and slimming, or saturating it, and this at times gives great fun, but still constitutes a sonic heaviness. The flagship line of Furutech does something in this aspect, which makes the music not so expressive anymore after eliminating those cables from the audio path. They produce a juicy and round sound, but thanks to a kind of freshness probably introduced by the main core of the silver-plated copper conductors, gushing with roundness and excellent drive. And I am writing this without stretching the facts, because for these reasons several designs from this series remained with me after testing. And the best thing about it is, that the injection of energy described above, does not disturb the freedom of sound of a system firmly rooted in saturation even before the attempting to plug-in the Furutech into the sound path. This is a stereo I use every day, and despite the introduction of the above-mentioned aspects in the domain of turning up the emotions in the center of the band, I did not notice any bad side effects. Of course, the lower range had a slightly thickened line drawing it, and the treble became more refined, but in the first case, thanks to the full control of the system over the speakers, there was no question of losing coherence and thus averaging their projection in terms of timbre, and in the second case, due to the excellent resolution of the system, after eliminating the remaining distortions in the sound it was still characterized by an excellent palette of information, now presented with a greater effect of coherence. Summing up this state in a few words, it was generally juicier, but with the effect of greater vitality of the midrange and undisturbed speed of the musical material. And literally any material, regardless of its origin.
Let us start with the last album of the full Black Sabbath band „13” . Against the background of this type of work, it is a superbly produced album, and yet after applying the tested speaker cables to the path, it showed its side that engaged me even more. And it is not about the substantive content, because it absorbs me even when listening to this album on the proverbial kitchen radio, but for the evident improvement in the quality of presentation. As I mentioned, it was very good from the start, but after interfering with the transmission of the syndromes carried by the tested cable, enriched with smoothness and juiciness improving the reception of fuller, but still predatory vocals, resulting in strengthening the impact with the guitar and drum sections. In theory, after an additional injection of purification and increasing the mass of the sound, I should lose aggressiveness, but the result was quite different. Of course, the effects in the form of greater smoothness and weight were clearly audible, but I perceived them as strengthening the tangibility of visualizing of the music, not toning down its unpredictability.
Identical changes, of course in a positive sense – I noted while combing through the resources from another musical genre in the form of all kinds of jazz. All kinds, because, following the previous trend, there very different ways of visualizing this, not always calm, music ended with the same feedback, i.e. an increase in joy and energy in the center of the band, while maintaining a timing appropriate for a given production, sometimes fast, and sometimes slow, along with appropriate lighting, maintaining the necessary length of decay of the smallest notes of the upper range. Whether it is Ken Vandermark’s free jazz „Resonance”, where rhythm often does not exist, and when it does occasionally, it bursts with the madness of successive phrases, or slow playing with instruments in the production of our jazz team of Oleś brothers together with Christopher Dell „Komeda Ahaed”, where the appearance and indefinite duration of a single note is the main motto of this album; each time the music, in addition to showing its best qualities, gave me a sense of closer communion with it. Of course, all thanks to the skillful heating of emotions in the midrange, but without the effect of slowing down or sluggishness. It was a festival of, slightly different in mass and timbre, but with seemingly greater spark of life, completely different in the aesthetics of playing, but nicely sounding jazz. For me, it was great.

Where would I see the eponymous Furutech Project V1-S speaker cables? As you can guess, wherever you expect a slight inspiration of your sound with a pinch of vibrating energy. The system will not lose its feistiness, but thanks to the skillful revival of the midrange, it will gain in terms of increasing the palpability of music reception. More vibrant, but also more juicy, without which it is sometimes impossible to fully immerse yourself in the music material you are listening to. In this topic, our hero, colloquially speaking, will close it, in a positive way. And are there any contraindications? Not dramatically limiting the potential target group, but naturally yes. And of course, we are talking about individuals who prefer sharpness and unnatural speed of sound over lively, homogeneous musicality. The popular “Furu” simply will not go for it, because it was designed to show music with a capital „M”. As you can see, the choice for or against the discussed speaker cables is very simple and is based only on the correct definition of your point of view on music. Unfortunately, I will not do it for you. However, no matter what, I am of the opinion that every, even unsuccessful attempt with the Japanese in your system will be very valuable to you, so I encourage you to take up the challenge. And maybe something will „pop” between you and it.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Quantum Science Audio (QSA) Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
USB cable: ZenSati Silenzio
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Polish distributor: RCM
Manufacturer: Furutech
Price: 15 000 € / 2 x 2,5m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish
artykuł opublikowany w wersji anglojęzycznej / article published in English

Kiedy w systemie pojawia się wkładka MC przydaje się małe co nieco sygnał z niej wzmacniające, ot chociażby coś jak Zikra Audio MC Transformer.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Pebble Beach, Kalifornia / Vicenza, Włochy – 13 sierpnia 2025 r. – Sonus faber, renomowany włoski producent ręcznie budowanych kolumn głośnikowych oraz Automobili Lamborghini z dumą ogłaszają kolejny rozdział swojej współpracy, prezentując model Il Cremonese Ex3me – Automobili Lamborghini Edition. Te niezwykle ekskluzywne głośniki będą miały swoją światową premierę podczas Monterey Car Week w prestiżowej rezydencji Lamborghini Villa w Pebble Beach w Kalifornii. Po raz pierwszy emocje związane z włoskim supersamochodem sportowym i duszą włoskiego brzmienia łączą się, aby zapewnić niezrównane wrażenia odsłuchowe w domu.

Współpraca ta, zrodzona ze wspólnej filozofii innowacji, rzemiosła i designu, łączy ekscytującą estetykę i inżynierię Lamborghini z niepowtarzalnym brzmieniem Sonus faber. Limitowana edycja Il Cremonese, dostępna w zaledwie 50 indywidualnie numerowanych parach, oferowana jest w pięciu kultowych wykończeniach Lamborghini: Giallo Countach, Arancio Egon, Blu Marinus Matte, Verde Mercurius i Nero Nemesis Matte.

Technicy Sonus faber dostosowują brzmienie każdego głośnika na słuch, zapewniając klientom spójne emocje i wysoką jakość odsłuchu. Rezultatem są wrażenia dźwiękowe dorównujące występom na żywo, które są charakterystyczną cechą Sonus faber, gdzie każdy poziom i szczegół brzmienia instrumentów oraz wokali jest wyraźnie słyszalny dla odbiorcy.

„Słuchanie muzyki, podobnie jak jazda samochodem, jest doświadczeniem wielozmysłowym i emocjonalnym” – powiedział Jim Mollica, dyrektor ds. marketingu i prezes Luxury Audio w Bose Corporation. „Wraz z wprowadzeniem Il Cremonese Ex3me – Automobili Lamborghini Edition, przenosimy kunszt wysokiej jakości dźwięku i precyzję projektowania samochodów do domów. Dzięki ponad 100 letniej, wspólnej doskonałości jesteśmy dumni, że możemy kontynuować współpracę z naszym długoletnim partnerem, firmą Lamborghini”.

Ta limitowana edycja opiera się na wielokrotnie nagradzanej konstrukcji oryginalnego modelu Ex3me, który został na nowo zaprojektowany z wykorzystaniem specjalnie dobranych rozwiązań technicznych i stylistycznych, odzwierciedlających etos obu marek. Charakterystyczne elementy to pięciokątna obudowa, wyprofilowane kontury nawiązujące do estetyki super samochodów sportowych Lamborghini, wykończenia z materiału Corsatex firmy Dinamica i włókna węglowego oraz kultowe logo Automobili Lamborghini.

„Wraz z Il Cremonese EX3ME-Automobili Lamborghini edition świętujemy doskonałość Made in Italy, łącząc rzemieślniczy kunszt dźwięku Sonus faber z wizjonerskim designem Lamborghini” – powiedział Christian Mastro, dyrektor marketingu Automobili Lamborghini. „Ta współpraca stanowi idealne połączenie dwóch włoskich ikon. Efektem jest bezkompromisowe doświadczenie akustyczne, które odzwierciedla nasze dziedzictwo kulturowe i nieustanne dążenie do perfekcji”.

Każda kolumna głośnikowa jest ręcznie wykonana przez Sonus faber z naturalnych materiałów i zaprojektowana z myślą o bezkompromisowej jakości dźwięku. Najważniejsze cechy techniczne:

• Przetwornik wysokotonowy: konstrukcja z membraną z berylu DLC, bezpośrednio zaczerpnięta z modelu Ex3ma, oferuje niezrównaną mikrodynamikę i rozdzielczość, z częstotliwością rezonansową powyżej 35 kHz.
• Przetwornik średniotonowy: 180-milimetrowy przetwornik z membraną z naturalnego włókna – wykonany z suszonej na powietrzu celulozy, kapoku i kenafu – zapewnia charakterystyczne dla Sonus faber ciepło i realizm średnich tonów.
• Przetworniki niskotonowe: Podwójne 180-milimetrowe głośniki niskotonowe z charakterystyczną dla Sonus faber konstrukcją membrany typu sandwich zapewniają głęboki, kontrolowany bas i spójność średnich tonów.
• Infrawoofery: Wzmocnione nanowłóknem węglowym, zamontowane z boku infrawoofery, zaprojektowane z myślą o rozszerzonym paśmie niskich częstotliwości, umieszczone w zamkniętych, niewidocznych komorach refleksyjnych.
• Zwrotnica: Całkowicie przeprojektowana zwrotnica Paracross Topology™ wykorzystująca wysokiej jakości komponenty Mundorf, zoptymalizowana pod kątem czystości, precyzji fazowej i zmniejszenia szumu tła.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Ayre Acoustics KX-8 & VX-8

Opinia 1

Choć Boulder w Kolorado miłośnikom High-endu kojarzy się zapewne głównie z majestatycznymi i ciężkimi niczym dowcip prowadzącego jeden z popularnych teleturniejów urządzeniami Boulder Amplifiers, to warto mieć świadomość, iż w owym, niezwykle malowniczo położonym u podnóża Gór Skalistych mieście siedzibę ma jeszcze duet, wielce zasłużonych audiofilskiej populacji marek – powstałe w 1974 r. PS Audio i założona w 1993 r. Ayre Acoustics. Co ciekawe duet, zarówno naszym czytelnikom, jak i nam samym jest doskonale znany, przynajmniej z widzenia, lecz dziwnym zbiegiem okoliczności jeszcze niegoszczący na naszych łamach. Dlatego też w ramach nadrabiania zaległości i zapełniania białych plam na metaforycznej audio-mapie naszych zainteresowań z niekłamaną satysfakcją pragniemy poinformować, iż dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu możemy wreszcie podzielić się z Państwem obserwacjami poczynionymi podczas odsłuchów zaskakująco przystępnego cenowo zestawu pre/power Ayre Acoustics KX-8 & VX-8.

Skoro we wstępniaku niemalże jednym tchem wymieniliśmy również bodajże najsławniejszego z całego wspomnianego „tercetu egzotycznego” Bouldera, to niejako już we wstępie części merytorycznej pragnę nadmienić, iż nasz dzisiejszy duet operuje w zdecydowanie bardziej litościwej dla pleców i portfela nabywców pułapie. Potwierdzają to zarówno sesja unboxingowa, powyższa galeria, jak i końcowa tabelka z informacjami natury techniczno-finansowymi, co poniekąd zgadza się z firmowym portfolio, bowiem oba urządzenia należą do podstawowej serii 8 stanowiącej niejako wstęp, przedsionek do bardziej zaawansowanych rozwiązań. Niemniej jednak uczciwie trzeba przyznać, że obie 8-ki prezentują się całkiem zgrabnie a o dostarczonych w czarnej anodzie (dostępna jest jeszcze srebrna) egzemplarzach z powodzeniem można mówić o ponadczasowej elegancji. Ot, klasyczne rozmiarowo aluminiowe korpusy, nieprzeładowane klawiszologią minimalistyczne fronty i wielce akceptowana waga (5,7kg pre i 11 kg końcówka) sprawiają, że śmiało można je uznać za sprzęt dla „normalnych”, nieskażonych audiophilią nervosą, ludzi. Przechodząc do konkretów płyta przednia przedwzmacniacza KX-8 może pochwalić się jedynie obecnością dwóch niewielkich przycisków (lewy – stand-by i prawy – selektor źródeł / nawigacja po menu), nie mniej dyskretnego turkusowo-czarnego wyświetlacza OLED po lewej oraz zestawem dwóch gniazd 3,5mm do połączenia zbalansowanego i pojedynczego dużego Jacka (poł. niezbalansowane) dedykowanym słuchawkom i toczonym pokrętłem głośności w towarzystwie firmowego logotypu po prawej. Z kolei na plecach znajdziemy centralnie umieszczone zintegrowane z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdo zasilające IEC powyżej którego rozmieszczono dwa gniazda firmowej magistrali AyreLink w towarzystwie sekcji interfejsów cyfrowych przewidzianych w przypadku wyboru wersji rozszerzonej o stosowne moduły (w egzemplarzu testowym nieobecne), oraz poniżej z całkiem rozbudowaną, obejmującą po dwie pary wejść XLR i trzy pary RCA oraz po parze wyjść RCA/XLR sekcję analogową. W zestawie znajdziemy nienachalnej urody pilot zdalnego sterowania.
Co do końcówki VX-8 opis frontu będzie nad wyraz lakoniczny, gdyż Ayre zdecydowało się jedynie umieścić na nim włącznik z niewielką diodą po lewej i swój logotyp po prawej. Podobną oszczędność formy reprezentuje ściana tylna z okupującymi flanki charakterystycznymi, zakręcanymi terminalami Cardasa (wskazane widły), parą gniazd firmowej magistrali AyreLink, gniazdem serwisowym USB, centralnie umieszczonym, zintegrowanym z komorą bezpiecznika i włącznikiem głównym gniazdem zasilającym IEC, oraz symetrycznie rozmieszczonymi wejściami liniowymi RCA/XLR, pomiędzy którymi ulokowano po dwa wyjścia XLR/RCA na subwoofery. Warto również zwrócić uwagę na dwa, umieszczone pod gniazdem zasilania przełączniki – jeden odpowiedzialny za wyjścia subwooferowe mogące dostarczać sygnał mono bądź stereo i drugi, nie mniej istotny – hebelek pozwalający wybrać wejścia RCA, bądź XLR.
Wraz z urządzeniami, oprócz przewodów zasilających, które lepiej zostawić w spokoju w kartonach, czy też wspomnianym pilocie można również znaleźć po trzy niewielkie drewniane klocki, czyli produkowane przez Cardasa Myrtle Wood Blocks, z pomocą których we własnym zakresie warto spróbować „antywibracyjnego tuningu” amerykańskiej elektroniki zastępując nimi firmowe nóżki.
A cóż siedzi w trzewiach naszej tytułowej parki? W telegraficznym skrócie samo dobre, bowiem oba komponenty reprezentują w pełni zbalansowaną, opartą na dyskretnych obwodach topologię bez globalnego sprzężenia zwrotnego. Jak zatem łatwo się domyślić wypada spiąć je ze sobą XLR-ami. Ponadto w przedwzmacniaczu zastosowano zarówno autorską transimpedancyjną regulację głośności CVGT (Continuously Variable Gain Transimpedance) działającą nie na zasadzie tłumienia sygnału przy stałym wzmocnieniu, lecz operowania całkowitym wzmocnieniem, jak i sekcję wyjściową w firmowej topologii „Double Diamond” wraz ze stopniem wzmocnienia „Equilock” minimalizującym wahania napięć na tranzystorach. Podobnie został zaprojektowany stopień wyjściowy we wzmacniaczu mocy, który pomimo dość mało zobowiązującej wagi nie dość, że posiada w pełni liniowe, oparte na trafie EI i pokaźnej baterii (po 16 Nichiconów na kanał) niewielkich kondensatorów zasilanie, to jak Bozia przykazała bazuje na klasycznych, bipolarnych tranzystorach (po cztery pary na kanał), a więc pracuje w układzie push-pull w klasie AB. Osoby zaniepokojone brakiem widocznych radiatorów a tym samym podejrzewające VX-8 o obecność jakiegoś wiatraczka spieszę uspokoić, iż chłodzenie układu jest w pełni pasywne, gdyż rolę radiatora/ów przejmuje korpus urządzenia, do którego bezpośrednio przymocowano ww. tranzystory.

Może to dziwnie zabrzmi, ale od pierwszych taktów „Thirteenth Step” A Perfect Circle zestaw Ayre Acoustics KX-8 & VX-8 przywodził mi na myśl, przynajmniej pod względem motoryki i plastyki, gładkości przekazu firmowe brzmienie elektroniki NAIM-a, jak chociażby goszczącego u nas jakiś czas temu seta NSC-222 & NAP-250 & NPX-300. Co prawda w przeciwieństwie do Brytyjczyków, amerykański duet faworyzował głębokość a nie szerokość sceny, jak i z większym pietyzmem, nie ograniczając się li tylko do pierwszego planu, odwzorowywał bryły źródeł pozornych, ale timing i pulsującą rytmiczność z powodzeniem można było uznać za wspólny mianownik obu propozycji. Podobnie oceniam pewną atłasową gładkość faktur sprawiającą, że pomimo wysoce zadowalającej rozdzielczości nie sposób określić brzmienie Ayre mianem analitycznego, czy też jasnego. Oczywiście, na sypiącymi sybilantami i bezlitośnie smagających operującą na granicy przesteru górą, jak daleko nie szukając black-metalowy „Enki” Melechesh powinniśmy owe anomalie usłyszeć, gdyż amerykański zestaw serwowany mu wsad różnicuje nad wyraz pieczołowicie i nie boi się mówić prawdy, jaka by ona nie była, prosto w oczy, ale sam z siebie ani owych cech nie uwydatni, ani nie wskaże jako dyskwalifikujących dane nagranie. Co ciekawe, pomimo mało imponującej, przynajmniej na papierze, mocy Ayre nie boi się ani gęstych i zawiłych aranżacji („IHSAHN” Ihsahn), ani piekielnie szybkich i połamanych temp, a i z wielkimi składami symfonicznymi („Mahler: Symphony No. 6 in A Minor” Concertgebouworkest pod batutą Bernarda Haitinka) jest za pan brat. Jest to o tyle warte uwagi, że niezależnie od poziomu głośności, jak i repertuaru amerykański duet nie tylko skupia się na wykonawcach, co jakby nie patrzeć jest oczywiste, lecz również pamięta o budowaniu właściwej miejscu nagrania aury pogłosowej, więc nie tylko nie narzuca własnego punktu widzenia, lecz wiernie odwzorowuje charakterystykę akustyczną lokum artystów goszczącego. Dlatego też w trakcie testów sięgałem po repertuar o ponadprzeciętnym udziale owej składowej niezwykle intensywnie eksploatując zarówno nasz dyżurny „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, jak i nie mniej magiczny „Antiphone Blues” Arne Domnérusa, które urzekały swobodą i brakiem jakiejkolwiek wyczynowości – bez sztucznego powiększania i bolesnego na dłuższą metę przesadnego konturowania źródeł pozornych. Brzmiały po prostu naturalnie i prawdziwie, dyskretnie eliminując pozornie niewidzialną barierę pomiędzy słuchaczem a wykonawcą.

Zarówno na amerykańskie standardy, jak i zawartość portfolio samego Ayre Acoustics tytułowy zestaw pre/power KX-8 & VX-8, przynajmniej pod względem swej aparycji, prezentuje się nad wyraz kompaktowo i co tu dużo mówić skromnie. Wystarczy jednak wpiąć go w system, okablować XLR-ami, zapewnić wysokiej próby przewody zasilające (szczególnie końcówce mocy), by po uruchomieniu całej maszynerii ze zdziwieniem odkryć, że tak naprawdę nie tylko nie ma się do czego przyczepić, co po prostu to, co dobiega naszych uszu jest zaskakująco wysokiej próby tak pod względem dynamicznym, jak i zwykłej muzykalności. Dlatego też zależnie od wybranego repertuaru w jego towarzystwie możemy poczuć się bądź to jak na stadionowym koncercie gigantów rocka, bądź jedynie rozkoszować się na kanapie kojącymi dźwiękami.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRay Speakers + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Patrząc na nasze dość bogate portfolio testowe z lekkim zaskoczeniem można zapytać, dlaczego dopiero dzisiaj tytułowy podmiot ma swoje pierwsze pięć minut na naszych łamach. Pochodzi zza wielkiej wody, co jest dla nas zawsze nobilitujące do bliższego zapoznania się, dość dobrze rozpoznawalny, co powinno wzmóc chęć testową konfrontację z nami, a mimo to dotychczas nie mieliśmy szansy na bliższe spotkanie. Oczywiście jak to zazwyczaj bywa, prawdopodobnie prawda leży po środku, czyli my zbyt rzadko o niego monitowaliśmy, a opiekun marki miał nieco inne plamy. Na szczęście w myśl przysłowia „co się odwlecze …” wreszcie nadszedł czas na skrzyżowanie szpad. Z czym? Zapewniam, z czymś bardzo ciekawym w postaci dzielonej sekcji wzmacniającej pre-power, dystrybuowanej przez łódzki Audiofast amerykańskiej marki Ayre Acoustics KX-8 & VX-8. Jak się sprawdził i czy obronił status solidnego produktu zza oceanu? Te kwestie postaram się rozwinąć w kilku kolejnych akapitach.

Dostarczone do nas konstrukcje spod znaku Ayre będąc urządzeniami dedykowanymi do współpracy ze sobą w ramach tej samej linii produktowej naturalną koleją rzeczy do skrycia układów elektrycznych z drobnymi zmianami wykorzystują tę samą gabarytowo i w wielu aspektach wizualnie obudowę. To w obu przypadkach wykonana z aluminiowych blach prostopadłościenna skrzynka z grubym plastrem glinu w funkcji frontu. Jeśli chodzi o aspekty odmienności opisywanych konstrukcji, naturalnie w pierwszej kolejności nieco inaczej wykończono awers oraz wyposażono tylne panele przyłączeniowe. Ten pierwszy w przypadku przedwzmacniacza w centralnej części ozdobiono poziomym zagłębieniem, gdzie znajdziemy kilka przycisków funkcyjnych, diodę informująca o stanie urządzenia, wyświetlacz, gniazda serwisowe, gniazdo słuchawkowe oraz dużą gałkę wzmocnienia sygnału. Jeśli chodzi o końcówkę mocy, jej front-panel nacięto poziomo dwoma cienkimi podfrezowaniami i uzbrojono jedynie w znajdujące się z lewej flanki okrągły włącznik i tuż obok diodę sygnalizująca pracę. Kreśląc kilka informacji o tylnych panelach, pre spełniając dla wielu bardzo istotne założenia konstrukcyjne zastosowania pełnego zbalansowania sygnału audio może pochwalić się wejściami analogowymi w standardzie 2 x XLR i 3 x RCA, po jednym wyjściu w tych samych wersjach, serwisowym gniazdem USB, dwoma terminalami LAN jako AyreLink, gniazdem zasilania oraz włącznikiem głównym. Końcówka mocy zaś jest ostoją wejść sygnału w wersji XLR i RCA, takich samych wyjść na subwoofer, pojedynczych zacisków kolumnowych Cardasa i identycznym jak w pre liniowym zestawem gniazda zasilania wraz z włącznikiem oraz bezpiecznikiem. Jeśli chodzi o zapewnienie ilości mocy, według informacji producenta VX-8 jest w stanie zapewnić 100W na kanał przy obciążeniu 8 Ohm i 170W przy 4 Ohm. Oczywistością jest także fakt dołączania w komplecie z przedwzmacniaczem systemowego pilota zdalnego sterowania.

Jak zagrał nie dość, że dzielony, to jeszcze w pełni zbalansowany z wykorzystaniem układów dyskretnych, pozbawiony globalnego sprzężenia zwrotnego Amerykanin? Zanim o tym, małe wytłumaczenie sytuacji z serii moich fotografii, na których podłączyłem Ayre kablami RCA. To była końcowa konfiguracja, aby sprawdzić słuszność poprowadzenia sygnału dwoma ścieżkami. I muszę powiedzieć, że w sensie potraktowania sygnału w sposób rozdzielony na dwie drogi gra była warta świeczki. Zestaw KX-8 i VX-8 nawet w połączeniu ze zdjęć bez problemu prowadził moje wielkie kolumniszcza nie zgłaszając przy tym jakichkolwiek problemów. Oferował dobrze schodzący i o dziwo nieźle kontrolowany bas, odpowiedni poziom nasycenia średnicy przy czytelnej kresce rysującej źródła pozorne i niezłe oddanie górnych rejestrów. Na tyle fajnie to wypadło, że gdybym nie zaczął od XLR, ten test mógłbym oprzeć o połączenie RCA. Jednak na szczęście zacząłem od teoretycznie zalecanego i dzięki temu wiem, co pomijając tę konfigurację bym stracił. A straciłbym jeszcze lepszą artykulację ataku i wybrzmiewania nawet najtrudniejszych kaskad sonicznych, co było feedbackiem poprawy rozdzielczości górnego zakresu. Kolokwialnie mówiąc przekaz był po prostu bardziej czysty i dzięki temu dźwięczniejszy, co w efekcie podkręcało drive oraz bezpośredniość oraz namacalność odbioru muzyki. Naturalnie nie był to zastrzyk energii na równi z posiadanym przeze mnie 200 kg piecem, ale muszę przyznać, że ten niepozorny, bo nie dość, że mały, to jeszcze niedrogi zestawik dzielonego wzmocnienia dawał mi wiele nieoczekiwanych podczas aplikacji w tor pozytywnych emocji.
Dobrym przykładem na utrzymanie tempa i odpowiedniego impulsu energii może być muzyka formacji Metallica z chyba najbardziej uwielbianego przez fanów krążka „Master of Puppets” na przykładzie noszącego ten sam tytuł utworu. Mocne gitary, szybka stopa i akcentowanie przerywaniem gry przez cały skład tytułowego słowa Master nie robiły na Ayre żadnego wrażenia. Było mocno, szybko, konturowo i z niezbędnym uderzeniem. I co ciekawe, gdy w dalszej części tego samego utworu do głosu dochodziły na przemian raz melodyjne, a za moment twardo wdrażające w życie agresję grania popisy artystów, system fajnie różnicował ich estetykę. Chodzi mi głownie o na przemian pokazywanie zaskakującej melodyjności i odpowiedniej drapieżności gitarowych riffów. To dobitnie pokazało, że Jankes zdawał się nie mieć żądnych ograniczeń w dozowaniu emocji w zależności od zamierzeń artystów. A najważniejsze, że nie był monotonny, co zabiłoby zawartego w muzyce buntu. Po prostu zachowywał się stosownie do sytuacji wymaganej przez włożony do odtwarzacza muzyki.
Jeśli mówimy zaś o muzyce pełnej uduchowionych emocji zestaw Ayre także umiejętnie wykorzystywał swoje atuty dobrego rysunku i energii dźwięku. Weźmy na tapet choćby płytę Marcin Wasilewski Trio wespół ze światowej klasy trębaczem Joe Lovano „Homage”. Wszyscy wiemy, jak istotne w tego typu w dużej mierze solowych popisach jest dobre utrzymanie ostrości rysunku źródeł pozornych na wirtualnej scenie. Te jak wspominałem, u Amerykanina były na wysokim poziomie, co pozwalało z wielką przyjemnością napawać się tak wirtuozerią pracy muzyków, jak i kreowaniem ich poczynań na wzorowo zabudowanej w kwestiach szerokości i głębokości scenie. Muzyka w teorii powolna, jakby od niechcenia się snująca, jednak sposób jej prezentacji był na tyle hipnotyczny, że nie zauważyłem, gdy dobiegł do końca ostatni zarejestrowany na niej utwór. Mam tę pozycję na dwóch formatach – CD i winylu i muszę przyznać, że mimo osobistych tendencji do wybierania do odsłuchu tego krążka tego drugiego formatu, to co zaproponował testowany zestaw wzmocnienia było naprawdę wysokiej próby. A niby taki niepozorny, bo i skromnych rozmiarów i jak na oferowane brzmienie nieprzyzwoicie tani.

Jak spuentuję dzisiejszą sesję testową? Powiem tak. Nasi bohaterowie są na tyle uniwersalni w swym działaniu, że moim zdaniem, jeśli nie będziecie szukać tak zwanej dziury w całym, czyli próbować na siłę spełnić zbyt wyimaginowanych w duchu oczekiwań, będą w stanie zaspokoić potrzeby sporej grupy audiomaniaków. Grają z dobrym drive-m, bez problemu prowadzą wymagające kolumny i potrafią dozować ilość zależnych od słuchanego rodzaju muzyki artefaktów. Czegóż chcieć więcej? Oczywiście zawsze można podnieść poprzeczkę, ale nie zdziwię się, gdy przy małym skoku jakości będzie to okupione znacznie większymi wydatkami. A wówczas automatycznie nasuwa się pytanie, czy jest w tym jakiś większy sens.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME
– kabel USB: ZenSati Silenzio
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord,  Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2.
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Audiofast
Producent: Ayre Acoustics
Ceny:
Ayre Acoustics KX-8: 34 380 PLN; + 7 930 PLN opcja DAC (AES/EBU, S/PDIF, Optical); + 4 230 PLN opcja USB; + 5 290 PLN opcja USB2; + 5 290 PLN opcja NET (Roon Ready); + 7 930 PLN opcja NET2 (Roon Ready, Tidal Connect)
Ayre Acoustics VX-8: 37 020 PLN

Dane techniczne
Ayre Acoustics KX-8
Wejścia liniowe: 2 pary XLR; 3 pary RCA
Wyjścia analogowe: para RCA; Para XLR
Wejścia cyfrowe (opcja): 2 x USB-A (host), USB-B audio; AES/EBU; coaxial; 2 x optyczne; Ethernet
Wyjście cyfrowe: Zegarowe
Max. napięcie wejściowe: 4 Vrms RCA; 8 Vrms XLR
Napięcie wyjściowe: 2 Vrms RCA; 4 Vrms XLR
Impedancja wejściowa: 1 MΩ RCA; 2 MΩ XLR
Pasmo przenoszenia: DC – 250 kHz
Pobór mocy: 40W w trybie jałowym; 60W w trybie pracy
Wymiary (S x G x W): 44 x 33 x 11.5 cm
Waga: 5,7 kg

Ayre Acoustics VX-8
Wejścia: para RCA; para XLR
Wyjścia (subwoofer): 4,5 Vrms XLR x 2; 2,25 Vrms RCA x 2
Moc wyjściowa: 2 x 100W / 8Ω; 2 x 170W / 4Ω
Impedancja wejściowa: 1 MΩ RCA; 2 MΩ XLR
Pobór mocy: 60W w trybie jałowym
Wymiary (S x G x W): 44 x 33 x 11.5 cm
Waga: 11 kg