Monthly Archives: kwiecień 2015


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

W populacji producentów praktycznie dowolnych dóbr doczesnych bez trudu można wyróżnić dwie główne grupy. Pierwszą, dość nieliczną, ba rzekłbym, że wręcz elitarną, skupiającą jednostki ze wszech miar innowacyjne, odkrywcze i starające się podążać własnymi ścieżkami, oraz drugą, dominującą pod względem liczebności, lecz obejmującą swym zasięgiem coś na kształt planktonu unoszącego się biernie wraz z niosącymi je prądami. W pierwszej mamy jednostki kreatywne, w drugiej co najwyżej zdolne do czynności odtwórczych. Podobnie jest w audio. Autorskich rozwiązań jest dość niewiele a pozorna wyjątkowość i zdolność wdrażania iście kosmicznych technologii ogranicza się w 99,9% przypadków do nader wybujałej fantazji podczas tworzenia językowych koszmarków będących genetycznymi bublami krzyżówek makaronizmów i mądrze brzmiących frazesów opisujących znane od dziesięcioleci podstawowe zjawiska i procesy. Z oczywistych względów w SoundRebels staramy się już na etapie wstępnej, zgrubnej selekcji oddzielić ziarno od plew i zajmować się jedynie takimi wyrobami, które na choćby chwilę uwagi zasługują. Do tej grupy z pewnością można zaliczyć japońskiego C.E.Ca, który choć w ofercie ma również amplifikacje to i tak przez większość zorientowanych w temacie kojarzy i co najważniejsze poważa za odtwarzacze i transporty CD oparte o … napęd paskowy. Z jednej strony trudno się takiemu stanowi rzeczy dziwić, gdyż ze świecą szukać podobnego rozwiązania wśród konkurencji, a z drugiej … z dziką chęcią posłuchałbym we własnym systemie zjawiskowo prezentującego się a przy tym relatywnie niedrogiego lampowego wzmacniacza TUBE53. Mniejsza jednak o moje chciejstwo, gdyż bohaterem niniejszej recenzji jest pozornie klasyczny odtwarzacz C.E.C. CD5, którego pozorna klasyczność mija, gdy uświadomimy sobie, iż producent wyposażył go nie tylko w konwencjonalną baterię interfejsów cyfrowych (Coax/Toslink), lecz również w wejście … USB zdolne przyjąć sygnał DSD128.

Pomijając obecnie uzupełniające dolne segmenty hierarchii modele CD3300R, CD3800 i CD5300 C.E.C dla ortodoksyjnych miłośników marki tak naprawdę zaczyna się dopiero od modelu TL51XR, czyli najnowszej inkarnacji znanych od lat … z pewnością ponad kilkunastu, 50ek. Jednak w przypadku CD5-ki postanowiono pogodzić przysłowiowy ogień z wodą, czyli niemalże obsesyjne przywiązanie do tradycji z niepozwalającą się dłużej ignorować multizadaniowością i uniwersalnością. Tym oto sposobem zrodził się projekt dysponującymi wszelkimi mechanicznymi atutami swoich protoplastów, lecz wzbogacony o coraz bardziej popularne cyfrowe interfejsy zdolne obsłużyć wysokiej rozdzielczości sygnały PCM i … o zgrozo DSD. W związku z powyższym podjęto próbę pogodzenia wcześniejszej ergonomii z możliwie najdalej posuniętym umiarem w epatowaniu nowinkami. Krótko mówiąc miało być spokojnie i ze smakiem a jednocześnie ultranowocześnie. I tak właśnie jest. Surowy, wykonany z płata szczotkowanego aluminium front zdobi centralnie wtopiony, elegancki prostokąt przydymionego akrylu skrywający konwencjonalny błękitny wyświetlacz, oraz utrzymane w tej samej kolorystyce piktogramy informujące o aktywnym wejściu, oraz trybie pracy. Cztery przyciski nawigacyjne ustawiono w równym rządku i umieszczono u dołu akrylowej tafli. Całość uzupełniają symetrycznie rozmieszczone po obu stronach displaya włącznik główny i selektor źródeł z lewej, oraz gniazdo słuchawkowe i dedykowane pokrętło głośności po prawej. Za potwierdzenie mariażu gęstych formatów z tradycyjnym formatem opisanym w „Czerwonej księdze” można uznać umieszczenie w prawym górnym rogu symboli obu cyfrowych technologii.
Nad płytą górną nie ma co się rozwodzić, gdyż oprócz akrylowego, przesuwanego wieka chroniącego napęd próżno szukać tam jakichkolwiek detali mogących choćby na chwilę zatrzymać wzrok oglądacza. Za to widok ścianki tylnej powinien być wystarczającą rekompensatą, gdyż oprócz zdublowanych (RCA/XLR) wyjść analogowych i standardowej pary cyfrowych (Coax/Toslink) w osobnej ramce wydzielono cyfrowe wejścia Coax/Toslink/USB zdolne obsłużyć sygnał 24 bity/32-192 kHz, oraz w przypadku USB również PCM 32 bity/32-384 kHz; DSD 2,8224 MHz (DSD64) i 5,6448 MHz (DSD128).

Jak to zwykle u C.E.C.a bywa nie sposób akapitu dotyczącego trzewi nie rozpocząć od autorskiego i cały czas unikalnego napędu paskowego. Jego mechanizm składa się z odseparowanego gumowymi podkładkami od podstawy niewielkiego silnika na osi którego zamocowano mosiężną rolkę opasaną gumowym paskiem przenoszącym obroty na większą rolkę, na górze której umieszczono „łoże” dla płyt CD i dedykowanego, zaskakująco ciężkiego krążka dociskowego. Całością steruje oczywiście mikropocesor a reszta układów jest już „normalna”, czyli nie odbiega topologią od tego, co można znaleźć w standardowych odtwarzaczach. W roli przetwornika występuje ESS ES9018K2M, jako odbiornik USB wykorzystano kość Bravo SA9227 a sekcję wzmacniacza słuchawkowego oparto na JRC2043. Miłym nawiązaniem do tradycji jest również konwencjonalne toroidalne trafo.

Część opisującą walory brzmieniowe zacznę od razu z grubej rury i bez owijania w bawełnę. Z filtrem ustawionym w trybie Flat zarówno kontur, jak i precyzja najniższych składowych wyraźnie dają do zrozumienia, że mamy do czynienia z zupełnie nowym rozdaniem w ponad 60-cio letniej historii C.E.C.a. Nie znaczy to bynajmniej, że mogę pochwalić się aż takim stażem w branży, lecz powód, dla którego o tym aspekcie wspominam właśnie na początku dla miłośników i znawców japońskiej marki powinien być oczywisty. Wystarczy sięgnąć pamięcią do czasów, gdy na rynek sukcesywnie trafiały kolejne inkarnacje świetnie przyjmowanych przez odbiorców 51-ek. Odtwarzaczy, o których można było wtenczas powiedzieć wszystko, lecz na pewno nie to, że brzmiały cyfrowo. Wręcz przeciwnie – w odpowiednio skonfigurowanym torze – z lampą i wysokoskutecznymi fullrange’ami potrafiły wręcz legendarną analogowością zdeklasować niejeden gramofon. Jednak taki sposób prezentacji, swoista maniera, niosły ze sobą pewien pakiet cech, które jednych urzekały, lecz miały też swoich zagorzałych przeciwników. Najwidoczniej jednak japońscy konstruktorzy od dłuższego czasu małymi krokami wprowadzali drobne zmiany w firmowym brzmieniu. Pierwsze oznaki swoistej ewolucji słyszalne były już zarówno w na wskroś tradycyjnym modelu CD3N, jak i dzielonym zestawie DA 3N & TL 3N, który miałem okazję recenzować dla HI-FI CHOICE & HOME CINEMA (nr. 2012-09). Jednak, tak jak wspomniałem, zauważalny wzrost motoryczności i pulsującego drajwu stanowi niejako preludium do rozdziału, który 5-ka otwiera. Rozdziału, w którym uwaga słuchacza w pierwszej chwili kierowana jest nie, jak to zwykły robić japońskie odtwarzacze z spod trzyliterowego sztandaru, ku fenomenalnie nasyconej średnicy, lecz ku najniższym składowym. Ich zwartość, werwa i zróżnicowanie zaskakują i to nie tylko, jak na propozycję tego producenta, lecz generalnie – globalnie, szczególnie patrząc na cenę.
Oczywiście analogowość i krągłość średnicy nadal jest obecna, lecz wyraźnego awansu doczekały się skraje pasma. Obecnie nie są one li tylko dodatkiem, uzupełnieniem środka, lecz spokojnie możemy mówić o pełnej liniowości i równouprawnieniu każdego z podzakresów. Góra nie jest zawoalowana, zaokrąglona, czy schowana w delikatnym cieniu złotej średnicy, lecz otwarta i detaliczna, lecz tą właściwą – analogową detalicznością. Zamiast ranić uszy cyfrową, podkręconą do granic przyzwoitości, a czasem nawet je przekraczającą, nienaturalną konturowością oferuje pełny wgląd w detale, lśnienia i rozbłyski skrzących się feerią barw blach perkusji, czy zachwycającej, niepodrabialnej szorstkości trąbki Louisa Armstronga. Również na bardziej syntetycznym materiale przyjemność odsłuchu wyklucza jakiekolwiek poboczne czynności w stylu bieżącej papierkologi czy walki z piętrzącą się korespondencją. Jako przykład niech posłuży para z bardziej angażujących albumów – łączący dwa pozornie odległe światy „Metallic Spheres” The Orb Featuring David Gilmour i dewastujący większość systemów audio „Khmer” Nils’a Petter’a Molvær’a. Kiedy zachodziła taka potrzeba – czyt. odpowiednie częstotliwości rzeczywiście znalazły się na krążku, to bas potrafił zejść niżej, niż najniższy chodnik w Wieliczce a tnące powietrze najwyższe składowe odznaczały się krystaliczną czystością połączoną z niemalże jedwabistą gładkością. W powyższe, niezwykle szerokie, pod względem rozpiętości ramy idealnie wpisywała się soczysta, krągła i … tu pewnie będę się powtarzał, na wskroś analogowa średnica. Dzięki temu ludzkie głosy miały odpowiedni tembr, modulację a przy tym właściwą siłę emisji. Niczego nie trzeba było dosładzać, ugładzać, czy podkolorowywać.
Dodatkowo kilka zdań należy się może nie tyle samej przestrzeni jako takiej co wolumenowi sceny, jaki 5-ka jest w stanie wygenerować. Z premedytacją użyłem „wolumenu”, gdyż C.E.C gra dźwiękiem nie tylko dużym, ale i przestrzennym, lecz jednocześnie nienadmuchanym. To nie jest zmierzające ku gigantomanii przeskalowanie, lecz sugestywnie zbliżona do rzeczywistości próba oddania naturalnego gabarytu konkretnego aparatu wykonawczego ulokowanego w określonej kubaturze. Jak sami Państwo doskonale wiedzą są te parametry są zmienne, charakterystyczne i praktycznie dla każdego nagrania unikalne. Wystarczy włączyć najpierw „Cantora” Mercedes Sosy a potem jeden z najpiękniejszych albumów w Jej dorobku – „Misa Criolla” Ramireza. Mamy wspólny podmiot pod postacią wokalistki, a więc wspólny punkt odniesienia, za to zmienia się całe jej otoczenie. Ten sam głos, ta sama artystka a dwa diametralnie różne ujęcia realizatorskie i na C.E.C. u to ewidentnie i bezdyskusyjnie słychać.

No to jeszcze trzy słowa do …, znaczy się o plikach. Instalacja dedykowanych sterowników dostępnych na stronie producenta to oczywista oczywistość i powinien sobie z nią poradzić sobie każdy, kto choć raz cokolwiek na swoim komputerze musiał zrobić. Generalnie w tym wypadku sprawdza się złota zasada dalej, dalej, dalej, … OK. Potem wystarczy tylko wybrać C.E.C.a (zgłasza się jako Bravo-HD [ASIO]) wśród „odbiorników” sygnału w ulubionym odtwarzaczu programowym (np. w JRiverze 19 jest to Ctrl+O Audio/Audio Device/Default Audio Device a jeśli do tej pory korzystaliśmy z DACa nie obsługującego wyższych niż 24/192 wartości warto również co nieco przeklikać w Settings/DSP & output format). A brzmienie? Cóż … Wiem, ze w tym momencie wsadzam kij w mrowisko, ale nie da się ukryć, iż niezależnie od bitowości i częstotliwości słychać, że niby wszystko jest OK., a nawet, szczególnie w przypadku plików DSD zdecydowanie lepiej niż OK., ale gdzieś po drodze gubi się jakiś podskórny spokój i opanowanie towarzyszące odtwarzaniu „zwykłych” płyt CD. Oczywiście im dłużej obcujemy z plikami i im rzadziej sięgamy po srebrne krążki (głównie z lenistwa), tym ledwo definiowalne powyższe braki ulegają coraz większemu rozmyciu. Jednak porównując jeden do jednego powinniśmy od razu wiedzieć, co po prostu bardziej nam się podoba, bo to głównie o kwestię gustu chodzi. Możemy słyszeć albo więcej muzyki, albo więcej dźwięków. Oczywiście użyta w poprzednim zdaniu hiperbola jest permanentnym przejaskrawieniem skali zaobserwowanego zjawiska, ale jakoś Państwa trzeba nakłonić do własnousznie dokonywanych eksperymentów. A tak już całkiem na serio – używając tego samego materiału na płycie CD i osobiście dokonanym RIPem (lub jako kto woli zgrywką) do FLACa różnice powinny być ewidentne. W tym celu posłużyłem się albumem XRCD „Masterpiece Of Folklore Music” Mario Suzuki (wraz z Masao Okada i Tomoko Nakamigawa). Pomijając fakt, że tak nagranej i zagranej muzyki można słuchać nawet na boomboxie, co nosi już znamiona profanacji, ale można taką sytuację hipotetycznie założyć, to porównując wersję z fizycznego nośnika i z pliku słychać było większą czystość (sterylność?) i niejako lukrową posypkę sprawiająca, że wszystko stawało się lapidarnie rzecz ujmując „ładniejsze” materiału przesyłanego bezpośrednio z komputera. Za to wirująca i przyciśnięta 330g krążkiem płyta miała w sobie może i więcej chropawości, ale właśnie owa chropawość sprawiała, że cały przekaz zyskiwał na autentyczności. Był zdecydowanie bliższy prawdzie, a ta jak powszechnie wiadomo nie zawsze jest piękna.

C.E.C CD5 teoretycznie może uchodzić za nowość i w pewnym sensie nią jest. Jest jednak również pełnokrwistym potomkiem swoich japońskich przodków, dla których najważniejsza była równowaga. Równowaga pomiędzy technologią a muzyką. Technologią stanowiącą drogę umożliwiającą osiągnięcie upragnionego celu – jak najlepsze odtworzenie ulubionej muzyki. Tak też jest i tym razem, a że przy okazji na pokładzie znalazło się kilka dodatkowych wejść i układów umożliwiających całkowicie bezproblemowe granie plików w wysokiej rozdzielczości. Cóż, otaczający nas świat nieubłaganie się zmienia i nawet najwięksi konserwatyści nie mogą tego faktu ignorować. Lecz zamiast bezmyślnie podążać z prądem niosącym pasywny plankton czynią to z rozmysłem i na własnych warunkach. C.E.C jest tego najlepszym przykładem.  

Marcin Olszewski

Dystrybucja: RCM
Cena: 13 950 PLN

Dane techniczne:
Odtwarzane typy płyt: CD, sfinalizowane CD-R/RW
Wymiary i waga stabilizatora CD: 70 mm, 330 g
Wyjście cyfrowe: koaksjalne RCA, 0,5 Vp-p/75 Ω
– TOSLINK (optyczny): -21~-15 dBm EIAJ
Wejścia cyfrowe:
– koaksjalne RCA (S/PDIF): 24 bity/32-192 kHz
– TOSLINK (S/PDIF): 24 bity/32-192 kHz
– USB 2.0: PCM 32 bity/32-384 kHz; DSD 2,8224 MHz (DSD64), 5,6448 MHz (DSD128)
Układ przetwornika: ESS ES9018K2M
Filtr cyfrowy: Flat/Pulse (dla sygnału DSD dostępny tylko FLAT)
Wyjścia analogowe:
– zbalansowane XLR (pin 2=hot): 4 Vrms
– niezbalansowane RCA: 2 Vrms
– słuchawkowe 6,3 mm
Pasmo przenoszenia (CD): 20 Hz-20 kHz (±0,1 dB)
Stosunek S/N: 105 dB, 1 kHz/0 dB
Przesłuch międzykanałowy: 105 dB, 1 kHz/0 dB
THD: 0,016%, 1 kHz/0 dB
Pobór mocy: 17 W
Wymiary (S x G x W): 435 x 335 x 109 mm
Waga: 8,6 kg
Kolor: srebrny

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Przedwzmacniacz liniowy: Abyssound ASP-1000
– Wzmacniacz mocy: Abyssound ASX-1000; Wells Audio Innamorata
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Organic Audio Power Reference; Furutech Nanoflux
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Stillpoints Ultra Mini

Opinia 2

Japońska marka CEC jest bardzo dobrze rozpoznawalna przez znakomitą większość miłośników dobrego dźwięku, lecz zapewne nie wszyscy wiedzą, że to jeden z ostatnich dinozaurów kontynuujących budowę napędów cyfrowych opartych o wydawałoby się archaiczny już pasek klinowy. Tak tak, nasi dzisiejsi bohaterowie jak samurajowie przywiązani do swoich tradycji, nie chcą porzucić tego od lat udoskonalanego pomysłu, jakim jest zaprzęgnięcie do pracy w swych urządzeniach pasków transmisyjnych rodem z wielkogabarytowych maszyn. Oczywistym jest fakt, że nie jest to protest przeciwko całej rzeszy producentów z hasłem na ustach: „bo tak chcemy”, tylko ma swoje konsekwencje brzmieniowe, które jak wynika z doświadczeń po częstych kontaktach z produktami tej marki, bardzo mocno dryfują w stronę gramofonowej analogowości. To bezsprzecznie nadal jest cyfra, ale okraszona gładkością i pastelowością, naprawdę niewiele odstającą od specyfiki grania czarnych krążków. Tylko proszę traktować ten wywód z dozą rozsądku i nie liczyć na cud, który po wpuszczeniu produktu CECa w tor, przeniesie nas dokładnie w krainę płyt winylowych. Oczywiście w dużej mierze da się wykonać dążący w tę stronę krok, ale do realizacji tego celu trzeba ukierunkować całą układankę, której początkiem może być dostarczony do testu bardzo bogato – z duchem czasów i wymagań klienta, wyposażony odtwarzacz kompaktowy, występujący w ofercie pod sygnaturą BELT DRIVE CD PLAYER CD5, a dystrybuowany przez katowicki RCM.



Rzeczony odtwarzacz zewnętrznie nie różni się zbytnio od dotychczasowych propozycji czytających dane ze srebrnego krążka – z wyjątkiem modelu TL0, skrywając wewnątrz obudowy swój nowy, zdecydowanie bardziej otwarty na potrzeby wymagających „ Bóg wie czego” audiofilów potencjał. Co bardziej spostrzegawczy czytelnicy od pierwszego kontaktu wzrokowego zorientują się, że nadeszło nowe i spełnienie wspomnianych oczekiwań widać już na zdobiących front piktogramach. Ale po kolei. Prostopadłościenna obudowa z aluminium nie jest do końca typowa, gdyż nasz CD5 jest Top Loaderem, determinując wykorzystanie górnej płaszczyzny jako otworu obsługującego laserowy czytnik. Owa będąca miejscem implementacji płyt wnęka, przed wszędobylskim kurzem zasłaniana jest dymioną przesuwaną akrylową płytką. Może ustawienie takich ładowanych od góry wynalazków w dobie wiecznego braku miejsca na półce ze sprzętem nie jest czymś łatwym, ale jeśli już zdecydowalibyśmy się na taki ruch, uspokajam, czerń na tle matowego srebra górnej płaszczyzny wygląda bardzo dobrze. Front urządzenia wykończony w technologii szczotkowania podobnie do „dachu” kontynuuje kontrast barwowy, w centralnej części epatując sporej wielkości czarnym okienkiem informacyjnym z wkomponowanymi czterema przyciskami sterującymi. Dla równego rozłożenia dodatków funkcyjnych, po bokach wspomnianego panelu znajdziemy: z lewej włącznik wybudzania ze stanu Standby i selektor wejść, a prawej gniazdo słuchawkowe i gałkę wzmocnienia jego sygnału. Dla przekazania wstępnych informacji o urządzeniu, na panelu przednim znajdziemy jeszcze kilka ikonek, z których po lekturze kilku for internetowych najbardziej elektryzującą brać audiofilską wydaje się być oznaczenie DSD. Przechodząc z opisem na tylną powierzchnię przyłączeniową, niemal natychmiast widzimy, że Japończycy poszli z duchem czasu. Mnogość wejść i wyjść we wszystkich obecnie występujących formatach, wespół z robiącym ostatnimi czasy sporo zamieszania USB spełnia oczekiwania nawet najbardziej wymagającej klienteli. Cyfrowe wejścia i wyjścia optyczne, koaksjalne i wspomniane USB, jak również typowe dla odtwarzacza zintegrowanego wyjścia w standardzie RCA i XLR są namacalnym dowodem, że potrzeby rynku dla inżynierów CEC-a są zawsze ważnym elementem w procesie projektowania. Może nie dzieje się to w tak szalonym pędzie, jak robi to próbująca przekonać klienta do siebie konkurencja, ale jeśli dany format ugruntuje swój byt na rynku, nawet konserwatywni konstruktorzy starają się zaspokajać potrzeby potencjalnych nabywców. Po tych kilku strofach chyba widać jak na dłoni, że na testy dotarł w pełni odpowiadający światowym trendom obróbki sygnału cyfrowego, wielofunkcyjny odtwarzacz kompaktowy, czyli kolokwialnie mówiąc, japoński wieloformatowy kombajn.

Po okresie akomodacji mariażu japońsko-japońskiego, bardzo łatwo wychwyciłem wspomniane wcześniej przeze mnie przyświecające takiemu typowi napędu dogmaty. Ogólna gładkość dźwięku niezaprzeczalnie jest dominującą cechą całego pasma, co po przejściu ze zdecydowanie bardziej otwartego źródła, skutkuje uczuciem delikatnego utemperowania górnych rejestrów. Ale broń Boże nie kładzie się to złą aurą utraty rozdzielczości, tylko nieco mniej ekspansywną pracą blach perkusisty, potocznie zwaną iskrzeniem. Przyglądając się temu sznytowi przez cały okres testu, muszę stwierdzić, że konsekwencją tego aspektu jest ogólna spójność dźwięku, za co należą się brawa dla konstruktorów. W innym przypadku, przy tak zestrojonym widmie akustycznym, nadpobudliwe i spuszczone ze smyczy wysokie tony byłyby odstającym od reszty pasma szkodliwym tworem częstotliwościowym, a tak mamy w pełni zbilansowane granie w estetyce pastelowości. Idąc dalej ku dolnym rejestrom, doceniamy barwną i czytelną średnicę, by mocno zdziwić się zaskakująco twardym basem. Wydawałoby się, że konsekwencją umilania życia audiofila gorącym przekazem muzycznym będzie nieco rozlane dolne pasmo, gdy tymczasem kiedy trzeba dostajemy zwarty i rzekłbym „tępy” – w dobrym tego słowa znaczeniu – niski impuls. Naprawdę bardzo ciekawe doznanie. Przechodząc do zagadnień projekcji wirtualnej sceny, informuję, że oddana jest wzorowo, co z łatwością udowodnił mi krążek grupy EST zatytułowany „Live In Hamburg”. Ta zrealizowana na setkę przez ECM koncertowa kompilacja dała niezbite dowody na idealne odwzorowanie lokalizacji poszczególnych muzyków, tak w szerz, jak i w głąb. Bez najmniejszych problemów oczyma wyobraźni widzimy pozycję frontmena – fortepianu, perkusisty, czy kontrabasisty. Robimy to, oczywiście jeśli mamy chęć analizować poszczególne partie instrumentalne,  bez najmniejszego wysiłku, ale nie mamy też uczucia przymuszania nas do takich działań. Na szczególną pochwałę zasługuje głębokość spektaklu muzycznego, sięgającego – w zależności od realizacji – daleko za linię kolumn. Może nie w każdym repertuarze to jest istotny punkt programu, ale dla wielbiciela muzyki dawnej – z racji podchodzących z pasją do tematu wykonawców bardzo często jest majstersztykiem realizacyjnym i masteringowym – umożliwienie skupienia się słuchacza na pojedynczych porozrzucanych po scenie partiach wokalnych bez względu na ich oddalenie od frontu kolumn, jest czymś nad wyraz atrakcyjnym. Czy to płyta „Monte Verdi” Michela Godarta, czy „Pieśni do Sybilli” Jordi Savalla, bez umiejętności idealnego zawieszenia dźwięku w eterze przez sprzęt audio, dostajemy okaleczone złą prezentacją sceny bliżej nieokreślone zbiory fraz muzycznych. W tym przypadku  nie mamy z czymś podobnym do czynienia i jeśli tylko choć trochę tolerujemy wspomniany materiał muzyczny, spędzony z nim czas odwdzięczy się nam w dwójnasób – wsad emocjonalny i jakość prezentacji, co jest chyba celem nadrzędnym naszej zabawy. Po dość spokojnych pokazujących wyrafinowanie CECa płytach, zmieniłem nastrój i w napędzie wylądował zespół Depeche Mode z albumem „Exciter”. Ta naładowana dawką adrenaliny muzyka, mimo ogólnej wspomnianej gładkości prezentacji nie ucierpiała w jakiś dznaczący sposób. Owszem była nieco bardziej stonowana, ale dźwięczność zniekształconych syntezatorowych nut nadal cięła przestrzeń międzykolumnową. Przy lekkim utemperowaniu całości swój atut pokazało dolne pasmo, które gdy wymagał tego zapis danych zero-jedynkowych, trzęsło podłogą bez oznak nadmiernego zmiękczenia, co jak na player tak analogowej proweniencji jest nie do przecenienia. Jeśli chodzi o wizualizację źródeł pozornych, nawet nie będę próbował się uzewnętrzniać, gdyż zrealizowana w całkowicie cyfrowej domenie muzyka nie upoważnia mnie do takich ekwilibrystyk. Oczywiście nie oznacza to, że nie zaznałem przyjemności słuchania tego krążka. To przecież była jedna z wielu kreujących mój młodzieńczy świat grupa, dlatego jeśli nawet obecnie nie szukam na siłę weny do zbyt częstych odtworzeń jej krążków, to jeśli jakiś komponent zinterpretuje ów dorobek w przyswajalny dla mnie sposób, słucham płyty do samego końca, co miało miejsce za pośrednictwem CD-5-ki.

Lubię takie spotkania, gdzie pewne przedodsłuchowe pozytywne założenia sprawdzają się w stu procentach, gdyż potwierdza to kompetencję konstruktorów, którzy w pogoni za upodobaniami klientów uważają by nie popaść w absurd przekraczania granicy dobrego smaku. Ja wiem, że spora grupa melomanów chce analogowości w cyfrze, ale zbytnie przesuwanie granicy w tym kierunku, może okazać się okraszoną zduszeniem całości klapą. Japończycy na szczęście nie dali zbytnio się wciągać w pęd ku gładkości, konstruując testowanego dzisiaj CDeka w wyważonej estetyce przyjemnego brzmienia, a przywołując z pamięci testowany wcześniej na naszych łamach model CD 3, stwierdzam, że testowana obecnie piątka i tak jest nieco zwiewniejsza. Tak więc, patrząc na portfolio marki z „Kraju kwitnącej wiśni”, w dość bliskim polu cenowym mamy dwie różne propozycje ciężaru grania, co dla wielu potencjalnych klientów powinno być zachęcającym do posłuchania impulsem. Jeśli zaś chodzi o wielofunkcyjność opisywanego modelu, niestety z braku materiału w postaci plików różnej gęstości i ich kodowania, muszę skierować wszystkich do części testowej Marcina. On bryluje w tych tematach od lat, a ja nie odczuwając wewnętrznego ciśnienia podążania za nowinkami technicznymi w czytaniu danych, stawiam cały czas na gramofon. Niemniej jednak, po analizie dźwięku „piątki” zachęcam do posłuchania tej propozycji. Ciekawy w obecnych czasach – z uwagi na pasek klinowy – napęd ma oczywiście swój sznyt gania, ale w żaden sposób nie determinuje on wyboru przez klienta mającego zbyt szczuple grający system, gdyż nawet moja, również nastawiona na barwę układanka przeszła nad tym aspektem do porządku dziennego, tonizując jedynie poziom dźwięczności, bez utraty rozdzielczości. A to jest sztuką.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  GAUDER AKUSTIK CASSIANO
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, platforma antywibracyjna SOLIDTECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa zasilająca POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert TWIN
ramię: SME M29R
wkładka: Dynavector DV XX-2 MK II
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Już 13 maja odbędzie się unikalny live streaming nigdy do tej pory niepublikowanych lub niewykonywanych na żywo utworów Jay -Z. Aby móc je odsłuchać należy opublikować na Twitterze playlistę stworzoną w Tidal i oznaczyć ją hashtagiem #TIDALXJAYZ.

Osoby, które nie mają kont w Tidalu, mogą skorzystać z 30 dniowego triala.

Koncert będzie mogło odsłuchać zaledwie 1100 osób z całego świata. Zwycięzcy zostaną wyłonieni przy uwzględnieniu następujących kryteriów dotyczących playlist:
– różnorodność artystów
– różnorodność gatunków muzycznych
– kolejności poszczególnych piosenek

Czasu nie ma dużo – zgłoszenia przyjmowane są do 9 maja.
Więcej informacji pod adresem: http://tidal.com/tidalxjayz

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Dzisiejsza rozprawa toczyć się będzie wokół kolejnej sprawnie zestawionej elektroniki , która już jako zajawka na Facebooku wśród odwiedzających nasz portal userów wywołała ogólnoświatowe poruszenie. Nie będzie to pełny zestaw od źródła po kolumny, ale set złożony z napędu, poprzez dzielony przedwzmacniacz, po monstrualne monobloki, podpięte do stacjonujących u mnie austriackich kolumn Trenner & Friedl ISIS. Taki zestaw według standardów Soundrebels pozwala rozpatrywać jego byt testowy, jako pełnoprawny „System marzeń”. Sprawa jak to często bywa, zaczynała się dość niepozornie, gdyż pierwsze rozmowy dotyczyły jedynie samych końcówek, następnie w toku dalszych konsultacji dorzuciliśmy przedwzmacniacz, by tuz przed wyjazdem od dystrybutora podjąć decyzję o uzupełnieniu całości znamienitym dawcą sygnału. Takim to sposobem w progi naszej redakcji trafił wysublimowany i bardzo pożądany przez spore rzesze melomanów zestaw amerykańskiej myśli technicznej, czyli rozpoznawalny od pierwszego kontaktu organoleptycznego komplet McIntosha. Zapraszam zatem na spotkanie z dystrybuowanymi przez warszawski HIFI Club odtwarzaczem MCD 1100 SACD/CD PLAYER, dzielonym przedwzmacniaczem liniowym C 1000 w wersji T i lampowymi końcówkami mocy MC 2301, które na ubitym polu mojego pokoju odsłuchowego powalczą ze stacjonującym u mnie na stałe przedstawicielem kraju Samurajów – zestawem Reimyo. Czy będzie to kolejne Pearl Harbor? Tego nie wiem. Ale jeśli ktoś z czytelników śledzi moje pełne osobistych wrażeń opowieści, wie, że z uwagi na diametralnie różne postrzeganie danej estetyki grania przez różnych słuchaczy, nigdy nie konfrontuję urządzeń w systemie zero-jedynkowym, tylko staram się pokazać, gdzie tkwią różnice w wygenerowanym przez nie dźwięku. Dlatego proponuję zapoznać się z kilkoma akapitami moich spostrzeżeń, a może okazać się, że dla wielu będą one bardzo pomocne w choćby wstępnym typowaniu potencjalnych kandydatów do odsłuchu.

Teoretycznie w każdym teście powinien znaleźć się dokładny opis budowy startującego w szranki z recenzentem urządzenia, ale w zderzeniu ze znanym całemu audiofilskiemu (i nie tylko) światu McIntoshem, zbyt obszerny akapit mógłby być odebrany, jako zwykłe lanie wody. Dlatego dokładniej opiszę jedynie monobloki, by o reszcie wspomnieć dość zdawkowo. Przypomnę jedynie, iż bohater niniejszego testu konsekwentnie pielęgnując sprawy rozpoznawalności, gdzie tylko może, implementuje tak uwielbiane przez użytkowników wskaźniki wychyłowe. Innym bardzo znamiennym aspektem wizualizacyjnym -na potrzeby potwierdzenia przywiązania do pierwowzoru powiem – są „staromodne” gałki regulacyjno- włączające przeróżne funkcje. Kolejne sztandarowe wzornictwo, to czarne szklane fronty z podświetlonym na zielono logo i oznaczeniem modelu. Ogólnie panująca kolorystyka całości jest mieszanką czerni, srebra, zieleni i błękitu, co z pewnością nie wszyscy w pełni akceptują, ale nawet będąc w opozycji, nie sposób odmówić Amerykanom pewnego pomysłu na przywiązanie do siebie sporej grupy użytkowników. Przybliżając nieco wygląd źródła i dzielonego przedwzmacniacza, trzeba powiedzieć, że ich ogólny rys jest bardzo zbieżny, przy nieco innym zagospodarowaniu – z racji funkcji jaką pełni – frontu i pleców owych urządzeń. Przednie ścianki na swoich bocznych krawędziach uzbrojone zostały w srebrne nakładki z drapanego aluminium, a ich centralne części nieco wyeksponowane. Zabieg ten w zależności od danego komponentu jest ostoją:  w źródle CD/SACD wysuwającej się cieniutkiej tacki napędu płyty i wyświetlaczy informacyjnych o odtwarzanej płycie i sile sygnału wyjściowego, w kontrolerze C1000 wyświetlacza używanego wejścia, poziomu głośności i czterech przycisków sterujących, samym przedwzmacniaczu podświetlonej na zielono baterii lamp. Po bokach wspomnianych eksponujących centrum frontu nakładek znajdziemy pozostałe akcesoria wyświetlająco –sterująco – regulacyjne jak: gałki, wskaźniki wychyłowe i przyciski funkcyjne. Wyposażenie tylnych paneli przyłączeniowych nie odbiega od standardowego wyposażenia podobnych komponentów, będąc wzbogaconym w pre jedynie o wejście na wewnętrzny phonostage. Kreśląc kilka zdań o końcówkach mocy, zacznę od informacji, że na testy dotarły konstrukcje lampowe, wykorzystujące po 8 lamp KT88 na kanał, dając solidny, na poziomie 300W zapas mocy. Oczywiście jak to w amerykańskim standardzie bywa, celem ukazania owych świeczek, na zewnętrznych rubieżach ciemnego szklanego frontu obok średniej wielkości błękitnego wskaźnika wychyłowego znalazły się stosowne okienka. Pod nimi znajdziemy jeszcze -po jednej z każdej strony – gałki sterujące urządzeniem i całkowicie na brzegach solidne i bardzo pomocne w transporcie srebrne uchwyty. Jak zdążyłem wspomnieć kilka zdań wcześniej, nieodzownym elementem przedniego panelu są oczywiście mieniące się nasyconą zielenią: logo marki, symbol produktu i oznaczenia położenia gałek sterujących. Podążając ku tyłowi, nad wyeksponowanymi na bokach zestawami lamp widzimy ażurowe osłony, a w centralnej części za wskaźnikiem dwie wielkie puszki transformatorów. Tylny panel z racji ograniczenia konstrukcji do wzmacniania sygnału proponuje nam trzy odczepy kolumnowe – 2,4,8 Ohm, wejścia w standardzie XLR i RCA, spinające kontrolnie całość systemu złącza mini Jack i gniazdo IEC. Dla podkreślenia nieco nonszalanckiego wzornictwa, dolna część bocznych ścianek i pleców pokryta jest chromowaną powłoką. To daje dodatkowy blask, który przy tak mocno różnorodnej kolorystyce wydaje się być nieodzownym niuansem. Tak w skrócie prezentują się te mocarne piece.

Zanim przejdę do opisu wrażeń odsłuchowych, wspomnę o procesie logistyki i rozpakowania. Niestety zabawa w High End często wiąże się ze sporym wysiłkiem, a gdy na testy dociera sprzęt zza wielkiej wody, pojedynczy osobnik prawie z rozdzielnika nie jest w stanie rozlokować na docelowych miejscach w pocie czoła przytarganych komponentów. Tak też było i tym razem. Może nie ze wszystkimi produktami, ale 300-tu Wattowe ważące ok. 75 kg monosy, ostro dały mi się we znaki. Niemniej jednak, gdy wszystko udało się ustawić na dedykowanych miejscach, nastąpił dłuższy moment odpoczynku podczas spinania elektroniki w jedną skomunikowaną ze sobą całość. Kończąc ten akapit, powiem tak: cały włożony w przygotowania do odpalenia zestawu wysiłek, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po przyciśnięciu guzika POWER, staje się nieistotnym i bardzo szybko odchodzącym w niepamięć problemem. Feeria barw, jaką prezentuje zestaw McIntosha w zaciemnionym pokoju, jest w pełni relaksującym balsamem na skołatane wysiłkiem mięśnie. Zaznanie tego designu na własnej skórze, natychmiast zdradza, co przyświeca projektantom z działu wizualizacji popularnego Maca, w kontynuacji dawno temu wypracowanego pomysłu na wygląd. Obok tego nie da się przejść obojętnie. Są tylko dwa stany: kochaj albo rzuć.

Jak to gra? Oczywiście jak rasowy „Mac”, ale zadziwiająco dobrze w porównaniu do utartego kiedyś w moich szarych komórkach stereotypu. Nie jest to również zasługa samych kolumn, gdyż miałem okazję słuchać ich dwa razy z podobnymi kompilacjami, jednak ze wzmocnieniem opartym o tranzystory tej marki i było zdecydowanie mniej wciągająco. Może to ingerencja pomieszczenia, a może inne okraszone swobodą repertuarową i porą odsłuchu czynniki. Nie wiem, ale u siebie odczuwałem inną aurę generowanych dźwięków. Muszę jednak oddać sprawiedliwość posunięciom przed-odsłuchowym, gdyż początki nawet w moim pokoju były niezbyt zadowalające. Dopiero gdy dwa trzystuwatowe smoki pociągnęły prąd bezpośrednio z gniazdek w ścianie, zabawa zaczęła się na całego. Z tego co pamiętam, tamte podejścia zaliczałem z różnymi listwami lub kondycjonerami, co będąc gościem, musiałem przyjąć z szacunkiem dla gospodarzy pokorą. Ale każdy ma swoje priorytety, dlatego idźmy dalej w kwestii oceny tego co stało się u mnie. Głównym mottem grania testowanego zestawu był okraszony nalotem lampy homogeniczny przekaz. Przy takiej baterii szklanych baniek trudno pozbyć  się – co nie oznacza, że jest niemożliwe – tego przez wielu lubianego sznytu. Gdy pewne wnioski zostały nakreślone, do szczeliny napędu powędrowała bardzo melancholijna płyta Johna Pottera „The Dowland Project” oficyny ECM. Spokojne frazy głosowe w akompaniamencie instrumentów dawnych dzięki mocno ugruntowanej w dźwięku manierze lampy, przeszywały me odczucia z pełną paletą zadowolenia tak w sferze wokalistyki, jak i niektórych generatorów wibracji akustycznych w postaci gitary barokowej i klarnetu basowego. Papierowe przetworniki moich ISIS-ów, szklane bańki w torze i wspomniane instrumentarium osiągnęły rzadko spotykaną synergię, co z pewnymi oznakami szaleństwa zmusiło mnie do kilkukrotnego przesłuchania tego krążka. Dawno tego nie zaznałem, a już na pewno nie spodziewałem się podczas niniejszego testu, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, o zachowaniu należytej pokory przy kreowaniu ostatecznych osądów. Uwielbiam muzykę Claudio Monteverdiego i jemu podobnych kompozytorów, ale to było nieco inne, trochę powolne jednogłosowe męskie wykonanie Pottera, co prawdopodobnie wespół z elektroniką niosło tkwiący gdzieś w zakamarkach mej pamięci pożądany pierwiastek „X”, a to niezbyt często się zdarza. Gdy przelewałem te słowa na klawiaturę, jak to zwykle bywa, słuchałem opisywanego wykonania i gdy chciałem przejść do dalszej części tekstu, musiałem „niestety” po raz kolejny zaliczyć automatyczne cofnięcie się soczewki lasera do pozycji wyjściowej. Powiem szczerze, to było chore. Gdy od zapisanego na płycie biegu wydarzeń udało mi się na moment oderwać w pełni skupioną uwagę, szybkim rzutem organów lokalizacyjnych znalazłem obszerną, rozpoczynającą się nieco bliżej niż w Reimyo, ale daleko sięgającą scenę muzyczną, przy pełnej palecie informacji rozlokowania źródeł pozornych. Niestety taki repertuar jest dawcą tylko cząstkowych informacji o produkcie, dlatego kolejnym punktem spotkania był materiał folkmetalowy grupy Percival zatytułowany „SVANTEVIT”. Dlaczego? To jest dobry sprawdzian dla niskich zakresów, rozdzielczości i oddechu grania, co przy wspomnianym sznycie wprowadzającym pewne ugładzenia, mogło wypaść nieco ułomnie, a właśnie do zbadania radzenia sobie również z podobnymi przeciwnościami losu przybył amerykański set. Ok. Muzyka popłynęła. I co ja mam Wam napisać, jeśli patrząc na wspaniałe błękitne wskaźniki, widzę, że ta energetyczna, kiedyś lubiana przez mnie muzyka jest masakrycznie skompresowana. Biedne pręciki UV Mertów prawie się nie poruszają i to bez względu na skomplikowanie utworów pod względem ilości instrumentów, szybkości ich grania i co najgorsze głośności. To jest zarejestrowana na płycie „rzeźnia”, a nie mogąca masować moje narządy słuchu muzyka. Ale dobrze, zdradzę co wyłapałem. Ogólnie sposób prezentacji dźwięku McIntosha był bardzo pomocny w odbiorze górnych rejestrów, gdzie najbardziej brylowały z nienawiścią bite pałkami blachy perkusji. O dziwo środek na tyle czytelny, że większość wykrzyczanego tekstu była łatwa do zrozumienia, a dolne częstotliwości nadążały za błyskawicznie powtarzanymi seriami stopy. O sprawdzeniu wyrafinowania słyszanego materiału muzycznego nie było mowy, gdyż taki repertuar ma jedno zadanie – tak zmaltretować słuchacza, by nie był w stanie oceniać walorów sonicznych, skupiając się na samym wsadzie emocjonalnym, co muszę przyznać, przy odpowiedniej głośności bardzo łatwo osiągnąć. Dla odsapnięcia po apokalipsie, zapuściłem sobie jazzową płytkę Bobo Stensona „Cantando” i dopiero w jej połowie mogłem wyłuskać ważne dla tej rozprawy niuanse brzmieniowe  Maca. Na tle mojego stacjonarnego zestawu było trochę krąglej, nieco cieplej i mniej iskrząco, ale widziałem to jako pewien pomysł na całość prezentacji, a nie problem natury szkodliwości. Był bas i otwartość, ale wszystko rysowane grubszą kreską i z mniejszym blaskiem. Taka jest estetyka tej manufaktury i  jeśli ktoś tego nie akceptuje, musi szukać gdzie indziej. Duży udział w takim wyniku miały również papierowe głośników moich kolumn, dlatego większość potencjalnych nabywców prawdopodobnie poszuka  nieco bardziej ofensywnych zestawów. Oczywiście nieco przejaskrawiam ten aspekt, ale tylko dla pokazania, że to nie ogólnie przyjęte standardy, tylko repertuar muzyczny i preferencje słuchacza determinują konkretny wybór. Ja znając możliwości goszczonego zestawienia, mimo wszystko wolałbym je z moimi Austriakami, niż często spotykanymi na wyjazdowych odsłuchach amerykańskimi Thielami. Jak widać, co słuchacz, to inne oczekiwania i nikt tego nie zmieni.

I teoretycznie mógłbym zakończyć nasze spotkanie, ale na pokładzie występującego w roli przedwzmacniacza urządzenia zaimplementowano przedwzmacniacz gramofonowy. Co jak co, ale sprawdzenia tej opcji nie mogłem odpuścić. Kilkanaście czarnych płyt dało obraz dobrze spisującego się dodatku do dania głównego. Fajnie jest mieć coś takiego w zanadrzu, gdy zechcemy zakosztować magii winylu. Słaby komponent początkującego adepta sztuki potrafi zniechęcić już na starcie, a tutaj w pakiecie otrzymujemy dający wiele dobrze poukładanych na scenie informacji produkt. Oczywiście jego estetyka prezentacji koreluje z tym co napisałem wcześniej, ale dolny zakres jest bardziej zwarty, a górny śmielszy, prezentując blachy ze zdecydowanie innym błyskiem, niż z napędu cyfrowego. Tutaj kłaniać się może moje źródło analogowe, jednak jeśli urządzenie w postaci wewnętrznego układu gra na takim poziomie jakości, to tylko należy pochwalić konstruktorów, za omijanie sztucznych oszczędności poprzez tanie zwiększanie funkcyjności.

Pierwszy raz miałem u siebie cały system amerykańskiego McIntosha i dopiero teraz mogę wypowiadać się na jego temat w miarę autorytatywnie. Zaskoczenie pod postacią dotychczas niesłyszanej otwartości generowanej muzyki – przypominam wyjazdowe odsłony moich doświadczeń, dobra prezentacja jej ciężkiej odmiany i fenomenalna synergia systemu w moim flagowym repertuarze dały mi wiele zadowolenia. Przyjemnie jest zaliczyć miłe zaskoczenie. Ale gdyby nie dociekliwość, prawdopodobnie nie byłoby tak różowo, gdyż start przy zasilaniu wszystkiego z listwy sieciowej, jawił się jako potwierdzenie zasłyszanych niezbyt porywających prezentacji. Ten ruch oczywiście nie zmienił diametralnie bieguna postrzegania, ale był na tyle trafny, że pozwolił zrozumieć decyzje zakupowe potencjalnych nabywców, których notabene u nas, jak i na całym świecie są niezliczone rzesze. Nie można również zapominać o pielęgnowanej i kontynuowanej przez lata wizualizacji. Jestem wręcz przekonany, że spora grupa posiadaczy jako równoprawny aspekt decyzyjny bierze właśnie nietuzinkowy wygląd. Jeśli ktoś choć trochę zakocha się w tej marce ze względu na prezentowany projekt plastyczny i nie przedkłada latających żyletek pomiędzy kolumnami ponad muzykalność, po zapoznaniu się z efektami sonicznymi Maca, może nie mieć odwrotu.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

Wraz z upływem lat i sukcesywnym dostawianiem świeczek na corocznym urodzinowym torcie dochodzę do wniosku, że czasem nie ma sensu przejmować się rzeczami, na które po prostu nie ma się wpływu. Ograniczając się li tylko do tematyki audio niektóre, pamiętane z lat młodości, święcące wtenczas całkiem spektakularne sukcesy marki dawno pokryły kurz i patyna zapomnienia a część niedobitków rozmieniła się na drobne i bez opamiętania goniąc za zyskami eksploruje segmenty, w których żaden aspirujący do miana nawet nie High-Endu, co porządnego Hi-Fi producent jeszcze dekadę, bądź dwie nawet nie myślał. Całe szczęście są jeszcze na rynku przedstawiciele starej szkoły mówiącej, że jeśli coś robi się dobrze, to zanim cokolwiek się zmieni lepiej trzy razy, na spokojnie się zastanowić i … wrócić do tego, do czego przyzwyczaiło się swoich klientów. Niech otaczający nas świat goni za własnym ogonem w coraz bardziej szaleńczym tempie a mając wypracowany i co najważniejsze niepowtarzalny, więc rozpoznawalny design zdecydowanie rozsądniej skupić się na edukacji kolejnego pokolenia odbiorców. Efekty takiego konserwatywnego podejścia są aż nadto oczywiste. Wystarczy poprosić nawet średnio zorientowanego w temacie miłośnika Hi-Fi, o wymienienie trzech znanych mu marek audio zza wielkiej wody i prawdopodobieństwo, że w tym wąskim gronie znajdzie się McIntosh powinno być bliskie 100%. Tym oto sposobem doszliśmy do tematu niniejszej recenzji. Po opisywanym niemalże półtora roku temu, nad wyraz bogato wyposażonym przedwzmacniaczu C2500, przyszła pora na zdecydowanie bardziej absorbującą gabarytowo i ustawioną niemalże na szczycie firmowej hierarchii propozycję. Propozycję tym ciekawszą, że nie dość, że praktycznie kompletną, to jeszcze stanowiącą nader intrygującą kontynuację cyklu „system marzeń”. Po krótkiej, acz treściwej naradzie z dystrybutorem – warszawskim Hi-Fi Clubem wybór padł na topowe źródła pod postacią wieloformatowego odtwarzacza MCD1100 i gramofonu MT10, ulampowioną wersję najbardziej zaawansowanego przedwzmacniacza C1000 oraz monstrualne, jak na oparte na lampach 300 W monobloki MC2301. Oczywiście widoczny na poniższych zdjęciach set ewoluował i choć początkowo miał się ograniczyć (mało pasujące określenie na blisko 150 kg i cztery potężne skrzynie) jedynie do samej amplifikacji, to koniec końców stanęło na komplecie elektroniki i to włącznie z gramofonem, który dotarł dosłownie na chwilę przed sesją.

Powyższa wyliczanka miłośnikom i wiernym fanom amerykańskiej marki z pewnością zapewniła przyspieszone bicie serca, jednak będąc uczciwym wobec tego legendarnego producenta trzeba zaznaczyć, że o ile z lamp, przynajmniej na razie jeszcze więcej nie wycisnął, to z tranzystorami potrafi zdziałać cuda. W końcu inaczej możliwości zafundowania swoim kolumnom prawdziwych, rasowych 2 kW błękitnej mocy … na kanał nie sposób. Od czegoś jednak trzeba zacząć a wspomniana moc MC2301 może dość skromnie wypadająca na tle muskularnego „krzemowego” rodzeństwa i tak powinna zapewnić nam wielce satysfakcjonującą dawkę emocji. Nie uprzedzam jednak faktów a jedynie dodatkowo sygnalizuję, że gramofon ze względu na swój praktycznie symboliczny przebieg przez większość czasu jedynie się „docierał”, stanowiąc niezaprzeczalną ozdobę naszego salonu a my, nie chcąc w żaden sposób pominąć jego możliwości dość szybko doszliśmy do wniosku, że zajmiemy się nim już na spokojnie w ramach odrębnego testu.
Przejdźmy zatem do skrótowego opisu aparycji dostarczonej elektroniki. Z premedytacją użyłem sformułowania „skrótowego”, gdyż design, któremu od ponad 65 (!!!) lat wierna jest amerykańska marka w dość harmonijny i logiczny sposób ewoluował do stanu obecnego budując solidne podstawy do natychmiastowej rozpoznawalności na tle konkurencyjnych produktów. Winne są temu m.in. charakterystyczne a wręcz niepodrabialne szklane fronty spięte nie tylko podnoszącymi walory estetyczne, lecz również pełniącymi zadanie ochronne wykonanymi ze szczotkowanego aluminium profilami. Jedynie w przypadku monosów zdecydowano się na wielce, przy ich wadze i gabarytach, pożądaną wariację i zamiast delikatnych ramek skrajne krawędzie frontu zdobią potężne uchwyty szalenie ułatwiające przenoszenie wzmacniaczy. Kolejnym znakiem firmowym są oczywiście błękitnie podświetlone wskaźniki wychyłowe, oraz przyobleczone w zieloną poświatę logotypy producenta, nazwy modeli, oraz utrzymane w tej samej kolorystyce piktogramy wokół pokręteł i przycisków funkcyjnych. A właśnie, przecież nawet same regulatory swój rodowód mają w zamierzchłej przeszłości i nic nie wskazuje na to, by ich pozornie archaiczny, lecz idealnie wpisujący się w kanon McIntoshowego piękna wygląd przez kolejne kilkadziesiąt lat miał ulec zmianie. Za to zgodnie z zasadą „czym chata bogata, tym rada” producent bezpardonowo chwali się wszystkim, tym czym chwalić może, więc fronty pysznią się nie tylko intensywna iluminacją wskaźników, lecz również niezaczernionymi oknami przez które zalotnie wyzierają bursztynowo żarzące się w monoblokach KT88 i