Monthly Archives: Maj 2016


  1. Soundrebels.com
  2. >

Telewizor ONE i Subwoofer 300

Loewe One – wyrafinowany design, potężny dźwięk i nieskazitelny streaming – to właśnie One.

Kronach. – Loewe, producent wysokiej jakości, wykonanych w Niemczech systemów domowej rozrywki, z dumą prezentuje telewizor Loewe One wkraczający do niższego segmentu cenowego. Miłośnicy designu mogą teraz kupić telewizor klasy premium w przystępnej cenie. Loewe One oferuje unikalny dźwięk, obraz wysokiej rozdzielczości i wyrafinowany design.
Po raz pierwszy Loewe zaprojektowało bezramkowy ekran z niewidocznym systemem audio (2×20 watów) skierowanym do tyłu, tworzącym trójwymiarowy dźwięk stereo.

Loewe One daje dostęp do tysięcy filmów i seriali dzięki zintegrowanej aplikacji Amazon Video. Miłośnikom muzyki posłuży aplikacja Tidal preinstalowana w telewizorze, dająca dostęp do ponad 40 milionów utworów każdego gatunku. Dodatkowo łatwo jest streamować ulubione piosenki ze smartfona na telewizor. Możliwości połączeń One zapewniają najwyższej jakości odtwarzanie.

Podwójny tuner telewizyjny w Loewe One 55 zapewnia użytkownikom możliwość równoczesnego nagrywania i oglądania telewizji oraz błyskawicznego przełączania pilotem dzięki funkcji Instant Channel Zapping.

Loewe One można zamontować na wiele różnych sposobów – na ścianie, podstawie podłogowej lub meblowej, a dzięki minimalistycznemu designowi i najwyższej klasy materiałom telewizor świetnie dopasowuje się do każdego wnętrza.  

Loewe One będzie dostępny w wersji 40 i 55 cali, już od 4.490 zł. Został zaprojektowany z myślą o klientach zainteresowanych designem, którzy nie chcą iść na kompromisy w zakresie jakości i komfortu użytkowania. Polska była jednym z pierwszych rynków, na który wprowadzono telewizor Loewe One, który obecnie dostępny będzie w całej Europie.

Moc i głębia.
Nowy Subwoofer 300 Loewe łączy elegancki design, kompaktowe wymiary i doskonały bas.

Kronach. – Loewe, producent wysokiej jakości, wykonanych w Niemczech systemów domowej rozrywki, wprowadza nowy Subwoofer 300, kompaktowy i efektywny subwoofer jakości premium. Łączy on prosty, optymalny design z techniczną mocą – zapewniając perfekcję wizualną i akustyczną.
Wyróżniająca się czarna obudowa została wykonana z 18 mm, sprawdzonego pod względem akustyki kompozytu, który w połączeniu z kompaktową konstrukcją nadaje Subwooferowi 300 wyraźny charakter. Góra subwoofera to 6mm warstwa aluminium nie posiadająca widocznych mocowań lub śrub. Wszystkie porty zlokalizowano na spodzie urządzenia zaś ukryte prowadzenie kabli nadaje głośnikowi subtelny wygląd. Zależnie od umieszczenia głośnika (wolnostojący, przy ścianie, w rogu), ustawienia akustyczne mogą być zmieniane. Subwoofer 300 oferuje optymalne opcje w każdej sytuacji.



Trzy wbudowane radiatory sprawiają, że głośnik jest prawdziwie potężny. Dwie pasywne membrany i membrana aktywna zapewniają intensywny bas z niewielkiej obudowy. Wyrafinowana koncepcja akustyczna oferuje mocny i skupiony bas zaś moc 300 watów dostarcza wysoką jakość dźwięku. W połączeniu z nowym Loewe One lub innymi modelami telewizor Loewe subwoofer przekształca oglądanie filmów czy słuchanie muzyki w jeszcze potężniejsze i robiące wrażenie doświadczenie.  
Subwoofer 300 dodaje wymiaru basowego, a telewizory Loewe działają jak głośnik centralny. Subwoofer może być z łatwością podłączony do telewizorów Loewe wyposażonych w digital audio link. Aby jeszcze polepszyć doświadczenie audio, wystarczy dodać dwa głośniki, aby stworzyć potężny system 3.1. Inżynierowie audio szczególną uwagę poświecili na harmonijne dopasowanie Subwoofera 300 i głośników Loewe. Ustawienia dźwięku są dopracowane a charakterystyka akustyczna dopracowana do perfekcji.
Dzięki intuicyjnemu menu i automatycznej detekcji urządzenia, system audio można ustawić i skonfigurować łatwo i szybko. Dla tych, dla których niskich tonów nigdy dość przewidziano opcję, w której dwa subwoofery Loewe łączy się, aby zapewnić ekstra ba oraz zbudować potężny system 5.2.

Loewe Subwoofer 300 będzie dostępny od czerwca 2016 w cenie 3790 zł.

  1. Soundrebels.com
  2. >

„Space In Between” – Katarzyna Borek

Opinia 1

Tak się jakoś złożyło, że ostatnimi czasy mocno zaniedbaliśmy dział muzyczny. Przyczyn jest kilka, ale najważniejszą wydaje się być bardzo czasochłonne bywanie na wszelkiego rodzaju interesujących czytelników czy to eventach, czy też mających sporo wspólnego z naszym hobby wydarzeniach. Tymczasem nawet się nie obejrzeliśmy, gdy po około dwóch latach po raz kolejny odezwał się do nas menager znanej już z naszych łamów pianistki Katarzyny Borek. Co więcej, okazało się, że ów sygnał nie był li tylko pytaniem o skreślenie kilku strof na temat najnowszego dzieła artystki, tylko propozycją – uwaga, teraz będzie najważniejsze – otoczenia opieką medialną tego projektu. Oczywiście trochę zaskoczeni ofertą z wrodzoną skromnością przyjęliśmy na barki ten zaszczyt. Tak więc, kończąc akapit wprowadzający Was w tak ciekawy dla nas osobiście temat miło mi oznajmić, iż portal Soundrebels został ni mniej ni więcej, tylko mecenasem sztuki, firmując swym logo krążek, w którego powstanie zaangażował się sam Leszek Możdżer, a którego mówiący prawie wszystko o zawartości płyty tytuł brzmi „Space In Between”. Miło mi również oznajmić, iż wydaniem będącej bohaterem dzisiejszego spotkania kompilacji zajęła się oficyna BITTT Records, a procesem dystrybucyjnym zaopiekował się Outside Music.

Co takiego zaproponowała tym razem Pani Katarzyna? Nie wiem, czy słuchaliście jej poprzedniego projektu – tak, tak oprawioną w bardzo ważne dla wydźwięku przekazu elektroniczne pasaże fortepianową projekcję, z całą odpowiedzialnością można nazwać projektem, czy choćby przeczytaliście moją opinię o nim. Jednak bez względu na pozytywną lub negatywną odpowiedź, po przesłuchaniu tego pakietu utworów stwierdzam, iż co prawda obie pozycje płytowe dzielą dwa lata, lecz w sferze umiejętnego przyciągnięcia uwagi słuchacza i co ważniejsze wplątywania jego świadomości w wir niosących ze sobą nutkę melancholii opowieści artystka przeskoczyła co najmniej dekadę. To jest całkowicie inne spojrzenie na preparowanie brzmienia instrumentu przez wielu uważanego na królewski. Nadal główny temat kreuje fortepian, jednak sama muzyka jest zdecydowanie bardziej melancholijna, co swoim wyrafinowanym akompaniamentem fantastycznie podkreślają elektroniczne przerywniki. Gdy sięgnę pamięcią do debiutanckiej płyty KB, okazuje się, że gdy tamta zaskakiwała samym połączeniem tych dwóch pochodzących z całkowicie innych światów generatorów dźwięku, to w tym podejściu prowadzona przez znanego z modulowania brzmienia fortepianu Leszka Możdżera Pani Katarzyna wspięła się na wyżyny podobnych wytworów artystycznych. Nie zaznamy mówiąc brutalnie trochę rażących, bo zbyt ofensywnych (pierwsza płyta) w stosunku do głównego nurtu muzyki elektronicznych wsadów, tylko płynne, raczej podkreślające ciężar gatunkowy każdego z łączonych utworów “kosmiczne” puenty. To wydaje się być niewiarygodne, ale gdy podczas słuchania bezwiednie poddamy się zadumie nad kojącymi nasze uszy frazami, z tego swoistego letargu prawdopodobnie ockniemy się dopiero w momencie, gdy laser odtwarzacza CD mimowolnie powróci do stanu początkowego. Niemożliwe? Prozę spróbować, a przekonacie się, że gdy tylko pozwolicie osaczyć się dobiegającej z kolumn muzyce – w dobrym tego słowa znaczeniu, migrację w inny stan świadomości macie zapewnioną. Gdy pierwszy raz kładłem płytę na czytniku lasera, nie sądziłem, że zapisana na tym srebrnym krążku muzyka sprawi mi tyle przyjemności. Co więcej, emocje jakie wywołuje, jestem w stanie porównać do kontemplacji przy twórczości Claudio Monteverdiego, a szczególnie do wycyzelowanych realizatorsko i wykonawczo kompilacji Johna Pottera, czy Jordi Savalla. Dlaczego? Podczas słuchania materiału opracowanego przez wspomnianych artystów, każda nuta wydana czy to przez instrument z epoki, czy płuca wokalistów jest dla mnie prawdziwą ucztą dla ducha i powiem Wam, że podobny stan emocjonalny wzbudza we mnie produkcja Katarzyny Borek. Szczerze? Nie wieżę, że to napisałem, ale tak naprawdę jest. Jeśli macie podobne do moich typy muzyczne, dajcie zaczarować się recenzowanej dzisiaj płycie, a może okazać się, że odbieramy ją w podobny sposób. Naprawdę nic nie stracicie.
Gdy udało mi się powstrzymać ten słowotok superlatyw na temat wsadu merytorycznego płyty, przyszedł czas na kilka zdań o jakości realizacji. Po pierwsze, jak wspomniałem w poprzednim akapicie, wszystkie łączące lub nadające wydźwięk projektu nagrywanej muzyce sample nie wychodzą przed szereg, wplatając się w dystyngowany ton całej kompozycji. Idąc dalej tropem odbioru naturalności nagrania, muszę powiedzieć, że wszelkie pogłosy, echa i preparacje instrumentu klawiszowego przeróżnymi przedmiotami są bardzo spójne dźwiękowo, przez cały czas wynikając z odgłosu samych strun i unikając tym sposobem wrażenia życia obok głównego przekazu. Kolejny ważny temat, to oddech i dźwięczność generowanych czasem bardzo wyrazistym przyłożeniem palca, a czasem tylko delikatnym muskaniem opuszkiem klawiszy dźwięków. Dlaczego o tym wspominam? Jestem bardzo uczulony na takie postawienie sprawy i wszelkie objawy tak zwanej „woalki” natychmiast mnie irytują, a czego w tym przypadku wyśmienicie uniknięto. Z punktu widzenia audiofila powiedziałbym, że realizator stanął na wysokości zadania.

I tym optymistycznym akcentem zakończę ten trochę, jak na mnie zaskakująco pochwalny tekst. Jednak jeśli choć trochę mnie znacie lub raz na jakiś czas czytacie moje teksty, zapewne wiecie, że jeśli coś mmi doskwiera, nie silę się na naciągane peany. Przypadek płyty Katarzyny Borek w moim mniemaniu wyrwał się z zalewu przeciętności, dlatego pod wszystkim co wyartykułowałem, z pełną świadomością jestem w stanie się podpisać. Puentując dzisiejsze spotkanie i delikatnie podgrzewając atmosferę dodam, iż gdy po pierwszym projekcie Pani Kasi byłem ciekawy, jak wypadnie kolejny, to po „Space In Between” na trzeci czekam z niecierpliwością.

Jacek Pazio

Opinia 2

9 maja w limitowanej edycji 450 sztuk nakładem oficyny Leszka Możdżera ­ BITTT Records ukazała się najnowsza płyta pianistki Katarzyny Borek „Space In Between”, wśród której patronów medialnych, dziwnym zrządzeniem losu, znalazła się również nasza redakcja. W związku zaistniałymi okolicznościami zachodziły, z pewnością nie do końca bezpodstawne, obawy popadania w samozachwyt, jakbyśmy to co najmniej my grali i oczywisty brak obiektywizmu. Dlatego też uznaliśmy z Jackiem, że zamiast od razu po otrzymaniu srebrnych krążków rzucać się do pisania i spontanicznego przelewania gorących mysi na papier damy tytułowemu albumowi w naszych uszach i głowach „się uleżeć”. Dodatkowym czynnikiem opóźniającym publikację naszych przemyśleń okazał się również obfitujący w mniej, bądź bardziej planowane wojaże okres i suma summarum dopiero teraz, już ze spokojnymi głowami i poukładanymi myślami zabraliśmy się do kilku refleksji dotyczących najnowszej twórczości naszej młodej pianistki.

Wbrew pozorom obecna recenzja wydawnictwa Katarzyny Borek nie jest naszym pierwszym spotkaniem z jej dorobkiem, gdyż prawie dwa lata temu Jacek miał przyjemność podzielić się z Państwem swoimi uwagami dotyczącymi jej poprzedniego projektu – Katarzyna Borek & Vojto Monteur Classica & Electronica „Tempus Fantasy”. Wtedy było jednak zdecydowanie więcej elektroniki i zdecydowanie mniej fortepianu w fortepianie, jednak Pan Redaktor był wysoce usatysfakcjonowany.


Na pierwszy rzut ucha, przynajmniej od strony muzycznej można mówić o oczywistych skojarzeniach z dorobkiem wydawcy – Leszka Możdżera, jednak im lepiej poznajemy „Space In Between”, tym wyraźniej wyłapujemy ewidentne różnice, które wcale nie mają charakteru czysto kosmetycznego. Fortepian, jako instrument prowadzący jest tutaj podany zdecydowanie ciemniej, bardziej karmelowo. Mniej jest też „kombinowania” z samym preparowaniem dźwięku instrumentu. W zamian za to dla podkreślenia pewnej alienacji „podmiotu lirycznego” i nieco ambientowego charakteru albumu pomiędzy partie instrumentalne wplecione zostały, udostępnione publicznie przez NASA, nagrania z sond kosmicznych Voyager. Jak mówi sama Artystka „Przez muzykę odkrywam kosmos a kosmos odkrywa przede mną muzykę” i coś w tym jest , gdyż pomimo nieśpiesznych temp i chwil kosmicznego wyciszenia trudno mówić o nawet śladowej monotonii, czy jednostajności. Trudno się temu dziwić, gdyż tak naprawdę mamy do czynienia ze swoistym „The best of”, bowiem na warsztat trafiły dzieła ulubionych kompozytorów pianistki. Wśród nich znaleźli się Arvo Pärt, John Cage, Ludovico Einaudi, Craig Armstrong, John Adams, Takashi Yoshimatsu, Joaquín Rodrigo i Manuel de Falla, a więc sama śmietanka. Borek nie chodziło jednak li tylko o mechaniczne i wierne oryginałom odegranie ulubionych „kawałków”, lecz o coś zdecydowanie bardziej ambitnego. W końcu, jakby na to nie patrzeć studia w Akademii Muzycznej im. F. Nowowiejskiego w Bydgoszczy, Hochschule fur Musik, Theater und Medien w Hannoverze oraz Royal Conservatory of Music w Brukseli do czegoś zobowiązują. Dlatego też każdy z utworów został poddany swoistej wiwisekcji, rozłożony na czynniki pierwsze, pozbawiony czasem nieraz iście bizantyjskich ozdobników i na nowo złożony. Pozostawiony został jedynie ich szkielet, skondensowana niczym w kuchni molekularnej esencja podana w nowej minimalistyczno – ambientowej formie. To właśnie na tym albumie można na własne uszy przekonać się, co oznacza przewijająca się w naszych audio opowieściach „gra ciszą”, ciszą w której nasza podświadomość ma okazję dograć i dośpiewać płynące z głębi naszego serca frazy.
Od razu jednak zaznaczę, że nie jest to pozycja ani specjalnie łatwa ani tym bardziej nadająca się do słuchania „przy okazji”. Do „Space In Between” trzeba usiąść ze spokojną głową i nastawieniem na to, że gotowi jesteśmy poświęcić jej godzinę. Godzinę pełnego relaksu, ale takiego pozytywnego, czynnego, pobudzającego nasze szare komórki.

Od strony realizacyjnej śmiało mogę stwierdzić, że jest dobrze, bądź wręcz bardzo dobrze. Fortepian jest precyzyjnie „zdjęty” i posiada właściwą sobie potęgę i wolumen. W jego brzmieniu nie brakuje ani dołu, ani góry, choć wyraźnie słychać zabiegi realizatorskie mające na celu nadanie mu ciemniejszej, bardziej mrocznej tonacji.

Osobiście, a więc wybitnie subiektywnie najwięcej pozytywów i trącających głęboko ukryte struny mej muzycznej wrażliwości odkryłem w dwóch kompozycjach – w urzekających rearanżacjach na rhodes i fortepian “Ascota” (Ludovico Einaudi) i “En Aranjuez con tu amor” (Joaquin Rodrigo). Nie wiem, czy to klasyczny syndrom inżyniera Mamonia, czy też inna przypadłość, ale właśnie to mi po prostu w duszy gra. Jak będzie u Państwa nie mam bladego pojęcia, ale gorąco zachęcam do odsłuchu.

Marcin Olszewski

Tracklista:
01 – Uranus For Craig Armstrong (The Weather Storm) 5:37
02 – Earth For Manuel De Falla (Asturiana) 3:53
03 – Saturn For Craig Armstrong (Fugue) 4:22
04 – Jupiter For Arvo Part (Fur Alina) 5:27
05 – The Moon For John Adams (China Gates) 6:04
06 – Rings Of Uranus For Ludovico Einaudi (Ascolta) 7:35
07 – Piano Folio To A Disappeared Pleiade (Takashi Yoshimatsu) 3:33
08 – Rings Of Saturn For Joaquin Rodrigo (en Aranjuez con tu amor) 6:05
09 – Globular Romance From Pleiades Dances 1:53
10 – Neptune For John Cage (In a Landscape) 12:47
11 – Katarzyna Borek & Vojto Monteur: Planet X 4:30

  1. Soundrebels.com
  2. >

Electrocompaniet EC 4.8 & AW 180

Opinia 1

Nie będę zbyt oryginalny twierdząc, że każdy z nas ma pewną pulę ulubionych marek, po których produkty sięga niemalże w ciemno i dziką radością gościłby je u siebie zdecydowanie dłużej aniżeli na mniej, bądź bardziej okazjonalnych odsłuchach. Pomijając oczywistych przedstawicieli ekstremalnego High-Endu, którzy  nader często, abstrahując od sfery czysto finansowej, po prostu nie zmieściliby się w naszych czterech kątach zawsze warto mieć na podorędziu coś bardziej realnego i osiągalnego. Do takich właśnie przykładów należy norweski Electrocompaniet, który pomimo nieraz szalonych zawirowań na rynku audio uparcie trzyma się lata temu obranej drogi i ani myśli z niej zbaczać. Dotyczy to zarówno nader charakterystycznej stylistyki, jak i przesłanek czysto ekonomicznych. W rezultacie z nieukrywanym zadowoleniem możemy otwarcie mówić nie tylko o powszechnej rozpoznawalności Electrocomanietów na rynku, co o zapomnianym przez co poniektórych „młodych gniewnych” pozycjonowaniu swoich wyrobów poprzez brzmienie  a nie li tylko przez bardzo często wyssaną z „drugiej czystości” palca ceny.
Tym oto sposobem zbliżyliśmy się do końca wstępniaka a mi nie pozostaje nic innego jak tylko przedstawić Państwu naszych dzisiejszych gości, czyli dzielony zestaw Electrocompanieta w skład którego wszedł przedwzmacniacz liniowy EC 4.8 i pracujące (podobno) w klasie A monofoniczne końcówki mocy AW 180.

Przechodząc do części poświęconej walorom estetycznym dostarczonego przez polskiego dystrybutora marki – warszawski Hi-Fi Club, duetu przez pewien czas biłem się z myślami czy być możliwie obiektywnym, czy też, do bólu subiektywnym i jak to mam w zwyczaju, wbić gdzieś szpilę. Koniec końców stanęło na niekoniecznie zgniłym kompromisie – będzie obiektywnie z niewielką wycieczka osobistą. Niezaprzeczalnie i bezdyskusyjnie Electrocompaniet należy do ścisłej światowej czołówki marek o niepodrabialnym i ponadczasowym designie. Obok amerykańskiego McIntosha i japońskiego Accuphase’a również Norwegowie wyszli z założenia, że rozpoznawalność na rynku jest po prostu bezcenna i jeśli dotychczasowa linia wzornicza, z resztą całkiem zasłużenie, zaskarbiła sobie sympatię tysięcy audiofilów na całym świecie to bezsensem byłoby takie dziedzictwo zaprzepaszczać. Oczywiście czynniki ekonomiczne co i rusz odciskają tu i ówdzie swoje piętno, lecz całe szczęście jest ono kierowane poza główny, interesujący nas nurt i przyjmują postać, czy to „budżetowej” linii Prelude, czy lifestyle’owych EC Living. Przedwzmacniacz EC 4.8 całe szczęście zalicza się do pełnokrwistego mainstreamu, co widać już na pierwszy rzut oka. Mamy zatem firmowy gruby akrylowy front z centralnie umieszczonymi nazwą marki, logotypem i włącznikiem głównym. Front z korpusem łączą usytuowane w narożach ozdobne imbusy a komunikację ze światem zewnętrznym zapewniają duży i czytelny nawet z kilkunastu metrów błękitny wyświetlacz (z lewej) i charakterystyczny czteroprzyciskowy krzyżak (z prawej). Oczywiście wszystko, z wyjątkiem displaya utrzymano w kolorystyce szlachetnego złota idealnie kontrastującego ze smolistą czernią frontu. I w tym momencie niestety nie mogę się powstrzymać i pozwolę sobie na małą prywatę. Jako wieloletni i przy tym wiece zadowolony użytkownik integry ECI 5 MkI ze zgrozą i przerażeniem patrzyłem na ewolucję ww. modelu i jemu pokrewnych dotyczącą sposobu informowania o aktywnym źródle. W mojej, znaczy się starej wersji, podobnie jak w poprzedniej inkarnacji preampu (EC 4.7) są tą mikroskopijne piktogramy dyskretnie podświetlane błękitną poświatą. Czytelność takiego rozwiązania jest oczywiście umowna, choć już po kilku dniach orientujemy się w temacie na podstawie usytuowania świecącej kropki, ale elegancji odmówić mu nie sposób. Pojawienie się w tym miejscu kilkucentymetrowego wyświetlacza osobiście uznałem za równie dobry pomysł co założenie pistacjowej koszulki polo do smokingu, o czym z resztą nie omieszkałem poinformować ekipy producenta podczas jednej z minionych monachijskich wystaw. Niestety argumentacja była i nadal jest taka, że czasy są takie a nie inne, więc trzeba iść z ich duchem i robić wszystko tak, żeby nawet jednostka o IQ zbliżonym do przeterminowanej musztardy była w stanie dane urządzenie z powodzeniem obsłużyć. Dość jednak marudzenia. Wyświetlacz jest, w dodatku ponadprzeciętnej czytelności odmówić mu nie sposób a jak się komuś nie podoba, to zawsze może go sobie zastawić np. puzderkiem po wkładce gramofonowej, albo skrzyneczką do cygar. A co!
Wróćmy jednak do naszego preampu. Dość niski profil korpusu zdobią jedynie   poprowadzone prostopadle do krawędzi bocznych ażurowe nacięcia poprawiające wewnętrzną cyrkulację powietrza. Ściana tylna jest oczywistym odzwierciedleniem zapowiadanej na froncie w pełni zbalansowanej wewnętrznej topologii dual mono. Mamy zatem logicznie odseparowany kanał prawy od lewego i wyraźne wskazanie na transmisję zbalansowaną. Wyjścia są tylko w formie XLRów, i jedynie zewnętrzny rejestrator można podpiąć po RCA. Z wejściami liniowymi jest już mniej ortodoksyjnie. Dwie pary XLR-ów i trzy pary RCA powinny w zupełności spełnić wymagania nawet rozbudowanego systemu, tym bardziej, że nie zapomniano o ukłonie w stronę domów inteligentnych dodając trzy porty SPAC, oraz porty USB – jeden do zmian oprogramowania a drugi do … ładowania pilota.
Do końcówek mocy AW 180 żadnych uwag, przynajmniej jeśli chodzi o estetykę, nie będzie. Są po prostu takie, jakie być powinny – minimalistyczne, majestatyczne i po prostu piękne. Przyozdobiony jedynie czterema mocującymi do korpusu imbusami akrylowy front, logo i nazwa producenta i umieszczony w dolnej części opis urządzenia to prawie wszystko czym może przykuć nasza uwagę Electrocompaniet. Prawie, gdyż na płycie górnej ulokowano niewielkie okienko z podświetlonym logotypem.
Boki korpusu, ze względu na deklarowane przez producenta osiągi mocowe zostały zauważalnie ponacinane tworząc ażurową, acz nadal sztywną konstrukcję. Ściana tylna jest do bólu minimalistyczna. Do dyspozycji mamy jedynie wejście i wyjście (na kolejną końcówkę) w standardzie XLR i podwójne, oblane plastikiem terminale sprawiające bardzo korzystne wrażenie … do czasu aż nie spróbujemy w nie wetknąć kabli zakończonych widłami. Po prostu nóż a raczej pilnik się człowiekowi w tym momencie otwiera. Dolną część tyłu okupuje zintegrowany panel z gniazdem IEC, włącznikiem głównym i klapką bezpiecznika. Ulokowanie w tym miejscu włącznika dość jasno daje do zrozumienia, że ekologia ekologią, ale jeśli to tylko możliwe, to lepiej cały czas trzymać 180-ki pod prądem.
A teraz ciekawostka. Pomimo dość trudnych kolumn i niemalże letnich temperatur, oraz materiałów prasowych producenta twierdzącego, że cały układ pracuje w klasie A bardziej przychylałbym się do zdania części branżowych publicystów, że jedynie stopień wejściowy pracuje w klasie „A” a wyjściowy w „AB”. Wskazują na to m.in. niezbyt wysoka temperatura pracy i wynoszące raptem 115W (w czasie spoczynku) zużycie energii. Nie ma jednak co kręcić nosem 650 VA trafo i bateria kondensatorów o łącznej pojemności 60 000 µF wskazują, że źle być nie powinno.

Po kurtuazyjnym okresie akomodacyjnym podczas którego Norwegowie mieli okazję ułożyć się w moim systemie niezobowiązująco przetwarzając sygnały z TIDALa przeszedłem do bardziej krytycznych odsłuchów. Pierwsze wrażenia określiłbym mianem mieszanych. Niby wszystko się zgadzało, bo dostarczony na testy set prezentował się po prostu wyśmienicie, lecz to, co dobiegało mych uszu było praktycznie tym samym, z czym mam do czynienia od kilku lat – brzmieniem Electrocompanieta. Mojego poczciwego ECI-5. Oczywiście w tym momencie można byłoby wysmarować ekstatyczne podsumowanie, że nie ma sensu wydawać 40 kPLN na dzielonkę, skoro to samo można mieć za 15 kPLN (tyle mniej więcej kosztuje ECI-5 Mk.II). Jednak jak to w życiu bywa diabeł tkwi w szczegółach i im dalej w las, tym więcej drzew. W telegraficznym skrócie, w końcu nie wszyscy lubią sążniste elaboraty, z  EC 4.8 & AW 180 dostajemy to, co oferuje 5-ka, lecz w zdecydowanie większej, bardziej intensywnej dawce.
Zacznijmy jednak od początku, aby i czytelnicy, którym do tej pory nie dane było zasmakować norweskich specjałów nie czuli się poszkodowani. W przypadku tytułowej marki spokojnie możemy mówić o własnej, wypracowanej przez … 40 lat(!) szkole brzmienia. Szkole opartej na muzykalności, kulturze przekazu, ale i dynamice. To nie są za przeproszeniem ciepłe kluchy i buła na basie, lecz na wskroś dynamiczne granie stawiające na równi selektywność i nasycenie. Teoretycznie nic trudnego, jednak jak pokazuje rynek teoria teorią ale żeby ją prawidłowo zaimplementować w fizyczne urządzenia, to trzeba się nieźle napocić.
Weźmy na ten przykład element, na który nasze ucho jest najbardziej wyczulone – ludzki głos. Instrument przepiękny, lecz równie piękny, co diabelnie trudny do poprawnej reprodukcji. W tym celu sięgnąłem po EP-kę Imany „There Were Tears”. Ciemny, naładowany emocjami, jak świąteczny keks bakaliami, blisko podany głos, świetna i tylko pozornie stanowiąca tło orkiestra to prawdziwy majstersztyk. Na takim materiale ECI momentalnie złapał wiatr w żagle tworząc obszerną i świetnie zagospodarowaną zarówno na boki, jak i w głąb scenę całkowicie panując nie tyko nad gradacją planów, lecz i nad miejscem samego słuchacza. Choć najłatwiej byłoby wsadzić nader atrakcyjną wokalistkę na kolana szczerzącego się z zadowolenia samca Norwegowie wybrali trudniejszą, bo bliższą prawdzie opcję. Nadal mając świetny wgląd w rozgrywający się przed nami spektakl zajmujemy miejsca nie na scenie, lecz gdzieś w okolicach piątego rzędu, dzięki czemu bez trudu ogarniamy wzrokiem/słuchem całość a nie tylko dekolt solistki. Czujemy zatem „klimat” nagrania, jego przestrzeń, trójwymiarowość. Nie mamy jednak do czynienia z bezduszną aparaturą pomiarową, lecz rasowym, audiofilskim graniem, w którym zawsze co nieco można upiększyć i podkolorować. Nie jest to bynajmniej żaden zarzut z mojej strony a jedynie stwierdzenie faktu. Electrocompaniety źródła pozorne kreślą precyzyjnie, lecz nieco pogrubiona kreską dodatkowo nieco podkręcając saturację średnicy ze szczególnym uwzględnieniem wokali.
Na takim sposobie prezentacji zyskuje również repertuar oparty na szeroko rozumianej elektronice. Najnowszy album Reni Jusis „BANG!” jest tego najlepszym przykładem. Dostajemy bowiem potężny beat, zróżnicowany, szybki bas i otwartą górę pomiędzy którymi króluje wszechobecny i niezwykle komunikatywny (chlubny wyjątek pamiętania o dykcji) głos Reni. To takie ludzkie oblicze podobno zdehumanizowanego elektronicznego nurtu muzycznego. Bez trudu odnajdziemy w nim barwy, emocje i niuanse, które upiększają przekaz a nie irytują jednostajnym cykaniem.
Przechodząc do czegoś bardziej mrocznego, uznałem iż miło będzie zaczerpnąć z muzycznej spuścizny skandynawskich bardów i z głośników popłynęły potępieńcze ryki zarejestrowane na albumie „Jumalten Aika” formacji Moonsorrow. Połączenie elementów folkowych z brutalnością najcięższych odmian metalu zazwyczaj sprawia, że trudno idealnie utrafić w tzw. środek ciężkości, zespolić te dwa odrębne światy tak, żeby otrzymać coś homogenicznego. Sztuka ta udała się jakiś czas temu naszej ojczystej formacji Percival Schuttenbach i tym razem spokojnie można uznać, że i Moonsorrow osiągnął zakładany cel. Pytanie tylko jak zmusić sprzęt do tego, by z odpowiednią werwą, dynamiką i potęgą ów efekt odtworzył. W tym momencie z radością chciałbym obwieścić, iż tytułowej amplifikacji do niczego zmuszać nie trzeba było. Nie dość, że załapała klimat od pierwszych taktów, to z dziką radością zapuszczała się w najdziksze rejony folk-metalowego post apokaliptycznego świata. Przy odpowiedniej głośności fala dźwiękowa wprawiała w drżenie nie tylko rodowe skorupy, ale i ciężkie meble tapicerowane. Wartym podkreślenia jest fakt, iż nawet w kulminacyjnych momentach ECI nie szły na łatwiznę i nie ograniczały się do wytwarzania przytłaczającej słuchacza monotonnej ściany dźwięku, lecz w owej ścianie każdy z instrumentów miał swoje jasno określone miejsce. Oczywiście głębię sceny można było uznać za symboliczną a jeśli ktoś po takiej siarkowej kuracji łaknąłby jej, jak kania dżdżu zawsze może sięgnąć po baśniowy krążek „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena. A z resztą, czegokolwiek nie włączycie to norweska elektronika z finezyjnym „E” na froncie na pewno to zagra, poza tym zrobi to na takim poziomie, że prędzej czy później zaczniecie się zastanawiać co opętało windującą na absurdalne poziomy cenowe swoją ofertę konkurencję.

Electrocompaniet wkracza w kolejną dekadę swojej działalności ze stabilną i przejrzystą ofertą, w której niedawno pojawiły się nie tylko intrygujące kolumny, ale i niemalże musowy w czasach winylowego renesansu gramofon. Będące przedmiotem niniejszej recenzji przedwzmacniacz EC 4.8 i monobloki AW 180 są dowodem na to, że dla Norwegów liczy się rozwój na drodze ewolucji a nie rewolucji i nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by zrywać z wypracowanym dziedzictwem i własną szkołą brzmienia. To, czym kuszą modele zintegrowane jest rozwijane i udoskonalane w wersjach dzielonych. Ponadto przy całej swej uniwersalności trudno byłoby znaleźć przykład, w którym odsłuch tytułowego zestawu nie byłby wskazany, gdyż jeśli tylko kochamy muzykę to po prostu Electrocompaniet powinien znaleźć się na naszej liście.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Przedwzmacniacz/Wzmacniacz słuchawkowy: ADL Stratos
– Streamer/DAC/Przedwzmacniacz: Ayon S-3 Junior
– Końcówka mocy: Emotiva XPA-2 Gen 2
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Spec RSA-717EX
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Chyba zgodzicie się ze mną, że jest kilka marek na naszym rynku, które mimo  solidności w prawie każdym aspekcie swojego bytu, nie szukają jakiegoś większego rozgłosu medialnego. Mając wierny elektorat, szanują go unikając sztucznego windowania cen, co w obecnych – goniących za podnoszeniem prestiżu marki przez pryzmat wielokrotności zer czasach jest co godną pochwały rzadkością. Taki też rys działalności w polskich i o dziwo również światowych realiach ma dzisiejszy bohater. Nie będę uskuteczniać zbędnej wyliczanki podobnych w swych działaniach do prezentowanego dzisiaj brandu, czyli szanujących klienta marek, tylko zdradzę, iż po trwających dłuższy czas negocjacjach – bezproblemowa sprzedawalność i oczekiwanie na nową dostawę odcisnęły swoje piętno – udało nam się zorganizować na testy zestaw pre – power marki Electrocompaniet. Nie przedłużając zatem, zapraszam na kilka zdań o norweskim zespole wzmacniającym w postaci przedwzmacniacza liniowego EC 4.8 i monofonicznych „A” klasowych końcówek mocy AW 180. Patrząc na położenie producenta wydawałoby się , że jest duża szansa na bezduszność, czy wręcz chłód w grze prezentowanego seta, tymczasem zapewniam, że takie postawienie sprawy jest trochę złośliwym wprowadzeniem w temat, gdyż z pewnością spora grupa zainteresowanych orientuje się, iż generowany przez komponenty ECI dźwięk stoi w opozycji do zajmowanego przez Norwegów północnego skrawka Europy, oferując nieskończone pokłady ciepła i muzykalności. Miło mi również oznajmić, iż dzisiejsze spotkanie zawdzięczamy warszawskiemu dystrybutorowi Hi-Fi Club.

Prawdopodobnie przyznacie mi rację, że wręcz natychmiastowa rozpoznawalność wizualna naszego bohatera pośród reszty konkurencji jest bezdyskusyjna. Opiera się bowiem o grube czernione akrylowe płaty frontów, na których w zależności od funkcji znajdziemy stosowne dla każdego z komponentów mieniące się złotem manipulatory. Powiem tak, dla jednego to zbędny blichtr, ale dla mnie i zdecydowanej większości moich rozmówców piękno w najczystszej postaci. Do którego klubu należycie Wy, niespecjalnie mnie interesuje, gdyż ja tylko zdaję relację z tego co widzę sprawy gustu pozostawiając  na boku. Rozpoczynając bliższy opis wyglądu od końcówek mocy, niestety, albo stety,  wspomniana przednia ścianka z racji sterowania każdego z piecyków przedwzmacniaczem liniowym może pochwalić się jedynie czterema montażowymi złotymi łebkami śrub i wielkim, również złotym logo marki. Wędrując ku tyłowi mimo niezbyt mocnego nagrzewania się urządzenia obudowa na swych bocznych płatach dzięki sporej ilości ażurowych bloków jest mocno wentylowana. Gdy doszliśmy do tylnego panelu, wyraźnie widzimy, że prostota zadań końcówek mocy wymusiła jedynie byt podwojonych terminali głośnikowych, zespolonego z głównym włącznikiem gniazda sieciowego, kończąc swą ofertę  na wejściach i wyjściach sygnału w standardzie XLR. Dla delikatnego ożywienia wizualnego sporych i w dodatku czarnych klocków, podczas pracy urządzenia na górnym panelu znajdziemy jeszcze podświetlone na niebiesko logo. Szczerze? Gdy odklejałem folię ochronną z tych dodatków, nie sądziłem, że owe błękitne znaczki wniosą w projekt plastyczny tyle dobrego. Przyglądając się samemu przedwzmacniaczowi nie sposób zauważyć, że jest orędownikiem przywołanych na wstępie zaimplementowanych na czarnym akrylu złotych manipulatorów. A jak zostały rozmieszczone? Oczywiście centrum frontu zarezerwowano dla włącznika, nad którym wyeksponowano wielki również w kolorze drogocennego kruszcu znak marki. Jednak to jeszcze nie wszystko w temacie złotych akcentów, gdyż na prawej flance swoje miejsce znalazły cztery funkcyjne w układnie krzyża okrągłe przyciski. Aby rozpoznawalności brandu stało się zadość, podobnie do końcówek mocy w każdy z narożników akrylowej sztabki przedniego panelu pięknie wkomponowano mocujące ją do korpusu urządzenia złote śruby. Kończąc opis frontu należy wspomnieć jeszcze o istotnym, bo informującym nas o stanie urządzenia i wykorzystywanym w danym momencie terminalu wejściowym błękitnym wyświetlaczu z lewej strony.

Jak zdecydowana większość czytelników znakomicie się orientuje, będąca wabikiem dla sporej grupy słuchaczy topologia układu klasy „A” zawsze odciska bardzo pozytywne soniczne piętno na prezentującym owo rozwiązanie komponencie. Jakie to piętno? Oczywiście gładkość, nasycenie i ciepło dźwięku, a także obracającą się wokół złota kolorystykę wysokich tonów. Tak też było i tym razem. Co prawda miłośnicy detaliczności za wszelką cenę mogliby się czepiać, jednak nawet delikatne przekraczanie granicy neutralności podczas kolorowania świata muzyki dla hołubiącego takiemu sznytowi grania orędownika jest raczej czynnikiem zwiększającym przyjemność odbioru dobiegających do zwojów mózgowych fraz dźwiękowych, niż złem w czystej postaci. Dlatego z czystym sumieniem produkty w klasie „A” w swym rankingu stawiam za jeden ze wzorów do naśladowania. Zanim rozpocznę wyprawę w krainę możliwości testowanego zestawienia, chciałbym obronić zwrot: „przekroczenie granicy neutralności” – oczywiście jeśli ktoś z użytkowników poczuł się urażony. Nie odbierajcie tego, jako próby umniejszenia jakości dźwięku idącej tą drogą myśli technicznej, ale bez względu na okupowane przez Was stanowiska w wartościach bezwzględnych dodatkowa szczypta wypełnienia połączona z podgrzaniem temperatury grania zawsze odbierane będą w kategoriach odstępstwa od pewnych ogólnie przyjętych standardów. I nie zmieni tego fakt, że każdy – włącznie ze mną – ma inny punkt odniesienia, tak jest i basta. Wracając do Norwegów oznajmiam, iż wspomniany pakiet uprzyjemniający odbiór muzyki jest jedynie delikatnym muśnięciem, niźli siłowym pompowaniem nazywanej przez niezbyt osłuchanych audiofilów dawką niekontrolowanej muzykalności , czy uśredniającej przekaz masy fal dźwiękowych. Śmiejecie się? Nic dziwnego, ale naprawdę z takim określeniem nadwagi dźwięku bardzo często się spotykam. Proces weryfikacyjny dzisiejszego seta pre-power rozpocząłem od repertuaru jazzowego. Lubię prezentowaną przez Electrocompanieta estetykę grania, ale nie powinna być myślą przewodnią każdej muzyki. Owszem delikatny sznyt jest mile widziany, ale ciężkie kapiące złotem blachy i grający jedynie pudłem kontrabas na płytach firmowanych przez Bobo Stensona są niedopuszczalne. Wynik? Uspokajam, wszystko mimo pakietu homogeniczności było w najlepszym porządku. Kontrabas wyraźne zaznaczał szarpanie struny, by w konsekwencji wzmocnić je pogłosem pudła rezonansowego. Fortepian co prawda cieplejszy i delikatnie cięższy, ale za to przyjemniejszy w odbiorze w głośniejszych pasażach. Blachy natomiast lśniły wszelkimi odcieniami złotego kruszcu. Jak widać, przekaz nie unikał zaznaczania swoich przywar, ale wszelkie wycyzelowane przez Manfreda Eichera płyty fenomenalnie się materializowały, stawiając wszelkie instrumenty w zazwyczaj wytypowanych przez codzienny set Reimyo miejscach. Czy to szerokość, czy głębokość sceny, bez najmniejszych problemów osiągały bardzo zbliżone do Japończyka wartości. Gdy do tego dorzucę bardzo dobrze wypadającą rozdzielczość, samoistnie kreuje się bardzo zasadnicze pytanie typu: „Czy w takim razie warto dopłacać, by przeskoczyć Norwega?”. Niestety pytanie jest na tyle zasadnicze, że tylko zajmowany punkt siedzenia może w pełni obronić jakąkolwiek podjętą decyzję. Oczywiście pierwszą sprawą jest odpowiednio wysoko zawieszona poprzeczka, co możliwe jest jedynie w drodze sporego osłuchania i wiedzy czego się oczekuje. Jednak sądzę, że gdy nastanie moment decyzyjny, mimo, że ECI gra grubszą kreską, co w bezpośrednim porównaniu z lepszym zawodnikiem w całym paśmie akustycznym pokaże zatracanie eterycznych detali łatwo i tak łatwo skóry nie odda. Ale mniejsza z tym, gdyż bez wdawania się w nic nikomu nie dające dywagacje na temat – warto, czy nie warto – mam ciekawsze poparte kilkoma pozycjami płytowymi rzeczy do opisania. Po epizodzie z wymagającym wyrafinowania od systemu audio mitingu jazzowym przyszła kolej na muzykę dawną Jordi Savalla ze świętej pamięci małżonką Montserrat Figueras w roli solistki. Jak się pewnie domyślacie, gdy w wyciętym ostrą kreską materiale jazzowym Norwedzy wypadli dobrze, to i czerpiące z dobrodziejstw dodatkowego kolorowania muzyki instrumenty dawne za taki bonus odwdzięczały się podwójnie. Co więcej, Pani Figueras dzięki wspomnianej dawce homogeniczności nawet w śpiewanych pełną piersią fragmentach wokalnych przyjemnie masowała moje małżowiny uszne. A przyznam szczerze, że w końcowym okresie jej kariery artystycznej czasem nie było tak różowo. Po zakończeniu koncertu wspomnianej diwy swoje pięć minut otrzymały ciężkie brzmienia z grupą Percival Schuttenbach i jej płytą „Svantevit” na czele. Efekt? Jak dla mnie było fantastycznie tak pod względem czytelności przekazu, jak również przyjemności jego wybrzmiewania. Jednak biorąc pod uwagę zestawienie Electrocompanieta z moimi ISIS-ami dla wielbicieli latających żyletek w masakrującym nasze narządy słuchu przenikliwym jazgocie muzyki metalowej mogło być zbyt kulturalnie. Wszelkie instrumenty dzięki nico grubszej rysującej je kresce i większej masie bardzo zyskiwały. Ba, wokalistki i wokaliści również czerpali wszystko co najlepsze. Niestety, znam gusta targetu tego stylu muzycznego i wiem, że woleliby więcej pazura, bez względu na czytelność. Ma być ogień, a nie przyjemne pitu pitu. Jednak biorąc ECI w obronę przypominam o pewnej przypadkowości zestawienia testowego, co każdy poszukujący swojego wzorca słuchacz, choćby doborem innych kolumn jest w stanie całkowicie wyeliminować. Mimo wszystko z ręką na sercu stwierdzam, iż nawet kompilacja grających kolorem Austriaków (ISIS) i podgrzewających jeszcze atmosferę Norwegów (ECI) dla wielu, wliczając w to nawet ortodoksów byłaby dźwiękiem na dłuuugie lata. I w takim duchu będąc przekonanym o dużej wartości sonicznej testowanego dzisiaj zestawienia kończę tę wspaniałą przygodę.

Prezentowany dzisiaj zestaw wzmacniający z Norwegii potwierdził swoją owianą legendą klasę. Po tych kilkunastu dniach jestem w stanie zrozumieć unikanie usilnego poprzez windowanie cen wchodzenia na piedestał dobrze ocenianych marek. Właściciele brandu znają i chcą kontynuować swoją wypracowywaną przez długie lata w świadomości wiernej klienteli rozpoznawalność poprzez jakość i bez gonitwy za nadmiernym zyskiem właśnie na niej się skupiają. I gdy wydawałoby się, że przy takim postawieniu sprawy panowie z północy cokolwiek tracą, w konsekwencji okazuje się to dobrym sposobem na utrzymanie przy sobie na kolejne lata dotychczas zadowolonych, jak również zachęconych taką postawą nabywców. Czy zestaw EC 4.8 i AW 180 jest dla wszystkich? Sądzę, że dla sporej większości audiofilów tak. Delikatna słodycz w dźwięku jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a konfrontacja tego fenomenu w swoich warunkach sprzętowych może okazać się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Proszę również nie brać zbyt do siebie mojego przytyku w sprawie  uśredniania przekazu, gdyż naturalną koleją rzeczy jest uzyskiwanie zdecydowanie lepszej rozdzielczości na wyższych półkach cenowych, z czym w tym przypadku mamy miejsce. Dlatego bez większych obaw wpadkowych nawet przypadkowych zestawień polecam dzisiejszy test do nausznej weryfikacji, a może okazać się, że oferta panów z Półwyspu Skandynawskiego nawet jeśli kiedykolwiek słyszeliście coś lepszego, najzwyczajniej w świcie spełnia Wasze oczekiwania.   

Jacek Pazio

Dystrybucja: Hi-Fi Club
Ceny:
Electrocompaniet EC 4.8: 13 800 PLN
Electrocompaniet AW 180: 28 800 PLN (para)

Dane techniczne:
Electrocompaniet EC 4.8
Wejścia liniowe: 2 pary XLR, 3 pary RCA
Wyjścia 1 para XLR, wyjścia RCA Rec Out
Impedancja wejściowa: 47kΩ
Maks. napięcie wejściowe: 30 Vpp (bal)
Maks. napięcie wyjściowe: 30 Vpp (bal)
Zakres wzmocnienia: od -111 do +6 dB
Poziom tła: <-130 dB (@ 0dB gain)
Pasmo przenoszenia: 5 – 200 000 Hz
Separacja kanałów: >120 dB
Zniekształcenia THD+N: <0.002%
Pobór energii: 30 W
Wymiary (S x G x W): 483 x 386 x 76 mm
Waga: 9 kg

Electrocompaniet AW 180
Impedancja wyjściowa: (20 Hz – 20 kHz): < 0,008 Ω
Impedancja wejściowa: RCA 220 kΩ, XLR 110 kΩ
Maks. moc impulsu: > 100 A
Zniekształcenia THD: < 0,001 %
Szum: 400 Hz – 30 kHz: 90 μV, 10 Hz – 30 kHz : 100 μV
Moc znamionowa: 8 Ω / 1x 180 W, 4 Ω / 1×350 W, 2 Ω / 1×650 W
Pobór energii: 115 W (w spoczynku)
Wymiary (S x G x W): 215x470x288 mm
Masa: 22 kg

System wykorzystywany w teście:
– Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Monachium fakultatywnie

Opinia 1

Doskonale zdając sobie sprawę, że fotorelacje z tegorocznego High Endu powoli zaczynają przypominać serialowego tasiemca chcieliśmy wreszcie tę audiofilską sagę (oczywiście mówimy o sezonie 2016) zakończyć. Po kameralnym hifideluxie i oszałamiającej różnorodności MOCa przyszła pora na coś innego – pokazy fakultatywne i zamknięte prezentacje prasowe. Oczywiście nie będziemy zaklinać rzeczywistości i iść w zaparte, że to jedyne spotkania „klubowe” w jakich podczas trzydniowego wystawowego maratonu odbyliśmy w Monachium, ale uznaliśmy, że warto wyodrębnić akurat te a nie inne, gdyż obrazują one główne idee, pewne schematy z jakimi z reguły można się spotkać udając się na największą wystawę audio na świecie.

Patrząc na chronologiczny bieg wydarzeń imprezą spełniającą powyższe kryteria była … światowa premiera zapowiadanych i wyczekiwanych od zeszłego roku flagowych kolumn topowej serii Bowers&Wilkins, czyli od zawsze budzących dreszczyk emocji i będących mrocznym obiektem pożądania 800-ek, tym razem w wersji D3. Z racji wcale nie tak bardzo odległego testu 802 D3 uzbrojonych w parę 8” wooferów warto nadmienić, iż w najnowszych 800-kach zaimplementowano dwa dziesięciocalowe basówce z Aerofoilu. Niby to tylko 2” na drajwerze, ale jak to się mówi mieć dwa a nie mieć to już cztery, więc i tym razem nawet przez myśl nam nie przeszło marudzić. Niewątpliwą ciekawostką jest za to fakt przejęcia z całym dobrodziejstwem inwentarza od niższego modelu sekcji średnio – wysokotonowej. Aby odnaleźć różnice trzeba sięgnąć głębiej – do zwrotnic, które nie dość, że zostały przeprojektowane, to jeszcze użyto w nich m.in. wyższej klasy kondensatorów. Oczywiście większość detali z reguły z pietyzmem poukładanych na fabrycznych stojakach i półkach była dostępna do tzw. pomacania w formie zawczasu przygotowanych sampli.

Jednak w ekskluzywnych, klasycznych wnętrzach monachijskiego Bayerischer Hof nie tylko poddawani byliśmy marketingowej indoktrynacji i mamieni nowymi – lepszymi elementami konstrukcyjnymi, lecz również mogliśmy podczas kilkunastominutowych sesji przekonać się na własne uszy jak 800-ki grają. Pomijając zupełną przypadkowość pomieszczenia o całkowicie nieznanej sygnaturze i akustyce spokojnie, na podstawie raptem bodajże pięciu fragmentów jasnym dla nas stało się, że najnowsze flagowce (pomijając Nautilusy) oferują wszystko to, czym podczas testów zachwyciły nas 802-ki, lecz z większym wolumenem i większą, silniejszą intensywnością. Czy to dobrze, czy nie jest to brzmienie zbyt przesadzone? Na chwilę obecną trudno wyrokować, aczkolwiek jedno  wiemy na pewno – będziemy starali się jak diabli, żeby 800-ki koniec końców u nas na dłuższą chwilę stanęły  a dysponując zapleczem sprzętowym, jakiego użyliśmy podczas odsłuchów mniejszego rodzeństwa nie powinno być problemów z bardziej konstruktywnymi wnioskami.

Kolejny fakultet zaplanowany został na piątkowe wczesne godziny wieczorne, co pozwoliło nam na spokojne odwiedzenie wcześniej upatrzonych systemów. Zatem chwilę po osiemnastej, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udaliśmy się wraz z polskim dystrybutorem marki (o której za chwilę) – warszawskim Sound Clubem na spotkanie z mrocznym i tajemniczym światem pro-audio w którym coraz odważniej sobie poczyna Trinnov Audio dostarczając najnowszej generacji procesory do obróbki coraz bardziej wyżyłowanych i gęstszych cyfrowych formatów audio. Jak się bardzo szybko okazało tym razem nie chodziło o mniej bądź bardziej statyczną prezentację opartą na marketingowych sloganach, lecz na organoleptycznym, możliwie najbardziej intensywnym poznaniu podstaw cyfrowego masteringu. O czym mowa? Ot choćby o krytycznym i fundamentalnym znaczeniu miejsca odsłuchowego, odpowiednim dobraniu głośników i, co oczywiste z potężnych możliwości najnowszych zdobyczy techniki. W tym celu licznie przybili z najodleglejszych zakątków świata przedstawiciele prasy i dystrybutorów zostali podzieleni na niewielkie grupy i po poprowadzonej na kompletnym luzie mowie wstępnej i wybornym posiłku udaliśmy się ku mrocznym kazamatom, czyli zlokalizowanemu w podziemiu budynku MSM pomieszczeniu głównego masteringowca.

Imponująca konsoleta, rozpięty za frontami ekran i nagłośnienie (kolumny) ze stajni PMC wspomagane dwoma subwooferami n demonstracyjnych samplach Dolby Atmos sprawiały całkiem przyjemne wrażenie.  Wszyscy jednak wiemy jak to jest z samplerami, więc w ramach pokazu możliwości używanej elektroniki (m.in. Trinnova), jak i umiejętności ekipy MSN sięgnięto po wybitnie nieaudiofilskim materiał z klubowego koncertu hard rockowej formacji Michael Schenker Group. Osoby spodziewające się wycyzelowanych, barokowych treli miały co prawda przez większość prezentacji nietęgie miny, ale ja byłem bardziej niż usatysfakcjonowany, tym bardziej, że mając do wglądu typową surówkę i efekt finalny wcale nie zazdrościłem masteringowcom długich godzin spędzonych na mozolnych próbach stworzenia czegoś co najmniej sensownego nieraz z … niczego. A mówią, że z próżnego nawet Salomon nie naleje, a w Monachium jak się uprą to zrobią ;-)

Rola ostatniej po omówienia  przypadła zamkniętej sesji prasowej Brinkmanna, na której mogliśmy przez blisko godzinę raczyć się i do woli dokonywać porównań pomiędzy standardowymi plikami FLAC a ich najnowszymi wersjami wzbogaconymi o technologie MQA™. Aby wszystko doszło do skutku ekipa Brinkmann Audio zaprezentowała podczas HIGH ENDu nowość w swojej ofercie – Nyquist czyli lampowy DAC z obsługą MQA™. Oczywiście nie samymi nowalijkami człowiek, żyje, więc swoje najnowsze dziecko fachowcy z Brinkmanna nauczyli poprawnie interpretować i dekodować nie tylko sygnały PCM (do 384 kHz/32 bit), lecz również DSD i to aż do DSD 128 włącznie. Co istotne tytułowy DAC posiada modułową budowę i odpowiednio przygotowaną architekturę, więc w przypadku kolejnych nowości rozbudowanie go/wymiana starszej genercji modułów na nowsze staje się dziecinnie prosta, tak samo z resztą jak upgrade stosownego oprogramowania. Zamiast jednak prowadzić czysto akademicką dyskusję wspomnę tylko, że Nyquist jest również RoonReady™, a biorąc pod uwagę zamieszanie wokół tej usługi warto trzymać rękę na pulsie.

Oprócz prototypowego egzemplarza Nyquista w pokoju E108 (Atrium 4) dane nam było zapoznać się z możliwościami sonicznymi zestawu, w którego skład weszły gramofon Brinkmann Spyder z 10.5″ ramieniem, przedwzmacniacz gramofonowy Edison, przedwzmacniacz liniowy Marconi i kolumny Vandersteen  5A Carbon z firmowymi końcówkami mocy Vandersteen M7-HPA. Całość została ustawiona na stolikach HRS i okablowana przewodami Audioquest.
Efekt takiej sprzętowej kompilacji przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, gdyż „Riders On the Storm” The Doors wywołał gęsią skórkę a odgłos padającego deszczu spowodował nerwowe spoglądanie w kierunku okien. Takiej przestrzeni i holograficznej sceny dźwiękowej dawno nie słyszałem. A jeśli zaś chodzi o przewagę MQA™ nad zwykłymi FLACami, to … ja poproszę MQA™ i to prędziutko, najlepiej na wczoraj. Po prostu więcej muzyki w muzyce. Wielkie brawa.

I tym optymistycznym akcentem pragnąłbym zakończyć swój cykl monachijskich opowieści oddając głos Jackowi, który też przygotował kolejną porcję własnych impresji. Do zobaczenia w przyszłym roku.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Sądzę, że niewielu z Was zdaje sobie sprawę, iż niedawno zakończona i oczywiście opisana na naszych łamach wystawa w Monachium dla wielu producentów bardzo często jest fantastycznym wabikiem na przybywających tłumnie recenzentów. Co w ten sposób chcą ugrać? To chyba oczywiste. Przecież prawie niemożliwością jest zaprosić wszystkich wartościowych branżowców na zamknięte prezentacje do swoich rodzimych, porozrzucanych po całym świecie siedzib. Raz, że to generuje spore koszty logistyczne, ale chyba ważniejszym jest drugi argument w postaci dobrania pasującego wszystkim zainteresowanym stronom terminu takiej eskapady. Tak więc, wykorzystując prezent w postaci MOC-a organizują w wynajętych salach hotelowych lub innych przybytkach bardzo mocno ukierunkowane na dany produkt prelekcje odczytowo-odsłuchowe. I taki wspomniany przed momentem los w tym roku spotkał również nas. A żeby nie było zbyt łatwo, podczas trzech dni zaliczyliśmy dwie podobne imprezy, z czego pierwsza była ilustracją historii powstania obecnego flagowego  modelu 800 D3 znanej z produkcji kolumn marki Bowers & Wilkins, a druga wypadem do zlokalizowanego w Monachium studia „MSM” wyposażonego w wyprodukowane przez brand Trinnov Audio procesory obróbki filmowego dźwięku dookólnego Dolby Atmos.

B&W
Jak zapewne wiecie, serię 800 w drugiej od góry wersji (802 D3) mieliśmy już u siebie na testach. Jednak bez względu na fakt naszej pełnej satysfakcji ze sposobu generowania dźwięku przez modele z tej linii nie mogliśmy przepuścić oficjalnego pokazu flagowca w postaci modelu 800 D3. Tak więc, gdy dotarło do nas oficjalne zaproszenie, z dużą przyjemnością odwiedziliśmy ociekający złotem monachijski Bayerischer Hof. Oczywistą sprawą jest, iż początek imprezy przyniósł garść wiadomości o historii firmy i ewolucji będących dzisiaj w ofercie marki modeli kolumn. Nie powiem, dzięki dzieleniu krótkimi filmikami słowotoku przybyłych z fabryki prelegentów czas spędzony przy stolikach mijał zaskakująco szybko. Ale to nie był jedyny powód braku oznak monotonii tej pogadanki, gdyż wszelkie niuanse dotyczące budowy poszczególnych elementów dokumentowano organoleptycznie przy pomocy konkretnych półproduktów lub gotowych komponentów. I tak począwszy od wałka aluminium, z którego docelowo powstaje korpus głośnika wysokotonowego, przez membranę i obudowę średniotonowca, po głośnik basowy mieliśmy okazję dotknąć i zajrzeć w najskrytsze konstrukcyjne zakamarki każdego z tych elementów. To dla postronnego czytelnika może wydawać się niczym nadzwyczajnym, jednak gdy staniemy przed taką ofertą, nagle okaże się, że gdzieś w zakamarkach naszej świadomości budzi się będąca synonimem młodości zaprogramowana w nas przez Adama Słodowego chęć majsterkowania.

Po tej owocnej w doznania natury dotykowej części spotkania przyszedł czas na oczarowanie nas dźwiękiem. Nie, to nie jest słodzenie na wyrost, tylko pełna świadomości informacja, którą na własnym organizmie w moim systemie jakieś pół roku temu miałem szansę skonfrontować. Jednak tym razem były dwie niewiadome. Jedna, to pomieszczenie zmuszone do poradzenia sobie z niewątpliwie dużymi podłogówkami, a drugim znakiem zapytania była co prawda znana, ale tylko z wypraw do kolegów elektronika Classe. Efekt? Bardzo podobny do tego, co zaznałem u siebie, czyli fantastyczna prezentacja sceny z pełną kontrolą niskich tonów. Co ważne, ku mojemu zaskoczeniu mimo uchodzenia współpracującej tego dnia z 800-kami elektroniki za dość chłodną, przekaz temperaturowo nie dobiegał od zapamiętanego z mojej przygody, a to pokazuje klasę kolumn reagujących podobnie w dziedzinie sposobu  prezentacji sceny muzycznej w różnych konfiguracjach. Kończąc relację ze spotkania z marką B&W chciałbym pochwalić zespół przygotowujący pokaz za fantastyczne dobranie materiału muzycznego. Nie było żadnej przypadkowości, tylko przy pomocy odpowiedniego materiału konsekwentne punktowanie najważniejszych walorów kolumn, a chyba o to w takich spotkaniach chodzi.

Trinnov Audio w studiu MSM   
To również wbrew pozorom było bardzo ciekawe wydarzenie. Co prawda podobnie do wypadu na Bowersa wiązało się z opuszczeniem przez nas wystawy, ale tuż przed zakończeniem dnia, nie powodując kolizji czasowych z wcześniejszymi planami. Tym razem nie był to hotel, tylko usytuowany w niskiej zabudowie, a dokładniej mówiąc na parterze i w piwnicy znajdującego się nieopodal starówki domu. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że owo studio może pochwalić się sporą ilością zrealizowanych dźwiękowo przez siebie filmów, dokumentując to wywieszonymi na ścianach kilku pomieszczeń gablotami z poszczególnymi okładkami płyt. Nie zdradzę chyba tajemnicy, że początek obfitował w kilka swobodnych przemówień odpowiedzialnych za poszczególne piony w odwiedzanej firmie przedstawicieli, by po podziale na grupy udać się do konkretnego studia masteringowego.

Tutaj muszę się przyznać, iż po cichu liczyliśmy z Marcinem na pokaz możliwości i sposobu obróbki materiału stereofonicznego, ale wizyta w reżyserce obrabiającej dźwięk filmowy również zaowocowała odpowiednim pakietem przyjemności. Co takiego ciekawego pokazali nam panowie z MSM? Teoretycznie niewiele, ale kilka taktów materiału przed  i po obróbce dało pełen obraz, z czym trzeba się zmierzyć. Co więcej, był to szaleńczy koncert podczas którego mieliśmy okazję sprawdzić, jak ważne jest miejsce odsłuchu  czy to podczas przygotowywania materiału muzycznego, jak również jego odsłuchu w warunkach domowych. Teoretycznie nie dowiedzieliśmy się niczego więcej niż wiedzieliśmy, jednak dotychczas były to jedynie gdzieś zasłyszane lub przeczytane pobieżne informacje, co teraz nausznie mogliśmy zweryfikować. Dodatkową ciekawostką tej wizyty było potwierdzenie faktu wykorzystywania kolumn marki PMC we wszelkiego rodzaju studiach, których jednym z przedstawicieli było to opisywane. Puentując to drugie wydarzenie powiem Wam, że słuchanie końcowego efektu pracy takich studiów jest zdecydowanie bardziej przyjemnym zajęciem, niż sam proces masteringu. Gdy jesteś potencjalnym słuchaczem, wszystko dobrze przyrządzone masz podane na tacy, a gdy jesteś specem od obróbki, często dostajesz tak marną surówkę do poprawki, że najnormalniej w świecie chce się płakać. Na chwilę obecną, ja wolę słuchać, niż martwić się co zrobić by było dobrze.

Na tym zakończę to sprawozdanie ze wspomnianych poza-wystawowych występów. Początkowo martwiliśmy się, czy nie będzie to dla nas czas stracony. Przecież pojechaliśmy w konkretnym celu, jakim był MOC, a nie latać po mieście. Jednak dogłębna analiza za i przeciw okazuje się być bardzo pozytywna w skutkach, gdyż oprócz bezpośredniego poznania nowości mogliśmy porozmawiać o tym z zajmującymi się wspomnianymi rzeczami ludźmi, a to zawsze jest bardzo cenne. Kończąc tę podwójną relację chciałbym podziękować polskim dystrybutorom za zaproszenie na opisane wydarzenia, gdyż w pewien sposób przybliżyło to nas do dwóch teoretycznie odległych, ale w konsekwencji spotykających się w naszych domostwach światów obróbki i generowania dźwięku.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

AURALIC ALTAIR

AURALIC Limited podczas Targów HI-End Show w Monachium zadebiutowało z nowym, najwyższej jakości streamerem z DAC. ALTAIR to w pełni funkcjonalny DAC i Streamer opracowany zgodnie z potrzebami użytkowników.

ALTAIR może działać jako łatwy w użyciu „Home Music Center” z ponad 15-toma źródłami sygnału w tym: Network Shared Folder (NAS), Pamięć USB, Wewnętrzna Pamięć (opcjonalne), UPnP/DLNA media server, TIDAL and Qobuz streaming, Internetowe Radio, AirPlay, Bluetooth, Songcast i RoonReady oraz wykorzystując fizyczne złącza: Cyfrowe Wejścia: AES/EBU, Coaxial, Toslink, USB do komputera, 2 Hosty USB oraz DAC, RJ45 Gigabit Ethernet i trzy zakresowe WiFi 802.11 B/G/N/AC.

Xuanqian Wang, prezes i dyrektor generalny AURALiC, powiedział: „Nowy ALTAIR jest zarówno wysokiej jakości streamerem jak i DAC, zaprojektowanym w oparciu o informacje zwrotne od dealerów, jako wyjątkowo wygodne cyfrowe źródło sprzętowe w przedziale cenowym 1800–2000$.” „Niektórzy mogą uznać to jako połączenie Vega ARIES lub ulepszonej wersji MINI z wejściem cyfrowym. Jednak ALTAIR jest zdecydowanie czymś innym – rozszerzeniem linii produktowej.
Nie zastąpi MINI ani wielokrotnie nagradzanego DAC AURALiC Vega czy też Streamerow serii Aries. Wszystkie one stanowią najwyższy poziom jakości dźwięku”.



Innymi słowy ALTAIR to ARIES i VEGA w jednym, ale z pewnymi sonicznymi kompromisami, aby zredukować cenę dla klienta. Femto Clock, który jest w ALTAIR nie jest tej samej klasy co VEGA. Brak również wyjść klasy A. ALTAIR ponadto może zmieścić wewnętrzny dysk 2,5” wysokości do 12,5mm gdzie MINI może zmieścić jedynie dysk twardy 2,5” do wysokości 9,5mm.

ALTAIR Streaming DAC wykorzystuje wielokrotnie nagradzaną technologię Lighting. Wprowadzona na rynek w 2014 roku, jest pierwszą technologią streamingu w przemyśle audio , który obsługuje odtwarzanie poprzez sieć WiFi plików DXD i Quad-Rate DSD. Oferuje także kilka nowych, zaawansowanych funkcji, takich jak odtwarzanie bez przerw (Gapless), Playlisty na odtwarzaczu i funkcję Multi-room, a w ramach trwającego programu wsparcia, AURALiC oferuje regularne aktualizacje, które pobierają się w tle.

Memory Playback – Odtwarzanie z pamięci to najnowsza funkcja dodana do zastosowanego w technologii Lighting streamingu, pozwala ALTAIR pobierać i buforować całą ścieżkę w pamięci lub z systemu magazynowego z wyprzedzeniem, aby poprawić jakość dźwięku, a także grać lokalnie, bez konieczności przesyłania danych w sieci.
Korzystając z aplikacji Lighting DS, można również przesyłać strumieniowo muzykę z Tidal, Qobuz i słuchać radia internetowego w dowolnym momencie. AirPlay, Bluetooth i funkcja Songcast zapewniają alternatywne sposoby strumieniowania ulubionej muzyki z Apple Music, Spotify i innych dostawców usług za pośrednictwem smartfona lub komputera.
Funkcja przesyłania strumieniowego Altaira obsługiwana przez Lighting DS, sterowana jest przez aplikację AURALIC dostępną na platformie iOS. Wersje Windows i Android są w fazie rozwoju i powinny pojawić się w ciągu miesiąca. Altair jest również kompatybilny z aplikacjami innych producentów czy też oprogramowaniem sterującym UPnP do odtwarzania.
ALTAIR działa również jako punkt końcowy RoonReady do korzystania z oprogramowania Roon, zmieniając całkowicie sposób odkrywania i słuchania muzyki. Pozostałe źródła to AES / EBU, złącze koncentryczne i Toslink oraz złącze USB do komputera pracującego jako samodzielny DAC USB.
Przy zakupie ALTAIR od dealera, można dodać opcjonalny dysk twardy 2,5 cala lub SSD jako wewnętrzną pamięć na pliki muzyczne, podnosząc w ten sposób ALTAIR-a do pełnej funkcji serwera muzycznego. Zawsze można też kupić samego ALTAIR-a i zamontować samemu pamięć wewnętrzną.
Kosmetycznie, nowy ALTAIR dzieli tę samą obudowę z VEGA DAC, w tym wyświetlacz OLED 512×64 (choć sama treść komunikatów jest inna od VEGA ). Gniazdo słuchawkowe znajduje się na przednim panelu.

AURALiC Tesla Platform
ALTAIR jest opracowany na platformie sprzętowej Tesla. ALTAIR zawiera procesor Quad-Core Cortex – A9 1 GHz, 1 GB pamięci DDR3 na pokładzie oraz 4GB pamięci systemowej. Platforma Tesla posiada zdolność obliczeniową 25.000 MIPS. AURALiC wybrał tę platformę dla swojej elastyczności i długoterminowego wsparcia technicznego. Wszystkie nowe funkcje mogą być dostarczone poprzez automatyczne aktualizacje online bez konieczności ingerencji użytkownika.

Femto Master Clock
Podwójna częstotliwość zegara Femto wewnątrz ALTAIR jest specjalnie zaprojektowana i zoptymalizowana pod kątem jego układu ESS Sabre DAC: z jedną częstotliwością do odtwarzania muzyki z jakością próbkowania, która jest wielokrotnością 44.1kHz, oraz drugą dla 48kHz, umożliwiając ALTAIRowi odtwarzanie z najwyższą precyzją zegara (równoważnym znanemu z Vegi trybowi ” exact”) bez żadnych ubytków. Femto Master Clock, który jest zasilany przez bardzo dobry zasilacz 9uV, ma bardzo niską wydajność szumu fazowego. Ma nie tylko dramatycznie niski poziom szumu fazowego, który jest zaledwie na poziomie -151dBc/Hz, ale także doskonałe przesunięcie poziomu szumu przy 100Hz, który jest na poziomie tylko -115dBc/Hz. Dzięki zegarowi tak wysokiej wydajności, ALTAIR umożliwia odtwarzanie muzyki żywej, szczegółowej, z dużą i naturalną sceną.

Linear Power Supply
Coraz więcej użytkowników DAC w tym przedziale cenowym rozpoczyna swoją przygodę od zmiany dedykowanego zasilacza na lepszy. AURALiC obstaje przy zastosowaniu wysokiej wydajności zasilania liniowego Purer-Power ™ zastosowaną w ALTAIR. Dzięki tej technologii „brudny” prąd idzie najpierw do modułu oczyszczania mocy i prądu. Przez to hałas zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz częstotliwości dźwięku można zmniejszyć nawet o 90dB. Oczyszczone zasilanie jest następnie przekazywane do wysokiej jakości transformatora z żelaznym rdzeniem, specjalne wykonanym z przeznaczeniem dla AURALIC. Unikalne okablowanie zapewnia zerowe wibracje i bardzo niski poziom szumów , aby uniknąć wpływu na dźwięk z obwodu elektrycznego.
W porównaniu do konwencjonalnego zasilacza, który generuje zakłócenia w szerokim paśmie i jest trudny do wyeliminowania, dyskretna część zasilacza AURALiC zasila obwód analogowy – chip DAC z zadziwiającym niskim poziomie szumów, który jest poniżej 1uV (1uV = 0.000001V), dzięki czemu ALTAIR to doskonałe narzędzie, aby na nowo odkryć swoją muzykę z większą ilością szczegółów.

Flexible Filter Mode
ALTAIR posiada cztery tryby pracy filtra , który umożliwia swoim użytkownikom dostosować dźwięk do swoich osobistych preferencji. Te tryby filtrów zostały opracowane z dobrze znanym trybie „Flexible Filtr AURALiC” w procesorze VEGA Digital Audio, z których każda zawiera kilka filtrów cyfrowych zoptymalizowanych pod kątem odpowiedniej częstotliwości próbkowania.
Tryb filtra Elastycznego „Flexible Filter Mode” został opracowany w ramach subiektywnego odczucia słuchowego AURALiCa i obiektywnych danych testowanych modeli, aby zoptymalizować wrażenia słuchowe dla różnej muzyki, w różnym formacie.
Tryb „Precise” wykazuje doskonałą jakość, natomiast tryb „Smooth” jest lepszy dla ogólnego zadowolenia, gdyż nie ma efektu „pre-ringing”. Pozostałe dwa tryby, „Dynamic” i „Balance” są zoptymalizowane dla różnych formatów muzycznych.

AURALiC ALTAIR powinien trafić do sprzedaży jeszcze w lipcu 2016 roku. AURALiC ALTAIR dostępne będą do testów w wybranych sklepach Audiokracja w Polsce. Cena detaliczna AURALiC ALTAIR to 8900 PLN z 23% VAT.

SPECYFIKACJA TECHNICZNA
Pasmo przenoszenia: 20 – 20KHz +/- 0.1dB *
THD + N: <0,001%, 20Hz-20KHz przy 0dBFS
Zakres dynamiki: 121dB, 20Hz-20KHz, A-ważone
Streaming Wejścia
Network shared folder
USB drive
Internal music storage**
uPnP/DLNA media server
TIDAL and Qobuz streaming
Internet Radio
AirPlay
Bluetooth
Songcast
RoonReady
Wejścia cyfrowe
1 * AES / EBU
1 * koncentryczny
1 * Toslink
1 * urządzenie USB do komputera
2 * host USB do przechowywania i DAC
1 * RJ45 Gigabit Ethernet
1 * 802.11b / g / n / ac Dwupasmowy bezprzewodowy
Wyjścia analogowe
1 * XLR (wyjście impedancji 10ohm)
1 * Single-ended RCA (impedancja wyjściowa 50ohm)
1 * 6,35 mm Gniazdo słuchawkowe
Obsługiwane typy plików
AAC, AIFF, ALAC, APE, DIFF, DSF, FLAC, MP3, OGG, WAV, WMA i WV
Obsługiwane formaty cyfrowe
Wszystko PCM z 44,1 kS / s do 384KS / s 32bit ***
DSD64, DSD128, DSD256 ***
Napięcie wyjściowe: 2Vrms
Oprogramowanie kontrolne
AURALiC Lightning DS dla iOS
AURALiC RC-1 pilot zdalnego sterowania
OpenHome zgodne oprogramowanie
uPnP AV zgodne oprogramowanie
Wyświetlacz urządzenia: 512×64 pikseli wyświetlacz OLED
Pobór energii
Uśpienia: <10W
Odtwarzanie: 35W przy max.
Wymiary: 11”W x 9”D x 2.6”H (33cm x 23cm x 6.5cm)
Waga: 3,2kg (7lbs)

* Testowany w trybie filtra „Precise” dla wszystkich częstotliwości próbkowania
** Po zainstalowaniu opcjonalnego 2,5-calowy dysk twardy lub SSD
*** 352.8KS / s, 384KS / s oraz przesyłania strumieniowego przez DSD i tylko USB
*** 32bit za pośrednictwem transmisji strumieniowej i tylko USB

Wszystkie specyfikacje mogą ulec zmianie bez powiadomienia

Dystrybutor: MIP

  1. Soundrebels.com
  2. >

Quintessentially Lifestyle Poland

Opinia 1

W miniony czwartek Quintessentially Lifestyle Poland wespół ze swoimi biznesowymi partnerami przygotowały „późną herbatkę” mającą na celu przybliżenie idei i głównych założeń Quintessentially. Aby całości nadać odpowiednią oprawę a licznie przybyłym gościom dać okazję do zasmakowania luksusu i unikalności oferowanych przez ww. organizatora usług pierwszą część eventu zorganizowano na terenie Ambasady Wielkiej Brytanii a drugą w ekskluzywnych wnętrzach warszawskiego Hotelu Bristol. Trzymając się zatem chronologii należałoby wspomnieć, iż tzw. Royal High Tea w odróżnieniu od standardowej popołudniowej herbatki może być (i tak też było tym razem) urozmaicana kieliszkiem rozleniwiających „bąbelków”. I w tym momencie wkraczamy we wspomniany świat luksusu i sfer wyższych, gdyż do klasycznych brytyjskich przekąsek serwowany był trunek wielokrotnie wybierany przez Jej Wysokość Królową Anglii – brytyjskie białe wino musujące Ridgeview Bloomsbury rocznik 2013. Również tytułowa herbata okazała się jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą, na świecie i pochodziła …, wcale nie z Indii, bądź Chin, lecz ze szkockiej plantacji położonej w rejonie Perthshire.

Skoro mowa o luksusie i rozpoznawalności, to z pewnością moglibyśmy wymienić wiele marek z nimi się kojarzących i coś czuję w kościach, że większość z nas w pierwszej piątce, bądź nawet trójce wymieniłaby Ferrari. Skoro zatem dla niewątpliwie szczęśliwych posiadaczy tych dwuśladowych dzieł sztuki dostępna jest, oczywiście świadczona przez Quintessentially, usługa Ferrari Consierge to i przed wejściem nie mogło zabraknąć dwóch przykuwających wzrok i rozpalających zmysły … egzemplarzy – ponadczasowo czerwonej Californii T i głęboko szafirowego 488 spider.

Niezwykle miłym audiofilskim akcentem była obecność naszej rodzimej marki Ardento, której dyskretnie ustawiony w hallu system z powodzeniem sprawdzał się w roli generatora muzycznego i adekwatnego do zastanych okoliczności tła. Fortepianowe „boczki”, możliwość customizacji plus świadomość posiadania czegoś na prawdę unikalnego idealnie wpisywały się w klimat „herbatki”.

Pomimo dość leniwej i niezobowiązującej atmosfery nie mogło zabraknąć choćby symbolicznej części oficjalnej. Licznie przybyłych gości ciepłymi słowami powitali zatem Ambasador Brytyjski w Polsce Pan Jonathan Knott, Prezes Quintessentially Lifestyle w Polsce Pan William Devine i Wiceprezes Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej Pan Nicholas Richardson.

Potem było już tylko lepiej. Bynajmniej nie chodzi o to, że wcześniejsze punkty programu miały jakieś niedoskonałości, bo takowych nie zauważyliśmy a np. w Ferrari zaskoczyła nas nie tylko fakt istnienia, ale i całkiem akceptowalna pojemność bagażnika, lecz o zjawisko przejścia z poziomu konsumpcji do stanu kontemplacji przy nader miłych dźwiękach serwowanych przez śpiewającą lekkie, łatwe i przyjemne standardy („Tea for two”, a następnie repertuar Joni Mitchell) Monikę Borzym.

Ciężkim grzechem zaniedbania byłoby w takim momencie przerywać jakże miło rozpoczęty wieczór, więc całe rozbawione towarzystwo zostało nad wyraz sprawnie przetransportowane zapobiegliwie podstawionymi taksówkami Ecocar na Krakowskie Przedmieście do Hotelu Bristol, gdzie czekały kolejne atrakcje.
Czas oczekiwania na przybycie wszystkich gości i dalszą część atrakcji uprzyjemniał świetnie zaopatrzony bar, w którym fachową poradą służyli Panowie z M&P Alkohole i Wina Świata.  Oprócz standardowo serwowanych przy tego typu okazjach win (m.in. cytrusowe i świetnie orzeźwiające Chardonnay) można było podjąć wyzwanie i własnymi kubkami smakowymi poznać bogactwo smaków i aromatów bursztynowych destylatów z czterech stron świata. Do wyboru bowiem były takie specjały jak szkocki Glendronach 12 YO, irlandzki The Irishman Founders Reserve, japońska All Malt Nikka, indyjski Paul John Single Malt i klasyczny amerykański Buffalo Trace Kentucky Straight Bourbon Whiskey. Krótko mówiąc do wyboru, do koloru i co ciekawe również Panie z wielkim zainteresowaniem nie tylko słuchały opowieści o każdym z trunków, ale i degustowały małe co nieco.

Ostatnim punktem (oficjalnego) programu był koncert Michała Urbaniaka i jego gości specjalnych. Nie czas i nie miejsce na osobne biografie, gdyż samo suche wylistowanie, gdzie, z kim i kiedy grał Pan Michał zajęłoby kilka stron, więc w telegraficznym skrócie wymienię tylko kto na scenie się pojawił. A byli to: Michael Patches Stewart, Femi Temowo, Marcin Pospieszalski, Patrycja Zarychta, Michał Dąbrówka i Marek Pędziwiatr. Robi wrażenie? To jednak nic – trzeba było po prostu ich posłuchać. Fenomenalna, spontaniczna i nieprzewidywalna muzyka z jednej strony opierała się na improwizacji, lecz ta z kolei wynikała z wirtuozerii obecnych na scenie muzyków. To był prawdziwy jazzowy dynamit.

Serdecznie dziękując za zaproszenie uczciwie muszę przyznać, że niezmiernie cieszy mnie fakt, iż ekskluzywność i wyjątkowość oferty Quintessentially Lifestyle Poland przejawia się nie tylko aprecjacją materialnych dóbr doczesnych, lecz również promocja kultury wyższej, do jakiej muzyka niezaprzeczalnie należy.

Marcin Olszewski

Opinia 2

No cóż, po ukazujących się co jakiś czas na naszych łamach pisanych luźnym słownictwem lifestyle’owych tekstach z wizyt na festiwalach alkoholi, pokazach mody, czy wymagającego już nieco ogłady eventu polskiego przedstawicielstwa Sotheby’s International, przyszedł czas na bezwarunkowe przywdzianie garnituru.  I nie chodzi tylko o sam wygląd na imprezie – chociaż po zapoznaniu się z informacjami zawartymi w dzisiejszej relacji sami stwierdzicie, iż ów wymóg również wchodził w grę, ale również stylistykę pisania. Dlaczego? Przyczyna jest prozaiczna, gdyż ostatnio odwiedzone i obecnie relacjonowane przez nas wydarzenie swój oficjalny początek miało w Ambasadzie Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii, a to dla większości choćby minimalnie zorientowanych w kindersztubie osobników jest abecadłem dobrego smaku, tym bardziej, że byliśmy oficjalnymi gośćmi. Z uwagi na wieloczęściowość całego przedsięwzięcia w dość krótkich (przecież to ma być relacja, a nie doktorat na temat mojego lansu na wykwintnym przyjęciu), lecz za to w miarę treściwych podpisach postaram się przedstawić sfotografowane epizody.

Gdy w czwartkowe popołudnie (19.05.2016r.) przekroczyliśmy progi ambasady, już od samego wejścia witała nas muzyka generowana przez znany dużej ilości miłośników dobrego dźwięku zestaw audio rodzimej marki ARDENTO. Usytuowanie na wprost obrazu z Królową Anglii i pamiątkową tablicą oficjalnego oddania placówki do użytku przez Lecha Wałęsę z pewnością nadawało temu miejscu odpowiedniej dystynkcji, sprawiając nieodparte wrażenie, iż lokalizacja nie była czystym zbiegiem okoliczności. Gdy tylko zdążyliśmy się rozgościć, podczas tej co prawda raczej w tle, ale jednak uczty dla uszu delektowaliśmy się typowym brytyjskim drinkiem, w którego skład wchodziły tak kontrowersyjne dla niektórych dodatki jak ogórek i truskawka. Jednak muzę przyznać, że mimo bardzo odległych konotacji tych produktów w polskim menu, ów swojego rodzaju angielski afrodyzjak zaskarbiając kubki smakowe wespół z polskim zestawem audio uprzyjemniały czas oczekiwania na ostatniego zaproszonego gościa.

Po ugaszeniu pragnienia ciała i duszy melomana, firma Quintessentially Lifestyle w swej dbałości o najdrobniejszy punkt programu nie dając chwili oddechu gromadzącym się gościom zaprosiła wszystkich na co prawda statyczną , ale za to bardzo atrakcyjną wizualnie prezentację samochodów marki Ferrari. Zarezerwowane dla ikony włoskiej motoryzacji czerwień i błękit pojazdów wespół z blondem i kruczą czernią fryzur polskich białogłów bardzo dystyngowanie podgrzewały atmosferę oczekiwania na rozpoczęcie w swych założeniach typowo angielskiego wydarzenia. Co ciekawe, pięknie prezentujące się bolidy bardzo skutecznie zarzucały sieć pragnienia na przybyłych gości obu płci . Oczywiście idąc za złożoną obietnicą specjalnie nie wspominam o wkładzie modelek w proces przyciągania wzroku męskiej publiczności, z czego zapewne znakomita większość czytelników zdaje sobie sprawę.


      
Jak to zwykle bywa, oficjalne otwarcie rozpoczynają najczęściej krótkie, jednak informujące o celu spotkania, dotychczasowych  osiągnięciach i planach na przyszłość przemówienia przedstawicieli zaangażowanych w dane przedsięwzięcie stron. Tak też było i tym razem, a o randze wydarzenia najlepiej świadczył fakt oficjalnego powitania zaproszonych gości przez Ambasadora Wielkiej Brytanii w Polsce Pana Jonathana Knotta. Po krótkim występie Pana Ambasadora głos zabrali jeszcze: Prezes Quintessentially Lifestyle w Polsce Pan William Devine i Wiceprezes Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej Pan Nicholas Richardson.

Po oficjalnym otwarciu rozpoczął się bankiet okraszony typowymi angielskimi przekąskami, musującym winem i uważaną za najlepszą na świcie angielską herbatą w roli głównej. Gdy krótkie wprowadzenie gości w świat powstawania, serwowania i spożywania przywołanej przed momentem Hig Tea dobiegło końca, przebiegający w atmosferze rozmów i spożywania przygotowanych dań czas umilał recital muzyczny młodej piosenkarki Moniki Borzym. Tutaj oprócz samej artystki brawa należą się również dla realizatorów tego mini koncertu, gdyż mimo kolumnowego nagłaśniania występu w przecież niezbyt dużej sali bankietowej udało im się wytworzyć bardzo intymną atmosferę, której notabene wymagał śpiewany z wdziękiem przez Panią Monikę repertuar Melody Gardot. Naprawdę całość wypadła bardzo dobrze, co po każdej piosence obdarowywane było gęstymi brawami.

Kolejnym punktem czwartkowego wieczoru był koncert Michała Urbaniaka z zaproszonymi przez niego gośćmi w warszawskim Hotelu Bristol. Po dotarciu podstawionymi przez organizatorów eventu samochodami Ecocar na Trakt Królewski, po raz kolejny czekała nas miła niespodzianka. Jaka? Tym razem przed główną atrakcją dzięki przedstawicielom sieci salonów alkoholi M&P i prezentowanym przez nich kilku doskonałym destylarniom whisky – ciekawostką i zarazem nowością w ofercie był lekko torfowy trunek z Indii –  mieliśmy okazję rozpieścić swoje kubki smakowe, W tym  momencie ponownie chciałbym wyrazić swoje płynące z tego wieczoru zadowolenie, gdyż mimo, iż od kilku lat jestem stałym bywalcem festiwali organizowanych przez panów z M&P, za każdym razem na stół degustacyjny stawiają ciekawe światowe nowalijki, które tak jak w przypadku wspomnianej Indyjskiej zawsze mile zaskakują.

Niestety gdy rozprawiamy o przyjemnościach typu dobry trunek  czas bardzo szybko mija i nawet się nie obejrzeliśmy, gdy przyszła kolej na znakomitego jazzmana z zespołem. Po kilku rozgrzewających atmosferę utworach, gdzie wykonawcami byli: trębacz Michael Patches Stewart, gitarzysta Femi Temowo, basista Marcin Pospieszalski, perkusista Michał Dąbrówka i pianista Marek Pędziwiatr, na scenę wkroczył sam mistrz – Michał Urbaniak. W skrócie? To był przerywany solowymi występami każdego z mecenasów instrumentu popis idealnej synergii scenicznej pomiędzy występującymi artystami. Ich instrumentalna rozmowa, a czasem wręcz muzyczne przekomarzanie się wprawiały w zachwyt świetnie bawiącą się publiczność. Powiem tak, niespecjalnie lubię głośno słuchać muzyki, ale zajmowane wówczas dość blisko kolumn miejsce w najmniejszym stopniu nie odbierało mi czerpania przyjemności z tak fenomenalnie zagranego repertuaru. I gdy wydawało się, że wszystkie karty zostały rozdane, nagle na scenę wkroczyła kolejna młoda krew polskiej sceny jazzowej w osobie Patrycji Zarychty. To dobitnie pokazało, że Pan Michał dokładnie wie, jak przez cały koncert utrzymywać gorąca atmosferę, za co chylę mu czoła.

To było bardzo zaskakujące – w dobrym tego słowa znaczeniu – czwartkowe wydarzenie. Może nie jestem lwem salonowym, ale kilka podobnych imprez dane było mi zaliczyć, I powiem Wam, tak naładowanego ciekawostkami scenicznymi i fantastyczną ogólną oprawą imprezy do tej pory próżno było szukać w stolicy. Nie wiem, co zrobi konkurencja, ale poprzeczka zawisła bardzo wysoko. Kończąc tę patrząc na ilość doświadczeń bardzo krótką relację chciałbym podziękować organizatorom i gospodarzom imprezy: firmie Quintessentially Lifestyle, Brytyjsko-Polskiej Izbie Handlowej i Ambasadzie Brytyjskiej za zaproszenie. To był bardzo obfitujący w pozytywne bodźce wieczór, którego choćby w połowie życzę wszystkim naszym czytelnikom.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

VTL TL-5.5 Series II Signature & S-200 Signature English ver.

Opinion 1

In the times of progressing, almost omnipresent miniaturization and radicalizing pseudo-ecological lawmaking by the authorities, the ideas, which were driving the High-End are becoming less than popular, if we put it mildly. Interestingly, despite the more and more controversial technological cuts the prices do not become more real, but skyrocket to levels unknown. This results in the fact, that products are positioned in the market is done based on the price asked for it, and not by its sound. This is s a pathological state, and there should be no consent for this from the consumers. But the question is, what can a consumer do? Protest and do not upgrade his system, against the odds? This would be an utopia. A much better solution is to do a research and select a (narrow) set of brands, the last ones that stayed true to their initial ideals. One of those, at least with a great dose of probability, will be the American VTL. At least we would name this brand when asked, so when we got the opportunity, due to the courtesy of the distributor – the Warsaw Hi-Fi Club, we decided to verify our assumptions and confront them with the real thing, testing the separated amplification composed of the TL-5.5 Series II Signature preamplifier and a stereo power amplifier S-200 Signature.

I mentioned miniaturization in the beginning of the previous paragraph on purpose, because the VTL are exactly the opposite. Instead of the almost desktop, D-class, ecological pancakes, we get almost 60 kg of beautiful, current drawing and heat generating iron boulder.
Starting with the preamplifier you can clearly see, that during the design phase, there not too much care was taken about usage of materials, so the chassis made from scratched aluminum has a significant size (44.45 x 44.45 x 12.06 cm), so it takes a lot of sweat to put in a standard audio rack. But why would you do that, as despite its size the TL-5.5 Series II Signature does not look clumsy or heavy. In contrary. The two silver parts of the front delicately come together in about two third of its height, and the additional, lower belt, anodized black, makes the whole look lighter and more delicate than in reality. In addition placing thirteen (!) buttons on the front panel and a small volume knob composed into the black frame surrounding the blue display might seem a breakneck idea, but in fact this design is far from being messy or crowded. Even the sapphire LEDs indicating the active input, placed above the respective selector buttons, do not irritate during nightly listening, as they are not overly bright. The massive side panels give the whole chassis needed stiffness, and the perforated top cover allows for efficient cooling. The back panel leaves any doubt away that we deal here with a “toy” from higher levels, as we have eight line inputs at our disposal, two of them being available in both XLR and RCA version. Similar with the outputs – there is a doubled pair with a tape loop in addition to that. Typical for products from across the ocean, there are also trigger ports and a RS-232 interface port.
Although the TL-5.5 is only the second from the bottom of the catalog in the VTL line-up, yet from the external design, and more important, from the inner construction it is closer to the “older” brethren than the entry-level TL-2.5i. It is not only a fully tubed construction (2x12AU7 and 4x12AT7) but also fully balanced and with a low-level negative feedback loop based on a low-noise microprocessor. Additionally, you can also add the optional phonostage module to the unit, which was initially offered with the TL-6.5.
The stereo power amplifier S-200 Signature is a true toy for the big boys. It weighs almost 50kg, and it also looks like an electric oven. Maybe this is not a very serious association, but the massive aluminum front with a centrally placed window allowing to peek inside and see the glowing tubes makes it happen. Centrally, below the window, there are three buttons allowing us to control the device – the power switch, a mode switch that places the unit in triode or tetrode mode, and that on-the-fly!, and a mute button.
The top cover, or rather a monstrous c-profile that is used as the cover, is quite heavily cut, and has bolted access holes made in it, which allow for easy access to the twelve tubes hidden inside (8×6550 or KT-88, 2z12AT7 and 2x12BH7). The back plate, typical for tube amplifiers, has the utility part only in a flat row on the bottom. The single wire terminals are equipped with collars, which make me overly aggressive, so if you have spade terminated wiring at hand, you should make sure, that your spouse and children are far away, so they will not hear the arsenal of bad words you have at hand. Similar to the preamplifier the power amp is also balanced, so the inputs are available in form of XLRs and RCAs, and you chose the right input via a small switch placed between them. There is also a central IEC power socket, in the 20A version. The manufacturer did also not forget about the trigger socket.
With regard to the tubes, the manufacturer allows to use both kinds – 6550 or KT-88. We got a version stuffed with eight 6550 Electro-Harmonix, and to minimize the influence of cabling, we also got a set of Transparent Powerlink MM2 cables to use with them.

The set I got for testing was already burned it, so I did not need to test my patience with the VTL and could start listening already after just a dozen hours of accommodation. To not to follow the common paths and immediately verify the opinions about above average dynamics of the American set I took the dark and nostalgic album “Aventine” Agnes Obel. Working in tetrode mode and as such able to provide 200W the eight 6550 tubes got my Gauder speakers in an iron grip and did not loosen it from the first to the last note. You could feel the tube homogeneity in the sound, which only the best solid state amplifiers can provide, yet the drive, contour and precision were much closer to such constructions. Is this bad? Absolutely not, as you need to remember, that at this price level, we do not discuss good against bad, but only about fitting in someone’s taste. In addition, the collusive borders between “tube sound” and “solid state sound” are far behind us. So when we leave behind our wrong habits and expectations, we will be able to look wider and more objectively on our tested device. The slightly glassy and matted voice of the vocalist was presented in a very realistic and objective way. It turned out, that you do not need to oversaturate and boost the midrange to be happy. It was enough to have an almost organic coherence and precise drawing of the contours of the virtual sources combined with an incredible volume of the reproduced sounds. A derivative from those assets is the very spacious sound stage, where each of the musicians has enough space, to not to land on each other’s knees, even when getting carried away with stage fever. To be able to assess this aspect further, I changed the repertoire slightly to “Shrine of new Generation Slaves” Riverside. Prog-rock, sometimes rough and for sure complicated rhythms, with their intrinsic finesse, of the Polish band, sounded on the tested system with might and verve, not seen too often, but without bombastic monumentality, which is often attributed to American amplifiers. In this aspect the VTL really emphasizes upon the truthfulness and reliability of the sound, and taking into account the reservoir of power it possesses, it does not need to prove anything. You will search its sound for any signs of dazzling, or trying to catch the less experienced listeners with extra bass, upped midrange or shrieking treble in vain; this is not a hormone boosted teenager, but a true professional, knowledgeable of his own performance and capabilities. But do we have here an audiophile version of an accountant, cool and calculating each move? Also not, because this restraint and manners are its native, genetic characteristic. A characteristic that proves to us, that emotion must be hidden in the music we listen to, and the audio gear should only release them, show them to the listeners. I will underline this – release, and not add or amplify them. The amplifier should only power the signal, and not change or interpret it, and sometimes it is good to remind ourselves about that.
However the VTL S-200 Signature, as it was mostly responsible for the final effect here, has a second nature, much more lyrical and almost romantic. It suffices to hold the button, placed to the left of the red power on switch, called “Mode” to be like Alice after eating the magical cookie (or mushroom – I forgot the details). After transposing the unit in triode mode maybe the volume of the generated sound got significantly lower, but that what happened to the treble perplexed me. The old recording “Art Tatum Meets Ben Webster” started to enchant as if it would get a second youth. The amount of air and micro-information enclosed in the upper registers was overwhelming, and the midrange became almost sticky. Of course the contours of the virtual sources become a bit thicker, and their edges become rounded. But this does not impair the selectiveness and precision of the positioning of the musicians on the stage, what clearly indicates the class of the microprocessor controlling optimal settings and parameters of the tubes hidden inside the aluminum chassis. Similar things happen with vocals in general, as the spirited “Misa Criolla” Mercedes Sosa as well as the pulsating with erotism “Trav’lin Light” Queen Latifah enchanted with timbre and velvet voices. You could hear real passion and engagement, things not so easy to get from the starlets of the youngest generation.

There are devices that have something in them, that when we switch them on, we subconsciously become addicted to them. Slowly, yet steady, we become listening junkies. And the VTL have that something. In addition they have the best genes of the audiophile chameleon, which can pass from one genre to another, and we can move from the neutral, objective truth of the original to the slightly re-touched, but still very real “triodism” at our will. What else do you need to be happy?

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Streamer: Auralic Aries Mini
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– DAC/Preamplifier/Headphone amplifier: ADL Stratos
– Headphones: Meze 99 Classics Gold; q-JAYS
– Power amplifier: Emotiva XPA-2 Gen 2
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Einstein The Amp Ultimate
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinion 2

Tube or transistor? This question is posed by most lovers of good sound. Roughly speaking, each solution has a certain sound signature “attached” to it, however this is not really warranted. I will not be putting a comprehensive list of characteristics of each of those signature characteristics, but for most tube means warmth and smoothness, while solid state represents speed and control. When I reach to lower parts of the catalogs, this distinction had some ground, but when we reach High End, things change, and we can get completely opposite characteristics from gear build with a given technology. And this is not a flaw of the manufacturer, but just consistency of how the final effect is achieved. Going back to the test, I will just say, that the tested gear has both of the common characteristics, and as such it goes against the beliefs. Ladies and Gentlemen, I present a product, that escapes all the classifications, that a tube must mean coloring and rounding of the sound, the American separated tube amplifier set, VTL TL 5.5 II and S-200, distributed in Poland by the Warsaw based Hi-Fi Club.

Starting to describe the looks of the preamplifier I need to tell about its significant size and weight, both easily higher than the Reimyo gear I use in my system. The front of the TL 5.5 is made from two planes falling into each other. Despite the high amount of buttons there is no visual overload. Beside the mentioned buttons there is also an acrylic insert, which displays the volume level, and a rotary knob allowing to adjust it. Moving to the back, on the top cover there are four grates allowing the unit to release heat. The back panel offers two inputs in RCA and XLR standards, a series of RCA only inputs, one of which can be converted to a phonostage as an option, RCA and XLR outputs, a power socket and the main power switch. The amount of connections is quite overwhelming, but they are very logically grouped and well-described, so that you can easily find your way around. And we should be quite used to the looks, as this is typical for the High End. Going over to the power amplifier, I must warn you, that its size and weight are also bad for the health of the, already weakened, spine of the reviewer. The front allows us to peek inside and see the tubes used in its circuitry by means of a special window. This window is surrounded by plates of scratched aluminum; the lower one containing three buttons, vital to the unit’s operation. To know, with which brand we deal here, the window has the company logo etched in the middle. The top cover also has a significant amount of ventilation holes, which allow the tubes to release their heat. You can sometimes see that, when the air moves above the amplifier during listening. Finishing this description I just mention the contents of the back panel – there you have symmetrically placed single loudspeaker terminals, RCA and XLR inputs and a power switch. This may not seem too crowded, but it is perfectly fine for a power amp.

The world drawn by the VTL set after a standard startup is very far away from the stereotypical tube timbre, a label that was given to not very good tube amplifiers. Of course you can hear, that this is a tube amplifier, but it sounds in such an interesting and solid way, that it can easily compete with many solid state amplifiers, and I think, that it can easily beat many of those. In what way? It skillfully controls the lower registers, it has great midrange and good treble. Why is the midrange only great? A consequence of directing the center of the sonic potential to convey all the information of the bass, is to shift the gravity of the music upwards. Although it was not bad, avoiding upping the bass-midrange turn resulted in slight thinning of this middle part of the sound spectrum. This is only cosmetic, and not an anorexia, but it was audible when I switched over from my amplifier. Another good move of the constructor was to avoid overly activity of the treble, as a duo made from ethereal midrange and crazy upper registers would awaken all the bad instincts in the audiophiles. In the end we have here a tube amp, which controls well the speakers, and not something that tries to impose being an athlete in lower registers at the cost of being dry in all other parts of the sound spectrum. So we have the way of amplification behind us, let us have a look at the way the sound stage is build. Here I have only good news, as the tested set fantastically placed the artist on the stage up to the back wall. The guys from EST presenting their abilities during the concert in Hamburg, maybe did not need to use binoculars to find each other on the stage, but I give kudos to the engineers to put lots of air between them. I think that it is obvious, that due to the fact that tubes were employed to amplify the sound, we also have hear great vividness of the sound. Interestingly the contrabass, which usually does not like any smoothing out, seemed to get only positive aspects here, as the taste of the body nicely blended with the sharp drawing of the strings. An interesting adventure with the VTL turned out to be the electronic sound of Massive Attack. Controlling even artificially generated bass, allowed to extract from it individual harmonics, and this combined with the rest of the sound spectrum being a bit tempered, resulted in a very interesting effect of the sound being very homogenous; massaging bass and electronic beeps intertwined. And when after those two positive musical examples I mention baroque material, it turns out, that with the whole solid sound of the tested amplifier, it lacks a bit of operating with color and temperature of the sound, something I like so much. But please do not despair, the VTL engineers found a way of dealing with that – there is a switch on the power amplifier that allows to switch it from tetrode to triode mode. What does that change? For me the world becomes more beautiful. True, the virtual sound stage becomes a bit denser, but only a die-hard enemy of such solutions would say it turns out for worse. The slightly thicker line with which the sound sources are drawn does not degrade the musical spectacle, despite my loudspeakers being very sensitive to timbre. The sound becomes more tube like, in the sense of the common sterotype, but in this case you can switch this on or off, what makes this VTL amplifier very versatile, as it somehow combines the best of both worlds. A true chameleon.
When it turned out, that in the preamplifier that was supplied to me, the optional phonostage was built-in, so it was natural for me to also test it. When I was listening from the digital sound source, this control of the sound I described, was always there, but when listening to vinyl, things were slightly different. The sound was an ideal reproduction of that, what a good, and well configured, turntable can offer. As a consequence of this, I am happy, that VTL does not follow the trail of other manufacturers, who continue to offer the “digital” way of sound also from the phonostages. Here there was some differentiation between the formats. Interestingly this was not the usual coloring of the world, but allowing the vinyl to get its musicality and smoothness it should have. Everything was very readable and well drawn, but with a tad of analog nostalgia, and I think, that this is what vinyl is about. At the end of this very positive encounter I would like to propose to all other manufacturers, who propose phonostages built into their line preamplifiers, to try to show the two different worlds as they are, different, and not to unify the sound from any of the sources. I am not saying that this second approach is bad, but I would like to mention, that for many users the turntable should have its own standing, and should not be brought down to the quality of the CD player. And I would like to ask all readers to not to perceive my voice about the analog as an attack, but just a loose remark to protect this analog sound source, as it carries a lot of nostalgia, and this makes it very valuable for many music lovers.

If I would measure the tested set with my measures, I would say, that closer to my heart was the test with the turntable. I know, I am a bit poisoned with this kind of music reproduction, so that even in the digital set I own, I try to follow the same kind of esthetics, that was the reason of how I tuned my system. But I always tell, that this is my, somewhat mannered point of view, which could come true only due to the very good performance of the tested products. Looking from a less biased point of view, that VTL tries to satisfy many audiophiles and proposes two worlds – one, a bit more coherent from the digital source, and the other, slightly more pleasant from the analog, what enhances the potential target group. It is nice, that the company can do that using tubes, at the same destroying some stereotypes. I was very happy, that I had the opportunity to find such an interpretation of the sound by tubes. There are lots of people having fantastic sounding loudspeakers like Harbeth or Rogers, who would like to have a tube amplifier, but usually the amount of sweetness flowing out of their speakers prevents them from trying out such amplifiers. The more reason for me to encourage not only tube amp lovers, but also owners of very sweet sounding speakers, to try out the duo from overseas, as it may turn out, that the magic of the tubes glowing behind the window of the power amplifier, with synergy of the other elements of the system, will find a way into your hearts. Who knows?

Jacek Pazio

Distributor: Hi-Fi Club

Prices:
VTL TL-5.5 Series II Signature: 34 000 PLN
VTL TL-5.5 Series II Signature with phono stage: 45 000 PLN
VTL S-200 Signature: 54 000 PLN

Technical Details:
VTL TL-5.5 Series II Signature
Vacuum Tube Complement: 2 x 12AU7, 4 x 12AT7
Inputs: 2 pairs XLR / RCA, 6 pairs RCA
Outputs: 1 pair XLR, 1 pair RCA, 1 pair RCA – Record Out
Gain: Normal -11dB RCA, 17dB XLR; Low Gain – 6dB RCA, 11dB XLR
Output impedance: 150 Ω, Max 400 Ω @ 10Hz
Input impedance: 35 kΩ
Frequency Response: 1Hz – 200kHz, +0 -1dB
Maximum Output Voltage: <1% THD 30V / 10Hz – 200kHz, 1.75V / 600 Ω / 1%THD
Channel separation: >100dB @ 1kHz (>80dB / 20kHz)
Power consuptiony: 60W; 130 W(with phono stage)
Dimensions (W x D x H): 44.45 x 44.45 x 12.06 cm
Weight: 18.12 kg brutto, 13.6 kg netto

TL5.5 Phono Stage
Vacuum Tube Complement:
– MM: 2 x 12AX7, 2 x 12AT7
– MC: 2 x 12AT7, 2 x 12AX7, 2 x 12AU7
Load:
– MM: 45kΩ
– MC: 100Ω, 220Ω, 470Ω, 1kΩ, 47kΩ
Gain:
– MM: 40dB
– MC: 54dB, 60dB, 66dB

VTL S-200 Signature
Vacuum Tube Complement: 8 x 6550 lub KT-88, 2 x 12AT7, 2 x 12BH7
Frequency Response: 20Hz – 20kHz <2.5% THD
Output power (Tetrode): 2 x 200 W / 5Ω   
Output power (Triode): 2 x 100 W  / 5Ω
Input impedance: 45 kΩ
Input sensitivity: Variable between 700mV and 1.6V, depending upon DF setting
Dimensions (W x D x H): 47 x 23 x 45,7 cm
Weight: 48 kg

System used in this test:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i; antivibration platform by  SOLID TECH
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Podwieczorek z World of McIntosh

Najwidoczniej maj to dobry okres do wszelakiej maści aktywności PR-owej, gdyż od zakończenia monachijskiego High Endu nie minęły jeszcze dwa tygodnie a właśnie wróciłem z trzeciego, zorganizowanego przez polskiego dystrybutora spotkania z przedstawicielami dopiero co pozyskanych, bądź od dawna obecnych, lecz mających chęć odświeżenia kontaktów przedstawicieli producenta a czasem nawet producentów we własnej osobie. Nie powiem, by taka klęska urodzaju mnie martwiła, gdyż jest to niezaprzeczalny a przy tym namacalny dowód na to, że nasz rynek postrzegany jest jako bardzo atrakcyjny dla mniejszych i większych graczy światowego audio. Tym razem miałem okazję i przyjemność spotkać się z jednym z największych z nich. O kim mowa? Wbrew pozorom i ewentualnym domysłom nie chodzi o pojedynczą markę, lecz o potężny koncern sukcesywnie gromadzący pod swoimi skrzydłami kolejne audiofilskie znamienitości, czyli WOM – World of McIntosh. W skład kolekcji WOM wchodzą takie legendy jak  McIntosh, Audio Research, Sonus faber, Wadia, Sumiko i Pryma, więc naprawdę jest w czym wybierać. O ile na świecie, nawet jeśli nie na całym, to w jego przeważającej większości ww. gwiazdozbiór konsolidowany jest w rękach pojedynczych dystrybutorów o tyle w Polsce, przynajmniej na chwilę obecną, Horn może pochwalić się prawie kompletnym portfolio dzieląc się tytułowym rodzynkiem WOMu – McIntoshem z HiFi Clubem. Nie wnikając jednak za bardzo w niuanse i nie odbiegając zbyt daleko od tematyki dzisiejszej prezentacji proponuję wrócić do meritum.

Zorganizowany w Salonie Firmowym Marantz przy ul. Poznańskiej 24 w Warszawie wtorkowy podwieczorek prasowy miał za zadanie w możliwie niezobowiązującej atmosferze nie tylko przybliżyć zainteresowanym aktualną ofertę Audio Researcha i Sonus faber, lecz przede wszystkim dać nam możliwość poznania ludzi za ww. markami stojącymi. Po co to wszystko? Cóż, nie ma się co oszukiwać i owijać w bawełnę. Globalizacja i związana z nią konsolidacja marek wokół największych kapitałów od dawien dawna budziła i nadal budzi mniej, bądź bardziej uzasadnione obawy związane z utrzymaniem nie tylko charakteru prowadzonej przez nie działalności, ale i, a może przede wszystkim zachowania własnej tożsamości i jakości swoich wyrobów. W tym celu do Warszawy WOM oddelegował Antoine Furbura (Audio Research) i Lucę Vernacci’ego (Sonus faber), którzy pozostając do naszej dyspozycji przez ponad dwie godziny nader dzielnie znosili nieraz krzyżowy ogień nie zawsze politycznie poprawnych pytań. Musze przyznać, że najwidoczniej takie „igrzyska” to dla nich nie pierwszyzna, bo bez najmniejszej tremy szczerze i fachowo wyjaśniali nurtujące nas wątpliwości i dylematy.

Tło potyczek słownych stanowiły dwa firmowe systemy. Pierwszy, rozstawiony w wykorzystywanym jako dyżurna sala odsłuchowa pomieszczeniu składał się z elektroniki Audio Research  pod postacią odtwarzacza CD6, przedwzmacniacza GSPre i końcówki mocy GS150 napędzającej kolumny Sonus faber Amati Futura.

W drugim – prezentującym swe wdzięki w części ekspozycyjno – degustacyjnej znaleźć można było „zabawki dla trochę większych chłopców”, czyli również pochodzącą od Audio Researcha elektronikę w składzie – odtwarzacz CD9, przedwzmacniacz Reference 6 i końcówki Reference 250 SE dostarczające życiodajnej energii przepięknym kolumnom Sonus faber Il Cremonese.

Powyższą wyliczankę pozwoliłem sobie jednak zamieścić jedynie z kronikarskiego obowiązku, gdyż tak naprawdę muzyka leniwie sącząca się z głośników stanowiła tło do kuluarowych rozmów. Wbrew pozorom taka forma spotkania wcale nie oznaczała bezproduktywnego poklepywania się po plecach i kurtuazyjnych wymian uprzejmości, lecz sprzyjała bardziej dynamicznej i przede wszystkim obustronnej dyskusji. Bez porównania łatwiej było podejść, pokazać i wytłumaczyć niż roztaczać przed siedzącymi jak na tureckim kazaniu słuchaczami wizję własnej nieomylności. Dzięki temu bardzo szybko można było się zorientować, że przybyłym gościom nijak nie da się przypiąć łatki „złowrogich księgowych”, gdyż po pierwsze doskonale znają się na produktach marek, które reprezentują a po drugie i to jest najważniejsze obaj patrzą na oferowane przez siebie „specyfiki” przez pryzmat muzyki. A o to przecież w tym całym Hi-Fi i High-Endzie chodzi.

Co z dzisiejszego spotkania wyniknie trudno mi jednoznacznie definiować, jednak pewne, poczynione w kuluarach ustalenia pozwalają mi przypuszczać, że już niedługo będziemy mogli pochwalić się wielce intrygującymi planami recenzenckimi.

Serdecznie dziękując za zaproszenie dystrybutorowi – Horn Distribution S.A. i Gospodarzom  – ekipie Salonu Firmowego Marantz mam cicha nadzieje, że tego typu „podwieczorki” wejdą na stałe do stołecznego audiofilskiego kalendarza.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

HIGH END 2016 (cz.2)

Niestety permanentny brak czasu spowodował, iż moje subiektywne spojrzenie na monachijską wystawę ukazuje się dopiero po opadnięciu pierwszego powystawowego kurzu, co z jednej strony może być odbierane jako brak pomysłu na jakąkolwiek w miarę sensowną relację (zapewniam, że tak nie było), jednak z drugiej bez względu na przyczynę opóźnienia dzięki obserwacji różnych for internetowych i lekturze opinii nieznanych mi osób zdecydowanie łatwiej było mi stać przy zapisanych naprędce w każdym odwiedzanym pokoju notatkach. Ale proszę się nie obawiać, gdyż każdy opis serii fotografii nie odzwierciedla obcych spostrzeżeń, tylko dokumentuje to, co w danym momencie dane było mi usłyszeć. I bez znaczenia jest kwota jaką żądali producenci za prezentowane systemy, gdyż według mnie wystawa nie jest miejscem do w pełni krytycznej oceny, tylko okazją do wstępnego zapoznania się w ofertą marki i to pod warunkiem bardzo luźnego potraktowania efektu końcowego. Dlaczego? To proste. Nie trzeba daleko szukać i wystarczy skonfrontować moje portalowe teksty z wynikami często poprzedzających je wizyt w warszawskim klubie KAIM. Burza posiadających całkowicie inny punkt „G” w pojmowaniu jakości muzyki mózgów w połączeniu z ciężkim akustycznie pomieszczeniem, przepuszczone przez w miarę dobrze sprawdzający się , gdyż dopasowany do siebie dyżurny system, bardzo często mają się nijak do spostrzeżeń domowych. Dlatego kończąc relacyjną rozbiegówkę przestrzegam Was przed rozpalonymi iskrą moich raz pochlebnych, a raz nieprzychylnych opisów bezkrytycznymi wnioskami. Każda wystawa rządzi się swoimi prawami, dlatego zachęcam do potraktowania jej jako pewnego rodzaju lansu kto w piaskownicy ma największe wiaderko, a nie wyścigu o mistrzostwo świata, gdyż o championat walczy się w domowym zaciszu.

KONFERENCJA PRASOWA

Jak to zwykle bywa, początek każdej imprezy rozpoczyna prasowa nasiadówka. Cel? A jakże, cyferki z lat poprzednich, tegoroczna oferta i plany na przyszłość. I tym optymistycznym akcentem zakończę to niespecjalnie interesujące dla zwykłego Kowalskiego, a co najmniej ciekawe dla mnie z punktu widzenia odwiedzin kolejnych odsłon MOC-a coroczne wydarzenie.   

AYON

Ten pokój odwiedziłem jako jeden z pierwszych i nie wiem, czy to zbyt skromna kubatura pomieszczenia – prostopadłościan wybudowany na wielkich hali, czy może nazbyt głośne granie muzyki elektronicznej spowodowało, że warszawska odsłona podobnego zestawienia w moim odczuciu wypadła zdecydowanie przyjaźniej. I to jest idealny przykład na obronę mojej tezy o dużej przypadkowości wszelkich wystawowych występów.

BAUTA

Kolejna marka, która już ze względu na lokalizację – podobna do Ayona, czyli mały gips-kartonowy pokoik – w prezentacji swoich walorów sonicznych miała pod przysłowiową górkę. Niestety, napędzane elektroniką Accuphase kolumny rodzimej marki Bauta ze swoim solidnym basem nie mieściły się w pomieszczeniu. Nie mówię, że grało źle, ale w odpowiednich warunkach lokalowych ten jakby nie patrzeć dla wielu najważniejszy dla muzyki live zakres częstotliwościowy z pewnością ustawiłby odbiór całości na innym poziomie. Niemniej jednak, to co dane było mi posłuchać, bez najmniejszych problemów określiłbym jako bardzo obiecujące. A jeśli ktoś oburzony warknie pod nosem: „Kolumny za 120 tysięcy € i tylko obiecujące”, oznajmiam, że miałem na testach już droższe komponenty i każdy dostał swoją prawdopodobnie delikatnie subiektywną porcję punktów spornych, za co żaden dystrybutor się nie obraził, a nawet pewnie nie uwierzycie nawet dziękował.

LUMIN

Lumin zawsze kojarzył mi się z gładkim graniem i to bez względu na pozycję w cenniku. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, iż przywołana przed momentem maniera dla wielu melomanów stała się prawie synonimem tej marki. W tym zestawie swoje trzy grosze w procesie wzmacniania sygnału audio miała do powiedzenia jeszcze nieznana mi osobiście marka WestminsterLab. Jednak chyba właśnie ów sznyt Lumina pozwolił kolumnom VIVID AUDIO przedstawić muzykę w zarezerwowany dla bliskich analogowi zestawów audio, co i ja odebrałem jako dobrą kartę przetargową dla połączenia tych brandów.

FURUTECH

Znacie? Pewnie, że znacie. Co prawda na tym stoisku grały tylko słuchawki napędzane firmowymi „kombajnami” ADL (wspomniane urządzenia posiadają na pokładzie DAC, przedwzmacniacz, phonostage i  wzmacniacz słuchawkowy), ale z racji traktowania SONDREBELS jako pierwszych na świecie testerów swoich najczęściej bardzo dobrze wypadających, a przez to często kopiowanych nowości najnormalniej w świcie nie mogłem o Japończykach nie wspomnieć.

FEZZ AUDIO, PYLON AUDIO

Niestety nie miałem okazji dostać się do wnętrza pokoju na odsłuchy, ale po kuluarowych rozmowach jest szansa na pojawienie się jakiegoś produktu na naszych łamach. Jednak abstrahując od spraw około testowych, już samo pojawienie się rodaków na największej wystawie w Europie musiało zostać udokumentowane.

LAWRENCE AUDIO

Pamiętacie kolumny w kształcie lutni? Tak tak, to ich następcy. A jak myślicie, co wydarzy się, gdy do tego dorzucimy komponenty SOULUTION i DCS? Niestety tropiciele spisków będą zawiedzeni, gdyż przekaz był bardzo kolorowy z fantastycznym kreowaniem gry kontrabasu i to z wykorzystaniem przetworników Accutona.
 
GATO AUDIO

Tematyka ekspozycji żywcem przeniesiona w naszej jesiennej wystawy. Ale o dziwo, gdy w Warszawie naturalne drewno pod sprzętem i płonący ogień na monitorze nie trzymały na wodzy lekko nadpobudliwych wysokich tonów, to w Monachium wypadło to zdecydowanie lepiej, czyli otwarcie, ale bez popadania w ADHD.

BRINKMANN, VANDERSTEEN, HRS

Tak prawdę mówiąc ta seria zdjęć jest z zamkniętej dla prasy prezentacji najnowszego przetwornika cyfrowo-analogowego marki Brinkmann. I nie powiem, ale jak na cyfrę było bardzo homogenicznie. Niemniej jednak, znając możliwości budowania sceny muzycznej przez kolumny Vandersteen chyba nie zdziwicie się, gdy napiszę, że ta była fenomenalna nawet dla słuchacza siedzącego z boku. Pełny oddech i swoboda muzyki powodowały, iż bez względu na rodzaj repertuaru wszystko od The Doors po jazz brzmiało fantastycznie. Konkluzja? Dobrze zestawiony set wystawowy.

BURMESTER

Burmester prawie zawsze zaskakuje rozmiarami swoich komponentów. Oczywiście w ofercie ma również klocki dla ludzi, ale wystawę z reguły obstawiają same monstra typu szaf gdańskich, czy skrzyń na buty. Jednak nawet jeśli nawet nie przepadamy za prezentacją dźwięku przez tę markę, to nie nigdy można powiedzieć, że gra źle. Ot, pewien sobie tylko przypisany sznyt, ale w najlepszym dla siebie wydaniu. Niestety obłożenie pokoju sprawiło, iż po dziesięciu minutach stania z boku odpuściłem temat bliższego poznania wyrafinowania prezentowanej konfiguracji. Jednak jedno mogę powiedzieć na pewno, rozmach pod pełną kontrolą mamy w pakiecie.

MBL

Jaki dźwiękowo jest MBL, każdy wie. Rozmach i swoboda dookólnej prezentacji dźwięku. Nie powiem, mnie również bardzo się podoba jego oferta soniczna, jednak czy to romans na całe życie, nie wiem, gdyż przysłowiowe „łał” często w dłuższym okresie zaczyna męczyć. Co prawda nie miałemm okazji dłużej pobawić się u siebie klockami z tej niemieckiej stajni, ale to co spotkało mnie w Monachium, było intrygujące pod względem umiejętnego brylowania pomiędzy otwartością, a natarczywością. Był spektakl, ale bez cienia siłowego pokazania, jaki to jestem fantastyczny, a to jest bardzo obiecujące na przyszłość. Kto wie?

KAWERO, KONDO

Mimo wstęgi duży spokój prezentacji dźwięku. Nie wiem, czy bas nie mógłby być bardziej zwarty, ale nie szukałbym tutaj teorii spiskowych, gdyż jakby nie patrzeć pomieszczenie było bardzo przypadkowe i z pewnością wiele złego od siebie wnosiło. Jedno jednak jest pewne, scena ze swoimi rozmiarami tak w szerz, jak i głąb na najwyższym poziomie.

WADAX, WILSON AUDIO, AUDIO RESEARCH

Jak na amerykańskie granie bardzo dużo spokoju i muzykalności. Nawet nie wiem, czy nie przydałoby się nieco więcej pazura, ale znając możliwości amerykanów prawdopodobnie się czepiam. Z resztą nie znałem prezentowanego materiału muzycznego, a to mogło fałszować ogólny odbiór.

MAGICO, AUDIO SOULUTION

Szybko, dokładnie i przejrzyście. Teoretycznie powinien to być ideał, jednak jak dla mnie nieco zbyt oszczędnie w kolorystyce dźwięków. Ale w wartościach bezwzględnych prezentacja na najwyższym poziomie.

YPSILON, WILSON AUDIO

Gdy poprzednie konfiguracje miały dobre i złe strony, to ta raczej bazowała na samych pozytywach. Amerykańskie granie okraszone elektroniką Ypsilona i sygnałem z gramofonu pokazały, że nawet takiego Mustanga, jak WA da się sprowadzić na oczekiwane przez wielu podobnych do mnie klientów tory. Solidny bas podbudowywał środek, a góra swoimi doświetlającymi przekaz walorami częstotliwościowymi sprawiała, że nawet przez moment na sali nie wiało nudą.

TAD

Firmowy zestaw z monitorami w roli głównej dzięki odpowiedniemu repertuarowi bez najmniejszych problemów zaskarbił sobie serca chyba całej odwiedzającej ze mną to pomieszczenie publiczności. Rozmach sceny muzycznej zarezerwowany tylko dla monitorów. Co prawda było to koncert grającego ballady gitarzysty, ale jeśli nawet w innym repertuarze okazałoby się, że bas może nie domagać, to zdroworozsądkowo dobierając elektronikę do własnego pomieszczenia z pewnością set TAD-a będzie ciężki do pobicia. To jest jego podwórko i tylko najmocniejsi mogą powalczyć o laury.

PATHOS

Pathos w firmowej aplikacji grał przyjemnie, ale przy tym bardzo wyraziście. Na szczęście bardzo odstraszający w pierwszym kontakcie wzrokowym podwojony bass-refleks w końcowym rozrachunku oferował bardzo kulturalny najniższy rejestr. Może nie był wycięty żyletką, ale podczas mojej wizyty spokojnie mieścił się w pomieszczeniu. Ciekawostką konstrukcyjną kolumn były tylne przetworniki, które pomagały w budowaniu holograficznej sceny muzycznej.

VERITY AUDIO, AUDIA FLIGHT

Spora, ale w przedziale akceptowalności ilość górnych rejestrów. To prawdopodobnie fundowała wstęga, ale znając z autopsji elektronikę Audii Flight wiem, że wynik już przed uruchomieniem zestawu z naciskiem na sukces soniczny był łatwy do przewidzenia. Ciężar grania i oddech muzyki na najwyższym poziomie. Co ważne, moduł basowy bez najmniejszych problemów nadążał za skrzynią średnio-wysokotonową nawet w ciężkich repertuarowo rockowych kawałkach.

TIDAL

W pierwszym momencie mojej wizyty przekaz muzyczny był na granicy dobrego smaku w prezentacji górnego zakresu. Ale nie w sferze zamulenia, tylko szaleństwa informacyjnego. Ale jak to zwykle bywa, zmiana repertuaru pokazała całkowicie inne oblicze takiego postawienia sprawy w górnych rejestrach i nagle okazało się, ze owa nadpobudliwość w dobrej realizacji jest w stanie okazać się wzorcem do naśladowania. Niestety to ma swoje złe strony, gdyż bardzo brutalnie segreguje nasze zbiory płytowe. Co ciekawe, kolejna aplikacja nowych niskotonowych głośników Accutona i kolejny „zonk” w zakresie bardzo wstrzemięźliwej w ostrości rysunku basu prezentacji. Było miło i przejrzyście, ale porcelanowi puryści prawdopodobnie będą  narzekać.

JBL, MARK LEVINSON

No cóż, szybko, otwarcie, ale niezbyt muzykalnie. W konsekwencji dźwięk tylko dla miłośników podążających drogą bliską estrady. To jest bardzo angażujący przekaz, ale niestety, nie moja bajka.

CESSARO, TW ACOUSTIC

Nie, to nie są monobloki Kodo. To elektronika marki Cessaro. Interesujące, że kolumny często narzucające się zaimplementowaną tubą pozwoliły mi usłyszeć, co wyczynia saksofonista w prawym tylnym rogu sceny muzycznej, w momencie gdy ja siedziałem z lewej strony lewego lejka. Czyli ni mniej, ni więcej  bezinwazyjne dla lokalizacji źródeł pozornych przebiłem się przez baterię misek, by przyjrzeć się solówce uwielbianego przeze mnie instrumentu. Chyba przyznacie, oferowanie takich możliwości to klasa sama w sobie. Oczywistą sprawą jest, że oprócz możliwości wybiórczego traktowania materiału muzycznego wszelkie dęciaki i blaszaki brzmiały pierwszorzędnie.

MAGICO, PASS, CONSTELLATION AUDIO

Bardzo neutralnie. Może nie moja estetyka, ale nie mogę podważać wybitności grania. Szybko detalicznie iż oddechem. Bas typowy dla konstrukcji zamkniętych, czyli równie zwarty co reszta dobiegającego do naszych uszu sygnału audio. Niestety dla kochających masowanie wnętrzności basową bułą to nie jest dobra propozycja.

WILSON AUDIO, McINTOSH

Mac i WA? A dlaczego nie? Niestety rozrzut tych marek po różnych dystrybutorach często uniemożliwia takie połączenia, gdy tymczasem przy takiej kompilacji dostajemy typową dla  wspomnianych kolumn otwartość, a dzięki elektronice Mac-a gładkość. Suma summarum wypada to bardzo ciekawie, a przy dobrej jakości materiału muzycznego potrafi nawet bardzo zadziwić.

AUDIODATA

Firmowa konfiguracja zawsze sprawia cuda. Jednak głównym bohaterem budowania wspaniałej we wszystkich wektorach sceny muzycznej był głośnik koaksjalny. Miałem podobny u siebie przez kilka lat i po przesiadce na inne kolumny nie mogę zapomnieć tamtego fenomenu. Dla mnie zestaw bomba.
   
RAIDHO ACOUSTICS

Najpierw wielkie podłogówki pokazały, jak robią to najlepsi, by potem przy pomocy maleńkich monitorów udowodnić, iż wbrew pozorom rozmiar nie jest najważniejszy. Rozmach adekwatny do skali kolumn, ale z podobną do wielkich podłogówek ekspresją jeśli się tylko wie jak to zrobić, można zaprezentować nawet przy pomocy małych pchełek. Jeśli nie wierzycie, zapraszam na szkolenie do salonu z ofertą  Duńczyków. Nie wiem, jak ono to robią, ale nie zdziwiłbym się gdyby mieli kontakty z inteligencją pozaziemską. Czysta fantastyka dźwiękowa.

CEC, ABSOLUTE CREATIONS, SILBERSTATIC, TRINOV AUDIO, THRAX AUDIO

Bardzo ciepłe i miłe brzmienie mimo parawanów w roli kolumn. Te z kolei niejako w pakiecie oferowały pełną paletę informacji, powodując że artykulacja poszczególnych zgłosek stała na najwyższym poziomie. Niestety to wszystko co mogę napisać o tym zestawieniu, gdyż z braku miejsc siedziałem gdzieś z boku, a to nie uprawnia mnie do głębszych wywodów.

WILSON BENESCH, VIVA, WAY, IBEX AUDIO

Wszystko niby ok, ale jakby brakowało mi wieńczącego dzieło, nadającego całości przekazu pewnej wyrazistości blasku. Budowanie spektaklu, kolor dźwięku w ogólnym rozrachunku bez uwag, ale w niezbyt przejrzystym powietrzu. Nie chciałem tego pisać, ale na usta ciśnie się przywołanie efektu lekkiej woalki. Jednak mimo wszystko, ogólnie powiedziałbym, że było dobrze z małym minusem.

LIVING VOICE, KONDO, CEC

Opera bezkonkurencyjna, jazz również jest ciężki do prześcignięcia, ale elektronika chyba nie jest najszczęśliwszym nurtem muzycznym dla tego brandu. Ale nie oszukujmy się, kto będzie szukać sprzętu z tej półki cenowej do elektronicznych wydumek dzisiejszej młodzieży. Jednak wracając na ziemię chciałbym, by mój zestaw w taki sposób kreował wirtualną sceną muzyczną. Oczywiście idzie w podobną stronę, ale niestety trochę jeszcze mu brakuje. No cóż, znam swoje miejsce w szyku i z nieukrywanym ubolewaniem, ale jak najszybciej postaram się zapomnieć o tej prezentacji.
 
B&M

Po kontakcie z konstrukcjami flagowymi wydaje się, że ta niemiecka manufaktura stawia na udziwnienie kształtów swoich kolumn. Tymczasem po rekonesansie stwierdzam, że dla szerokiej rzeszy klienteli oferuje sporo typowych konstrukcji. Jak wpada dźwięk? Akurat załapałem się na pokaz z kolumnami na fotografiach i musze powiedzieć, że mimo obaw o nadmiary basu, co prawda było go bardzo dużo, ale bez najmniejszych problemów spełniał bardzo rygorystycznie postawione warunki jakościowe i to przy użyciu niepozornej firmowej elektroniki. Ciekawe i pouczające. I gdy do tego dodamy zapas oddechu dobrą tonacje dźwięku, otrzymamy godny pozazdroszczenia efekt soniczny.

NAGRA, WILSON AUDIO

Witamy w świecie szwajcarskiej precyzji. Muzycy na styl orgiami wycięci żyletką, ale bez cienia agresywności dla moich narządów słuchu. Co dziwne, tak nonszalancko poczynające sobie ze sporą ilością zasilającej je elektroniki kolumny nawet przez moment nie wyrwały się spod kontroli Nagry. To był pokaz cyzelowania każdej nuty, co wręcz zmusiło mnie do spędzenia w tym pokoju ładnych kilkanaście minut.

ABSOLARE, ROCKPORT TECHNOLOGIES

Poprawnie, ale jakoś bez rozmachu. Nie wiem co się stało. Może repertuar?

AUDIO PRANA, TUNE AUDIO, TRAFOMATIC AUDIO

Niezobowiązujący rzut okiem na kolumny Elysium i wszytko jasne, czyli witamy w świecie filmu o kosmitach z lat siedemdziesiątych. Ale to nie koniec, gdyż całość sprawia wrażenie, że do wykonania ekspozycji korzystano z materiałów dostępnych w tamtej epoce. Przyznam szczerze, wrażenia organoleptyczne fantastyczne. A dźwięk? Tuba, tylko w drewnie. Odbiór podobny do wyglądu bardzo ciekawy, ale raczej dla koneserów.

ALLUXITY, GAUDER ACOUSTICS

Prezentacja nowego streamera pokazała sporo swobody w dźwięku. Może nie był to rozmach Raidho, ale również ciekawie z dobra kolorystyką.

VITUS AUDIO, GAUDER ACOUSTICS

Jak zwykle: rozmach, swoboda i kontrola niskich rejestrów. Więcej nie będę słodził.

JR AUDIO, MY SOUND, HORNS

Jak co roku, nasza ekipa od rasowego analogowego audio cieszyła się dużym zainteresowaniem wśród odwiedzających wystawę gości. Z pewnością prym w przyciąganiu tłumów miały tubowe kolumny, jednak bez najmniejszego naciągania faktów mogę stwierdzić, iż podobny udział w kreowaniu nietuzinkowości designerskiej, jak i sonicznej miały współpracujące z kolumnami marki produkujące elektronikę i stojący na centralnym miejscu stolika wyposażony w ramię niwelujące błąd kąta odczytu gramofon. Jeśli chodzi o dźwięk, ten wydobywał się swobodnie z dobrą lokalizacją źródeł pozornych, ale mimo że z nalotem użytych do konstrukcji kolumn tub, to bez demonizacji przez nie całego przekazu muzycznego. Jednak najważniejszym następstwem mojej wizyty w tym pokoju jest obietnica sprawdzenia we własnym systemie, jak poszczególne puzzle tej układanki sprawują się na recenzenckim wyjeździe.

TRANSROTOR

Co prawda ekspozycja była statyczna, ale zaproponowana kapiąca złotem we współpracy z czernią kolorystyka flagowego drapaka nie pozwalała przejść obok siebie obojętnie.

KHARMA

Nie wiem, co takiego mieli na myśli panowie wystawiający się z produktami tej marki, ale z pewnością nie można poranno-sobotniego pokazu uznać za nawet satysfakcjonujący. Jestem w szoku, gdyż moje  poprzednie spotkania z tym brandem były co najmniej dobre, gdy tymczasem ostatni występ wręcz wyganiał mnie swoją natarczywością górnych rejestrów. Może to był tylko wypadek przy pracy, ale naprawdę nie udało mi się spędzić tam więcej czasu ponad ten, który potrzebowałem do zrobienia zdjęć.  Dziwna sprawa.

EINSTEIN

Tutaj zostałem lekko zaskoczony, gdyż okazało się, że marka zabrała się za konstruowanie kolumn i ramienia gramofonowego. Co prawda duży system nie do końca mieścił się z basem w jednak małym pokoiku, ale za to mały sprawił, że po zestawie Kharmy zaznałem przyjemnego masowania narządów słuchu. Monitorki nie tylko fantastycznie pokazywały przypisane do konstrukcji walory w postaci budowania sceny, ale dzięki dobrej korelacji z pomieszczeniem bez najmniejszych problemów grały swoim  pełnym pasmem bez zadyszki na basie.

AURIS, PURIST AUDIO DESIGN, TRI PLANAR

Nareszcie użyto normalnych, bo słusznej wielkości kolumn. Od razu słychać było swobodę grania, a nie co prawda spektakularne pokazywanie, że umie się oszukać fizykę, ale okraszone wyraźnie słyszalnym wysileniem zeszłorocznych mkropodłogówek. Było gładko  przyjemnie.

BLUMENHOFER ACOUSTICS

Kolumny bardzo szeroko rozstawione, ale mimo tego obraz sceny był bardzo spójny bez jakichkolwiek pustych dźwiękowo dziur. Gdy wyciągnę z pamięci ich występ na Stadionie Narodowym, próba porównania obu prezentacji wypadłaby na korzyść monachijskiej. Było zdecydowanie mniej tuby w tubie, ale niestety i tym razem nadal wyraźnie dawała znać o sobie. Co więcej, całość przekazu zdradzała dodatkowo pewną natychmiast słyszalną nosowość. Sam na co dzień używam głośników papierowych, ale u mnie ów sznyt jest na zdecydowanie mniejszym poziomie. Niemniej jednak, nie oceniam Niemców źle, tylko informuję, co słyszałem. Ale życie nie składa się z samych sukcesów, i z pokorą muszę przyznać, że spektakl w górnych rejestrach był lepszy niż mam u siebie. Jak długo bym z nim wytrzymał nie wiem, ale podczas wizyty bardzo mnie to fascynowało.

ALBEDO, VTL

Nowości basowe Accutona w wielkich skrzyniach. Budowanie sceny idące za niegdyś testowanymi przeze mnie mniejszymi braćmi wręcz wzorowe. Nie wiem dlaczego, ale pokaz odebrałem jako nieco zbyt otwarty. Znam napędzającą kolumny elektronikę i prawdopodobnie wystawcy grali w trybie pentody, gdy tymczasem końcówki oferują tryb triody. Ale nie będę roztrząsał tego problemu, gdyż całość grała bardzo dobrze.

APERTURA AUDIO

Witamy w świecie Autobotów. Wstęga w tych monitorach zaaplikowana wręcz wzorowo. Artykulacja zgłosek podczas wokalistyki w Mszy Kreolskiej fantastyczna. Najdrobniejsze wydające dźwięki ruchy mimiczne twarzy odbierałem w domenie tak bardzo oczekiwanych przez audiofilów smaczków, a nie szkodliwej nadinterpretacji o zapisie muzycznym. Scena trochę płytka, ale za to bardzo szeroka.

JADIS

Monstrualne kolumny pozwoliły dźwiękowi nabrać odpowiedniej masy, czego zawsze może nie w postaci degradującej przekaz płytkości, ale brakowało mi podczas wu stepów tej elektroniki. Zero natarczywości, ale z pełnym oddechem i gładkością, czyli rasowy Jadis. W pakiecie dostajemy jeszcze świetny bas.

CH PRECISION, VIVID AUDIO, TECH DAS

Może trochę zbyt klinicznie, ale dzięki temu spektakularności i głębokości sceny nie można temu setowi odmówić. Niestety nawet dłuższe słuchanie nie oddalało poczucia zbytniego chłodu w dźwięku.

THRAX



Nowość, czyli dedykowane do testowanych na naszych łamach monitorów wyposażone w aluminiowe głośniki moduły basowe. Nie będę się rozwadniał nad dźwiękiem, tylko wspomnę, że w warunkach wystawowych nie udało mi się wyłapać szycia częstotliwościowego obu obliczonych na wspólną pracą konstrukcji, a jak wiemy, to nie jest takie łatwe do wykonania.

MARTEN, ANALOG DOMAIN, JORMA DESIGN

Oferujące sporą paletę informacji, a przy tym unikające jakichkolwiek zniekształceń granie. To w tej konstrukcji jawi się jako największa zaleta, gdyż próbę uśredniania przekazu bez najmniejszych problemów wyartykułowałby diament na górze. Wokalistyka za sprawą starego ceramika Accutona w środkowym paśmie z lekką manierą chłodu, za to bas dzięki użyciu nowych niskotonowców wspomnianego producenta w porównaniu do poprzedników bardziej homogeniczny i mięsisty

ZENSATI

Kablowa megalomania w najczystszej postaci. Ale nie powiem, dźwięk swobodny, z rozmachem i całkiem przyjemny. O dziwo, nawet dłuższe słuchanie nie burzyło takiego postrzegania opisywanej prezentacji.

ZELLATON

Nie wiem co napisać, ale w zeszłym roku grało zdecydowanie lepiej. Teraz jakbym był w wielkiej bańce mydlanej. Efekt przypominał zbyt mocno dogięte do środka kolumny. Dźwięk mnie napadał, ale nie natarczywością, czy swoją zła jakością, tylko zmuszaniem do analizy poszczególnych nut. Brakowało mi muzyki w muzyce.

DIAPASON

No cóż, przecież wszyscy znacie je z naszego podwórka. Fantastyczna scena, pięknie wypadająca wokalistyka i bijący z kolumn rozmach generowanych dźwięków. Co więcej, to wszystko w od czapy, bo po skosie pokoju zrealizowanym ustawieniu kolumn. Klasyka gatunku, czyli, jeśli coś jest dobre, to poradzi sobie nawet w trudnych warunkach.

ALBEDO

Tej bydgoskiej marki nie muszę chyba anonsować, gdyż jej rozpoznawalność jest niezaprzeczalna. Co prawda ekspozycja była statyczna, ale duże zainteresowanie pośród klienteli przez całą wystawę wprawiało w niedowierzanie sąsiadujących zajmujących się podobną tematyką Włochów. W Albedo były tłumy, a u Włochów pustki. Nasi górą. Brawo.

Na tym zakończę tę dość długą relację. To oczywiście jest jedynie mały wycinek tego, co działo się w Monachium pierwszej dekadzie maja. Uwierzcie mi, nie da się dokładnie zgłębić wszystkich stoisk, gdyż liczba 900 – idąc za katalogiem wystawy – prezentowanych w tym roku marek uniemożliwia spędzenie z każdą z nich kilku uprawniających do zabrania głosu minut. Dlatego też Marcin i ja chadzaliśmy swoimi ścieżkami. Oczywistą sprawą jest powtarzanie się pewnych pokoi, ale już wnioski z pewnością będą inne, co wyjaśniłem na wstępie. Tak więc, z dużą przyjemnością przekazuję moje spostrzeżenia w Wasze ręce, mając jednak nadzieję, że gdy opisane zestawienia Wy będąc tam odbieraliście nieco inaczej, przefiltrujecie je przez pryzmat przywołany w pierwszym akapicie.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Kronos Sparta w RCMie

Opinia 1

Ledwo zdążyliśmy złapać oddech po High Endzie i hifideluxe, uporać się z większą, bo większą, ale jednak dopiero częścią relacji i znów trzeba było ruszyć w drogę. No dobrze nie będę zgrywał cierpiętnika, bo po pierwsze nikt nam nie kazał i do niczego nie zmuszał, lecz skoro nadarzyła się okazja, to jednogłośnie uznaliśmy, iż należy ją maksymalnie wykorzystać. Owa okazja miała ponadto dwojaką naturę, gdyż  była zarówno okazją czysto sprzętową, jak i niezaprzeczalnie interpersonalnie towarzyską. Zagmatwałem? No to wytłumaczę. Nie wiem czy Państwo wiedzą, a jak nie wiedzą, to za chwilkę uzyskają stosowne informacje, ale mniej więcej podczas właśnie zakończonego monachijskiego High Endu zaszła drobna, znaczy się dobra …, wróć … nader istotna zmiana w dystrybucji kanadyjskiego Kronosa w Polsce. Spokojnie możemy uznać, że dość charakterystyczne i unikalne pod względem rozwiązań technicznych gramofony od maja b.r. na terenie Polski dystrybuuje katowicki RCM. Logicznym zatem wydawało się, że Roger Adamek powinien czym prędzej, jak to się ładnie mówi w handlowym żargonie „się zatowarować”, co oczywiście uczynił.
Jednak,  choć o fakcie pojawienia się pierwszych egzemplarzy Kronosów wiedzieliśmy już wcześniej uznaliśmy, że damy czas im pograć i jak tylko wyjdziemy na prostą z zaległościami publikacyjnymi to nienerwowo wypuścimy się na południe naszej pięknej ojczyzny. Traf jednak chciał, że tuż po ww. wystawie siedzibę RCMu odwiedził konstruktor i właściciel marki w jednej osobie – Louis Desjardins. Nie chcąc zatem stracić szansy porozmawiania i po prostu bliższego poznania człowieka stojącego za tym niezwykle intrygującym projektem uzyskaliśmy od naszych Niezwykle Wyrozumiałych Ładniejszych Połówek zezwolenie na kolejną audiofilską eskapadę.

Nie będę ukrywał, że idee i pomysły Louisa zaimplementowane w Kronosie nie były nam całkowicie obce, gdyż dwa lata temu, w ramach High Endu 2014, mieliśmy okazję przez blisko godzinę, co prawda w wystawowych warunkach, ale jeszcze przed oficjalnymi godzinami otwarcia, porozmawiać z Nim i posłuchać jego dzieła. Tym razem czasu mieliśmy zdecydowanie więcej a i warunki odsłuchowe były nieporównywalnie lepsze. Nie bez znaczenia był też fakt, iż po prostu znamy brzmienie zarówno katowickiego systemu (z drobną niewiadomą w postaci prototypowego phonostage’a), jak i charakterystykę brzmieniową samego pomieszczenia.
Skupmy się jednak na Luisie i jego marce. W kanadyjskim portfolio na chwilę obecną znajdują się dwa ramiona – Helena i Black Beauty, oraz trzy gramofony – Sparta 0.5, Sparta i Kronos Pro, przy czym najtańszy model można upgrade’ować do pełnej, dwutalerzowej wersji dokupując stosowny zestaw elementów. W Katowicach przygotowany został set oparty na Sparcie z Heleną i wkładką Shelter Accord, wspomnianej prototypowej wersji topowego phonostage’a RCMu, integrze Vitus Audio SIA-025, kolumnach Gauder Akustik Berlina RC 7 mk II i okablowaniu Furutecha z serii NanoFlux. Pół żartem pół serio można byłoby powyższy system, znając i widząc co aktualnie znajduje się w Katowicach na stanie, skwitować parafrazą opinii rosyjskiego nuworysza opuszczającego Luwr – „skromnie, ale ze smakiem”. W końcu zawsze można było postawić topowego Vitusa i Berliny 11-ki. Tym razem chodziło jednak o coś zupełnie innego. O całkowicie bezstresowe i prowadzone na wszechobecnym luzie spotkanie z niezwykle intrygującym produktem i przede wszystkim człowiekiem za nim stojącym.

Wielokrotnie w swoich tekstach podkreślaliśmy, i nadal to czynimy, że dopiero kontakt, poznanie ludzi stojących za daną marką, danym produktem daje pełny obraz sytuacji. Bez ludzi, pobudek nimi kierujących, idei w które wierzą większość rzeczy jest tylko rzeczami. Czymś zimnym, bezdusznym, całkowicie anonimowym a próba ich oceny przypomina nierówną i skazaną w większości przypadków walkę np. z interpretacją wiersza całkowicie anonimowego autora zgodnie z wytycznymi nadesłanymi przez Ministerstwo Oświaty. Tym razem było zdecydowanie tak, jak być powinno. Louisa i jego gramofony już niby znaliśmy, lecz niezaprzeczalnie w minioną sobotę poznaliśmy o niebo lepiej a i nieformalna atmosfera sprawiała, że nie było tematów tabu i jeśli tylko coś nas zaintrygowało, to po prostu pytaliśmy i już.

Patrząc na zajmując środkową pozycję w firmowym katalogu Spartę już na pierwszy rzut oka widać elementy, a raczej element wyróżniający ją na tle konkurencji. To dodatkowy, umieszczony pod plintą talerza roboczego talerz obracający się w kierunku przeciwnym do kierunku obrotu talerza głównego. Dodatkowo górna plinta a raczej cały układ roboczy z talerzem i ramieniem, dzięki elastycznemu zawieszeniu na grubych gumowych linach są świetnie odseparowane od dolnego modułu a poprzez napęd paskowy również od silnika. W efekcie brzmienie jest praktycznie całkowicie pozbawione pasożytniczych artefaktów wynikających z pracy urządzenia. Czym to się objawia? Niesamowitą ciszą i transparentnością Sparty. W telegraficznym skrócie można powiedzieć, że po prostu jest to gramofon, którego …  nie słychać. Czy zatem nie gra? Ależ gra i robi to w sposób unikalny i niesamowicie organiczny, jednak gra muzykę a nie ją, jak niestety przeważająca większość konkurencji interpretuje. Różnica pozornie niewielka dla laika, lecz dla akolitów High Endu co najmniej fundamentalna. Doskonale było to słychać po zatrzymaniu dolnego talerza, gdy fenomenalna do tej pory rozdzielczość natychmiast przetransformowała się do ogólnie przyjętego za standard poziomu kreśląc kontury źródeł pozornych zdecydowanie grubszą aniżeli wcześniej kreską i dość nonszalancko podchodząc do definicji motoryki dźwięku jako takiej. Po prostu usłyszeć znaczy uwierzyć.

Kilka chwil uwagi należy się również autorskiemu ramieniu Kronosa. Ta z pozoru konwencjonalna – karbonowa konstrukcja również znacząco odbiega od ogólnie przyjętych i rozpowszechnionych standardów. Już wzięcie jej do ręki sprawia, że zaczynamy patrzeć na nie z zupełnie innej perspektywy. Po pierwsze nie jest to ramię lekkie, wręcz przeciwnie – jest zaskakująco ciężkie, masywne. Główną tego przyczyną jest to, że jest ono … pełne. Tak, tak. To nie jest aluminiowa, bądź karbonowa rurka, lecz autorskiego pomysłu sandwich z karbonem stanowiącym jedynie ostatnią – wierzchnią warstwę. Do skuteczności takiego rozwiązania Louis przekonywał nas nakłaniając do podjęcia próby złamania go znaczy się ramienia, nie Louisa) w rękach. Początkowo się wahając, w końcu to nie jest najtańsze ramie, z jakim mieliśmy do czynienia, podjęliśmy stosowne działania i … jednogłośnie uznaliśmy, że jest to klasyczna „mission impossible”. Jest przy tym całkowicie „głuche” – pozbawione rezonansów, a więc zupełnie obojętne, lub jak kto woli transparentne przy odtwarzaniu zapisanych w rowkach płyt sygnałów.  
Dodatkowo samo mocowanie ramienia też dalekie jest od utartych standardów. To nader ciekawa wariacja na temat uni-pivota z kulką zatopioną w ramieniu i sferycznym łożem na jakim spoczywa. Dzięki takiemu rozwiązaniu demontaż / zmiana ramienia na drugie – uzbrojone w inną wkładkę ogranicza się praktycznie do odpięcia wychodzących z niego przewodów i dokonania podmiany. Po prostu prościej i szybciej się nie da.

O samym brzmieniu Sparty tym razem niespecjalnie będę się rozwodzić, gdyż akurat bardziej obszerne epistoły przewiduję popełnić podczas właściwej jej recenzji. Nie chcąc jednak trzymać Państwa w niepewności pragnę donieść, że jest to w pewnym sensie zupełnie nowa jakość i podejście do tematu. W większości przypadków spotykamy się bowiem z widoczną a raczej słyszalną natywną sygnaturą poszczególnych rozwiązań technicznych, jak i oczywistych preferencji konkretnych konstruktorów. W przypadku Kronosa możemy praktycznie całkowicie o tym zapomnieć i zredefiniować pojęcie transparentności. Tego gramofonu praktycznie nie słychać w torze a jeśli już to jego obecność jest tak znikoma, że oceniając finalne brzmienie łapiemy się na tym, że oceniamy mix, master, tłoczenie a przede wszystkim samą muzykę a nie gramofon. Powodem takiego stanu rzeczy jest ponadprzeciętna rozdzielczość idąca w parze z neutralną charakterystyką tonalną i pozbawioną jakichkolwiek oznak kompresji, czy limitowania dynamiką. Wbrew pozorom taki sposób prezentacji sprawiał, że nawet dalekie od wyrafinowania stare rockowe nagrania dostały przysłowiowe drugie życie. Brzmi intrygująco? Dla nas, mających szczęście tego doświadczyć zdecydowanie tak, a jak taki dźwięk sprawdza się na dłuższą metę pozwolimy sobie opisać innym razem.

Tuż obok Sparty skromne przycupnął TechDAS Air Force Three z industrialnym ramieniem Dynavectora uzbrojonym we wkładkę Miyajima Zero. Ze zrozumiałych względów tym razem jego odsłuch musiał poczekać. ;-)

Serdecznie dziękując Louisowi Desjardinsowi za spotkanie a ekipie RCMu za gościnę liczymy na to, że jeszcze przed wakacjami będziemy mogli we własnych systemach zakosztować kanadyjskich specjałów. A na koniec dwa pamiątkowe zdjęcia udostępnione przez dystrybutora.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Jak wszyscy zapewne zdajemy sobie sprawę, coroczna monachijska wystawa audio oprócz zaprezentowania szerokiej rzeszy klienteli detalicznej oferty handlowej biorących w niej udział podmiotów ma jeszcze jedno zasadnicze zadanie, którym jest nawiązanie współpracy dystrybucyjnej pomiędzy nadającymi na jednej fali konstruktorami i salonami sprzedaży. I dużą dawką zadowolenia oświadczam, iż taki wspomniany w ostatniej sentencji poprzedniego zdania splot wydarzeń zaliczył katowicki RCM.

Idąc tropem przywołanego rodzimego dystrybutora i znając jego potencjał w dziedzinie analogu należałoby zadać sobie pytanie: „Co może być na tyle ważnego, by po upływie niespełna tygodnia od zakończenia MOC-a wystosować w naszym kierunku zaproszenie do swojego salonu?” Gramofonów, ramion i wkładek ma pełne półki. Kolumnami i współpracującą z nimi elektroniką również zastawiona jest większość z rozmachem wybudowanego lokalu. To co? Nie uwierzycie. Na szczęście dla analogowej braci do oferty dołącza kolejny drapak, tym razem z dalekiej Kanady. Nowy brand jest dzieckiem przybyłego do Polski na wieńczące współpracę rozmowy Louisa Desjardinsa. Skrywająca się pod nazwą Kronos oferta, proponuje trzy wersje napędów o różnym zaawansowaniu technicznym i dwa ciekawie łożyskowane na kuli ramiona. Ale punkt podparcia ramienia nie jest jedyną wzbudzającą spore zainteresowanie rzeczą, gdyż chyba najważniejszym tematem z punktu widzenia wygaszania rezonansów konstrukcji gramofonów jest zastosowanie w dwóch szczytowych na trzy widniejące w ofercie werkach obracającego się w przeciwnym do roboczego talerza kontr-talerza. Napęd zapewniają co prawda dwa silniki, ale jak twierdzi konstruktor i co po kilku dniach prób potwierdza właściciel RCM-u precyzja ich kontroli jest na tyle dokładna, że nie ma możliwości rozjechania się prędkości obrotu obydwu wirujących mas. Jaki jest efekt takiego rozwiązania? Szczerze? Jak dla mnie szaleństwo w domenie rysowania krawędzi dźwięków i prędkości ich narastania bez utraty gładkości zarezerwowanej dla analogu. Niemożliwe? Odwiedźcie Katowice i posłuchajcie sami, a przekonacie się, że mówię prawdę. Niestety z racji dość przypadkowego zestawienia – mimo poznania sygnatury każdego z występujących w generującym dźwięk secie urządzenia – nie będę rozpisywał się nadmiernie na temat jego ogólnej prezentacji. Niemniej jednak, gdy do preferowanej przez Rogera Adamka bezpośredniości grania zestawu audio dorzucicie czystość kreski i wspomnianą szybkość narastania dźwięku, nagle każe się, że dostajemy krystalicznie czysty, z prawie niezauważalną dawką zniekształceń, przekaz muzyczny, który mimo operowania w nie do końca mojej estetyce grania bardzo pozytywnie mnie zadziwił. To było na tyle spektakularne, że gdzieś w duchu zadałem sobie pytanie: „A może by tak …?” Resztę pozostawiam do Waszych przemyśleń, lub nausznych weryfikacji.

Puentując dzisiejsze wydarzenie chciałbym podziękować gościowi z zagranicy i gospodarzowi nie tyle za zaproszenie, co raczej pokazanie zdecydowanie czystszego dźwięku z poczciwego gramofonu, ale bez utraty jego magii. To do niedawna wydawało się niemożliwe, ale nie od dzisiaj wiadomo, że nigdy nie można mówić nigdy. Tak więc, naładowany bardzo optymistycznym doświadczeniem oświadczam oficjalnie, iż z niecierpliwością czekam na bliskie spotkanie z Kronosem w moim systemie. A jeśli taki sparing dojdzie do skutku, z przyjemnością zdam z niego relację.

Jacek Pazio