Monthly Archives: lipiec 2023


  1. Soundrebels.com
  2. >

O tym jak trudny może być start, o utrzymaniu się potem na powierzchni nikogo przekonywać nie trzeba. Podobnie jest z pierwszym wrażeniem, które jak wiadomo można zrobić tylko raz. I o ile dotychczasowe, nieśmiałe plany ekspansji audiofilskiego bytu Audio Group Denmark zrzeszającego pod swymi skrzydłami takie marki jak Ansuz, Aavik, Børresen i Axxess przeszły na naszym rynku bez większego echa, to najlepszym dowodem na to, że miniony czas nie był bynajmniej stracony a poświęcono go na pewną reorganizację i zmianę modelu dystrybucyjnego jest niniejsza relacja. W dodatku relacja nie z formalnego ogłoszenia rozpoczęcia pojawienia się na rodzimej scenie audio nowego gracza, czy o zgrozo konferencji na Teamsach, lecz z dynamicznej i utrzymanej w nad wyraz nieformalnej atmosferze niemalże zabawie i spontanicznych eksperymentach z prezentowaną w przytulnej sali odsłuchowej stołecznego salonu Audiomagic przez dystrybucyjne novum, czyli AudioEmotions oferty Audio Group Denmark.

Jak łatwo się domyślić dość ograniczony metraż nie sprzyjał zwiezieniu tamże zdolnego pomieścić 25 europalet kontenera morskiego 40’HC, więc w ramach wakacyjnej inauguracji ograniczono się do udostępnienia przybyłym melomanom i audiofilom dwóch sygnowanych przez Børresen-a propozycji kolumnowych pod postacią „budżetowych” podłogówek 02 i nieco, znaczy się mniej – więcej dwukrotnie droższych a zarazem kilkukrotnie … mniejszych monitorów podstawkowych M1, którym towarzyszył firmowy, występujący w barwach Axxess-a wszystkomający wzmacniacz streamujący Forté 2. Żeby jednak nie było za nudno i zbyt monotematycznie na podorędziu stała i de facto przez większą część sobotniego szaleństwa grała aż miło znana z występów w naszym oktagonalnym OPOS-ie „dzielonka” Soulnote P-3 SE & M-3 SE. Ponadto poza plikami w roli źródeł kusiły nobliwy odtwarzacz CD Wadii a domenę analogową reprezentował pyszniący się koralowymi akcentami szpulowy Studer A807.

Zacznijmy jednak od początku i w ramach pięcia się po firmowych szczeblach zaawansowania, czy też po prostu stopniowania emocji od kilku zdań o pierwszym akcie sobotniej prezentacji, czyli Børresen-ów 02, które spróbowaliśmy zeswatać z tercetem Soulnote’a i Axxess-em Forté 2 li tylko w roli źródła-streamera. Jak się jednak okazało do pełnej strawności konieczne były dość poważne zmiany w okablowaniu, które podobno „nie gra”, co akurat w tym przypadku było nam dane zaskakująco wyraźnie usłyszeć. Całe szczęście kilka roszad ucywilizowało całą sytuację i finalnie nikt specjalnie nie decybelował na uzyskany efekt. Jednak przesiadka na Axxess-a przyniosła sporą niespodziankę, gdyż dźwięk nabrał życia, swobody i drajwu, co dość wyraźnie dało do zrozumienia, że smukłe podłogówki lubią D-klasę. Kolejnym aspektem, na który w salonowych realiach wpływu niestety już nie mieliśmy, była odległość przygotowanej dla gości kanapy od linii kolumn, co sprawiło, że najlepsze miejscówki usytuowane były jakiś metr za nią – wewnątrz „słuchawkowej zatoczki”, więc ów tapicerowany mebel stał się miejscem dedykowanym spontanicznym konwersacjom a kto czuł wewnętrzna potrzebę bardziej krytycznego odsłuchu zajmował miejsca w dalszej części sali. Taki stan rzeczy bynajmniej nikomu nie przeszkadzał, gdyż jak to zwykle w przypadku tego typu eventów bywa kategoryczne opnie zastępuje chęć niezobowiązującego zapoznania się danym systemem/komponentem i ewentualne wpisanie go na listę testową do zabawy we własnych czterech kątach. A tak po prawdzie charakter takich spotkań jest wybitnie towarzyski, co potwierdzała popularność kuluarowych pogawędek przy kieliszku prosecco i aromatycznym sushi.

Drugi akt i podniesienie poprzeczki, przy jednoczesnej redukcji gabarytów zespołów głośnikowych do postaci filigranowych Børresen-ów M1 pokazał, że w audio o ile rozmiar niekoniecznie ma znaczenie, to już zainwestowane w know-how środki słychać bezdyskusyjnie. I tu nastąpiło pewne zawirowanie, gdyż nieopatrznie zerknąłem na plątaninę kabli wszelakich za przygotowanym systemem i nieco mnie zmroziło, gdyż wszystko, włącznie z monoblokami było wpięte w zupełnie nieadekwatną klasą i wydajnością listwę ifi Powerstation, co z wrodzonym wdziękiem w trybie natychmiastowym pozwoliłem sobie zgłosić, a że w tzw. międzyczasie w Audiomagicu pojawił się również mający u nas swoje przysłowiowe pięć minut Acoustic Dream 0, to i problemu z rekonfiguracją nie było. Oczywiście finalnie Soulnote’y M-3 SE „wylądowały” bezpośrednio w ścianie, co wreszcie pozwoliło rozwinąć im skrzydła i złapać w wiatr w żagle. I co niezwykle miło mi pisać poprawa dotyczyła nie tylko basu i motoryki, lecz również rozdzielczości i oddechu górnych partii. Pojawiło się jednak nie tylko wyrafinowanie a lekko pochylając się na kanapie maniera grania studyjnych monitorów bliskiego pola, lecz również zaskakująca, jak na tak małe membrany, chęć prezentacji jak najbardziej kompletnego, również pod względem podstawy basowej dźwięku. Oczywiście o ile jeszcze na Toolu („Fear Inoculum”) jeszcze nic niepokojącego się nie działo, to już sięgnięcie po „Unity” Ganja White Night pokazało, że fizyki oszukać się nie da. O co zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł mieć do nich o to pretensji, tym bardziej jeśli ma się świadomość istnienia w duńskim portfolio i to pozostając w obrębie serii zdecydowanie „poważniejszych”, już podłogowych M3-ek, czy blisko dwumetrowych (dokładanie 193cm) M6.

Jak mam nadzieję widać na powyższym „obrazku” i wcześniejszych migawkach zarówno z południa, jak i północy naszego rozleniwionego letnią atmosferą kraju, półmetek wakacji daleki jest od typowego stereotypu „sezonu ogórkowego”, kiedy to nic się nie dzieje. Dzieje się bowiem całkiem sporo, bo woli do pokazania nowości w branży nie brakuje a jedynie od nas/Was zależy, czy zdecyduje-my/cie się na wyściubienie nosa poza działkę, ogródek, czy parawan i wolny czas spędzicie w takim a nie innym otoczeniu. Do czego z resztą serdecznie namawiamy, gdyż wakacje to nie tylko czas podróży i/lub błogiego lenistwa, lecz również świetna okazja do rzucenia okiem i uchem na nowe i nieznane urządzenia, konfiguracje i salony audio.
Dziękując serdecznie ekipom AudioEmotions i Audiomagic za zaproszenie i gościnę nieśmiało tylko napomknę, że podobnych materiałów jeszcze kilka na naszych łamach powinno się w najbliższych paru tygodniach pojawić, więc jeśli tylko szukacie Państwo pretekstu, by wyrwać się choć na chwilę z domowych/urlopowych pieleszy i dać się ponieść audiofilskim emocjom, to uprasza się nie odchodzić zbyt daleko od radioodbiorników.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Obserwując stosunkowo luźne ulice polskich miast oczywistym jest, że jesteśmy w środku sezonu ogórkowego, według oficjalnej specyfikacji zwanego okresem wakacyjnym. A jeśli tak, jakiś czas temu razem z Marcinem doszliśmy do wniosku, że nie ma co iść pod górkę i konsekwentnie zarzucać Was wymagającymi skupienia sesjami testowymi, tylko pójdziemy z duchem tego, co by nie mówić, wspaniałego dla osobników homo sapiens czasu. O co chodzi? Spokojnie, nadal będziemy obracać się w kręgu naszego hobby, z tą jednak różnicą, że zaplanowaliśmy serię relacji z niezobowiązujących wizyt w różnych, co bardzo ważne, rozrzuconych po całej Polsce salonów audio. Naturalnie wszystkich nie da się wziąć na tapet, jednak myślę, że nawet te kilka pozycji da fajny obraz bogactwa nadwiślańskiej krainy w tego typu przybytki. Jaki jest tego cel? Po pierwsze – realizacja utrzymania wspominanego przed momentem wakacyjnego podejścia do naszej zabawy. Po drugie – pokazanie rodzimej, jakże bogatej liczby mekk melomanów z ich dostępnym na co dzień portfolio. I po trzecie – upieczenie dwóch dań na jednym ogniu, czyli nic innego, jak rozpoczęcie wstępnych rozmów o potencjalnych testach na jesień. Jak widać, korzystają na tym trzy strony, czyli Wy, salony audio i my, dlatego po skreśleniu kilku strof po ostatnich odwiedzinach warszawskiego „Na Temat Audio” z najnowszą serią kolumn PMC w tle i sopockiej premiery Alare Labs Remiga 2, kolejną odsłoną naszego mitingu są wrażenia z wyprawy do firmowego audio-roomu stacjonującego w Gliwicach dystrybutora 4HiFi.

Jak odebrałem wizytę w tym salonie? Powiem tak. Przybytek bez szaleństwa rozmiarowego, za to na odwiedziny klienta przygotowany bardzo pieczołowicie. I nie mam na myśli jedynie szerokiego spectrum elektroniki oraz kolumn, ale również przygotowanie pokoju odsłuchowego od strony akustycznej. Nie przetłumiony, za to nienachalnie pozbawiony niechcianych artefaktów soniczych typu: męczące dudnienie, czy zacierający obraz wirtualnej sceny wszędobylski pogłos. Dlaczego to takie ważne? Otóż chodzi o to, aby drobnymi ruchami uzyskać dobry dźwięk, a przy okazji nie zrobić z pomieszczenia studia nagraniowego, na co 99 procent melomanów w swoim domu nie pójdzie. Co komu po odsłuchu zestawu audio w po zęby uzbrojonym oktagonie, jak w domu owa elektronika zagra dramatycznie inaczej? Naturalnie nieco innego wyniku – sklep vs dom – nie da się uniknąć, jednak czym innym jest zderzenie profesjonalnej adaptacji z umiarkowanymi ruchami w rodzinnych okowach. A przecież dobrze byłoby, gdyby to co mamy zamiar nabyć, podczas prób we własnym systemie zachowało choćby odrobinę estetyki grania z podejścia salonowego. I właśnie tak odebrałem zastane zabiegi w będącym clou spotkania roomie 4HiFi. Zabiegi niedeterminujące brzmienia zestawu na jedną modłę. tylko biorąc pod uwagę choćby moją wizytę pozwalające pokazać różnorodność aplikacji w teorii tych samych komponentów. A wręcz idealnym przykładem na obronę tej tezy jest przypadkowy sparing dwóch opartych na ostatnio modnych lampach KT150 wzmacniaczy zintegrowanych Allnic T2000 – 25TH i stojącego pod nim Line Magnetic LM150iA. To co prawda był przypadek, gdyż został wywołany zaplanowanym na wstępie wizyty zabraniem na testy pierwszego z listy Allnic-a – musiał ostygnąć, jednak od pierwszych chwil z muzyką pokazujący, jak różny dźwięk da się uzyskać na bazie tych samych szklanych baniek. Pierwszy grał jakby z większym przywiązaniem do krawędzi i wyrazistości, zaś drugi z nastawieniem na dobrze rozumianą krągłość i plastykę. Dosłownie dwa światy, z których każdy oferował coś, co pozwalało się nimi delektować. A delektować w salonie tylko dlatego, iż jak wspominałem, swoim przygotowaniem nie determinował brzmienia wszystkiego na jedno kopyto, co automatycznie sprawiało, że wykorzystane w danym zestawie, znane nam z osobistych spotkań testowych kolumny mogły rozwinąć skrzydła. Tak tak, chodzi o litewskie AudioSolutions Virtuoso S. To ich pewnego rodzaju wrodzona umiejętność zgrywania się z zastaną elektroniką – dostępna z tyłu regulacja potencjometrem – pozwoliła na bezproblemowe wychwycenie wspomnianych różnorodności brzmienia każdego ze wzmacniaczy. Bez prób jakiegokolwiek uśredniania, tylko pokazanie wręcz palcem, co u każdego z nich w duszy gra. Dzięki nim bez owijania w bawełnę jeden zapraszał na muzykę w estetyce porannego brzasku, natomiast drugi czerwonego zachodu słońca. Jednak co ciekawe, obydwa z wyczuwalną nutą lamp próżniowych, co znakomicie wyjaśnia temat zakochania się tak wielkiej rzeszy melomanów w tego typu konstrukcjach. Niby technologia trącająca myszką, przez wielu uważana za przewidywalną, ale dzięki umiejętności bezproblemowego pokazania tak wielu sposobów na muzykę, jakże uniwersalna. Oczywiście z jedną uwagą. Tak, chodzi o dobry dobór kolumn, z wyboru którego na ten pokaz goszczący mnie salon 4HiFi na ulicy Wyczółkowskiego 10 w Gliwicach wyszedł z przysłowiową tarczą. Na tyle fajnie, że mimo tak naprawdę jeszcze rankiem całkowicie nieplanowanej wizyty w tym miejscu – startując z Warszawy główny cel choć w podobnym kierunku był nieco inny, spędziłem w nim kilka przyjemnych godzin. To chyba o czymś świadczy.

Wieńcząc powyższą relację, chciałbym podziękować gospodarzom nie tylko za miłe przyjęcie, ale przy okazji również spełnianie wszelkich sprzętowych widzimisię. Z autopsji wiem – trwające od 10 lat przepinania testowe, że to jest męczące. Jednak nie oszukujmy się, tylko takie podejście do klienta pozwoli przyciągnąć go do siebie. Dlatego też w pełni ukontentowany spędzonymi w salonie godzinami przy muzyce mogę powiedzieć tylko jedno. Mieszkańcy Gliwic i całej aglomeracji śląskiej, mając tak fajne miejsce do zgłębiania swojego hobby, mam nadzieję, że tak jak ja co prawda okazjonalnie, również Wy już systematycznie wykorzystujcie je do zwiększania portfolio swoich przygód w doborze idealnego systemu audio. Do dyspozycji jest z rozsądkiem przygotowane, dzięki temu pozwalające spędzić czas w miłej atmosferze pomieszczenie, przyjazna obsługa oraz pełne półki sprzętu. Czego chcieć więcej? Chyba tylko zatwardziały malkontent znalazłby jakiś argument przeciw. Ja mimo sporych oczekiwań takowych nie widzę.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Choć wielokrotnie wspominaliśmy o tym, że fluktuacja marek i produktów na rynku audio przybrała taką dynamikę, że gdybyśmy tylko chcieli za nią nadążyć, to nie dość, że nie mielibyśmy czasu na naszą spontaniczną i zarazem semi-hobbystyczną pisaninę, co wręcz trzeba byłoby odwiesić na kołek podstawowe obowiązki. Czyli krótko mówiąc doba stałaby się za krótka a i tak nasza baza wiedzy byłaby dziurawa jak szwajcarski ser. Całe szczęście po części obowiązki audiofilskich skautów wzięli na swoje barki poszukujący świeżej krwi dystrybutorzy coraz uważniej śledzący dedykowany złotouchej braci segment rynku, co i rusz wyłuskując z niego dobrze rokujące talenty o których istnieniu większość z nas nie miała bladego pojęcia. I tak też było tym razem, gdy prosto z krakowskiego Audio Anatomy otrzymaliśmy dwa zupełnie dla nas anonimowe, sygnowane przez londyńską manufakturę Audio Engineers przewody zasilające LightSpeed i LightSpeed 4D. Jeśli, podobnie jak my, również i Państwa zjada ciekawość cóż tam siedzi w widocznych na unboxingowej sesji „aktówkach” nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do dalszej lektury.

W ramach standardowego wprowadzenia debiutującego na naszych łamach wytwórcy warto wspomnieć, iż w wyspiarskim portfolio, oprócz nader szerokiej gamy wszelakiej maści okablowania i akcesoriów antywibracyjnych znajdziemy również poprawiający kontakt i czyszczący styki płyn Silver 1000, oraz darmowe … sygnały (nagrania) przydatne podczas wygrzewania i kalibracji systemów audio. Za swoistą ciekawostkę można również uznać fakt, że Anglicy oferują oba swoje interkonekty jedynie w wersjach XLR. Skoro jednak nie nimi przypadło nam się zajmować, to jeszcze tylko wspomnę, że w roli przewodników wykorzystywana jest miedź o bliżej nieokreślonej, przynajmniej dla postronnych, czystości.
Wracając do meritum i skupiając się na naszych dzisiejszych bohaterach, nawet na podstawie powyższych zdjęć jak na dłoni widać, że oba LightSpeed-y, w przeciwieństwie do wyżej urodzonych płowo-lnianych ForceField-ów, przyobleczono w dystyngowaną czerń autorskich podwójnych plecionek Nano Black Helix ze specjalną metalizowana powłoką o grubości 500 nanometrów ekranującą zakłócenia RF i MF. Wewnętrze ekranowanie tłumi dodatkowo pola generowane w samych przewodnikach a zewnętrzne dodatkowo zmniejsza negatywne interakcje pomiędzy prądem płynącym w przewodnikach a izolacją. A właśnie, w roli izolatorów wykorzystano PET i PVC. Oba przewody wyposażono również autorską technologię (pobierającą całe 0.0001W elektronikę) Pure Energy odpowiedzialną za filtrację stałych składowych zanieczyszczających prąd przemienny o której pracy informuje dyskretne podświetlenie zastosowanych wtyków. Co do konfekcji, to choć ekipa Audio Engineers nie chwali się źródłem ich pochodzenia pewne podobieństwa do oferty Wattgate’a wydają się dość oczywiste. Niemniej jednak w materiałach firmowych można natrafić na wzmianki, iż są to ręcznie selekcjonowane polimerowo-kompozytowe wtyki z miedzianymi stykami wewnętrznymi i rodowano-srebrzonymi zewnętrznymi, dzięki czemu charakteryzują się lepszymi parametrami elektrycznymi i większą odpornością na warunki środowiskowe aniżeli ich złocone odpowiedniki.
Jeśli zaś chodzi o różnice, to podstawowy LightSpeed zbudowano z 96 zbalansowanych, dwużyłowych przewodników o spiralnej strukturze i przekroju 12AWG (3 mm²). Z kolei stojący na szczycie serii LightSpeed 4D oparto o 384 w pełni odseparowane, zbalansowane, podwójne czterordzeniowe przetworniki o spiralnej strukturze i przekroju 6 AWG (12 mm²), co też przekłada się na jego zdecydowanie „poważniejszy” wygląd, gdyż zamiast pojedynczego przebiegu mamy do czynienia z poczwórnym „warkoczem”. Wbrew pozorom zwiększenie komplikacji nie wpływa na wiotkość przewodu, więc zarówno najtańszy, jak i najdroższy z LightSpeed-ów okazał się zaskakująco wdzięczy pod względem ergonomii, czyli przy układaniu go za zasilanymi nim urządzeniami.

No to najwyższa pora na kilka zdań może nie tyle o brzmieniu samych przewodów, co ich wpływie na zasilane nimi urządzenia. Od razu jednak nadmienię, iż o ile 4D zagościł w zadkach praktycznie wszystkich komponentów, o tyle podstawowemu LightSpeed-owi sesje z 300W Brystonem i Vitusem litościwie odpuściłem, gdyż akurat ww. osobnicy w takowych „cienkuszach” wybitnie nie gustują, więc nie widziałem większego sensu męczyć i siebie i tytułowego przewodu. Krótko mówiąc 4-k a „zagrała” wszędzie a „podstawka” opędziła źródła. I … I w obu przypadkach sprawdziły się wprost wybornie. Co najważniejsze, wbrew swojej nazwie prędkość światła bynajmniej nie oznacza tym razem często towarzyszącemu zawrotnym prędkościom odchudzenia. Ba, śmiem wręcz twierdzić, że właśnie pod względem wypełnienia precyzyjnie kreślonych konturów właściwą pod względem gęstości i konsystencji treścią angielskie przewody zawieszają zaskakująco wysoko poprzeczkę. Nie dość bowiem, że zgodnie z nadaną im nomenklaturą nie sposób przyłapać je na jakichkolwiek oznakach spowolnienia, czy zawoalowania – pomijania niuansów, w końcu światło nie tylko pędzi na złamanie karku, lecz również rozświetla wszelakie, zazwyczaj ukryte w cieniu zakamarki, to gdy tylko wymaga tego sytuacja – vide reprodukowany materiał atakują z większą zaciekłością niż szkolone do obrony swych właścicieli potężne rottweilery. Wystarczy sięgnąć po „BLOODSUCKERS” Saint Agnes, by poczuć bezlitosne smagnięcia gitarowych riffów, uderzenia brudnej, garażowej elektroniki i wykrzykiwanych z iście punkową agresją wersów jakby ktoś połączył w jedną, ekstremalnie wybuchową formułę estetykę Rage Against The Machine, White Zombie i The Prodigy. Od razu uprzedzam, że nie jest to nawet leżący obok audiofilskich wyobrażeń o referencji krążek, jednak właśnie z racji swej kanciastości i natywnego brudu okazuje się wprost wymarzony do obnażania wszelakich tendencji do upiększania i ugładzania reprodukowanego materiału przez poddawane testom komponenty. A LightSpeedom owe praktyki nawet przez myśl nie przeszły, więc wściekle atakowały zmysły słuchaczy miriadami rozżarzonych do białości dźwięków dziwnym zbiegiem okoliczności wprowadzając ład i porządek w tej pozornej kakofonii. Różnice pomiędzy obiema sieciówkami oczywiście były, lecz nie dotyczyły one charakteru brzmienia, gdyż pod tym względem były wzorcowo spójne i konsekwentne, lecz ilości, wolumenu przekazywanych informacji a co za tym idzie wglądu w głąb struktury nagrań. Nie oznacza to bynajmniej, że podstawowy LightSpeed cokolwiek gubił i upraszczał, lecz 4D robił wszystko po prostu nie dość, że lepiej – z większą precyzją i wyrafinowaniem, to jeszcze oferował wyraźnie bardziej obezwładniającą dynamikę i to nie tylko w skali makro, lecz również mikro z większą autentycznością oddając niuanse rozgrywające się niemalże na poziomie molekuł. Niemniej jednak dokonując bratobójczych pojedynków sugeruję zaczynać od podstawki i piąć się w górę cennika a nie na odwrót, gdyż przy sugerowanej metodyce niejako z automatu wychwytujemy detale stanowiące o dość oczywistym progresie, natomiast dokonując porównań w odwrotnej kolejności, również z automatu, zaliczamy bolesny upadek z wysokiego konia, drugi – niżej urodzony przewód stawiając już na starcie na z góry straconej pozycji.
Podobnie było na zdecydowanie bardziej cywilizowanym „Cairo Jazz Station” autorstwa projektu w składzie Abdallah Abozekry (saz), Ismail Altun