Monthly Archives: Lipiec 2016


  1. Soundrebels.com
  2. >

Musical Fidelity Nu-Vista 800

Opinia 1

Choć zwykło się uważać, że to właśnie dzielone amplifikacje są solą audiofilskiej ziemi, to nie ma większego sensu iść na udry i próbować uszczęśliwiać wszystkich na siłę nieraz przekraczającymi zdolności lokalowe rozbudowanymi, wieloelementowymi konstrukcjami. Z resztą czasy, gdy integracja kojarzyła się z kompromisem, już dawno odeszły do lamusa, co nader dobitnie udowodnił duński Gryphon wprowadzając na rynek Diablo 300. Warto jednak mieć na uwadze, że konkurencja na pułapie 50 kPLN + wcale nie śpi i też stara się jak może odpowiednio skutecznie zaspokoić zapotrzebowanie rynku. Jest w końcu ASR Emitter II Exclusive, Mark Levinson Nº585, Jeff Rowland Daemon, czy nawet nasz rodzimy Marton Opusculum (recenzja wkrótce). Oczywiście nad pierwszą i ostatnią pozycją z powyższej wyliczanki ciąży piętno zewnętrznego zasilania, ale skoro nomenklaturowo i przede wszystkim pod względem technicznym kwalifikują się do grona wzmacniaczy zintegrowanych, to nie widzę powodu, żeby o nich w tym momencie nie wspomnieć. Co ciekawe w dość hermetyczne dla zwykłego śmiertelnika rejony zapuszczają się też marki z reguły kojarzone ze wszech miar zacnymi i charakteryzującymi się wysoką jakością brzmienia, aczkolwiek zazwyczaj zdecydowanie rozsądniej wycenionymi produktami. Przykład? Proszę uprzejmie – niech będzie pierwszy z brzegu … Musical Fidelity. Zaskoczeni? Najwidoczniej Antony Michaelson po dość krótkiej przygodzie z bezkompromisową końcówką Titan postanowił dopasować swoje ambitne założenia do europejskich realiów mieszkaniowych i zaproponować „małą kondensację”.
Zanim jednak dane nam było zasmakować wyspiarskiego deseru zdążyliśmy już sobie zaostrzyć apetyt  i może nie tyle wyrobić, co odświeżyć sobie zdanie o  swoistej szkole brzmienia podczas odsłuchów dość przystępnych, przynajmniej na soundrebelsowe realia, wzmacniaczy M5si i M6-500i. Wygląda zatem na to, że ekipa Rafko – polskiego dystrybutora marki, uznała nasz dotychczasowy wkład w popularyzację  marki za satysfakcjonujący, gdyż w momencie, gdy tylko rozpuściliśmy wici o tym, że powoli przymierzamy się do maratonu z super integrami czym prędzej dostarczyła do nas hybrydowy model Musical Fidelity Nu-Vista 800. Nie przeciągając zatem niepotrzebnie wstępu zapraszamy na spotkanie z brytyjskim flagowcem.

Nu-Vista 800 to niezaprzeczalnie potężny wzmacniacz o wręcz muskularnej sylwetce. Na iście przeciwpancernym, wykonanym z dwuipółcentymetrowego płata szczotkowanego aluminium froncie osadzono po obu stronach turkusowego, znaczy się zielonego, wyświetlacza, dwie adekwatne gabarytom urządzenia satynowe gałki, z których lewej powierzono selekcję wejść a prawej kontrolę nad wzmocnieniem. W ramach ciekawostki warto dodać, że włącznikiem jest zlokalizowany pod lewym „knobem” niewielki przycisk z dedykowanymi mikroskopijnymi diodami – niebieską informującą o aktywności wzmacniacza i bursztynową uaktywniającą się w trybie stand-by. Bliźniaczy guziczek znajdziemy również pod prawym pokrętłem, lecz tym razem z jego pomocą zarządzać możemy efektami świetlnymi oferowanymi przez flagową brytyjska integrę, co pozwolę sobie rozwinąć dosłownie za chwilkę.
Solidną i niewiele ustępującą frotowi płytę górna przyozdobiono dwoma podłużnymi, biegnącymi tuż przy rzędach śrub mocujących i dwoma poprzecznymi otworami, z których dwa boczne poprawiają cyrkulacje powietrza znad stopni wyjściowych, tylni daje wgląd na otoczone uroczymi aureolkami nu-vistory a przedni, goszcząc logo marki, pełni rolę czysto dekoracyjną. Nad ścianami bocznymi nie ma sensu zbytnio się rozwodzić, więc nadmienię tylko, iż przyjęły one postać masywnych radiatorów.
Zdecydowanie bogaciej prezentuje się połyskująca miedzianozłotą poświatą ściana tylna wyposażona w parę wejść XLR, cztery pary RCA (jedną parę można przełączyć w tzw. tryb przelotki do integracji z systemami A/V) i dwie pary wyjść – liniowe i bezpośrednie z przedwzmacniacza. Terminale głośnikowe są podwójne i przede wszystkim, co warto podkreślić, pozbawione jakichkolwiek utrudnień komplikujących aplikację widełek. Jak widać, pomimo dość oczywistego nacisku rynku na obecność coraz bardziej zaawansowanych interfejsów cyfrowych a ostatnimi czasy również sieciowo-streamingowych nic takiego w Musicalu nie uświadczymy. Jednak w ramach rekompensaty producent, oprócz nad wyraz solidnego pilota postanowił dopieścić nabywców swojego zintegrowanego flagowca kompletem dedykowanych stożków, których można użyć zamiast standardowych, filcowych podkładek pod nóżki, które również znajdują się na stanie.
Wnętrze przedstawia się jeszcze ciekawiej. Pierwsze, co w sposób oczywisty przykuwa wzrok, to para potężnych toroidalnych transformatorów o mocy 1,5 kVA każdy, co jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że przechwałki o wykorzystaniu sekcji zasilającej z legendarnej końcówki Titan wcale nie były czcze. W dodatku każdemu trafu przydzielono po cztery kondensatory 6800 µF/100V. Choć już same z siebie Nu-Vistory są niezwykle odporne na mikrofonowanie i inne czynniki zewnętrze, to nie zapomniano o takim drobiazgu, jak odpowiednie ekranowanie sekcji przedwzmacniacza, w której właśnie pracują parami na kanał unikalne metalowe JAN 7586. Stopień wyjściowy, również w układzie dual mono, oparto na pięciu tranzystorach Darlingtona (STD03P + STD03N) produkcji Sankena z baterią dziesięciu kondensatorów wygładzających 1000 µF/100V.

Rozruch tytułowej bestii trwa w przybliżeniu 12 sekund podczas których ukryte za płytą czołową diody LED świecą na czerwono, choć już uzyskany na zdjęciach efekt moja Małżowinka określiła jako odcień biskupiej purpury. Jednak do pełni swoich możliwości sonicznych 800-ka dochodzi znacznie dłużej, gdyż dopiero po około piętnastu minutach, o czym można się zorientować nie tylko nausznie, ale i po zielonym kolorze widocznych za zdobiącą płytę górną metalową siatką nu-vistorów. Żeby jednak była jasność – posiadające metalowe, zamiast szklanych baniek mini lampki nijakiego światła nie wydzielają, bo i skąd, więc otoczono je seksownymi aureolkami takową poświatę zapewniającymi. Skoro już jesteśmy przy samej iluminacji, to zdając sobie doskonale sprawę, że nie każdemu przypadnie ona do gustu i nie w każdej sytuacji jest pożądana producent udostępnił aż osiem kombinacji umożliwiających włączenie / wyłączenie, wszystkich diod, lub tylko poszczególnych sekcji, czyli wyświetlacza, podświetlenia lamp i przedniej ściany. Słowem do wyboru, do koloru.
Żeby jednak oddać Nu-Viście sprawiedliwość przed przystąpieniem do krytycznych odsłuchów warto dać jej po każdym uruchomieniu co najmniej trzy kwadranse a jeszcze lepiej godzinkę. W tym czasie jej brzmienie dość zauważalnie tężeje i się konkretyzuje. Jednak od początku. Doskonale zdaję sobie sprawę, że skojarzenia to przekleństwo a zbyt wybujałe wymagania potrafią zepsuć niejedną niespodziankę, ale  wpinając w swój system ponad trzystuwatowy piec zasadnym wydaje się oczekiwanie pewnej spektakularności. Tymczasem Musical zaskakuje zwiewnym i wręcz eterycznym brzmieniem. W pierwszej chwili zacząłem się zastanawiać i gorączkowo wertować instrukcję w celu weryfikacji, czy przypadkiem potężna integra nie budzi się do życia w jakiś trybie eco wykorzystując jedynie śladowy procent swoich możliwości. Ot taki audiofilski odpowiednik odłączania przy spokojnej jeździe połowy cylindrów w pięciusetkonnej, blisko pięciolitrowej V8-ce  napędzającej Bentleya Continentala GT. Nic z tych rzeczy. Po prostu trzeba uzbroić się w odrobinę cierpliwości i dopiero po wspomnianych trzech kwadransach zacząć formułować wnioski. W końcu mamy do czynienia może z dość nietypową, ale jednak hybrydą a jak wiadomo, czego jak czego, ale pośpiechu lampy nie znoszą.
O ile już nasze wcześniejsze przygody z aktualną ofertą wzmacniaczy Musicala dość wyraźnie wskazywały na odejście od wcześniejszej, nader charakterystycznej maniery grania dźwiękiem niezwykle gęstym, lecz nieco spowolnionym na rzecz świetnej dynamiki i drajwu to w Nu-Viście pojęcie firmowego brzmienia definiowane jest niejako na nowo. Wspomniana zwiewność okazuje się li tylko stanem właściwym dochodzącego do optymalnych parametrów pracy układu a eteryczność ewoluuje w kierunku rozdzielczości i selektywności opartych na iście high-endowej precyzji. Nie oznacza to jednak, że topowa integra MF gra chłodno, bądź sucho, lecz jedynie wskazuje na pojawienie się kolejnego elementu audiofilskiej układanki – szybkości a dokładnie natychmiastowości. Bez zbędnych podchodów dźwięki pojawiają się znikąd i równie błyskawicznie, bez ociągania się kończą. Oczywiście wszelakiej maści smaczki dotyczące płynności wygaszania, czy propagacji fal dźwiękowych w pomieszczeniach o spektakularnej nieraz akustyce są obecne, ale sam początek i koniec dzieją się szybciej niż kolizje cząsteczek w  Wielkim Zderzaczu Hadronów. Jako przykład niech posłuży niezwykle klimatyczny, lecz równie trudny do prawidłowego odtworzenia album „21 Spices” Triloka Gurtu, Simona Phillipsa i NDR Big Band. Już otwierający „Piece of Five” pokazuje skalę trudności z jaką przyjdzie zmierzyć się elektronice. Przed gęstym i pełnym smaczków tle tworzonym przez ww. big-band rozgrywa się misterny spektakl pełen delikatnych i pioruńsko szybkich fraz wygrywanych na tabli, czy solowych popisów saksofonowych Lutza Buchnera. Jest w tym tyle energii i zarazem zabawy w skojarzenia, że trzeba nie raz i nie dwa przesłuchać całość, by nie tyle ją ogarnąć a dopiero zacząć poznawać. Ten niezwykle eklektyczny a momentami wręcz szalony tygiel jazz-rocka, Fusion, czy multi-kulti  World Music powinien wciągać słuchacza w swój muzyczny świat i za sprawa Musicala czyni to bezapelacyjnie. Możliwość wnikania w głąb nagrania jest oczywista a jeśli dodamy do tego pulsujący, wszechobecny rytm to trudno będzie nam oderwać się głośników. A właśnie – tytułowa integra w sposób całkowicie niezauważalny przejmuje we władanie nawet trudne do wysterowania kolumny i trzymając je w stalowym uścisku nawet na moment nie pozwala im na niesubordynację. Co prawda w skali bezwzględnej jeszcze dalej w tej materii miał do powiedzenia Diablo 300, ale tu już zaczynamy wchodzić w niuanse i natywną estetykę grania obu wzmacniaczy. Gryphon traktował temat bezpardonowo, bezdyskusyjnie narzucał swoje panowanie a Musical do tematu podchodzi niemalże w jedwabnych rękawiczkach. Niby efekt w przybliżeniu jest ten sam, jednak sposób jego osiągnięcia znacząco się różni. Krótko mówiąc zaczynamy wkraczać na teren własnych preferencji a jak wiadomo o gustach dyskutować nie wypada.
Przy nieco bardziej oszczędnym instrumentarium – „Abyss” (Chihiro Yamanaka) teoretycznie nadmiarowa moc Nu-Visty  wcale nie jest problematyczna. Integra nader zwinnie porusza się w poszarpanych, jazzowych rytmach świetnie obrazując zmiany temp i nastrojów. Całości brak nawet najmniejszych oznak nerwowości i prób sztucznego podkręcania tempa, bądź równie nienaturalnego nadmuchiwania gabarytów źródeł pozornych. Nie dość, ze zachowywany jest umiar, to mamy do czynienia z czymś w rodzaju pewnej „bondowskiej” elegancji. Atak, uderzenie, następują jedynie wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba, czyli gdy po prostu zostały zarejestrowane z taką a nie inną intensywnością a po chwili wszystko znów wraca do normy. Dzięki temu bez trudu jesteśmy w stanie wyławiać ze spektaklu takie niuanse jak moment uderzenia pałeczki w blachy, szarpnięcie struny, czy pracę palców na gryfie a jednocześnie nie tracić nic z pełni spektaklu.
Co ciekawe powyższej maniery wzmacniacz nie wyzbywa się na zdecydowanie mniej cywilizowanym materiale. Karmiony garażowym rockiem zWorld On Fire” Slasha, czy wręcz obłąkańczą mieszanką funku i … punka z „13” Suicidal Tendencies bez trudu odnajduje się w tak dalekich od audiofilskiej estetyki klimatach. Szczególnie miłym zaskoczeniem taki stan rzeczy jest na „13”-ce, bo połączenie rytmiki Living Colour z agresywnością i ofensywnością Rage Against The Machine niejedną legendę High Endu potrafi przyprawić o zawał. Tymczasem, choć scena dźwiękowa ulega oczywistemu spłyceniu, to przyjemność odsłuchu wcale nie maleje. Ot po prostu inny klimat, inne cechy przewodnie i przy okazji zupełnie inny sposób odbioru. O ile przy jazzie, czy klasyce przechodzimy w tryb dość statycznej kontemplacji co najwyżej wtórując sekcji rytmicznej miarowo podrygując kończyną dolną o tyle przy rocku i jego bardziej brutalnych odmianach reakcja i interakcja dotyczy zdecydowanie większej ilości członków naszego ciała. Podrygiwanie ma charakter globalny i oprócz kończyn obejmuje swym zakresem również mniej lub bardziej, z reguły mniej, owłosiony czerep, co automatycznie wyklucza wykonywanie w tym czasie bardziej złożonych czynności. W ekstremalnych przypadkach, szczególnie gdy poziom głośności zbliża się do granicy bólu nawet przyjmowanie płynów lepiej ograniczyć do przerw między utworami. Jeśli ktoś się zastanawiał jak brzmi 330 W  w angielskim wydaniu, to właśnie ma odpowiedź – urywa tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Musical Fidelity Nu-Vista 800 pomimo nieposiadania na pokładzie żadnych atrybutów ucyfrowienia i brakiem kompatybilności z wszechobecnymi plikami bezsprzecznie należy do elitarnego klubu super integr. Będąc od strony funkcjonalnej w pewnym sensie reliktem przyszłości idealnie wpisuje się w niszę dedykowaną osobom oczekującym od wzmacniacza jedynie tego, do czego u zarania swoich dziejów został stworzony – wzmacniania sygnału. I  owe oczekiwania 800-ka spełnia z nawiązką. Oferując moc i wydajność prądową właściwe potężnym końcówkom niezwykle umiejętnie łączy je z lampową finezją i rozdzielczością. Cóż z tego, że zakute w metalowe płaszcze nu-vistory w celach czysto estetycznych wspomagane są iluminacją otaczających je aureol, skoro po prostu robą swoje. Jeśli zatem nie do końca macie ochotę na zabawę w segmentację własnego toru na wieloelementową konfigurację w pierwszej kolejności powinniście chociaż rzucić uchem na tytułowego Musicala. Wzmacniacz, który swym brzmieniem udowadnia, że nawet imponujące parametry techniczne nie są celem samym w sobie a jedynie sposobem, narzędziem umożliwiającym możliwie wierną reprodukcję naszej ulubionej, niezależnie jaka by ona nie była, muzyki.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Gryphon Diablo 300;  Audionet DNA I
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 3 szt. Verictum Demiurg
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Gdy prześledzicie historię testowego bytu dzisiejszego bohatera na naszym portalu, okaże się, że bez względu na zajmowaną pozycję w cenniku każdy poprzednio recenzowany produkt miał coś ciekawego do zaoferowania. Naturalnie jakość zalet rosła wprost proporcjonalnie do ceny danego urządzenia, ale w każdym segmencie dochodzi się do pewnej ściany i tylko zmiana topologii układu umożliwia dalszą poprawę dźwięku. I z takim przysłowiowym murem  będziemy mieli okazję dzisiaj podyskutować. Oczywiście owo stawiające tamę dla dalszego rozwoju słowo nie jest ograniczającym jakość dźwięku złem w czystej postaci, tylko synonimem zajmowanego szczytowego miejsca w portfolio opisywanej dzisiaj marki, którą jest angielski Musical Fidelity. A to oznacza tylko jedno – maksimum jakości w jednym w miarę zgrabnym gabarytowo urządzeniu. Doprecyzując dotychczasowe informacje i puentując wstępniak dodam, iż naszym celem będzie przyjrzenie się topowej konstrukcji wzmacniacza zintegrowanego NU-VISTA 800, o którego występy zadbał bielski dystrybutor RAFKO.

Niestety przecząc wstępniakowej tezie o zgrabności testowanego dzisiaj przedstawicielce sekcji wzmacniającej 800-ka jak na integrę jest duża i bestialsko ciężka (niewiele poniżej 50 kg). Chyba nie muszę mówić, jak przekłada się to na proces logistyczny. Niemniej jednak, mimo tych rozmiarowych naleciałości dopóki nie szarpniemy tego kloca do góry, świetnie prezentujący się projekt plastyczny wszystko umiejętnie maskuje. Owszem, nadal zdradza swoje gabaryty, ale wszelkiego rodzaju zabiegi stylistyczne czynią go bardzo strawnym, by nie powiedzieć przyjemnym wizualnie dla oka. Głównym winowajcą takiego pozytywnego postrzegania jest front urządzenia. Kilka łamiących się ku tyłowi w jego dolnej i górnej części płaszczyzn wespół z dużymi symetrycznie umieszczonymi na bokach srebrnymi gałkami i może niezbyt wielkim, ale za to bardzo czytelnym centralnie ulokowanym wyświetlaczem sprawiają, że wzrok dość łatwo akceptuje jego co najmniej ciekawą aparycję. Jeśli nie wierzycie, rzućcie okiem na fotki z przodu i z góry, a przekonacie się, że mimo umiejętnie wykorzystanej sztuki ukrywania gabarytów to jest naprawdę wielki piec, ale patrząc na wszelkie wizualne triki nie jest już tak groźny. By zamknąć temat przedniej ścianki trzeba dodać jeszcze, że podczas pracy urządzenia od jego spodu bije zgodna z barwą wyświetlacza zielona poświata, która idąc z pomocą zacieraniu śladów obszerności dodatkowo zwiększa poczucie lekkości opisywanej konstrukcji. Krocząc tropem ogólnej budowy na bokach górnej płaszczyzny wzmacniacza widzimy zabezpieczone siatką grawitacyjne otwory wentylacyjne, a w tylnej jej części okienko z zaimplementowanymi podświetlanymi różnymi kolorami – w zależności od wygrzania urządzenia – niewielkimi rozmiarowo lampami elektronowymi. Powiem tak, gdy na początku tej przygody testowej wszelkie wspomniane zabiegi iluminacyjne uważałem za zbędny blichtr, to po tych kilkunastu dniach użytkowania rzeczonej integry uważam je za bardzo ciekawe i pomagające w uzyskaniu lekkości wizualnej dodatki. Z racji, że osiemsetka podczas pracy mocno się nagrzewa, całe jej boki wykonano z solidnych rozmiarów radiatorów, które ze współpraca z wentylacja dachową w pełni spełniają wymogi chodzenia konstrukcji. Gdy doszliśmy do tylnego panelu przyłączeniowego, zdjęcia jasno pokazują, iż producent nie podąża drogą pakowania do urządzenia wszystkiego co jest możliwe, tylko przypisany takiej konstrukcji zestaw wejść i wyjść standardzie RCA, jedno wejście XLR, przelotkę PRE-OUT, podwojone terminale głośnikowe i gniazdo zasilające. Jak widać, żadnych zbędnych posunięć, które w przypadku ich marnej, bo mającej być pewnego rodzaju sztucznym uzupełnianiem funkcjonalności jakości mogłyby obrócić się przeciwko decyzji zakupowej potencjalnego klienta. I wiecie co? Ja również jestem tego samego zdania.

Patrząc z lotu ptaka na to, co dotychczas dane mi było usłyszeć podczas testów produktów Musicala testowana integra wydaje się być jego najdojrzalszym brzmieniowo urządzeniem. Owszem, ma sobie przypisany sznyt brzmieniowy – gładkość i masa, ale nie oszukujmy się, nie ma takiego urządzenia, któremu nie można by przypisać takich czy innych cech. A jak gra NU-VISTA? To homogeniczne, gęste, ale pozbawione nalotu zamulania granie. Co prawda wirtualna scena w stosunku do mojego Japończyka robi maleńki krok do przodu i lekko zaciera czytelność tylnych formacji, ale biorąc pod uwagę różnicę w cenie i samą topologię porównywanych konstrukcji nie jestem uprawniony do jakiegokolwiek narzekania. Dlatego traktujcie to jako tendencyjne pokazanie pewnych zdarzeń połączeniowych, które bez konfrontacji ze zdecydowanie lepszym setem może być całkowicie niezauważalnym. Co ważne, dźwięk w dających oddech muzyce pasmach jest bardzo dobrze wypełniony informacjami, co świadczy o umiejętnym dawkowaniu wspomnianej gładkości, czyli dostajemy rozdzielczy środek i kreującą ciekawy blask muzyki górę. Bas natomiast, krocząc drogą podbudowy wspomnianych wyżej notowanych od siebie rejestrów, na szczęście przy swojej słusznej wadze z jej kontrolą radzi sobie równie dobrze. A to skłania mnie do ponownego powtórzenia, że NU-VISTA 800 to bardzo dobrze zestrojona brzmieniowo konstrukcja. Aby choćby zdawkowo pokazać, jak radzi sobie w warunkach polowych zacznę od pierwszej z brzegu elektroniki spod znaku DEPECHE MODE „EXCITER”. Nie muszę chyba wspominać, iż tak podany materiał spełniał moje zapotrzebowanie na pierwiastek emocji w muzyce. Owszem, złośliwi krytycy lub wielbiciele celowej utraty słuchu woleliby nieco szczuplej na środku i ostrej w górze pasma, ale to co zaprezentowała angielsko-japońska układanka, bez naciągania faktów było bardzo dobrym wynikiem. Kolejnym przykładem zaprezentowania się MF z dobrej strony może być krążek Mojave 3 zatytułowany „Excuses For Travellers”. To balladowe, gitarowo-wokalne przedsięwzięcie muzyczne po raz kolejny udowodniło, że ciekawie ustawiony balans podgrzania atmosfery na scenie potrafi zdziałać cuda. Znam tę płytę od podszewki i gdy na jakimś zestawie wypadnie średnio, przez kolejnych kilka tygodni mam jej po prostu dość. I wiecie co? Przywołane zalety testowanej konstrukcji już od pierwszej nuty mówiły mi, że to było dobry ruch. Co prawda cały projekt obsługuje większy zespół, ale prym tej kompilacji wiedzie wokal i gitara, chyba domyślacie się, co stało się za sprawą ingerencji integry z Anglii. No OK., sam powiem, Płyta zaliczyła dwa stany, czyli start i samoczynny powrót soczewki do stanu spoczynku. I gdy tak sobie rozprawiamy o samych zaletach testowanego pieca, aby przybliżyć o nim pełnię prawdy, do napędu CD powędrowała muzyka dawna nagrywana na setkę w kubaturze kościelnej. To najczęściej jest „Palec Boży” dla testowanych urządzeń i może nie w drastycznym wydaniu, ale i tym razem wyraźnie pokazał, gdzie i co za cenę zwiększenia homogeniczności tracimy. W roli kata wystąpił  Kapsberger ze swoim krążkiem „Labirinto d’Amore”. Ale nie rwijcie zawczasu włosów z głowy, gdyż to co z tej konfrontacji wynikło, było idealnym pokazaniem naturalnych zależności pomiędzy nadmiernym dobrem, a tym co przy okazji nam umyka. Gdy zatopiłem się w tę piękną merytorycznie i realizacyjnie muzykę, prawie natychmiast słychać było delikatną utratę naturalnego, ale fenomenalnie zebranego na stół mikserski echa budowli. To oczywiście przekładało się na zmniejszenie uczucia brania osobistego udziału w tej sesji nagraniowej, ale uspokajając dodam, że całość prezentacji z wyłączeniem tych drobnych potknięć mimo wszystko była bardzo ciekawą projekcją. Przecież ta muzyka kocha podgrzanie dźwięku, a to z przyjemnością w pełnej dawce dawał im nasz bohater dnia. To zaś powodowało, że przepiękny materiał wokalny wypadał bardzo przekonująco, o samych instrumentach z epoki już nie wspominając. I tylko zderzenie z mocnym w tym temacie zawodnikiem pokazało, że słychać było co prawda delikatne, ale jednak pewne ograniczenia. Jak widać na tych kilku przykładach, testowany produkt bez większych problemów radził sobie z większością muzyki. Co prawda swoimi walorami sonicznymi sytuuje się raczej po ciepłej i gęstej stronie grania, ale po tym sporym czasowo doświadczeniu jestem przekonany, że tylko ortodoksyjni orędownicy szybkości ponad wszystko będą mogli kręcić nosem. Wszyscy inni, nawet stawiający na bliskość neutralności będą raczej zadowoleni z takich wpisanych w sznyt grania artefaktów. Dlatego biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw opisywanej konstrukcji jestem w stanie powiedzieć, że Anglicy bardzo dobrze wykonali postawione przed sobą zadanie.

Może osiemsetka MF nie jest ostoją ponadprzeciętnej przeźroczystości i niczym duński Gryphon nie jest demonem szybkości, ale jedno na pewno można o niej powiedzieć – fantastycznie gra różnorodną muzykę, która dla znacznej populacji melomanów będzie muzyką przez duże „M”. Jak można wywnioskować z tego spotkania, wszystko o czym wspomniałem, zdaje się świadczyć, iż  NU-VISTA jest gotowa do sprostania naprawdę wielu oczekiwaniom. Czy wpisze się we wszystkie zestawienia, w jakich będzie miała okazję wystąpić, zależy od wielu czynników. Jednak musicie dać jej szansę, inaczej cała para – czytaj mój co prawda bardzo przyjemny, ale jednak wysiłek – pójdzie w gwizdek. Ja swoje zrobiłem, teraz piłeczka jest po Waszej stronie.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Rafko
Cena: 53 995 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa (RMS): 2 x 330 W / 8 Ω
Stosunek sygnał/szum: > 107 dB
Zniekształcenia THD: < 0.005%
Pasmo przenoszenia: 10 – 30 000 Hz
Wyjścia: para RCA (liniowe0, para RCA (Pre-out)
Wejścia:  4 pary RCA, para XLR
Zużycie energii: maks. 900 W
Wymiary (S x G x W): na standardowych nóżkach 18,7cm (na podwyższonych 21.2) x 48,3 x 51 cm
Waga: 39 kg

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Tellurium Q Silver Diamond English ver.

I assume that each one of us experienced a so called “Yeti effect” at least once, or much more often, something that happens amongst (older) men – “This fish was sooo big”. Do you know what I mean? I mean that somebody has seen, heard, experienced, etc, something, and is absolutely certain this did happen, while everybody else from that persons’ environment is acting skeptical. The situation becomes strange, and we reach a moment, when this person reaches a status close to the one obtained by people claiming they were taken by an UFO, and the little green men performed many different and painful experiments on them. In audio, and especially in High End, such cases happen quite often, but those are usually about reaching the state of audiophile nirvana, that was caused by listening to a certain gear, loudspeaker, cable or other accessory. But if this state of mind becomes contagious, when more than one person is starting to talk about the same thing, then it is worth to have a closer look at the thing that caused it, and have a listen for yourself.
It was similar, but maybe not with the tested set of cables, as they were just recently introduced to the market, but in general with the cables of the manufacturer that supplied them for testing. Every time, when during a visit somewhere, or during a show, where different systems were showcased, and the representative of the company Tellurium Q appeared, as this is the company in question, we heard, that the cables he has now are just spectacular, although they cannot show their full potential, as they just arrived from UK, or did not have time to be burned-in correctly. Unfortunately each time the effect of connecting those British wires to the system was … not very convincing. Although there was no tragedy, but there were always cables from some competitor, that suited our expectations better. If we would rely only on what I wrote above, then the case would be clear – this is the distributor, and he is happy with the products he is selling. But we started to receive reports, that the Tellurium really do sound well, what was in a sense confirmed with the amount of awards and distinctions they received. So we decided to confront their growing fame and test them in our own systems. It turn out, that everything that comes to Poland from the company with the purple logo is sold immediately, like everything during the cold war era. So we patiently waited and finally we got our hands on the top interconnects RCA and XLR as well as the loudspeaker cables, described in the company hierarchy as Silver Diamond.

With some of the cables I know, the case is, that it best to review them listening not to a single pair (or cable) but to complete sets, allowing for the whole system to be cabled. This gains momentum, when the cables have some proprietary solutions implemented, working to minimize, or even annihilate, all kinds of anomalies from the usable signal. That was also the case this time, as according to the manufacturer the Tellurium Q cables were designed and manufactured in such a way, that they should minimize phase distortion. Yet looking at them it would be hard to find anything out of the ordinary. There are no boxes, muffs or any magic rings. Seeming those are just “simple wires”. But appearances are deceptive, as Geoff Merrigan makes certain modifications already on the level of the material the conductors are made of (in this case silver plated copper, there are also silver plated plugs), geometry of the strands, choice of dielectrics, vibration dampening and some things probably only he himself knows. But enough of that. The Tellurium arrive in classic, not overly extravagant carton boxes. So on this level there will be no luxury and extra care. But after removing them from the box it turns out, that the Silver Diamond looks very nice, with a kind of timeless elegance. The blackness of the sheath contrasts with the snowy white thermal bands with the company print, what together with the solid plugs makes a very positive impression. In addition both types of interconnects are quite flexible, what makes them easy to plug in and out and position behind the electronics. A real fairytale. However it ends with the unpacking of the loudspeaker cables. Those modest and nicely looking ribbons ending with aluminum splitters turn out equally easy to handle as a ship line from a three mast sailboat, or a fire hose filled with solid core wires. With some extra strength they are possible to handle, but it would be recommended to not to move them too much after connecting.

Having in mind my previous, not so positive, experience and not knowing, how long the supplied set was used I decided to burn the cables in – so I plugged in the two XLR, one RCA interconnect and the loudspeaker cables into my system and allowed them to align for a week. Only then I started listening with heightened attention and critically. If those cables are such “giant killers” then let them show, what they can do. And the only thing that comes to my mind now is the old truth – “be careful what you ask for, as you may get it”. Yes, yes. Despite the quite mellow, almost lazy “Just a Little Lovin’” Shelby Linne, the sound had such an energy, as if the system would be building it up somewhere. But it was no artificial pumping, no nervous looking out for the moment you can strike, but rather everything revolved around the directness of the sound and the strength of emission. The compression, that went unnoticed to date disappeared and the extremes of the sound spectrum expanded by a step or two. A certain transformation happened, as calling this is a re-scaling would not be adequate, to the volume of the sound. And again – I am not about any artificial pumping, bringing closer the virtual sources paired with blowing up the size of the virtual stage. Such actions are often taken by sound engineers creating samplers, and also some manufacturers of audio gear, as they think bigger means better. But here we deal with a kind of making the sizes of the instruments and musicians real, they now had adequate sizes. In case of the solo performance of the Shelby Lynne the effect is visible, but not as spectacular as with the choir “Live and Joyful in Charleston” The Angels. Only with such and similar recordings we could hear, what the Tellurium can do with the sound, or rather what they do not do to the sound – but what harm does its competition. The noise of the background becomes what it should be, the sounds that accompany the movements of  real people, and not digital or analog noise, where all the details and nuances are hidden. You do not believe me? Then please listen carefully to any recording with applause. It does not matter if this will be the applause of a big audience or the artists themselves, in most cases it sounds artificial – one dimensional, flat and rustling. Having the Silver Diamond returns authenticity, three-dimensionality and immediacy. The difference is more or less the same as listening to a recording of a piano and the same piano live. Sounds intriguing, doesn’t it?
On the completely different, very processed and rough as a rasp “The Pale Emperor” Marylin Manson, bass hit with the strength of a pneumatic hammer, and the parties of the guitars, recorded in a garage way, only increased the depressive climate of this album. But on this sonically seemingly not very interesting material, especially for the die-hard audiophiles, attention was drawn by an above average timing and coherence. The power of the low frequencies was under full control. It gained not only the drive characteristic for this kind of music, but also communicativeness and homogeneity of the sound. Because control was not limited only to the bass, but encompassed the whole audible sound spectrum, keeping in hand also the midrange and treble. If someone thinks, that control in the upper frequencies is not needed, then … he or she is on a highway to offensiveness and clatter. Only sounds well controlled can not only fully reverberate, but they exist in the musical spectacle in the place and time adequate for them. Exactly at a given spot and in a given time, and not somewhere around it, a tad too early or too late. The lack of phase distortion removes nervousness, quivering and a kind of lack of focus, that is often regarded as analog rounding or tubey charm. So we can assume, knowing that this is a big generalization, the Silver Diamond are representatives of the analytical camp, but having a big romance with the musicality we like so much. Through not coloring anything and not filtering away any seemingly negligibly micro-details we finally get the full picture, the whole sound, and not its interpretation.
Further experiments with unplugging and plugging single pairs of cables confirmed my observations, with one difference, that the intensity – palpability of the changes introduced was not so unambiguous. But if I would need to pick my favorite, then it would be the XLR interconnect, which enchanted me with its freedom, dynamics and almost crystalline clarity. The loudspeaker wires were also very interesting, but the quite problematic ergonomics, at least in my setting, where I am changing dozens of configurations and plug and unplug cables many times over, influences my opinion about their sonic value.

The Tellurium Q Silver Diamond are seemingly very common wires, at least looking from the outside. Very solidly made, elegant and far away from blatancy and designer pride. But something else testifies about its true value, coming from, amongst others, their technological advancement – the sound. A sound, that looking at the price level they occupy, escapes any rules and attempts at their categorization. Writing about them, that they are a class on their own, would mean writing nothing. Fortunately instead of talking or writing it is enough to plug them into our system and decide for ourselves. I have already done that, and I know one thing – it was worth the wait.

Marcin Olszewski

Distributor: HiFi Elements
Prices:
IC RCA: 11 450 PLN (1 m), additional 0,5m stereo + 1 300 PLN
IC XLR: 13 250 PLN (1 m) , additional 0,5m stereo + 1 300 PLN
Speaker: 18 600 PLN (2 x 2 m), 23 250 PLN (2 x 2,5 m), 27 900 PLN (2 x 3 m)

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Phonotage: Abyssound ASV-1000
– DAC/Headphone amplifier: ADL Stratos
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Audionet DNA I; Musical Fidelity NuVista 800
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

XAVIAN Premio

Na początku września do sprzedaży mają wejść nowe kolumny podstawkowe Xaviana o nazwie Premio. Należą one do serii Natura.

Premio ma według opisu producenta zapewnić jakość zbliżoną do modelu Orfero w bardziej przystępnej cenie. Oprócz tego łatwiejsza ma być instalacja i łatwiejsza współpraca ze wzmacniaczem. W tym celu zastosowano podwójny tunel BR (twin reflex) na przedniej ściance i kolumny mają też wyższą efektywność.

Premio wykorzystuje przetworniki AudioBarletta, czyli własnej marki Xaviana. Niskośredniotonowy głośnik o rozmiarze 175 mm ma specjalnie impregnowaną papierową membranę, miękką kopułkę przeciwpyłową i odlewany kosz. Układ magnetyczny ma wysoki miedziany pierścień, a cewka ma średnicę 50mm. Producent podkreśla duży zakres wychyleń membrany. Głośnik wysokotonowy o rozmiarze 29mm ma cewkę nawiniętą płaskim drutem aluminiowym i miękką impregnowaną kopułkę. W układzie magnetycznym znajduje się miedziany pierścień. Zastosowano labiryntową komorę za kopułką.

Topologia zwrotnicy jest w firmowej nomenklaturze określona terminem Fase Zero. Zastosowano podzespoły pasywne firmy Mundorf. Obudowę wykonano z litego orzecha o grubości 23 mm, a oprócz tego na ściankach jest duża ilość bitumicznego materiału tłumiącego. Do połączenia służy pojedyncza para terminali Xavian.

Dane techniczne Xavian Premio:

    Efektywność …. 87 dB/2,83V
    Impedancja nominalna …. 8Ω
    Pasmo przenoszenia …. 36Hz – 30kHz (-3dB na osi)
    Zalecana moc wzmacniacza …. 50-300W
    Częstotliwość podziału …. 2.490 Hz
    Wymiary WSG …. 386 * 230 * 276 mm
    Masa …. 13 kg

https://www.xavian.cz/produkt/premio/

Polska cena została ustalona na 17.490 złotych za parę.

Polska premiera odbędzie się w dniach 24/25 września w ramach dwudniowych spotkań z cyklu AUDIOFIL, odbywających się już od kilku lat we Wrocławiu. Ich organizatorem jest Piotr Guzek Impresariat. Tym razem do spotkania dojdzie w Sali Konferencyjnej (I p) Hotelu Qubus przy ul. św. Marii Magdaleny 2.
Można będzie także posłuchać i zobaczyć wszystkie inne modele z nowej serii Epica i Natura a także porozmawiać z twórcą marki Xavian Panem Roberto Barletta, który będzie gościem specjalnym tego spotkania.


Moje Audio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Gryphon Diablo 300

Opinia 1

Mało która marka zaliczana do ścisłego panteonu high-endowej stratosfery wzbudza tak gwałtowną polaryzację opinii jak duński Gryphon. Gdy najżarliwsi akolici gotowi są za przyozdobione purpurową podobizną Gryfa – krzyżówki lwa i orła, mroczne zabawki niemalże oddać nerkę na przeciwległym biegunie znajdują się oponenci niezdolni, bez bolesnego grymasu na ustach, wysiedzieć przy dźwiękach generowanych przez urządzenia ww. producenta nawet pięciu minut. Ot typowy przykład zjawiska, gdzie stan obojętności przegrywa ze zdecydowanie bardziej żywiołowymi uczuciami jak miłość i nienawiść. Niemniej jednak osobiście, przynajmniej do niedawna, pozostając dość umiarkowanym fanem dokonań Flemminga E. Rasmussena na polu wzmacniaczy zintegrowanych cały czas śledziłem jego poczynania. Bardzo możliwe, że moja zachowawczość wynikała z dość niekonwencjonalnego rozpoczęcia przygody z marką, gdyż jeszcze w ubiegłym milenium miałem niewątpliwą przyjemność kilkukrotnie słuchać legendarnej wtenczas A-klasowej końcówki Antileon i od tamtych, zamierzchłych czasów każdorazowy kontakt z Atillą, bądź Diablo budził we mnie ewidentnie ambiwalentne uczucia. Oczywiście doskonale zdawałem sobie sprawę z całkowicie irracjonalnych zastrzeżeń do, jakby nie było, reprezentantów całkowicie innej półki cenowo – jakościowej, ale fakt pozostawał faktem – mało było brzmienia „dużego Gryphona” w integrach, oj mało.  Najwyraźniej jednak i w Danii powiał wiatr zmian, bo od pewnego czasu docierające do nas informacje wyraźnie sugerowały, że nowa odsłona pierwszej pełnokrwistej superintegry w historii High-Endu może wstrząsnąć posadami związanych z „firmowym brzmieniem” marki stereotypami. Jednak jak to zwykle bywa spoinie osób trzecich mają to do siebie, że nie są naszymi, więc i tym razem, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność z otwartymi ramionami przygarnęliśmy pod swój dach Gryphona Diablo 300.

Zarówno na pierwszy, jak i każdy kolejny rzut oka widać, że Diablo to klasyczny i przez to bezdyskusyjnie rozpoznawalny Gryphon. Śmiem wręcz twierdzić, iż topowa duńska integra w aktualnej odsłonie choć urosła tylko o 2,5 cm, co przy takiej posturze spokojnie możemy uznać za pomijalne, to przede wszystkim wyładniała w stosunku do swojego protoplasty. Co prawda przybrała na wadze – z 30 na 38,1 kg, lecz o ile w przypadku płci pięknej nie zawsze jest powodem do zadowolenia, to już przy amplifikacji wywołuje jednoznacznie pozytywne skojarzenia a to już jasno wskazuje na to, że w trzewiach przeprowadzono prawdziwą rewolucję. I tak też jest w istocie.  Po pierwsze i drugie moc wzrosła z 250 do 300 W przy 8 Ω  a pojemność filtrująca z 2 x 58000 µF do 2 x 68000 µF,  co pociągnęło za sobą dwukrotne zwiększenie powierzchni radiatorów. Jednak zmiany sięgają zdecydowanie głębiej. Aby uświadomić sobie skalę całego przedsięwzięcia warto mieć bowiem na uwadze, że w pracach projektowych opierano się na doświadczeniach zdobytych i finalnie wdrożonych podczas udoskonalania przedwzmacniacza Pandora i końcówki mocy Mephisto. Szczególnie dużo uwagi poświęcono ultra-transparentnej i zbalansowanej 43-krokowej regulacji głośności wykorzystującej nie więcej niż dwa rezystory dla danego poziomu. Kontynuując listę technologicznych smaczków warto zwrócić uwagę na zastąpienie dotychczas stosowanych diód Zenera indywidualnymi stabilizatorami dla zasilania lokalnych układów niskonapięciowych,  zgodne z militarnymi specyfikacjami dwu i czterowarstwowe płytki drukowane o 105 µm miedzianych ścieżkach, bufor wejściowy pracujący w single-ended Class A, czy wreszcie imponujący transformator toroidalny Dual Mono Holmgren z próżniowo zabezpieczonym rdzeniem i uzwojeniami. Jak widać Duńczykom udało się w dobie tyranii unijnych biurokratów stworzyć prawdziwą bestię za jedyny ukłon w stronę Brukseli możemy uznać nieprzekraczający 0,5 W pobór energii w trybie stand-by.

Sama bryła wzmacniacza jest majestatyczna i jak przystało na nazwę mroczna. Czernione radiatory i mocno perforowana płyta górna z mitologicznym logotypem uzupełnia futurystyczna wielowarstwowa płyta frontowa z kruczoczarnego akrylu. O ile poprzednia edycja nasuwała mocno katafalkowe wspomnienia, to tym razem jest po prostu dystyngowanie i elegancko. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem takiej stylistyki, co z resztą potwierdza moja kilkuletnia przygoda z Densenem DM10 a obecnie z Electrocompanietem ECI-5 i dobrze mi z tym, więc przynajmniej na razie leczyć się nie zamierzam, a że przy okazji i zupełnym mimochodem Gryphon zyskuje z tego powodu dodatkowych kilka punktów w moim prywatnym rankingu, to niestety nic nie poradzę.
Centralnie umieszczony zielono-niebieski wyświetlacz próżniowy i krwistoczerwone logo plus mikroskopijne piktogramy  dotykowych sensorów umożliwiających obsługę urządzenia bez sięgania po designerskiego pilota zarówno w świetle, jak i po zapadnięciu zmroku sprawiają wielce dystyngowane wrażenie.
Zdecydowanie bardziej „barokowo” przedstawia się ściana tylna. Choć  terminale głośnikowe są pojedyncze i zabezpieczone ochronnymi kołnierzami, to bez większych problemów zaaplikujemy w nie przewody zakonfekcjonowane standardowymi widłami. Pomocne w tym okazują się również wysokie nóżki na jakich spoczywa cała konstrukcja, gdyż w terminale najlepiej wpiąć się od dołu. Biorąc pod uwagę fakt topologii dual mono nie dziwi zatem symetryczny rozkład przyłączy z centralnie umieszczonym gniazdem zasilania IEC. Skrajne flanki rzędu gniazd zajmują wyjścia na subwoofery (spokojnie można ich użyć do połaczenia dodatkowej końcówki mocy), w dalszej kolejności mamy dwa wejścia XLR, trzy RCA i wyjścia na zewnętrzny rejestrator. Dodatkowo dostarczona do naszej redakcji – najbogatsza, wyposażona w moduły phonostage’a i DACa wersja wejście piąte miała przysposobione do obsługi wkładek MM/MC a tuż nad interfejsami analogowymi zamontowano dedykowaną ramkę z wejściami cyfrowymi. Jak przystało na prawdziwego flagowca również tutaj nie widać oszczędności. Do dyspozycji użytkownikom dano bowiem asynchroniczne wejście USB akceptujące sygnały do DSD512 włącznie i już bardziej standardowe, ograniczone do 24 Bit / 192 kHz gniazda AES/EBU dwa SPDIF (BNC) i Toslink. Całości dopełniają porty dla zewnętrznego czujnika IR i we/wyjścia firmowej magistrali komunikacyjnej. Równie bogato prezentuje się również samo menu, w którym możemy zdefiniować nie tylko nazwy poszczególnych wejść, co również początkowej, oraz maksymalnej głośności i coś, co szczególnie przypadło mi do gustu – automatyczne dopasowanie poziomu poszczególnych wejść. Nie zabrakło również regulacji jaskrawości wyświetlacza. Co istotne nic nie stoi na przeszkodzie, aby w momencie pojawienia się ewentualnych poprawek, czy nowych wersji wgrać do pamięci nowe oprogramowanie.
Na deser zostawiłem jeszcze pilota. O ile już do starszej wersji Diablo  dołączano elegancki prostopadłościenny patyczek, to tym razem projektanci po prostu pojechali po przysłowiowej bancie i wspomniany „magic stick” doposażyli w procopodobny, zamontowany na jego końcu stojak. Po prostu majstersztyk wzornictwa przemysłowego.

Na odrębny akapit zasługuje również moduł przetwornika. Phonostage’a z resztą też, jednak ponieważ zmiana z MC na MM wymagała ingerencji wewnątrz obudowy postanowiliśmy zbytnio nie profanować legendy śrubokrętem i koniec końców nad przedwzmacniaczem gramofonowym pastwił się jedynie Jacek, o czym mogą przekonać się Państwo w jego części recenzji. Wróćmy zatem do domeny cyfrowej. W większości przypadków znanych cierpiącej na audiofilską przypadłość części populacji udostępniane przez niektórych producentów karty rozszerzeń stanowią mniejszy lub większy, z reguły większy, kompromis w stosunku do oferowanych przez nich wolnostojących urządzeń. Tak jest np. w przypadku Accuphase’a, czy ModWrighta i nikt się temu nie dziwi, nie buntuje, gdyż za stosunkowo niewielkie kwoty możemy znacząco podnieść funkcjonalność posiadanych, bądź mających się w niedalekiej przyszłości w naszych czterech kątach pojawić integr. Odpada konieczność wygospodarowania dodatkowego miejsca, zaopatrzenia się w dodatkowe okablowanie i generalnie bilans ewentualnych zysków i strat każdorazowo okazuje się bezdyskusyjnie korzystny dla nabywcy. Jednak w przypadku Gryphona sprawy się nieco komplikują, gdyż dołożenie modułu DACa od strony czysto finansowej wcale nie jest takie symboliczne, gdyż opiewa na kwotę rzędu 21 kPLN , co oznacza konieczność dopłaty blisko 37% do podstawowej wersji Diablo. Sporo, przynajmniej teoretycznie, gdyż zgodnie z zapewnieniami producenta zamiast zwyczajowej OEM-owej płytki otrzymujemy lwią część know-how i komponentów wykorzystanych w  … Kalliope. Oczywiście zamiast ośmiu kości ES9018 są tylko dwie, ale np. dla wejścia USB wyodrębniono dedykowany SuperCap  – „super-kondensator” o pojemności … 12,5 F (!) działający na zasadzie ultra-cichego zasilania bateryjnego +/- 22VDC. Za przysłowiową wisienkę możemy uznać stopień wyjściowy DACa pracujący w czystej klasie A.
Dołożenie ww. modułu zwiększa również wachlarz przekazywanych przez główny wyświetlacz informacji o takie detale jak wejście cyfrowe, częstotliwość próbkowania i format (PCM/DSD) odtwarzanego sygnału, aktywny filtr – odrębne dla PCM (fast / slow roll-off) oraz DSD (50, 60, 70 kHz (-3dB) ) i dość niespodziewanie również status SuperCap-a (ładowanie/w pełni naładowany).

Po kilkusetgodzinnym wygrzaniu, w końcu poproszeni zostaliśmy, żeby się specjalnie nie spieszyć i na spokojnie poznać tytułową bestię, najnowsza inkarnacja Diablo zabrzmiała tak, że na mej twarzy zagościł permanentny i niemalże kwalifikujący się do chirurgicznego usunięcia uśmiech. Powodem było ewidentne odejście od laboratoryjnej precyzji poprzednika na rzecz iście high-endowej rozdzielczości  i selektywności, co od strony czysto semantycznej wydaje się być li tylko zabiegiem kosmetycznym, lecz w rzeczywistości znaczenie ma fundamentalne. Po pierwsze i piszę to z pełną świadomością Gryphon oferuje wreszcie coś, z czym jego integry raczej kojarzone nie były – barwę i nasycenie idące w parze ze wspomnianymi w poprzednim zdaniu cechami. Cóż zatem otrzymujemy na wyjściach głośnikowych? Nad wyraz udany mariaż krystalicznej czystości SETa opartego na legendarnych bańkach 2A3 i potęgi monstrualnych pieców w stylu wspomnianego we wstępie Antileona. Do tej pory coś podobnego dane nam było usłyszeć na  ceramiczno – diamentowej średnicy i górze pasma Gauderów Berlina RC8 i nic nie zapowiadało, żeby miało się zbyt szybko powtórzyć a tu proszę – niespodzianka. Oczywiście zapobiegliwie od razu sprawdziłem, czy przypadkiem w przepastnych odmętach menu nie został zaklikniety jakiś wredny „polepszacz” z rodziny DSP, czy inne paskudztwo profanujące purystyczne dogmaty High-Endu, ale nic takiego nie znalazłem. Czyli najwidoczniej Flemming E. Rasmussen z wiekiem łagodnieje, więc i produkty wychodzące spod jego dłoni przejmują co nieco. Osobiście nie mam nic przeciw i z tym większym zainteresowaniem sięgać będę po kolejne urządzenia przez niego sygnowane. Wróćmy jednak do Diablo, bo jest do czego.
W ramach wprowadzenia postanowiłem kontynuować dzieło jego twórcy i w ramach dalszej edukacji i nabierania ogłady przez „diabelskie nasienie” zaserwowałem mu ponad godzinę z „The 9 Secrets” Ute Lemper. Pomijając warstwę tekstową  autorstwa Paulo Coelho i wielce charakterystyczny akcent wokalistki (skojarzenia z Doro i Klausem Meine są jak najbardziej na miejscu) jest to album na tyle dobrze nagrany i równie dobrze zagrany, że nic w nim nie kłuje w uszy. Jednak biorąc pod uwagę dość chropawe i kanciaste partie wokalne, które dodatkowo w post procesie zostały delikatnie wypchnięte przed szereg i dodatkowo podkreślone dęciakami na starym Diablo mogłyby wypaść nazbyt ofensywnie. Tymczasem na 300-ce było wręcz zjawiskowo. Lemper oczywiście była „zdjęta” blisko mikrofonu, ale zabieg ten mieścił się w ramach kabaretowo-klubowej estetyki a nie samplerowo – prosektoryjnej bezduszności. A co zatem z pewną, natywną wręcz bezwzględnością dla nie zawsze perfekcyjnych nagrań? Cóż … niby jest, ale też jakby w bardziej cywilizowanej odmianie, gdyż nawet na obszernych i bardzo mocno zróżnicowanych kompilacjach w stylu „The Best of Plácido Domingo” poszczególne utwory w sposób oczywisty i znaczący się od siebie różniły, ale nawet starsze realizacje o dość ograniczonej przestrzenności i rozdzielczości wcale nie zostały bezpardonowo napiętnowane a jedynie przedstawione takimi, jakimi były. Za o w momencie, gdy odtwarzacz dotarł do czwartej części – zawierający takie przeboje jak „Bésame mucho” czy „La malagueña” do głosu doszedł iście latynoski temperament i pewne, właściwe południowcom rozmarzenie. Dla tych z Państwa, którzy się w tym momencie zgubili nieśmiało tylko przypomnę, że cały czas opisuję walory brzmieniowe Gryphona.
Rozochocony takim obrotem sprawy czym prędzej sięgnąłem po „13 (Deluxe Version)” Black Sabbath. Krótko mówiąc konwenanse się skończyły i czas trochę połomotać odkurzając przy okazji zastane na wcześniejszych propozycjach membrany. Drapieżne i gęste niczym bulgocąca smoła gitarowe riffy wzmocnione przez diablo zabrzmiały iście piekielnie. Takiego ładunku energii i miażdżącej potęgi można byłoby spodziewać się po 100 kg końcówce a tu proszę – raptem 40 kg integra z dziecinną łatwością rozpętała w moim nieco ponad dwudziestometrowym pokoju prawdziwe piekło. W dodatku iście apokaliptyczne sceny rozgrywały się w dole pasma, gdzie bas sięgał najniższych poziomu Hadesu cały czas pozostając pod bezapelacyjnie referencyjną kontrolą. Znane z poprzedniej odsłony konturowość i natychmiastowość przy całej swej intensywności i mocy zostały bowiem dodatkowo wsparte większą konkretnością, wolumenem i ciężarem właściwym źródeł pozornych. W rezultacie kreowana, precyzyjna przestrzeń w jakiej każdorazowo rozgrywał spektakl muzyczny zyskiwała nie tylko na stabilności, co przede wszystkim na realizmie – namacalności. W końcu jeśli uderzenie stopy było w 100% fizyczne i odczuwalne, co daje pewne wyobrażenie o  poziomach głośności w jakie wespół z Diablo się zapuszczałem, to inaczej aniżeli prawdziwością określić się tego nie da.
No i niejako na deser zostawiłem sprawę opcjonalnego DACa, który nie dość, że nawet o jotę nie zmieniając charakteru brzmienia sekcji analogowej w sposób wręcz niewyobrażalny „ciągnie za uszy” podpinane pod niego źródła. Szczególnie wyraźnie to słychać na złączu USB i gęstych plikach. Wystarczyło bowiem włączyć „Live ad Alcatraz” (DSD64) Fausto Mesolellego, by w tzw. okamgnieniu przenieść się do słonecznej włoskiej Santa Cristina di Gubbio a następnie wygodnie umościć się na podłodze sali Free University of Alcatraz. Doznania znane z kameralnych koncertów „na żywo” gwarantowane. Jaszcze bardziej porażający realizmem a zarazem kojąco organiczny efekt usłyszeć można było na referencyjnym albumie „MAGNIFICAT” Nidarosdomens jentekor & TrondheimSolistene, gdzie partie chóralne dyskretnie wspierane przez orkiestrę miały szansę wybrzmieć do samego końca we wnętrzach największej skandynawskiej świątyni – Katedry Nidaros (Nidarosdomen) w Trondheim (Norwegia). Co ciekawe akurat w tym przypadku materiał DSD64 wcale nie wypadł lepiej od DXD (352,8kHz/24bit), który notabene okazał się źródłowym, co tym lepiej świadczy o cyfrowej sekcji Gryphona potrafiącej nie dać wyprowadzić się na manowce przez speców od masteringu. Sam sposób prezentacji z dużą dozą trafności można określić mianem rześkiej, lecz właśnie tak brzmią przestronne, kamienne sakralne wnętrza i trudno mieć w tym momencie do kogokolwiek o to pretensję. Warto za to zwrócić uwagę na fenomenalną precyzję ogniskowania źródeł pozornych i gradację poszczególnych planów – rzędów zajmowanych zarówno przez muzyków wchodzących w skład TrondheimSolistene, jak i stojących za nimi członkiń Nidarosdomens  jentekor. Jeśli bowiem usłyszymy różnice wysokości pomiędzy warstwą instrumentalną a wokalna, to znak, że jesteśmy o krok od audiofilskiej nirwany, a na DACu Gryphona to ewidentnie słychać i chwała mu za to! Zapomnijmy zatem, że jest to li tylko opcjonalny moduł i traktujmy go jako pełnoprawny element toru audio. Traktujmy go serio, gdyż po prostu na to zasługuje.  

Jeśli do tej pory uważaliście Państwo Gryphona Diablo za zimnokrwistego oprawcę bezwzględnie rozprawiającego się z Waszą płytoteką, to … mieliście sporo racji. Najwyższy jednak czas spojrzeć prawdzie w oczy i skonfrontować wcześniejsze doświadczenia, o stereotypach nawet nie wspominając, z obecną – aktualną wersją 300. Skala zmian in plus bowiem jest tak duża, że spokojnie można mówić nie o ewolucji a czymś na kształt pokojowej rewolucji niosącej ze sobą finezje i nutkę romantycznego nasycenia, które sprawiają, że laur najlepszej superintegry na rynku dla Gryphona diablo 300 wydaje się czysta formalnością. Jednym słowem … referencja.


Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Musical Fidelity NuVista 800;  Audionet DNA I
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 3 szt. Verictum Demiurg
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Kojarzenie danej marki audio z przypisanym jej na przestrzeni lat, wręcz natychmiast rozpoznawalnym brzmieniem nawet dla minimalnie zorientowanego w temacie adepta sztuki słuchania wyrafinowanej jakości dźwięku nie jest niczym nadzwyczajnym. Powiem więcej, takie w pewnym sensie zaszufladkowanie w wielu przypadkach jest ułatwiającym zaistnienie na rynku danemu brandowi znakiem rozpoznawczym. Owszem, teoretycznie dążymy do mającej przybliżyć nas do neutralnego dźwięku neutralności, ale wszyscy również zdajemy sobie sprawę, iż są to jedynie pobożne życzenia, a nie mający szansę na pełne spełnienie trend. Nie powiem, czasem komuś w pewnych symptomach udaje się do niego zbliżyć, ale po gruntownym zewnętrznym audycie – ocena przez osłuchanego, ale zdolnego przekazać znajomemu nawet najmniej przychylną ocenę kolegę – okazuje się, że nadal w jakimś zakresie nie do końca jest tak, jak być powinno. Ale zostawmy trop wytykania znajomym, co w ich układance kuleje i powróćmy do dzisiejszego spotkania. Przewijający się od początku naszej pogadanki sznyt brzmieniowy, jeśli nawet w wielu przypadkach jest homogenizującym pewne elementy audio dobrem, niestety, albo stety za sprawą zmian w układach elektrycznych kolejnych produktów przez cały czas naturalnie ewoluuje. Jedni odbierają to in plus, inni zaś kręcąc nosem wszczynają dzielące wspomnianych interlokutorów istne wojny religijne. Jednak bez względu na wszystkie za i przeciw dla zmian w przywarach dźwiękowych, ich występowanie jest czymś, czego nie da się uniknąć. I gdy określenie w którą stronę idą, jest stosunkowo łatwym tematem, to już ocenę korelacji tych zmian z potencjalnymi systemami należy zostawić do weryfikacji rynkowi. Ten w przeciwieństwie do laurek recenzenckich jest bardziej wiarygodny, dlatego unikając zbędnego rzucania “ochami” i “achami” postaram się przedstawić dzisiejszego bohatera w kilku zwięzłych informacyjne akapitach. Tak więc, nieco uprzedzając pewne końcowe wnioski z przyjemnością zapraszam wszystkich na test bogato wyposażonego (wbudowany przetwornik cyfrowo-analogowy i przedwzmacniacz gramofonowy) i w ocenie końcowej ciekawie wypadającego wzmacniacza zintegrowanego Diablo 300 duńskiej marki Gryphon dostarczonego do testów przez warszawki Audio Klan.

Próba opisu wyglądu Diablo 300 nie jest łatwym zadaniem, jednak w kilku zdaniach postaram się co nieco o niej opowiedzieć. Jak można przekonać się po fotografiach, rzeczona integra wpisując się w trend urządzeń High End-owych przy typowej dla większości tego typu produktów szerokości jest stosunkowo głęboka i wysoka. Front jest zbiorem kilku prostokątno-półokrągłych bloków, z czego niektóre są płatami aluminium, inne pionowo użebrowanymi radiatorami, jeszcze inne grubymi wstawkami z czarnego akrylu, a w to wszystko wkomponowano zajmujący prawie całą szerokość przedniej ścianki czytelny, skrywający dotykowe przełączniki wybieranych funkcji wyświetlacz. Górna część obudowy oprócz serii pozwalających na grawitacyjną wentylację urządzenia otworów na swych bokach ustępuje nieco miejsca będącym również bocznymi ściankami urządzenia masywnym radiatorom. Te zaś solidnie grzejąc się podczas pracy wzmacniacza potwierdzają, że nie są jedynie ozdobą, tylko jego pełnoprawną, ważną dla stabilnej pracy składową. Tylny panel idąc z pomocą obsłużeniu zaimplementowanych wewnątrz  urządzenia opcjom przyłączeniowym oferuje: symetrycznie rozstawiony zestaw wejść RCA i XLR – konstrukcja dual-mono, pojedyncze terminale kolumnowe, opcjonalne wejście do przetwornika cyfrowo-analogowego i phonostage’a. Jak po tych kilku zdaniach można się zorientować, całość projektu opiera się o pewien designerski misz-masz, ale zapewniam, osobista konfrontacja wzrokowa sprawia, że pozory mylą. Powiem więcej, wspomniane różnorodne kształty i materiały w tym przypadku są nieodzownym i nadającym rozpoznawalną przez wszystkich wartością dodaną, którą fantastycznie uzupełnia kroczący drogą ostrych linii prostokątny, wspierający się na dwóch wąsach pilot zdalnego sterowania. Jednym słowem “cymes”.

Jeśli ktoś z Was miał przyjemność osobistego zapoznania się z możliwościami sonicznymi wyrobów prezentowanego dzisiaj brandu, z pewnością wie, dlaczego we wstępniaku tak mocno artykułowałem sprawy kojarzenia marki ze sznytem grania. Tytułowy Gryphon bez względu na osobisty odbiór poszczególnych przedstawicieli gatunku homo sapiens postrzegany jest jako orędownik szybkiego, rozdzielczego, ale dzięki temu dla wielu nieco pozbawionego nuty romantyzmu grania. To oczywiście w dużym stopniu umiejętnie dobranym zestawem audio jest do delikatnego skorygowania, ale z pewnością Accuphase’a z niego nie zrobimy. I gdy w moje ręce trafił najnowszy produkt duńskiej myśli technicznej, chyba największą niewiadomą było sprawa ewentualnej firmowej korekty owych około-dźwiękowych stawiających na przejrzystość przywar. Powiem więcej, gdy zaproponowałem klubowiczom KAIM-u niezobowiązujący quiz, z którym z posiadanych w tym czasie wzmacniaczy chcieliby się osobiście zapoznać, w przedbiegach wygrał testowany dzisiaj Diablo 300. Oczywiście zaznaczali przy tym, iż chodzi właśnie o konfrontację dawnych cech z najnowszymi  trendami prezentacji spektaklu muzycznego, w podprogowym przekazie licząc na skierowanie  dźwięku urządzeń tej marki ku większej muzykalności. I wiecie co? Inżynierowie Gryphona może nie pchnęli dźwięku ku płynącemu z kolumn syropowi na kaszel, ale pewne oznaki przyjemniejszego obchodzenia się z ważnymi dla nas średnimi tonami wyraźnie dało się odczuć. To nadal było bardzo dbające o szczegółowość, energię i kontur granie, ale za sprawą zwiększenia dawki koloru ewidentnie zbliżało się do moich barwowych preferencji. Nadal najważniejszymi były skraje pasma, ale jak dla mnie było to dążeniem do przypisanej High Endowi wyczynowości dźwięku, którą notabene w nieco innej estetyce mam u siebie, a nie szkodliwe wyostrzenie przekazu muzycznego. Nie będę zbytnio rozpisywał się na temat występów klubowych trzysetki, ale na potwierdzenie wyrafinowania tak postawionej sprawy dźwięku niech będzie fakt, iż mimo, że klubowe kolumny oparte są o głośniki aluminiowe, generowana przez nie muzyka nawet podczas głośnego słuchania nie pokazywała ich maniery podszytej metalem krzykliwości. To była pełna informacji, całkowicie kontrolowanych najwyższych i najniższych organowych piszczałek muzyczna prezentacja. A przecież pomieszczenie klubowe znane jest ze sporego podbicia pasma na poziomie 50Hz, co Diablo całkowicie ignorował częstując je całkowicie zamierzonym trzęsieniem ziemi. I nie miało znaczenia, że słuchaliśmy różnorodnego repertuaru od muzyki dawnej po rockowy hałas, gdyż testowany wzmak ze wszystkim radził sobie bez najmniejszej zadyszki. Owszem, kilku bardziej niż ja stawiającym na muzykalność dźwięku klubowiczom brakowało trochę ciepła w muzyce, ale to co usłyszeli, bez naciągania faktów określali jako dobry ruch w kierunku muzykalności produktów tej marki. Gdy po serii srebrnych krążków stali bywalcy klubu zapoznali się z tematem ogólno-dźwiekowym Duńczyka, przyszedł czas na zaaplikowanego w tej wersji DAC-a. To wbrew pozorom była dla nas bardzo ciekawa konfrontacja, gdyż dotychczas wszelkie takie dodatki okazywały się trochę na siłę aplikowanymi funkcjami, które jeśli nie wypadały słabo, to co najwyżej przeciętnie. I gdy nastawieni na pogorszenie dźwięku w stosunku do będącego testowym źródłem klubowym Lectora IV słuchaliśmy kolejnych propozycji płytowych, sprawy obrały całkowicie zaskakujący i pokazujący, że jednak da się wbudować w urządzenie bardzo dobrą dodatkową opcję wyposażeniową kierunek, a co według wcześniejszych  anonsów, nie jest takim oczywistym. O dziwo, w porównaniu do wzorca dostaliśmy zdecydowanie bardziej rozdzielczy w całym pasmie dźwięk, bez wpływu na ogólną tonację przekazu muzycznego, mimo, że Lector ma na wyjściu lampę elektronową. Oddając prawdę o tym wieczorze muszę wspomnieć, że szukający przede wszystkim muzykalności klubowicze nadal delikatnie kręcili nosem, ale mimo to zgodnie twierdzili, iż sytuacja w porównaniu do starszej generacji modeli Gryphona w ich rozumieniu spójności pasma znacznie się poprawiła.

Gdy przyszedł czas na weryfikację spostrzeżeń klubowych z systemem domowym, okazało się, iż są bardzo zbieżne, z tym, że gdy na wyjeździe owe wytykane osuszenie środka było nieco bardziej odczuwalne, to w mojej układance jawiło się jedynie w sferze muśnięcia. Oczywiście nadal było słyszalne, ale w zdecydowanie mniejszym stopniu, co według mnie jest pokłosiem zbyt ochoczego dążenia ku barwie klubowego zestawienia, od czego ja analizując rynek dziesiątkami testów powoli odchodzę. Ale najlepsze w tym wszystkim było to, że firmowe nastawienie dźwięku na informacyjną wyczynowość fantastycznie zgrywało się z moimi oczekiwaniami. Bas bez utraty masy nabierał dodatkowego konturu, a górne rejestry skrząc się niczym noworoczne fajerwerki co prawda żywo, ale bez szkodliwych wyostrzeń rozświetlały przestrzeń między-kolumnową. Naturalnie przekaz robił się bardziej wyrazisty od codziennej prezentacji – wzmacniacz Reimyo mimo bycia tranzystorem w oddaniu atmosfery spektaklu muzycznego jest kontynuatorem swojego poprzednika na lampach 300B, ale wszystko z powodzeniem mieściło się w mojej estetyce grania. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać o korzyściach czytelności dalszych planów tak przedstawionego spektaklu muzycznego, ale wszystko obywało się bez powiększania tylnych źródeł pozornych, a jedynie otwarcia się na udział w całości projektu muzycznego. To zaś sprawiało, że przy płytach pokroju ECM-owskiego jazzu spod znaku Bobo Stensona, czy naszego flagowego trębacza Tomasza Stańki dostawałem pięknie wykreowaną w odbiorze wirtualną scenę 3D. Feeria tak ważnych dla twórczości przywołanych muzyków świetlistych blach, podparta pakietem informacji o pracy fortepianu i trąbki, a do tego pełna kontrola nad najszybszymi solówkami kontrabasu długo nie pozwalały mi przestawić się na inny repertuar testowy. I gdyby fantastycznie płynący czas nie uciekał tak szybko, przesłuchałbym całą posiadaną jazzową kolekcję z free-jazzem włącznie. Niestety, czas nieubłaganie mijał i chcąc nie chcąc musiałem wykonać przesiadkę na ostrzejsze brzmienie. Tutaj podobnie do wcześniejszego materiału nie było niedomówień, gdyż bez znaczenia co włożyłem do napędu CD, ocena była pozytywna. A muszę przyznać, że nie było łatwo, gdyż swoje folk-metalowe szaleństwo prezentowała grupa Percival Scuttenbach, a podbudowaną niskimi rejestrami ścieżkę dźwiękową do filmu “Helikopter w ogniu” sam Hans Zimmer. Gdyby prześledzić dotychczas opisane zmagania testowe, wydaje mi się, że właśnie te dwie ostatnie pozycje płytowe pokazały pełnię możliwości wizytującej moje progi 300-ki. Prezentowana przez nie szybkość i gęstość fraz muzycznych zabiła już niejedno urządzenie, tymczasem Duńczyk bez najmniejszych problemów miotając piętnasto-calowymi basowcami  nie wprowadzał do muzyki najmniejszych zniekształceń, tnąc przy tym każdy niski ton na wygenerowane przez niego słyszalne składowe. Zapewne pośród miłośników muzykalności ponad wszystko można by rozprawiać, czy nie było zbyt “neutralnie”  – czytaj bezdusznie, ale w wartościach bezwzględnych wszystko oscylowało właśnie wokół owego punktu przejścia przez zero. Na potwierdzenie tych wniosków zapuściłem sobie kilka podobnych merytorycznie srebrnych krążków, aż przyszedł czas zmierzenia się z moim konikiem, czyli wymagającą pierwiastka “X” muzyką dawną Claudio Monteverdiego. Cóż, to nie była porażka jako taka, ale w tym momencie zgodziłbym się z tezą, iż Duńczykowi nieco ducha romantyzmu by się przydało. Było czytelnie, swobodnie i z blaskiem, tylko trochę technicznie, a chyba w tej muzyce nie do końca o to chodzi. Niestety wokalistyka i mające po kilkaset lat instrumentarium aż prosiły się o dawkę koloru, a to akurat Diablo zdawał się reglamentować. Tylko proszę nie brać moich wniosków jako wyroczni, gdyż w tym aspekcie jestem bardzo wyczulony i nawet gdy całość wypada ciekawie, to brak tak ważnej dla muzyki eteryczności musi być wyartykułowane. I nie chodzi tutaj o jakiekolwiek siłowe punktowanie, tylko pokazanie, co kosztem czego zyskujemy. W tym momencie spieszę z wyjaśnieniem, iż większość z Was w ogóle może tego nie zauważyć, gdyż dana konfiguracja odbierze to jako oczekiwane dobro lub w ogóle nie słuchacie takiego rodzaju muzyki. Niemniej jednak, bez względu na oczekiwania i osłuchanie sprawa ogólnego rysu brzmieniowego testowanej integry jest niezaprzeczalna – szybkość i kontrola ponad wszystko.

Zakończenie sparingu czysto amplifikacyjnego nie oznaczało końca testu, gdyż na pokładzie wzmacniacza był jeszcze weryfikowany w klubie DAC i na analogowy deser mocno intrygujący mnie phonostage. Ze względu na łatwość połączenia dalszą część testu rozpocząłem od przetwornika D/A. Tutaj sprawa miała się podobnie do występów w klubie, z tym, że nie było zwiększenia czytelności – wbudowany DAC walczył z osobnym urządzeniem za połowę ceny całego wzmacniacza i ciężko jest go przebić w tym aspekcie, tylko ochłodzenie przekazu muzycznego. Jednak co byście sobie nie dopowiedzieli, oświadczam, latających w eterze żyletek nie zanotowałem. Ba, całość prezentacji odebrałem jako ciekawostkę, gdyż pokazała mi, że gdy do głosu dochodzi zwiększenie pakietu nawet schłodzonych temperaturowo informacji, a nie sztuczne ich rozjaśnianie, ogólny odbiór jest bardzo łatwy do zaakceptowania również przez orędownika muzykalności. Tylko nie myślcie, że zaprzedałem dusze tytułowemu diabłu 300, gdyż nawet w sferze przypuszczeń pozostawienie Gryphona w moim torze byłoby okupione podgrzewającą atmosferę żonglerką kablami.
Na koniec spotkania z tak ciekawie wypadającą integrą zostawiłem sobie przedwzmacniacz gramofonowy. Cóż, nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Ba, nawet obawiałem się naginania świata analogu do ogólnego grania produktów tego brandu. Tymczasem, zastąpienie Therii Gryphonem okazało się podobnie do DAC-a ciekawym doświadczeniem. Dlaczego? To trochę dziwne, ale przy dążeniu tej marki do konturowości i otwartości, gramofon skonfigurowany z Duńczykiem zagrał nieco ciemniej. To natychmiast zdusiło odczucie spektaklu muzycznego i o dziwo zmusiło muzyków do wykonania kroku w przód, ale na szczęście bez zagęszczania strefy pomiędzy formacjami. Przekaz nadal był bardzo energetyczny, ale nie porywał tą słyszaną podczas wcześniejszych testowych prób iskrą. Początkowo nie wiedziałem, czemu przypisać uzyskany wynik podmiany przedwzmacniaczy, ale po kilkunastu akomodacyjnych pytach doszedłem do wniosku, że może to być założeniem przedprodukcyjnym, aby skorelować ogólną prezentację elektroniki z wymogami odbioru dźwięku analogowego. I sądzę, że takie dążenie do pewnej synergii dźwiękowej kilku podzespołów w jednej obudowie jest bardzo dobrym posunięciem, gdyż powielanie tendencji szczegółowości, skazałoby projekt na aufiofilską alienację. A tak mamy w pełni uzupełniający się, dobrze wyposażony i dobrze grający pomysł na dźwięk.

Gdy Gryphon zawitał w moich progach, wiedziałem, że będę mierzył się ze szczegółowością muzyki. To zaś natychmiast zapalało mi w głowie czerwoną lampkę w sferze utraty magii w słuchanych produkcjach muzycznych. Patrząc ogólnie, wyartykułowane wnioski nie są bardzo dalekie od ogólnie panującej opinii o tej marce. Jednak bez szukania łatwych do obalenia dowodów mogę obiecać Wam, iż obecna oferta Duńczyków jest mi zdecydowanie bliższa. Owszem, w kochającej nawet spore podkolorowanie muzyce dawnej delikatnie się potknął, ale nie rozdzierałbym z tego powodu szat, gdyż stawiał ją w estetyce pełnego detali, nieco chłodnego punktu widzenia, a nie szkodliwie rozjaśnionej prezentacji. I powiem Wam, że gdybym miał wybierać pomiędzy pozornie przyjemniejszym matowym, mięsistym graniem, a pełnią blasku duńską prawdą o zapisie nutowym, z pełną odpowiedzialnością wybieram tę drugą opcję. Raz, że pewnymi ruchami kablowymi można by nieco zbliżyć ją do swoich preferencji, a dwa, że nawet bez tego, całość była mi niepokojąco bliska. I chyba ten niepokój kazał mi tak dokładnie zaprezentować Wam testowaną integrę. Gdzie widziałbym ten ciekawie prezentujący się zarówno od strony wizualnej, jak i sonicznej wzmacniacz? Na pewno omijałbym go w przypadku anoreksji własnej układanki. Dodatkowa dawka oszczędnej w barwę szybkości z pewnością poderwałaby przysłowiowe żyletki z ziemi, co niektórym mogłoby nawet się podobać, ale nie miałoby nic wspólnego z neutralnym graniem. Wszyscy inni miłośnicy dobrego dźwięku powinni co najmniej spróbować swoich sił z Diablo 300, gdyż to co usłyszałem w dwóch konfiguracjach pozwala mi sądzić, że chyba największą niewiadomą teoretycznych połączeń będą wasze oczekiwania. Dlaczego stawiam raczej na oczekiwania, a nie potrzeby samego seta? Klubowy i mój set mimo, że stawiają na kolor, to robią to ze zdecydowanie innym naciskiem na mięsistość. Tam w głośnikach jest aluminium, a u mnie papier, co powodowało, że mimo, iż każdy set miał inne zapotrzebowanie na ilość wspomnianego mięsa i ciepła, efekt końcowy był bardzo zbliżony. To zaś dobitnie świadczy, że mimo nalepki chłodnego, Gryphon Diablo 300 ma w sobie na tyle dużo wyrafinowania, że jest w stanie sprostać wielu potencjalnym układankom, co tylko osobiście jesteście w stanie zweryfikować.

Jacek Pazio


Dystrybucja: Audio Klan
Ceny:
Diablo 300:  56 999 PLN
Diablo 300 z przedwzmacniaczem gramofonowym: 64 999 PLN
Diablo 300 z modułem DAC: 77 999 PLN
Diablo 300 z  modułem DAC i przedwzmacniaczem gramofonowym: 85 999 PLN

Dane techniczne:
Moc wyjściowa (RMS): 2 x 300 W (8 Ω), 2 x 600 W (4 Ω), 2 x 950 W (2 Ω)
Odstęp S/N: < -88
Zniekształcenia THD+N: < 0,1%
Czułość wejściowa: 0,617V
Impedancja wejściowa: 40 k Ω (XLR), 40 k Ω (RCA)
Impedancja wyjściowa: 0,019 Ω
Wzmocnienie (gain): +38dB
Pasmo przenoszenia: 0,1 Hz – 350 kHz
Separacja kanałów: > 120dB
Wejścia analogowe: 2 pary XLR, 3 pary RCA
Wyjścia analogowe: 2 pary RCA (tape + sub)
Pobór mocy: < 0,5 W (Stand-by), 1900 W  (Maximum), 200 W (Idle)
Łączna pojemność filtrująca: 2 x 68000 µF
Wymiary (S x W x G): 48 x 23,5 x 46 cm
Waga: 38,1 kg
Opcje:
– moduł przetwornika cyfrowo-analogowego PCM/DSD: 1 x USB, 2 x SPDIF, 1 x AES, 1 x Toslink
– moduł przedwzmacniacza gramofonowego MM/MC

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Gauder Akustik Berlina RC8 English ver.

Opinion 1

If you would track what we are doing on our portal regularly, then you would notice, that we hosted a few systems costing more than one million zlotys already. And I am not only talking about electronics producing sound, but also accessories, like the tested set of Siltech Triple Crown cables. Yes, this was pure madness, but I must confess, that besides the set occupying a spot in price Himalaya mountains, those cables brought elements into the sound, that would be something worth considering, or even the end of the audiophile journey, for some clients; however I also need to admit, that there would not be very many of them. But let us leave aside the cable world, and return to the present day. After recalling those happenings, important for us, many of the readers may think, we have seen everything and we will not hear anything more interesting. Yet it turned out, that the hard work – everyone knows, that High End is listening to good sound only half the time, the other half is occupied by transporting heavy gear – was appreciated, and we received for reviewing, as the first in the world, new loudspeakers, presented for the first time during the Munich 2016 show, the Gauder Akustik Berlina RC-8. Of course the speakers do not reach the stellar price on their own, but paired with electronics that has enough power and quality to drive them they do, and that without the sound source, in this role we used my trusty Reimyo set. So concluding this paragraph, I would like to invite you to a listening session with music generated with a German-Danish set, the loudspeakers Gauder Akustik Berlina RC-8 and electronics provided by Vitus Audio, the separated preamplifier MP-L201 and stereo power amplifier MP-S201. As you probably already noticed, the whole set was provided to us by the Katowice based RCM.

I will start the section devoted to the visual description of the components from the novelty, the loudspeakers. As you can see from the attached photographs, the loudspeaker seems to be a combination of two similarly looking speaker cabinets. What is the similarity? With completely different volume of both cabinets placed one on top of the other, in cross-section they have the same lute-like shape, to combat internal resonances. Of course the shape is not the only anti-resonance solution used, as the cabinet itself is made from alternating layers of a proprietary material, a derivative from MDF and plastic, which was designed to absorb parasitic resonances, that may occur inside the speaker. The tested loudspeakers are the intermediate step between the smaller, and cheaper, Tofana and the top RC-9. However looking at the speakers we can clearly see, that they are an evolution version of the smaller Tofana, with the cabinet being much more voluminous. Going over to the used drivers, I will for sure not discover America, when I tell, that the RC-8 uses Accuton products, in the form of three ceramic bass drivers, one ceramic midrange driver and one diamond tweeter. A very clever solution is the way, how the two modules are connected – those are not two separate cabinets – only one, and the modules are distinguished just by the ribbing changing from large to small, what not only results in very high rigidity of the enclosure, but also creates a very consistent external looks. Another very interesting thing, often used by Roland Gauder in his products, is the possibility to adjust the amount of low frequencies emitted by the speaker – here this is made possible by dedicated ports on top of the bass module, where we can adjust the bass in the -1.5 to +1.5dB. The crowning of the whole are the double wire terminals, allowing for bi-wiring. I know, that for many those are unnecessary items, that only increase the price of the final product; but if you can afford 60 000 Euro, then you will enjoy the opportunity to freely choose cabling for each of the frequency ranges.
Another element of today’s test jigsaw is the monstrous, stereophonic – switchable to mono – power amplifier MP-S201. This 125kg heavy amp is capable to deliver 2x700W at 8 Ohm, and 2x1400W Ohm, what was a very desired, or even required, power reserve, as the RC-8 have very steep filters in the cross-over. Regarding the looks, the device follows the general Vitus looks, with the front being two thick panels of aluminum connected through a black, acrylic panel. The top cover has a set of rectangular holes allowing the unit to vent heat and the back panel has a set of loudspeaker terminals, signal inputs in XLR format only and three power sockets – one for the control electronics and two for the left and right power channel. I must confess, that the need to use so many power cables can move even a seasoned audiophile, but looking at this from a purely technical point of view – separation of power supply for each of the sections of the amplifier – the construction was very well thought through from the very beginning. Finishing the visual and configuration paragraph, I will just briefly mention the top line preamplifier from Vitus, the MP-L201, that was the final part of the system. It is a two box construction, which evenly share between the elements the 50 kilograms catalog weight. The looks is also similar to the power amp, the only difference being the size of the chassis, and the set of connectors on the back. Due to the dual-mono setup, the XLR and RCA terminals are located on the sides of the unit, mirrored. There is also a multi-pin socket for the umbilical connecting the PSU with the main unit and an IEC power socket on the power supply box.  Now we have finish the description of the Danish and German set, so I can invite you to read on about the sound generated by it.

I will start with a statement, that every time I am going to test such expensive gear, I have goosebumps. On one hand it is caused by the confidence placed in me by a given distributor, that the logistically complicated undertaking of supplying me with the devices to test will not just be a run-of-the-mill review, but a thorough analysis of the sonic capabilities of the tested set, and on the other hand, the result of the confrontation with the system I own. This is the reason why I always try to write about such tests with slight delay, as any adrenaline, regardless if positive or negative, influences my judgment significantly, and this would not be good. So I waited, that the emotions after receiving the tested system will diminish and then I started to listen and write some remarks, which I encourage you to read.

Maybe you will find this silly, but almost every time I receive some expensive gear for testing, I organize kind of “open doors”. That was also the case this time. Why am I doing that? For once – not many audiophiles have an opportunity to listen to such system at ease, without the need for immediate results, like in an audio shop, and secondly – the observations my guests do, are not hidden, but very spontaneous, on my request. And they would never be honest elsewhere. And I think, that most added value comes from those observations, not restricted by any false etiquette. And those are usually very diverse, fro total appreciation to total dismissal, what reminds me all the time of the fact, that there is no ideal audio system for all, and trying to be objective, I can only comment on some aspects of the sound, but I should not make any authoritative evaluations.
And what can I tell about the tested loudspeakers – of course connected to the described electronics? I must confess, that with a very small palette of things – well, in fact only one thing – I would like to slightly correct, the resolution of the sound was for me at a level unheard to date. Please do not confuse resolution with the amount of treble, or artificial blowing up of the size of the sound stage – I mean something, that allows showing all the smallest nuances of micro-dynamics, with the background not being extra darkened. Without a trace of sharpening of the edges, without brightening of the sound, it was just the removal of all the distortion, that usually resides between us and the speakers, what results in the human voices becoming very palpable, as do all the instrumental phrases. For many listeners, who are not ready for this, it can be regarded as over interpretation, but my experience with systems, which were not able to achieve such results, allow to distinguish the wheat from the chaff. And the most peculiar thing is, that this resolution is present in a very dark way of sounding in general. This was a big, and very positive surprise. Well, but what would I want to change to meet my preferences? Here, trying to satisfy also lots of my guests, I would soften the turn o bass with the midrange. It was far from bad, but informing the listener consistently, that this part of the sound spectrum has something to say, where it should only connect the two sub-ranges, may become detrimental. However knowing the palette of products coming from the school of Roland Gauder, I prefer this approach, which can be easily controlled, to the need of adding additional color to the speed oriented previous products, which were lacking a tad of the timbre. Please remember, that we can do a lot more changing the cross-over, as the RC-8 showed, than changing the so beloved cables. Continuing, I would like to say, that the mentioned boost created a coloration of the midrange, that I strongly desired, knowing how usually ceramic speakers sound. Of course there was not Harbeth-like result, but compared to other products from this brand, the RC-8 are a timbre demon. If you do not believe me, then I urge you to visit Katowice, once they are there, at the distributor, and give them a listen. Then you will know, if I am right or not. Going further, I will add, that this boosted part of the sound spectrum, determines also the increase of the mass of the bass, but thanks to the electronics it was absolutely controlled. Yes, when the volume was turned up, the sound did not fit inside the room, but it was never too slow. Also during the listening sessions, when I listened at my usual volume levels, I did not have any issues with the lower registers. The observation of overly active lower frequencies happened during group listening, where conversations conducted made me increase the amount of decibels in the room, and that led to the walls being expanded. So did the set have any flaws? Yes, in absolute terms, the main thing, that bugged me, was the described bass to midrange turn, which I described a few lines above. Well, I did also mention, that I liked it, but I will not defend it to death, because I liked it as something I could tolerate, but for sure this effect was not a wanted one. I would like to find my beloved color by using a different route, than blowing-up some frequency, but this is how the constructor envisioned it, and the client has to decide, if he accepts this solution or not. If it would be up to me to decide if I am for this solution or not, then I would just say, that leaving aside this aspect, all the other sonic values were absolutely perfect. And now I am not only writing about the frequency reproduction alone, but also about the buildup and materialization of the virtual sound stage, things that I probably do not need to write much about. Why? Gentlemen, any departure from the highly set master, on this price level would be fraud, and Roland Gauder would for sure not allow himself doing something like that, what he just proved here. But, but. To balance out my text, which is hopefully quite even-tempered in terms of praise, I would like to tell you a small anecdote. I knew, that every listener means a different opinion about the sound, but when during one of the visits of a bunch of guests I heard a statement “there is no properly buildup stage here, we do not have anything to talk about”, despite being talkative, I did not know how to comment. I will tell you even more, I still did not get over it emotionally, so I will leave you to test it for yourself and decide who is closer to the truth? Somebody who witnesses sound from this price level every day, or somebody who has only limited possibility to witness a system from the price and quality stratosphere, and draws radical conclusions. But please do not worry, audiophilia is a very subjective, yet only a game, and if you treat it with appropriate distance, just like in ski jumping outlier values are not taken into account.

Having the general sound issues discussed, time comes for a not so long list of disc examples. But I think, that you might be surprised, when in some cases, the mannerism of boosting the bass and midrange will either disappear completely, or will become helpful. In the beginning, to confirm the RC-8 is drawing the musical spectacle with a bit too thick edges, I will call upon a sampler from Manger, which fortunately does not follow the Stockfish route for the sound. To show the clou of the issue, I will focus my attention to the quick passages of contrabasses, which informed me more about the body than the strings here. But also in this case I need to give truth to the speakers, that besides the not fully ideal characteristics of the contrabass, all the other instruments did not have any problems. And I would like to point out, that this disc was chosen on purpose, to showcase what I wanted to see. Now we will change our perspective, as a completely different reception of the Gauder-Vitus set was created by old music, especially John Potter. The reproduction was so striking to me, that I listened only to that kind of repertoire for the first two days. The thing that got me into a 48 hours loop with baroque music was the resolution I mentioned in the very beginning of the description. My collection has recordings of that kind of music done without cuts, directly by all the musicians in the studio. This means, that the source material has a minimal amount of compression, and with the incredible resolution of those speakers it resulted in its phenomenal perception while listening. I really spent two full days listening – and I wish you can have such an experience. What was important, those theoretically harmful boost of the frequency spectrum was completely non-existent, and the effect of its intrusion into vocals and instruments was even helpful. For me this was an ideal repertoire match. It was a bit different with classical music featuring many instruments. Here it was often one or the other – once I got a seat at the concert hall, with a very palpable and energetic spectacle flowing from the speakers, while at times I lost some information about the contrabass section. Of course I am coloring my feelings a bit, but the musical spectacle was capable of reaching emotional heights, while on occasions it could neglect a sensitive audiophile searching for the smallest nuances. But I think, we should not be surprised, as the Berlina RC-8 look like princesses, and as such, they may have different moods. Another disc, that was very positive in perception, was the “Gladiator”  soundtrack. The scenes of the battle, with the furious attacks of the full orchestra escaped any comparison with what I heard to date. Well, I am maybe exaggerating a bit, but this was for sure one of the better reproductions I heard in my life. And approaching the end of today’s test, I just want to mention another positive surprise I had. I mean the session with the group Massive Attack. When one of my colleagues asked me to play it, and the first sounds appeared in the space between the speakers, we both expected lots of clamor, as there is a lot of clipping in the recording. Yet that what reached our ears, was too well played, something he did not expect, being used to the distortion usually heard. But instead we got very clean information about the attempts to get overdrive on purpose, but still artificial. What was the effect? Leaving the financial aspect aside, the loudspeakers were too refined for him.

When the Roland Gauder speakers had to leave my premises, a bit earlier than initially planned – I mentioned, that this was the first pair manufactured, and it needed to go to Asia for a show – I did not know, how long it would take for me to assimilate again with my usual sound. Fortunately for me, the system I own, is the result of many years of searching for the right sound, and my common sense allowed me to reconfigure my senses back to what they were. Are the described loudspeakers, the whole set, for everybody? I cannot judge. On one hand we get very fast drivers, but on the other a certain way of sounding, with boosted bass-midrange turn, which will not satisfy the audiophiles trying to split every hair in four. For me this system, after some minor corrections in the color-contour area, would be a dream set. But regardless of the personal choices, the main asset of the RC-8 is the resolution. Resolution, which for many listeners can seem to be overdrawn, but after a few days of non-offensive openness it allows to lose yourself – and what is most grave you cannot leave it later – in the smallest details. And I must remind you, that this amount of information does not have any similarity to brightening of the midrange. I will tell you more – the Gauder speakers sounded as dark as my Isis, what most of my guests tell me, and what I am aware of. So if you are able to afford this sum of money and you love music devoted from distortion, then you should give those German loudspeakers a try. But I must warn you, if you like vocal music, then you might get completely lost.

Jacek Pazio

Opinion 2

Somehow it turned out, that about a month after the Munich High-End show, we could enjoy our eyes and ears with the sound of one of the most electrifying systems you could imagine. And it is absolutely not about any race with anybody, but just a rare opportunity to listen to something, that was never outside the locus of the Polish distributor, the Katowice based RCM. Even more, taking into account the controversial setup at the MOC, we felt, that now we will have an opportunity to really listen to the only existing pair (!!!) of the Gauder speakers. Regarding the complete dream system, please allow us this time to graduate emotions in more digestible installments, and to not create too long tests, we decided to create something like an audiophile saga. A saga, where we start with the description of the absolute high-end novelty in the form of loudspeakers, and later we will turn our attention to the Danish electronics from the Vitus Audio brand. Of course nobody will try to change reality and try to tell you, that it was different, so here comes my warm request to you, that you should look at this review of the Berlina RC-8 as a part of a greater whole, and view them in the perspective of the accompanying electronics, the two box preamplifier MP-L201 and (fortunately) one box, stereo power amplifier MP-S201 (which can also be bridged).

So let us start! The RC-8, which debuted on the Munich High End are mighty (142 cm high and 85 kg heavy), three way, bass-reflex, with ports facing down, stand alone speakers. Looking from the front you might not notice that, but their thinness is illusory, they are 65 cm deep, so they really need a lot of space, and the idea of placing them close to the walls you should abandon immediately. To cut some costs, or to customize if you wish to call it that way, you can choose a ceramic tweeter instead of the diamond one. However looking at the cliff separating those two drivers, you must really be desperate to do that. But let us rest that. Besides the mentioned tweeter, Dr. Gauder equipped his newest construction with a new, 7” midrange, with a FeNdB magnet and three 9” ceramic Accuton woofers. Those drivers are connected via a symmetrical cross-over with a slope of 50 dB/octave, with a dedicated input impedance at 4Ω level. However I have one small remark – this value should be treated with a grain of salt, as the RC-8 reach 2.6 – 2.8Ω around 150 Hz, so you absolutely must have a real welder as you amplifier to come close to the Berlina. You should also be wary with the efficiency value quoted by the manufacturer. A quick look into the datasheet and … what? Well nothing. Every time I asked Dr. Gauder about this parameter I got an answer like “the efficiency is absolutely satisfying and enough”. This is just a small setback for all, who would like to judge the Gauder only based on technical parameters, which, as was confirmed many times in practice, do not produce sound.
As it should be in the Berlina line, also in this model a proprietary solution was used to combat all possible parasitic resonances, which could falsify and influence the sound. The massive and practically “deaf” cabinets were not made from large plates of MDF, as usual in the competition, but solid rungs, placed one atop of the other. To make things even more interesting, this is not run of the mill MDF, which was lute shaped, but a “secret” wood composite with a much bigger density, and much better acoustic parameters. I absolutely do not know what is really inside, but the final effect is clear, and you can notice that this is something special even when just knock on the cabinet.
The tested pair was finished in high gloss white, but people who want something not so common and want something absolutely original can have their artistic visions fulfilled with any color from the RAL palette.
Also ergonomics is fine, even very good. Double WBT terminals are located in a small immersion, but close to the floor, so that mounting even stiff and heavy loudspeaker cables goes easily. Additionally the manufacturer thought about a possibility to adjust the speakers to the room they will be placed in by regulating the bass in a range of -1.5 to +1.5 dB using special shunts, located on the shelf created by the bass cabinet being much deeper than the high-midrange module.

Now it is high time to describe the sonic value of the speakers. Jacek described very thoroughly the repertoire based mostly on vocals, especially the baroque one, so I decided to try them with some other climates. Due to the fact, that the speakers were fully burned-in and there was synergy with the electronics, and I will not even mention the set being high-end, I decided to skip all the courtesy and I played an album, that for me is a true litmus paper – “Kristin Lavrandslatter” Arild Andersen. This beautiful Scandinavian music is full of every tastes and nuances, as well as true fairytale climate; yet due to its above average dynamics it often proves deadly for the tested systems. This time there was absolutely no cataclysm, although despite our tests being conducted in a separate part of the house, dedicated to testing, you could not go around feeling a tidal wave when the organ was played, or during other culmination moments. But I did not want to concentrate on bass, as it will have its time, but on the striking resolution and crystal cleanness, absolute freedom in the creation of the events on a truly holographic stage. But it was for sure not a laboratory three-dimensional puzzle, but something much more palpable and close to things we know from the real world. We could sit with open mouth and re-define our surround world anew. If I would need to quote a synonym for reference resolution, which I heard in our eight angles, then I would tell you about the Berlina RC-8. I know it can be done better, even more precise, and at the same time more true, as I had the opportunity to listen to the RC-9 and the top RC-11, but this was not in our listening room, but on an away sessions, and those are excluded today.
Time came for symphonic music and the ever alive “The Planets” Holst (JVC XRCD24; Los Angeles Philharmonic Orchestra/Los Angeles Master Chorale/Zubin Mehta), a disc, that with the tested system could awaken the seismographs located at the Polish University, or other institution, which care for the seismic activity of our planet. But there was one “but”. Probably due to the listening room being too small, and one of the nodes in it superimposed on the sound, as I could hear a kind of coloration, a boost to the midrange/bass turn. This characteristic made wood instruments gain intensity, and the French horns operating in lower frequencies sounded almost apocalyptic. However after some time we came to the very professional conclusion (a little auto-sarcasm), that the bass is “made”. What do I mean, and is it bad? I mean, that in the back of our heads we always had some kind of “Gauder-Accuton” sound master, including a very short played, even a bit dry bas, given with atomic precision exactly to the point. And this precision was absolutely the native, and from our point of view, the lead characteristic. And in the RC-8 this precision comes with timbre and … also fleshiness and juiciness, which we earlier heard from the Estonian Estelon. Knowing that this characteristic is a kind of, or even evident departure from neutrality, I come to the conclusion that I can live with it, or even more, be happy with it for the rest of my life.
I will show you the reason for my assessment below, and it is the album “…Tales” from the duo Bogdan Hołownia and Jorgos Skolias, which played through the tested system created a kind of mystery. I have not heard such realism and holography in our listening room before. At first the effect was overwhelming, as both gentlemen did not materialize in our room, but we were transferred to the recording studio and sat quietly on a couch next to the musicians. I tell you, in front of the musicians, and not behind the glass window, with the sound engineer. Every phone, every movement or the work of the piano were so evident, as they were here and now. Just like that. A fairy tale? Rather a kind of virtual reality, one that is not yet accessible for normal people, and will not be for a long time.
Another album, that kept me in this conviction, that this is it, was “The Astonishing” Dream Theater, as when you are a fan of Hitchcock, and think, that a good spectacle should start with an earthquake and then the tension should rise; then you should use this album to open every listening on the tested system. Bombastic sound and complicated, confusing yet full blooded progressive playing transmitted by the Berlina and Vitus exploded you from your shoes better than dynamite. No compression, no slow-down, no veiling. Absolute, never constrained dynamics, spontaneity and most of all joy from playing. Yes, Dr. Gauder made loudspeakers for the fans of juicy, rock sound. If this is not yet enough, then you can reach for the rough, as three day beard, “Sweet Noise” My Riot. I know, that the text about learning to know your library anew is old and devaluated like an open phrase, but it was exactly what I felt this time. Because the disc sounded like a heavy road roller with engines from a Hercules or a B52 plane. Might, nobleness, ruthlessness. Surprising is the total lack of underlining of the sibilants, treble was also not irritating. It was incredibly dynamic, aggressive, but at the same time almost creamy, no, finally we can hear that the album is dark, in a certain subcutaneous way.

So are the Berlina RC-8 from Gauder Akustik ideal constructions? Absolutely not for all and not in every repertoire. But if you give them a try, and provide them with electronics capable of driving them right, or better said, with ease, then do not hesitate, but call them in for an audition. The question is only if you are fans of the “accuracy” that was there with previous loudspeakers from Rennigen, or if you have a need for some rock madness. If it is the first thing – then I would rather suggest to take the RC-9, but if the second, then you can believe me, nothing will be the same anymore, and the smile from your face will only be removable by a surgeon.

Marcin Olszewski

Distributor: RCM
Price: 60 000 €

Technical Details:
Nominal impedance: 4 Ω
Max.power: 830 W
Dimensions (HxWxD): 142 x 36 x 65 cm
Weight: 85 kg

System used in this test:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15; Vitus Audio MP-L201
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777; Vitus Audio MP-S201
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by  SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V;  Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Marantz AV SR6011

Marantz, światowy lider w dziedzinie zaawansowanych technologii audio prezentuje kolejny model z linii amplitunerów kina domowego edycji 2016. Po niedawno prezentowanym ultracienkim NR1607 oraz pełnowymiarowym SR5011, najnowszy SR6011 wyposażony został w najwyższej jakości komponenty: 9 kanałowy wzmacniacz o mocy 185W oraz zaawansowaną łączność bezprzewodową zapewniającą ogólną prostotę użytkowania. Co ważne, zarówno miłośnicy audio jak i kina domowego docenią szczegółowe, legendarne brzmienie Marantz.

Ciesz się fantastycznym dźwiękiem przestrzennym 3D dzięki amplitunerowi SR6011 umożliwiającemu dekodowanie sygnału surround Dolby Atmos oraz DTS:X. Zarówno Dolby Atmos jak i DTS:X umożliwia kodowanie obiektowe dźwięku przestrzennego wykorzystując głośniki satelitarne, by dostarczyć niesamowicie realistyczny dźwięk 3D. Aby z łatwością cieszyć się dźwiękiem 3D, SR6011 wyposażony jest w 9 kanałowy wzmacniacz dający możliwość konfiguracji 7.1.2 lub 5.1.2 bez potrzeby podłączania dodatkowego wzmacniacza stereo. Stosując zewnętrzny wzmacniacz konfiguracja może zostać rozszerzona do 7.1.4, ponieważ SR6011 umożliwia przetwarzanie 11.2 kanałowe. Jeżeli amplituner nie jest wykorzystywany do odtwarzania dźwięku 3D, zintegrowany wzmacniacz można wykorzystać do zasilenia dodatkowej pary głośników w innym pomieszczeniu dostarczając sygnał z innego źródła do kolejnej strefy audio.

SR6011 wyposażony został w starannie dobrane, wysokiej jakości komponenty audio zapewniające legendarne brzmienie Marantz. Obwody wewnętrzne dodatkowo zwiększają jakość dźwięku dziękizastosowaniu obwodów HDAM (Hyper Dynamic Amplifier Module) oraz technologii Current Feedback, przed przesłaniem sygnału do sekcji wzmacniacza zasilającej podłączone głośniki. Sekcja wzmacniacza dostarcza 9×185 W mocy wyjściowej, wystarczającej by wypełnić muzyką duże pomieszczenia, a zaawansowany system Audyssey MultEQ XT perfekcyjnie dostosuje dźwięk do indywidualnej charakterystyki pomieszczenia odsłuchowego.

Gotowy na przyszłe rozwiązania, SR6011 zawiera zaawansowaną sekcję wideo w pełni kompatybilną z najnowocześniejszymi standardami HDMI 2.0a oraz HDCP 2.2 na wszystkich ośmiu wejściach HDMI. Dzięki 4K Ultra HD 60 Hz wideo, 4:4:4 Pure Color sub-sampling, High Dynamic Range (HDR) oraz 21:9 wideo, 3D oraz BT.2020 pass-through support na każdym wejściu, SR6011 jest gotowy do obsługi nowej generacji odtwarzaczy Blue Ray, dekoderów oraz innych źródeł sygnału 4K Ultra HD. Dodatkowo, SR6011 umożliwia upscaling analogowych i cyfrowych źródeł wideo do rozdzielczości 4K Ultra HD, nadając nową jakość oraz zwiększając przyjemność z odbioru.

Wi-Fi oraz Bluetooth umożliwiają pełną łączność bezprzewodową, dwie anteny zapewniają niezawodne przesyłanie i odbieranie sygnału. Przesyłaj strumieniowo ulubioną muzykę poprzez AirPlay, Spotify Connect lub z sieciowych urządzeń pamięci masowej (NAS) jak również ze 100 000 internetowych stacji radiowych. Formaty audio wysokiej rozdzielczości są odtwarzane z niesamowitą dokładnością. W
tym samym czasie 11.2 kanałowa sekcja wyjściowa przedwzmacniacza, standard RS232, kontrola IP oraz obsługa Crestron Connected czynią SR6011 doskonałym amplitunerem do realizacji indywidualnych instalacji multiroom.

Konfiguracja jest prosta – dzięki graficznemu interfejsowi użytkownika, także w języku polskim, asystentowi konfiguracji oraz słynnemu systemowi kalibracji dźwięku Audyssey MultiEQ XT nie ma potrzeby analizowania instrukcji obsługi, wystarczy postępować zgodnie z instrukcjami wyświetlanymi na ekranie. Nowa aplikacja Marantz 2016 AVR Remote, dostępna na iOS oraz Android znacząco ułatwia codzienna obsługę amplitunera. Dodatkowo, SR6011 wyposażony został w inteligentny tryb ECO umożliwiający oszczędność energii elektrycznej bez wpływu na wydajność.

Nowy Marantz SR6011 będzie dostępny już we wrześniu w czarnym lub srebrno – złotym wykończeniu.

SR 6011 7.2 kanałowy sieciowy amplituner AV – główne cechy:
• Wbudowany moduł Wi-Fi obsługujący dwie częstotliwości 2.4GHz/5GHz, wbudowany moduł Bluetooth
    o Usprawniona stabilność połączenia zwłaszcza w miejscach o dużym natężeniu sieci bezprzewodowych
• 9 kanałowy wzmacniacz o mocy 185 W na kanał
    o Wystarczająca moc, by wypełnić większe pomieszczenia legendarnym dźwiękiem Marantz
• 4K/60 Hz full-rate pass-through, 4:4:4 color resolution, HDR oraz BT.2020
    o Najnowsze standardy HDMI zapewniają kompatybilność z przyszłymi rozwiązaniami
• 8 wejść HDMI (jedno z przodu), z pełnym wsparciem HDCP 2.2, 2 wyjścia HDMI
    o Możliwość podłączenia wielu źródeł cyfrowych, równoczesna obsługa TV oraz projektora
• Upscaling sygnału analogowego oraz SD/HD do formatu 4K
    o Rozdzielczość Full HD oraz Ultra HD uzyskana z nośników DVD lub źródeł analogowych
• Dolby Atmos (do 7.1.4) and DTS:X (poprzez aktualizacje oprogramowania)
    o Realistyczny format 3D z efektem górnej warstwy dźwięku
• AirPlay, Bluetooth, Radio Internetowe, Spotify Connect, Sieciowe Strumieniowanie Audio
    o Dostęp do niemal nieograniczonej liczby źródeł muzyki online
• DSD (2.8/5.6MHz), FLAC, ALAC, AIFF oraz WAV
    o Streaming formatów audio wysokiej rozdzielczości dla wymagających audiofili
• Zaawansowane opcje Multi-Room, 11.2 kanałowe wyjście przedwzmacniacza, standard RS232
    o Audio i wideo w wielu pomieszczeniach, gotowość obsługi domowych systemów automatyzacyjnych i multiroom
• Audyssey MultEQ XT, LFC, SubEQ HT, Dynamic Volume oraz Dynamic EQ
    o Doskonałe dostosowanie dźwięku do indywidualnej charakterystyki pomieszczenia odsłuchowego
• Kolorowe przyłącza głośnikowe, asystent obsługi, zaawansowane graficzne menu, aplikacja do sterowania Marantz 2016 AVR
    o Bezproblemowa instalacja, kalibracja oraz użytkowanie
• Kalibracja wideo ISF
    o Możliwość profesjonalnej kalibracji telewizora lub projektora kina domowego
• Inteligentny tryb ECO z możliwością wyboru wyłączony/włączony/auto
    o Oszczędność energii bez wpływu na wydajność

Dystrybucja: Horn

  1. Soundrebels.com
  2. >

NAD rozpoczyna współpracę z MQA

Najnowsze oprogramowanie BluOS wzbogaca wybrane zaawansowane modele NAD o obsługę MQA. Rozwiązanie to umożliwia strumieniowanie w domu muzyki w studyjnej jakości

NAD Electronics, ceniony producent zaawansowanych urządzeń audio/wideo, rozpoczął współpracę z MQA. NAD zapowiada, że format muzyczny MQA (Master Quality Authenticated) będzie obsługiwany przez wybrane modele kompatybilne z BluOS. Możliwość taką zapewni najbliższa aktualizacja oprogramowania BluOS, wersja 2.2.5, przeznaczona dla użytkowników sprzętu NAD.

NAD jest dumny z rozpoczęcia współpracy z MQA, bowiem pozwala ona zapewnić użytkownikom sprzętu audio klasy high-end dostęp do tej na wskroś rewolucyjnej technologii, która gwarantuje studyjnej jakości dźwięk w plikach tak małych, że można je łatwo strumieniować lub pobierać. W najbliższym czasie pliki MQA będą obsługiwane przez modele NAD M12, M50, M32 i C 390DD, a perspektywicznie o funkcję tę zostaną wzbogacone kolejne modele kompatybilne z BluOS.

„NAD i MQA są dumni z tego, że klienci mogą doświadczyć magii oryginalnego dźwięku nagrań w swoich domach” – wyjaśnia Greg Stidsen, dyrektor planowania technologii i produktu w firmie NAD. „Pierwsza implementacja MQA w BluOS wprowadziła studyjną jakość dźwięku do urządzeń Bluesounda, siostrzanej firmy NAD. Teraz możemy zakomunikować użytkownikom NAD BluOS, że oni także zyskali dostęp do oryginalnych nagrań studyjnych. To jest ekscytujące rozwiązanie i jesteśmy dumni z tego, że należymy do grona pionierów wśród producentów zaawansowanego sprzętu audio, którzy dostarczają melomanom technologię MQA”.

BluOS jest opatentowanym systemem operacyjnym wykorzystywanym przez NAD i Bluesounda, który gwarantuje kompatybilność pomiędzy odtwarzaczami BluOS i który umożliwia połączenie tych odtwarzaczy z chmurą lub ze źródłami sieciowymi, aby móc strumieniować muzykę. Odtwarzacze i źródła dźwięku obsługiwane są za pomocą bezpłatnej aplikacji BluOS, którą można pobrać i zainstalować na urządzeniach z iOS i Android.

W aplikacji BluOS świecący na zielono lub niebiesko wskaźnik MQA sygnalizuje, że odtwarzacz dekoduje i odtwarza strumień lub plik MQA, a jednocześnie gwarantuje, że dźwięk jest identyczny ze źródłowym nagraniem. Świecąc na niebiesko dioda informuje o odtwarzaniu studyjnego pliku MQA, który został zatwierdzony w studiu przez artystę/producenta lub został sprawdzony przez właściciela praw autorskich.

Bob Stuart, twórca MQA, stwierdza: „Dla MQA niezwykle emocjonujące jest to, że jesteśmy w stanie połączyć melomanów z oryginalnymi, studyjnymi nagraniami artystów za pośrednictwem najlepszych komponentów audio, takich jak NAD”.

Wszyscy użytkownicy zostaną poinformowani o możliwości zaktualizowania oprogramowania BluOS do najnowszej wersji 2.2.5. Pozwoli to w pełni wykorzystać najnowsze udoskonalenia i wprowadzone ulepszenia.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Tellurium Q Silver Diamond

Opinia 1

Zakładam, że każdy z nas choć raz doświadczył tzw. „zjawiska Yeti”, bądź zdecydowanie częstszego, przynajmniej w (starszym) męskim towarzystwie bliźniaczego, znanego szerszemu gronu jako „taakaa ryba”. Wiedzą Państwo o co chodzi? O coś, co choć jedna osoba widziała, słyszała, doświadczyła, złapała, etc. i klnie się na wszystkie świętości, że tak właśnie było a jej otoczenie, z nami włącznie, podchodzi do tego cokolwiek sceptycznie. Sytuacja z czasem rob się najoględniej rzecz ujmując dziwna i dochodzimy do momentu, w którym dany delikwent zyskuje status zbliżony do tego, jaki posiadają osoby uparcie twierdzące, iż nie dość, że zostały porwane przez UFO, to jeszcze małe zielone ludziki wykonywały na nich najprzeróżniejsze i z reguły niezwykle bolesne doświadczenia medyczne. W audio a w High Endzie szczególnie tego typu przypadki zdarzają się nad wyraz często, lecz dotyczą stanu osiągnięcia tzw. audiofilskiej nirwany spowodowanej odsłuchem jakiegoś urządzenia, kolumn, kabla, czy innego akcesorium. Jeśli jednak ów stan umysłu zaczyna być zaraźliwy, czyli zaczyna występować po kontakcie z danym „czymś” u większej aniżeli jeden nieszczęśliwiec populacji warto takiemu zagadnieniu przyjrzeć się bardziej wnikliwie, czyli po prostu owego „czegoś” samemu posłuchać.
Podobnie sprawy się miały może nie tyle z samymi bohaterami niniejszego testu, gdyż ich pojawienie się na rynku nastąpiło stosunkowo niedawno, lecz generalnie z przewodami tytułowego producenta. Za każdym razem, gdy podczas wyjazdowo-wystawowych konfiguracji najprzeróżniejszych systemów z naszym udziałem  pojawiał się rodzimy przedstawiciel Tellurium Q, bo to właśnie o tej manufakturze mowa, słyszeliśmy, że przewody, którymi w danej chwili dysponuje są po prostu obłędne, choć mogą nie pokazać całego swojego potencjału, gdyż, bądź to dopiero dotarły z U.K., bądź jeszcze nie zdążyły „się wygrzać”. Niestety każdorazowo efekt wpięcia brytyjskich drutów był …, nazwijmy to niezbyt przekonujący. Niby tragedii nie było, ale zawsze na podorędziu znajdowały się produkty konkurencji, które lepiej spełniały nasze oczekiwania. Gdybyśmy poprzestali jedynie na powyższym, pojedynczym przypadku klinicznym sprawa byłaby jasna – skoro to dystrybutor, to przecież jasne, że „każda pliszka swój ogonek chwali”, jednak zewsząd zaczęły do nas docierać sygnały o tym, że Telluriumy naprawdę „grają”, co z resztą, w pewnym sensie oczywiście, znajdowało odzwierciedlenie w ilości nagród i wyróżnień jakimi zostały obsypane. Postanowiliśmy zatem zmierzyć się z powoli, acz systematycznie rosnącą ich sławą i przetestować je we własnych systemach. Okazało się jednak, że cokolwiek z purpurowym logo dociera do Polski rozchodzi się szybciej niż jugosłowiańskie regały w epoce późnego Gierka. Uzbroiliśmy się jednak w cierpliwość i czekaliśmy, by wreszcie otrzymać nie byle co, bo set topowych interkonektów RCA/XLR i przewodów głośnikowych oznaczonych w firmowej hierarchii jako Silver Diamond.

Z częścią znanych mi przewodów jest tak, że najlepiej wyrabiać sobie o nich zdanie słuchając nie tylko pojedynczych egzemplarzy / par, lecz kompletnych setów pozwalających na możliwe pełne okablowanie posiadanego systemu. Powyższe założenie zyskuje dodatkowo na sensowności, gdy w grę wchodzą wszelakiej maści autorskie i unikalne rozwiązania mające na celu zminimalizowanie, jeśli nie pełną anihilację z przesyłanego sygnału wszelakiej maści anomalii. I tak właśnie jest tym razem, gdyż zgodnie z zapewnieniami producenta przewody Tellurium Q zostały zaprojektowane i wykonane tak, by wyeliminować zniekształcenia fazowe. O dziwo patrząc na nie trudno doszukać się w ich aparycji czegokolwiek niezwykłego. Brak im jakichkolwiek puszek, muf, czy choćby mniej, bądź bardziej magicznych pierścieni. Ot pozornie „zwykłe druty”. Pozory jednak mylą, gdyż Geoff Merrigan stosownych modyfikacji dokonuje już na poziomie samego materiału przewodników (w tym wypadku srebrzonej miedzi i również srebrzonych wtyków), geometrii wiązek, doboru dielektryków, tłumienia wibracji i jeszcze kilku „drobiazgach”, o których istnieniu wie pewnie tylko on. Mniejsza jednak z tym. Telluriumy docierają bowiem w klasycznych, nieprzesadzonych wzorniczo kartonowych pudełkach. Zatem na tym etapie znajomości dopieszczania i powiewu luksusu nie będzie. Jednak po zdjęciu pokrywek okazuje się, iż Silver Diamondy prezentują się wielce atrakcyjnie i z wręcz ponadczasową elegancją. Opalizująca czerń peszelków, śnieżnobiałe termokurczki z firmowymi nadrukami i solidna, wręcz biżuteryjna konfekcja sprawiają naprawdę pozytywne wrażenie. Ponadto oba typy interkonektów są na tyle wiotkie, że ich wpięcie i ułożenie łączonymi nimi urządzeniami jest marzeniem każdego recenzenta. Istna bajka. Bajka, która kończy się wraz z wypakowaniem przewodów głośnikowych. Te niepozornie i sympatycznie wyglądające taśmy zakończone aluminiowymi splitterami okazują się bowiem równie podatne na układanie, co może nie pręt zbrojeniowy a lina okrętowa z trzymasztowego żaglowca, bądź wąż strażacki wypełniony drucikami z centralki telefonicznej. Przy odrobinie większej niż zazwyczaj dozie dobrej woli  da się je jednak okiełznać, jednak po ułożeniu lepiej zbyt często ich nie wyginać.

Nauczony wcześniejszymi, nie do końca pozytywnymi, doświadczeniami i mając na uwadze niewiadomy przebieg dostarczonego seta postanowiłem najpierw całość – dwa interkonekty XLR, jeden RCA i głośnikowce, porządnie wygrzać i w związku z powyższym dałem im prawie tydzień na ułożenie się w moim systemie. Dopiero potem zacząłem przysłuchiwać się im ze wzmożoną uwagą i możliwie krytycznie. W końcu jeśli to takie „giant killery” to niech pokażą na co je stać. I … jedyne co w tej chili przychodzi mi na myśl, to stara ludowa prawda „uważaj o co prosisz, bo możesz to dostać”. Tak, tak. Pomimo dość spokojnego, wręcz rozleniwiającego „Just A Little Lovin’” Shelby Lynne dźwięk miał taki ładunek energetyczny, jakby do tej pory gdzieś go na tę chwile kumulował. Nie było to jednak sztuczne pompowanie, bądź nerwowe wyczekiwanie momentu, w którym można za przeproszeniem przyp …ić, lecz raczej wszystko obracało się wokół bezpośredniości przekazu i sile emisji. Gdzieś, nie wiadomo gdzie, podziała się niezauważalna do tej pory kompresja a skraje pasma poszły o krok, bądź nawet dwa dalej. Swoistemu przeobrażeniu, bo przeskalowanie w tym momencie wydaje się nieadekwatnym określeniem, uległ sam wolumen prezentowanego dźwięku. I znów – nie mówię o sztucznym pompowaniu, przybliżaniu źródeł pozornych z jednoczesnym rozdmuchaniem sceny, jak to czasem mają w zwyczaju czynić realizatorzy samplerów, bądź niektórzy twórcy wszelakiej maści urządzeń audio wychodzący z założenie, że większe zawsze oznacza lepsze. Tutaj jednak mamy do czynienia z urealnieniem, wiernym odwzorowaniem rozmiarów, gabarytów zarówno samych instrumentów, jak i muzyków nimi władających a przede wszystkim czymś tak oczywistym jak wzrost i postura wokalistów materializujących się tuż przed nami. W przypadku solowych poczynań Shelby Lynne efekt jest zauważalny, lecz jeszcze nie tak piorunujący, jak na chóralnym „Live and Joyful in Charleston” The Angels. Dopiero na takim i podobnych mu nagraniach usłyszeć można cóż Telluriumy potrafią uczynić z dźwiękiem, bądź inaczej – czego tytułowe druty z dźwiękiem nie robią, a jakie „kuku” wyrządzają mu inni. Szum tła staje się wreszcie tym, czym być powinien, odgłosami towarzyszącymi ruchom realnych, zbudowanych z krwi i kości a przy tym najprzeróżniej odzianych i obutych osób a nie cyfrowym, bądź analogowym szumem, w którym gubione są, nikną powyższe detale i niuanse. Nie wierzycie? No to posłuchajcie, a raczej wsłuchajcie się w jakiekolwiek nagranie z oklaskami. Niezależnie czy będzie to aplauz tłumnie zgromadzonej widowni, czy też samych artystów w większości przypadków brzmi on mniej, bądź bardziej sztucznie – jednowymiarowo, płasko i szeleszcząco. Pojawienie się w systemie Silver Diamondów przywraca im autentyczność, trójwymiarowość i natychmiastowość. Różnica jest mniej więcej taka, jak słuchanie nagrania fortepianu i … tegoż samego fortepianu na żywo. Brzmi intrygująco, nieprawdaż?
Na zgoła odmiennym, mocno przetworzonym i szorstkim jak trzydniowy zarost „The Pale Emperor” Marilyn Mansona bas uderzał z siłą monstrualnego młota pneumatycznego a partie garażowo „zdjętych” gitar tylko pogłębiały depresyjny klimat albumu. Jednak na tym pozornie, przynajmniej dla większości zatwardziałych audiofilów, mało interesującym pod względem sonicznym materiale uwagę zwracał ponadprzeciętny timing i zwartość. Potęga dołu pasma była bowiem pod pełną i niezaprzeczalną kontrolą. Zyskiwał na tym nie tylko właściwy dla tego typu repertuaru drive, lecz również komunikatywność i o dziwo homogeniczność przekazu. Kontrola bowiem nie ograniczała się li tylko do basu, lecz obejmowała swym działaniem pełne słyszalne pasmo akustyczne trzymając w ryzach i średnicę i najwyższe składowe. Jeśli komuś w tym momencie wydaje się, że na górze pasma kontrola jest zbędna, to … jest na najlepszej drodze do jazgotliwości i ofensywności. Właśnie trzymane w ryzach dźwięki mogą nie tylko pełniej wybrzmieć, co zaistnieć w muzycznym spektaklu we właściwym sobie momencie i miejscu. Dokładnie w nim a nie gdzieś ciutkę obok, bądź wcześniej lub później. Brak zniekształceń fazowych pozbawia zatem reprodukcję nerwowości, rozedrgania i pewnej nieostrości uznawanej w niektórych przypadkach za objaw analogowej krągłości, czy też lampowego rozmarzenia. Można zatem uznać, mając świadomość dość dużego uogólnienia, że Silver Diamondy są przedstawicielami, reprezentantami obozu  analitycznego, lecz mocno romansującymi z jakże miłą naszym uszom muzykalnością. Po prostu nie podkolorowując i nie odfiltrowując według własnego widzimisię pozornie nieistotnych mikrodetali dają możliwie pełny obraz całości a nie jej interpretację.
Dalsze eksperymenty z wypinaniem i wpinaniem pojedynczych par przewodów potwierdzały moje wcześniejsze obserwacje, z tą tylko różnicą, że intensywność – namacalność zmian przez nie wprowadzanych nie była już tak jednoznaczna. Jeśli jednak miałbym ważyć się na wskazanie mojego faworyta, to byłby nim interkonekt XLR, który po prostu urzekł mnie swoją swobodą, dynamika i krystaliczną wręcz czystością. Nie mniej intrygująco wypadły również przewody głośnikowe, lecz dość problematyczna, przynajmniej w moim, niezaprzeczalnie mało miarodajnym (dziesiątki zmian konfiguracji, ciągłe przełączanie) przypadku ich walory soniczne osłabiała specyficzna ergonomia.

Tellurium Q Silver Diamond to przewody pozornie, przynajmniej z zewnątrz, zupełnie zwykłe i konwencjonalne. Solidnie wykonane, eleganckie a zarazem możliwie dalekie od krzykliwości i grzechu designerskiej pychy. Jednak o ich prawdziwej wartości, wynikającej między innymi z technologicznego zaawansowania, świadczy zupełnie co innego – brzmienie. Brzmienie, które patrząc na półkę cenową w jakiej egzystują, wymyka się wszelkim regułom i próbom ich kategoryzacji. Napisać o nich, że są klasą same dla siebie, to nie napisać nic. Całe szczęście zamiast o nich dywagować wystarczy je wpiąć w nasz system i samemu ocenić. Ja już ten etap mam za sobą i wiem jedno – warto było na nie tyle czekać.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audionet DNA I; Musical Fidelity NuVista 800
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Każdy producent w swojej reklamowej „Odezwie do narodu” chwali się jakimś pchającym go do powstania danego produktu tematem przewodnim. Jeden twierdzi, że wszystko co do tej pory zostało zaprezentowane jest zbyt szablonowe i brakuje w tym wprowadzającego słuchacza w stan nirwany pierwiastka „X”, inny stwierdza, że jego produkt jest odpowiedzią na niemożność uzyskania nawet nie owego wspomnianego przed momentem bodźca, tylko często podstawowych, czyli elementarnych założeń dźwiękowych, dzisiejszy zaś zeznaje, że na poziomie konstrukcyjnym wytwarzanego przez siebie okablowania dzielnie walczy ze zniekształceniami fazowymi przesyłanego sygnału, co pozwala oczyścić dźwięk z wszelkiego rodzaju anomalii. Tak tak, dzisiaj będziemy rozprawiać o drutach. Co prawda do testu otrzymaliśmy set łączówek i głośnikówek, ale z racji niemożności podpięcia u mnie zestawu kolumnowego – mam w kolumnach specyficzne terminale Cardasa i bananki nie mieściły się obok siebie – wypowiem się jedynie na temat interkonektów w standardzie XLR. Tak więc zapraszam na kilka linijek ciekawych informacji o kablach Silver Diamond XLR pochodzącej z Anglii marki TELLURIUM Q, o pojawienie których w naszej redakcji zadbał wrocławski HiFi Elements.

Przybyłe na testy interkonekty może nie są podobnie do moich Harmonixów przesadnie rzucającymi się w oczy zaskrońcami, ale dzięki opalizującej, wpadającej ni to w bordo, ni to w fiolet  fantastycznie prezentującej się plecionce, znajdującymi się przed terminalami przyłączeniowymi białym koszulkom z nadrukami modelu, oraz marki i srebrnym wtykom XLR, na tle często szarej konkurencji również zdają się nieco wyróżniać. Jeśli chodzi o sprawy akomodacji opisywanych drutów do kubatury za-szafkowej, trzeba oddać im honor, gdyż bez najmniejszego problemu przyjmują nawet najbardziej ekwilibrystyczne przebiegi z przysłowiową ósemką włącznie. Tak wyglądający produkt pakowany jest do kartonowego lakierowanego na czarny połysk wyściełanego gąbką pudełka. Jak widać, oferta wydaje się stronić od zbędnego blichtru, a jak to się ma do spraw około-sonicznych, zastanowimy się w dalszej części tekstu.

Wszystkie opisywane przeze mnie wyjazdowe występy testowanych produktów mają jedno zadanie. Chodzi mianowicie o pokazanie, jak sprawują się w różnych sytuacjach systemowych, a to daje Wam dodatkowy punkt odniesienia, co może stać się, gdy wepniecie je w posiadany tor. I gdy najczęstszym wynikiem porównań tego co stało się w klubie do wyniku na moim podwórku jest drobna korekta wniosków, to dzisiejszy wynik stoi do nich w całkowitej opozycji. Ale do rzeczy. Gdy podczas procedury przyłączeniowej w KAIM-ie z nutą żartu rozprawialiśmy na temat filozofii firmy – walka ze zniekształceniami fazowymi, nie spodziewaliśmy się, że podłączane wtedy interkonenty XLR tak mocno uśrednią różnice porównywanych w tym samym czasie dwóch wzmacniaczy, a wpięte w ich miejsce używane na co dzień czytelnie artykułowały. Było nader ciężko i jakby z wycofanym środkiem, a to przekładało się na zdecydowanie mniejszą czytelność przekazu. Byłem bardzo zdziwiony, ale kilkukrotne przełączanie na przemian z drutami klubowymi zdawało się potwierdzać pierwsze wnioski. Mocno zastanawiałem się, gdzie leży przyczyna takiego obrotu sprawy, ale słysząc, że nie po drodze Anglikom z zestawem klubowym wypięliśmy je z toru. Przecież wiadomo nie od dzisiaj, że nie ma rzeczy pasujących do  wszystkiego. Tutaj muszę dodać, iż zestaw klubowy gra naprawdę dobrze, ale stawia raczej na przyjemność dźwięku, gdy tymczasem mój przy okazji nie zapomina o ważnych dla pewnej High End-owej wyczynowości – czytaj rozdzielczości. I gdy trochę z obawą o „powtórkę z rozrywki” ulokowałem naszych bohaterów w miejsce moich Japończyków, już po pierwszych taktach muzyki nie mogłem ogarnąć zdziwienia, jak diametralnie zmieniła się polaryzacja odbioru prezentowanego przez nie dźwięku. To była całkowita zmiana frontu, gdyż testowane druty przefarbowały swój wizerunek niczym kameleon. Bez względu na to, czy to filozofia firmy, czy też zwykła synergia, ale przekaz dostał tak brakującego w klubie oddechu i rozdzielczości w środku pasma. Owszem, nadal było chłodniej niż z kablami odniesienia – Harmonixami, ale to było już tylko pewnym idącym ku neutralności sznytem, a nie szkodliwą dla przekazu bliżej nieokreśloną magmą dźwiękową. Nie wiem, gdzie upatrywać źródła problemu w pierwszej konfiguracji, ale z dużą dozą pewności stawiałbym na mocne dociążenie seta klubowego i nie pomagające w tym aspekcie wynikające z rozkładu rezonansów podbicie najniższych rejestrów przez samo pomieszczenie. Tym bardziej, że również u mnie zauważyłem zwiększenie udziału tych składowych w dźwięku, ale o dziwo, mimo, że było ich odczuwalnie więcej, to były fenomenalnie konturowe. Na tyle ostro cięte, że nawet przez moment zastanawiałem się, czy nie przymierzyć się do Anglików na stałe. Ale to nie koniec zaskoczeń, gdyż przy całej otoczce mocnej, ale bardzo konturowej podbudowy najniższych rejestrów, równie dobrze wypadała góra pasma. To była feerią skrzących się, ale nie natarczywych przeszkadzajek na tle pełnego oddechu spektaklu muzycznego. Co ciekawe, połączenie tych dwóch skrajów pasma w konfrontacji z delikatnie ochłodzonym środkiem nie powodowały odczucia przerysowania, tylko proponowało pełną świeżości przygodę z muzyką. A przypominam, że oddam nieco z informacji za nutkę romantyzmu, którego braku mimo trącenia koloru muzyki o oczko wyżej w najmniejszym stopniu nie odczuwałem. To był nieco inny punkt widzenia przekazu sonicznego, ale całkowicie mieścił się w zakresie mojej tolerancji, a co jest bardzo ważnym, dobrze doświetlał tym sposobem tylne formacje. Ale nie rozdmuchiwał ich sztucznie, tylko zapalał dodatkowy, zamontowany gdzieś pod sufitem wirtualnej sceny punktowy szperacz. To było bardzo ciekawe, ale zarazem dobrze pływające na odbiór całości muzyki posuniecie. I gdy po takiej rekomendacji doszliśmy do punktu wprowadzającego Was w konkretne przykłady płytowe, nie będę się sztucznie rozpisywał, tylko zdawkowo wspomnę najbardziej zapadające w pamięć aspekty. Pierwszym przykładem jest skomponowana przez Hansa Zimmera ścieżka dźwiękowa z filmu „Gladiator” Ridleya Scotta. Szaleństwo rozpoczynającej film bitwy z Germanami za sprawą dawki kontrolowanej masy i świeżości dźwięku bezproblemowo wywoływało dreszcze na plecach. To był spektakl na miarę przemykającego gdzieś w podświadomości naładowanego brutalnością wyrazistego obrazu, gdzie największe wrażenie robiły wszelkie nisko osadzone pasaże dźwiękowe. Ale to nie koniec niesionego przez Silver Diamondy dobra. Aby pokazać, iż wymuszona podążaniem za scenografią pozorna chaotyczna ściana dźwięku nie jest jedyną dobrą stroną testowanych przewodów, przytoczę jeszcze bardzo balladową płytę Mojave3 „Excuses For Travellers”. To Może nie jest iście po ECM-owsku zrealizowana płyta, ale na tle innych jej podobnych pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest w masteringowym czubie.  Męski wokal z gitarą w roli głównej, mimo, że przekaz dawał do zrozumienia, iż jest podawany w nieco Innej niż mam na co dzień estetyce, nie zdawały się cierpieć na swoim ochłodzeniu. Jak wspomniałem, to był krok w kierunku neutralności, a nie rozjaśnienia, gdyż muzyka nadal miała swoją masę i ciekawą barwę. To zaś, po kilku utworach bez najmniejszych problemów stawało się wręcz niezauważalne i zafundowało mi odsłuch przywołanego krążka od deski do deski. I w takim duchu mógłbym skreślić jeszcze kilka dobrych akapitów. Jednak z racji, iż rozprawiamy o kablach, które, jak wspomniałem, w zależności od konfiguracji potrafią diametralnie różnie wypaść, zachęcając do prób na własnym organizmie pozwolę sobie zakończyć dzisiejszy monolog.

Jak można zauważyć na dzisiejszym przykładzie, sprawa doboru okablowania nie jest prostym podłączeniem drogich produktów. Niestety sama cena, mimo, że jest istotnym elementem w sferze proponowanej jakości dźwięku nie gwarantuje pełnego sukcesu połączeniowego. Tak jak przy każdym poszczególnym komponencie, tak i przy okablowaniu musimy sprawdzić, czy to co wpinamy, niesie ze sobą oczekiwaną jakość soniczną. Moje dwie kompilacje testowe były tak różne, że, mimo iż w drugim połączeniu kable Tellurium wypadły bardzo dobrze, to ręki pod gwarancję wszelkich innych jako pozytywnych nie położę. Jeśli jednak, Waz zestaw nosi znamiona dźwiękowe mojej układanki i trzeba dodać, że przy tym jest transparentny, macie bardzo dużą szansę na to, że to co proponują Anglicy, czyli walka ze zniekształceniami fazowymi sprawdzi się również i u Was. Kto wie?

Jacek Pazio

Dystrybucja: HiFi Elements
Ceny:
IC RCA: 11 450 PLN (1 m), każde dodatkowe 0,5m stereo + 1 300 PLN
IC XLR: 13 250 PLN (1 m) , każde dodatkowe 0,5m stereo + 1 300 PLN
Speaker: 18 600 PLN (2 x 2 m), 23 250 PLN (2 x 2,5 m), 27 900 PLN (2 x 3 m)

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bryston BDA-3

Opinia 1

Po testach dzielonej amplifikacji BP26 & 4B SST2 i zestawie streamer/DAC BDP-2 & BDA-2 przyszła pora na przedstawiciela kolejnej generacji kanadyjskich specjałów Brystona. Sprawa zyskuje dodatkowej pikanterii gdyż urządzenie, które tym razem do naszej redakcji dostarczył polski dystrybutor marki – warszawski MJ AUDIO LAB, stanowi najnowszą odsłonę komponentu, który już mieliśmy okazję recenzować – mowa o przetworniku cyfrowo analogowym BDA-3, będącym bezpośrednim następcą modelu BDA-2. Co ciekawe oba DACi cały czas dostępne są w katalogu i jak na razie nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja w najbliższym czasie miała ulec zmianie. Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia ze zjawiskiem pewnego dualizmu? Nic z tych rzeczy. Po prostu ktoś w Brystonie, z resztą całkiem słusznie, uznał, że nie ma sensu uszczęśliwiać swoich odbiorców na siłę i jeśli komuś do pełni szczęścia wystarczy obsługa sygnałów 24 Bit / 192 kHz a na rozwój sytuacji z gęstymi formatami woli spokojnie poczekać, to bezstresowo może zostać przy starszej, nadal świetnie broniącej się dźwiękiem konstrukcji a jeśli tylko ktoś dopiero rozpoczyna przygodę z cyfrowym audio, bądź po prostu chce mieć święty spokój i nie zawracać sobie głowy próbkowaniem, czy gęstością bitową tylko włączać system i słuchać muzyki to wtedy warto rozważyć zakup BDA-3.

Tak jak jego poprzednicy, również i BDA-3 jest ucieleśnieniem solidności i dopracowanych do granic możliwości prostoty, logiczności i ergonomii. Wszystko jest dostępne z przysłowiowego palca i do obsługi wcale nie potrzeba pilota, bo to co trzeba a raczej wszystko, co oferuje tytułowy DAC jest „na wierzchu”. Wykonany z masywnego płata szczotkowanego aluminium front zdobi po lewej stronie wyfrezowane firmowe logo plus nazwa modelu, czujnik IR (opcjonalny pilot) i dwanaście diod (!!!) informujących o częstotliwości próbkowania otrzymanego sygnału. Po ww. atrakcjach natury iluminacyjnej natrafiamy na równy rządek dwunastu przycisków odpowiedzialnych za uaktywnienie upsamplingu, wybór jednego z dziesięciu źródeł i włącznik główny. Korpus, czyli kształtka stanowiąca płytę wierzchnią i jak to zwykle bywa u Brystona pozbawiono jakichkolwiek ozdób a estetom, na otarcie łez dano możliwość wyboru rozmiarów płyty czołowej 17″ lub 19″ oraz uchwyty do montażu w racku (2U). Wystarczy się jednak przenieść na tył urządzenia, by od razu zrobiło się wielce intrygująco. Oprócz dostępnych w obu standardach (RCA/XLR) wyjść analogowych i czterech standardowych wejść cyfrowych w postaci AES/EBU, pary SPDIF (koaksjalne + BNC) i optycznego (Toslink) nie zabrakło nie tylko wszechobecnych, wręcz obowiązkowych w dzisiejszych czasach USB, i to zdublowanych, lecz również czterech wejść i jednego wyjścia HDMI. Po co? O tym za chwilę, gdyż wypadałoby również wspomnieć o trójce interfejsów sterujących (RS232, USB i Ethernet) oraz trójbolcowym gnieździe IEC. A wracając do baterii HDMI. Wbrew pozorom ich obecność wcale nie jest taka irracjonalna, gdyż to właśnie dzięki nim jesteśmy w stanie zintegrować nasz system stereo z równolegle egzystująca instalacją kina domowego i przesłać na nie stereofoniczny sygnał audio zarówno w formacie PCM jak i DSD. Jest to o tyle ciekawa opcja, że biorąc pod uwagę iż Bryston obsługuje sygnał PCM o rozdzielczości do 32 bitów i częstotliwości próbkowania 384 kHz oraz natywne DSD64, 128 i 256 a dodatkowo wyposażono go w funkcję „HDMI video pass through”, to spokojnie możemy z odpowiednim pietyzmem potraktować nasze ulubione koncertowe ścieżki dźwiękowe a obraz i to nawet w rozdzielczości 4K przesłać dalej. Po prostu żyć nie umierać.
Wewnątrz BDA-3 również nie ma się czego wstydzić. Solidne toroidalne trafo, budząca zaufanie bateria sześciu kondensatorów i piętrowa topologia płytek drukowanych sprawiają nader pozytywne wrażenie. Na uwagę zasługuje fakt, że na laminacie z w pełni dyskretnymi, pracującymi w klasie A, zbalansowanymi stopniami wyjściowymi znalazły się również dwie 32-bitowe kości przetworników AKM4490. Zero voodoo, magicznych puszek i całej tej mistycznej otoczki, która na części audiofilów może i zrobiłaby wrażenie, ale u zdecydowanej większości odbiorców, o rynku pro-audio nawet nie wspominając, raczej nie znalazłaby zrozumienia.

A jak powyższe dywagacje natury technicznej przekładają się na brzmienie? Cóż, nie będę owijał w bawełnę, tylko prosto z mostu napiszę, a raczej powtórzą to, co pisałem przy okazji recenzji poprzednich urządzeń pochodzących z Peterborough w Ontario – Brystony są zaprzeczeniem stereotypów o bezdusznym i analitycznym, czy wręcz prosektoryjnym brzmieniu zabawek o proweniencji pro-audio. Nie ma w nich nawet krztyny chłodnej kalkulacji i bezdusznego rozkładania każdego dźwięku na atomy. W zamian za to dostajemy solidny, świetnie osadzony na basowym fundamencie „sound” zdolny postawić na nogi nawet najbardziej zamulony system. I tak też jest tym razem. Nie dość, że bezsprzecznie został zachowany iście rockowy charakter BDA-2, to dodatkowo podkręcony został drajw i poprawiona konturowość źródeł pozornych. Co prawda efekt ten najbardziej zauważalny jest po włączeniu upsamplingu, który swym działaniem obejmuje wejścia konwencjonalne, obsługujące sygnały max. 24 bit / 192 kHz, więc w pewien sposób z jednej strony dopieszcza starsze, bądź jeszcze niedostępne w gęstszych formatach nagrania a z drugiej dając możliwość wyboru sposobu prezentacji. Warto wspomnieć bowiem o tym, że w kanadyjskim wydaniu upsampling doprecyzowuje pakiet informacyjny dotyczący obrabianych sygnałów, lecz jedocześnie wypada mniej czarująco pod względem ich soczystości i saturacji. Proszę mnie tyko źle nie zrozumieć. Tytułowemu DACowi w obu trybach niezmiernie daleko do matowej szorstkości i chropowatości, jednak lapidarnie rzecz ujmując dodatkowa obróbka niższych częstotliwości sprawia, że dźwięk jest mniej czarujący i zdecydowanie dłużej, aniżeli przy natywnych częstotliwościach i gęstych formatach trzeba doszukiwać się w nim swoistej „magii”. Choć z drugiej strony uczciwie trzeba przyznać, że właśnie w takim „podbitym” stanie muzyka brzmi równiej, bardziej liniowo i … studyjnie(?). Mniejsza jednak z tym. Po prostu warto pamiętać, że z konwencjonalnych źródeł zawsze można co nieco wycisnąć a sposoby na osiągnięcie zamierzonego efektu są nieraz na wyciągnięcie ręki – wystarczy bowiem wcisnąć jeden guzik. W dodatki to, co w jednym repertuarze się sprawdza i wydaje się być ze wszech miar pożądane w drugim aż tak zbawienne wcale być nie musi. Weźmy na ten przykład australijskich thrashmetalowców z formacji 4 ARM i ich album „Submission For Liberty”. Otwierające wydawnictwo dźwięki fortepianu w „Sinn Macht Frei” lepszą barwę miały bez zwiększania częstotliwości próbkowania, jedna kontur i precyzję zyskiwały właśnie po podbiciu do 176,4 kHz. Biorąc zatem pod uwagę, że reszta nagrań na ww. krążku już tak liryczna nie jest w większości przypadków decydowałem się na odsłuch z uaktywnionym upsamplingiem.
Jeśli jednak zależało mi na barwie i nasyceniu bez chwili wahania ograniczałem się do parametrów natywnych, co nader często oznaczało sięganie po pliki powyżej 192 kHz, a więc automatyczną przesiadkę na złącza USB/HDMI. I tutaj niejako można byłoby zacząć pisać o najnowszym DACu Brystona od nowa. Nie chodzi jednak o to, że wszystko zostaje postawione na głowie, lecz dotychczas zaobserwowane cechy przybierają jeszcze bardziej realną, namacalną postać. Dźwięk robi się bardziej organiczny i … analogowy. Zanim jednak zacznę obcmokiwać wyższe formaty pozwolę sobie na małą dygresję i powrót do bardziej rozpowszechnionych formatów. Otóż już samo przepięcie się na wejście USB przy bardziej wnikliwej analizie dawało podobny efekt. Przykładowo koncertowe nagranie „Live ! The Best” Chie Ayado czarowało niezwykle realistycznym oddaniem nie tylko akustyki sali koncertowej, co faktyczną obecnością publiczności. To nie były dwa niezależne światy sklejone naprędce na stole realizatorskim, lecz zazębiające się, uzupełniające i pełne wzajemnych interakcji dwie połówki całości. Ot klasyczne jin-jang. Powyższe interakcje bardzo intensywnie „dawały się we znaki” również na zdecydowanie bardziej dynamicznym, brutalnym wręcz wsadzie w stylu koncertowego „The Wrong Side Of Heaven And The Righteous Side Of Hell, Volume 1” („Disc Two: Purgatory (Tales from the Pit)”)  Five Finger Death Punch. Ryk tłumu był na tyle sugestywny, że przy odpowiednich, czasem mało akceptowalnych przez otoczenie, poziomach głośności bez trudu można było poczuć się jakby było się jednym ze szczęśliwców opętańczo podskakujących pod sceną. Mocna rzecz. W dodatku, biorąc pod uwagę nad wyraz mało audiofilską jakość nagrania nic z oczywistej kanciastości i surowości nie raziło i nie kłuło w uszy a jedynie stawało się świadectwem spontaniczności i realizmu rozgrywającego się przed nami, jak i wokół nas spektaklu.
Przejdźmy jednak oczko wyżej. Referencyjne nagranie „Antiphone Blues” (2,8MHz) w wykonaniu Arne Domnerusa i Gustafa Sjökvista wypadło wprost porażająco. Tak trójwymiarowego, wręcz holograficznego oddania akustyki wnętrza po prostu nie spodziewałem się po urządzeniu na tym pułapie cenowym. Wszelakiej maści smaczki, mikrodetale i jakże uwielbiany przez złotouchych audiofilski plankton były po prostu obecne i stanowiły nierozerwalną część większej całości. Zaznaczam część, składową a nie główny, przewodni element skupiający jeśli nie całą, to zupełnie nieadekwatną część naszej uwagi. Słowem próżno szukać tu typowo samplerowej emanacji i epatowania drugo i trzeciorzędnymi detalami. Podobnie sprawy się miały z „Cantate Domino” Oscar’s Motet Choir (2,8MHz), gdzie warto było zwrócić uwagę na naturalność pogłosu, organiczną wręcz spójność sceny dźwiękowej i akustykę obiektu sakralnego oraz brak jakiejkolwiek ziarnistości, czy poszarpania krawędzi przy stopniowym wygaszaniu poszczególnych fraz.

Pojawienie się na rynku Brystona BDA-3 jest z jednej strony ukłonem w kierunku osób poszukujących w pewnym sensie bezkompromisowych a jednocześnie racjonalnie wycenionych, takie cuda czasem zdarzają się nawet w High Endzie, rozwiązań a jednocześnie niezwykle namacalnym dowodem na to, jak wielki postęp dokonał się na przestrzeni ostatnich kilku lat w cyfrowym audio. Postęp, w którym rozdzielczość wcale nie oznacza laboratoryjnego dzielenia włosa na czworo i prosektoryjnego chłodu, lecz po prostu o niebo lepszy wgląd w nagranie i lepsze, bardziej intensywne obcowanie z samą muzyką. Czy tego typu progres wart jest oczekiwanej przez producenta różnicy w cenie pomiędzy tytułowym a będącym punktem wyjścia  BDA-2 musicie Państwo ocenić sami. Jeśli jednak miałbym coś sugerować, to … jeśli tylko możecie sobie pozwolić na nowszy model w pierwszej kolejności posłuchajcie Brystona BDA-3. Kontakt z nim po prostu przywraca wiarę w sensowność High Endu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Moon 230HAD
– Słuchawki: Brainwavz HM5; Meze 99 Classics Gold; Audio-Technica ATH-A990Z; Audio-Technica ATH-A2000Z; Audio-Technica ATH-W1000Z
– Streamer/DAC/Przedwzmacniacz: Ayon S-3 Junior
– Przedwzmacniacz: Electrocompaniet EC 4.8
– Końcówka mocy: Electrocompaniet AW 180
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Spec RSA-717EX
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Kanadyjska marka Bryston w zdecydowanej większości swoich produktów znana jest raczej z rynku profesjonalnego. Co ważne, za wartości soniczne i użytkowe jest tam bardzo poważana, co mogłoby sugerować, że bez najmniejszych problemów mogłaby na tym segmencie poprzestać. Jednak znając swój potencjał jakościowy postanowiła spróbować swoich sił na wokandzie konsumenckiej, a to po ostatnich recenzowanych na naszych łamach spotkaniach okazuje się być bardzo ciekawą propozycją za bardzo przyzwoite pieniądze. Oczywiście słowo przyzwoite jest trochę umownym, ale patrząc na to co ostatnimi czasy dzieje się z cenami u audiofilskiej konkurencji, bez naciągania rzeczywistości można powiedzieć, iż w stosunku do jakości generowanego dźwięku wyceniona jest co najmniej przyzwoicie. Czy dzięki temu podobne do rynku profesjonalnego triumfy świętuje w naszym często bardzo marudnym segmencie nie jest mi znane, ale bez względu na brak tej wiedzy zapraszam wszystkich na spotkanie z kolejnym przedstawicielem tytułowego brandu w postaci przetwornika cyfrowo-analogowego BDA-3, który pojawił się u nas za sprawą warszawskiego dealera MJ AUDIO LAB.

Wygląd Brystona może nie przykuwa wzroku, ale nie można odmówić mu dbającej o designerski spokój aparycji. Front tego niewielkiego gabarytowo urządzenia wykonano z grubego płata drapanego aluminium, na którym idąc trochę drogą jego pochodzenia – profesjonalnie, czyli wszystko pod ręką umieszczono:
– zajmującą całą prawą flankę serię przycisków dla każdego z wejść i nieco oddalony od nich włącznik, – na lewo od wspomnianych guziczków i znajdujących się nad nimi sygnalizujących ich wybór diod w wektorze pionowym znajdziemy kolejny zestaw wskaźników diodowych, które w tym przypadku oznajmiają nam, na jakim sygnale pracujemy,
– skrajną lewą stronę okupuje sporej wielkości grawerowane logo marki i naniesiona białą czcionką nazwa modelu.
Podróż ku tyłowi z racji zerowego nagrzewania się urządzenia nie przynosi nam nic oprócz gładkiej powierzchni dachu, a tył w odpowiedzi na baterię przycisków wejściowych funduje nam przypisane im wejścia w standardzie SPDIF, AES/EBU, USB, ETHERNET, HDMI, TOSLINK, wyjścia: cyfrowe HDMI i analogowe RCA i XLR, a także gniazdo sieciowe. Przyznacie, że jak na tak niewielką skrzynkę, oferta przyłączeniowa przyprawia o zawrót głowy, ale jak chce się nadążać za potrzebami wymagających audiofilów, to należy mieć wszystko na pokładzie. Takie czasy.

Prezentowany dzisiaj DAC oprócz sparingu u mnie miał swoje pięć minut w klubie KAIM. Co ciekawe, oba spotkania w przeciwieństwie do wielu innych nie różniły się zbytnio od siebie. Owszem drobne korekty w moim secie zanotowałem, ale było to raczej potwierdzenie pewnych pozytywnych cech, które na wyjeździe co prawda były słyszalne, a u mnie pozytywnie się pogłębiały. O co chodzi? Sprawa rozbijała się o wykorzystanie możliwości Unsamplingu doprowadzanego sygnału audio. Jednym to pasowało, skutkując delikatnym otwarciem się dźwięku, a innym trochę przeszkadzało, gdyż przy okazji dostawaliśmy utratę koloru i delikatne zmatowienie przekazu muzycznego. Gdy opcję przetaktowania sygnału pozostawialiśmy w spokoju, dla zdecydowanej większości dźwięk w pozytywnym odczuciu był trochę ciemniejszy, ale za to gęstszy i gładszy. To oczywiście sprawiało wrażenie większej muzykalności, którą klubowicze włącznie ze mną uwielbiają. Oczywiście poziomy akceptacji koloru  dźwięku są różne dla każdego z osobników, ale patrząc na ten temat ogólnie wolimy barwniej niż bezdusznie. Niemniej jednak, bez względu na utworzone dwa obozy odbiorców, to co prezentował BDA-3 było bardzo dojrzałym jakościowo dźwiękiem, a owo marudzenie na poszczególne wersje obróbki cyfrowej było pochodną pewnych preferencji, a nie problemów jako takich testowanego „daczka”. Wróćmy jednak na moje podwórko i przyjrzyjmy się kilku propozycjom płytowym, które pomogą mi pokazać, co tak naprawdę proponuje nam ubrany w cywilne ubranie testowany profesjonalny przetwornik D/A. Zanim jednak rozpocznę serię przykładów, muszę zaznaczyć, że z przecież bardzo szerokiego wachlarza przyjmowanych przez BDA sygnałów, ja mając jedynie napęd CD mogłem wykorzystać tylko jedną jego ofertę, czyli wejście SPDIF. Czy jest już przestarzałe, czy nie, nie nam zamiaru rozstrzygać, ale na usprawiedliwienie dodam, iż producent mojego dzielonego kompaktu dając możliwość podłączenia do DAC-a kilku rodzajów sygnału (AES/EBU, OPT, BNC) z samego napędu wyprowadził jedynie SPDIF i konia z rzędem temu, kto przekona go, że się myli. Ale zostawmy ten temat. Wracając do przykładów rozpoczniemy od ominięcia możliwości Upsamplingu, co zadawało się być idealnym  partnerem do wszelakiej muzyki akustycznej. Bez względu na nurt muzyczny – barok, jazz, czy free-jazz, wszystkie płyty wypadały bardzo dobrze. Powód? Chodzi o wspomnianą nutkę kolorowania świata i nie miało znaczenia, że w stosunku do dodatkowego taktowania sygnału muzyka delikatnie zwalniała, gdyż to naprawdę odbywało się w sferze niuansów, a nie drastycznych cięć. Złośliwiec natychmiast zapyta: „A co w takim razie w owym zbiorze robi free-jazz?” Przecież to bazująca na szybkości odmiana jazzu i rzucanie jej pod nogi kłód w postaci spowalniania dźwięku spowoduje utratę tak ważnego dla niej timingu. A ja na to: „Przecież wspominałem, że owo wygaszenie tempa jest minimalne, co w pełni rekompensuje nam namacalność kreujących te muzykę instrumentów”. Niestety zawsze jest coś za coś i tutaj mamy podobny przypadek. Oczywiście, że da się to uniknąć, ale niestety trzeba wyłożyć na to zdecydowanie więcej pieniędzy, a i do wyłapania tego typu zależności trzeba być bardzo osłuchanym lub mieć bezpośrednie porównanie z lepiej radzącym sobie w tym aspekcie urządzeniem. Ja mam, dlatego mogę wspomnieć o tym, co nawet w najmniejszym stopniu nie upoważnia Was do skreślania Brystona z listy, gdyż z dużą dozą pewności wspinając się ku górze w jakości dźwięku nie zwrócicie na to uwagi. Inaczej sprawa miała się z upsamplingiem. W tym przypadku promowana była muzyka rockowa i elektroniczna we wszelkich odmianach. Tak, pamiętam, wspominałem o muśnięciu szarością, ale te gatunki ostrej muzy nie są aż tak czułe na podobne aspekty, a i sama matowość podobnie do wcześniejszego spowolnienia jest bardzo symboliczna. Ot, pewien przypisany dodatkowej cyfrowej obróbce sygnału sznyt grania. Nic więcej. Za to w zamian otrzymujemy niezbędny do pokazania rockowego pazura atak i unikającą zlewania się poszczególnych fraz selektywność elektronicznego dźwięku. To jest cecha nadrzędna tej szyny przetwarzania sygnału testowanej konstrukcji. Która jest bliższa waszym potrzebom, musicie rozstrzygnąć sami. Oczywiście nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, iż wszystkie moje obserwacje w Waszej układance przybiorą diametralnie inny obrót, lub stwierdzicie, że zmiany są zbyt małe, by zawracać sobie nimi głowę. Wtedy nie pozostaje Wam nic innego, jak cieszyć się z co prawda symbolicznie wnoszonych, ale jednak kilku opcji odtwarzania muzyki.

Kolejny produkt z rynku „pro” adoptowany na potrzeby konsumenckie i kolejne ciekawe doświadczenia. Trochę szkoda, że nie miałem sposobności sprawdzić innych niż SPDIF wejść cyfrowych. To oczywiście przetestował Marcin, jednak wszystko co udało mi się wydobyć z testowanego DAC-a BDA-3 jest ciekawym pomysłem na docelowy dźwięk wielu systemów. Proponuje dwie opcje taktowania sygnału, a każda z nich mimo teoretycznie drobnych zmian brzmienia może być ratunkiem dla innych kompilacji sprzętowych, a jeśli ktoś słucha szerokiego przekroju muzyki, również dla pełnoprawnej obecności kilku jej odległych od siebie gatunków. To chyba niezaprzeczalna zaleta. Inną i równie ważną może być jego wielofunkcyjność. Mówię o całej gamie protokołów cyfrowych od przyporządkowanego z reguły kinu domowemu HDMI, po komputerowy WLAN. Bez względu na to, jak głęboko przekona Was oferta dźwiękowa, sądzę, że sporą moc decyzyjną będzie mieć również owa wspomniana mnogość różnorodnych przyłączy cyfrowych. Patrząc na Brystona czysto teoretycznie, gdybym był maniakiem grania z plików i otrzymał możliwość dostarczenia ich kilkoma różniącymi się programowo szynami danych, z pewnością miałbym spory orzech do zgryzienia. A Wy?

Jacek Pazio

Cena: 4095 CAD netto
Dystrybucja: MJ AUDIO LAB

Dane techniczne:
– Podwójny 32-bitowy DAC AKM
– Dyskretny analogowy stopień wyjściowy w klasie A
– Niezależne ścieżki sygnałowe analogowe i cyfrowe
– Niezależne zasilanie
– Ogromne wsparcie PSM i DSD w różnych rozdzielczościach
– Próbkowanie 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4, 192, 352.8, 384kHz
– Wideo HDMI pass-through z wyjściem audio (wideo 4k pass-through)
Opcje:
• Dostępny z panelem przednim w kolorze srebrnym lub czarnym
• Płyta czołowa 17″ lub 19″
• Dostępna opcja zamontowania w szafce typu rack (2U)
• Opcjonalny pilot zdalnego sterowania BR2
Wymiary:
• wysokość 92.20mm x głębokość 282.45mm x szerokość 431.8mm (431,8 mm płyta czołowa 17″)
• wysokość 92.20mm x głębokość 282.45mm x szerokość 482.6mm (482.6 mm płyta czołowa 19″)
• waga 6,8 kg

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

GigaWatt PF-1e

Wychodząc naprzeciw rynkowemu zapotrzebowaniu firma GigaWatt prezentuje swoją najnowszą i jednocześnie najtańszą listwę zasilającą. Zachowanie podobnej architektury filtra głównego pozwoliło zapewnić pełne bezpieczeństwo podłączonym urządzeniom, natomiast oszczędności w zakresie podzespołów w znaczący sposób obniżyły jej cenę. Nie mniej jednak PF-1e jest nadal doskonałym urządzeniem, które sprawdzi się w każdym – nawet bardzo zaawansowanym systemie audio-video. O urządzeniu takim jak PF-1e marzyło zapewne bardzo wiele osób: są wśród nich zarówno ci, dla których kondycjonery serii PC były zbyt poważną propozycją jak i ci, dla których były one po prostu zbyt drogie.

GigaWatt projektując PF-1e zrezygnował z najdroższych podzespołów. Nie oznacza to, że obniżono poziom gwarantowanego bezpieczeństwa. Zdając sobie sprawę z tego, że nie każdy potrzebuje mieć tak potężne urządzenie jak listwa PF-1 czy kondycjoner serii PC, postanowiono przygotować coś mniej skomplikowanego, z niższą ceną i przez to bardziej przystępnego. Audiofile doskonale pamiętają bardzo udaną konstrukcję, jaką jest listwa zasilająca GigaWatt PF-1 MK2. Została ona wprowadzona na rynek kilka lat temu, a jej zadaniem było dystrybuowanie zasilania i ochrona systemów audio i video, które nie wymagały profesjonalnego kondycjonera. Listwa ta, podobnie jak inne urządzenia firmy, była wielokrotnie opisywana i nagradzana w prasie branżowej na całym świecie. Doceniono jej skuteczność oraz solidność wykonania. Przez długi czas była ona podstawową i najtańszą listwą w ofercie firmy GigaWatt i właśnie doczekała się uproszczonej wersji. Model PF-1e będzie obecnie otwierał powiększającą się rodzinę akcesoriów GigaWatt.

Gwarancją najwyższej jakości i bezpieczeństwa pozostają nadal komponenty i rozwiązania konstrukcyjne, które spotkać można w zaawansowanych kondycjonerach sieciowych serii PC. PF-1e różni się od modelu PF-1 MK2 kilkoma, istotnymi szczegółami. Zadbano jednak o to, aby jej właściwości były zbliżone do wcześniejszej, bardziej zaawansowanej wersji.

Architektura głównego filtra przeciwzakłóceniowego oraz elementów przepięciowych pozostała niezmieniona. W wersji PF-1e nie znajdziemy diody sygnalizacyjnej, ale wewnętrzny system dystrybucji prądu – podobnie jak we wszystkich listwach i kondycjonerach GigaWatt – oparto na firmowych przewodach. Okablowanie wewnętrzne wykonano przewodnikami z miedzi elektrolitycznej o przekroju 2.5 QMM. Zastosowano także sześć, wysokiej jakości gniazd typu Schuko oraz metalową obudowę, która ma za zadanie chronić obwody zasilające przed zakłóceniami RFI i EMI. System zabezpieczeń nie korzysta z elementów ograniczających swobodny przepływ prądu, nie znajdziemy tu również tradycyjnych bezpieczników topikowych czy termicznych. Pamiętając jednak o osobach, dla których ważnym aspektem jest stosunek jakości do ceny GigaWatt zadbał w równym stopniu o każdy z tych dwóch aspektów.

Warto podkreślić, że oszczędności, na które zdecydował się GigaWatt nie dotyczą niczego, co w jakimkolwiek stopniu ograniczałoby bezpieczeństwo podłączonego sprzętu. Zaufanie, jakim darzone są produkty GigaWatt to wartość, za którą firma ceniona jest zarówno w Polsce jak i za granicą. Bez wątpienia jest to listwa, którą cechuje jakość i skuteczność nieosiągalna dla znacznie droższych konstrukcji konkurencji.

Dla listwy PF-1e przygotowano nowe opakowanie oraz bardzo atrakcyjną cenę. GigaWatt pragnie w ten sposób dotrzeć do nowej grupy odbiorców oraz – zdając sobie sprawę jak ważnym aspektem jest wysokiej jakości zasilanie – zachęcić wszystkich kochających muzykę do tego, aby nie rezygnowali z dbałości o instalację doprowadzającą prąd do domowych systemów audio i video. Listwa PF-1e dostępna będzie w dwóch wersjach: bez kabla, oraz z kablem. Jako przewód zasilający przygotowano kabel LC-1 MK3. Ceny odpowiednio to równowartość 250 EUR oraz 390 EUR.

Dane techniczne:

·  Gniazda wyjściowe: EU (Schuko), US (Nema 5-20R), AU (AS/NZS 3112)

·  Napięcie zasilania: 220-240 VAC 50/60 Hz lub 110-120 VAC 50/60 Hz

·  Maksymalne obciążenie: 3 500 W

·  Prąd maksymalny (ciągły): 16 A

·  Pochłaniany udar prądowy: 13 000 A

·  Wymiary: 420 x 75 x 57 mm

·  Waga brutto: 3,10 kg