Opinia 1
Choć zwykło się uważać, że to właśnie dzielone amplifikacje są solą audiofilskiej ziemi, to nie ma większego sensu iść na udry i próbować uszczęśliwiać wszystkich na siłę nieraz przekraczającymi zdolności lokalowe rozbudowanymi, wieloelementowymi konstrukcjami. Z resztą czasy, gdy integracja kojarzyła się z kompromisem, już dawno odeszły do lamusa, co nader dobitnie udowodnił duński Gryphon wprowadzając na rynek Diablo 300. Warto jednak mieć na uwadze, że konkurencja na pułapie 50 kPLN + wcale nie śpi i też stara się jak może odpowiednio skutecznie zaspokoić zapotrzebowanie rynku. Jest w końcu ASR Emitter II Exclusive, Mark Levinson Nº585, Jeff Rowland Daemon, czy nawet nasz rodzimy Marton Opusculum (recenzja wkrótce). Oczywiście nad pierwszą i ostatnią pozycją z powyższej wyliczanki ciąży piętno zewnętrznego zasilania, ale skoro nomenklaturowo i przede wszystkim pod względem technicznym kwalifikują się do grona wzmacniaczy zintegrowanych, to nie widzę powodu, żeby o nich w tym momencie nie wspomnieć. Co ciekawe w dość hermetyczne dla zwykłego śmiertelnika rejony zapuszczają się też marki z reguły kojarzone ze wszech miar zacnymi i charakteryzującymi się wysoką jakością brzmienia, aczkolwiek zazwyczaj zdecydowanie rozsądniej wycenionymi produktami. Przykład? Proszę uprzejmie – niech będzie pierwszy z brzegu … Musical Fidelity. Zaskoczeni? Najwidoczniej Antony Michaelson po dość krótkiej przygodzie z bezkompromisową końcówką Titan postanowił dopasować swoje ambitne założenia do europejskich realiów mieszkaniowych i zaproponować „małą kondensację”.
Zanim jednak dane nam było zasmakować wyspiarskiego deseru zdążyliśmy już sobie zaostrzyć apetyt i może nie tyle wyrobić, co odświeżyć sobie zdanie o swoistej szkole brzmienia podczas odsłuchów dość przystępnych, przynajmniej na soundrebelsowe realia, wzmacniaczy M5si i M6-500i. Wygląda zatem na to, że ekipa Rafko – polskiego dystrybutora marki, uznała nasz dotychczasowy wkład w popularyzację marki za satysfakcjonujący, gdyż w momencie, gdy tylko rozpuściliśmy wici o tym, że powoli przymierzamy się do maratonu z super integrami czym prędzej dostarczyła do nas hybrydowy model Musical Fidelity Nu-Vista 800. Nie przeciągając zatem niepotrzebnie wstępu zapraszamy na spotkanie z brytyjskim flagowcem.
Nu-Vista 800 to niezaprzeczalnie potężny wzmacniacz o wręcz muskularnej sylwetce. Na iście przeciwpancernym, wykonanym z dwuipółcentymetrowego płata szczotkowanego aluminium froncie osadzono po obu stronach turkusowego, znaczy się zielonego, wyświetlacza, dwie adekwatne gabarytom urządzenia satynowe gałki, z których lewej powierzono selekcję wejść a prawej kontrolę nad wzmocnieniem. W ramach ciekawostki warto dodać, że włącznikiem jest zlokalizowany pod lewym „knobem” niewielki przycisk z dedykowanymi mikroskopijnymi diodami – niebieską informującą o aktywności wzmacniacza i bursztynową uaktywniającą się w trybie stand-by. Bliźniaczy guziczek znajdziemy również pod prawym pokrętłem, lecz tym razem z jego pomocą zarządzać możemy efektami świetlnymi oferowanymi przez flagową brytyjska integrę, co pozwolę sobie rozwinąć dosłownie za chwilkę.
Solidną i niewiele ustępującą frotowi płytę górna przyozdobiono dwoma podłużnymi, biegnącymi tuż przy rzędach śrub mocujących i dwoma poprzecznymi otworami, z których dwa boczne poprawiają cyrkulacje powietrza znad stopni wyjściowych, tylni daje wgląd na otoczone uroczymi aureolkami nu-vistory a przedni, goszcząc logo marki, pełni rolę czysto dekoracyjną. Nad ścianami bocznymi nie ma sensu zbytnio się rozwodzić, więc nadmienię tylko, iż przyjęły one postać masywnych radiatorów.
Zdecydowanie bogaciej prezentuje się połyskująca miedzianozłotą poświatą ściana tylna wyposażona w parę wejść XLR, cztery pary RCA (jedną parę można przełączyć w tzw. tryb przelotki do integracji z systemami A/V) i dwie pary wyjść – liniowe i bezpośrednie z przedwzmacniacza. Terminale głośnikowe są podwójne i przede wszystkim, co warto podkreślić, pozbawione jakichkolwiek utrudnień komplikujących aplikację widełek. Jak widać, pomimo dość oczywistego nacisku rynku na obecność coraz bardziej zaawansowanych interfejsów cyfrowych a ostatnimi czasy również sieciowo-streamingowych nic takiego w Musicalu nie uświadczymy. Jednak w ramach rekompensaty producent, oprócz nad wyraz solidnego pilota postanowił dopieścić nabywców swojego zintegrowanego flagowca kompletem dedykowanych stożków, których można użyć zamiast standardowych, filcowych podkładek pod nóżki, które również znajdują się na stanie.
Wnętrze przedstawia się jeszcze ciekawiej. Pierwsze, co w sposób oczywisty przykuwa wzrok, to para potężnych toroidalnych transformatorów o mocy 1,5 kVA każdy, co jest niezaprzeczalnym dowodem na to, że przechwałki o wykorzystaniu sekcji zasilającej z legendarnej końcówki Titan wcale nie były czcze. W dodatku każdemu trafu przydzielono po cztery kondensatory 6800 µF/100V. Choć już same z siebie Nu-Vistory są niezwykle odporne na mikrofonowanie i inne czynniki zewnętrze, to nie zapomniano o takim drobiazgu, jak odpowiednie ekranowanie sekcji przedwzmacniacza, w której właśnie pracują parami na kanał unikalne metalowe JAN 7586. Stopień wyjściowy, również w układzie dual mono, oparto na pięciu tranzystorach Darlingtona (STD03P + STD03N) produkcji Sankena z baterią dziesięciu kondensatorów wygładzających 1000 µF/100V.
Rozruch tytułowej bestii trwa w przybliżeniu 12 sekund podczas których ukryte za płytą czołową diody LED świecą na czerwono, choć już uzyskany na zdjęciach efekt moja Małżowinka określiła jako odcień biskupiej purpury. Jednak do pełni swoich możliwości sonicznych 800-ka dochodzi znacznie dłużej, gdyż dopiero po około piętnastu minutach, o czym można się zorientować nie tylko nausznie, ale i po zielonym kolorze widocznych za zdobiącą płytę górną metalową siatką nu-vistorów. Żeby jednak była jasność – posiadające metalowe, zamiast szklanych baniek mini lampki nijakiego światła nie wydzielają, bo i skąd, więc otoczono je seksownymi aureolkami takową poświatę zapewniającymi. Skoro już jesteśmy przy samej iluminacji, to zdając sobie doskonale sprawę, że nie każdemu przypadnie ona do gustu i nie w każdej sytuacji jest pożądana producent udostępnił aż osiem kombinacji umożliwiających włączenie / wyłączenie, wszystkich diod, lub tylko poszczególnych sekcji, czyli wyświetlacza, podświetlenia lamp i przedniej ściany. Słowem do wyboru, do koloru.
Żeby jednak oddać Nu-Viście sprawiedliwość przed przystąpieniem do krytycznych odsłuchów warto dać jej po każdym uruchomieniu co najmniej trzy kwadranse a jeszcze lepiej godzinkę. W tym czasie jej brzmienie dość zauważalnie tężeje i się konkretyzuje. Jednak od początku. Doskonale zdaję sobie sprawę, że skojarzenia to przekleństwo a zbyt wybujałe wymagania potrafią zepsuć niejedną niespodziankę, ale wpinając w swój system ponad trzystuwatowy piec zasadnym wydaje się oczekiwanie pewnej spektakularności. Tymczasem Musical zaskakuje zwiewnym i wręcz eterycznym brzmieniem. W pierwszej chwili zacząłem się zastanawiać i gorączkowo wertować instrukcję w celu weryfikacji, czy przypadkiem potężna integra nie budzi się do życia w jakiś trybie eco wykorzystując jedynie śladowy procent swoich możliwości. Ot taki audiofilski odpowiednik odłączania przy spokojnej jeździe połowy cylindrów w pięciusetkonnej, blisko pięciolitrowej V8-ce napędzającej Bentleya Continentala GT. Nic z tych rzeczy. Po prostu trzeba uzbroić się w odrobinę cierpliwości i dopiero po wspomnianych trzech kwadransach zacząć formułować wnioski. W końcu mamy do czynienia może z dość nietypową, ale jednak hybrydą a jak wiadomo, czego jak czego, ale pośpiechu lampy nie znoszą.
O ile już nasze wcześniejsze przygody z aktualną ofertą wzmacniaczy Musicala dość wyraźnie wskazywały na odejście od wcześniejszej, nader charakterystycznej maniery grania dźwiękiem niezwykle gęstym, lecz nieco spowolnionym na rzecz świetnej dynamiki i drajwu to w Nu-Viście pojęcie firmowego brzmienia definiowane jest niejako na nowo. Wspomniana zwiewność okazuje się li tylko stanem właściwym dochodzącego do optymalnych parametrów pracy układu a eteryczność ewoluuje w kierunku rozdzielczości i selektywności opartych na iście high-endowej precyzji. Nie oznacza to jednak, że topowa integra MF gra chłodno, bądź sucho, lecz jedynie wskazuje na pojawienie się kolejnego elementu audiofilskiej układanki – szybkości a dokładnie natychmiastowości. Bez zbędnych podchodów dźwięki pojawiają się znikąd i równie błyskawicznie, bez ociągania się kończą. Oczywiście wszelakiej maści smaczki dotyczące płynności wygaszania, czy propagacji fal dźwiękowych w pomieszczeniach o spektakularnej nieraz akustyce są obecne, ale sam początek i koniec dzieją się szybciej niż kolizje cząsteczek w Wielkim Zderzaczu Hadronów. Jako przykład niech posłuży niezwykle klimatyczny, lecz równie trudny do prawidłowego odtworzenia album „21 Spices” Triloka Gurtu, Simona Phillipsa i NDR Big Band. Już otwierający „Piece of Five” pokazuje skalę trudności z jaką przyjdzie zmierzyć się elektronice. Przed gęstym i pełnym smaczków tle tworzonym przez ww. big-band rozgrywa się misterny spektakl pełen delikatnych i pioruńsko szybkich fraz wygrywanych na tabli, czy solowych popisów saksofonowych Lutza Buchnera. Jest w tym tyle energii i zarazem zabawy w skojarzenia, że trzeba nie raz i nie dwa przesłuchać całość, by nie tyle ją ogarnąć a dopiero zacząć poznawać. Ten niezwykle eklektyczny a momentami wręcz szalony tygiel jazz-rocka, Fusion, czy multi-kulti World Music powinien wciągać słuchacza w swój muzyczny świat i za sprawa Musicala czyni to bezapelacyjnie. Możliwość wnikania w głąb nagrania jest oczywista a jeśli dodamy do tego pulsujący, wszechobecny rytm to trudno będzie nam oderwać się głośników. A właśnie – tytułowa integra w sposób całkowicie niezauważalny przejmuje we władanie nawet trudne do wysterowania kolumny i trzymając je w stalowym uścisku nawet na moment nie pozwala im na niesubordynację. Co prawda w skali bezwzględnej jeszcze dalej w tej materii miał do powiedzenia Diablo 300, ale tu już zaczynamy wchodzić w niuanse i natywną estetykę grania obu wzmacniaczy. Gryphon traktował temat bezpardonowo, bezdyskusyjnie narzucał swoje panowanie a Musical do tematu podchodzi niemalże w jedwabnych rękawiczkach. Niby efekt w przybliżeniu jest ten sam, jednak sposób jego osiągnięcia znacząco się różni. Krótko mówiąc zaczynamy wkraczać na teren własnych preferencji a jak wiadomo o gustach dyskutować nie wypada.
Przy nieco bardziej oszczędnym instrumentarium – „Abyss” (Chihiro Yamanaka) teoretycznie nadmiarowa moc Nu-Visty wcale nie jest problematyczna. Integra nader zwinnie porusza się w poszarpanych, jazzowych rytmach świetnie obrazując zmiany temp i nastrojów. Całości brak nawet najmniejszych oznak nerwowości i prób sztucznego podkręcania tempa, bądź równie nienaturalnego nadmuchiwania gabarytów źródeł pozornych. Nie dość, ze zachowywany jest umiar, to mamy do czynienia z czymś w rodzaju pewnej „bondowskiej” elegancji. Atak, uderzenie, następują jedynie wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba, czyli gdy po prostu zostały zarejestrowane z taką a nie inną intensywnością a po chwili wszystko znów wraca do normy. Dzięki temu bez trudu jesteśmy w stanie wyławiać ze spektaklu takie niuanse jak moment uderzenia pałeczki w blachy, szarpnięcie struny, czy pracę palców na gryfie a jednocześnie nie tracić nic z pełni spektaklu.
Co ciekawe powyższej maniery wzmacniacz nie wyzbywa się na zdecydowanie mniej cywilizowanym materiale. Karmiony garażowym rockiem z „World On Fire” Slasha, czy wręcz obłąkańczą mieszanką funku i … punka z „13” Suicidal Tendencies bez trudu odnajduje się w tak dalekich od audiofilskiej estetyki klimatach. Szczególnie miłym zaskoczeniem taki stan rzeczy jest na „13”-ce, bo połączenie rytmiki Living Colour z agresywnością i ofensywnością Rage Against The Machine niejedną legendę High Endu potrafi przyprawić o zawał. Tymczasem, choć scena dźwiękowa ulega oczywistemu spłyceniu, to przyjemność odsłuchu wcale nie maleje. Ot po prostu inny klimat, inne cechy przewodnie i przy okazji zupełnie inny sposób odbioru. O ile przy jazzie, czy klasyce przechodzimy w tryb dość statycznej kontemplacji co najwyżej wtórując sekcji rytmicznej miarowo podrygując kończyną dolną o tyle przy rocku i jego bardziej brutalnych odmianach reakcja i interakcja dotyczy zdecydowanie większej ilości członków naszego ciała. Podrygiwanie ma charakter globalny i oprócz kończyn obejmuje swym zakresem również mniej lub bardziej, z reguły mniej, owłosiony czerep, co automatycznie wyklucza wykonywanie w tym czasie bardziej złożonych czynności. W ekstremalnych przypadkach, szczególnie gdy poziom głośności zbliża się do granicy bólu nawet przyjmowanie płynów lepiej ograniczyć do przerw między utworami. Jeśli ktoś się zastanawiał jak brzmi 330 W w angielskim wydaniu, to właśnie ma odpowiedź – urywa tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.
Musical Fidelity Nu-Vista 800 pomimo nieposiadania na pokładzie żadnych atrybutów ucyfrowienia i brakiem kompatybilności z wszechobecnymi plikami bezsprzecznie należy do elitarnego klubu super integr. Będąc od strony funkcjonalnej w pewnym sensie reliktem przyszłości idealnie wpisuje się w niszę dedykowaną osobom oczekującym od wzmacniacza jedynie tego, do czego u zarania swoich dziejów został stworzony – wzmacniania sygnału. I owe oczekiwania 800-ka spełnia z nawiązką. Oferując moc i wydajność prądową właściwe potężnym końcówkom niezwykle umiejętnie łączy je z lampową finezją i rozdzielczością. Cóż z tego, że zakute w metalowe płaszcze nu-vistory w celach czysto estetycznych wspomagane są iluminacją otaczających je aureol, skoro po prostu robą swoje. Jeśli zatem nie do końca macie ochotę na zabawę w segmentację własnego toru na wieloelementową konfigurację w pierwszej kolejności powinniście chociaż rzucić uchem na tytułowego Musicala. Wzmacniacz, który swym brzmieniem udowadnia, że nawet imponujące parametry techniczne nie są celem samym w sobie a jedynie sposobem, narzędziem umożliwiającym możliwie wierną reprodukcję naszej ulubionej, niezależnie jaka by ona nie była, muzyki.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Gryphon Diablo 300; Audionet DNA I
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 3 szt. Verictum Demiurg
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Gdy prześledzicie historię testowego bytu dzisiejszego bohatera na naszym portalu, okaże się, że bez względu na zajmowaną pozycję w cenniku każdy poprzednio recenzowany produkt miał coś ciekawego do zaoferowania. Naturalnie jakość zalet rosła wprost proporcjonalnie do ceny danego urządzenia, ale w każdym segmencie dochodzi się do pewnej ściany i tylko zmiana topologii układu umożliwia dalszą poprawę dźwięku. I z takim przysłowiowym murem będziemy mieli okazję dzisiaj podyskutować. Oczywiście owo stawiające tamę dla dalszego rozwoju słowo nie jest ograniczającym jakość dźwięku złem w czystej postaci, tylko synonimem zajmowanego szczytowego miejsca w portfolio opisywanej dzisiaj marki, którą jest angielski Musical Fidelity. A to oznacza tylko jedno – maksimum jakości w jednym w miarę zgrabnym gabarytowo urządzeniu. Doprecyzując dotychczasowe informacje i puentując wstępniak dodam, iż naszym celem będzie przyjrzenie się topowej konstrukcji wzmacniacza zintegrowanego NU-VISTA 800, o którego występy zadbał bielski dystrybutor RAFKO.
Niestety przecząc wstępniakowej tezie o zgrabności testowanego dzisiaj przedstawicielce sekcji wzmacniającej 800-ka jak na integrę jest duża i bestialsko ciężka (niewiele poniżej 50 kg). Chyba nie muszę mówić, jak przekłada się to na proces logistyczny. Niemniej jednak, mimo tych rozmiarowych naleciałości dopóki nie szarpniemy tego kloca do góry, świetnie prezentujący się projekt plastyczny wszystko umiejętnie maskuje. Owszem, nadal zdradza swoje gabaryty, ale wszelkiego rodzaju zabiegi stylistyczne czynią go bardzo strawnym, by nie powiedzieć przyjemnym wizualnie dla oka. Głównym winowajcą takiego pozytywnego postrzegania jest front urządzenia. Kilka łamiących się ku tyłowi w jego dolnej i górnej części płaszczyzn wespół z dużymi symetrycznie umieszczonymi na bokach srebrnymi gałkami i może niezbyt wielkim, ale za to bardzo czytelnym centralnie ulokowanym wyświetlaczem sprawiają, że wzrok dość łatwo akceptuje jego co najmniej ciekawą aparycję. Jeśli nie wierzycie, rzućcie okiem na fotki z przodu i z góry, a przekonacie się, że mimo umiejętnie wykorzystanej sztuki ukrywania gabarytów to jest naprawdę wielki piec, ale patrząc na wszelkie wizualne triki nie jest już tak groźny. By zamknąć temat przedniej ścianki trzeba dodać jeszcze, że podczas pracy urządzenia od jego spodu bije zgodna z barwą wyświetlacza zielona poświata, która idąc z pomocą zacieraniu śladów obszerności dodatkowo zwiększa poczucie lekkości opisywanej konstrukcji. Krocząc tropem ogólnej budowy na bokach górnej płaszczyzny wzmacniacza widzimy zabezpieczone siatką grawitacyjne otwory wentylacyjne, a w tylnej jej części okienko z zaimplementowanymi podświetlanymi różnymi kolorami – w zależności od wygrzania urządzenia – niewielkimi rozmiarowo lampami elektronowymi. Powiem tak, gdy na początku tej przygody testowej wszelkie wspomniane zabiegi iluminacyjne uważałem za zbędny blichtr, to po tych kilkunastu dniach użytkowania rzeczonej integry uważam je za bardzo ciekawe i pomagające w uzyskaniu lekkości wizualnej dodatki. Z racji, że osiemsetka podczas pracy mocno się nagrzewa, całe jej boki wykonano z solidnych rozmiarów radiatorów, które ze współpraca z wentylacja dachową w pełni spełniają wymogi chodzenia konstrukcji. Gdy doszliśmy do tylnego panelu przyłączeniowego, zdjęcia jasno pokazują, iż producent nie podąża drogą pakowania do urządzenia wszystkiego co jest możliwe, tylko przypisany takiej konstrukcji zestaw wejść i wyjść standardzie RCA, jedno wejście XLR, przelotkę PRE-OUT, podwojone terminale głośnikowe i gniazdo zasilające. Jak widać, żadnych zbędnych posunięć, które w przypadku ich marnej, bo mającej być pewnego rodzaju sztucznym uzupełnianiem funkcjonalności jakości mogłyby obrócić się przeciwko decyzji zakupowej potencjalnego klienta. I wiecie co? Ja również jestem tego samego zdania.
Patrząc z lotu ptaka na to, co dotychczas dane mi było usłyszeć podczas testów produktów Musicala testowana integra wydaje się być jego najdojrzalszym brzmieniowo urządzeniem. Owszem, ma sobie przypisany sznyt brzmieniowy – gładkość i masa, ale nie oszukujmy się, nie ma takiego urządzenia, któremu nie można by przypisać takich czy innych cech. A jak gra NU-VISTA? To homogeniczne, gęste, ale pozbawione nalotu zamulania granie. Co prawda wirtualna scena w stosunku do mojego Japończyka robi maleńki krok do przodu i lekko zaciera czytelność tylnych formacji, ale biorąc pod uwagę różnicę w cenie i samą topologię porównywanych konstrukcji nie jestem uprawniony do jakiegokolwiek narzekania. Dlatego traktujcie to jako tendencyjne pokazanie pewnych zdarzeń połączeniowych, które bez konfrontacji ze zdecydowanie lepszym setem może być całkowicie niezauważalnym. Co ważne, dźwięk w dających oddech muzyce pasmach jest bardzo dobrze wypełniony informacjami, co świadczy o umiejętnym dawkowaniu wspomnianej gładkości, czyli dostajemy rozdzielczy środek i kreującą ciekawy blask muzyki górę. Bas natomiast, krocząc drogą podbudowy wspomnianych wyżej notowanych od siebie rejestrów, na szczęście przy swojej słusznej wadze z jej kontrolą radzi sobie równie dobrze. A to skłania mnie do ponownego powtórzenia, że NU-VISTA 800 to bardzo dobrze zestrojona brzmieniowo konstrukcja. Aby choćby zdawkowo pokazać, jak radzi sobie w warunkach polowych zacznę od pierwszej z brzegu elektroniki spod znaku DEPECHE MODE „EXCITER”. Nie muszę chyba wspominać, iż tak podany materiał spełniał moje zapotrzebowanie na pierwiastek emocji w muzyce. Owszem, złośliwi krytycy lub wielbiciele celowej utraty słuchu woleliby nieco szczuplej na środku i ostrej w górze pasma, ale to co zaprezentowała angielsko-japońska układanka, bez naciągania faktów było bardzo dobrym wynikiem. Kolejnym przykładem zaprezentowania się MF z dobrej strony może być krążek Mojave 3 zatytułowany „Excuses For Travellers”. To balladowe, gitarowo-wokalne przedsięwzięcie muzyczne po raz kolejny udowodniło, że ciekawie ustawiony balans podgrzania atmosfery na scenie potrafi zdziałać cuda. Znam tę płytę od podszewki i gdy na jakimś zestawie wypadnie średnio, przez kolejnych kilka tygodni mam jej po prostu dość. I wiecie co? Przywołane zalety testowanej konstrukcji już od pierwszej nuty mówiły mi, że to było dobry ruch. Co prawda cały projekt obsługuje większy zespół, ale prym tej kompilacji wiedzie wokal i gitara, chyba domyślacie się, co stało się za sprawą ingerencji integry z Anglii. No OK., sam powiem, Płyta zaliczyła dwa stany, czyli start i samoczynny powrót soczewki do stanu spoczynku. I gdy tak sobie rozprawiamy o samych zaletach testowanego pieca, aby przybliżyć o nim pełnię prawdy, do napędu CD powędrowała muzyka dawna nagrywana na setkę w kubaturze kościelnej. To najczęściej jest „Palec Boży” dla testowanych urządzeń i może nie w drastycznym wydaniu, ale i tym razem wyraźnie pokazał, gdzie i co za cenę zwiększenia homogeniczności tracimy. W roli kata wystąpił Kapsberger ze swoim krążkiem „Labirinto d’Amore”. Ale nie rwijcie zawczasu włosów z głowy, gdyż to co z tej konfrontacji wynikło, było idealnym pokazaniem naturalnych zależności pomiędzy nadmiernym dobrem, a tym co przy okazji nam umyka. Gdy zatopiłem się w tę piękną merytorycznie i realizacyjnie muzykę, prawie natychmiast słychać było delikatną utratę naturalnego, ale fenomenalnie zebranego na stół mikserski echa budowli. To oczywiście przekładało się na zmniejszenie uczucia brania osobistego udziału w tej sesji nagraniowej, ale uspokajając dodam, że całość prezentacji z wyłączeniem tych drobnych potknięć mimo wszystko była bardzo ciekawą projekcją. Przecież ta muzyka kocha podgrzanie dźwięku, a to z przyjemnością w pełnej dawce dawał im nasz bohater dnia. To zaś powodowało, że przepiękny materiał wokalny wypadał bardzo przekonująco, o samych instrumentach z epoki już nie wspominając. I tylko zderzenie z mocnym w tym temacie zawodnikiem pokazało, że słychać było co prawda delikatne, ale jednak pewne ograniczenia. Jak widać na tych kilku przykładach, testowany produkt bez większych problemów radził sobie z większością muzyki. Co prawda swoimi walorami sonicznymi sytuuje się raczej po ciepłej i gęstej stronie grania, ale po tym sporym czasowo doświadczeniu jestem przekonany, że tylko ortodoksyjni orędownicy szybkości ponad wszystko będą mogli kręcić nosem. Wszyscy inni, nawet stawiający na bliskość neutralności będą raczej zadowoleni z takich wpisanych w sznyt grania artefaktów. Dlatego biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw opisywanej konstrukcji jestem w stanie powiedzieć, że Anglicy bardzo dobrze wykonali postawione przed sobą zadanie.
Może osiemsetka MF nie jest ostoją ponadprzeciętnej przeźroczystości i niczym duński Gryphon nie jest demonem szybkości, ale jedno na pewno można o niej powiedzieć – fantastycznie gra różnorodną muzykę, która dla znacznej populacji melomanów będzie muzyką przez duże „M”. Jak można wywnioskować z tego spotkania, wszystko o czym wspomniałem, zdaje się świadczyć, iż NU-VISTA jest gotowa do sprostania naprawdę wielu oczekiwaniom. Czy wpisze się we wszystkie zestawienia, w jakich będzie miała okazję wystąpić, zależy od wielu czynników. Jednak musicie dać jej szansę, inaczej cała para – czytaj mój co prawda bardzo przyjemny, ale jednak wysiłek – pójdzie w gwizdek. Ja swoje zrobiłem, teraz piłeczka jest po Waszej stronie.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Rafko
Cena: 53 995 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa (RMS): 2 x 330 W / 8 Ω
Stosunek sygnał/szum: > 107 dB
Zniekształcenia THD: < 0.005%
Pasmo przenoszenia: 10 – 30 000 Hz
Wyjścia: para RCA (liniowe0, para RCA (Pre-out)
Wejścia: 4 pary RCA, para XLR
Zużycie energii: maks. 900 W
Wymiary (S x G x W): na standardowych nóżkach 18,7cm (na podwyższonych 21.2) x 48,3 x 51 cm
Waga: 39 kg
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
I assume that each one of us experienced a so called “Yeti effect” at least once, or much more often, something that happens amongst (older) men – “This fish was sooo big”. Do you know what I mean? I mean that somebody has seen, heard, experienced, etc, something, and is absolutely certain this did happen, while everybody else from that persons’ environment is acting skeptical. The situation becomes strange, and we reach a moment, when this person reaches a status close to the one obtained by people claiming they were taken by an UFO, and the little green men performed many different and painful experiments on them. In audio, and especially in High End, such cases happen quite often, but those are usually about reaching the state of audiophile nirvana, that was caused by listening to a certain gear, loudspeaker, cable or other accessory. But if this state of mind becomes contagious, when more than one person is starting to talk about the same thing, then it is worth to have a closer look at the thing that caused it, and have a listen for yourself.
It was similar, but maybe not with the tested set of cables, as they were just recently introduced to the market, but in general with the cables of the manufacturer that supplied them for testing. Every time, when during a visit somewhere, or during a show, where different systems were showcased, and the representative of the company Tellurium Q appeared, as this is the company in question, we heard, that the cables he has now are just spectacular, although they cannot show their full potential, as they just arrived from UK, or did not have time to be burned-in correctly. Unfortunately each time the effect of connecting those British wires to the system was … not very convincing. Although there was no tragedy, but there were always cables from some competitor, that suited our expectations better. If we would rely only on what I wrote above, then the case would be clear – this is the distributor, and he is happy with the products he is selling. But we started to receive reports, that the Tellurium really do sound well, what was in a sense confirmed with the amount of awards and distinctions they received. So we decided to confront their growing fame and test them in our own systems. It turn out, that everything that comes to Poland from the company with the purple logo is sold immediately, like everything during the cold war era. So we patiently waited and finally we got our hands on the top interconnects RCA and XLR as well as the loudspeaker cables, described in the company hierarchy as Silver Diamond.
With some of the cables I know, the case is, that it best to review them listening not to a single pair (or cable) but to complete sets, allowing for the whole system to be cabled. This gains momentum, when the cables have some proprietary solutions implemented, working to minimize, or even annihilate, all kinds of anomalies from the usable signal. That was also the case this time, as according to the manufacturer the Tellurium Q cables were designed and manufactured in such a way, that they should minimize phase distortion. Yet looking at them it would be hard to find anything out of the ordinary. There are no boxes, muffs or any magic rings. Seeming those are just “simple wires”. But appearances are deceptive, as Geoff Merrigan makes certain modifications already on the level of the material the conductors are made of (in this case silver plated copper, there are also silver plated plugs), geometry of the strands, choice of dielectrics, vibration dampening and some things probably only he himself knows. But enough of that. The Tellurium arrive in classic, not overly extravagant carton boxes. So on this level there will be no luxury and extra care. But after removing them from the box it turns out, that the Silver Diamond looks very nice, with a kind of timeless elegance. The blackness of the sheath contrasts with the snowy white thermal bands with the company print, what together with the solid plugs makes a very positive impression. In addition both types of interconnects are quite flexible, what makes them easy to plug in and out and position behind the electronics. A real fairytale. However it ends with the unpacking of the loudspeaker cables. Those modest and nicely looking ribbons ending with aluminum splitters turn out equally easy to handle as a ship line from a three mast sailboat, or a fire hose filled with solid core wires. With some extra strength they are possible to handle, but it would be recommended to not to move them too much after connecting.
Having in mind my previous, not so positive, experience and not knowing, how long the supplied set was used I decided to burn the cables in – so I plugged in the two XLR, one RCA interconnect and the loudspeaker cables into my system and allowed them to align for a week. Only then I started listening with heightened attention and critically. If those cables are such “giant killers” then let them show, what they can do. And the only thing that comes to my mind now is the old truth – “be careful what you ask for, as you may get it”. Yes, yes. Despite the quite mellow, almost lazy “Just a Little Lovin’” Shelby Linne, the sound had such an energy, as if the system would be building it up somewhere. But it was no artificial pumping, no nervous looking out for the moment you can strike, but rather everything revolved around the directness of the sound and the strength of emission. The compression, that went unnoticed to date disappeared and the extremes of the sound spectrum expanded by a step or two. A certain transformation happened, as calling this is a re-scaling would not be adequate, to the volume of the sound. And again – I am not about any artificial pumping, bringing closer the virtual sources paired with blowing up the size of the virtual stage. Such actions are often taken by sound engineers creating samplers, and also some manufacturers of audio gear, as they think bigger means better. But here we deal with a kind of making the sizes of the instruments and musicians real, they now had adequate sizes. In case of the solo performance of the Shelby Lynne the effect is visible, but not as spectacular as with the choir “Live and Joyful in Charleston” The Angels. Only with such and similar recordings we could hear, what the Tellurium can do with the sound, or rather what they do not do to the sound – but what harm does its competition. The noise of the background becomes what it should be, the sounds that accompany the movements of real people, and not digital or analog noise, where all the details and nuances are hidden. You do not believe me? Then please listen carefully to any recording with applause. It does not matter if this will be the applause of a big audience or the artists themselves, in most cases it sounds artificial – one dimensional, flat and rustling. Having the Silver Diamond returns authenticity, three-dimensionality and immediacy. The difference is more or less the same as listening to a recording of a piano and the same piano live. Sounds intriguing, doesn’t it?
On the completely different, very processed and rough as a rasp “The Pale Emperor” Marylin Manson, bass hit with the strength of a pneumatic hammer, and the parties of the guitars, recorded in a garage way, only increased the depressive climate of this album. But on this sonically seemingly not very interesting material, especially for the die-hard audiophiles, attention was drawn by an above average timing and coherence. The power of the low frequencies was under full control. It gained not only the drive characteristic for this kind of music, but also communicativeness and homogeneity of the sound. Because control was not limited only to the bass, but encompassed the whole audible sound spectrum, keeping in hand also the midrange and treble. If someone thinks, that control in the upper frequencies is not needed, then … he or she is on a highway to offensiveness and clatter. Only sounds well controlled can not only fully reverberate, but they exist in the musical spectacle in the place and time adequate for them. Exactly at a given spot and in a given time, and not somewhere around it, a tad too early or too late. The lack of phase distortion removes nervousness, quivering and a kind of lack of focus, that is often regarded as analog rounding or tubey charm. So we can assume, knowing that this is a big generalization, the Silver Diamond are representatives of the analytical camp, but having a big romance with the musicality we like so much. Through not coloring anything and not filtering away any seemingly negligibly micro-details we finally get the full picture, the whole sound, and not its interpretation.
Further experiments with unplugging and plugging single pairs of cables confirmed my observations, with one difference, that the intensity – palpability of the changes introduced was not so unambiguous. But if I would need to pick my favorite, then it would be the XLR interconnect, which enchanted me with its freedom, dynamics and almost crystalline clarity. The loudspeaker wires were also very interesting, but the quite problematic ergonomics, at least in my setting, where I am changing dozens of configurations and plug and unplug cables many times over, influences my opinion about their sonic value.
The Tellurium Q Silver Diamond are seemingly very common wires, at least looking from the outside. Very solidly made, elegant and far away from blatancy and designer pride. But something else testifies about its true value, coming from, amongst others, their technological advancement – the sound. A sound, that looking at the price level they occupy, escapes any rules and attempts at their categorization. Writing about them, that they are a class on their own, would mean writing nothing. Fortunately instead of talking or writing it is enough to plug them into our system and decide for ourselves. I have already done that, and I know one thing – it was worth the wait.
Marcin Olszewski
Distributor: HiFi Elements
Prices:
IC RCA: 11 450 PLN (1 m), additional 0,5m stereo + 1 300 PLN
IC XLR: 13 250 PLN (1 m) , additional 0,5m stereo + 1 300 PLN
Speaker: 18 600 PLN (2 x 2 m), 23 250 PLN (2 x 2,5 m), 27 900 PLN (2 x 3 m)
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Turntable: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Phonotage: Abyssound ASV-1000
– DAC/Headphone amplifier: ADL Stratos
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Audionet DNA I; Musical Fidelity NuVista 800
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Na początku września do sprzedaży mają wejść nowe kolumny podstawkowe Xaviana o nazwie Premio. Należą one do serii Natura.
Premio ma według opisu producenta zapewnić jakość zbliżoną do modelu Orfero w bardziej przystępnej cenie. Oprócz tego łatwiejsza ma być instalacja i łatwiejsza współpraca ze wzmacniaczem. W tym celu zastosowano podwójny tunel BR (twin reflex) na przedniej ściance i kolumny mają też wyższą efektywność.
Premio wykorzystuje przetworniki AudioBarletta, czyli własnej marki Xaviana. Niskośredniotonowy głośnik o rozmiarze 175 mm ma specjalnie impregnowaną papierową membranę, miękką kopułkę przeciwpyłową i odlewany kosz. Układ magnetyczny ma wysoki miedziany pierścień, a cewka ma średnicę 50mm. Producent podkreśla duży zakres wychyleń membrany. Głośnik wysokotonowy o rozmiarze 29mm ma cewkę nawiniętą płaskim drutem aluminiowym i miękką impregnowaną kopułkę. W układzie magnetycznym znajduje się miedziany pierścień. Zastosowano labiryntową komorę za kopułką.
Topologia zwrotnicy jest w firmowej nomenklaturze określona terminem Fase Zero. Zastosowano podzespoły pasywne firmy Mundorf. Obudowę wykonano z litego orzecha o grubości 23 mm, a oprócz tego na ściankach jest duża ilość bitumicznego materiału tłumiącego. Do połączenia służy pojedyncza para terminali Xavian.
Dane techniczne Xavian Premio:
Efektywność …. 87 dB/2,83V
Impedancja nominalna …. 8Ω
Pasmo przenoszenia …. 36Hz – 30kHz (-3dB na osi)
Zalecana moc wzmacniacza …. 50-300W
Częstotliwość podziału …. 2.490 Hz
Wymiary WSG …. 386 * 230 * 276 mm
Masa …. 13 kg
https://www.xavian.cz/produkt/premio/
Polska cena została ustalona na 17.490 złotych za parę.
Polska premiera odbędzie się w dniach 24/25 września w ramach dwudniowych spotkań z cyklu AUDIOFIL, odbywających się już od kilku lat we Wrocławiu. Ich organizatorem jest Piotr Guzek Impresariat. Tym razem do spotkania dojdzie w Sali Konferencyjnej (I p) Hotelu Qubus przy ul. św. Marii Magdaleny 2.
Można będzie także posłuchać i zobaczyć wszystkie inne modele z nowej serii Epica i Natura a także porozmawiać z twórcą marki Xavian Panem Roberto Barletta, który będzie gościem specjalnym tego spotkania.
Opinia 1
Mało która marka zaliczana do ścisłego panteonu high-endowej stratosfery wzbudza tak gwałtowną polaryzację opinii jak duński Gryphon. Gdy najżarliwsi akolici gotowi są za przyozdobione purpurową podobizną Gryfa – krzyżówki lwa i orła, mroczne zabawki niemalże oddać nerkę na przeciwległym biegunie znajdują się oponenci niezdolni, bez bolesnego grymasu na ustach, wysiedzieć przy dźwiękach generowanych przez urządzenia ww. producenta nawet pięciu minut. Ot typowy przykład zjawiska, gdzie stan obojętności przegrywa ze zdecydowanie bardziej żywiołowymi uczuciami jak miłość i nienawiść. Niemniej jednak osobiście, przynajmniej do niedawna, pozostając dość umiarkowanym fanem dokonań Flemminga E. Rasmussena na polu wzmacniaczy zintegrowanych cały czas śledziłem jego poczynania. Bardzo możliwe, że moja zachowawczość wynikała z dość niekonwencjonalnego rozpoczęcia przygody z marką, gdyż jeszcze w ubiegłym milenium miałem niewątpliwą przyjemność kilkukrotnie słuchać legendarnej wtenczas A-klasowej końcówki Antileon i od tamtych, zamierzchłych czasów każdorazowy kontakt z Atillą, bądź Diablo budził we mnie ewidentnie ambiwalentne uczucia. Oczywiście doskonale zdawałem sobie sprawę z całkowicie irracjonalnych zastrzeżeń do, jakby nie było, reprezentantów całkowicie innej półki cenowo – jakościowej, ale fakt pozostawał faktem – mało było brzmienia „dużego Gryphona” w integrach, oj mało. Najwyraźniej jednak i w Danii powiał wiatr zmian, bo od pewnego czasu docierające do nas informacje wyraźnie sugerowały, że nowa odsłona pierwszej pełnokrwistej superintegry w historii High-Endu może wstrząsnąć posadami związanych z „firmowym brzmieniem” marki stereotypami. Jednak jak to zwykle bywa spoinie osób trzecich mają to do siebie, że nie są naszymi, więc i tym razem, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność z otwartymi ramionami przygarnęliśmy pod swój dach Gryphona Diablo 300.
Zarówno na pierwszy, jak i każdy kolejny rzut oka widać, że Diablo to klasyczny i przez to bezdyskusyjnie rozpoznawalny Gryphon. Śmiem wręcz twierdzić, iż topowa duńska integra w aktualnej odsłonie choć urosła tylko o 2,5 cm, co przy takiej posturze spokojnie możemy uznać za pomijalne, to przede wszystkim wyładniała w stosunku do swojego protoplasty. Co prawda przybrała na wadze – z 30 na 38,1 kg, lecz o ile w przypadku płci pięknej nie zawsze jest powodem do zadowolenia, to już przy amplifikacji wywołuje jednoznacznie pozytywne skojarzenia a to już jasno wskazuje na to, że w trzewiach przeprowadzono prawdziwą rewolucję. I tak też jest w istocie. Po pierwsze i drugie moc wzrosła z 250 do 300 W przy 8 Ω a pojemność filtrująca z 2 x 58000 µF do 2 x 68000 µF, co pociągnęło za sobą dwukrotne zwiększenie powierzchni radiatorów. Jednak zmiany sięgają zdecydowanie głębiej. Aby uświadomić sobie skalę całego przedsięwzięcia warto mieć bowiem na uwadze, że w pracach projektowych opierano się na doświadczeniach zdobytych i finalnie wdrożonych podczas udoskonalania przedwzmacniacza Pandora i końcówki mocy Mephisto. Szczególnie dużo uwagi poświęcono ultra-transparentnej i zbalansowanej 43-krokowej regulacji głośności wykorzystującej nie więcej niż dwa rezystory dla danego poziomu. Kontynuując listę technologicznych smaczków warto zwrócić uwagę na zastąpienie dotychczas stosowanych diód Zenera indywidualnymi stabilizatorami dla zasilania lokalnych układów niskonapięciowych, zgodne z militarnymi specyfikacjami dwu i czterowarstwowe płytki drukowane o 105 µm miedzianych ścieżkach, bufor wejściowy pracujący w single-ended Class A, czy wreszcie imponujący transformator toroidalny Dual Mono Holmgren z próżniowo zabezpieczonym rdzeniem i uzwojeniami. Jak widać Duńczykom udało się w dobie tyranii unijnych biurokratów stworzyć prawdziwą bestię za jedyny ukłon w stronę Brukseli możemy uznać nieprzekraczający 0,5 W pobór energii w trybie stand-by.
Sama bryła wzmacniacza jest majestatyczna i jak przystało na nazwę mroczna. Czernione radiatory i mocno perforowana płyta górna z mitologicznym logotypem uzupełnia futurystyczna wielowarstwowa płyta frontowa z kruczoczarnego akrylu. O ile poprzednia edycja nasuwała mocno katafalkowe wspomnienia, to tym razem jest po prostu dystyngowanie i elegancko. Nie ukrywam, że jestem wielkim fanem takiej stylistyki, co z resztą potwierdza moja kilkuletnia przygoda z Densenem DM10 a obecnie z Electrocompanietem ECI-5 i dobrze mi z tym, więc przynajmniej na razie leczyć się nie zamierzam, a że przy okazji i zupełnym mimochodem Gryphon zyskuje z tego powodu dodatkowych kilka punktów w moim prywatnym rankingu, to niestety nic nie poradzę.
Centralnie umieszczony zielono-niebieski wyświetlacz próżniowy i krwistoczerwone logo plus mikroskopijne piktogramy dotykowych sensorów umożliwiających obsługę urządzenia bez sięgania po designerskiego pilota zarówno w świetle, jak i po zapadnięciu zmroku sprawiają wielce dystyngowane wrażenie.
Zdecydowanie bardziej „barokowo” przedstawia się ściana tylna. Choć terminale głośnikowe są pojedyncze i zabezpieczone ochronnymi kołnierzami, to bez większych problemów zaaplikujemy w nie przewody zakonfekcjonowane standardowymi widłami. Pomocne w tym okazują się również wysokie nóżki na jakich spoczywa cała konstrukcja, gdyż w terminale najlepiej wpiąć się od dołu. Biorąc pod uwagę fakt topologii dual mono nie dziwi zatem symetryczny rozkład przyłączy z centralnie umieszczonym gniazdem zasilania IEC. Skrajne flanki rzędu gniazd zajmują wyjścia na subwoofery (spokojnie można ich użyć do połaczenia dodatkowej końcówki mocy), w dalszej kolejności mamy dwa wejścia XLR, trzy RCA i wyjścia na zewnętrzny rejestrator. Dodatkowo dostarczona do naszej redakcji – najbogatsza, wyposażona w moduły phonostage’a i DACa wersja wejście piąte miała przysposobione do obsługi wkładek MM/MC a tuż nad interfejsami analogowymi zamontowano dedykowaną ramkę z wejściami cyfrowymi. Jak przystało na prawdziwego flagowca również tutaj nie widać oszczędności. Do dyspozycji użytkownikom dano bowiem asynchroniczne wejście USB akceptujące sygnały do DSD512 włącznie i już bardziej standardowe, ograniczone do 24 Bit / 192 kHz gniazda AES/EBU dwa SPDIF (BNC) i Toslink. Całości dopełniają porty dla zewnętrznego czujnika IR i we/wyjścia firmowej magistrali komunikacyjnej. Równie bogato prezentuje się również samo menu, w którym możemy zdefiniować nie tylko nazwy poszczególnych wejść, co również początkowej, oraz maksymalnej głośności i coś, co szczególnie przypadło mi do gustu – automatyczne dopasowanie poziomu poszczególnych wejść. Nie zabrakło również regulacji jaskrawości wyświetlacza. Co istotne nic nie stoi na przeszkodzie, aby w momencie pojawienia się ewentualnych poprawek, czy nowych wersji wgrać do pamięci nowe oprogramowanie.
Na deser zostawiłem jeszcze pilota. O ile już do starszej wersji Diablo dołączano elegancki prostopadłościenny patyczek, to tym razem projektanci po prostu pojechali po przysłowiowej bancie i wspomniany „magic stick” doposażyli w procopodobny, zamontowany na jego końcu stojak. Po prostu majstersztyk wzornictwa przemysłowego.
Na odrębny akapit zasługuje również moduł przetwornika. Phonostage’a z resztą też, jednak ponieważ zmiana z MC na MM wymagała ingerencji wewnątrz obudowy postanowiliśmy zbytnio nie profanować legendy śrubokrętem i koniec końców nad przedwzmacniaczem gramofonowym pastwił się jedynie Jacek, o czym mogą przekonać się Państwo w jego części recenzji. Wróćmy zatem do domeny cyfrowej. W większości przypadków znanych cierpiącej na audiofilską przypadłość części populacji udostępniane przez niektórych producentów karty rozszerzeń stanowią mniejszy lub większy, z reguły większy, kompromis w stosunku do oferowanych przez nich wolnostojących urządzeń. Tak jest np. w przypadku Accuphase’a, czy ModWrighta i nikt się temu nie dziwi, nie buntuje, gdyż za stosunkowo niewielkie kwoty możemy znacząco podnieść funkcjonalność posiadanych, bądź mających się w niedalekiej przyszłości w naszych czterech kątach pojawić integr. Odpada konieczność wygospodarowania dodatkowego miejsca, zaopatrzenia się w dodatkowe okablowanie i generalnie bilans ewentualnych zysków i strat każdorazowo okazuje się bezdyskusyjnie korzystny dla nabywcy. Jednak w przypadku Gryphona sprawy się nieco komplikują, gdyż dołożenie modułu DACa od strony czysto finansowej wcale nie jest takie symboliczne, gdyż opiewa na kwotę rzędu 21 kPLN , co oznacza konieczność dopłaty blisko 37% do podstawowej wersji Diablo. Sporo, przynajmniej teoretycznie, gdyż zgodnie z zapewnieniami producenta zamiast zwyczajowej OEM-owej płytki otrzymujemy lwią część know-how i komponentów wykorzystanych w … Kalliope. Oczywiście zamiast ośmiu kości ES9018 są tylko dwie, ale np. dla wejścia USB wyodrębniono dedykowany SuperCap – „super-kondensator” o pojemności … 12,5 F (!) działający na zasadzie ultra-cichego zasilania bateryjnego +/- 22VDC. Za przysłowiową wisienkę możemy uznać stopień wyjściowy DACa pracujący w czystej klasie A.
Dołożenie ww. modułu zwiększa również wachlarz przekazywanych przez główny wyświetlacz informacji o takie detale jak wejście cyfrowe, częstotliwość próbkowania i format (PCM/DSD) odtwarzanego sygnału, aktywny filtr – odrębne dla PCM (fast / slow roll-off) oraz DSD (50, 60, 70 kHz (-3dB) ) i dość niespodziewanie również status SuperCap-a (ładowanie/w pełni naładowany).
Po kilkusetgodzinnym wygrzaniu, w końcu poproszeni zostaliśmy, żeby się specjalnie nie spieszyć i na spokojnie poznać tytułową bestię, najnowsza inkarnacja Diablo zabrzmiała tak, że na mej twarzy zagościł permanentny i niemalże kwalifikujący się do chirurgicznego usunięcia uśmiech. Powodem było ewidentne odejście od laboratoryjnej precyzji poprzednika na rzecz iście high-endowej rozdzielczości i selektywności, co od strony czysto semantycznej wydaje się być li tylko zabiegiem kosmetycznym, lecz w rzeczywistości znaczenie ma fundamentalne. Po pierwsze i piszę to z pełną świadomością Gryphon oferuje wreszcie coś, z czym jego integry raczej kojarzone nie były – barwę i nasycenie idące w parze ze wspomnianymi w poprzednim zdaniu cechami. Cóż zatem otrzymujemy na wyjściach głośnikowych? Nad wyraz udany mariaż krystalicznej czystości SETa opartego na legendarnych bańkach 2A3 i potęgi monstrualnych pieców w stylu wspomnianego we wstępie Antileona. Do tej pory coś podobnego dane nam było usłyszeć na ceramiczno – diamentowej średnicy i górze pasma Gauderów Berlina RC8 i nic nie zapowiadało, żeby miało się zbyt szybko powtórzyć a tu proszę – niespodzianka. Oczywiście zapobiegliwie od razu sprawdziłem, czy przypadkiem w przepastnych odmętach menu nie został zaklikniety jakiś wredny „polepszacz” z rodziny DSP, czy inne paskudztwo profanujące purystyczne dogmaty High-Endu, ale nic takiego nie znalazłem. Czyli najwidoczniej Flemming E. Rasmussen z wiekiem łagodnieje, więc i produkty wychodzące spod jego dłoni przejmują co nieco. Osobiście nie mam nic przeciw i z tym większym zainteresowaniem sięgać będę po kolejne urządzenia przez niego sygnowane. Wróćmy jednak do Diablo, bo jest do czego.
W ramach wprowadzenia postanowiłem kontynuować dzieło jego twórcy i w ramach dalszej edukacji i nabierania ogłady przez „diabelskie nasienie” zaserwowałem mu ponad godzinę z „The 9 Secrets” Ute Lemper. Pomijając warstwę tekstową autorstwa Paulo Coelho i wielce charakterystyczny akcent wokalistki (skojarzenia z Doro i Klausem Meine są jak najbardziej na miejscu) jest to album na tyle dobrze nagrany i równie dobrze zagrany, że nic w nim nie kłuje w uszy. Jednak biorąc pod uwagę dość chropawe i kanciaste partie wokalne, które dodatkowo w post procesie zostały delikatnie wypchnięte przed szereg i doda