Monthly Archives: Listopad 2016


  1. Soundrebels.com
  2. >

Polk Audio LSIM705

Opinia 1

Gdy dostajemy propozycję zaopiniowania jakiegokolwiek produktu, zawsze przed pozytywną lub negatywną decyzją badamy ogólnie rzecz biorąc potencjał danego komponentu. Dlaczego? To dla nas dość ważne, gdyż w założeniach naszego portalu na pierwszym miejscu stoi czerpanie przyjemności z tego co robimy, a nie mordercza walka z pokazującą przysłowiowe „rogi” recenzowaną materią. Taki też proces zaliczyły dzisiejsze bohaterki, gdyż sprawa nie była jedynie bezmyślnym klepnięciem kolejnej sztuki do recenzji, tylko aprobatę poparło wcześniejsze spotkanie Marcina  z nieco niższym modelem prezentowanych dzisiaj kolumn. Tak tak, w tym odcinku przyjrzymy się zestawom głośnikowym, których podstawowe wersje kierowane są na szeroko rozumiany rynek masowy, a nasz tytułowy produkt jest tym, co pochodząca zza wielkiej wody amerykańska marka Polk Audio bez patrzenia na koszty jest w stanie zaprezentować wymagającym audiofilom. Tak więc nie pozostało mi nic innego, jak oznajmić, iż prezentowane zespoły głośnikowe ukrywają się pod tajemniczym oznaczeniem LSIM 705, dystrybuowane są przez białostocką firmę Rafko.

Jak można wywnioskować po fotografiach, dostarczone do testu kolumny są przyzwoitej wysokości i osiągają wzrost mocno zbliżający się do moich ISIS-ów. Oczywiście to jedyny zbieżny parametr, gdyż reszta podyktowana jest obecnym tendencjom łatwiejszego do przełknięcia przez nasze drugie połówki zwężania frontu, ale trzeba powiedzieć, że odpowiedniej, dającej spore szanse na wygenerowanie dobrego basu głębokości konstruktorzy również im nie pożałowali. Wspomniana solidna wysokość jest oczywiście podyktowana koniecznością stworzenia odpowiedniej ilości miejsca na przedniej ściance dla baterii tworzących konstrukcje trój-drożną głośników (wyskotonówka, śreniotonówka, średnio-niskotonówka i dwa basowce). Co ważne, dla poprawienia wygaszania szkodliwych fal akustycznych wewnątrz obudowy górna płaszczyzna i boki są zauważalnie wypukłe. Konstrukcja jest na tyle przemyślana, że w pakiecie projektowym dostajemy zwalniające nas z zapewnienia odpowiedniej odległości portów bass-refleksów od podłogi przymocowane na stałe podstawy, w które to wkręcamy dostarczone w komplecie kolce lub stopy. Ale to nie koniec patentów opisywanych konstrukcji, gdyż a w celu lepszego rozpraszania tłoczonego przez głośniki niskotonowe powietrza na wspomnianych stabilizujących konstrukcje podstawach zaimplementowano dwa – po jednym dla każdego z wylotów bass-refleksu –  ustawione szpicem ku otworom stożki. Ja wiem, że to może wydawać się zbędnym blichtrem pod publiczkę, ale gdy ktoś podczas obcowania z muzyką lubi osiągać wolumen koncertowy, z pewnością doceni brak artefaktów związanych z wydostającym się z obudów nieprzyjemnym szumem powietrza. Ja tak głośno nie słucham, ale już nie raz spotkałem się z adeptami niszczenia swoich narządów słuchu, dlatego też, jeśli w gratisie mamy podobne rozwiązania, należy się cieszyć, a nie szukać drugiego dna. Puentując ten akapit przywołam jeszcze wyposażenie tylnej ścianki, na której znalazły się jedynie podwojone porty dla okablowania poszczególnych zakresów (góra wespół ze środkiem i dół) i tabliczki znamionowe. Ostatecznym, przypominającym nam, iż księgowi tego brandu nie uczestniczyli w projektowaniu danego modelu atutem jest czarny, wprowadzający nutkę dystynkcji półmatowy lakier, a swoistym dotknięciem szefa działu konstruktorów tabliczka z nazwą marki w dolnej części frontu.

No dobrze, a jak to gra? O dziwo bardzo spokojnie, ale za to ze sporą paletą informacji. Co to oznacza? Już relacjonuję. Górne rejestry nie wychodzą przed szereg, ale są też dalekie od szkodliwego uśredniania. Co prawda nie skrzą się jak robaczki świętojańskie w Górach Świętokrzyskich i sybilanty nie kłują nas w uszy męczącym sss, tylko szszsz, niemniej jednak jest to na tyle spójnie zestrojone, że każdy inny sznyt prezentacji uznałbym za pozbawiony spójności. A tak dostajemy otwarty, ale nie natarczywy przekaz, który dzielnie wspomagają średnica i dolne rejestry. I gdy zbiorę w całość przywołane przed momentem informacje, okaże się, że dźwięk podawany jest w fajnej barwie, co pozwala na słuchanie szerokiego spektrum repertuarowego z dużą przyjemnością. Chyba nie odkryję nieznanych Wam kart, gdy powiem, że właśnie owa szczypta koloru jest strumykiem na mój młyn zakochanego w takiej estetyce dźwięku melomana, co już podczas pierwszej słuchanej płyty pozwoliło mi nawiązać z testowanymi amerykankami nić porozumienia. Co prawda patrząc na całość prezentacji przez pryzmat moich kolumn z kolorem nie było aż tak wyczynowo, ale przyznam się szczerze, po wstępnych sporych obawach o efekt końcowy – pamiętajcie o rodowodzie produktu – ostatecznie i tak byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. A gdy do tego dorzucę jeszcze budującą się przede mną dość głęboką i czytelną wirtualną scenę muzyczną, dostaniecie czarno na białym skreśloną informację, że te niepozorne kolumny – brak znanej producenckiej metki – naprawdę potrafią bardzo wiele. Jak wiele zależeć będzie oczywiście od osłuchania potencjalnego nabywcy, ale proszę się nie niepokoić, gdyż w wartościach bezwzględnych konstrukcje naprawdę są bardzo ciekawe. Zbliżając Was do walorów sonicznych podopiecznych marki Polk Audio posłużę się kilkoma przykładami płytowymi, z których jako pierwszy swój repertuar zaprezentuje John Potter z krążkiem „Romaria”. Powolne frazy wokalu front mena wspomagane nisko schodzącym klarnetem basowym i ożywiające całość skrzypce, dzięki wspomnianej spójności grania pokazały to wydarzenie w bardo przystępny nawet dla tak zmanierowanego słuchacza jak ja sposób. Owszem, brakowało trochę świeżości i powietrza w eterze, ale dzięki unikaniu sztucznego pompowania przejrzystości atmosfery, goszczący muzyków kościół pokazał się jedynie jako nieco mroczniejszy niż mam na co dzień. Wbrew pozorom nie jest to łatwy zabieg, gdyż najczęściej kończy się uduszeniem artystów mającymi problemy z wybrzmiewaniem nutami, a tutaj ksiądz pożałował jedynie świec, a mimo to kunszt zespołu sesyjnego i tak pokazał, że nawet w takich warunkach można zaprezentować coś ciekawego. Nie był to wyczynowy pokaz, ale odebrany z dużą przyjemnością koncert muzyki dawnej w kubaturze sakralnej. Kolejnym krokiem w procesie testowym było konsekwentne drążenie tematu prezentacji wokalistyki i w napędzie CD wylądowała znana wszystkim Cassandra Wilson z materiałem sesyjnym zatytułowanym „New Moon Daughter”. Mocny i ciemny głos śpiewaczki jazzowej podparty solidną dawką masy dźwięku już na poziomie masteringowym wydawały się czerpać wszystko co najlepsze z testowanych kolumn. Powiem więcej, często występujące na tej płycie sybilanty były tak ciekawie tonowane, że bez jakiejś dramatycznej utraty przejrzystości ani razu nie zakuły mnie w uszy. Po tej dawce melancholijnej  muzy przyszedł czas na prawdziwe „ja” bohaterów naszego spotkania. Tutaj swoje trzy grosze wniosła grupa Depeche Mode. Płyta „Exciter” prawie zawsze mówi mi, do jakiej grupy przynależy konfrontowana nią czy to elektronika, czy zespoły głośnikowe. Efekt? Konstruktorzy LSIM 705 tak umiejętnie skonfigurowali swój produkt, że gdy w napędzie zawitała partytura elektronicznego szaleństwa dźwiękowego, japońsko-amerykański mariaż testowy bez zbytniego ociągania się zrzucił szatę milusiego gracza i przekazał mi pełny pakiet informacji zero-jedynkowej energii tego albumu. Kolumny udowodniły, że gdy na płycie zapisane są nieprzebrane ilości górnych cyknięć i przesterów, potrafią oddać, o co w tej materii tak naprawdę chodzi. Ok., to był odbiór całościowy, a jak to wyglądało, po rozłożeniu przekazu na czynniki pierwsze? Rozpoczynając rozdrabnianie od dołu do basu nie miałem najmniejszych zastrzeżeń, gdyż podwojone niskotonówki w kształcie stadionów piłkarskich spokojnie radziły sobie z napełnieniem tym zakresem przecież sporego pomieszczenia. Idąc konsekwentnie ku górze może nie zanotowałem jakiejś dużej utraty jakości, ale zakres średniotonowy ewidentnie lekko się wycofał, jednak przy takim rodzaju twórczości, gdzie nawet wokaliza często jest preparowana, efekt nosił znamiona sznytu, a nie ułomności. Dochodząc do górnych zakresów mogę je tylko pochwalić, że gdy wymaga tego (tak jak w tym przypadku) elektroniczna muzyka, umieją się otworzyć. Jak widać po tym dogłębnym przeglądzie spektrum dźwiękowego, jedynym trochę cierpiącym zakresem była średnica. Średnica, która tak naprawdę nie odgrywała tutaj kluczowej roli, tylko umiejętnie ustawiała się w roli wspomagania  całości przekazu. A to są przecież kolumny raczej dopiero aspirujące do półki High End-u, a nie jego rasowymi przedstawicielami, dlatego za umiejętne połączenie wody z ogniem należą się konstruktorom spore brawa. Dlaczego postawiłem tezę łączenia dwóch biegunów?  Prześledźcie mój tekst jeszcze raz, a okaże się, że gdy wymagała tego muzyka (muzyka dawna i jazz), amerykanie potrafili znaleźć się w tym repertuarze bez najmniejszego problemu, a gdy puściłem sobie typową elektronikę, zestaw zmienił się niczym kameleon delikatnie tylko umniejszając jakość zakresu średniotonowego. Niestety, byt na tym świecie jest wieczną walką z kompromisami, a na tym pułapie cenowym nie da się skonstruować kolumny absolutnej. Puentując dzisiejszą pogadankę nasuwa się pytanie: „Czy Wy zgodzicie się na takie komprpmisy występujące w testowanych kolumnach”. To oczywiście zależeć będzie od tego, jakich artefaktów do pełnego sukcesu sonicznego potrzebuje docelowy system, a to może zweryfikować jedynie osobiste starcie, do którego zachęcam.

Jak wspominałem, trochę obawiałem się tej potyczki. Dlaczego? Niestety, to, że coś zajmuje szczyty cennika danej marki, nie oznacza z rozdzielnika sukcesu jakościowego, tym bardziej, że podstawowe linie towarowe przywołanego brandu są mocno budżetowe. Jednak jak pokazał test, nie taki diabeł straszny jak go malują i w konsekwencji okazało się, że ta dopracowana wzorniczo i wykończeniowo propozycja Polk Audio ma wiele do powiedzenia również w sprawach około-dźwiękowych. Gdzie widziałbym te kolumny? Powiem szczerze, że status temperaturowy jaki sobą reprezentują nie stwarza najmniejszych problemów w prawie całej palecie fonii od dźwięku jaskrawego, przez neutralny po nawet pokolorowany. To czy opisywane dzisiaj, na swój sposób kreujące świat muzyki czarne emitery fal akustycznych przypadną komuś do gustu, może odpowiedzieć jedynie własny sparing, do którego po raz kolejny namawiam. Jedno jest pewne, naprawdę nic nie tracicie, a może okazać się, że przy odrobinie szczęścia na wiele lat zyskacie kompanów do długich sesji odsłuchowych.

Jacek Pazio

Opinia 2

Jeśli ze zdumienia przecierają Państwo oczy i zastanawiają się co robią na naszych łamach przedstawiciele bezsprzecznie kojarzonej z rozwiązaniami nie dość, że budżetowymi to o zgrozo wielokanałowymi, to pragnę Was uspokoić, że my również do bohaterów niniejszego testu podchodziliśmy z daleko posuniętą ostrożnością. Niby jeden z głównych a przez to krytycznych warunków dotyczących ceny został spełniony, ale gdzieś tam podświadomie cały czas męczył nas ich niezbyt high-endowy rodowód. Jednak na przekór owym uprzedzeniom postanowiliśmy spróbować zmierzyć się z wyzwaniem i zamiast niejako z automatu skreślać podłogowe, niemalże flagowe Polk Audio LSIM705 uznaliśmy, że należy im dać szansę, czyli zamiast gdybać, wróżyć z fusów i wyciągać wnioski jedynie na podstawie zdjęć, czy pochodzenia pozwolić im zagrać i dopiero wtedy zdecydować co z tym fantem zrobić. Skoro jednak czytają Państwo ten tekst, to spokojnie możemy uznać, że to co dobiegło naszych uszu wypadło na tyle intrygująco, że zamiast kolumny po kilku utworach odłączyć, spakować i odesłać do dystrybutora co i rusz karmiliśmy je najprzeróżniejszym materiałem słuchając nie tylko z obowiązku, ale i z niewymuszonej przyjemności.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od maila od firmy Rafko reprezentującej amerykańskie Polk Audio w Polsce i szybkiego researchu jaki przeprowadziliśmy w sieci. Abstrahując od rodzinnych konotacji LSIM705 sprawa przedstawiała się w niezbyt różowych barwach, bowiem czytając firmowe materiały promocyjne i napotykając wzmianki o balansie tonalnym umożliwiającym wielogodzinny odsłuch przy podwyższonym (koncertowym!!) poziomie głośności, detalicznym brzmieniu, naturalnej reprodukcji instrumentów schodzących poniżej 50 Hz (no bas no fun?) oczyma wyobraźni widzieliśmy amerykański odpowiednik naszych rodzimych … Altusów i to sprzed ich reinkarnacji, co raczej z oczywistych względów nie wzbudzało w nas zbytniego entuzjazmu. Całe szczęście okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują.

Nie da się ukryć że jak na stosunkowo niedrogie (przynajmniej na tle testowanych przez nas konkurentów) konstrukcje Polki prezentują się nad wyraz imponująco. Są wysokie a dzięki smukłej bryle spokojnie można określić je mianem strzelistych, więc pierwszy plus u Pań domu mają niejako już na starcie. Szczególnie, gdy konfrontuje się je z ww. Tonsilami. Kolejnym plusem jest brak widocznych otworów bas refleks i to zarówno na przedniej, jak i tylnej ściance, więc i z ustawieniem w pobliżu ścian nie powinno być problemu, co automatycznie powoduje naliczenie drugiego plusa. Kolumny wentylowane jednak są – od spodu, a przy tym zamiast konwencjonalnej, pojedynczej „rury” producent zastosował dual PowerPort, czyli dwa tunele BR o różnej długości dmuchające na zintegrowane z eleganckimi cokołami dyfuzory.

Po zdjęciu cienkiej jak opłatek i mocowanej na ukryte pod fornirem magnesy maskownicy widok przedniej ścianki może wprowadzić niespodziewającego się takiej klęski urodzaju nabywcę w lekką konsternację. Niby 705-kom daleko od istnego szaleństwa serwowanego w kolumnach McIntosha, ale chwilkę zajmie, zanim przyzwyczaimy się do tego widoku. Zakres 2 000 – 40 000 Hz obsługuje bowiem moduł średnio – wysokotonowy Dynamic Sonic Engine w skład którego wchodzi pierścieniowy tweeter i 3 ¼ calowy polipropylenowy przetwornik średniotonowy. Całość nie dość, że zamontowana na wspólnym szyldzie posiada własną komorę akustyczną a dodatkowo umieszczono je w korpusie przypominającym turbinę. Poniżej ulokowano konwencjonalny pi razy drzwi 13 cm (133,3 mm – 5,2’) również polipropylenowy mid-wooferek a opiekę nad basem powierzono parze owalnych (Owal Cassiniego), polipropylenowych przetworników niskotonowych.  Sporo tego wszystkiego, ale całość prezentuje się całkiem elegancko, tym bardziej, że górna podstawa kolumn nie jest płaska a lekko wypukła, co nie dość, że zapobiega gromadzeniu się na niej kurzu to w dodatku wyklucza zapędy płci pięknej do przyozdabiania kolumn poprzez ustawianie na nich … kwiatów doniczkowych.
Tył nie kryje żadnych niespodzianek. Elegancki szyld ze szczotkowanego aluminium, podwójne terminale głośnikowe i już, bo czegóż chcieć więcej. Kolumny oferowane są w dwóch opcjach wykończeniach – Midnight Mahogany (dostarczonej do testu) i nieco mniej minorowej Mt. Vernon Cherry. Skrzynie są sztywne, mocno wytłumione i wykonane z płyt MDF o zróżnicowanej grubości. Front ma grubość 1,25”, ściany boczne 1” a dół, góra i plecy 0,75”). Patrząc na jakość wykonania, ilość użytych przetworników  i generalnie wartość postrzeganą a następnie korelując to z ceną nie ma się co dziwić, że choć tytułowe kolumny zaprojektowano w Baltimore, to już ich produkcja odbywa się w Chinach.

Przechodząc do części odsłuchowej pozwolę sobie na małą dygresję i niejako ustawiając cały test już na wstępie zaznaczę, że Polki nie są kolumnami o audiofilskim zacięciu. Może dla jednych będzie to wadą, dla innych zaletą a i tak znajdą się tacy, co powyższą uwagę po prostu zbędą wzruszeniem ramion uznając, że przyklejanie jakichkolwiek łatek czy zaszufladkowanie produktów nie ma większego sensu, a liczy się tylko to, czy dany wyrób im się podoba, czy też nie. I to moim zdaniem jest klucz do sukcesu i pełni szczęścia, bo czego by nie mówić człowiek jest tak skonstruowany, że jeśli tylko może robi wszystko by było mu dobrze. A Polki do „robienia dobrze” nadają się całkiem nieźle. Zamiast powiem dzielić włos na czworo, cyzelować każdy dźwięk, niuans i szelest stawiają na dynamiczną i spontaniczną radość z grania. Nie muszę w tym momencie dodawać, że  audiofilskie samplery niespecjalnie wpasowują się w proponowany przez 705-ki pomysł na muzykę. Nie chodzi mi jednak o to, że jest to materiał zbyt wysokich jak na nie lotów, lecz wręcz przeciwnie. O ile bowiem symfoniczne „sample” potrafią po prostu wgnieść w fotel, to już smętne plumkanko zarezerwowane dla wind w ekskluzywnych hotelach wypada równie naturalnie jak podrasowane w Photoshopie modelki reklamujące wszelakiej maści upiększające mazidła. Dlatego też tym razem wreszcie mogłem pofolgować własnym muzycznym upodobaniom i nieco więcej niż zazwyczaj połomotać.  Niemalże rock ‚n’ roll owe „The Razors Edge” AC/DC pokazało, że nawet nieco jazgotliwe i surowe gitarowe riffy mogą zabrzmieć naprawdę potężnie, ciąć powietrze nie raniąc uszu i to na, jak zapobiegliwie założył producent, „koncertowych” poziomach głośności. Utrzymany w nieco niższej tonacji, mniej krzykliwy album „La Futura” ZZ Top poszedł za to w barwę, grę emocjami i przyjemne masowanie trzewi okraszone sugestywnie dopalonymi wokalami. Proszę tylko wygodnie się rozsiąść, włączyć „It’s Too Easy Mañana” by poczuć, że przester i garażowy brud również mogą idealnie wpisać się w liryczno – balladową estetykę wychrypianej opowieści.
Równie przekonująco wypadała wielka symfonika i to zarówno ta „rasowa” – ortodoksyjnie klasyczna w stylu „Rhapsodies” pod Stokowskim, jak i współczesna, komercyjna – hollywoodzka jak „Gladiator” Hansa Zimmera. Rozmach i typowo amerykańskie zamiłowanie do spektakularności w tym wypadku trafiły na nader podatny grunt i sprawdzały się po prostu świetnie. Obszerna, czyli zarówno szeroka, jak i posiadająca właściwą głębokość scena bez najmniejszego trudu mieściła tłum muzyków, nikt nikomu nie deptał po nogach, nie trącał łokciami i nie siedział na plecach. Całkiem sugestywnie oddana została również wieloplanowość, której trudno zarzucić było bądź to spłaszczanie dalszych planów, bądź prezentowanie ich w formie impresjonistycznych plam. Nic z tych rzeczy. Konstruktorom udało się zachować zdroworozsądkową równowagę pomiędzy rozdzielczością  a właściwym oddaniem barwy, nasyceniem, czyli ogólnie rzecz biorąc stereotypową muzykalnością. A właśnie. Pomimo tego, że Polki to zaskakująco rozrywkowe bestie, to nie cierpią ani na zbytnią chęć uładzania, uspokajania przekazu w celu zapewnienia „ładnego” dźwięku, niezależnie od materiału źródłowego, jak i zbytniego faworyzowania któregokolwiek z podzakresów. Oczywiście bas jest potężny i nieco podbity, ale owo podbicie nie wymyka się ramom zdrowego rozsądku, podobnie z resztą jak świeża i komunikatywne góra, która może nie odznacza się taką rozdzielczością i umiejętnością  wygenerowania holograficznych źródeł pozornych, co prawidłowo zaimplementowane drajwery AMT, ale na tych pułapach cenowych uczciwie trzeba ją pochwalić. Skoro bowiem jak na dłoni słychać różnicę w barwie trąbki Michaela „Patches” Stewarta na „On Fire” a Milesa na „Sketches Of Spain – 50th Anniversary” to jest co najmniej OK. Poza tym świetnie oddane jest różnicowanie klimatu, nastroju poszczególnych albumów i kompozycji. Nie ma mowy czy to o narzucaniu własnej interpretacji, czy nie daj Bóg o graniu wszystkiego na jedno kopyto. Jednym słowem a raczej dwoma gra muzyka.

Na koniec jeszcze jedna wskazówka w formie ostrzeżenia przez bezkrytyczną akceptacją wszystkiego co znajdziemy i przeczytamy w sieci. Oczywiście powyższa uwaga dotyczy również radosnej twórczości piszącego te słowa, więc i na naszą beletrystykę proszę patrzeć przez pryzmat własnych doświadczeń i oczekiwań. Jednak ad rem. Przeglądając odmęty internetu natknąłem się na branżową opinię mówiącą, że 705-ki mają problem z prawidłowym oddaniem skali i wieloplanowości wielkiej symfoniki, co spowodowane jest ich niechęcią do kreowania sceny dźwiękowej w głąb, czyli generowania tzw. przestrzeni.  Uczciwie przyznam, że lektura tej poniekąd komercyjnej publikacji wprawiła mnie w niekłamane zdziwienie, gdyż właśnie powyższe aspekty w Polkach zasługiwały na pochwałę i praktycznie same superlatywy. Powód zaobserwowanych dysonansów i różnic w dokonanych obserwacjach leżał jednak nie w diametralnie różnym odbiorze konkretnych cech tytułowych kolumn a użytej wtenczas przez recenzenta amplifikacji, którą był … dość budżetowy NAD C 325BEE a rolę źródła pełnił laptop z USB DACiem Hegel HD2. Nie chcę w tym momencie deprecjonować dokonań zamorskiego kolegi po piórze, ale zwalanie winy za efekt finalny na kolumny akurat w tej konfiguracji było najdelikatniej rzecz mówiąc nietaktem. To tak, jakby do Citroëna C1 podpiąć 2,5 tonową, dwuosiowa przyczepę kempingową w stylu FENDT Brillant 700 TFD, wybrać się w objazdówkę po Alpach i mieć pretensję o niesatysfakcjonującą dynamikę jazdy do dzieci okupujących tylną kanapę.  Dlatego też od razu zaznaczę, że decydując się na 705-ki warto mieć na uwadze po pierwsze ich gabaryty a po drugie ilość wykorzystanych przetworników a następnie usiąść i na spokojnie się zastanowić, czy posiadana w danym momencie amplifikacja takiemu wyzwaniu podoła. Jeśli tak, to super a jeśli nie, to dobrze byłoby rozejrzeć się za jakimś solidnym piecem, który moc i odpowiedni zapas prądu ma na wyjściach głośnikowych a nie li tylko na papierze.

Polk Audio LSIM705 to kolumny, które prawidłowo wysterowane są w stanie zapewnić kupę radości i to z przewagą … radości. Grają po amerykańsku – dźwiękiem dużym i dynamicznym, co z pewnością przypadnie miłośnikom wielkiej symfoniki i nawet ekstremalnych odmian rocka. Warto jednak zadbać o odpowiednio wydajny piec i … tolerancyjnych sąsiadów. Jeśli tylko powyższe warunki zostaną spełnione nie pozostaje mi nic innego jak tylko życzyć Państwu dobrej zabawy.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Rafko
Cena: 15 695 PLN

Dane techniczne:
Konstrukcja: 3-drożna, wentylowana od dołu – dual PowerPort
Wykorzystane przetworniki:
Wysokotonowe: 1 x 25mm Dynamic Sonic Engine
Średniotonowe: 1 x 3,2” (82.5mm) z napowietrzonego polipropylenu APP Średnioniskotonowe: 1 x5.2”  (133.3mm) z napowietrzonego polipropylenu APP
Niskotonowe:     2 x (127 x 178mm) owal Cassiniego z napowietrzonego polipropylenu APP
Impedancja: 8 Ω
Podział pasma: 100/280/2 800 Hz
Skuteczność: 88 dB
Zalecana moc wzmacniacza: 20 – 250 W
Pasmo przenoszenia: 42 – 30 000 Hz
Wymiary (W x S x G): 119,4 x 21,1 x 36,5 cm
Waga: 34,4 kg

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny:  TRENNER & FRIEDL ISIS, Graham Audio LS5/8
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI

Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

BLOCK AUDIO Line & Power Block + Mono Blocks English ver.

Opinion 1

If we would try to write a short note about the commercial history of the brand presented today, then this would be a big, if not impossible to manage, problem. And I am not thinking about any exotic items, that do not visit Poland, but about the fact, that this is the first test ever that was undertaken by the engineers constructing this gear. You might have already noticed, that we often pioneer in reviewing absolute novelties, to which the hero of this test must be accounted to – the Czech company Block Audio. According to the information we gathered from the representatives coming from the land behind our southern borders, the process of designing and constructing the products we are going to test took a dozen years, and it turned out, that we are one of the few branch reviewers with enough experience, appropriate reference system and a room able to accommodate the monstrous monoblocks.
So the email exchange finally resulted in the pre-power set arriving at my home, so I will be able to write a few sentences about the competition between Czech Republic and Japan that took place, using a variety of discs representative to me. I would also like to thank the manufacturers, who came and installed the amplification weighing about a quarter ton, which was quite a logistic feat.

I will start the description of the tested devices with the very interesting, construction wise, preamplifier. Why is it so interesting? Theoretically there is nothing extraordinary about it, no rocket science was applied, however for many of us, battery operation is already the technical foundation for an interesting sonic effect. What is important, the preamplifier is playing of batteries even when they are charging, what separates it from the wall current completely. This approach requires however to use three separate power cables to feed the preamplifier, fortunately the connections between the main unit and the power supply are made using special multi-pin cables. But this is not everything – the main unit is also controlling the power amplifiers. It is enough to power on the preamplifier, and after a few seconds the power amps are coming out of stand-by mode. On one hand this might seem only a small feature, making the powering of the set easier, but it has a deeper meaning, as it allows the elements of the combination power up in a desired sequence, especially when it is required to make sure, our loudspeakers do not get damaged.
Now how does the system look like? The preamplifier is composed of two, quite flat elements; where the lower one is the power supply, and the upper the main unit. This requires some connections between the individual units, which, as I mentioned before, are made using dedicated multi-pin cables. The power supply is divided into three sections – two are for the left and right channel, while the third powers the  preamplifier logic. The main unit is composed of four sections, where the front panel is processing power and also handling the power-amp control tasks, while two of the back sections, located on the left and right ends, handle the analog signals for the left and right channel, while the middle section is a MM/MC phonostage. Each of the Block components is placed on three anti-vibration feet. Finally there is a quite well readable display in the middle of the fascia, while to the right a multi-functional, round knob was placed. If you are negatively impacted by the finish being colourful, then I must assure you, this was done on purpose to show the possible versions you can order, and not because the manufacturing has run out of some components.
Finalizing the description paragraph, let me write a few words about the power amps. As you can see on the pictures, those are very big, and also very heavy, very unfortunate for my spine. The chassis is made from aluminium, where the middle houses the electronics, while the sides are used as heat sinks, and in fact get quite warm. The thin milled element is an interesting design feature, at least in my opinion.  Regarding the connectors and manipulators – the monoblocks have a LED indicating their power on the front, a big logo on top and a set of connectors and switches on the back. How big is this set? Well, we have a XLR and RCA input, multi-pin control socket, a mode switch, allowing to change between A class and economy operation, a 20A power socket and finally some control LEDs, allowing to check the status of the amplifier. The main power switch is located on the bottom of the unit, near the front, this might be an important information for some users. But please do not get in panic seeing so many items on such a simple device as a power amplifier – once things were connected I have not looked at the back even once, as everything worked like a charm.

After initial connection I allowed the guests to adapt to my room and reference devices for some time and started listening after the accommodation took place. I am not sure if this was intended by the constructors, but the power amps were set to work in class A when connected, so I made most observation using that setting. How did it go? I must say, the amplifiers fared very well. The sound generated by the Czech set was very well founded, with some emphasis on the bass-midrange cliff. And please do not get upset, I mean everything was under complete control, it is just that all musical artefacts in this domain were absolutely not anorectic, but shown from their best angle. But what is happening in the rest of the sound spectrum? Sometimes betting on the timbre does have a negative impact on the breath and visibility of the sound stage. Even there can be an effect of “dimming the lights”, which would not be acceptable at this price level. Please rest assured, when I played with the 聖HIJIRI HGP-RCA “Million” cables the sound seemed to be coming out too sweet, yet with the top Tellurium Q Silver Diamond XLR connections everything returned back to normal. Normal, meaning in this case beautiful timbre with at the same time lots of air in the musical spectacle. When I add to this the fact of building the sound stage with an almost masterful size in terms of width and depth, then it will turn out, that for two weeks I had an opportunity to witness a true feast for the music lover devoted to musicality. And what do you think I played? Of course old music. In this case from seventeenth century Italy. This was a wonderful time listening to historically inspired music, with instruments true to the century. It was so fantastic, that I really needed a lot of time and effort, to notice, that in pieces with lots of cymbals, those had sometimes a tad short decay due to the weight placed on them by the Czech amplifier. No, no, they were not dead, but I know how they should decay, and during listening to the Block, they could sometimes become silent too quickly. But I must also take into account, that the combination of the tested amps with my Austrian Isis speakers was quite random – as those speakers are part of my reference system – and despite the best intentions of the reviewer, we must live with what we have. And when we pass over such a difficult item, then we can fully enjoy the sacral music, with the fantastic sounding voices recorded in churches, the thing I admire most in this kind of music. But testing a system or device does not mean, that we can listen for pure enjoyment, so after some ethereal disks, time came for the ECM project signed by John Balke “Batagraf”. If you know this material, then I do not need to explain, that besides the resolution in the first piece, needed to show clearly the bell decaying, you need to have full control over the lower frequencies, as there are lots of them on this record. And while before hitting the Play button I had some slight apprehension regarding the bass, after a few first notes it turned out that I was panicking. It was a bit denser than I am used to on a daily basis, but it was on the level of smartness of sound, and not extra mass added; as I mentioned before, Block just sounds like that. The music was massaging my innards, but I did not record too much of it, in contrary, it made me listen to the compilation from the start to the end, noticing a beautifully sounding saxophone. It was similar with the music from Yello, where the two gentlemen use a lot of lower frequencies, but at the same time not forgetting about shrieking whizzes and swishes, what sounded exceptionally well with the Czech amplifier. I must confess, that if my system would sound just like the tested one, then I would buy a complete discography of this uniquely energetic duo. But coming to the end of the test I just mention what happens, when you switch the power amplifiers into the economic mode. When the circuit stabilized, it turned out, that unfortunately – or fortunately, depending on your preferences – the sound drifted towards tonal balance, but lost a bit of the homogeneity it had, and what was more important to me, some of the momentum of the virtual stage. Maybe the musicians were not sitting on each other’s knees, but you could feel them being closer together. But this is how it goes, you get one thing on the cost of another, but having two options to chose from, the problem exists only in theory, as you can always select the setting you want just before playing your favourite records.

Finally a few words about the phonostage. I assumed it to be just an addition to make the offering more attractive to the potential customer so I did not expect too much of it. And it showed me completely wrong, as I was absolutely satisfied with its performance. It turned out, that the built-in phonostage showed much more spectacular sound than the CD. This clearly shows, that this is not just an addition, superfluous from the analog lovers point of view, but a full-fledged unit, presenting lots of positive values. And with the good sound of the whole set, the constructors from Block should receive extra praise for the part amplifying the signal from the turntable cartridge, because it did not get dominated by the line preamplifier, as it often happens. Probably with my amplification, the Block phono would be too ethereal, but it is part of a bigger whole, and in this role it fares very well. Bravo!

I would define the encounter with the Czech products as a never ending streak of positive surprises. Dense, ethereal, and at the same time with lots of energy and control of what it generates. Practically there are no weak points I could notice. Of course, the spokesmen of orthodox neutrality might be complaining from the beginning, but this product was created to satisfy a demanding, and sure of him or herself, client. A client who loves music with a big “M”, not losing the freedom of its spirit. If you are directed, at least somewhat, towards the organicity of the sound, then the Block system will possess you completely, and this is also the reason I recommend not to listen to it, if you do not have the money to buy it, as it can turn your world upside down completely.

Jacek Pazio

Opinion 2

When I received an email, late August, asking if I would not like to test the separated amplification of a company completely unknown to me, named Block Audio, I opened the web browser, as usual, and… The name sounded a bit familiar, as I knew German products from Audioblock marked under that name, but it was not the Block in question. In the correspondence it was clear, that this time it was a Czech manufacture Block Audio, a maker of truly high-end amplifiers working in class A and a battery powered preamplifier. Big chassis, weights counted in tenths of kilograms (net weight!) and powers making the blood of audiophile people circulate quicker heralded a true feast. But my appetite needed to wait, as the finalization of the talks and physical appearance of the Blocks in our listening room took some time, but finally in the beginning of October they arrived. The test also was devoted from the pressure of time, as the suggested date of publication seemed far away. What date you may ask? Of course the November Audio Video Show. Now you are reading this text, so we did manage, albeit with some effort, and what did happen during the few weeks the devices were our guests you can read below.

Because it happened, that we are the first zine, where the Blocks arrived for review, it would be good to write a few words about the brand itself. To have a better view of the situation we need to get back to 1989, when the search for the Czech version of the ideal, high-end amplifier started, followed by proprietary work related to uncompromised audio. This was a kind of DIY based on passion, but also on solid engineering background. The effect of this work must have been quite promising, as in the years 1997-2004 in the heads of a few friends the idea arose, to create their own construction, and their abilities were appreciated by first customers, who gave them their commercial gear for a tuning run. First prototypes were made during the following five years, while in 2010 they evolved into something, that could be marketed. But as it often happens, from the decision to formalize the company, gathering the required paperwork and finding a network of dealers took some time and only in June 2013 the company Block Audio s.r.o. was founded and the same year the public premiere of the first commercial Block devices happened, during the Vienna klangBilder show. Interestingly, since then, there was absolutely quiet about the company, and only during this year vacation time the company started preparations to exhibit during the Warsaw Audio Video Show. But before that happened, we will assess their performance in our system.

Despite Mr. Michal Sevcik from Block claiming, that the tested devices came to life from mainly from audiophile passion and the need, and wish, of building of something ideal – just to fulfill their own expectations, so they are closer to DIY than commercial solutions, already while unpacking we had a completely different opinion. We were aware, that with low number production, the economical aspect almost does not matter, and the external design is often limited due to lack of access to advanced machinery. Yet the Block already on pictures available in the internet seemed to be classy, full bred high-end devices, and that from the upper end of it. But let us start from the first impression, from the way the devices were supplied by the manufacturers (in person), starting from the dedicated transport cases and ending with the configuration and powering of the devices. Those seem to be minor things, but they allow to better know the creators of the electronics we are going to test, secondly, those do not leave anything to mess around by the transport companies. But the motto of the company from Olomouc is “There is no time for compromises…”, then we cannot expect, they would leave anything at risk. At this level of perfection they want to play things safe.

The process of unpacking fully earned its own gallery, because believe me, we can look at it without emotion, but the carrying around of the devices was absolutely not easy. It was different with the cabling, connecting and configuring – there were no surprises, and despite the worked out logics, the whole turned out to be very intuitive. This was especially crucial in this case, as in fact the preamplifier and two monoblocs constituted of four devices in total. This was due to the construction of the preamplifier, where the battery power supply had its own chassis. To make things even more interesting, the power supply and the signal part, were split into modules, separated visually on the outside as well as mechanically inside. Both channels, as well as the controller part, are almost separate items, using also separate batteries (2 x 120000 uF). This is the reason the power supply uses three power cords and the same amount of dedicated connections – cables terminated with multi-pin plugs – to connect to the main unit. The latter, besides segments responsible for the left and right channel, has also a module close to the back plate that is a phonostage, and in the front, by a headphone amplifier.
Due to the quite neutral color versions, you can choose from Nextel Black and Nextel Anthracite, the whole presents itself very minimalistic, but also very modern and elegant. The seemingly modest front plate, with the centrally placed display and a round selector, lights up after pressing the power button, providing a wealth of information, depending on the menu and chosen display mode. As an example, during daily usage, besides the obvious information about the chosen input and volume level, we can see the details about the battery power level, balance, offset for a given input, the mode of the power amplifiers and … their temperature. But this is not all. No, it does not display a weather forecast, at least for now. But digging in the menu, one can come to the conclusion, that this is just a matter of time, and it will. Am I exaggerating? Even if, then only a little, as we can set individual sensitivity or gain for each of the inputs, switch them into bypass mode if needed, or disable the unused ones. Similar the built-in phonostage, where all necessary settings are done using the remote or the wheel on the front.
The back panel is adequate to the richness of the menu, as we have there four pairs of XLR and five RCA connectors. There are also RCA phono inputs and two pairs of XLR and RCA analog outputs. In addition there are sockets for the company bus used for controlling the power amplifier. Finally I will just mention, that there is an universal Apple remote and all modules are supported by three massive, anti-vibration feet.
The monophonic power amplifiers, with a very surprising name, Mono Block, look much more frugal, although not much less intriguing. Attention is drawn by massive heat sinks that make up the side walls, and in case of the Czech units are not just decorative, but are absolutely required. The reason for that is simple – the first 200 Watts is offered in pure class A, only above that we go into the AB class – up to 500W/4Ω, so the presence of massive heat sinks should not come as a surprise. The monolithic fronts are split by a single milled line, that houses a LED indicating operation of the unit. The power switch is hidden on the bottom of the device, near the right front end of the unit. The top cover carries the company logo and the continuation of the milled line originating on the front.
The minimalism ends on the back panel, as besides handles, necessary with the almost 100kg weight of the amplifier, we have double loudspeaker terminals from Furutech, mode switch (Class A/ Eco Mode), miniature selectors for the input (RCA/XLR), amplification (+20 and +26 dB) and the company control socket. This is not all, as besides the power socket, there is a worked out communication part, with four green LEDs informing about the status of the power amps, and four red ones, indicating errors. The whole is amended with some more switches allowing for automatic induction of the Eco mode, automatic switch-off and ground loop breakage (should it become necessary). In one word – technology used to improve ergonomics, and frankly speaking, already at this moment I had high esteem mixed with some small amount of envy, however free from any negative feelings. This esteem came from a truly engineering and uncompromised approach to the audio business showed by our southern neighbors, and envy, that something similar did not yet come to life in Poland.

Starting the description of the sound, I will confess, that already starting with it, I had some expectations, awaken not only by the power declared by the manufacturer, but also some previous contacts with their Japanese competition – the Accuphase A200. But as it often happens with such pre-listening prognoses, already after a few first notes, I could put them in my shoes. The album used as warm-up was “Missa Criolla” by Ramirez, which showed, that the Czech set does not only offer lots of power, but also incredible resolution, allowing to look inside the recording even at culmination moments. The delicate lowering of the center of gravity, made the naturally low voice of Mercedes Sosa gain additional power and dignity, and every entrance of the choir accompanying her was absolutely spectacular. Worth mentioning is, that the Block turned out to be very graceful objects of experiments with optimal cabling, and while with the Hijiri interconnects, the contents of the sound approached the caramel stickiness of the mentioned Accuphase, while changing to Tellurium Q resulted in the upper registers become extra airy, extra lighted, while the contours of the virtual sources gained edge. The reproduction of the acoustics of the recordings could only be evaluated as very positive, although their decay time, in absolute terms, was a bit shorter, than what could be created with for example the top Audio Tekne monoblocks. But  please look at this from the perspective of the price difference, as well as some obvious construction differences. But let us forget about the details, which I extract by force, to make this review something more than just an insipid congratulatory scroll, losing all traces of critical approach to the tested devices. In case of the Block, there is something completely different – we do not concentrate on the system, reproducing our beloved recordings, but we come into contact with the performers. While Mercedes Sosa kept us on a distance, constrained by the repertoire, Leonard Cohen on “Old Ideas” sounded in such a way, as if we would be sitting with him at the same table, listening to his low voiced singing. It was similar with the much more rustling Carla Bruni, who, on “Quelqu’Un M’A Dit” made us want to get closer to her. So close, that we would be feeling her breath. And I started dreaming… But what can we do, when each disk placed in the CD player or on the turntable, played till the last note, and already with the first, the world became limited with the walls of our listening room.
Upping the tempo and slowly leaving the nice and the spoiling land of smoothness, I took the “Lento” Youn Sun Nah, which showed, that the Czech amplification is also capable, although with its finesse, to reproduce the glassiness of the female vocals, as well as beautiful sound of silence, where the sound of the guitar string is slowly fading (“Hurt”). Here everything was just perfect – starting with the truly laser precision of the focusing of the virtual sources, to the absolutely dream-like saturation of the sound, maybe being a departure from ideal neutrality, however underlining the organic homogeneity of the midrange-bass turn.
Trying to define the tested combo in a few words, it would be easiest to tell, that it is very musical. The problem is, that such analysis would be as complete, as telling about Halle Berry or Monica Bellucci, that they are/were “not ugly”, and about Chicago Bulls from their best time – with Jordan, Pippen and Rodman – that they were not bad at playing basketball. This is why playing “Shrine of New Generation Slaves” Riverside we can tell, that they are rock beasts, that were only hiding behind a mask of meek lambs. Prog-rock complicated tempos, harsh, sharp and overdriven guitars with processed vocals created a true hell in our listening room, or at least some observers, who are not fully in the picture, might think so. No compression, no veiling, no problems in reaching truly concert-like volume levels. As it turn out this was only the prelude to what listening to “Remedy Lane Re:mixed” Pain Of Salvation created, during which I tried to make the tested electronic to capitulate, and each time I had enough, the Block did what they were designed to do  – they sounded at such ease, as if the loudspeakers were playing piccolo flute and tambourine, and not a synthetic and metal shouting.

The Block Audio Line & Power Block, with dedicated power amplifiers Mono Blocks is an ideal example for dreams sometimes coming true. Those are the dreams of their constructors, who started from a search of what the market is offering and finally took things in their own hands constructing an amplifier, which is capable of making some other lovers of uncompromised high-end happy. Such sharing of your own happiness is worth to show to greater public, what we happily do right now. However please allow me to forego any discussion about if Block is for everyone, or not, because … you see at first glance, that it is not. But it is big, top notch manufactured, well designed in terms of ergonomics and functionality (something that absolutely is not a standard, even in high-end) and sounds like a dream. I will not assess pricing, because everybody can do it for him or herself, but I have a warm request to you all. If you like how your audio system sounds, when you are happy with it and you do not want to make any changes, please do not try out the Block, because once you hear it, it would be very difficult to plug it out of your system and place aside. And I am not talking about its weight, am I?

Marcin Olszewski

Producer: Blockaudio s.r.o
Price: 70 000 €

Technical Details:
Line & Power Block
Distortion THD+N: < 0.0005%
Distortion IMD: < 0.0007% / 6 Vrms
Frequency Response: DC – 300 kHz -0.5 dB; DC – 20 kHz -0.01 dB
Signal/Noise Ratio: >130 dB A-weighted; >128 dB unweighted related to full output
Channel Separation: >130 dB
Max. Voltage Gain: +12 dB XLR; +18 dB RCA
Input Impedance: 40 kΩ XLR; 20 kΩ RCA
Output Impedance: 50 Ω XLR; 25 Ω RCA
Maximum Output Voltage: 20 Vrms XLR; 10 Vrms RCA
Inputs: 4 pairs XLR; 5 pairs RCA
Outputs:2 pairs XLR; 2 pairs RCA
Battery Operation Time: >15 h
Power Consumption:
150 W max. at charging; 50 W  at idle; <0.5 W in Standby
Dimensions (S x W x G):
 Line: 460(w) × 105(h) × 360(d) mm
 Power:460(w) × 105(h) × 360(d) mm
Weight in total: 25 kg

Mono Block
Continuous RMS Output Power: 500 W / 4 Ω; 250 W /8 Ω; do 200 W Class-A
Distortion THD+N: <0.015 %
Distortion IMD: <0.003 %
Frequency Response: DC – 300 kHz ±3 dB; DC – 20 kHz ±0,01 dB
Signal/Noise Ratio: 120 dB A-weighted; 117 dB unweighted
Damping Factor at 8 Ω: >5 000, DC – 20 kHz
Voltage Gain: +26 dB lub +20 dB user-selectable
Input Impedance: 20 kΩ XLR; 10 kΩ RCA
Inputs: 1 x XLR; 1 x RCA
Outputs: 2 pairs binding posts
Power Consumption: 1 200 W max.; 500 W at idle; 100 W at idle Eco mode; 0 W in Standby
Dimensions (S x W x G): 500 × 275 × 600 mm
Weight: 90 kg

System used in this test:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: ABYSSOUND ASX-2000
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: 聖HIJIRI HGP-RCA “Million”
– IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

My Sonic Lab

Na polskim rynku dostępne są high-endowe wkładki MC, transformatory dopasowujące poziom sygnału (tzw. step-up) oraz akcesoria montażowe japońskiej manufaktury My Sonic Lab. Firma specjalizuje się we wkładkach niskoimpedancyjnych o wysokim – jak na standard MC – poziomie sygnału wyjściowego. Wsporniki igieł przeważnie są duraluminiowe, z wyjątkiem topowego Signature Platinum, gdzie wspornik wykonano z boru. Generalnie Japończycy hołdują zasadom ciasnego zwijania cewek generujących sygnał oraz ekstremalnie niskiej impedancji własnej wkładek. Dzięki temu zredukowane są straty własne i uzyskany duży odstęp sygnału od szumu, jego wysoki poziom oraz szeroki zakres dynamiki. Te same zasady obowiązują w transformatorze Stage 1030, wyposażonym także we włącznik „pływającej” pętli masy. Dla przykładu, ceny wkładek zaczynają od 16 900 PLN za monofoniczny model Eminent Solo, Stage 1030 kosztuje 17 900 złotych w standardowej wersji RCA i 24 900 złotych w wersji symetrycznej. Firma proponuje także własne akcesoria montażowe: headshell, przewody do wkładek oraz śruby mocujące.

Dystrybucja: Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO

Skoro od prawie dwóch miesięcy nie poruszaliśmy tematyki kabli uznaliśmy, że dobrze byłoby nieco odświeżyć to każdorazowo wywołujące przysłowiową burzę w szklance wody zagadnienie. Nie bez znaczenia jest również dodający pikanterii fakt, że przygotowany do testu ewidentnie i niezaprzeczalnie przynależący do High-Endu przewód już na starcie i to w dodatku od samego producenta otrzymuje łatkę „budżetowości”.  Proszę się jednak tym szczegółem nie zrażać, gdyż sama forma, w jakiej powyższą informację jest podawana zasługuje na najwyższe noty, ponieważ nie dość, że punktem odniesienia jest uznawany przez co poniektórych za niedoścignioną referencję Harmonix X-DC SM Million Maestro, to jeszcze zamiast aspektu finansowego przywoływana jest jedynie kwestia umknięcia, niezałapania się na limitowanego flagowca. Po prostu dyplomacja najwyższych lotów, a sam fakt, że za 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO, bo to o nim będzie dzisiaj mowa, przyjdzie nam zapłacić połowę, tego co za Milliona należy odbierać jedynie w kategoriach dobroduszności i łaskawości wytwórcy.

Jak zwykle w przypadku niemalże wszystkiego, co wyszło do tej pory spod rąk Pana Kazuo Kiuchi (Combak Corporation) tak i tym razem dostępne szczegóły natury konstrukcyjnej można określić, i to przy sporej dawce dobrej woli, jako … niezwykle lakoniczne. Generalnie Mistrz Kendo uważa, że ciekawskim powinien wystarczyć fakt, iż wszystkie materiały wykorzystane do produkcji tytułowego przewodu zostały starannie dobrane a wykonanie jednego kabla zajmuje wyszkolonemu technikowi ponad 40 godzin pracy. Jesteście Państwo usatysfakcjonowani? Ano właśnie, my też nie. Dlatego też na otarcie łez możemy jedynie dodać, że miedziane, długo-krystaliczne przewodniki są kierunkowe, odlewane i powoli schładzane a nie jak to zwykle ma miejsce wyciągane.  Oczywiście proces skręcania i nakładania dielektryka odbywa się ręcznie a całość konfekcjonowana jest rodowanymi wtykami Wattgate 390iRH / 350iRH uszlachetnionymi drewnianymi tulejami. Nie zabrakło również stosownego, ozdobnego drewienka z tabliczką znamionową nanizanego na czarno-granatowy tekstylny peszelek nadający całości mało absorbującego wizualnie sznytu.
Ewentualny niedosyt związany z zagadnieniami natury metalurgiczno-konstrukcyjnej z nawiązką rekompensuje za to opakowanie w jakim ‚Takumi’ jest oferowany, choć jego zewnętrzna kartonowa kredowobiała powłoka wcale na to nie wskazuje. Ot zwykłe pudełko, w którym równie dobrze mogłyby być buty, tort, lub dajmy na to czapka z nutrii. Jednak po pozbyciu się warstwy ochronnej sytuacja diametralnie się zmienia i nie tyle wkraczamy, co zostajemy teleportowani w ekskluzywny świat luksusu prosto z Kraju Kwitnącej Wiśni. W dodatku projekt i samo wykonanie temotobako, czyli klasycznego japońskiego pudełka tomobako z drewna Kiri, w jakim z reguły sprzedawane są m.in. kosztujące nieraz małą fortunę kimona, a tym razem mieszczące przewód zasilający zdecydowanie wykracza ponad poziom opakowania niedawno przez nas testowanych słuchawek Final Sonorus X. No może z wyjątkiem śnieżnobiałego futerka, którego tym razem zabrakło, choć z drugiej strony zawsze można dowolne wyściełanie wykonać samodzielnie w ramach DIY.

Choć dział marketingu Combak Corporation stara się jak może, żeby nabywcy decydując się na 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO mieli przeświadczenie, że otrzymują „prawie”, lub jak kto woli „niemalże” Milliona, to mając możliwość porównania obu przewodów 1:1 śmiem twierdzić, że jeśli tylko nie dysponujemy funduszami na flagowca, to lepiej … samopoczucia sobie nie psuć. Humor za to zdecydowanie poprawia bratobójczy sparring z X-DC350M2R, który również na stanie posiadamy. Dziwne? Niekoniecznie, za to niewątpliwie logiczne. Jest jednak małe „ale”. O ile bowiem przesiadka z 350-ki na Maestro powoduje prawdziwą euforię graniczącą z chęcią wciśnięcia swoich ciężko zarobionych pieniędzy sprzedawcy, to już przeskok z Maestro na Milliona już tak spektakularny nie jest. Jest oczywiście lepiej, ba lepsze jest dosłownie wszystko, jednak niejako z automatu włącza się nam tryb asekuracyjno-zdroworozsądkowy powodujący dłuższą zadumę nad tym, czy rzeczywiście warto za owe „tylko trochę” dopłacać drugie tyle. Takie są jednak blaski i cienie High-Endu i jeśli  tylko decydujemy się na wejście w ten nad wyraz chimeryczny świat musimy niestety stosować się do panujących tam reguł gry. Nie czas jednak na czysto akademickie dywagacje, gdyż trzeba zakasać rękawy i zająć się dzisiejszym bohaterem.

Na początek dobra wiadomość dla nas – audiofilów i zła dla wszystkich tych, którzy uparcie i irracjonalnie negują wpływ okablowania na brzmienie systemów audio. Maestro bowiem słychać a dokładnie słychać jego obecność w torze i to niezależnie od urządzenia, które przypadnie mu zasilać. W dodatku 聖HIJIRI ‘TAKUMI’ nie tyle „robi dźwięk”, co „robi muzykę” zgodnie z własną – firmową recepturą.  Recepturą, którą umownie możemy określić ewolucją tego, co miał do zaoferowania dumpingowo wyceniony 聖Hijiri Nagomi. Bardzo przepraszam wszystkich tych, którzy powoli mają dość rodzinnych porównań japońskich wyrobów, ale akurat w przypadku przewodów sygnowanych przez Combak Corporation relacje pomiędzy poszczególnymi modelami i ich usytuowanie w drzewie genealogicznym pozwala spojrzeć nie tylko głębiej, co przede wszystkim szerzej na wprowadzane na rynek „nowalijki”. Tutaj nic nie dzieje się przez przypadek i w pośpiechu, gdyż wszystko odbywa się zgodnie z konfucjańskimi dogmatami zachowania harmonii poprzez poszanowanie hierarchii, ładu i tradycji. Dlatego też każdy nowy produkt nie jest samodzielnym, oderwanym od rzeczywistości i dotychczasowych modeli bytem, lecz częścią większej, spójnej i harmonijnej całości. Dzięki temu sięgając po ‘TAKUMI’ mniej bądź bardziej (pod)świadomie oczekiwałem ponadprzeciętnej gładkości idącej w parze z równie podkreśloną muzykalnością i … się nie zawiodłem.

Leonard Cohen na swoim pożegnalnym albumie „You Want It Darker” brzmi mocniej, bardziej namacalnie i niejako ciemniej, lecz bez nawet najmniejszego spadku rozdzielczości. Wokal podany jest blisko, nieco bliżej niż z innymi przewodami jakimi podczas testu dysponowałem, ale nie sposób zarzucić takiej prezentacji ofensywności, czy napastliwości. Ot po prostu usiedliśmy tuż przy scenie i mamy, niestety już nieżyjącego, barda niemalże na wyciągnięcie ręki. Jednak kiedy z głośników dobiega „Hineni, hineni I’m ready, my Lord” trudno nie poczuć na karku ciarek i świadomości końca pewnej epoki. Jednak w głosie Cohena nie ma żalu, nie ma buntu a słychać jedynie zmęczenie  i pełną zgodę na to, co nieuchronne. Wbrew pozorom ten album nie jest łatwy i gdy cichną ostatnie takty „String Reprise / Treaty” za bardzo nie wiadomo co ze sobą zrobić. Tutaj na równi z muzyką pierwsze skrzypce grają emocje a ich ładunek jest przez Hijiri dodatkowo potęgowany.
Równie lirycznie jest na „Almost Unplugged” Europe, gdzie obecność publiczności, kwartetu smyczkowego i przearanżowane na nieco spokojniejsze niż w wersjach pierwotnych największe przeboje szwedzkiej supergrupy zyskały drugą młodość a kilka coverów udowodniło, że i z klasyką rocka („Wish You Were Here” panowie nie mają najmniejszych problemów. Struny gitar lśnią w świetle reflektorów, Tempest czaruje barwą i mocą swojego głosu, zdecydowaną większość żeńskiej publiczności wprawia w słyszalną od czasu do czasu ekstazę. Jest ładnie, ba rzekłbym nawet pięknie, ale bez zbytniego przesłodzenia, bez mdłego lukru zabijającego głęboki smak domowego ciasta. O przestrzenności – akustyce samego nagrania można tylko powiedzieć, że jest, bo niestety dla dźwiękowca najwidoczniej nie ona była wtenczas priorytetem. Wystarczy jednak sięgnąć po zrealizowany z nieco większą dbałością o niuanse i niezaprzeczalnie bardziej spektakularnym rozmachem album „Symphonica” George’a Michaela, by na własne uszy przekonać się jak dojrzały i wyważony dźwięk oferuje najnowsze dzieło Senseia Kiuchi. Takumi nieco zagęszcza, nieco osadza dźwięk w okolicach niższej średnicy, ale ani go nie przyciemnia, ani tym bardziej nie traci kontroli nad najniższymi składowymi, których kreślone odrobinę grubszą kreską kontury z łatwością utrzymują punktualność basu. Trudno jednak mówić w tym przypadku o  tzw. analityczności w stereotypowym pojęciu tego słowa, bo granatowo-czarny przewód jest jak to tylko możliwe jej daleki. Tutaj nie ma dzielenia włosa na czworo i wycinania z tła, z niemalże neurologiczną precyzją, poszczególnych źródeł pozornych. Jest za to przez cały czas obecna zdecydowanie bardziej naturalna i tak prawdę powiedziawszy oczekiwana na tych pułapach cenowych rozdzielczość. Mamy zatem zarówno szeroką perspektywę rozgrywającego się spektaklu, ale i wgląd w partie poszczególnych instrumentów i wokalistów, ale z zachowaniem zarówno znanej z życia perspektywy, jak i oczywistym, wraz z oddalaniem się od pierwszego planu,  rozmywaniem się drobnych detali. Przecież nawet siedząc w pierwszych rzędach filharmonii i posiadając sokoli wzrok nie jesteśmy w stanie dostrzec niuansów sukni klarnecistki, czy splotu sznurówek ulokowanego na szarym końcu perkusisty obsługującego bęben wielki. Jeśli takie niuanse byłyby nam podawane prosto na twarz, to takie zjawisko byłoby nie tylko dziwaczne, co nienaturalne, a tytułowy Hijiri gra bezapelacyjnie naturalnie i to naturalnością iście organiczną – bez sztucznych barwników i polepszaczy smaku.
Na nieco mniej cywilizowanym repertuarze, czyli najnowszej Metallice „Hardwired…To Self-Destruct (Deluxe)” bardzo szybko okazało się, że konfucjański stoicyzm Japończyka wcale nie jest przeszkodą w wygenerowaniu iście apokaliptycznej kakofonii bez nawet najmniejszych oznak złagodzenia, czy spowolnienia przekazu. Oczywiście nadal słyszalne jest dosaturowanie średnicy, ale zabieg ten jedynie zwiększa atrakcyjność spektaklu poprzez podkreślenie namacalności pasma, w którym tak naprawdę najwięcej się dzieje i w którym James Hetfield nader dziarsko porykuje. Udaje się dzięki temu uniknąć tak zabójczego dla metalu osuszenia i odchudzenia przekazu, przez co nawet dłuższy odsłuch utrzymany w takich klimatach nie wydaje się, przynajmniej dla mnie, zbyt dużym wyzwaniem.

聖HIJIRI ‘TAKUMI’ MAESTRO to bezapelacyjnie pełnokrwisty członek jednego z najznamienitszych japońskich rodów – Combak Corporation. W swoim brzmieniu nader umiejętnie łączy spontaniczność usytuowanego na niższym szczeblu hierarchii Nagomi z zaskakująco wysokim (procentowo) udziałem cech topowego Harmonixa X-DC Million Maestro, czyli dynamiką, nasyceniem, gładkością i … po prostu kompletnością – skończonością. Nie jest przy tym przesadnie ocieplony i niemalże lepki, co można było w niektórych konfiguracjach zarzucić X-DC350M2R. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak gorąco odsłuch tego przewodu Państwu zarekomendować mając jednocześnie świadomość, że ‘TAKUMI’ raz usłyszany zapada w pamięć i wypaść z niej nijak nie chce. Ale to dobrze, bo mając taki punkt odniesienia nietrudno będzie stworzyć swój własny ranking kabli zasilających.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 19 900 zł/1,5 m, 21 990 zł/2 m, 23 990 zł/2,5 m, 25 990 zł/3 m

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Transport CD: C.E.C. TL 0 3.0
– DAC: C.E.C. DA 0 3.0
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Octave V110 na KT150
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Acoustic Zen Twister
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

Graham Audio LS5/8

Opinia 1

Gdy czasami zastanawiacie się, jaki właściwie jest bezwzględny wzorzec dźwięku, do którego w swej batalii o jak największą przyjemność ze słuchania muzyki teoretycznie powinniśmy dążyć, odpowiedź wydaje się być zaskakująco łatwa. Dźwięk słuchany na żywo. I niestety w momencie wypowiedzenia tych magicznych słów, drogi prawie wszystkich audiofilskich dusz praktycznie rzecz biorąc zaczynają się rozchodzić. Dlaczego? Sprawa jest banalna, gdyż w obecnym momencie nie dysponujemy tak dobrym sprzętem audio – bez względu na cenę, żeby osiągnąć to, z czym obcujemy na różnorakich koncertach. Ja wiem, że każdy ma u siebie materializujących się artystów, ale jeśli jesteście święcie przekonani, że wreszcie złapaliście tego upragnionego króliczka, pożyczcie jeden, dosłownie jeden talerz od znajomego perkusisty i kolokwialnie mówiąc przywalcie w niego zza ucha otrzymaną w komplecie pałką. Po co? Dla mnie jest to pytanie retoryczne, ale jeśli uważacie to doświadczenie za zbędne, gdyż po wielu latach poszukiwań wszystko już wiecie, mając za sobą odsłuchy dziesiątek zestawów z najwyższych półek cenowych jestem gotów stwierdzić, że nie macie pojęcia o wygenerowaniu prawdziwego dźwięku w domu. Odpowiedź dlaczego, da Wam jedynie zaproponowana przeze mnie próba, ale żebyście nie sądzili, iż pozjadałem wszelkie rozumy dodam, że ja również daleko jestem od wspomnianego nadal niedoścignionego wzorca. Tak więc, gdy temat nieosiągalności pewnych zjawisk mamy mniej więcej wyartykułowany, należy się przyjrzeć, jakimi drogami staramy się do niego choćby zbliżyć. I tutaj zaczynają się schody, bowiem co audiofil to inna teoria, a dokładnie stawianie na nieco inną estetykę brzmienia jego systemu. Jeden stawia na szybkość ponad wszystko. Inny zaś na w miarę równe rozdzielenie aspektów pomiędzy narastaniem, a wypełnieniem dźwięku. I chyba znakomicie zdajecie sobie sprawę, że wyliczanka mogłaby być bardzo długa, dlatego też zbliżając się do zdradzenia naszego tajemniczego gościa przywołam szkołę, którą stosunkowo niedawno, bo jakieś pięć lat temu i ja podążałem. Chodzi mianowicie o skierowanie swojej uwagi na najbardziej przemawiający do osobnika homo sapiens zakres średniotonowy, który według szkoły BBC ma wręcz idealnie odwzorowywać głos ludzki. To oczywiście natychmiast rodzi gro problemów z innymi zakresami częstotliwościowymi, ale zakręcona na tym punkcie grupa jest w stanie oddać ostatnią iskrę z blachy perkusisty, byleby wokal uwielbianej śpiewaczki swym realizmem powodował u nich stany lękowe. Jak myślicie, o czym będziemy rozprawiać? Oczywiście o kolumnach ze szkoły brzmienia rodem ze wspomnianego radia BBC, a konkretnie mówiąc topowymi zespołami głośnikowymi LS5/8 marki Graham Audio. Miło mi oświadczyć również, iż owym brandem na naszym rynku opiekuje się warszawski Audiopunkt.

Kolumny Graham’a są teoretycznie tak banalnie zbudowane, że opis wizualny nie zajmie zbyt wielu linijek. Jednak sprawa banalności jest trochę krzywdząca, gdyż owszem, skrzynki przypominając stare pralki są klasycznie toporne, ale właśnie ta owiana legendą prostota, jest tym co tygrysy lubią najbardziej. Ale to nie jedyny myk tych konstrukcyjny. To dla wielu obecnie projektujących zespoły głośnikowe inżynierów jest nie do pomyślenia, ale skrzynki LS-piątek są tak cienkie, że najzwyczajniej w świecie grają niczym odtwarzane przez nie instrumenty. Powiem więcej, widoczną na zdjęciach nieskończoną liczbą śrub wręcz się je stroi. To przecież zakrawa o samobójstwo, ale tylko do momentu zderzenia się z ich propozycją oddania realiów ludzkiego głosu. Kończąc temat wizualizacji nie pozostaje mi nic innego, jak dodać, że owe cienkie ścianki skrzynek od wewnątrz wyklejono czymś w rodzaju watoliny, na froncie kolumn umiejscowiono dwa głośniki (jeden wysokotonowy, a drugi średnio-niskotonowy), otwór bass-refleksu i wyprowadzone na zewnątrz  styki zwrotnicy, a na plecach pojedyncze terminale głośnikowe. Tak mniej więcej wygląda pomysł na coś, co ma zniewolić nas swym pięknym brzmieniem. Brzmieniem, w którego tworzeniu pomagają firmowe, równie banalne w budowie jak same kolumny, pospawane z będących w przekroju kwadratem prętów standy. Puentując ten akapit niestety potencjalnych nabywców muszę ostrzec, że przed pokazaniem swojej  wizji salonu z Waszym sonicznym marzeniem drugim połówkom musicie nazbierać w pożyciu małżeńskim bardzo wiele punktów dodatnich. W innym przypadku lądujecie z Grahamami w przytułku dla molestowanych mężów. Ostrzegam, to nie są żarty, tylko dobra rada. Dla uspokojenia atmosfery dodam jednak, że dostarczone w komplecie czarne maskownice nieco łagodzą pierwszy wizualny szok, ale jeśli to dziewczyny płacą rachunki, konsekwentnie proponuję przygotować się na ciężkie starcie.

Przyznając się we wstępniaku, że mam za sobą kilkuletni epizod z tą szkołą grania, teoretycznie ów test powinien być wielką rzeką pochwał. I wiecie co? Prawie tak będzie. A dlaczego prawie? Już objaśniam. Niestety zawsze przychodzi czas, że albo dojrzewamy do zmian z racji zwiększenia swoich wymagań, albo najzwyczajniej w świcie ze znudzenia się danym dźwiękiem. Nie w sensie odbierania go, jako coś złego, ale raczej z chęci poszukania czegoś nowego. Co jednak jest istotne, zawsze staramy się odejść od tej przecież dotychczas fajnej drogi przez muzykę tylko w minimalnym stopniu. Jednak gdy po latrach zmian i przypuszczeń, że nadal podążamy z kiedyś obranym nurtem będziemy mieli możliwość skonfrontowania starej i nowej odsłony brzmienia, nagle okaże się, jak bardzo daleko nam do zamierzchłych czasów. Dlaczego to piszę? Ano dlatego, że gdy topowe Grahamy zawitały pod moją strzechę, na własne uszy przekonałem się, co w imię poszukiwań lepszego dźwięku musiałem oddać. Niby niewiele, ale na tyle dużo, że bezpośrednie porównanie jeden do jeden obydwu konkurujących ze sobą konstrukcji stawia je w innym świetle. A co takiego oddałem? Niestety plastykę dźwięku. To słychać od pierwszego taktu muzyki. Nawet gdybyśmy  puścili najbardziej wściekłego rocka, będący przypisanym konstrukcjom spod znaku BBC patent na środek pasma zaczyna pokazywać nam, jak blisko prawdy można oddać ludzki głos. I powiem Wam, gdy coś takiego lubicie, włos na głowie w dobrym tego słowa znaczeniu zaczyna się jeżyć. Tak tak, opisuję własne zanotowane po latach przerwy odczucia. A co w takim razie zyskałem? Na szczęście, jeśli wiemy czego chcemy, zawsze jest pozytywne coś za coś. W tym przypadku nie jest to takie drastyczne, ale odejście od przepięknie wybrzmiewającej średnicy pozwoliło mi znaleźć drobną wyczynowość na skrajach pasma. Głównie chodzi mi o sprężystość i zejście basu, a także swobodę i oddech wysokich tonów, przez co przekaz staje się nieco szczuplejszy, ale za to równiejszy, czyli bardziej spójny. Nadal kocham wokalistykę, ale człowiek to nie krowa i często zmienia zdanie, czego efektem jest przesiadka na dzisiejsze kolumny. No dobrze, wytłumaczyłem się, dlaczego nie żałuje odejścia od świata bezwarunkowej miłości do wokalistyki, zatem jak grają LS5/8?
Gdyby sekundantem miała zostać Diana Krall z krążkiem „Love Scenes”, jej epatujący erotyką od pierwszej do ostatniej nuty głos pokazał – ups. raczej przypomniał mi, że to jest prawdziwe clou tych konstrukcji. Ostatnimi czasy słyszałem wiele odsłon tego krążka, ale nigdy, powtarzam, nigdy w tak zniewalającej odsłonie. Pani Krall mogłaby śpiewać o przysłowiowej „dupie Maryny” – chociaż trzeba przyznać, że wiele dzisiejszej twórczości muzycznej o tym rozprawia, a i tak bez najmniejszego problemu dostawałbym swoistego ślinotoku. Ja wiem, że to jest mocne naciąganie faktów sonicznych do jednego zagadnienia, ale przecież nikt nikomu nie wkłada Grahamów do domu na siłę, dlatego fantastyczną sprawą jest byt podobnych konstrukcji na rynku. Ale wróćmy do produkcji wspomnianej Diany. Dlaczego? Niestety, takie stawiające na kolorystyczne smaczki działania mają swoje konsekwencje w innych zakresach częstotliwościowych. Skutki prawie natychmiast odczuwamy w prezentacji kontrabasu, czy stopy perkusji. Są obszerniejsze i rysowane grubszym rysikiem. Ale od razu uspokajam, nie jest to wada skreślające opisywane konstrukcje z listy odsłuchowej, tylko stawiając jedynie na piękno środka musimy stracić nieco kontroli nad skrajami pasma. Bas często  staje się nieco obszerniejszy, a góra w imię unikania rozjaśniania wokalizy potrafi lekko się cofnąć. Po prostu dostajemy przekaz, w którym prym wiedzie najważniejszy dla gatunku homo sapiens aspekt, reszta zaś pozostaje w idealnej z nim symbiozie. Jeśli to komuś nie odpowiada, zwyczajnie odpuszcza temat, jednak jeśli ma w sobie choćby minimalne pokłady romantyzmu, nie radzę zbliżać się do LS – piątek. Może będę trochę tendencyjny, ale nie wyobrażam sobie dzisiejszej sesji recenzenckiej bez repertuaru Johna Pottera i jego korzystającego z twórczości Claudio Monteverdiego dzieła. Gęstość głosu i masa klarnetu basowego w pewnych momentach przyprawiała mnie o myśl: „ A może by tak drugi set w dawnym pokoju na górze?”. To naprawdę potrafi zniewolić. I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że kilka zdań wcześniej zaznaczona lekka oszczędność górnych rejestrów w ogóle nie przeszkadzała w wiernym oddaniu atmosfery odwiedzanego przez Johna z ekipą kościoła. W tym repertuarze to nie ma najmniejszego znaczenia, dlatego jeśli ktoś słucha bardzo określonej muzy, zawsze radzę mu, aby tak konfigurował system, by wyśmienicie pokazując co w takim repertuarze drzemie wyciskał z niego siódme poty. To często torpedowane jest twierdzeniem, że dobry sprzęt ma zagrać wszystko, ale zdajecie sobie sprawę, że ten uniwersalny prawdopodobnie zagra to wszystko dobrze, jednak nie tak dobrze, jak dedykowany do danego zadania. Gdy ktoś twierdzi inaczej, do czego oczywiście ma prawo, wiem wówczas, że nie znajdziemy nici porozumienia i odpuszczam temat. Jeśli jednak nadajemy na podobnych falach, staram się takiemu osobnikowi pokazać, o co warto walczyć. A zapewniam, że jest o co. Powoli zbliżając się ku końcowi tego powrotu do zamierzchłych czasów wziąłem na tapetę materiał czysto elektroniczny, czyli znaną wszystkim grupę Massive Attack i jej kultowy krążek „Mezzanine”. Efekt? Będąc do bólu obiektywnym muszę przyznać, że jedynie wokal bronił się znakomicie. Reszta artefaktów basowo-przesterowych była co najwyżej poprawna, gdyż ani góra nie cięła powietrza jak powinna, a i bas nie schodził tak głęboko i sztywno, do czego przyzwyczaiły mnie zdecydowanie lepiej kontrolujące to pasmo konstrukcje. Jednak przypominam, to z założenia nie jest docelowy repertuar dla tych kolumn i stawianie nich krzyżyka jest nieuprawnione i wiele mówi o samym opiniodawcy. Reasumując, mimo, że nie przepadam za nadmiernym smaganiem moich uszu sztucznymi piskami, to w tym przypadku całość prezentacji naprawdę była zbyt asekuracyjna, jednak mierząc siły na zamiary umiałem przejść nad tym do porządku dziennego. Co by jednak nie pisać, bez względu na wynik tej pozycji płytowej ze spokojem ducha twierdzę, że to są fantastyczne kolumny dla wiedzącego czego oczekuje od systemu audio melomana.

Fajnie jest czasem wrócić do dawnych, ale jakże miłych czasów. Czy żałuję decyzji odejścia od tej szkoły grania? Z powodów opisanych na samym początku nie. A czy jestem w stanie zachęcić kogokolwiek do testowanych naśladowców ludzkiego głosu? Z całą stanowczością tak. To jest całkowicie inny świat. Wszyscy, nawet ci, którzy twierdzą, że podczas słuchania muzyki mają artystę bądź artystkę na kolanach, a nie czerpią tych informacji z podobnych do Grahamów LS5/8 kolumn, nie wiedzą, że są jeszcze daleko od wierności tego uczucia. To naprawdę jest zbliżony do spotkania na żywo przekaz. Oczywiście nie ma róży bez kolców, którymi w tym przypadku są stawiające na pomaganie średnicy inne zakresy częstotliwościowe. Ale to odstępstwo nie jest jakąś totalną degradacją, dlatego musicie się z nimi zmierzyć. Ale ostrzegam, jeśli w głównej mierze stawiacie na muzykalność swojego systemu, prezentowane kolumny są tymi, z którymi podczas słuchania muzyki z uśmiechem na twarzy można zejść z tego świata. I mówię to ja, tryskający szczęściem życia codziennego, mogący pozwolić sobie na trochę więcej sprzętowego luksusu, nadal kochający przywoływany świat wokalistyki, niepokorny audiofil.

Jacek Pazio

Opinia 2

W czasach gdy bycie slim&fit wydaje się nie świadomym wyborem a smutną koniecznością (vide dostępne rozmiarówki ubrań), gdy wszystko, włącznie z muscle-carami musi, po prostu musi być eco a próba przepuszczenia kobiety w drzwiach może skończyć się oskarżeniami o seksizm powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że tak naprawdę jednym z ostatnich bastionów normalności jest Hi-Fi ze swoim high-endowym odłamem. Pomimo usilnych starań indolentnych urzędasów nadal, bez najmniejszego trudu możemy nabyć pochłaniające irracjonalne ilości kW i grzejące niczym piece kaflowe wzmacniacze, potykać o grube, przypominające węże strażackie kable, słuchać pamiętających młodość naszych rodziców winyli i w nieskończoność żonglować lampami z czasów, gdy to one królowały na rynku. Ot taki rezerwat „osobliwości”, jak jeden z dystrybutorów raczył był określić własną ekspozycję zawierającą m.in. najsławniejsze modele Sonus faberów. Ale niech będzie, wolę siedzieć w tym rezerwacie aniżeli wraz z ciemną masą podążać za bylejakością, plastikiem i kompresją. Dlatego też w momencie, gdy w naszym zasięgu pojawiły się będące możliwie wierną inkarnacją  i klasyką klasyki lat 70-ych największe z ówczesnych monitorów BBC czyli LS5/8 firmowane przez brytyjską manufakturę Graham Audio czym prędzej  przygarnęliśmy parkę na testy.

Zanim jednak zagłębimy się w meandry wybrzmień i linii melodycznych warto nieco przetrzepać drzewo genealogiczne Grahamów by mieć świadomość, że wzorowane na oryginałach, zamontowane we współczesnej wersji LS5/8 przetworniki nisko –średniotonowe wytwarzane są przez firmę Volt a i same konstrukcje w stosunku do swoich protoplastów różni dość istotny szczegół. Oryginalne, znaczy się te „ z epoki” LSy, były aktywne (początkowo zasilane zmodyfikowanymi Quadami 405 – AM8/16, w późniejszych wersjach dedykowanym wzmacniaczem Chord Electronics) a produkowane przez Grahama sztuki są pasywne. Jednak wykonane pod czujnym okiem Dereka Hughesa, syna Spencera i Dorothy – założycieli Spendora, przeprojektowanie wzorca musiało skończyć się sukcesem, gdyż tytułowe kolumny uzyskały stosowną licencję i prawo do powoływania się na BBC. Jest też druga strona medalu – owe uprawnienia licencyjne oznaczają również konieczność odprowadzania przez Grahama po sprzedaży każdej pary stosownych tantiem do kasy BBC. Zdecydowanie mniej bolesną powinnością wydaje się za to zachowywanie charakterystyk wszystkich sprzedanych par, by w razie konieczności naprawy móc odpowiednio je zestroić ze wzorcem. Nie ma lekko, ale jak to mówią szlachectwo zobowiązuje.

Jak na współczesne standardy LS5/8 charakteryzują się dość masywną posturą. Mało nowoczesne a przy tym akceptowalne przez przedstawicielki płci pięknej proporcje i wynosząca imponujące 109 litrów, dla porównania plasujące się oczko niżej LS5/9 mogą pochwalić się zaledwie 58 litrami, pojemność skrzyń dość jednoznacznie wykluczają z grona docelowych odbiorców miłośników anorektycznych smukłości w stylu System Audio, czy DoAcoustics Armonia Mundi Impact. Jeśli jednak wahamy się pomiędzy trójdrożnymi Spendorami SP100R2 a podobnymi im Harbethami Monitor 40.2, to i dwudrożne Grahamy wypadałoby dołączyć do listy. Całe szczęście tytułowe „maleństwa” nie są przesadnie ciężkie, gdyż obudowy monitorów wykonuje się ręcznie z warstwowej dość cienkiej sklejki brzozowej, wykończonej naturalnym fornirem a do wytłumienia używa się mat  bitumicznych. Krótko mówiąc wbrew obowiązującym obecnie tendencjom do możliwie jak największego zminimalizowania wpływu obudów na charakterystykę pracy głośników Grahamy reprezentują starą, angielską szkołę „grających”, lub jak kto woli strojonych niczym instrumenty skrzyń. O użytych drajwerach już co nieco napisałem, więc jeszcze tylko dodam, że ilość/charakter wysokich tonów w zakresie ± 2 dB można we własnym zakresie, z niewielka pomocą lutownicy regulować przepinając stosowne druciki na znajdującym się na froncie panelu. Dodając do tego ilość śrub mocujących ścianę przednią, jak i dość kontrowersyjną urodę mid-woofera cieszy fakt obecności szczelnych i nadających całości nieco bardziej akceptowalny sznyt maskownic.
Terminale są solidne i pojedyncze, co pozwala uniknąć zbędnych dylematów dotyczących stosowanego okablowania – ma być jak najlepsze i nie ma co się rozmienić na drobne kombinując z bi-wiringiem. Z podstawkami też nie ma co wydziwiać, bo może dedykowane nie wyglądają zbyt okazale, ale po prostu działają, czyli spełniają swoją funkcję i już.

Najogólniej rzecz ujmując brzmienie Grahamów jest równie oldschoolowe co ich design i prawdę powiedziawszy moglibyśmy w tym jednym zdaniu zawrzeć sens niniejszej recenzji. Tych, co wiedzą o co w klimatach BBC chodzi i tak nie trzeba przekonywać, a Ci co nie wiedzą, albo zakochają się w tej estetyce bez pamięci, bądź wręcz przeciwnie – uznają za dziwactwo i pójdą w swoją stronę. Krótko mówiąc Grahamy nikogo obojętnym nie pozostawią, bo pokazują świat muzyki z zupełnie innej, przez część zapomnianej a przez co poniektórych wręcz nieznanej, perspektywy. W porównaniu do zgodnie z obowiązującymi kanonami piękna można wręcz poważyć się o tezę, że nie mają ani najwyższej góry, ani najniższego dołu, przez co powinny być automatycznie wykluczone z grona Hi-Fi i skazane na banicję, gdyż po prostu grać nie potrafią. Problem jednak w tym, że Grahamy grają i to grają tak, że wbrew wszystkiemu, co napisałem wcześniej i niezbitym faktom, z danymi technicznymi włącznie, nie sposób się ich brzmieniem nie zachwycić. Oczywiście, jeśli preferuje się reprezentowaną przez nie estetykę. Ja preferuję, więc i przyjemność obcowania miałem niemałą. Przy tak dopalonej i wysyconej średnicy nie pozostało mi zatem nic innego aniżeli sięgnąć po kobiecy dream-team i na długie godziny zamknąć się w OPOSie z „Wallflower”  Diany Krall, „Lento” Youn Sun Nah i „Coming Forth by Day” Cassandry Wilson. Może nie są to najbardziej ambitne pozycje światowego jazzu i kobiecej wokalistyki, lecz na Grahamach zabrzmiały w sposób na tyle magnetyczny i zmysłowy, że pierwszy raz od dłuższego czasu zamiast podczas odsłuchu prowadzić wnikliwe obserwacje udokumentowane pisanymi na gorąco notatkami po prostu zapadłem głęboko w fotel i delektowałem się muzyką kontemplując jej piękno. Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że LS5/8 zabierają nas w magiczną podróż po krainie łagodności. Krainie, w której nie ma miejsca na szorstkość, nerwowość, czy laboratoryjny chłód. Jest za to na nieco powiększone źródła pozorne, intrygującą namacalność pierwszoplanowych wydarzeń i niewątpliwie zaokrąglony, ale daleki od utraty kontroli bas. W dodatku pomimo dość niezgodnych z obecnymi dogmatami akustyki proporcji tytułowe kolumny nie mają najmniejszych problemów z przysłowiowym znikaniem i nawet widoczne na zdjęciach, stojące w drugim planie, nasze ISISy nie były dla nich powodem do zmartwień. Ba, wbrew pozorom ich obecność nie była przypadkowa, gdyż przy blisko czterdziestometrowej kubaturze OPOSa i ponad dwóch metrach do tylnej ściany Grahamy grały zbyt zwiewnie i eterycznie a ustawienie za nimi Trennerów przywróciło brzmieniu systemu właściwą, lub jak kto woli oczekiwaną przez nas równowagę tonalną.
Myliłby się jednak ten, który przypiąłby LS-om łatkę idealnych reproduktorów „pościelowych smętów”, gdyż i w bardziej drapieżnym surowym repertuarze w stylu „La Futura” ZZ Top wcale nie było zbyt słodko, czy mdło. Co to to nie. Niby i tak nadal najważniejsza była średnica a skraje pasma pełniły jedynie rolę wobec niej służebną, ale od pierwszych dźwięków otwierającego album „I Gotsta Get Paid” bez większych oporów jesteśmy w stanie iść na takie ustępstwo i poświęcić nieco otwartości góry i konturowości basu. Co ciekawe, gdy trzeba przestrzeń jest kreowana nad wyraz realistycznie i nawet „Misa Criolla” z Mercedes Sosą chwyta za serce tak samo, bądź nawet silniej aniżeli na „współczesnych” konstrukcjach i całkiem sporo dzieje się „nad wokalistami”, ale uczciwie zaznaczę, że miłośnicy gry ciszą i niekończących się mikro wybrzmień mogą czuć w tej materii lekki niedosyt. Nie ma jednak co rozpaczać, bo nikt nie idzie w zaparte twierdząc, że LS5/8 to konstrukcje uniwersalne i do wszystkiego jak nie przymierając szwajcarski scyzoryk. O nie, tutaj sprawa jest jasna – one tworzą, roztaczają wokół siebie specyficzny i może wręcz nieco archaiczny klimat, ale jeśli tylko jesteśmy fanami tego typu prezentacji, to właśnie dopiero w ich towarzystwie jesteśmy w stanie osiągnąć pełnię szczęścia.
Skoro jednak mowa o szczęściu, to nie omieszkałem sięgnąć po tzw. repertuar z epoki protoplastów tytułowych monitorów i z Grahamów popłynęły dźwięki … wróć, popłynęła Muzyka. Prawdziwa Muzyka, gdyż trudno inaczej określić albumy „Singles 1965-1967” i „Hot Rocks 1964-1971” The Rolling Stones. Pomijając fakt licznych dubli, które po prawdzie zupełnie mi nie przeszkadzają, obu wydawnictw wreszcie można było poczuć a przede wszystkim usłyszeć o co tak naprawdę w fenomenie typowego, referencyjnego brzmienia monitora BBC chodzi. O magię związaną z ludzki głosem i niesamowitym bagażem emocji, jakie jest on w stanie nam dostarczyć. Jeśli nie wierzycie, to przygotujcie sobie zawczasu kilka pierwszych (najlepiej czarnych) krążków  wspomnianych Stonesów, Animalsów, czy Beatlesów a jesli ktoś woli coś łagodniejszego to np. Franka Sinatrę, wypożyczcie Grahamy, zaproście swoich rodziców i włączcie muzykę. Tak właśnie działa wehikuł czasu LS5/8.

Jak zdążyłem już wspomnieć wcześniej opisywane w niniejszej recenzji kolumny Graham Audio LS5/8 nie są adresowane do wszystkich i wszystkich nie uszczęśliwią. Nie uszczęśliwią też przeciętnego, statystycznego konsumenta skompresowanej papki wtłaczanej mu dzień w dzień przez „najlepsze rozgłośnie radiowe”. Dla niego będzie z reguły za mało „cykającej” góry, za mało podbitego – napompowanego basu a całość wyda się diametralnie, szokująco wręcz inna od tego, do czego zdążył się z biegiem lat przyzwyczaić, czyli bylejakości. Największe Grahamy są tego przeciwieństwem, są bowiem niezaprzeczalnie charakterystyczne, w tym najbardziej klasycznym, owianym legendą oldschoolowy stylu BBC. Jeśli jednak macie dość wszechobecnego plastiku i substytutów dawnych wartości pozwólcie się oczarować.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Audiopunkt
Cena: 40 000 PLN

Dane techniczne:
Konstrukcja: Dwudrożna, wentylowana
Obudowa: sklejka brzozowa okleinowana naturalnym fornirem (dostępne wykończenia: czereśnia, palisander, heban, inne na zamówienie).
Pasmo przenoszenia: 40Hz – 16kHz, ±3 dB
Impedancja: 8Ω
Skuteczność: 89 dB SPL (2.83V, 1m)
Zwrotnica: 1,8 kHz, HF 18 dB/okt, LF 12 dB/okt
Przetwornik wysokotonowy:  34 mm Son Audax HD13D34H
Przetwornik nisko/średniotonowy: 300 mm Diaphnatone (polipropylenowy)
Zalecana moc wzmacniacza: 50 – 250 W
Wymiary: 76 cm x 46 cm x 40 cm
Waga: 34 kg

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Astell&Kern Siren series

Po ogromnym sukcesie owocu współpracy Astell & Kern z JH Audio czyli serii słuchawek IEM najwyższej klasy ‘The Siren Series Universal fit IEMs” było pewnym, że w niedługim czasie dostaniemy kolejne modele tej serii.
Do sprzedaży trafiły niedawno najnowsze produkty z cyferką 2 w nazwie oraz dwie całkowite nowości Rosie i model przeznaczony dla mniej zasobnym klientów, ale bazujący na tym co potrafi i jak jest zbudowane droższe rodzeństwo – Michelle.

Oto co o modelu Michelle powiedział sam ich twórca Jerry Harvey:
„Michelle są zwieńczeniem tego co się nauczyliśmy przy projektowaniu oraz produkowaniu modelu Layla oraz Roxanne. Naszym celem było wykorzystanie jak najwięcej najnowszej technologii ale w bardziej przystępnej cenie. Szerokie pasmo przenoszenia wraz z technologią FreqPhase pozwoliło stworzyć bardzo dokładne, uniwersalne IEM. Michelle mają zaakcentowane górne rejestry i potężny bas który znajdziemy w IEM kosztujących dwukrotnie więcej niż Michelle”.

Słuchawki z serii Siren zachwycają. W nasze ręce trafiają prawdopodobnie najlepsze, ale chyba też najdroższe na świecie słuchawki tego typu – Layla II, które są ukoronowaniem wspólnych działań obu firm AK i JH. Ulepszono wszystko co tylko można było. Od zwrotnic po obudowy. W tej chwili słuchawki są bardziej wytrzymałe dzięki metalowej obudowie, ale też bardziej wygodne. Brzmienie osiągnęło kolejny szczyt możliwości. Poprawie uległy tez pozostałe modele Roxanne II i  Angie II, a model Rosie został zaprojektowany całkowicie od nowa i jest skierowany do bardziej uniwersalnego odbiorcy. Wspomniany wcześniej model Michelle to zwrot do mniej zamożnego klienta, o którego coraz częściej zabiega producent.



Cała seria Siren pomimo różnic w cenie i w możliwościach posiada wiele cech wspólnych co przy każdym modelu z oferty przekłada się na świetną jakość rezultatów.

•    FULL Metal Jacket
Każdy element korpusu słuchawki z serii Siren wykonany jest z jednej bryły tytanu, jedynie logo na korpusie to wkładka z włókna węglowego.

•    Wszystkie przetworniki to autorski nowy projekt
Ta seria IEM`ów została zaprojektowania do użytku jako narzędzia referencyjne do masteringu ze względu na użyty przetwornik, który został zaprojektowany w sposób umożliwiający uzyskanie minimalnych zniekształceń dźwięku. Przetwornik odpowiedzialny za średnie tony przedstawia sobą perfekcyjnie płaską charakterystykę w zakresie od 10Hz do 5Hz, natomiast przetwornik niskotonowy zapewnia nam stopniowany filtr dolnoprzepustowy praktycznie bez żadnych zniekształceń.

•    SoundrIVe Technology (Quad Driver Technology)
Seria Siren została wyposażona w system soundrIVe Technology oraz przetworniki quad Jerry Harvey. Najwyższy model czyli Layla II posiada system aż 12 zbalansowanych przetworników, które oferują najszerszy zakres częstotliwości, jaki kiedykolwiek można usłyszeć. Model podstawowy Michelle – oferuje 3 przetworniki na kanał.

•    FreqPhase Technology / Stainless Steel Tube Waveguide
Technologia FreqPhase zapewnia korekcję czasu i fazy wszystkich przetworników, dzięki czemu każdy sygnał przetwornika dociera do nas w 0,01 ms.

Każdy model słuchawek siren Series możemy indywidualnie dopasować do naszych upodobań dzięki zastosowanemu kontrolerowi niskiej częstotliwości z regulowaną podstawą (0 -/+ 13dB). Izolacja słuchawek jest na poziomie -26dB. W komplecie znajdziemy dwa zestawy specjalnie zaprojektowanych kabli połączeniowych, w tym jeden zbalansowany.
Oczywiście najlepszą jakość dźwięku uzyskamy w połączeniu z odtwarzaczami i urządzeniami Astell&Kern.
Słuchawki siren Series dostępne są do odsłuchu w wybranych sklepach Audiokracja w Polsce. Klientów zainteresowanych odsłuchem zapraszamy do kontaktu z wybranym Punktem Sprzedaży AK, których lista znajduje się na stronie astellnkern.pl.

Sugerowane ceny brutto
Layla II: 14 500 PLN
Roxanne II: 9 800 PLN
Angie II: 6 300 PLN
Rosie: 4 500 PLN
Michelle: 2 500 PLN

Dystrybutor: MIP

  1. Soundrebels.com
  2. >

Ayon Spirit PA

Opinia 1

Po dwutygodniowym, nad wyraz morderczym maratonie reportażowym, w ciągu którego nasz dzień pracy z reguły dobijał do osiemnastu – dziewiętnastu godzin wreszcie możemy choćby na chwilę usiąść, odpocząć i przy okazji zabrać się za rzeczy, na które przed AVS już czasu nam nie starczyło. Niby wszystko było obfotografowane, wstępnie opisane i tylko czekało na spięcie w jakieś bardzie formalne ramy, ale doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że akurat w ciągu dwóch pierwszych tygodni listopada i tak wszystkie oczy będą skierowane na warszawską, jubileuszową wystawę a cała reszta puszczana jest mimo uszu. Dlatego też skoro powystawowy kurz zdążył już nieco opaść postanowiliśmy wrócić na właściwe sobie recenzenckie tory i niejako na rozgrzewkę przyjrzeć się cóż Gerhardowi Hirtowi udało się nowego zmajstrować.

Mając na koncie odsłuchy … i coś mi się kołacze, ze recenzje też, chyba wszystkich inkarnacji jednego z najpopularniejszych wzmacniaczy zintegrowanych, jakie udało się austriackiemu Ayonowi wprowadzić na rynek właśnie zorientowałem się, że od testu najnowszej wtenczas – opartej na lampach KT150, wersji Spirita, bo to o nim mowa, upłynęły blisko trzy lata. Dla przedstawicieli domeny cyfrowej taki okres to wieczność, jednak dla miłośników analogu, czy właśnie lamp zegar tyka znacznie wolniej a ewentualne zmiany zachodzą w interwałach leniwie rozłożonych na dekady. Wolniej, jednak nie znaczy wcale, gdyż porównując tamtą – eksploatowaną przez nas sztukę z aktualnymi zdjęciami ze strony producenta widać, iż w międzyczasie m.in. podwojono liczbę lamp 6SJ7 – z dwóch sztuk do czterech. Cały myk jednak polega na tym, że tym razem na testy dotarł do nas oczywiście Spirit, lecz nie w formie integry a … stereofonicznej końcówki mocy o oznaczeniu Spirit PA.

Większość producentów chcąc stworzyć na bazie wzmacniacza zintegrowanego zestaw pre + power z reguły działa według z góry założonego schematu. Amputuje sekcję przedwzmacniacza pozostawiając jedynie stopień wejściowy końcówki mocy i odpowiednio rozbudowuje i obudowuje wycięte z dawcy organy dodając zasilanie i poprawiając to lub owo. Jaki los spotkał sekcję przedwzmacniacza prawdę powiedziawszy nie mam bladego pojęcia, gdyż patrząc na PA wyraźnie widać, że może i gałek na froncie mu ubyło a tak po prawdzie zostały całkowicie anihilowane, ale lamp zamiast mniej zrobiło się więcej. Jednak po kolei.
Jak to zwykle bywa w przypadku końcówek mocy płytę frontową Spirita zdobią jedynie centralnie umieszczone podświetlane firmowe logo i nazwa modelu w lewym dolnym rogu. Zdecydowanie więcej dzieje się na płycie górnej, gdzie oprócz czterech lamp mocy KT150 na pierwszym planie ulokowano kwadrę 12AU7 (amerykańskie NOS-y 6189W Jan Sylvania) i po parze 6SJ7 NOS General Electric na stronę. Oczywiście nie mogło zabraknąć firmowych, chromowanych „rondli” skrywających trafa.
Włącznik jak zwykle ukryto od spodu – tuż przy przednim lewym rogu, więc nie szpeci opływowych kształtów a i tylną ściankę graniczono li tylko do tych przyłączy, które są naprawdę niezbędne. Mamy zatem pojedyncze terminale głośnikowe (świetne WBT-y) oraz wejścia liniowe w standardach RCA i XLR ze stosownym przełącznikiem hebelkowym umożliwiającym ich wybór. Całość uzupełnia przełącznik uziemienia, przycisk trybu pracy (trioda/pentoda) i zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające nieopodal którego ulokowano niewielki wyświetlacz informacyjny.
Od strony czysto konstrukcyjnej warto wspomnieć, że PA jest urządzeniem w pełni zbalansowanym a o kondycję lamp dbają niezwykle łagodne procedury soft-startu i wyłączenia wspierane elektronicznymi systemami zabezpieczenia. Zadbano również o brak sprzężenia zwrotnego, możliwie najkrótsze ścieżki sygnałowe i rzecz oczywistą, czyli wzorcową wręcz sztywność i odporność na rezonanse obudowę. Wykonany z grubych płatów i profili szczotkowanego aluminium korpus Ayona jest bowiem niemalże całkowicie głuchy i całkowicie odporny, przez co w nawet najmniejszym stopniu nie zaburza pracy wrażliwych na drgania i inne interferencje lamp.

Przechodząc do wrażeń nausznych od razu zaznaczę, że pierwsze próby w trybie triodowym, choć początkowo wielce obiecujące dość szybko porzuciłem, gdyż moje Gaudery nie należąc do najłatwiejszych obciążeń, jak to mają w zwyczaju zaczęły dopominać się o dodatkowe Waty, które był w stanie zapewnić jedynie tryb pentodowy. Oczywiście kwestią otwartą jest co kto lubi i co się komu podoba, ale zarówno na „Rhapsodies” Stokowskiego, jak i na „The Astonishing” Dream Theater czuć było niewidzialną ścianę, przez którą w kulminacyjnych momentach dźwięk nijak nie chciał, nie mógł się przebić. Proszę się jednak powyższą dygresją zbytnio nie przejmować, gdyż jak do tej pory żaden lampowiec oferujący oba tryby pracy nie był w stanie sobie na triodzie z moimi Arconami na serwowanym mu moim dyżurnym repertuarze poradzić. Wyprzedzając nieco fakty wspomnę tylko, że podobnie zachował się ostatnio przeze mnie odsłuchiwany (recenzja wkrótce) Octave V110 uzbrojony w kwadrę KT150. Po prostu ten typ tak ma i już, a że uparcie sprawdzam czy przypadkiem stan ten nie ulega zmianie, to zupełnie inna bajka. Jeśli jednak zamiast, jak to co poniektórzy określają, łomotu i wielkiej symfoniki Wasze preferencje repertuarowe oscylują w okolicach krainy łagodności, gdzie niepodzielnie królują Divy w stylu Diany Krall, której „Wallflower (The Complete Sessions)” na Ayonie wypadł wręcz urzekająco, to wszystko będzie zależało od prądożerności kolumn, kubatury pomieszczenia odsłuchowego i oczywiście  poziomu głośności, ale o efekt końcowy bym się nie obawiał.
Mając zatem mniej więcej nakreślone warunki pracy tytułowej końcówki możemy skupić się na niej samej, czyli co i jak robi z dostarczanym jej sygnałem.  Pomijając oczywisty fakt wzmacniania, tego co Spirit dostaje na wejściach trudno jednak uznać, że mamy do czynienia z przysłowiowym „drutem ze wzmocnieniem” całkowicie transparentnym i niesłyszalnym w torze, bo tak nie jest. I wbrew pozorom nie jest to zła, lecz bardzo dobra wiadomość, gdyż decydując się na ponad trzydziestokilogramowego smoka z dumnie wyeksponowaną szklarnią i chromowanymi rondlami skrywającymi solidne trafa nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przecież oczekiwał laboratoryjnej antyseptyczności i dzielącej włos na czworo analityczności. W przypadku Ayona  po prostu słychać, że jest to dzieło człowieka kochającego muzykę i dążącego w swoich produktach do jak najbliższego zbliżenia się do tego, co słyszymy na żywo a nie przysłowiowego księgowego, który ogranicza się li tylko do chłodnych kalkulacji. Mamy zatem nasycenie, soczystość i muzykalność doprawione jednak odpowiednią dozą dynamiki i rozdzielczości. To nie jest milutkie, spowolnione, czy wręcz zmulone stereotypowe „lampowe” granie, co to to nie. Austriackie lampowce zawsze były i pomimo pewnego, acz niezaprzeczalnego ocieplenia wizerunku nadal są raczej ostrożne w serwowaniu zbytniej, karmelowej słodyczy. W zamian za to stawiają na właściwą rozżarzonym bańkom gładkość a odkąd na rynku pojawiły się i zostały przez Gerharda Hirta „oswojone” jedne z moich ulubionych lamp, czyli jajowate KT150 możliwie daleko im również od kanciastości, czy nerwowości jaka czasem rodzinie KT jest przypisywana. Nie oznacza to jednak, że w przypadku, gdy dźwięk mało przyjemny ma zostać odtworzony, bo taki właśnie znajduje się na materiale źródłowym – w ramach przykładu gorąco polecam sięgnąć po „Abyss (Deluxe Edition)” Chelsea Wolfe, to właśnie odpowiednią szorstkość, czy też surowość otrzymamy. O to proszę się nie obawiać. Może nie wszyscy z tego stanu rzeczy będą zadowoleni, bo nie ma co ukrywać, że część z nas niezależnie od słuchanego repertuaru oczekuje permanentnie i nieustająco „ładnego” brzmienia, lecz dla pozostałej części skażonej audiophilią nervosą populacji autentyczność posiadanych w płyto/pliko-tece surowych i garażowych nagrań jest nie tyle koniecznością, co oczywistą oczywistością i jakiekolwiek wygładzenie, dosłodzenie, czy polukrowanie jest ewidentną profanacją. Wspomniany krążek Chelsea jest ciemny, mroczny, niepokojący i wręcz depresyjny, jednak z pozornej nieprzeniknionej ciemności Ayon nader zgrabnie potrafi odseparować nie tylko ambientowe dźwięki, lecz również bardziej namacalne kontury źródeł pozornych. Głos wokalistki też nie jest rozmyty, lecz pomimo całej swojej eteryczności od razu materializuje się w naszym pokoju. Aby nieco przybliżyć Państwu panujący na tym albumie klimat powiem tylko tyle, ze mamy do czynienia z czymś zbliżonym do ostatniego krążka Dead Can Dance, lecz podanego w nieco wolniejszym tempie i dodatkowo dociążonego sporą dawką chropowatości i elektronicznej ziarnistości. Z pewnością brzmi to bardziej surowo, zadziornie niż DCD, ale o to właśnie chodzi. Przecież idąc dalej i włączając koncertowy soundtrack do „Metallica Through The Never” nikt zdroworozsądkowo myślący nie nastawia się na anielskie trele i eteryczne partie instrumentalne rodem z Monteverdiego. Dlatego też Ayon całkiem sugestywnie oddaje zarówno szalejącą na scenie ekipę „Mety”, jak  i wycie rozgrzanego do czerwoności tłumu. Tutaj nie ma miejsca na audiofilskie uniesienia i cyzelowanie dźwięków, czy grę ciszą. Tutaj ciszy po prostu nie ma, bo być jej nie może. Jest za to potężne, momentami przerażające wręcz metalowe pandemonium, gdzie zamiast czarnej otchłani tła są spoceni, niemalże obłąkani fani legendarnej kapeli. Co prawda gitarowe riffy są nieco przytępione, ale to nie wina amplifikacji, bo ta płyta po prostu tak jest nagrana. Dostajemy więc prawdę o nagraniu i majstrowania w dźwięku jest tu naprawdę niewiele – ot jedynie nieco dopalona średnica, co akurat przeszkadzać raczej nie powinno.
Całe szczęście na nieco bardziej zróżnicowanym materiale w stylu ścieżki dźwiękowej do „Django Unchained” do głosu dochodzi uniwersalność austriackiej amplifikacji, która pozwala czerpać sporo radości nie tylko z naturalnej barwy instrumentów akustycznych, jak i zakręconych niczym domek ślimaka symfoniczno – syntetycznych mixów w stylu „Unchained (The Payback / Untouchable)”. Szybkość, natychmiastowość zmian tempa i klimatów nie jest dla tytułowego wzmaka jakimkolwiek problemem a wręcz przeciwnie. Im bardziej nieprzewidywalną muzyczną strawą go nakarmimy i im więcej będzie w niej zwrotów akcji a cały spektakl zamiast sztywnej nasiadówki przypominać będzie szaloną jazdę rollercoasterem, tym lepiej. Nie wierzycie? W takim razie proponuję w ramach pracy domowej zaopatrzyć się w wydawnictwo „Pandoras Pinata” Diablo Swing Orchestra i po odsłuchu zmierzyć sobie ciśnienie. Istne szaleństwo? Oczywiście, ale właśnie w tym szaleństwie jest metoda na sukces. Skoro bowiem na tak obłąkańczej muzyce nie czuć ani braku mocy, ani problemów z rozdzielczością nawet na dalszych planach, to i na niezobowiązującym „plumkaniu” da sobie radę. Po prostu tego typu kakofonia jest w stanie w dość bezpardonowy sposób obnażyć niewydolność, czy też wąskie gardło systemu/urządzenia, lecz w przypadku PA owych słabych punktów po prostu nie ma. Oczywiście w skali bezwzględnej można lepiej, szybciej, mocniej, ale warto mieć na uwadze, że operując na poziomie 20-30 kPLN każde „nieco lepiej” w dowolnym aspekcie brzmienia skutkować będzie dość bolesnym drenażem portfela.

Zamiast skupiać się na próbach zadowolenia bardzo wąskiego grona odbiorców obracających się w jakiś niszowych klimatach, bądź puszczać oko do jeszcze nieuświadomionej ciżby podążającej szerokim strumieniem mainstreamowej papki sączonej przez największe rozgłośnie Ayon jest w stanie zadowolić praktycznie wszystkich. Może brzmi to jak utopia, ale mając go w torze efekt finalny zależeć będzie zarówno od źródła, jak i kolumn, więc kombinacji jest praktycznie nieskończenie wiele i tylko od naszej inwencji zależeć będzie w którą stronę pójdziemy. Jego lampowość, to tylko sposób, droga do osiągnięcia wyznaczonego przez konstruktora celu a nie ograniczenie, gdyż jest w stanie zagrać, i to z sukcesem, z większością dostępnych na rynku konstrukcji głośnikowych. Jeśli więc poszukujecie końcówki mocy, która oprócz wydajności zdolna jest również wykrzesać nieco słodyczy i czaru z waszego systemu i ulubionej muzyki posłuchajcie Spirita PA, gdyż na tym pułapie cenowym jest to jedna z ciekawszych propozycji. I jeszcze jedno. Tym razem atrakcyjny i przykuwający uwagę firmowy design otrzymujecie w gratisie, gdyż samo brzmienie warte jest każdej wydanej na nie złotówki.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Octave V110 na KT150
– przedwzmacniacz: Audionet PRE I G3
– Końcówka mocy: Audionet AMP I V
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Gdyby ktoś z oponentów próbował deprecjonować wszelkie konstrukcje audio oparte o technikę lampową twierdząc, że wszystkie karty zostały już rozdane, oficjalnie oświadczam, iż jest w wielkim błędzie. Owszem gro rozwiązań zostało już w pewien sposób usankcjonowane, ale rozwój działu zajmującego się odtwarzaniem dźwięku jest na tyle prężny, że producenci trącających myszką wspomnianych szklanych baniek idąc na przeciw coraz to większym wymaganiom melomanów konstruują coraz to nowsze, najczęściej pozwalające na wyciągnięcie kilku Watów więcej mocy z sekcji wzmocnienia modele lamp elektronowych. Oczywiście wielu konstruktorów mających już na tym polu w swoim portfolio sporą listę sukcesów stara się stronić od takich nowalijek, ale ostatnimi czasy sprawa negowania wszystkiego co nowe zdaje się być w defensywie i coraz częściej udaje nam się testować znane już od kilku dobrych lat bardzo ciekawe propozycje sprzętowe ubrane w nowe piórka – czytaj wersje lamp. Do czego piję? Ano do wyścigu zbrojeń wśród wzmacniaczy, które począwszy od lamp KT88, przez KT 90, potem 120, obecnie nie stronią nawet od wołających przez niektórych SET-owców o pomstę nieba KT 150. Tak tak, te przypominające swym wyglądem Wielkanocne Jaja pojemniki na próżnie są teraz w natarciu, czego idealnym przykładem będzie dzisiejszy bohater z Austrii, czyli będąca produktem marki AYON AUDIO stereofoniczna końcówka mocy SPIRIT PA, którą w celach testowych dostarczył krakowski Nautilus.

Budowa urządzeń AYONA, jak i większości tego typu rozwiązań opiera się na większej lub mniejszej platformie, na której umieszczono niezbędne do pracy urządzenia, najczęściej nie mieszczące się wewnątrz owej skrzynki transformatory i lampy elektronowe. Gdybyśmy spojrzeli na SPIRIT-a z lotu ptaka, okaże się, że jego obudowa jest sporej szerokości i głębokości mocno owalną na rogach płaszczką, na której w tylnej części znajdziemy trzy ubrane w walcowate połyskujące srebrem kubki wspomniane przed momentem trafa, a na froncie baterię lamp sterujących i wzbudzających skrajne emocje ze względu na kształt zbliżony do jajeczek wzmacniających. Wszystkich czytelników przerażonych taką ilością zasobników próżniowych od razu uspokajam, iż każdy z nich jest opisany, a w instrukcji znajdziemy, gdzie dana sztuka ma wylądować. Tak więc, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Kończąc opis dachu urządzenia trzeba wspomnieć, że dla celów wentylacji grawitacyjnej w frontowej i tylnej jego części znajdziemy jeszcze kilka ażurowych otworów. Front piecyka okupują jedynie usytuowane w jego centrum mieniące się ciemną czerwienią logo marki i w lewym dolnym rogu nazwa modelu. Tylny panel spełniając założenia bytu ostatniego elementu toru bez bezpośredniej regulacji głośności (to realizuje przedwzmacniacz) w swej skromności oferuje wejścia liniowe w standardzie RCA i XLR, pojedyncze terminale kolumnowe, gniazdo zasilające i przełącznik pracy Trioda/ Pentoda. Włącznik główny znajdziemy pod spodem urządzenia przy panelu przednim. Co chyba wydaje się być ważnym bez względu na fakt lubienie lub nielubienia jakichkolwiek konstrukcji lampowych, konfrontacja srebra obudów transformatorów, szkła lamp i czerni drapanego aluminium głównej obudowy jest według mnie fantastycznym i w wielu wypadkach bardzo mocno wpływającym na decyzję zakupu zabiegiem podprogowym. Ja wiem, że trochę nieładnie jest, skrycie atakować nasze poczucie piękna, ale z drugiej strony trzeba powiedzieć, że prezentowany design idealnie wpisuje się w obowiązujący obecnie trend wzorniczy, dlatego jeśli nawet w tym starciu przegramy, z rozdzielnika będziemy w zgodzie z najnowszymi ideami wzorniczymi.

Gdy SPIRIT nabrał testowej ogłady (czytaj doszedł do odpowiedniej temperatury pracy) okazało się, że w bezpośrednim porównaniu do mojego tranzystora wnosił do dźwięku dodatkową dawkę homogeniczności, koloru i masy. Co prawda mój piec w zamyśle konstruktora naśladując konstrukcje lampowe ma już a pakiecie pewien pakiet sprawiających wiele przyjemności podczas słuchania wspomnianych artefaktów, ale na szczęście dodatkowa intensyfikacja przywołanych dóbr nie wpływała na degradację fonii, tylko dawała poczucie obcowania z mocnym sznytem brzmieniowym.  Sznytem, którego jedni nie cierpią, a drudzy bez najmniejszego ociągania się oddaliby jakiś. I powiem Wam, że gdy teraz jestem na etapie otwierania dźwięku mojej układanki, to jeszcze kilka lat temu śmiało kroczyłem bardzo bliską kreowanej przez model PA drogą. Ale to nie koniec możliwości dźwiękowych tytułowej konstrukcji, gdyż idąc tropem wielu innych braci z tej stajni produkcyjnej SPIRIT oferuje możliwość przełączenia trybu pracy z pentody na triodę. I gdybyśmy przyjrzeli się konfrontacji tych dwóch topologii elektrycznych, po przejściu na przekaz triodowy świat staje się jeszcze bardziej namacalny i wykwintny niż przywoływałem go w kilku poprzednich zdaniach. To oczywiście ma swoje skutki w postaci problemów mocowych, które przy wielkich orkiestrowych składach, a nawet małych trio jazzowych tylko z mocnym wychyleniem gałki Volume dają poznać się jako braki w kontroli przekazu lekko rozmywając czytelność sceny, ale właśnie po to konstruktor daje nam wybór, by w zależności od słuchanego repertuaru wykorzystywać jedną z dwóch prezentowanych opcji dźwiękowych. By przybliżyć to, co działo się podczas procesu testowego, przywołam kilka przykładów płytowych z wysnutymi podczas ich oceny wnioskami. Na początek z pomocą przyszli mi Enrico Rava i Dino Saluzzi Quintet z płyty winylowej „Volver”. Wnioski? To było ciekawe przedstawienie z tą tylko różnicą, że melancholijnie malowany świat dobiegającego do mnie gdzieś z oddali akordeonu w dedykowanym ustawieniu triodowym stawał się nieco cięższy, przez co trochę grubszy na krawędziach niż mam na co dzień. Był czytelny, bardzo eteryczny, ale już nie tak idealnie wycięty z tła wirtualnej sceny. Nie, nie było źle. Przecież dobrze wiedząc, że Spirit zwiększa krągłości dźwięków trochę na złość poczęstowałem go winylem, a i tak skubany pokazał, że nie odda meczu walkowerem. W przypływie chęci pomocy przepiąłem go na pentodę, ale po ogólnej analizie obydwu konfrontacji stwierdzam, że pierwsze wrażenie było lepsze, co udowodniło tylko, że nasz bohater ma swój mocny charakter i podczas doboru reszty komponentów należy skrupulatnie brać to pod uwagę. Puentując tę kompilację płytową dodam tylko, że oddanie ducha tej sesji nagraniowej wypadło bardzo dobrze, a to co wspomniałem, wyłapie tylko bardzo osłuchana grupa klientów, która wbrew pozorom często właśnie takiego sznytu grania  może panicznie poszukiwać. Ale idźmy dalej. Kolejny krążek mienił się już srebrem, a rolach głównych wystąpił repertuar piętnastowiecznych pieśni z rejonu Francji. Gdy tym razem w grę wchodziły w większości damsko-męskie wokalizy, okazało się, że bezpośrednie porównanie Reimyo i Ayona skutkowało całkowicie innym odbiorem dodatkowego nasycenia głosów ludzkich i wybrzmiewania ich w kubaturach kościelnych. I co może wydać Wam się śmieszne, gdy oceniałem pracę śpiewaków przez pryzmat Austriaka, bez względu na większy ciężar ich głosów byli bliżsi moim upodobaniom. Owszem, krawędzie zgłosek traciły nieco ostrości, a wybrzmienia blasku, przez co pod sklepieniem świątyni było ich nieco mniej, ale prezentowały się na tyle soczyście, że nie mogłem mówić o ich ułomności, tylko co prawda delikatnie siłowym, ale upiększaniu świata dźwięków. A jednak da się mnie czymś zaskoczyć. I gdy do tego dodamy przyzwoite rozlokowanie artystów na scenie, okaże się, że PA Ayona naprawdę wiele potrafi. Do tej pory posiłkowałem się trybem stawiającym na eteryczność, dlatego na koniec sparingu lampa kontra tranzystor przyszedł czas na wykorzystanie walorów związanych z mocą. Na co postawiłem? Naturalnie, że na ostatnio często pomagającą mi w weryfikacji szybkości oddania większej dawki energii Buliet Baritone Nation, czyli trzy saksofony barytonowe wespół z perkusją z koncertowej sesji „Libation For The Baritone Saxophone Nation”. Przypominam, że w tym przypadku trioda nie wchodziła w grę i całość prezentacji powierzyłem pentodzie. I długo by pisać, że było nieco mniej świeżości i konturu w stosunku do piecyka z Japonii, ale jednego nie mogłem Ayon-owi odmówić. Chodzi mi mianowicie o bardzo niewiele odstający od tranzystora czas narastania zdecydowanie bardziej napompowanego masą dźwięku powstałego strzelaniem saksofonisty z najniższego wentyla. To dla niewtajemniczonych jest jak uderzenie z tzw. „nienacka” w głowę, a dla mnie w pełni świadomego co się ma wydarzyć spełnieniem lub porażką wyrobionych wcześniejszymi odsłuchami oczekiwań. W tym aspekcie Spirit mimo, że miał inne słabsze strony, zdecydowanie wyszedł z tarczą. Może nie jako zwycięzca, ale godny sparing partner. Oczywiście w wartościach bezwzględnych całościowo uległ przeciwnikowi, ale tak szczerze Wam powiem, że w starciu z tym co przez lata układałem, mało kto jest w stanie powalczyć, a już z pewnością piece z przedsionka High End-u rzadko są w stanie nawet utrzymać kroku.

Nie wiem, co stałoby się, gdyby w testowanej końcówce nie było pozwalających osiągnąć tak dużą moc lamp. Pozostaje mi tylko gdybać, gdyż poprzednia odsłona SPIRIT-a co prawda miała inne bańki na pokładzie, ale była integrą. Niemniej jednak, obecna wersja przy wymienionych przywarach lekkiego pogrubienia dźwięku, utraty iskry w górnych rejestrach i wybiórczym dobrym graniu w zależności od trybu pracy i repertuaru muzycznego, w swojej lidze jest bardzo ciekawą propozycją dla wielu poszukujących lampowego brzmienia swojego systemu użytkowników. Oczywiście należy w tym aspekcie zachować umiar, ale jeśli nawet w mojej nastawionej na kolor i gładkość układance było ciekawie, to wszelkie oscylujące w okolicy neutralności i nawet lekkiego podbarwiania systemy mają bardzo dużą szanse na synergię z naszym bohaterem. Tak więc nie pozostaje Wam nic innego, jak posłuchać i podjąć słuszną z punktu widzenia przyjemności obcowania z muzyką decyzję.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Nautilus / Ayon
Cena: 24 900 PLN

Dane techniczne:
Rodzaj pracy końcówki: trioda lub pentoda pracujące w klasie A
Lampy: 4 x KT 150, 4 x 12AU7, 4 x 6SJ7
Impedancja obciążenia: 8 Ω
Pasmo przenoszenia:12Hz – 60kHz
Moc wyjściowa (tryb pentody dla KT88): 2 x 70 W
Moc wyjściowa (tryb triody dla KT88): 2 x 45W
Czułość wejściowa: 700mV
Impedancja wejściowa (1 kHz): 100 KΩ
Sprzężenie zwrotne: 0 dB
Wejścia: para XLR, para RCA
Wymiary (SxGxW): 48x37x25 cm
Waga: 32 kg

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: ReimyoCDT – 777 + ReimyoDAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

DIMD w Polsce

Wychodząc naprzeciw coraz bardziej wymagającym słuchaczom i entuzjastom dobrego brzmienia AUDIO-CONNECT poszerzyło ofertę o nową markę DIMD, producenta wzmacniaczy. Ta nowa firma na Polskim rynku, charakteryzuje się nowoczesnym designem, perfekcyjnym wykonaniem, oraz świetnym brzmieniem. Obecnie w produkcji jest jeden wzmacniacz lampowy zintegrowany model DIMD PP10. AUDIO-CONNECT jest wyłącznym dystrybutorem firmy DIMD w Polsce.

LAMPOWY WZMACNIACZ DIMD PP10 STEREO
Z dumą przedstawiamy nasz pierwszy produkt – DIMD PP10 Stereo – pięknie wykonany, funkcjonalny i świetnie brzmiący wzmacniacz lampowy. Fascynująca historia firmy DIMD została zapoczątkowana przez znaną wiolonczelistkę i jednocześnie żonę Edgarsa Sparniša – Martę. W pewnym momencie zauważył, że słuchawki były jej nieodłącznym towarzyszem podczas słuchania muzyki. Powód był prosty, małżonka Edgarsa nie lubiła jakości dźwięku domowego zestawu stereo.
Posiadając doktorat z zakresu fizyki, mając ciągoty do elektroniki i jednocześnie będąc profesjonalnym muzykiem, Edgars poważnie podszedł do problemu i w efekcie zapadła decyzja o stworzeniu własnego wzmacniacza lampowego. Pracując jako naukowiec w szwajcarskim mieście Lozanna, postanowił poświecić cały swój czas wolny na ukończenie postawionego przed sobą wyzwania. W końcu, pewnego letniego dnia gotowy produkt został zaprezentowany Marcie. Już po pierwszych taktach była pod ogromnym wrażeniem naturalnego i bogatego brzmienia instrumentów I Symfonii Gustava Mahlera.
Stworzenie ostatecznego wyglądu wzmacniacza zajęło kolejny rok. Edgars zwrócił się do przyjaciela znanego z pasji do wzornictwa – Gustsa Rutkisa. Panowie rozpoczęli od podstaw, ich celem było osiągnięcie efektu nieosiągalnego, stworzenie wzmacniacza lampowego optycznie zwinnego i lekkiego. Niektóre z podjętych decyzji były wyjątkowo odważne, ale plan został zrealizowany, DIMD PP10 ujrzał światło dzienne …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Bauta Speakers

Choć do spokojnej rozmowy z laureatem Grammy – Jackiem Gawłowskim przymierzaliśmy się już od dłuższego czasu, to prawdę powiedziawszy niniejsze spotkanie odbyło się dość spontanicznie i jak to się potocznie mówi niemalże na wariackich papierach. Jeśliby się chwilę zastanowić, to cały czas mijając się gdzieś w biegu za każdym razem uznawaliśmy, że musimy ustalić jakiś konkretny termin i tak go ustalaiśmy … od minionego High Endu. Pokazane w Monachium kolumny Bauta nawet w drastycznie nieadekwatnym do ich możliwości gips-kartonowym kiosku miały w sobie to „coś”, co zapada mimochodem w pamięć i potem spokoju nie daje.  Potem na testy trafiły do nas prototypy monstrualnych Bauta Power Cables a w międzyczasie spotykaliśmy się m.in. na otwarciu warszawskiej filii Nautilusa, czy też podczas prezentacji na ostatnim AVS. Skoro jednak tuż przed północą w ostatnią niedzielę dostaliśmy PM-kę informującą, że jest szansa na posłuchanie dwóch par Baut – jednej w niezaadaptowanym akustycznie salonie a drugiej w oddalonym zaledwie parę metrów studiu masteringowym uznaliśmy, że na podobna okazja może się nie powtórzyć, rzuciliśmy wszystko i we wtorkowy wieczór skorzystaliśmy z gościny Jacka.

Od razu zaznaczę, że niniejszy materiał ma charakter „wieczorka zapoznawczego, czyli czysto … „zajawkowy” i trudno przypisywać mu nawet śladowe znamiona krytycznego odsłuchu, gdyż po pierwsze oba systemy ustawiono w zupełnie nieznanym nam pod względem akustycznym otoczeniu a po drugie celem było poczynienie jedynie wstępnych obserwacji wpływu owego otoczenia na doznania nauszne serwowane przez ten sam model kolumn.  W dodatku mogliśmy na własnej skórze przekonać się  ile prawdy jest w stereotypach dotyczących przedstawicieli branży pro-audio, czyli ludzi zasiadających umownie rzecz ujmując po drugiej stronie barykady, znaczy się realizatorskiej szyby. Choć starając się zachować obiektywizm należałoby nadmienić, iż Jacek tak do końca nie jest miarodajnym przykładem, gdyż nie dość, że … słyszy, to jeszcze słyszy kable (m.in. zasilające!!!) i o zgrozo nawet sam je robi!  Czyli po części cytując klasyka „nasz ci on”. Niemniej jednak o ile my jesteśmy ewidentnie audiofilsko skrzywieni, to Jacek Gawłowski, jakby nie patrzeć na jego „hobby”, nadal jest twardo stąpającym masteringowcem, który musi, po prostu musi wiedzieć i słyszeć, gdyż samo „wydaje mi się” jest wysoce niewystarczające.

Przechodząc jednak do meritum niejako na rozgrzewkę i tło niezobowiązujących rozmów z dźwiękiem Baut oswajaliśmy się w systemie „salonowym” gospodarza, gdzie kolumny napędzane były monoblokami L-401 Lipinski Sound a za jakość dostarczanego im sygnału z Maca mini z zainstalowanym JRiverem odpowiadał posiadający bezapelacyjnie studyjną proweniencję przetwornik Apogee Symphony DAC a całość okablowano przewodami Siltech Prince Signature w konfiguracji bi-amp. Nie mogło oczywiście zabraknąć Bauta Power Cables.   
Skala, wolumen i rozmach dźwięku były serwowane z iście hollywoodzkim rozmachem a ścieżka dźwiękowa z Gladiatora wręcz wgniatała w kanapę. Podobnie spektakularnie zaprezentowany został wydany przez niemiecki magazyn Stereoplay album „30 Jahre Yello Geschichte”. Niestety  za każdym razem, gdy materiał się zagęszczał i następowało „spiętrzenie” dźwięków oprócz kolumn zaczynało grać nie tylko samo pomieszczenie, co praktycznie wszystko w nim się znajdujące  ze ściennymi dekoracjami włącznie. Włączenie „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena a następnie  „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki pokazało bardziej liryczne oblicze Baut, jednak bez utraty chirurgicznej wręcz precyzji w wycinaniu konturów źródeł pozornych i pierwszoplanowych partii wokalno-instrumentalnych.  To wręcz niesamowite, że pomimo nieraz sporego galimatiasu dziejącego się w tle kluczowe wydarzenia charakteryzował realizm godny miana rozdzielczości 4K. Jednak cały czas mieliśmy świadomość uczestnictwa jedynie w preludium, przystawce do tego, co miało nastąpić już za chwilę.

Przeprowadzka do zaadaptowanej akustycznie „reżyserki” okazała się dla nas prawdziwym szokiem i to szokiem nie tyle psychicznym, co fizycznym. Bowiem przejście z pomieszczeń domowych o właściwej ich przeznaczeniu akustyce do wytłumionego miejsca pracy gospodarza wywoływało początkowo mało przyjemne uczucie przytkania narządu słuchu porównywalne do tego znanego z nagłych zmian ciśnienia podczas podróży samolotem (start/lądowanie). Nie musze zatem dodawać, że dłuższą chwilę poświęciliśmy na akomodację do nowych warunków.
Uwagę, oprócz samych kolumn, których nijak nie dało się nie zauważyć przykuwał również znany nam (mieliśmy przyjemność go niemalże w całości recenzować) set Accuphase’a w skład którego weszły: dzielone źródło DP-900 + DC-901, przedwzmacniacz C-3850 i kultowe monobloki A-200.
W studiu wrażenia nauszne były zgoła odmienne, gdyż nie dość, że całe pasmo podlegało niesamowitej kontroli, to tak naprawdę po wciśnięciu przycisku Play jak za dotknięciem  czarodziejskiej różdżki zostawaliśmy sam na sam z muzyką. To nie był odsłuch, to było spotkanie ze śpiewającymi wyłącznie dla nas artystami a że lepsze bądź gorsze efekty pracy Jacka kolegów po fachu były widoczne jak na dłoni i podawane niemalże na srebrnej tacy to już zupełnie inna sprawa. Efekt obecności muzyków w studiu osiągnięty został dzięki fenomenalnej rozdzielczości i zdolności  wręcz holograficznej „projekcji” materiału źródłowego tuż przed nami – na wyciągnięcie ręki, tuż za krawędzią stołu. Jednak żonglując płytami łapaliśmy się na tym, że choć zachwyt nad namacalnością i materializacją artystów w studiu pozostawał na tym samym niezachwianie wysokim poziomie, to praktycznie w każdym nagraniu prędzej, czy później musieliśmy coraz mocniej przymykać oko, znaczy się ucho, na niekoniecznie adresowane do audiofilów zabiegi realizacyjno – masteringowe.  A to przyjemność psuła zbytnia kompresja (Robbie Williams „The Heavy Entertainment Show”), a to ktoś coś kombinował z pogłosem, czy też swoje koszmarne piętno odciskały limitery (Beyoncé „LEMONADE”). Czyżby słowa, które wygłosił na AVS Jacek o tym, że pro-audio i High-End prawdopodobnie nigdy się nie spotkają ze względu na chroniczny pośpiech i/lub brak środków na porządną realizację miały się spełnić? Mam nadzieję, że nie.
Warto jednak uświadomić sobie inną rzecz. Otóż kolumny Bauta, choć oferowane są na rynku „cywilnym” a nie profesjonalnym, to tak naprawdę są rasowymi studyjnymi monitorami, których naturalnym środowiskiem jest studio nagraniowe/masteringowe i decydując się na nie musimy mieć świadomość, że bierzemy je z całym, „studyjnym” dobrodziejstwem inwentarza. Co to oznacza? Nic innego aniżeli to, że po prostu na nich / z nich usłyszymy więcej i lepiej aniżeli z „normalnych” kolumn. Czy to dobrze? To już zależy od naszych indywidualnych preferencji. Dla tych, którzy dążą do tego, żeby dźwięk był „ładny”, bądź po prostu „ładnie zrobiony” może niekoniecznie, lecz jeśli tylko chcecie możliwie blisko podejść do  Waszych ulubionych artystów, wejść możliwie głęboko w samo nagranie, to mając Bauty u siebie powinniście osiągnąć szczyt audiofilskiej nirwany.

I to by było na tyle, gdyż bardziej wnikliwą analizą i oceną kolumn Bauta mamy nadzieję zająć się już niedługo, ale tym razem nie podczas wyjazdowych osłuchów a w naszych ośmiu kątach redakcyjnego Oposa. Serdecznie dziękując Gospodarzowi – Jackowi Gawłowskiemu za gościnę życzymy dalszych sukcesów i przede wszystkim zapału w krzewieniu świadomości wśród muzyków, realizatorów i generalnie całej branży o tym, że również podczas procesu realizacji i masteringu jakość ma znaczenie na każdym poziomie poczynając od zasilania a kończąc na kolumnach.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio Video Show 2016 – cz.5

Miło mi zaprosić Was na kolejną i jak się okazuje jubileuszową – 20 odsłonę wystawy sprzętu związanego z tematyką dobrze odtwarzanego dźwięku. Co prawda w zeszłym roku impreza zmieniła nieco swoją nazwę dodając do splotu określających jej tematykę słów wyraz Video, ale od dawien dawna sprawy kina domowego były można by powiedzieć na porządku dziennym każdego z jej wydań, dlatego też taki sankcjonujący w niej pełne prawo bytu wyposażonych w projektor/TV zestawów ruch wydaje się być naturalną i usprawiedliwioną konsekwencją. Co więcej, razem z modyfikacją nazwy impreza znacznie się rozrosła prawie w całości wykorzystując możliwości wystawiennicze znanego wszystkim Stadionu Narodowego w Warszawie. I choć dwa lata temu było sporo wątpliwości związanych z przenosinami z Bristolu na PGE, muszę powiedzieć, że to był dobry ruch, gdyż z jednej strony wystawcy zyskali zdecydowanie lepsze warunki lokalowe – niestety nie wszyscy umieją to wykorzystać, a z drugiej ten owiany nieprzychylną legendą niespecjalnie przyjaznych dla odwiedzających zapachów i ogólnie panującej ciasnoty hotel Sobieski dzięki odciążeniu przez część stadionową nieco się odblokował, a to pozwoliło na zminimalizowanie wspomnianych niemiłych artefaktów ludzkiej egzystencji do minimum. I gdy wydawałoby się, że myśląc o wystawie, wpadam w stan pozytywnej euforii – zapewniam, że w sprawach czysto wystawowych tak jest, to gdy przyjrzeć się tematowi  współpracy od strony medialnej, sprawa diametralnie zmienia postać rzeczy. W czym tkwi problem? Teoretycznie banał, ale gdy dwa lata temu, jako jeden z ostatnich publikowałem swoją relację i bez najmniejszych oporów pomagałem w wyjaśnieniu w tekście pewnych trudnych wówczas do ogarnięcia około-stadionowych spraw organizacyjnych, to gdy okazało się, że idąc razem z Marcinem z duchem nazwy naszego portalu „Sound Rebels” nie będziemy tańczyć, jak nam zagrają (długo by rozprawiać i szkoda psuć tę wspaniałą dla nas, wręcz świąteczną atmosferę, dlatego nie będę się zagłębiał w szczegóły), kolejny rok z rzędu z premedytacją jesteśmy alienowani z listy patronów medialnych. Od razu oświadczam, że nie jest to dla nas problem natury egzystencjonalnej. Za dużo osiągnąłem w życiu swoją lojalnością wobec osób z którymi w pewnym sensie współpracuję, aby przejmować się takimi zrodzonymi chyba z niezdrowych ambicji tematami, jednak boli fakt, że szukając pomocy ktoś wie gdzie uderzyć, lecz gdy fakty świadczące o niezależności i obiektywności periodyku branżowego (vide SoundRebels)  mu się nie spodobają, nawet przy racjonalnej odmowie podążania za jego wskazującym palcem bez skrupułów wykasować kogoś ze swojego notatnika. Dla mnie jest to nie do pomyślenia, ale w obecnych czasach świat jest tak skonstruowany, że liczy się tu i teraz, a nie jak było kiedyś i jak będzie jutro. Obym się mylił i oczywiście tego nie życzę, ale nie zdziwię się, gdy przy kolejnej potrzebie szybkiej reakcji medialnej organizator tego, co by nie mówić, wielkiego przedsięwzięcia kolokwialnie rzecz nazywając zostanie sam ze swoim problemem na lodzie. Ale co tam, nie będę psuł Wam przyjemności delektowania się tytułową imprezą, dlatego zapraszam na przegląd wystawowych pokoi z krótkimi, nasuwającymi się podczas tych wizyt notatkami. Gwoli wyjaśnienia dodam również, że kolejność prezentacji jest dość przypadkowa i podyktowana li tylko moją marszrutą, dlatego zajmowane przez AVS trzy lokalizacje mogą dość przypadkowo się przeplatać. Oczywiście proszę wziąć również pod uwagę fakt, że nie da się siedzieć w każdym pokoju do momentu, aż trafimy na satysfakcjonujący nas repertuar, lub miejsce odsłuchowe i wszelkie spostrzeżenia potraktować jako splot wszelkich za i przeciw danego zestawienia. Na koniec trochę się usprawiedliwiając dodam jeszcze, że z powodu częstych ostatnimi czasy roszad sprzętowych pomiędzy dystrybutorami w opisach będę przywoływał jedynie występujące na fotografiach marki, ale bez dokładnej specyfikacji kto się tym zajmuje (to chyba większość z Was znakomicie wie). To ma być przekrój moich zderzeń z daną prezentacją, a nie nudna, znana wszystkim z czytanych wcześniej relacji wyliczanka.

1.Konferencja prasowa
Podobnie do zeszłego roku, całość imprezy zatytułowanej Audio Video Show rozpoczęła obsadzona znanymi szerokiej publiczności gośćmi i z zainteresowaniem oczekujących na ich wypowiedzi sporej grupy reporterów konferencja prasowa. Trochę historii, kilka okraszonych tabelkami zdań o latach rozwoju przedsięwzięcia i ciekawe wykłady ze strony zaproszonych osobistości dokonały oficjalnego otwarcia tego wyczekiwanego przez wielu maniaków audio wydarzenia. Zatem zaczynamy.

2. TECHNICS
Jak znakomicie się orientujecie, ta znana marka próbuje ponownie z przytupem wejść na delikatnie zaniedbany przez nią rynek audio. Jednak ciekawostką jest fakt, że gdy my od dwóch lat czekamy na możliwość posłuchania prezentowanej na zdjęciu, mogącej pochwalić się wielkimi wskaźnikami wychyłowymi końcówki mocy, w międzyczasie zdążył wyjść najnowszy model kultowego gramofonu z serii 1200. To teoretycznie wydaje się być dobrą wiadomością, jednak oscylująca w granicach 13 kPLN cena delikatnie studzi mogącą nasuwać się samym powrotem do produkcji tego modelu euforię. Ale bez względu na to, cieszy sam pomysł rewitalizacji owianego legendą modelu drapaka.

3. TANNOY + ESOTERIC
Niestety, gdy wcześniejsze modele Tannoy’a mogły pochwalić się fantastyczną prezentacją muzyki klasycznej ze szczególnym uwzględnieniem oddania realizmu brzmienia instrumentów drewnianych, to wizyta podczas prezentowania tych czarnych smoków była co najmniej daleka od dawnych wspomnień, by nie powiedzieć, że raczej drażniła, niż sprawiała przyjemność.

4.  TRANSROTOR, ZYX, ACOUSTIC REVIVE
Co prawda prezentacja była statyczna, ale jako zatwardziały analogowiec z silną gramofonową karma życiową nie mogłem przejść obojętnie od epatującego królewską dystynkcją Artusa. To jest bardzo zaawansowane technologicznie monstrum (stabilizacja żyroskopowa i napęd magnetyczny) i tylko niezbędny do postawienia go w mojej samotni worek banknotów NBP sprawia, że na chwilę obecną jedynie do niego wzdycham. Ech.

5. JBL
To niestety nie moja bajka. Jednak po wychwalających takie połączenie opiniach znanej mi z różnych for internetowych rzeszy wielbicieli nie czuję się uprawniony do negatywnych wyroków. Czego bym nie napisał, jedno z pewnością mogę przyznać, prezentowana układanka raczy nas spektakularnie szybkim dźwiękiem. Dźwiękiem, w którym muzykalność jest na pograniczu istnienia, za to jego atak jest godny pozazdroszczenia.

6. DEVIALET, VIENNA ACOUSTICS
To połączenie słyszałem pierwszy raz. Może nie powalało specjalnymi, graniczącymi ze złapaniem Pana Boga za nogi doznaniami sonicznymi, ale dźwięk podczas mojej wizyty odznaczał się dużą kulturą grania. Na stojące na zewnątrz stolika z elektroniką najnowsze Phantomy niestety się nie załapałem.

7. B&W + PASS
Tutaj spędziłem ładnych kilkanaście minut. Dlaczego? Okazało się, że jeden z opiekujących się tym pokojem przedstawicieli dystrybutora zawodowo para się nagrywaniem (bynajmniej nie w restauracjach odwiedzanych przez rządowe „elity). Jednak największą miłą niespodzianką był fakt, że podobnie do mnie uwielbia muzykę dawną, co pozwoliło na ciekawa rozmowę na temat, który dla nas obydwu był oczkiem w głowie przedkładającego uniesienie podczas słuchania muzyki ponad jakość melomanów. Na koniec zdradzę ciekawostkę, którą jest wstępne zaproszenie na sesję nagraniową najnowszej planowanej produkcji w kubaturze kościelnej, o czym nie omieszkamy napisać na naszym portalu.

8. CABASSE, CHORD, PRO-JECT
Te przerażające rozmiarowo sfery swoje fantastyczne umiejętności zaprezentowały mi już kilka miesięcy temu w radiowej Trójce. To był rozmach swoboda i pełna kontrola nad każdym dźwiękiem. Niestety w przypadku pokazu na stadionie wolumen dźwięku był zdecydowanie mniejszy, ale po raz kolejny czuć było drzemiący w tych paczkach potencjał.

9. MSB, DAN D’AGOSTINO, WILSON AUDIO
Z racji zbyt bliskiej odległości od kolumn otrzymałem nad wyraz energetyczną ścianę dźwięku. Trochę cierpiały na tym tylne plany, ale za to uczestniczyłem w prywatnym koncercie z artystą na kolanach, co wielu audiofilów bardzo sobie chwali. I wiecie co? Mimo, że to było bardzo szybkie i otwarte granie, odebrałem to w wartościach przyjemności.

10. TENOR AUDIO, HANSEN AUDIO, SOULUTION, ROBERT KODA, FRANC AUDIO ACCESSORIES, ACCUSTIC ARTS
Elektronika Tenora wraz z majestatycznymi Hansenami dała pokaz, jak sprawić, by przy dobrej szybkości narastania dźwięku nie zgubić jego jego ciekawej barwy i eteryczności, które pozwalają nam zatopić się w pięknie generowanej przez sprzęt audio muzyce. To jest sztuka, której wielu producentów musi się jeszcze uczyć.

11. McIntosh, ROCKPORT
Dzięki dźwięcznej górze pasma zestaw oferował sporą ilość informacji. Niestety nie mój materiał muzyczny – grało coś około-popowego – raczej nie pomagał prezentacji. Ale jak to zawsze bywa, oprawa wizualna rekompensowała problemy odtwarzanego repertuaru. Cóż, często wystawcy chcąc w pewien sposób dogodzić odwiedzających ich pokój gościom, skazują się na podobne przypadki. Niestety ilość wystawowych pomieszczeń nie pozwoliła mi na ponowne dotarcie do panów z ulicy Kopernika w Warszawie. Ale co się odwlecze, to nie uciecze i z pewnością nadarzy się okazja bliższego spotkania z prezentowanymi kolumnami w moich warunkach lokalowych i moja muzyką.

12. WILSON AUDIO, DCS, DAN D’AGOSTINO
Małe Wilsony w podobnym do starszych braci pomieszczeniu zagrały zdecydowanie swobodniej. Scena generowała się w typowych dla większości konstrukcji wektorach, co dawało oznaki lepszej spójności przekazu. Oczywiście nie można zapominać, że to nadal było dobre „amerykańskie”, naładowane soczystym basem i sporą dawką energii granie.

13. HORNS, MY SOUND, JR AUDIO
Tak się złożyło, że z tej konfiguracji nie miałem do czynienia we własnym systemie jedynie z gramofonem, dlatego też w spokoju ducha czekałem na pierwsze zaprezentowane przez zestaw nuty i musze powiedzieć, że się nie zawiodłem. Miłą niespodzianką tego pokazu był będący nowością marki My Sound przedwzmacniacz liniowy, który idąc z duchem sznytu sonicznego końcówek mocy nie burząc wypracowanej przez ów brand szkoły brzmienia idealnie wpisał się w całość prezentacji. Jakiej? Dostałem kolor lampy i homogeniczności gramofonu w lekkim posmaku tuby. To był naprawdę ciekawe granie.

14. ESA, AVID, MASTERSOUND
U Pana Zawady zawsze można liczyć na gramofon w roli źródła. Z racji sporej kubatury pomieszczenie do pracy zaprzęgnięto prezentowane podłogówki, co pozwoliło słuchaczom cieszyć się dobrą podstawą basową i wzorowym budowaniem planów przekazu muzycznego. Jednym co trochę wychodziło przed szereg – prawdopodobnie winny był tak lubiany przez Pana Zawadę wysoki poziom głośności odtwarzanej muzyki , były wysokie tony. Owszem, niosły sporą dawkę informacji, ale jak dla nie ciut za dosadnie.

15. T+A
Chłopaki z ul. Pańskiej w Warszawie zawsze wiedzą, jak dotrzeć do wnętrza odwiedzających ich gości. Ciekawa, niemącząca zbyt dużym monumentalizmem muza, wespół z solidnymi, ale nie przekraczającymi dobrego smaku poziomami głośności, przy dobrej kontroli przez sprzęt wszelkich zakresów częstotliwościowych nie pozwalała nikomu na zdawkową wizytę, tylko przykuwała uwagę na co najmniej kilka kawałków. Tak trzymać panowie.

16. BLOCK
Może się zdziwicie, ale z tą marką po raz pierwszy spotkaliśmy się na wystawie w Monachium. Potem mielimy przyjemność testować ich produkt i życząc im wielu sukcesów bardzo ucieszyłem się, ze pojawili się na tegorocznej wystawie.

17. DESTINATION AUDIO
Kompletny zestaw spod ręki jednego konstruktora. Zamysł podobny do mojego Japończyka i powiem Wam, że według mnie bardzo dobrze zrealizowany. Wielkie kolumny w kątach, a nie zanotowałem jakichkolwiek dudnień. Monstrualne tuby, a bez najmniejszej krzykliwości nawet podczas głośnych kawałkach. Barwa, oddech, wybrzmienia, wszystko w najlepszym porządku. I wiecie co, z tak podanego dźwięku najbardziej niezadowolony był sam konstruktor. Tak tak, ucięliśmy sobie na ten temat prywatną pogawędkę i gdy ja właśnie za ogólny spokój prezentacji chwaliłem ów zestaw, producent narzekał, że wszystko jest za wolno. Jednak świat zaczyna stawać na głowie.

18. AVANTGARDE, ACCUPHASE, TRANSROTOR
W tym przypadku sprawy dźwięku około-tubowego były nie do podważenia. Jednak pracujący w klasie „A” firmowy wzmacniacz do kolumn i japońskie, dające bardzo przyjemny dźwięk źródło pokazały, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, czyli duży pakiet informacji z ciekawym barwowo rysunkiem źródeł pozornych.

19. ELEKTROCOMPANIET, WILSON BENESCH, TRANSPARENT
Znanego z miłości do kolorowania świata Elektrocompanieta nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. A gdy do tego dodamy znane z ciekawej barwowo prezentacji muzyki kolumny Wilson Benesch i pospinamy wszystko kablami Transparenta, okaże się, że nie pozostaje nam nic innego, jak usiąść i słuchać muzyki,. Czego chcieć więcej?

20. MBL
No cóż. Ten specjalista od holografii nie wymaga raczej szerszej prezentacji. Wystarczy usiąść, włączyć co najmniej sensownie zrealizowany jazz i sprawę przyjemnego spędzenia wieczoru przy muzyce mamy prawie z rozdzielnika. Tak też było podczas wystawy. Niestety ilość pokoi do odwiedzenia nie pozwalała na spędzenie w tym przybytku dobrego dźwięku więcej niż trzy utwory. Szkoda.

21. BLUMENHOFER, YPSILON
Ciekawostką tej prezentacji był fakt niespecjalnej determinacji budowania sceny przez sporej wielkości lejek na dachu kolumny. Nie odnosiłem wrażenia, że najważniejszy jest jedynie pierwszy plan. Po teście phonostage’a występującej tutaj marki produkującej elektronikę sądzę, że to duża zasługa Ypsilona. Ale trzeba oddać również honor dystrybutorowi, za umiejętne zestawienie kolumn i wzmocnienia.

22. GAUDER AKUSTIK, VITUS AUDIO, KRONOS
Prezentowane w tym pokoju kolumny niedawno gościły w mojej samotni. Co ważne, po wizycie u mnie nieco przeprojektowano zwrotnicę. Na ile to zmieniło charakter grania w warunkach wystawowych ciężko jest mi oceniać, ale z pewnością homogeniczności grania wespół z gramofonem Kronosa i wzmocnieniem Vitusa mimo ubrania w głośniki ceramiczne niejeden audiofil im zazdrościł.

23. HOLOPHONY
Podczas wizyty w mekce Pholophonów zaznałem kilka kawałków przez złośliwców zwanych pluskaniem. Ja się bardzo ucieszyłem, gdyż dostałem bardzo przyjemny, nasączony manierą papieru dźwięk, który notabene może w nieco mniejszej skali celulozowości mam u siebie. Oczywiście moja prezentacja jest bardzo daleka In plus w zakresie zakresu informacyjnego, ale z pewnością pewnych wspólnych cech nie mogę się wyprzeć. I gdy tak słuchałem wspomnianego pitu pitu, okazało się, że oprócz bardzo dobrze wypadającej wirtualnej sceny również stopa perkusji niosła ze sobą ciekawy sznyt punktowości. Wielu odbierze to jako suchość, ale znam takich, którzy za podobną manierę spokojnie oddadzą co nieco z jej wypełnienia, co oferuje właśnie set Pholophony.

24. THRAX, CEC, FEICKERT
System Thraxa słyszałem już na wystawie w Monachium. Tam co prawda był jeszcze w fazie prototypu, ale już wtedy dało się wyczuć dobrą spójność basu z modułu subsonicznego z przecież bardzo szybką, opartą o tubkę sekcją nisko-średnio-wysokotonową. I gdy tak posiedziałem w tej sali kilka utworów, najbardziej pozytywnie odebrałem właśnie najniższy zakres. Było obfity, ale zawsze niósł ze sobą duży pakiet informacji, czy to o strunach kontrabasu, czy wolumenie stopy perkusji. I oczywiście co ważne, nigdy nie wyprzedzał reszty pasma, co jest częstą przypadłością tak jak w tym przypadku łączenia suba z monitorem. Na koniec zdradzę jeszcze, że ta wystawa była nieformalną premierą najnowszego przedwzmacniacza gramofonowego spod ręki RCM-u. Na zdjęciach opisany jest jako prototyp, ale słyszałem go w kontrolowanych warunkach i powiem Wam, jest mocny.

25. AYON, LUMEN WHITE, TRANSROTOR
Po raz kolejny okazało się, że gdy tylko ów zestaw otrzyma szansę w postaci odpowiedni dużego pomieszczenia, jest w stanie pozytywnie zadziwić  sporą grupę odwiedzających, mimo że kolumny bazują na głośnikach Acutona. Skąd to wiem? Od kilku lat jeżdżę na wystawę do Monachium i za każdym razem, gdy zamkną omawiany zestaw w zbudowanej z karton-gipsu budce dla chomika, dźwięk staje się nerwowy i niezbyt spójny. Tymczasem już drugi raz z rzędu polski dystrybutor dbając odpowiednią kubaturę pokazuje, że to jest naprawdę udane połączenie. Owszem, nie jest tanie, ale nikt nie powiedział, że w High Endzie będzie łatwo.

26. FM ACOUSTIC, AUDIO TEKNE, VERTERE
Wizyta w tym pokoju była potwierdzeniem, że mieniąca się szampańskim złotem elektronika jest bardzo trudna do doścignięcia. To był bardzo równy, unikający wypychania jakiegokolwiek podzakresu dźwięk. Szybki, zwarty i w neutralnej barwie. Uczta dla mającego pewne osłuchanie melomana. Dlaczego osłuchanego? Niestety w dobie szukania nasycenia dla zwiększania przyjemności odsłuchu takie równe granie przez wielu może być potraktowane jako bezduszne. Tymczasem w realnym, świecie wszelkie domalowywanie smaczków jest oszustwem, na co podczas odtwarzania  realiów życia codziennego FM ACOUSTIC nie ma zamiaru sobie pozwalać. I chwała im za to.

27. JADIS, REVOX, FRANCO SERBLIN
Nareszcie odpoczynek. Grobel Audio traktowany jest przez wielu odwiedzających jako mekka spokoju. Ale nie spokoju opartego o zwykłą bezczynność, tylko relaksacyjne obcowanie z muzyką. Fakt, prezentowane kolumny nie miały najniższego basu, ale jeśli tylko jesteśmy w stanie przejść nad tym przecież konstrukcyjnym założeniem do porządku dziennego – przecież nie każdy ma 30 metrów kwadratowych do nagłośnienia, to nagle okaże się, że nawet takie maleństwa są w stanie pokazać nam, o co tak naprawdę w tej całej zabawie w audio chodzi. Oczywiście ważną rolą w takim odbiorze całości miały swój udział lampowy wzmacniacz i szpulowy magnetofon, ale przecie każdy z wystawców mógł zrobić podobnie, ale na nasze nieszczęście brnął w często marnie wypadające napinanie muskułów.

28. CH-Precision
Kolumny Göbel z plazmowymi telewizorkami wysokotowymi i wspomniana elektronika nie mają u nas jeszcze dystrybucji, dlatego za chęć samodzielnego pokazania się obydwu markom należą się wielkie brawa. Jeśli chodzi o dźwięk, plazma na górze wypadała dość ciekawie, ale brak możliwości posłuchania swojego materiału – nic ze sobą nie wziąłem – nie pozwalała na głębszą analizę możliwości wyczynowego pokazania muzyki.

29. KEF BLADE
Nie powiem, kilka kawałków tutaj posłuchałem, ale wyraźnie słychać było, że kolumny nie mieszczą się z basem. Może nie dudniło, jednak brakowało im swobody. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż przy całym kiszeniu się niskich rejestrów reszta cech dobrego dźwięku jak budowanie wirtualnej sceny były wręcz fantastyczne. I co, da się? Jak widać da.

30. VIVID, AUDIONET
Tutaj trochę się zaskoczyłem In minus. Niestety po ostatnim teście zestawu pre-power niemieckiego AUDIONET-a liczyłem na ciekawą prezentację,. Tymczasem bateria blaszanych głośników VIVIDA nieco zdominowała przekaz i dźwięk był zbyt mocno ofensywny. Ale nie skreślałbym obydwu marek, gdyż wystawa rządzi się swoimi prawami i nawet z założenia idealne połączenia nie zawsze mogą wypalić.

31. FONICA, BEST MUSIC
Starzy analogowi druhowie z zagranicznych wystaw po raz kolejny zawitali również do Warszawy. Jak zwykle prezentacja była statyczna, ale za to ich sprzęt stał na ciekawych stylistycznie i co ważne niedrogich szafkach audio rodzimego producenta. Nic tylko się kontaktować.

32. BALTLAB, TRENNER&FRIEDL
Niedawna nowość austriackiej marki tym razem napędzana była polskim wzmacniaczem Baltlaba. Wynik? Ciekawe, naładowane dawką papierowej muzykalności granie.

33. FEZZ AUDIO, PYLON
Ten duet miał kilka pokoi, ale jak dla mnie te z podłogówkami w roli generatorów dźwięku pokazywały ciekawy pełnozakresowy dźwięk, dlatego też na fotografiach pominąłem również niezły, ale już nie tak równy set z monitorami.

34. GRAHAM AUDIO, NORMA AUDIO
Panowie z Audiopunktu zawsze wiedzą, jak bez spinania pozostać w głowach recenzentów. Małe monitorki plus dobrze zestawiona elektronika dają na tyle dużo frajdy, że śledząc fora internetowe zanim napisałem tę relację, już kilkukrotnie o tym zestawieniu czytałem pozytywne opinie.

35. GRAHAM AUDIO, SOUL NOTE
Tym razem więksi bracia potomków BBC wespół z elektroniką z Japonii dali pokaz, jak bez wielkich pieniędzy robią to najlepsi.

36. PATHOS
Firmowe zestawienie, mały pokoik, a muzyka z oddechem. Cuda? Nie pomagające w takich sytuacjach głośniki wysokotonowy i średni tonowy z tyłu kolumny. Nie powiem, ciekawe, a co najważniejsze skuteczne. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć jeszcze o pomysłach na bryły wszelkich pochodzących z rąk Włochów urządzeń. To jest wyssany z mlekiem ojców designerski majstersztyk.

37. VOXATIV
Szerokopasmowiec wspomagany firmowymi modułami basowymi i lampowa elektroniką dał pokaz fantastycznego brzmienia z czasów świetności magnetofonów. Można tego nie lubić, ale z pewnością nie można powiedzieć, że to jest złe granie. Maiło swój sznyt brzmieniowy, ale nawet korytarzowym oponentom trudno było szybko wyjść z tego pokoju.

38. SUGDEN
U Szemisa zawsze można liczyć na gramiaka. Tak też było i tym razem. Co prawda w tym roku postawił, inne kolumny, ale podobnie do lat poprzednich potrzebowały ściany do wygenerowania basu. Jednak proszę się nie przejmować tym tematem, gdyż  wbrew pozorom w naszym kraju jest spora rzesza słuchaczy, którzy praktycznie są na takie kolumny skazani. Zatem owa prezentacja jest dla nich wskazówką przez trudny szlak dobrego dźwięku.

39.  BLOCK AUDIO,  ROCKNA
Ten wzmacniający zestawik gościł u nas tuż przed wystawą i wiem, że to, co zaprezentował podczas AVS2016  jest jedynie delikatnym preludium jego do możliwości. Dobrze, że przedstawiciele marki wiedząc jakie czekają na nich warunki, postawili na może skromny rozmiarowo, ale za to dobrze wpisujący się w małe pomieszczenie zestaw kolumn podstawkowych. Wolę takie rozsądne podejście do tematu, niż stawiając wielgachne konstrukcje w małym pokoju podejmować próby walki z prawami fizyki. To najczęściej się mści. Ciekawostką tego pokazu było źródło plikowe również z Europy środkowej.

40. AUDIO PHYSIC, PRIMARE
Potwierdzeniem klasy tego zestawu niech będzie fakt, że gdy w moim salonie do słuchania muzyki, będące jeszcze nowością kolumny AP CODEX bez najmniejszych problemów mieściły się z pełnym przetwarzanym przez siebie pasmem, to gdy wymagał tego wystawowy pokaz, również bez problemu napełniły dźwiękiem wielką salę konferencyjną. Należy równie wspomnieć, że w takim postawieniu sprawy niemieckim kolumnom pomagała elektronika PRIMARE czerpiąca informacje z gramofonu PRO-JECT.

41. PARADIGM, MARTIN LOGAN, ANTHEM
To było bardzo ciekawe doświadczenie, gdyż oczywiście moim zdaniem kojarzone dotychczasowo z kinem domowym zespoły głośnikowe Paradigma pokazały palcem, gdzie ich miejsce znanym z rozmachu grania Martinom Loganom. Owszem, scena podczas współpracy elektroniki z Anthema z ML wydawała się bardziej zamaszysta, ale po przepięciu na Paradigmy dźwięk stawał się spójniejszy i zdecydowanie bardziej zbliżony do tego co mamy w naturze. Ale jak wiemy, gusta są różne i byt obydwu konstrukcji głośnikowych ma całkowite uzasadnienie.

42. XAVIAN, HEGEL, TELLUTIUM  
Wszyscy, którzy odwiedzili to pomieszczenie mówili co najmniej jedno: to fantastycznie w kontekście ceny zbudowane kolumny. I gdy ocena dźwięku zależała od upodobań poszczególnych jednostek homo sapiens, to jak dla mnie w tym pokoju mogłem odpocząć podczas słuchania koherentnie podanej muzyki. Bez krzyku, wyczynu, a za to w miłej audiofilskiej atmosferze. Ważną pozycja tej prezentacji była najnowsza integra Hegla ROST.

43. VIVID, YPSILON
Gdy przekroczyłem próg tej loży warszawskiego Stadionu Narodowego i po raz kolejny zobaczyłem baterię metalowych przetworników, obawiałem się o powtórkę z rozrywki. Niestety, to ponownie było podszyte metalem granie. A z doświadczenia wypraw do Monachium wiem, że gdy zestawić te kolumny z bardziej wyrazistą w sferze lampowości elektroniką, sprawa przybiera zdecydowanie bardziej przyjazna formę. Co trochę dziwi, Ypsilon również wspomaga się szklana bańką, ale jak widać, jest na tyle wstrzemięźliwy, że nie jest w stanie przełamać dominaty przetworników, co pokazuje go w dobrym, bo uciekającym od przegrzania przekazu świetle. Co by jednak nie pisać, w tym roomie zawsze było pełno ludzi, a to daje do zrozumienia, że mogę nie mieć racji.

44. KII THREE
Nadeszły czasy, że z braku miejsca w salonie lub czysto estetycznego punktu widzenia spora grupa melomanów szuka takiej propozycji generującej dźwięk, która odznacza się maksymalnym puryzmem w każdym aspekcie bytu danej konstrukcji. Taką propozycją okazują się być prezentowane na zdjęciach aktywne monitory. Małe, a posiadając sześć przetworników i mocny wzmacniacz według producenta osiągają wolumen grania dużych podłogówek. Dodatkowym idącym najnowszym trendem branży elementem jest samowystarczalność kolumn w zakresie wzmacniania i obróbki cyfrowej dostarczanego kablem sygnału z jednostki centralnej. Jak widać minimalizm w najczystszej postaci. Ja jeszcze do tego nie dorosłem, ale nie mogę odmówić kreatywności producentowi w dziedzinie podążania za najnowszymi nurtami.

45. ZINGALI, AMARE MUSICA, ENTREQ
Nasi specjaliści od łączenia cyfry z techniką lampową tym razem do wystawowej współpracy zaprosili włoskie kolumny ZINGALI. I wiecie co, to według mnie takie połączenie chyba wypaliło. Może nie wyrwało mnie jak to mówią z butów – proszę wziąć pod uwagę, że wystawa nie jest miejscem do takich uniesień, ale całość wypadała co najmniej ciekawie.

46. VIENNA PHYSIX
Zgrabne tubki z ich wszystkimi manierami, ale nie można negować czegoś, co determinowane jest samą konstrukcją. Jako ciekawostkę dodam, że są duże szanse na pojawienie się tych kolumn u nas na testach.

47. ZETA ZERO, NAGRA, AVID
Niestety trafiłem na nieszczęsne pliki i Dixielandowe kawałki i chyba firmowe wzmocnienie, co pokazało mi, dlaczego omijam ten nurt muzyczny. Nie, żebym go nie lubił, ale sposób jego rejestracji z racji raczkującego w tamtych czasach przemysłu realizacyjnego nie pozwala mi skupić się na przekazie. Po prostu za bardzo tnie uszy. Ale nie spisywałbym tego pomieszczenia na straty, gdyż sądząc po stojącym na stoliku sprzęcie, twórca dookólnych kolumn czasem wspierał się elektroniką Nagry i gramofonem jako źródło, a to pozwala sądzić, że nie miałem tego dnia szczęścia.

48. ZONTEK, CESARRO, AIR TIGHT
Gdy w zeszłym roku nasz rodzimy producent drapaków miał delikatne problemy z wciągnięciem mnie w wir prezentowanej muzyki, to za sprawą zmiany kolumn i wsparcia się wzmocnieniem japońskiego Air Tighta tym razem spędziłem w jego pokoju dobrych kilkanaście minut.

49. SVEDA AUDIO, AVID, AUDIA FLIGHT
Tak się złożyło, że trafiłem na prezentację uwielbianej przeze mnie muzyki przez znanego szerokiej publiczności wielbiciela jazzu Rafała Bryndala. Powiem więcej, podczas mojej wizyty pośród publiczności zasiadała również inna znana osobistość, a mianowicie znakomity muzyk, a dokładnie skrzypek Michał Urbaniak. To było ciekawie spędzone pół godziny, gdyż bez napinania na celebrowanie jakości dźwięku mogliśmy skupić się na wybranych przez pana Rafała perełkach muzycznych, co licznie zgromadzonym słuchaczom umożliwiał oparty o kolumny SVEDA AUDIO analogowy zestaw. Jak widać po kolejności prezentacji zdjęć, ten epizod zakończył moje tourne po wystawie.

50. REIMYO
Puentując minioną imprezę podrzucam kilka fotek z pokoju, w którym mogliście choćby zdawkowo zorientować się, o co chodzi w dźwięku mojego zestawienia. Owszem, kolumnami  były firmowe miniaturki, ale sposób budowania przestrzeni z pewnością był łatwy do zaobserwowania, a przecież wystawa zawsze sprawia, że sprzęt ma pod przysłowiową górkę. Niemniej jednak, co by nie pisać, z tego co udało mi się usłyszeć, jedni narzekali na brak basu, a inny dziękowali za chwilę odpoczynku przy dobrze skrojonym przekazie muzycznym. Czyli nic nowego, co klient, to inny odbiór. Po prostu klasyka.

To była bardzo ciekawa impreza. Z jednej strony według zapewnień organizatora po raz kolejny się rozrosła, a z drugiej mając w pamięci poprzednią jej odsłonę mogliśmy skonfrontować, czy poprzednie wpadki lub sukcesy nie były przypadkowymi. Analizując moje wpisy pragnę przypomnieć, że każde show rządzi się swoimi prawami i nawet jeśli coś Wam nie przypadło do gustu, nie oznacza to, że dana marka nie potrafi produkować dobrego sprzętu. Czasem całkowicie nie wpisujący się w nasze gusta repertuar potrafi położyć najbardziej wychwalaną ekspozycję. Dlatego też mając nadzieję, że umiecie przefiltrować przez pryzmat pewnej przypadkowości każdą taką relację, żegnając się z tą minioną już dziś zapraszam wszystkich na następną 21-ą odsłonę Audio Video Show 2017. My z Marcinem z pewnością na niej będziemy. A Wy?

Jacek Pazio