Na polskim rynku debiutuje najnowszy z oferty przystępnych cenowo modeli gramofonów Transrotor – Alto TMD. Jest to konstrukcja z rodziny gramofonów z okrągłym chassis o średnicy zbliżonej do talerza, wykonanych w całości z ręcznie polerowanego aluminium – takich jak Max i Fat Bob. Alto wywodzi się bezpośrednio właśnie z tego ostatniego, nie zastępując go, ale będąc modelem alternatywnym. Alto proponuje jednak autorskie, bardzo oryginalne i wręcz rewolucyjne rozwiązanie: konstruktorzy zaprojektowali tu najlepszą pod względem jakościowym i najbardziej uniwersalną w dotychczasowej ofercie Transrotorta podstawę ramienia wyposażoną w mechanizm VTA, który umożliwia montaż dowolnego ramienia dostępnego na rynku. Dotyczy to szczególnie wysokości mocowania ramion typu unipivot, które w modelu Alto można zamontować w łatwy i szybki sposób – i wyregulować jego wysokość nawet podczas słuchania płyty. Służy do tego duży, wygodny krążek w dolnej części podstawy. Jako że czynność tę realizuje się w drobnych krokach, Alto daje także możliwość wyregulowania wysokości ramienia w zależności od grubości odtwarzanej płyty. Jest jeszcze coś: jako że podczas dokonywania regulacji wysokości zmianie ulega kąt natarcia igły, VTA może pełnić także funkcję korektora częstotliwościowego. Chassis podstawy ramienia wykonano w postaci eliminującego drgania sandwicza z aluminium przekładanego kompozytem, znanym z modelu Dark Star.
Gramofon wyposażony jest w silnik asynchroniczny prądu stałego, umieszczony obok gramofonu. Przenosi on moment obrotowy do talerza za pomocą gumowego paska, którego drgania redukuje łożysko hydrodynamiczne ze sprzęgłem w postaci poduszki magnetycznej TMD, znane z droższych modeli firmy. Zasilacz w wersji podstawowej to Konstant Studio. Całość konstrukcji spoczywa na trzech wyposażonych w gwinty nóżkach, dzięki czemu jej wypoziomowanie jest bajecznie proste.
Transrotor Alto w wersji z ramieniem SME 5009 ora wkładką Merlo Reference kosztuje 37 900 PLN.
Więcej informacji na www.transrotor.pl
E-800 to najnowszy wzmacniacz zintegrowany japońskiego producenta, słynącego z najwyższej klasy urządzeń tranzystorowych i cyfrowych źródeł dźwięku. Model ten zajmuje pozycję powyżej doskonale przyjętego i pozostającego w produkcji E-650, zapowiadając nadchodzącą nową serię flagowych urządzeń. Co ciekawe, E-800 jest nie tylko najlepszą, ale także największą i najcięższą integrą w historii Accuphase.
E-800 to konstrukcja całkowicie symetryczna, w której można napotkać rozwiązania znane z dotychczasowych topowych konstrukcji. Sekcja przedwzmacniacza wykorzystuje autorski, bezrezystancyjny układ regulacji głośności AAVA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier), umieszczony z przodu konstrukcji. Podaje on 16 sygnałów prądowych o różnym natężeniu, eliminując fluktuację impedancyjną oraz zapewniając maksymalny odstęp sygnału od szumu, wynoszący 104 dB – czyli o 2 dB więcej niż w przypadku E-650. W połączeniu z czujnikiem położenia potencjometru zabudowanym w masywnych aluminiowych elementach, układ ten zapewnia nie tylko rewelacyjną jakość dźwięku, ale także niesamowitą gładkość działania i komfort użytkowania. Nic dziwnego, gdyż ostatni element pochodzi z doskonałego przedwzmacniacza C-2850. Końcówka mocy, której konstrukcję opracowano na podstawie modelu A-48, pracuje w układzie wzmacniacza instrumentacyjnego, z tranzystorami MOS-FET w sześciokrotnej, równoległej konfiguracji push-pull, wysterowanymi w czystej klasie A. Konfiguracja ta gwarantuje wydajność prądową na poziomie 33 A, a także przyrost mocy proporcjonalny do spadku impedancji: wzmacniacz oddaje 50 W przy obciążeniu 8 om, 100 przy 4 i 200 przy 2. A co dzieje się przy impedancji 1 oma? Wzmacniacz pozostaje stabilny, oddając 300 W mocy muzycznej. Są to oficjalne, „bezpieczne” wyniki katalogowe, natomiast zmierzona moc maksymalna wynosi odpowiednio: 90, 165, 272 i 360 W. Sercem konstrukcji wzmacniacza w klasie A jest maksymalnie wydajna sekcja zasilania – dzięki niej możliwe jest wysterowanie nawet trudnych, wielodrożnych kolumn głośnikowych. Jest ona zbudowana z potężnego, ekranowanego transformatora toroidalnego i dwóch wielkich, customowych kondensatorów filtrujących o pojemności 60 000 µF każdy. Gwarantowany współczynnik tłumienia to monstrualne 1000, co oznacza wartość aż o 200 większą niż w E-650, a więc ekstremalnie niską wyjściową impedancję na poziomie 0.008 oma. Uzyskano ją dzięki zbalansowanym układom zdalnej detekcji sygnału na dodatnich i ujemnych zaciskach głośnikowych, z negatywnym sprzężeniem zwrotnym. Układy zabezpieczające zrealizowano w postaci wysokiej klasy przełączników MOS-FET, z obwodami umieszczonymi bezpośrednio po drugiej stronie terminali głośnikowych, a także podwójnych czujników termicznych mierzących temperaturę bezpośrednio na radiatorach oraz transoptorów oddzielających obwód zabezpieczeń od ścieżki sygnałowej.
Od strony użytkowej inżynierowie Accuphase proponują klasyczne, podwójne terminale głośnikowe z przełącznikiem umożliwiającym wybór każdego z osobna, obydwu, bądź całkowite odłączenie, możliwość zamontowania opcjonalnych kart przetworników DAC-40 lub DAC-50, przedwzmacniacza gramofonowego AD-50 lub rozszerzenia o w postaci dodatkowego wejścia RCA LINE-10, rozdzielną sekcję pre- i power, no i oczywiście charakterystyczny, dwukanałowy miernik poziomu wysterowania sygnału, zrealizowany za pomocą 30-punktowych wskaźników LED, sięgających poziomu -50 dB.
Celem inżynierów Accuphase było skonstruowanie wzmacniacza zintegrowanego mogącego dorównać klasą dźwięku najlepszym dzielonym konstrukcjom, składającym się z przedwzmacniacza i końcówki mocy. Układy E-800 realizują założenie maksymalnej prostoty i funkcjonalności, dzięki którym jest w stanie swobodnie dotrzeć do samego serca muzyki.
Cena wzmacniacza na polskim rynku wynosi 66 900 PLN.
Jeśli do tej pory kanadyjskie Calgary kojarzyło się komuś wyłącznie z XV Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi z 1988, to lepiej niech ów „ktoś” czym prędzej nadrobi zaległości, gdyż właśnie w tym malowniczym mieście swą siedzibę ma EMM Labs Inc.- producent naszych dzisiejszych gości – streamera NS1 i referencyjnego przetwornika cyfrowo – analogowego DV2.
cdn. …
Wzmacniacz zintegrowany CSA 100 jest najnowszym dziełem Coplanda. Urządzenie zostało opracowane w oparciu o metodę synektyczną, która zapewniła wcześniejszym hybrydowym wzmacniaczom Coplanda szerokie uznanie, i łączy zalety wzmacniaczy lampowych oraz tranzystorowych.
Wzmacniacz CSA 100 wyposażony jest w stopień półprzewodnikowy 2 x 100 W z prądowym sprzężeniem zwrotnym stopnia mocy, a sygnał dostarczany jest z przedwzmacniacza pracującego na podwójnej triodzie.
Zastosowana lampa odpowiada za wzmocnienie obwodu liniowego wzmocnienia CSA 100 – rozwiązanie to wyróżnia się niesamowitą skutecznością. Podwójna trioda zasilana wysokim napięciem, zapewniającym maksymalną liniowość, realizuje wzmocnienie napięciowe. Z kolei obwód MOS-FET jest potężnym stopniem mocy i zapewnia wzmocnienie dla stopnia liniowego przy równoczesnej kontroli za pomocą sprzężenia zwrotnego, umożliwiając tym samym harmonijną współpracę obwodów półprzewodnikowych sterowanych prądowo i lampowych sterowanych napięciowo.
Chcąc uzyskać ciepły i barwny odbiór prezentowany przez dotychczas spotykane konstrukcje lampowe, stopień lampowy wzmacniacza CSA 100 stworzony jest do odsłuchu studyjnego. W tym zastosowaniu lampa zapewnia brzmienie żywe, przestrzenne i dynamiczne, rzadko spotykane we wzmacniaczach wykonanych w technologii półprzewodnikowej.
Z myślą o entuzjastach winyli projektanci wyposażyli CSA 100 w wejście z korekcją RIAA dla wkładek MM. Wzmacniacz wykorzystuje również doskonały przetwornik cyfrowo-analogowy z wieloma wejściami S/PDIF, PCM i DSD, oparty na 32-bitowym układzie ES9018 Reference w konfiguracji quad-mono, konfiguracji 8 mono do 2 stereo.
Copland CSA 100 pojawi się w sprzedaży w lutym br. Poglądowa cena detaliczna urządzenia wyniesie 16 999 zł.
Specyfikacja techniczna
Moc wyjściowa: 2 x 100 W przy 8 Ω, 2 x 180 W przy 4 Ω
Wejścia analogowe: 1 x zbalansowane (XLR), 3 x niezbalansowane (RCA)
Wejścia cyfrowe: 1 x koncentryczne S/PDIF, 2 x optyczne S/PDIF, 1 x USB, 1 x Bluetooth aptX HD (opcja)
Wyjście liniowe: 1 x niezbalansowane (RCA), 1 x wyjście Pre/niezbalansowane regulowane (RCA)
Impedancja wejścia liniowego: 50 kΩ
Impedancja wejścia Phono: 47 kΩ (MM)
Pojemność wejścia Phono: 200 pF
Czułość wejść liniowych: 250 mV
Czułość Phono: 2,6 mV
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz / -3 dB
T.H.D.: mniejsze niż 0,06%
Sygnał/szum IHF-A: większy niż 90 dB
Faza: odwracalna
Wzmocnienie wzmacniacza słuchawkowego: 22 dB przy 100 Ω
Impedancja wyjściowa wzmacniacza słuchawkowego: 40 Ω
T.H.D. wzmacniacza słuchawkowego: mniejsze niż 0,05%
Pasmo przenoszenia wzmacniacza słuchawkowego: 10 Hz – 150 kHz / -3 dB
Lampy: jedna 6922
Zużycie energii: maks. 700 W
Wymiary: 435 mm (S) x 135 mm (W) x 370 mm (G)
Waga z opakowaniem: 14 kg
Nie sądzę, aby ktokolwiek próbował oponować przeciwko twierdzeniu, że jeśli nie połowa, to przynajmniej znacząca liczba parających się muzyką nawet nie tyle melomanów, co zwykłych pochłaniaczy zapisów nutowych może pochwalić się lepszym lub gorszym gramofonem. To jest fakt, z którym nie próbują dyskutować najwięksi antygramofonowi ortodoksi. Powód? Dźwięk dobrze skalibrowanego drapaka przez wielu producentów nadal jest celem do naśladowania podczas projektowania odtwarzającej muzykę elektroniki, co wręcz samoczynnie nakręca rynek analogowy. I wszystko byłoby ok., gdyby nie drobny mankament. Płyty winylowe są podatne na wszelkiego rodzaju zabrudzenia, co niestety bez wykonywanego raz na jakiś czas procesu czyszczenia pogarsza odczyt zapisanych na nich informacji. Tak tak, w zamian za fantastyczny sound podczas obcowania z czarną płytą jesteśmy zmuszeni do pewnego rodzaju celebry. Jednak myliłby się ten, kto twierdziłby, że mówię jedynie o oczyszczeniu płyty przed opuszczeniem ramienia z powierzchniowo zalegającego na niej kurzu przy pomocy antystatycznego pędzelka lub szczoteczki. Do czego piję? Niestety do okresowego mycia specjalnym płynem w stosownych urządzeniach. Jakich? Choćby w prezentowanej dzisiaj myjce płyt winylowych, znanego z racji wieloletnich osiągnięć na całym świecie niemieckiego ClearAudio Smart Matrix Silent, którą do sprawdzenia w boju dostarczyła Sieć Salonów Top HiFi & Video Design.
Przybliżając pakiet technikaliów ważnym z punktu widzenia solidności konstrukcji jest wykonanie znacznej większości podzespołów typu prostopadłościenny korpus, pokryty miękką wykładziną talerz, ramię ssąco-tłoczące i chroniący label przez zamoczeniem miękkim materiałem docisk, ze świetnie prezentującego się wizualnie aluminium. Obudowa, z racji umieszczenia na górnej płaszczyźnie nie tylko podtrzymującego płytę podczas mycia wspomnianego talerza, ale również zlokalizowanego w lewym rogu, wyposażonego w regulację pracy dla trzech rodzajów czarnych placków, wielofunkcyjnego ramienia, a na prawej przyfrontowej flance trzech guzików – zmiana kierunku obrotu, dozowanie płynu myjącego i uruchamianie odsysarki i z prawej tylnej strony otworu zbiornika czynnika myjącego, w kwestii zajmowanej połaci na półce jest nieco większa do samej płyty. Jednak nie przejmujcie się, bowiem nie jest to wielokrotność powierzchni czarnego placka, tylko na ile to możliwe w miarę kompaktowe rozwiązanie wspomnianych lokalizacji. Front w celu nadania sznytu elegancji, ale bez nadmiernego blichtru, ozdobiono jedynie informującym o nazwie marki i symbolu urządzenia logotypem. Zaś tył spełniając założenia obsługi podzespołów elektrycznych i procesu oczyszczania jest ostoją zintegrowanego z bezpiecznikiem i głównym włącznikiem gniazda zasilania, dwóch niewielkich otworów wentylacyjnych do wyrzutu powietrza z odsysarki i nisko umieszczonego gumowego wężyka dla spuszczania pozostałości płynu po procesie mycia. Całość konstrukcji posadowiono na stabilnych stopach i w pakiecie startowym doposażono w butelkę firmowego koncentratu myjącego.
Jak używamy tego winylowego, śmiało można powiedzieć, niezbędnika analogowego melomana? Zapewniam, iż całość dzięki automatyzacji jest może nie dziecinnie, ale naprawdę dość prosta. Najpierw zalecaną przez producenta myjki już gotową, lub we własnym zakresie rozcieńczoną na bazie koncentratu ClearAudio Pure Groove firmową miksturą, napełniamy usytuowany w prawym tylnym rogu zbiornik. Lekko unosząc ustawiamy ramię czyszcząco ssące na lewo poza obrys płyty. Kładziemy zdobyty po latach poszukiwań na aukcjach internetowych winylowy krążek na talerzu. Po dociśnięciu go i lekkim przykręceniu clampem tak przygotowanej kanapki – miękko wyściełany talerz, płyta, szczelny docisk, ustawiamy ramię nad płytą i powoli je opuszczamy. I tutaj w teorii kończy się nasza ingerencja, gdyż proces kąpieli rusza samoczynnie. Co to oznacza? Silnik zaczyna obracać płytę i prawie w tej samej chwili rozpoczyna się dozowanie odpowiedniej ilości płynu. Tak namoczonemu, cały czas wolno wirującemu plackowi pozwalamy wykonać kilka obrotów w jedną i dla lepszej penetracji brudnych rowków przez szczotkę za pomocą stosownego przycisku w prawym narożniku w drugą stronę. Wieńcząc dzieło przywracania drugiej młodości płycie po kilku zmianach kierunku obracania się talerza włączamy odsysarkę. Na jak długo? Aż powierzchnia przestanie wykazywać oznaki wilgoci. Naturalnie wspomniane czynności powtarzamy dla drugiej strony płyty. To wszystko? Owszem. Jednak należy zaznaczyć, że gdy jakimś dziwnym trafem automat nałoży na płytę zbyt małą ilość mikstury czyszczącej – zapewniam, że po kilku próbach wychwycicie, o czym piszę, urządzenie ma odpowiedni, pracujący niezależnie od automatu guzik dozujący, którym zaobserwowane braki jesteśmy w stanie skorygować. Wystarczy go wcisnąć i trzymać do wyrównania filmu cieczy myjącej. Nic więcej. Przyznacie, że proste? A, jeszcze jedno. Cała zabawa w mycie nie ma większego sensu, jeśli tak odnowione winyle włożycie w stare, często tylko papierowe koperty. Co zatem zrobić? Po prostu zamówić dobrej jakości nowe, wyściełane folią antystatyczne koperty, które zapewnią naszym zbiorom nie tylko czyste, ale również izolujące płyty od ładunków elektrycznych warunki długoletniego leżakowania.
Zbliżając się ku końcowi tej prezentacji analogowej pralki nasuwają się dwa pytania: „Kto powinien zaopatrzyć się w tego typu konstrukcję?” i „Jaki jest cel zagracania pokoju takim sporych gabarytów meblem?”. W odpowiedzi na pierwszy cudzysłów widzę co najmniej dwie grupy. Pierwsza to wszyscy posiadacze rozbudowanej kolekcji płyt. Zaś drugą są osobnicy wiążący z gramofonem wieloletnią przyszłość, gdyż zapewniam, płytoteka szybko się rozrasta. Po co to wszystko? I tutaj dochodzimy do sedna. Zapewniam niedowiarków, że nawet nowe płyty, z racji mocnego zabrudzenia procesem produkcyjnym potrzebują kąpieli tuż po pierwszym wyjęciu z wewnętrznej koszulki. Niby podczas oględzin gołym okiem krążek wygląda ok., ale niestety w rowku siedzi spora ilość drobnego pyłu, który po części potrafi się wbić w rowek i po części osadzić się na igle podczas pierwszego słuchania, pogarszając proces odczytu mechanicznie zapisanych danych. Mało tego. Płyta często dodatkowo jest tak naładowana elektrostatycznie, że już podczas wyjmowania z okładki stają nam włosy na rękach, a co dopiero mówić o skutkach przenoszenia tych artefaktów przez wkładkę do karmiącego nasz system sygnału analogowego. To samo dotyczy starych winyli, z tą tylko różnicą, że brud jest efektem wieloletniego bytu na tym ziemskim łez padole – oprócz sal operacyjnych i tego typu przybytków nie ma stref wolnych od wszechobecnego w naszym życiu kurzu, co sprawia, że bez porządnej kąpieli nie ma realnych szans na dogłębne pozbycie się go. A gdy po bożemu tuż przed odsłuchem umyjemy zmęczoną życiem ukochaną płytę, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świat staje się znacznie piękniejszy. Co się dzieje? Po pierwsze – nawet jeśli nie zanika całkiem, to znacznie się zmniejsza – to zależy już od stanu i jakości tłoczenia czarnego placka – spowodowany brudem w rowkach szum przesuwu igły. A po drugie – dzięki antystatyczności płynu myjącego całkowicie eliminujemy potencjalne powstawanie ładunków podczas przecież zwyczajnego drapania diamentu po plastiku. Myślicie, że to są drobiazgi? Bynajmniej, to podstawa dobrego dźwięku, co przekłada się na zmniejszenie zniekształceń sygnału, znacznie poprawiając proces naszego obcowania z muzyką. Czy myjemy przed każdorazowym położeniem na talerz? Naturalnie nie. Owszem, spotkałem się z ortodoksyjnymi słuchaczami, którzy uprawiają tego typu ekwilibrystykę, ale zapewniam, nie ma to specjalnego sensu. Wystarczy zrobić to raz na kilka lat. No chyba, że słuchamy danej pozycji dość często, wówczas nie zaszkodzi ją co kilka mitingów przepłukać.
I jeszcze jedno. Samo mycie z racji szumu wysysarki jest trochę uciążliwą i z uwagi na oczekiwanie na zakończenie procesu nieco nudną czynnością, dlatego też podpierając się swoim wieloletnim użytkowaniem tego typu konstrukcji sugeruję rozłożyć to na raty. To znaczy? Zwyczajnie. Gdy kupuję sobie kilka fajnych krążków, nie siadam do natychmiastowego przywracania im młodości, tylko stawiam w regale w wyznaczonym miejscu i płuczę tuż przed pierwszym użyciem. Czyszczenie jednej sztuki zajmuje 3 minuty, potem 45 min przyjemnego słuchania i znowu powtórka. Zapewniam Was, tak rozłożona „zabawa” nie dość, że rozchodzi się po kościach, to jeszcze nie przeciąża myjki zbytnim nagrzewaniem się podczas wielokrotnego osuszania kilkunastu krążków z rzędu. To zaś sprawi, że tytułowa Clear Audio Smart Matrix Silent będzie służyć Wam przez długie lata.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 6 699 PLN
Dane techniczne
Max. Pobór mocy: 300 W
Wymiary (S x W x G): 345 x 345 x 235 mm
Waga: 10.6 kg
Opinia 1
Nie od dziś wiadomo, że największą fluktuacją modeli w szeroko rozumianej branży audio może pochwalić się tzw. budżetówka i to głównie ta operująca na obszarze kina domowego, gdzie coroczne odświeżanie portfolio nie tylko nikogo nie dziwi, co wręcz jest przez sam rynek, jeśli nie wymuszana, to co najmniej oczekiwana. W reszcie segmentów panuje względny spokój, choć jeśli pokusimy się o zwiększenie ziarnistości analizowanych danych, to jasnym stanie się, że najbardziej aktywni są producenci słuchawek, wszelakiej maści okablowania i akcesoriów. O ile jednak z racji ukierunkowania naszego profilu na wokół-, na- i do- usznych szczytach osobistych reproduktorów żadnych gwałtownych ruchów nikt przy zdrowych zmysłach nie wykonuje, o tyle audiofilskie okablowanie wydawać by się mogło, że mnoży się co najmniej przez pączkowanie. Owa płodność parających się powyższym asortymentem producentów znajduje oczywiście odzwierciedlenie również i na naszych łamach. Wystarczy tylko wspomnieć, iż np. przewody Furutecha gościły u nas bodajże piętnaście razy a na drugim miejscu uplasowała się rodzima Audiomica Laboratory z nie mniej imponującym wolumenem dziesięciu modeli. A to przecież jedynie niewielki wycinek tego, co można znaleźć u obu ww. wytwórców. Dlatego też nie powinien zdziwić fakt pojawienia się u naszych drzwi kuriera z kolejną paczką z Gorlic zawierającą tym razem kolejnego, po Aura & Artoc – łączówkach USB i Ethernet reprezentanta serii Ultra Reference , czyli przewód głośnikowy Genimedes.
Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, również i tym razem tytułowe przewody dotarły do nas w eleganckiej, drewnianej, wyściełanej szarą gąbką skrzyneczce, w której oprócz wiadomego wsadu znajdowała się również stosowna metryczka. Jeśli zaś chodzi o sam wsad, to przynajmniej na tle flagowych Miamen Consequence M1 tytułowe Genimedesy wyglądają nad wyraz delikatnie i niemalże ażurowo. Wszystko jednak zależy od punktu odniesienia, gdyż już w zestawieniu z większością dostępnej na rynku konkurencji wpisują się w tzw. mainstream. Całość pokrywa elegancka biała siateczka spod której wyziera jasnoszary peszel w „części wspólnej” przebiegu a za pełniącymi dodatkowo funkcję muf antystatycznych firmowymi spliterami Acoustic Points biały, bądź czerwony, co szalenie ułatwia proces aplikacji przewodów w systemie. Same przewody z powodzeniem można określić mianem dość wiotkich i nienastręczających większych problemów przy montażu, przy czym warto wspomnieć o możliwości zamówienia wersji single, bądź bi-wire z odpowiednio dobraną pod indywidualne wymagania konfekcją, obejmującą własnej produkcji widły i banany.
W porównaniu do wcześniejszych wersji obecna inkarnacja Genimedesów może pochwalić się nową konstrukcją przewodnika i wprowadzeniem technologii podwójnego rodowania w procesie DCP. Wtyki AML-ACP10 Rh (zarówno widły, jak i banany) wykonano z powlekanego podwójną warstwą rodu mosiądzu a ich korpusy to niemagnetyczny, antystatyczny materiał POM-C AP50, który chroni przed przepięciami. Ponadto z dwóch do czterech wzrosła liczba wiązek z posrebrzanej miedzi. Każda wiązka ma przekrój 2,62 mm² i składa się ze 140 drucików. Przewody chroni przed polem elektromagnetycznym gęsty pleciony miedziany ekran o 95% pokryciu. Nie zabrakło też wykonanych przez Acoustic Points antystatycznych muf, których zbawienny wpływ zdążyliśmy już wielokrotnie omówić podczas wcześniejszych testów przewodów Audiomici, więc tym razem jedynie wspomnę o ich obecności.
Po dość gruntownym, gdyż obejmującym aż sześć modeli (Anort & Pebble, Allbit, Thasso, Pearl & Miamen), przeglądzie serii Consequence, która dość jednoznacznie stawiała na iście hollywoodzki rozmach i generalnie „duży” dźwięk, przyszła pora na eksplorację usytuowanej oczko niżej w firmowej hierarchii linii Ultra Reference. Wydawać by się mogło, iż taka chronologia może stwarzać pewne problemy, gdyż o ile testowanie flagowców jest praktycznie marzeniem każdego recenzenta, to jednak zdecydowanie bezpieczniejsze, tak dla samego producenta, jak i „obiektywności” tworzonej przez odsłuchującego beletrystyki jest mozolne pięcie się po kolejnych szczeblach technologicznego i brzmieniowego zaawansowania, aniżeli sukcesywne obniżanie poprzeczki. Nie dość bowiem, że zamiast odnotowywać mniej, bądź bardziej zauważalny progres, a więc zmierzać ku upragnionej audiofilskiej nirwanie, to od owego celu się oddalamy i w dodatku w owej, jak by nie patrzeć degradacji musimy upatrywać zalet. Karkołomne? Niewątpliwie, jednak logiczne, choć nie w ujęciu oczywistym a parakonsystentnym, gdyż robiąc krok, bądź dwa w tył zyskujemy m.in. szerszą perspektywę, co w przypadku tak rozbudowanego portfolio jak Audiomici ma niebagatelne znaczenie.
Przechodząc do konkretów trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Genimedesy od Miamenów odróżnia przede wszystkim sposób, a dokładnie „mechanika”, kreślenia źródeł pozornych. W Miamenach dominowała bowiem dość mocna i zarazem gruba kreska, natomiast w przypadku Genimedesów akcent został postawiony na precyzję i „ostrość” linii opisujących kontury kreowanych postaci i instrumentów. Co ciekawe, nie zaowocowało to osłabieniem ani żywiołowości, ani energetyczności obecnych u starszego rodzeństwa, a jedynie nieco innym potraktowaniem kwestii mikro i makro dynamiki. Dokonano bowiem swoistej volty i szkielet spektaklu muzycznego, na jaki zaprasza nas Audiomica, stanowi mikro dynamika a makro staje się jej dopełnieniem. Weźmy na ten przykład nad wyraz mocno osadzony na basowych fundamentach album „Anastasis” Dead Can Dance, który tym razem potrafił zachwycić wszelakiej maści perkusjonaliami i fenomenalnym oddechem. Nie oznacza to bynajmniej przesunięcia równowagi tonalnej ku górze, lecz raczej większą „zwartość” najniższych składowych przy jednoczesnym wzroście drajwu i motoryki. Jeszcze lepiej słychać to na „The Razors Edge” AC/DC, gdzie nie dość, że nie sposób opanować przytupywania i generalnie wczuwania się w rytm, to doznania w porównaniu do wspomnianych Miamenów są zbliżone do przesiadki z potężnego 6.2l Dodge’a Challengera SRT® Hellcat Redeye do pozornie, przynajmniej przy amerykańskim muskularnym kuzynie, filigranowego, „zaledwie” 3.8l GT-Ra Nismo. Mam nadzieję, iż rozumieją Państwo powyższą analogię? Pozostając na wybitnie wyczynowych pułapach po prostu zmienimy „charakterystykę prowadzenia” dźwięku, gdzie pojęcia lepiej / gorzej ustępują miejsca stwierdzeniu „inaczej”, bądź … „poproszę oba”. To dokładnie ten sam rodzaj dylematu jakby patrząc na kultowe już zdjęcie „The Supers” nieodżałowanego Petera Lindbergha musieć dokonać wyboru pomiędzy Naomi Campbell, Lindą Evangelistą, Tatianą Patitz, Christy Turlington, czy Cindy Crawford. Niby można, tylko … po co.
Nie mniej intrygująco tytułowe głośnikowce wypadają na ortodoksyjnym a przy tym wybornie nagranym i zrealizowanym repertuarze klasycznym. Wystarczy bowiem sięgnąć po „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen, by na własne uszy przekonać się jak powinno brzmieć naturalne, „barokowe” instrumentarium, gdzie słodycz w całkowicie oczywisty sposób przeplata się z natywną chropowatością a gęsta średnica z rozwibrowanymi i niemalże wwiercającymi się w synapsy alikwotami. Jednak nawet przy najwyższych składowych gorlickim przewodom udało się zachować organiczną wręcz analogowość, przez co oscylujące na granicy komfortu dźwięki ze względu na łatwość ich asymilacji nie wywoływały grymasu niezadowolenia, lecz co najwyżej wzmagały czujność, czy aby rodzime przewo