Monthly Archives: Styczeń 2020


  1. Soundrebels.com
  2. >

Transrotor Alto

Na polskim rynku debiutuje najnowszy z oferty przystępnych cenowo modeli gramofonów Transrotor – Alto TMD. Jest to konstrukcja z rodziny gramofonów z okrągłym chassis o średnicy zbliżonej do talerza, wykonanych w całości z ręcznie polerowanego aluminium – takich jak Max i Fat Bob. Alto wywodzi się bezpośrednio właśnie z tego ostatniego, nie zastępując go, ale będąc modelem alternatywnym. Alto proponuje jednak autorskie, bardzo oryginalne i wręcz rewolucyjne rozwiązanie: konstruktorzy zaprojektowali tu najlepszą pod względem jakościowym i najbardziej uniwersalną w dotychczasowej ofercie Transrotorta podstawę ramienia wyposażoną w mechanizm VTA, który umożliwia montaż dowolnego ramienia dostępnego na rynku. Dotyczy to szczególnie wysokości mocowania ramion typu unipivot, które w modelu Alto można zamontować w łatwy i szybki sposób – i wyregulować jego wysokość nawet podczas słuchania płyty. Służy do tego duży, wygodny krążek w dolnej części podstawy. Jako że czynność tę realizuje się w drobnych krokach, Alto daje także możliwość wyregulowania wysokości ramienia w zależności od grubości odtwarzanej płyty. Jest jeszcze coś: jako że podczas dokonywania regulacji wysokości zmianie ulega kąt natarcia igły, VTA może pełnić także funkcję korektora częstotliwościowego. Chassis podstawy ramienia wykonano w postaci eliminującego drgania sandwicza z aluminium przekładanego kompozytem, znanym z modelu Dark Star.

Gramofon wyposażony jest w silnik asynchroniczny prądu stałego, umieszczony obok gramofonu. Przenosi on moment obrotowy do talerza za pomocą gumowego paska, którego drgania redukuje łożysko hydrodynamiczne ze sprzęgłem w postaci poduszki magnetycznej TMD, znane z droższych modeli firmy. Zasilacz w wersji podstawowej to Konstant Studio. Całość konstrukcji spoczywa na trzech wyposażonych w gwinty nóżkach, dzięki czemu jej wypoziomowanie jest bajecznie proste.

Transrotor Alto w wersji z ramieniem SME 5009 ora wkładką Merlo Reference kosztuje 37 900 PLN.

Więcej informacji na www.transrotor.pl

  1. Soundrebels.com
  2. >

Accuphase E-800

E-800 to najnowszy wzmacniacz zintegrowany japońskiego producenta, słynącego z najwyższej klasy urządzeń tranzystorowych i cyfrowych źródeł dźwięku. Model ten zajmuje pozycję powyżej doskonale przyjętego i pozostającego w produkcji E-650, zapowiadając nadchodzącą nową serię flagowych urządzeń. Co ciekawe, E-800 jest nie tylko najlepszą, ale także największą i najcięższą integrą w historii Accuphase.

E-800 to konstrukcja całkowicie symetryczna, w której można napotkać rozwiązania znane z dotychczasowych topowych konstrukcji. Sekcja przedwzmacniacza wykorzystuje autorski, bezrezystancyjny układ regulacji głośności AAVA (Accuphase Analog Vari-gain Amplifier), umieszczony z przodu konstrukcji. Podaje on 16 sygnałów prądowych o różnym natężeniu, eliminując fluktuację impedancyjną oraz zapewniając maksymalny odstęp sygnału od szumu, wynoszący 104 dB – czyli o 2 dB więcej niż w przypadku E-650. W połączeniu z czujnikiem położenia potencjometru zabudowanym w masywnych aluminiowych elementach, układ ten zapewnia nie tylko rewelacyjną jakość dźwięku, ale także niesamowitą gładkość działania i komfort użytkowania. Nic dziwnego, gdyż ostatni element pochodzi z doskonałego przedwzmacniacza C-2850. Końcówka mocy, której konstrukcję opracowano na podstawie modelu A-48, pracuje w układzie wzmacniacza instrumentacyjnego, z tranzystorami MOS-FET w sześciokrotnej, równoległej konfiguracji push-pull, wysterowanymi w czystej klasie A. Konfiguracja ta gwarantuje wydajność prądową na poziomie 33 A, a także przyrost mocy proporcjonalny do spadku impedancji: wzmacniacz oddaje 50 W przy obciążeniu 8 om, 100 przy 4 i 200 przy 2. A co dzieje się przy impedancji 1 oma? Wzmacniacz pozostaje stabilny, oddając 300 W mocy muzycznej. Są to oficjalne, „bezpieczne” wyniki katalogowe, natomiast zmierzona moc maksymalna wynosi odpowiednio: 90, 165, 272 i 360 W. Sercem konstrukcji wzmacniacza w klasie A jest maksymalnie wydajna sekcja zasilania – dzięki niej możliwe jest wysterowanie nawet trudnych, wielodrożnych kolumn głośnikowych. Jest ona zbudowana z potężnego, ekranowanego transformatora toroidalnego i dwóch wielkich, customowych kondensatorów filtrujących o pojemności 60 000 µF każdy. Gwarantowany współczynnik tłumienia to monstrualne 1000, co oznacza wartość aż o 200 większą niż w E-650, a więc ekstremalnie niską wyjściową impedancję na poziomie 0.008 oma. Uzyskano ją dzięki zbalansowanym układom zdalnej detekcji sygnału na dodatnich i ujemnych zaciskach głośnikowych, z negatywnym sprzężeniem zwrotnym. Układy zabezpieczające zrealizowano w postaci wysokiej klasy przełączników MOS-FET, z obwodami umieszczonymi bezpośrednio po drugiej stronie terminali głośnikowych, a także podwójnych czujników termicznych mierzących temperaturę bezpośrednio na radiatorach oraz transoptorów oddzielających obwód zabezpieczeń od ścieżki sygnałowej.

Od strony użytkowej inżynierowie Accuphase proponują klasyczne, podwójne terminale głośnikowe z przełącznikiem umożliwiającym wybór każdego z osobna, obydwu, bądź całkowite odłączenie, możliwość zamontowania opcjonalnych kart przetworników DAC-40 lub DAC-50, przedwzmacniacza gramofonowego AD-50 lub rozszerzenia o w postaci dodatkowego wejścia RCA LINE-10, rozdzielną sekcję pre- i power, no i oczywiście charakterystyczny, dwukanałowy miernik poziomu wysterowania sygnału, zrealizowany za pomocą 30-punktowych wskaźników LED, sięgających poziomu -50 dB.
Celem inżynierów Accuphase było skonstruowanie wzmacniacza zintegrowanego mogącego dorównać klasą dźwięku najlepszym dzielonym konstrukcjom, składającym się z przedwzmacniacza i końcówki mocy. Układy E-800 realizują założenie maksymalnej prostoty i funkcjonalności, dzięki którym jest w stanie swobodnie dotrzeć do samego serca muzyki.

Cena wzmacniacza na polskim rynku wynosi 66 900 PLN.

  1. Soundrebels.com
  2. >

EMM Labs NS1 & DV2
artykuł opublikowany / article published in Polish

Jeśli do tej pory kanadyjskie Calgary kojarzyło się komuś wyłącznie z XV Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi z 1988, to lepiej niech ów „ktoś” czym prędzej nadrobi zaległości, gdyż właśnie w tym malowniczym mieście swą siedzibę ma EMM Labs Inc.- producent naszych dzisiejszych gości – streamera NS1 i referencyjnego przetwornika cyfrowo – analogowego DV2.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Copland CSA 100

Wzmacniacz zintegrowany CSA 100 jest najnowszym dziełem Coplanda. Urządzenie zostało opracowane w oparciu o metodę synektyczną, która zapewniła wcześniejszym hybrydowym wzmacniaczom Coplanda szerokie uznanie, i łączy zalety wzmacniaczy lampowych oraz tranzystorowych.

Wzmacniacz CSA 100 wyposażony jest w stopień półprzewodnikowy 2 x 100 W z prądowym sprzężeniem zwrotnym stopnia mocy, a sygnał dostarczany jest z przedwzmacniacza pracującego na podwójnej triodzie.

Zastosowana lampa odpowiada za wzmocnienie obwodu liniowego wzmocnienia CSA 100 – rozwiązanie to wyróżnia się niesamowitą skutecznością. Podwójna trioda zasilana wysokim napięciem, zapewniającym maksymalną liniowość, realizuje wzmocnienie napięciowe. Z kolei obwód MOS-FET jest potężnym stopniem mocy i zapewnia wzmocnienie dla stopnia liniowego przy równoczesnej kontroli za pomocą sprzężenia zwrotnego, umożliwiając tym samym harmonijną współpracę obwodów półprzewodnikowych sterowanych prądowo i lampowych sterowanych napięciowo.

Chcąc uzyskać ciepły i barwny odbiór prezentowany przez dotychczas spotykane konstrukcje lampowe, stopień lampowy wzmacniacza CSA 100 stworzony jest do odsłuchu studyjnego. W tym zastosowaniu lampa zapewnia brzmienie żywe, przestrzenne i dynamiczne, rzadko spotykane we wzmacniaczach wykonanych w technologii półprzewodnikowej.

Z myślą o entuzjastach winyli projektanci wyposażyli CSA 100 w wejście z korekcją RIAA dla wkładek MM. Wzmacniacz wykorzystuje również doskonały przetwornik cyfrowo-analogowy z wieloma wejściami S/PDIF, PCM i DSD, oparty na 32-bitowym układzie ES9018 Reference w konfiguracji quad-mono, konfiguracji 8 mono do 2 stereo.

Copland CSA 100 pojawi się w sprzedaży w lutym br. Poglądowa cena detaliczna urządzenia wyniesie 16 999 zł.

Specyfikacja techniczna
Moc wyjściowa: 2 x 100 W przy 8 Ω, 2 x 180 W przy 4 Ω
Wejścia analogowe: 1 x zbalansowane (XLR), 3 x niezbalansowane (RCA)
Wejścia cyfrowe: 1 x koncentryczne S/PDIF, 2 x optyczne S/PDIF, 1 x USB, 1 x Bluetooth aptX HD (opcja)
Wyjście liniowe: 1 x niezbalansowane (RCA), 1 x wyjście Pre/niezbalansowane regulowane (RCA)
Impedancja wejścia liniowego: 50 kΩ
Impedancja wejścia Phono: 47 kΩ (MM)
Pojemność wejścia Phono: 200 pF
Czułość wejść liniowych: 250 mV
Czułość Phono: 2,6 mV
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 150 kHz / -3 dB
T.H.D.: mniejsze niż 0,06%
Sygnał/szum IHF-A: większy niż 90 dB
Faza: odwracalna
Wzmocnienie wzmacniacza słuchawkowego: 22 dB przy 100 Ω
Impedancja wyjściowa wzmacniacza słuchawkowego: 40 Ω
T.H.D. wzmacniacza słuchawkowego: mniejsze niż 0,05%
Pasmo przenoszenia wzmacniacza słuchawkowego: 10 Hz – 150 kHz / -3 dB
Lampy: jedna 6922
Zużycie energii: maks. 700 W
Wymiary: 435 mm (S) x 135 mm (W) x 370 mm (G)
Waga z opakowaniem: 14 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

ClearAudio Smart Matrix Silent

Nie sądzę, aby ktokolwiek próbował oponować przeciwko twierdzeniu, że jeśli nie połowa, to przynajmniej znacząca liczba parających się muzyką nawet nie tyle melomanów, co zwykłych pochłaniaczy zapisów nutowych może pochwalić się lepszym lub gorszym gramofonem. To jest fakt, z którym nie próbują dyskutować najwięksi antygramofonowi ortodoksi. Powód? Dźwięk dobrze skalibrowanego drapaka przez wielu producentów nadal jest celem do naśladowania podczas projektowania odtwarzającej muzykę elektroniki, co wręcz samoczynnie nakręca rynek analogowy. I wszystko byłoby ok., gdyby nie drobny mankament. Płyty winylowe są podatne na wszelkiego rodzaju zabrudzenia, co niestety bez wykonywanego raz na jakiś czas procesu czyszczenia pogarsza odczyt zapisanych na nich informacji. Tak tak, w zamian za fantastyczny sound podczas obcowania z czarną płytą jesteśmy zmuszeni do pewnego rodzaju celebry. Jednak myliłby się ten, kto twierdziłby, że mówię jedynie o oczyszczeniu płyty przed opuszczeniem ramienia z powierzchniowo zalegającego na niej kurzu przy pomocy antystatycznego pędzelka lub szczoteczki. Do czego piję? Niestety do okresowego mycia specjalnym płynem w stosownych urządzeniach. Jakich? Choćby w prezentowanej dzisiaj myjce płyt winylowych, znanego z racji wieloletnich osiągnięć na całym świecie niemieckiego ClearAudio Smart Matrix Silent, którą do sprawdzenia w boju dostarczyła Sieć Salonów Top HiFi & Video Design.

Przybliżając pakiet technikaliów ważnym z punktu widzenia solidności konstrukcji jest wykonanie znacznej większości podzespołów typu prostopadłościenny korpus, pokryty miękką wykładziną talerz, ramię ssąco-tłoczące i chroniący label przez zamoczeniem miękkim materiałem docisk, ze świetnie prezentującego się wizualnie aluminium. Obudowa, z racji umieszczenia na górnej płaszczyźnie nie tylko podtrzymującego płytę podczas mycia wspomnianego talerza, ale również zlokalizowanego w lewym rogu, wyposażonego w regulację pracy dla trzech rodzajów czarnych placków, wielofunkcyjnego ramienia, a na prawej przyfrontowej flance trzech guzików – zmiana kierunku obrotu, dozowanie płynu myjącego i uruchamianie odsysarki i z prawej tylnej strony otworu zbiornika czynnika myjącego, w kwestii zajmowanej połaci na półce jest nieco większa do samej płyty. Jednak nie przejmujcie się, bowiem nie jest to wielokrotność powierzchni czarnego placka, tylko na ile to możliwe w miarę kompaktowe rozwiązanie wspomnianych lokalizacji. Front w celu nadania sznytu elegancji, ale bez nadmiernego blichtru, ozdobiono jedynie informującym o nazwie marki i symbolu urządzenia logotypem. Zaś tył spełniając założenia obsługi podzespołów elektrycznych i procesu oczyszczania jest ostoją zintegrowanego z bezpiecznikiem i głównym włącznikiem gniazda zasilania, dwóch niewielkich otworów wentylacyjnych do wyrzutu powietrza z odsysarki i nisko umieszczonego gumowego wężyka dla spuszczania pozostałości płynu po procesie mycia. Całość konstrukcji posadowiono na stabilnych stopach i w pakiecie startowym doposażono w butelkę firmowego koncentratu myjącego.

Jak używamy tego winylowego, śmiało można powiedzieć, niezbędnika analogowego melomana? Zapewniam, iż całość dzięki automatyzacji jest może nie dziecinnie, ale naprawdę dość prosta. Najpierw zalecaną przez producenta myjki już gotową, lub we własnym zakresie rozcieńczoną na bazie koncentratu ClearAudio Pure Groove firmową miksturą, napełniamy usytuowany w prawym tylnym rogu zbiornik. Lekko unosząc ustawiamy ramię czyszcząco ssące na lewo poza obrys płyty. Kładziemy zdobyty po latach poszukiwań na aukcjach internetowych winylowy krążek na talerzu. Po dociśnięciu go i lekkim przykręceniu clampem tak przygotowanej kanapki – miękko wyściełany talerz, płyta, szczelny docisk, ustawiamy ramię nad płytą i powoli je opuszczamy. I tutaj w teorii kończy się nasza ingerencja, gdyż proces kąpieli rusza samoczynnie. Co to oznacza? Silnik zaczyna obracać płytę i prawie w tej samej chwili rozpoczyna się dozowanie odpowiedniej ilości płynu. Tak namoczonemu, cały czas wolno wirującemu plackowi pozwalamy wykonać kilka obrotów w jedną i dla lepszej penetracji brudnych rowków przez szczotkę za pomocą stosownego przycisku w prawym narożniku w drugą stronę. Wieńcząc dzieło przywracania drugiej młodości płycie po kilku zmianach kierunku obracania się talerza włączamy odsysarkę. Na jak długo? Aż powierzchnia przestanie wykazywać oznaki wilgoci. Naturalnie wspomniane czynności powtarzamy dla drugiej strony płyty. To wszystko? Owszem. Jednak należy zaznaczyć, że gdy jakimś dziwnym trafem automat nałoży na płytę zbyt małą ilość mikstury czyszczącej – zapewniam, że po kilku próbach wychwycicie, o czym piszę, urządzenie ma odpowiedni, pracujący niezależnie od automatu guzik dozujący, którym zaobserwowane braki jesteśmy w stanie skorygować. Wystarczy go wcisnąć i trzymać do wyrównania filmu cieczy myjącej. Nic więcej. Przyznacie, że proste? A, jeszcze jedno. Cała zabawa w mycie nie ma większego sensu, jeśli tak odnowione winyle włożycie w stare, często tylko papierowe koperty. Co zatem zrobić? Po prostu zamówić dobrej jakości nowe, wyściełane folią antystatyczne koperty, które zapewnią naszym zbiorom nie tylko czyste, ale również izolujące płyty od ładunków elektrycznych warunki długoletniego leżakowania.

Zbliżając się ku końcowi tej prezentacji analogowej pralki nasuwają się dwa pytania: „Kto powinien zaopatrzyć się w tego typu konstrukcję?” i „Jaki jest cel zagracania pokoju takim sporych gabarytów meblem?”. W odpowiedzi na pierwszy cudzysłów widzę co najmniej dwie grupy. Pierwsza to wszyscy posiadacze rozbudowanej kolekcji płyt. Zaś drugą są osobnicy wiążący z gramofonem wieloletnią przyszłość, gdyż zapewniam, płytoteka szybko się rozrasta. Po co to wszystko? I tutaj dochodzimy do sedna. Zapewniam niedowiarków, że nawet nowe płyty, z racji mocnego zabrudzenia procesem produkcyjnym potrzebują kąpieli tuż po pierwszym wyjęciu z wewnętrznej koszulki. Niby podczas oględzin gołym okiem krążek wygląda ok., ale niestety w rowku siedzi spora ilość drobnego pyłu, który po części potrafi się wbić w rowek i po części osadzić się na igle podczas pierwszego słuchania, pogarszając proces odczytu mechanicznie zapisanych danych. Mało tego. Płyta często dodatkowo jest tak naładowana elektrostatycznie, że już podczas wyjmowania z okładki stają nam włosy na rękach, a co dopiero mówić o skutkach przenoszenia tych artefaktów przez wkładkę do karmiącego nasz system sygnału analogowego. To samo dotyczy starych winyli, z tą tylko różnicą, że brud jest efektem wieloletniego bytu na tym ziemskim łez padole – oprócz sal operacyjnych i tego typu przybytków nie ma stref wolnych od wszechobecnego w naszym życiu kurzu, co sprawia, że bez porządnej kąpieli nie ma realnych szans na dogłębne pozbycie się go. A gdy po bożemu tuż przed odsłuchem umyjemy zmęczoną życiem ukochaną płytę, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki świat staje się znacznie piękniejszy. Co się dzieje? Po pierwsze – nawet jeśli nie zanika całkiem, to znacznie się zmniejsza – to zależy już od stanu i jakości tłoczenia czarnego placka – spowodowany brudem w rowkach szum przesuwu igły. A po drugie – dzięki antystatyczności płynu myjącego całkowicie eliminujemy potencjalne powstawanie ładunków podczas przecież zwyczajnego drapania diamentu po plastiku. Myślicie, że to są drobiazgi? Bynajmniej, to podstawa dobrego dźwięku, co przekłada się na zmniejszenie zniekształceń sygnału, znacznie poprawiając proces naszego obcowania z muzyką. Czy myjemy przed każdorazowym położeniem na talerz? Naturalnie nie. Owszem, spotkałem się z ortodoksyjnymi słuchaczami, którzy uprawiają tego typu ekwilibrystykę, ale zapewniam, nie ma to specjalnego sensu. Wystarczy zrobić to raz na kilka lat. No chyba, że słuchamy danej pozycji dość często, wówczas nie zaszkodzi ją co kilka mitingów przepłukać.

I jeszcze jedno. Samo mycie z racji szumu wysysarki jest trochę uciążliwą i z uwagi na oczekiwanie na zakończenie procesu nieco nudną czynnością, dlatego też podpierając się swoim wieloletnim użytkowaniem tego typu konstrukcji sugeruję rozłożyć to na raty. To znaczy? Zwyczajnie. Gdy kupuję sobie kilka fajnych krążków, nie siadam do natychmiastowego przywracania im młodości, tylko stawiam w regale w wyznaczonym miejscu i płuczę tuż przed pierwszym użyciem. Czyszczenie jednej sztuki zajmuje 3 minuty, potem 45 min przyjemnego słuchania i znowu powtórka. Zapewniam Was, tak rozłożona „zabawa” nie dość, że rozchodzi się po kościach, to jeszcze nie przeciąża myjki zbytnim nagrzewaniem się podczas wielokrotnego osuszania kilkunastu krążków z rzędu. To zaś sprawi, że tytułowa Clear Audio Smart Matrix Silent będzie służyć Wam przez długie lata.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 6 699 PLN
Dane techniczne
Max. Pobór mocy: 300 W
Wymiary (S x W x G): 345 x 345 x 235 mm
Waga: 10.6 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audiomica Laboratory Genimedes Ultra Reference

Opinia 1

Nie od dziś wiadomo, że największą fluktuacją modeli w szeroko rozumianej branży audio może pochwalić się tzw. budżetówka i to głównie ta operująca na obszarze kina domowego, gdzie coroczne odświeżanie portfolio nie tylko nikogo nie dziwi, co wręcz jest przez sam rynek, jeśli nie wymuszana, to co najmniej oczekiwana. W reszcie segmentów panuje względny spokój, choć jeśli pokusimy się o zwiększenie ziarnistości analizowanych danych, to jasnym stanie się, że najbardziej aktywni są producenci słuchawek, wszelakiej maści okablowania i akcesoriów. O ile jednak z racji ukierunkowania naszego profilu na wokół-, na- i do- usznych szczytach osobistych reproduktorów żadnych gwałtownych ruchów nikt przy zdrowych zmysłach nie wykonuje, o tyle audiofilskie okablowanie wydawać by się mogło, że mnoży się co najmniej przez pączkowanie. Owa płodność parających się powyższym asortymentem producentów znajduje oczywiście odzwierciedlenie również i na naszych łamach. Wystarczy tylko wspomnieć, iż np. przewody Furutecha gościły u nas bodajże piętnaście razy a na drugim miejscu uplasowała się rodzima Audiomica Laboratory z nie mniej imponującym wolumenem dziesięciu modeli. A to przecież jedynie niewielki wycinek tego, co można znaleźć u obu ww. wytwórców. Dlatego też nie powinien zdziwić fakt pojawienia się u naszych drzwi kuriera z kolejną paczką z Gorlic zawierającą tym razem kolejnego, po Aura & Artoc  – łączówkach USB i Ethernet reprezentanta serii Ultra Reference , czyli przewód głośnikowy Genimedes.

Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, również i tym razem tytułowe przewody dotarły do nas w eleganckiej, drewnianej, wyściełanej szarą gąbką skrzyneczce, w której oprócz wiadomego wsadu znajdowała się również stosowna metryczka. Jeśli zaś chodzi o sam wsad, to przynajmniej na tle flagowych Miamen Consequence M1 tytułowe Genimedesy wyglądają nad wyraz delikatnie i niemalże ażurowo. Wszystko jednak zależy od punktu odniesienia, gdyż już w zestawieniu z większością dostępnej na rynku konkurencji wpisują się w tzw. mainstream. Całość pokrywa elegancka biała siateczka spod której wyziera jasnoszary peszel w „części wspólnej” przebiegu a za pełniącymi dodatkowo funkcję muf antystatycznych firmowymi spliterami Acoustic Points biały, bądź czerwony, co szalenie ułatwia proces aplikacji przewodów w systemie. Same przewody z powodzeniem można określić mianem dość wiotkich i nienastręczających większych problemów przy montażu, przy czym warto wspomnieć o możliwości zamówienia wersji single, bądź bi-wire z odpowiednio dobraną pod indywidualne wymagania konfekcją, obejmującą własnej produkcji widły i banany.
W porównaniu do wcześniejszych wersji obecna inkarnacja Genimedesów może pochwalić się nową konstrukcją przewodnika i wprowadzeniem technologii podwójnego rodowania w procesie DCP. Wtyki AML-ACP10 Rh (zarówno widły, jak i banany) wykonano z powlekanego podwójną warstwą rodu mosiądzu a ich korpusy to niemagnetyczny, antystatyczny materiał POM-C AP50, który chroni przed przepięciami. Ponadto z dwóch do czterech wzrosła liczba wiązek z posrebrzanej miedzi. Każda wiązka ma przekrój 2,62 mm² i składa się ze 140 drucików. Przewody chroni przed polem elektromagnetycznym gęsty pleciony miedziany ekran o 95% pokryciu. Nie zabrakło też wykonanych przez Acoustic Points antystatycznych muf, których zbawienny wpływ zdążyliśmy już wielokrotnie omówić podczas wcześniejszych testów przewodów Audiomici, więc tym razem jedynie wspomnę o ich obecności.

Po dość gruntownym, gdyż obejmującym aż sześć modeli (Anort & Pebble, Allbit, Thasso, Pearl & Miamen), przeglądzie serii Consequence, która dość jednoznacznie stawiała na iście hollywoodzki rozmach i generalnie „duży” dźwięk, przyszła pora na eksplorację usytuowanej oczko niżej w firmowej hierarchii linii Ultra Reference. Wydawać by się mogło, iż taka chronologia może stwarzać pewne problemy, gdyż o ile testowanie flagowców jest praktycznie marzeniem każdego recenzenta, to jednak zdecydowanie bezpieczniejsze, tak dla samego producenta, jak i „obiektywności” tworzonej przez odsłuchującego beletrystyki jest mozolne pięcie się po kolejnych szczeblach technologicznego i brzmieniowego zaawansowania, aniżeli sukcesywne obniżanie poprzeczki. Nie dość bowiem, że zamiast odnotowywać mniej, bądź bardziej zauważalny progres, a więc zmierzać ku upragnionej audiofilskiej nirwanie, to od owego celu się oddalamy i w dodatku w owej, jak by nie patrzeć degradacji musimy upatrywać zalet. Karkołomne? Niewątpliwie, jednak logiczne, choć nie w ujęciu oczywistym a parakonsystentnym, gdyż robiąc krok, bądź dwa w tył zyskujemy m.in. szerszą perspektywę, co w przypadku tak rozbudowanego portfolio jak Audiomici ma niebagatelne znaczenie.

Przechodząc do konkretów trzeba wyraźnie zaznaczyć, że Genimedesy od Miamenów odróżnia przede wszystkim sposób, a dokładnie „mechanika”, kreślenia źródeł pozornych. W Miamenach dominowała bowiem dość mocna i zarazem gruba kreska, natomiast w przypadku Genimedesów akcent został postawiony na precyzję i „ostrość” linii opisujących kontury kreowanych postaci i instrumentów. Co ciekawe, nie zaowocowało to osłabieniem ani żywiołowości, ani energetyczności obecnych u starszego rodzeństwa, a jedynie nieco innym potraktowaniem kwestii mikro i makro dynamiki. Dokonano bowiem swoistej volty i szkielet spektaklu muzycznego, na jaki zaprasza nas Audiomica, stanowi mikro dynamika a makro staje się jej dopełnieniem. Weźmy na ten przykład nad wyraz mocno osadzony na basowych fundamentach album „Anastasis” Dead Can Dance, który tym razem potrafił zachwycić wszelakiej maści perkusjonaliami i fenomenalnym oddechem. Nie oznacza to bynajmniej przesunięcia równowagi tonalnej ku górze, lecz raczej większą „zwartość” najniższych składowych przy jednoczesnym wzroście drajwu i motoryki. Jeszcze lepiej słychać to na „The Razors Edge” AC/DC, gdzie nie dość, że nie sposób opanować przytupywania i generalnie wczuwania się w rytm, to doznania w porównaniu do wspomnianych Miamenów są zbliżone do przesiadki z potężnego 6.2l Dodge’a Challengera SRT® Hellcat Redeye do pozornie, przynajmniej przy amerykańskim muskularnym kuzynie, filigranowego, „zaledwie” 3.8l GT-Ra Nismo. Mam nadzieję, iż rozumieją Państwo powyższą analogię? Pozostając na wybitnie wyczynowych pułapach po prostu zmienimy „charakterystykę prowadzenia” dźwięku, gdzie pojęcia lepiej / gorzej ustępują miejsca stwierdzeniu „inaczej”, bądź … „poproszę oba”. To dokładnie ten sam rodzaj dylematu jakby patrząc na kultowe już zdjęcie „The Supers” nieodżałowanego Petera Lindbergha musieć dokonać wyboru pomiędzy Naomi Campbell, Lindą Evangelistą, Tatianą Patitz, Christy Turlington, czy Cindy Crawford. Niby można, tylko … po co.
Nie mniej intrygująco tytułowe głośnikowce wypadają na ortodoksyjnym a przy tym wybornie nagranym i zrealizowanym repertuarze klasycznym. Wystarczy bowiem sięgnąć po „Tartini Secondo Natura” tria Tormod Dalen, Hans Knut Sveen, Sigurd Imsen, by na własne uszy przekonać się jak powinno brzmieć naturalne, „barokowe” instrumentarium, gdzie słodycz w całkowicie oczywisty sposób przeplata się z natywną chropowatością a gęsta średnica z rozwibrowanymi i niemalże wwiercającymi się w synapsy alikwotami. Jednak nawet przy najwyższych składowych gorlickim przewodom udało się zachować organiczną wręcz analogowość, przez co oscylujące na granicy komfortu dźwięki ze względu na łatwość ich asymilacji nie wywoływały grymasu niezadowolenia, lecz co najwyżej wzmagały czujność, czy aby rodzime przewody nie popadną w zbytnią ofensywność. Nie popadały, za to daleko im było do jakichkolwiek, nawet najbardziej subtelnych, prób zaokrąglania, bądź wycofywania wspomnianego podzakresu.
Co ciekawe owe napowietrzenie i w pozytywnym znaczeniu tego słowa „wyczynowość” świetnie sprawdzały się również na mocno komercyjnych nagraniach. Nawet jubileuszowy (24bitowy) „Bad 25th Anniversary” Michaela Jacksona z nieco cykającymi syntezatorami nie sprawił mi zawodu oferując nie tylko świetną separację, lecz przede wszystkim coś, co zwykło określać się mianem „prawdy czasów”, w jakich nagrań dokonano. Zastosowane „cyfrowe” instrumenty brzmią dość dwuwymiarowo i próżno w nich szukać głębi, czy soczystości Hammondów, lecz taki ich urok a Audiomica tego nie osądza a jedynie o owym fakcie informuje, w ramach kontrastu skupiając naszą uwagę na ekspresyjności wokalisty.

Śmiało można uznać, że Genimedes Ultra Reference nie tylko nie przynosi Audiomice ujmy na honorze, co wręcz wydaje się wielce intrygującą alternatywą dla flagowych Miamenów. Po prostu w zależności od subiektywnych preferencji część nabywców woleć będzie hollywoodzki rozmach łapiącej za oko i ucho niczym odpicowany amerykański muscle car serii Consequence a część wybierze „japońską precyzję” Ultra Reference. Oba wybory będą godne pochwały, o ile tylko dokonają ich Państwo świadomie. W dodatku tytułowe przewody są świetnym przykładem na to, że schodząc w dół cennika nie zawsze trzeba liczyć się z kompromisami, gdyż można trafić np. na nieco inny punkt widzenia na muzykę. I właśnie z takim przypadkiem mamy do czynienia tym razem.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Mająca swoje kolejne pięć minut na naszym portalu polska marka Audiomica Laboratory jest jednym z niewielu podmiotów, które swój biznesowy sukces zawdzięcza diametralnie przeciwnym do wielu rodzimych konkurentów biznesowym założeniom. Wiadomym bowiem jest, iż nasz rynek audio mimo sporego potencjału, z racji niewielkiej liczby parających się najwyższą jakością słuchanej muzyki melomanów, nie gwarantuje wieloletniego sukcesu dla nawet najbardziej prężnej działalności zarobkowej. Dlatego też aby zakładające wejście na światowy rynek startowe inwestycje nie okazały się przysłowiowym spaleniem na panewce, właściciel marki zmienił kolejność zdobywanych przyczółków i pierwsze uderzenie skierował na tak zwany zgniły zachód. Jaki był efekt? Ano taki, że od jakiegoś czasu ponad 90 procent oferty jedzie za granicę, co z pewnego rodzaju biznesowym spokojem pozwoliło mu podjąć próbę walki o nas, czyli mieszkających nad Wisłą wielbicieli dobrego brzmienia. Kiedy nastąpił pierwszy atak? Dość dawno. Wystarczy spojrzeć na nasze związane z tym producentem portfolio. Od kabli sieciowych, przez sygnałowe, cyfrowe, po głośnikowe, mieliśmy prawie pełen przekrój oferty z różnych serii. Co zatem tytułowy brand zaproponował w tym podejściu testowym? Zapewniam, że bardzo ciekawe sonicznie okablowanie kolumnowe Genimedes z niemalże topowej serii Ultra Reference, o których pojawienie się na dzisiejszym sparingu zadbał stacjonujący w Gorlicach producent.

Co w przypadku opisywanej marki oznacza przynależność kabli kolumnowych do serii Ultra Reference? Otóż wszelkich wielbicieli kabli mogących pochwalić się monstrualnymi średnicami węży strażackich lekko zasmucę, gdyż w przypadku oferty Audiomici mamy do czynienia ze stosunkowo cienkimi, bardzo łatwo dającymi się formować linkami. Użyty jako przewodnik materiał to zabezpieczona gęstą plecionką przed szkodliwym polem elektromagnetycznym, wysokiej czystości posrebrzana miedź. Kable wykonywane są ręcznie, a każdy przebieg składa się z czterech żył – w stosunku do starej wersji jest to ukłon dla użytkowników bi-wire, na które przypada 140 cieniutkich drucików. Dodatkową ciekawostką jest fakt zaterminowania przewodów wykonanymi własnym sumptem końcówkami. Rzeczone widły i banany wyprodukowano z mosiądzu, na który dwukrotnie galwanicznie nałożono rod, by na koniec osadzić je w niemagnetycznym i antystatycznym tworzywie POM-C AP50. Tak przygotowany produkt ubrano w opalizującą bielą plecionkę i spakowano w wyposażoną w certyfikat oryginalności i okraszony podpisem osoby składającej daną sztukę formularz potwierdzający przebieg procesu produkcji, wyściełane gąbką, z zewnątrz zdobione złotą ornamentyką ciemnobrązowe drewniane pudełko.

Nie przeczę, wpinanie okablowania ze srebrzonej miedzi może nie wywoływało u mnie przedtestowych stanów lekowych, jednak znając temat trudności w opanowaniu częstej krzykliwości tak potraktowanego miedzianego przewodnika w zaawansowanych systemach audio, byłem bardzo ciekawy, jak z tą potencjalną przypadłością poradziła sobie gorlicka Audiomica. Jakież było moje zdziwienie, gdy wszelkie rojące się w mej podświadomości obawy prysły zraz po wydaniu przez system pierwszych dźwięków. Naturalnie przed głębszą oceną dałem całej układance czas w postaci kilku przesłuchanych niezobowiązująco w tle srebrnych krążków, jednak ów rytuał tylko potwierdził zasłyszane na samym początku wstępne obserwacje. Jakie? Ku mojemu zaskoczeniu Genimedes Ultra Reference zagrał bardzo kolorowym, masywnym, a przy tym energetycznym, przy świetnym napowietrzeniu wirtualnej sceny dźwiękiem. Ale natychmiast zaznaczam, owa masa nie czyniła szkód w postaci rozlewania się basu po podłodze, tylko dawała odczucie fajnego podbudowania operujących w dolnych zakresach i na przełomie środka z basem nie tylko instrumentów, ale również wszelkiego rodzaju wokalistyki. To był raczej rodzaj masy balsamującej, aniżeli przesycającej rozgrywające się pomiędzy kolumnami wydarzenia. Naturalnie w stosunku do wartości bezwzględnych wszystko odbywało się przy lekkim pogrubieniu krawędzi rysującej świat muzyki, jednak uspokajam, byłem mile zaskoczony, jak umiejętnie wpisuje się to w estetykę już gęstego grania mojego zestawu. To zaś powodowało, że zdecydowana większość słuchanego podczas sparingu repertuaru z owego dobra korzystała pełnymi garściami. Począwszy od Cassandry Wilson na płycie „Blue Light ‚Til Dawn” – w popisowym pierwszym utworze z intymnym głosem i gitarą w rolach głównych, przez świetne trio Paula Bley’a z Garym Peacock-iem i Paulem Motian-em – z ich solowymi wyczynami na bazie wykorzystywanych instrumentów, po o dziwo folk-metal grupy Percival Shuttenbach „Svantevit” – raczej stawiający na przekaz live, aniżeli ciche słuchanie po północy, każdy ze wspomnianych stylów zawsze wychodził z pojedynku z tarczą. Powód? Po prostu kable z Gorlic oferowały nie tylko solidne pokłady niesionego przez testowane okablowanie nasycenia dźwięku, ale w celach uniknięcia uśredniania przekazu cały czas dbały o odpowiednią energię ich podania. Pewnie nie uwierzycie, ale dzięki temu przy delikatnie zwiększonym nasyceniu system świetnie podkreślał nie tylko pudła rezonansowe gitar, kontrabasu, czy fortepianu lecz także, jak zdążyłem wspomnieć, te znajdujące się w trzewiach wspomnianej jazzowej divy i wściekle przekazującego myśli metalowej grupy frontmana. Jednym słowem aplikacja produktu spod naszej zachodniej granicy w posiadany tor spowodowała często oczekiwane przez miłośników barwy zwiększenie emocji słuchanej muzyki. Było obszerniej w domenie wypełnienia, ale bez znacznych opóźnień czasowych i co bardzo istotne, ze świetnym pokazaniem wszystkiego co działo się w górnej części pasma, jednakże bez przypisanej posrebrzanej miedzi szorstkości, czy nadpobudliwości.
Dla mnie ilość góry w stosunku do niższych zakresów była trafiona w punkt. Ani za mało, ani za dużo, tylko tyle, ile wymagał dany materiał muzyczny. To co, mamy do czynienia z ideałem? To zależy od preferencji słuchacza, bowiem jak napomknąłem, nasz punkt zapalny spotkania niósł ze sobą pewien co prawda w pełni kontrolowany, ale jednak skierowany na dodatkowe body słuchanej muzy sznyt grania. To natomiast powodowało, iż nawet przy świetnie oddanych piskach i nisko schodzących modulacjach dźwięku w produkcjach elektronicznych, czasem potrafiłem zauważyć braki tak często pożądanej przez wielbicieli smagania swoich uszu hałasem, natychmiastowości przejścia po klawiszach od góry do samego dołu pasma. Owszem, system pokazywał to dobitnie, jednak gęstość średnicy nie pozwalając zrobić tego w sposób nieoczekiwany, nieco owo zamierzenie upłynniała. Ale zaznaczam, prawdopodobną przyczyną takiego stanu rzeczy była aplikacja kabli w mojej, już na starcie gęstej konfiguracji, a samo wyłapanie możliwe w bezpośrednim porównaniu z posiadanym na co dzień, bardziej neutralnym kablem Tellurium Q Silver Diamond. Dlatego też stojąc na straży unikania zbytniej dosłowności w odbieraniu moich opinii, mającym w planach samemu zapoznać się z tym modelem okablowania melomanom sugeruję, ten aspekt wziąć w tak zwany cudzysłów. Zapewniam, muzyka elektroniczna nie brzmiała źle, czy ułomnie, tylko nieco inaczej w kwestii przenikliwości. Czy to źle? Nie sądzę. Dlaczego? Otóż za sprawą niesionej w pakiecie aplikacyjnym gęstości dźwięku, system zaskakująco łatwo powodował często spotykane w tym nurcie mini trzęsienia ziemi w moim pokoju, co śmiem twierdzić, iż nie tylko mnie, ale również wielu z Was bardzo przypadłby do gustu. To oczywiście jest ewidentne coś za coś, jednak w tym przypadku nie rozmawiamy o stratach samych w sobie, tylko o przeniesieniu punktu „g” okraszonych kablami z Gorlic systemów.

Czy kabel głośnikowy Audiomica Genimedes Ultra Reference jest dla wszystkich? Śmiem twierdzić, że jak najbardziej. Już u mnie, w nastawionym na muzykalność zestawie wypadał fantastycznie. Na tyle dobrze, że gdybym nie miał dostępu do porównań jeden do jeden z codzienną referencją, po kilku dniach poszedłbym nad tym do porządku dziennego. Owszem szedł w stronę dodatkowego umuzykalniania słuchanych płyt, jednak robił to na tyle kulturalnie, że nie szkodził w już mocno barwnym zestawie, a to świetnie rokuje na dobry występ w innych, często cierpiących na nadmiar lekkości brzmienia systemach. Tak więc patrząc na temat zaleceń z perspektywy potencjalnych zagrożeń, takowych nie widzę. Jedyny problem jaki widzę, jest Wasze przekonanie się do od dawna świetnie odbieranego za granicą producenta kabli Audiomica Laboratory i zaproszenie jego produktu do prób na własnym podwórku. Czy ewentualne odsłuchowe podejście zakończy się sukcesem, nie jestem w stanie w stu procentach zagwarantować, jednak zapewniam, zaskoczycie się, jak ciekawie może zagrać okrzyknięta za ryzykowną posrebrzana miedź jako przewodnik. A to w moim odczuciu jest już wystarczającym bodźcem, aby podjąć przecież będący solą życia audiofila wysiłek testowy.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Producent: Audiomica Laboratory
Cena: 6804 zł/2,5 m + 756 PLN za każdy kolejny metr

Dane techniczne
Przewodniki: Cztery wiązki po 140 drucików ze srebrzonej miedzi OCC
Średnica/przekrój wiązek: 4×1,82 mm / 4×2,62 mm²
Średnica przewodu: ~ 12mm
Ekran: plecionka miedziana o 95% pokryciu
Wtyki: AML-ACP10 Rh (widły/banany)
Mufy antystatyczne: Acoustic Points

  1. Soundrebels.com
  2. >

Air Tight ATM-300R

Opinia 1

Dziwnym zbiegiem okoliczności, na przestrzeni ponad sześciu lat działalności, wizyt legendarnych lamp 300B mieliśmy pięć, lecz tak po prawdzie mowa o czterech konstrukcjach, czyli jak na lekarstwo. Dokonując swoistego rachunku sumienia wypadałoby wspomnieć o duecie Phasemation CA-1000 & MA-2000 mającym swoje pięć minut również w towarzystwie Lumen White Kyara, rodzimym Fezz Audio Mira Ceti, undergroundowych monoblokch Audio Tekne TM-8801 i otwierającym nasze OPOS-owe, triodowe odsłuchy Ardento Alter 2. Niezbyt imponująca, przynajmniej jeśli chodzi o liczebność lista. W związku z powyższym, gdy tylko na horyzoncie pojawił się kolejny spełniający wiadome kryteria kandydat czym prędzej przygarnęliśmy go pod nasz dach. W dodatku łaskawy los, o SoundClubie – dystrybutorze marki nawet nie wspominając, możliwe, iż w ramach rekompensaty za zbytnią sporadyczność eksploracji eterycznych SET-ów, dostarczył nam najnowszą–wywodzącą się z jubileuszowej, limitowanej do 100 egzemplarzy Anniversary (której odsłuch uświetnił swoją obecnością sam Yutaka Miura), inkarnację wzmacniacza Air Tight ATM-300R i to wyposażoną w wyśmienite lampy Takatsuki TA-300 B.

Po kontakcie w zaciszu domowego ogniska z monoblokami ATM-211, oraz duetem ATC-2 + ATM-2 śmiało możemy uznać, iż ATM-300R wręcz idealnie wpisuje się w firmowe kanony piękna. To nader zwarta, zaskakująco kompaktowa konstrukcja utrzymana w charakterystycznej stalowoniebieskiej (grafitowo – zielonej?) tonacji. Obudowę wykonano z grubej giętej stalowej blachy a front stanowi masywny płat szczotkowanego aluminium, na którym z lewej strony umieszczono trzy niewielkie gałki. Dwie z nich służą do regulacji głośności (lewy i prawy kanał ustawiamy osobno) a trzecia do monitorowania prądu spoczynkowego lamp – z pomocą stosownego, bursztynowo podświetlonego bulaja, który z kolei zlokalizowano bliżej prawej flanki – tuż obok eleganckiej, złotej tabliczki znamionowej. Listę „frontowych” atrakcji zamykają przycisk włącznika i egzystująca tuż nad nim, informująca o stanie pracy urządzenia dioda.
Płyta górna to standardowa lokalizacja zarówno przycupniętych przy tylnej krawędzi transformatora zasilającego i wyjściowych (produkowanych przez Tamurę), oraz oczywiście zdecydowanie bardziej wyeksponowanych lamp. I tak, pomiędzy wspomnianymi trafami skromnie ukryła się pracująca w sekcji zasilacza, pełniąca rolę prostownika 5U4GB Electro-Harmonixa a w pierwszej linii pysznią się: w pierwszym stopniu wzmocnienia para podwójnych triod 12AU7A/ECC82 Mullarda, a w stopniu sterującym również para, lecz 12BH7A sygnowanych przez Air Tighta. Jednak najlepsze czeka nas dopiero teraz, gdyż w stopniu wyjściowym oczy i uszy cieszą w pełni zasługujące na miano kultowych japońskie Takatsuki TA-300 B. I proszę mi wierzyć na słowo, albo po prostu zjechać na koniec artykułu, gdzie podaliśmy cenę, ale ich obecność wcale nie dla wszystkich będzie taka oczywista i łatwa do przełknięcia. Nie dziwi zatem fakt, że sam producent sprzedaje tytułowy model zarówno z, jak i bez lamp mocy a część światowych dystrybutorów dostarczając ATM-300R do lokalnych recenzentów kwestię „szklarni” załatwia po kosztach wstawiając gdzie tylko się da Electro-Harmonixy. Tym bardziej wypada podejście stołecznej ekipy SoundClubu i dbałość o jakże miłe naszym sercom „drobiazgi” docenić. A właśnie, skoro jesteśmy przy drobiazgach, ulokowane tuż za transformatorami gniazda głośnikowe są potrójne – standardowo dla obciążenia 4 i 8 Ω, lecz na życzenie, dzięki potrójnym odczepom traf jedną z powyższych wartościach można zastąpić 16Ω. Równie niestandardowa miejscówka przypadła jedynej parze wejść liniowych RCA i gniazdu zasilającemu. Dziwne? Na pierwszy rzut oka może i tak, jednak jeśli uświadomimy sobie fakt dotyczący zarówno gęstości zaludnienia Japonii, jak i ceny za metr kwadratowy tamtejszych mieszkań, co automatycznie przekłada się na popularne metraże, powyższa optymalizacja wykorzystywanej przez system przestrzeni okaże się nad wyraz logicznym posunięciem.
Od strony konstrukcyjno – użytkowej warto wspomnieć, iż nasz dzisiejszy gość dysponuje mocą 9W na kanał, wyposażony został w układ auto-biasu, oraz soft-start i choć przez większość odbiorców może być uznawany za wzmacniacz zintegrowany, tak naprawdę mamy do czynienia z klasycznym wzmacniaczem mocy wyposażonym w regulowaną tłumikiem czułość wejścia. Montaż jest przestrzenny a w stosunku do wersji podstawowej w zasilaczu cewka dławika z przekładkami z woskowanego papieru jest ręcznie nawijana, podobnie jak również korzystający z przekładek z woskowanego papieru ręcznie wykonywany transformator zasilający.

Z racji możliwości pracy zarówno w trybie standardowej końcówki, jak i ultra minimalistycznej – obsługującej zaledwie pojedyncze źródło – integry nie widziałem najmniejszego powodu, by tytułowego Air Tighta nie przesłuchać w obu konfiguracjach. Tym bardziej, iż pełniący rolę mojego dyżurnego źródła Ayon CD-35 (Preamp + Signature) równie świetnie radził sobie jako DAC i / lub przedwzmacniacz liniowy a i redakcyjny phonostage, czyli Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp dysponował regulowanym stopniem wyjściowym. Czemu o tym piszę? Z dość prozaicznego powodu. Po prostu japoński SET sam będąc audiofilskim odpowiednikiem literackiego haiku stawia na możliwie oszczędny, przynajmniej pod względem składowych, tor, gdzie mniej oznacza lepiej, choć, jak to w High-Endzie bywa niekoniecznie taniej. Okazało się bowiem, iż najlepszą jakość dźwięku każdorazowo uzyskiwałem pomijając regulację głośności w „peryferiach”, poświęcając nieco więcej czasu i energii na spacery do stolika i obsesyjne wręcz wpatrywanie się w dość niewielkie pokrętła potencjometrów odpowiedzialne za regulację obu kanałów. Śmiem jednak twierdzić, że takie przebieżki i istne katharsis bazujące na audiophilii nervosie, a więc klasycznej nerwicy natręctw, były nad wyraz wskazane, gdyż w dzisiejszych czasach– spędzanych głównie przed komputerem, TV, w samochodzie, ruchu nigdy za wiele, a po drugie kontakt organoleptyczny z ww. amplifikacją był czystą przyjemnością.
Dość jednak krążenia wokół tematu, gdyż do wyjaśnienia pozostaje jeszcze jedna kwestia. Otóż wydawać by się mogło, że 9W SET (Single Ended Triode) potrzebować będzie łagodnych pod względem impedancji i zarazem wysokoskutecznych kolumn, w stylu ISIS-ów, skoro jednak Air Tight wylądował u mnie na sesji fotograficznej uznałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by spróbować podpiąć do niego moje Dynaudio Contour 30 i nausznie przekonać się o sensowności takiej konfiguracji. Ot prosta piłka – zagra – wzmacniacz zostanie na odsłuchy, nie zagra – obie części recenzji powstaną w OPOS-ie. Skoro jednak czytacie Państwo niniejszą epistołę a powyżej widzicie naszą standardową „produktówkę” to znak, że jednak 87 dB skuteczności i 4 Ω impedancji okazały się niestraszne dla niepozornej „lampki”.
I tak też było w istocie, gdyż choć z dość oczywistych względów zarówno wielka symfonika, jak i prog-metalowe epopeje nie miały szans na pokazanie pełni swojego rozmachu przy iście koncertowych poziomach głośności, to już nieco redukując dawki docierających do uszu słuchaczy decybeli spokojnie można było sięgać nawet po mało cywilizowane gatunki muzyczne. Warto jednak w tym momencie podkreślić, iż ATM-300R niespecjalnie wpisuje się w ramy czarującego przesyconą średnicą i eterycznym dźwiękiem SET-a, gdyż japoński wzmacniacz akcent kładzie nie tylko na zaskakującą liniowość i neutralność przekazu, co jego rozdzielczość. Oczywiście jest wręcz holograficznie przestrzennie a gładkość alikwot potrafi wprawić w niemy zachwyt, ale trzeba uczciwie przyznać, że Air Tigt nie zabiega usilnie o nasze względy, nie łasi się niczym tłuste kocisko liczące na smakołyk z pańskiego stołu, gdyż, gdy tylko jakość nagrania spadnie poniżej akceptowalnego poziomu z pewnością nas o tym fakcie nie omieszka poinformować. Całe szczęście w obecnych czasach, przy niemalże powszechnym dostępie do serwisów streamingowych oferujących nieprzebrane wręcz bogactwo plikozbiorów w jakości CD i lepszej (Tidal HiFi/Master, Qobuz) powyższe zagadnienie możemy potraktować jako co najwyżej marginalne.
W ramach zwyczajowej akomodacji, która z racji przesiadki z 500 W (właśnie tyle oddaje przy 4 Ω mój Bryston 4B³) tranzystora na 9W triodę, w tym wypadku dotyczyła bardziej mojej skromnej osoby aniżeli tytułowego gościa uznałem, że świetnie sprawdzi się ścieżka dźwiękowa do „X-Men: Dark Phoenix” autorstwa Hansa Zimmera, gdzie mroczne i wręcz duszne, oparte na grze ciszą fragmenty przeplatają się szaleńczymi skokami dynamiki orkiestrowych tutti i elektronicznych wstawek. Krótko mówiąc na taryfę ulgową nie było szans, co z kolei od razu zawiesiło poprzeczkę moich oczekiwań na odpowiednio wysokim pułapie. I? I z niekłamaną satysfakcją śmiem twierdzić, że po raz kolejny „lampowe Waty” udowodniły swoją wysokokaloryczność. Oczywiście w momentach, gdzie bas powinien schodzić do samych piwnic piekieł a ciśnienie akustyczne niemalże wgniatać w fotel ATM-300R dyplomatycznie i z wrodzoną wirtuozerią powyższe zjawiska sygnalizował, niekoniecznie je rozwijając, co niejako odzwierciedlało jego minimalistyczną maksymę, mówiącą, że wybiera opcję mniej a lepiej, aniżeli więcej a gorzej. I ja to byłem w stanie uszanować, tym bardziej, że zdawałem sobie sprawę, że Contoury 30 nie są dla niego optymalnym obciążeniem. Niejako w ramach rekompensaty japońska amplifikacja w sposób niesamowicie realistyczny budowała przestrzeń i to nawet na takim, typowo hollywoodzkim repertuarze. Co ciekawe sposób kreowania sceny nie opierał się na czysto stereotypowym, przypisywanym lampom przybliżaniu operujących na pierwszym planie źródeł pozornych, lecz na budowaniu i gradacji wydarzeń od linii kolumn w głąb. Patrząc na kraj pochodzenia nie ma się co jednak dziwić, gdyż właśnie w ten sposób twórcy wzmacniacza – panowie Y. Hayashiguchi i K. Hamada pracujący pod kierownictwem pana Atsushi Miury osiągnęli w pełni zamierzony efekt „wirtualnego powiększenia” pomieszczenia odsłuchowego, co największe wrażenie robiło np. na chóralnych partiach epickiego „Insertion”. Było to o tyle „łatwe”, oczywiście w cudzysłowie, gdyż nieśmiało tylko przypominam, iż poruszamy się na wybitnie high-endowych pułapach jakościowych, że za każdym razem, gdy tylko zaczynała grać muzyka kolumny automatycznie ulegały dematerializacji. Na fenomenalnym „Pulse” Pink Floyd dźwięk był duży, typowo koncertowy – z oddechem i swobodą niemożliwą do oddania w studyjnych warunkach i to pomimo pewnych, również wpisanych w koncertowe realia niedoskonałości, bezsprzecznie wyjątkowy. I tutaj jeszcze jedna uwaga.
Otóż próżno doszukiwać się w brzmieniu 300-ki miłego uchu, acz stanowiącego niewątpliwe odejście od neutralności, podkręcenia temperatury średnicy, czy jej dosaturowania. Tutaj mamy do czynienia nawet nie tyle ze wspomnianą neutralnością, która w realiach audio bardzo często kojarzona jest z brakiem emocjonalnego zaangażowania, co naturalnością powodująca, iż dobiegające naszych uszu dźwięki są tożsame, zgodne z tym, co znamy z realnego życia – z otaczającej nas rzeczywistości. Czyli mówiąc wprost, Air Tight serwowanej mu muzyki niejako nie „robi” na nowo a jedynie reprodukuje, możliwie niepostrzeżenie usuwając się w cień.
Za bezcelowe uważam również oczekiwanie wycofanej góry, której nie dość, że jest …, nie, nie napiszę, że sporo, bo minąłbym się z prawdą, gdyż jest jej dokładnie tyle ile być powinno, lecz po kilkuwatowej lampce spodziewać by się można większej „eteryczności”. Tymczasem dostajemy pełen pakiet informacji, tak jeśli chodzi o wolumen, jak i jego intensywność – niesioną energię. Dotyczy to nie tyko operujących w najwyższych rejestrach wokalistów, nawet tych „wirtualnych” – wykreowanych na potrzeby filmu, jak „Lucia di Lammermoor” i „The Diva Dance” z „Le cinquième élément” Erica Serry, lecz również zapuszczającego się w tamte rejony instrumentarium, jak daleko nie szukając skrzypce w bynajmniej wcale nie najłatwiejszym w odbiorze „Hommage à Penderecki” Anne-Sophie Mutter. I właśnie nad ostatnim z powyższych przykładów chciałbym się nieco bardziej pochylić, gdyż japońska amplifikacja w sposób iście zjawiskowy połączyła rozdzielczość i „organiczność” smyczkowego instrumentu z jego zapisaną w genach chropowatością i szorstkością. Chodzi bowiem o to, że skrzypce są, a raczej powinny być, zarówno łatwo przyswajalne, jak i na swój sposób „szorstkie”, bo to właśnie z owej szorstkości rodzi się ich dźwięk – jest podstawą ich „mechaniki”. I ATM-300R na takim poziomie rozdzielczości operuje, dając pełen wgląd w „molekuły” muzykę tworzące a jednocześnie nie popadając w zbytnią drobiazgowość, dzięki czemu nie tracimy obrazu całości.

Air Tight ATM-300R to wzmacniacz wyjątkowy, kompletny – skończony i na swój sposób niezwykle apodyktyczny. Bowiem to właśnie wokół niego wypada budować system a nie próbować dopasować 300-kę do zastanych warunków. Warto też poważnie zastanowić się, czy rzeczywiście wszystkie elementy w naszym torze są konieczne i czy przypadkiem nie da się tej misternej układanki nieco odchudzić i uprościć. Przykładowo, czy przypadkiem zasadnym nie jest zastąpienie standardowego przedwzmacniacza jakimś możliwie purystycznym selektorem źródeł, chociaż z prób z firmowym, nader bogatym asortymentem preampów Air Tighta bynajmniej bym nie rezygnował. Decydując się na jego zakup trzeba jednak pamiętać o jednym – ATM-300R jest ucieleśnieniem audiofilskiego Haiku, które przy niezwykłej oszczędności formy wyraża więcej niżeli nieprzerwanie paplająca konkurencja. Wystarczy bowiem usiąść, włączyć tytułowy wzmacniacz i … już. Tylko tyle i aż tyle, by osiągnąć audiofilską nirwanę w jednej z najbardziej wyrafinowanych form.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Opinia 2

Oczywistym jest fakt, że bez wzmacniacza sygnału audio – nie ma znaczenia, czy rozprawiamy o konstrukcji zintegrowanej, czy końcówce mocy – nasz zestaw nie ma szans na wydanie jakiegokolwiek dźwięku. To jest niezaprzeczalne. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że wybranie takowego jest przysłowiową bułką z masłem. Powód? Wręcz dramatycznie obszerna oferta tego typu urządzeń. To znaczy? Tak na szybko i do tego bardzo skrótowo przypomnę, iż choćby z punktu widzenia typu układów elektrycznych mamy do wyboru wzmacniacze lampowe, tranzystorowe i hybrydy. Analizując sytuację od strony pracy w zakładanej klasie wzmocnienia, rozpoczynając listę od początku alfabetu zderzamy się z niestety, z powodu małej sprawności układu rzadko wykorzystywaną klasą „A”, następnie próbującą połączyć sporą moc ze zdroworozsądkową utratą dostarczonej energii, najczęściej wykorzystywaną „AB” i mocno wchodzącą na rynek ostatnimi czasy, mogącą pochwalić się sprawnością pracy na poziomie ponad 90 procent „D”. Ale to nie wszystko, bowiem całą tę wyliczankę można podzielić jeszcze na wzmacniacze małej i dużej mocy. Oszalałem? Niestety nie. A żeby dodatkowo podnieść poprzeczkę, dodam, iż każdy ze wspomnianych sposobów wzmocnienia ma swój sznyt grania, który może nie zawsze, jednak bardzo często determinuje końcowy efekt soniczny naszego zestawu. Po co to wszytko? Jak wspomniałem, dla spełnienia naszych najbardziej wyszukanych wzorców. Jakich? Każdy meloman oczywiście ma swoją karmę. Jednak na potrzeby dzisiejszego spotkania przyjrzymy się zestawowi wzmacniacza małej mocy, do tego w najbardziej szanowanej klasie „A” z moimi wysoko-skutecznymi kolumnami ISIS. Ciekawy set? Jeśli tak, zatem zapraszam na kilka akapitów z odsłuchu pochodzącej z Japonii, oferującej jedynie 9W na kanał końcówki mocy z funkcją pracy jako wzmacniacz zintegrowany, podczas testu wykorzystującej wspaniałe lampy 300B Takatsuki, Air Tight Stereo Power Amplifier ATM-300R, której wizytę w redakcyjnym OPOS-ie zawdzięczam warszawskiemu SoundClubowi.

Aparycja rzeczonego Air Tight-a opiera się na typowym dla tego typu urządzeń pomyśle. Mianowicie mamy do czynienia z czymś w rodzaju płaskiej prostopadłościennej platformy nośnej, pod pokładem której schowano niezbyt ciekawą wizualnie elektronikę, zaś na jej dachu – czytaj górnej części obudowy – wyeksponowano wabiące oko melomana lampy elektronowe i ubrane w estetycznie wykończone kubki transformatory. Jednak jak to w przypadku inżynierów z kraju kwitnącej wiśni bywa, diabeł w ogólnym odbiorze wyglądu tkwi w szczegółach. O co chodzi? Pierwszym detalem jest front w formie nakładki z grubego płata szczotkowanego, dodatkowo w górnej części poziomo podfrezowanego na całej szerokości, aluminium. Ale to nie koniec tak zwanego „detailingu”, gdyż patrząc od lewej flanki na wspomnianym awersie projektanci zaaplikowali trzy dające fajne odczucie oporu podczas użytkowania, w początkowej fazie o małej średnicy, jednak mocno rozchodzące się tuż przy urządzeniu, gałki. Pierwsze dwie są odpowiedzialne za wzmacnianie sygnału osobno dla każdego kanału w przypadku braku przedwzmacniacza liniowego – coś na kształt pracy w trybie integry. Natomiast trzecia wespół ze znajdującym się nieco na prawo okrągłym multimetrem służy do kontroli biasu lamp mocy. Kierując wzrok konsekwentnie ma wschód po minięciu kontrolnego okienka zauważymy wkomponowany we front solidny złoty szyld z nazwą marki i modelu wzmacniacza, a po dojściu do krańca prawego skrzydła do przywołania pozostaje jedynie okrągły włącznik i dioda informująca o pracy urządzenia. Zmieniając azymut naszych obserwacji ku najważniejszej części wzmacniacza – w tym przypadku na wykończoną w połyskującej młotkowej zieleni górną płaszczyznę – tuż przy froncie swe uroki prezentuje zestaw sześciu szklanych baniek ze wspomnianymi lampami mocy Takatsuki 300B na czele. Za nimi w drugiej linii swoje miejsce znalazły okalające dodatkową lampę, również mogące pochwalić się odcieniem ciemnej zieleni dwie puszki kryjące transformatory. Natomiast ostatni rząd akcesoriów użytkowych okupowany jest przez podwójne, z racji obsługi dwóch stanów wzmocnienia, zaciski kolumnowe, pojedyncze wejście RCA dla sygnału analogowego, gniazdo bezpiecznika i sieciowe IEC. Jeśli chodzi o rewers 300-ki, ten z uwagi na lokalizację wszelkich przyłączy na górnej połaci obudowy, jest jedynie płaską powierzchnią. Wieńcząc powyższy akapit pozostaje mi jedynie poinformować, iż tak zjawiskowo prezentujące się urządzenie posadowiono na czterech, niezbyt wysokich, okrągłych stopach.

Co takiego wydarzyło się w trakcie karmienia moich kolumn tak małym prądem? Cóż, nie boję się powiedzieć, że wszytko co najlepsze. Jakaś przyczyna? Naturalnie. Otóż w momencie testu byłem tuż po odsłuchach co prawda w stosunku do Japończyka wydajnych, do tego tranzystorowych, ale jednak „A” klasowych końcówek Vitus Audio i Gryphon Audio. To zaś w oparciu o kilkunastodniową zabawę z japońskim piecykiem wyraźnie pokazało mi, czego szukają zatwardziali wielbiciele lampowych konstrukcji małej mocy. Niby ta sama klasa wzmocnienia, jednak po dokładnym przyjrzeniu się tematowi dźwięku, te 9 „wacików” z odpowiednimi kolumnami – a zaznaczam, iż moje i tak były nie do końca idealnym towarzystwem – pokazały niby ten sam, jednak nieco inaczej akcentowany sonicznie świat. Owszem, nadal była barwa, niekończące się wybrzmienia, dające poczucie obecności podczas każdej słuchanej sesji nagraniowej świetne zawieszenie źródeł pozornych na bezkresnej w każdym wektorze wirtualnej scenie, ale w całkowicie innej specyfice. Co mnie tak uwiodło? Nie wiem jakim cudem, ale nagle dodana do dźwięku przez fenomenalne zaimplementowanie kultowych lamp 300B, zawsze będąca nieodzownym składnikiem naturalnego dźwięku magiczna tkanka łączna. Niby w zderzeniu ze wspomnianymi tranzystorowymi konstrukcjami lekko „brudząca” przekaz, jednakże dla mojego ośrodka zrządzania ciałem bardzo mocno ułatwiająca przyswajanie zaskakująco bardziej namacalnego świata muzyki. To powodowało, iż każda, zaznaczam, każda twórczość oparta o wokalizę – nie ma znaczenia, czy słuchałem barokowych zapisów pieśni sakralnych, czy choćby obecnie brylującej w światowym eterze Diany Krall – powodowała natychmiastową blokadę odruchu skracania odsłuchu serii testowych płyt, naturalną koleją rzeczy mocno wydłużając proces opiniowania. Powód? Nieposkromiona chęć obcowania z każdą partią wokalną przywołując klasyka – „do samego końca, mojego lub jej”. Zaskoczeni? Przyznam szczerze, ja również. Tym bardziej, że po starciu z co prawda tranzystorowymi, jednak A-klasowymi wzmacniaczami, nie dopuszczałem aż tak wielu zmian w materii wizualizowania świata dźwięku, a tutaj taka pozytywna niespodzianka. Ale uspokajam, tego typu odbiór nie był zarezerwowany jedynie dla partii gardłowych, bowiem przywołana specyfika podania fonii równie dobrze wpływała na brzmienie wszelkiego rodzaju instrumentów naturalnych. I bez znaczenia, czy dawnych, czy współczesnych, ważne, że nie preparowanych i w odpowiednim typie muzyki. Jakim? Raczej kontemplacyjnym z uwielbianym przeze mnie jazzem grającym ciszą włącznie, aniżeli rockowym. To co, z ciężkim brzmieniem był problem? Jako taki nie, ale nie oszukujmy się, mała moc nie jest zalecana do tworzenia przestawiającej mury naszych domostw ściany dźwięku. Owszem, wszystko wspierane magią lamp w domenie pokazania kolorystyki i naturalności dźwięków zagrało fenomenalnie, jednak zderzenie z często słabo zrealizowanym rockiem typu Slayer, czy Nirvana podczas głośnego słuchania nie dawało poczucia bycia na stadionowym koncercie. To źle? Naturalnie nie, gdyż słaba lampa z założenia przeznaczona jest do poszukiwania uniesień podczas muzycznej zadumy, a nie karcenia swoich narządów słuchu przekraczającym unijne normy głośnym jazgotem. Ale bez obaw. Podczas zdroworozsądkowego podejścia do zagadnienia głośności Air Tight za sprawą pokazywania prawdy o każdym dźwięku mimo wszystko znakomicie sobie radził, A to, że dla piewców bezkompromisowego podejścia do kwestii poziomu decybeli mogłoby to być niesatysfakcjonujące, jest li tylko usilnym szukaniem problemu, a nie wadą bezwzględną źle skonfigurowanego wzmacniacza. Ale zaznaczam, dobrze nagrany rock i nawet elektronika w moim odczuciu brzmiały świetnie. Co prawda bez oczekiwanych przez wielbicieli tych nurtów bezkompromisowości i przenikliwości prezentacji, ale w żadnym wypadku nie źle, tylko plastyczniej. Co to oznacza?
Próbując przybliżyć różnice klasy „A” z tranzystora i lampy pierwszym co rzuca się w ucho, jest wspomniana dodatkowa tkanka łączna pomiędzy każdym następującym po sobie dźwiękiem, co jest wręcz naturalną wartością dodaną do tego typu konstrukcji. Kolejnym aspektem jest unikająca zbyt ostrego rysunku, grubsza kreska wydarzeń na wirtualnej scenie. Zaś ostatnim, pewnego rodzaju przyjemna w dobrym tego słowa znaczeniu miękkość brzmienia systemu. Nie w stylu ciepłych klusek, tylko coś na kształt nadającego magii rozwibrowania dźwięku. Przez to muzyka wręcz nie pozwala się od siebie oderwać. Ale nie z racji cech siłowego zaangażowania słuchacza swoją bezpośredniością przekazu, tylko jego namacalnością. A to potrafią tylko wybitne, jak wynika z tego testu niskiej mocy wespół z wysokoskutecznymi kolumnami konstrukcje lampowe, których bez najmniejszych obaw pełnoprawnym przedstawicielem jest dzisiaj opiniowany Air Tight ATM-300R.

Nie wiem, czy to widać, ale podczas przelewania moich spostrzeżeń na klawiaturę siłowałem się z myślą: „a może by tak w drugim pokoju zbudować zestaw tylko dla mnie”?. Powód? Zapewniam, ten co mam obecnie, dostarcza mi wiele od zawsze oczekiwanych uniesień duchowych. Jednak nigdy w stylu konfiguracji testowej. Niby to samo i nawet prawie tak samo, jednak po wejściu w sedno muzyki inaczej w rozumieniu lepiej. Niestety z uwagi na zabawę w opiniowanie urządzeń audio mój set musi odznaczać się uniwersalnością i zastosowanie na stałe słabiutkiego Air Tight-a nie wchodzi w grę. Zaś pomysł ewentualnej drugiej konfiguracji natychmiast zapala mi czerwoną lampkę informującą o z góry przegranym starciu z drugą połówką o zagracanie kolejnego pokoju. Na szczęście to są moje, a nie Wasze problemy. Dlatego też jeśli jesteście na rozstaju dróg w kwestii wzmacniania sygnału audio i do tego posiadacie lub co jeszcze lepiej, macie zamiar nabyć łatwe do wysterowania kolumny, nie możecie nie wpisać na listę odsłuchową tytułowego wzmacniacza. To jest na tyle mocny pewniak, że jestem wstanie ostrzec Was przed braniem go na testy w pierwszej kolejności, gdyż swoją finezją, magią nie tylko dźwiękową, ale również wizualną, może nie dopuścić kolejnych potencjalnych kandydatów do odsłuchu, zwyczajnie podprogowo zmuszając Was do wykonania przelewu na konto współpracującego z Wami w kwestii odsłuchu sklepu. Niemożliwe? Szczerze? Nie radzę tego bagatelizować.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Abyssound ASX-2000
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: SoundClub
Cena: 58 000 PLN bez lamp, 66 000 PLN z lampami Takatsuki TA-300 B

Dane techniczne
Moc: 2 x 9 W (THD <10%)
Zniekształcenia THD: <1% (1kHz / 1W / 8Ω
Czułość wejściowa: 290 mV
Współczynnik tłumienia: 7 (1 kHz/1 W/8 Ω)
Pasmo przenoszenia: 30 Hz ~ 40 kHz (-1 dB/1 W)
Wymiary (S x G x W): 430 x 275 x 245 mm
Waga: 24,5 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

ELAC Concentro S 507

ELAC z dumą prezentuje swoją najnowszą wolnostojącą kolumnę głośnikową Concentro S 507. Ten ze wszech miar wyjątkowy model jest synonimem doskonałej jakości wykonania, wzornictwa i dźwięku. Concentro S 507 zachowuje wszystkie funkcje i zalety większych głośników Concentro, ale tworzy indywidualny, niepowtarzalny efekt wizualny.

Za pośrednictwem modelu Concentro S 507 ELAC wprowadza kolumnę głośnikową, której konstrukcja i funkcje w pełni odzwierciedlają wspaniałą nazwę Concentro. I chociaż model ten kontynuuje dziedzictwo dotychczasowych głośników z tej serii, to każdy aspekt Concentro S 507 jest wyjątkowy.

Nowy początek

Wzornictwo najnowszego modelu jest doskonałą symbiozą ekstrawaganckiej stylistyki Concentro i czystych linii charakterystycznych dla serii Vela. Trapezoidalny kształt podstawy i łukowato wygięta obudowa łączą się, nadając całości naturalny, stonowany wygląd. Niezwykle ekspresyjna dolna część gwarantuje stabilność i równocześnie zwiększa wrażenie elegancji dzięki zabiegowi stylistycznemu przypominającemu „wysokie obcasy”. Ponadto rozwiązanie to gwarantuje wyjątkową podstawę dźwiękową. Wykończona czarnym lub białym lakierem na wysoki połysk, kolumna Concentro S 507 zapewnia prawdziwą wizualną rozkosz.

Pozwól zdecydować swoim uszom

Innowacyjny moduł głośnikowy stepX-JET składa się z koncentrycznej podstawy zbudowanej wokół nowego przetwornika wysokotonowego JET 5c i jednostki wysoko/średniotonowej (50/130 mm) z aluminiową membraną. Opatentowana technologia wykorzystuje specjalne wymienne pierścienie DCR (Directivity Control Ring – pierścień kontrolujący kierunkowość), aby dopasować charakterystyki kierunkowe zakresu średniotonowego do warunków panujących w pomieszczeniu odsłuchowym. Różne pierścienie DCR (trzy aluminiowe pierścienie DCR należą do wyposażenia standardowego) wykorzystywane są, aby wpływać na relacje pomiędzy bezpośrednim i rozproszonym dźwiękiem w przestrzeni odsłuchowej.

Doskonałość jest wtedy, gdy nie ma miejsca na ulepszenia

Moduł stepX-JET wspierany jest przez nisko/średniotonowy przetwornik (180 mm) na przedniej ściance. Cztery potężne głośniki niskotonowe (150 mm) o długim skoku, umieszczone na bocznych ścianach obudowy, z łatwością dostarczają głębokie i mocne niskie tony. Specjalna konfiguracja ICD (Impulse Compensated Design) gwarantuje konturowy bas pozbawiony jakichkolwiek podbarwień generowanych przez niepożądane wibracje. Mówiąc wprost, Concentro S 507 zadowoli nawet najbardziej wymagających użytkowników, perfekcyjnie odtwarzając dźwięki z całego obsługiwanego zakresu częstotliwości i przy każdym poziomie głośności.

Poglądowa cena detaliczna modelu Concentro S 507 wynosi 24 999 zł za jedną sztukę.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Platformy Base Audio do Dynaudio

W ramach wstępu do dzisiejszej epistoły pozwolę sobie na pewne obserwacje i wynikające z nich, wybitnie subiektywne, wnioski. Oczywiście dotyczyć będą one głównego obszaru naszych zainteresowań, czyli tematyki audio a dokładnie różnic w podejściu do kwestii kompletowania własnego portfolio przez … dystrybutorów. Chodzi bowiem o swoistą ideę, jaka przyświeca ludziom i zespołom odpowiedzialnym za pojawianie się na naszym rynku konkretnych marek. Nie sztuką bowiem jest, wzorem wielkopowierzchniowych hipermarketów RTV/AGD, kolokwialnie mówiąc brać jak leci „wolnych” – niedysponujących lokalnym przedstawicielem, producentów a potem zachodzić w głowę co z czym i jak spiąć, by pojawił się chociaż cień szansy na sukces, lecz świadome kompletowanie, że się tak wyrażę „autorskiego menu”. Wbrew pozorom analogie kulinarne wydają się jak najbardziej na miejscu, gdyż mając jako takie rozeznanie w temacie wybieramy konkretne salony / dystrybutorów z taką samą świadomością, jak restauracje. Wiedząc co „serwują” ich szefowie kuchni i w jakim obszarze smaków najchętniej się poruszają, to właśnie do nich udajemy się w pierwszej kolejności, gdy tylko najdzie nas ochota na takie a nie inne rozkosze podniebienia. Z jednej strony to oczywista świadomość własnego wyboru, a z drugiej swoiste zaufanie do ich wiedzy i „warsztatu” – biegłości w łączeniu poszczególnych komponentów w zachwycającą całość. Wiedzy wynikającej ze świadomości „charakteru” reprezentowanych marek, które mogą zarówno się świetnie uzupełniać, jak i chronicznie nie znosić. Zamiast jednak tracić czas i miejsce na analizę reakcji alergicznych, uważam iż lepiej skupić się na relacjach nieco bardziej symbiotycznych.
Za jeden ze sztandarowych przykładów właśnie takiego idealnego dopasowania z pewnością można uznać wykorzystywanie japońskich akcesoriów antyrezonansowych Acoustic Revive, oraz wykonywanych własnym sumptem stolików, tak pod elektroniką, jak i kolumnami znajdującymi się w ofercie Nautilusa. Oczywiście nikt nikogo do niczego nie zmusza, jednak będąc na miejscu – w którymś z firmowych salonów, bądź umawiając się na odsłuch we własnych – domowych pieleszach, trudno nie skorzystać z okazji i nie sprawdzić polecanych przez „Szefa kuchni” akcesoriów. I tym oto sposobem dotarliśmy do obiektu dzisiejszej mini-recenzji, gdyż po oryginalnych Acoustic Revive RST-38H i ich odpowiednikach – wykonywanych pod wymiar „kwarcowych” platformach Base Audio – marki krakowsko-warszawskiego Nautilusa używanych przez nas zarówno z, choć raczej wypadałoby napisać pod, ISIS-ami, jak i Dynaudio Excite X44 przyszła pora na kolejną, wygląda na to że ostateczną i zarazem najbardziej „customizowaną” odsłonę mariażu japońskiej myśli technicznej oraz rodzimego wychodzenia naprzeciw indywidualnym potrzebom odbiorców. Krótko mówiąc pochylimy się dzisiaj nad wersjami dedykowanymi naszym redakcyjnym Countourom 30, mając na uwadze fakt, iż oferta obejmuje swym zasięgiem praktycznie wszystkie modele Dynaudio.

Czym się owa dedykacja i „customizacja” przejawiają wszystkim z Państwa, którzy choćby musnęli wzrokiem powyższe zdjęcia, tłumaczyć raczej nie muszę, a wszystkich pozostałych (korzystających np. z usług elektronicznego lektora) pragnę poinformować, iż nie chodzi jedynie o widoczną gołym okiem optymalizację – dopasowanie kształtu pod konkretne modele duńskich kolumn, lecz również o drobne modyfikacje natury konstrukcyjnej. Jeśli chodzi o te pierwsze, to sprawa wydaje się jasna i niepodlegająca dyskusji – zamiast bowiem zmagać się z wystającymi poza obrys firmowych, uzbrojonych w kolce, cokołów rogi standardowych platform, mamy seksowne krągłości łagodnie otaczające ww. „pająka”. Oczywiście sama idea i wsad materiałowy są zgodne z japońskimi protoplastami, czyli komora zasypywana jest oryginalnym, dostarczanym przez Acoustic Revive kwarcem, natomiast korpus i platforma nośna wykonane są z autorskiej klejonki z brzozy fińskiej (w RST-38H blat był z hikorowej sklejki). Kolejne, różniące od poprzedników niuanse dotyczą przygotowanych pod znajdujące się w zestawie, czernione przez krakowsko-warszawskiego dystrybutora, mosiężne podkładki Acoustic Revive SPU-8, stosownych podfrezowań. Zanim jednak umieścimy w nich owe masywne krążki warto zwrócić uwagę, iż spód dedykowanych im łuz pokrywa gumowa okładzina zapobiegająca nie tylko przesuwaniu metalowych elementów, lecz również działając antyrezonansowo. Jak sami Państwo widzicie każda z platform dostarczana jest w dedykowanej, zasuwanej skrzyni wraz z precyzyjnie odmierzoną porcją kwarcowych kryształków.

I jeszcze drobiazg natury użytkowo – ergonomicznej a raczej pośrednio logistycznej, czyli kwestia posadowienia na tytułowych platformach bądź co bądź dość pokaźnych, niezbyt lekkich, niezbyt poręcznych i przy tym uzbrojonych w solidne kolce kolumn. Do owej czynności nawet przy 30-kach warto zaprosić kogoś do pomocy, kto będzie przynajmniej koordynował nasze próby utrafienia ww. kolcami w „dołki” SPU-8. Jeśli jednak z powyższą ekwilibrystyką sobie poradzimy, to na pocieszenie tylko dodam, iż od tej chwili będzie już tylko lepiej i łatwiej. Sama bowiem regulacja i poziomowanie w przypadku Dynaudio to przysłowiowa kaszka z masłem, gdyż dzięki stosownym pokrętłom wieńczącym trzpienie kolców odbywa się to nie dość że w iście błyskawicznym tempie, co bez użycia jakichkolwiek narzędzi.
Za niewątpliwą zaletę tytułowych podstaw warto również uznać fakt iż przesuwanie wraz z nimi kolumn na nich posadowionych wymaga nieporównywalnie mniej siły aniżeli samych kolumn ustawionych np. na podklejonych pod firmowymi cokołami gumowych podkładkach i w dodatku nie ma najmniejszego znaczenia, czy „jeździć” z kolumnami będziemy po dywanie, czy parkiecie. A gwarantuję, że nieco pojeździć Państwo będą musieli.
Powód? Nad wyraz oczywisty – bowiem platformy podnoszą kolumny o mniej / więcej 4 cm, co u mnie – z ostatnią inkarnacją Dynaudio Countour 30, oznaczało usytuowanie środka tweeterów na wysokości 113 cm i tym samym delikatną zmianę ustawienia. Jest to o tyle krytyczne, że duńskie kolumny są szalenie wrażliwe na dogięcie tak w orientacji poziomej, jak i pionowej, więc stosowne korekty są nawet nie tyle wskazane, co wręcz konieczne, o ile oczywiście dążymy poprzez wprowadzane zmiany do poprawy a nie zmian dla nich samych.

Przechodząc do części odsłuchowej chciałbym niejako na wstępie nawiązać do wspomnianych dwóch wcześniejszych odsłon kwarcowych platform. Otóż chodzi o dość istotne różnice warunków, w jakich przyszło im pracować – u Jacka ustawione zostały na grubej wykładzinie, natomiast u mnie spoczęły bezpośrednio na „gołym” jesionowym parkiecie. Czemu zatem wspominam o tym przy okazji testu w „okolicznościach przyrody” dokładnie takich samych, jak w podczas pastwienia się nad Excite X44 ? Z racji poczynionych w ramach niniejszej publikacji obserwacji, co do zachowania tytułowych platform. Otóż wiedziony atawistyczną ciekawością i próbując alternatywne dla dyżurnego ustawienia miejscówki dla kolumn pozwoliłem sobie nieco z nimi po moim pokoju pojeździć, co wiązało się z tym, że oprócz wydzielonego „pasa” parkietu kilkukrotnie lądowały na dywanie i … momentalnie pokazywały swoje drugie, nad wyraz zaskakujące – „pluszowe” oblicze. Dźwięk stawał się bowiem znacznie ciemniejszy i kreślony grubszą kreską a nad wydawać by się mogło natywną żywiołowością zaczynała dominować lekka zaduma i powaga. Efekt ciekawy, choć każdorazowo wracałem do punktu wyjścia, czyli do ustawienia ich na parkiecie.
Warto jasno i wyraźnie zakomunikować, że tytułowe platformy może nie tyle zmieniają brzmienie 30-ek, bo nie da się ukryć, że to wciąż te same, nomen omen, świetnie grające kolumny, co owe brzmienie uszlachetniają i bezdyskusyjnie upgradowują do wyższego poziomu wyrafinowania i intensywności. Żeby tylko nie było niedomówień, jeśli ktoś w tym momencie się łudzi, że za przysłowiowego „piątaka”, czyli cenę obiektu niniejszej recenzji, zrobi z Contourów ich starsze rodzeństwo z serii Confidence, to … życzę mu powodzenia i szczerze zazdroszczę bujnej wyobraźni, bądź nad wyraz udanych relacji ze „szczodrymi” farmaceutami. Jeśli liczyliście na cud, to … nie tym razem mili Państwo. Jednak w ramach rekompensaty gwarantuję Wam, że ustawiwszy swoje kolumny na krakowskich platformach będziecie, mówiąc możliwie obrazowo, zbierać szczęki z podłogi i przecierać oczy ze zdumienia, plując sobie jednocześnie w brodę, choć wiem, że to fizycznie praktycznie niewykonalne, no bo jak tu pluć na cokolwiek z otwartymi ustami, że tak późno się nimi zainteresowaliście.

No dobrze, żarty na bok i tak już zupełnie na serio. Otóż kwarcowe platformy naprawdę działają w sposób na tyle spektakularny i zarazem pozytywny, iż powyższe opisy mimicznej akrobatyki wydają się jeśli nie w pełni, to przynajmniej w znacznej części uzasadnione. Ich pojawienie się w systemie z powodzeniem porównać można do wymiany okablowania głośnikowego, a wersji dla kablosceptyków do … wizyty u laryngologa z dokładnym czyszczeniem uszu w pakiecie. Po prostu dźwięk ustawionych na nich, znaczy się platformach, nie kablosceptykach, kolumn staje się zdecydowanie pełniejszy, potężniejszy a zarazem bardziej rozdzielczy. Bas zyskuje tak na wolumenie, jak i kontroli a co za tym idzie poprawia się drajw i motoryka przekazu. Odseparowanie, odsprzęgnięcie od podłoża sprawia bowiem, że pozbywamy się pasożytniczych artefaktów, interferencji, w jakie wchodziły z nim do tej pory kolumny, przez co eliminujemy swoiste maskowanie konturów, struktury i wieloplanowości najniższych składowych. Słychać nie dość, że więcej, to w dodatku lepiej – bez oblepiającego basowe szarpnięcia „brudu”. Szaleńcze tempa w „Into The Purgatory” GALNERYUS jeszcze bardziej przyspieszają tętno i próżno liczyć przy takim repertuarze chociażby na chwilę wytchnienia. Warto w tym momencie podkreślić, że na skutek powyższej kuracji bas wcale nie staje się bardziej zwiewny, lecz wręcz przeciwnie – pozbawiony sztucznego balastu uderza nie dość, że szybciej to w dodatku mocniej, jest twardszy i bardziej zwinny, żylasty.
Podobne zmiany zachodzą na średnicy, która nie tyle wychodzi przed szereg, czy też zostaje wypchnięta, lecz zajmując swoją dotychczasową pozycję „otwiera” się dla słuchaczy. Stając się bardziej nasyconą, różnorodną i wielowarstwową daje możliwość lepszego, swobodniejszego wniknięcia w tkankę nagrań, zajrzenia tam, gdzie do tej pory wydawało się, że niespecjalnie jest czego szukać. W dodatku im bardziej zagmatwany, poszarpany, czy też gęsty i mroczny materiał Państwo zaserwujecie, tym bogactwo nowoodkrytych szczegółów będzie większe. Dotyczyć to będzie nie tylko opartej na naturalnym instrumentarium symfoniki, w tym tej pozornie trudnej – współczesnej, lecz również w pełni syntetycznych brzmień stworzonych na najprzeróżniejszych konsolach i komputerach.
Niejako na deser zostawiłem górę pasma, której dziwnym zbiegiem okoliczności ewolucja idąca wraz z kwarcowo – drewnianymi sandwichami nie ominęła, choć zmiany jakie można zaobserwować dotyczą nie tyle wolumenu najwyższych składowych, co ich jakości. Chodzi bowiem o fakt, iż używane przez Dynaudio 28 mm kopułki Esotar² (w Contourach) oferują, przynajmniej jak na stereotypowe postrzeganie duńskich kolumn, niezwykłą rozdzielczość, więc dalsza intensyfikacja wysokoczęstotliwościowa niekoniecznie skierowałaby charakterystykę brzmieniową we właściwa stronę. W zamian za to akcent położony został na ich klarowność i krystaliczną czystość, w związku z powyższym nawet operujący na nieraz dość bolesnych dla zwykłych śmiertelników alikwotach repertuar, jak „’Round M: Monteverdi Meets Jazz” Roberty Mameli zachwyca bogactwem i wyrafinowaniem. Brak jakiejkolwiek ziarnistości, czy też przybrudzenia będących niczym innym jak zniekształceniami degradującymi sygnał źródłowy sprawiają, iż słuchać można na wyższych aniżeli do tej pory poziomach głośności i to bez uczucia zmęczenia, bądź obawy przed nieprzyjemnymi „pikami”.

I już na sam koniec, poniekąd w ramach małego bonusu dla wszystkich cierpliwych, którzy przebrnęli przez zawiłości mojego słowotoku, jeszcze mała niespodzianka. Otóż dosłownie na chwilę przed publikacją niniejszej epistoły dystrybutor dostarczył nam zdjęcia platform wykonanych nie pod Dynaudio, lecz pod Avantgarde Mezzo. Tym samym przekazał oficjalną informację o gotowości przygotowania takowych pod praktycznie dowolny model kolumn.

Jak sami Państwo widzicie, z pozornie niewinnie zapowiadających się, czysto akcesoryjnych spotkań, temat dedykowanych konkretnym kolumnom platform ewoluował do rozmiarów pełnowymiarowej recenzji. Okazało się bowiem, iż akcesorium, które wydawać by się mogło co najwyżej opcją po jaką sięgają znudzeni audiofile skalą wprowadzanych przez siebie zmian zasłużyło na miano pełnoprawnego elementu toru audio. Dlatego też zamiast mnożyć kolejne kwieciste opisy ograniczę się do wydawać by się mogło oczywistej zasady – „usłyszeć, znaczy uwierzyć” i do tego gorąco Państwa zachęcam – posłuchajcie. Posłuchajcie swoich kolumn na kwarcowych platformach Base Audio i usłyszcie co tak naprawdę one potrafią.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature)
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Dynaudio Contour 30
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM

Producent: Base Audio
Dystrybutor: Nautilus
Cena: ok. 5 000 PLN kpl. do Dynaudio Countour 30, ok 6 000 PLN kpl. do Dynaudio Contour 60, możliwość wykonania pod kolumny innych marek – projekt wyceniany indywidualnie

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audionet HUMBOLDT

Link do zapowiedzi: Audionet HUMBOLDT

Opinia 1

Jestem bardzo ciekawy, jakie skojarzenia nasuwa Wam pytanie w stylu: Co według Ciebie niesie ze sobą określenie High End w tematyce audio? Jednak zaznaczam, iż nie rozprawiamy o wszelkiego rodzaju mocno dewaluującej wspomniany kawałek tortu ofercie internetowych handlarzy, którzy na potrzeby podbudowania wizerunku często miernego produktu, zamierzenie mijając się z prawdą, ordynarnie pozycjonują swój towar w segmencie zarezerwowanym dla najlepszych konstrukcji pozwalających obcować z muzyką. Jak wspomniałem, Waszych opinii nie znam, jednak wiem, co przywołana przynależność do elity oznacza w moim przypadku. Po pierwsze, jakość dźwięku jak najbliższa prawdy. Po drugie, pewnie trochę zalatujący próżnością, jednak niosący ze sobą wyjątkowość danej konstrukcji jej design. A po trzecie i na co najbardziej chciałbym w tym momencie zwrócić uwagę z racji częstych prób radzenia sobie z tym aspektem, zazwyczaj idący ręka w rękę ze słuszną wagą rozmiar tego typu komponentów. Tak tak, to najczęściej nie przebierając w słowach, jest ogrom bez dwóch zdań ładnego, ale jednak sprawiającego problemy logistyczne elektronicznego „złomu”. Owszem, za takim postawieniem sprawy idzie informacja, iż producent raczej nie oszczędzał na danym produkcie, co wprost proporcjonalnie powinno przełożyć się na jakość generowanego dźwięku. Jednak fakt jest faktem, wspomniane zabawki dla dużych chłopców wymykają się standardom tak wagowym, jak i gabarytowym ogólnie pojętego działu elektroniki użytkowej. Po co roztrząsam ten temat? A jakże, zamierzenie, bowiem bardzo mocno w korelacji z naszym dzisiejszym bohaterem. O co chodzi? Otóż mam przyjemność przedstawić flagowy wzmacniacz zintegrowany HUMBOLDT niemieckiej marki Audionet, który tuż po jesiennej wystawie AVS 2019 z niemałym wysiłkiem logistycznym łódzkiego dystrybutora CORE trends na kilkanaście owocnych w ciekawe doznania soniczne dni pojawił się w naszym OPOS-ie.

Analizując załączone fotografie nie trzeba być orłem w interpretacji rozmiarów poszczególnych komponentów z perspektywy widzianej okiem aparatu, aby zrozumieć, co miałem na myśli poruszając temat gabarytowego nadmuchania konstrukcji segmentu High End. Dla ułatwienia dodam, iż już moje urządzenia z wyłączeniem będącej w trakcie odrębnego testu końcówki mocy Vitus Audio SS-103, są sporej wielkości skrzynkami, a mimo to przy niemieckiej integrze wydają się być wręcz zabawkami. W przypadku HUMBOLDT-a mamy do czynienia z wariacją wielgachnego i niestety dla moich pleców diabelnie ciężkiego prostopadłościanu, w którym jedyną odbiegającą nieco od definicji przywołanej bryły płaszczyzną jest imitująca ostrze piły górna płaszczyzna obudowy. Ta zaś idąc tropem niedawno opiniowanego zestawu dzielonego Stern & Heisenberg w celu rezygnacji z bocznych radiatorów odprowadzających ciepło, ale zachowania dobrej wentylacji wewnętrznych układów elektrycznych na tylnych połaciach każdego ze wspomnianych zębów została uzbrojona w serię małych otworów. Front będąc oazą spokoju, jest miejscem usadowienia jedynie mieniącego się błękitem, naprawdę wielkiego wielofunkcyjnego wyświetlacza, równie monstrualnej, wręcz idealnie wpisującej się w wizję monumentalności, pozwalającej poruszać się po rozbudowanym menu, znajdującej się poniżej niebieskiego okienka okrągłej gałki i zlokalizowanego w lewym dolnym rogu, podświetlanego również niebieską obwolutą włącznika. Plecy naszego bohatera nie są polem do popisu konstruktorów nadmierną ilości złączy, jednak znajdziemy na nich symetrycznie rozlokowane po dwa wejścia XLR i trzy RCA, pod nimi po jednym wyjściu RCA i XLR, tuż obok nich pojedyncze terminale kolumnowe, a w centrum połaci awersu gniazdo anteny WLAN, komputerowe złącze kontrolne RS232, podwojone gniazda optyczne do komunikacji wzmacniacza z innymi komponentami spod znaku Audioneta, zacisk uziemienia i gniazdo zasilania EIC. Tak prezentujące się monstrum posadowiono na dwóch poprzecznie zorientowanych, długich sztangach o przekroju trójkąta równoramiennego. Na tym zakończę przybliżanie punktu zapalnego naszego spotkania. Oczywiście przytoczyłem bardzo niewielką dawkę informacji z długiej listy technikaliów. Powód? Prosty. Opisanie całości zajęłoby mi dodatkową stronę tekstu, a to po pierwsze nie wniesie nic do moich wniosków, zaś po drugie, jeśli jest takie życzenie, jednym ruchem wszystko znajdziecie na stronie producenta.

Chyba nikt z rozsądnych czytelników nie zdziwi się, gdy powiem, iż tytułowa interga idzie wypracowanym tropem świetnie postrzeganego nie tylko przez branżę, ale również zadowolonych klientów, dzielonego zestawu flagowego. Naturalnie efekt końcowy z uwagi na przymus spakowania trzech urządzeń w jedną obudowę i do tego za znacznie niższą kwotę poskutkowało delikatnym obniżeniem jakości dźwięku, jednak bez najmniejszych obaw jestem w stenie podnieść tezę, iż aby to dokładnie zdiagnozować, najlepiej zderzyć obydwa światy muzyki jeden do jednego, lub w bardzo krótkim odstępie czasu. Jak zatem w praktyce prezentuje się nasz bohater? Przekaz w środku pasma jest dobrze nasycony, na dole energiczny i masywny, zaś w górze ciekawie doświetlony. Nieco mniej wyrazisty w domenie szybkości narastania sygnału, jednak bez odczucia szkodliwości spowolnienia, a jedynie innej, unikającej gonienia na łeb na szyję tempa interpretacji tego samego materiału. Jaki był tego skutek? Dla mnie bardzo dobry. W szczególności zyskała na tym muzyka oparta o kontemplację. Ale nie chodzi mi jedynie o mogące nudzić wielu z Was wokalne ballady, tylko również niezbyt szybkie nurty jazzowe, barokowe i co ciekawe w wielu przypadkach nawet elektroniczne. Ale zastrzegam, to nie jest jakikolwiek problem, tylko odniesienie wyniku sonicznego do zestawu ze szczytu oferty, co natychmiast powoduje, iż potencjalny klient po wpięciu HUMBOLDT-a w swój tor prawdopodobnie zdziwi się, gdy nagle jego set dostanie przysłowiowego kopa. Powód? Audionet akurat ze stawiania na wartkość odtwarzania zapisów nutowych jest dobrze znany, a zasadniczą zmianą w poszczególnych seriach produktów jest większe nasycenie i energia muzyki, jednakże na ile to możliwe, bez szkód w kwestii tak zwanego PRAT-u. Podczas testu nie było znaczenia, czy w napędzie lądowały krążki Tomasza Stańki, interpretacje Claudio Monteverdiego, czy nawet monumentalna elektronika, gdyż za każdym razem muzyka mimo stawiania na emocje związane wyciszeniem, zawsze tętniła fajnym timingiem. Po co w z założenia snującej się muzie drive? Jak to po co? To mimo przypisanego w kodzie DNA owijania nas swoimi ramionami nieposkromionych emocji nadal ma być przekaz pełen życia, a nie nazbyt nostalgiczne, a przez to często zalatującego pogrzebowym nastrojem odtworzenie danego utworu. Przynajmniej ja podczas obcowania ze zbyt osowiałym przekazem szybko zaczynam się nudzić. Owszem, lubię napawać się nastrojowymi kawałkami, ale wolę słyszeć na scenie muzyków pełnych werwy, aniżeli po zażyciu zwiotczającego ich mięśnie pawulonu. A jak z mocniejszym uderzeniem?
Cóż, jeśli nie mieliście okazji zmierzyć się z topowym setem, bez dwóch zdań będziecie ukontentowani. Moc, energia i odpowiednie naświetlenie wydarzeń na wirtualnej, dobrze rozciągniętej w szerz i głąb scenie powodowały, że nie znalazłem przysłowiowego bata na Audioneta. Zawsze wychodził ze starć z tarczą. Bez problemu oddawał zamierzenia artystów nie tylko grup rockowych typu Metallica, czy Slayer w postaci czystego wokalno-instrumentalnego szaleństwa, ale również często dobitniej niż mam na co dzień pokazywał nierozumiany przez wielu moich znajomych ekstremalny feee-jazz Petera Brotzmanna. Nie wiem, jak to robił, ale skubany w jakiś sobie znany sposób umiał zmienić zamierzony przez nurt free brak trzymania się zasad rytmiki – czytaj pozornie dźwiękowy chaos, w spójną rozmowę z pozoru chaotycznych, jednak w konsekwencji bardzo przemyślanie prowadzonych solowych popisów poszczególnych członków formacji. A to wszytko w duchu zjawiskowej energii i odpowiedniej dla tego typu twórczości szybkości narastania sygnału. A chyba nie muszę dodawać, iż to potrafią tylko najlepsi – czytaj przedstawiciele segmentu High End, do których testowany wzmacniacz zintegrowany Audionet Humboldt bez jakichkolwiek obiekcji się zalicza.

Zbierając w całość powyższy tekst jedno jest pewne. W przypadku przedstawionej dzisiaj oferty wzmocnienia sygnału audio naszego zachodniego sąsiada mamy do czynienia z piecem łączącym z założenia przeciwstawne ze sobą style muzyczne. Podczas kilkunastu dni zabawy potrafił pokazać piękno nie tylko muzyki Baroku z jej barwą i celebracją każdej nuty, ale równie dla wielu pozornie pozbawionych sensu feerii free-jazzowych koncertów. I tu i tu zaskakująco swobodnie oddawał wielobarwność instrumentarium i wokalizy, jednak w odpowiedniej dla danego stylu estetyce czy to namacalności, czy rytmiki. Gdzie widzę naszego bohatera? Powiem szczerze, iż ciężko jest mi znaleźć zestaw już na starcie sugerujący ewentualną porażkę. To raczej nie wchodzi w grę. Jeśli już, będzie to prawdopodobnie delikatne mijanie się z zamierzeniami potencjalnego zainteresowanego spowodowane manierami jego układanki, a nie problem jako takim Audioneta. Zatem wieńcząc dzisiejszy test śmiało mogę stwierdzić, że jeśli sam grając w estetyce dobrego nasycenia, poradził sobie z moją, naznaczoną barwą układanką, poza widzimisię zainteresowanego nie ma dla Humboldt-a potencjalnego zagrożenia.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nie wiem, czy pamiętacie Państwo czasy, gdy wyznacznikiem High-Endu, poza nieosiągalną dla zwykłych śmiertelników, lecz patrząc na dzisiejsze realia zdecydowanie mniej abstrakcyjną, ceną była separacja. Dotyczyła ona nie tylko źródeł dźwięku, gdzie transport i przetwornik bezwzględnie musiały być osobno (vide Technics SL-Z1000 & SH-X1000, bądź wyprodukowany jedynie w 55, uświetniających 80-lecie, zestawach Denon DA-S1 & DP-S1), co przede wszystkim amplifikacji. Zasady były proste – grałeś w „Lidze Mistrzów” – budowałeś swój prestiż tylko na bazie najdroższych konstrukcji dzielonych, integrację zostawiając zawodnikom niższej rangi. Jednak w pewnym momencie, zakładam, iż z powodu świadomości nasycenia rynku i szukania szerszego grona odbiorców, pierwszym, którym postanowił złamać powyższe konwenanse był Flemming E. Rasmussen wprowadzając do portfolio Gryphona … integrę o dość jednoznacznej nazwie Tabu, którą rynek początkowo przyjął z lekką nieufnością, by dosłownie po chwili dostać na jej punkcie hopla z przerzutką. Trudno zatem dziwić się, że powstałą koniunkturę przełamująca supremację potężnych końcówek wykorzystali nie tylko Duńczycy dorzucając do puli śmiało mogący uchodzić za protoplastę współczesnych super-integr Diablo, co skierowaną do nieco mniej zamożnych odbiorców Atillę, lecz również ich bezpośredni konkurent „zza wielkiej wody” – Krell zaczynając od skromnego KAV-300, w drugim rzucie idąc po przysłowiowej bandzie i pokazując światu FBI.
Nie muszę chyba w tym momencie nikogo uświadamiać, że obecnie nikt przy zdrowych zmysłach nawet nie próbuje deprecjonować konstrukcji zintegrowanych, tym bardziej, gdy do pierwszych szczęśliwców docierają takie perełki jak najnowszy zintegrowany flagowiec Vitus SIA-030, czy specjalnie przygotowany na 50-lecie marki, Accuphase E-800. Dlatego też mając już na koncie wielce udane spotkania zarówno z Gryphonem Diablo 300, jak i Accuphase E-650 (poprzednikiem 800-ki) ze zrozumiałą ekscytacją powitaliśmy w naszych skromnych progach, znaną jedynie z wystawowych rzutów okiem (High End 2018), bądź uchem (Audio Video Show 2019) równie intrygującą zintegrowaną berlińską referencję – Audioneta HUMBOLDT.

Nie ma się co oszukiwać i zaklinać rzeczywistości – jak na integrę HUMBOLDT jest duży, wręcz bardzo duży – zbliżony gabarytami, lecz przewyższający wagą wspomnianego Krella FBI i mogąc spokojnie uchodzić za idealnego sparingpartnera dla Vitusa SIA-030. Krótko mówiąc do ustawienia tego 60 kg „maleństwa” lepiej nie zabierać się w pojedynkę, chyba że koniecznie chcemy sprawdzić na własnej skórze jakość opieki ortopedycznej świadczonej w ramach pakietu NFZ. Jednak pomimo dość absorbujących gabarytów niezwykle trudno zarzucić Humboldtowi zwalistość, czy zaburzenia proporcji. Spora w tym zasługa umieszczonego centralnie na froncie pokaźnych rozmiarów wyświetlacza TFT przywodzącego na myśl rozwiązanie zaimplementowane w dopiero co przez nas opisywanym odtwarzaczu Métronome AQWO , z tą tylko różnicą, że tym razem sterowanie odbywa się umieszczonymi poniżej przyciskami a nie poprzez „macanie” samej matrycy ekranu. Tuż pod nimi ulokowano potężną gałkę regulacji głośności a lewy dolny róg okupuje odpowiedzialny za włączanie / usypianie, otoczony błękitno-białą aureolką przycisk. Płyta górna, to znana już z dzielonki STERN & HEISENBERG firmowa – ażurowa, aluminiowa, pomrszczona plisa. Za to ściana tylna to prawdziwa uczta dla oczu audiofila. Ze względu na wewnętrzną topologię, o której dosłownie za chwilę, gniazda przyłączeniowe umieszczono wzdłuż lewej i prawej krawędzi a oś symetrii wyznaczają gniazdo antenowe Wlan, port RS232, dwa gniazda toslink pełniące rolę firmowej magistrali komunikacyjnej Audionet Link, zacisk uziemienia i gniazdo zasilające IEC. Użytkownik do dyspozycji ma pojedyncze, lecz referencyjne rodowane terminale głośnikowe Furutecha ze sprzęgłem, dwie pary złoconych XLR-ów Neutrika i trzy pary również rodowanych Furutechów RCA na wejściu plus, gdyby komuś 320 W przy 8Ω i 460 W przy 4Ω było mało, wyjścia na zewnętrzną końcówkę mocy w obu standardach (RCA/XLR).
Sama obudowa to oczywiście perfekcyjnie wykończone (srebrna/czarna satynowa anoda) „pływające” 9 mm płaty aluminium zamontowane zgodnie z założeniami technologii Floating Pane Design. W trzewiach, jak to Berlińczycy mają w zwyczaju, próżno szukać „audiofilskiego powietrza”, w zamian którego piętrowo umieszczono zaawansowany układ dual mono obejmujący zarówno sekcję sygnałową, jak i zasilania. Z resztą owe zasilanie to prawdziwy, bezkompromisowy inżynierski majstersztyk oparty na czterech transformatorach – dwóch po 100 VA i dwóch po 850 VA, wspomaganych rzez imponującą baterię niskoimpedancyjnych kondensatorów o łącznej pojemności 400 000 μF. W trzewiach jak ognia unikano elementów ferromagnetycznych, oraz kondensatorów w ścieżce sygnałowej. Nad poprawnością działania czuwa stosowny mikroprocesor.

Chociaż z racji wykorzystywania dostarczonego do nas przez dystrybutora marki – łódzki CORE trends – egzemplarza podczas zeszłorocznego Audio Video Show, temat wygrzewania mieliśmy niejako z głowy, z oczywistych – wynikających tak z warunków atmosferycznych, jak i przyzwyczajenia, względów, przez kilka dni pozwoliliśmy HUMBOLDT-owi na niespieszną akomodację. Komfortową sytuację zapewniał nam również brak jakiejkolwiek presji czasu, gdyż wystawa minęła, a z tego co nam było wiadomo nikt nie czekał na tytułową integrę w kolejce nerwowo przestępując z nogi na nogę. Dlatego też przystępując do krytycznych sesji odsłuchowych mieliśmy pewność, że po pierwsze – ze względu na swój „przebieg” wzmacniacz zdolny jest pokazać 100% swoich możliwości, a po drugie, że zdążył już oswoić się z resztą naszego redakcyjnego toru. W związku z powyższym rozgrzewkę rozpocząłem od thrash – metalowego „The Evolution Of Chaos” Heathen. Przesada? Bynajmniej, gdyż mając w pamięci poczynania dzielonego seta STERN & HEISENBERG miałem graniczące z pewnością, przypuszczenia, że tytułowa integra swą estetyką grania nie odejdzie zbyt daleko od separowanego rodzeństwa. I … się nie pomyliłem, gdyż niemiecka integra na dość ekstremalne tempa i szaleńcze pasaże zareagowała równie stoickim spokojem, jakby zamiast agonalnych porykiwań Amerykanów, przed mikrofonem stanął Philippe Jaroussky w minimalistycznym „Pergolesi: Stabat Mater, Laudate pueri & Confitebor”, lub nawet nieco bardziej dynamicznym „Vivaldi: Nisi Dominus, Stabat Mater”. Niezorientowani w temacie mogliby wręcz zarzucić mu zbytnią zachowawczość, czy wręcz obojętność – zdystansowanie się od reprodukowanego materiału, lecz to tylko świadczyłoby o ich niezrozumieniu materii i pułapu zaawansowania na jakim się poruszamy. Bowiem z HUMBOLDT-em jest jak z ostatnimi czasy będącym na tapecie „Irlandczykiem” Martina Scorsese, gdzie akcja może rozgrywa się własnym, niewymuszonym tempem, biegnąc konsekwentnie przez dziesięciolecia, lecz wystarczy tylko nieco się skupić, by doświadczyć geniuszu reżysera. Błyskotliwe dialogi i ukryte w tle smaczki tworzą niepodrabialny klimat, którego próżno szukać w przeładowanych efektami hollywoodzkich super produkcjach.

Posłuchajcie Państwo tylko monumentalnego, ponad jedenastominutowego „No Stone Unturned”, by zrozumieć o czym mówię. Chodzi bowiem o to, iż za fasadą bezpardonowej napierdzielanki kryją się prawdziwe perełki, czyli dość oczywiste inspiracje kultowymi utworami Metallici, Megadeth, czy nawet Iron Maiden (dokładnie w tej kolejności). Dokładnie to samo, co w „Irlandczyku”, w którym np. przez gwar restauracyjnych rozmów daje się usłyszeć temat z „Ojca Chrzestnego”. Trzeba jednak otworzyć swój umysł i wyzwolić tak ciekawość i dociekliwość, by podobne smaczki wyławiać. Bez tego uznać możemy tytułową integrę za li tylko dobrą, co w High-Endzie niespecjalnie dobrze jej wróży. Najwidoczniej jednak sam producent zdawał sobie sprawę z potencjału drzemiącego w swojej topowej konstrukcji zintegrowanej, gdyż bez cienia fałszywej skromności już w nagłówku poświęconej jej strony wszem i wobec ogłasza, iż jest to „Opcja nuklearna”. I trudno nie przyznać mu racji, gdyż czego, jak czego, ale mocy jej nie brakuje. Warto jednak mieć też świadomość, iż owa moc uwalniana jest bez nawet najmniejszych oznak nerwowości, szarpania i potępieńczego wycia generującego ją silnika. Ona po prostu jest – zawsze i w nieograniczonej ilości. Zbytnio koloryzuję? Cóż, jeśli nadal nie nabrali Państwo zaufania do moich audiofilskich bajań, proponuję zatem sięgnąć zarówno po wielką symfonikę „na sterydach”, czyli „Wagner Reloaded: Live in Leipzig” Apocalyptici, co oparte na szkielecie składającym się głównie z ciszy i wybrzmień „Tribute to Tomasz Stańko” Piotr Schmidt Quartet feat. Wojciech Niedziela. Doświadczycie wtedy, bądź doświadczyć powinniście, swoistego novum, czyli sytuacji, gdy moc wcale nie epatuje swoją obecnością, nie podkreśla na każdym kroku swojego jestestwa i nie próbuje z partii trójkąta zrobić popisów perkusyjnych sygnowanych przez Mike’a Portnoy’a, a z treli fletu piccolo wgniatających w fotel potężnych „zadęć” waltorni. O nie, tutaj nie ma miejsca na wyolbrzymianie, czy sztuczne „samplerowe” pompowanie źródeł pozornych. Dlatego też wspomniany flecik potrafi zostać „przykryty” tak przez tutti orkiestry, jak i fortepian solo, a zarazem thrash metalowa perkusja ani myśli zlewać się ze wspomagającym ją opętańczo szarpanym basem. Jeśli dodamy do tego bezpardonową chłostę kąsającymi riffami jasnym stanie się, iż temat jakichkolwiek ograniczeń repertuarowych możemy uznać za niebyły. Mamy zatem i wzorową kontrolę nad całym pasmem i fenomenalny drajw zarówno w skali mikro, jak i makro. To taka neutralna liniowość, w której nic nie wyrywa się spoza szeregu równo maszerując z resztą niuansów. Dzięki czemu owo „nic” po pierwszej euforii i zachwycie nad nim nie ma szans na ewentualne znudzenie, bądź wręcz irytację, gdy opadną pierwsze emocje, ze strony słuchacza. Zupełnie inną kwestią jest jednak to, czy do gustu przypadnie nam właśnie taka – „niemiecka akuratność”, czy też woleć będziemy kontynuację poszukiwań nieco bardziej żywiołowej amplifikacji.

Niemniej jednak odsłuch Audioneta HUMBOLDT wypada traktować w kategoriach absolutnych i bezwzględnych – jako swoisty obowiązkowy punkt odniesienia dla wszystkich tych, którzy poszukując wymarzonej a zarazem bezkompromisowej referencji postanowili, z mniej, bądź bardziej oczywistych względów, ograniczyć się do rozwiązań zintegrowanych. W końcu bądźmy szczerzy – szczególnie w High Endzie integracja oznacza dość istotne ograniczenie wydatków przede wszystkim w kwestii okablowania, więc siadając z kartką i ołówkiem w ręku bardzo szybko może się okazać, iż decydując się na dzieloną amplifikację i uwzględniając koszty adekwatnej klasy interkonektów i przewodów zasilających, automatycznie zmuszeni zostaniemy do obniżenia poprzeczki naszych możliwości. A z HUMBOLDT-em powyższy problem rozwiązuje się niemalże automatycznie, gdyż po pierwsze do pełni szczęścia potrzebuje pojedynczego przewodu zasilającego, a po drugie, co wielokrotnie podkreślali jego twórcy, a my jedynie potwierdziliśmy ich zapewnienia, Audionet gra lepiej po RCA, aniżeli po XLR-ach, więc i tu jest pole do optymalizacji kosztów. Jeśli zatem do tematu High-Endu podchodzicie Państwo w miarę zdroworozsądkowo i zamiast „obiecanek cacanek”, bądź typowego voodoo stawiacie na solidną inżynierię i niewydumany dźwięk najwyższej klasy prędzej, czy później i tak i tak przyjdzie Wam stanąć oko w oko z HUMBOLDT-em.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0
– przetwornik cyfrowo/analogowy dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy Mutec REF 10
– reclocker Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Sigma CLOCK
– Shunyata Sigma NR
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Vitus Audio SS-103
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijiri „Million”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
– wkładka: MIYAJIMA MADAKE
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Dystrybucja: CORE trends
Cena: 161 070 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 320 W / 8Ω, 2 x 460 W / 4Ω
Pasmo przenoszenia: 0-700.000 Hz (-3 dB), DC 0,3-700.000 Hz (-3 dB), AC
THD+N: <-100 dB @ 1 kHz
SNR: > 120 dB, (średnio-ważone)
Separacja kanałów: >140 dB, 20-20.000 Hz
Impedancja wejściowa: 50 kΩ RCA, 35 kΩ XLR
Pobór mocy: < 0,5 W Stand By, max. 1 800 W
Wymiary (S x W x G): 450 x 320 x 505 mm
Waga: 61 kg