• Technologia Ultra HD
• Telewizja na żywo wszędzie dzięki MyTV2move
• Wysokiej jakości dźwięk stereo opracowany przez SOEN©
• Jakość „Made in Germany”
Kronach, Niemcy – Nowa linia telewizorów Art zmienia kanały najszybciej na świecie. Pozwala to widzowi sprawdzać, co jest na innych kanałach w przerwie reklamowej filmu. Super szybkie zmiany dzięki Loewe Instant Channel Zapping są maksymalnie wygodne.
Nowy Loewe Art zapewnia krystaliczny obraz Ultra HD, idealny dźwięk i wiele więcej. Jego unikalna funkcja podwójnych tunerów pozwala oglądać program i jednocześnie nagrywać drugi na USB. MyTV2move pozwala na streaming obecnie oglądanego, lub innego kanału na ekran tabletu lub smartfona. Widzowie mogą kontynuować oglądanie wybranej audycji, także po opuszczeniu pomieszczenia z telewizorem.
Doświadczenie oglądania
Jakość obrazu zapiera dech w piersiach. Nowy ekran Ultra HD w Loewe Art generuje obraz ostry jak brzytwa z wielu różnych źródeł: USB, domowej sieci lub Internetu. Stworzone z myślą o przyszłości złącza (HDMI 2.0, HDCP 2.2 i HVEC) dają dostęp do treści o rozdzielczości UHD z odtwarzacza Loewe BluTechVision 3D i innych zewnętrznych źródeł. Nawet filmy w rozdzielczości Full-HD wyglądają znacznie lepiej dzięki zaawansowanej technologii up-scalingu. Obraz wydaje się perfekcyjnie naturalny z ekstremalnie ostrą głębią detali i świeżymi, żywymi kolorami. Wszystkie modele Art posiadają opcję 3D działającą z opcjonalnymi okularami.
Jakość dźwięku
Centrum domowej rozrywki Loewe, jakim jest Loewe Art, to uczta dla wszystkich zmysłów. Dlatego model Art wyposażono w doskonały dźwięk, pomimo smukłej linii. Korzystając z zasady bass reflex, wysokiej jakości, skierowany do przodu system stereo daje moc muzyczną 2x40W. Najnowocześniejsza technologia od SOEN© – specjalistów w zakresie audio – generuje jeszcze bardziej imponujące, doskonałe doświadczenie dźwięku z kompaktowego układu głośników. Scena pościgu czy transmitowany koncert stają się niesamowitym doświadczeniem dźwiękowym nawet bez połączonego zestawu audio lub dużych kolumn.
Intuicyjna obsługa
Nawigowanie po nowym systemie Loewe Assist Media 2015 jest jeszcze łatwiejsze niż wcześniej. Bardziej konsekwentnie korzysta on z elementów graficznych i zapamiętuje często powtarzane wzory zachowań (co było ostatnio oglądane itp.). Jako prawdziwie „inteligentny” telewizor, nowy Loewe Art prezentuje dosłownie nieskończony dostęp do treści i aplikacji. Potrójny tuner, system podwójnych kanałów, zintegrowany interfejs sieciowy i wysokoefektywny moduł WLAN dają ku temu techniczny fundament. Assist Media 2015 pozwala łatwo odnaleźć kluczową treść, surfować online i przeglądać treść od nadawców, biblioteki mediów, czy domową sieć. Wyszukiwanie może zostać spersonalizowane. Portal Loewe Smart TV MediaNet jest także bezpośrednio połączony z treścią z YouTube, biblioteką Maxdome i serwisem streamingu muzyki Deezer.
Design
Loewe opiera się na ponadczasowym designie. To oznacza personalizowane domowe systemy rozrywki, które odnajdą się przez lata we współczesnych wnętrzach. Design nowego Loewe Art wyróżnia się klasyczną elegancją. Wysokiej jakości rama z aluminium i starannie wykończone powierzchnie i widoczna precyzja oznaczają jedno – Loewe Art to prawdziwy produkt premium – z każdej perspektywy. Obok podstawy meblowej Loewe oferuje wiele opcji montażu telewizora – począwszy od eleganckiej podstawy podłogowej, poprzez dedykowaną szafkę telewizyjną, a skończywszy na standardowym uchwycie ściennym.
Jakość „Made in Germany”
Założona ponad 90 lat temu firma Loewe wciąż zaskakuje innowacyjnością i korzysta z autorstwa kamieni milowych rozwoju branży. Chodzi m.in. o wynalezienie zintegrowanego obwodu w 1926 roku, pierwszą na świecie transmisję elektronicznej telewizji w 1931 roku, pierwszy odtwarzacz kaset z 1950 i pierwszy system telewizji stereo w 1981 r. Co więcej Loewe modelem Connect rozpoczęło trend smart TV w 2008 roku. Następstwem był zintegrowany system dźwięku 3D w 2013 roku. Od etapu pierwszych szkiców do kompletnych technicznych koncepcji, wszystkie produkty Loewe są opracowywane w Niemczech. Zalety są jasne – najwyższa jakość „Made in Germany”, standard, który jasno się odnosi do nowego Loewe Art.
Odpowiedzialność
Każdy produkt ma swój własny cykl życia. Produkty Loewe są zaprojektowane tak aby minimalizować zużycie energii i przez lata bezbłędnie funkcjonować. Dzięki modularnej technologii, najwyższej jakości materiałom, precyzyjnemu rzemiosłu i ponadczasowym designie, klienci mogą być pewni, że posiadają produkt zrównoważony, który będzie atrakcyjny przez wiele lat. I to klucz do inteligentnej domowej rozrywki.
Nowy Loewe Art będzie dostępny w kolorze chromowanego srebra i czarnym. Rozmiary ekranów: 40, 48 i 55 cali.
W dniu 15 lipca 2014 roku w Warszawie odbyła się konferencja prasowa, na temat może nie całkiem nowego – to już czwarta odsłona, ale też nietrącącego nutką sztampowości poznańskiego festiwalu filmowo-muzycznego, który chcąc wyrazić swą wychodzącą poza granice naszego pięknego kraju ponadczasowość, przybrał nazwę TRANSATLANTYK FESTIVAL POZNAŃ. Tytułowe miasto Poznań, jako gospodarz szeroko propaguje to przedsięwzięcie we wszelkich możliwych środkach masowego przekazu, ale pragnąc przybliżyć nieco ramy i jak to zwykle bywa, ciekawą treść tego przedsięwzięcia, właśnie w Warszawie zorganizowało wspomnianą konferencję. Tłumnie przybyli dziennikarze z periodyków telewizyjnych, drukowanych i – tak jak SOUNDREBELS – internetowych, mogli zapoznać się z czekającymi na widzów ciekawostkami, jak i z zakulisowymi zmaganiami podczas przygotowań do tej imprezy. Spotkanie w stolicy swoją obecnością i chęcią odpowiedzi na wszystkie nawet najtrudniejsze pytania uświetnili znani goście w osobach: twórca i Dyrektor Festiwalu Jan A.P. Kaczmarek i zastępca Prezydenta Poznania Dariusz Jaworski. Swój udział zaznaczyli również będący świeżym tchnieniem postrzegania otaczającego nas świata programmerzy „Transtlantyku” – Katarzyna Czerniak i Jacek Sobczyński. Cała czwórka w bardzo przystępny i na ile pozwalał czas wyczerpujący sposób przedstawiła cztero-filarowe założenia festiwalu. Wspomniane bloki tematyczne to: Film, Muzyka, Inspiracje i Edukacja, które swoimi formułami stwarzają przestrzeń nie tylko dla rozrywki i rozwoju, ale skłaniają również nas do społecznego dialogu. Zeszłoroczny Transatlantyk Festival Poznań przyciągnął do siebie około 70 tysięcy widzów, co biorąc pod uwagę program tegorocznej odsłony – różnorodna, ciekawa i inspirująca, nie jest ostatnim słowem poparcia, jakie otrzyma od odwiedzających w tym roku. Z roku na rok organizatorzy zdają się wiedzieć znacznie więcej o potrzebach widowni i z całą swoją mocą starają się zapewnić jej pełnię satysfakcji. Jak wypadnie ten „ 4 odcinek”, można już teraz wstępnie zapoznać się na oficjalnym Facebook-u i obszernej stronie internetowej.
www.facebook.com/transatlantyk
www.transatlantyk.org
Z naszej strony postaramy się w trakcie imprezy, w miarę na bieżąco informować czytelników o otwarciu, przebiegu i nagrodach końcowych tej wpisującej się w kalendarz polskiej sceny artystycznej imprezy. Szczerze zachęcam do lektury, powiem więcej, nawet do wybrania się na ten kulturalny miting, gdyż najważniejszym aspektem jaki przybyłym na to wtorkowe spotkanie gościom udało się zaszczepić w duszach reporterów, jest zapowiedź uczty dla prawdziwego konesera sztuki – czy to filmowej, czy muzycznej. Jeśli ktoś jest miłośnikiem takich przedsięwzięć, powinien zakosztować tego pełną piersią, odwiedzając rozpoczynający się już 8 sierpnia, 4 TRANSATLANTYK FESTIVAL POZNAŃ.
Jacek Pazio
Muzyczny serwis streamingowy WiMP rozpoczyna dziś kampanię Hifitest. Każdy kto chce się przekonać czy jego sprzęt jest przygotowany na bezstratną jakość dźwięku może wziąć udział w teście i wygrać konto WiMP HiFi.
Już od dziś można brać udział w HiFiteście i wygrać 30-dniowy abonament WiMP HiFi. Uczestnikiem możne zostać każdy, kto wejdzie na stronę www.hifitest.pl i poprawnie odpowie na pięć pytań dotyczących jakości słyszanego dźwięku.
– Zasady testu są niezwykle proste – udostępniamy pięć utworów w dwóch jakościach: Premium i HiFi. Wygrywa ten, kto odpowie poprawnie na pytania. – mówi Adrian Ciepichał, dyrektor generalny polskiego biura WiMP. – Nasza poprzednia kampania – HiFi Week – cieszyła się tak dużą popularnością, że zdecydowaliśmy się umożliwić wszystkim, którzy nie zdążyli wziąć w niej udziału, wygranie konta HiFi. HiFitest to także okazja aby porównać jakość oferowaną w ramach kont WiMP Premium i WiMP HiFi oraz przetestować sprzęt.
–
WiMP jest jedynym serwisem streamingowym działającym w Polsce, który oferuje muzykę w bezstratnych formatach FLAC i ALAC. Cena brutto miesięcznego abonamentu wynosi 39,99 zł.
Po blisko półrocznej obecności w moim systemie potężnego i majestatycznego Transrotora Zet-3 przyszła pora na zmiany. Jednak zmiany będące kontynuacją, ewolucją analogowej drogi, z której już nie ma odwrotu. Dylemat, przed jakim stanąłem dotyczył głównie kierunku dalszych poszukiwań i prób w tej nader delikatnej materii. Mając już w pewnym stopniu sprecyzowane wymagania uznałem, że przynajmniej na pewien czas warto skupić się na konstrukcjach niwelujących pasożytnicze drgania własną masą. Postanowiłem poszukać zatem urządzenia spełniającego powyższe założenia, lecz będącego również akceptowalnego dla szerokiego grona potencjalnych nabywców zarówno pod względem gabarytów, jak i możliwie konwencjonalnego designu a jeśli przy okazji cena okazałaby się mało szokująca dla postronnego obserwatora, to tym lepiej.
Z pomocą przyszedł katowicki RCM będący dystrybutorem wyrobów niemieckiej, specjalistycznej manufaktury Dr. Feickert Analogue dostarczając najmniejszy, najbardziej kompaktowy i zarazem najbardziej przystępny cenowo model Woodpecker, powyżej którego dyskretnie w cieniu prezentowali się starsi, potężniejsi bracia – Blackbird i Firebird, którymi z pewnością też się zajmiemy.
Do testu otrzymałem „Dzięciołka” w przepięknej, klasycznej i nad wyraz eleganckiej wersji Zebrano, jednak miłośnicy bardziej nowoczesnego, żeby nie powiedzieć futurystycznego designu z pewnością łakomym wzrokiem będą spoglądać na plinty oklejone Carbonem. Umieszczona pomiędzy dwoma grubymi płatami anodowanego na czarno aluminium warstwa MDFu skrywa nie tylko sterowanie, ale i zamontowany na gumowych absorberach silnik. Zmiany prędkości, oraz regulacji dokonuje się umieszczonymi w lewym dolnym rogu dyskretnie spasowanymi z płytą górną przyciskami. O stabilność obrotów dba kwarcowy układ mikroprocesorowy a napęd przenoszony jest za pomocą płaskiego, szerokiego gumowego paska. Wykonany z POMu talerz może opcjonalnie zostać zastąpiony wersją dociążoną mosiężnymi walcami. Na chwilę uwagi zasługuje bardzo wygodny a zarazem uniwersalny armboard umożliwiający wykorzystanie większości modeli ramion o efektywnej długości od 9 do 12”. Dużym ułatwieniem jest wyraźna skala, dzięki której szybko i sprawnie można dokonywać precyzyjnych ustawień. Zewnętrzny, przypominający nieco laptopowy, zasilacz okazuje się w zupełności wystarczający, co z resztą uparcie twierdzi sam producent nie oferując w swoim katalogu niczego bardziej wyrafinowanego i to nawet za słoną dopłatą. Wyrafinowania za to nie można za to odmówić niewielkiemu, wykonanemu z takiego samego jak talerz materiału nakręcanemu krążkowi dociskającemu położona płytę. Gramofon wyposażono w trzy (dwie z przodu i jedną z tyłu) również anodowane na czarno aluminiowe nogi wyposażone w gumowe ringi ułatwiające wypoziomowanie plinty.
W celu zachowania spójności z klasyczną formą napędu katowicki dystrybutor zdecydował się na zamontowanie przywodzącego na myśl złote czasy analogu 9” ramienia SME M2 – 9 R w kształcie przypominającym literę „J” z dedykowanym headshellem. Ta tylko pozornie oldschoolowa konstrukcja, nawiązująca swoją stalową, polerowaną rurą do popularnych modeli 3009 i 3012, dedykowana jest głównie wkładkom o średniej i małej podatności. Aluminiowa, perforowana główka ramienia posiada mocowanie typu „concorde” zapewniające precyzyjny i sztywny uchwyt, oraz umożliwiające nie tylko szybki demontaż, co z pewnością docenią posiadacze kilku wkładek, ale i regulację azymutu. Układ antyskatingu oparto na prostym i skutecznym rozwiązaniu z zamontowanym na żyłce ciężarku a samo ramię opcjonalnie może być wyposażone w olejowe tłumienie drgań (FD-M2).
Dostarczony komplet wieńczy filigranowa i stosunkowo niedroga (jak na nasze – soundrebelsowe standardy) wkładka Dynavector DV – 20X2 H o sztywnym korpusie wykonanym z twardego stopu aluminium z diamentową igłą o eliptycznym profilu i neodymowym magnesie.
Pomimo niewielkich, wręcz kompaktowych rozmiarów beniaminek w ofercie Christiana Feickerta budzi od pierwszego spojrzenia nie tylko sympatię, ale i niekłamany podziw, że tak (pozornie) prostymi środkami konstruktorowi udało się uzyskać tak spójne optycznie i zgrabne urządzenie o ponadczasowym designie i całkowicie niewymuszonej, wręcz genetycznej elegancji. Pytanie tylko czy ta, nad wyraz atrakcyjna szata wzornicza jest zapowiedzią równie wysublimowanego brzmienia, czy też (nie daj Bóg) rekompensatą dla kupujących jedynie oczami.
Całe szczęście, a może właśnie nieszczęście, polega jednak na tym, że nie posiadłem, przynajmniej na razie, magicznych wręcz zdolności oceniania brzmienia dowolnego urządzenia jedynie na podstawie zdjęć, napotkanych w prasie branżowej, bądź bezmiarze internetu opinii osób trzecich i z reguły zupełnie mi nieznanych. W dodatku jestem jeszcze na tyle nieufny, lub jak kto woli bezczelny, że nawet odczucia i wrażenia osłuchanych a przy tym o wiele bardziej doświadczonych ode mnie znajomych traktuję jako wskazówki i sugestie do doświadczeń zdobywanych we własnym, bądź znanych mi systemach. Dlatego też, pomimo zauroczenia wzornictwem nie dałem niemieckiej konstrukcji żadnych forów i po zwyczajowym okresie akomodacji (wkładka miała już na swoim koncie wystarczający przebieg) położyłem na talerzu jedną z moich ulubionych płyt – „Moonlight Serenade”, na której Ray Brown i Laurindo Almeida czarują bardziej niż David Copperfield i skorumpowane służby celne razem wzięci. Ile z tego czaru pokazał Feickert? Zaskakująco dużo a w dodatku całość okrasił taką ilością drajwu i spontaniczności, że nawet przez myśl nie przeszło mi opuszczać gorące „latynoskie” klimaty i czym prędzej sięgnąłem po ostatni album duetu Rodrigo y Gabriela „9 Dead Alive”. W obu przypadkach warstwa emocjonalna nie ustępowała technicznej biegłości a wręcz właśnie na nią kładziony był największy nacisk. Liczyły się uczucia, podkreślające je artykulacja, pasja i feeling, z jakimi muzycy wydobywali ze swoich instrumentów dźwięki. Tutaj nie było miejsca na zimną kalkulację, na beznamiętne cyzelowanie każdego dźwięku, lecz prym wiodła spontaniczność i iście rockowy rozmach. W dodatku okazało się, że intensywność powyższej „maniery” testowanego zestawu można było w zależności od zastosowanego phonostage’a a więc i oczekiwań słuchacza w dość szerokim zakresie regulować. Z używanego w pierwszej fazie odsłuchów Phasemation EA-1000 dźwięk był zwiewny, eteryczny i niemalże rozmarzony. Na najnowszym remasterze „Hatari!” i jubileuszowej, oczywiście różowej, wersji „The Pink Panther” Henry’ego Mancini’ego orkiestra brzmiała konturowo, z delikatną kreską zarysowanymi instrumentami i wyraźnie podawanymi wszelkiego rodzaju audiofilskimi smaczkami. Za to przesiadka na Octave Phono Module powinna wywołać uśmiech na ustach większości fanów Rocka i to nawet w jego najcięższych odmianach. Przykładowo począwszy od pop-rockowego „Whiplash Smile” Billy’ego Idola poprzez „The Ballads IV” Axela Rudi’ego Pella a na „Hail to the King” Avenged Sevenfold im więcej działo się na scenie i w im cięższe i bardziej mroczne rejony zapuszczali się wytatuowani jegomoście, tym Feickert szerzej rozwijał skrzydła. Każde uderzenie stopy czułem na własnych trzewiach, każdy gitarowy riff był potężny i soczysty niczym wyborny, lekko krwisty stek. Motoryka, aspekt rytmiczny tego typu nagrań na tym niepozornym gramofonie wypadały zdecydowanie przekonująco. Sporo w tym zasługi ewidentnej, natywnej muzykalności, która wraz ze wspominaną energetycznością oczarowywały i przykuwały słuchacza do fotela na długie minuty. Jednak nie był to odsłuch pełen skupienia, powagi i … bezruchu, lecz obfitujący w bezustanne podrygiwania, wybijanie rytmu czy generalnie mniej lub bardziej kontrolowane ruchy kończyn. Czuć tzw. „fun”, czyli niemalże pierwotną radość z grania. Radość, która od pierwszych taktów udzielała się również słuchaczowi i działała jako kojący skołatane nerwy antydepresant. Jest to też dźwięk ewidentnie analogowy, bo jeszcze nigdy nie było mi dane usłyszeć źródła cyfrowego oferującego taką krągłość i nasycenie, jaka jest zaklęta w winylu. Brak w nim sztucznej, nadnaturalnej wręcz konturowości, której przecież i tak „na żywo” nigdy doświadczyć byśmy nie byli w stanie, brak hiperdetaliczności tak pożądanej przez miłośników wszelkiej maści samplerów, czy nawet brak pewnego rozdęcia, dzięki któremu trzask zapalanej zapałki przypomina wystrzał armatni. Jest za to spokój, pewność własnej pozycji i świadomość granicząca z pewnością, że to, co Woodpecker sobą reprezentuje może się podobać. I się podoba, bo choć oczywiście można lepiej, niemiecki gramofon w sposób niezwykle bezpośredni, żeby nie powiedzieć bezpretensjonalny pokazuje słuchaczowi czym jest, bądź powinna być magia czarnej płyty. Poprzez ustawienie środka ciężkości w okolicach niższej średnicy nawet starsze, nieraz jazgotliwe i szorstkie nagrania (Roxette „Look Sharp!”) nabierają masy, przestają cykać i czarują pulsującym rytmem, barwą i fenomenalną, analogową krągłością. Jednak ucywilizowanie nie ogranicza się do ordynarnego obcięcia, osłabienia skrajów pasma, lecz na zwróceniu uwagi słuchacza na to, co w nagraniach z tamtych lat było najlepsze, mankamenty i techniczne niedoskonałości pozostawiając delikatnie w tle.
Z mojego, bądź jak kto woli męskiego punktu widzenia brzmienie Woodpeckera bliższe jest włoskim, milszym oku ideałom kobiecego piękna aniżeli anorektycznym kanonom lansowanym na paryskich wybiegach. Jest w nim zadziwiająco dużo soczystej, żywej tkanki otulającej solidny kościec podanej w nad wyraz atrakcyjnej i niepozostawiającej obojętnym formie. Ponętne krągłości wywołują zdrowy uśmiech i delikatnie przyspieszają tętno. Ten dźwięk jest radosny, ciepły i słoneczny niczym letni toskański poranek. Jest zarazem bogaty w smaku i dobrze zbudowany jak wyśmienite Primitivo Salento pełne głębokich śliwkowych nut i wybornej, łagodnej, dojrzałej wytrawności.
A teraz próba, na miarę moich skromnych możliwości, obiektywnego spojrzenia na bohatera niniejszego testu. W mojej prywatnej skali bezwzględnej, gdzie absolut dzierżą TechDASy Air Force One i Two z ramionami Thales Simplicity Feickert jest dopiero początkiem, jednym z pierwszych przystanków, pięter (na pewno nie stopni) w drodze na winylowy Olimp. Jednak podobny dystans, jaki dzieli Woodpeckera od szczytu dzieli go zarazem od konstrukcji za kilkaset, z okolic tysiąca, bądź dwóch, trzech, czy nawet pięciu tysięcy złotych. Decydując się na niego mamy pewność, że każdy, nawet najmniejszy szczegół został od początku do końca przemyślany i niczego, absolutnie niczego nie pozostawiono przypadkowi. Na tym pułapie nie może być miejsca na niedoróbki i ich po prostu nie ma. Zapomnijcie więc Państwo o bolączkach budżetowych konstrukcji, gdzie oszczędności dotykają obszarów kluczowych dla dźwięku a summa summarum najbardziej bolą końcowego odbiorcę. W Dzięciołku można za to mówić jedynie o działaniach rozpatrywanych w kategorii kompromisu, lecz kompromisu mającego za zadanie zaoferowanie produktu jednocześnie luksusowego, lecz osiągalnego dla jak najszerszego grona miłośników wysokiej jakości dźwięku.
Idealne proporcje i ponadczasowy design idą w Woodpeckerze w parze z angażującym, dynamicznym brzmieniem niepozwalającym na obojętność. Dodając do tego możliwość rozbudowy, upgrade’u poprzez zastąpienie startowego 9” ramienia którąś z „poważniejszych” 12-ek szanse na długoletni spokój ograniczając zmiany do pozostałych elementów toru audio wydają się całkiem realne.
Dla mnie osobiście siła Woodpeckera leży w jego muzykalności, w radości, z jaką prezentuje praktycznie każdy repertuar i którą dzieli się ze słuchaczami. Jeśli zatem zastanawiają się Państwo nad wyborem gramofonu dla własnej przyjemności proszę podczas odsłuchów nie pominąć najmniejszego Feickerta.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: RCM
Ceny:
– wkładka Dynavector DV – 20X2 H: 2 990 PLN
– ramię SME M2 – 9 R: 7 950 PLN
– gramofon Woodpecker 2013: 16 850 PLN
Gramofon bez ramienia, 1 silnik kolor aluminium: srebrny lub czarny, kolor wypełnienia czarny lub szary, maksymalna ilość ramion: 1
Opcje wykończenia
– dopłata za fornir naturalny: 1 250
– dopłata za fornir naturalny lakierowany na wysoki połysk, inne kolory na wysoki połysk: 2 950
– dopłata za opcjonalny talerz inercyjny talerz z wkładkami mosiężnymi (8 szt.): 1 950
Dane techniczne:
Woodpecker 2013
Wymiary: 480 mm x 380 mm x 140 mm
Armboard: 205 – 300 mm (dostosowany do ramion o efektywnej długości 9 – 12”)
Waga: 13,5 kg (plinta), 18 kg (bez ramienia)
Gwarancja: 2 lata (chassis i elektronika), 5 lat (łożysko)
Dynavector DV – 20X2 H
Napięcie wyjściowe XH: 2,8mV (1kHz, 5cm/s)
Napięcie wyjściowe XL: 0,3mV (1kHz, 5cm/s)
Separacja kanałów: 25 dB (1kHz)
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz (± 2dB)
Podatność: 12 x 10-6 cm/dyn
Nacisk: 1,8 – 2,2 g
Impedancja wewnętrzna XH: 150 Ω
Impedancja wewnętrzna XL: 5 Ω
Impedancja obciążenia XH: > 1kΩ
Impedancja obciążenia XL: > 30 Ω
Wspornik: aluminiowy
Igła: Micro Ridge
Masa wkładki: 9,2 g
SME M2-9R
Masa efektywna: 9,5 g
Zakres masy wkładki:
– z headshellem S2-R: do 38,0 g
– wkładka montowana bezpośrednio: do 46,0g
Maksymalny nacisk: 5,0 g
Max. błąd śledzenia: 0,013 º/mm
Rozstaw śrub mocujących wkładkę: 12,70 mm
Przesunięcie liniowe: 93,47 mm
Wysięg wkładki: 17,80 mm
Luz promieniowy (zakres ruchu) przeciwwagi: 79,00 º
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Zyx R1000 Airy3 + 9″SME + Zyx R1000 Airy3 Mono + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Phasemation EA-1000; Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; AVM A5.2; Roksan Oxygene
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Raidho S-2.0
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; KBL Sound Reference Power Distributor
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinion 1
Today’s meeting, at first, was only to be about testing a single device, a Polish tube amplifier. Yet during the process of fine-tuning all its aspects, it turned out, that dedicated loudspeakers and a sound source need also to be supplied. Why was that the case? In fact this is quite simple, the loudspeakers we use as reference are quite a problematic load for an amplifier, and we wanted to provide the Polish amplifier with the best possible configuration, so we asked the constructor about a complete set. And now we can qualify the presented set to the well known, among our readers, series of “Dream systems”, which does not kill with the prices of the individual devices, and being a system, it is maybe not very cheap, but also does not require selling all organs from the whole family to get it. I think, that you should be able to buy such a system selling only one kidney. But let us put those “Addams Family” type jokes aside, as somebody might get the idea of really doing that, when he or she listen to this system. First things first.
The main cause for this whole ado is the tube integrated amplifier Encore Seven model Egg-Shell Prestige 9WST, a 9 Watt, A-class Single Ended amp built around popular EL34 tubes. The low power output of this amplifier caused the discussion about fitting loudspeakers and resulted in high expectations about the presented sound. A hard-core construction, that requires the user to stick to the procedure of powering the amplifier up and down as described in its manual. This shows, that the constructor minimized the amount of components in the sound path. Fortunately those are simple and easy to learn activities, so they should not pose a problem for potential buyers. The potential buying decision will be heavily influenced by the external design of the unit. I must confess, that among hundreds of devices I have listened to, this is the second case, next to the Leben CS-300F, when I could own a product only for its design. There are no middle states, it is only love it or hate it, as it calls for extreme opinions, from “candy” – for me, to associations with a communist era oven for some of my friends. Anyway, the looks are highly distinctive, and this is an important element in positioning a product in a client’s mind. But let us make things short. This is how I see it. Unpacking the integrated from its protective cardboard, you see a microwave oven, where in a mirror-like chamber, after a row of four tubes, you see a V-type car engine with cylinders made from EL-34 tubes. The whole chassis is finished in a white varnish, looking like enamel, and on top there are ventilation holes cut in patterns resembling Polish traditional cutaways. The top cover is mounted by magnets, what makes it easily removable and allows to quickly access the nicely glowing tubes. The simplicity of this solution is so striking, that I see a lot of potential for this Polish brand only from this solution. But this is not the end of what we can see. The front glass panel, that allows us a peek inside, is cut out on the bottom, where a horizontal, white, scaled and quite big rotary knob is used for volume control. The last moving part in the front is the knurled knob for input selection mounted atop of the volume. The selected input is indicated by a light in the bottom left section of the front. The whole amplifier is supported by four feet, shaped in the form of a water drop, showing us the attention to detail in the whole project. There are no shortcuts to be found, only attention to the smallest details. Will it catch your attention – that will depend on individual taste and sensitivity – I was bought from the beginning. The back panels is equally shiny as the inside, it carries loudspeaker terminals for 4 and 8 ohm speakers, a power socket with two fuses and three line inputs. The mentioned power on switches, for the sequential startup, are located on the bottom, behind the front, right foot. No fireworks, only minimalism from the seventies pure. If I was to build a system around a tube amplifier, the main player would surely be the Encore Seven Egg-Shell Prestige.
The second important component of this configuration were the loudspeakers from the French company Davis Acoustic, represented by the model MV One, and distributed by Mr. Grzegorz Pardubicki. Highly efficient (93dB) using a wide band driver without filtration in a bass-reflex cabinet, seemed to be a perfect match to the amplifier described above, by their intransigence. The cabinet is quite high (1m) and not much wider than the used driver. However it is very deep, so there is space enough to generate lots of bass from the used driver, while not losing coherence of the sound. And I must say, that this bass is really something. The venting port of the bass-reflex is mounted at the bottom of the front baffle, shaped like a horizontal rectangle. The wire terminals are mounted on the level of the drivers, to make the path of the sound even shorter. On the back we can find also a golden plaque with the information about the speaker. In addition we get a black piano varnish, a matte painted plinth slightly wider to the front, so as a whole we get a beautiful piece of furniture, which generates beautiful sounds. But about that in a moment.
The whole system was amended by the CD player AVM Evolution CD 5.2 – again distributed by Mr. Grzegorz, but we will test it individually in the near future, so I will depart from describing its looks, to keep the text a bit shorter. The cabling was a combination of Acrolink, Harmonix and Acoustic Zen.
I must confess, that the unpacking process of the tested system worked like an aphrodisiac on me. The amplifier enchanted with its looks and the modest 9 watts power, and the usage of a single wide band speaker boded an ideally coherent sound spectrum, something I have offered in a different way by my concentric Bravo! This similar approach to sound offered by the French and the Japanese was the reason, I had so much faith in the final result. The whole was supported by the sources: the digital AVM with tubes inside and my turntable. The listening session seemed to become tasty and, probably unnecessarily, I will say, that it only got better. When during initial warm-up I was cleaning the loudspeakers from hand prints – after placing them in the final spots – I do not know why, but I was not surprised with what I heard from them. That what I suspected in the beginning – ideal synergy between amplification and speakers – was fully realized. The only thing I needed to do is to assess the refinement of the musical spectacle. So I sat down in the sweet spot and played the first disc, a cooperation between Bogdan Holownia and Jorgos Skolis titled “Tales”. It was by chance, that this disc was the first one, but I must praise the tested system for proper reproduction of the sizes of virtual sources. I waited patiently for the third piece, as many times a system can blow-up Skolias’ face to the size of a hippo, what is liked by many listeners, but has no justification in the increase of joy from listening, when a gigantic face can inhale me when taking a breath. The material recorded by the two mentioned gentlemen showed also other assets of this system, like the separation on the musical stage, its depth and very good reproduction of the reverberation in this recordings. The gradation of the planes with the dark background positioned the musicians ideally, allowing us to absorb even the smallest nuances of the music listened to. The timbre fitted my taste for warmth and weight ideally, there was a good balance with the unobtrusive, but very readable treble. In addition this weak amplifier connected to those massive loudspeakers produced so much bass, that many more powerful devices could be intimidated. I was really impressed by this system. Listening to a dozen discs did not change my initial observations, but small ensembles are not the only kind of music on the planet Earth, so I moved to parts of my library, that I do not visit often. With a smile on my face – having the reaction of Marcin before my eyes – I reached for the recently reviewed position of the Percival Schuttenbach ensemble, playing the not so easy genre Folk-Metal, titled “Svantevit” – the review of this disc broke every record on our web pages. My goal was to check the readability of the surprisingly strong bass, generated by those wide band speakers. Dense and quick guitar riffs, supported by artificially generated multi-kick base drum accents. If those would be reproduced at the edge of capabilities of those speakers, this would result in a spectacular failure. Yet the sounds that reached my ears allowed to become engulfed with music played by this band – at least when you regard a story about a small girl in conflict with the hero of the second piece as pleasant. I leave that to the readers, but the way this system handled the bass part was very good. Probably it can be done better, but please take into account, that this kind of handling of metal music is extreme, even for loudspeakers designed to handled that, and even more for Davis, which emphasize upon the quality of sound reproduced. Despite the set was destined to other genres of music, it went unscathed, and now knowing, where it has its “G” point, I returned to listening to more human music.
Approaching the end of this meeting, I recommend this system for testing with your own repertoire with clear conscience. For sure, the audiophiles emphasizing timbre, weight and amount of information without falling into racket will find a resolution for their needs. Listeners to heavier music, but who do not overdo the amount of decibels produced by their system, should also consider, if this set is not their way to go forward, when their period of rebellion is over. Trying to evaluate the capabilities of the system against its price I can say, it is worth every cent of it. This is really a well setup system. If this is a system for all – you need to check for yourself, but the visual aspects and sonic aspects go hand by hand. Can this be done better? Of course it can. With very good, energetic bass it would not be bad to have some more resolution, not only in the treble, but also in the midrange. But please do not depreciate the tested products with my last remark, I just wanted to show, where the manufacturers can move forward, if they ever think they want to make things better. Please remember also, that this is an evaluation of the complete system, where the individual pros and cons are different for each of the components. However if we would try to search for similar effects with other components, then it will cost far more than a few zlotys, because that what was achieved at the beginning, will stand ground against many competitors for a long time. And I am saying that based on my experience. And when somebody falls in love with the design and build quality, then the threshold can be put so high, that passing it with acceptable money will not be possible. I am happy, that Polish companies, like the tested Encore Seven, are able to build with a well sounding and distinctive looking devices. Enough praise for foreign construction, there is now time for the Polish ones.
Jacek Pazio
The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.
Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (Section woofer)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i; Acoustic Revive RST-38H platform; Audio Philar
Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II; London AEC C91E “POD”
– Phonostage: RCM „THERIAA”
Opinion 2
After devices with a price tag of several thousands of zlotys, adding up to dream systems costing much above 100000 zlotys, time came for something less crazy, but aimed for an advanced, and seasoned audiophile. In addition we wanted a Polish product to be the heart of the tested system, while the rest of the components should only be showing its full potential. Our choice went for a product, which is so characteristic, and so standing out from the competition, that it cannot be mistaken for anything else – I am talking about the tube integrated amplifier Egg-Shell Prestige 9WST, a purist, A-class, 9 watt Single Ended amplifier.
Like Jacek already mentioned, our reference loudspeakers seemed to be a too difficult load for the tested amp, we gladly accepted the offer, to test together with the ‘eggshell’ the highly efficient Davis Acoustics MV One, which we received in black piano varnish, nicely contrasting with the white cabinet of the main hero. This made us owners, albeit for a few weeks, of an “almost” system, costing about 30000 zlotys. I wrote “almost” on purpose, as from the distributor of the Davis we received an appropriate sound source to go with the system, but we decided to test it separately, so until the AVM will accommodate to our system, we will use our C.E.C. CD 3N. We handled cable issues on our own, having Acrolink, Acoustic Zen and Harmonix cables at our disposals we had plenty of choice.
Let us concentrate on the tested units. I do not know, how you see it, but for me personally, being born in the times, that I remember the 90-ties quite well, I could not refrain from smiling. Why? Well, associations caused, that I put this nice Polish amplifier in the “oven” drawer. Of course I am aware, how absurd this sounds, but I cannot help it, that when I look at it, I want to get a ‘zapiekanka’ (very popular in Poland in the 90-ties, baked baguette with cheese and champignons), which were baked in ovens looking almost identical to the amplifier, that were in every fast-food joint. But please do not treat this digression fully seriously, or find it, by any means, malicious – those associations are fully positive, and could be called “flavors of childhood”, and those are always positive.
And now much more seriously, and as objective as it goes with me. The intriguing, and for sure standing out of the crowd, design of the Egg-Shell Prestige 9WST alludes, with incredible taste and tact, to the canon of the golden era of Italian design, which were in the 60-ties of the twentieth century, cultivated by brands like Brionvega or Davone Audio, which combine the retro style with contemporary trends – please look at the model Ray. Putting it short – the design of the amplifier should be recognized by the Italian masters like Mario Bellini, Rich Sapper, Marco Zanuso. A big bravo for the authors of the project – the design bureau of Paweł Hankus, who got the order from Mr. Andrzej and Krzysztof Grabowski (the owners of Encore Seven). The design got a commercial name, Woodwind. As you can see on the attached pictures, the final effect is a feast for the eyes. Combining the varnished, MDF side panels with nicely rounded metal elements and a glass front results in a very nice looks. For the test we got the white version, called Albino, with all details finished in white color, but you can opt also for a black version and white with black details. The apparent minimalism works ideally with ergonomics and makes the handling of the amplifier a breeze.
You cannot miss the horizontal, centrally placed “platter” for volume control, but due to the horizontal placement it does not optically crush the whole amplifier, but is ideally composed into the glass front panel. The input selector placed above it does not call for attention either, but is always there when needed. The active input is indicated by lighting one of the three pictograms placed on the left side of the front near the bottom.
Behind the glass (available in three colors – grey, blue and green) there are electron tubes placed with finesse – in the first row we have four smaller ones, the EF86 and ECC83, and behind those, in a V setting four (one per side) 5AR4 and EL34. The inside of this original chamber is covered with polished steel, what makes the tubes not only see their reflections, but also their glow is amplified. The top cover is covered with holes cut in fine designs, and gives a lot of tuning capabilities over to the customization freaks amongst us. It is mounted by means of four strong magnets, what easies down the process of changing the tubes, as you do not need to use a screwdriver.
The back panel does not surprise with anything special – quite modest loudspeaker terminals were placed near each of the sides, dedicated to 4 and 8Ω loads. Besides those, there are only three pairs of RCA inputs and a IEC power socket integrated with fuses. You probably noticed, that I did not tell you about the main power switch, which is located on the bottom plate, near the front. There is also a standby switch present, near to the main one, which allows to put the amplifier in power save mode without completely switching off the tubes, saving us startup time when resuming listening. You should also read the user manual, where the details about the amplifier are nicely covered, but there is also a detailed procedure on how to power up and down the amplifier, which should be followed. Optionally a round remote for volume control can be ordered.
Despite the almost 30 year history of the company (it was founded in 1986 by Mr. Michel Visan) Davis Acoustics products were only occasionally present on the Polish market, and even if available, those were mainly the Kevlar drivers, which were even used in local constructions like the Radmor LS-30 and LS-40 (the Davis KLV-17 was used). But when we consult the internet, then we can see, that manufacturers like Avantgarde Acoustics, MBL or Goldmund used their products.
The MV One speakers are part of the top line Dream and are located between the bookshelf speakers Nikita 2 and floor standing, modular Karla, weighing 142kg a piece. Construction wise those speakers seem to be the coming to life of the dreams of most purist audiophiles, searching for loudspeakers fitting to their minimalist, low power tube amplifiers. Based on a single wide band driver 20De8, directly connected to the wire terminals, working in a quite big cabinet, vented to the front, those speakers looked tasty. The simplicity of the construction is underlined with the construction of the cabinets, which do not have any complicated setups like a transmission line, horns or similar. The only extravagance is the rectangular venting port, and that is it. According to the manufacturer, this simple solution offered the best sound quality.
The exclusivity of the product is underlined with an elegant, black piano varnish (a version with natural veneer is also available).
So let us get to the point, being the sound of the tested system. When everything was setup accordingly, placed accordingly and connected in a logical whole, there was nothing else left, as placing a disc in the player, sit down and press Play.
As a warm-in I played the album Michel Godard “Monteverdi: A Trace of Grace”, full with concentration and music soothing our nerves. Sparse usage of instruments and the voice playing the main role were put into a phenomenal space. The aura surrounding the participants of the spectacle and the very natural, and most of all brilliantly reproduced reverberation, that is part of the recording, enchanted me in such a way, that I even did not notice, when the disc was over and I did not write anything in my notes. The sound produced by the system standing in front of me were so intriguing, that I could not treat it just like background for my writing. I did not want to destroy the contemplative mood, full of intrinsic harmony and so different to the everyday rat race, that I reached for the often played “Missa Criolla” with the late Mercedes Sosa and … that what enchanted by Godard, the truthfulness of reproducing acoustics and size of the recording room, jumped up by a level or even two. The “Kyrie” opening the mass had proper power and monumentality. The ethereal parts of guitar and flute created an aerial environment for the elevated parties of the choir and low, dark voice of the singer. The selectiveness and resolution of the sound were accompanied by saturation and an almost organic musicality. The whole sound was reproduced in an absolutely natural, obvious way, what made it easily available for the listeners. The homogeneity of the sound was surprising, and looking at the price of the system, as expected as getting the main prize in a lottery.
Differentiation of not only the quality of the recordings, but also the way of articulation, timbre of the voice, colors did not leave the smallest space for criticism. The duo of Mercedes Sosa & Sharira in “La Maza” (“Cantora 1”) was the best example. Both ladies sing with a slightly matte, low voices, not once and not twice flew together into one, impossible to separate, duet. And the 9WST with the MV One it could be clearly heard, that they stand next to each other, and although they ideally act together, yet we deal with two, distinctive beings.
Well, how does the situation look like with much less moody repertoire? Well, if I would say, it was nice, then … I would be lying. It was good, with chances of becoming very good. Those chances are only depending on the size of the listening room and the amount of decibels we expect. The first, initially timid attempts with the hardrock soundtrack “Songs of Anarchy: Music from Sons of Anarchy Season 1-4” were so promising, that when the last notes of “Slip Kid” (Anvil featuring Frankie Perez) sounded, I reached for Avenged Sevenfold “Hail to the King” and … that was it. Power, freedom and directness mocked the power output of the Egg-Shell and the minimalist construction of the Davis speakers. Of course, when I got too excited, and the volume knob went in the area around maximum levels, you could hear compression, but I have to say, that I allowed myself such an experiment only once, knowing that the neighbors are far away, and the system is located in a room with over 30 square meters and 3 meters height. In normal listening rooms there is no chance to observe similar things.
At the end I tried the symphonic-like Hollywood super-production sound from “Gladiator”. The momentum and openness of the sound made the plans to listen to only two or three samples disappeared and I listened to the whole album. The entrance of the horn, or the tutti of the orchestra moved all senses, while losing nothing from the stability and readability of the further rows of the orchestra.
Now looking at the tested duo Egg-Shell Prestige 9WST & Davis MV One in absolute categories and objectively, there is no way of going around the statement, that things can be done better. We had the comfort of being able to do such a comparison within minutes, because we were testing, almost in parallel, the separated amplification of Thrax powering the three-way, tube Odeon speakers. The difference in scale, power, volume and realism generated with the mentioned system was obvious and undisputed, and at the same time adequate to the price difference between those two systems. But staying at acceptable levels of burden to our home budget, and following only my personal preferences, I must say, that I was, and still am, enchanted by the tested system.
Incredible musicality and homogeneity of the sound, creating hectares of space allowed to get only positive experiences from every kind of music. The absolute lack of nervousness, jagging or artificiality soothed nerves and at the same time returned faith in the return to the roots, the genesis of true, ambitious Hi-Fi, which is created by passionate people for lovers of the sound of highest quality. So if you do not have the time, the patience or experience for searching for the audiophile nirvana, I warmly recommend start your listening sessions from the system described above. It is highly possible, that this will be the first and at the same time the last listening session you will do during that search.
Marcin Olszewski
Distributor/Producer:
– Davis MV One – Grzegorz Pardubicki / davis-acoustics.pl
– Egg-Shell Prestige 9WST – Encore Seven
Prices:
– Davis MV One – 22 700 PLN
– Egg-Shell Prestige 9WST – 7 400 PLN
Technical details
Davis MV One:
Nominal power: 100 W
Max Power: 150 W
Number of drivers: 1 fullrange Davis 20De8
Sensitivity: 93 dB
Impedance: 8 ?
Frequency response (+/- 3 dB): 40-20000 Hz
Bass reflex : rectangular front port
Dimensions (cm): 27 x 50 x 100
Weight (kg): 28
Egg-Shell Prestige 9WST:
Power: 2 x 9W
Class: A (Single-Ended)
Frequency response: ~30 Hz – ~20 kHz (+/- 3dB)
Output impedance: 4?, 8?
Power consumption: <120W (stand-by: 55W)
8 tubes: EL34, EF86, ECC83, 5AR4 (tube power supply system)
Power: 240 V AC, 50-60Hz
Dimensions [cm] (W/D/H): 40/39/19,
Weight: 20kg
System used in this test:
– CD: C.E.C CD 3N
– Preamplifier: Thrax Dionysos
– Mono power amplifiers: Thrax Heros
– Speakers: Odeon No.28/2;Albedo Aptica
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ; Acoustic Zen Double Barrel;
– IC RCA: Harmonix HS 101-GPA; Acoustic Zen Absolute Copper
– Power Cables: Harmonix X-DC350M2R Improved-Version; Acoustic Zen Gargantua II; Acrolink 7N-PC9500
Opinia 1
Początek wakacji to okres masowych wyjazdów urlopowych. Jedni jadą bliżej, drudzy dalej a znam też takie przypadki, które w letnie miesiące nie ruszają się z miejsca zamieszkania na krok, czerpiąc radość z tak wydawałoby się prozaicznych rzeczy, jak np. brak korków w godzinach szczytu. Generalnie przecież chodzi o to, by każdy spędzał wolny czas tak, jak mu najwygodniej i robił to, co sprawia mu największa przyjemność nawet, jeśli jest to słodkie nicnierobienie. Jednak w związku z zaistniałymi tzw. okolicznościami przyrody naszły mnie niespodziewanie wspomnienia z czasów na tyle zamierzchłych, że część młodszych czytelników może ich nie pamiętać, bądź znać jedynie z opowiadań rodziców. Mowa o czasach, gdy nasze troskliwe Państwo dbało, a przynajmniej starało się dbać, o obywateli zapewniając im nie tylko pracę i lokum, ale również oferując zorganizowane formy wypoczynku w ramach FWP (Funduszu Wczasów Pracowniczych). Nieodzownym, przy tego typu mniej, lub bardziej zorganizowanym pobycie było „bliższe” poznanie współturnusowiczów podczas tzw. Wieczorka Zapoznawczego. Chcąc niejako nawiązać do tej wieloletniej świeckiej tradycji postanowiliśmy spróbować w pewnym sensie zaakomodować ją na grunt audiofilski. Będąc jednak jednostkami z natury nieśmiałymi a przy tym ceniącymi komfort zamiast wyprawy do któregoś z podwarszawskich kurortów oferujących kąpiele błotne, rażenie prądem, wstrzykiwanie, odsysanie czy inne zabiegi upiększające zdecydowaliśmy się na wizytę …, nie, nie w SPA, lecz w jednym ze stołecznych salonów audio i zamiast gromadki zagonionych przez KaOwca letników wybraliśmy nader intrygującego przybysza z Francji. A tak już zupełnie na serio. W słoneczne sobotnie przedpołudnie udało nam się spędzić kilka godzin w warszawskim salonie Top Hi-Fi & Video Design na ul. Gen. Andersa 12, w którym dzięki uprzejmości dystrybutora mogliśmy poznęcać się nad (podobno) wszystkomającym Devialetem 250.
250-ka to najwyższa spośród pojedynczych amplifikacji tego francuskiego producenta. Celowo napisałem pojedynczych, gdyż zaglądając do katalogu Devialeta znajdziemy tam 120-kę, 200-kę i właśnie 250-kę, oraz zestawy dual-mono: 400 i 800, które w istocie są niczym innym, jak pracującymi prawie równolegle parami 200-ek, bądź właśnie 250-ek. Owe „prawie” wynika z stąd, iż podczas spinania ze sobą dwóch jednostek należy odkreślić, która z nich pełnić będzie rolę nadrzędną (master), a która podrzędną (slave). Na ewentualne pytanie dotyczące takiego sztucznego mnożenia bytów odpowiedź jest prozaiczna i oczywista – chodzi tylko i wyłącznie o względy finansowe. Jednak tym razem pod uwagę zostały wzięte finanse nie producenta a potencjalnego nabywcy! Po prostu decydując się od razu na zestaw dual-mono płacimy mniej niż za dwa, kupione oddzielnie wchodzące w jego skład moduły. Jeśli myślą Państwo, że to typowy zabieg marketingowy, to na razie nie będę tego dementował, lecz jedynie wspomnę, że różnica pomiędzy ceną zakupu dwóch „oddzielnych” 250-ek i „firmowego” zestawu 800 wynosi drobne 12 000 PLN (bez Złotówki). Jeśli tak wyglądałyby wszystkie dostępne na rynku promocje, to byłbym niezmiernie z tego powodu kontent. I jeszcze jeden drobiazg. O ile dwie spięte ze sobą 200-ki oferują moc wyjściową przy 6 Ω wynoszącą 400, o tyle przy parze 250-ek tworzących 800-kę zamiast spodziewanych 500W dostajemy niejako w gratisie dodatkowe 300W, dzięki czemu nazwa topowej amplifikacji jest w pełni zgodna z oddawaną przy 6 Ω mocą równą okrągłe 800W.
Zanim jednak przejdę do opisu doznań odsłuchowych pozwolę sobie jeszcze na kilka słów o wrażeniach natury czysto estetycznej, bowiem 250-ka, czy to solo, czy w duecie, robi niezwykle pozytywne wrażenie. Jest to bowiem konstrukcja na tyle kompaktowa i zamknięta w tak wizualnie atrakcyjnej formie, że dla osób nieobeznanych z produktami tej marki jej widok wcale nie musi być jednoznaczny z rozpoznaniem w niej urządzenia odpowiedzialnego za wydobywające się z głośników dźwięki, szczególnie jeśli zastanie ją nie ustawioną, jak to zwykle się robi, na dedykowanym stoliku, tylko np. zawieszoną na ścianie. W ultrapłaskim, monolitycznym aluminiowym odlewie stanowiącym górę i ściany boczne urządzenia jedynymi elementami użytkowymi są umieszczony na froncie włącznik w kształcie logotypu producenta, oraz znajdujące się na płycie górnej owalne okienko z niewielkim okrągłym wyświetlaczem dostarczającym niezbędnych informacji o stanie pracy wzmacniacza a w trybie stand-by informujące o tym, z jakim modelem mamy do czynienia. Ostatnia informacja jest o tyle istotna, gdyż w przypadku Devialeta, pomijając pełną unifikację designu wszystkich przedstawicieli rodziny, ewolucja może odbywać się zarówno poprzez fizyczną zmianę urządzeń na modele wyższe, czyli np. ze 120-ki na 200-kę, bądź 250-kę, co niestety wiąże się z pewnymi kosztami, lub dla osób zadowolonych z obecnego stanu posiadania poprzez całkowicie darmowy upgrade oprogramowania sterującego udostępnianego na stronie internetowej. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie wychodząc z domu zyskujemy np. większą moc, nowe funkcjonalności i co ma niebagatelne znaczenie, również komfort psychiczny wynikający z faktu, że producent o nas nie zapomniał i cały czas dba, abyśmy my o nim również nie zapomnieli zaglądając od czasu do czasu na jego stronę i sprawdzając, czy przypadkiem z naszego wzmacniacza nie uda się wycisnąć jeszcze jakiś ukrytych do tej pory umiejętności.
Na chwilę obecną 250-ka dostępna jest w wersji wykończenia chrom -„polerowane lustro”, z którą mieliśmy przyjemność się zapoznać, oraz czarnym chromie, choć z tego co zdążyliśmy się dowiedzieć producent jest na tyle elastyczny, że z chęcią wykonuje wersje cutomizowane – na indywidualne życzenie klienta (oczywiście za odpowiednia dopłatą).
Ściana tylna, ze względu na swoją znikomą wysokość przynajmniej z pozoru wydaje się dość minimalistyczna, jednak pozory mylą. Urok Devialeta tkwi bowiem w pełnej konfigurowalności i funkcje praktycznie każdego z sześciu gniazd RCA można ustawiać niemalże dowolnie. O ile wystartować możemy z pary analogowych wejść RCA i czterech wejść cyfrowych RCA uzupełnionych o AES/EBU, dwóch wejść optycznych, jednego wyjścia słuchawkowego i gniazda USB, to kilkoma kliknięciami wejście liniowe może zyskać zdolność współpracy z wkładkami MM/MC, kolejna para RCA z wejść cyfrowych stać się analogowymi, jedno wyjściem na subwoofer a kolejne z wejścia może przeistoczyć się w wyjście. Dodając do tego port Ethernet i gniazdo na karty SD (do wgrywania nowego oprogramowania) okazuje się, że z bez problemu powinniśmy obsłużyć Devialetem nawet bardzo rozbudowany system. Terminale głośnikowe są oczywiście (ze względu na brak miejsca) pojedyncze a listę przyłączy zamyka gniazdo zasilające IEC.
Patrząc na zdjęcia zwrócili z pewnością Państwo uwagę, że panel z ww. interfejsami jest dość mocno cofnięty w stosunku do krawędzi tylnej i ukryty pod całe szczęście zdejmowalnym „okapem”. Dzięki temu esteci mogą ukryć nie zawsze urodziwe okablowanie a posiadacze solidnie zakonfekjonowanych audiofilskich druciszczy nie muszą z Devialeta bądź z żalem rezygnować, bądź idąc na kompromis zmieniać końcówki na dające się wcisnąć w pozostawioną przez producenta przestrzeń (szczere wyrazy współczucia dla posiadaczy Linnów Klimax).
I jeszcze jeden „drobiazg”, a tak naprawdę główny powód naszej wizyty na Żoliborzu – tytułowy SAM, czyli Aktywne Dopasowanie Głośników (Speaker Active Matching) polegające na dokonywanej w domenie cyfrowej optymalizacji sygnałów dostarczanych do głośników do ich indywidualnej charakterystyki (zmierzonej w komorach bezechowych Devialeta). Po prostu uznaliśmy, że w ramach zapoznawania się z możliwościami urządzenia warto będzie w kontrolowanych warunkach przetestować jego wszystkie funkcje a do tego potrzebowaliśmy znajdujących się w coraz dynamiczniej rozbudowywanej listy pomierzonych, opisanych i udostępnionych modeli kolumn. Podobnego zdania był również dystrybutor i w sobotnie przedpołudnie w sali odsłuchowej czekały na nas potężne Bowers & Wilkins 802 Diamond. Warto wspomnieć również o tym, że jeśli komuś nie chce się cierpliwie czekać na zgłaszane w ramach akcji „Vote for Sam” (Głosuj na SAM) modele kolumn nic nie stoi na przeszkodzie, by wysłał posiadaną u siebie parę do laboratoriów Devialeta i po tygodniu otrzymał je z powrotem z dedykowanym profilem.
Odsłuch przeprowadzaliśmy początkowo z jedną a pod koniec, w ramach przedsmaku ewentualnych testów już w naszych systemach z dwiema 250-kami pracującymi z maksymalną mocą i napędzającymi wspomniane Bowersy. Wzmianka o maksymalnej mocy nie pojawiła się bynajmniej przypadkowo, gdyż w firmowym konfiguratorze również ten parametr można regulować w nader szerokim zakresie 30- 250W/6 Ω. Resztę toru uzupełniał pracujący jedynie w roli transportu odtwarzacz Moon 750D, gramofon Thorens TD309 z wkładką Audio Technica i okablowanie Nordosta.
Po wstępnej sesji fotograficznej, którą umilał niezobowiązujący podkład muzyczny w postaci okołojazzowych plumkań w ramach rozgrzewki i kontynuowania akomodacji do zastanych warunków przesłuchaliśmy praktycznie cały album „Songs of Anarchy: Music from Sons of Anarchy Season 1-4”. Zaskakująca zwiewność przekazu, konturowy i zwinny bas przeczyły gabarytom grających, stojących przed nami kolumn. Dodając do tego niezwykle kompaktowe rozmiary napędzającej je amplifikacji byliśmy mile zaskoczeni. Co prawda słychać było „firmową” sygnaturę okablowania Nordosta, jednak stopień jej intensywności uznaliśmy za zauważalny, lecz całkowicie akceptowalny. Po prostu osobiście preferuję mniej neutralne, transparentne podejście do saturacji barw, w jakich przedstawiane są wydarzenia rozgrywające się na średnicy i tego nie ukrywam, lecz zarazem nie zamykam się i nie bronię przed innym spojrzeniem na ten aspekt. Przecież każdy z nas ma własne, maksymalnie zindywidualizowane gusta a o tym, jak powszechnie wiadomo dyskutować nie wypada. Wypada za to pochwalić prezentowany system za osiągniętą synergię. Niezależnie, czy z głośników dobiegał szorstki, chropawy i niemalże garażowy hard rock w stylu „Slip Kid” Anvil featuring Frankie Perez, czy też do głosu dochodziła liryczna i sentymentalna nuta jak np. na „Hey Hey, My My” Battleme cały czas czuć było bezwzględną kontrolę i pełną liniowość. Na bardzo wysokim poziomie obecne było różnicowanie, gradacja jakości materiału źródłowego. O ile „Slip Kid” od strony realizatorskiej niczym szczególnym nie zachwycał, to już na „Hey Hey, My My” sugestywność kreowanej przestrzeni była wręcz zjawiskowa. Takie aspekty jak niezwykle naturalny pogłos, czy nader sugestywne wygaszanie dźwięków były bezdyskusyjne.
Po około godzinie zdecydowaliśmy się na włączenie SAMa, co w pierwszej chwili odczuwalne było głównie na niższej średnicy i basie, które zyskały na masie, wolumenie i sugestywności. Pojawiły się najniższe wybrzmienia, które do tej pory były jedynie sygnalizowane. Góra pasma oczywiście też się zmieniła, lecz charakter zmian był zdecydowanie delikatniejszy, bardziej finezyjny i wpływał głównie na aspekt uprzestrzennienia, otwarcia się dźwięku. Rozbudowie i to we wszystkich wymiarach, czyli również na wysokość uległa scena. Arild Andersen na „Kristin Lavransdatter” snuł swoją baśń z iście hollywoodzkim rozmachem budując spektakl na potężnym basowym fundamencie i wprost nieprawdopodobnie rozdzielczej, ale zarazem krystalicznie czystej górze. Różnica z SAMem i bez była bezdyskusyjna. Otwartość, rozmach i nasycenie, jakie udało się wycisnąć dzięki pełnej optymalizacji pracy potężnych Bowersów sprawiły, że ich brzmienie, praktycznie całkowicie pozbawione podkolorowań wynikających z niesubordynacji przetworników przypominało niemalże studyjne, możliwie wierne rzeczywistości wzorce. Na „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisław Sojka zabrzmiał w sposób równie „studyjny”, bez czarowania i puszczania oczka do publiczności wypchniętą średnicą czy powiększoną, bliższą prezentacją – skróceniem dystansu między wokalistą a odbiorcą.
Zmiana źródła na gramofon początkowo jawiła nam się jako pewna profanacja, gdyż sygnał analogowy w Devialecie poddawany był od razu na wejściu digitalizacji i cała jego dalsza obróbka odbywała się w domenie cyfrowej. Jednak pierwsze takty „Moonlight Serenade” (Ray Brown & Laurindo Almeida) pokazały, że nie taki diabeł straszny, jak go malują i że nie liczy się wykorzystana technologia, lecz umiejętna, właściwa jej aplikacja. W przypadku Devialeta właściwość aplikacji okazała się oczywista, przy czym w zależności od nagrania i preferencji słuchacza SAM był co rusz włączany, bądź wyłączany. Zjawiskowa wręcz gładkość, niesamowita detaliczność i rozdzielczość, zespolone łagodną, muzykalną tkanką sprawiały, że gdzieś po drodze „gubiła się” natywna dla tego formatu pewna niedoskonałość. Muzyka brzmiała teoretycznie lepiej, piękniej, lecz Jacek w końcu uznał, że Devialet w sposób wprost niewyobrażalny „tuninguje” dźwięk, jaki używany podczas odsłuchów niedrogi Thorens byłby w stanie kiedykolwiek zaoferować. To, co w domenie analogowej wydawało się wprost nierealne Devialet osiągnął niejako mimochodem. Wyłączenie SAMa trochę zbliżało jakość przekazu, szczególnie pod względem kreowania przestrzeni i precyzji w lokalizowaniu na niej źródeł pozornych do konwencjonalnego toru. Z SAMem rozdzielczość nie zabijając niejako tożsamej czarnej płycie muzykalności podążała ku wyrafinowaniu wybrzmień skrzących się feerią barw. Ciepły, iście analogowy, lecz dla większości, nawet bardzo zaawansowanych, konwencjonalnych phonostage’y niedostępny poziom prezentacji wyraźnie wskazywał, że pozornie niemożliwe pogodzenie wody z ogniem stało się faktem.
Na zakończenie nie omieszkaliśmy przesłuchać kilku utworów zaczerpniętych z salonowej sieci i zmuszeni byliśmy stwierdzić, że również coraz bardziej popularne plikograjstwo wypadło nieprzyzwoicie dobrze. Ba, pod względem namacalności, wierności w oddaniu emocji odczuwalnie wyprzedziło standardowy, pracujący jedynie w roli transportu odtwarzacz. W plikach był większy spokój, bardziej czarne tło i jakaś wewnętrzna siła, możliwe że wynikająca z przeświadczenia, że prędzej czy później to właśnie pliki zaczną królować na rynku.
Kilkugodzinny odsłuch, a raczej wstępne zapoznanie się z możliwościami Devialeta 250 -ultranowoczesnego serca teraźniejszych i przyszłych wybitnie high-endowych systemów pokazał nam nad wyraz dobitnie, jaki potencjał drzemie we właściwy sposób okiełznanej cyfrze. W dodatku jasnym stało się, że mając w swoim systemie Devialeta nie trzeba obawiać się praktycznie żadnego źródła, gdyż ewentualna rekonfiguracja zajmie nam nie więcej niż chwilę a przykładowa zmiana parametrów wkładki ograniczy się do kilku kliknięć. Odpowiedź na pytanie, czy można lepiej jest oczywiście twierdząca, wystarczy dostawić drugą 250-kę i ze spokojnym sumieniem stwierdzić, że ścigany od lat audiofilski króliczek został schwytany i właśnie śpi nam na kolanach, ale o odsłuchu Devialeta 800 napiszemy innym razem i tematowi poświęcimy zdecydowanie więcej czasu pastwiąc się nad nim w naszych dyżurnych systemach odsłuchowych.
Serdecznie dziękując za gościnę i merytoryczne wsparcie załodze Top Hi-Fi & Video Design, oraz przedstawicielowi dystrybutora liczymy na to, że jeszcze będziemy mieli niejedną okazję się spotkać a Szanownych Czytelników gorąco zachęcamy do uwzględnienia w swoich planach urlopowych dnia, a nawet dwóch na mniej lub bardziej zobowiązujące odsłuchy rzeczy nowych, ciekawych, lub od dawna odkładanych na później. Wakacje w końcu robi się od pracy i codziennych obowiązków a obcowanie z referencyjnie odtwarzaną muzyką zaliczyć możemy przecież tylko i wyłącznie do przyjemności.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Audio Klan
Ceny:
Devialet 250 – 54 999 PLN
Devialet 800 – 97 999 PLN
Bowers & Wilkins 802 Diamond – 63 000 PLN
Moon 750D – 39 900 PLN
Thorens TD309 – 5 990 PLN
Opinia 2
W piękny sobotni poranek 05.07.2014 roku wespół z Marcinem mieliśmy okazję do bliższego kontaktu z dynamicznie podbijającą nasz rynek audio francuską marką Devialet. Ta wizyta była prezentacją kolejnej odsłony tych urządzeń, która po dobrze odebranym przez klientów modelu D–Premier, została gruntownie odświeżona i wzbogacona o kilka wcieleń na różnych pułapach cenowych, stając się bardziej przystępna dla większej grupy klientów. Wprowadzone na bazie wcześniejszych doświadczeń zmiany, już od jakiegoś czasu dochodzą do nas głośnym echem, dlatego propozycja wystosowana przez warszawskiego dealera Audio Klan, by zapoznać się z ową manufakturą osobiście, nie wymagała specjalnego namawiania, ograniczając się do ustalenia stosownego terminu. Początkowo miał być to typowy test we własnych systemach, jednak najnowszy pomysł inżynierów – funkcjonalność o tajemniczej nazwie SAM – z kraju zaopatrującego się w nasze narodowe dobro –biedne winniczki – idący w stronę dopasowania wydajności każdego zakupionego modelu urządzenia do kolumn stacjonujących u potencjalnego nabywcy, zaowocował wypadem do salonu z zespołami głośnikowymi widniejącymi w dynamicznie rozrastającej się ich bazie danych. Z opisu przedstawicieli zajmujących się francuską marką, ten proces jest już lawinowy i docelowo ma być opracowanych kilka tysięcy pozycji głośnikowych. Ale to nie wszystko, gdyż panowie producenci są na tyle elastyczni, że na życzenie zrobią pomiary i opracują model softu do każdych dostarczonych nieznajdujących się w katalogu kolumn przyszłych właścicieli jednego z modeli Devialeta. To rzadkość w nastawionym na maksymalny zysk świecie i może być zachętą dla nie do końca zdecydowanych klientów. Osobiście dość sceptycznie podchodziłem do obiecanego hokus pokus w reprodukcji dźwięku, ale ta sobota kolejny raz potwierdziła starą zasadę – nie krzycz, dopóki nie usłyszysz. To naprawdę jest inny świat, pokazujący ile niewykorzystanego potencjału drzemie w przypadkowo zestawionych – nawet po długich poszukiwaniach – setach audio, które idealnie dostrojone do siebie, wznoszą się na wyższy szczebel wtajemniczenia. Ja posiadając system spod jednej ręki i występującym tylko po jednym maksymalnie dopracowanym produkcie z każdego działu procesu odtwarzania dźwięku, nie mam z tym problemu, ale sądzę, że wielu z Was nie wie, co takim proponowanym przez inżynierów z Francji profilowaniem sygnału wzmacniającego można uzyskać, dlatego szczerze zachęcam do spróbowania. Zdaje sobie sprawę, że oczywistym jest fakt, iż prawdziwy audiofil brnie pod prąd przez gąszcz różnych pomysłów i rozwiązań na efekt końcowy swojej układanki, brzydząc się pomysłem otrzymania jakiejkolwiek pomocy w trudzie poszukiwacza, ale czasem lightowe podejście – pomoże nie pomoże, posłuchać warto – pozwoli przekonać się, że nie zawsze jesteśmy najmądrzejsi, a ludzie, którzy chcą nam pomóc, często oferują coś ciekawego. Posłuchajcie, na pewno nie zaszkodzi, a może skończyć się nieoczekiwanie pozytywnym zaskoczeniem.
Głównymi bohaterami tego wypadu były: Devialet z topowym modelem 250, do którego podłączono mające przygotowany już swój „profil” kolumny B&W 802D. Za napędy bez zbędnego napinania posłużyły CD Moona i gramofon Thorensa. Podstawowym celem spotkania było pokazanie możliwości wspomnianej kompensacji maksymalnych możliwości tandemu wzmacniacz – kolumna, dlatego nie kruszyliśmy kopii o źródła. Sam francuski produkt jak przystało na urządzenie 21 wieku jest swoistym centrum dowodzenia wszystkimi sygnałami, jakie do niego wpuścimy i to bez znaczenia czy to będzie czytnik srebrnych krążków, pliki, czy poczciwy sygnał skaczącej po płycie winylowej igły wkładki gramofonowej. Projekt plastyczny swą minimalistyczną, perfekcyjnie wykonaną bryłą podąża, a nawet wyprzedza dwudziestopierwszowieczne High Endowe konstrukcje. Wglądające jak błyszcząca srebrem polerowanego aluminium płaszczka urządzenie, w dążeniu do podkreślenia nietuzinkowego podejścia działu projektów plastycznych, otrzymało równie jak ono przyciągającego wzrok pilota. Minimalizm owego sterownika – tylko trzy guziki i gałka na kwadratowej platformie – jest złudny, gdyż ten swoisty „joystick” jest w stanie wywołać wszystkie dostępne w u rządzeniu funkcje. A jak wspomniałem na początku, jest ich sporo, od duetu stopni wzmacniających łączących klasy „A” i „D”, przez wejście na przetwornik cyfrowo-analogowy i przedwzmacniacz, wyjście subwoofera, streamer i to co najbardziej mnie interesowało – phonostage gramofonowy. To tylko kilka z możliwych, ale podstawowych funkcji, a zainteresowanych dalszym ciągiem wyliczanki zapraszam na stronę salonów sprzedaży.
Na początek poszły płyty kompaktowe, ale z uwagi na niezbędny okres bliższego zapoznania się ze sobą i rozgrzewki całego systemu – byliśmy tuż po otwarciu, pierwsze kilka kwadransów poświęciliśmy na sesję fotograficzną. Było to dobre posunięcie, gdyż wydobywające się po akomodacji zestawu dźwięki, znacząco wskazywały na zasadność takiej kolejności. Kilka krążków ze standardowym sygnałem wzmacniającym – bez SAMa – dawało obraz swobodnego prowadzenia jak wielu słuchaczom wiadomo niełatwych kolumn – 802D – z pod szyldu angielskiego potentata głośnikowego, od którego notabene i ja zaczynałem dojrzałą przygodę z audio. Ale to, co stało się po przyciśnięciu magicznego guziczka na równie odlotowo i nowocześnie jak samo urządzenie wyglądającym pilocie, mocno przewartościowało mój punkt widzenia. Jak wspominałem, nie byłem specjalnie przekonany, co do wyników dopasowywania sygnału do potrzeb membran głośników, mimo że kilka tygodni wcześniej poproszony przez znajomego, zagłosowałem na jego kolumny w kolejce propozycji oczekujących na SAM-a, dosteponej na stronie producenta. Nawet nie wiem czy udało się zebrać odpowiednią ilość głosów, ale po informacjach pracowników warszawskiego salonu wiem, że to tylko kwestia czasu jak polecany przeze mnie w ankiecie model, znajdzie się w bazie danych. Wracając do prezentacji, program optymalizujący współpracujące ze sobą komponenty wprowadza bardzo dużo pozytywnych zmian: jak rozciągnięcie we wszystkich kierunkach wirtualnej sceny, zwiększające czytelność nasycenie źródeł pozornych i tchnienie dodatkowych pokładów powietrza pomiędzy występujących muzyków. Praktycznie każdy aspekt zyskuje w sposób pożądany, ale na tyle nieinwazyjny, że nie popadając w sztuczność, sprawia poczucie naszego większego weń (czytaj spektakl muzyczny) zaangażowania. Naprawdę dobrze to wypada, ups brzmi.
Kolejnym etapem, na który tak prawdę mówiąc od początku cierpliwie czekałem, był poczciwy winyl. Devialet, jako „all in one” oczywiście posiada na pokładzie stosowny phonostage, ale idąc z duchem czasu, krzywą Riaa i dopasowanie parametrów do posiadanej wkładki, realizuje w domenie cyfrowej. Na szczęście napęd analogowy zapewnili panowie z ul.Gen. Andersa i wiedząc, co podwiesili na ramieniu przygotowanego Thorensa, wprowadzili poprzez online’owy konfigurator odpowiednie dane kalibracyjne. Z uwagi na set gramofonowy z niewysokiej półki, nie napinałem się na dogłębne analizy poszczególnych składowych dźwięku, tylko obserwacje ogólnego przetworzenia sygnału z przywiezionych ze sobą płyt. I tutaj znowu zaskoczenie, gdyż dobiegające do mych uszu dźwięki były nad wyraz wysokiej próby. Na tyle zaskakująco dobre, że postanowiłem spróbować odtworzyć ten materiał bez dedykowanego wspomagania softwarowego dla podłączonych osiemset dwójek. Nie wiem jak pozostali słuchacze, ale ja prawdopodobnie u siebie w domu wybrałbym właśnie taką opcję (przypominam o wpływie nieznanej dogłębnie sali odsłuchowej), gdyż była na podobnym – oczywiście nieco uboższym w alikwoty – poziomie jakościowym grania, jednak trochę inaczej budowało scenę. Nie była już tak spektakularna, co prawdopodobnie dla większości potencjalnych słuchaczy będzie minusem, jednak bardziej wpisywała się w moje postrzeganie tego formatu. Oczywiście każdy ma swoją prawdę absolutną i nie zalecam ślepo wierzyć moim słowom, tylko samemu przekonać się, co dla nas będzie najlepsze. Niemniej jednak w wartościach bezwzględnych gramofon grał bardzo dobrze i wspomnienie o lekkich różnicach z moim wzorcem, jest tylko dowodem skrzywienia na tym punkcie. To było warte poświęcenia sobotniego poranka doświadczenie, gdyż pozwoliło mi oswoić się nieco z nowinkami technicznymi, do których jak to często mówię, nie dorosłem jeszcze mentalnie, a na które w niedługim czasie będę skazany. Najnowsze zdobycze techniki naprawdę nie gryzą, a mnogość funkcji tak uzbrojonych urządzeń znacząco ogranicza ilość niezbędnych półek na stoliku ze sprzętem, nie wspominając już o ograniczeniu wydatków na kilometry niezbędnych do połączenia wszystkiego razem kabli. Świat zmienia się chyba na lepsze, ale w jakim punkcie jakości generowanego dźwięku jest w obecnej chwili, mogę sprawdzić tylko u siebie (salon nie jest miejscem do wydawania werdyktów) i mam nadzieję, że do takiego sparingu – stare kontra nowe na ubitej ziemi u mnie w systemie- w niedługiej przyszłości dojdzie.
Kończąc tę relację, chciałbym podziękować organizatorom za doprowadzenie do skutku tej wizyty, która w obecnym momencie była jedyną możliwością prezentacji SAM-a, gdyż ani ja ani Marcin nie posiadamy na stanie pomierzonych przez Devialeta kolumn. Drugą wartością dodaną był kontakt z jeszcze niekonfrontowanym nausznie przeze mnie phonostage’m cyfrowym. Jak się okazało, nie taki diabeł straszny jak go malują, a że akurat ja wolałem analog bez wspomagania programowego kolumn, jest niczym innym jak wypadkową moich preferencji. Na rynku jest wiele odtwarzaczy kompaktowych z różnymi rodzajami upsamplingu i każdy inaczej postrzega ich użycie, decydując się na ten najbliższy jego sercu. Ja widzę to tak, a Wy?
Jacek Pazio
Już 100 mln zł rocznie Polacy wydają na inteligentne rozwiązania do domów. Rynek rośnie w rekordowym – 20 proc. tempie rok do roku. Sterowanie światłem, ogrzewaniem czy pralką przy pomocy smartfona staje się powoli standardem. Wprawdzie Bill Gates na swój dom zarządzany przez 150 pecetów wydał aż 125 mln dolarów, ale wcale nie trzeba być bogaczem, aby korzystać z cudów nowoczesnych technologii.
O tym, ile kosztuje inteligentny dom XXI wieku będzie można przekonać się już 3 – 5 października podczas targów DOM INTELIGENTNY 2014. Tegoroczna, trzecia już edycja targów odbędzie się na Stadionie Narodowym w strefie Biznes.
– W tym roku w targach ma wziąć udział ponad 100 wystawców, spodziewamy się około 20 tysięcy odwiedzających – mówi Arkadiusz Walus, współzałożyciel spółki DI Media & CO, organizatora targów Dom Inteligentny. – Rynek urządzeń inteligentnych rozwija się w rekordowym tempie. Z naszych szacunków wynika, że w tej chwili jest wart co najmniej 100 mln zł i rośnie w tempie 20 proc. rok do roku.
Podczas trzech dni imprezy będą prezentowane ekologiczne i ekonomiczne systemy instalacji grzewczych, elektrycznych, wentylacyjnych, klimatyzacyjnych, monitorujących i bezpieczeństwa do domów. Będzie można się przekonać, jak łatwo i za nieduże pieniądze można sterować urządzeniami domowymi przy pomocy swojego smartfona. – Już za kilkaset złotych możemy kupić komplet czterech żarówek energooszczędnych ze sterownikiem radiowym obsługiwanym aplikacją na smartfona. Nie wymaga to żadnej instalacji, ani profesjonalnego programowania. Już po kilku minutach montażu możemy bawić się oświetleniem naszego salonu – mówi Arkadiusz Walus.
Poza prezentacją inteligentnych rozwiązań do domów, organizatorzy przewidzieli masę dodatkowych atrakcji. W lożach VIP odbędzie się AV& Home Cinema Show, czyli wystawa najnowocześniejszego sprzętu audio/video. Z kolei w garażu podziemnym Stadionu Narodowego niespodzianka dla prawdziwych automaniaków – ekspozycja najnowszych modeli samochodów elektrycznych i hybrydowych oraz tych coraz bardziej inteligentnych.
Podczas targów odbędą się również liczne seminaria i konferencje popularyzujące budowę domów energooszczędnych, zeroenergetycznych oraz pasywnych, a także promujące instalacje fotowoltaiczne, solarne i wiatrowe.
Opinia 1
Co i rusz zbierająca wyłącznie pozytywne opinie duńska marka Raidho przez ostatnie kilka lat zdążyła nas przyzwyczaić do kolumn zgrabnych, smukłych, świetnie grających i adekwatnie do jakości prezentowanego brzmienia wycenionych. Do niedawna miłośnicy skandynawskich piękności mieli do wyboru „rozsądniej” wycenioną serię C, gdzie koszt najmniejszych monitorków C-1.1 oscylował w granicach 40-45 tys. PLN (w zależności od wykończenia) i serię D startującą niemalże bliźniaczym podstawkowcem o symbolu D1 za drobne 60-70 tys. PLN. Tutaj wszystko jest jasne i bezlitośnie logiczne – dopłacamy za diamentową powłokę i nie ma dyskusji – lepiej, znaczy drożej, lub jak ktoś woli to na odwrót, ale rezultat za każdym razem jest ten sam. Problemy pojawiały się jednak na szczycie. O ile „budżetową” serię C zamykały ponad dwumetrowe C-4.1 za 445 000 PLN to z założenia bardziej bezkompromisowa D-klasa finiszowała na zaskakująco skromnym pułapie 175-195 000 PLN z modelem D-3. Widocznie podobne refleksje mieli zarówno potencjalni nabywcy, jak i sam producent, gdyż na tegorocznym monachijskim High Endzie można było nie tylko pooglądać, ale i posłuchać jeszcze nieobecnych w katalogu flagowców – diamentowych „klonów” C-4.1, czyli D-5 (210 000 $). Kiedy zatem polski dystrybutor – Chillout Studio zwrócił się do nas z pytaniem, czy nie chcielibyśmy rzucić uchem na najbardziej przystępną cenowo propozycję Duńczyków zgodziliśmy się bez chwili wahania. W dodatku jakoś całkiem podświadomie naszykowaliśmy się na jakieś filigranowe monitorki – w końcu coś, co jest z założenia najtańsze z dużą dozą prawdopodobieństwa będzie też najskromniejsze pod względem gabarytowym. Dopiero kiedy na spokojnie przyjrzeliśmy się katalogowi okazało się, iż jadące właśnie do nas Raidho to nie X-Monitor LE, lecz S2, które są … ponad metrowej wysokości podłogówkami zapakowane w kartony wymagające do transportu co najmniej minivana. Szczerze przyznam, że taki obrót sprawy niespecjalnie zmartwił, gdyż pomijając zawirowania natury logistycznej, zupełnie nieplanowo mogłem dokonać, jak się później miało okazać, wielce interesującego porównania smuklejszych „krewniaczek” z moimi dyżurnymi Gauderami Arcona 80.
Raidho S2 to nad wyraz zgrabne, pokryte przepięknym czarnym lakierem fortepianowym 2,5 – drożne konstrukcje oparte na znanym z poprzednich wersji serii C i D zamkniętym w dedykowanej komorze przetworniku wstęgowym, oraz parze wykonanych z aluminiowo-porcelanowego sandwicha przetworników nisko-średniotonowych. Pierwszy rzut oka na mlecznobiałe drivery wskazuje na ich wręcz łudzące podobieństwo do tych montowanych w serii C. Czyżbyśmy byli zatem świadkami cichego downsizingu? I tak i nie. Okazuje się bowiem, że choć same dwustronnie napylane porcelaną aluminiowe membrany są takie same, to znacznemu uproszczeniu uległ m.in. układ magnetyczny i zamiast znanych z droższych modeli magnesów neodymowych zdecydowano się na zdecydowanie tańsze „napędy” ferrytowe. Mniejsza z tym. Same kolumny prezentują się naprawdę zjawiskowo. Począwszy od wąskich frontów płynnie przechodzących w łukowato zbiegające się ku wąskiemu, owalnemu tyłowi ściany boczne, poprzez pochylenie całej skrzyni ku tyłowi, na idealnie dopracowanym pod względem stylistycznym, na stałe zamontowanym wklęsłym u swojej podstawy cokole widać, że niczego nie pozostawiono przypadkowi. Nawet pojedyncze terminale umieszczono na cokole, by zwisające, nie zawsze przecież estetyczne kable nie psuły efektu pełnej harmonii. Oczywiście taki a nie inny kształt podstawy kolumn oprócz niezaprzeczalnych walorów wizualnych ma zdecydowanie bardziej odpowiedzialne zadanie, gdyż umożliwia prawidłową „dystrybucję” wydmuchiwanego powietrza ze znajdującego się w podstawie kolumn ujścia linii transmisyjnej. Przy ustawianiu i poziomowaniu kolumn przydatne mogą okazać się zapobiegające rysowaniu podłoża stożkowe nóżki, jednak ze względu na stosunkowo niewielki zakres regulacji warto zawczasu zadbać o w miarę równe podłoże a tak między Bogiem a prawdą lepiej od razu postawić kolumny na granitowych płytach i mieć spokój. Tym bardziej, że np. tzw. „czarny Szwed” majątku nie kosztuje, jest ogólnodostępny a jeśli tylko dopasujemy wymiary płyt do wymiarów cokołów S2-ek, to szansa, że większość niezorientowanych oglądaczy uzna je za standardowe wyposażenie będzie całkiem spora.
Jedyne, nad czym zbytnio nie mogę przejść do porządku dziennego to … punkty montażowe maskownic. O ile sam pomysł na utrzymywanie tych iluzorycznych osłon (posiadacze dzieci doskonale wiedzą do czego nadają się tekstylne maskownice) za pomocą niewielkich magnesów, choć nie nowy to jednak sprawdza się świetnie, o tyle „udekorowanie” dziesięcioma mini kraterami tak stylistycznie dopracowanego frontu uważam za zwykły gwałt na mym poczuciu dobrego smaku i obrazę moich uczuć estetycznych. Oczywiście w tym momencie zwyczajnie histeryzuję i wyolbrzymiam, lecz jeśli tylko miałbym możliwość używania kolumn bez maskownic, to z pewnością permanentnie bym z nich zrezygnował i próbowałbym zamówić wersję bez wspomnianych „pryszczy”.
I jeszcze mała prywata. Moja wcześniejsza dygresja o pewnym powinowactwie pomiędzy Gauderami a Raidho nie była taka zupełnie wyimaginowana. Obie konstrukcje mają zaskakująco dużo cech wspólnych – począwszy od podobnych przetworników nisko-średniotonowych (w Arconach są większe – 7”) a wstęga jest mniejsza i w dodatku AMT, to kształt obudów i „dolna” wentylacja uprawniają do pewnych porównań. Dodając do tego identyczną powłokę lakierniczą możemy uznać, że obracamy się w bardzo zbliżonych kręgach.
Przejdźmy zatem do opisu walorów sonicznych. Praktycznie na dzień dobry Raidho przykuwają uwagę słuchacza niespotykaną w tych przedziałach cenowych holograficzną przestrzenią. W momencie, gdy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki duńskie kolumny po prostu się rozpływają w powietrzu niczym fatamorgana rozwiana podmuchem wiatru, dematerializują się w stopniu tak dosłownym, że niezależnie jak długo byśmy się w nie wpatrywali i tak dobiegających do naszych uszu dźwięków nijak im nie przypiszemy. Za to źródła pozorne rysowane są z taką precyzja i taką klarownością, że przechadzając się po pokoju podczas odtwarzania „The Law And The Fist” z „Komedy” Leszka Możdżera podświadomie uważałem, by nieopatrznie nie zahaczyć nogą, bądź niezdarnie wleźć na fortepian artysty. Po prostu uderzająco realne odwzorowanie sceny prezentowanej w jakości 3D i 4K bez jakiegokolwiek związku z ramami wyznaczonymi przez rozstaw kolumn. Gładkość idąca w parze z witalnością nadawała reprodukowanej przez S2-ki muzyce właściwej rześkości i namacalności. Wspomniany przed chwilą fortepian lśnił i mienił się feerią barw i mikrowybrzmień a jedynym aspektem, któremu z pewnością nie zaszkodziłoby drobne wspomaganie był bas. Chodzi mianowicie o to, że najniższe tony pomimo swojej niezwykłej różnorodności, szybkości i kontroli nie zapuszczały się w rejony doskonale znane … daleko nie szukając moim Gauderom. Oczywiście cudów z dwóch „11-ek” spodziewać się nie należało i sam owych cudów nie oczekiwałem, lecz wolę od razu uczciwie uprzedzić, żeby potem nikt do nikogo nie miał o to pretensji. Całe szczęście zarówno motoryka, jak i masa, oraz wolumen, wypełnienie basu nie nastręczały nawet najmniejszych problemów, czy niedosytu zarówno podczas odsłuchu wielkiej symfoniki („Peer Gynt” Griega), syntetycznego „repertuaru tanecznego” w stylu „Shock Value” Timbalanda a nawet obfitującego w iście infradźwiękowe, sejsmiczne (tym razem zwinnie pominięte) akcenty albumu „Khmer” autorstwa Nilsa Pettera Molværa. Ba, „Sunrise” z „Also sprach Zarathustra” Straussa (genialne wykonanie Chicago Symphony Orchestra pod Fritzem Reinerem) wypadło na tyle sugestywnie i spektakularnie, że kolejny raz dane mi było na własne uszy się przekonać, iż czasem mniej znaczy lepiej. Sprężystość i szybkość basu bezdyskusyjnie wpływały na natychmiastowość transjentów a przez to i energetyczność całego przekazu. W dodatku owe utemperowanie, co mam nadzieję wynika z ww. przykładów, nie przełożyło się na jakieś zauważalne ograniczenie, czy też sfokusowanie kolumn na jednym, ściśle określonym gatunku muzycznym, bądź liczebności składów wykonawczych. Kolumny okazały się pod tym względem wybitnie uniwersale, więc nie oszczędzałem ich zbytnio serwując im od czasu do czasu iście piekielne heavy metalowo – thrashowe katusze.
Na osobny akapit zasługuje średnica, która chcąc nadążyć za zjawiskową górą również trzymana jest w stalowych ryzach. Pochodną tego typu założeń a i pewnej polityki brzmieniowej Raidho jest dość wyraźne dążenie do neutralności emocjonalnej, transparentności umożliwiającej w dość znacznym zakresie modelowanie efektu finalnego poprzez umiejętny dobór pozostałych elementów toru. Przykładowo w trakcie testów używałem trzech wzmacniaczy zintegrowanych – AVM A5.2, Roksana Oxygene i dyżurnego Electrocompanieta ECI 5 i z każdą z powyższych amplifikacji uzyskiwałem zauważalnie różny efekt. Najbliższy praktycznie zerowej ingerencji w saturację, czy nasycenie barw był AVM, z wprost idealnie dopasowanym pod względem wzorniczym filigranowym Roksanem Raidho czarowały lekkim rozmarzeniem i niemalże nostalgią grając całkiem dużym dźwiękiem z pewnym zaokrągleniem najniższych składowych, co w rezultacie dawało wrażenie całkiem solidnej i nisko schodzącej podstawy basowej. Podpięcie S2-ek pod mojego ECI pokazało natomiast, że choć producent sugeruje przynajmniej 50W „piece”, to jeśli akurat znajdzie się na podorędziu konstrukcja trzy, bądź czterokrotnie mocniejsza, to nie należy się zbyt długo zastanawiać, tylko czym prędzej jej użyć i cieszyć się z uzyskanych rezultatów. Podobnie było i tym razem. Duńsko – norweski duet polubił się od pierwszego wejrzenia oferując nad wyraz energetyczną strawę muzyczną z ujmująco „dopaloną” pod względem emocjonalnym średnicą i sugestywnie masującym trzewia basem. Wszystko to okraszone zjawiskowo eteryczną i rozdzielczą górą sprawiało, że odsłuchy wstępnie zaplanowane na dwie, góra trzy płyty przeciągały się do późnych godzin nocnych. Sprawy nie ułatwiała też zdolność Raidho do grania bez utraty szczegółów i wspominanej rozdzielczości nawet przy dość niskich poziomach głośności. Przy cichym słuchaniu nie znikała też „firmowa” przestrzeń, co pozwalało godzinami delektować się ulubioną muzyką nie zakłócając spokoju śpiącym nieopodal domownikom.
Po kilkunastodniowych odsłuchach Raidho S2 z radością i ulgą muszę przyznać, że ten high-endowy producent wypuszczając wybitnie budżetowy, oczywiście patrząc przez pryzmat dotychczasowej oferty, model dokonał rzeczy niezwykłej. Zachowując znaną z droższego rodzeństwa jakość wykonania postarał się również o pełną spójność z lansowaną przez siebie estetyką brzmienia a przy okazji poprzez nad wyraz rozsądne wprowadzenie kompromisów natury technologicznej zaoferował atrakcyjną propozycję dla szerokiego grona miłośników wysokiej jakości dźwięku. Nie wypada mi zatem nic innego, jak tyko szczerze pochwalić to posunięcie właściciela Raidho – pana Larsa Kristensena, który w wielce umiejętny sposób poszerzając portfolio o konstrukcje łatwiej osiągalne dla „zwykłych” melomanów edukuje potencjalnych przyszłych nabywców swoich bardziej zaawansowanych modeli.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Chillout Studio
Cena: 34 900 PLN
Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: 27 Hz – 50 kHz
Impedancja: > 6 Ω
Skuteczność: 90 dB 2.83 V/m
Zwrotnica: 2 rzędu z podziałem na 150 Hz i 3 kHz
Obudowa: linia transmisyjna z wylotem w podstawie kolumny
Przetworniki: wstęga wysokotonowa, 2 x 115 mm mid-woofery
Wymiary: 177(S) x 1140(W) x 370(G) mm
Waga: 24 kg/szt.
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Zyx R1000 Airy3 + 9″SME + Zyx R1000 Airy3 Mono + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Phasemation EA-1000; Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; AVM A5.2; Roksan Oxygene
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinia 2
Praktycznie rzecz biorąc, w audio bawię się już dość długi czas, ale pewne marki z nim związane tak umiejętnie mnie omijały, że znam je tylko ze słyszenia. Raz były to lepsze, raz gorsze wieści, ale jakoś nie było nam po drodze, by głębiej zweryfikować nasze korelacje. Mógłbym wymienić sporo firm będących w moich długoletnich planach poznawczych, ale życie swoim pomysłem na przebieg wydarzeń stawia spore wyzwania i nie poganiając go, grzecznie czekam, lekko prowokując przyszłe wydarzenia. Dobrym przykładem może być niedługo mający się pojawić na SoundRebels test niemieckiego AVM’a, który mimo tak bliskiej strefy pochodzenia, krążył wokół mnie ładnych kilka lat. Tymczasem, gdy w niewinnych rozmowach w sprawie zapewnienia kolumn do polskiego wzmacniacza lampowego manufaktury Encore Seven, dealer wysoko skutecznych paczek oznajmił, że ma w ofercie wspomnianego AVM’a, bez chwili zastanowienia potwierdziliśmy z Marcinem gotowość zapoznania się z tymi konstrukcjami. Podobny scenariusz dotyczy bohaterów dzisiejszego spotkania, które jest pochodną recenzji amerykańskiego okablowania Acoustic Zen. Nie jest to bezpośrednia zależność jednego testu od drugiego, tylko realizacja wstępnych rozmów z przed kilku miesięcy, ale zapoczątkowanych właśnie zapytaniem o kable. Takim to sposobem, w redakcyjne progi trafiły przedstawicielki duńskiego High Endu, kolumny marki Raidho Acoustics model S2, dystrybuowane przez krakowskie Chillout Studio.
Gdy pytałem o gabaryty owych kolumn, zawsze słyszałem, że nie są zbyt duże. Ale widok wielgachnych pudeł spokojnie mieszczących moje dwie na raz, a tylko jedną duńską, z lekka mnie przeraził. Niestety zestaw ma na stałe zamocowaną sporej głębokości podstawę stabilizującą całość konstrukcji, co bardzo determinuje rozmiar kartonów transportowych. Ale nie było innego wyjścia i mimo że na co dzień jeżdżę terenówką, by przytargać je do siebie, musiałem pokornie odbębnić dwa kursy przez pół Warszawy, powtarzając w duchu – „żeby tylko były warte takiego wysiłku”. Gdy proces logistyki miałem już za sobą, rozciąłem taśmy montażowe i mym oczom ukazały się smukłe około 110 cm słupki w wykończeniu czarnego fortepianu. Ten obraz od pierwszego momentu nasunął mi dwa spostrzeżenia: jedno związane było z pięknem tych produktów, a drugi z mozołem czyszczenia odcisków palców po podróży krętymi schodami na drugie piętro bez rękawiczek, które mogły spowodować wyślizgnięcie się pięknych Dunek z rąk. Ale obyty z takimi problemami, po zakończeniu trasy na szczyt, w ruch poszedł płyn do mycia szyb i mikro-fibra, zamykając temat estetyki zdjęciowej. S2-ki są konstrukcją dwu i pół drożną z dwoma aluminiowymi malowanymi na biało klasycznymi przetwornikami i wysokotonową wstęgą. Wąski, ledwo mieszczący zewnętrzne kosze głośników front sprawia wrażenie lekkości konstrukcji, pomagając jednocześnie zniknąć im z pokoju, podczas sesji odsłuchowych. Niestety ta swojego rodzaju wizytówka (czytaj przednia ścianka) została w moim mniemaniu lekko „oszpecona” maskownicami, które co prawda jednym ruchem można zdjąć, ale nasze oczy nadal drażnią będące jej integralną częścią punkty montażowe. Mówi się trudno i musimy się do tego przyzwyczaić. Biorąc pod uwagę niedużą szerokość przodu, konstruktorzy oprócz zastosowania ujścia linii transmisyjnej dmuchającego w podłogę, szukali pojemności zapewniającej wygenerowanie zakładanej ilości niskich tonów i stosunkowo mocno rozciągnęli kolumnę na głębokość, nadając bokom kształt łuków schodzących się ku tyłowi, by zamknąć całość matową kształtką. Muszę przyznać, że wygląda to zacnie. Szyku całości nadaje dodatkowo kształt podstawy, która pomalowana jak całość w połysku, przy stosunkowo głębokiej komorze kolumny, wystaje jeszcze z przodu i tyłu sporo poza nią, przypominając swym kształtem czaszkę obcego z kultowej serii o statku Nostromo. Tę sporej wielkości platformę podkuto regulowanymi stopkami i w tylnej części uzbrojono w pojedyncze terminale głośnikowe. Całość musi się podobać, gdyż dostajemy mebel pasujący do większości wnętrz. Ja poległem.
Jeśli miałbym jednym słowem określić brzmienie słuchanych kolumn tylko na podstawie wyglądu, to wyrokowałbym, że te konstrukcje będą szybkie. I muszę przyznać, że się nie pomyliłem. Początkowo widząc użyte w nich przetworniki, począwszy od obsługującej najwyższe dźwięki wstęgi, po niezbyt okazałą gabarytowo resztę, miałem sporo obaw o możliwość wygenerowania zadowalającego jakościowo dźwięku. Pierwszy w kształcie prostokąta jest przedstawicielem bardzo otwartego, często popadającego w natarczywość grania, a dwa okrągłe maluchy determinowane szerokością ścianki poddawały w wątpliwość zaspokojenie w średnie i niskie tony. Jednak opierając się na opiniach zasłyszanych z różnego rodzaju periodyków branżowych, dałem duńskim produktom spory zapas zaufania i z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że czasem warto wierzyć, a przynajmniej spróbować przychylić się do ocen krążących w kuluarach audiofilskich spotkań. Mimo tego pakietu lojalnościowego w duchu spodziewałem się dość ostrego i wyczynowego brzmienia, gdy tymczasem do mych uszu dobiegały bardzo dobrze skrojone barwowo dźwięki. Pierwszym aspektem in plus był zadziwiająco wpisujący się w moje potrzeby bas. Krótki mięsisty, gdy trzeba „tępy”, taki jak lubię. Jednak dwa małe głośniczki wraz ze wspomaganą linia transmisyjną sporej wielkości obudową i umiejętnie zestrojone zwrotnicą, czasem mogą dać więcej niż byśmy się tego spodziewali. Prawdopodobnie, taka ilość niskich rejestrów, dla wielbiciela mocnych klimatów metalowych nadal będzie zbyt lekkim fundamentem tej energetycznej muzyki, ale sądzę, że jeśli ktoś szuka w nich – czytaj dolnych rejestrach – wykwintności, a nie nadmiernej zasobności, będzie kontent z osiągniętego efektu. Dla mnie w każdym bądź razie to jest i dobry i w odpowiedniej dawce bas. Idąc ku górze napotykamy zwiewną i przez to niosącą sporą ilość informacji średnicę. Mogłaby nabrać trochę masy nasycając źródła pozorne, ale z dużą dozą pewności lekko przeszkadzał jej w tym zakres wysokich tonów, reprodukowany wspomnianymi wstęgami. To prawdopodobnie one lekko pobudzały do życia wyższy środek, powodując wspomniany na początku efekt szybkości kolumn. Na szczęście ta maniera nie była żadnym obciążeniem całości pasma, tylko jednym z wielu sposobów na prezentację spektaklu muzycznego, wpisując się w estetykę potencjalnego słuchacza lub potrzeby jego systemu. Najważniejsze jest to, że te z reguły drażniące przetworniki wstęgowe, w tej aplikacji były owszem otwarte, ale dalekie od natręctwa z jakiego słyną. Całe pasmo tak zestrojono, by dać czytelny obraz podbudowany krótkim, ale nasyconym dolnym rejestrem. Zaskakująco przyswajalny nawet dla tak zmanierowanego na gęstą średnicę słuchacza jak ja efekt końcowy, wróży zainteresowaniem przez większą grupę docelową danym produktem. Naprawdę nieźle to wyszło. Przez kilkanaście dni przerzucałem srebrne krążki w poszukiwaniu jakiś większych potknięć kolumn Raidho S2 i poza lekkim niedoborem ciepła i ciężaru instrumentów, które tak prawdę mówiąc zniknęły po kilku płytach, nie znalazłem słabych punktów. Przyglądając się prezentowanej przezeń wirtualnej scenie, dość szybko dało się usłyszeć zbliżenie jej o krok do przodu, przy dobrej głębokości i szerokości. Po prostu z braku miejsc w piątym siadamy do pierwszego rzędu, dostając tym sposobem muzyków na wyciągnięcie ręki i jeśli jesteśmy ich zagorzałymi fanami, możliwość otrzymania upragnionego autografu. Oczywiście nie popada to w zbytnią sztuczność pokroju – mam ich na kolanach, tylko lekkie przybliżenie nie generujące dyskomfortu w odbiorze, a to dla co poniektórych jest być albo nie być w ich systemach. Oni muszą być w wirze muzyki, a dalekie sztucznie rozdmuchane plany są dla takich starych tetryków jak ja. Słyszałem wielokrotnie, że prawdziwi melomani nie spoglądają refleksyjnie z dalekich rzędów, tylko biorą czynny udział w spektaklu. I taki obraz dobiegającego do naszych uszu materiału muzycznego oferują nam duńskie kolumny – otwartość, namacalność, czytelność tu i teraz, bez owijania w bawełnę nutką niedopowiedzeń, czy sztucznego rozbudowywania wirtualnej sceny. Albo bierzesz pełny udział w koncercie, albo szukasz gdzie indziej.
Przyznam się szczerze, zapas lojalki, jaki kolumny Raidho S2 dostały tylko za dobiegające zewsząd opinie, nie został roztrwoniony podczas testu. To było raczej potwierdzenie ich umiejętnego brylowania w sztuce odtwarzania dźwięku, mimo niezbyt sprzyjających temu wielkości głośników. Pchełki często krzyczą próbując udawać kogoś innego, tymczasem tutaj dostajemy bardzo dobry – przynajmniej dla mnie – nisko osadzony dolny rejestr i otwarcie gającą, nie popadającą w krzyk resztę pasma. Może w bardzo ciężkich klimatach muzycznych do końca się nie sprawdzą, ale w większości zapisów nutowych dla zwykłego homo sapiens bez problemu będą brylować, wprowadzając ich w stan błogości. Docelowy klient? Stawiający na równowagą tonalną bez problemu powinni zainteresować tymi konstrukcjami, a audiofile z nadmiernie ociężałymi systemami bez wypożyczenia tych wykonanych w czarnym fortepianie słupków, prawdopodobnie nie dowiedzą się ile informacji tracą za każdym razem, gdy słuchają swojego wołającego o rozświetlenie przekazu muzycznego zestawu audio. Ciężko w to uwierzyć, ale czasem całkowicie kłócąca się z nabytymi doświadczeniami filozofia dźwięku danych kolumn, po mariażu z naszą przygęstą zbieraniną, może otworzyć oczy na inny bogaty w tracone dotychczas składowe świat muzyki. A nawet jeśli taka próba okaże się totalną porażką, będzie kolejnym utwierdzającym nas w przekonaniu o nieomylności doświadczeniem.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Nowy niemiecki inwestor
Loewe, niemiecki producent najwyższej klasy urządzeń elektroniki użytkowej, ma nowego właściciela. Jest nim monachijska firma Stargate Capital GmbH. Stargate Capital wspólnie z konsorcjum banków, z Deutsche Bank na czele, przejął wszystkie aktywa firmy. Tym samym zakończył się w Loewe okres niepewności związany z samo-zarządzaną upadłością a następnie procesem pozyskiwania inwestora. Zatrudnienie zachowało 75% pracowników w fabryce w Kronach, jednak już wcześniej, we współpracy z rządem Bawarii, w procesie restrukturyzacji zmniejszono zatrudnienie, obniżając tym samym koszty funkcjonowania przedsiębiorstwa.
Stargate Capital jest firmą specjalizującą się w przejmowaniu przedsiębiorstw w trudnej sytuacji rynkowej i zapewniającą im finansowanie i pomoc w zarządzaniu. Na czele inwestora stoi Mark Hüsges, menedżer niezwykle doświadczony na polu restrukturyzacji i przywracania firm na drogę rozwoju.
-„Innowacyjne technologie, cieszący oczy design, personalizowane produkty to cechy charakterystyczne marki Loewe. Działamy tak, aby przypomnieć o tych mocnych stronach. Mocno wierzę, że dzięki naszemu doświadczeniu i międzynarodowej sieci Loewe, osiągniemy w segmencie luksusowej elektroniki użytkowej wielkie rzeczy”- podkreśla Mark Hüsges. Zaangażowanie mają podkreślić dziesiątki milionów euro zainwestowane w firmę z Kronach w najbliższych latach.
Stargate Capital był zainteresowany współpracą z Loewe od początku procesu samo-zarządzanej upadłości. W procesie oceny ofert inwestorów zarząd Loewe zdecydował się na propozycję Panthera Group. Jak się jednak okazało na początku roku inwestor nie wywiązał się ze zobowiązań, wynikających z umowy zawartej z Loewe, w efekcie czego Loewe odstąpiło od współpracy z Panthera Group. Otworzyło to ponownie przed Stargate Capital możliwość współpracy z Loewe.
Działalność Loewe będzie teraz prowadzona przez nowopowstałą firmę Loewe Technologies GmbH. Nowy byt ma solidne podstawy finansowe i zrównoważony model rozwoju. Transformacja i restrukturyzacja Loewe zakończyła się sukcesem. Nowa sytuacja Loewe pozwoliła zapewnić stały dostęp do matryc, a tym samym zabezpieczyć płynność produkcji i odpowiednie stany magazynowe.
Długofalowe plany
Zakończenie procesu pozyskiwania inwestora pozwoliło Loewe w pełni skupić się na przyszłości. Rezultatem są poważne plany dotyczące nowych produktów, których premiera odbędzie się na berlińskich targach IFA we wrześniu 2014 roku. Loewe już nie tylko koncentruje się na produkowaniu telewizorów, ale ewoluuje w kierunku dostawcy platform inteligentnej rozrywki. Stratedzy Loewe doskonale zdają sobie sprawę, że dzisiaj telewizja jest tylko jedną z wielu funkcji, jakiej oczekuje się od telewizorów. Dlatego rozwijane są platformy sprzętowe, pozwalające na korzystanie z praktycznie każdego źródła obrazu, osadzone w Internecie i pozwalające na daleko idącą indywidualizację przekazu. Dopomóc w tym ma dynamiczny rozwój oprogramowania telewizorów, dzięki któremu interfejs użytkownika będzie jeszcze bardziej przyjazny, płynnie działający i estetyczny.
Design i unikalność
Warto też zaznaczyć, że w dalszym ciągu znakiem firmowym Loewe będzie wyjątkowy design. Modele nowych telewizorów prezentowane na światowym spotkaniu dystrybutorów, które do IFA nie będą ujawnione publicznie, zdaniem wielu prezentują się najlepiej w historii. Wciąż dużą wagę przykłada się do charakterystycznej dla marki personalizacji urządzeń.
Nowy początek
Do końca 2014 roku Loewe nie tylko zaprezentuje nowe produkty ale zacznie wdrażać strategię pozwalającą na odzyskanie pozycji rynkowej. Proces restrukturyzacji solidnie odchudził przedsiębiorstwo, zmniejszył koszty funkcjonowania, jednocześnie zapewniając, że najważniejsze z punktu widzenia zachowania tradycji elementy pozostają w doświadczonych niemieckich rękach. Loewe działa od ponad 90 lat i wszystko wskazuje na to, że okres chwilowej zadyszki ma za sobą.
3NG10 to najnowsza wersja podstawek antywibracyjnych Kulky. Jak zwykle w projekcie Kulky wykorzystaliśmy łożyska wolframowe o gładkości – grade 10. Nowy jest sposób ich aplikacji. Podobnie jak w modelu 2NG10 podstawki mają budowę kanapkową. Tym razem użyliśmy trzech różnych metali do wykonania podstawek. Każdy z nich tłumi inny zakres rezonansów. Pomysł okazał się trafny.
Nowy model jest kolejnym progresem. I nie chodzi tylko o poprzedni udany model, ale o cały projekt Kulky, który obejmuje oprócz podstawek pod urządzenie także platformę pod gramofon i podstawy pod kolumny. Tak zdobyte doświadczenia posłużą nam do opracowania następnych urządzeń antywibracyjnych.
Wymiary: średnica – 4cm, wysokość – 1,7cm (jedna podstawka)
Komplet: 6 podstawek, 3 łożyska
Najnowsze komentarze