Opinia 1
Być może kogoś z Was to dziwi, ale to nasze pierwsze spotkanie z tą mainstreamową amerykańską marką. Marką od wielu lat na naszym rynku nie tylko dobrze znaną, ale także znakomicie sobie radzącą w postaci stałego goszczenia w wielu systemach moich znajomych. Jaki był powód dotychczasowej absencji tego brandu w naszych progach? Powiem szczerze, że nawet najstarsi górale tego nie wiedzą, dlatego nie ma sensu dochodzić. Myślę, że o niebo ważniejszym tematem dla Was jest, co pokazał dostarczony do zaopiniowania model. Jaki konkretnie i spod jakiego znaku towarowego? Otóż dzięki działaniom logistycznym warszawskiego dystrybutora Hi-Fi Club na dobry początek na kilkanaście dni zawitały do nas zbierające wiele pochwał pośród nabywców amerykańskie panny Rockport Technologies Atria II.
Widniejące na zdjęciach zespoły głośnikowe mimo bycia modelem startowym w ofercie konstrukcje są średniej wielkości. Ale niech nie zmyli nikogo fakt zajmowanego miejsca w portfolio, gdyż owe konstrukcje za sprawą realizacji zadań walki z wewnętrznymi falami stojącymi i dyfrakcjami fal wokół przetworników oraz mechanicznym zgraniem fazowym współpracujących ze sobą przetworników mogą pochwalić się nie tylko bardzo ciekawą wizualnie, ale także zaawansowaną technicznie bryłą. Oczywiście to efekt zaoblenia bocznych ścianek, posadowienia modułów nośnych dla przetworników na separujących je od podłoża, wyposażonych w regulowane kolce podstawach, zastosowania wielu skośnych w stosunku do siebie płaszczyzn na froncie oraz pochylenie konstrukcji do tyłu. Ale wspomniane zabiegi nie są jedynymi walczącymi o jak najlepszy wynik soniczny. Otóż bardzo ważną rolą w tym aspekcie ma sama konstrukcja obudowy. To potrójnie laminowana i mocno tłumiona skrzynka, której grubość frontu osiąga aż 10 cm grubości, a boczne ścianki dobijają do 6.3 cm. Jak widać, mocodawcy projektu nawet w ramach modelu startowego podeszli do tematu bardzo poważnie. Jeśli chodzi o zastosowane przetworniki w tytułowych Artiach II, mamy do czynienia z pojedynczym basowcem 9” i średniakiem 6” z kompozytu na bazie włókna węglowego oraz pracującą w lekkim falowodzie 1” kopułką berylową. A jak z osiągami? Według producenta przy wsparciu portu bass-reflex kolumny są w stanie pokryć pasmo w zakresie 28 Hz – 30 kHz, zapewnić skuteczność na poziomie 87.5 dB przy obciążeniu 4 Ohm. Tak prezentujące się, wykończone w bajecznym, bo fortepianowym lakierowaniu amerykańskie panny ważą bagatela 68 kg sztuka.
Co sądzę o najmniejszych Rockportach? Dla mnie była to czysta karta, zatem oczekiwania opierałem jedynie na zdawkowych kontaktach podczas odsłuchów u znajomych lub wystawach. A te za każdym razem pokazywały, że tak jak lubię, było to szybkie, a przy tym dobrze osadzone w masie, czyli barwne granie. Tajemnicą pozostawał tylko fakt swobody i rozmachu prezentacji. Z jakiej strony zatem pokazały się Jankeski? Dla mnie najważniejszą kwestią byłą szybkość narastania sygnału, co zapewne było pokłosiem sztywnej obudowy i znanych z tego typu przekazu kompozytowych przetworników. Jednak co w tym było bardzo ważne, zapewnienie szybkości nie odbyło się kosztem wagi dźwięku, gdyż przekaz nie tylko dobrze artykułował oferujące solidny poziom energii dolne rejestry, ale także nie szczędził nasycenia w środku pasma akustycznego. Jednak jak wiadomo samą szybkością i masą nie da się osiągnąć wysokiej jakości prezentacji. Oczywiście w sukurs temu tematowi szły wysokie tony. Rejestry, które w przypadku Atrii II opierały się na przetwornikach berylowych. Z jednej strony bardzo żywych, co dla mnie jest podstawą ciekawego podania muzyki, niestety z drugiej w przypadku braku doświadczenia ich zastosowania mogących sprawiać problemy natury nadinterpretacji, a nawet nachalności. Niestety beryl jest z tego wielu producentom bardzo dobrze znany i tylko znający się na rzeczy konstruktorzy wiedzą, jak go okiełznać. Na szczęście sekcja inżynierska Rockport Technologies kolokwialnie mówiąc wie, z czym się to je i w przypadku testowanego modelu kolumn górne rejestry były radosne, ale dalekie od powodowania nieprzyjemnych artefaktów w stylu podkreślania sybliantów, czy wręcz sypania piachu podczas wybrzmiewania akcesorium jazzowego perkusisty, jednym słowem trafiały w przysłowiowy punkt efektownego wysublimowania. Reasumując powyższy opis powiem tak, wpięcie w tor tytułowych Amerykanek poskutkowało zaproszeniem mnie w pełen energii, barwny, dobrze trzymający drive każdego rodzaju muzyki, swobody i świeży spektakl muzyczny. A co w tym było najważniejsze, spektakl na tyle uniwersalny, że pełnymi garściami czerpały z niego gatunki tak spod znaku rockowych buntowników, jak i jazzowych romantyków.
Jeśli chodzi o pierwszych, w roli weryfikatorów możliwości opisywanych kolumn wystąpili panowie z ostatnio często wykorzystywanej przeze mnie, bo bardzo lubianej formacji Metallica z ich najnowszym albumem „72 Seasons”. To na tle starszych produkcji bardzo żywe i szybkie prowadzenie rytmu. Na tyle, że jeśli system nie nadąża z utrzymaniem odpowiedniej artykulacji seryjnych uderzeń stopy, z bardzo rytmicznego i z tego powodu zamierzenie agresywnego rocka robi się monotonna papka. W tym przypadku tego nie było. Była za to w dobrym znaczeniu jazda bez trzymanki i w rozumieniu gwałtowności zmian tempa i szaleństwa odnośnie szybkości grania pełnego składu kapeli i ogólnej drapieżności podania tej płyty.
W przypadku z natury bardziej stonowanego jazzu zaś wspominana za każdym razem ogólna szybkość i pewnego rodzaju lekkość formowania nawet najbardziej skomplikowanego przekazu także była wielkim atutem. Naturalnie dlatego, że zapewniała stosowna dawkę luzu w dźwięcznym i czasem bezkresnym zawieszeniu w powietrzu pojedynczej nuty, na czym przecież opiera się znakomita większość kontemplacyjnego jazzu. A gdy do tego dodamy przywoływaną również odpowiednią wagę dźwięku, wypisz wymaluj mamy idealne warunki do spełnienia nawet najbardziej wyczynowych potrzeb w kreowaniu eterycznego świata muzyki.
Czy kolumny Rockport Atriia II są panaceum na wszelkie potrzeby całej populacji melomanów? Powiem szczerze, że z małym marginesem osobników kochających ekstrema przesycenia przekazu lub szaleńczej gonitwy za wyczynowością w transparentności w starciu na swoich zasadach nie widzę przeciwskazań dla nikogo. To fajne, bo jak wspominałem szybkie oraz dobrze nasycone granie i tylko brak wiedzy jak powinien brzmieć dobrze skonfigurowany zestaw tudzież wyimaginowane, czyli niezrozumiałe dla normalnego melomana potrzeby potencjalnego nabywcy mnogą sprawić, że komuś z Atriami będzie nie po drodze. Dla mnie do świetny produkt. Jak odbierzecie go Wy niestety nie zależy to już ode mnie, bowiem teraz piłeczka jest po Waszej stronie.
Jacek Pazio
Opinia 2
Choć kolorowe magazyny i portale wnętrzarskie prześcigają się w propozycjach jak należy „modnie” urządzać własne eM-ki, bądź wolnostojące domostwa, to z trudną do przeoczenia a zarazem zastanawiającą konsekwencją unikają kwestii obecności systemów Hi-Fi/High-End w owych misternych aranżacjach. Ot okazjonalnie przemycą soundbar, co odważniejsi sięgną po ustawiony raczej pod kątem uzupełnienia wizualnej kompozycji aniżeli logiki i funkcjonalności budżetowy gramofon a prawdziwi hardcore’owcy zaszaleją z „tarczowymi” Beosoundami A9, bądź „celebryckimi” Beolabami 90. Ok, czasem jakaś kolumna w kadr się załapie, ale będzie to coś do bólu klasycznego – albo przysłowiowe „pudełko po butach”, albo jakiś biały „słupek” pasujący do równie antyseptycznego co on wnętrza. Pozostaje zatem praktycznie leżący ugorem obszar gromadzący przeznaczone złotouchym konstrukcje wymykające się skostniałym wzorcom, gdzie na plac boju wkraczają zaawansowani audiofile a styliści wnętrz albo wstydliwie spuszczają wzrok, albo ostentacyjnie strzelają focha. I właśnie z owej, unikanej przez branżę wnętrzarską „strefy mroku”, dzięki uprzejmości stołecznego Hi-Fi Clubu trafiły pod nasz dach nad wyraz intrygujące, otwierające portfolio podłogowych (firmową gromadkę uzupełnia centralny Taurus) propozycji amerykańskiego wytwórcy kolumny Rockport Technologies Atria II.
Pomijając czysto organoleptyczne, bezpośrednie doznania i nawet bazując jedynie na sesji unboxingowej oraz powyższej galerii nie da się ukryć, iż przy dajmy na to Tannoyach Westminster Royal, bądź Lorenzo Audio Labs LM1 mk2 Atrie wyglądają jak potomstwo Dartha Vadera i Obcego – 8 pasażera Nostromo przy Jacku Sparrowie. To na tyle współczesna linia wzornicza, że miłośnikom politurowanych „Ludwików” i ciężkiej, wręcz majestatycznej wiktoriańskiej elegancji pewnie zajmie chwilę by przejść nad nimi do porządku dziennego. Jednak wbrew pozorom Rockporty nie zabiegają o atencję swymi obłymi kształtami, gdyż ich aparycja nie jest bynajmniej pochodną „parcia na szkło” stojącego za nimi konstruktora (Andy’ego Payora) a owocem zaawansowanego modelowania 3D mającego na celu optymalizację ich parametrów akustycznych i mechanicznych. Dodajmy, nieco uprzedzając fakty, że bardzo atrakcyjnym owocem.
Ich składające się głównie z łuków, pochyłości i podcięć bryły wyposażono w całkowicie zasłaniające ściany przednie tekstylne maskownice, które całe szczęście da się zdemontować. Kryją one pod sobą zestaw trzech przetworników – patrząc od góry mamy calową, umieszczoną w niewielkim falowodzie berylową kopułkę wysokotonową, pod nią 6” kompozytowy przetwornik średniotonowy i w pobliżu masywnego cokołu 9” basowiec. Wąska ściana tylna gości jedynie pojedyncze terminale głośnikowe i pokaźnej średnicy ujście kanału bas-refleks. Całość posadowiono na wspomnianym przed chwilą cokole, który z kolei uzbrojono w masywne, toczone kolce z aluminium 6061-T6.
Korpusy Atrii kuszą nie tylko futurystycznymi bryłami, lecz również a raczej przede wszystkim technologicznym zaawansowaniem. Zgłębiając nieco wnikliwiej temat okazuje się, że są to potrójnie laminowane kompozytowe monolity, w których przednia ściana ma grubość aż 10 cm a z kolei boczne mogą pochwalić się zmienną grubością w krytycznych miejscach osiągającą 6,5cm. Nie jest to jednak odlew, lecz monokok – efekt pracy pięcioosiowych centrów obróbczych CNC nad kompozytową kanapką składająca się z dwóch wewnętrznych, odpornych na rozciąganie warstw żywicznych wzmacnianych włóknem szklanym oraz żywic epoksydowych, co wraz z ww. laminatami z włókna węglowego, które poddawane są odgazowaniu próżniowemu i utwardzaniu termicznym pod wysokim ciśnieniem sprawia, iż są one praktycznie „martwe” rezonansowo. Co do wykończenia, to standardowo Atrie oferowane są w uniwersalnej czerni, lecz jeśli ktoś ma ochotę na nieco ekstrawagancji, bądź czuje potrzebę zachowania zgodności kolorystycznej z jednym ze swoich ulubionych dwuśladów to również nie zostanie odprawiony z kwitkiem. Warto bowiem mieć na uwadze, iż proces lakierowania Rockportów obejmuje bagatela dwadzieścia etapów podczas których nanoszonych jest co najmniej … dziesięć warstw lakieru by finalnie, poza wspomnianą czernią i praktycznie dowolną wariacją kolorystyczną móc wybrać takie opcje jak Mercedes Hyacinth Red Metallic, Aston Martin Midnight Blue, Mercedes Designo Graphite Grey, Lamborghini Grigio, BMW Mineral Grey, Ferrari Rossa Corsa Red, Plum Crazy Purple, Red Red Wine, Mercedes Tenorite Grey, BMW Platinum Bronze Metallic, Audi Daytona Grey Pearl, Diamond Black Metallic.
Nie mniej zaawansowane technologicznie są firmowe średnio i nisko-tonowe przetworniki, których charakterystyczne kraciaste membrany wykonywane są ze wstępnie impregnowanego autorskimi żywicami epoksydowymi włókna węglowego o ultra-wysokim module sprężystości a następnie łączone z Rohacelowym rdzeniem w 130 °C pod wysokim ciśnieniem. Włókna w owej węglowej „tkaninie” charakteryzują się ułożeniem o niezwykle płaskim splocie a kąt skręcenia między poszczególnymi pasmami jest znacznie mniejszy, co przekłada się na redukcję masy własnej membrany (68 g/m²) oraz wyższy stosunek udziału włókna węglowego do żywicy. I jak już zdążyłem wspomnieć, za reprodukcję góry pasma odpowiada calowa, berylowa kopułka Scan-Speaka. Pod względem elektrycznym mamy do czynienia z trójdrożnymi, 4 Ω konstrukcjami o 87.5 dB skuteczności, do których lepiej nic słabszego aniżeli 50W lepiej nie podpinać.
Przechodząc do opisu brzmienia naszych dzisiejszych gościń lojalnie uprzedzę, że i tu od stojących za nimi a raczej w nich zaimplementowanych technologii nie da się uciec. Bowiem zgodnie z głównymi założeniami projektowymi celem prac nad tytułowym modelem było uzyskanie „wrażenia większej sceny dźwiękowej i swobody w odtwarzaniu dźwięków, niż ktokolwiek by oczekiwał po kolumnach tego rozmiaru” i powiem szczerze, nieco odkrywając rąbka tajemnicy i uprzedzając fakty, iż ów cel został osiągnięty z nawiązką. W dodatku proszę wziąć poprawkę, na fakt, iż Atriom przyszło grać w towarzystwie blisko dwumetrowych Berlin RC11, więc już z racji takiego „drugiego planu” ewidentnie miały pod przysłowiową górkę. Tymczasem już przy pierwszych taktach „Imposter” ekipy Soulsavers wspomaganej przez samego Dave’a Gahana jasnym stało się, że nikt tu nie ma zamiaru zadowalać się półśrodkami. Nie dość bowiem, że wokal „naczelnego Depesza” zabrzmiał z zaskakującą siłą, to w dodatku, pomimo całkiem cywilizowanych poziomów głośności trudno było mówić o jakimkolwiek przeskalowaniu, co początkowo skłoniło mnie do szybkiej weryfikacji, czy po unboxingowym szaleństwie przypadkiem nie wróciliśmy bezwiednie do Gauderów. Po prostu Dave stał przed nami jak z „żurnala wycięty” w całym swym 178 cm majestacie i udzielał się wokalnie w ramach gościnnych występów. Krótko mówiąc realizm najwyższych lotów z odwzorowaniem siły emisji godnym nie tyle koncertu, co naszej obecności w Shangri-La Recording Studio w kalifornijskim Malibu, w trakcie sesji nagraniowej. Co ciekawe równie porażające, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, wrażenie wywarła na mnie dynamika, która zazwyczaj w tym wybitnie balladowym repertuarze pełni co najwyżej rolę służebną – powstrzymuje powieki słuchaczy przed opadnięciem. A tymczasem z Rockportami w torze nawet w swej mikro-odmianie łapała za ucho i wprawiała kończyny w rytmiczne podrygi. Jeśli dodamy do tego wręcz onieśmielającą przestrzenność prezentacji i zdolność samych kolumn do natychmiastowego znikania w stylu najlepszych monitorów i smukłych podłogówek w typie wysokich modeli Raidho śmiało możemy uznać, że deklaracje producenta o „nieprzypadkowości” ich kształtów były jedynie na wskroś szczerym potwierdzeniem faktu a nie marketingowym przejawem myślenia życzeniowego.
I tu pozwolę sobie na małą dygresję, bowiem jeśli ktoś uparcie uważa, że rozdzielczość, bezwzględna kontrola i transparentność tego typu hi-techowych konstrukcji zabijają emocje i szeroko rozumianą muzykalność, którą są w stanie oddać tylko papier i jedwab, to powinien czym prędzej umówić się na odsłuch Atrii, by równie szybko zrozumieć w jak wielkim błędzie był. Tytułowe Rockporty w sposób absolutnie bezwzględny weryfikują takie konfabulacje i sprowadzają zbłąkane owieczki na właściwe tory. Pokazują bowiem emocje nie tylko w pełnej krasie, co i z pełnym ich spektrum energetycznym – właściwą im dynamiką i gwałtownością, która u większości konkurencji jest pozorowana, bądź jedynie sygnalizowana. I nie jest to chłodna kalkulacja i prosektoryjna wiwisekcja, lecz jedynie eliminacja z przekazu wszelkich aberracji i pasożytniczego szumu owe emocje masujących i przekłamujących sprawiająca, iż tak jak przed momentem nadmieniłem wcale nie trzeba ich wkręcać na wysokie poziomy głośności, żeby „się otworzyły”.
Nie mniej przekonująco wypadł „Black Market Enlightment” Antimatter, gdzie Rockporty nie tylko premiowały świetną realizację, co pokazywały , że nawet Rock może zabrzmieć referencyjnie i wcale nie trzeba uciekać się do ogranych do znudzenia, żeby nie napisać bólu „Hotel California” Eagles, czy „Keith Don’t Go” Nilsa Lofgrena. Potrafiły zatem zejść piekielnie nisko i to patrząc na ów aspekt z szerszej a nie li tylko ich dość kompaktowych gabarytów perspektywy. Co jednak istotne reprodukcja najniższych składowych nie oznaczała jedynie stawiania na ich ilość, lecz wraz z wolumenem i zapuszczającymi się w najgłębsze otchłanie Hadesu częstotliwościami szło w parze zróżnicowanie faktur, odmieniana przez wszystkie przypadki rozdzielczość i taka natychmiastowość, że nawet A-Train z „The Boys” przy nich wyglądał jakby poruszał się o balkoniku. Jeśli ktoś do powyższych deklaracji podchodzi z wrodzonym sceptycyzmem, to polecę jeszcze sięgnąć po „Architects Of A New Weave” Göteborczyków z Evergrey, bądź „For Those That Wish To Exist At Abbey Road” Architects a jasnym powinno się stać, że Atrie są w stanie poradzić sobie praktycznie z każdym, dowolnie złożonym, zawiłym i gęstym pod względem aranżacyjnym repertuarem o ile tylko komuś tak w trakcie nagrania, jak i realizacji/post-produkcji chciało się nad nim z odpowiednią troską i wiedzą pochylić. Pokażą wtedy misterną strukturę pozornej kakofonii, ukryte w dalszych planach smaczki a jednocześnie zachowają pełną koherencję kompozycji. Warto jednak tego typu ekstremalne doznania serwować sobie, przynajmniej początkowo zgodnie z zaleceniami lekarza bądź farmaceuty, gdyż zbyt długi kontakt z takim ogromem informacji dla słabszych psychicznie odbiorców może być nazbyt przytłaczający. Z drugiej jednak strony kilkutygodniowy romans z Atriami sprawił, iż przesiadka z nich na konkurencyjne rozwiązania objawiała się zazwyczaj wrażeniem dramatycznego zubożenia i uszczuplenia przekazu o wydawać by się mogło oczywiste i kluczowe dla niego składowe.
I w tym momencie dochodzimy do nieco bardziej surowego oblicza Rockportów, które, skoro tak świetnie operują rozdzielczością i bezlikiem serwowanych informacji, to warto też zdawać sobie sprawę z faktu, że tam, gdzie drwa rąbią wióry lecą, więc jeśli dostajemy pełen pakiet danych, to jest w nim również zawarta informacja o samej jakości nagrania. Czyli mówiąc wprost Rockporty zgodnie z zasadą „shit in, shit out” bynajmniej dalece od złośliwości, acz z bezwzględną skutecznością, przeprowadzają błyskawiczną selekcję posiadanej przez nas płyto/pliko-teki na pozycje akceptowalne, wysoce słuchalne i takie, po które sięgać będziemy jedynie, gdy zależeć nam będzie na ekspresowym pozbyciu się marudnych gości. I tu ciekawostka, bowiem o ile „Pavlov’s Dawgs” Tankardu, przy odrobinie dobrej woli, jeszcze dało się podciągnąć pod akceptowalność, to już pochodzący z 1988 r, choć zremasterowany w 2017 „Zombie Attack” tej samej kapeli śmiało można było po kilku minutach nausznych katuszy użyć jako podkładki pod piwo.
Przechodząc do podsumowania nie pozostaje mi nic innego jak tylko po raz kolejny skomplementować unikalną wręcz zdolność Rockport Technologies Atria II operowania na najwyższych pułapach rozdzielczości przy jednoczesnym unikaniu zbytniej analityczności. Jeśli do powyższej rekomendacji dodamy ponadprzeciętną dynamikę i łatwość w kreowaniu obszernej i świetnie zagospodarowanej sceny muzycznej z realistycznymi pod względem gabarytów źródłami pozornymi, to śmiało możemy uznać, iż nawet szukając większych kolumn warto choć z czystej ciekawości rzucić okiem i uchem na Atrie II. I już na sam koniec, choć patrząc na ich cenę trudno uznać je za pardon my French „tanie” to biorąc pod uwagę fakt, jak tytułowe Rockporty grają, śmiem twierdzić, że jest to bezsprzecznie „ulgowy bilet” do świata ekstremalnego High-Endu. Bilet, na który właśnie zaczynam zapełniać świnkę skarbonkę …
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Producent: Rockport Technologies
Cena: 199 500 PLN
Dane techniczne
Skuteczność: 87.5 dB SPL (2.83V)
Impedancja nominalna: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 28 Hz – 30 kHz, –3 dB
Minimalna moc wzmacniacza: 50 W
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 1″ berylowy w falowodzie
– średniotonowy: 6″ sandwich z kompozytu z włókna węglowego
– niskotonowy: 9″ sandwich z kompozytu z włókna węglowego
Wymiary włącznie z podstawą (W x S x G): 110 x 32 x 51 cm
Waga: 68 kg / szt.
Opinia 1
Kiedy w zeszłym roku, dokładnie na początku grudnia zadaliśmy na FB pytanie, czy ktoś może miał już do czynienia ze zdobywającym coraz większą popularność w Azji switchem UNio Poki zwyczajowo rozpętała się święta, acz nieco jednostronna wojna, w ramach której przez nikogo niezapraszani decybelanci niczym przysłowiowy dziad do obrazu wykrzykiwali swoje tezy jakoby przewodami cyfrowymi, w tym infrastrukturą sieciową, płynęły zera i jedynki w rozpoznawalnej przez podobno rozumnych obserwatorów binarnej, a tym samym całkowicie niewrażliwej na „środek transportu”, postaci. Jak łatwo się domyślić powyższe pytanie nie miało na celu rozpoczęcia kolejnej, czysto akademickiej dyskusji między pszczołami i muchami co jest smaczniejsze, lecz jedynie weryfikację, czy przypadkiem ktoś już takowego switcha nad Wisłę nie sprowadził i stosownych, organoleptycznych prób nie przeprowadził. I choć poruszony wtedy temat po gwałtownej, acz chwilowej burzy przeszedł w stan swoistej anabiozy, to jak miał pokazać czas wcale nie został odłożony na półkę / do szuflady. Okazało się bowiem, iż zasiane przez nas ziarno trafiło na podatny grunt w podkieleckiej wsi Suków, by wykiełkować pod postacią oficjalnej, polskiej dystrybucji sprawcy całego zamieszania, czyli hongkońskiej marki UNgnoi, prowadzonej przez znaną nam i naszym Czytelnikom m.in. z testu kolumn One manufaktury AudioPhase.
Jak już zarówno w ramach facebookowej zajawki, sesji unboxingowej i powyższej galerii było wtenczas i teraz widać UNio Poki prezentuje się iście zjawiskowo. Masywny, wykonany z monolitycznego bloku aluminium korpus dostępny w naturalnym satynowym srebrze lub dostarczonej na testy czerni łapie za oko precyzyjnie sfrezowanymi w stylu Rose Cutting narożnikami i intrygującą błękitną iluminacją „podwozia”, którą, jeśli kogoś taki optyczny tuning razi można wyłączyć. W przeciwieństwie do większości popularnych konstrukcji na froncie, zamiast rzędu diod informujących o statusie poszczególnych portów znajdziemy jedynie zajmujący lewy kraniec wyfrezowany firmowy logotyp a po prawej oznaczenie modelu oraz dwie niewielkie diody wskazujące wykorzystanie wewnętrznego, bądź zewnętrznego zegara. Na płycie górnej uwagę zwraca finezyjnie perforowana rozeta zapewniająca wentylację trzewi urządzenia. Zdecydowanie więcej dzieje się na zakrystii, gdzie patrząc od lewej napotkamy zacisk uziemienia i gniazdo zasilania 12V (stosowny wtyczkowy zasilacz znajduje się w zestawie a na właśnie zakończonej wiedeńskiej odsłonie High Endu wprawne oko mogło wyłapać jeszcze ciepłą, liniową alternatywę), przełącznik podświetlenia i cztery porty Ethernet 2,5 Gbps, za którymi umieszczono, nieco odsunięte, przeznaczone dla streamerów 1Gbps złącze Ethernet oraz 10 Gbps optyczne SFP+. Listę zamyka zegarowe gniazdo BNC 10MHz, 50Ω.
Jeśli chodzi o trzewia, to zarówno na stronie producenta, jak i w naszej wiedeńskiej relacji widać, iż bazą nie jest transplantowana z któregoś z cywilnych dawców organów płyta główna, lecz własnej produkcji solidny laminat, na którym uwagę zwraca firmowy zegar UNio CHRONOS Class o ultraniskim szumie fazowym, oraz ponadnormatywnie rozbudowana sekcja zasilania DC obejmująca cztery niezależne filtry dla napięć 0.95, 1.1, 3.3 i 5 V.
A teraz najwyższa pora na najbardziej polaryzującą część dzisiejszego spotkania, czyli wpływ tytułowego switcha na … brzmienie korzystających z jego wdzięków urządzeń a tym samym finalnych walorów sonicznych całego systemu. Nie da się bowiem ukryć, iż obecność UNio Poki w torze okazała się nie tylko widoczna, chociażby z racji błękitnej iluminacji, co przede wszystkim słyszalna i to nie tylko na tle „cywilnego”, acz „grającego” zauważalnie lepiej aniżeli popularny Silent Angel Bonn N8 chińskiego switcha Motiedot ZX-K081WS, jak i będącego poniekąd biorcą, akceptorem jego organów Quality Science Audio QSA Red. Główne różnice dotyczyły przede wszystkim natychmiastowości i „zrywności” tytułowego malucha, który swym zamiłowaniem do błyskawicznego oddawania wszelkich transjentów i wartkości akcji przypomina coraz odważniej poczynające sobie na naszych drogach „skośnookie” elektryczne roadstery w stylu MG Cyberster, bądź Xiaomi SU7. Początkowo można odnieść wręcz wrażenie, iż owe zamiłowanie pędu niesie ze sobą również przesunięcie równowagi tonalnej w górę, jednak dłuższe odsłuchy weryfikują owe odczucia i pokazują, że to nie odchudzenie, czy też zbytnia chrupkość najniższych składowych a ich perfekcyjna kontrola i zróżnicowanie mogą wpływać na początkowe wnioski. Dołu bowiem nie tylko nie brakuje, co zapuszcza się on w wydawać by się mogło zupełnie abstrakcyjne czeluści a ponadto cały czas zachowywany jest jego pełen potencjał energetyczny, więc nawet najniższe składowe nie są bezkształtnym, gąbczastym dudnieniem, lecz potężnymi, zdecydowanie szybszymi aniżeli norrisowskie – wyprowadzane z półobrotu kopniaki, low-kickami. Jeśli dodamy niezwykle odważną a jednocześnie krystalicznie czystą i otwartą, napowietrzoną górę, oraz nie mniej rozdzielczą a zarazem nieprzegrzaną średnicę jasnym stanie się, że wszędzie tam, gdzie zazwyczaj robi się zbyt gęsto, czy wręcz duszno tytułowy switch może sprawdzić się równie skutecznie co solidne przewietrzenie i odgruzowanie nazbyt zagraconego lokum. Proszę tylko rzucić uchem na „The Bestiary” brooklyńskiej formacji Castle Rat, gdzie przy mikrofonie wije się, wokalnie udziela i za struny swego Gibsona SG szarpie niejaka ognistowłosa Riley Pinkerton. To dość mocne, łączące wzorowany na dokonaniach m.in. Black Sabbath ciężki Rock z powolną i mroczną jak sumienie polityka domowo-stonerową estetyką granie, gdzie zbytnie wysycenie, bądź zaokrąglenie praktycznie natychmiast zabija przejrzystość i komunikatywność prezentacji. A z Poki dostajemy z niezwykłą precyzją podany pierwszy plan, wyborną gradację planów i potężny a zarazem świetnie zróżnicowany fundament basowy, gdzie nic się nie zlewa i nie ulega uproszczeniu. Z kolei na niemalże mainstreamowym „I Forgive You” Cynthii Erivo dyskretne orkiestracje jedynie uzupełniają iście gospelowe wokalizy, które czarują zarówno namacalnością, jak i realizmem emisji, jakbyśmy słuchali surowej zgrywki ze stołu realizatorskiego a nie skompresowanego, przygotowanego do emisji radiowej mixa. Jeśli do powyższych obserwacji dodamy umiejętność gry ciszą i skupienie się na minimalistycznych niuansach, których nie brakuje na „Astrolabio mistico” Michela Godarda i Roberto Ottaviano jasnym stanie się, że naprawdę trudno będzie przypiąć Unio Poki jakąś łatkę a tym samym łatwo go zaszufladkować. Nie dość bowiem, że z łatwością oddaje natychmiastowość każdego blastu i smagnięcia blachy bądź gitarowego riffu to z równym entuzjazmem podchodzi do muzycznych miniatur, gdzie mniej znaczy lepiej a obok dźwięków naturalnego instrumentarium równie ważna jest wspomniana obecna między nimi cisza.
Może i UNio Poki nie jest najtańszą propozycją dla plikowo zorientowanych melomanów i audiofilów, ale patrząc na niego z perspektywy jego możliwości sonicznych śmiem twierdzić, że jego aplikację w lwiej części systemów należy rozpatrywać wyłącznie w kategoriach oczywistego progresu. Co prawda odbiorcy hołubiący zawoalowaniu i onirycznemu rozdrganiu jego natychmiastowość i precyzję mogą odebrać jako zbytnią bezpardonowość, ale warto mieć świadomość, że jakiekolwiek limitowanie czy to dynamiki, czy też rozdzielczości na wejściu systemu zemści się ich dalszą utratą na kolejnych etapach przetwarzania. A tak dostajemy pełen pakiet informacji docierający do nas / streamera wartkim strumieniem i w możliwie najwyższej jakości. W dodatku to dopiero początek zabawy, gdyż UNio Poki w pierwszej kolejności wato dopieścić z pomocą liniowego zasilacza a następnie rozpocząć poszukiwania odpowiedniego zegara, gdyż jak praktyka pokazuje również i przy switchach precyzja taktowania ma całkiem sporo do powiedzenia.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Gdy z pewnego dystansu spojrzymy obecny rynek audio, z uwagi na bardzo silny rozwój segmentu streamującego muzykę w walce o jak najlepszy wynik brzmieniowy tego sposobu obcowania z ukochanym repertuarem oprócz naturalnego poszukiwania dobrego źródła, mamy do czynienia z prawdziwą swtitchomanią. To co prawda tak zwane peryferia owej zabawy, ale jak nie raz i nie dwa miałem okazję się przekonać, bardzo ważne od strony ostatecznego brzmienia systemu. Na tyle istotne i bardzo mocno zmieniające reguły gry, że nawet ja, osobnik dość luźno podchodzący do zagadnienia muzyki z plików sprawiłem sobie takie ustrojstwo z wyższej jakościowo półki cenowej. Dlatego też chyba nikogo nie dziwi fakt, że ostatnimi. czasy tego rodzaju konstrukcje są u nas na porządku dziennym. Jakie? Nie będę uprawiał wyliczanki, gdyż łatwo to sprawdzić przy pomocy portalowej wyszukiwarki, tylko bez rozwadniania tekstu przedstawię naszego bohatera. A będzie nim stosunkowo niedawno wzięta w dystrybucję na naszym rynku przez rodzimego producenta kolumn Audiophase marka Unio, z portfolio której na dobry początek w okowy naszych samotni audio trafił niebanalnie prezentujący się switch Poki.
Rzeczony Unio Poki nie jest jakiś bardzo duży, ale jak na tego rodzaju urządzenie wspierające system plikowy osiąga spore gabaryty i oprócz tego może pochwalić się atrakcyjnym designem. Jego bryła to wariacja płaskiego, wykończonego w czerni, wykonanego z aluminium prostopadłościanu, który w celach nadania mu przyjemnego wyglądu ozdobiono wykończonymi w skokowymi ścięciami narożników frontu. Sam awers oprócz zabiegów wizerunkowego likwidowania ostrych narożników został wyposażony w dwie diody informujące o zastosowaniu wewnętrznego lub zewnętrznego zegara taktującego przechodzący przezeń sygnał, wyfrezowane logo marki oraz osadzone w spodzie, dające się ewentualnie wyłączyć, ciekawie wizualizujące produkt na półce podłużne podświetlenie ledowe. Jeśli chodzi o rewers, znajdziemy na nim 4 zwykłe wejścia LAN, jeden port dedykowany audio, wejście na zegar zewnętrzny, przełącznik inicjujący iluminację, zacisk uziemienia oraz bananowe gniazdo zasilania. Jak widać, konstrukcja jak na switch spora, przy tym ładna i co najważniejsze zaawansowana technicznie, bowiem pozwalająca zastosować ostatnio bardzo pożądany przez wyczynowych melomanów wzorcowy zegar taktujący.
Jaki finał soczniczny miał fakt wpięcia w posiadany tor tytułowego switcha? Biorąc pod uwagę jego zdroworozsądkową cenę ku mojemu zaskoczeniu bardzo ciekawy. Dźwięk zmienił swoje oblicze w dwóch aspektach. Pierwszym była korekta jego zejścia w dolnych rejestrach przy jednoczesnym zapewnieniu ilości w pełni kontrolowanej i bogatej w informacje energii. Zaś drugim zwiększenie oddechu prezentacji odbierane jako pewnego rodzaju ogólne oczyszczenie tła wokół źródeł pozornych, co skutkowało uczuciem większej bezpośredniości odbioru, a co za tym idzie namacalności wydarzeń scenicznych. Zbierając wspomniane aspekty w jedną całość powiedziałbym, że przekaz dawał ogólnie większy wgląd w nagranie z fajnym podkręceniem emocji w zakresie basu niższe zejście i kontrolowany kopniak. To natomiast dzięki udanej korekcie kwestii drive’u przekazu z automatu wzniosło na wyższy poziom ilości radości zawartej w słuchanej muzyce. A co najciekawsze, ów efekt miał miejsce praktycznie bez żadnej ingerencji w zakres średnicy, co pokazało, iż wszystko odbywało się na poziomie ogólnej neutralności, a nie siłowym faworyzowaniu któregoś z podzakresów.
Z tego też powodu fajnie wypadała choćby twórczość jazzowego specjalisty od grania tak zwana ciszą, jakim jest rodzima formacja RGG z płytą „Szymanowski”. Już w wersji bez switcha brzmiała dobrze, bo z solidnym pokazaniem najcichszego akordu od powołania go do życia , przez wybrzmiewanie, po łagodne zanikanie nie zapominając o wielobarwnym i długotrwałym zawieszeniem go w międzykolumnowej przestrzeni. A gdy w torze zawitał tytułowy, poprawiający warunki pracy źródła plikowego „rozgałęźnik” sygnału, wszystko w dobrym słowa znaczeniu lekko się wyostrzyło. Stało się wyraźniejsze, dzięki temu jakby bliższe scenicznej prawdy, do czego przecież cały czas w naszej zabawie dążymy.
Podobnie wypadała muzyka cięższego kalibru dla przykładu wyrazistego Rammsteina i jego ostatniego krążka „Zeit”. To nie jest jakiś dramatyczny wyścig następujących po sobie ataków dźwiękowych, jednak zapewniam, bez dobrej artykulacji poszczególnych fraz robi się zwyczajna nuda. Ma być wyraziście nie tylko w domenie ekspresji prezentacji, ale także akcentowania każdego zawartego w materiale impulsu. I to właśnie dzięki działaniu naszego bohatera bardzo się poprawiło. Oczywiście sprawy wyglądały w podobny sposób do muzyki jazzowej, co w efekcie skutkowało utrzymaniem wigoru prezentacji, a tym samym zapewniało jej wielobarwność, nieprzewidywalność i w konsekwencji cały czas trzymającą słuchacza w napięciu dobrze rozumianą agresję. Efekt był na tyle ciekawy, że gdy po sesji z jazzem miałem jakieś obiekcje co do sensu zastosowania Unio Noki w potencjalnym systemie audio, to po Rammstein-ie temat był jasny jak słońce, bez niego świat muzyki wiele traci.
Czy użycie będącego tematem tego testu switcha ma sens w każdej konfiguracji? Otóż bez jakiegokolwiek naginania faktów stwierdzam, że jak najbardziej. Powiem więcej. W tym konkretnym przypadku bez znaczenia jest fakt estetyki brzmienia danej konfiguracji przed jego zastosowaniem, gdyż działa na bardzo neutralnym polu. Jakim? Już o tym pisałem. Wzmacnia uderzenie bardziej rozdzielczym i niżej schodzącym basem i oczyszcza przekaz z tak zwanej mgiełki, co automatycznie poprawia motorykę dobiegającej do nas muzyki. Efekt jest na tyle ciekawy, że aby nie wpisał się w daną konfigurację, ta musi być naprawdę mocno „wykoślawiona”. Jeśli jednak taka nie jest, wpięcie w tor będącego tematem spotkania poprawiacza sygnału sieciowego Unio Noki będzie dobrem w najczystszej postaci.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: AudioPhase
Producent: UNgnoi
Cena: 7 400 PLN
Dane techniczne:
Prędkości transmisji danych:
-Porty LAN 1–4: 2,5 Gb/s
– LAN Zen Zone: 1 Gb/s
– Port SFP: 10 Gb/s / 1 Gb/s
Złącze: RJ45, 8-pin
Zasilanie: wejście DC 12 V / 3 A, 5,5/2,1 mm
Zegar wewnętrzny: CHRONOS Class, zegar o ultraniskim szumie fazowym
Wejście zegara zewnętrznego: BNC, 10 MHz, 50 Ω, fala sinusoidalna / prostokątna
Wymiary (S x G x W): 270 × 168 × 48 mm
Masa: 3,5 kg
Opinia 1
Patrząc na współczesny rynek audio z powodzeniem można stwierdzić, iż o ile jeszcze jakiś czas temu rozmiar nie tylko szedł w parze, czy wręcz w niektórych przypadkach stawał się jednym z kluczowych wyznaczników jakości obecnie owe korelacje wcale nie są takie oczywiste. Wystarczy tylko wspomnieć małe Chordy, 40-ki Cyrusa, czy zajrzeć do portfolio Benchmarka, by uświadomić sobie, iż aktualny segment niepełnowymiarowych, niskorosłych komponentów Hi-Fi / High-End w niczym nie przypomina mini i midi wież królujących w latach 90-ych ubiegłego tysiąclecia. Jeśli bowiem funkcjonalność układów mieszczących się na jednej, bądź nawet kilku płytkach drukowanych przejmuje pojedyncza kość a liczone niegdyś w kilogramach sekcje zasilające i stopnie wyjściowe z większym, bądź mniejszym powodzeniem przejęły kompaktowe i chodzące w wadze lekkiej impulsówki i D-klasowe „gotowce” Hypexa oraz ICEpowera, to sens nie tyle sprzedawania, co nawet samego „wożenia”, a jak wiadomo fracht obecnie do najtańszych nie należy, „audiofilskiego powietrza” jest mocno dyskusyjny. Podobnie z resztą jak i marnowania aluminium i innych surowców na przewymiarowane obudowy. Dlatego też zamiast kierować się li tylko rozmiarówką warto nieco zmodyfikować kryteria brzegowe w trakcie pogoni za upragnionym króliczkiem i nawet jeśli do tej pory na segment mini/midi patrzyliśmy z lekkim pobłażaniem jednak uwzględnić „maluchy”. A skoro nawet niewykazujący dotychczas zainteresowania downsizingiem dCS postanowił również w ów segment wejść, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko zakasać rękawy i na własnej skórze, na własne uszy przekonać się o możliwościach brytyjskich „krasnali”. Dlatego też nie tracąc czasu serdecznie zapraszamy na spotkanie z duetem stanowiącym 2/3 w założeniu skierowanego do miłośników słuchawek trio, czyli dCS LINA Network DAC & Master Clock.
Jak widać na powyższych zdjęciach tytułowe dCS-y to klasyczne „połówki”, czyli ustawione obok siebie zajmują mniej więcej tyle miejsca, co pełnowymiarowy komponent. W dodatku wyłączone/wygaszone prezentują się nad wyraz minimalistycznie – praktycznie całą połać frontu DAC-a, nie licząc cienkich ramek, osłania tafla czernionego akrylu a z kolei zegar poza dyskretnym firmowym logotypem może pochwalić się na awersie jedynie błękitną diodą informującą o statusie urządzenia. Jednak wbrew temu, do czego zdążyła nas przyzwyczaić konkurencja (m.in. Rose HiFi) sam wyświetlacz DAC-a zajmuje jedynie 1/3 frontu i oprócz niezłej czytelności i dość oszczędnej kolorystyki nie ma ambicji wyświetlania np. wysokorozdzielczych okładek akurat odtwarzanych albumów, bądź logotypów stacji radiowych. Tuż pod nim ulokowano cztery niewielkie sensory dotykowe zapewniające obsługę i nawigację po menu a już mechaniczny włącznik wylądował na płycie dolnej, w pobliżu przedniej krawędzi.
Same, wykonane w formie monolitycznych frezów z bloków aluminium korpusy są równie oszczędne wzorniczo i dostępne zarówno w srebrnej, jak i czarnej satynie. Natomiast na zakrystii o jakichkolwiek oszczędnościach formy mowy nie ma. Network Dac oferuje bowiem regulowane (cyfrowo) wyjścia analogowe zarówno w formacie RCA, jak i XLR a wachlarz interfejsów cyfrowych obejmuje wejścia koaksjalne, BNC, optyczne, parę AES/EBU, USB typu B oraz, z racji umiejętności streamowania również port Ethernet i gniazdo USB typu A dla pamięci masowych. Wyliczankę zamykają interfejsy firmowej magistrali Power Link, para zegarowych BNC i zintegrowane z włącznikiem głównym i komorą bezpiecznika gniazdo zasilające IEC. Jak łatwo się domyślić zegar aż takim bogactwem nie kusi, gdyż akurat w jego przypadku wystarczy para gniazd BNC, magistrala Power Link i bliźniaczy do DAC-a moduł zasilający.
Pod względem anatomiczno funkcjonalnym jak sama nazwa wskazuje dCS LINA Network DAC jest hybrydą klasycznego przetwornika cyfrowo-analogowego i transportu plików, co w przypadku Brytyjczyków oznacza połączenie firmowej platformy Ring DAC™ z modułem Stream Unlimited S800 zapewniające obsługę sygnałów PCM do 384kHz/24Bit i DSDx2 (128). Nad agregacją wszelakiej maści serwisów streamingowych (Spotify, Deezer, Qobuz, TIDAL), internetowych rozgłośni radiowych i zasobów zgromadzonych na dyskach USB/NAS czuwa firmowa aplikacja Mosaic a i o pełnej zgodności z Roonem nie można zapominać. Zgodnie z tradycją nie mogło zabraknąć zarówno rozbudowanych opcji programowej filtracji, jak i upsamplingu do DSD128, oraz tzw. mappingu – algorytmu zarządzającego pracą sekcji przetwornika.
Z kolei Lina Master Clock bazuje na kontrolowanych w komorze termicznej dwóch oscylatorach kwarcowych – osobno dla 44,1 kHz i 48 kHz dostarczających sygnał z dokładnością przekraczającą +/-1 ppm.
Przechodząc do części poświęconej walorom sonicznym tytułowego duetu jedynie doprecyzuję, iż testy rozpocząłem od Network DAC-a solo, następnie dokooptowałem Master Clock-a, by na sam koniec wrócić do konfiguracji pierwotnej. Dzięki temu mogłem zaobserwować zarówno progres, jaki aplikacja zegara niosła, jak i regres wynikający z jego odłączenia. I nie ma co się czarować i zaklinać rzeczywistości – Master Clock-a doskonale słychać i śmiem twierdzić, że jednostki próbujące nieco nagiąć natywną neutralno-analityczną sygnaturę dCS-a do własnych, nieco bardziej ukierunkowanych na eufonię, preferencji poważnie powinny rozważyć odsłuch właśnie ww. duetu, gdyż przynajmniej w moim mniemaniu zegar wnosi do dźwięku dCS-a całkiem zauważalną dawkę plastyki i … organiczności. Co ciekawe nie odbywa się to na drodze zaokrąglania a wręcz przeciwnie – poprawie rozdzielczości, lecz zarazem dopełnienia body brył nie tylko pod względem masowym, co ich konsystencji.
Wracając do meritum i głównej fazy odsłuchów, czyli eksploatacji obu wytworów brytyjskiej myśli technicznej z niekłamaną satysfakcją odnotowałem fakt, iż pomimo niezaprzeczalnej redukcji gabarytów i nieco mniej drenującej portfel ceny reprezentanci serii LINA zaskakująco blisko trzymają się swojego pełnowymiarowego rodzeństwa i choć do plastyki najnowszych wersji APEX nieco im brakuje, wykazują z nimi sporą zgodność „genetyczną”. Zgodność oznaczającą niezwykle rzetelne i zarazem liniowe brzmienie, gdzie liczą się przede wszystkim fakty i prawda a nie luźna interpretacja i bazowanie jedynie na emocjach. Choć może niefortunnie to zabrzmiało, bo combo dCS-a trudno zarzucić beznamiętność, czy też zbytnie wycofanie. Wystarczy bowiem tylko sięgnąć po album „Diavola” Gabrielle Cavassy by owe emocje na własnej skórze poczuć. Podobnie na „The Wind” Warrena Zevona, choć tu emocje są dość minorowe, bo to de facto w pełni świadome pożegnanie Artysty z ziemskim łez padołem, ale dzięki temu odarte ze wszelkich zbędnych ozdobników brzmi niezwykle prawdziwie i szczere do bólu. I dCS-y to oddają w pełni, pokazując prawdę w jej nieupiększonej, nieumalowanej, nagiej odsłonie, z iście porażającym realizmem. Ale tak właśnie ten album brzmieć powinien i tak też brzmi.
Kolejnym aspektem, który dSC w serii LINA starał się utrzymać na godnym starszego rodzeństwa poziomie jest z pewnością napowietrzenie i trójwymiarowa holografia kreowania przestrzeni. Doskonale można tego doświadczyć na minimalistycznym, opartym w znacznej części na grze ciszą i czytanych przez Roberta Więckiewicza fragmentów „Solaris” albumie „Planet Lem” formacji RGG. Tutaj również jakakolwiek ingerencja w strukturę nagrania, bądź też majstrowanie przy barwie, równowadze tonalnej całkowicie zmieniłoby odbiór niezwykle intymnego i zarazem pełnego wszelakiej maści niuansów i audiofilskich smaczków rozgrywającego się w „kosmicznej otchłani” spektaklu. Proszę tylko zwrócić uwagę na partie majestatycznego kontrabasu Macieja Garbowskiego, czy też angażującą bezpośredniość fortepianu Łukasza Ojdany, pomiędzy którymi odzywają się perkusjonalia Krzysztofa Gradziuka. Te pozornie niezależne byty tworzą niezwykle koherentną całość i choć jej odbiór wymaga sporo uwagi, to im częściej po owe nagrania sięgamy, tym bardziej wsiąkamy w ich świat.
Warto też wspomnieć o odpowiednim dociążeniu prezentacji i braku tendencji do zbytniej „chrupkości” najniższych składowych serwowanych przez LINy, co znakomicie służy cięższym odmianom rocka w stylu „(Meta)morphosis” The Nocturnal Affair, który bez odpowiedniego fundamentu basowego brzmi nazbyt ofensywnie. Bas w brytyjskim wydaniu może nie jest przesadnie mięsisty, ale nie tylko nie brak mu energii, co mamy pełen wgląd w jego fakturę. Jest zejście, kontrola i świetny timing, więc jeśli dla kogoś będzie nazbyt technicznie zawsze może sięgnąć po nieco „gęstsze” wzmocnienie, bądź nawet samo okablowanie.
Pomimo nikczemnej postury oba wchodzące w skład tytułowego zestawu urządzenia, czyli dCS LINA Network DAC & Master Clock niezwykle udanie, przede wszystkim z racji reprezentowanych przez siebie walorów sonicznych, unikają zaszufladkowania w roli „budżetowej” alternatywy / przystawki dla pełnowymiarowych dCS-ów. Oferują bowiem brzmienie zaskakująco dojrzałe i zbliżone do tego, do czego zdążyło przyzwyczaić nas ich starsze rodzeństwo a nieco zredukowany wachlarz nastaw i pewne uproszczenia w stosunku do pokolenia APEX z powodzeniem rekompensują swą kompaktowością i świetną funkcjonalnością. Jeśli więc do tej pory nie mieliście Państwo śmiałości choćby niezobowiązująco przymierzyć się do portfolio dCS-a to reprezentanci serii LINA mają spore szanse ową nieśmiałość przełamać.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Co do tytułowego dCS-a z racji kilkuletniego okresu użytkowania flagowego przetwornika Vivaldi mam wyrobione bardzo konkretne zdanie. To zawsze jest pełne ekspresji, dobrze zdefiniowane w kwestii ataku i ogólnej szybkości dźwięku granie, które nie ma się co oszukiwać, dla wielu osobników bywa dość mocno wymagające w konfiguracji. Na tyle, że nawet mały błąd może spowodować zmarnowanie drzemiącego w tej marce, pełnego życia, ale dalekiego od nachalności sposobu na muzykę. Wiem, bo sam tego doświadczyłem, czego skutkiem było jednoczesne nabycie wspomnianego DAC-a z zestawem zewnętrznych zegarów. Jaki cel ma aż tak drobiazgowe roztrząsanie moich doświadczeń z tym producentem? Oczywiście to wprowadzenie do dzisiejszego tematu, jakim będzie test nieco różniącego się od typowego dCS-a, bo nie w standardowej rozmiarówce, tylko wersji desktopowej – skrzynki są stosunkowo głębokie, jednak w rozmiarze niegdysiejszych urządzeń „midi” – przetwornika D/A Lina Network DAC, którego w tym starciu po krótkiej sesji sauté będzie wspierał firmowy zegar Master Clock Generator. Zaciekawieni, jak nasz odmienny wizualnie bohater ma się do typowej wizerunkowo rodziny? Jeśli tak, zatem zapraszam chętnych do lektury będącego skutkiem działań logistycznych łódzkiego Audiofastu poniższego tekstu.
Jak zdążyłem napomknąć, tematem są w sumie dwa komponenty. Oba w celach unifikacji wizerunkowej w bliźniaczych obudowach Osiągających mniej więcej połowę szerokości typowego komponentu, jednak już mogących pochwalić się pełnowymiarową głębokością oraz średnią wysokością. Naturalnie z uwagi na zakres działania nieco inaczej wyposażone, ze szczególnym uwzględnieniem awersu. W tej ostatniej kwestii chodzi oczywiście o fakt aplikacji na froncie streamera sporej wielkości wyświetlacza na tle czernionej reszty połaci z akrylu. Zegar w tym miejscu może pochwalić się jedynie diodą informującą o pracy urządzenia. Przechodząc z opisem do rewersów, streamer z funkcją przetwornika jak na specjalistę od źródeł cyfrowych przystało, poza gniazdem zasilania i głównym włącznikiem może pochwalić się baterią wejść cyfrowych – SPDiF, AES/EBU, USB. LAN i oczywiście stosownym zestawem wyjść analogowych w standardach RCA i XLR. Biorąc na tapet zegar oprócz bliźniaczego zestawu prądowego oraz dwóch znajdujących się także w przetworniku terminali nazwanych sekcją Power Link, widzimy jedynie dwa wyjścia sygnału z zegara wzorcowego do idealnej stabilizacji taktowania sygnału podłączonych do niego komponentów. Niczego więcej na rewersie nie ma. Jak wynika z powyższego opisu, dostarczone produkty nie oferują fajerwerków, tylko niezbędne do idealnej pracy w tandemie pakiety przyłączy. A jak się to przełożyło na dźwięk, standardowo postaram się Wam przybliżyć w kolejnym akapicie.
Na potrzeby wychwycenia różnic w brzmieniu samego streamera Network DAC i potem we współpracy z Master Clock-iem pierwsze dwa dni słuchałem samego źródła. Z jakimi wnioskami? Chyba nikogo nie zaskoczę, gdy powiem, iż to typowy sound tego brandu. Estetyka podania muzyki była daleka od zbędnego nasycania i dociążania dźwięku, tylko pokazywała świat muzyki raczej od strony szybkości i swobody kreowania wydarzeń scenicznych. Anglicy są znani z tego, że hołdują raczej neutralnej, aniżeli podkręconej emocjonalnie prezentacji i to było ewidentny przykład, że także w tym przypadku nie zmienili podejścia do tematu. Podejścia, które wielu obecnym użytkownikom jest bardzo bliskie, bo zapewnia pełną spontaniczność odtwarzania ulubionych płyt. Nic, tylko usiąść wygodnie w fotelu i wykorzystując aplikację w telefonie lub iPadzie zmieniać kolejne ciekawe pozycje muzyczne, aby będąc w pełni zaangażowanym w słuchany materiał odetchnąć po trudach pełnego problemów dnia pracy. I w takim, oczywiście pełnym wciągających mnie w wir muzyki duchu przemierzałem swoje zasoby muzyczne przez wspomniane dwa dni. Jednak świat zaawansowanego audio od dawna wie, iż niegdyś przez wielu audiofreaków uważany za niedorzeczność, a od wielu lat artykułowany przez poszukiwaczy jak najlepszej jakości muzyki jitter jako pewnego rodzaju składowa pracy źródeł cyfrowych to zło w najczystszej postaci, dlatego tak jak w całej w ofercie dCS-a, także w tej linii produktowej konstruktor zaproponował nam podjęcie testu streamera w komplecie z dedykowanym zegarem zewnętrznym. Co wydarzyło się w efekcie takiej fuzji? Pierwszą informacją jest fakt, że drive i podążanie drogą wyrazistości nadal były. nadrzędnymi aspektami prezentacji. Co zatem się wydarzyło? Otóż nieco drgnęła sprawa nasycenia, a przez to płynności przekazu. Naturalnie nie było to typowe wywrócenie stolika do góry nogami, jednak nie dało się nie zauważyć ewidentnego podciągnięcia estetyki prezentacji w domenie barwy i wysycenia. Dodatkowo wszystko brzmiało jakby z większym udziałem spokoju. Bez wcześniej czasem wdzierającej się w prezentację nerwowości, jednak na tyle nieinwazyjnie dla ogólnego sposobu na muzykę samego streamera, że tak jak w przypadku niegdysiejszej decyzji nabycia zegara do posiadanego dCS-a Vivaldi, tak i w tym stwierdzam jednoznaczne, iż była to bardzo dobra zmiana. I do tego bardzo uniwersalna, gdyż na takim postawieniu sprawy zyskiwała każdego rodzaju muzyka.
Weźmy na tapet choćby twórczość Gary’ego Burtona w postaci płyty „The New Quartet”. Teoretycznie oczyszczenie przekazu z pozornego bogactwa ekspresji i nadanie mu większego poziomu nasycenia oraz idącej za tym działaniem gładkości powinno ostudzić radość wybrzmiewania instrumentu frontmana. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Powiem więcej, było znacznie lepiej. Owszem, czuć było minimalne uspokojenie krawędzi oraz pełniejsze brzmienie pojedynczych alikwot, ale było to działanie w służbie nadania mu idealnej czystości i soczystości. Nagle było go więcej tak w rozumieniu wago dźwięku, jak i lotności, bowiem eliminacja zniekształceń w tym przypadku jako wzorowe określenie jego bytu w eterze powodowało eliminację wcześniej zaburzających jego dźwięczność artefaktów.
W innym repertuarze, czyli tym razem spod znaku rockowej kapeli AC/DC i krążka „Power Up” temat zastosowania zegara wypadł równie ciekawie. Ma się rozumieć wyniki w wizualizowaniu wirtualnej sceny były podobne. W pierwszym rzędzie głos wokalisty i ważne dla tego zespołu gitary zyskały na wadze, co skutkowało wyczuwalnie lepszym poziomem zawartej w tych źródłach energii. Ta muzyka jest niespecjalnie dobrze zrealizowana, dlatego też po wspomnianych roszadach w systemie testowym szczypta masy zrobiła znakomitą robotę w postaci jej zróżnicowania. Zaś w drugim przypadku minimalizacja zniekształceń pozwoliła mi znacznie odważniej odkręcić gałkę wzmocnienia. Owa twórczość lubi, gdy w dobrym znaczeniu słowa system przestawia ściany. Niestety w przypadku miernej postprodukcji głośne słuchanie czasem boli. Ale jak się okazało, tylko do pewnego momentu. A jest nim zadbanie o jakość sygnału ze źródła, co ewidentnie udowodnił tytułowy tandem z Wielkiej Brytanii. Pojechałam na przysłowiowego maxa i cały czas z pełnym wglądem w nagranie, ale bez efektów zmęczenia nadinterpretacją prezentacji.
Gdzie widzę naszych bohaterów? Tak naprawdę na sto procent nie widzę ich tylko w jednym przypadku. Chodzi o piewców muzykalności ponad wszystko, czyli de facto wielbicieli muzyki mlekiem i miodem płynącej. dCS w takie klimaty się nie bawi. Jeśli jednak szukacie mocnego akcentowania ataku, zróżnicowania energii oraz dźwięczności górnych rejestrów, będące punktem zapalnym obecnego spotkania urządzenia moim zdaniem powinny znaleźć się na Waszej liście odsłuchowej. Oczywiście najlepiej w komplecie, bo ten we wspomnianej przed momentem estetyce fajnej ekspresji oferuje znacznie większy poziom dobrej jakości muzyki w muzyce. Jednak, jeśli w danym momencie nie dysponujecie wolnymi środkami płatniczymi na obie konstrukcje, można zacząć od samego streamera. Zagra z fajną werwą i zawsze będzie platformą do rozwoju systemu w kierunku lepszej jakości dźwięku. Nie wiem, jak widzicie to Wy, ale dla mnie właśnie z uwagi na możliwość rozwoju technicznego poprzez zastosowanie zewnętrznego zegara to bardzo ciekawa opcja na lata. Czegóż chcieć więcej?
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audiofast
Producent: dCS
Ceny
dCS LINA Network DAC: 64 100 PLN
dCS LINA Master Clock: 37 200 PLN
Dane techniczne
dCS LINA Network DAC:
Pasmo przenoszenia (dla filtra 1)
– Fs = 44.1 & 48kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz
– Fs = 88.2 & 96kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >38kHz
– Fs = 176.4 & 192kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >67kHz
– Fs = 352.8 & 384kHz +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >100kHz
– DSD64 +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >90kHz
– DSD128 +/-0.1dB, 10Hz-20kHz -3dB @ >100kHz
Szum resztkowy
– Dane 16-bitowe: Lepsze niż –96 dB0, 20 Hz–20 kHz nieważone
– Dane 24-bitowe: Lepsze niż –113 dB0, 20 Hz–20 kHz nieważone
Przesłuch L-P: <–115dB0, 20Hz-20kHz
Wejścia cyfrowe: 2 x AES/EBU (44,1-384kHz); S/PDIF BNC (44,1-192kHz); S/PDIF Coax (44,1-192kHz); Toslink (44,1-96kHz); USB typu B (44,1-384kHz), PCM i DSD, DSDx2 w trybie asynchronicznym
Komunikacja: USB typu A dla pamięci masowych; Ethernet RJ-45
Wyjścia analogowe: para XLR; para RCA
Wspierane platformy streamingowe: UPnP, Qobuz, Deezer, Tidal, Internet Radio, Spotify, Apple AirPlay 2 44.1 / 48kHz), RoonReady
Wspierane formaty: FLAC, WAV, AIFF, MQA
Upsampling: Wielostopniowy oversampling DXD z możliwością przełączania DSD; DSDx2 Upsampling (1-bit 5.644 or 6.14MS/s).
Główny zegar taktujący: 2 wejścia Word Clock na złączach BNC 75 Ω; taktowanie do 44,1-192 kHz
Pobór mocy: 10W
Wymiary (W x S x G): 12 x 22 x 34 cm
Waga: 7,4 kg
dCS LINA Master Clock
Typ zegara: zegar główny klasy 1 z oscylatorami kwarcowymi sterowanymi termicznie
Dokładność zegara: lepsza niż +/-1 ppm w zakresie temperatur otoczenia zakresie temperatur od +5°C do +45°C
Czas gotowości do pracy: około 10 minut
Wyjścia zegara:
– 2 x niezależnie buforowane wyjście zgodne z TTL na złączach 75Ω BNC
– Wyjście 1: stała częstotliwość 44,1 kHz
– Wyjście 2: stała częstotliwość 48 kHz
Pobór mocy: 10W
Wymiary (W x S x G): 12 x 22 x 36 cm
Waga: 7 kg
Nie będę owijał w bawełnę, miał być dramat. Miało być ciasno, słabo logistycznie i ogólnie beznadziejnie. Co mam na myśli? Oczywiście pojawiające się przed tegoroczną wystawą High End 2026 tym razem w Wiedniu, bazujące na wyrywkowych ocenach nieco mniejszych jako uzupełnienie monachijskiej imprezy przedsięwzięć z wcześniejszych lat, kuluarowe opinie potencjalnych zainteresowanych odwiedzeniem tego wydarzenia. Tymczasem było diametralnie inaczej. Było fajnie, bo bez ciasnoty, a co za tym idzie duchoty oraz ze znacznie lepszym zapleczem sanitarnym – kto bywał w Monachium, wie, że pod koniec każdego dnia z toalety korzystało się już tylko w sytuacji krytycznej. No może catering ze swą skromnością oferty w nowej lokalizacji nieco niedomagał, ale tylko on, reszta była spoko. I nie jest to moja opinia, gdyż z uwagi na rozmach kompleksu dziennie z przysłowiowego buta w poszukiwaniu fajnych prezentacji robiłem ponad 7 kilometrów, tylko wersja wydarzeń według wielu reprezentujących nas w tym roku rodaków. Owszem, sporo pomieszczeń miało rozmiary przysłowiowej budki dla chomika, ale nie brakowało także pokazów w kwestii lokalowego i sprzętowego rozmachu rodem z Hollywood. Jednym słowem było wszystko. I minimalizm i szaleństwo, z czego wiedząc, iż Marcin zwiedzając kompleks z aparatem w dłoni zaliczy nawet przysłowiowe katakumby, ja skupiłem się jedynie na pokojach pozwalających znaleźć z daną prezentacją nić porozumienia. Czasem pozytywnego w wydźwięku, a czasem co najwyżej strawnego, ale zawsze jakiegoś, czego zaistnienia w moim odczuciu nie dawały warunki lokalowe na poziomie 10 m². Co zatem odwiedziłem i jak to odebrałem? To oczywiście znajdziecie w poniższej, jak to zwykle czynię, na luzie napisanej relacji.
1. CONSTELLATION, WILSON AUDIO, dCS
Z marką Constellation jakiś czas temu mieliśmy już okazję testowo skrzyżować szpady. Nie powiem, to fajne granie. Jednak wówczas było to starcie w znanym mi środowisku sprzętowym i lokalowym co, jeśli coś prezentuje dobry poziom jakości, na tle warunków wystawowych jest pewnego rodzaju ułatwieniem. Dlatego odwiedzając ten pokój pierwsze co mnie interesowało, to sposób radzenia sobie w momencie odwiedzin końcówki stereo Constellation na często skleconym z przypadkowych komponentów pokazie. Oczywiście jak widać na zdjęciach, zaproponowana elektronika i kolumny przysłowiowej sroce spod ogona nie wypadły, jednak nie zawsze drogo znaczy dobrze, bo któryś z komponentów może zwyczajnie nie wpasować się w dany zestaw. Na szczęście niczego takiego w tym wydaniu nie zanotowałem. Było solidnie z kwestii dolnego zakresu, ale bez buły, esencjonalnie w środku pasma i fajnie barwowo. Zapewne to efekt połączenia w dobrym rozumieniu słowa detaliczności dCS-a, gładkości elektroniki i sznytu papieru kolumn. Czy tak było naprawdę, nie wiem. Wiem za to, że system jak na zastane warunki spokojnie się obronił.
2. JBL, MARK LEVINSON
To była prezentacja nowego modelu amerykańskich kolumn. Gdy przekraczałem próg pomieszczenia w ciemno wiedziałem jedno, nie będzie żadnych półśrodków. Chodzi oczywiście o zarezerwowany dla tego, jak pewnie znakomicie wiecie standardowego połączenia kolumn spod znaku JBL i elektroniki Marka Levinsona sznyt grania. Zawsze bezwarunkowa jazda bez trzymanki, czyli natychmiastowy atak, szaleńcze zmiany tempa, kontrola dźwięku oraz bezpośredniość prezentacji w górnych rejestrach. Tak też było i tym razem z tą tylko różnicą od moich wcześniejszych kontaktów z tytułowym duetem, że jeszcze bardziej wyczynowo w domenie krawędziowania dźwięku. Niby w służbie uzyskania efektu koncertu, ale to już była zabawa dla dużych, czyli wielbiących taki sposób na muzykę chłopców. Na chwilę obecną osobiście nie jest to moja bajka, bo wszystko odbywa się kosztem płynności, ale po pierwsze umiem z takich pokazów wyciągnąć ciekawe wnioski, a po drugie bardzo często zauważyć ewidentne plusy. A jednym z plusów tego wydarzenia było zapewnienie mi pobudki po nieprzespanej nocy, męczącym locie i przedwystawowej logistyce do gmachu imprezy. Tak więc pokaz zaliczam do udanych i zapewniam, nic a nic w tym przypadku nie udaję.
3. T+A
O tej marce można mówić prawie wszytko. Że jest nazbyt zachowawcza w dawkowaniu słuchaczowi płynności, czy że zbytnio dozuje barwność prezentacji, przez co czasem określana jest jako brzmiąca nazbyt technicznie, ale jednego nie można jej odmówić. To bezwarunkowy kawał znakomitej niemieckiej inżynierii tak w rozumieniu rozwiązań technicznych elektronicznych trzewi, jak i samego designu urządzeń. A, że w swym brzmieniem stawia na dobrze rozumiany detal i ekspresję, raczej powinno się traktować jako świadomy wybór zaplecza technicznego, a nie problem jako taki. Po prostu oferta soniczna marki T+A taka jest i albo wchodzisz w jej posiadanie z efektem banana na twarzy, albo jak podobne tego typu brandy świadomie ją omijasz, tyle i aż tyle. Jak zagrało w Wiedniu? Bez kombinowania, czyli z fajnym detalem i otwarciem, co przy dobrej wadze średnicy i kontroli dolnych rejestrów oferowało słuchaczowi pełne spektrum zawartych w danym utworze emocji. A, że nie jak młode ziemniaki polanych przysłowiową „omastą”, to już problem melomanów lubiących tak zwany „muł i wodorosty”. Niestety nie z T+A takie numery.
4. RAIDHO, EMM LABS
Pewnie nie wiecie, bo niewielu z Was miało u siebie większą paletę kolumn tytułowej marki, ale Raidho Acoustics chcąc zaoferować docelowemu klientowi odpowiedni pakiet pomruków niskich częstotliwości bez względu na rozmiar skrzynek ma fajny patent. Oczywiście chodzi o umiejętne strojenie tego zakresu portami BR, co sprawia, że mimo obcowania z mniejszymi kolumnami, bas nadal jest pełnoprawnym beneficjentem całości przekazu muzycznego. Naturalnie Duńczycy robią to z przysłowiową głową, ale nawet na tym pokazie usłyszałem wspomniany zabieg techniczny. Naturalnie był to feedback przełączenia z widniejących na zdjęciach podstawkowych maluchów na średniej wielkości, stojące na skrajach wystawki małe podłogówki. Mimo wyraźnego zwiększenia gabarytów konstrukcji ilość dolnego zakresu była taka sama. Owszem, lepszej jakości, bo w tym momencie zadziałała fizyka, ale na podobnym poziomie uderzenia energią. Co zatem stało się po przesiadce na największe stojące w środku stawki? Niestety tego momentu nie doczekałem, ale z testowej autopsji wiem, że efekt byłby podobny, czyli masa dźwięku podobna, tylko ze znacznie większym pakietem kultury, a przez to swobody projekcji. Zapewne spory udział w tym ciekawym pokazie miał współpracujący z kolumnami set kanadyjskiej marki EMM Labs, ale niestety z prozaicznego braku osobistych doświadczeń z nią tylko gdybam. Niemniej opisana prezentacja była dla mnie z jednej strony bardzo pouczająca, a z drugiej potwierdzająca usłyszaną niegdyś estetykę strojenia dolnego zakresu.
5. HORNS, ALBEDO
To oczywiście polski przyczółek tej wystawy. Marka kolumnowa hORNS jako stały punkt programu i gospodarz w jednym oraz tym razem bydgoska manufaktura Albedo trudniąca się produkcją okablowania na bazie własnym sumptem obrabianego srebra. Z uwagi na chęć nabrania doświadczenia w nowych warunkach lokalowych postawiony system był bardzo minimalistyczny – w szczególności głośniki, ale i tak chwała rodakom za to, że od lat dzielnie i z rozmowy wiem, że z sukcesami walczą na światowym rynku. Brawo. Jak zagrało? Pomieszczenie niestety mniejsze od monachijskiego, ale wiedza wystawców sprawiła, że kolokwialnie mówiąc dźwięk „się zmieścił” i oferował przyjemny w odbiorze, z lekkim sznytem tuby spektakl.
6. IDEON, BRODMANN
Ten duet miał kilka odsłon. Odwiedziłem dwie – mniej i bardziej rozbudowaną technicznie. Oczywiście każda brzmiała na zajmowanym przez siebie poziomie cenowym, które nawet w takich trudnych warunkach wypadały bardzo dobrze, ale obie miały jedną cechę wspólną. Otóż dźwięk był klarowny, przyjemny w odbiorze i wydawał się drwić ze stwarzających wielu wystawcom problemów związanych z akustyką zajmowanego lokalu. I mówię tutaj tak o komplecie Ideona z małymi, jak i dużymi kolumnami Brodmann-a. Jak to zrobili, to ich słodka tajemnica. Być może oprócz dobrej kontroli kolumn przez elektronikę, ale myślę, że sporą. rolę miała także sama budowa zespołów głośnikowych – w jednym wypadku pojedyncza, zaś w drugim dwumodułowa konstrukcja. W moim odczuciu to był udany pokaz.
7. GAUDER AKUSTIK, ACCUSTIC ARTS
Po wejściu do tej mekki niemieckiej myśli technicznej zaliczyłem pełne, wręcz stuprocentowe zaskoczenie. Tym razem w porównaniu do zeszłorocznego występu w Monachium całkowicie in plus. Powód? Otóż w zeszłym roku najnowsza wersja kolumn Gauder Akustik tym razem nazwana Berlina Black Edition RC-15 brzmiała bardzo słabo. Jakoś bez kontroli dolnego pasma i ogólnie z przewalonym poziomem soczystości, jednym słowem okraszony bułą dramat. Na szczęście mocodawca marki po konsultacji z potencjalnym nabywcą dokonał istotnych zmian konstrukcyjnych, z których oprócz przestrojenia zwrotnicy, najważniejszą jest zamknięcie głośników basowych nie tak jak u mnie w modułach typu BR, tylko na bazie obudów OZ. W efekcie takiego rozwiązania nagle muzyka nabrała odpowiednich proporcji. Dolny zakres znakomicie trzymał tempo, oferował stosowny impet energii oraz nieskończoną feerię informacji. Środek na bazie zestawu przetworników z diamentu i porcelany był dobrze nasycony i pełen detali. Zaś góra także generowana przez diament będąc bardzo żywą i gładką zarazem okazała się być idealnym partnerem doświetlającym każdy rodzaj słuchanej muzyki. Zmiana była na tyle spektakularna i trafiająca w moje postrzeganie prezentacji muzyki, że gdy w zeszłym roku oficjalnie w relacji na ten model narzekałem, to dzisiaj zderzając RC-15 z moim punktem odniesienia (RC-11) w pełni świadom wizerunkowych konsekwencji wyboru oświadczam – dla wielu może to być ewidentny przykład kumoterstwa, iż jednoznacznie był to dla mnie dźwięk wystawy. A dlatego, że dostałem w pełni kontrolowaną energię, szybkość, pełen pakiet informacji, rozmach i przekładającą się na bezpośredniość oraz namacalność podania muzyki czystość prezentacji. Choć każdą kolumnę wystawca zasilił aż trzema monoblokami marki Accustic Arts o elektronice z braku doświadczeń nie wspominam, ale chyba nikt nie podda wątpliwości, że była na równi z kolumnami zwycięzcą tego wydarzenia.
8. MARTEN, JORMA
Szwedzki Marten i jego kablarski odłam Jorma oczywiście posiłkowali się innym wytwórcami sprzętu, ale jak sugerują widniejące na ścianie z paneli z lamelami loga, w głównej mierze był to ich maraton. Maraton, którego punktem nadrzędnym była prezentacja nowej linii kolumn z przyjaźniejszych dla potencjalnego nabywcy pułapów cenowych. Na tle wyższych modeli konstrukcja jak widać prosta w bryle, czyli na bazie przyjemnie dla oka ofornirowanego prostopadłościanu. Jednak, aby uzyskać odpowiedniej jakości dolne pasmo stosunkowo duża, bo przy średniej wysokości dość szeroka i głęboka. To niestety w wielu przypadkach może rodzić problemy z akceptacją designu przez wymagające nienagannej estetyki prezentacji nasze drugie połówki, ale nikt nie powiedział, że w naszym hobby będzie łatwo. Dlatego moim zdaniem na prezentowane w tym roku kolumny mogą pozwolić sobie jedynie dwa rodzaje audiofreaków. Pierwszymi są podobni do mnie, czyli dysponujący oddzielnym pomieszczeniem, zaś drugimi samce alfa z odpowiednią siłą perswazji w rodzinnych konsultacjach na temat zajmującego centralne miejsce w salonie sprzętu audio. Jeśli w skrócie miałbym odnieść się do jakości wizualizowania świata muzyki w tym pokoju, powiedziałbym, że system oferował przyjemne dla ucha, równe w całym pasmie, dobrze skorelowane w kwestiach basu środka i góry granie. Żadnych zbędnych fajerwerków, co zapewniam, nie tylko podczas wystaw, ale szczególnie podczas codziennego użytkowania jest bardzo tak zwanym dużym „plusem dodatnim”.
9. ELECTROCOMPANIET, TAD
W moim odczuciu to był znakomicie dobrany pod względem brzmienia tandem. Oczywiście chodzi o będącego gospodarzem tej prezentacji Electrocompnieta z jego najnowszymi i jak dotąd najmocniejszymi w kwestii oddawanej mocy monoblokami oraz wykorzystane do pokazu, znakomite w swym działaniu kolumny japońskiego TAD-a. Zestaw skonfigurowany z pomysłem, gdyż mocarne 800-ki w pełni panując nad zjawiskowo brzmiącymi monitorami całkowicie wyeliminowały sprawiający dramatyczne problemy wpływ niedużego pomieszczenia. Żadnego dudnienia, tylko swoboda, detal i gładkość podparte dobrą wagą dźwięku i w pełni kontrolowanymi, zapewniającymi stosowną motorykę przekazu impulsami energii. Takie granie na luzie, ale w pełnym zakresie ekspresji w trudnym wystawowym pokoju. Bez dwóch zdań wystawcy należą się brawa.
10. VITUS AUDIO, ZENSATI, LIROGON, EVEREST
Być może wielu z Was jeśli nawet siedzi głęboko tym hobby, bazując na liście wystawców nie wie, iż był to polsko-duński pokój. Powiem więcej, polski w większym stopniu, gdyż przy całym szacunku dla Skandynawów, których wszyscy znakomicie znamy i wiemy, co swoimi wyrobami reprezentują, w tym pokazie zostali jedynie poproszeni o udostępnienie swoich konstrukcji. Naturalnie, aby ich do siebie przekonać, potrzebne były przedwystawowe rozmowy bilateralne, podczas których po próbnych odsłuchach czterech muszkieterów postanowiło zewrzeć dźwiękowe szyki w podboju światowego rynku audio. Oczywiście dwójka z Danii od lat zaistnienie na nim ma już z tak zwanej głowy, ale widząc w nowych graczach duży potencjał nie przegapili okazji, aby kolejny raz pokazać uniwersalność brzmieniową oferowanych produktów. Jak wypadł ów system? Szczerze powiedziawszy wszystko oprócz kolumn gościłem u siebie – nawet rodzimy, mający swój oficjalny debiut streamer Everest tylko w tymczasowej obudowie – i wiedziałem, na co te zabawki stać. Problemem, a raczej jedyną niewiadomą były dla mnie oczywiście tylko polskie zespoły głośnikowe. Dlatego wchodząc do pokoju i zderzając się z kolokwialnie mówiąc różnie wypadającymi na wystawach, a mnie ogólnie osobiście nie do końca przekonującymi swoimi walorami brzmieniowymi kolumnami Lirogon, spodziewałem się … wszystkiego. Tymczasem było bardzo ciekawie i to mając bardzo pod górę. Pokoik wystawowy został wycięty z długiego wagonu bodajże kilkunastu metrów o szerokości 4 m – mój prywatny ma 4.8 m, co mogło koncertowo położyć pokaz. Jednak nie z tym teamem takie numery, bowiem zaproponowana konfiguracja soczystego i energetycznego Vitusa, z podobnie wpływającym na system, topowym okablowaniem #X od ZenSati, wspierane dobrze radzącym sobie w dolnym pasmie i oferującym zjawiskowy oddech prezentacji streamerem Everest zapewniły kolumnom Lirogon na tyle znakomity jakościowo sygnał, że nawet ja, osobnik mocno zdystansowany do wszelkich elektrostatów i magnetostatów pokazując skruchę za niesłuszne przypuszczenia musiałem posypać głowę popiłem. Całość zabrzmiała interesująco. Z mocnym dołem, jak to potrafią robić tak zwane „parawany” bardzo dobrą transparentnością i rozmachem, ale bez najmniejszych oznak natarczywości. Dla mnie jedno z bardziej wartościowych pomieszczeń wiedeńskiej imprezy.
11. CESSARO
Powiem szczerze, mimo pewnych oporów przed wejściem w świat kolumn tubowych od kilku ostatnich lat marka Cessaro udowadnia, że na bazie takich zespołów głośnikowych da się zaproponować fajny świat muzyki. Owszem, z ewidentną nutą tak zwanych megafonów, ale bez często męczącej nachalności. Jest tylko jeden drobny, ups przepraszam, niestety mocno wiążący potencjalnemu zainteresowanemu ręce problem. Mam na myśli warunki lokalowe. W typowych pokojach zwykłego Kowalskiego słuchając takich kolumn mamy wrażenie wkładania głowy do wiadra, a jedyną różnicą w odbiorze muzyki jest nadawanie jej posmaku materiału z jakiego zostały wykonane lejki lub innego rodzaju falowody – metal, plastik, drewno. Wiem, nieco przesadzam, ale specjalnie, aby przekazać sens mojego pochwalenia marki Cessaro za wystawowe sukcesy. Sukcesy, które bez wynajmowanych wielkich pomieszczeń w rozmiarach 150 – 300 m² przynajmniej w zderzeniu z moim postrzeganiem obcowania z muzyką zapewne nie miałyby miejsca. Na szczęście producent wie, jak udanie zaprezentować swoje konstrukcje i od kilku lat konsekwentnie to robi. W tym roku postawił na sygnał z magnetofonów szpulowych, co nawet jeśli były to tak zwane zgrywki z płyt cd i tak dawały fajną dawkę płynności przekazu. Ale to nie jedyny rozsądny zabieg formujący jakość prezentacji. Mam na myśli zastosowanie modułów basowych typu bass-horn. Jak widać na zdjęciach, posiłkowano się także konwencjonalnymi wielkimi subwooferami, ale z tego co udało mi się usłyszeć, w minimalnym stopniu, bo nie słyszałem spowolnienia tego zakresu, co dla tub jest arcyważne. Dzięki takim wyborom wystawcy siedząc odpowiednio daleko od kolumn dostałem spójny, bo mający szansę skonsolidować się po wydobyciu się z lejków, wspierany szybkim i solidnym basem dźwięk. Na tyle ciekawy, że wracałem do tego zestawu ze dwa razy. I pewnie nie uwierzycie, ale w celach odpoczynku od trudów wystawy, gdyż mimo pokaźnego poziomu głośności to co docierało do moich uszu było wysokiej próby, co pozwalało mi skalibrować słuch przed kolejnymi wizytami.
12. SILBATONE
Mówiąc prosto z mostu, mimo zwyczajowych zachwytów dosłownie wszystkich moich znajomych ten wystawca nigdy mnie nie ujął swoją prezentacją. Ja wiem, to kultowy zestaw i nie ma bata, musi się podobać. Niestety posmak wintydżowości muzyki jakoś do mnie nie trafiał. Aż do teraz. Nie wiem, być może to efekt kolejnej tegorocznej wielkiej sali – co przecież dla Silbatone jest standardem, dlatego w to powątpiewam, a być może puszczanego w momencie odwiedzin materiału, jednak bez względu na przyczynę takiego odbioru po latach nieudanych podejść wreszcie między nami młodzieżowo mówiąc „pykło”. I co ciekawe przy smutnej, bo związanej z opuszczeniem przez nas padołu ziemskiego twórczości Mozarta, czyli Requiem. Nie wiem do końca jak to. możliwe, ale te mroczny utwór dzięki rozmachowi i nieskrępowanej w domenie szybkości prezentacji oraz solidnej dawce energii na tyle głęboko poruszył moją duszę romantyka, że aby zweryfikować przypadkowość tak dobrego odbioru tegorocznego pokazu postanowiłem poczekać na inny repertuar. I? Panowie zaraz po „pogrzebie” polecieli z kultowym kawałkiem z solówką w głównej roli z repertuaru Led Zeppelin. Efekt? Kurde identyczny w oddziaływaniu na stan emocji jaki zafundował mi Mozart. Czyli co, postarzałem się na tyle, że zaczęły imponować mi drewniane tuby? Nie wiem, ale przyznaję, że posiedziałem u nich dobrych kilkadziesiąt minut.
13. NEOhighend
Ten producent niby zajmuje się tylko stabilizacją naszych zabawek audio, jednak każdy, kto spróbował brzmienia swoich komponentów na byle komodzie i w kontrze na dedykowanym stoliku, z autopsji wie, że to dwa inne światy. Światy jednoznacznie pokazujące, że dobrego dźwięku na byle czyn nie uzyskasz. A w tym przypadku w topowej serii mamy do czynienia z ciężkimi, bo toczonymi ze stali nogami w roli punktów podparcia dla grubych, przytwierdzonych do solidnej blachy, czyli dodatkowo zwiększających masę i sztywność platform blatów roboczych. Dlaczego cały czas wspominam o ciężarze? Oczywiście z uwagi na fakt zbawiennego wpływu tego parametru każdego mebla w walce ze szkodliwymi wibracjami degradującymi brzmienie zestawu audio. W tym przypadku ten temat był jednym z najważniejszych do rozwiązania podczas prac projektowych. Jednak nie jedynym, gdyż drugim okazała się być uniwersalność zastosowania, co realizuje modułowość konstrukcji. Chodzi o to, że każda półka jest samodzielną konstrukcją nośną i prostą zmianą długości toczonych nóg regulujemy niezbędne dla posiadanego zestawu prześwity pomiędzy półkami. Proste, skuteczne i uniwersalne. Ale to nie jedyne działania marki, gdyż od niedawna panowie postanowili wprowadzić do oferty różnej maści stopki antywibracyjne. Każdy model inaczej skonstruowany, co daje nam szerokie pole do idealnej kalibracji posiadanej elektronicznej zbieraniny. A i to nie koniec ciekawostek. Prezentuje to jedna z fotografii. A jest nią propozycja pomalowania zakupionych platform na wybrany przez nabywcę kolor. Tutaj widzimy kultowego Porsche w szarym błękicie, ale paleta jest nieograniczona tak w rozumieniu marek będących zaczynem do takiej decyzji, jak i samych kolorów.
14. GRAPHITE AUDIO, LABOGA
Tak tak, to kolejni rodacy. W tym przypadku podobnie do poprzedników w jednej z części wystawców – Graphite Audio – mamy do czynienia z walką z wibracjami. Do niedawna tylko bazując na płaskich platformach o różnym skomplikowaniu budowy samego blatu. Jednak w tym roku producent postanowił wejść na drogę stolików audio. Na razie mocno pracuje nad finalnym produktem, ale jak widać na zdjęciach, bardzo bliski oficjalnej wersji bliski finału prototyp jako informacja dla licznych klientów o działaniach na tym polu pojawił się na tegorocznej wystawie. Jeśli chodzi o drugi człon tego stoiska, oczywiście mówimy o znanym z naszego portalu producencie high end-owego okablowania Laboga. Okablowania oferującego nie tylko wysoki WAF, ale także jakość soniczną. Niestety wystawa była statyczna, dlatego nic o działaniu obu bohaterów podczas wizyty u nich nie mogę powiedzieć, ale znając pozytywnie wypadający temat z osobistych testów nie mogłem o nich nie wspomnieć.
15. ESD
Jak widać, mamy kolejne tubowe szaleństwo. W rozmachu prezentacji w stylu Cessaro, z tą tylko różnicą, że kilkudziesięciokrotnie droższe, gdyż cena topowego zestawu ESD idzie nie w miliony, tylko dziesiątki milionów dolarów. Do tego ekstrawagancja designu jest wręcz nie do podrobienia. Wielkie „puzony”, niewiele mniejsze baterie małych silników samolotów odrzutowych w modułach średnio-wysokotonowych, równie solidne rozmiarowo bloki aktywnego zakresu basu i kilka słupków pełnych elektroniki sprawiały, że nawet najmniej zainteresowany naszą zabawą osobnik homo sapiens nie przeszedł obok takiego szaleństwa bez choćby śladowego zainteresowania. Oczywiście do pokazania walorów takiego braku ograniczeń potrzebne były przysłowiowe hektary kubatury. A, że marka poważna, bez problemu dostała takie w Wiedniu. I muszę powiedzieć, że dobrze, że dostała. A sprawa rozbija się o miejsce odsłuchu, w którym dźwięk jest już spójny, a nie dobywa się osobno z każdej tuby, czyli podobnie do wcześniej wspominanych Cessaro. Przekonałem się o tym nausznie raz siedząc nieco z przodu, a potem z tyłu. To były dwa światy w odbiorze tego systemu, naturalnie z jednoznacznym wskazaniem na ostatni rząd. I gdy wydawałoby się, że tak zwana mucha nie siada, ta jednak usiadła. Piję do zastosowania tylko konwencjonalnych subwooferów, a nie bass-hornów. To powodowało wyczuwalny brak spójności pomiędzy szybką górą i środkiem, a stosunkowo soczystym, często nazbyt krągłym i lejącym się po podłodze basem. Nie powiem, ogólnie na samym końcu było zjawiskowo, ale gdybym miał rozpatrywać taki set na własny użytek, bez dedykowanych hornów basowych by się nie obyło. Jednak co by nie mówić, pomijając szaleństwo cenowe i związane z wielkością komponentów potencjalne problemy lokalowe występ ESD zaliczam do puli bardzo ciekawych.
16. GOEBEL, VITUS AUDIO, WADAX
Chciał nie chciał ten pokaz kolumn Goebel-a wespół ze wzmocnieniem Vitus-a i źródłem Wadax-a zderzałem z zeszłorocznym mitingiem w podobnej sprzętowo, jednak innej modelowo, ale także znakomitej konfiguracji w fabryce producenta zespołów głośnikowych. Wówczas grały flagowe klepsydry, do tego w przygotowanym akustycznie oraz znacznie większym pomieszczeniu i nie, że powaliły, ale wręcz zdmuchnęły z ringu całą zeszłoroczną wystawą w Monachium. Teraz co prawda wszystko było inne, ale na tyle podobne, że nie mogłem obejść się bez konfrontacji tamtego i obecnego pokazu. W efekcie przemyśleń jasne było, że tegoroczna kombinacja nie pogoniła kota zeszłorocznej, ale na tle całości pokazów w Wiedniu nie dała się nie zauważyć. Był rozmach, witalność, kontrola i energia, które nie dały się pokonać pomieszczeniu, tylko pokazywały, jak znając się na rzeczy można lekko nagiąć prawa fizyki. Oczywiście z pewnym marginesem tolerancji, ale na tle problemów znakomitej większości wystawców to co zaprezentowało tytułowe trio, było pewnego rodzaju zjawiskiem.
17. PEAK CONSULT, CH PRECISION
Tutaj duński Peak był gospodarzem, który choć podobny do wcześniejszych, podczas tej wystawy pokazywał całkowicie nowy model kolumn w ofercie. Jak widać, wykorzystał do tego elektronikę CH Precision, co z braku doświadczeń z ostatnim brandem powodowało mój całkowity brak jakichkolwiek przypuszczeń co do finalnego brzmienia. Na szczęście Peak to znany z przewidywalności co do jakości brzmienia swoich konstrukcji podmiot i mimo połączenia najnowszego dziecka z obcą mi elektroniką bez problemu potrafił pokazać swoje, skądinąd znane mi z występów w moim pokoju walory. A były nimi nasycenie przekazu, dobre osadzenie go w masie dolnych rejestrów i unikanie nadmiernego serwowania słuchaczowi odstających jakościowo, nadmiernie rozdmuchanych wysokich tonów. Po prostu było barwnie i namacalne z dobrą energią. Tyle i aż tyle.
18. WILSON BENESCH, YPSILON
Pewnie nie wiecie, ale Wilson Benesch to mistrz w pozyskiwaniu funduszy na rozwój firmy. A prostym patentem na to jest działanie na polu innowacyjności wprowadzanych na rynek projektów. Jakich? Wszystkich nie znam, ale pierwszym z brzegu jest choćby widniejące w modelu na zdjęciu, znane z wielu projektów innych kolumn, powodujące ekspozycję sekcji magnetycznej odwrócenie przetworników do góry nogami. To zrozumiale wymaga przyłożenia się do zagadnienia estetycznego wykończenia pojawiających się w zasięgu wzroku elementów podczas procesu produkcyjnego, ale jeśli odwrócenie głośnika daje mierzalne i słyszalne efekty soniczne i do tego pozwala posiłkować się dotacjami, w moim odczuciu jest całkowicie zrozumiałe. Jak odebrałem ten pokaz? Ogólnie bardzo dobrze, bo dostałem płynnie podany oraz bogaty w informacje, przez co bardzo namacalnie, a czasem nawet intymnie wizualizowany materiał muzyczny. Jednak gdybym miał na siłę poutyskiwać, przyczepiłbym się do sensu puszczania muzyki organowej na bazie monitorów wspieranymi subwooferem w trudnym akustycznie pomieszczeniu. Niby tak zwany „burczybas” był, ale pewnych impulsów nie odnotowałem. Wiem nawet dlaczego, bo wzbudziłyby się szkodliwe mody pokoju, dlatego pracował wręcz symbolicznie. Ale w takim razie po co puszczać organy. Być może jako pokaz przygotowania systemu do pełnego spektrum materiału. Niestety tego nie wiem, ale gdy z czasu spędzonego w tym pomieszczeniu odcedzę ten aspekt, reszta fajnie czarowała.
19. DESTINATION AUDIO, KASOTO, TENTOGRA
Zanim przejdę do konkretów, spieszę wspomnieć, iż niniejszym systemem rozpoczynam krótki opis z wizyty w dwóch innych lokalizacjach wystawowych, od lat pojawiających się obok będącej głównym tematem tej relacji. Pierwszym nie mogła nie być oczywiście ekipa z Polski. W jej skład wchodziła lampowa elektronika i kolumny z tubą w tle Destination Audio, producent gramofonów Trentogra oraz twórca między innymi stolików i akcesoriów antywibracyjnych Kasoto. Jak wypadł ów pokaz? Jak zapewne na bazie naszego podwórka podczas jesiennej wystawy z pewnością większość z Was się spodziewa, był spektakl. Z nutą analogowej, lampowej i tubowej nostalgii, ale ze zjawiskową swobodą, barwą i namacalnością. Bez poszukiwania wyczynowości, tylko w służbie muzykalności, dlatego przyjemnie i relaksująco. Ale relaksująco nie w rozumieniu usypiania słuchacza, tylko podprogowego wciągania go w wir muzycznych wydarzeń w estetyce najlepszych dla lampy, tuby i gramofonu niestety minionych już lat.
20. KROMA, WADAX, ENGSTROM
Poznajecie? To kolumny, które wielu z Was okrzyknęło wręcz objawieniem ostatniej jesiennej wystawy w Warszawie. Wówczas było wyczynowo. Dla mnie na tyle mocno, że ocierało się o przekroczenie bezpiecznej linii płynności. Jednak było to działanie na życzenie słuchaczy, dlatego taki efekt wgniatania gości w fotel całkowicie rozumiałem. A jak teraz? Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że bardzo podobnie. Może z mniejszą ekspresją, bo pomieszczenie nieco skromniejsze od tego na PGE Narodowym, ale równie świetnie w odbiorze. Pełna paleta zaskoczeń dynamiką i impulsywnością implementacji zawartej w danym materiale energii w pozytywnym znaczeni zwrotu nie dawała chwili spokoju. Być może to propozycja nie dla wszystkich, bo znam wielu ludzi kochających pięknie i tylko pięknie podaną muzykę, co jest przeciwieństwem tej konfiguracji, ale dla mnie nawet w momencie optowania za nieco mniejszym akcentowaniem wyrazistości projekcji zaproponowany dźwięk był jedynie bardzo żywym, a nie męczącym sposobem na obcowanie z muzyką.
21. ESOTERIC, MARTEN
Esoteric to z jednej strony znana, ale jakoś na naszym rynku mająca nieco pod górkę marka. A swoje wnioski opieram na braku możliwości posłuchania czegokolwiek spod tego znaku towarowego poza … wystawami. A jeśli tak, chyba nikogo nie dziwi fakt mojego ambiwalentnego stosunku do tego brandu mimo zaskarbionej podczas rozmów z posiadaczami jej oferty wielkiej sympatii. Na szczęście obojętność nie wyklucza chęci kolejnych zderzeń z jej dokonaniami, które teraz miały swoje pięć minut w porozumieniu z duńskim i kolumnami Marten. Jak wypadło to pięć minut? Nie powiem, przyjemnie, bo w duchu dobrego wglądu w nagranie, jednak bez przekraczania dobrego smaku. Był detal, nasycenie i tąpnięcie, co sprawiło, że gdy trafi się kolejna szansa na posłuchanie Esoterica, tak jak w Wiedniu nie będę ociągał się z podniesieniem przysłowiowej rękawicy.
22. ESOTERIC, TANNOY
Kolejny, tym razem prostszy od strony rozbudowania konfiguracji set z Japończykami w tle. Tym razem jednak na bazie kultowych kolumn Tannoy. Jakieś wiążące wnioski? Jeden i dla mnie bardzo istotny. Mianowicie chodzi o fakt brzmienia systemu nie na przysłowiową modłę elektroniki, tylko w estetyce kolumn. Przyjemny posmak papieru, barwa i ogólna koherentność prezentacji pokazały, że to byli równorzędni partnerzy, a nie ciągnące linę w swoją stronę wrogo nastawieni do siebie konkurenci.
23. YG ACOUSTICS, YPSILON
Gdy zbliżaliśmy się z Marcinem do tego pokoju, trzęsienia ziemi nasuwały nam jedną myśl – ktoś chce zburzyć wieżowiec. To oczywiście było celowo przesadzone określenie, ale fakt faktem, że już kilkanaście metrów wcześniej dudniło aż miło. Naturalnie to efekt drżenia betonowej podłogi wiedeńskiego lokum i co najgorsze widząc tak wielkie kolumny nie do uniknięcia. Niemniej jednak, gdy po kliku minutach nasze ośrodki słuchu uległy lekkiej akomodacji do zastanych warunków lokalowo-dźwiękowych, oferta brzmieniowa okazała się być bardzo interesująca. Wyrazistość kolumn uzupełniała przyjazna barwowo i plastycznie elektronika co, gdy wyeliminowało się niechciane artefakty generowane przez pomieszczenie, dawało efekt fajnego, bo pełnego informacji i płynności spektaklu. Naturalnie przed zakupem system jest do posłuchania u siebie, ale już tam słychać było, że jest o co powalczyć.
Na tym kończę tę przecierającą szlaki w nowym miejscu relację z tegorocznej wystawy w Wiedniu. Miało być nieciekawie, ale jak wspominałem we wstępniaku, okazało się być zaskakująco intrygująco. A to dopiero start i trak naprawdę dla gospodarzy poligon doświadczalny pokazujący, na co zwrócić uwagę w kolejnych latach. Jeśli tylko będzie lepiej – najbardziej leżała kwestia cateringu, nie zdziwię się, gdy pojawi się ogólna opinia, że to znacznie lepsza lokalizacja od tej w Monachium. Jak będzie, pokaże czas. Dzisiaj jednak po 2 dniach marszobiegów po 7 km dziennie stwierdzam, że wyprawa warta była poświęconego czasu i energii. Do zobaczenia za rok.
Jacek Pazio
Choć już od zeszłego roku było wiadomo, że High End 2026 będzie, chociażby z racji zmiany lokalizacji z monachijskich hal MOC na wiedeński Austria Center Vienna (ACV), inny niż dotychczasowe edycje, to śmiem twierdzić, że nikt nie przewidział skali zmian z jakimi zmierzyć musieli się zarówno organizatorzy, jak i przybywający z najdalszych zakątków globu goście. Nie dość bowiem, iż na skutek zajętości ww. obiektu przez finał Eurowizji konieczne było przesunięcie terminu targów z maja na początek czerwca, to sama impreza z rangi głównej, czy wręcz jedynej została sprowadzona do poziomu jednej z trzech / czterech bądź generalnie … wielu, gdyż jak grzyby po deszczu zaczęły wokół niej wyrastać wydarzenia satelickie. Począwszy od podążającego za nią hifideluxe, poprzez lokalny Vienna Sound Fest w Techgate Building na Xclusive High End Show Vienna w Ares Tower i włoskiej inicjatywie w hotelu Melia skończywszy. Krótko mówiąc lecąc do Wiednia większość z nas nie miała bladego pojęcia czego na miejscu można się spodziewać a chociażby brak standardowego shuttle-busa z lotniska na targi i z powrotem, czy też permanentna awaria opcji przewodnika wystawowej apki pozwalającego umiejscowić danego wystawcę w gąszczu korytarzy co słabiej zorganizowane jednostki potrafił wprawić w lekką konsternację. Nie ma jednak co marudzić i kręcić nosem, tylko przejść do konkretów i pierwszych, pisanych niemalże na gorąco, refleksji. Zanim jednak przejdę do dania głównego, niejako na rozgrzewkę, w formie niezobowiązującej przystawki pozwolę sobie zaprezentować dosłownie kilka migawek ze wspomnianych przed chwilą alternatywnych eventów.
I tak na pierwszy ogień idzie polski pokój Missisipi na hifideluxe, w którym rola gospodarzy przypadła znanemu z naszych łam Destination Audio, regularnym bywalcom stołecznego AVS, czyli Tentogra, Soyaton i Kasoto oraz Lukas Audio Labs. Wprawne oko było w stanie wyłapać również stolik i stopki antywibracyjne Divine Acoustics. Oferowane przez rodzimą „spółdzielnię” brzmienie było przyjemnie rozdzielcze, o właściwej dynamice i swobodzie a przy tym, z racji metrażu dźwięk miał gdzie się „zmieścić”, co nieco uprzedzając fakty wcale nie było w Wiedniu normą.
W nieco skromniejszym metrażu musiał zmieścić się włoski Grandinote, choć i tu po raz kolejny udowodnił, że jeśli tylko konstruktor zna się na rzeczy, to i ze sporych gabarytowo kolumn jest stanie uzyskać wysoce satysfakcjonujący efekt.
Przenosząc się na drugą stronę Wagramer Straße do Vienna Sound Fest w Techgate Building niezobowiązująco rzuciliśmy tak okiem, jak i uchem na prezentowane tam systemy. I tu kolejna miła niespodzianka, gdyż już na dzień dobry można było zapoznać się z możliwościami elektroniki Wadaxa (Atlantis Reference), Engstrom Audio i znanych z Audio Video Show kolumn Kroma Atelier Maribel grającymi w sali o powierzchni 108m². Duży system, duży dźwięk i świetna dynamika.
Dla dysponujących nico skromniejszymi możliwościami tak finansowymi, jak i lokalowymi przygotowano zestaw Esoterica z kolumnami Marten Mingus Septet Statement Edition.
Japońska elektronika piętro wyżej towarzyszyła również klasycznym Tannoyom Westminster Royal.
Z kolei trend hi-tech reprezentował system z elektroniką Ypsilon, Taiko Audio Olympus i strzelistymi YG Acoustics Sonja 3.3.
A teraz danie główne, czyli 5 poziomów ACV wzbogacone o peryferyjne Gaming Zone i World of Headphones, które zapewniły nam moc wrażeń i całkiem ekscytujące, dobijające do 10km dziennie przebieżki. Jak się bowiem okazało mnogość sal odsłuchowych i ekspozycyjnych dorównywała całkowicie niewykorzystanym obszarom, przez co chcąc obejść każde z pięter chciał, nie chciał trzeba było robić „puste przebiegi”. Dodatkowo sytuacji nie ułatwiały boczne korytarze, do których wejścia niejednokrotnie nie różniły się od tych do pomieszczeń technicznych. Żeby jednak nie wyszło, że tylko ja marudzę podczas kuluarowych rozmów z wystawcami temat „kilometrówek” dotyczył również i dystrybutorów/producentów, gdyż o ile w MOC-u zazwyczaj operowali na obszarze korytarza / dwóch tutaj musieli uskuteczniać po kilka / kilkanaście mini maratonów dziennie.
Jedną z głównych atrakcji zapowiadanych na tegorocznym High Endzie była premiera tajemniczej nowości Bowers & Wilkins. Organizatorzy dodatkowo podkręcali temperaturę zbierając zapisy na sesje odsłuchowe a jednocześnie nawet nie puszczali pary z ust o tym, co ma być z okazji 60-lecia marki pokazane, więc zainteresowani tematem swój cenny czas rezerwowali niejako w ciemno. Jak się jednak okazało było warto, gdyż ekipa z Worthing pojawiła się z najnowszą, jubileuszową odsłoną swoich flagowych 801 D5. Jak widać od poprzedniej inkarnacji (D4) większych zmian designu nie wprowadzono, jednak konstruktorzy szli w zaparte, że wewnątrz jeśli nie wszystko, to większość jest kompletnie przeprojektowana a całość reprezentuje dramatycznie wyższy poziom zaawansowania, co z reszta ma być udokumentowane w laboratoryjnych pomiarach. Jak wyjdzie „w praniu” czas pokaże, jednak mało optymalne, wystawowe warunki wypadły wielce obiecująco.
Szukając klucza, według którego mógłbym prowadzić wirtualną wycieczkę po kilometrach korytarzy ACV uznałem, że najrozsądniej będzie ignorując chronologię szukać dla poszczególnych systemów jakiegoś wspólnego mianownika. Idąc tym tropem tegoroczny maraton rozpocznę od jednej z „poważniejszych” propozycji, czyli premiery majestatycznych Göbeli Divin Monarque, którym towarzyszyła elektronika Wadaxa i Vitus Audio – przedwzmacniacz liniowy MP-L201 Mk.II i monobloki MP-M201 Mk.II.
Nieco skromniejszy set grał w „budce” w sekcji X5, gdzie SV-Audio Astrid (kolejna premiera) napędzały okablowane ZenSati Angel, ustawione na platformach Neohighend „małe” Vitusy.
To jednak nie koniec duńskich akcentów, gdyż wespół z naszym rodzimym transportem plików Everest Audio DAC/streamer SD-025 Mk.II, przedwzmacniacz SL-103 i stereofoniczna końcówka mocy SS-103 okablowane ZenSati #X napędzały polskie elektrostaty Lirogon Origin, które to kolumny w adekwatnej ich możliwościom kubaturze zrobiły zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenie aniżeli podczas minionego AVS.
Z bardziej egzotycznych, acz doskonale znanych bywalcom High Endu marek nie sposób pominąć nieśmiało przebijającą się na naszym rynku włoską Omegę grającą w Wiedniu zarówno w pełnym, uzupełnionym akcesoriami Omicron Group (Power Boost) set-upie …
… jak i dostawcy źródła, obok naszej rodzimej J.Sikory Reference dla elektroniki Aries Cerat i kolumn Alsyvox Raffaello.
A skoro o lubelskich szlifierkach mowa, to śmiem twierdzić, iż były one jednymi z częściej przeze mnie widzianych analogowych źródeł podczas tegorocznego High Endu. Z tego, co mówił Robert pod opieką mieli bodajże sześć systemów. Przykładowo, oprócz powyższego zestawu uzbrojony w ramię KV12 Max z wkładką DS Audio Grand Master EX majestatyczny Standard Max Supreme grał w pokoju Martina Logana z elektroniką EMM Labs i intrygująco czerwonymi kolumnami Neolith.
Model Reference z ramieniem KV12 Max i wkładką Aidas Mammoth Gold wspomagał elektronikę Goldmunda i zjawiskowe Kharmy Enigma Veyron EV1D-C.
A najmniejszy, uzbrojony we wkładkę Kagami Uno Aspire wespół z phonostage Engstrom M-Phono i integrą Engstrom Arne współgrał z niewielkimi podłogówkami Kroma Thais.
Z kolei większe Kromy – model Irya napędzały potężne monobloki Orpheus Lab M1400 a resztę toru stanowili reprezentanci z linii Heritage Ultimate.
Skoro o zabawkach dla dużych dzieci i kruczo-czarnych kolumnach mowa, to nie sposób nie wspomnieć o grających z topowym systemem Accustic Arts dość poważnie przeprojektowanych (tym razem o obudowach zamkniętych) flagowych Gauderach Berlina RC15.
Nie mniej imponująco prezentowały się posępne Avalony Saga Signature grające z elektroniką Doshi Audio z serii Evolution V3, gramofonem Kuzma Reference 2 z ramieniem Tri-Planar i wkłądką Charisma Audio Signature YYZ. Domenę cyfrową reprezentowały Kalista Dream Stream Streamer i Mantax DAC.
Na tegorocznym High Endzie Marten zaprezentował najnowszą linię Dexter, z której w ich pokoju można było posłuchać flagowego modelu Quintet, który swą żywiołowością potrafił zawstydzić niejedną, znacznie większą konstrukcję a biorąc pod uwagę, iż iście atomowym basem kopał nie mniej skutecznie co śp. Chuck Norris wszyscy miłośnicy ciężkiego rocka powinni czym prędzej umawiać się na odsłuchy.
Znane z wcześniejszych prezentacji Marteny Coltrane Quintet Statement Edition grały w systemie Audii Flight z topową elektroniką z serii Strumento.
Nieco mniejsze, Parker Quintet Diamond Edition można było usłyszeć zarówno w systemie Lumina.
Jak i Luxmana.
A Coltrane Quintet Statement Edition, tym razem w wykończeniu Piano Black gościły w set-upie Innuosa, który z kolei był jednym z popularniejszych dostawców sekcji cyfrowych na wystawie. Portugalczycy w swoim firmowym pokoju prezentowali streamer/serwer NAZARÉ, NazaréNET switch, NazaréFLOW reclocker, EMM Labs DA2i DAC, przedwzmacniacz EMM Labs PREi i monobloki EMM Labs MTRX2 v2.
Phoenix DAC pracował m.in. z kompaktowymi a przez to niezwykle przyjaznymi blokowym metrażom Opus 1 Avantgarde Acoustic .
A streamer/serwer NAZARÉ z elektroniką CH Precision zasilał mające swą premierę Peak Consult Sunfyre.
Nieco mniej absorbujące gabarytowo propozycje przygotował japoński TAD ustawiając w swej dali dwa systemy – pierwszy ze streamerem/serwerem NAZARÉ, odtwarzaczem/DACiem D1000TX, przedwzmacniaczem C1000, wzmacniaczem M2500TX i kolumnami GE1, oraz drugi – z gramofonem Transrotor Ascanio FMD, streamerem Innuos ZENith Next-Gen, DACiem DA1000TX, integrą A1000 i kolumnami E1AX.
Jeśli jednak ktoś miał ochotę na japońskie monitory to TAD CE1TX grały w systemie Electrocompanieta z flagowym przedwzmacniaczem EC 5 i monoblokami AW800 M.
Jak co roku trudno wyobrazić sobie High End bez Amerykanów z Wilson Audio, którzy pojawili się tym razem m.in. z Alexiami V w wykończeniuCrimson Satin zasilanymi z Dan D’Agostino Progression NEO PreAmp i pary Dan D’Agostino Progression NEO Mono współpracujących z tercetem dCS-a (Vivaldi Upsampler Plus / Network-Streamer + Vivaldi APEX DAC VDC + Vivaldi Master Clock) a o domenę analogową dbał VPI Model One z phonostagem VTL TP-2.5i.
Natomiast z topowymi monoblokami Constellation Audio Statement w czwartek Wilsony grały nazbyt ofensywnie i krzykliwie, by dopiero w piątkowe popołudnie zaoferować zdecydowanie bardziej zrównoważoną tonalnie prezentację.
Żadnych anomalii nie odnotowałem za to w pokoju Nordosta, gdzie grały napędzane dCSem Bartok APEX i Dan D’Agostino Momentum MvX urodziwe Watt/Puppy 50th Anniversary.
Zaskakująco skromnie prezentował się system z debiutującymi „kompaktowymi” 100W A-klasowymi monoblokami Boulder 851, phonostagem 808 i YG Acoustics grający w mało przyjaznym i przypominającym metrażem warunki Hotelu Sobieski pokoju.
Aby posłuchać właściwej Amerykanom rozmiarówki, czyli duetu 2160 /2110 trzeba było pofatygować się do „budki”, gdzie grały kolumny Ø Audio Ymir.
Soulution w tym roku niespodziewanie postawił na „parawany” Alsyvox Caravaggio zasilając je zestawem, w skład którego weszły m.in. gramofon 787, DAC 760 i monobloki 717.
Zdecydowanie bardziej „konwencjonalne” propozycje czekały na akolitów szwajcarskiej marki w pokojach Auer Acoustics.
Z kolei elektronika Karan Acoustics grała z okablowaniem (Generation X) i kolumnami (Lisa) Esprit Audio.
Kontynuując wątek wariacji nt. bieli w projektowaniu kolumn głośnikowych wypada wspomnieć również o Cantonie, który w towarzystwie elektroniki AVM-a prezentował flagowe Reference Alpha 1 i nowe Vento 101. Niestety w obu przypadkach zarówno w czwartek, jak i piątek góra pasma była na tyle wyeksponowana, że każdorazowo kradła atencję słuchaczy. Było to o tyle dziwne, że z moich dotychczasowych obserwacji ani elektronika AVM-a, ani wcześniejsze modele Cantona nie wykazywały nadpobudliwości w tym podzakresie.
Wzorem Soulution również Wadax uznał za stosowne pokazać się w Wiedniu z nieco bardziej zwiewnej i eterycznej strony, więc zamiast konwencjonalnych kolumn zdecydował się na „parawany” Alsyvox.
Schodząc nieco na ziemię warto było zajrzeć do T+A, gdzie grało po prostu dobrze.
Z powyższej myśli technicznej skorzystał również ELAC, który modelem Concentro M 807 postanowił chyba zawstydzić McIntosha pod względem liczby użytych kopułek wysokotonowych.
Czymże byłby High End, bez swoistych ekstremów? Dlatego też nie można było pominąć systemów przeznaczonych dla posiadaczy zamków, pałaców, sal balowych i hangarów zdolnych pomieścić wierną replikę sterowca Hindenburg. Do owego elitarnego grona z pewnością można zaliczyć set-up z kolumnami Cessaro zasilanymi wzmacniaczami Alieno Electronics, w którym źródłem był gramofon Döhmann Audio Helix One Vacuum MkIII z ramionami SupaTrac Nighthawk 10.5 i Wilson Benesch Graviton uzbrojonymi we wkładki Analog Relax Ex1000 i Hana Umami Black.
Jeszcze bardziej po bandzie pojechała ekipa ESD wspomagając swoje tuby modułami basowymi Stenheima.
Do klasyki gatunku należała również „tubowa ściana” (Western Electric Mirrophonic (podwójne 4181a) + Western Electric 22B (555 ×4)) przywieziona przez ekipę Silbatone.
JBL pojawił się zarówno z „artefaktami” z przeszłości w postaci „komodowego”, w dodatku grającego (!) modelu C44 Paragon, jak i z najnowszymi flagowcami – imponującymi Summit Everest, z których każdy mógł pochwalić się parą 15” i parą 10” wooferów uzupełnionych firmową tubą z wysokotonowym HC4. Tutaj nie było taryfy ulgowej a wrażenia nauszne śmiało można było określić mianem koncertowych.
Jak już jesteśmy przy produktach zza wielkiej wody, to nie sposób było pominąć Magico, które pokazało S7-ki grające z elektroniką Wadaxa i dzielonym wzmocnieniem Pilium.
A Kanadyjskiej elektronice Brystona towarzyszyły równie świetnie czujące się zarówno w cywilnych, jak i studyjnych systemach intrygujące PMC Fenestria.
Dość kompaktowa elektronika Chorda (Ultima Pre3 + końcówki Ultima 7) grała w towarzystwie ATC SCM100 SL.
Elektroniki Ideon Audio można było posłuchać w co najmniej dwóch systemach. W mniejszym uszlachetniony Ideon AlphaWave LAN optimizerem plikograj Nous z pomocą integry Thraxa zasilał smukłe i filigranowe Brodmann Acoustics VC 7. Z kolei flagowy duet Ideon Abdolute Stream + Ideon Axiom DAC wraz ze wzmocnieniem EMM Labs grał z kolumnami Brodmann Acoustics JB 175.
Pathos Acoustics zaprezentował potężną, A-klasową integrę InPol Legacy.
Z całkiem bogatą „próbką” własnych możliwości w Wiedniu pojawiły się rodzime marki Fezz i Pylon, które oprócz „niemej” ekspozycji przygotowały grający system z monitorami Pylon Jade 10 i elektroniką Fezz – DAC-iem Equinox Prestige, preampem Sagita Prestige, końcówką mocy Titania MK2 a całość okablowano przewodami Tellurium Q z serii Black II.
Nieopodal można było spotkać kolejny polski duet, czyli Graphite Audio z David Laboga Custom Audio ze statyczną prezentacją nowego stolika oraz topowych przewodów cyfrowych z serii Ruby i Emerald.
W Wiedniu z solidnym pakietem nowości pojawiła się również Melodika prezentując prototypowy egzemplarz listwy zasilającej oraz najnowszych przewodów – BS2R, SBBN i SBLAN.
W przestronnej (188 m²) sali Raidho dość intensywnie eksploatowało trzy pary kolumn – podstawkowe X1.6 Reference oraz dwa podłogowe modele X2.8 i TD Signature Series.
Siltech do firmowego portfolio dokooptował dawno niewidzianą markę Sphinks pod szyldem której będzie prezentował wszelkie „niekablowe” prezentacje. A na High Endzie grał z podłogowych Sphinx Element 5, które zgodnie z solennymi zapewnieniami wytwórcy są ucieleśnieniem całkowicie nowego spojrzenia na ideę kolumn głośnikowych łącząc jedynie zalety a nie wady konstrukcji aktywnych i pasywnych. Nie chcę wyjść na malkontenta, ale przynajmniej w czwartek i piątek można było wierzyć co najwyżej na słowo, gdyż dźwięk przez nie oferowany był, przynajmniej na moje ucho nazbyt ofensywny. Jak jednak wiadomo wystawy służą do oglądania a nie słuchania, więc jeśli komuś odpowiada ich design sugeruję na spokojnie zapoznać się z ich możliwościami w bardziej kontrolowanych warunkach.
Dość nieoczywistą konfigurację przygotowało SoulNote, bowiem do zestawu składającego się z gramofonu Thorens TD124DD Exclusive + EMT Tondose 124 Exclusive oraz własnej elektroniki (Ground Master EX, E-3MC (New), E-3, P-3 i czterech monobloków M-3X) wybrało włoskie kolumny Albedo Acclara Diamond.
Po raz kolejny Stenheim udowodnił, że nie tylko zna się na rzeczy i wystawowe warunki mu niestraszne, lecz, że i subwoofery da się tak ustawić, by nie dominowały stereofonicznego przekazu.
Jeden z ciekawszych systemów tegorocznej wystawy przygotował Wilson Benesch z dumą prezentując futurystyczny gramofon Greenwich z uzbrojonym we wkładkę TESSELLATE® Ti-D Diamond ramieniem GRAVITON® Ti. Za oko i ucho łapały również intrygujące podstawkowe kolumny Endeavour 3zero wspomagane subwooferem IGx™ Infrasonic Generator. Za wzmocnienie odpowiadała elektronika Ypsilona a system okablowano przewodami Stealth Audio.
Kolumny Zellaton Plural Evo współpracowały z dość mało u nas znaną japońską elektroniką YS Sound pokazując, że przypisywana im (kolumnom) analityczność i emocjonalna zachowawczość bynajmniej nie są ich cechą natywną a jedynie pochodną konkretnej konfiguracji.
W pokoju Eversolo można było posłuchać nie tylko najnowszych modeli T10 (transport cyfrowy) i DMP-A8 Gen 2, lecz również intrygujących, modułowych kolumn Rose Handwerk Cerubin 2, za projekt których odpowiada Markus Grelka.
Najwyższa pora z mniej bądź bardziej zamkniętych kubatur przejść na open-space i przespacerować się po oferujących dobra wszelakie halach, gdzie cierpliwie czekającym na publikację naszej recenzji switchem UNio Poki 2.5G.
Ekipa Neohighend również nie przyjechała z pustymi rękami, więc do obejrzenia i pomacania były ich firmowe platformy, stoliki oraz stopki antywibracyjne.
Nie lada niespodziankę przygotowało Hifirose prezentując futurystyczne monobloki RA80, których fronty w całości zajmowały dotykowe, wysokorozdzielcze ekrany pozwalające nie tylko skonfigurować same wzmacniacze, co również scustomizować ich aparycję.
Na niemą ekspozycję zdecydowało się również Takumi.
Za oko łapały limitowane (edycje Deep Purple) szpulaki i gramofony Revox.
A jak jesteśmy przy „zespołowych limitacjach”, to i Clearaudio miało swój w tym udział kusząc edycjami Rammstein.
Sporo też działo się w sekcji słuchawkowej, gdzie np. Final z dumą prezentował flagowe DX10000 Limited Edition za drobne 9000€.
Za to jedne z najciekawszych wzorniczo dokanałówek śmiem uznać ofertę Noble i ich model Shogun.
Warto jednak mieć na uwadze, iż takich „pchełek” byle czym raczej nie napędzimy, więc warto było zainteresować się np. ofertą Questyle.
A jeśli chodzi o desktopowe „napędy” to też było w czym wybierać.
Uwagę zwracała ekspozycja japońskiej marki AIM Electronics, gdzie królowały przewody i to … cyfrowe, w tym przywodzący na myśl aktualną inkarnację „landryny” Furutecha model Ethernetowy NA6.
Z kolei tajwańskie Divini Audio kusiło zasilającym PT-Y.
Podobnie jak i Włosi z Portento Audio
A już zupełnie na koniec skromny akcent motoryzacyjny, czyli Mercedes S-Class S 450.
I z mojej strony to by było na tyle, jednak sugeruję zbytnio nie oddalać się od radioodbiorników, gdyż na dniach swoimi refleksjami podzieli się z Państwem Jacek.
Cdn. …
Marcin Olszewski
Opinia 1
Choć czasy bytności Densena DM-10 (z chromowanymi, nie złotymi gałami) w moim systemie dawno minęły, to motto jakie przyświecało wtenczas jego twórcom, czyli „życie jest zbyt krótkie na nudne Hi-Fi” („Life is too short for boring Hi-Fi”) nadal prowadzi mnie przez odmęty audiofilskich dylematów. Skoro bowiem muzyka opiera się przede wszystkim na emocjach i takowe u słuchaczy ma ze swego założenia budzić, to i system ją reprodukujący, wliczając w to jego najdrobniejsze składowe, nie powinien owego potencjału limitować. Nic bowiem tak nie psuje przyjemności odbioru ulubionego repertuaru jak właśnie nuda i emocje niczym na grzybobraniu, chyba, że ktoś owe zbieractwo wsadu do wigilijnych uszek uskutecznia na terenie poligonu podczas ostrego strzelania. Co jednak ciekawe, w audio a szczególnie w jego bardziej ambitnej odsłonie, czyli segmencie Hi-Fi i High End można zaobserwować pewien trudny do prostego wytłumaczenia fenomen polegający na tym, iż do wyzwolenia emocji a tym samym eliminacji nudy u części podobno zainteresowanych (choć coraz częściej mam co do tego poważne wątpliwości) tematem dyskutantów wcale nie są potrzebne jakiekolwiek dźwięki i doznania natury nausznej a jedynie zdjęcie, bądź lakoniczna wzmianka o … kablach i ich wpływie właśnie na dźwięk do odbiorców docierający. Nie czas jednak na czysto akademickie dywagacje nt. skuteczności metod leczenia ewentualnych fobii i stricte atawistycznych, bądź nabytych (np. w dzieciństwie) lęków przed okablowaniem. Dlatego też cytując klasyka w ramach dzisiejszego spotkania pragnę jedynie uspokoić nazbyt znerwicowane i straumatyzowane jednostki, które na widok przewodu zasilającego, przywodzącego na myśl np. takowy do prodiża, mogą mieć niezbyt miłe wspomnienia mówiąc „nie lękajcie się”. Nie lękajcie i posłuchajcie, bo to po pierwsze nie boli, a po drugie pozwala odkryć dotychczas ukryte i maskowane, w dodatku pozytywne emocje drzemiące w muzyce. A tak już na serio i wracając na właściwe tory cały powyższy wywód jest niczym innym, jak tylko niezobowiązującym podkładem i wstępem do spotkania z kolejnym wyrobem japońskiej manufaktury Tiglon – przewodem zasilającym TPL-2000A.
Wzorem swojego poprzednika z serii 3000 (White Tiger) Tiglon TPL-2000A do odbiorcy końcowego dociera w skromnym, acz z racji dodatkowej, zewnętrznej obwoluty, na swój sposób eleganckim, kartonowym pudełku. Ochronę zapewniają mu dwa niezbyt grube płaty czarnej gąbki oraz tekstylny woreczek z firmowym logotypem a na czas podróży wtyki ( topowe 50-ki Furutecha) otrzymują jeszcze zapobiegające obijaniu elastyczne siateczki. Sam przewód jest dość zgrabny – nieprzesadnie gruby i choć wykazuje tendencję do lekkiego sprężynowania daje się układać bez większych problemów. Z czysto „mierzalnych” parametrów dostępny jest zarówno w fabrycznych długościach 1.2, 1.8 oraz 2m i właśnie taki, najdłuższy ze standardowej rozmiarówki egzemplarz do nas dotarł, jak i w mniej standardowych – na zamówienie. Pod względem aparycji, z racji szaro-białej zewnętrznej plecionki ochronnej oraz charakterystycznych muf przypomina nieco goszczący u nas przedwiośniem 2018 r. Audiomica Laboratory Allbit Consequence, choć rodzimy przewód nie dość, że dysponował jednym modułem elektrostatycznym Acoustic Points to jeszcze wykorzystywał „inspirowane” Furutechami zamienniki. Tymczasem w Tiglonie są „prawilne” 50-ki NCF a puszki są dwie – zamknięte w czarnych termokurczkach filtry magnezowe „PMF mk II”. A właśnie, nie sposób nie wspomnieć, iż przy tytułowym reprezentancie serii 2000 z powodzeniem możemy magnez odmieniać praktycznie przez wszystkie przypadki, bowiem zaimplementowano w nim opatentowaną technologię „Magnesium Shield” oraz „H.S.E Grande”. Z kolei wiązki przewodzące wykonano z opracowanej przez General Electric miedzi beztlenowej „Dip-Forming Oxygen-Free Copper (DF-OFC)”. I tu dochodzimy do bardziej szczegółowej anatomii, gdyż każda z trzech wiązek przewodzących składa się z siedmiu przewodników o ø 0,18 mm każdy, które poddane zostały ww. procesowi H.S.E Grande – Hyper Saturated Energizer polegającemu na „nasycaniu” przewodników prądem o zaprogramowanym natężeniu. Wiązki poprowadzone są w izolacji PVC a całość umieszczono w wewnętrznej otulinie na którą nawinięto przeciwsobnie dwa ekrany z taśmy miedzianej. Następnie mamy kolejną warstwę PVC i trzeci, tym razem magnezowy ekran w postaci taśmy o grubości 100 μm. Kolejne dwie warstwy stanowi PVC o różnych właściwościach a całość stabilizuje zewnętrzna plecionka aero SF.
Wpięcie Tiglona w tor doskonale słychać i bynajmniej nie chodzi o sytuację, gdy porównujemy stan z i bez przewodu, bo jak wiadomo bez zasilania dźwięku spodziewać się nie ma co, lecz o fakt obecności jego „sygnatury”. Japońska sieciówka gra bowiem z niezwykłym entuzjazmem, żywiołowością i choć wyraźnie akcentuje oraz nieco przybliża pierwszy plan, to jednak cały czas zachowuje właściwe wysokiej półce wyrafinowanie i brak przesady. Jest to o tyle istotne, iż z racji angażująco rozświetlonej góry zbytnie nią epatowanie mogłoby niepotrzebnie podkreślić sybilanty, czy wręcz wwiercające się w synapsy partie dęciaków, dzwonienie blach, o bolesnej ognistości gitarowych riffów nawet nie wspominając a tym samym wywołać szybkie zmęczenie u słuchaczy niezdolnych dotrwać do końca albumu. A tak mamy brzmienie otwarte, świetnie napowietrzone i zarazem równie dynamiczne, co komunikatywne i choć miłośnicy pluszowych krągłości oraz lepkiej średnicy mogą czuć lekkie przytłoczenie nadmiarem serwowanych im bodźców, to śmiem twierdzić, że to nie wina samego przewodu, co nieco „odbiegających od normy” oczekiwań potencjalnych nabywców, choć jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. Wracając jednak do meritum i mając na uwadze metrykę przedmiotowego przewodu, jak i powyższe uwagi odnośnie jego sygnatury nie omieszkałem przetestować go na odpowiednim, stanowiącym swoisty papierek lakmusowy repertuarze i sięgnąłem po albumy „Into The Purgatory” power metalowej, założonej w Osace formacji Galneryus a następnie po cudownie eklektyczny „殯――死へ耽る想いは戮辱すら喰らい、彼方の生を愛する為に命を讃える――。” („Shi e Fukeru Omoi wa Rikujoku Sura Kurai, Kanata no Sei wo Aisuru Tame ni Inochi wo Tataeru――”) Imperial Circus Dead Decadence z Fukuoki jednoznacznie unauszniające, że jak się chce, to da się połączyć jedwabistą gładkość z godną katany ostrością, która zapewniając wysokiej próby rozdzielczość a przez to wgląd w jedynie pozornie kakofoniczny rozgardiasz wszystko trzyma w czasowo-przestrzennych ryzach. Podobną rolę odgrywa tu bas – niezwykle zwinny, zróżnicowany i porażający tak natychmiastowością, jak i energią. Zarówno stopa, jak i prowadzone po „garach” blasty kopią szybciej i mocniej niż wystrzeliwane z minigun-a M134 serie a jednocześnie mogą pochwalić się właściwym wypełnieniem i odpowiednią wagą. Nie popadają tym samym w zbytnią chrupkość, która może i początkowo intensyfikować tempo rozgrywających się na scenie wydarzeń, lecz na dłuższą metę deficyt energetyczno-masowy jawiłby się jako wyraźne przesunięcie równowagi tonalnej ku górze i zbytnia zwiewność prezentacji. A takich zabiegów powyższy repertuar nie tylko nie lubi, co nie wybacza. Słowem krew z uszu gwarantowana. A na TPL-2000A mieliśmy szaleńcze galopady, lecz również dbałość o solidność basowego fundamentu i wypełnienie precyzyjnie kreślonych konturów.
Zmieniając repertuar na nieco spokojniejszy, czyli sygnowane przez Yosi Horikawę „Spaces” i „Impulse” do głosu doszła jeszcze zdolność kreowania ponadprzeciętnej przestrzeni i iście holograficznej trójwymiarowości. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że spory w tym udział miały same niezwykle dopieszczone pod tym względem nagrania, ale fakt pozostaje faktem, że zazwyczaj podobnymi walorami mogą pochwalić się po wielokroć droższe konstrukcje. A właśnie, co do głosu, to nie sposób nie wspomnieć, iż Tiglon w znany chyba tylko sobie sposób łączy bezkompromisowe odwzorowanie artykulacji z jednoczesnym praktycznie całkowitym brakiem podkreślania sybilantów („Kamereon” Susan Wong), czy zbytniej szorstkości („Best II” Chie Ayado), przez co ścieżki wokalne brzmią na tyle realistycznie, że śmiało możemy mówić o niebezpiecznym zbliżeniu się do brzmienia na żywo / w studiu, czyli poziomu intensywności dźwięku zbieranego przez mikrofony. Dlatego też perełki w stylu „Diavola” Gabrielle Cavassy, przy której , wydawać by się mogło, nad wyraz intymne „Quelqu’un m’a dit” Carli Bruni jawią się niczym beznamiętne mamrotanie królowej lodu, męskiej części naszych czytelników sugeruję dozować sobie z odpowiednią rozwagą i po konsultacji z … kardiologiem.
Nie będę owijał w bawełnę i silił się na jakieś zawoalowane sugestie czy też zagmatwane metafory, więc prosto z mostu napiszę, że Tiglon TPL-2000A, choć prezentuje się, przynajmniej jak na High-End, nad wyraz niepozornie do owego elitarnego grona nie tylko bezsprzecznie przynależy, co wręcz w nim bryluje a tym samym, przy jego aktualnej, ledwo przekraczającej 8 kPLN cenie, śmiało można uznać za dumping i trudną do wytłumaczenia okazję. Jeśli zaś chodzi o docelową grupę odbiorców, to jeśli tylko ktoś nie jest zafiksowany na braku czytelności, pogrubionym basie i zgaszonej górze, to jeśli tylko może sobie na tytułowego Tiglona pozwolić, to szanse na to, że zostanie z nim ów przewód na długie lata określiłbym jako zaskakująco wysokie. Warto jednak mieć na uwadze, że TPL-2000A to nie ostatnie słowo Pana Kentaro Okino, który ma przecież w swym portfolio jeszcze flagowy model TPL-3000A-WT(White Tiger) … Ale to już zupełnie inna historia.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak z pewnością pamiętacie z będącym sprawcą dzisiejszego zamieszania – japońskim Tiglonem całkiem niedawno mieliśmy okazję już się spotkać. Co ciekawe, efekt tego pojedynku był na tyle owocny, że wywołał dwie istotne dla jego rynkowego bytu decyzje. Pierwszą, na bazie fajnych doświadczeń, był nasz anons do opiekuna marki, że chętnie byśmy coś spod tego znaku towarowego jeszcze zaopiniowali. Natomiast drugą pozostawienie sobie przez Marcina będącej ówczesnym punktem naszej przygody łączówki cyfrowej w wersji LAN na stałe jako punkt odniesienia dla potencjalnych kolejnych testów tego rodzaju okablowania. Czym zajmiemy się dzisiaj? Otóż po konsultacji z dystrybutorem Lector Audio Poland padło na kabel zasilający Tiglon TPL-2000A. Jak się sprawił? W którą stronę podryfował dźwięk? Na te i kilka innych potencjalnych pytań odpowiedź znajdziecie w kolejnych częściach tekstu.
Kreśląc kilka zdań o budowie naszego bohatera nie będę się rozwodził, tylko wspomnę o najważniejszych cechach. W pierwszym rzędzie warto wyartykułować, iż jako przewodnik Japończycy wykorzystali miedź w wersji DP-OFC. W drugiej kolejności co jest bardzo istotne dla finalnego brzmienia kabla, wspomniany przewodnik został poddany obróbce na bazie procesu Hyper Saturated Energizer. Zaś pakiet najważniejszych danych zamyka informacja o zastosowaniu ekranu wykonanego z folii magnezowej. Całość konstrukcji natomiast wieńczą topowe wtyki innego znanego producenta z Japonii, czyli Furutecha w wersji NCF.
Jak wypadła poddana sesji odsłuchowej sieciówka Tiglon TPL-2000A? Powiem szczerze, że w pozytywnym znaczeniu słowa byłem nieco zaskoczony. Mianowicie chodzi o bardzo zbliżoną estetykę formowania brzmienia zasilanego nią urządzenia do wersji LAN, mimo tak naprawdę pochodzenia konstrukcji z o oczko niższej linii produktowej. Jeśli w linii 2000 są jakieś potencjalne ograniczenia w stosunku do 3000, to zapewne do wychwycenia tylko podczas testu 1:1. Niestety nie miałem takiej możliwości, dlatego twierdzę, że jest bardzo blisko wyższego modelu niedawno testowanego kabla cyfrowego. Co to oznacza? Po pierwsze przekaz zyskał dodatkowego lekkiego kopniaka energii, co poprawiło motorykę i w konsekwencji radość prezentacji. Po drugie dolny zakres mimo odczuwalnego wzmocnienia masą nie stał się monotonny, tylko nadal oferował dużą różnorodność impulsów. Po trzecie dolna średnica zaskakiwała świetną czytelnością, a przez to namacalnością. Po czwarte jej wyższy zakres podobnie do cyfrówki został nieco doświetlony nadając jej fajnej w odbiorze witalności. A po piąte i chyba w kontekście wyższego środka najważniejsze, wysokie tony zostały zestrojone w służbie reszty zakresów częstotliwości, gdyż mimo zapewniania dla danego materiału stosownego poziomu dźwięczności nigdy nie popadały w nadinterpretację. Jednym zdaniem tytułowy kabel to wulkan radości i drive’u, co sprawiło, że podobnie do poprzedniego spotkania z ofertą Japończyków, także rym razem czas spędzony z muzyką kreowaną przy współudziale Tiglona TPL-2000A był pełen pozytywnych doznań.
Weźmy na tapet choćby płytę Garego Burtona z serii ECM Selected Recordings. To oczywiście składanka, ale fajnie pokazująca zabawę wspomnianego artysty wibrafonem przy akompaniamencie wielu różnych muzyków. A wybrałem ją dlatego, aby pokazać, że wspomniane lekkie doświetlenie wyższej średnicy w najmniejszym stopniu nie było problemem, tylko nieco inaczej akcentującym brzmienie tego instrumentu zabiegiem sonicznym. Dobrze kontrolowany zastrzyk energii na dole oczywiście z założenia był dobrem w najczystszej postaci, jednak nazbyt ochoczo ekspansywne centrum pasma mogłoby bardzo intensywnemu w kwestii dźwięczności wibrafonowi zrobić przysłowiowe kuku. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Owszem, pojawiał się w estetyce większej swobody wypełniania pomieszczenia blaskiem nieco jaśniej wibrujących pojedynczych nut, jednak odbierałem to jako nadanie muzyce smaczku, a nie w rozumieniu jakiegokolwiek problemu. Po prostu muzyka wypełniająca mój pokój była bardziej lotna i napowietrzona, a przez to bez najmniejszego problemu w pełni angażująca.
W przypadku mocnego uderzenia rockową twórczością formacji AC/DC z płyty „Highway To Hell” mój odbiór prezentacji był na podobnym poziomie do jazzu. Owszem, było więcej świeżości w paśmie wokalizy i wyższych częstotliwościach brzmienia tak ważnych dla grupy gitar, ale nadal bez efektu krzykliwości. Efekt był ciekawy, gdyż jakiekolwiek rozjaśnienie w tej muzyce zwyczajowo kończy się męczącym krzykiem. A tutaj muzyka brzmiała tylko bardziej ofensywnie, jednak konsekwentnie w wypracowanej w mojej głowie od lat młodości normie poziomu wyrazistości wypełniania mojego pomieszczenia tą rockową awanturą. A co z dolnym pasmem, które także zostało obdarowane nutą wyrazistości typu dobrze kontrolowana ilość energii? W tym przypadku naturalnie zyskał perkusista, bo stopa mocnym impulsem trafiała w punkt. A jeśli tak, chyba nikt nie podniesie larum gdy stwierdzę, iż dzięki temu fajnie zyskała także motoryka tego muzycznego przedsięwzięcia. Nic, tylko podkręcić gałkę wzmocnienia i w oparach buntu końcówki lat 70-tych oderwać się od rzeczywistości, z czego naturalnie bez namysłu skorzystałem.
Gdzie widziałbym tytułowy kabel sieciowy? Po pierwsze w systemach cierpiących na pewnego rodzaju brak solidnego w domenie ilości energii ataku oraz na niedobory w oddechu prezentacji. Japończyk działając na opisanych powyżej polach bez najmniejszych problemów przywróci muzyce życie. Ale to nie jedyna grupa, jaka powinna go spróbować we własnym środowisku sprzętowym. Mianowicie użycie Tiglona TPL-2000A nawet w zrównoważone zastawy może tchnąć szczyptę oczekiwanej witalności. Naturalnie wydarzenia sceniczne pokażą się z nieco jaśniejszej strony, jednak będzie to poziom kosmetyczny jako feedback wsparcia ich fajną witalnością projekcji i podkręcenia ogólnego drive’u. Jak widać, to dość uniwersalny, dlatego naprawdę ciekawy kabel sieciowy, co sprawia, że gdy rozglądamy się za tego typu akcesorium, grzechem byłoby go nie posłuchać.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Lector Audio Poland
Producent: TIGLON
Cena: 8 250 PLN / 2m
Najnowsze komentarze