Texas Monoblok otwiera linię wzmacniaczy dzielonych w ofercie Chris Sound Research – gdańskiej manufaktury konstruktora i znanego muzyka Krzysztofa Jarkowskiego. We wzmacniaczu zastosowano zaawansowane rozwiązania techniczne zdecydowanie odróżniające tę konstrukcję od innych konkurencyjnych spotykanych na rynku. Innowacyjność wzmacniacza Texas polega na zastosowaniu symetrycznych wzmacniaczy prądu stałego spełniających rolę regulatorów napięć zasilania stopnia mocy wzmacniacza. Tego rodzaju rozwiązanie dotychczas można było spotkać jedynie w bardzo kosztownych urządzeniach takich jak np. Pass Aleph 0 czy Levinson No33. Wzmacniacz Texas Monoblok posiada w pełni stabilizowany zasilacz wykorzystujący klasyczne transformatory z rdzeniem typu „C” lub toroidalne (w zależności od wersji) oraz zespół kondensatorów elektrolitycznych o łącznej pojemności 90.000uF dla każdego z kanałów. Konsekwencją tego rodzaju topologii jest duża precyzja i doskonała kontrola przetwarzania. Inną wyróżniającą się cechą tak skonstruowanego wzmacniacza jest realistyczna stereofonia oraz „gładkość” brzmienia osiągnięta z układu funkcjonującego w klasie AB pracującego ze stosunkowo niewielkim prądem spoczynkowym, a więc z układu energooszczędnego. Dobór elementów podporządkowany został rezultatom „tuningu subiektywnego” mającego na celu przywrócenie przetwarzanym dźwiękom ich pierwotnej naturalności. To właśnie optymalizacja parametrów niemierzalnych decyduje o ostatecznej reprodukcji wzmacniacza. Polegało to między innymi na doborze elementów, których właściwości w zasadniczy sposób oddziałują na wynikowe brzmienie urządzenia.
Zespoły głośnikowe chronione są przez zaawansowany układ zabezpieczeń monitorujący stopień wyjściowy wzmacniacza oraz temperaturę radiatorów.
Dane techniczne:
MOC – 90W (8Ohm)
ZNIEKSZTAŁCENIA THD – poniżej 0.05%
PASMO PRZENOSZENIA – 5Hz do 30kHz +/- 0.3%
STOSUNEK SYGNAŁ/SZUM – 100dB
MASA (para) – 22kg
HiFi Ja i Ty, Gdańsk, Al. Grunwaldzka 487A
Tel. 513 79 56 09
www.hifijaity.pl
Na IFA zadebiutuje także pierwszy monitor 4K do kina cyfrowego i najnowszy zaawansowany monitor dla graczy
Firma LG Electronics (LG) zaprezentuje na targach IFA 2014 w Berlinie swój najnowszy zakrzywiony, ultrapanoramiczny monitor IPS 21:9 (model 34UC97). Estetyczny 34-calowy monitor jest pierwszym tego typu urządzeniem wyposażonym w zakrzywiony ekran IPS 21:9 zapewniający niesamowitą jakość obrazu oraz szereg innych, przydatnych funkcji. Na targach IFA 2014 zadebiutuje także monitor 4K do kina cyfrowego (model 31MU97) oraz oferujący bogaty wachlarz dodatkowych funkcji, monitor dla graczy (model 24GM77) – oba cechują się niezrównaną wydajnością, nowoczesnym stylem i wszechstronną funkcjonalnością.
Flagowy model LG – zakrzywiony, ultrapanoramiczny monitor IPS 21:9, to uniwersalne rozwiązanie zarówno dla profesjonalistów, jak i miłośników domowej rozrywki. Dodatkowa powierzchnia ekranu daje więcej możliwości i wyższy komfort pracy, a lekkie zakrzywienie pozwala użytkownikom jeszcze bardziej wczuć się w akcję. Ekran o rozdzielczości Quad HD 3440×1440 pikseli oferuje fotografom i filmowcom poziom detali odpowiedni do ich wymagań. Monitor LG 34UC97 jest kompatybilny z komputerami PC oraz Mac i bez problemu radzi sobie z wyświetlaniem szczegółowej grafiki i filmów. Wsparcie Thunderbolt™ 2 zapewnia wydajny przesył danych – czterokrotnie szybszy w niż USB 3.0 – i pozwala połączyć kilka urządzeń jednocześnie. Monitor obsługuje także funkcję MAXX AUDIO® i system stereo 7W, co gwarantuje wysoką jakość dźwięku.
Oprócz pierwszego na świecie ultrapanoramicznego, zakrzywionego monitora 21:9, LG zaprezentuje także monitor do kina cyfrowego 4K, spełniający standardy Digital Cinema Initiative.
31-calowy ekran mieści aż 4096 x 2160 pikseli, osiągając rozdzielczość odpowiadającą czterem monitorom Full HD. Model 31MU97 pozwoli zawodowcom, np. montażystom, oglądać nagrania 4K w natywnej jakości. Monitor wyposażono w ekran LG IPS 4K, gwarantujący niesamowicie ostry obraz i szeroki kąt widzenia. Urządzenie jest w stanie wyświetlić 99% skali kolorów Adobe RGB, dzięki czemu idealnie nadaje się dla profesjonalistów z branży filmowej, graficznej i dla pasjonatów fotografii. Ekran jest fabrycznie gotowy do sprzętowej kalibracji i zawiera Dual Color Space – oprogramowanie kalibrujące True Color Pro, dostępne tylko w urządzeniach LG.
Gracze zachwycą się nowym monitorem LG 24GM77, zaprojektowanym specjalnie z myślą o dynamicznych grach FPS. Odświeżanie 144 Hz dba o poprawne wyświetlanie pełnej szczegółów grafiki, zaś tryb Dynamic Action Sync (DAS) znacznie zmniejsza opóźnienia, pozwalając graczom błyskawicznie reagować na wydarzenia. Z kolei funkcja Black Stabilizer gwarantuje bezbłędne wyświetlanie czerni, podczas gdy Game Mode oferuje trzy zoptymalizowane ustawienia, zmieniane jednym przyciskiem na obudowie. Oczywiście użytkownik może także samodzielnie dostosować szczegółowe ustawienia do własnych preferencji. Przygotowana specjalnie z myślą o tym monitorze funkcja Motion 240 redukuje smużenie, dzięki czasowi odświeżania mniejszemu niż 1 ms.
„Mimo że wielu z nas spędza teraz więcej czasu przed monitorem niż przed telewizorem, większość producentów nie nadąża za postępami w tej branży” – zauważa Hyoung-sei Park, Szef Działu IT Business w LG Electronics Home Entertainment Company. „Innowacje LG w dziedzinie wyświetlania obrazu nie ograniczają się do wiodących na rynku produktów do oglądania telewizji – aktywnie wprowadzamy je także do naszych monitorów. Dlatego z dumą przedstawiamy pierwszy ultrapanoramiczny monitor 21:9 z zakrzywionym ekranem IPS i kątem oglądania 178 stopni, który zapewni użytkownikom niezapomniane wrażenia wizualne”.
Nowa generacja zaawansowanych monitorów LG dla komputerów osobistych prezentowana będzie na IFA 2014 w hali 11.2, w dniach 5-10 września.
„Moda”, a raczej mniej lub bardziej zawoalowane próby osiągnięcia zysków, poprzez kopiowanie dobrze pozycjonowanych i odnoszących zauważalne sukcesy na rynku towarów, ostatnimi czasy dotknęła i nasze podwórko, a konkretnie mówiąc rynek kablarski. Jedni robią to bardzo dobrze, znacząco utrudniając weryfikację, czy mamy do czynienia z oryginałem, inni zaś klepią coś mniej więcej podobnego do protoplasty, licząc na nieuwagę, lub nieznajomość tematu potencjalnego nabywcy. Niestety trzeba sobie szczerze powiedzieć – ten proceder kwitnie w najlepsze, bez względu na jakość wykonania podróbek. Ludzie są tak naiwni, że „łykają” najprostsze bajki o życiowych problemach, zmuszających do błyskawicznej odsprzedaży towaru przez „biednych” z powodu takiego obrotu sprawy handlarzy trefnym towarem. Nawet z daleka „śmierdząca” niska cena, nie wzbudza u wielu kupujących odruchów obronnych, pchając ich w szpony hochsztaplerów. Na szczęście legalni producenci zaczynają stosować zagrywki obronne i certyfikują sprzedawany przez siebie towar. Jednak certyfikaty też można było podrabiać hurtowo, dlatego ostatnimi czasy niektóre marki zaostrzyły ten proces, oznaczając każdy kabel z osobna unikalnym numerem seryjnym. Doszło do tego, że otrzymane niedawno do podłączenia zestawu audio dość wysoko usytuowane w cenniku głośnikówki Siltecha, miały oddzielne dla każdego kanału pudełko, z różniącymi się nadrukowanymi nań kodami rozpoznawczymi. Pakując wszystko do kartonów, musiałem dokładnie weryfikować, który kabel idzie do danego kartonowego etui. To trochę zaczyna być uciązliwe, ale patrząc na to z drugiej strony, jeśli nie chcemy być oszukani, wydając około 80 tysięcy złotych za komplet przewodów kolumnowych, dobrze jest mieć możliwość sprawdzenia ich autentyczności, zasięgając informacji u zawsze przyjaznego klientowi – niezły tekst – dealera. Niestety idą chore czasy i musimy z tym żyć.
Jak można wywnioskować po „Słowie na Niedzielę” – wstępniaku, dzisiejszy tekst będzie obracał się w temacie okablowania. O różnych obozach postrzegania „grania” lub „niegrania” tegoż akcesorium, nie będę się uzewnętrzniał, gdyż każdy ma swój punkt widzenia i nie mi oceniać, czy dobry, czy zły. Niestety ja jakieś doświadczenie już posiadam i czasem decyduję się napisać o tym kilka zdań, a to że przyszła kolej na kable zasilające – należące do najbardziej kontrowersyjnych, wynika z wprowadzenia do oferty nowego modelu u dużego gracza na rynku. Jakiego? Znacie, znacie. Tak prawdę mówiąc cały początkowy wykład o podróbkach był wprowadzeniem do testu najnowszego modelu japońskich kabli sieciowych Acrolink 9500. To jest chyba jedna z najczęściej kopiowanych marek, ale na chwilę obecną nie stosuje żadnych wymyślnych „tweaków” w trosce o docelowego klienta, zakładając, że każdy kto chce wydać na kabel zasilający prawie 20 tysięcy złotych, zastanowi się dwa razy, zanim dokona transakcji w ciemno. Ale zostawmy dział oszukiwania ludzi w spokoju i przejdźmy do przyjemności po zakupie oryginalnego towaru. Ja nie miałem stresu weryfikacyjnego, gdyż w owe sieciówki wyposażył mnie krakowski dealer tej marki Eter Audio, z drobną uwagą, że to świeżynki i po dotychczasowym, co prawda niedługim czasie – jest spore zainteresowanie pośród klienteli – leżakowania na półce jako nówki, czeka mnie proces przystosowania ich do pracy w świecie audio, dla którego zostały stworzone.
Gdy przystąpiłem do rozpakowywania dostarczonej konfekcji prądowej, mym oczom ukazały się dziwnie cienkie – w kontekście obecnie panującej w High Endzie mody (grubo i sztywno) – półtorametrowe, ubrane w bordowo-czarną plecionkę i obciągnięte przeźroczystą koszulką zaskrońce. Patrząc na dostarczone komponenty, nagle okazuje się, że wyroby z tego pułapu cenowego nie muszą wyrywać gniazd przyłączeniowych, a żeby tego jeszcze było mało, dają się w miarę łatwo uformować za szafką ze sprzętem. Cuda panie, cuda. Wspomniane kabelki zaterminowano nieznanymi mi bliżej, ale bardzo solidnymi i ekstrawagancko prezentującymi się wtykami. W ocenie organoleptycznej całość wypada bardzo dobrze, ale na werdykt jak to się ma do ich umiejętności czarowania swoją wrażliwością muzyczną, musiałem trochę poczekać. Cały proces układania – wygrzewania – potraktowałem jako tło przy pracy i dopiero gdy nadszedł czas konfrontacji, przyjrzałem się im dokładniej. I tutaj muszę kolejny raz przypomnieć, że na pewnym poziomie jakości dźwięku wnoszone zmiany są raczej natury kosmetycznej, która decyduje o być albo nie być w danym zestawie. Dramatyczne różnice występują na szczęście rzadko i tylko w przypadkach całkowitego niedopasowania się systemu. To teoretycznie tylko wymyślnie skręcone wewnątrz cieniutkie druciki, mające dostarczyć prąd do urządzenia, ale nie zawsze jest im po drodze z odbiorcami, co daje o sobie znać podczas odsłuchów. W moim secie zastępowały swojego rodaka – również japońską markę Harmonix i nie wiem na ile jest w tym patriotyzmu, ale to było nieco inne, bardziej namacalne, ale nadal w podobnej specyfice granie. Znam audiofila posiadającego taki sam system jak ja tylko z innymi kolumnami, który przy zakupie listwy sieciowej konfrontował obie marki, zdecydowanie wskazując na bohatera dzisiejszego testu. Teraz mając owe kable u siebie, wiem dlaczego decyzja była taka, a nie inna. Tytułowe Acrolinki wysycają źródła pozorne, wyciągając je zdecydowanie lepiej z tła sceny muzycznej, ale dodatkowo wprowadzają w ten spektakl nieco pastelu w górnych rejestrach, delikatnie go wygładzając. Blachy nadal są czytelne, ale już nie tak ostre jak z moim setem. Niemniej jednak cały ten aspekt jest tylko muśnięciem, które najbardziej słychać w bezpośredniej konfrontacji, a kilkuminutowy proces akomodacji dość szybko pozycjonuje to jako niezbędną wartość dodaną, bez zbytniego angażowania nas w ten aspekt. Oczywiście znając swój zestaw, przez cały czas słuchania mimochodem czułem lekką ingerencję w codzienną referencję, ale było to czymś w rodzaju zwiększenia plastyki dobiegających do mnie dźwięków, co wielokrotnie – w zależności od materiału źródłowego – odbierałem – mimo sporej wrażliwości na górne pasmo – jako pozytywną zmianę. Nie było ruchów temperaturowych, mogących zaburzyć tak mozolnie strojony efekt końcowego brzmienia zestawu Reimyo, tylko drobne zmiany kosmetyczne, co na zajmującej przez 9500-ki półce cenowej jest dla niektórych przepaścią. Osobiście, zdobywszy nieco doświadczenia tej materii, nie określiłbym tego tak wyczynowo, ale po tych kilkunastu dniach stwierdzam, że ta dawka plastyki wynikającej z ich obecności, mogłaby pozostać u mnie na stałe. Niestety jak to w topowych produktach bywa, nieduże zmiany niestety generują duże koszty, na które w obecnej chwili nie mam wolnych środków płatniczych. I z tak prozaicznego powodu umarł temat zmian w systemie referencyjnym.
Znając clou możliwości Acrolinków – barwa podparta wysublimowana gładkością, razem z setem wpiętych sieciówek zapuściłem się w ulubione rejony muzyczne. „Piętno” wnoszonych zmian najbardziej odczuwalne było w materiale wysublimowanym brzmieniowo, dlatego skupiłem się na przyjemnościach, a nie próbach przetrwania. Free jazzowe wolne kompilacje pani Marilym Crispell wespół z Davidem Rothenbergiem zatytułowane „One Dark Night I Left My Silent House” były popisem artykulacji poszczególnych dźwięków w aksamitnej poświacie. Przedmuchy klarnetu basowego, kreślone dźwiękiem wibrującego drewnianego stroika, sprawiały wrażenie bezpośredniego odczucia drgań wydobywających się z lejkowatego ujścia instrumentu fal dźwiękowych. Jako uzupełnienie tego rzekłbym bytu międzykolumnowego wystąpił gładki i nasycony, ale nadal dobrze artykułowany fortepian. Niby duet grający smętną muzykę, co ja mówię, niektórzy uważają ten krążek za zbiór bliżej niepowiązanych ze sobą dźwięków, a tyle radości z wsadu emocjonalnego, jak i jakości jego prezentacji. Tego trzeba zaznać samemu, gdyż czasem ciężko jest wyrazić taki stan podniesienia duchowego, bez popadania w egzaltację, dlatego ograniczę się tylko do tej jednej pozycji płytowej, sygnalizując drzemiący potencjał w dostarczonych do testu kablach zasilających. Oczywiście wszystko rozpatrujemy przy założeniu pełnej synergii z resztą komponentów, co w moi przypadku było niezaprzeczalne.
Na koniec gwoli przypomnienia skrobnę kilka słów o sygnaturze brzmieniowej i docelowym kliencie. Jak można wywnioskować z opisu, Acrolink 9500 jest nasyconym średnicą kablem, w bonusie zwiększającym czytelność wirtualnych bytów na scenie, a jego ingerencja w górne pasmo delikatnie podnosi homogeniczność dobiegającego do naszych uszu dźwięku, nie powodując nalotu potocznie zwanej mgiełką. To jest nadal otwarte granie, podane w bardzo wykwintny sposób, a czy wpasuje się w nasze potrzeby, będzie zależeć od preferencji słuchacza i poziomu barwy jego systemu audio. Niemniej jednak, sądzę, że już neutralne systemy skorzystają z takiego zasilania, a nadpobudliwie generujące fale dźwiękowe narzędzia tortur, wydają się prosić o taki zastrzyk barwy. Jeśli ktoś jest w momencie sporządzania listy potencjalnych zakupów, sugeruję wpisać na nią przybyszy z kraju kwitnącej wiśni – Acrolink 9500. Cena wydaje się być zaporowa, ale osiągnięta synergia z naszym systemem, być może pozwoli nam się przełamać i nadwyrężając budżet, pozostawić tak dobrany zestaw. Kto wie?
Jacek Pazio
Dystrybucja: Eter Audio
Cena: 1,5m – 19 900 PLN
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H, Audio Philar Double Mode
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Od sierpnia 2014 roku salon audio FUSIC wprowadził usługę profesjonalnego mycia płyt winylowych z wykorzystaniem maszyny Hannl. Przyjmowane są zlecenia zarówno fizycznie w sklepie jak również „wysyłkowe”. Ceny są uzależnione od ilości płyt przekazanych do umycia i zaczynają się od 8 pln za jedną płytę. Każda umyta płyta jest dodatkowo wyposażana w nową, elektrostatyczną okładkę z papieru ryżowego japońskiego producenta Nagaoka.
Zapraszamy wszystkich zainteresowanych do wypróbowania usługi. Pierwsze płyty już umyte, a zadowoleni Klienci zapowiadają sukcesywne mycie całych swoich kolekcji.
Poniżej fotografie uzyskane za pomocą mikroskopu przedstawiające płytę przed i po umyciu.
Szczegóły u sprzedawców FUSIC.
W Centrum Kultury Śląskiej w Pałacu w Nakle Śląskim od 20 sierpnia będzie można oglądać osobliwą wystawę fotografii Janusza Różańskiego – absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie,Wydziału Grafiki w Katowicach, malarza, grafika, uznanego fotografa, projektanta opracowań płyt jazzowych m.in. wydawnictw płytowych Radia Katowice i Anety Zalejskiej – zaangażowanej częstochowskiej fotograf od trzech lat dokumentującej fotograficznie projekt Janusza YANINY Iwańskiego.
Wystawa zatytułowana jest „jazz&…”
Wielokropek pojawiający się w tytule jest bardzo znaczący, gdyż wskazuje ewidentnie na to,że prócz jazzu należy w tym zamyśle artystycznym poszukiwać czegoś więcej. I tak w istocie jest, gdyż odbiorca spotka się ze szczególnym rodzajem fotograficznego reportażu koncertowego, który pozwala na dotknięcie nieprzewidywalnego, czyli muzycznej improwizacjiz wielkimi emocjami towarzyszącymi grającym na żywo jazzmanom.
Wybitni soliści, jak na przykład Jan Ptaszyn Wróblewski, Michał Urbaniak, Ahmad Jamal,Candy Dulfer i wielu innych zostali sfotografowani w taki sposób, że właściwie ze zdjęć płyną dźwięki muzyki.Ta wspólna wystawa Janusza Różańskiego i Anety Zalejskiej łączy w sobie dwie różne postawy twórcze, które spaja dążenie do uchwycenia tego niepowtarzalnego momentu, w którym muzyk gra całym sobą.
Na tę świetną ekspozycję będą składały się fotografie wiszące na ścianie – czarno-białe, tradycyjnie oprawione – oraz duże szklane instalacje z kolorowymi zdjęciami stojące niezależnie w przestrzeni.W ten sposób będzie można zobaczyć osobliwy dialog form, fotograficzno-muzyczny duet,spotkanie dwóch artystycznych wrażliwości poszukujących emocji w sztuce i człowieku.
W środę 20 sierpnia 2014 roku o godzinie 18.00 odbędzie się wernisaż wystawy,któremu będzie towarzyszył koncert jazzowy MUCHA-MUSZYŃSKI DUO,spotkanie z muzykami, dziennikarzami muzycznymi i fotografami oraz prezentacja klasowego sprzętu audio.
Serdecznie zapraszamy na
jazz&…fotografię…spotkanie…koncert…&…
Wernisaż i wystawę wspierają:
Centrum Kultury Śląskiej w Pałacu w Nakle Śląskim,
ZPAF Okręg Śląski,
DubielVitrum,
MUCHA-MUSZYŃSKI DUO,
JAZZFORUM
Radio Katowice,
STOWARZYSZENIE SZTUKA TEATR
LOTOS JAZZ FESTIVAL – BIELSKA ZADYMKA JAZZOWA,
Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji w Częstochowie.
ENCORE7 – Egg-Shell,
ESTIMO,
Polski Dystrybutor „Davis acoustics”,
Gabinet psychologiczny „BEZ MASEK”,
Music Photographers Collective
Podstawki pod kable wykonane są z litego drewna. Składają się z dwóch części, które po włożeniu kabla skręca się ze sobą za pomocą 4 śrub imbusowych. Dopuszczają różne średnice kabli. Do tego przewidzieliśmy dwie osobne szczeliny. Pierwszą do cieńszych kabli do średnicy 10mm. Druga pozwala założyć kable o grubości od 15 do 21mm. Podstawki pod kable o większych średnicach możemy wykonać na zamówienie.
Proponujemy 2 warianty podstawek: podparte na 3 wkręcanych nogach, albo bez podpórek.
Kontakt kabli z podłożem jest źródłem szkodliwych wibracji przenoszonych w ten sposób na kable. Podstawki mają za zadanie izolację kabli od podłogi.
Zastosowanie ich przynosi zauważalną poprawę jakości dźwięku – przede wszystkim lepszą mikrodynamikę i wybrzmienia. Oczywiście skala zmian będzie inna – nie taka sama – dla różnych zestawów audio.
Wymiary: długość 110mm x szerokość 72mm x wysokość 45mm/ wysokość całkowita z nóżkami 525mm.
Przedstawione podstawki są projektem własnym.
HiFi Ja i Ty
Al. Grunwaldzka 487 A
80-309 Gdańsk
tel.513 79 56 09
W lipcu odbyła się w Niemczech Red Dot Gala 2014. Był czerwony dywan, byli zwycięzcy i przegrani, i były piękne przestrzenie Aalto-Theatre w Essen. Przede wszystkim były jednak nagrody dla najpiękniej zaprojektowanych, ale jakże funkcjonalnych urządzeń.
Niekwestionowanym liderem jeśli chodzi o przyznane nagrody jest koncern Harman, który pobił swój zeszłoroczny rekord otrzymując 19 (!) nagród (w 2013 roku było ich 17). – Nie projektujemy produktów, które tylko wyglądają wyjątkowo. Każde z zastosowanych rozwiązań ma swój konkretny powód i w tym, myślę, tkwi sekret, dlaczego tak wiele nagród trafia w nasze ręce – mówi Damian Mackiewicz, Dyrektor Projektowy i Kreatywny w Harman Kardon. Koncern, który zrzesza marki takie jak: JBL, Harman Kardon czy AKG z dumą podkreśla swoje osiągnięcia w dziedzinie łączenia najwyższej jakości dźwięku z intuicyjnym designem. Przyznane nagrody taki stan rzeczy potwierdzają.
Wszystkie nagrody zostały w tym roku rozdane w poniedziałek, 7 lipca, w Aalto-Theatre w Essen, Niemcy, gdzie odbyła się Red Dot Gala 2014. Każdy ze zwycięzców uhonorowany został i zaprezentowany ponad 1200 szacownym gościom, którzy przybyli na uroczystość. Po części oficjalnej przyszedł czas na nocne szaleństwo i zabawę w ramach świętowania sukcesu.
Nagroda w kategorii Product Design przyznawana jest przez Design Zentrum Nordrhein Westfalen od 1954 roku. Cieszy się wyrobioną marką i rozpoznawalnością na świecie. W tym roku 4 815 zgłoszeń z 53 krajów ocenianych było przez grono 40 niezależnych ekspertów takich jak zajmujący się modą i designem Jimmy Choo czy założyciel słynnej agencji projektowej Martin Darbyshire. Zwycięskie produkty muszą sprostać ścisłym kryteriom oceny obejmującym stopień innowacji, funkcjonalność oraz wysoką jakość. Ciekawostką jest także, że prezentowane są później w Muzeum Designu w Essen przynajmniej przez rok.
Koncern Harman nagrodzono w tym roku za:
• słuchawki AKG K545
• słuchawki AKG K845 BT
• słuchawki AKG Y40
• słuchawki AKG Y45 BT
• Harman/Kardon Sabre SB35 Soundbar
• słuchawki Harman/Kardon SoHo
• Infinity One Portable (głośnik bezprzewodowy)
• słuchawki JBL J46 BT
• słuchawki JBL J56 BT
• słuchawki JBL E30
• słuchawki JBL E40 BT
• słuchawki JBL E50 BT
• głośnik przenośny JBL Clip
• głośnik przenośny JBL Pulse
• słuchawki JBL Synchros 400 BT
• słuchawki JBL Reflect
• słuchawki JBL Reflect BT
• głośnik JBL Authentics L8.
Na załączonym zdjęciu Dyrektor Projektowy i Kreatywny Harman Kardon – Damian Mackiewicz – pozuje do zdjęć z wszystkimi 19 Red Dot Award, które przyznano koncernowi Harman.
Opinia 1
I stało się. Zapowiadana od kilku tygodni wizyta w naszych progach kompletnego, High End-owego systemu marki T+A z serii HV, napędzającego firmowe kolumny SOLITAIRE CWT 2000, stała się faktem. Nie wiem jaki był odsetek niedowiarków, ale jeśli takowi zacierali ręce, że nasze buńczuczne informacje spełzną na niczym, tym bardziej z miłą chęcią zapraszam ich, do zapoznania się z naszym punktem widzenia na ten monstrualnie drogi i ciężki, wpisujący się w sagę „System marzeń” zestaw audio. Z pierwszymi niejako zgrubnie informacyjnymi wrażeniami można było spotkać się w tekście zapowiadającym tourne T+A po Polsce, ale jak to często bywa, początkowe „łał” może ewaluować w sobie tylko znanym kierunku, dlatego ten tekst jest poprzedzony kilkudniowymi nocnymi nasiadówkami, które podczas smacznego snu członków rodziny gwarantowały minimalny szum tła. Ktoś pomyśli, że to jest mało istotne, gdyż dobry system zagra nawet na Dworcu Centralnym w szczycie komunikacyjnym i pewnie będzie miał rację, jednak ja na takiej półce cenowej nie szukam dobrego grania, tylko zarezerwowanej dla nielicznych magii przez duże „M”. Czy znalazłem? O nie, nie tak szybko. Nie po to pomagałem dźwigać ponad stu-kilogramowe kolumny i sześć czterdziesto – kilogramowych klocków, by w pierwszym akapicie zdradzić clou recenzji. Tak więc zapraszam do zgłębienia moich refleksji i wyimaginowanych ciągów myślowych, na temat rzeczonej dystrybuowanej przez warszawski HI TON niemieckiej manufaktury.
Kreśląc poprzedni akapit, wspominałem, że logistyka nawet do ulokowanego na parterze pomieszczenia odsłuchowego była drogą przez mękę. Trzech chłopa zaprzęgniętych do noszenia zespołów głośnikowych, z powodzeniem miało co dźwigać. Ale uspokajam zawczasu, że strat materialnych mimo wykończenia na wysoki połysk, nie było. Reszta urządzeń stanowiła tylko rozluźnienie do przeciągniętych mięśni i po półgodzinnej procedurze transportowej system znalazł się w docelowej kubaturze, gdzie spokojnie czekał na drugie dwugodzinne rozpakowująco – podłączające podejście. Koniec końców, z instrukcją w ręku, set został spięty i popłynęła muzyka. Proszę się nie dziwić, że panowie z salonu posiłkują się instrukcją, gdyż jak pisałem po wizycie w salonie, cały zestaw jest tak pomyślany, by najdrobniejszy błąd – nawet zła polaryzacja we wtyczce jakiegokolwiek kabla zasilającego – był natychmiast oznajmiany odpowiednim piktogramem, a realizacja tego wymaga odpowiedniej kolejności podłączania firmowej sieci transmisyjnej. Technika Panie pełną gębą, ale czy jest jeszcze pole do popisu w najważniejszym zadaniu, czyli brylowaniu w odtwarzanym materiale muzycznym?
Elektronika T+A to sześć sporej wielkości urządzeń o dość mocno zunifikowanej konstrukcji obudów. Z uwagi na jej mnogość opis ich postrzegania organoleptycznego skrócę do niezbędnego minimum, gdyż byłoby to zbyt męczące tak dla mnie, jak i potencjalnego czytelnika. Dlatego w skrócie. Całość dostarczonej elektroniki wystąpiła w satynowo-szaro-srebrnym z motywem czerni niektórych detali kolorze. Każda z obudów w swej czołowej płycie ma zaimplementowane większe lub mniejsze czarne okienko, za którym ukryto wskaźniki wychyłowe – końcówki mocy i zasilacze, wyświetlacze z niezbędnymi informacjami statusu i sensorowe przyciski sterujące, a centralnie pod nimi umieszczono logo firmy.Wszystkie elementy układanki posadowiono na bardzo niskich podklejonych filcem nóżkach, wpasowanych w wyprofilowaniach biegnących przez całą głębokość spodniej części obudowy i muszę przyznać, że dzięki temu takie przytulone do podłoża niczym bolid Formuły 1 urządzenie wyśmienicie się prezentuje. Każdy „domek” urządzenia T&A na górnej płaszczyźnie poprzez sporej wielkości okrągły opatrzony matowym znakiem firmowym wziernik, uchyla rąbka tajemnicy wewnętrznej budowy danego komponentu. Moim zdaniem ciekawe i zarazem świetne wizualnie posunięcie. Klient z reguły jest wścibski i aby zaspokoić jego choćby minimalne pokłady zainteresowania, często wystarczy podobne wprowadzające ożywienie wizualizacyjne rozwiązanie. W pierwszym akapicie zagaiłem o inteligentnej samokontroli tegoż zestawienia, które zrealizowano z góry ustalonym połączeniem szeregu łączówek firmowych. To na pierwszy rzut oka przyprawia o ból głowy, ale robi to przedstawiciel sklepu i tylko raz, tak więc nie ma tragedii. A gdy zmianą okablowania, zapragniemy zaspokoić swoje audiofilskie rządze, każdy błąd zostanie napiętnowany spektakularnym brakiem możliwości uruchomienia zestawu, co zmusi nas do przeanalizowania pająka połączeniowego. Stereofoniczne – w naszym przypadku mostkowane – końcówki mocy na bocznych ściankach otrzymały czarne radiatory odprowadzające ciepło, a tylny panel wyposażono w: dwa symetrycznie usytuowane po zewnętrznych stronach urządzenia zestawy terminali głośnikowych, firmowe złącze z zasilaczami, wejścia w standardzie RCA i XLR, wejście LAN, 20A gniazda sieciowe i wspomniane gniazda połączeń sterujących całością. Zasilacze końcówek w ramach wentylacji mają okienka na prawej i lewej flance górnej płaszczyzny, a tył z uwagi na minimalizm zadań dzierży wielopinowe złącze do końcówek mocy, 20A gniazdo zasilające i zestaw terminali kontynuujących kontrolę całości. Przedwzmacniacz liniowy jako centrum sterowania jest mekką wejść i wyjść w dwóch opcjach RCA I XLR, która oprócz tego oferuje jeszcze wejście LAN, i z uwagi na zadanie głównego nadzorcy całości jedno startowe złącze kontrolne. Niestety dla potencjalnych nabywców przedwzmacniacz (i niestety również źródło) ze względu na pełne odseparowanie układów wewnętrznych części analogowej od cyfrowej, wymaga dwóch kabli zasilających – tym razem już w „cywilnej” 15A odmianie. Przedni panel wyposażono w dwie znajdujące się na bokach duże gałki: wzmocnienia i wyboru źródeł, a dla miłośników nauszników w prawym dolnym rogu wyprowadzono terminal słuchawkowy. Proces napowietrzania tego elementu układanki jest powieleniem pomysłu zasilaczy – osłonięte siatką otwory na bokach górnego panelu. Źródło podobnie jak przedwzmacniacz jest pożeraczem kabli prądowych (2 szt. 15A) i jak poprzednik epatuje dwoma pokrętłami sterującymi całością urządzenia, a świeże powietrze wewnątrz gwarantują wcześniej opisywane w pre ciągi grawitacyjne. Z uwagi na fakt, że to nie jest zwykły odtwarzacz srebrnych krążków, wspomniane dwie gałki mają sporo do obsłużenia: radio internetowe, Cd, czytnik pamięci USB, jak również rasowy streamer. To „coś” w swej wielofunkcyjności wyprzedza większość obecnych na rynku urządzeń już w przedbiegach z jednym małym problemem, potencjalny klient musi iść z duchem czasu, a nie mentalnie siedzieć jeszcze w czasach płyt winylowych. Ale spokojnie, tacy jak ja powoli wymierają, a nawet jeśli nie zejdą z tego ziemskiego padołu zbyt wcześnie, po prostu nie odpalając połowy funkcji i tak powinni być w siódmym niebie. Więc problem praktycznie nie istnieje. Wracając do kompatybilności, na potrzeby testu nazwijmy to CD-ka, tył zachęca do wykorzystania gniazd: LAN, BNC, dwóch USB, AES EBU i optycznego na DAC. Jako kolejna część układanki jak reszta ma przelotkę sterowania.
Kolumny swoimi monstrualnymi gabarytami już podczas procesu organoleptycznego zapowiadają spore przeżycia emocjonalne podczas odsłuchów. 160 centymetrów ponad stukilogramowych słupów generujących dźwięki wykończono w pięknym fornirze Zebrano i pokryto lakierem w połysku. Na bocznych ściankach konstrukcji zaaplikowano po dwa współpracujące z membranami biernymi głośniki niskotonowe, a przód uzbrojono w baterię sześciu 15 cm średniotonówek i 92 – centymetrową autostradę aktywnie zasilanych wstęg. Nie ma miejsca na półśrodki. Jak to mówią: „Jak szaleć to szaleć”. Całość posadowiono na przykręcanej do zestawu kolców ciężkiej (40kg) podstawie, nadając tym posunięciem nieco zwiewności projektowi plastycznemu, co by nie mówić sporych brył – jeśli oczywiście ktoś ma spore pokłady wyobraźni. Niemniej jednak patrząc bezstronnym okiem, jest zdecydowanie lepiej, niżby kolumny stały płasko obudową na podłodze. Tak po krótce wygląda wizualizacja rozstawionego u mnie zestawu zza naszej zachodniej granicy. Proste, ale wysmakowane kształty połączone z obowiązującą obecnie kolorystyką, dają poczucie luksusu, który miałem nadzieję, nie pryśnie jak bańka mydlana podczas najważniejszego zadania jakie ma spełnić „System Marzeń” T+A, czyli przeniesienie słuchacza w piękny świat muzyki.
Gdy zasiadłem w fotelu odsłuchowym, miałem już pewien bagaż doświadczeń z testowanym systemem, ale w przypadkowo zastanych i całkowicie nieznanych mi warunkach, dlatego mimo wstępnie poprawnego ustawienia całości, pierwsze kilka godzin poświęciłem na idealne pozycjonowanie kolumn i żonglerkę okablowaniem. Tak na marginesie, szczęśliwy audiofil nabywca ziściwszy swoje najskrytsze marzenia zakupu stacjonującego u mnie zestawu, powinien przygotować drugi worek z pieniędzmi na niezbędną ilość adekwatnego jakościowo odrutowania. Dystrybutor zapewnił zestaw Cardas’a, ale jako poszukiwacz maksimum jakości nie omieszkałem powalczyć ze swoimi kablami. Po tej procedurze muszę stwierdzić, że system jest czuły na wszelkie zmiany, ale niestety wszystkie moje próby okazały się klapą, co z drugiej strony dało niezobowiązujący punkt dystrybutorowi za możliwie najlepszą konfigurację. Koniec końcem, jedyna zmiana jaka pozostała po mojej walce, to łączówka XLR Argento Audio w modelu Flow Master Reference.
To, że „łojenie” dobrze wypada na tym systemie wiedziałem już od miesiąca – Marcin w salonie i przedstawiciel warszawskiego Hi Ton-u w ramach rozgrzewki dali u mnie próbkę możliwości, dlatego jako wstępne umizgi ze mną wystąpiły krążki z materiałem nazywanym przez złośliwców plumkaniem. Jednak zanim przejdę do meritum mała złośliwość z mojej strony –ta goszcząca w moim domu cyfra, tak mocno się rozpasała w ilości komponentów, że 170-cio centymetrowy dwupółkowy stolik zajęty był w całości, nie pozwalając na występy źródła analogowego. Szkoda. Dlatego test oprę tylko na ciągach zero-jedynkowych. Jaki jest powód najczęstszego startu od takiej spokojnej muzyki? Już zdradzam. W sprzęcie audio przekroczenie pewnego punktu cenowego, nie może oznaczać jedynie bardzo dobrego grania. Ba powiem więcej, to jest niezbędne minimum – inna sprawa, że coraz częściej spotykam próby usprawiedliwiania faktu złej jakości dźwięku wizją „twórcy” takiego kwiatka, które na szczęście przy minimum osłuchania możemy dość szybko zweryfikować. To, że dobrze odtwarzana jest ciężka muzyka też jest bardzo ważne, ale taka nie zawsze pokaże nam poziom wysublimowania danego zestawu. Do tego potrzeba ciszy, skupienia i odpowiedniej pod względem realizacji, jak również wsadu merytorycznego materiału muzycznego. Już same dobiegające do naszych uszu frazy muzyczne, powinny wprowadzać wrażliwość słuchacza w stan „nieważkości”, wtedy możemy spróbować ocenić, czy system potrafi wykreować na tyle realistyczną scenę, by odbiór był zbliżony do spektaklu 3D. Jeśli ktoś sądzi, że błądzę we mgle, ma święty spokój, gdyż nie dążąc do takiego stanu, dość szybko będzie zadowolonym melomanem, natomiast wszyscy zdający sobie sprawę, że tak się da, lub chcący posmakować takiej projekcji, będą szukać tej magii do skutku. I niestety muszę brutalnie oświadczyć, że nie jest to takie proste, gdyż ten sam system w różnych nawet odpowiednio zaadoptowanych pomieszczeniach odsłuchowych, może całkowicie inaczej zaprezentować swoje możliwości zabrania nas w świat muzyki. Tak więc podobne do tego testy są jakimś drogowskazem, ale tylko własne doświadczenia mogą być przysłowiową kropką nad „i” w procesie decyzyjnym.
Na pierwszy ogień poszedł materiał z dość ciężkim – dla niewtajemniczonych słuchaczy – mimo wolnego tempa – free jazzem. W warszawskim klubie KAIM określili to jako zbiór dźwięków (już od kilku lat próbuję ucywilizować ich w tej materii, jednak na razie z marnym skutkiem), ale dla mnie i wielu wielbicieli tego nurtu, jest feerią układających się w logiczną całość fraz nutowych, które odpowiednio podane, nie pozwalają na zmianę repertuaru do momentu powrotu lasera w stan spoczynku. I pragnę oświadczyć, że co prawda dopiero po kilkudniowych próbach ustawienia monstrualnie wielkich kolumn, ale uzyskałem tak oczekiwane, pięknie zawieszone w przestrzeni między kolumnowej, skrzące się blachy perkusisty. Wszelkie obawy o natarczywość prawie metrowego zestawu głośników wstęgowych prysnęły już w pierwszych dźwiękach. Płyta „Shifting Grace” w wykonaniu Michaela Rabbia, Marilyn Crispell i Vincent Courtois wypadła nader spektakularnie. Oderwane od przetworników przeszkadzajki, wespół z czytelnie oddanymi i pozycjonowanymi fortepianem i wiolonczelą, zdawały się nabierać realnych kształtów. Ten materiał zmusił mnie do przesłuchania trzech podobnych pozycji, w której jednym z bardzo ciekawie wypadających instrumentów był klarnet basowy. Wibracje stroika podczas wolno wdmuchiwanego w instrument powietrza przez artystę – Davida Rothenberga (w duecie ze wspomnianą panią Crispell), poprzedzone szumem narastającego weń ciśnienia, dla kochającego takie niuanse słuchacza, są często trudną do uzyskania przez jego zestaw wisienką na torcie. Tymczasem zestaw z Niemiec brylował w tym temacie bez najmniejszych problemów. Gęstość, konturowość, nasycenie i rozdzielczość były zadziwiająco wpisujące się w mój poziom oczekiwań. Wszystko na idealnym poziomie, bez jakichkolwiek wyskoków żadnego z pasm akustycznych. A patrząc na gabaryty zestawu głośnikowego, filigranowość – kiedy potrzeba – jest ostatnim przymiotnikiem, jaki powinien się nasuwać. Ta odsłona T+A jest tak dobrze zestrojona, że wspomniane próby z okablowaniem idące w kierunku podniesienia temperatury grania, kończyły się utratą kontroli niskich tonów. Co prawda zastosowanie bardziej wyrafinowanych łączówek czy sieciówek, uszlachetniało nieco górne rejestry, które i bez tego były bardzo dobre, ale straty w reszcie widma pasma zmuszały do powrotu startowego.
Gdy zakończyłem maraton „smutków”, na tacce napędu Cd zawitał zdecydowanie cięższy materiał muzyczny. Pewnie nie uwierzycie, ale był to stosunkowo niedawno recenzowany przez nas z Marcinem Folk Metal, będący owocem grupy Percival Schuttenbach. Mimo unikania przeciążania swoich bębenków, czasem sięgam po owy krążek z jednego prozaicznego powodu – jest dobrze zrealizowany i różnorodny w swej zawartości muzycznej. Trochę wokalizy, spokojnych kawałków i kiedy trzeba ostre jazdy. Takie wszystko w jednym, co nie zawsze się sprawdza, ale tutaj trafiało w punkt. Oczywiście nie odmówiłem sobie posłuchania chyba najbardziej „ulubionego” drugiego utworu, który lekko wytknąłem w ocenie za kontrowersyjność. Płynąca z głośników rytmiczna i energetyczna muza, nawet przez moment nie utraciła czytelności bez względu na szybkość i głośność pasaży nutowych, które czasem w celach testowych przerastały moje możliwości przyjemnego pochłaniania czegokolwiek, a już na pewno mającej zaczarować mnie muzyki – nie przepadam za zbyt ofensywnym poziomem decybeli. To był dobry test na rozdzielczość i makrodynamikę. Zapas mocy, jaki posiada elektronika niemieckiego producenta, bez problemów trzymał w ryzach tą naprawdę sporą ilość głośników przez cały słuchany krążek, a kiedy potrzeba bez problemów powodował masowanie organów wewnętrznych. Naprawdę czuć było drzemiącą weń moc.
Zbliżając się do końca weryfikacji możliwości sonicznych, jako materiał źródłowy posłużyła muzyka elektroniczna i Ambient. Dlaczego? Przecież to podobne do ciężkiego metalu mocne granie. Ale, ale, tam były instrumenty naturalne, a tutaj zaznamy sztucznych tworów komputerowych, które jak przystało na porządnego realizatora takich gatunków muzycznych, muszą być na tyle nietypowe i obfite, by ocierać się o ból. I teoretycznie rozumiem takie podejście twórców – ups, artystów, tylko na nasze nieszczęście sprzęt odtwarzający nie zawsze sobie z tym radzi. Wciskając przycisk Play na pilocie, obawiałem się tylko jednego – górnych rejestrów. O bas i środek byłem spokojny – przecież mamy niewyczerpane pokłady mocy, tymczasem według ogólnie utartej w świecie audiofilów reguły, natarczywe wstęgi z materiałem mającym za cel dominację w tym – aspekcie, mogły pozbawić mnie przyjemności zaznania porannych ptasich flirtów wokół domu na dłuższy okres czasu. I tutaj kolejne zaskoczenie, gdyż to, co docierało do moich małżowin usznych, było nader strawne. Może zestaw wycinał wszystkie artefakty często występującej w takich realizacjach kompresji, nie wiem, ale przyznam się bez bicia, mimo odczucia zadowolenie niestety ten set muzyczny ograniczyłem do minimum, gdyż znając potencjał testowanego seta audio, w brylowaniu z moją ulubioną muzyką – przecinana eterycznymi dźwiękami cisza, wolałem przyjemnie wykorzystać czas, pozostały do zniknięcia tak ciekawego systemu z moich progów.
Te kilka spędzonych z kolejnym „Systemem Marzeń” dni, było dla mnie wielką przyjemnością. Zestaw zdawał się nie mieć wad. I w wartościach bezwzględnych tak było. Pełna kontrola niskich częstotliwości przy nigdy nie używanych na co dzień poziomach głośności, trafiająca w moje pokłady nasycenia środkowa część pasma i o dziwo szlachetnie wypadające (czasem nawet za szlachetnie) górne rejestry, mikro i mikrodynamika na wyśrubowanym poziomie długo będą ciężkim orzechem do zgryzienia przez potencjalnych następców. Trochę poświęconego czasu na czytelne, dające obraz idealnie poukładanej sceny ustawianie kolumn, nie jest niczym deprecjonującym. Jedyne na co należy zwracać uwagę to okablowanie. Musi być neutralne, bez jakichkolwiek prób poprawy barwy całości, inaczej czeka nas utrata konturowości. Oczywiście jak przystało na centrum dowodzenia wszystkim co opiera się o odtwarzanie materiału cyfrowego, na pokładzie odtwarzacza znajdziemy stosowny korektor pasma akustycznego, ale to już trochę kłóci się z ideą ortodoksyjnego audiofilizmu. Ja aż tak bezwzględny nie jestem i czasem korzystałem z szybkiej możliwości obcinania lub podbijania pasma o 1.5 db dla każdego z zakresów na tylnym panelu kolumn, ale tylko sporadycznie i raczej w celach informacyjnych. Jednak, jeśli komuś ma to pomóc w opanowaniu szkodliwych częstotliwości pomieszczenia, to czemu nie użyć. I tak poza nami nikt się nie dowie. Czy można lepiej, oczywiście, że można i czekam na to z utęsknieniem. A jak to się ma do mojego wzorca? Mam kilka różnych punktów zaczepnych, ale wspomnę tylko o jednym i według mnie najważniejszym. Po tych kilku dniach z T+A i na bazie wcześniejszych doświadczeń wiem, że duże gabarytowo kolumny nie osiągną takiej możliwości znikania z pomieszczenia i budowania głębi planów sceny muzycznej jak monitory. W tej odsłonie było naprawdę dobrze i chyba najlepiej z dotychczasowych doświadczeń, ale słyszałem lepszą prezentację wirtualnej sceny – co ja piszę, mam na co dzień dwa piętra wyżej swoją nirwanę w tej dziedzinie. Co prawda jako uzupełnienie monitorów mam moduły basowe, ale użycie głośnika koncentrycznego w małej obudowie, według moich nausznych doświadczeń stawia jak do tej pory nieosiągalny dla wielkich konstrukcji próg sposobu zawieszenia dźwięków w eterze. Nie wiem na pewno, ale sądzę, że do takiej prezentacji potrzebna jest ręka Japończyka, który do niedużego pokoju wstawia spore podłogówki i tak stroi całość, by oczami wyobraźni kazać nam wodzić po głębokiej wirtualnej scenie, za rozbrzmiewającymi źródłami dźwięku, z poczuciem pełnej ich wizualizacji. Pewnie Marcin jak to czasem bywa, pokiwa ze zdumieniem głową, ale czekam z utęsknieniem na moment, gdy wskoczy na odpowiedni pułap jakościowy codziennego grania – nie kilkudniowych spotkań, gdyż to są dość ulotne odczucia – i przyzna mi rację. Wówczas jego ocena brzmienia nie będzie polegała na doszukiwaniu się pewnych aspektów, tylko punktowaniu ich nieobecności. Jednak zaznaczam od razu, mój zestaw nie jest tak uniwersalny jak testowany i ze względu na repertuar był świadomym wyborem z całą masą wad dla wielu potencjalnych klientów zestawu T&A. Niemniej jednak, w mojej subiektywnej ocenie to, co zaprezentowali sąsiedzi z zachodu, jest warte żądanych pieniędzy i jeśli byłbym w stadium poszukiwań docelowego systemu, konkurencja musiałaby mocno się spiąć w sobie, by przeskoczyć tak wysoko postawioną poprzeczkę.
Jacek Pazio
System referencyjny:
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy CombakCorporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kablezasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cjaniskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Audio Philar Double
– zasilające: Harmonix AC Enacom
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Zasilanie
– listwa sieciowa KBL SOUND Reference Power Distributor
– kabel sieciowy KBL SOUND Red Eye
Opinia 2
Co prawda od naszej wizyty w warszawskim salonie Hi-Ton Home of Perfection upłynęło zaledwie półtora miesiąca, to skoro cytując klasyka „słowo ciałem się stało” i nasze myślenie życzeniowe przybrało nader realną formę, nie zastanawialiśmy się ani chwili i szeroko otworzyliśmy nasze redakcyjne podwoje, aby odpowiednio ugościć topowy system T+A. Korzystając zatem z uprzejmości dystrybutora i mając na uwadze, że po ogólnopolskim tournée niemieckie urządzenia były już odpowiednio rozegrane ograniczyliśmy się jedynie do zapewnienia odpowiedniego lokum – 35 metrowego OPOSa (Oficjalnego Pokoju Odsłuchowego SoundRebels) i asystowania podczas rozstawiania całości. Tym samym kolejny raz mogliśmy się przekonać, że „zabawa” w audio to ciężki, i to dosłownie, kawałek chleba. Tylko z tego co mi wiadomo chleb ciśnienia raczej nie podnosi a dostarczone do nas przysłowiowe pół tony germańskiej myśli technicznej robi to błyskawicznie – wystarczy tylko zerknąć na cennik. Tak, tak, nie pomylili się Państwo – nieuchronnie zbliżamy się do granicy 500 000 PLN i tylko kwestią czasu jest to, kiedy i dzięki komu ją przekroczymy. Co prawda jubileuszowy system Accuphase’a był jeszcze bliższy wspomnianego progu, lecz ze względu na brak w owym czasie dołączonych do elektroniki kolumn pozostał w peletonie do 500-ki dążącym a nie samotnym uciekinierem dzierżącym koszulkę leadera. Jeśli jednak komuś trudno byłoby jeszcze odnaleźć jakiś sensowny punkt odniesienia to służę pomocą. Za cenę systemu T+A HV Series powinno udać się, i to bez zbytniego targowania, wyjechać z salonu fabrycznie nowym Mercedesem SL 400, bądź Porsche 911 Carrera Coupe. No to teraz chyba jest jasne w jaki target (bardzo modne ostatnio słowo) celuje producent z Herford.
O ile 26 kilogramowy odtwarzacz MP 3000 HV jeszcze swoją wagą nie przeraża a z oscylującą w okolicach 40-ki resztą elektroniki też spokojnie można dać sobie radę nawet w pojedynkę, to już spacery ze 120 kilogramowymi (sztuka!) kolumnami CWT 2000 sugeruję pozostawić strongmanom i to wyłącznie po wysokim ich (kolumn, nie siłaczy) ubezpieczeniu. Tutaj już nie ma żartów a manewrowanie ze 160 cm, nad wyraz kosztownymi „katafalkami”, nawet we trzech chłopa w mgnieniu oka spala kalorie zawarte w dwudaniowym obiedzie okraszonym jasnym pełnym.
Dość jednak marudzenia. System T+A wygląda po prostu obłędnie a co najważniejsze, jeśli tylko dysponujemy stolikiem z odpowiednio wypolerowanymi/polakierowanymi półkami/platformami to jego ustawienie będzie samą przyjemnością – otóż wszystkie urządzenia posiadają wkręcane, a co najważniejsze podklejone filcem nóżki, co biorąc pod uwagę ich nader poważną wagę wskazuje na humanitaryzm i pamięć o podstawach ergonomii wśród zespołu je projektującego. Niby mała rzecz a cieszy.
Korpusy urządzeń wykonano z precyzyjnie obrobionych, masywnych aluminiowych profili o iście przeciwpancernej grubości. Dzięki temu niemieckie urządzenia nie tylko mają zapewnioną wzorową sztywność, ale również i solidne ekranowanie. Całe szczęście producent nie ukrywa wstydliwie ich trzewi, lecz płytę górną każdego z nich ozdobił okrągłym bulajem, przez który ciekawscy mogą przypatrywać się do woli widocznym, gęsto usianym podzespołami, płytkom drukowanym i krytycznym okiem oceniać ilość audiofilskiego powietrza.
Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, to po nad wyraz szczegółowym opisie Jacka jedyne, co mogę dodać to, że będąc wielkim fanem wszelakiego rodzaju wskaźników, VU meterów i innych wyświetlaczy zarówno projekt graficzny, jak i wykonanie wychyłowych wskaźników T+A określić inaczej niż obłędne byłoby wielkim nietaktem. Są po prostu idealne – wyraźne, ale jednocześnie nie rażą nawet podczas wieczorno-nocnych odsłuchów a wielkość znaków i piktogramów na displayach przedwzmacniacza i odtwarzacza również nie nastręcza najmniejszych problemów z odczytem parametrów nawet z większej odległości. Jest w nich coś z monumantalności i dostojeństwa wspominanych Accuphase’ów, lecz o ile japoński set bezapelacyjnie wpisywał sie najwyższe tzw. „gabinetowe” kanony piękna, o tyle T+A zdecydowanie bliżej industrialnemu minimalizmowi.
I jeszcze tylko kilka uwag natury organizacyjnej, czyli tzw. kabelkologia. Nie chcąc zbytnio mieszać w konfiguracji, jakiej mogli posłuchać goście salonów audio, w których odbywały się prezentacje tytułowego systemu zdecydowaliśmy się na dyżurny, podróżujący razem z elektroniką set Cardasa składający się z głośnikowego Clear SKY, XLRów Clear SKY (pomiędzy odtwarzaczem i przedwzmacniaczem), oraz Parsec XLR (pomiędzy przedwzmacniaczem a końcówkami). Do zasilania użyto Crosslink i Cardas (do CD i pre) a końcówki i zasilacze otrzymały firmowe, 20A dostarczone przez producenta przewody zasilające. Dodatkowo uważam, że warto wspomnieć o jeszcze jednym drobiazgu – dołączone do dedykowanych końcówkom mocy zasilaczy przewody są nie dość, że dość sztywne, to w dodatku nie grzeszą zbytnią długością, więc lepiej zawczasu tak rozplanować rozstawienie systemu, by później nie musieć z irytująco ciężkimi końcówkami nie jeździć w tę i nazad.
Do wstępnej kalibracji wykorzystaliśmy również MacBooka dystrybutora wpiętego w T+A MP3000HV za pomocą przewodu USB Cardas Audio Clear Serial BUSS
Przejdźmy jednak do clou, czyli brzmienia, bo cóż z tego, że system T+A cieszy oczy nabywcy, skoro …. Nie, nie. Tym razem nie będzie ani nieprzyjemnej niespodzianki, ani tym bardziej rozczarowania, gdyż okazało się, iż salonowy odsłuch jedynie zasygnalizował potencjał drzemiący w germańskich trzewiach i dopiero w kontrolowanych warunkach mogliśmy w pełni nacieszyć uszy muzyką przez nie reprodukowaną.
„Inner City Blues” formacji Midnight Blue miał wstępnie zagrać jedynie dwa, góra trzy utwory. Ot taka niewinna rozgrzewka z „Ain’t No Sunshine” i „Suicide Is Painless”, ale od włączenia płyty aż do jej końca nie byłem w stanie zmusić się do sięgnięcia po pilota, a o wstaniu z fotela w ogóle nie było mowy. Pomimo całej swojej kremowości i gładkości niemiecki system zaprezentował niesamowicie namacalne źródła pozorne oddane z taką precyzją i umieszczone w tak holograficznej przestrzeni, że aż trudno było mi uwierzyć, że tak potężne kolumny są zdolne do tzw. znikania będącego głównie domeną kolumn podstawkowych. Dodatkowo nie bez znaczenia były nieosiągalne dla konwencjonalnych przetworników detaliczność i otwartość najwyższych składowych. Każde trącenie blach miotełką, każda fraza zagrania przez dęciaki otwierała przed słuchaczem nowe, nieznane dotąd pokłady niuansów i smaczków nie tracąc przy tym kontaktu, zespolenia z pozostałą częścią pasma. Prawdę powiedziawszy do powyższej sytuacji pasuje jak ulał mocno zdewaluowany i wyświechtany frazes o odkrywaniu swoich ulubionych nagrań niejako od nowa, ale ja ze swojej strony ograniczę się tylko do tego, że czasem, podczas redakcyjnych testów warto sięgnąć po krążek, który teoretycznie nie ma prawa niczym nowym, świeżym nas zaskoczyć a jednak zaskakuje i to w dodatku pozytywnie. Całe szczęście to ‘wyciąganie” do tej pory lekko przykurzonych smaczków odbywało się całkowicie naturalnie, niemalże mimochodem i przy okazji a jednocześnie powodowało u słuchacza delikatny dreszczyk emocji związany z tym, co może pojawić się już za chwilę. Szukając filmowych analogii na myśl przychodzą mi reżyserskie, czy odrestaurowane/ucyfrowione wersje kinowych klasyków, na których niby wszystko jest po staremu, bo przecież nikt niczego nie dorysowuje i nie domalowuje, ale wygląda po prostu jak nowe.
Na „The Devil’s Trill” Palladians wspaniale zostało zaprezentowane skupienie i wysublimowanie odtwarzanego repertuaru. Bez najmniejszych oznak nerwowości, czy też pewnego zmuszenia do spolegliwości, bądź chęci uwolnienia drzemiącej w elektronice potężnej mocy, najważniejsze były emocje zawarte w muzyce i wirtuozeria wykonawców. Przy czym z niezwykłą łatwością i swobodą można było śledzić partie poszczególnych muzyków, bądź leniwie kontemplować całość kompozycji. Zarówno smyczki, jak i klawesyn charakteryzowała właściwa im słodycz połączona z lekką szorstkością. Okazało się, że zarówno w nagrywanych na przysłowiową setkę jazowych „jamach”, jak i w zdecydowanie bardziej stonowanych, upchniętych w sztywne ramy barokowych konwenansów T+A czuje się jak ryba w wodzie i po prostu robi swoje roztaczając przed słuchaczem szeroką, precyzyjnie wykreowaną scenę, na której każdy z muzyków ma swoje własne, tylko jemu przypisane miejsce, gdzie po pierwsze czuje się w pełni swobodnie a po drugie tworzy wraz z towarzyszącymi mu instrumentalistami i wokalistami nierozerwalną, spójną całość w pełni zasługującą na miano prawdziwego spektaklu.
Potem przyszła pora na już odsłuchiwany w salonie album „Kristin Lavransdatter” Arilda Andersena. Zmiana pomieszczenia na zdecydowanie większe a przede wszystkim wyższe otworzyło dźwięk, dało dostęp do bardziej sugestywnego budowania wieloplanowości prezentowanej sceny. Rozgrywające się przed słuchaczami wydarzenia miały bardziej rzeczywisty, iście holograficzny charakter. Przykładowo na „Hamarkirken” chórzyści wyraźnie stali z tyłu, pozwalając na solowe popisy saksofonu by z kolei przy „Bryllupsmarsj” organy stanowiły wyśmienite tło do partii saksofonu ulokowanego w pierwszym planie i przez to będącym zdecydowanie „większym” instrumentem. Przewybornie działała reguła perspektywy, dzięki której odległość poszczególnych źródeł pozornych odgrywała główną rolę przy definiowaniu ich postrzeganych przez słuchacza wymiarów.
Moje ostatnimi czasy dyżurne „Songs of Anarchy: Music from Sons of Anarchy Season 1-4” pokazały za to zadziorność i iście rockowy pazur testowanego systemu. Bez prób uładzania nieraz garażowego szorstkości T+A oddawały energię drzemiącą w nagraniach niezwykle umiejętnie różnicując ich nastrój i ładunek emocjonalny. Akurat na tym albumie udało się świetnie uchwycić różnice pomiędzy brzmieniem różnych gitar, ich strojem, sposobami artykulacji podczas gry na nich i to wszystko zostało pokazane jak na dłoni. Na „Gimme Shelter” bas był najoględniej rzecz ujmując chyba najbliższy ideałowi Jacka – ponadprzeciętna motoryczność i odczuwalne niesamowicie szybkie uderzenie było na swój sposób „tępe”, nie miało nienaturalnie, jak na większości samplerów, podkreślonych krawędzi, lecz ich delikatna obłość idealnie harmonizowała zarówno z masą, jak i wypełnieniem adekwatnymi do gabarytów kolumn. Nie zabrakło też audiofilskich smaczków w stylu delikatnych mlaśnięć bardzo blisko „zdjętej” na „Bird On A Wire” Katey Sagal.
Nie chcąc zbyt szybko zmieniać klimatu sięgnąłem po surową, niemalże wyczuwalnie brudną „La Futura” ZZ Top, gdzie przy „It’s Too Easy Mañana” chęć sięgnięcia po wymiętego Lucky Strike’a i szklaneczkę teksańskiej „berbeluchy” w stylu TX Blended Whiskey cay nawet Garrison Brothers’ Cowboy Bourbon™ stała się wręcz nie do zniesienia.
„Black Hawk Down”, czyli ścieżka dźwiękowa z „Helikoptera w ogniu” wprost porywała orientalnymi rytmami idealnie zespolonymi z potężnym, niemalże monumentalnym basem schodzącym w rejony do tej pory w naszym OPOSie nieeksplorowane. Co ważne nawet te najniższe, iście infradźwiękowe pomruki cały czas były wzorowo kontrolowane, cały czas monobloki trzymały je w stalowym uścisku i nawet na milimetr nie dawały im miejsca na jakąkolwiek niesubordynację. Dzięki czemu naszej uwadze nie umykały przeróżne przeszkadzajki, które podkreślały klimat nagrania. Niniejszym odsłuch tego typu nagrań chciałbym zadedykować fanom wielokanałowych instalacji wspomaganych nieprzyzwoicie dudniącymi wyrobami subwooferopodobnymi. Jaki sens jest rozmieniać się na drobne, skoro z dwóch, potężnych pełnopasmowych kolumn można uzyskać efekt nie tylko o niebo lepszy, ale przede wszystkim wierniejszy rzeczywistości. Przecież odgłos zapalanej zapałki nie ma prawa poruszać zasłon u sąsiadów. Tytułowy system właśnie takie pozornie nieistotne drobiazgi porządkuje, sprowadza do realnych rozmiarów. Orientalne perkusjonalia są np. jazgotliwe na swój sposób, lecz przede wszystkim filigranowe, o twardym, lecz zarazem zwiewnym brzmieniu i nie brzmią jak największe bębny Kodo. Dopiero syntetyczny bas wprawia w drżenie rodowe kryształy i antyczne kandelabry, gdyż ma do tego niezaprzeczalne prawo – w końcu w tym celu został stworzony.
W przypadku T+A nie ma wątpliwości, że poruszamy się w wybitnie high-endowych kręgach. Zarówno najwyższa jakość wykonania jak i zaawansowanie technologiczne poszczególnych komponentów idealnie współgra z fenomenalnym brzmieniem, jakie jesteśmy w stanie umiejscowić jedynie na audiofilskim Olimpie. Bez bezsensownego napisania się, bez prężenia muskułów robią to, do czego zostały stworzone – odtwarzają muzykę, lecz robią to w sposób tak naturalny, że patrzymy na nie właśnie przez pryzmat muzyki. Gdzieś po drodze zapominamy o wszelkich technicznych zawiłościach, współczynnikach tłumienia, wydajności prądowej, itp. a skupiamy się wyłącznie na pięknie muzyki i emocjach w niej zwartej. Niemieckim konstruktorom udało się osiągnąć rzecz niezwykłą, gdyż wykorzystane przez nich zaawansowane technologie stały się jedynie narzędziem, sposobem na uchwycenie magii, a nie celem samym w sobie.
Marcin Olszewski
Dystrybucja:
T+A – Hi-Ton Home of Perfection
Cardas – Voice Sp. z o.o
Ceny:
– T+A MP3000HV: 42 990 PLN
– T+A P3000HV: 45 990 PLN
– T+A A3000HV: 57 990 PLN
– T+A PS3000HV: 38 990 PLN
– T+A CWT 2000: 157 990 PLN (para)
– T+A Power Bar 2+5: 8 900 PLN
W sali odsłuchowej wrocławskiego alonu audio Fusic można posłuchać zestawu, który potrafi zauroczyć. Tym razem postawiono na A-klasową końcówkę mocy AbysSound ASX-2000 i niezwykle udany prototyp przedwzmacniacza tegoż producenta. Polską elektronikę zestawiono tym razem z właśnie debiutującymi na rynku kolumnami głośnikowymi KEF Reference.
„Takiego fortepianu na płycie legendarnej grupy E.S.T. jeszcze nie słyszałem. Nie wiem, czy głównie dzięki elektronice, czy też dzięki kolumnom głośnikowym, ale dla mnie to dźwięk referencyjny i „wciągający”. Niby snuje się zwiewnie, lekko, ale z odpowiednią dozą dynamiki i życia. Taki dźwięk lubimy. Naturalnie i ze swobodą” – mówi Daniel Duda, właściciel wrocławskiego FUSIC.
Zachęcamy do odwiedzin wrocławskiego salonu audio – przekonajcie się sami, czy to faktycznie tak dobry dźwięk. Fotorelacja poniżej.
Opinia 1
Dziwnym trafem i z całkowicie niewyjaśnionych dla mnie przyczyn wyroby Audio Video Manufaktur, w skrócie AVM, nie miały na naszym rynku zbytniego szczęścia. Nie wiadomo czy powodem była polityka cenowa, czy niezbyt intensywnie prowadzone kampanie reklamowe skutek był taki, że z reguły łatwiej było o odsłuch za granicą niż w Polsce. Czasy i … dystrybutorzy jednak się zmieniają a dzięki temu, miejmy nadzieję i AVM na stałe zagości w świadomości złotouchych w nadwiślańskim kraju. Oczywiście jedna jaskółka wiosny nie czyni, lecz pan Grzegorz Pardubicki – oficjalny dystrybutor ww. marki najwidoczniej wyszedł z podobnego założenia, gdyż do naszej redakcji był łaskaw dostarczyć dwa urządzenia – odtwarzacz CD CD5.2 i wzmacniacz zintegrowany A5.2 należące do środkowej linii Evolution. Chcąc jednak odpowiednio zasygnalizować pojawienie się, lub jak kto woli powrót do gry (oczywiście na terenie PL) tego istniejącego od ponad 20 lat producenta postanowiliśmy z Jackiem każde z urządzeń opisać z osobna, gdyż choć razem stanowią wielce udany duet, to również podczas występów solowych okazały się niezwykle wdzięcznymi obiektami naszego zainteresowania. W związku z powyższym na pierwszy ogień poszedł odtwarzacz, który już na etapie sesji zdjęciowej zaintrygował nas całkiem pokaźnych rozmiarów „oknem” w pełnej krasie prezentującym znajdujące się tuż za nim lampy. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
AVM Evolution CD5.2 jest jednym z trzynaściorga rodzeństwa należącego do linii Evolution. Oprócz nich w ofercie niemieckiego producenta znajdziemy dwa all-in-one’y Inspiration i pięć high-endowych urządzeń z serii Ovation. Jak na niewielką europejską manufakturę powyższe portfolio robi wrażenie, nieprawdaż? Ponadto dostarczony do testów odtwarzacz, jak przystało na rasowego przedstawiciela XXI – wiecznej myśli technicznej nie jest li tylko zwykłym dyskofonem, lecz z powodzeniem zdolny jest pełnić rolę centrum zarządzania – uszlachetniania wszelakiej maści cyfrowych źródeł, jakimi w naszym systemie dysponujemy. W końcu dokonując takiego bądź co bądź dość poważnego zakupu dobrze byłoby nie tylko uzyskać jak najlepszą jakość ze srebrnych krążków, ale i znacząco podnieść walory soniczne dekodera TV SAT, konsoli, odtwarzacza plików Audio/Video czy nawet komputera. Jednak po kolei.
Obudowę wykonano z solidnych szczotkowanych i anodowanych na czarno (dostępne są również wersje w kolorze naturalnym i z chromowanym frontem) aluminiowych płatów, co nadaje całości skromny, lecz zdecydowanie elegancki i co najważniejsze ponadczasowy wygląd. Płytę czołową zdobią dwie, symetrycznie umieszczone po obu stronach wyraźnego, niebieskiego wyświetlacza, grupy przycisków w konfiguracji 5+1, gdzie pięć małych guziczków funkcyjno nawigacyjnych uzupełnia jeden większy – z lewej pełniący rolę włącznika a z prawej umożliwiający wysunięcie płyty z napędu szczelinowego.
Tylnej ściany AVMowi spokojnie mógłby pozazdrościć niejeden „wolnostojący” DAC. Oprócz zdublowanych wyjść analogowych (RCA i XLR) szczęśliwy nabywca otrzymuje do dyspozycji sześć, bądź po zamówieniu dodatkowego modułu nawet siedem wejść cyfrowych w skład których wchodzą AES/EBU, dwa koaksjalne i dwa optyczne SPDIF, oraz dwa USB, z czego w standardzie jest standardowe, obsługujące sygnały do 24 Bit/48kHz a jako opcja jest asynchroniczne (IN7) umożliwiające odtwarzanie sygnałów do 24 Bit/192 kHz. Gdyby jeszcze komuś było mało spokojnie może AVMa podpiąć pod zewnętrzny rejestrator cyfrowy, bądź wyższej klasy przetwornik poprzez parę (coax/opt) wyjść SPDIF. Listę przyłączy zamykają gniazda triggera, dedykowane zewnętrznemu czujnikowi IR i zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo sieciowe IEC.
Rządek terminali zarówno z dołu, jak i z góry otaczają podwójne „szlaczki” otworów wentylacyjnych zapewniających komfort termiczny pracującej wewnątrz, w stopniu wyjściowym, parze lamp ECC83 (12 ax7a), które z powodzeniem można obserwować poprzez zamontowaną na płycie górnej odtwarzacza pleksiglasową, przydymianą szybkę. Nie wnikając głebiej w technikalia wspomnę tylko, że w roli upsamplera wykorzystano układ Cirrus Logic CS 8421 a za konwersję D/A odpowiadają kości (po jednej na kanał) Wolfson WM 8741. I jeszcze jeden miły drobiazg – po wybudzeniu z trybu stand-by urządzenie o postępach w stabilizacji parametrów informuje napisem „waiting for tube warmup”, w którym litery z małych zmieniają się na wielkie od końca do początku frazy. W momencie, gdy wszystkie osiągną „pełny wymiar” odtwarzacz gotowy jest do pracy. Sporo zabawy mogą też dostarczyć bogate możliwości regulacji filtrów cyfrowych i upsamplingu, które pozwalają w zauważalny sposób wpływać na końcowe brzmienie urządzenia.
W grze 5.2 nie sposób doszukać się efekciarstwa, epatowania tak modną ostatnio hiperdetalicznością i wszelakimi oznakami cyfrowości. Już pierwsze dźwięki „Possibilities” Herbiego Hancocka wskazywały na dość wyraźny zamysł konstruktorów – zamiast oszałamiać i porażać postanowili oni słuchaczy oczarowywać i uwodzić niezwykle łatwo przyswajalną muzykalnością i tzw. dobrym „ułożeniem” – kulturą przekazu. Wspominam o tym już na wstępie przelewania na papier własnych obserwacji, gdyż jest to dość jasna wskazówka dla potencjalnych klientów – albo lubi się taką estetykę grania i wtedy warto czytać dalej, albo niekoniecznie i spokojnie można zająć się czymś innym.
W związku z powyższym, skoro kworum składa się (a przynajmniej powinno) z grona ukierunkowanego na muzykę a nie reprodukcję poszczególnych dźwięków, spokojnie możemy przejść dalej. Niezależnie od materiału, jakim nakarmimy CD 5.2 całość zostanie zaprezentowana w elegancki, wręcz wysublimowany sposób. Głosy ludzkie zostaną delikatnie dosaturowane, podkreślona zostanie ich emocjonalność, barwa i piękno a niejako niepostrzeżenie na dalszy plan przesunięte zostaną artykulacja, czy aspekty natury technicznej. Dzięki takim zabiegom nawet twórczość Anny Marii Jopek potrafi koić skołatane nerwy, gdyż uwaga słuchacza kierowana jest na sex-appeal a nie tzw. foniatryczno – laryngologiczne tendencje czy to samej wokalistki, czy też ekipy realizatorsko-masteringowej. Idźmy zatem krok dalej, ba idźmy na całość i sięgnijmy po nagrania, które trzymamy wyłącznie poprzez sentyment za szczeniackimi czasami, bo słuchać ich się prawdę powiedziawszy nie da. Do tejże grupy spokojnie mogę zaliczyć zarówno „Keeper of the Seven Keys” Helloween, jak i jeszcze koszmarniej zrealizowany „Zombie Attack” Tankard. Oczywiście zdaję sobie sprawę z przerażenia malującego się na twarzach tych, którzy raczyli byli choćby pobieżnie sprawdzić zawartość wspominanych albumów, jednak od czasu do czasu nachodzą mnie myśli, że może tym razem da się coś z nich wycisnąć, że może choć przez chwilę poczuję to, co czułem będąc zbuntowanym nastolatkiem katując takimiż koszmarkami siebie i swoje otoczenie. Cóż, z przykrością musze stwierdzić, że i tym razem cud się nie zdarzył a mętna breja w wyborne wino przemienić nijak się nie chciała. Nie było jednak katastrofy, ot tragedia, jakich wiele zalega na sklepowych półkach. Co ważne obu albumów wysłuchałem w całości i to bez myśli samobójczych i trwałych następstw natury psychicznej (przynajmniej ja takowych nie zaobserwowałem). O ile scena pozostawała płaska jak stolnica i o jakiejkolwiek namiastce trójwymiarowości nie można było nawet marzyć, to irytujące dotychczas do granic wytrzymałości cykanie blach i wszechobecna jazgotliwość przybrały zdecydowanie bardziej strawną formę. Pojawiło się coś na kształt barwy a linia melodyczna i drive powodowały mimowolne podrygiwanie kończyn dolnych. Jakby na to nie patrzeć jest to spory sukces. Dość jednak prób reanimowania, czy nawet ekshumacji nierokującego szans na poprawę truchła – czas wrócić do żywych.
W zdecydowanie bardziej akceptowalnym repertuarze AVM wykazywał się o niebo szerszym wachlarzem posiadanych zdolności. O ile kontury źródeł pozornych kreślone były wyraźną, acz grubszą niż zdążył mnie przyzwyczaić dyżurny Ayon, kreską nie sposób było odmówić im realizmu i klarowności. Ich lokalizacja na sugestywnie kreowanej przed słuchaczem scenie nie powodowała niedosytu i dopiero dalsze plany delikatnie skłaniały się ku impresjonistycznej zwiewności i ledwo zauważalnemu rozedrganiu. Nie przeszkadzało to jednak nawet w najmniejszym stopniu z czerpania przyjemności z odsłuchów nawet dużych składów orkiestrowych. Nie wiadomo kiedy sięgnąłem po stojące obok siebie, zrealizowane z niezwykłą troską pozycje „Adagio – Karajan” [XR480-245-9] XRCD24 K2, „Mississippi Moan” – Bruce Katz Band [XRCD24-NT006] XRCD24 K2 i „Masterpiece. Touching Folklore Music” – corazon de Mario Suzuki [XRCD24-NT001]. Gęstość, kremowość i niemalże karmelowa homogeniczność tychże nagrań przez niemiecki odtwarzacz została jeszcze wzmocniona. Wszechobecny spokój, elegancja a zarazem niezachwiana świadomość słuszności obranej drogi sprawiała, że nie sposób było w prezentowanym przekazie doszukać się nawet najmniejszych oznak nerwowości, czy próby złapania przypadkowego słuchacza na tanie triki. W zamian za to oferowany dźwięk nie nudził ani po pierwszej, ani po ósmej godzinie odsłuchu, nie powodował też irytacji a akurat o nią przy moim repertuarze nietrudno.
Podobne uwagi pojawiły się w moich notatkach przy ocenie dostępnych wejść cyfrowych. O ile brak zamontowanego asynchronicznego modułu USB w dość znacznym stopniu ograniczył rolę komputera w roli źródła, to już uszlachetnienie i poprawa brzmienia Olivki, czy dekodera TV-Sat były bezdyskusyjne. Sygnał przepuszczony przez AVMa tracił swoją cyfrową kanciastość i związane z nią wszelakiej maści artefakty zabijające realizm. Czuć było, że lampowy stopień wyjściowy dwoi się i troi, by wreszcie można było wygodnie rozsiąść się w fotelu i bez grymasu (przynajmniej jeśli chodzi o dźwięk) obejrzeć któryś z bloków informacyjnych a nawet mecz.
Blisko dwutygodniowa obecność w moim systemie nad wyraz bogato wyposażonego odtwarzacza AVM Evolution CD5.2 sprawiła, że z uwagą zacząłem przeglądać ofertę tego niemieckiego producenta. Skoro, nazwijmy to „przystępne cenowo”, jak na audiofilskie realia, urządzenie sprawiło, że czas spędzony na odsłuchach dostarczył mi głównie pozytywnych doznań, to czegóż można spodziewać się po serii Ovation? Czas pokaże, czy dane nam będzie zasmakować górnopółkowych delicji, jednak nawet linia Evolution zasługuje na uwagę wszystkich miłośników wyrafinowanego dźwięku chcących przede wszystkim przy muzyce odpocząć i czerpać z niej jak najwięcej radości.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Grzegorz Pardubicki – avm-audio.pl
Cena: 3 990€
Dane techniczne:
– Lampowy stopień wyjściowy (lampy ECC83 (12 ax7a))
– 2 wyjścia liniowe (Cinch i XLR)
– 2 wyjścia cyfrowe (SPDIF coaxialne i SPDIF optyczne)
– 7 wejść cyfrowych: 2 x USB (192/24 asynchroniczne (opcja), 1 x 48/24), 2 x SPDIF, 2 x optyczne, AES/EBU
– Przetwarzanie sygnału aż do 192 kHz/24 bit (regulowany upsampling w zakresie 44,1 kHz/16 bit – 192 kHz/24 bit)
– 2 przełączalne filtry cyfrowe (smooth/sharp)
– Napięcie wyjściowe wyjść analogowych: 2,5 V
– Impedancja wyjściowa RCA: 50 Ω
– Impedancja wyjściowa XLR: 150 Ω
– Pasmo przenoszenia: <5 Hz – 20 kHz, poprzez wejścia cyfrowe >50 kHz
– SNR: SNR: 102 dB/105 dB(A)
– Zużycie energii: 40 W (Maksymalne), <1 W (Standby)
– Wymiary (S x W x G): 430 x 130 x 325 mm
– Waga: 11 kg
– Dostępne opcje wykończenia: Obudowa wykonana z anodowanego aluminium w kolorze srebrnym lub czarnym; opcjonalnie możliwość zamówienia chromowanego panelu czołowego
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Zyx R1000 Airy3 + 9″SME + Zyx R1000 Airy3 Mono + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Phasemation EA-1000; Octave Phono Module
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Raidho S-2.0
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Będąca bohaterem tego spotkania niemiecka firma AVM, posiadająca mocno rozbudowaną ofertę urządzeń audio i co ważne dystrybuowana u nas już od dłuższego czasu, jakoś nie może się przebić przez mur mocno ugruntowanych na polskim podwórku graczy. Kilka linii źródeł cyfrowych, zintegrowanych i dzielonych wzmocnień sygnału, streamerów i bibliotek plików w różnych konfiguracjach teoretycznie powinno sprawić przysłowiowy „bum” zakupowy. Tymczasem obserwując rynek, daje się zauważyć, że mimo sporego portfolio tej znanej za naszą zachodnią granicą marki u nas jest o niej jakoś tak dziwnie cichutko. Dlatego otrzymując od dystrybutora Pana Grzegorza Pardubickiego propozycję zapoznania się z jej produktem w postaci odtwarzacza kompaktowego AVM EVOLUTION CD5.2, nawet przez moment nie wahaliśmy się w podjęciu decyzji kwalifikującej dany model do testu, a te kilka lat obecności w Polsce bez większego rozgłosu – bez znaczenia pozytywnego, czy negatywnego – miało spory udział w finalizacji rozmów około testowych. A może okaże się czarnym koniem wśród nabywców tego roku kalendarzowego? Wyłuskanie takiego rodzynka z przepastnej oferty rozdających karty dystrybutorów, byłoby naszym sukcesem. A z drugiej strony, gdy nawet będzie to tylko pojedynczy głos informacyjny o jej bycie na planecie Ziemia, to i tak zrobiliśmy to z największą przyjemnością.
Niestety, albo stety – w zależności od punktu widzenia bytu takich dodatków – nadeszły czasy, gdy zwykły odtwarzacz kompaktowy powinien być centrum dowodzenia wszelkiego rodzaju sygnałami – czy to analogowymi, czy cyfrowymi z plikami włącznie. Tak jest i tym razem. Mnogość opcji przyjmowania danych sprawia, że ten w założeniach czytnik srebrnych krążków odsyła w niebyt różnego rodzaju dodatkowe dac-e, streamery i kompakty jednoczynnościowe. Ale jak to również często bywa, projekt zakładający zaaplikowanie wszystkiego co można w jednym pudełku sprawił, że rzeczony CD5.2 otrzymał dodatkowo stopień wzmocnienia oparty o szklane bańki. A co? Jak szaleć, to szaleć. W pewnych aspektach ma to swoje uzasadnienie. Jakie przyświecały akurat tej konstrukcji nie wiem – choć się domyślam, ale podjąłem próbę weryfikacji, czy efekt końcowy warty był, zaprzęgnięcia tej stareńkiej techniki do kombajnu obrabiającego dane cyfrowe we wspólnym układzie elektrycznym.
Gdy przyzwyczajony do przesadnie ciężkich bez względu na rodzaj urządzenia produktów aspirujących do półki Premium szarpnąłem urządzenie do góry, o mały włos nie wybiłem sobie zębów. Kompakt co prawda bardzo lekki nie jest, ale jego gabaryty wzbudzają należyty szacunek, który starałem się ukazać, przykładając zapas mocy w procesie logistyki na drugie piętro. Okazało się jednak, że panowie z AVM’a postawili na zdobywające coraz większy poklask pośród producentów zasilanie impulsowe i mając możliwość wygenerowania kilkukrotnie większego zapasu mocy, niż jest im potrzeba, znacząco ograniczyli jego ciężar. Jak taka zabawa z jeszcze nie do końca akceptowanym wśród audiofilów sposobem dostarczania energii wpłynie na efekt dźwiękowy, spróbuję zweryfikować, ale wiedząc również, że na pokładzie mamy jeszcze kilka lamp elektronowych, zdaję sobie sprawę, iż może to być wypadkowa całości pomysłu konstrukcyjnego. No nic, zobaczymy- ups, posłuchamy. Jak przed momentem wspomniałem, niemiecki produkt marki AVM model CD5.2 jest sporym jak na odtwarzacz kompaktowy urządzeniem, swoimi gabarytami licując z moim preampem liniowym Reimyo, czyli przy standardowej dla komponentów audio szerokości jest jakieś 30% wyższe. Sądzę, że jest to podyktowane koniecznością podniesienia „dachu” nad oddającymi spore dawki ciepła lampami, które jednak w tym przypadku przesadnie się nie grzeją, gdyż dość szczelna, wykonana z drapanego aluminium obudowa, nie posiada żadnych otworów wentylacyjnych, ukazując jedynie swe wnętrzności przez okienko z dymionego pleksi w tylnej części jej górnej płaszczyzny. Jedynym miejscem poprawiającym napowietrzenie środka konstrukcji, są dwa ryflowane prostokątne moduły na spodniej części obudowy, ale bez dedykowanego ujścia na zewnątrz. Grałem z tym urządzeniem ładnych kilkanaście dni i stwierdzam, że nie miałem problemów natury przegrzania, co potwierdza słuszność zaniechania wkomponowywania w obudowę zbędnych kanałów wietrzących całość, łamiących przy tym ascetyczny w formie projekt plastyczny. I dobrze. Przednia ścianka jest symetrycznie obdarzona sporej ilości manipulatorami guzikowymi, które na tle czerni urządzenia swym srebrnym kolorem przełamują jej monotonię. W centralnej części umieszczono duży, niebieski wyświetlacz, pokazujący wszystkie związane z obróbką sygnału informacje, a pod nim szczelinowy napęd płyt Cd. Dystynkcja w każdym aspekcie, która powinna się podobać. Lekko zapadnięty względem okalającego całość kołnierza obudowy tylny panel, jak przystało na centrum dowodzenia dzierży: siedem wszelakiej maści wejść cyfrowych, wyjście analogowe w standardzie XLR i RCA, oraz zintegrowane z włącznikiem gniazdo IEC. Całość konstrukcji stabilizują cztery stopy, będące sporej średnicy, ale niedużej wysokości błyszczącymi walcami. Jak wynika z opisu, prezentowane urządzenie spełni najbardziej wybujałe potrzeby nowoczesnego audiofila pod względem kompatybilności, a także często poszukiwanej ogólnie stonowanej aparycji.
Biorąc pod uwagę minimalizm przełączeniowy podczas testu – jeden guzik na przedwzmacniaczu (łączówki w moim i testowanym Cd były identyczne), proces weryfikacji możliwości sonicznych jest bardzo łatwy. Jedyne co pozostaje recenzentowi, to próba oceny tego co słyszy w korelacji do swoich preferencji i ogólnie przyjętych wartości bezwzględnych, a to zajmuje już zdecydowanie więcej czasu. Kilka kawałków na moim napędzie, potem przesiadka na AVM, wyłapanie gdzie tkwi clou pomysłu na dźwięk i następuje kilkudniowy maraton krystalizujący usłyszane aspekty. Tak też było i tym razem. Przesiadka z mojego dość wyczynowego pod względem rozdzielczości, ale idącego w stronę analogu japońskiego napędu na niemiecki odtwarzacz AVM, skutkuje natychmiastową zmianą ostrości źródeł pozornych. Nie wiem, czy to zasługa lamp, czy zasilania urządzenia, ale całość spektaklu muzycznego otrzymuje stosowną dawkę zmian odbieranych jako gładkość i pastelowość – oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Sądzę, że raczej jest to zasługa zastosowanych lampek, które w założeniu powstawania tej konstrukcji miały właśnie nadać całości brzmienia taki sznyt, niż pokłosie nowo-lansowanego zasilania. Niestety taka zmiana konturu może zaskoczyć jakiegoś kochającego wszechobecne iskierki w eterze słuchacza i podsunąć w odbiorze odczucie lekkiego zgaszenia dźwięku. Przyznaję, pierwsze wrażenie może generować podobne wnioski, ale jest to efekt interpretacji informacji dobiegających do naszych narządów słuchu, że coś się dzieje, a buńczuczna wyobraźnia jako pierwsze podsuwa takie degradujące usłyszany materiał muzyczny oceny. Tymczasem naprawdę niedługa, dwu-trzy utworowa aklimatyzacja pozwala znaleźć nić porozumienia z pomysłem konstruktorów. Lampiarze z wyboru prawdopodobnie w ogóle nie zauważą opisywanego problemu, chyba że swój system skroili na granicy tej maniery i dodatkowa dawka miodu spowoduje przekroczenie granicy zdrowego rozsądku. A, że zdrowy rozsądek w zabawie w audiofilię jest czymś dalekim od definicji encyklopedycznej, tak więc najlepiej samemu sprawdzić, gdzie leży nasz punkt „G”, w tej materii. Niemniej jednak, ja mimo wspomnianej lekkiej korekty blasku dobiegających do mnie dźwięków, już w połowie płyty miałem za sobą proces akomodacji, przypatrując się jedynie co potrafi ten niemiecki „Multi-odtwarzacz”. Przypadkowa koncertowa płyta Wayne’a Shortera zatytułowana „Footprints Live” dzięki odtwarzaczowi AVM w bardzo realistyczny sposób zaprosiła mnie na to wydarzenie. Szerokość i głębokość sceny dobrze pozycjonowały muzyków, wyraźnie zaznaczając ich zajmowane nań miejsca. Jeśli chodzi o postrzeganie dźwięku jako takiego, to powiedziałbym, że słuchanie tego zestawu, przypomina mi zmianę źródła z cyfrowego na gramofon odtwarzający stare tłoczenia płyt. Wszystko staje się bardziej stonowane niekłujące w uszy zbytnią lawiną dźwięków, podając wszystko naszym organom słuchu bez zbytniej utraty informacji. Oczywiście ma to swoje uwarunkowania w konturowości źródeł pozornych, ogólnego ciężaru dźwięków i złagodzeniu iskier w blachach perkusisty – co w wartościach bezwzględnych jest jakimś uśrednieniem materiału źródłowego, jednak nie zwalałbym tego na kark braku wiedzy na temat konstruowania urządzeń, tylko nazwał świadomym działaniem pod konkretną grupę docelową. Nie widzę innego wytłumaczenia zastosowania szklanych baniek w takich produktach. Wracając do koncertu Wayne’a, mimo, że kontrabas nie był wycięty żyletką, a talerze nie świdrowały nadmiernie mych bębenków, dostałem idealnie skrojony w ”domenie analogowej” – czytaj manierze – materiał muzyczny. Oczywiście pragnę wspomnieć, że ten nalot lampy pomaga wielu instrumentom wejść na odczuwalnie wyższe niż byśmy się spodziewali poziomy swoich możliwości – choćby saksofon front mena, za co wielu kocha właśnie szklane bańki. Dla mnie to był dobrze odtworzony krążek, a że inaczej niż mam na co dzień, tylko dodawało smaczku tej konfrontacji. Nie zarzucał mnie zbędną ilością informacji na temat każdej zagranej frazy, podając ją jedynie w możliwie najbardziej strawnej i przyjemnej dla ucha postaci.
Znając ogólną manierę EVOLUTION CD5.2, do frontowej szczeliny połykającej błyszczące płytki włożyłem muzykę generowaną elektronicznie, której idealnym przedstawicielem pod względem obfitości górnych tonów i przepastnie nasyconych dolnych rejestrów wydawała się być grupa Depeche Mode z materiałem „Exciter”. Decydując się na ten ruch, trochę obawiałem się zbytniego ugładzenia, tych jakby nie patrzeć celowo energetycznych, bogatych w świdrujące nasz mózg pików różnorodnych cykadeł zwanych muzyką. Ale podczas tego seta nie zanotowałem zbytniej inwazji starej rodem z czterdziestoletniej radiostacji techniki lampowej, w będące pokłosiem pogoni za nowoczesnością sztucznie generowane dźwięki. Owszem słychać było ukulturalnienie świszcząco-szeleszczących syntezatorów, ale odebrałem to jako nadanie im bardziej ludzkiej struktury, niż brutalne zgaszenie światła. Wielu wielbicieli takich fajerwerków może to zniechęcić, ale dla mnie oszczędzającego cenne narządy słuchu, jest całkowicie do przyjęcia.
Zastanawiając się na koniec, do kogo konstruktorzy kierują produkt pod nazwą AVM EVOLUTION CD5.2, rzekłbym, że raczej do słuchaczy cierpiących na nadmierne pobudzenie ich zestawów audio. Dawka gładkości i ogólnego utemperowania bez utraty czytelności pozwoli odetchnąć przy muzyce. Sądzę nawet, że jeśli ktoś znajdujący się ze swoimi poglądami w okolicach neutralności, mógłby wnieść do obcowania ze światem dźwięków wiele dobrego. Naprawdę czasem warto sprawdzić, czy nie czas na zmiany w naszym postrzeganiu jego jakości, gdyż zasiedzenie w jednej opcji, powoduje utratę możliwości poznania innego punktu widzenia, a to często oznacza włączenie wstecznego biegu.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kablezasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cjaniskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna AcousticRevive RST-38H, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „SENSOR PRELUDE”
– gramofon Transrotor Z3
– dwa ramiona SME 9 i 12 cali sygnowane marką Transrotor
– wkładki ZYX AIRY MONO i AIRY STEREO
Najnowsze komentarze