Opinia 1
Kontynuując przegląd dostępnych na rynku zintegrowanych konstrukcji wzmacniających zwróciliśmy jakiś czas temu uwagę na dość nieśmiało poczynającego sobie w tym segmencie niemieckiego Accustic Artsa. Pikanterii całej sprawie dodawało również podłoże, geneza owej nieśmiałości, bowiem o ile dla większości marek zapuszczanie się w rejony zbliżone do 30 kPLN wydaje się bezsprzecznie nobilitujące o tyle w przypadku naszego dzisiejszego bohatera jest nie tylko nieco inaczej, co raczej całkowicie na odwrót. On się nie wspina na szczyt, lecz z tego szczytu musi zejść. Nie mamy co prawda do czynienia z takim szokiem jak dajmy na to w przypadku modelu Cygnet … Aston Martina, ale pewna obawa związana z zarzutami rozmieniania się na drobne istniała. W dodatku owa obawa dotyczyła nie tylko osób postronnych, co tak naprawdę z reguły znajduje się poza obszarem naszych zainteresowań, co nas samych, gdyż do tej pory każdorazowy kontakt z produktami Accustic Artsa ograniczał się w naszym przypadku praktycznie wyłącznie do modeli dzielonych. Krótko mówiąc zdanie o marce zdobyte podczas spotkań w siedzibie dystrybutora – warszawskiego SoundClubu, jako takie mieliśmy, ale było ono budowane na podstawie kontaktów z przedstawicielami najdelikatniej rzecz ujmując nieco innego segmentu jakościowo – cenowego. Jak zatem wypadła konfrontacja naszych wyobrażeń z rzeczywistością reprezentowaną przez integrę POWER I – MK 4? Cóż, nie zdradzając przedwcześnie szczegółów i zarazem nie ułatwiając życia wszystkim tym, którzy chcą mieć wszystko na już a jeszcze lepiej na wczoraj serdecznie zapraszam do lektury.
Dokonując systematyki dzisiejszego bohatera należy wspomnieć iż jest on przedstawicielem środkowej serii określonej przez samego producenta jako Top, poniżej której ulokowano serię ES a powyżej Reference. Jeśli jednak zagłębimy się nieco bardziej w niemieckie portfolio bardzo szybko okaże się, że zwyczajowe i powszechnie stosowane proporcje są tam niejako postawione na głowie. O co chodzi? O rozkład asortymentu według rodzinnej hierarchii. Zgodnie z zasadami rynku i niejako przy okazji również logiką dolne obszary cennika okupuje kilka, czy też w przypadku globalnych koncernów, kilkanaście modeli a wraz ze wspinaniem się po kolejnych szczeblach firmowej piramidy wolumeny sukcesywnie topnieją, by na samym szczycie ograniczyć się li tylko do jednego – dwóch flagowców. Tymczasem ekipa z Lauffen (nad Neckarem) pokazuje, że można inaczej. Nie wierzycie? No to patrzcie. Do serii ES należą trzy urządzenia – odtwarzacz CD Player ES, wzmacniacz zintegrowany Power ES i plikograj Streamer ES. Oczko wyżej, czyli w Top, niby wszystko jest zgodnie z arkanami sztuki, bo znaleźć tam możemy jedynie odtwarzacz CD Player I i integrę Power I. Wystarczy jednak zajrzeć do zakładki Reference by na widok … 9 (słownie dziewięciu) urządzeń zaliczyć przysłowiowy opad szczęki. Niby jestem w stanie przyznać, że od przybytku głowa nie boli, ale to zakrawa na lekkie „przegięcie”. Cierpiące katusze jednostki o zachwianej zdolności decyzyjnej mają bowiem do wyboru CD/DAC Player II, transport Drive II, przetwornik D/A Tube DAC II, przedwzmacniacz liniowy Tube Preamp II, przedwzmacniacz gramofonowy Tube Phono II, stereofoniczne końcówki mocy AMP II i AMP III, oraz monobloki Mono II i MONO III. Aż chciałoby się napisać do wyboru – do koloru, gdyby nie to, że opcje kolorystyczne są dwie – satynowo srebrna i czarna.
Do naszej redakcji trafiła wersja czarna i chwała SoundClubowi za to, bo jak wiadomo nie dość, że kolor czarny pasuje do wszystkiego, to dodatkowo jeszcze wyszczupla, choć akurat w przypadku Jedynki ten ostatni zabieg niespecjalnie wydaje się konieczny. Ot nader zgrabna i foremna bryła o na tyle standardowych gabarytach by bez problemu zmieścić się na większości mniej, bądź bardziej audiofilskich mebelków. Elegancję wykonanego z półcentymetrowej grubości płata szczotkowanego i anodowanego na czarno aluminium frontu podkreślają nie tylko centralnie umieszczony chromowany okrągły medalion z logotypem marki, lecz także rozmieszczone po bokach i również chromowane sporych rozmiarów gałki. Co prawda do „literatek” goszczących na akrylowym panelu przednim mojego dawnego, acz miło wspominanego Densena DM-10 trochę im brakuje, ale przeoczyć ich po prostu nie sposób. Mniejsza jednak ze wspominkami. Lewa gałka odpowiada za selekcję źródeł a prawa za regulację głośności i na tym teoretycznie można byłoby zakończyć opis płata czołowego, gdyby nie ulokowane pomiędzy ozdobnym logotypem a wspomnianymi pokrętłami dwa, utrzymane w podobnej stylistyce, lecz o wiele mniejsze „guziczki”, z których lewy aktywuje wyjście słuchawkowe … ukryte pod prawym pseudo guzikiem, będącym tak naprawdę zaślepką 6,3 mm gniazda słuchawkowego. Brawo za inwencję i pomysł z maskowaniem dość mało pasującego do minimalizmu projektu dodatku. Powyższą wyliczankę kończą ulokowane tuż pod połyskliwym logotypem trzy diody, z których pierwsza, pozornie martwa jest czujnikiem IR, środkowa – niebieska (całe szczęście mało jaskrawa) informuje o włączeniu urządzenia i prawa – czerwona ożywająca jedynie podczas kilkusekundowego rozruchu wzmacniacza i informująca o ewentualnym zadziałaniu układów zabezpieczających. Sztywny i solidny, w końcu to ręczna – niemiecka robota, korpus nijakich widocznych ozdób, nawet w formie radiatorów, nie posiada a gęsta perforacja tylnej części pokrywy górnej nie jest li tylko designerskim kaprysem a czysto technologicznym zabiegiem ułatwiającym cyrkulację powietrza znad generujących znaczne ilości ciepła układów wyjściowych.
Ściana tylna prezentuje się po prostu wybornie, z jednym małym „ale”. Zacznijmy jednak od pozytywów. Użytkownicy do dyspozycji otrzymują bowiem dwie pary XLR-ów i trzy RCA, z czego wejście oznaczone jako 5 można przestawić za pomocą stosownego przełączniczka w tryb tzw. przelotki przydatnej przy integracji z systemami kina domowego i wyjście bezpośrednio z sekcji preampu na zewnętrzną końcówkę mocy. Miłą niespodzianka jest również zacisk uziemienia. No to teraz trochę pomarudzę. Gniazda głośnikowe choć solidne i pozbawione wywołujących u mnie permanentny wk… znaczy się podenerwowanie i irytację kołnierzy praktycznie uniemożliwiających aplikację widełek nie dość, że zostały umieszczanie idiotycznie blisko siebie, to jeszcze w tak ścisłym sąsiedztwie gniazda zasilającego IEC i włącznika głównego, że początkowo zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem projektant nie jest fanem parawaningu we Władysławowie i permanentnego włażenia sobie na głowę. Oczywiście nawet sztywne przewody głośnikowe zakonfekcjonowane widłami da się podpiąć, co z resztą udowodniłem używając podczas testów swoich dyżurnych Signal Projects Hydra, ale nie przepadam za tego typu, robionymi na styk rozwiązaniami. Dodatkowo warto mieć też na uwadze, że Jedynka nie posiada trybu stnd-by, więc każdorazowo, jeśli tylko dłużej jej nie używamy, wypadałoby ją wyłączać a to wiąże się z pakowaniem łapy na zaplecze. Szczerze powiem, że taki kompletny brak ergonomii średnio pasuje mi do typowo niemieckiego pragmatyzmu. Choć z drugiej strony podobne atrakcje zapewniał nam Einstein Audio The Tune i jakoś się do tego przyzwyczailiśmy, więc i tutaj moje marudzenie proszę traktować z lekkim przymrużeniem oka i przez palce.
We wnętrzu panuje iście niemiecki porządek, choć układ trudno uznać za minimalistyczny. Tuż przy przedniej ściance ulokowano potężny, zamknięty w solidnym rondlu 600 VA transformator toroidalny a tuż obok niego baterię kondensatorów o łącznej pojemności 80,000 μF. Stopień wyjściowy oparto na ośmiu (po cztery na kanał) przykręconych do masywnego radiatora, selekcjonowanych MOS-FETach zdolnych, zgodnie z zapewnieniami producenta, poradzić sobie nawet z 2 Ω obciążeniem. Sekcję przedwzmacniacza podzielono na dwie płytki – jedną, tuż przy ścianie tylnej obsługującą interfejsy wejściowe i drugą, przymocowaną nad wypełniający szczelnie obudowę laminatem końcówki mocy i kładów kontroli pracy wszystkich układów.
Skoro zatem wrażenia natury organoleptycznej mamy już za sobą najwyższy czas zająć się walorami brzmieniowymi tytułowego gościa. Warto jednak mieć na uwadze, że brak trybu stand-by narzuca na świadomego użytkownika niejako obowiązek odczekania dłuższej chwili od magicznego kliknięcia włącznika głównego do rozpoczęcia krytycznego odsłuchu. Z pomocą przychodzi temperatura, gdyż w roli timera świetnie sprawdza się kratka wentylacyjna umieszczona nad radiatorem. Wystarczy bowiem przyłożyć do niej rękę by po prostu wiedzieć, że czas muzycznej uczty nadszedł. Skoro zatem jesteśmy przy konsumpcji to jako mającą zaostrzyć apetyt przystawkę zaserwowałem dość prosty a patrząc na dwuosobowy skład kapeli wręcz minimalistyczny album „Get Behind Me Satan” The White Stripes. Jest w nim jednak wszystko co potrzeba – od bongosów i marimby po fortepian i szorstkie gitarowe riffy a jeśli dodamy do tego, że sesja nagraniowa odbyła się na schodach i foyer domu Jacka White’a tym bardziej warto poświęcić jej trzy kwadranse. Nie jest to jednak pozycja sensu stricte audiofilska, więc obecna tu i ówdzie niemalże garażowa surowość, czy szorstkość i granulacja blach potrafi dać się we znaki. Cały jednak myk polega na tym by oddać klimat, spontaniczność materiału a nie skupiać się na stronie czysto technicznej. I tak właśnie było w przypadku Accustic Artsa, który od razu złapał wiatr w żagle i dostarczył głośnikom taką dawkę energii, jakby nie był niewielką integrą a potężną końcówką mocy. Oczywiście co nieco do starszego rodzeństwa 1-ce brakowało, ale niezaprzeczalnie mieliśmy do czynienia z taką samą estetyką grania opartą na nieskrępowanej dynamice i możliwie niskim, jeśli w ogóle zauważalnym poziomie ewentualnych podkolorowań. Po prostu zamiast na interpretacji muzyki wzmacniacz skupiał się na jej reprodukcji niebezpiecznie zbliżając się do niedoścignionego ideału „kawałku druta ze wzmocnieniem”. Różnica pozornie może wydawać się niewielka, ale dla uzmysłowienia jej skali sugeruję przypomnieć sobie dowolne koncertowe wykonanie „Bohemian Rhapsody” z niezastąpionym Freddiem i „alternatywną wersję” popełniona przez Kanye’a Westa. W dodatku trudno było doszukać się w takiej autentyczności jakichkolwiek oznak zimnej kalkulacji i laboratoryjnej poprawności, dzięki czemu osiągamy efekt obcowania z artystami niemalże na wyciagnięcie ręki, na żywo. Taki sposób prezentacji pozwala automatycznie patrzeć na ich twórczość z nieco innej perspektywy. Weźmy na ten przykład Barb Jungr z „Love Me Tender”, czy Cassandrę Wilson na „Coming Forth by Day”, gdzie pierwsza z Pań operuje dość chropawym i skrzekliwym głosem a druga ewidentnie sepleni. Normalnie, znaczy się na zbyt analitycznym, bezlitosnym wzmacniaczu powyższe cechy stają się elementami przewodnimi a przecież w rzeczywistości mając kontakt z osobami o takiej, bądź innej wymowie momentalnie przechodzimy nad tym faktem do porządku dziennego. Tak też jest z Accustic Artsem, który nie tyle skraca dystans dzielący nas od słuchanych w danym momencie artystów, bo tego nie robi, a jedynie likwiduje niewidzialną barierę oddzielającą nas od poczucia uczestnictwa w spektaklu. À propos wspomnianego przybliżania a raczej nieprzybliżania. Scena rozpoczyna się tuż przed linią kolumn, lecz sięga daleko w głąb i bez problemów wykracza poza ramy wyznaczone przez rozstaw kolumn przez co nawet przy dużych składach i gęstych aranżacjach nie ma problemu ani ze zbytnią ofensywnością ani tym bardziej z pakowaniem się frontmanów nam na kolana, co o ile w przypadku Moniki Brodki, czy Esperanzy Spalding prawdę powiedziawszy nie byłoby takie złe, ale już przy Marilyn Mansonie mogłoby wywoływać dość uzasadniony sprzeciw.
Mamy zatem szeroką i sięgającą hen za linię głośników scenę z precyzyjnie zaznaczoną gradacją planów, lecz bez zbytniego wykonturowania, przerysowania krawędzi, obrysu źródeł pozornych. To nie jest analityczne a rozdzielcze granie dzięki któremu „Symphonica” George’a Michaela brzmi po prostu zjawiskowo. Potężnie i spektakularnie, ale nawet nie zbliżając się do nadnaturalnej gigantomanii. Wokal artysty jest niezwykle organiczny i namacalny a dystans dzielący go od słuchacza umiejscawia nas gdzieś w okolicach piątego, ósmego rzędu, dzięki czemu nie dość, że bardzo dobrze widzimy Michaela, to z równą swobodą jesteśmy w stanie ogarnąć wzrokiem cały aparat wykonawczy i to pomimo panującego na scenie nastrojowego półmroku. To bogate, soczyste brzmienie, nieco podkręcone na hollywoodzką modłę, ale przez to niezaprzeczalnie szybciej łapiące za ucho a wzmocnione przez Accustic Artsa zyskuje jeszcze na atrakcyjności. Duże wrażenie robi szybkość, natychmiastowość dźwięków, które pojawiają się dokładnie wtedy i tam, gdzie powinny bez zbędnego nabierania rozpędu i przymiarek. Jeśli coś ma się zadziać, to dzieje się tu i teraz z iście niemiecką precyzją.
Po ponad dwutygodniowej przygodzie z tytułowym wzmacniaczem jestem gotów przyznać, iż Accustic Arts POWER I – MK 4 jest rasową super integrą, która pomimo braku jakichkolwiek, współcześnie niemalże obowiązkowych, dodatków w stylu modułu DACa, streamera, czy phonostage’a w pełni na przynależność do tego elitarnego grona zasługuje. Choć swą funkcjonalnością nie odbiega od tego, czego po wzmacniaczu zintegrowanym można było spodziewać się i oczekiwać dwadzieścia, czy nawet trzydzieści lat temu w pełni rekompensuje „niemanie” jakichkolwiek dodatków, z trybem stand-by włącznie, brzmieniem. Brzmieniem czystym, dynamicznym i niezwykle organicznym, które stawia na autentyczność i przez to zbliża nas do absolutu – do muzyki na żywo. Czy czegoś więcej potrzeba do szczęścia?
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Musical Fidelity Nu-Vista 800
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Przyznam szczerze, że zanim doszło do dzisiejszego spotkania z tytułową marką, co prawda wyjazdowo, ale jej produkty słyszałem już wielokrotnie. I wiecie co? Po tych epizodach muszę przyznać, iż bez względu na repertuar jakim je częstowałem, zawsze pokazywały się z bardzo dobrej strony. Jakiej? Przy dobrym osadzeniu dźwięku w barwie, przekaz nie tracił na oddechu, a to gwarantowało pewien przypisany dobrze skonstruowanym produktom sznyt solidnego grania. Co więcej, z owych pozytywnych opinii dystrybutor znakomicie zdawał sobie sprawę, jednak bez względu na to, dopiero gdy w naszej królowej polskich rzek upłynęła odpowiednia ilość wody, z nutką przekory zaproponował zmierzenie się z jedną z propozycji jej sporego portfolio na naszym, własnym podwórku. Oczywiście byłem bardzo kontent. Ale nie, żebym miał okazję spełnić swoje najskrytsze marzenia. Dla mnie owa propozycja niosła ze sobą jedną ważną sprawę, jaką była możliwość konfrontacji sporego pakietu pozytywnych wyjazdowych odczuć z realiami prywatnego zestawienia. Tak więc, nie zdradzając przedwcześnie wyników spotkania i puentując wstępniaka mam przyjemność zaprezentować wyposażoną we wzmacniacz słuchawkowy integrę niemieckiej marki ACCUSTIC ARTS model POWER 1, której dystrybucji na naszym rynku podjął się znany wielu audiofilom warszawski SoundClub.
Wzmacniacz AA pod względem osiąganych gabarytów jest typowym przedstawicielem środkowego segmentu audio, czyli przy podobnej do mojej końcówki mocy szerokości jest trochę płytszy i mierzy połowę jej wysokości. Jednak trzeba dodać, iż swoje aspiracje zdradza pokaźną wagą, co znakomicie odczujemy podczas procesu logistycznego. Przybyła na testy integra jawi się jako wariacja czerni obudowy z drapanego aluminium i połyskujących srebrem frontowych dodatków w stylu: pokręteł funkcyjnych (lewe wybór źródła, prawe głośność), włącznika inicjacji działania słuchawek i stosownego dla nich gniazda, a także centralnie umieszczonego logo marki. Z racji dość zauważalnego nagrzewania się konstrukcji niemalże ćwierć płyty górnej urządzenia posiada delikatnie łamiące wizualny spokój projektu plastycznego stosowne panele wentylacyjne. Tylny panel zaś, pozwala podłączyć do siebie dwa źródła w standardzie XLR, trzy RCA z czego jedno może stanowić przelotkę dla zewnętrznego procesora. Oprócz tego znajdziemy tam jeszcze trochę nietypowo usytuowane pojedyncze terminale kolumnowe – patrząc od przodu ulokowane są dość ciasno i do tego w lewym górnym rogu, a także gniazdo IEC i główny włącznik. Jak widać, może bez szaleństw, ale na tyle wystarczająco, by obsłużyć nawet bardzo wymagającego użytkownika.
Gdy prawie zwyczajowo wiozłem piecyk do klubu KAIM, byłem już po testach w swoich okowach, jednak nawet w najmniejszym stopniu nie spodziewałem się, że owy wyjazdowy sparing pokaże go z całkiem innej strony. Początkowo wydawało mi się to trochę dziwne, ale biorąc pod uwagę diametralnie inne brzmieniowo i konstrukcyjnie zestawy głośnikowe obydwu podejść testowych sądzę, że jest to pokłosiem pokazywania przez niego prawdy o reszcie toru, a nie efektem przypadkowych nie do końca kontrolowanych występów. Jaka to prawda? O tym w podsumowaniu całego testu. Próbując przybliżyć usłyszane u mnie efekty soniczne powiedziałbym, że POWER 1 gra bardzo dobrym, dociążonym i gęstym dźwiękiem. To oczywiście w porównaniu do punktu odniesienia niosło ze sobą pewne pogrubienie kreski rysującej źródła pozorne, przez co delikatnie rozmywała się czytelność fraz wokalnych, ale patrząc na całkowicie inną ligę cenową, a co za tym idzie jakościową porównywanych produktów odbierałem to jedynie jako wpisujący się w moją estetykę brzmienia sznyt grania, a nie szkodliwe uśrednianie, tym bardziej, że owa przypadłość dość szybko, bo dosłownie po kilku utworach odchodziła w zapomnienie. Co przy takim sposobie odtwarzania muzyki wydawało się być istotne, lekko stonowane górne pasmo było skorelowane z resztą zakresów częstotliwościowych dając tym sposobem fantastyczne uczucie spójności, a nie efekt życia każdego z nich w swoim świecie. Inną bardzo ważną dla jakości odbioru materiału muzycznego było budowanie wirtualnej sceny muzycznej. Ta na przekór cenie urządzenia budowała się jedynie o malutki krok bliżej i była niewiele mniejsza rozmiarowo tak w zakresie głębi, jak i szerokości od mojego Japończyka. Owszem, czuć było jej mniejszy wolumen, ale nie była to rozmiarowa przepaść, tylko delikatne przeniesienie się do innej kubatury goszczącej dany koncert. Dobrym przykładem na pokazanie co potrafi wzmacniacz AA, może być krążek Michela Godarda zatytułowany „A Trace of Grace”. Pulsujący we wzmocnionym przez niemiecką integrę niski rejestr i gęsto podana średnica powodowały, że elektryczna gitara basowa miała swoją odpowiednią i co ważne w ten sposób zarejestrowaną na płycie masę, a serpent frontmana nie miał problemów w osiągnięciu zarezerwowanych dla niego niskich pomruków. Oczywiście naturalnym było zmniejszenie się ilości informacji o ataku strun wspomnianego wiosła i ilości wydobywającego się w postaci szumu powietrza z tuby, ale jak napisałem wcześniej, nie było to rażące i możliwe do wyłapania jedynie w bezpośredniej konfrontacji, spychając ów wywód na obserwacyjny margines. Gdy przyszła kolej na jazz spod znaku rodzimej grupy RGG i jej krążka „Szymanowski”, okazało się, że przy jego fenomenalnym masteringu pewne idące z duchem spójności pasma temperowanie górnych rejestrów w ogóle nie miało wpływu na odbiór całości prezentacji. Mało tego, fortepian i kontrabas nabierały tak pożądanej często masy, a stopa perkusji w trzecim kawałku za sprawą dawki dociążenia zdawała się kipieć z radości zdecydowanie wyraźniej dając o sobie znać. Jeśli miałbym spuentować tę kompilację, powiedziałbym, że było trochę inne niż mam na co dzień podanie zapisu nutowego, ale dzięki wycyzelowaniu przez mastringowca każdej nuty bez najmniejszych problemów dałem się wciągnąć w tą zapisaną na srebrnym krążku opowieść. Kończąc powoli część cyfrową dzisiejszego spotkania wspomnę jeszcze o folk-metalu grypy Percival Schuttenbach. Tutaj nie mam podstaw do jakiegokolwiek narzekania, gdyż wszystkie wcześniej wyartykułowane sprawy okazały się być tak symboliczne, że nawet w najmniejszym stopniu nie umniejszały oddania energetycznych założeń tego nurtu muzycznego, a pokusiłbym się nawet, że były dla niego swoistą wodą na młyn.
Oczywistym założeniem pełnego testu była weryfikacja wizytującej moje progi integry pod względem współpracy ze źródłem analogowym. Tutaj od samego początku sprawa kierowała się raczej ku pochwałom, gdyż przewijający się przez cały test rys grania Accustic Artsa znakomicie pomagał prawie wszystkim dawnym realizacjom płytowym. Jasne, były rodzynki, które nie potrzebowały ingerencji z zewnątrz (poza wzmocnieniem przez Therię), jednak nawet podczas ich występów ten racjonalnie dodany pakiet koloru i masy miał swoje pozytywne odbicie na całości prezentacji. Na pierwszy ogień poszedł Ken Vandenmark ze swoim albumem z krakowskiego Klubu Alchemia. Ciekawie wypadające szaleństwo kilku dęciaków, kontrabasu i perkusji było idealnym potwierdzeniem, że również miłośnicy czarnej płyty powinni spojrzeć na 1-kę z zainteresowaniem. Wracając jednak do czarnego free-jazzowego krążka wspomnianego saksofonisty i zwracając uwagę na fakt współczesności jego tłoczenia w porównaniu do wzorca czuć było lekkie zwolnienie tempa muzyki. Jednak jak zaznaczałem, ja podczas testu schodziłem z góry, a potencjalny nabywca tego urządzenia będzie się wspinał, dlatego sprawa powinna pozostać jedynie w sferze informacji co i jak, a nie być przyczyną do skreślenia go z listy potencjalnych celów odsłuchowych. Ważnym jest to, że Ken ze swoją świtą pojechali na maxa i również tym razem zaskarbili moją pożądającą czasem trochę szaleństwa duszę. Tak wypadło nowe tłoczenie, a co ze starociami? Tutaj sprawa była oczywista. Stwierdzam jednoznacznie, iż Chick Corea i Gary Burton na płycie „Duet” z amerykańskiego ECM-oskiego wydanego w 1978 r krążka tego co ma w swoim port folio wzmacniacz AA wyraźnie oczekiwali. Monstrualny fortepian zrównoważył swoją masę, a pokazujący swoje atrybuty soniczne wibrafon pięknie odwdzięczał się za to ciekawą kolorystyką środka pasma. I wiecie co? To było temperaturowe trafienie w punkt tej kompilacji, o który wielu bardzo długo walczy, a za sprawą dzisiejszego bohatera, jeśli tylko analogowa część ich systemu to oferuje, może mieć od ręki.
Na koniec naszej pogadanki muszę przywołać jeszcze wspominane we wstępniaku spotkanie klubowe. Nie, żebym szukał dodatkowych pozytywnych aspektów 1-ki, tylko jako usprawiedliwienie użycia słowa „prawda” o reszcie systemu, w którym występuje. O co chodzi? Jak anonsowałem, to była całkowicie inna prezentacja. Nie było mowy o pogrubianiu, czy zwalnianiu dźwięku. Wręcz przeciwnie. Tam muzyka wręcz się konturowała, co w konsekwencji powodowało uczucie odchudzenia środka pasma. Ale nie była to jego karykatura, tylko konsekwencja wyostrzenia skrajów pasma, dając fajny efekt słyszanego niegdyś na wyjazdach, a schowanego gdzieś podczas wizyty w moim secie otwarcia się dźwięku. Przyczyna? Już mówię. Kolumny w KAIM-ie od góry, do dołu oparte są o przetworniki aluminiowe, a moje w znakomitej większości papierowe i dobrze trzymaną w ryzach tubę. I gdy tamte należy delikatnie dogrzewać, to moje raczej na tym lekko tracą. Dlatego oba spotkania obfitowały w całkowicie inne efekty soniczne, co według mnie dobitnie pokazuje umiejętności pieca ze stajni AA, ale zarazem zmusza do przemyślanego doboru zespołów głośnikowych. Wniosek? Owszem, jedynka dawała efekt dociążenia, ale nie był to nadmiar dobra, tylko pewna symbolika, co potwierdziła całkowicie inna reakcja kolumn. Jednak zaznaczam, to co dane było mi przeżyć w moim zestawieniu, wypadło bardzo dobrze i dla większości z Was będzie dalekim progresem, a wspominałem o tym jedynie dla zwrócenia uwagi, jak ma się to do wysoko postawionej w wartości bezwzględnych poprzeczki. Nic poza tym.
Dzięki testowanej dzisiaj niemieckiej integrze po raz kolejny przekonałem się, że to co słyszymy na wyjazdach, nie zawsze jest pewnikiem w naszej układance. Jak się okazuje, przyczyny są różne, jednak to, co oferuje opisywany wzmacniacz marki Accustic Arts jest bardzo dobrą propozycją dźwiękową. Dlaczego? Jak to dlaczego? Przecież wyraźnie sygnalizuje z czym jak zagra, a to podczas synergicznego doboru komponentów bardzo ułatwia proces decyzyjny. Niestety, czy jest dla Was, zależeć będzie nie tylko od indywidualnych potrzeb, ale również od tego co już macie. Ale nie obawiajcie się, gdy zapragniecie zmian, kochający porządek Niemiec w postaci POWER 1 natychmiast wskaże Wam odpowiednią drogę do sukcesu. Jest tylko jeden warunek, musicie dać mu szansę i choćby spróbować go zrozumieć, by nie powiedzieć: „najlepiej posłuchać”.
Jacek Pazio
Dystrybucja: SoundClub
Cena: 27 000 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa:2 x 200 W / 4 Ω (THD+N = 0.1 %), 2 x 135 W / 8 Ω
Niezrównoważenie kanałów: < 0.4 dB (from 0 dB to -40 dB)
Impedancja wejściowa: XLR – 2 x 50 kΩ; RCA – 50 kΩ
Transformator: max. 600 VA (watts)
Całkowita pojemność filtrująca: > 80,000 μF
Prędkość narastania:4.6 μs / 4 Ω
Zniekształcenia (THD+N):0.0069 % / 4 Ω (1 kHz & 10 W), 0.0044 % / 8 Ω (1 kHz & 10 W)
Stosunek sygnał/szum:-97 dBA (ref. 6.325 V)
Współczynnik tłumienia:> 700
Wejścia: 2 pary XLR, 2 pary RCA, para RCA (przełączana wejście liniowe / SURROUND-BYPASS)
Wyjście słuchawkowe: jack 6.3 mm; 34 Ω
Wyjścia: para RCA pre-output; 34 Ω
Zużycie energii: około 60 W (bez obciążenia)
Wymiary (W x S x G):145 x 482 x 450 mm
Waga: 22 kg
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Mobile Fidelity jest znanym na całym świecie wydawcą wysokiej jakości płyt analogowych, CD oraz SACD oznaczanych jako „Original Master Recordings”™ od 1977 roku. Teraz ta niezależna wytwórnia przenosi swój legendarny rodowód na serię produkowanych w USA gramofonów i domowych komponentów audio. MoFi projektuje te urządzenia tak, aby dać słuchaczom możliwość jak najwierniejszego odtworzenia muzyki z oryginalnych taśm „matek”. Publiczny debiut nastąpił na wystawie High End w Monachium 5-go maja br.
“Korzystamy z doświadczenia nabytego poprzez dekady działania MoFi, dostarczając najwyższej jakości muzykę najważniejszych albumów w historii” mówi Jim Davis, Dyrektor zarządzający MoFi. “To samo perfekcjonistyczne podejście, które powoduje że nagrania MoFi Original Master Recording brzmią tak dobrze, jest przekładane na budowę gramofonów i związanej z nią elektroniki. Naszym celem jest zapewnienie wysokiej jakości wartości”.
Gramofony
StudioDeck (SRP 4.990 zł) oraz UltraDeck (SRP 8.900 zł) zostały zbudowane z materiałów dotychczas zastrzeżonych do dużo droższych gramofonów. Oba modele gramofonów MoFi wykorzystują 10” ramię gramofonowe własnej konstrukcji, stanowiące optymalne połączenie wytrzymałości oraz minimalizacji błędu kątowego odczytu. Specjalnie dla tych konstrukcji zaprojektowane przez firmę HRS (Harmonic Resolution Systems) stopki, oferują doskonałe tłumienie wibracji oraz stabilną platformę dla całego gramofonu. Jako materiał talerza MoFi wybrało Delrin™, materiał o właściowściach zbliżonych do winylu, znany ze swoich właściwości do rozpraszania wibracji. Oba modele gramofonów będą dostępne w Polsce już tego lata.
Wkładki
StudioTracker MM (SRP 990 zł), UltraTracker MM (SRP 2.490 zł) oraz MasterTracker MM (SRP 3.490 zł) wykorzystują dwa mocne i lekkie magnesy precyzyjnie ustawione dla prawego i lewego kanału na stereofonicznej płycie. Ta topologa odzwierciedla budowę głowicy nacinającej płytę podczas procesu przygotowania materiału w studiu oferując zwiększoną separację międzykanałową, większą rozdzielczość i lepsze śledzenie rowka płyty winylowej.
Przedwzmacniacze gramofonowe
StudioPhono (SRP 1.490 zł) oraz UltraPhono (sugerowana cena 2.490 zł) obsługują wkładki MM oraz MC, posiadają wbudowany filtr subsoniczny oraz możliwość wyboru trybu mono. Dodatkowo UltraPhono wyposażony jest we wzmacniacz słuchawkowy pracujący w klasie A dla osób które chciałyby posłuchać swoich płyt w prywatności.
O MoFi™
MoFi™ jako światowy lider audiofilskich nagrań i masteringu cieszy się ogromnym dorobkiem.
Ich znakiem firmowym jest określenie Original Master Recordings™ występujący na płytach winylowych i SACD takich ikon świata muzyki jak: Ray Charles, Bob Dylan, Miles Davis, Dire Straits, Santana, Janis Joplin, James Taylor, Aretha Franklin i wielu wielu innych. Po więcej informacji odwiedź nasze strony: mofielectronics.pl i mobilefidelity.pl
Oprócz oferty gramofonów i elektroniki, w Polsce będą również dostępne płyty analogowe, CD/SACD oraz akcesoria gramofonowe produkowane przez Mobile Fidelity Sound Lab.
Już wkrótce szukaj produktów MoFi u najlepszych dealerów w całej Polsce.
Od 16-ego sierpnia Fonnex – polski dystrybutor marki Final rozpoczyna sprzedaż nowej serii F. Podobno są to najlżejsze słuchawki na świecie – ważą zaledwie 2 g jedna. Do sprzedaży trafią trzy modele:
F3100,
F4100,
F 7200.
Wszystkie powyższe modele wyposażone są w przetwornik armaturowy, ich impedancja wynosi 42 Ω a waga 10g razem z przewodem. Obudowy skonstruowane są ze stali nierdzewnej i z jak najmniejszych elementów. Słuchawki zachwycają wyjątkowym basem, którego nie spodziewalibyśmy się po wyglądzie.
Szczegółowe informacje na temat poszczególnych słuchawek znajdują się na stronach:
http://final-audio-design.com/en/archives/2825
http://final-audio-design.com/en/archives/2829
http://final-audio-design.com/en/archives/2832
Ceny:
F3100: 799 PLN
F4100: 1 299 PLN
F7200: 2 199 PLN
Dystrybucja: Fonnex
Opinia 1
Z reguły pytani o słuchawkowych producentów bez zastanowienia wymieniamy takie dinozaury, lub jeśli sprawi to komuś przyjemność spokojnie możemy użyć określenia „Legendy” jak AKG, Audio-Technica, Beyerdynamic, Grado, Koss, Sennheiser, Stax jednak po chwili przypominamy sobie o nowych, lecz już wszem i wobec poważanych high-endowych graczach w stylu Audeze czy HiFiMANa. Krótko mówiąc jest z czego wybierać. Problemy zaczynają się, gdy interlokutor doprecyzowuje, iż interesują go konstrukcje … bezprzewodowe. Oczywiście zawsze można zażartować, że bezprzewodową to polecacie myszkę, ale tak już na serio po dłuższej chwili namysłu pewnie przypomnimy sobie o Bose i to byłoby na tyle. Osobiście, z racji wykonywanej profesji do listy dopisałabym jeszcze Samsunga z jego topowymi Level Over, które dwa lata temu całkiem nieźle narozrabiały na rynku. A mówi Państwu coś nazwa Pendulumic? Ktoś, coś? Nic, kompletnie nic? Proszę się jednak nie stresować – nam również. Tymczasem debiutujący w zeszłym miesiącu na naszych łamach dystrybutor – szczeciński CORE trends po wielce udanym wzmacniaczu zintegrowanym Audionet DNA I postanowił dostarczyć nam na testy właśnie bezprzewodowe słuchawki Stance S1+ wywodzącej się z Singapuru marki Pendulumic.
Pendulumic Stance S1+ to dość oryginalne zarówno pod względem funkcjonalności, jak i designu konstrukcje na/wokół uszne. Proszę mnie jednak źle nie rozumieć, gdyż bynajmniej nie chodzi o to, że są one jakoś nadnaturalnie udziwnione, bądź przekombinowane, lecz po pierwsze nie przypominają żadnych znanych mi konkurencyjnych produktów z wyglądu a i od strony technologicznej mają się czym pochwalić. Zanim jednak zagłębię się w szczegóły pozwolę sobie doprecyzować opis gabarytowo – funkcjonalny dotyczący ich na/wokół uszności. Otóż jak to zwykle przy słuchawkach (i nie tylko) bywa wszystko kręci się wokół rozmiaru … uszu a dokładnie małżowin nosiciela. I tak osoby drobne, bądź obdarzone przez naturę (również z niewielką pomocą chirurgii estetycznej) niewielkimi uszami z dużą dozą prawdopodobieństwa uznają S1-ki za model wokół-uszny a jednostki o nieco bardziej rozrośniętych małżowinach za nauszny. Dla przykładu – dla mojej mierzącej niemalże 1,5m Małżonki Pendulumic były wokół a dla mnie (188cm / „nieco” ponad 100 kg) na-uszne. Krótko mówiąc punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i zamiast kurczowo trzymać się nomenklatury najlepiej przejść się do pobliskiego salonu audio i po prostu dane słuchawki przymierzyć. Inaczej po prostu się nie da i lepiej oswoić się z tą myślą dopisując nauszniki do listy rzeczy, które się przed zakupem najzwyczajniej w świecie przymierza jak nie szukając daleko buty. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że część przedstawicielek płci pięknej na widok promocyjnej pary szpilek od Manolo Blahnika albo Jimmy’ego Choo będzie szła w zaparte, że w rozmiarze 35-36 poczują się jak w kapciach, ale tym razem tego typu oznaki skrajnego fetyszyzmu możemy sobie darować.
O ile samo, bądź co bądź dość estetyczne, wykonane ze sztywnego kartonu podwójne (zewnętrzna pełnowymiarowa banderola + wewnętrzna otwierana kaseta) pudełko nie zwiastuje niczego nadprogramowego, to wizja jego trzewi jest niezaprzeczalnie miłym zaskoczeniem. Po pierwsze Pendulumici dostarczane są w świetnie sprawdzającym się zarówno podczas wyjazdów, jak i codziennego – domowego użytku sztywnym, zamykanym na suwak etui. Dodatkowo wraz ze słuchawkami otrzymujemy uzbrojony w jednoprzyciskowego, lecz wielofunkcyjnego (mikrofon, wznowienie/pauza/nawigacja) pilota przewód sygnałowy, przewód USB oraz adaptery do gniazda 6,3 mm i lotniczych a to wszystko w kolejnym zasuwanym, tym razem nieco bardziej miękkim puzderku. Same słuchawki dzięki obracanym muszlom układa się na płask, przez co po pierwsze zajmują zdecydowanie mniej miejsca a po drugie mniej narażone są na ewentualne uszkodzenia. Jakość użytych materiałów, czyli sporej ilości masywnego a zarazem miłego w dotyku brązowo-złoto-perłowego plastiku muszli, metalu podwójnego pałąka i miękkiej, nader udanie nawiązującej swoim wyglądem a co zdecydowanie bardziej istotne również parametrami do naturalnego pierwowzoru „ekologicznej” skóry nausznic i wyściółki wewnętrznego pasa nagłownego nie pozostawia niedosytu. Oczywiście można o wiele lepiej, co z resztą mogliśmy okazje nausznie przekonać się nie tylko w przypadku Audeze LCD-3 i HiFiMANów HE1000, lecz nawet „przenośnych” OPPO PM-3, jednak stawiając na naturalne i bardziej szlachetne materiały jak widać przyjdzie nam nie tyko zapłacić po wielokroć więcej ale i pożegnać się z bezprzewodowością. Nie ma zatem co marudzić, bo za tysiaka z niewielkim ogonkiem i tak dostajemy naprawdę sporo. A to przecież dopiero początek atrakcji przygotowanych przez zamorskiego producenta. Jest przecież funkcja najważniejsza – owa bezprzewodowość, możliwość uwolnienia się od kabla i pełna, upragniona swoboda. Aby było to jednak możliwe wypadałoby zaimplementować tytułowym słuchawkom jakieś źródło / magazyn energii. I właśnie w tym momencie wkraczamy do krainy baśni 1000 i jednej nocy. Dzięki wbudowanemu akumulatorowi i dodatkowym slotom na dwa paluszki AAA S1-ki zdolne są grać przez 30 godzin! Od strony użytkowej wygląda to tak, że rezerwuar życiodajnej energii wraz z dedykowanym selektorem źródła zasilania (akumulator, baterie, wyłączone) ulokowano w/na lewej muszli a pełniące również rolę pilota pokrętło regulacji głośności, mikrofon i przełącznik trybu pracy (przewodowy/bezprzewodowy) na prawej. O stanie pracy/połączenia ze źródłem sygnału informują dwie niewielkie, ukryte pod akrylową osłonką firmowych logotypów diody.
Jak to zwykle przy słuchawkach bywa niezależnie od tego ile kosztują i z czego zostały zrobione, oraz jakimi technologicznymi cudeńkami nafaszerowane to i tak naprawdę liczą się dwie rzeczy – wygoda i brzmienie (kolejność nieprzypadkowa). Jeśli zatem chodzi o wygodę i leżenie na czerepie to uczciwie musze przyznać, że pomimo dość zauważalnej jak na swoje gabaryty masy dość szybko się o nich zapomina i spokojnie można w nich spędzić dwie czy trzy godziny, co jak na słuchawki o konstrukcji zamkniętej i panujące, przynajmniej do niedawna, temperatury wydaje się całkiem niezłym wynikiem. Jeśli jednak miałbym cokolwiek zasugerować, to użytkownicy o mniejszych małżowinach powinni odczuwać nieco większy komfort, gdyż pady nie będą dociskały małżowin. Jednak niezależnie od postury „nosiciela” ze Stance’ami dość łatwo się zaprzyjaźnić a biorąc pod uwagę ich solidne wykonanie i całkiem akceptowalne gabaryty spokojnie można się w nich wypuścić nawet na dłuższy spacer.
Jeśli zaś chodzi o walory brzmieniowe, to Pendulumici również nie mają czego się wstydzić. Oferując zaskakująco wyrównane pasmo niezaprzeczalnie opowiadają się jednak po stronie dynamiki i iście rockowej motoryki. Dość chropawy i szorstki blues w stylu „Dust Bowl” Joe Bonamassy, czy „Wander This World” Jonny’ego Langa jasno dał do zrozumienia, że jeśli tyko lubimy takie surowe klimaty, to z tytułowymi słuchawkami ciężko będzie się rozstać. Soczysta, przyjemnie dociążona i nieco dopalona, czy wręcz zagęszczona średnica prezentowana jest dość blisko, ale daleko jej do taniej napastliwości. Po prostu jest angażująca i w niezwykle naturalny sposób skupia na sobie uwagę. Sporo tez dzieje się na wyższym basie, który poprzez lekkie podbicie sprawia wrażenie zdecydowanie niżej schodzącego aniżeli w rzeczywistości. Góra pasma wydaje się z jednej strony zgrabnym uzupełnieniem całości, lecz trudno zarzucić jej bądź to wycofanie, bądź zawoalowanie. Ot dostarcza satysfakcjonującą ilość detali i informacji o akustyce nagrania, lecz, co oczywiste daleko jej do poziomu jaki reprezentowały dajmy na to, również zamknięte Audio-Technica ATH-A2000Z. W ramach rekompensaty dostajemy jednak coś, co biorąc pod uwagę warunki w jakich przyjdzie im pracować i materiał, z jakim przyjdzie im się zmierzyć może okazać się zdecydowanie bardziej przydatne – swoistą empatię i zrozumienie dla słabszych nagrań. Pendulumic bowiem nie piętnują błędów realizatorskich i nie podnoszą larum za każdym razem, gdy zamiast wycyzelowanych, gęstych FLACw nakarmimy je zdecydowanie pośledniejszą strawa. Co prawda stracą co nieco ze swojej natywnej przestrzenności i skraje sceny nie będą już tak szeroko rozstawione a głębokość przybierze czysto iluzoryczną postać ale dalej takiego „wsadu” da się słuchać.
Przechodząc na coś mniej zobowiązującego i idealnie wpisującego się w letnie klimaty też nie musimy iść na jakieś specjalne kompromisy. Pulsujący, bujający i niepozwalający spokojnie usiedzieć w jednym miejscu album „The Soul Sessions Vol II” Joss Stone zabrzmiał n Stance’ach mader spektakularnie i rzekłbym nawet obficie. Sugestywnie podkręcona barwoo średnica i zwinny a przy tym nieźle zróżnicowany bas okraszone łagodną góra sprawiały, że przy takich dźwiękach po prostu się odpoczywało. Niby można było patrzeć na poszczególne składowe ze wzmożoną uwagą i szukać dziury w całym, le po co, skoro zaraźliwy beat działał na skołatane nerwy jak najlepszy szkocki antydepresant?
Na koniec zostawiłem symfonikę, ale też w mniej usztywnionej, wykrochmalonej, bo filmowej formie. „The Tokyo Concert” Joe Hisaishi to niezwykle nastrojowe nieco ponad pięćdziesiąt minut z dość wyraźnie położonym akcentem na partie fortepianu i … też było OK. Bez zbytniej nerwowości i sztucznego nadmuchania dźwięk otaczał słuchacza nie próbując na siłę wedrzeć się w przestrzeń międzyuszną. Co prawda selektywność i rozdzielczość nie dawały pełnego obrazu dalszych planów, ale umówmy się – przy tej cenie i przede wszystkim bezprzewodowej transmisji sygnału i tak powyższe marudzenie możemy uznać za nietakt.
Pendulumic Stance S1+ po dłuższym poznaniu okazują się nader dojrzałą a przy tym pozbawioną spodziewanych(?) ograniczeń propozycją dla wszystkich tych, którzy cenią sobie swobodę ruchów i nie znoszą bezczynnego siedzenia w jednym miejscu. W dodatku decydując się na nie wcale nie jesteśmy skazani na jakieś daleko idące kompromisy brzmieniowe, gdyż S1ki po prostu grają dobrze i nie męczą nawet przy dłuższych odsłuchach. Jeśli do listy ich zalet dodamy całkowicie bezproblemową obsługę i łatwość parowania ze wspierającymi transmisje Bluetooth urządzeniami to trudno nawet na siłę wymyślić jakieś „ale” mogące powstrzymać nas przed ich zakupem. A i jeszcze jedno – kabel sygnałowy niby w komplecie jest, ale jakoś nie odnotowałem po jego podłączeniu zauważalnej poprawy, więc warto mieć świadomość jego istnienia a sięgać po niego jedynie wtedy, gdy padną wbudowane akumulatorki a do kiosku po alkaliczne paluszki AAA nie będzie chciało nam się iść.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi
– DAC/Wzmacniacz słuchawkowy: Ifi Micro iDAC2; T+A DAC 8 DSD
– Słuchawki: Brainwavz HM5; Meze 99 Classics Gold; q-JAYS; Chord & Major Major 8’13
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Kable zasilające: Organic Audio Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
Opinia 2
Gdy stosunkowo niedawno, bo jeszcze w zeszłym roku nie pochylałem się testowo nad ważnymi dla sporej grupy audiofilów słuchawkami, nawet nie przypuszczałem, że nie zdążę się obejrzeć, gdy po serii rasowych „przewodowców” przyjdzie czas na zestawy bez-kablowe. Zdaję sobie sprawę, iż z czysto audiofilskiego punktu widzenia, połączenie bezprzewodowe nie jest koszernym podejściem do tematu, jednak wiem również, jakie kłody pod nogi rzuca melomanom życie rodzinne – tysiące spraw do wykonania – skutecznie uniemożliwiając im fotelowe spotkanie z ukochaną muzyką i połączonymi przewodowo słuchawkami na głowie. Dlatego też idąc w sukurs wspomnianej grupie męczenników z przyjemnością podjąłem rękawicę i w dzisiejszym spotkaniu postaram się skreślić kilka zdań na temat nauszników łączących się ze źródłem przez Bluetooth. Bohaterem naszego mitingu będzie marka Pendulumic z modelem Stance S1+, której dystrybucji na naszym rynku pojął się szczeciński CORE trends.
Tytułowe słuchawki swymi rozmiarami i wagą plasują się w środku ogólnie pojętej stawki konkurencyjnych kontrpropozycji. Sprawa oczywiście rozbija się o muszle okalające uszy, które w tym przypadku nie pochłaniają całkowicie naszych małżowin, co na tle będących sparingpartnerami Sennheiserów HD-600 dość wyraźnie obrazują zdjęcia. Ale proszę nie kruszyć zawczasu o to kopii, gdyż mimo, że po założeniu S-jedynek moje narządy słuchu nie miały zbyt dużej swobody, to trzeba przyznać, że delikatność eco-skórzanych padów bez problemów pozwalała mi na dość długie – jak na kogoś kto nie używa podobnych atrybutów – sesje muzyczne. Kolorystyczny motyw przewodni naszych bohaterek krąży wokół wariacji złota muszli wespół z umożliwiającymi ich transportowe skręcenie o 90 stopni wspornikami i czerni poduszek, płaskowników łączących oba generatory dźwięku, na nagłowiu kończąc. Z racji, że mamy do czynienia z produktem wielofunkcyjnym, na obu słuchawkowych puszkach rozlokowano umożliwiające wybór sposobu ich użytkowania manipulatory: przełączniki – akumulatorki/ładowanie przez USB, – Bluetooth/połączenie kablowe i gałkę głośności. Ważną informacją jest miejsce osadzenia wspomnianych akumulatorów w ilości sztuk dwie, które ze względu na spore gabaryty w rozmiarze AAA aplikujemy w jednej z muszli pod odkręcanym dekielkiem. Oczywistą sprawą wydaje się być również uzupełnienie zestawu o stosowne kable połączeniowe do ładowania i komunikacji z innymi urządzeniami generującymi dźwięk – włącznie ze standardowym połączeniem bananowym. By uczuciu obcowania z czymś nietuzinkowym stało się zadość, wspomniany przed momentem zestaw dostarczany jest w zgrabnym, sztywnym etui. Tak w skrócie wygląda sprawa budowy i wyposażenia STANCE S1+. Może bez szczególnych fajerwerków, ale naprawdę jest elegancko.
Gdy podchodziłem do uruchomienia testowanego komputerowo-słuchawkowego tandemu, z uwagi na mentalny opór przed wszelkimi zbytecznym z mojego punktu widzenia nowalijkami miałem lekkie obawy, czy uda mi się całość odpalić. Ale konstruktorzy chyba wiedzieli, że jakiekolwiek utrudnienia w tym aspekcie będą działać przeciwko ich produktowi, dlatego ową czynność uprościli na tyle, że nawet ja, komputerowy dinozaur bez problemu poradziłem sobie z setupem i muzyka popłynęła. Jak? A proszę bardzo. Na tle sześćsetek była trochę gęstsza. To oczywiście powodowało w pewnych stylach muzycznych delikatne i wręcz bardzo pożądane dociążenie dźwięku, ale na szczęście spektakl nie tracił przez to oddechu. Takie postawienie sprawy wyraźnie dawało do zrozumienia, że dział konstruktorski przy dobrym osadzeniu dźwięku w barwie nie zapomniał o doświetleniu całości górnymi rejestrami, w efekcie dając dobrze podbudowany, ale zarazem świetnie napowietrzony epizod muzyczny. Może z nieco mniejszą paletą informacji niż u Niemców, ale o tego co dane było mi usłyszeć, nie mogę określić inaczej niż bardzo ciekawa prezentacja. Gdyby przyjrzeć się temu sznytowi grania przez pryzmat słuchanej muzyki, powiedziałbym, że w pewnych dziedzinach S1-ki wypadały lepiej niż 600-ki. Jakich? A choćby w ECM-owskim jazzie. Może holografia była na nieco niższym poziomie, ale za to kontrabas przy sporym pakiecie informacji o strunach pokazywał więcej energii z pudła rezonansowego, stopa perkusji bardziej wyginała moje membrany uszne, a skrzypce skrzypiały drewnem, a nie samym włosiem strun. Co ważne, przy całej operacji dociążania kontrabasu nie odczuwałem jego wychodzenia przed szereg, co jest częstym efektem ubocznym podobnych zabiegów. Po prostu był tam gdzie powinien i w masie dobrze oddającej jego wolumen, bez siłowego wyciągania go na pierwszy plan. I gdyby przyjrzeć się bardzo dokładnie, to jedyny tematem gdzie Senki pokazały się ze zdecydowanie lepszej strony były górne rejestry. Oprócz tego, że było ich nieco więcej, to były szlachetniejsze i unikające wyostrzeń, przez co powodowały uczucie większego napowietrzenia sceny muzycznej. Jednak jeśli miałbym rozsądzać, które były lepsze, powiedziałbym, że to kwestia indywidualnych potrzeb potencjalnego słuchacza, a nie bezwarunkowa wyższość jednych nad drugimi. Bardzo podobnie miała się sprawa z elektroniką, z tą tylko informacją, że przy dociążeniu testowanego produktu do zrównoważenia masy przekazu, góra mimo, że była dość swobodna, dzięki korelacji z resztą pasma – była raczej iskrą, niż drobnym piaskiem – nie smagała szkodliwie moich uszu, co w konsekwencji pozwoliło mi przesłuchać kilka przecież często unikanych przeze mnie podobnych krążków od deski do deski. To się nazywa trafienie w punkt. I tym optymistycznym akcentem powoli zbliżamy się ku końcowi dzisiejszego spotkania. Patrząc na to, co pokazały testowane nauszniki nie mam za bardzo na co narzekać, gdyż to są dość lifestyle’owo podchodzące do tematu audiofilii produkty – zwracam uwagę na łączenie bezprzewodowe. Co więcej, w starciu z dawnym pokazującym drogę rozwoju niemieckim produktem szły co najmniej łeb w łeb. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że można lepiej. Co więcej, nawet słyszałem lepiej. Tylko nie przy takim budżecie i przewodowe, a tutaj mamy produkt do słuchania w ruchu, co stawia przed nim całkowicie inne zadania, które w zestawieniu z ceną nie są takimi prostymi do pogodzenia. Ale modelem S1+ firma Pendulumic udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych i da się tak zaprojektować słuchawki, by w przystępnej dla zwykłego Kowalskiego cenie sprostać założeniom dobrego dźwięku bezprzewodowego.
Gdy rozpakowywałem S-jedynki, zachodziłem w głowę, czego mogę się spodziewać. Nieduże muszle, łączność bezprzewodowa, to jak poszukiwać w nich dobrej jakości dźwięku. Toż to świętokradztwo, a nie w pełni profesjonalny, czysto audiofilski test. Tymczasem, po raz kolejny potwierdziła się stara maksyma: „Nigdy nie mów nigdy”. Cóż z tego że nie są produktem ortodoksyjnym, gdy ze swoimi możliwościami sonicznymi potrafią stanąć w szranki z najlepszymi – tutaj proszę wziąć pod uwagę zaszeregowanie obu sparingpartnerów – i co ważne, odbieramy je jako inne podejście to tematu dźwięku, a nie gorszej jego jakości. Czy S-1 marki PENDULUMIC są dla wszystkich? Z pewnością nie. I nie dlatego, że grają źle, tylko dlatego, że są dla wąskiej grupy użytkowników narzekających na brak czasu na słuchanie muzyki na siedząco. Jednak po tej przygodzie nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś nie cierpiący na wspomnianą przypadłość braku czasu na wygodne zajęcie fotela zdecydował się zakupić dzisiejszą propozycję testową, gdyż przy ciekawej ofercie jakości dźwięku w pakiecie otrzymuje przecież tak uwielbianą przez nas mobilność, czyli możliwość słuchania z przenośnego grajka bez problematycznych, zawsze plączących się drutów.
Jacek Pazio
Dystrybucja: CORE trends
Cena: 1069 PLN
Dane techniczne:
Wersja Bluetooth®: 4.0 z aptX®
Średnica przetworników: 40 mm
Średnica nausznic: 70 mm
Materiał nausznic: skóra ekologiczna
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 22kHz z aptX®
SPL: 121dB (1 kHz / 1 Vrms)
Impedancja: 32Ω
Dodatkowe baterie:2 x AAA (rekomendowane alkaliczne)
Czas pracy w trybie bezprzewodowym: do 30 h (z dodatkowymi bateriami AAA)
Zasięg w trybie bezprzewodowym: do 15m
Waga: 310 g
Opinia 1
Z marką znajdującą się od dłuższego czasu w kręgu naszych zainteresowań i wreszcie mającą swoje pierwsze pięć minut na naszym portalu spotkałem się, co prawda wyjazdowo, ale już około sześciu lub siedmiu lat temu. Nawet nie pamiętam, czy była to integra, czy końcówka mocy, ale jedno wiem na pewno, był to piec jednoczęściowy, wielki, ciężki i już wtedy dzięki swoim walorom sonicznym owiany legendą. To, czy owa plakietka pewnej referencyjności była słuszną, z prozaicznych przyczyn obcego i bardzo przypadkowego, bo sklejonego z wielu przywiezionych wówczas przez innych gości urządzeń zestawienia nie do końca dało się potwierdzić. Ale mimo tego, już ta pierwsza konfrontacja pokazywała wyraźnie, że konstruktor stawia na dobre wypełnienie i mocny dół generowanej przez swój produkt muzyki, zaskarbiając tym sporo audiofilskich serc. Nim się obejrzałem, minęło kilka lat i już za sprawą splotu około-soundrebelsowych wydarzeń nasze drogi ponownie się skrzyżowały. To również był sparing wyjazdowy, lecz tym razem pokaz był już bardziej reprezentatywny, gdyż razem z Marcinem zostaliśmy zaproszeni przez konstruktora znanych szerokiej grupie wielbicieli dobrego dźwięku kolumn ESA Pana Andrzeja Zawady, który dzisiejszym bohaterem napędzał swoje referencyjne kilkunastogłośnikowe kolumny w konstrukcji OB (stosowna relacja ukazała się na naszym portalu). By specjalnie nie przedłużać wstępniaka, zapraszam do lektury tamtego epizodu, a wszystkich ciekawych kieruję po pakiet informacji, jak przez lata krążący wokół mojej osoby i co jakiś czas smagający pozytywnymi wrażeniami Polak, czyli wzmacniacz mogący pracować jako interga i końcówka mocy MARTON OPUSCULUM REFERENCE V2 wypadł w bezpośredniej konfrontacji posiadanym obecnie Japończykiem. Ważną informacją jest również fakt, że produkt wykonywany jest na zamówienie, a konkretny w najnowszej specyfikacji model dostarczył do testu sam producent Pan Marek Knaga.
Przybyła do zaopiniowania konstrukcja składa się z dwóch elementów, gdyż w celu odseparowania szkodliwego dla jakości dźwięku wpływu prądów wirowych zasilania, ów dostarczyciel energii został wydzielony z głównej konstrukcji jako osobna, zdecydowanie mniejsza, ale osiągająca podobną wagę co samo serce wzmacniacza skrzynka. W dbałości o solidność połączeń obie skrzynki z racji topologii dual mono spięto trzema (osobne dla każdej z odnóg wzmocnienia i osobny dla logiki urządzenia) wojskowymi, wielopinowymi, zakręcanymi terminalami. Patrząc na fotografie można odnieść wrażenie, iż przywołane szyny prądowe są bardzo sztywne, co całkowicie potwierdza kontakt organoleptyczny, ale uspokajam, gdyż śledząc obie recenzje (Marcina i moją) wyraźnie widać, że konstrukcje dają się spiąć stojąc na sobie, jak i bok w bok, czyli nie taki diabeł straszny, jak go malują. Warto dodać, iż w komplecie do V-dwójki konstruktor dostarcza dedykowany, wykorzystujący wtyk PowerCon kabel zasilający, co z jednej strony sprawia, że mamy do czynienia z pełną wizją pomysłodawcy na dźwięk, a z drugiej zaś uzależnionym od wszelakiej żonglerki ogranicza nieco tak uwielbianą kabelkologię. Do pełni szczęścia potencjalny nabywca otrzymuje jeszcze opcję wyboru OEM-oweg lub bardziej wykwintnego konstrukcyjnie pilota. Gdy sprawy połączeniowo-manualne mamy już za sobą, przejdźmy do samych urządzeń. Tutaj prym wielości dzierży sekcja wzmacniająca. Jak przystało na High End jest wielka i ciężka Powiem więcej, jest potężniejsza w kwestii wagi i rozmiarów od mojego pieca, co niejako tłumaczyć faktem iż oddaje 250 W, których tak naprawdę interesuje nas „tylko” 30 pierwszych. Ale za to jakich! Serwowanych w czystej klasie „:A”, co dla wielu jest jednym z podstawowych założeń przed-zakupowych. Front wykonano z grubego płata aluminium, na którym w centralnej części wkomponowano teoretycznie niezbyt duży, ale za to bardzo czytelny nawet z daleka wyświetlacz. Tuż nad nim swój byt zaznacza sporej wielkości wyfrezowane logo marki, a pod nim trzy informujące nas o stanie urządzenia diody. Dla ułatwienia procesu logistycznego, ale według mnie również dla przełamania monotonii i odchudzenia projektu wizualnego na zewnętrznych krawędziach przedniej ścianki znajdziemy jeszcze dwa pełniące rolę uchwytów walce. Uprzedzam marudzenie, wszystko ładnie się komponuje, gdyż przy ich sporej średnicy osiągają pełną wysokość urządzenia i są delikatnie na swych końcach ścięte. Wydawałoby się, że to zbędny trud, ale po kilku tygodniach użytkowania Martona stwierdzam, iż to naprawdę dobry designerski ruch. Zbliżając się ku tyłowi widzimy mogące odprowadzić sporą ilość ciepła będące bocznymi ściankami radiatory i dwa rzędy otworów wentylacyjnych na dachu urządzenia. Plecy naszego wzmacniacza proponują nam zestaw wejść XLR i RCA, pojedyncze zaciski kolumnowe, trzy terminale życiodajnej energii i zdecydowanie uboższe od frontowych, ale jakże pomocne podczas logistyki rączki transportowe. Pochylając się nad samym zasilaczem trzeba powiedzieć, iż jest prawie tak samo ciężki, jak sam wzmacniacz, a jego front idealnie z nim licuje. Ten zabieg zaś pozwala postawić je na sobie bez utracenia ważnej dla ogólnego wyglądu ciągłości linii obu komponentów. Jeśli chodzi o sekcję przyłączeniową, znajdziemy tutaj oddające energię elektryczną trzy wielopinowe gniazda, terminal zasilający, włącznik główny i takie same, jak z tyłu wzmacniacza rączki ułatwiające przenoszenie. Tak w kilu zdaniach przedstawia się nasz cel testowy. Jednak znakomicie zdając sobie sprawę, że rozmiar to nie wszystko, w dalszej części naszego spotkania postaram się wprowadzić Was w obfitujący w bardzo ciekawe wnioski świat według Martona.
Jak zdążyłem wyartykułować we wstępniaku, każde wcześniej słuchane wcielenie produktów Martona stawiało na ogólne dociążenie przekazu i dobre osadzenie w barwie zakresu średnio-tonowego. To co prawda były na szybko kreowane, ale a każdym razem bardzo podobne wnioski, dlatego gdy wzmacniacz wylądował u mnie, jawiły się jako co najmniej przypuszczalne, by nie powiedzieć oczekiwane. I co? Nic nadzwyczajnego, dostarczona najnowsza oferująca pierwsze 30W w klasie „A” konstrukcja nie odeszła od usłyszanego niegdyś sznytu brzmienia, dając wyraźnie do zrozumienia, iż masa dźwięku i dobrze podgrzany bardzo ważny dla wielu melomanów środek pasma są oczkiem w głowie konstruktora. I gdy tak postawiona sprawa najczęściej wszelkim tanim konstrukcjom pomaga – najzwyczajniej w świecie przestają krzyczeć, to w przypadku dzisiejszego bohatera stawia spore wyzwanie dla reszty toru, a w szczególności kolumn i pomieszczenia odsłuchowego. Dlaczego? Już spieszę wyjaśnić. Prezentowany „Opusculum v2” miał w mojej recenzenckiej części dwie odsłony. W obydwu, czyli domowej i klubowej (KAIM) szkoła dźwięku była bardzo zbieżna, sugerując tym sposobem zbyteczność wplatania w tekst występów wyjazdowych. Ale to właśnie klub, z jego wydawałoby się bardzo szkodliwym podbijającym pasmo 50Hz modem pomieszczenia, w tym przypadku paradoksalnie pomógł mi znaleźć ciekawą i zarazem pozytywną cechę polskiej konstrukcji. Nie będę rozpisywał się na temat dolnego zakresu, który mimo utrudniającej życie dodatkowej dawki masy nie powodował lejącej się z kolumn magmy, a tylko obniżał przekaz muzyczny o oczko niżej. Najważniejszą wartością tego podejścia był zakres średnicy. Owszem, przy tak niesprzyjających warunkach było ciężko i nisko, ale o dziwo bardzo czytelnie i z wyraźną swobodą artykułowania poszczególnych zgłosek, co pokazywało zestawowi klubowemu, że mimo zwiększonej soczystości dźwięku, jeśli ma się umiejętności, da się zapanować nad czytelnością nawet owych zbyt obficie podanych informacji, które notabene wynikały przecież z przypadkowości kompilacji testowej. I jeśli mając pod górkę w tym aspekcie potrafił się obronić, to co będzie, gdy damy mu więcej szans. Proszę wziąć to pod uwagę. A, jak v2-ka wypadła u mnie? Ważną czynnością przed-testową była dobra stabilizacja układów wewnętrznych wzmacniacza, co od podczas implementacji w mój tor sugerował konstruktor. Może dla wielu wydać się to nie do przyjęcia, ale zanim wystartuje z dźwiękiem musi dobrze się rozgrzać (o tym informują nas stosowne diody), a dodatkowo według producenta piec najlepiej gra co najmniej po kilku dniach nie wyłączania go z sieci, a najlepiej, żeby przez cały czas był w trybie ON. Oczywiście w ramach dania wzmakowi pełnych szans spełniłem te warunki i pierwszym co dało się wyłapać, była spójność prezentowanego dźwięku. To oczywiście oznaczało, że przy jego solidnej podbudowie w najniższych rejestrach i gęstości na środku pasma nie byłem smagany nadinterpretacyjną w informacje górą. Po prostu oferowany pakiet delikatnie stonowanych alikwot szedł jedynie z pomocą reszcie zakresów częstotliwościowych, a nie żył swoim, może i dla wielu spektakularnym, jednak w wartościach ogólnych szkodliwym życiem. Naturalnie przy takiej dawce dobra koloru i ciężaru w stosunku do mojego Japończyka muzyka delikatnie zwolniła, ale w tym momencie należy wziąć pod uwagę fakt, iż moje kolumny w swoim portfolio niosą już co nieco z aspektów Martona, w konsekwencji pokazując jedynie, że podczas ewentualnego zakupu bardzo ważnym jest dobór zespołów głośnikowych, co zaznaczyłem już kilka linijek wcześniej. Gdybym miał przywołać kilka zdarzeń płytowych, zacząłbym od mojego konika, czyli muzyki dawnej i jej przedstawiciela Johna Pottera. W tym momencie w porównaniu do odsłony klubowej do głosu doszła wskazana nieco wcześniej akustyka pomieszczenia, gdyż u mnie w przeciwieństwie do KAIM-u nie było aż tak bardzo odczuwalnego przesunięcia tonacji wokali w dół, tylko wyraźne zwiększenie ich masy, która w tym przypadku nie byłą szkodliwą, a jak wiadomo, często jest nawet pożądaną. I gdyby spojrzeć na tę płytę z ogólnej perspektywy, powiedziałbym, że przy niewielkich stratach oddechu w dobiegającej do mych uszu muzyki, najwięcej cierpiało echo generowane przez goszczącą muzyków kubaturę klasztoru. To oczywiście było skutkiem pilnowania przez wzmacniacz spójności przekazu, ale potwierdzało też, że Polak gra ciemniej i gęsiej od Reimyo, i do pełni szczęścia należałoby nieco popracować nad okablowaniem. Tego jednak nie robiłem, gdyż we wszelkich testach chodzi raczej o pokazanie, jak gra dane urządzenie, a nie układanie go do swoich preferencji. Wbicie dźwięku w mój punkt „G” potencjalnemu nabywcy nic by nie powiedziało, a tak ma może pokazującą pewne przywary, ale wyłożoną kawę na ławę, co pozwoli na wstępne planowanie odsłuchów. Kolejnym przykładowym krążkiem będzie jazz spod znaku Bobo Stensona i jego sesji zatytułowanej „Cantando”. Efekt? Nieco grubsza kreska źródeł pozornych, kontrabas pokazywał więcej pudła, a blachy delikatnie tonizując iskrę podążały ku ciemniejszemu odcieniowi złotu. Co jednak ważne, przy całej otoczce utraty szybkości nie ucierpiała scena muzyczna, dając mi pełnię informacji o jej głębokości i szerokości z wyraźnym pozycjonowaniem ośrodków dźwięku. Na koniec przygody z owianym legendą wzmacniaczem zostawiłem sobie nieco żywszą muzę zespołu YELLO w kompilacji „Touch”. Ja wiem, że góra w tej naładowanej elektronicznymi świstami muzyce powinna nieodwracalnie niszczyć nam słuch, ale dla mnie dzięki wpisanej w grę Martona gładkości było to bardziej stawne, a wniesiona przez niego masa i kolor z nieposkromioną łatwością pozwalały muzyce przyjemnie masować moje wnętrzności. I nie chodzi mi tutaj o deliberowanie, jak jest lepiej lub jak powinno być. Stwierdzam tylko, że przy każdorazowym, bardzo dużym oporze przed wkładaniem tej płyty do napędu CD, tym razem efekt soniczny był dla mnie bardzo ciekawym. Owszem, to była nieco inna niźli prawdopodobnie chcieliby tego sami artyści szkoła brzmienia, ale nikt nikomu nie zabroni słuchać muzyki w przez siebie tylko lubianej estetyce. Puenta tego zbioru nagrań? Bez krzyku, ale z dobrym wypełnieniem i muzykalnością.
Kilka epizodycznych podchodów odsłuchowych do wyrobów Martona wzbudziło we mnie spore oczekiwania. Co ważne, to czego teraz zaznałem u siebie, nie odbiegało zbytnio od usłyszanych kiedyś zalet. Czy jest to dźwięk dla wszystkich? Z pewnością nie. I to nie z racji samych efektów sonicznych – przypominam o pracy w klasie „A”, tylko z faktu niezłapania synergii z posiadanym zestawem kolumn. Dzisiejszego bohatera słyszałem już w kilku konfiguracjach i wiem, że najlepszą dla niego opcją są zespoły głośnikowe unikające podkolorowań. To oczywiście z racji różnych preferencji poszczególnych zainteresowanych nie jest regułą – niektórzy lubią bardzo gęsto i ciężko z naciskiem na „bardzo”, ale bardzo pozytywny w efekcie odsłuch z topowymi odgrodami polskiej marki ESA, kilka głosów w sieci o idealnym połączeniu z elektrostatami firmy Magnepan i w końcu moje osobiste spotkanie dają wyraźny znak, że podczas doboru reszty toru dla OPUSCULUM v2 do sprawy należy się przyłożyć. Niestety, przypadkowe, często nie mające w sobie krzty racjonalności połączenia mogą okazać się spektakularną porażką, która po osobistym zapoznaniu się z testowanym produktem może nie być jego winą. Tak więc, tylko od osobistego wtajemniczenia w sztukę doboru komponentów audio i oczekiwań posiadanego systemu zależeć będzie, czy dzisiejszy bohater jest w kręgu Waszych zainteresowań. Ja jedno mogę powiedzieć na pewno, to jest posiadający swój mocny rys brzmieniowy, a co za tym idzie charyzmatyczny i przez to wymagający sporego zaangażowania konfiguracyjnego piec. A chyba nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że okiełznanie takiego „diabła” może związać Was z nim na długie lata.
Jacek Pazio
Opinia 2
Kiedy w naszych skromnych progach pojawił się bohater niniejszej recenzji od razu przyszło nam na myśl stare ludowe porzekadło, że „duży może więcej”. W dodatku nie był to wyświechtany slogan i pusty frazes a nabyte na przestrzeni … umówmy się, że „kilku” ostatnich lat doświadczenie. Przenoszenie i ustawianie nowoprzybyłego gościa tylko spotęgowało pierwsze wrażenie, przypominając naszym kręgosłupom, że High-End musi swoje ważyć. Niby wydawać by się mogło, że tak było, jest i będzie, bo takie jest odwieczne prawo natury, ale patrząc na proekologiczne zapędy instytucji dopuszczających interesujące nas zabawki do oficjalnego obrotu coraz częściej zaczynamy w powyższą regułę wątpić. Mniejsza jednak z tym, bo nie czas i nie miejsce na dywagacje nad utopijnymi pomysłami biurokratów, gdy w naszym systemie wylądowało osiemdziesięciokilogramowe monstrum będące wbrew pozorom nie bezkompromisową końcówką mocy a oferującą zdecydowanie większą kompatybilność integrą. Ponadto wcześniejsza uwaga o „pozorach” wcale nie miała za zadanie rozwlekania wstępniaka a jedynie zasygnalizowanie, że choć tym razem rozprawiać będziemy o zintegrowanej formie wzmocnienia, to już sama konstrukcja jest dzielona, gdyż zasilanie wyekspediowano do osobnej obudowy. O czym zatem mowa? O potężnej i elektryzującej za każdym razem gdzie się pojawi polskiej konstrukcji Marton Opusculum Reference.
Aby odpowiednio zobrazować historię obecności protoplastów dzisiejszego gościa w świadomości polskich audiofilów trzeba sięgnąć hen, hen pamięcią do zamierzchłych lat 90-ych ubiegłego milenium a dokładnie do początku 1999 roku. To właśnie mniej więcej wtedy polski rynek audio przypominał bardziej jakiś podziemny, mroczny krąg aniżeli naszą współczesną kolorową i pełną przepychu rzeczywistość. Oprócz branżowej prasy kolorowej kultową wręcz estymą cieszył się wydawany niemalże na powielaczu „Magazyn Hi-Fi” i to właśnie na jego łamach można było przeczytać jeśli nie pierwszą, to przynajmniej jedną z pierwszych recenzji mającego nawiązać równorzędną walkę z zagranicznym High Endem Opusculum 1.1. Potem Martona można było posłuchać na Audio Show 2004,2005 i teoretycznie jeszcze coś kołacze mi się po głowie, czyli jest pewne prawdopodobieństwo, że Pan Marek Knaga pojawił się również ze swoim maleństwem nieco wcześniej, bo 15-16 czerwca 2002 r, podczas niestety jednorazowej wystawy Hi End w warszawskim hotelu Marriott, ale w tym wypadku po prostu nie mam pewności. Mniejsza jednak z tym, gdyż potem o Martonie zrobiło się trochę ciszej i jedynie od czasu do czasu pojawiały się o nim wzmianki. Jednak kiedy nowa, odświeżona wersja Opusculum pojawiła się w 2013 r. na warszawskim Audio Show w towarzystwie kolumn ESA postanowiliśmy trochę podrążyć temat, co koniec końców doprowadziło nas do wizyty u Pana Andrzeja Zawady i wielce inspirującym odsłuchu monumentalnych odgród Revolution No.9 zasilanych właśnie wspomnianym wzmacniaczem. Potem już poszło z górki i koniec końców, co biorąc pod uwagę, że jest to konstrukcja wykonywana praktycznie wyłącznie na zamówienie, wcale nie było takie oczywiste, wreszcie mogliśmy posłuchać Martona Opusculum Reference v.2 u siebie.
Tak jak już zdążyłem wspomnieć we wstępniaku Opusculum jest wzmacniaczem zintegrowanym z wydzielonym do zewnętrznego modułu stopniem zasilania. Wbrew pozorom tego typu praktyki nie są niczym niezwykłym, szczególnie wśród przedwzmacniaczy gramofonowych, a i wśród „zwykłych” wzmacniaczy warto chociażby wspomnieć o niemieckim ASR-ze. Dzięki temu „brudny” prąd trzymamy z dala od podobno wrażliwych nawet na plamy na słońcu i topnienie lodowców obwodów audio a przy okazji dajemy nieco wytchnąć plecom, bo wbrew pozorom przenoszenie i przestawianie osiemdziesięciokilogramowej „kostki” a dwóch modułów po czterdzieści kilogramów każdy robi różnicę.
Zacznijmy zatem opis aparycji od sekcji zasilania, która oprócz masywnego, blisko centymetrowej grubości frontu ogranicza się do sporo węższego, płaskiego, prostopadłościennego, mocno ponacinanego w celu ułatwienia cyrkulacji powietrza korpusu. Zdecydowanie bardziej intrygująco przedstawia się ściana tylna wyposażona nie tylko w ułatwiające przenoszenie uchwyty, lecz przede wszystkim trzy militarnej proweniencji wielopinowe, zakręcane terminale dostarczające napięcia 55V i 12V do sekcji sygnałowej, włącznik Stand-by, pokrywę bezpiecznika i dość rzadko spotykane w urządzeniach konsumenckich okrągłe gniazdo zasilania powerCON.
Moduł sygnałowy prezentuje się zdecydowanie bardziej okazale. Identycznej grubości co w zasilaczu płytę czołową zdobi centralnie umieszczony dwuwierszowy wyświetlacz i usytuowany tuż nad nim wygrawerowana nazwa producenta a po bokach potężne walce uchwytów. O stanie pracy informują trzy niewielkie diody. Jak widać nijakich przycisków, pokręteł i przełączników nie uświadczymy, więc troska jaką należy otoczyć dołączany w komplecie dedykowany pilot nie wydaje się przesadzona. Na pokrywie górnej nic oprócz dwóch przebiegów nacięć ułatwiających cyrkulację powietrza nie znajdziemy żadnych ozdobników. Ściany boczne a raczej stanowiące je gęsto użebrowane radiatory również podkreślają, że mamy do czynienia z zabawką dla dużych chłopców. W podobnej estetyce utrzymany jest panel tylni. Również tam znajdziemy szalenie pomocne przy przenoszeniu uchwyty. Oprócz nich oczy cieszą motylkowe terminale głośnikowe zdolne obsłużyć nawet nieprzyzwoicie masywne widły pomiędzy którymi ulokowano zdublowane gniazda XLR z centralnie umieszczonym wejściem monofonicznym, jeśli tylko ktoś zapragnie wykorzystać dwa Martony w roli monobloków i cztery pary wejść RCA. Nie zabrakło również trzech zakręcanych gniazd zasilających. Czego by nie mówić wygląda to świetnie.
W środku też trudno natrafić o jakże cenne audiofilskie powietrze, gdyż o odpowiednie osiągi dbają nie tylko 3 transformatory toroidalne zasilające baterię kondensatorów „Long life” o łącznej pojemności 0,36 F, ale i stopień wyjściowy składający się z 28 bipolarnych tranzystorów mocy, pracujących w układzie push-pull.
Opusculum jest kolejną konstrukcją, która do życia budzi się z pewnym opóźnieniem i o ile Nu-Vista 800 Musical Fidelity i Abyssound ASA-1600 doprowadzały się do porządku w ciągu zaledwie kilkunastu – kilkudziesięciu sekund, to dzisiejszy zawodnik idzie chyba na rekord, bo po wybudzeniu podnosi się przez przynajmniej kwadrans! Powtarzam kwadrans i to w dodatku nie mówimy o osiągnieciu jako-takiej formy brzmieniowej a generalnie o zdolności wydobycia z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Biorąc pod uwagę panujące ostatnimi czasy temperatury to jesienią, jeszcze przed rozpoczęciem sezonu grzewczego czas oczekiwania na odsłuch może jeszcze się wydłużyć, co niejako tłumaczy zalecenia konstruktora aby, jeśli tylko istnieje taka możliwość, najlepiej wcale wzmacniacza nie wyłączać. Nie wiem jak na takie podejście zapatrują się ekolodzy, ale tak na pierwszy rzut oka wygląda to na jakiś układ RWE. No dobrze, żarty na bok.
Za każdym razem siadając do odsłuchu i szukając najtrafniej obrazujących walory soniczne Martona określeń niemalże automatycznie na klawiaturę cisnęły mi się zrównoważenie, spokój i … pewna emocjonalna zachowawczość. Było to o tyle dziwne, że po pierwsze mamy do czynienia z piecem zdolnym oddać imponujące 250 W przy 8 Ω, z czego pierwszych 30 podawane jest w czystej klasie A. A tymczasem nawet po kilkunastogodzinnej rozgrzewce następującej po blisko tygodniowej akomodacji efekt daleki był od tego, co swojego czasu słyszeliśmy z ESA-mi Revolution No.9. Zamiast fenomenalnej swobody, dynamiki i pełnej kontroli najniższych składowych uderzających z siłą młota pneumatycznego otrzymaliśmy zdecydowanie bardziej spokojną odmianę estetyki. Ba, śmiem twierdzić, że z owej spodziewanej, adekwatnej gabarytom potęgi nie zostało zbyt wiele. Możliwe, że winę za taki stan rzeczy ponosiła testowana równolegle końcówka mocy Vitus Audio MP-S201, która dość bezceremonialnie pokazała polskiej integrze miejsce w szeregu. No nic to pomyślałem. Zobaczymy co będzie dalej i zostawiwszy Martona na chodzie zajęliśmy się spedycją Vitusa. Kiedy następnego dnia wróciliśmy do tematu sprawy miały się nieco lepiej. Nie wiem, czy to zbawienny wpływ czasu zacierający wspomnienia po Duńczyku, czy rzeczywiście Opusculum potrzebuje wręcz nieprzyzwoicie rozgrzewki, ale tym razem odsłuch już tak nie rozczarowywał. Do głosu zaczęły dochodzić nieobecne wcześniej składowe, jak całkiem przyjemna przestrzenność i sugestywna gradacja poszczególnych planów przy wtórze krótkiego i świetnie kontrolowanego basu. Równowagę tonalną też cechowało bardzo świadome celowanie w sam środek, więc niezależnie od reprodukowanego materiału dostawaliśmy bardzo poprawny i niepodbarwiony w jakikolwiek sposób przekaz. Jest jednak też druga strona tego medalu. Pomimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie uznać oferowanego przez Martona dźwięku jako nasyconego, czy soczystego. Po prostu za każdym razem saturacyjna poprawność i zachowawczość brały górę nad oczekiwaną feerią barw i odpowiednio wcześnie ją stopowały. W rezultacie przekaz, choć ze wszech miar prawidłowy stawał się zastanawiająco mało absorbujący i niemalże wypłowiały, co przy szalenie nasyconych i właśnie stawiających akcent na barwy i emocje ISISach było dla nas nie lada niespodzianką. Przykładowo – tak fenomenalnie brzmiący u Pana Andrzeja blues wypadł po prostu poprawnie od strony technicznej, lecz nijakiej magii w tym nie było. Z reguły powalający na kolana Buddy Guy na „Live At Legends” nie czarował jak zwykle a jego gitarze brakowało oscylującego na granicy percepcji rozedrgania potrafiącego sprawić, że przestajemy analizować poszczególne dźwięki a chłoniemy całymi sobą, stajemy się czynnymi uczestnikami, rozgrywającego się przed nami a w końcu również wokół nas spektaklu. Co ciekawe taki zabieg stojącemu u nas w ramach punktu odniesienia Abyssoundowi SX-2000 nie sprawił najmniejszej trudności. W dodatku zauważalna była dość znaczna różnica w otwartości górnych rejestrów, które w przypadku Opusculuma przybierały rolę niejako dodatkową, w przeciwieństwie do krakowskiego konkurenta, który zdecydowanie raźniej poczynał sobie w górze pasma. O ile jednak przy elektrycznym bluesie, czy cięższych i bardziej jazgotliwych odmianach rocka taka maniera może się podobać, gdyż w pewien, właściwy sobie sposób tonizuje zbytniaą ofensywność i ewidentny brak finezji, to już przy stawiającej właśnie na barwy i eteryczność kameralistyce warto osobiście się przekonać, czy to po prostu nasza bajka. Mi osobiście na „A Trace of Grace” Michela Godarda brakowało nieco wysycenia, informacji o fakturze instrumentów i czegoś na kształt aury otaczającej muzyków.
Pochwalić za to muszę dół pasma, który oferując wzorową wręcz kontrolę nie tracił nic z zapisanych tamże niuansów i wybrzmień zarazem nie pozwalając nawet na jotę niesubordynacji. Na gęstych prog-metalowych aranżacjach „The Astonishing” Dream Theater czuć było nie tylko właściwy wolumen dźwięku ale i samo uderzenie, za którym szła niszczycielska siła będąca pochodną masy. Udało się zatem Martonowi uniknąć pułapki zbytniej konturowości i efektu nadmuchania źródeł pozornych, które na pierwszy rzut oka wydają się imponujące a przy bliższym kontakcie okazują się li tylko umiejętnie, bo umiejętnie, lecz tylko styropianowymi wydmuszkami. Tutaj za to dostajemy realny i namacalny konkret, z którym dyskutować i podważać jego kompetencji nie sposób.
Marton Opusculum Reference v2 to niezaprzeczalnie intrygująca nie tylko pod względem wizualnym i konstrukcyjnym, lecz również brzmieniowym integra, która jednak wymaga pewnej uwagi przy aplikacji. O ile z „żywymi” i nie szczędzącymi najwyższych alikwot kolumnami i w dość jasno grających systemach może przynieść jakże oczekiwane zrównoważenie i wewnętrzny spokój, to przy nastawionych na nasycenie środka i zachowujących jako taki kompromis pomiędzy witalnością a barwą wzmożona czujność jest jak najbardziej wskazana. Dodatkowo warto mieć na uwadze, że nie jest to propozycja dla osób żyjących w ciągłym pędzie i pośpiechu, gdyż jeśli tylko nie będą miały możliwości trzymania Martona non stop włączonego to kilkunastominutowa procedura startowa okazać się dla nich może prawdziwą katuszą. Ot idealna propozycja dla tych, którzy na brak czasu nie narzekają a i emocje związane z percepcją muzyki wolą trzymać na wodzy.
Marcin Olszewski
Producent: Marton
Cena: 64 000 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa (sinus) dla obciążenia 8 Ω: 2 x 250 W, przy 0.1 % zniekształceń
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 120kHz +/- 1dB
Moc wyjściowa w klasie A : 2 x 30 W
Dopuszczalny przedział impedancji obciążenia : 4 – 16 Ω
Minimalna impedancja obciążenia dla wersji bridge mono: 8 Ω !!!
Pobór mocy w stanie spoczynkowym : ca 230 W
Zasilanie : 230 V, 50 – 60 Hz
Dopuszczalna temperatura otoczenia : 5 – 32 °C
Wymiary : 485 x 630 x 330 mm
Masa : ca 80 kg
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777, Vitus Audio MP-S201, Abyssound ASX-2000
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Po cenowych szaleństwach przedstawicieli zamorskiego High Endu najwyższy czas zejść na ziemię i organoleptycznie sprawdzić, cóż dzieje się na naszym, własnym podwórku. W końcu nie raz i nie dwa udowadnialiśmy na łamach SoundRebels, że rodzimi producenci nie mają najmniejszych powodów do kompleksów a w przeważającej wręcz większości śmiało mogą konkurować z droższymi od swoich wyrobów konstrukcjami. Za przykład niech posłużą fenomenalne przewody zasilające Verictum Demiurg, przedwzmacniacz gramofonowy RCM THERIAA, czy popularność poza granicami naszego kraju takich marek jak Albedo, czy Gigawatt. Nie chcąc jednak zbyt daleko odchodzić od ostatnio przez nas poruszanej tematyki a wręcz wcale się z jej głównego nurtu nie ruszając na warsztat wzięliśmy debiutujący na zeszłorocznej monachijskiej wystawie a następnie dość pobieżnie odsłuchany podczas wrocławskiego Audiofila wzmacniacz zintegrowany ASA-1600 produkcji Abyssounda.
Patrząc na aparycję ASA-1600 trudno dostrzec w nim cechy charakterystyczne i co istotne obecne u wcześniej przez nas recenzowanych (wszystkich) przedstawicieli krakowskiego gatunku. Zamiast surowych, wykonanych z masywnych, szczotkowanych aluminiowych płyt, jakie mogliśmy oglądać w przedwzmacniaczu ASP-1000, „małej” końcówce ASX-1000, jej „topowej” siostrze ASX-2000, czy nawet phonostage’u ASV-1000 pojawiły się satynowe lakierowanie i akryl. Całe szczęście logo nie tylko pozostało bez zmian, ale i doczekało się, wreszcie krwistoczerwonej iluminacji. Oczywiście wspomniany logotyp, jak i centralnie umieszczony zielony wyświetlacz wraz z czterema przyciskami funkcyjno – nawigacyjnymi znalazły się na zajmującym środek frontu plastrze czarnego akrylu, za to włącznik i gniazdo słuchawkowe na lewym a pokrętło głośności na prawym płacie aluminium. W popielatym malowaniu efekt jest mocno industrialny, ale prezentowane m.in. na monachijskim High Endzie „weselsze” wersje kolorystyczne nader umiejętnie ocieplają wizerunek wzmacniacza. Nie sposób mu jednak odmówić oryginalności co wcale nie jest dziełem przypadku a stojącego za projektem plastycznym Pana Michała Maciukiewicza – projektanta z wydziału form przemysłowych krakowskiej ASP.
W jawnej opozycji do stonowanego frontu stoi natomiast ściana tylna wzmacniacza, gdzie pomiędzy zajmującymi skraje pojedynczymi, lecz niezwykle solidnymi i nieco przypominającymi Furutechy gniazdami głośnikowymi szczęśliwym nabywcom postanowiono nie żałować praktycznie niczego. Oprócz wejść analogowych pod postacią pięciu par RCA i jednej XLR całkiem zgrabnie wygospodarowano miejsce na rozbudowaną (Coax, Optical, BNC, AES/EBU i USB) sekcję interfejsów cyfrowych oraz … i tu powinny odezwać się przykuwające uwagę werble … w pełni funkcjonalny przedwzmacniacz gramofonowy MM/MC. Oczywiście nie zabrakło nie tylko zacisku uziemiającego, lecz również stosownych przełączników DIP. Odpada zatem wątpliwa przyjemność rozkręcania wzmacniacza przy każdorazowej zmianie wkładki. W ramach zapewnienia bezproblemowej pracy w najprzeróżniejszych warunkach pomyślano również o możliwości przerwania pętli masy stosownym hebelkiem i oczywistym gnieździe zasilania zintegrowanym z włącznikiem głównym.
W nad wyraz przyjaznym a przy tym logicznie rozplanowanym i czytelnym menu warto zwrócić uwagę na możliwość indywidualnego dla każdego z wejść ustawienia nie tylko poziomu początkowego m.in. stałego – przydatnego przy integracji z systemem kina domowego, bądź np. ostatnio używanego, lecz również maksymalnego – zabezpieczającego nasz drogocenny system przed nieraz nieprzewidywalnym i irracjonalnym zachowaniem choćby chwilowych posiadaczy pilota. Funkcja blokady maksymalnej głośności dostępna jest również dla wyjścia słuchawkowego. Za pełnię rozpusty uznać można precyzję regulacji jaskrawości wyświetlacza, gdyż zamiast zwyczajowych dwóch, góra trzech do dyspozycji otrzymujemy bowiem ich … osiem: 5%, 25%, 35%, 50%, 65%, 75%, 85%, 100%.
Wewnątrz jest równie ciekawie. Sekcja przedwzmacniacza jest zbalansowana i wykorzystuje układy sygnowane przez THAT a za regulację głośności odpowiadają dwa układy MAS6116. Stopień wyjściowy zbudowano w układzie dual mono i oparto na trzech parach (na kanał) bipolarnych tranzystorów SANKEN: 2SA1295 oraz 2SC3264, o których komfort elektryczny dba bateria kondensatorów Nippon Chemi-con o łącznej pojemności 80 000 µF i wykonany na zamówienie 830 VA transformator z zalewanymi uzwojeniami i trafem dopieszczony specjalnym ekranowaniem. Sercem zbalansowanego DACa jest układ AK4399 a jako odbiornik S/PDIF wykorzystano AK4118 współpracujący z kontrolerem USB CM6631A. Powyższy zestaw z powodzeniem jest w stanie poradzić sobie z sygnałami do 24 bit / 192 kHz, co jak na wbudowane na stałe moduły nie wydaje się powodem do narzekania. Miłośnicy jeszcze gęstszych formatów PCM i DSD i tak albo już mają swoje ulubione przetworniki, albo są w trakcie ich (kolejnej?) zmiany. W dość dużym uproszczeniu można tez powiedzieć, że dawcą organów do sekcji phonostage’a był ASV-1000, jednak ze względu na oczywiste ograniczenia przestrzenne całość zasilania została przeskalowana.
Choć 1600-kę od poprzednio przez nas recenzowanej Nu-Visty dzieli sporo i to nie tylko patrząc na cenę, lecz i, a może nawet przede wszystkim na pozycję w firmowej hierarchii -800-ka stanowi top oferty Musical Fidelity a ASA-1600 otwiera zakładkę z amplifikacją Abyssounda, to pewną funkcjonalność mają wspólną. Chodzi o budzenie się do życia. Otóż krakowska integra potrzebuję na wstępną weryfikację stanu swoich obwodów około 30 sekund i blisko piętnastu minut, by osiągnąć pełnię zdolności sonicznych. Prosiłbym jednak przynajmniej drugi z ww. parametrów traktować z lekkim przymrużeniem oka i jeśli naprawdę zależy nam na tym, by od pierwszych taktów krytycznego odsłuchu cieszyć się pełnym dźwiękiem lepiej powyższy kwadrans pomnożyć przez trzy a jeszcze lepiej cztery. Oczywiście można rzucać się jak szczerbaty na suchary nawet na kompletnie zimny wzmacniacz, tylko potem proszę nie mieć do nikogo, oprócz siebie, pretensji, że nie usłyszeliśmy tego, co tak na prawdę usłyszeć powinniśmy. W zamian za to dostaniemy nieco zbyt matowy i niezbyt rozdzielczy dźwięk jak na oczekiwania związane z urządzeniem za bądź co bądź niemalże dwadzieścia tysięcy. Wystarczy jednak po włączeniu Abyssa wrzucić dowolny krążek do odtwarzacza, bądź wybrać pierwsze z brzegu radio internetowe / playlistę i zająć się na dłuższą chwilę domowa krzątaniną. Kiedy bowiem wreszcie zasiądziemy w ulubionym fotelu a z głośników popłyną znajome nuty okaże się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Po pierwsze owa matowość niczym szara poczwarka przeobrazi się w kremowo-pastelowego motyla a brak rozdzielczości ewoluuje do pewnego, umówmy się, że całkiem akceptowalnego może nie wycofania, co budowania sceny metr, czy półtora za linią kolumn. Nie ukrywam, że przesiadka z Nu-Visty 800, czy Diablo 300 nad wyraz boleśnie uświadomi nam jakich różnic możemy się spodziewać za co najmniej trzykrotność tytułowego wzmacniacza, ale też pokaże, że mając za punkt wyjścia krakowską konstrukcję wcale nie tak łatwo wpaść w zachwyt nad po wielokroć droższymi konkurentami.
Przejdźmy jednak do konkretów. Na dość trudnym do zaszufladkowania, poprzez swoją eklektyczną zawartość, albumie „The Beat Of Love” Triloka Gurtu świetnie została oddana motoryczność i pulsujący rytm orientalnych melodii. Dodatkowo połączenie tradycyjnego instrumentarium z elektroniką i nieraz iście popowymi wtrąceniami sprawiało, iż z zupełnie niewymuszoną uwagą zaczynaliśmy śledzić poszczególne linie melodyczne i wyłapywać całkiem realistyczne odwzorowane różnice w barwie, charakterze poszczególnych źródeł pozornych. Tak jak już wspomniałem scena budowana jest, rozpoczyna się dość daleko za linia kolumn, więc nawet zwykle wyrywające się pierwszoplanowe wokale („Passing By”) tym razem usłyszymy z pewnego dystansu. Niejako automatycznie powyższy zabieg pociąga za sobą oczywiste skrócenie dystansu dzielącego muzyków. Od razu zaznaczę, że gradacja planów jak najbardziej występuje, jednak stawiając sprawę jasno do precyzji i oddechu znanego z końcówek integrze co nieco brakuje. In plus zaskakuje za to szerokość generowanej sceny, która z dziecinną łatwością wymyka się ramom zwyczajowo ustanawianym przez rozstaw kolumn, dzięki czemu duże składy orkiestrowo – wokalne nie cierpią z powodu braku przestrzeni i mogą całkiem swobodnie się ustawić. Dodając do tego pełna kontrolę nad nawet trudnymi do opanowania kolumnami można odważnie patrzeć w rzyszłość. Zacznijmy od klasyki, lecz nie takiej zamierzchłej a czegoś bardziej współczesnego i zarazem wymagającego nieco więcej skupienia niż przy „wiedeńskich walczykach”. Weźmy na ten przykład świetnie zrealizowaną, zainspirowaną znakami zodiaku i bajkami Ezopa „współczechę” autorstwa Magne Amdahla „Astrognosia & Aesop” w wykonaniu Norweskiej Orkiestry Radiowej. O dziwo dość umowna melodyjność repertuaru wcale nie stała na przeszkodzie Abyssowi w budowaniu gęstego i wciągającego spektaklu o zaskakującej potędze i motoryczności. Warto również odnotować, iż ASA-1600 nie faworyzując żadnego z podzakresów reprodukuje powierzony jej sygnał w sposób niezwykle liniowy i pozbawiony zbędnego efekciarstwa. Z jednej strony traci przez to w bezpośrednich i jak to zwykle bywa krótkotrwałych sparringach z innymi pretendentami do naszego portfela, lecz z drugiej zapewnia niezaprzeczalnie procentujący w przyszłości spokój ducha związany z brakiem ryzyka znudzenia się, bądź wręcz irytacji jakąś nazbyt wyeksponowaną, czy znacząco odstającą od reszty cechą.
Sporą wyrozumiałością Abyss wykazuje się również w stosunku do nie do końca referencyjnych nagrań. Szczególnie wdzięczni za tę cechę powinni być miłośnicy wszelakiej maści składanek i kompilacji „the best of” w stylu „Nothing Has Changed” Davida Bowiego, gdzie przynajmniej starsze nagrania nie ranią zbytnio uszu tracąc jedynie na rozdzielczości i głębi. Zachowują przy tym właściwy sobie ładunek emocjonalny gładko wpisując się w ideę większej całości. Słychać to szczególnie wyraźnie na phonostage’u, który dodatkowo dorzuca swoje trzy grosze i niejako kondensuje spektakl w obrębie średnicy opartej na liniowo prowadzonym basie i delikatnej górze. W ten sposób dokonuje również tonizacji nazbyt jazgotliwych, tańszych wkładek i wygładza szeleszczące blachy na starszych rockowych nagraniach. Odbiór ukierunkowany jest wtenczas na spektakl muzyczny jako całość z poszczególnymi źródłami pozornymi stanowiącymi jego składowe.
Przepinając się z wejść liniowych na DACa nadspodziewanie szybko doceniłem regulację wzmocnienia dla poszczególnych wejść, gdyż sekcja cyfrowa zagrała sporo ciszej od sygnału analogowego, co warto sobie już na wstępie skompensować w menu i zapomnieć o temacie. Po wyrównaniu poziomów jasnym staje się, że robimy krok w kierunku otwartości i rozdzielczości przy jednoczesnym utwardzeniu najniższych składowych i dalszemu dyscyplinowaniu średnicy. W konfrontacji z moim dyżurnym Ayonem spiętym z Abyssem po XLRach okazało się, że sekcja cyfrowa integry nieco odchudza dźwięk, wyżej aniżeli austriacki dyskofon sytuując środek ciężkości. Całe szczęście nawet nie zbliżamy się do granicy anoreksji i krzykliwości, co w pewnym stopniu zawdzięczamy jedynie akcentowaniu góry i jej przełomu ze średnicą a nie ordynarnemu wypchnięciu. Nie zostajemy przez to narażeni na ataki nazbyt ofensywnych sybilantów.
O ile DAC nieco przenosi równowagę tonalną ku górze a phonostage z równie niewielką intensywnością desaturuje barwy i nasycenie środka o tyle wyjście słuchawkowe niejako rekompensuje powyższe „dodatki” kumulując w swym brzmieniu gęstość, nasycenie i drajw.
Z przysłowiową świecą szukać na rynku równie bogato wyposażonego wzmacniacza zintegrowanego jak Abyssound ASA-1600. Co prawda bez trudu znajdziemy konkurentów mogących pochwalić się na swym pokładzie podobnym, bądź czasem nawet oferującym szersze możliwości DAC-iem, za to na chwilę obecną żadna ze znanych mi integr nie oferuje w standardzie (bez dopłaty) równie zaawansowanej sekcji przedwzmacniacza gramofonowego. Jeśli zatem do pełni szczęścia wystarczy Wam obsługa sygnałów 24 bit / 192 kHz a za to coraz mocniej wsiąkacie w analog, to ASA-1600 wydaje się nad wyraz ciekawą propozycją. Nie dość, że wyciśnie z Waszej MM-ki to co najlepsze, to równie dobrze poradzi sobie po wymianie wkładki na bardziej zaawansowaną MC i to po kilku przełączeniach na ścianie tylnej. Bez rozkręcania, grzebania a najważniejsze bez żadnych dodatkowych kosztów. Słowem wzmacniacz na lata.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Gryphon Diablo 300; Musical Fidelity Nu-Vista 800; Audionet DNA I
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– Słuchawki: Audio-Technica ATH-W1000Z & ATH-A2000Z
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 3 szt. Verictum Demiurg
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Gdybyśmy przyjrzeli się tematowi związanemu ze sposobem wejścia na rynek różnorodnych marek audio, z pewnością zauważylibyście, iż są co najwyżej trzy drogi. Pierwsza startując z wysokiego „C” oferuje maksimum swoich możliwości sonicznych, by w późniejszym okresie w odpowiedzi na popyt ze strony zainteresowanych, ale nie szastających banknotami NBP melomanów zaprojektować coś mniej wyrafinowanego. Druga zaczynając od podstaw i najprostszych rozwiązań – w zależności od reakcji wspomnianego rynku, w wytypowanym przez niego segmencie rozbudowuje swoją ofertę o coraz to bardziej zaawansowane, a co za tym idzie lepsze jakościowo produkty. Trzecia zaś, wbijając swoisty klin stawia na środek oczekiwań potencjalnych odbiorców i w odpowiedzi na potencjalne potrzeby, albo kieruje się ku niższym pułapom cenowym, albo osiągając mocną propozycję już dość swobodnie kreuje wyższe stany swojego portfolio. Dlaczego w ten sposób rozpocząłem dzisiejsze spotkanie? Ano dlatego, że właśnie od wydawałoby się dość ryzykownego wysokiego „C” (końcówka mocy ASX 2000) swoje podboje wymagającego, bo audiofilskiego rynku, rozpoczęła znana Wam z wcześniejszych spotkań testowych krakowska marka Abyssound. Krótki research dotychczasowych dokonań tego brandu pokazuje, że tytułowy produkt jest już czwartym w ofercie wspomnianej marki. I tak po bardzo ciekawych sonicznie, ale w stosunku do zagranicznej konkurencji stosunkowo niedrogich końcówkach mocy ASX 2000, ASX 1000, przedwzmacniaczu liniowym ASP 100 i phonostage’u ASV 1000 przyszedł czas na coś dla zwykłego Kowalskiego, czyli wzmacniacz zintegrowany ASA 1600 z wbudowanymi w standardzie przetwornikiem cyfrowo – analogowym, przedwzmacniaczem gramofonowym i słuchwkowym. Miło mi również poinformować, iż produkt do testu dostarczył sam producent.
Mimo, że temat około-gabarytowy dzisiejszego bohatera jest daleki od poziomu High Endu, to z pewnością nie można odmówić mu solidnego rozmiaru i wagi. To zaś ni mniej nie więcej oznacza, że przy sporej wysokości i głębokości – jest niewiele mniejszy od mojej końcówki mocy – nie znajdziemy w nim tak zwanego audiofilskiego powietrza, tylko w najlepszy możliwy dla pracy urządzenia sposób zaimplementowane poszczególne układy elektryczne z phonostagem i DAC-iem włącznie. Obudowę wzmacniacza pokryto nadającym mu wizualnej wykwintności czarnym wpadającym w szary na wzór faktury drobnego papieru ściernego matowym lakierem. Front za sprawą kolorystyki dobrze czytelnego nawet z dalekiej odległości wyświetlacza może wzbudzać lekkie pobudzenie emocjonalne, gdyż logo marki mieni się ciemną czerwienią, a informacje o stanie urządzenia żywą, wpadającą w niebieski zielenią. Ale proszę o spokój, to nawet dla marudnych klientów naprawdę jest do zaakceptowania, a sadzę, że wielu osobnikom spodoba się od pierwszego kontaktu wzrokowego. Dodatkowym zabiegiem natychmiastowej rozpoznawalności integry jest fakt implementacji wspomnianych atrybutów na zajmującej środkową część przedniej ścianki czernionej akrylowej nakładce. Ale logo i wyświetlacz nie są jedynymi bywalcami wspomnianego gładkiego czarnego azylu. Oczywiście mówię o wkomponowanych w niego w dolnej jego części czterech okrągłych przyciskach funkcyjnych. Aby zakończyć opis awersu tytułowego wzmocnienia, trzeba jeszcze wspomnieć o przyjemniej w obsłudze średniej wielkości gałce głośności na prawej flance i znajdującym się na przeciwległym biegunie włączniku głównym. Kierując się ku tyłowi widzimy, iż dach urządzenia na zewnętrznych krawędziach otrzymał ułatwiające wentylację dwa moduły podłużnych otworów, a plecy mogą pochwalić się zestawem wejść w standardzie RCA i XLR, baterią wejść dla sygnałów cyfrowych, terminalami przyłączeniowymi dla gramofonu, pojedynczymi zaciskami kolumnowymi i gniazdem zasilającym IEC. Jak widać, niby bez szału, ale z kompletem przyłączy do obsłużenia posiadanych funkcji.
Jak gra ASA 1600? W porównaniu do starszych bardziej zaawansowanych technicznie dzielonych braci oczywiście nieco słabiej. Jednak myli się ten, kto sądzi, że to typowy dla wielu marek zapychacz dziury w ofercie. Według mnie, jego najważniejszą zaletą jest unikanie napinania na poszczególne składowe pasma przenoszenia, co sprawia, iż może nie jest wyczynowy, ale za to bardzo spójny. To zaś sugeruje, że gdy chcecie słuchać muzyki, a nie trawić poszczególne dźwięki – ostrzegam, aby to umiejętnie przetrawić, czasem poprzez lata doświadczeń trzeba do tego się przygotować, tysiąc-sześćsetka powinna być jednym z Waszych celów. Prezentowana przez nią muzyka w pierwszej chwili wydaje się być nieco zbyt nieśmiała, jednak nawet po przesiadce ze zdecydowanie lepszego dźwiękowo produktu kilka akomodacyjnych utworów powoduje, iż bardzo łatwo przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Nie dostajemy trudnego do opanowania na tym pułapie cenowym podkolorowanego „mięsem” basu, tryskającego często szkodliwą otwartością środka i zabójczo jasnej góry, tylko idealnie skrojony pomysł na przyjemny w odbiorze przekaz muzyczny. Ja wiem, że można znacznie lepiej. Co więcej, producent dzisiejszego „piecyka” też to wie. Ale obydwaj wiemy również, że nie za takie pieniądze i tak bogatym wyposażeniem. A że ekipa ABYSSOUND ma pojęcie o tym co produkuje, niech świadczą dotychczasowe testowane na naszych łamach od dzielonej amplifikacji po phonostage’a urządzenia. Jeśli dotychczas nie zapoznaliście się z tymi tekstami, serdecznie zachęcam, a przekonacie się, że tylko konsekwentne skorelowanie dźwięku z ceną wymusiło w tej „wszystko mającej Integrze” postawienie raczej na spójność dźwięku niż może powodujące chwilowy efekt „łał”, ale na dłuższą metę szkodliwe, wyczynowe szatkowanie pasma. Dobrym przykładem takiej prezentacji niech będzie Roger Waters ze swoim albumem „Amused To Death”. Może w porównaniu z droższą konkurencją otrzymałem mniej blasku w górnych rejestrach, ale nie było to okupione dramatyczną utratą informacji. Odebrałem to jedynie, jako nieco inaczej doświetlony przekaz, ale z pełnym pakietem fraz wokalnych i muzycznych tak w górze, środku, jak i dole pasma. Owszem, przyzwyczajony do swojej układanki czułem efekt delikatnej „woalki”, jednak w kontekście cen porównywanych komponentów natychmiast sprowadzałem się na ziemię i mierząc siły na zamiary wbrew pozorom z takiego mezaliansu połączeniowego miałem dużo frajdy. Przy tym jednak trochę marudnym wyciąganiu kawy na ławę „plusem dodatnim” tego sparingu powinno być dobre oddanie mieszania fazami przez Watersa. Psy ujadały tam gdzie zawsze, a kulig mimo środka lata bez najmniejszych problemów przemknął w poprzek mojego pokoju, nie zapominając przy tym o kolorowej ferii dzwonków. Czegóż chcieć więcej. No może hektarów głębi wirtualnej sceny muzycznej. Ale tutaj również uspokajam, mimo że nie budowała się, jak okiem sięgnąć, to goszczący w moich progach artyści nie narzekali na stąpanie sobie po pietach, a gdy do napędu trafił naprawdę wycyzelowany masteringowo krążek z muzyką dawną, ów sztucznie wykreowany świat stawał się bliski bezkresnemu. Czy to John Potter, czy Jordi Savall, dzięki możliwościom testowanej amplifikacji bardzo ochoczo i co najważniejsze ciekawie pokazywali mi efekty swojej ciężkiej pracy.
Gdy procedura testowa dotarła do oceny wewnętrznego przetwornika cyfrowo-analogowego, po raz kolejny musiałem zmierzyć się z zejściem dźwięku ciut niżej. Cóż, ponad dwukrotna wartość mojego DAC-a od ocenianego wielofunkcyjnego Abyssounda musiała odcisnąć swoje piętno na efekcie sonicznym. Ale czy jestem uprawniony, by powiedzieć, że było źle? Nie sądzę, gdyż to nie był jakiś milowy krok w stronę gorszej prezentacji, tylko mocniejsze osadzenie go we wcześniej opisanej estetyce, a to, jak wspominałem, po kilku utworach nawet dla mnie stawało się łatwo przyswajalnym. A przypominam, że potencjalny nabywca raczej będzie się wspinał, a nie schodził w dół po drabinie jakości dźwięku, dlatego też, wszystkie moje wnioski musicie odpowiednio przefiltrować. I nie szukam w tym momencie deski ratunkowej dla naszego wzmacniacza, tylko proszę o zdrowy rozsądek podczas osobistego starcia na własnym podwórku. A jakie zmiany zanotowałem? Dźwięk zyskując trochę masy delikatnie się pogrubił, ale również kreowanie sceny muzycznej zbliżyło się do mnie o mały kroczek. Ogólnie? Żadnych szkodliwych kierujących dźwięk ku doświetlaniu ruchów nie wyłapałem, a to pokazuje, że początkowo przyjęta ścieżka prezentacji muzyki była konsekwentnie realizowanym przez konstruktorów celem nadrzędnym również w sekcji przetwornika, za co należy się pochwała.
Ne recenzencki deser zostawiłem sobie przedwzmacniacz gramofonowy. Tutaj miłe zaskoczenie. O dziwo w kontrze do tego co prezentował DAC, phono pokazało większego pazura. Może nie był to równy punktowi odniesienia spektakl, ale czuć było, że analog dobrze się broni. Struny Antonio Forcione z koncertowego czarnego placka w stosunku do CD jawiły się żywiej, a to z premedytacją wykorzystali również jego koncertowi towarzysze, dobrze wpisując się w sceniczną instrumentalną rozmowę z front menem. Inną ciekawostką był najnowszy krążek Andrzeja Smolika. Niestety, mój zestaw codzienny obnaża niedociągnięcia realizacyjne tego materiału, a w wydaniu Abyssa okazało się, że mimo żywszej prezentacji, ogólny sznyt grania, czyli unikanie napinania na wyczynowość, bardzo dobrze zretuszował to, co skopali masteringowcy. I co? Czasem dobrze jest mieć równo gający, a przez to trochę pomagający złym realizacjom zestaw audio. Nie sądzicie? Ja z pewnością wolę tak, niż kilka sztucznie nadmuchanych dźwięków. A co w tym wszystkim jest najważniejsze? Według mnie owa spójność dźwiękowa wszystkich osadzonych w jednej obudowie komponentów, za co kolejny raz dzisiaj pochwalę konstruktorów.
To był ciekawy, a zarazem trudny do formowania przed-odsłuchowych wniosków test. Biorąc przykład z poprzednio poznanych konstrukcji należało spodziewać się co najmniej dobrego dźwięku. Jednak czym innym jest konstrukcja dzielona lub będące osobnym bytem urządzenia, a czym innym ubrana w jeden garnitur wielofunkcyjność. Już samo upakowanie wszystkiego we wspólną obudowę skutecznie utrudnia uzyskanie dobrych wartości sonicznych, a co dopiero tak je skonfigurować, by w niewygórowanej cenie zaproponować klientowi ciekawy produkt. Myślę, że panom z Krakowa okiełznanie wspomnianych problemów wyszło znakomicie. Czy to jest Wasza bajka zależeć będzie od osłuchania i potrzeb reszty toru. Jednak mimo tych zależności, mocną kartą przetargową Abyssounda jest przez cały czas podkreślana przeze mnie spójna sonicznie wielofunkcyjność, która sprawia, że znacząco ograniczamy ilość skrzynek w najważniejszym dla wielu melomanów rodzinnym salonie. A to, jak wiecie, w wielu przypadkach jest podstawowym warunkiem jakiejkolwiek negocjacji z naszą drugą połówką.
Jacek Pazio
Produkcja: Abyssound
Cena: 18 900 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa RMS (1kHz, 1% THD): 160 W/8 Ω, 275 W/4 Ω
Zakres regulacji głośności: MUTE, -111dB ÷ +15dB, skok: 0,5dB
Pasmo przenoszenia: 5Hz ÷ 138kHz (-3dB, 1W)
SNR: > 110dB
THD: 0,0045%
Impedancja wejściowa: 30 kΩ (RCA),50 kΩ (XLR)
Czułość wejściowa MM/MC: 0,3mV ÷ 5mV (regulowana)
Rezystancja wejściowa MM/MC: 14 Ω ÷ 47000 Ω (regulowana)
Pojemność wejściowa MM/MC: 47pF
Wejścia liniowe: 5 par RCA, para XLR, phono MM/MC RCA
Wejścia cyfrowe: RCA, AES, Optical, BNC, USB
Wyjście słuchawkowe: 1
Napięcie zasilania: AC (50÷60Hz) 220V÷230V
Pobór mocy: min 80 W, max 830 W, stand-by <3 W
Wymiary (szer x wys x gł): 440 mm x 150 mm x 450 mm
Waga: 21,5 kg
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Modele Phantom i Silver Phantom wprowadziły melomanów do świata, w którym najwyższej jakości naturalny dźwięk można uzyskać bez potrzeby rozstawiania dużego zestawu audio. Najnowszy model Gold Phantom, zachowując nieograniczoną wszechstronność bezprzewodowego systemu multi-room swoich poprzedników oraz możliwość pracy w konfiguracji mono, stereo, wielokanałowej i multiroom, dodaje jeszcze wyższą moc, jeszcze szersze pasmo przenoszenia, a wszystko w obudowie wyróżniającej się jeszcze szlachetniejszym wzornictwem
Devialet od początku swojej działalności udowadnia, że nawet stosunkowo nieduże urządzenia audio mogą zapewnić dźwięk w jakości high-end, wyróżniając się przy tym luksusowym wzornictwem i wszechstronnością charakterystyczną dla znacznie większych konstrukcji. Modele Phantom i Silver Phantom wprowadziły wymagających melomanów do świata wysokiej jakości dźwięku i sprawiły, że doskonałą muzyką można cieszyć się w całym swoim domu. Teraz na rynku debiutuje Gold Phantom, który zachowując wszechstronność swoich starszych braci na nowy poziom doskonałości wynosi jakość i potęgę brzmienia.
Gold Phantom to na wskroś ekstremalna konstrukcja, która jest efektem obsesyjnego dążenia projektantów Devialeta do doskonałości. Wykorzystując nowo opatentowane rozwiązania model ten przesuwa granice możliwości sprzętowych poza dotychczas osiągalny zakres. Dzięki temu, niezależnie czy pracuje w konfiguracji solo, duo czy multi-room i odtwarzając muzykę poprzez Wi-Fi lub Bluetooth Gold Phantom sprawia, że najwyższej jakości dźwięk wkracza do twojego domu.
Doskonałe brzmienie jest konsekwencją udoskonalenia kluczowych parametrów technicznych. Nowe przetworniki wysokotonowe wykorzystują kopułki z czystego tytanu i z łatwością odtwarzają dźwięk o częstotliwości sięgającej 27 kHz. Poczucie rzeczywistej obecności dźwięku w pomieszczeniu i potęgi brzmienia to zasługa najniższych tonów – Gold Phantom może odtworzyć nawet dźwięk o częstotliwości 14 Hz. Już dotychczasowe modele Phantom i Silver Phantom charakteryzowały się niewiarygodnymi parametrami wśród głośników bezprzewodowych (16 Hz-25 kHz). Szerokie pasmo przenoszenia idzie w parze z niewiarygodną mocą szczytową, która sięga 4500 W. To w połączeniu z poziomem ciśnienia dźwięku sięgającym 108 dB SPL przy 1 m zapewnia niewiarygodne emocje muzyczne i oznacza 8-krotnie większą moc niż w przypadku modelu Phantom. O doskonałości konstrukcji Gold Phantoma świadczy także dalsze obniżenie wartości całkowitych zniekształceń harmonicznych i szumu. O ile w przypadku dotychczasowych konstrukcji wartość ta wynosiła jedynie 0,001 proc., to w Gold Phantomie inżynierowie zmniejszyli ją do zaledwie 0,0005 proc.!
Szlachetne brzmienie Gold Phantoma podkreśla luksusowe wykończenie urządzenie. Obudowa wykonana została z kompozytu, którego wewnętrzną strukturę stanowi włókno węglowe wypełnione poliwęglanem, a zewnętrzną powłokę stanowi tworzywo ABS. Szkielet wewnętrzny został w pełni wykonany z aluminium. Sama obudowa i obudowa przetworników, podobnie jak w modelu Phantom, pozostają w białym kolorze, ale panele boczne zostały wykończone 22-karatowym różowym złotem.
Sprzedaż głośnika bezprzewodowego Devialet Gold Phantom na polskim rynku rozpocznie się w trzecim kwartale 2016 r. Poglądowa cena detaliczna modelu wyniesie 11 999 zł.
Specyfikacja techniczna
| Poziom ciśnienia dźwięku | 108 dB SPL/1 m |
| Moc wzmacniacza | 4500 W szczytowa |
| Pasmo przenoszenia | 14 Hz-27 kHz przy -6 dB, 20 Hz-20 kHz ±2 dB |
| Zniekształcenia | 0,0005% |
| Szum tła | 0 dB SPL/50 cm |
| Przetwornik cyfrowo-analogowy | Devialet DAC osadzony w ADHV2® 192 kHz/24 bity THD: -112 dB |
| Technologie | HBI®; ADHV2®; SAMV2®; EVO® |
| Formaty audio | HE-AAC (V1); AAC (16 do 320 kb/s); WMA (16 bitów) MP3 (16 do 320 kb/s); MP3 VBR; Apple Lossless AIFF i WAV; FLAC; OGG; Vorbis |
| Łączność |
Bluetooth (profile A2D i AVRCP, kodeki: aptX, AAC, SBC) Ethernet RJ-45 10/100/1000 Mb/s (gigabit) Domowa wtyczka CPL AV2 Wejście optyczne TOSLINK (TV, Blu-ray, konsola do gier, itd.) |
| Wymiary (S x W x G) | 253 x 255 x 343 mm |
| Waga | 10,5 kg |
Najnowsze komentarze