Opinia 1
Kiedy tylko do mych uszu dotarły pierwsze plotki o tym, że Duńczycy z Vitus-Audio planują wypuścić „budżetową’ linię swoich produktów miałem prawdę powiedziawszy mieszane uczucia. Z jednej strony niższe ceny cieszyły, gdyż zdecydowanemu skróceniu miała ulec droga do upragnionej audiofilskiej nirwany, jednak a z drugiej – znając rynkowe realia zdawałem sobie sprawę z ciemnej strony medalu. Wprowadzenie modeli „entry level” wielu zasłużonym dla audio legendom odbiło się czkawką a zarzuty o rozmienianie się na drobne potrafiły skutecznie zdeprecjonować zarówno wcześniejsze, jak i późniejsze osiągnięcia. Całe szczęście można było skorzystać z doświadczenia innych i wyciągnąć odpowiednie wnioski, co też uczynił Hans Ole Vitus powierzając pieczę nad nowym projektem swojemu synowi Aleksandrowi. Tym oto sposobem powstała nowa firma-córka Alluxity, będąca tym dla Vitus Audio, czym dla automatycznych zegarków Seiko są modele z serii „5’, bądź już z audiofilskiego podwórka, czym są przewody Organic Audio dla Argento. Po prostu nie tracąc nic a nic z własnej ekskluzywności Vitus bardzo dyplomatycznie przygotował swoiste przedpole dla przyszłych klientów. Myliłby się jednak ten, kto liczył na okazyjne, bądź nawet dumpingowe ceny, gdyż choć Alluxity kosztują zdecydowanie mniej niż ich starsze rodzeństwo, to jednak warto mieć na uwadze, iż cały czas obracamy się w bardzo ambitnym towarzystwie a Dania o ile mi wiadomo nie należy ani do czołówki krajów o najtańszej sile roboczej, ani też nie jest rajem podatkowym. Będzie zatem zgrabniej, może nawet ładniej, acz nie nadużywałbym w tym wypadku określenia „taniej”.
Jeśli zaś chodzi o dane techniczne to w przypadku Alluxity możemy mówić o wybitnej wręcz lakoniczności producenta. Ilość wejść/wyjść, wymiary, waga i w przypadku końcówki moc oddawana przy 8 Ω i informacja, że wartość 200W wzrasta niemalże dwukrotnie przy 4 Ω a i 2Ω obciążenie nie powinno być powodem do stresu to wszystko, czego można się dowiedzieć. Oba dostarczone do testu urządzenia wykonano z precyzyjnie wyfrezowanych na obrabiarkach CNC bloków aluminium a jedynie płyty dolne stanowią osobne elementy, do których przymocowano zgrabne, również aluminiowe i podklejone filcem nóżki. Nabywca do wyboru ma dwie wersje kolorystyczne – czarną, oraz białą satynę. My otrzymaliśmy klasyczne wersje satynowo czarne, jednak i białe powinny cieszyć się sporym zainteresowaniem zarówno osób poszukujących zestawów audio do nowocześnie urządzonych przestrzeni, jak i dekoratorów wnętrz ceniących sobie połączenie elegancji i niebanalnego designu. Skoro poruszyłem tematykę wzornictwa to od razu zaznaczę, że Alluxity są ładne i to bardzo. Satynowy lakier, delikatnie ścięte krawędzie i centralnie umieszczone kolorowe, dotykowe wyświetlacze przykuwają wzrok i intrygują. To nie są kolejne, bezduszne czarne metalowe skrzynki, lecz przemyślane, wysublimowane projekty, które z pewnością nie są dziełem przypadku. W Pre-amp One oczywiście ikon jest więcej, jednak podczas normalnego użytkowania i tak najważniejsza jest szalenie czytelna, ale bynajmniej nieirytująca (jaskrawość można z łatwością dopasować do własnych potrzeb) informacja o sile głosu. Wreszcie nie trzeba się wpatrywać, by z odległości kilku metrów odczytać ustawione wartości. Ściana tylna jest odzwierciedleniem w pełni zbalansowanej budowy wewnętrznej, której jedynym niezdublowanym elementem jest pojedyncze, ukryte w dedykowanym podfrezowaniu toroidalne trafo. Warto jednak przed spontanicznym podłączaniem interkonektów na chwilę popatrzeć z uwagą na opisy poszczególnych gniazd. Nie chodzi mi bynajmniej o to, ze coś jest w ich usytuowaniu nadzwyczaj osobliwego, lecz raczej o to, że producent wykorzystał dwie identyczne płytki. Powtarzam „identyczne” a nie jak to się zwykle robi będące swoim lustrzanym odbiciem. Kiedy przyjmiemy powyższy fakt do wiadomości reszta powinna pójść już z górki. Przedwzmacniacz oferuje cztery wejścia liniowe, z czego dwa są w standardzie RCA i dwa w XLR. Wyjścia również zdublowano i udostępniono zarówno RCA, jak i XLRy, przy czym w menu dokonuje się wyboru, z których w danej chwili mamy zamiar korzystać. Nie zapomniano również o posiadaczach bardziej rozbudowanych systemów A/V i umieszczono wejścia bypass umożliwiające doprowadzenie sygnału z zewnętrznego procesora bezpośrednio na końcówkę. Obsługę ułatwia dołączany w komplecie elegancki, aluminiowy sterownik Apple’a.
Power – amp One prezentuje się zdecydowanie okazalej od dedykowanego sobie przedwzmacniacza i oprócz niemalże podwojenia głębokości w ramach zapewnienia lepszego chłodzenia (nawet w trybie stand-by jest wyraźnie ciepły) wzdłuż jego boków wycięto po osiem zaokrąglonych otworów, które nie tylko uatrakcyjniają jego wygląd, ale i znacząco poprawiają komfort przy noszeniu, gdyż pomimo niepozornych gabarytów końcówka ta waży „drobne” 42 kg. Podobnie jak w Pre – amp One centralnie umieszczony display pozwala na wybudzenie/uśpienie urządzenia, oraz wybór wejść – XLR/RCA, dzięki czemu w banalnie prosty sposób można skonfigurować dwa tory/źródła audio. We wnętrzu, w dedykowanych „komorach” ukryto dwie identyczne płytki drukowane odpowiednio dla prawego i lewego kanału. Podobnie potraktowano toroidalne transformatory, dzięki czemu urządzenie jest fenomenalnie wytłumione i nawet przy przytknięciu do obiadowy ucha absolutnie nic nie słychać.
Oba komponenty (przedwzmacniacz i końcówkę) wykonano w ten sposób, że ich trzewia są niejako zawieszone do góry nogami a jedynie płyta spodnia poprzez zamontowane na niej nóżki ma bezpośredni kontakt z podłożem. Dzięki takiemu rozwiązaniu niwelowane są ewentualne drgania. Warto wspomnieć również o eleganckim akcencie dekoracyjnym, za jaki niewątpliwie można uznać wycięte na płaszczach wierzchnich obudów logo producenta.
Przejdźmy jednak do brzmienia. Dostarczony do testów zestaw, choć troskliwie wygrzany przez katowickiego dystrybutora (RCM), pozwoliłem sobie przez pierwszych kilka dni traktować z lekkim przymrużeniem oka. Tzn., jeśli mam byś szczery taki miałem zamiar, jednak podłączone duńskie combo nakarmione w ramach niezobowiązującej rozgrzewki albumem „Hail to the King” Avenged Sevenfold w sposób absolutnie bezpardonowy i pozbawiony nawet śladowych przejawów empatii złapało stalowym uściskiem moje kolumny i po prostu bezdyskusyjnie nimi zawładnęło. To nie było delikatne plumkanko, niezobowiązująca i nieśmiała gra wstępna introwertycznych nastolatków, to był istny najazd Wikingów. Sprężystość, szybkość ataku i zejście basu nie ustępowały temu, co dane mi było słyszeć z P30 + H30 Hegla, przy czym norweski zestaw był zdecydowanie mniej przyjazny gabarytowo, a i design nie dorównywał urodzie bohaterów niniejszego testu. Kiedy tylko końcówka mocy osiągnęła właściwą sobie temperaturę, co nastąpiło zdecydowanie wcześniej niż przestał obowiązywać, jak się już wcześniej wygadałem całkowicie zbędny okres akomodacyjny, bez nawet najmniejszych skrupułów przystąpiłem do katowania recenzowanego zestawu najprzeróżniejszym repertuarem. Skoro nawet podczas akomodacji na heavymetalowym jazgocie dynamika i energia Alluxity sprawiała, że spokojnie można było zrezygnować z popołudniowej „małej czarnej” postanowiłem zawczasu sprawdzić jak wygląda sytuacja z bardziej cywilizowanymi gatunkami muzycznymi. Po prostu wolałem się od razu upewnić, czy ze względu na posiadany wataż Power-amp One przypadkiem nie ma tendencji do podkręcania dynamiki i prężenia muskułów w utworach, gdzie tego typu zabiegi są całkowicie zbędne. Na pierwszy ogień poszło „Tears In Heaven” z najnowszego remastera „Unplugged” Erica Claptona. Precyzja, z jaką muzycy zostali umiejscowieni na scenie i niesamowity spokój, oraz niesiona przez ww. utwór melancholia sprawiły, że można było bez trudu wtopić się w publiczność obecną na tym niesamowitym koncercie. Gitara Claptona była trochę powiększona, ale to ona, razem z lekko matowym głosem wokalisty była najważniejsza. Czytelność dalszych planów, chórków i delikatnych przeszkadzajek nie pozwalały na nawet najmniejszą krytykę.
„The Chokin’ Kind” z albumu „The Soul Sessions” Joss Stone już od pierwszych taktów skupiał uwagę słuchacza. Blisko zdjęty wokal obfitował we wszelkiego rodzaju audiofilskie smaczki. Nabieranie oddechu, delikatne mlaśnięcia i generalnie cała „studyjna” otoczka była niemalże na wyciągnięcie ręki. To wszystko jednak było jedynie wstępem do eterycznego i wymagającego od słuchacza skupienia „Beata Vergine: Motets in the Virgin from Rome and Venice” w wykonaniu Philippe Jaroussky’ego i Ensemble Artaserse. Tutaj nawet najmniejsza nerwowość i zbytnia spontaniczność byłaby nie tylko nietaktem, ale i pewną profanacją, Całe szczęście duński zestaw potrafił okiełznać własny temperament i nawet na „Stabat Mater dolorosa” pozostawał w cieniu dostarczając jedwabiście gładki i namacalny sygnał. Słodycz kontratenora przepięknie kontrastowała z naturalną chropowatością instrumentów smyczkowych a akustyka pomieszczenia, w którym dokonano realizacji tylko podkreślała realizm nagrania. Co prawda zdecydowanie bardziej wpasowuje się w moje upodobania typowo sakralna akustyka, jaką można delektować się m.in. na albumach „Misa Criolla” Mercedes Sosy, czy „The Divine Liturgy of St John Chrysostom” Choir of Danilov monastery Moscow i właśnie przy tym ostatnim albumie chciałbym przez chwilę się zatrzymać.
Alluxity w tym z pozoru monotonnym repertuarze czuł się jak ryba w wodzie. Delikatne obniżenie głosów mnichów nadało całości dodatkowej powagi i potęgi. Bardzo nisko śpiewany/deklamowany początek „Kontakion” stał się przepięknym wstępem do wejścia wyższego głosu prowadzącego a niezwykle długi i żywy pogłos tylko potęgował mistycyzm liturgii. Co ważne nagranie nie traciło nic z selektywności i pomimo wspominanego długiego wygaszania dźwięków nie odnotowałem problemów z klarownością i czytelnością dalszych planów.
Przechodząc do lżejszej tematyki sięgnąłem po „A Book of Luminous Things” Agi Zaryan. Ciepły, niezwykle zmysłowy głos wokalistki dzięki duńskiemu zestawowi stał się jeszcze bardziej intrygujący, zyskując na magnetyzmie i sex-appealu. Sybilanty nadal były wyraźnie słyszalne, lecz litościwy realizator nie starał się uczynić z nich głównej atrakcji, jak to nieraz ma miejsce na „audiofilskich” samplerach. Zamiast takich sztucznie uwypuklanych wątpliwych atrakcji zdecydowanie przyjemniej było wsłuchiwać się w lśniące i mieniące się tysiącem barw blachy, przeszkadzajki, delikatnie wtórujące wokalistce smyczki, czy też prowadzenie basu. Taka łatwość w śledzeniu poszczególnych partii nie zakłócała permanentnej i nadrzędnej spoistości, jaka była immanentną cechą brzmienia testowanej amplifikacji.
Im dłużej słuchałem Alluxity, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że Alexowi udało się zaskakująco dużo zachować z brzmienia „ojcowskiej” elektroniki. Połączenie gładkości z detalicznością dały w rezultacie nader przyjemną muzykalność opartą zarówno na solidnym fundamencie basowym, jak i odpowiednio otwartej górze. Delikatne faworyzowanie i dosaturowanie barw średnicy zwiększało tylko przyjemność odsłuchu. Soczysta tkanka stanowiła świetne wypełnienie wyraźnie zarysowanych konturów, których grubość była o kilka pixeli większa niż w urządzeniach sygnowanych przez seniora rodu. Skoro popełniłem kilka aluzji związanych z elektronika Vitusa w repertuarze testowym nie mogło zabraknąć odsłuchiwanych na potężnych Gauderach Berlina RC11 Floydów i ich „The Wall”. Biorąc pod uwagę „drobną” różnicę w cenie pomiędzy prezentowana w 3-ce amplifikacją Vitusa a zestawem Alluxity o różnicach pomiędzy Berlinami a moimi Arconami nawet nie wspominając efekt był zadziwiająco pozytywny. System grał dużym, dynamicznym a co najważniejsze realistycznym i naturalnym dźwiękiem. Czuć było rozmach i swoisty patos towarzyszący temu nagraniu, ale spektakl przykuwał do fotela od pierwszej do ostatniej nuty. Odgłos przelatującego śmigłowca, trzaskanie drzwiami, czy głos dziecka były tuż za linią kolumn. Bez sztucznego przybliżania sceny, bez pakowania wokalistów na kolana słuchacza udało się Alluxity efekt aktywnego uczestnictwa w spektaklu. Słowem pełna kultura, ale bez zagłaskiwania i zabijania tego co w muzyce najważniejsze – emocji.
Ponieważ testowane wzmocnienie było dzielone postanowiłem sprawdzić, czy jest szansa zaoszczędzenia paru € i zadowolenie się jedynie końcówką mocy sterowaną ze źródła o regulowanym sygnale wyjściowym. Pierwsze odczucia z bezpośredniego połączenia mojego Ayona i równolegle testowanego streamera Lumina były wielce obiecujące. To wzmacniacz nadawał końcowy sznyt zapewniając firmową dynamikę i homogeniczną spoistość dźwięku. Jednak z biegiem czasu do głosu zaczęło dochodzić pewne spłaszczenie sceny. Chórzyści z „Misa Criolla” już nie tworzyli tak wyraźnego półkola, gdzieś też po drodze osłabieniu uległa swoboda w budowaniu spektaklu muzycznego nie tylko na głębokość i szerokość, ale przede wszystkim na wysokość. Zauważalnie większej niż z firmowym przedwzmacniaczem filtracji poddany został audiofilski plankton i swoistej redukcji uległa aura otaczająca Steve Kuhn Trio na „Pavane For A Dead Princess”. Obecność widowni podczas akustycznego koncertu Erica Claptona nie była już tak oczywista a i czas pogłosu na The Divine Liturgy of St John Chrysostom” z moskiewskiego monastyru zmalał do tego, co można usłyszeć np. w Cerkwii Metropolitalnej na warszawskiej Pradze Płn. Niby nie jest źle, ale jeśli miało się okazję słuchać kompletnego setu zubożenie przekazu stawało się nie dość, że ewidentne to irytujące, a przecież nie o to w High-Endzie chodzi.
Z premedytacją w powyższym tekście wspomniałem o High-Endzie, gdyż określenie zestawu Alluxity jedynie mianem lifestylowej elektroniki byłoby dla niego nader krzywdzące. Najwyższy czas uświadomić sobie, że wysokiej klasy urządzenia audio nie muszą być surowe, mało estetyczne i mało przyjazne użytkownikowi. Duńskie produkty nad wyraz dobitnie pokazują drugie, zdecydowanie piękniejsze i przyjazne oblicze wysublimowanego audio. Oblicze, które cieszy nie tylko zmysł słuchu, ale i wzroku posiadacza, oraz pozostałych domowników. Panie i Panowie – jeśli poszukujecie na wskroś uniwersalnej a zarazem stanowiącej ozdobę salonu elektroniki wpiszcie proszę „jedynki” Alluxity na listę do odsłuchu. Podejrzewam, że nawet pobieżny kontakt z tym uroczym duetem może zaowocować długoletnią znajomością a dobór odpowiednich kolumn będzie podyktowany jedynie upodobaniami brzmieniowymi i zmysłem estetyki, gdyż jeśli chodzi o wydolność prądowo-mocową, to Power-amp One powinien poradzić sobie z większością dostępnych na rynku konstrukcji.
Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski
Dystrybutor: RCM
Ceny:
Pre-amp One: 6 100 €
Power-amp One: 8 400 €
Dane techniczne:
Pre – amp One
Wejścia: 3 x XLR, 2 x RCA
Wyjścia: 1 x XLR, 1 RCA
Wymiary: 110 x 435 x 300 mm
Waga: 14 kg.
Power – amp One
Moc wyjściowa: 2 x 200 W/8Ω
Wejścia: 1 x XLR, 1 x RCA
Wymiary: 110 x 435 x 450 mm
Waga: 42 kg.
System wykorzystany w teście:
– CD/DAC: Ayon 1sc, CEC CD3N
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin
– Wzmacniacze zintegrowane: Electrocompaniet ECI 5
– Przedwzmacniacz: iFi iTube
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II; Harmonix HS101-Improved-S; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Argento Serenity „Signature” XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Neyton Hamburg LS; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
– Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Zakładając firmę, która z dużymi sukcesami radzi sobie na rynku, największym pragnieniem właścicieli, jest przekazanie pałeczki swojemu potomkowi. Doprowadzając do finalizacji swych planów, seniorzy czują niekłamaną satysfakcję ze spełnionych marzeń i usuwają się w cień dalszej działalności rodzinnego biznesu. Tak jest zazwyczaj, jednak nie w przypadku rodziny będącej niejako bohaterem niniejszego testu. Okazuje się bowiem, że młodzi gniewni synowie, nie zawsze chcą czekać na schedę po ojcu i na własną rękę wdrażają swoje plany życiowe. Trzeba mieć niespokojnego ducha w sobie, żeby rezygnować z łatwego chleba, jakim jest pokoleniowe przejęcie prężnie działającej manufaktury i realizować od zera młodzieńcze marzenia. A zauważalne w branży wejście na obstawiony znanymi tuzami rynek, jest już rzadkością. Na szczęście nie ma rzeczy niemożliwych i takie „cuda” przecząc znanej reklamie, zdarzają się nie tylko w „Erze”. Tym krótkim wywodem na temat biznesów rodzinnych, chciałem przedstawić nowego gracza na rynku audio – Alexandra Vitusa, który będąc niepokornym potomkiem słynnego Hansa Ole Vitusa, wziął sprawy swojej przyszłości we własne ręce, powołując do życia markę ALLUXITY ze startowymi propozycjami dla wielbicieli dobrego dźwięku pod postacią przedwzmacniacza liniowego „Pre ONE” i stereofonicznej końcówki mocy „Power ONE”.
Nie sądzę, żeby taka inicjatywa miała szansę wypłynąć na szerokie wody bez ojcowskich rad, i na pewno nie jest też konkurencją dla ojcowskiego cennika. Na szczęście Alex nie próbuje ścigać się z głową rodziny i ofertę ALLUXITY, można traktować jako swojego rodzaju ukłon w stronę większej populacji audiofilów, gdyż w stosunku do produktów Vitus Audio wydaje się być sprzętem dla mas- może nie u nas w kraju, ale na zachodzie już tak. Mając nadzieję, że niższa cena nie jest odzwierciedleniem obcięcia kosztów „tausiowych” pomysłów, odebrałem od Marcina dzieloną amplifikację tej młodej marki, której dystrybucją zajął się katowicki RCM i wpiąłem w swój tor odsłuchowy.
Projekt plastyczny w dzisiejszych czasach jest dość istotnym elementem marketingu i chcąc być rozpoznawalnym wśród konkurencji, można niechcący osiągnąć całkowitą aliencję wpisując się w wąski krąg nieprzywiązujących uwagi do wyglądu samotników. Niby naczelną zasadą jest: „może wyglądać nie przebierając w słowach jak „kupa”, byleby grało bajecznie”, jednak jeśli jakaś konstrukcja chce brylować w środowisku domowym na centralnym miejscu, musi zyskać przychylne spojrzenie małżonki, a wtedy czasami może nawet pochłonąć większe niż przewidywano wcześniej środki finansowe. Rozpakowując kartony, wydobyłem z nich polakierowane na czarny mat techniką proszkową dwie aluminiowe monolityczne bryły. Obudowa przedwzmacniacza jest wyżłobiona z jednego płata aluminium, a jedyne otwory umożliwiające wgląd do wewnątrz, usytuowane są na tylnej ściance i od spodu urządzenia. Dzięki sfrezowaniu pod katem 45 stopni wszystkich krawędzi i braku kontaktu wzrokowego z jakimikolwiek śrubami montażowymi, projekt sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Jedyne miejsce gdzie można spotkać łebki wkrętów, to tylna ścianka, na której znajdziemy pięć wejść: trzy XLR i dwa RCA, dwa gniazda RCA oznaczone jako BYPASS, dwa wyjścia – po jednym XLR i RCA, włącznik sieciowy i gniazdo IEC. Czołowa płyta preampa otrzymała usytuowany w centralnej części duży i czytelny wyświetlacz dotykowy, na którym widnieją odpowiednio oznaczone ikonki sterowania urządzeniem i wyświetlany grubą czcionką (coś dla niedowidzących słuchaczy) poziom wzmocnienia sygnału – rasowy XXI wiek. Końcówka mocy wpisując się w kontynuację projektu przedwzmacniacza liniowego, wykonana jest w podobny sposób, z tą tylko zmianą, że jest o połowę głębsza, zbliżając się do wymiaru kwadratu. Jako, że musi oddać sporo ciepła, zamiast dość pospolicie wyglądających radiatorów, po jej bokach wydrążono na przelot w pionie po osiem prostokątnych otworów wentylacyjnych, z równie przyjemnie dla oka sfrezowanymi krawędziami – jednym słowem majstersztyk. Tak jak w urządzeniu sterującym, na panelu przednim mamy taki sam wyświetlacz, różniący się tylko ilością ikonek, a tył wyposażono w gniazda głośnikowe, dwa komplety wejść: RCA i XLR, włącznik i gniazdo sieciowe. Oba urządzenia podnosząc wartość wizualną projektu, na górnej części obudowy otrzymały ładnie „wyżłobioną” nazwę firmy. Wszystko skomponowane ze smakiem i ciężko jest znaleźć punkt zaczepienia do narzekań.
Po rozpakowaniu i czynnościach transportowych na drugie piętro (bydlaki nie są lekkie), podłączyłem oba urządzenia i bez karmienia sygnałem, pozwoliłem przetrzepać finansowo moją kieszeń bezproduktywnym pożarciem kilkuset Watt-ów energii. Końcówka mocy trochę się nagrzewa, ale nie jest to jakaś wyczynowa temperatura rodem z amerykańskiego Pass-a – ot po prostu ciepła. Na przestrzeni kilku dni zabawy z nią stwierdziłem, że nawet po wejściu w tryb standy, włączone są jakieś obwody mocy, gdyż ten duński czarny smok nie stygnie. Prawdopodobnie kryją się za tym jakieś uwarunkowania wpływające na czas potrzebny do pełnej dyspozycyjności i jeżeli komuś doskwiera problem zbędnego podgrzewania atmosfery, musi potraktować go usytuowanym z tyłu włącznikiem sieciowym.
Zapoznawszy się trochę na wyjazdowych odsłuchach z brzmieniem systemu seniora rodu Vitusów, miałem nadzieję, że syn nie podąży jak to często bywa na przekór ojcu diametralnie inną drogą. Na szczęście pierwsze dźwięki po rozgrzewce prezentując amplifikację ALLUXITY w pełnej krasie, przywróciły mi spokój ducha, gdyż dostajemy naładowane dużą dawką energii, nasycone granie. Alexander postawił na przyjemność w odbiorze, poprzez chłonięcie całości materiału muzycznego, a nie nadpobudliwe bieganie za poszczególnymi składowymi pasma akustycznego. Całość jest homogeniczna, nie pozwalając żadnej składowej dźwięku wyskoczyć przed szereg. Główny nacisk położony jest na wypełnienie średnicy i dociążenie najniższych składowych, przy uszlachetnieniu wysokich tonów. Objawia się to lekkim zatarciem konturu, w efekcie rysując źródła pozorne nieco grubszą kreską, przez co dźwięk staje się lekko dosłodzony. Niemniej nie wpływa to w żaden sposób na czytelność i mikro / makro-dynamikę. W cichych pasażach, artyści z głębi sceny są znakomicie lokalizowani, a głośne energetyczne granie, również nie zaciera informacji od nich płynących. Wzmocnienie tej młodej marki kierowane jest w stronę takiego klienta jak ja, czyli nasycona średnica pełna najdrobniejszych informacji, z tą różnicą, że ja potrzebuję jeszcze tej utraconej ostrej krawędzi. Niestety za takie fanaberie trzeba słono dopłacić, ale nie szukając zbyt długo możemy na przykład udać się na zakupy do salonu pana Ole Vitusa i tam dostaniemy wszystko w pakiecie rodzinnym. Jednak w wartościach bezwzględnych mógłbym żyć z takim barwnym sposobem na spędzenie wolnego czasu, popijając przy tym jakiegoś zacnego Single Malta rodem z wyspy Islay. Jeśli przyjrzeć się scenie prezentowanej elektroniki, to jest na bardzo wysokim poziomie, gdzie muzycy nie siedzą sobie na kolanach, mając sporo miejsca w głąb i szerz, a dobiegające do słuchacza dźwięki rysują się jako wirtualny obraz zawieszony w przestrzeni pomiędzy kolumnami.
Znając już umiejętności zestawu ze Danii, postawiłem sobie za cel konfrontację dwóch światów: materiału muzycznego z najnowszego krążka Tomasza Stańki zatytułowanego „Wisława”, zrealizowanego przez wytwórnię ECM z kwartetem z Nowego Jorku i jeszcze tkwiącego w mej pamięci, ich letniego koncertu w znanym klubie jazzowym „Jazz Cafe” w podwarszawskich Łomiankach, będącego elementem promocji owego krążka. Teoretycznie nie ma co porównywać, bo sprzęt nigdy nie odda tego co można usłyszeć na żywo, ale mam pewne spostrzeżenia, które postaram się opisać, czyniąc to doświadczenie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nie wiem jak to się stało (właściciele klubu muszą się dobrze znać z panem Tomaszem), ale wspomniany koncert odbył się dla około setki szczęśliwców, którym udało się nabyć bilety. Takiej klasy artysta rzadko gra przed garstką wielbicieli i do tego jeszcze w warunkach lokalowych i temperaturowych przypominających saunę fińską. To jest nieduży, bardzo fajny klub, ale taka ilość gości w piątkowy upalny wieczór wyciskała z nas siódme poty – co ja mówię, lało się z nas jak z wiadra. Każdy ruch w pozycji siedzącej przywoływał na nasze skronie strugi potu, a wyobraźcie sobie co przeżywali artyści na ciasnej i mocno oświetlonej scenie. Siedzieli prawie jeden na drugim, gdyż zmieszczenie fortepianu i perkusji z wygospodarowanym między nimi miejscem dla kontrabasisty było, karkołomnym zadaniem. Podziwiam ich za takie co by nie mówić poświęcenie, bo chyba tylko osobowość T. Stańki była w stanie powstrzymać ich przed opuszczeniem podestu. Początki jak i atmosfera panująca w tym piekarniku były ciężkie. Niby panowie składnie grali kawałek po kawałku, ale nie było czuć pomiędzy nimi nici porozumienia, na szczęście takie sesje rządzą się swoimi prawami i z utworu na utwór było coraz lepiej. Do przerwy – a grali cały dwupłytowy materiał, szukali feelingu, aż po krótkim odpoczynku zaskoczyło i zaczęła się jazda bez trzymanki. Nikomu już nie przeszkadzał morderczy zaduch panujący na sali (no może mojej żonie jeszcze dokuczał, gdyż nie przepada za jazzem) i wszyscy zaczęli rytmicznie podrygiwać nóżkami i główkami. Tak bliski, na wyciągnięcie ręki kontakt z ikoną polskiej sceny jazzowej, był niezapomnianym przeżyciem. Emocje jakie odbieraliśmy udzielały się również grającej piątce instrumentalistów, co chętnie uwidaczniali w karkołomnych solówkach, a koniec koncertu był lawiną niekończących się braw. Ale wracając do meritum tej opowieści. Wspominając tamto wydarzenie, przychodzi mi na myśl jeden, no może dwa niepowtarzalne przemawiające za nim aspekty: jeden to bliskie spotkanie ze światowej sławy trębaczem i drugie to emocje jakie wywołuje słuchanie go z odległości dwóch metrów, prawie odczuwając podmuch powietrza z jego instrumentu, czego prawdopodobnie nigdy już nie zaznam. Próbując porównać tamten koncert z płytą odtwarzaną w domu, wzmacnianą zestawem pre-power firmy ALLUXITY, nie odczuwam bardzo dużego dysonansu. Dlaczego? Już spieszę wyjaśnić.
Wszystkie aspekty jak: barwa, wypełnienie, energia i słodkość górnego pasma, w bardzo zbliżony sposób przypominała tamto granie – no może blachy perkusji były żywsze na koncercie, ale rozmawiając kiedyś z człowiekiem realizującym sesje nagraniowe, stwierdził, że nagrywając talerze na setkę bez ingerencji elektroniki, nie da się później ich słuchać. Trąbka przepięknie matowa, fortepian dźwięczny i mocno osadzony w barwie, a kontrabas choć dociążony to nadal bardzo rozdzielczy. Przyglądając się temu po audiofilsku, w domu brzmi to lepiej, a dlaczego proszę doczytać. Emocje już nie tak intensywne, występują również w zaciszu naszych czterech kątów. Wystarczy trochę zaangażowania w materiał muzyczny, a nie słuchanie w tle. Reszta ważnych dla nas spraw jest bezdyskusyjna na korzyść warunków domowych. Wzmocnienie Duńczyków pokazuje zdecydowanie większą scenę, gdzie artyści nie obijają się o siebie i prezentując się na czarnym tle, nie zlewają się w jedną grającą masę. Dodatkowo „małość” pomieszczenia w klubie i zbudowana z desek scena, często wprowadzała wzbudzające się dudnienie przypominające to w domu pod ścianami lub w narożnikach pokoju. Słuchając płyty w „sweet spocie” w domu tego nie zanotowałem. Brzmienie instrumentów jak wspomniałem, nie odbiegało diametralnie od oryginału, a komfortowe warunki odsłuchowe bez zaduchu i jego skutków ubocznych dla narządów powonienia są bezdyskusyjne. Dodatkowym plusem jest to, że na odtwarzanym materiale, panowie grają od pierwszego taktu na pełnych obrotach i nie musząc pokonywać niesprzyjających warunków otoczenia, robią to z poszukiwanym wtedy feelingiem. Proszę nie skreślać mnie na starcie za te trochę przekornie głoszone herezje, ale to doświadczenie pokazało mi, że dobrze zestawiony set audio, jest w stanie zbliżyć się (nikt nie pisał, że było zdecydowanie lepiej) do salki klubowej i jeśli coś takiego zauważycie przy doborze sprzętu, powinniście zastanowić się, czy to nie jest koniec Waszych poszukiwań.
Po krążku „Wisława”, w napędzie wylądowała spora część posiadanej płytoteki na nośniku cyfrowym, ale nie byłbym sobą, gdybym nie zaliczył sesji z gramofonem w roli głównej. Predyspozycje ALLUXITY: dociążenie i gładkość, pozwalała na wybranie z miejsca leżakowania dowolnej interesującej mnie w danej chwili pozycji, bez względu na rok tłoczenia. Po kilku czarnych plackach ze starych tłoczeń, gdzie każdy dostarczał wielu zaskakująco pozytywnych i niespotykanych wcześniej wrażeń (brak wypełnienia uzupełniał zestaw Alexandra), jako wisienkę na torcie zapuściłem trzypłytowy album, wydany przez szkocką wytwórnię płytową Linn Records, którym było monumentalne, przearanżowane na mniejszy skład dzieło Georgea Friderica Handela zatytułowane „Messiah”. Walory sprzętu odtwarzającego należy wykorzystywać i ta pozycja była tego przykładem. Dość skromne po przeróbkach instrumentarium, wespół z wokalistami zmusiło do pełnego zaangażowania się w spektakl, a przy odrobinie chęci zestaw Alexandra Vitusa, bezproblemowo pozwalał śledzić poszczególne partie wokalne i instrumentalne, napisane przez kompozytora na chwałę Pana. Czy to solowe, czy w pełnej obsadzie ciągi zapisanych na pięciolinii nut, dawały się umiejscowić na wykreowanej przez masteringowców Linn-a scenie. Sopran, contralto, tenor czy bass, wszyscy dzięki duńsko – japońsko – angielsko – niemiecko – polskiemu zestawowi, śpiewali z jakże często poszukiwaną w wokalistyce znakomitą barwą, a ich namacalność pokazała jak zostali ustawieni przez realizatora do zgrania materiału. Trzy płyty, a przeleciały jak jedna, co dla słuchacza skierowanego bardziej w stronę jazzu, jest przyczynkiem do docenienia klasy współpracujących klocków.
Decyzja o spakowaniu do kartonów, propozycji młodego przedstawiciela familii Vitusów, nasuwała jednoznaczne słowo – szkoda. Czasem takie momenty odbieramy jako zakończenie jednej z tysiąca podobnych niczym nie różniących się od innych przygód, ale nie tym razem. Bardzo cieszy mnie to, że potomek Ole Vitusa swoim dziełem promuje muzykalność. Nie stawia na jasno określonego klienta idąc w kontur lub przepastnie nadmuchany dźwięk, tylko wprowadzanym na rynek zestawem Pre ONE i Power ONE, celuje w środek pasma, a przez dobór odpowiednich kolumn, pozwala skierować końcowe efekty w oczekiwaną przez audiofila stronę. Moim zdaniem bardzo dobry zabieg marketingowy, zwiększający grupę docelową tej młodej firmy. Jeśli nie braliście tego produktu pod uwagę na swojej liście zakupowej, polecam posłuchać, a przygoda poszukiwacza może zakończyć się bardzo szybko.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
– lampowa końcówka mocy: PAT – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
During the many years of trying to catch the audio bunny for as little money as possible (you do not believe me? It would be interesting where you would end having a big budget), I often had periods of being enchanted. It is widely known, that during the way up to the summit of the sound, you are always surprised by something. Every time it happens, some aspect of the sound reproduced brings us a step closer to our goal. But then there comes a moment, when we approach a glass wall, when we try to squeeze the last bits out of the new equipment and then … we give up, returning happily to that what we already had in our system. To keep it short – after hearing another novelty, we decide that the time to make changes in our system has not yet come, and after thorough analysis of all aspects we decide to wait, easing down the strain on our budget. Fortunately for myself (or at least for my home budget) I am at such a wall. I am not complaining, as it allows me to fulfill the list of wishes of my wife (and it is a long one…). But some longing to have something better, something more involving, something creating a better nirvana remains. However all the attempts to overcome this glass wall I was talking about failed, and the scratches on the wall blurred the view of the Eden behind it. So I would remain contented for a long time if not for…
Being a diehard analog fan I buy a lot of vinyl discs, despite my analog glass wall came much sooner to me than in my digital system. Maybe I became old and deaf, but despite the measurement results, higher distortion and required celebration, listening to vinyl really brings joy to my life. There is nothing better than spend a Saturday night with a glass or two of Ardbeg listening to a playing vinyl album. Even if people think, that this is a crippled sound source, every time you listen to it, you get your peace. In the fight of what is better, vinyl or CD, Christmas or Easter, I will always bet on the analog. The system I have, I own for a few years now, and being aware, that it is only of medium quality, I was totally satisfied with its performance, and directed my attention to bring the digital part of my system to completion. Unfortunately the quality of the digital source bared the shortcomings of the analog one. I started to listen to it much less frequently, and mostly just to quiet down after a hard week. It still had its unmatched smoothness and timbre, but the way the music was presented was worse than in my digital system. I did not think that it could happen that fast, but it did. Fortunately life does not stand still and ‘somebody is awake, to allow somebody else to listen’, and a novelty came to me.
I was in a kind of winter sleep with my system. Having a vinyl based system for a few years I listened to many different gramophone preamplifiers … with bad results. I tried to go forward, but the RCM Sensor Prelude stood its ground, against all possible contenders, tube and solid state, showing them their place, outside the door. So I was thinking that the only way to upgrade my system is to change the tonearm or deck. Having a tonearm made by the British company SME, I thought, that the easiest upgrade would be to have the turntable exchanged for one, made by the same company. Seems easy, but completing my digital system learned me, that I should avoid small steps, generating unnecessary spending. I try to jump over a few steps, to get something jawdropping. The only problem became the level of spending, which rose to a level creating fights with my wife… So I did not think about rising the level of my analog system. This lasted until I got a call from Mr. Roger Adamek, my analog promoter in a way, telling me about a new phonostage he designed, which kicks butt of many other products, including his former Sensor Prelude, and sets the threshold really high. So I had no other choice, than to confront the claims of the manufacturer and test the unit called Theriaa.
The courier arrived at agreed time and I received a substantially big and heavy package with something, that in most cases fits on a small PCB inside a receiver or amplifier. Feeling the weight of the package, I hoped this does not mean, that all the design went into the outer form, but that this is only a prelude to what awaits me sonically. So I cut the box open and inside I found two devices – the main unit in the size of an integrated amplifier and a smaller one, containing the power supply. The cabinet of the preamplifier is made entirely of brushed aluminum. The unit I received had the massive fascia in natural aluminum color (a black version can be ordered) and the rest of the unit was anodized black. The front panel is quite minimalistic, with only two rows of four LEDs on the left side, indicating the status of the phonostage for each channel separately, a milled strip dividing the front in the upper and lower panel (at about ¼ height) and the company logo and device name below it. I like such style, and it also fits the rest of my system perfectly. The back end of the device is typical RCM – a pair of input RCAs and output RCA & XLR sockets, indicating the unit is balanced inside. Additionally there are two microswitch rows per channel to set the gain and cartridge load, as well as a grounding pin and the socket for the power cable coming from the external power supply. The PSU is painted black and has only one LED in the front panel indicating operation and an IEC socket, power switch and a cable to connect to the main unit mounted on the back. Fortunately the cable is long enough to be able to hide the unit away from the preamplifier.
Using the same setup for years allows to immediately identify the changes brought by a new device plugged in, so I could verify the claims of the constructor. If the changes are for the better or for worse, this remains to be seen later, but from experience I know, that an immediate “wow” is usually a bad motivator for purchasing anything. There are ways to ‘catch’ inexperienced listeners with some tricks. Many people fall to those, what usually results in a wealth of second-hand merchandise being present on internet auctions, and minimizing the amounts available to really get good sound. In my case I was just to listen and to write a review, so I did not even think about buying the unit. I did not know, how wrong this attitude was, but about that later.
The phonostage came pre-burned-in, but I decided to give the Theriaa some time to warm-up the power circuitry, by plugging it in and keeping on without playing music. I knew, from available information, that the power circuitry of the preamplifier is very worked out. After about one hour I placed the first disc on the platter – I just bought in an antiquity shop a Japanese pressing of the free-jazz trio David Murray, Jack Dejohnette and Fred Hopkins called “In Our Style”. Buying only older issues, without searching for ‘first press’ editions I can keep my spending on acceptable levels. I listened for a few moments on my Sensor and then switched over to its bigger brother. Everything was clear from the very beginning. The new, reference phonostage from the Katowice based RCM did not want to base on the previously achieved fame, something often present in other companies, but had its own approach to the music. My favorite instrument in any kind of music is the saxophone. Timbre, saturation, smoothness, force of its sound in good recordings and replayed on good audio system are things that make me shiver. And usually this is the problem, because we do not have much to say about the recording (some labels do it better than others, so we may search for those) but the home stereo setup must be top notch. The mentioned disc paired with the new RCM made me realize, that the impossible just happened – I passed the glass wall I was talking about in the introduction. The front man of the trio is a sax player, and for the first time I could hear the wooden reed of the instrument. To date I could only hear the timbre and the saturation, without the ability to analyze the air flowing through the instrument. It is incredible how much information was hidden before me. Not by being inattentive, but because it was not reproduced from the disc. The new preamplifier from Katowice showed things, that I was missing when listening to my turntable setup. The Sensor Prelude had no micro-information, showed no air on the stage, and even the instruments were kind of thick, edgy; while the Theriaa handled that perfectly, bringing us to another level of insight into the recordings.
Such bonus from the first disc on the platter? Knowing about the deceiving techniques used by various manufacturers I started to confront what I heard with my disc library. I played a second album, third one… all of them showed, where are the differences between the two preamplifiers. The Sensor Prelude sounded with a very impressive, saturated, smooth, free and dynamic sound. It lacked some refinement, but the presentation of the sound stage and the delineation of musicians on it were great. All rivals I heard during the last years were doing it wrong, or at least less good. I will not call out the names, because in systems matching their price levels, they may be good, but putting them to test in extreme high-end showed their shortcomings. This is also the reason, that I always refrain from posting categorical statements. Switching directly from one preamplifier to the second one may push a beginner in the analog world to the Sensor, because the Theriaa played a tad quieter – despite the gain levels set to same setting – what resulted in an impression of lesser dynamics and drive in the reproduced music. This is how the comparison looked like on the solo Antionio Forcione piece from the disc “Antonio Forcione Quartet”. The guitar was sharply delineated, we could feel the power of the instrument and the quick and strong solo riffs on steel strings caught the attention of the listener. It was worse, when the rest of the ensemble entered with the same aesthetics. Everything was reproduced strong and with overly exposed edges. Catching this approach to reproduction of music defined the picture I wanted to get, similar to the one I achieved in my digital system. It was like with jazz musicians searching for a certain feeling during a concert, the newest product by Roger Adamek found it during playback. Microdynamics, gradation of planes on the sound stage to the sides and in depth, limited only by the walls of the listening room, palpability of the instruments and vocalists by placing them exactly on the spot in the three-dimensional space, readability and resolution of the treble are on an incredible and to date unreachable level. It seems as if we would learn to know each instrument from the very beginning. Starting with brass instruments reverberating without any grain and ending with the mentioned saxophone, where you can hear, and almost see, the air flowing through it, which gives it lightness and ease of playing even the lowest notes. Everything a diamond tip of a cartridge can extract from the groove is present, nothing escapes. It just gets amplified in a way that reproduces exactly the intentions of the sound engineers. If a disc is well recorded and mastered it will not allow for casual listening, because the music attracts the listener, serving a 3D spectacle, and that without the need for any 3D glasses. Frankly speaking, it was the first time I had such an experience using my analog system. It turned out, that the same thing I achieved in the digital field is also available in the analog. Hats off for the guys at RCM. I know, this review is maybe too exaggerated, but really, for a long time I had not had such fun using an audio device, and so much satisfaction. This is a mile-long jump in the technology of vinyl audio reproduction, one that I waited for so long, and one that I will need to wait for much longer … unfortunately my wife vetoed my proposal to buy it. The return to the old setup will be painful – I will not be able to listen to vinyl for a month or so… Maybe it will return to normal later. Unfortunately life is not a fairytale, and everybody has some things other than audio to take care of.
Nearing the end of this adventure with the RCM Theriaa, which reshaped my view on the analog technology, I want to share a few warnings with you. To hear what I heard and described here, you have to give the Katowice made preamplifier a chance, by providing it a proper environment. Half measures like a midrange audio system may result in its failure, and a negative, and very unfair judgment. You really need to have a high-end setup, with the digital part of it being close to the ideal, giving the needed palpability and three-dimensionality of the sound, that guarantees the visit of the musicians in our listening room. I will not set any price levels, but medium range high-end is absolutely a must here. Only then the Theriaa will sing. When you are tired from attempts to shatter the glass wall surrounding your system, you should contact Mr. Adamek. Even if the price turns out to be a hurdle you cannot overcome, you will still have a ride of your life, and the sound will remain with you for a long time. If, by any chance, it will not sing in your system – take it with you to me, and I will show you what it really can.
PS. Goodbye captivating black disc, welcome soulless digit. For some time, to ‘reset’ my mind, to forget the unsurpassed sound master. I hope, that when my wife sees my longing, sees my torture, she will not allow me to suffer too long.
text: Jacek Pazio
photographs: Jacek Pazio, Marcin Olszewski
Producer/Distributor: RCM
Price:9800 €
Technical Details:
Gain: 52 – 76 dB
Input sensitivity: 0.2 to 5 mV, adjustable in steps: 0,2 – 0,3 – 0,4 – 0,6 – 0,9 – 1,4 – 2,0 – 2,5 – 5 mV
Input impedance: 20 Ω – 47 kΩ, adjustable in steps: 20 – 30 – 50 – 100 – 200 – 400 – 1000 – 47 000Ω
Input capacitance: 100 pF
RIAA Linearity: +/- 0.1 dB (20 Hz – 20 kHz)
Input: RCA
THD: < 0.01%
S/N: 85 dB
Output Impedance: 70 Ω
Output Mode: Balanced via XLR or unbalanced via RCA
Nominal output level: 2 Vrms
Maximum Output Level: 9 Vrms
Dimensions:
– 440 x 265 x 120 mm – amplifier unit
– 205 x 270 x 105 mm – power supply
Weight: amplifier unit – 9 kg, power supply – 4.5 kg
Shipping weight: 17.5 kg
The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.
Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (Section woofer)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i
Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II
– Phonostage: RCM „SENSOR” PRELUDE IC
11 października 2013 r. — Firma Bose wprowadza do swojej oferty system muzyczny SoundTouch™ Wi-Fi®, który oferuje całkiem nowy sposób słuchania muzyki w domu. Rozwiązanie SoundTouch™ umożliwia bezprzewodową transmisję strumieniową muzyki w dowolnym pomieszczeniu, a przy tym pozwala cieszyć się najwyższą, charakterystyczną dla produktów Bose, jakością dźwięku i łatwą obsługą. Aby uruchomić odtwarzanie muzyki z Internetu lub z kolekcji użytkownika, wystarczy jeden przycisk.
„System SoundTouch Wi-Fi nie przypomina żadnego spośród domowych systemów audio dostępnych dziś na rynku” — powiedział Phil Hess, Wiceprezes Pionu Rozrywki Domowej w firmie Bose. „Otrzymujemy możliwość odbierania strumieniowych transmisji ulubionych stacji radiowych, list utworów lub piosenek wybranych artystów w najprostszy możliwy sposób, a to wszystko przy zachowaniu znakomitej jakości dźwięku. Seria SoundTouch zmieni naszym zdaniem muzykę w domu, tak jak głośniki z technologią Bluetooth® zmieniły muzykę odtwarzaną w podróży”.
Systemy SoundTouch™ Wi-Fi — jakość dźwięku niezależnie od pomieszczenia
Dla każdego pomieszczenia istnieje optymalny system SoundTouch™. Wszystkie rozwiązania korzystają z komunikacji bezprzewodowej i łączą się bezpośrednio z Internetem za pośrednictwem domowej sieci
Wi-Fi. Sieć Wi-Fi i komputer — to wszystko, co jest potrzebne do odbierania muzyki przesyłanej strumieniowo, zapisanej na dysku twardym, z internetowych stacji radiowych lub serwisów muzycznych. Każdy system SoundTouch™ zaprojektowano tak, aby automatycznie pobierał aktualizacje oprogramowania, które rozszerzają jego funkcjonalność i dostępne treści. Systemy SoundTouch™ będą stopniowo oferować kolejne popularne serwisy muzyczne, takie jak Deezer, iHeartRadio i inne.
Na rynek wchodzą obecnie trzy systemy — każdy z nich zaprojektowano z myślą o najlepszej jakości dźwięku możliwej do uzyskania w głośnikach danej wielkości:
– System SoundTouch™ 30 Wi-Fi® ma wymiary ok. 25,4 x 43,2 x 17,8 cm (wys. x szer. x gł.). Urządzenie jest wyposażone w unikalną technologię Waveguide i nowy, zastrzeżony patentami głośnik niskotonowy. Dzięki nim użytkownik otrzymuje głęboki, bogaty dźwięk i odpowiednią moc. Wszystko to sprawia, że rozwiązanie może pełnić funkcję głównego systemu muzycznego w domu.
– System SoundTouch™ 20 Wi-Fi® to rozwiązanie bardziej kompaktowe — jego wymiary to ok. 17,8 x 30,5 x 10,2 cm. Oferuje naturalny dźwięk wypełniający całe pomieszczenie i może być umieszczony niemal wszędzie.
– Przenośny system SoundTouch™ Wi-Fi® łączy dźwięk w pełnym zakresie i akumulator litowy do wielokrotnego ładowania w głośniku, który nie jest większy niż przeciętna książka — jego wymiary to 15,2 x 25,4 x (niecałe) 7,6 cm.
Seria SoundTouch™ będzie w przyszłości rozszerzana, aby udostępnić klientom niezwykle szeroki wybór produktów. Pod koniec roku na rynku pojawi się uznany system muzyczny Wave® w wersji SoundTouch™ stworzony pod kątem sypialni lub kuchni. Na początku przyszłego roku do serii dołączą kolejne produkty:
• System muzyczny SoundTouch™ Stereo JC Wi-Fi® odmieni salon za pomocą dwóch niewielkich głośników Jewel Cube® i modułu Acoustimass® zapewniającego głębsze niskie tony i wyraźny wokal.
• Głośniki zewnętrzne Bose® umożliwią strumieniową transmisję muzyki na dziedzińcu lub tarasie.
• Systemy rozrywki Lifestyle® i system rozrywki VideoWave® zostaną wyposażone w technologię SoundTouch™ z myślą o domowych salonach.
Użytkownicy mogą rozpocząć od dowolnego systemu SoundTouch™ i dodawać kolejne, aby uzyskać najróżniejsze możliwości: odtwarzać tę samą muzykę w każdym pokoju albo inne utwory w poszczególnych pomieszczeniach — wewnątrz i na zewnątrz domu.
Systemy SoundTouch™ Wi-Fi® — zaawansowane i łatwe w obsłudze
Systemy SoundTouch™ Wi-Fi umożliwiają uruchamianie odbioru muzyki przesyłanej strumieniowo przez naciśnięcie jednego przycisku. Bose udostępnia też aplikację do kontroli bardziej zaawansowanych funkcji. Urządzenia są wyposażone w sześć przycisków, które użytkownik może w dowolny sposób dostosować do swoich potrzeb i skonfigurować jako internetową stację radiową, wybrany kanał serwisu muzycznego lub zapisaną listę utworów. Po zakończeniu konfiguracji do uruchomienia odtwarzania ulubionej muzyki wystarczy szybkie naciśnięcie jednego przycisku.
Aplikacja Bose® SoundTouch™ umożliwia wykorzystanie posiadanego smartfona, tabletu lub komputera do obsługi rozszerzonych funkcji i narzędzi. W ten sposób można przeglądać i wyszukiwać treści, bezprzewodowo sterować dowolnym systemem w każdym pomieszczeniu oraz ujednolicić kontrolę wszystkich serwisów i stacji muzycznych w jednym panelu. Nowa aplikacja SoundTouch™ jest zgodna z większością systemów Android, iOS, Mac OS i Windows.
Firma Bose udostępni również dodatkowy kontroler SoundTouch™, który współpracuje z każdym systemem z tej serii. To rozwiązanie o okrągłej konstrukcji jest wyposażone w regulator głośności i czujnik zbliżeniowy. Zintegrowano tu również wszystkie kluczowe funkcje i informacje, w tym wyświetlanie ustawień na ekranie OLED. Kontroler SoundTouch™ można umieścić na stole lub powiesić na ścianie za pomocą załączonego uchwytu.
Z myślą o jeszcze większej elastyczności systemy muzyczne SoundTouch™ są też zgodne z technologią AirPlay, dzięki czemu ich właściciele mogą odtwarzać strumieniowo treści ze swoich urządzeń firmy Apple, takich jak iPad, iPhone czy iPod Touch.
„Systemy Bose SoundTouch ułatwiają i optymalizują przesyłanie muzyki za pośrednictwem sieci Wi-Fi — niezależnie od potrzeb, pomieszczenia i użytkownika” — powiedział Phil Hess. „Zapewniają one wydajność oferowaną wyłącznie przez firmę Bose i stanowią kontynuację naszej niemal 50-letniej historii innowacyjności”.
Ceny i dostępność
Rekomendowana cena detaliczna systemu SoundTouch™ 30 wynosi 2999 PLN; w przypadku rozwiązania SoundTouch™ 20 jest to 1699 PLN, a dla przenośnego systemu SoundTouch™ — 1699 PLN. Wszystkie urządzenia będą dostępne od 11 października 2013 r. w salonach sprzedaży detalicznej Bose, na stronie bose.pl, a wkrótce potem także u autoryzowanych dealerów Bose w Polsce.
Miał on miejsce w chicagowskiej galerii Corbett vs. Dempsey, 24 marca 2013 r. Występowali razem w ramch AALY Trio, Peter Brotzmann Chicago Tentet, Sonore czy też wspólnych występów Kena z triem the Thing.
Najłatwiej jest porównywać muzykę duetu oczywiście z Sonore – ze względu oczywiście na podobne instrumentarium. Na tej płycie nie oczywiście Brotzmanna z jego bezkompromisowością i szaleństwem, ale jego „młodzi” (obaj w przyszłym roku osiągną 50-tkę), powinni grać równie mocno i nie szczędzić słuchaczom pisków i zgrzytów. To oczywiście jest, ale oprócz tego jest niezwykła dbałość o formę poszczególnych kompozycji i stałe poszukiwanie współbrzmienia, które owocuje niezwykłym wprost – gdy mówimy o muzyce w pełni improwizowanej – skupieniem i bardzo zbliża twrórczość duetu do współczesnej muzyki komponowanej. Top raczej komplement niż zarzut – bo jak dobrze trzeba znać partnera i jak uważnie go słuchać by zakląć improwizację w tak klarownej i skupionej formie? Piękna płyta, ale raczej okrojna z nadmiaru szaleństwa.
muzycy:
Ken Vandermark: tenor saxophone, baritone saxophone, Bb clarinet, bass clarinet
Mats Gustafsson: alto saxophone, tenor saxophone, baritone saxophone
Pierwsza na świecie hybrydowa technologia, wierne brzmienie, multimedialność i możliwość skonfigurowania systemu według własnych oczekiwań od samego początku wyróżniają urządzenia marki Devialet. Teraz te na wskroś nowoczesne konstrukcje są na wyciągnięcie ręki. Od października br. urządzenia Devialet znajdują się w ofercie salonów Top Hi-Fi & Video Design
Marka Devialet jest młodym graczem na rynku urządzeń audio, ale dzięki swojemu nowatorskiemu rozwiązaniu udowadnia, że nowy producent także może wnieść świeżość i nowoczesność. Stało się to opracowaniu technologii pozwalającej zapewnić maksymalną wierność odtwarzanego dźwięku.
Zrodzony z pasji do muzyki
Wszystko zaczęło się od próby połączenia świata cyfrowego z analogowym. Pierre-Emmanuel Calmel, jeden z założycieli francuskiej firmy Devialet, na początku XXI w. postanowił opracować rozwiązanie, które rozwikłałoby problemy ówczesnej technologii audio – zniekształcenia, szumy i niską wydajność. Dlatego zaczął pracę nad połączeniem najlepszych cech wzmocnienia analogowego i cyfrowego. W efekcie powstała nowa technologia ADH (Analog Digital Hybrid). Początkowo trafiła ona do pierwszego na świecie analogowo-cyfrowego wzmacniacza hybrydowego D-Premiere. Z czasem ta nowatorska konstrukcja utorowała drogę kolejnym urządzeniom. Obecnie gamę produktów Devialet tworzą modele 110, 170 i 240 wraz z wariantem mono: 500.
System marzeń dla każdego audiofila
Opracowując najnowsze urządzenia francuscy inżynierowie wprowadzili wiele udoskonaleń w stosunku do pierwowzoru, m.in. lepsze oprogramowanie oraz nową elektronikę. W szlachetnej, kompaktowej obudowie umieszczono system zoptymalizowany pod kątem odtwarzania muzyki cyfrowej, nie zapominając przy tym o tradycyjnych analogowych źródłach dźwięku. Devialet, to rozwiązanie, które stworzono po to, aby zastąpić cały system hi-fi. Wszystkie konstrukcje opierają się na tej samej platformie i zaczynając od podstawowego modelu każdy kolejny jest mocniejszy i ma bogatsze wyposażenie. Już w podstawowej wersji urządzenie łączy w sobie końcówkę mocy, przedwzmacniacz, przetwornik analogowo-cyfrowy i odtwarzacz strumieniowy Wi-Fi. Wystarczy podłączyć zestaw głośnikowy, by móc bezprzewodowo odtwarzać muzykę z całej bibliotek muzycznej oraz tą strumieniowaną. Oczywiście można także podłączyć dowolne źródło cyfrowe lub analogowe.
Specjalne oprogramowanie i konfigurator
Wyróżnikiem urządzeń Devialet, oprócz technologii hybrydowej, jest także możliwość skonfigurowania systemu. Wystarczy w komputerze umieścić kartę SD dołączoną do urządzenia Devialet i skorzystać ze specjalnej zakładki do konfiguracji na stronie devialet.com. Użytkownik może np. aktywować/dezaktywować wybrane wejścia/wyjścia, nadawać im nazwy, przygotować ustawienia zabezpieczeń (m.in. moc wyjściowa, obciążenie i czułość przedwzmacniacza gramofonowego), a nawet stworzyć własną wiadomość powitalną. Użytkownicy tych francuskich urządzeń mogą liczyć na dostęp do bezpłatnych aktualizacji oprogramowania, dzięki czemu konstrukcje Devialet stają się w pełni kompletnymi rozwiązaniami na wiele lat.
Projekty Devialet dostępne są już w salonach Top Hi-Fi & Video Design. Dzięki temu miłośnicy muzyki zyskują sposobność do zapoznania się z konstrukcjami Devialet i odkrycia ich pełnej funkcjonalności.
Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej oficjalnego dystrybutora oraz producenta:
www.audioklan.com.pl
www.devialet.com
Dziś wielka premiera specjalnej aplikacji muzycznej Deezer, która powstała z myślą o wszystkich melomanach! Za jej pośrednictwem miłośnicy muzyki klasycznej mogą w nieograniczony sposób odkrywać swoje ulubione dzieła na nowo!
Deezer we współpracy z wytwórniami Deutsche Grammophon (DG), Decca i Accord, przygotował specjalną aplikację, za pośrednictwem której miłośnicy muzyki klasycznej z całego świata mogą nie tylko słuchać ulubionych utworów, ale i poznawać ich różne interpretacje!
Nowa aplikacja Deezer została opracowana z myślą o tych wszystkich słuchaczach, którzy z wielką chęcią zaznajomiliby się z katalogiem klasycznym, jednak jak pokazuje ankieta przeprowadzona wśród użytkowników serwisu, 92% z nich potrzebuje muzycznego przewodnika po muzyce klasycznej. Deezer i Universal wychodzą na przeciw ich oczekiwaniom, uruchamiając aplikację DG Deezer.
Deezer jako jedyny serwis streamingowy, udostępnia 500-letni dorobek twórców muzyki klasycznej. Użytkownicy Deezer mogą zatem przeglądać katalogi wytwórni Universal według kilku kryteriów: kompozytor, epoka, gatunek, instrumenty, interpretacja, a nawet nastroj.
Axel Dauchez, dyrektor naczelny Deezer, powiedział: „Miłośnicy muzyki klasycznej mogli dotychczas korzystać z usług cyfrowych tylko w ograniczonym zakresie. Dzięki współpracy z wytwórniami : DG, Decca i Accord, możemy zaoferować im dostęp nie tylko do znanych utworów, ale także do ich różnych interpretacji – wystarczy jeden klik. Ta aplikacja to nasz pierwszy krok z myślą o doskonaleniu oferty dla prawdziwych melomanów”.
Mark Wilkinson, prezes Deutsche Grammophon, powiedział: „Działalność naszej wytwórni w sferze cyfrowej może przyciągnąć nowych słuchaczy do pełnego wrażeń świata muzyki klasycznej. Jestem przekonany, że aplikacja DG Deezer bardzo szybko pozyska sympatię fanów i poszerzy grono słuchaczy muzyki klasycznej”.
Jest to pierwsza tego typu aplikacja obejmująca katalogi muzyki klasycznej wytwórni DG, Decca i Accord. Jest dostępna na całym świecie w dwóch wersjach jęzkowych: francuskiej i angielskiej. Za jej pośrednictwem użytkownicy Deezer z całego świata mogą poznać największe dzieła zarówno gigantów klasyki, jak i współczesnych gwiazd.
Premiera aplikacji zbiegła się w czasie z udostępnieniem użytkownikom Deezera całych katalogów muzyki klasycznej przez wytwórnie DG, Decca, Philips, L’Oiseau Lyre i Accord.
Aplikacja jest już dostępna w App Studio na stronie Deezer.com
Opinia 1
W ramach rozgrzewki przed zbliżającym się wielkimi krokami listopadowym Audio Show postanowiliśmy z Jackiem zajrzeć na drugą edycję Targów Dom Inteligentny. Na terenie praskiej Soho Factory w przestronnej hali rozlokowano nie tylko niewielkie boxy wystawiennicze, ale i wygospodarowano zdecydowanie większe przestrzenie na ekspozycje zarówno branży motoryzacyjnej jak i … Hi-Fi. Tak, tak Drodzy Państwo okazuje się, że audio powoli, bo powoli, ale jednak wraca do łask i osoby posiadające cztery apartamenty, en-tą żonę i budzącą zdrową zazdrość kolekcję samochodów/zegarków/jajek Fabergé (niepotrzebne skreślić), bądź innych kosztownych bibelotów rozglądają się nie tylko za wyśrubowanymi technologicznie i coraz większymi ekranami, ale i za mniej, lub bardziej konwencjonalnym sposobem nagłośnienia posiadanych wnętrz. Dzięki temu wszędzie tam, gdzie tylko nadarza się okazja, a więc wśród coraz bardziej zaawansowanych systemów sterowania, monitoringu i generalnie urządzeń ułatwiających nam życie, co bardziej obrotni dystrybutorzy / producenci niejako przy okazji i mimochodem oferują to, co mają najciekawszego w swoich przepastnych magazynach. Powyższa sytuacja bardzo krzepi takich skostniałych i ortodoksyjnych audiofilów jak my, w związku z czym czujniki rozpoznające twarz właściciela i samobieżne, bezobsługowe kosiarki do trawy zostawimy tym, którzy się na tym zdecydowanie lepiej niż my znają, a sami skupimy się na własnym podwórku … z małymi wyjątkami, ale o tym dalej.
Zanim jednak przejdziemy do branży audio, z którą z pewnością spotkamy się już za miesiąc w jednym z trzech hoteli wygospodarowanych na tegoroczny Audio Show proponujemy Państwu odrobinę magii i spełnienie marzeń większości przedstawicielek płci pięknej, czyli … „niewidzialne głośniki”. Tak – niewidzialne, nie przewidziało się Państwu, choć jak najbardziej fizyczne, po prostu ukryte pod tynkiem – w ścianach. Mowa o produktach Amina Technologies Ltd. ze szczególnym naciskiem na topowy, określany jako „high endowy” model AIW750E. Ten dwumodułowy flagowiec serii Evolution dysponuje mocą 100W/4Ω, skutecznością 87dB i pasmem przenoszenia 50Hz – 20kHz. Oczywiście miłośnicy pełnego pasma z pewnością zainteresują się dedykowanymi i oczywiście również wściennymi subwooferami.
Pozostając w klimatach z pozoru mało realnych nikomu chyba nie trzeba przypominać motywu z lustrem w bajce o Królewnie Śnieżce. „Lustereczko powiedz przecie …” itd. Jeśli zatem ktoś z bajek jeszcze nie wyrósł i chciałby sobie zafundować coś naprawdę niebanalnego powinien jak najszybciej zainteresować się oferowanymi przez NEOD hybrydami będącymi połączeniem lustra z … telewizorem.
Kolejną ciekawostką, z jaką dane nam było się zmierzyć okazał się sprowadzony przez firmę 3Logic monstrualnych rozmiarów (7,2 x 2,1 metra!) LEDowy ekran, choć akurat w tym momencie zdecydowanie trafniejszym określeniem wydaje się „ściana”, Leyard – video wall 4K Ultra HD. Była to pierwsza w Polsce prezentacja ściany wideo 4K 1.9 mm pozwalającej dzięki zaimplementowanej technologii Ultra HD osiągać niedostępny dla mniejszych rozdzielczości do tej pory poziom szczegółowości. Nie zabrakło również idealnych w tak przestronnych wnętrzach kolumn Architettura Sonora, oraz nieodzownych przy tego typu imprezach hostess.
Tuż obok dedykowaną przestrzeń zagospodarowano ekskluzywnymi liniami Reference ID Gold i Wood, oraz nowej – Art telewizorów marki Loewe.
Na stoisku Kliniki Dźwięku uwagę przykuwały charakteryzujący się fenomenalną jakością obrazu 84 calowy telewizor 3D Ultra HD LG i dwa RipNAS’y HFXa – multimedialny, jednak nad wyraz kompaktowy HFX cinema X5 z dyskiem SSD i 20TB magazynem, oraz już pełnowymiarowy MONSTER z 18TB dyskami na pokładzie. Sterowanie z iPada/iPhona w standardzie. Biorąc pod uwagę profil targów nie mogło zabraknąć również porządnego ekspresu produkującego wyśmienitą „małą czarną”.
Po sąsiedzku natomiast cieszyński Voice zaprezentował wybitnie audiofilskie specjały składające się z designerskiego gramofonu Pro-Jecta (Signature), kolumn Sonus Faber (Olympica I, II, Venere 2.5 i Guarneri evolution), REL (Habitat1) i elektroniki Wadii (Intuition 01), Primare i niepozornego, acz wszystkomającego combo Pro-Ject’a – Stream Box DSA. Z ww, listy w oko najbardziej wpadły mi przepiękne monitory Guarneri evolution, oraz … naścienny subwoofer REL’a – Habitat1. Ten przypominający grzejnik wspomagacz basu nie dość, że wygląda nad wyraz akceptowalnie (dostępna jest również wersja czarna), to potrafi komunikować się z reszta systemu nie tylko konwencjonalnie, czyli jak to zwykło się robić po kablu, ale i po Wi-Fi, co pozwala nie tylko ograniczyć plątaninę kabli za systemem AV, ale i ograniczyć ewentualną dewastację pomieszczenia (w pewnych kręgach widok przypominających węże ogrodowe przewodów jest jednak passe).
Za to jak najbardziej pożądane w eleganckich wnętrzach są instalacje multi-room a właśnie z taką ofertą na targach pojawiła się firma SmartSpace przedstawiając m.in. oparte na sieci komputerowej rozwiązanie Asano belgijskiego producenta Basalte, oraz iSimplex Media Center. Dzięki temu w sposób niezwykle prosty można zapewnić dźwięk i obraz w każdym zakątki domowych pieleszy. Jak widać na załączonych zdjęciach idealnie w prezentowany system wkomponowały się zgrabne monitorki Amphiona.
A teraz odrobina biżuteryjnego piękna zaklętego w tak z pozoru prozaicznych i zwyczajnych przedmiotach jak wszelakiej maści pstryczki-elektryczki, przyciski i gniazda sieciowe. Od razu zaznaczę, że te ostatnie nie mają absolutnie nic wspólnego z gniazdami jakie oferuje Furutech, Oyaide, czy rodzimy Gigawatt, gdyż tutaj liczy się design a wpływ na brzmienie to już domena zupełnie innych producentów. Pan Mariusz Wzorek z wrocławskiej firmy Nota Bene prezentował autorskie kolekcje wysadzanych kryształami Swarovskiego włączniki, oraz inne równie intrygujące i przepięknie wykonane modele.
Dla miłośników czterech kółek przygotowano również „małe conieco” pod postacią m.in. Mercedesa klasy S, oraz hybrydowej wersji Porsche Panamera S.
Nasza sobotnia wyprawa na tereny tętniącej życiem Soho Factory okazała się wielce przyjemnym sposobem na spędzenie sobotniego przedpołudnia i niespodziewaną okazją do spotkania wystawców audio. Ponadto poczynione podczas targów obserwacje pozytywnie nastrajają nas na przyszłość, gdyż fakt pojawiania się i poważnego traktowania tego typu imprez przez branżę Hi-Fi wyraźnie wskazuje na to, iż powraca moda na dźwięk wysokiej klasy. Oby podobnych okazji było jak najwięcej. Do zobaczenia za rok.
Tekst i zdjęcia Marcin Olszewski
Opinia 2
Z uwagi na szeroki profil zainteresowań naszego portalu (nie ograniczamy się stricte tylko do audio) wybraliśmy się razem z Marcinem na imprezę, która wydawałoby się, jest dość mocno oddalona od głównego nurtu, a mianowicie targi organizowane w dniach 04-06.10.2013r. pod nazwą „Dom inteligentny”. Oczywiście spodziewaliśmy się tam przedstawicieli z branży audio-video, ale ciekawiło nas również, co w owym domu wiąże się z zarezerwowanym dla „homo sapiens” pojęciem. Przeglądając zrobione zdjęcia, szukałem pomysłu – swoistego klucza dla tej relacji, który w jakiś sposób korelowałby z naszym hobby. Może wydać się to niepoważne, ale chyba udało mi się to zrobić, jednak zanim zaczniecie pukać się w głowę, proszę o chwilę pochylenia nad tym i zastanowienia się czy nie mam racji.
Nie znając poziomu zainteresowania takimi targami, dotarliśmy tam tuż po otwarciu imprezy. Tłumów nie było, co mając na uwadze obfotografowanie ciekawych stoisk, przyjęliśmy z ulgą. Zgodnie z przewidywaniami spotkaliśmy tam kilka osób z najbliższego naszym sercom sektora nagłaśniania domów. Zaczęliśmy więc od nich i nie odmawiając skosztowania wyśmienitej kawy, rozgościliśmy się na dobre. Tak miły początek wyprawy zorganizował nam wystawiający się z kilkoma swoimi propozycjami warszawski salon audio-video „Klinika Dźwięku”, który oprócz sprzętu przedstawił ofertę telewizorów, z wyeksponowanym i przygotowanym do oglądania, pierwszym na świecie odbiornikiem 84” Ultra HD firmy LG. Jakoś nie przemawia do mnie obraz 3D w odbiorniku domowym (przeszkadzające okulary i jakość mocno odstająca od wrażeń kinowych), ale to co zaprezentował ten model, pozwoliło przychylniej spojrzeć na takie fanaberie w zaciszu rodzinnym. Realizm odbioru wizualnego był na poziomie „multiplexów”, jednak nadal wymagane są binokle i niestety „wsad”, czyli programy nadawane w tym formacie, a to jeszcze pieśń przyszłości. Wracając do naszego kawałka chleba, nie sposób pominąć urządzeń mających dużą przyszłość w programie uszlachetniania życia muzyką, którymi były „kombajny”, czyli produkty „All in one” (odtwarzacz CD z możliwością ripowania, streamer, radio, wzmacniacz i wbudowany dysk o bagatelnej wielkości 20 TB). Nie jestem jeszcze gotowy mentalnie na takowe wynalazki, ale takie niestety są obecne trendy i nie da się tego zatrzymać, dodatkowo wpisują się w profil tytułowej „inteligencji” naszych domostw – wkładamy tylko płytę i wszystko robią za nas. Nam pozostaje jedynie odebrać ją po wysunięciu ze szczeliny, odstawić na półkę, i włączyć odtwarzanie losowe z kilkunastu tysięcy krążków, jakie zdążyliśmy zaaplikować. Na szczęście panowie z „Kliniki Dźwięku” nie zapomnieli o takich dinozaurach jak my i zabrali ze sobą klasyczny zestaw audio, oparty o źródło analogowe. Set przywracający mi chęć dalszej eksploracji wystawy, nie był szczytem moich pragnień, ale gramofon i phonostage lampowy Pro-Jecta wzmacniane piecykiem Primare wespół z kolumnami Sonus Faber, spójnie kolorystycznie pokazywał inne zapomniane (dla wielu) drogi do smakowania muzyki. Jej jakości w warunkach wystawowych (jedna duża hala kolejowa) nie sposób ocenić, ale nawet statyczna ekspozycja dystyngowanie przełamywała widok wszechobecnych włączników, czujników i sterowników wszelakiej maści, które jak później wykażę, również mają sporo wspólnego z życiem audiofila.
Kilka korków obok, swoją obecność zaznaczył znany na naszym rynku dystrybutor wspomnianego austriacko-czeskiego Pro-Ject’a, firma „Voice”, wystawiając clou swojej oferty, czyli topowy model gramofonu. Ta niebagatelnie ciężka, błyszcząca srebrno-czarna konstrukcja, napędzana dwoma silnikami była preludium całej prezentacji, gdyż oprócz niej oczy gości cieszyło kilka modeli kolumn włoskiej legendy – „Sonus Faber”, a także najnowszy produkt amerykańskiej Wadii. Ciekawostką ich stoiska były subwoofery naścienne Rel-a, a wisienką na torcie, zderzenie na jednym postumencie dwóch przedzielonych erą kompaktu światów, czyli gramofon kontra streamer (All In one)- oba wytwarzane przez Pro-Jecta. Krótka rozmowa z wystawcami pozwoliła na zapoznanie się, dając punkt zaczepienia do planów przyszłych testów dystrybuowanych przez Voice produktów. Czy coś z tego wyjdzie okaże się za jakiś czas, mam nadzieję że tak.
Rozglądając się po targach natknąłem się na osobną halę, gdzie stało kilka aut z inicjatywy wydawnictwa motoryzacyjnego „KMh”, z czego najciekawszymi były hybrydowy Porsche „Panamera” i całkowicie elektryczny Opel „Ampera”. Napędzanie Opla prądem jestem jeszcze w stanie zrozumieć, ale taki smok jak Porsche robi to chyba tylko dla zamydlenia oczu, że próbuje chronić środowisko. Powiązanie ze światem audio ciężko jest wykazać, ale jako rzecz uzupełniająca „Inteligentny Dom”, choć droga jest w pełni uzasadniona.
Nieodzownym elementem naszych gniazd rodzinnych stają się nowoczesne meble i telewizory we wszystkich formach jakie możemy sobie wyobrazić – np. jako obraz w ramie ozdobnej. Co stryjenka sobie zapragnie, dizajnerzy są w stanie wprowadzić w życie.
Sporą część hali wystawienniczej zajmowały firmy specjalizujące się we wszelakiej maści włączników tradycyjnych (ten temat rozwinę na koniec) i dotykowych paneli sterujących, a także zaprojektowanych pod konkretnego klienta, systemów sterowania wszystkim co można zautomatyzować, obsługiwanych z poziomu iPhona. Nie wiem jak to bywa w praktyce, ale zgubienie telefonu sterującego całym domem, może okazać się przyczynkiem do ogłoszenia upadłości jako osoba fizyczna. Teoretycznie wszystko jest zabezpieczone, ale ile razy słyszymy w telewizji o zagubieniu portfela z kartami kredytowymi i opisanymi na nich kodami dostępu. Ludzie to dziwne stworzenia i wszelkie zasady zdrowego rozsądku zdają się mieć w „poważaniu”, a gdy nadejdzie czas takich multimedialnych rozwiązań, koledzy z ciemnej strony życia codziennego będą mieli pożywkę.
Początkowo zaskakującym był dla mnie fakt, pojawienia się na wystawie marki Husqvarna. Zastanawiałem się co tak innowacyjnego może mieć do zaoferowania. Nawet bardzo się nie zdziwiłem, gdy wystawca oznajmił mi, iż ten bolid jest na wzór odkurzaczy domowych, samobieżną niegenerującą żadnych dźwięków, elektryczną kosiarką do trawy. Wszyscy wiemy, że do słuchania muzyki niezbędna jest cisza. Jeśli u sąsiada za oknem zapadnie decyzja o strzyżeniu jego Wimbledonu, musimy zrobić sobie przerwę w delektowaniu się muzyką, na czas proporcjonalny do wielkości działki, jaka jest do skoszenia. U mnie ok. 2-3 godziny straszliwego jazgotu za oknem, o najpiękniejszej popołudniowej sobotniej porze. Ale chcąc żyć w symbiozie z otoczeniem, zagryzam wargi i czekam na zakończenie koszenia, jak na zmiłowanie. A tutaj mamy rozwiązanie problemu poprzez bezgłośną pracę, a jeśli skrócenie kłosa trawnika przypadnie w obowiązku nam, włączamy samojezdnego kosiarza i mając wolny czas, możemy spędzić go w naszej samotni ze sprzętem grającym. Jest bezpośredni związek z naszym hobby?
Tendencja ukrywania źródeł dźwięku z pola widzenia, jest ostatnio zauważalna. To, że ludzie nie przywiązują dużej wagi do jakości słuchanej muzyki wiadomo nie od dziś, ale zagipsowywanie głośników w ścianę kartonowo-gipsową, czyniąc je całkowicie niewidocznymi (nie wspominając o jakości emitowania dźwięku) i przedstawiając jako zaletę, uświadomiło mi, że my audio-maniacy jesteśmy dinozaurami w tej dziedzinie. Ale niech tam, chcą to niech mają, ja za takie wynalazki dziękuję.
Udowadniając związek przyczynowo skutkowy tej „budowlanej” wystawy z audio, chciałbym wrócić do prostych włączników światła. Nie jakiś multimedialnych rodem z kosmosu na linie papilarne wynalazków, tylko „zwykłych” pstryczków – elektryczków. Celowo słowo „zwykłych” wziąłem w cudzysłów, gdyż cena takowego to kilkanaście, no może kilkadziesiąt złotych. Jednak jeśli małżonka wie o całkowitych kosztach naszej zabawy w dążeniu do złapania króliczka, ma bardzo mocną kartę przetargową, przy zaspokajaniu swoich potrzeb i bezpardonowo to wykorzystuje. Jedna zostawia gotówkę w sklepach z ciuchami, inna w galeriach sztuki, a jeszcze inna pragnąc umilić sobie przebywanie w gniazdku rodzinnym, funduje teoretycznie wszystkim domownikom prosty, powtarzam prosty włącznik oprawiony kryształkami Swarovskiego. Stojąc na straconej pozycji ukrócenia naszych pragnień koncertu na żywo w warunkach domowych, musimy zaakceptować taki drobny wydatek rzędu 4000 PLN za jedną sztukę, który i tak przy kablach sieciowych ze średniej półki wydaje się być śmieszny. Ja akurat niewiele mogę wskórać w środkach przeznaczonych na dział „fashion”, ale zdaje sobie sprawę, że remont domu może wprowadzić korekty w wydatkach mojej drugiej połówki, którą i tak za całokształt naszych relacji zawsze będę kochał i wszystkim życzę tak wyrozumiałej partnerki.
Wyprawa na targi „Dom Inteligentny” była owocna w skutkach, gdyż uświadomiła mi, w jakim kierunku dąży branża budowlana, spychając nasze zainteresowania do podziemia. Muzyka w nowoczesnym domu ograniczać się będzie do egzystencji w tle, z nie do końca dających się zlokalizować źródeł. Na szczęście nadal jest istotnym elementem życia, a od nas pasjonatów zależy jak duża populacja będzie podchodzić do tego z takim pietyzmem jak my.
Jacek Pazio.
Najnowsze komentarze