Japonia to bez dwóch zdań kraj uważany za kolebkę wyrafinowanych dźwiękowo komponentów audio. Może nie ma wyłączności na najlepszy dźwięk na świecie, ale jeśli coś zostało choćby dotknięte przez któregoś z tam tworzących przez połowę życia swoje produkty mistrzów elektroniki użytkowej, praktycznie z rozdzielnika ma status co najmniej wartego posłuchania. Bez zbytniego naciągania faktów powiedziałbym też, że już na starcie procesu weryfikacyjnego otrzymuje kilka punktów akonto za samo pochodzenie. Śmieszne? Bynajmniej. Popytajcie znajomych, a przekonacie się, że mam rację. Ale nie o tym chciałem dzisiaj dywagować, gdyż sprawa kraju pochodzenia twórcy zestawów audio to jedno, a fakt możliwości przetestowania to drugie. I nie chodzi mi jedynie o fakt dystrybucji na naszym rynku, tylko o filozofię właściciela marki – często konstruktora – w sprawie udostępniania produktów do jakichkolwiek testów. Oczywiście zdecydowana większość bardzo chętnie dzieli się swoimi wyrobami z recenzentami, ale jak to zwykle bywa, są takie osobowości, które mając świadomość klasy posiadanej oferty, nie mają parcia na notoryczne pojawianie się w różnych periodykach branżowych. Podobną filozofię ma dzisiejszy producent z Kraju Kwitnącej Wiśni – Audio Tekne a dokładnie sam Kiyoaky Imai, na przychylne spojrzenie którego musiałem zapracować pewnym zapleczem recenzenckim, aby udowodnić, że wiem czego szukać w jego dziele życia podczas sesji testowych. Nie przedłużając, zapraszam na japoński „System marzeń” w postaci topowego przedwzmacniacza liniowego TFA – 9501, monobloków opartych o parę kultowych lamp 300B w układzie push-pull TM – 8801 i zajmującego środek oferty phonostage’a TEA – 8695.
Jak wygląda Audio Tekne? Dla mnie fantastycznie, a dla innych koszmarnie. Na szczęście o gustach się nie dyskutuje, dlatego skrótowo, ale spróbuję opisać przybyłe na występy japońskie produkty. Jeśli chodzi o same bryły urządzeń, to nie odbiegają one od standardowo konstruowanych produktów lampowych, gdyż zwykle jest to pewnego rodzaju platforma nośna dla ukrytych pod kratkami lamp i zamkniętych w różnego rodzaju puszkach transformatorów. Taki design ma również AT, z tą tylko różnicą, że większość producentów stara się „złapać” potencjalnych klientów wyglądem, stosując triki natury ponadczasowych wizualizacyjnie projektów, gdy tymczasem ścigająca się z moim codziennym mieniącym się zgaszonym złotem zestawem Reimyo czwórka jego rodaków stawia na rozpoznawalną od pierwszego spojrzenia surowość wyglądu. A przejawia się to odcieniami zmieszanej ze stalą i bladym niebieskim odcieniem szarości. Powiem tak, nawet trudno jest mi dokładnie określić użytą do lakierowania urządzeń paletę kolorów, ale chyba przez to zakochałem się w moim gościu od pierwszego wejrzenia. Idąc dalej tropem budowy, owe podtrzymujące wspomniane lampy i trafa płaskie skrzynki, jak zdążyłem wspomnieć w swoich trzewiach skrywają serce pomysłu na dźwięk, czyli ortodoksyjnie minimalistyczne układy elektryczne. Fronty, w zależności od pełnionej przez dane urządzenie funkcji, zgodnie z firmową unifikacją, są bardzo skromnie i wyposażone jedynie w niezbędne do manualnej obsługi manipulatory i pokrętła. I tak, w monoblokach i przedwzmacniaczu gramofonowym znajdziemy jedynie włącznik hebelkowy i sygnalizującą stan pracy diodę z lewej strony. Natomiast w przedwzmacniaczu liniowym oprócz takiego samego zestawu znajdziemy jeszcze biegnącą od prawej ku lewej stronie serię ośmiokątnych pokręteł regulacyjnych i dwa prostokątne włączniki pracy PRE OUT I POWER PHONO. Płaszczyzny górne dzierżą adekwatną do stopnia skomplikowania konstrukcji ilość transformatorów i lamp elektronowych, a płyty tylne typowe dla każdego komponentu przyłącza. Końcówki mocy mogą pochwalić się gniazdami sieciowymi, pojedynczymi terminalami głośnikowymi, wybieranymi przełącznikiem hebelkowym wejściami RCA i XLR i zaciskiem uziemienia. Przedwzmacniacz liniowy oferuje baterię wejść i wyjść RCA i XLR, gniazdo IEC i zaślepione nakrętkami zasilanie dla zajmującego szczyt oferty dwu-pudełkowego phonostage’a. Dostarczony przedwzmacniacz gramofonowy zaś raczy nas mocno okrojonymi w kompatybilność stałowartościowymi dla dwóch rodzajów wkładek MC wejściami RCA, wybieranymi hebelkami wyjściami RCA i XLR, przełącznikiem wzmocnienia 0/-10 dB, zaciskiem masy i gniazdem zasilającym. Tak po krótce prezentują się nasi bohaterowie, a jak dali sobie radę podczas sesji odsłuchowych, znajdziecie w kilku poniższych akapitach.
Podczas swych recenzenckich bojów już kilka razy miałem mały problem, jak rozpocząć część testową mych opowieści. Owe dylematy wynikały bowiem z ponadprzeciętnych walorów brzmieniowych testowanych urządzeń i wręcz jednoznacznej deklasacji konkurencji. „Niestety” niniejsze spotkanie z topowym przedwzmacniaczem liniowym wspomaganym zaopatrzonymi w podwójną triodę 300B końcówkami mocy wespół z zajmującym środkową pozycję w cenniku przedwzmacniaczem gramofonowym oferty AT tak przewartościowało mój osobisty punkt odniesienia, że gdybym napisał bardzo banalne stwierdzenie –„po tych kilku tygodniach obcowania z tak prezentowaną muzyką spokojnie mogę umierać”, wierni czytelnicy znając moje przywiązanie do posiadanego, wielokrotnie walczącego jak równy z równym nawet ze zdecydowanie droższą konkurencją zestawu, bez problemu odebraliby to jako spuszczenie zasłony milczenia nad dotychczasową referencją. I niestety taki czas może nie całkiem nieoczekiwanie, bo spodziewałem się podobnych uniesień duchowych, ale w końcu nadszedł.
Na wstępie jestem jednak winien małe wyjaśnienie. Otrzymując obecny zestaw do oceny, miałem zamiar rozbić to spotkanie na dwa odrębne epizody – dzielonego wzmocnienia i phonostage’a. Niestety rozpoczynający się od pre gramofonowego proces testowy dobitnie pokazywał, że moja elektronika „nieco” ograniczała jego potencjał, co dość szybko udało mi się zweryfikować przy pomocy reszty dostarczonych komponentów. Nie powiem, spięty z moją układanką TEA-8695 grał wyraźnie lepiej w porównaniu z rozpoczynającym ofertę TEA-2000, ale po dodaniu gładkości i szlachetnego wypełnienia nieco tracił na blasku. I nie chodziło tutaj o ilość górnych rejestrów, tylko powodujący zacieranie informacji o planie rozgrywającej się przede mną sceny muzycznej wyraźny brak oddechu. Piszę to z pełną odpowiedzialnością i świadom ewentualnych konsekwencji, ale tak właśnie było. Reasumując, po spięciu w monoteistyczną całość wizytujących mnie komponentów, nie było innej alternatywy, jak zdanie relacji ze spotkania z pełnym kompletem urządzeń przypominających stare radiostacje z czasów II Wojny Światowej.
Nie wiem, czy bez nausznej weryfikacji, tego co teraz napiszę nie odbierzecie jako minusa, ale oceniany zestaw gra tak naturalnie i blisko prawdy, że dla szukających ciągłego zadziwiania słuchaczy szybko może wydać się nudny. Obcując z tak prezentowanym dźwiękiem zapomnijcie o wyskakujących z kapelusza sztucznie materializujących się przed naszymi oczami dzwoneczkach, czy nacisku na ponadprzeciętną wyrazistość poszczególnych pasm. Muzyka płynie jakby mimochodem, wręcz wydawałoby się, że bez zbytniego zabiegania o to czy jej słuchamy, czy nie, ale robi to na tyle intrygująco, że nie sposób nie podążać za każdą wygenerowaną przez zestaw Audio Tekne frazą wokalną, czy instrumentalną. To rodzi się samoistnie. Niestety jak wspomniałem, dla wielbicieli analizy poszczególnych dźwięków może okazać się, iż jeszcze nie dojrzeli emocjonalnie do słuchania muzyki jako całości przekazu, jednak z racji przejścia w swoim życiu podobnego etapu, wiem, iż tylko kwestią czasu jest dotarcie do takiego stanu. Jak objawia się fenomen Japończyków? Spróbuję opisać to obrazowo i w miarę strawie. Główną zaletą naszych bohaterów, jest dająca wyśmienity wgląd w nagranie rozdzielczość, oferując pełnię informacji o wszystkich, powtarzam wszystkich formacjach wirtualnej sceny włącznie z mocno rozbudowanymi skaldami symfonicznymi. Ktoś powie, że to dość łatwe do zrealizowania przy pomocy korektorów akustyki, lub innych modelujących dźwięk praktyk kablarskich lub programowych w technice DSP. Niestety takie sztuczne ożywianie tylnych planów, czy też zwiększanie nasycenia czerni tła prawie natychmiast powoduje wdzieranie się pakietu sztuczności w dobiegającej do nas muzyce. Znam to bardzo dobrze z autopsji, ale nie walczę z ludźmi szukającymi takiego sposobu zbliżania się do absolutu dźwiękowego i choć osobiście wolę oddać trochę ostrości słuchanej muzyki za odrobinę jej naturalności, wiem, że każdy ma swój punkt widzenia i sam decyduje co mu w duszy będzie grać. Idąc dalej z rozważaniami jakości dźwięku, dochodzimy do zasadniczego pytania dotyczącego sposobu, w jaki AT osiąga realizm w najczystszej postaci. Z pewnością każdy z Was miał w swoim życiu okazję zaznania porannego fenomenu krystalicznie czystej przejrzystości powietrza po nocnej śnieżycy. Gęsto padający śnieg przytłacza do ziemi najmniejsze drobinki kurzu i innych unoszących się w atmosferze cząstek, dając nam prawie kłujące w zmysły odczucie nieskazitelnej przeźroczystości panującej wokół nas aury. Ta świeżość białego puchu połączona z mroźnym porankiem jest odzwierciedleniem tego, co usłyszałem po zaaplikowaniu u siebie systemu TA. Jeśli ktoś nie zaznał takiego stanu, to niestety nie za bardzo wiem jak mogę to inaczej opisać. Ale jeśli macie w swoim życiowym portfolio podobne doświadczenia, wiecie, że będąc nawet gdzieś w zabitej wiejskiej dziurze – w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nagle słyszycie oddaloną o kilkanaście kilometrów przelotową trasę krajową, która normalnie ginie gdzieś w natłoku innych artefaktów dźwiękowych życia codziennego. I gdy podobny sposób oddania dźwięków przeniesiecie na nasze audio-podwórko, okaże się, że tylne plany grającego naszą ukochaną muzykę zespołu nie grają głośniej, również tło nie jest sztucznie przyciemniane, tylko nieskazitelna rozdzielczość powoduje przywołane oczyszczenie dzielącego nas i poszczególnych muzyków powietrza, bez sztucznego faworyzowania jakiegokolwiek aspektu przekazu. Gdy spotkamy się z taką propozycją odtwarzania muzyki, okazuje się, że chórzystki z tylnych planów podobnie jak zajmujące najważniejsze miejsce na scenie solistki przełykają ślinę, lub operatorzy drewnianych instrumentów dętych gdzieś po cichu przedmuchują swoje stroiki. Niewiarygodne? A jednak. Na potwierdzenie moich teorii posłużę się wręcz idealnym do tego celu materiałem z muzyką dawną zatytułowanym „Membra Jesu nostri” The Purcell Quartet. Zawsze, powtarzam, zawsze podczas odtwarzania tego krążka odczuwałem dość gęstą atmosferę panującą wewnątrz goszczącej muzyków budowli sakralnej. Odbierałem to jako sposób zebrania całości przez mikrofony, gdy tymczasem teraz owa teoretycznie nieszkodząca wcześniej mgiełka pomiędzy rozrzuconymi po scenie artystami odeszła w niebyt. Oczywiście w najmniejszym stopniu nie zrobiło się sztucznie, dając raczej uczucie zwiększonej materializacji 3D. O takich przyziemnych sprawach, jak pozycjonowanie źródeł pozornych, czy ich gradacja w głąb i szerz nawet nie wspominam, gdyż jakiekolwiek odstępstwo czystości ich eterycznej prezentacji byłoby dużym faux pas. Chyba oczywistą sprawą jest zaliczenia takich płyt z obu posiadanych przeze mnie nośników (cyfra i analog), a że to jest jeden z dwóch ulubionych nurtów muzycznych, zajęło mi to kilka ładnych popołudni. Tutaj muszę wtrącić, że w testowej konfiguracji gramofon bez najmniejszych problemów pokazywał CD-kowi, gdzie jest jego miejsce w szeregu, mimo, że posiadany dzielony napęd uważany jest za naśladowcę analogu. Z drugiej strony nie można się dziwić, gdyż same testowane phono kosztowało trzykrotnie więcej a wespół z napędem krotność wzrastała do pięciu. Proces weryfikacyjny pokazał dobitnie, jak cena powinna odzwierciedlać przyrost jakości, dlatego nie odczuwam w tej materii najmniejszego dyskomfortu. Ot jest tańszy, to żaden dyshonor polec w walce z lepszym. Co ciekawe, rozpatrując fakt użycia lamp elektronowych w zestawie Audio Tekne, w ogólnym graniu można by spodziewać się jakiegoś związanego ze szklanymi bańkami sztucznego ugładzenia. Tymczasem oprócz nieco ciemniejszej aury nie zbliża się do maniery lampowej, a mimo to pokazuje swoją klasę przy oddaniu palety barw wszelkich dźwięków, od instrumentów drewnianych po ludzki głos. Gdy nasyciłem swoje narządy słuchu muzyką z czasów Monteverdiego, przyszła kolej na stawiający na ciszę ECM-owski jazz. Niestety, jest pierwsza trzydzieści w nocy, a jutro muszę wstać aby zarobić na życie, tak więc skończę jutro.
Ok., odpocząłem, nabrałem dystansu, więc przystępujemy do kolejnego, patrząc na ilość mogących znudzić nawet największych fanów mych opowieści wygenerowanych znaków, lekko zmierzającego ku końcowi etapu spotkania. Słuchając muzyki dawnej, która w znakomitej większości grana jest przy użyciu mocno koloryzujących dźwięk instrumentów z epoki, nie do końca mogłem spojrzeć na krawędzie sygnału takich generatorów fal akustycznych, jak kontrabasy, ale również na ciężar i wybrzmienia talerzy bębniarza, co w jazzie jest chlebem powszednim. Co więcej, przecież w torze miałem uważane za niezbyt dobrze radzące sobie w aspekcie ostrości rysunku triody 300B, dlatego taka kolejność wsadu muzycznego wydawała się wręcz niezbędna. No cóż, po poprzedzającej ten akapit litanii pochwał może dość przewidywalnie powiem, że gdy w roli testera wystąpił często goszczący u mnie ze swoim składem Bobo Stenson, nie spodziewałem się i nie zanotowałem żadnych niespodzianek. Dostałem informację o pełnej współpracy strun z pudłem rezonansowym nadmuchanych skrzypiec zwanych potocznie kontrabasem, jak również wyraźny przekaz o grubości blachy użytej do wykonania talerza perkusisty z ich długą odpowiedzią soniczną na uderzenia drewnianej pałeczki. Potwierdzając wcześniejsze obserwacje nie wspominam nawet o głębi, szerokości i projekcji spektaklu muzycznego, ponieważ generowana przez Japończyka muzyka była na tyle wciągająca, że wręcz musiałem się zmuszać, by zwracać uwagę na tak prozaiczne składowe. Niestety dla wielbicieli przeżyć ekstremalnych tylko śladowo skalałem bohaterów spotkania wykańczającą narządy słuchu metalową i jej podobną muzyką. Wnioski? Było zaskakująco dobrze, ale z racji dbałości o narządy odbierające fale dźwiękowe, wolałem skupić się raczej na przyjemnościach, co zrekompensowałem sobie zaproszeniem dobrego znajomego na serię czarnych placków z muzyką symfoniczną. Takim to sposobem mimo niezbyt częstego obcowania z „poważką”, dzięki wizycie gościa zaznałem bardzo pouczającej lekcji, która obnażyła mi pewien niepozwalający pochylić się nad taką twórczością problem. Chodzi mianowicie o sposób jej odtworzenia, który z braku odpowiedniej rozdzielczości systemu zawsze nieco uśrednia czytelność bardzo licznego składu muzyków, co w bezpośrednim starciu z dość blisko i przez to bardzo czytelnie zebranym przez mikrofony jazzem trochę zniechęcało mnie do głębszej penetracji tej przecież fantastycznej twórczości. Nagle okazało się, że diabeł tkwi w szczegółach, które w tym przypadku rodzi właśnie sam system. Dla ludzi od urodzenia wychowanych z podobnym repertuarem to jest nieistotny aspekt, jednak dla kogoś wkraczającego w ów świat, może stanowić i często stanowi pewną barierę. Po prostu życie. Gdy tak rozprawialiśmy o budowaniu mieszczącej kilkadziesiąt osób wirtualnej scenie, bez problemu wychwytywałem sekcję kilku kontrabasów, a nie bliżej nieokreśloną kontrabasową plamę. Co ważne, całość prezentacji uciekała od faworyzowania jakiegokolwiek planu, stawiając na równouprawnienie każdego z nich, co dla wielu może okazać się zbyt nudnym w odbiorze, gdyż oczekuje niewystępujących w realnym świecie głośnych popisów instrumentalistów z ostatnich rzędów. Niestety, tak jak wspominałem na wstępie, tylko wyedukowani słuchacze mogą docenić tę unikającą czarowania melomana nienaturalnymi w rzeczywistości aspektami prawdę z Audio Tekne. W innym przypadku ocena prezentowanego zestawu może nie być tak pozytywna. Dlatego zanim pomyślicie o prezentowanym dzisiaj „Systemie marzeń”, zastanówcie się, czy jesteście przygotowani na prawdę.
Puentując te spędzone z elektroniką Audio Tekne trzy tygodnie muszę powiedzieć, iż po pierwszym kontakcie z rozpoczynającymi ofertę komponentami poniekąd spodziewałem się podobnych doznań. Nie sądziłem tylko, że wywrą one na mnie na tyle mocne wrażenie, bym na facebooku nawet w żartach zapytał czekających na werdykt znajomych o „skromną” i długoterminową pożyczkę. Cieszy mnie fakt, że stacjonujące na co dzień kolumny były równorzędnym partnerem tego starcia i nie musiałem gorączkowo poszukiwać spełniającej wymogi jakości alternatywy. Spięte razem w układzie push-pull dwie 300B bez najmniejszych problemów radziły sobie ze sporej wielkości basowcami, trzymając je przy tym na krótkiej smyczy. Oczywiście słyszałem je pod lepszą kontrolą, ale przy takim sposobie podania muzyki jako całości zbyt techniczne prowadzenie niskich tonów byłoby bardzo szkodliwe w odbiorze. Trochę potrwa, zanim wrócę emocjonalnie do stanu przed-testowego. Zawsze po podobnych starciach wystarczało mi kilka dni resetu. Jak będzie teraz? Kto wie. Kończąc to spotkanie mogę powiedzieć tylko jedno, jeśli ktoś czuje się na finansowych siłach, aby zmierzyć się z testowaną dzisiaj propozycją z Japonii, nie radzę czekać, gdyż życie jest za krótkie, by tracić czas na inne niż to fenomenalne granie.
Jacek Pazio
Dystrybucja: NATURAL SOUND s.r.o.
Ceny:
TFA 9501: 69 000 €
TM 8801: 60 000 €
TEA 8695: 69 000 €
Dane techniczne:
TFA 9501
Wejścia: Phono, CD, Tuner, Tape, AV, Aux.
Maksymalny poziom sygnału wejściowego : 3 Vrms
Wyjścia: Rec Out; Pre Out XLR i RCA
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz (+/- 1 dB)
Wymiary (szer. x wys. x głęb.): 445 x 225 x 346 mm
Waga: 55 kg
TM-8801
Wejścia: RCA i XLR
Czułość wejściowa: 1 V
Impedancja wejsciowa: 3,3 kΩ
Moc wyjściowa: 15 W
Zniekształcenia harmoniczne: < 0,3% (10 W/1 kHz)
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 20 kHz (- 1 dB/- 3 dB)
Szumy własne: < 1 mV (8 Ω)
Pobór mocy: 100 W
Wymiary (szer. x wys. x głęb.): 445 x 225 x 250 mm
Waga: 28,0 kg/szt.
TEA 8695
Dla wkładek: MC o niskiej lub wysokiej impedancji
Zakres sygnałów wejściowych:
– „Phono Low”: 25 mV
– “Phono High”: 85 mV
Zakres sygnałów wyjściowych: 1,6 V (std), 11 V (max)
Wyjścia: XLR i RCA
RIAA: +/- 1,5 dB (30 Hz – 15 kHz)
Zużycie energii: 70 W
Wymiary (szer. x wys. x głęb.): 460 x 170 x 410 mm
Waga: 43,5 kg
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”,.”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Na zbliżających się targach Audio Video Show, które po raz pierwszy odbędą się na Stadionie Narodowym, prezentowane będą najnowsze rozwiązania z oferty Loewe, SIM2 i Meridian.
Premierowa prezentacja dużych formatów Loewe
Po raz pierwszy szeroka publiczność będzie miała okazje zobaczyć nowe, duże formaty telewizorów Loewe – modele Reference w rozmiarach 85 i 75 cali. Ze względu na ich rozmiar w telewizorach zastosowano technologię pełnego podświetlania matrycy. Ponadto prezentowane będą wszystkie linie telewizorów Loewe.
Linia Reference
Reference to obecnie najwyższa linia telewizorów Loewe. Dostępna w rozmiarach 85, 75 i 55 cali stanowi ukoronowanie niemieckiej myśli technologicznej w zakresie telewizorów.
Wyposażona jest we wszystkie możliwe funkcje techniczne. Oprócz olśniewającego obrazu w rozdzielczości Ultra HD, ulepszonego poprzez szklany panel z antyrefleksyjnym filtrem, oferuje bezkonkurencyjny dźwięk, dzięki zintegrowanemu soundbarowi o mocy 120 watów.
Linia Connect
Connect to telewizor z charakterem. Wbudowana nagrywarka z dyskiem twardym pozwala nagrywać jednocześnie 2 programy i oglądać trzeci. Zdalny dostęp do telewizora, obsługa aplikacją, intuicyjny system operacyjny, sprawiają, że odpowiada on na wszystkie wyzwania współczesnego świata.
Dostępny w kilku wersjach kolorystycznych i rozmiarach 55, 48, 40 i 32 cale.
Linia Art
Art to telewizor wprowadzający do świata Loewe. Wykonany z najlepszych materiałów, wyróżniający się doskonałym dźwiękiem i obrazem. Model ten w standardzie posiada funkcje, których inni producenci nie oferują nawet w najwyższych modelach.
Dostępny w kilku wersjach kolorystycznych i rozmiarach 55, 48 i 40 cali.
Stoisko Loewe – Stadion Narodowy w Warszawie – loża platynowa 2
Prawdziwe doświadczenie kina SIM2 i Meridian
Po raz pierwszy zaprezentowany zostanie projektor z funkcją Perfect Fit. Wyposażony w nią projektor SIM2 M.150S pozwala na wyświetlenie obrazu w kinowym formacie 2.35:1 bez zastosowania dodatkowej, anamorficznej soczewki. Przy zastosowaniu takiego formatu obraz jest o 78% większy od obrazu o takiej samej wysokości w formacie 16:9. Pierwszym krokiem w zastosowaniu tej technologii jest powiększenie obrazu letterbox. Następnie obraz jest przesuwany na pożądane miejsce i w ostatniej fazie następuje ustawienie ostrości. Wszystko odbywa się niezauważalnie dla widza. Obraz rzutowany będzie na kinowy ekran Viz-Art.
Za dźwięk odpowiadać będzie system kinowy Meridian składający się z procesora Meridian Surround 861v8 i głośników: centralnego DSP5200HCSE, lewego i prawego DSP7200SE, tylnych DSP5200SE i subwoofera DSW.
Meridian MQA
Podczas targów będzie można także posłuchać nowego formatu audio opracowanego przez Meridian – MQA odtwarzanego w systemie multiroom Sooloos, zbudowanego z serwera QNAP i sterowanego dotykowym monitorem Touch PC.
Stoisko Meridian i SIM2 – Stadion Narodowy – Skybox 121
Firma AURALiC – wiodący producent sprzętu audio dla wszystkich miłośników muzyki – poinformowała o dacie premiery najnowszego bezprzewodowego streamera ARIESA MINI na polskim rynku. Nowy produkt zostanie po raz pierwszy zaprezentowany podczas największej w Polsce wystawy sprzętu audio i video – Audio Video Show – w dniach 6-8 listopada na stadionie PGE Narodowy w sali nr 202.
ARIES MINI łączy programowe i sprzętowe funkcje większego brata – popularnego streamera AURALIiC ARIES oraz funkcjonalność DACa w kompaktowej eleganckiej obudowie. Nowy produkt firmy AURALiC wyróżnia się bardzo szybkim bezprzewodowym streamingiem muzyki w najwyższej jakości w praktycznie każdej częstotliwości próbkowania, nawet w formatach Quad-Rate DSD i DXD. Dzięki oprogramowaniu AURALiC Lightning DS, dostępnym na iPada i urządzenia z systemem Android, streamer ARIES MINI może przesyłać muzykę przechowywaną na dysku sieciowym, dysku USB albo pamięci wewnętrznej urządzenia. Urządzenie obsługuje również serwisy streamingujące muzykę w bezstratnej jakości, takie jak TIDAL, Qobuz i WiMP oraz inne źródła, takie jak vTuner Internet Radio, AirPlay z urządzeń Apple oraz Songcast dla systemu Windows i Mac.
Nowy streamer bazuje na platformie sprzętowej AURALiC Tesla, która oferuje czterordzeniowy procesor ARM Coretex-A9 z taktowaniem 1GHz, 512MB wbudowanej pamięci RAM DDR3 oraz 4GB pamięci wewnętrznej. Platforma Tesla zapewnia moc obliczeniową na poziomie 25000 MIPS (Million Instructions Per Second), która pozwala dekodować szerokie spektrum formatów audio, w tym AAC, AIFF, ALAC, APE, DIFF, DSF, FLAC, MP3, OGG, WAV, WMA i WV. Do bezprzewodowego strumieniowego odtwarzania muzyki z podłączonego systemu audio nowy kompaktowy streamer wykorzystuje technologię Lightning Streaming. Wbudowane gniazdo pamięci masowej obsługuje 2,5-calowe dyski twarde lub dyski SSD, które mogą być wykorzystane do przechowywania prywatnej biblioteki muzycznej.
„AURALiC stworzył produkt w przystępnej dla większości miłośników muzyki cenie, który dorównuje jakością urządzeniom najbardziej cenionych marek audiofilskich” – powiedział Marcin Ostapowicz, prezes firmy JPLAY. „ARIES MINI to doskonałe rozwiązanie dla każdego, kto chciałby za pośrednictwem sieci bezprzewodowej odtwarzać strumieniowo muzykę w najlepszej jakości, ale nie chciałby wydać dużej kwoty na zakup dedykowanego konwertera DSD-DAC lub dysku NAS. To jest prawdziwy DSD streamer dla każdego” – dodał Marcin Ostapowicz.
ARIES MINI jest wyposażony w wyjście analogowe stereo (RCA) wysokiej jakości wykorzystujące technologię ESS Sabre DACchip: ES9018K2M. Streamer wyposażono również w wejścia Gigabit Ethernet, port na dwupasmowe WiFi 802.11ac, wejścia USB i dla opcjonalnego zewnętrznego dysku 2,5’ HDD lub SSD. Ponadto urządzenie oferuje wyjście USB audio, które podłącza się do przetwornika C/A. Streamer posiada również cyfrowe wyjścia audio na kable koncentryczne oraz Toslink z możliwością obsługi maksymalnej częstotliwości próbkowania 24Bit/192k. Pojedyncze analogowe wyjście prowadzące do wbudowanego przetwornika DAC obsługuje wszystkie częstotliwości próbkowania, w tym formaty Quad-Rate DSD i DXD.
ARIES MINI ma wymiary 13,5×13,5×2,8cm i waży około 800 gramów. Streamer jest dostępny w dwóch kolorach: białym i czarnym.
Cena i dostępność
Streamer ARIES MINI będzie dostępny w Polsce w połowie listopada w ofercie firmy JPLAY w cenie 2099 zł. Obejrzeć, odsłuchać swoje ulubione kompozycje, a także zamówić najnowszy sprzęt marki AURALiC będzie można w studiu nagraniowym U22 firmy Digital Open Group przy ul. Aleje Ujazdowskie 22/8 w Warszawie.
Więcej informacji na stronie www.auralic.pl.
Horn Distribution S.A, polski dystrybutor marki Wadia rozszerza swoją ofertę o najnowszy produkt marki, przetwornik cyfrowo analogowy Wadia di322.
Cyfrowy dekoder audio di322 gwarantuje firmie Wadia miejsce w ścisłej czołówce urządzeń odtwarzających muzykę w najwyższych formatach. Wykorzystując wejście USB nowy model oferuje rozszerzoną kompatybilność z plikami gwarantującymi najwyższą wierność brzmienia: DSD64, DSD128 i DSD256. Zdumiewająca wszechstronność di322 zapewnia również – dzięki wejściu USB – obsługę plików PCM o częstotliwości próbkowania do 32-bit/384 kHz, w tym formatów DXD 352,8 kHz i DXD 384 kHz. Kompatybilność z plikami DSD ucieszy zapewne wszystkich fanów cyfrowych plików audio. To oznacza tylko jedno – ulubione utwory w najwyższej rozdzielczości! Co istotne, urządzenie posiada dwa optyczne i dwa koaksjalne wejścia obsługujące muzykę w rozdzielczości do 24-bit/192 kHz. Zdumiewając licznymi możliwościami nowy model został również wyposażony w wejście DIN umożliwiające podłączenie przyszłościowych modeli Wadia zachowując przy tym najwyższą możliwą wydajność urządzeń.
Para zmiennych – zbalansowanych lub niezbalansowanych – wyjść audio odpowiada za połączenie di322 ze wzmacniaczem. Co ważne, oferujące ogromną moc gniazdo słuchawkowe typu Jack pozwoli Ci na niezapomnianie chwile z ulubioną muzyką całkowicie sam na sam. Dodatkową zaletą urządzenia jest innowacyjne wzornictwo z górnym szklanym panelem i aluminiową konstrukcją, które zachwyca swoim pięknem. Ponadto wszechstronność urządzenia pozwoli Ci uzyskać kompleksowe rozwiązanie systemowe łącząc di322 z serwerem multimedialnym m330 i wzmacniaczami a315 lub a340.
• Dwa koaksjalne i dwa optyczne wejścia obsługujące sygnał do 24-bit/192 kHz;
• Wejście USB obsługujące sygnał do 32-bit, kompatybilne z plikami DSD64, DSD128, DSD256 DXD352.8 kHz i DXD384 kHz;
• Liczne cyfrowe wejścia umożliwiające podłączenie zewnętrznych urządzeń;
• Atrakcyjne wzornictwo z elementami szkła i aluminium.
Parametry techniczne:
Pasmo przenoszenia: +/-0,5 dB w zakresie 4-20,000 Hz; +0,5/-3 dB w zakresie 4-68,000 Hz (zależnie od źródła)
Zniekształcenia THD: 0,002%
Zróżnicowany poziom wyjściowy sygnału:
Niezbalansowany: 0-4,0Vrms
Zbalansowany: 0-8,0Vrms
Stosunek sygnał-szum (A-weighted): 110 dB
Zakres dynamiki: 100 dB
Impedancja wyjściowa: 600Ω (niezbalansowany lub zbalansowany)
Impedancja słuchawek: od 20Ω do 600Ω
Format cyfrowego sygnału wejściowego:
Koaksjalne i optyczne wejścia: SPDIF (PCM); Wejście USB: PCM, DSD
Częstotliwość próbkowania cyfrowego wejścia:
Koaksjalne i optyczne wejścia: 32 kHz, 44,1 kHz do sygnału 24-bit 192 kHz
USB: 32 kHz, od 44,1 kHz do 384 kHz, 32-bit (PCM), DSD64, DSD128, DSD256, DXD352,8 kHz, DXD384 kHz
Wejścia cyfrowe:
Koaksjalne (1 i 2): 0,5V p-p/75 Ω
Optyczne (1 i 2): od -15 dBm do -21 dBm (TOS Link)
USB: złącze USB typu B
Wymagane zasilanie:100-240 V, 50/60 Hz przy 30 W
Pobór mocy w trybie czuwania: mniej niż 0,5 W
Wymiary: 454mm x 86mm x 508mm
Waga: 11,4 kg
Cena: 12 999 PLN
Dystrybucja: Horn
Opinia1
Od mojej wrześniowej wycieczki do mieszczącej się w Worthing fabryki Bowers&Wilkins upływa właśnie drugi miesiąc. Przez ten czas wspomnienia zdążyły się spokojnie ułożyć, lecz ziarno pożądania zasiane podczas przygotowanych na potrzeby bratobójczych sparringowych odsłuchów nowych i starych modeli kiełkowało i powoli drążyło skałę. Oczywiście łaknienie nowości i chęć zmierzenia się z czymś, czego jeszcze nikt ze znajomych nie miał są niemalże stanem permanentnym i niezmiennym w pracy recenzenta, lecz to jeszcze nie wszystko, bowiem do pełni szczęścia potrzebna jest jeszcze dobra wola dystrybutora gotowego owe zachcianki spełnić. Tym razem jednak niebiosa okazały się dla nas na tyle łaskawe, że gdy tylko pierwsza dostawa trzeciej odsłony diamentowych 800-ek dotarła do Polski będący lokalnym przedstawicielem tej zacnej marki – warszawski Audio Klan był na tyle miły, że skontaktował się z nami, czy przypadkiem nie mielibyśmy ochoty rzucić na nie uchem we własnych czterech, a właściwie ośmiu (OPOS jest oktagonem), kątach. Oczywiście takową ochotę mieliśmy i z odwagą graniczącą z szaleństwem, bądź dla osób postronnych, szaleństwem graniczącym z niemalże głupotą ochoczo rzuciliśmy się na dostarczone do naszej audiofilskiej samotni potężne kartony kryjące w swych przepastnych trzewiach mroczne i monumentalne … kolumny B&W 802D3. W żołnierskich słowach rzecz ujmując na kilka tygodni staliśmy się szczęśliwcami mogącymi zaznać rozkoszy obcowania z będącymi na chwilę obecną, premiera topowych 800D3 planowana jest na marzec, flagowymi modelami w brytyjskim katalogu podłogowcami a wrażeniami owych pełnych emocji sesji dzielimy się poniżej.
Co prawda w reportażu z fabrycznego rekonesansu wspominałem o dość radykalnych zmianach, jakie objęły swym zasięgiem przedstawicieli najnowszej serii 800 w porównaniu z poprzednią edycją D2, lecz do czasu aż publikacje pojawiające się na łamach SoundRebels nie zostaną włączone do kanonu lektur obowiązkowych nie możemy od Naszych Drogich Czytelników uczenia się wszystkich tekstów na pamięć. Dlatego też pozwoliłem sobie przygotować małe kompendium wiedzy o najświeższej generacji topowych Bowersów oznaczonych jako D3. Z rzeczy oczywistych i widocznych niemalże na pierwszy rzut oka, szczególnie jeśli zrezygnujemy z tekstylnych maskownic, jest zastąpienie będącego do niedawna znakiem firmowym marki, odpowiedzialnego za reprodukcję średnicy, kanarkowo żółtego Kevlaru srebrzystą plecionką ochrzczoną jako Continuum. Kolejne zmiany dotyczą przetworników nisko-średniotonowych, gdzie rohacelowo-węglowe sandwiche wyparte zostały przez kolejne novum w postaci membran z Aerofoilu, Jedynie diamentowa membrana wysokotonowca pozostała nienaruszona, lecz w zamian za to niemalże od nowa zaprojektowano i wykonano nie tylko jej „napęd”, lecz również charakterystyczne lokum w postaci zwężającego się ku tyłowi łezkowatego profilu. A właśnie obudowy. Firmowe wewnętrzne ożebrowanie Matrix, zostało dość drastycznie stuningowane na skutek czego MDF zastąpiono wzmacnianą aluminiowymi profilami sklejką a posępnie połyskujące marlanowe czasze dedykowane przetwornikom wysoko i średnio-tonowym zastąpiono nieporównywalnie bardziej „głuchymi” akustycznie odlewami aluminiowymi ochrzczono jako Turbine. Od strony czysto mechanicznej a zarazem praktycznej również nic nie pozostawiono przypadkowi. Zwrotnice zostały odseparowane od komór czynnych głośników i umieszczone na śladowych, ale jednak, jak widać na załączonych zdjęciach obecnych ścianach tylnych za solidnym przepierzeniem z MDFu i zamknięte od zewnątrz masywnymi profilami aluminiowymi. Dodatkowo na szczere słowa uznania i gromkie brawa należą się osobie, która wpadła na pomysł wyposażenia tych blisko stukilowych kolosów w zamontowane na stałe ciężkie jak diabli cokoły z firmowo zaimplementowanymi wykręcanymi kolcami i szalenie ułatwiającymi transport i ustawianie rolkami. Dzięki temu kolumny po prostu majestatycznie wyjeżdżają z rozkładanych kartonów a po zajęciu docelowego miejsca wystarczy wykręcić na odpowiednią wysokość zabezpieczone motylkowymi nakrętkami kolce i voilà. Z resztą wszystko dokładnie zostało opisane i przedstawione na obrazkach w instrukcji, do lektury której gorąco zachęcam, tym bardziej, że jest tam też nad wyraz czytelnie pokazany sposób demontażu śrub zabezpieczających moduł średnio – wysokotonowy na czas transportu i wskazówki jak zamontować dedykowaną zaślepkę. Warto też choćby przez chwile przyjrzeć się wykonanym z iście jubilerska precyzja terminalom głośnikowym, gdyż podpinanie kabli i spontaniczne „odpalenie” wzmacniacza może skończyć się najdelikatniej mówiąc Zonkiem. Chodzi mianowicie o układ zacisków dedykowanych sekcji średnio-wysokotonowej oznaczonej jako HF i basowej LF, gdyż „-” i „+” LF okupują zewnętrzne flanki ustawionych w rządku „nakrętek” a sekcja HF zajęła dwa terminale centralne. Powyższe uwagi są o tyle istotne, że dotyczą zarówno użytkowników stawiających na bi-wiring/bi-amping, jak i zwolenników pojedynczego okablowania, którzy chciał, nie chciał i tak będą zmuszeni posiłkować się firmowymi, bądź znajdującymi się na ich wyposażeniu zworkami, które też wypadałoby zgodnie z arkanami sztuki zaimplementować. Oczywiście to tylko niewielki fragment tego, co zostało zastąpione czymś nowym, zmodyfikowane, bądź diametralnie udoskonalone, gdyż na dobrą sprawę w przypadku tytułowych kolumn spokojnie możemy mówić o stworzeniu ich na nowo, gdyż rozkładając je na czynniki pierwsze i wykazując się skrupulatnością godna nadgorliwego urzędnika skarbówki, że w porównaniu do swoich poprzedników nowe wersje różnią się tak circa about w 99,9%. Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że 802D3 z 802D2 mają tyle wspólnego, co Cher z czasów świetności utworu „I Got You Babe” ze swoją obecną, „trochę poprawioną” wersją – chyba tylko oczy pozostały te same. Może powyższe porównanie wydaje się zbyt abstrakcyjne, ale chodziło mi tylko o możliwie najintensywniejsze podkreślenie faktu, że obecna generacja osiemsetek osadzona jest w zupełni innych technologicznie realiach i to, co do tej pory było wydawało się niemożliwe stało się realnym i w pełni namacalnym faktem.
No dobrze, żarty na bok i najwyższy czas wziąć się do pracy, czyli podzielić się z Państwem własnymi wrażeniami dotyczącymi walorów brzmieniowych najnowszych kolumn B&W. Ponieważ po tygodniu niemalże nieprzerwanego grania w naszej samotni i kilku dni równie intensywnej rozgrzewki w siedzibie dystrybutora Bowersy przestały wykazywać chęci do jakichkolwiek zauważalnych zmian brzmieniowych wynikających z tzw. akomodacji z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku mogliśmy przystąpić do krytycznych odsłuchów.
Chcąc niemalże z biegu sprawdzić wydolności bohaterów niniejszego testu do reprodukcji najniższych składowych sięgnąłem po album „Wait for Me” Moby’ego, który zabrzmiał niezwykle przestrzennie, z niesamowicie otwartą górą i energetycznym, nisko schodzącym, lecz niezwykle zróżnicowanym basem. Pomimo wybitnie syntetycznego wsadu Bowersom udało się wyekstrahować z tego materiału zaskakująco dużo jedwabiście gładkiej słodyczy i lirycznej nostalgii. Głos gościnnie pojawiającej się na „Jltf” Melody Zimmer podany został delikatnie przed linią kolumn a wyczarowane na komputerze muzyczne tło zaczynało się na tyle głęboko, że bez trudu można było mówić o prawdziwej trójwymiarowości reprodukowane sceny muzycznej.
Delikatne i cyzelowane z największą dbałością gitarowe frazy z „Sojourn” Xuefei Yang pokazały, że najnowsza inkarnacja diamentowych 802-ek zdolna jest również do skupienia i tzw. grą ciszą. Namacalność, niemalże fizyczna obecność filigranowej gitarzystka była niezaprzeczalna i urzekająca. Na „Concierto de Aranjuez” delikatnie powiększony pierwszy plan nie tylko zintensyfikował doznania estetyczne, co zapraszał do śmielszej eksploracji dalszych planów odzywających się falami niczym delikatny szum listowia Jardín del Principe i pozostałych zakamarków pałacowych ogrodów. A teraz najlepsze a zarazem dalekie od stereotypowego postrzegania brytyjskiej marki, czyli niesamowita soczystość i intensywność reprodukowanych barw. Tak, tak – najnowsze Bowersy może i grają niezwykle rozdzielczości, lecz zarazem niezwykle muzykalnie i właśnie soczyście, a czasem nawet wręcz słodko. Dodatkowo, przy tego typu nagraniach, gdzie bądź co bądź niewielki instrument konkuruje o uwagę słuchaczy z orkiestrą symfoniczną nie do przecenienia okazuje się rola ponadprzeciętnej rozdzielczości i precyzji w ogniskowaniu lokalizacji źródeł pozornych, a powyższe cechy w najnowszych 802-kach doprowadzono po prostu do perfekcji.
Na prog-rockowym „Shrine Of New Generation Slaves” Riverside natywna surowość została zachowana, łącz do głosu doszedł iście symfoniczny a wręcz niemalże stadionów rozmach. W kolumnach obudził się dyskretnie do tej pory przyczajony demon wprawiając w ruch nie tylko powietrze ale i nasze kończyny. Dodatkowo wyeliminowana została obawa dotycząca wpływu neytralności na aspekt przyjemności percepcji dalekich od referencji realizacji. Tak jak wspominałem natywna surowość a czasem i wręcz garazowa chropawość były ewidentne i niezaprzeczalne, lecz stanowiły o autentyczności nagrań przy okazji nie degradując i nie odbierając najzwyklejszej frajdy nawet podczas wielogodzinnych odsłuchów.
Zarejestrowany na albumie „Cantora 1” duet Mercedes Sosy z Shakirą („La maza”) okazał się prawdziwym majstersztykiem. Dwa charakteryzujące się niezaprzeczalną matowością głosy, które dzieliło blisko pół wieku (dokładnie 42 lata) doświadczeń zabrzmiały tak, że można było bez końca wsłuchiwać się w co i rusz ujawniające się niuanse. Na „Zamba Para Olvidarte” lekko cofnięty w stosunku do wokali prowadzących i gitary fortepian nie stracił nic z właściwego mu blasku i … twardej konturowości. W jego brzmieniu nie było nic z irytującego zmatowienia, czy tzw. „buły”. Zamiast pewnej kompresji i próby dopasowania rozmiarów poszczególnych instrumentów do ograniczonej rozstawem kolumn przestrzeni tutaj postawiono na zjawisko perspektywy i zgodne z rzeczywistością a przy okazji z oczekiwaniami słuchaczy odwzorowanie gabarytów ich brył. Najbardziej zbliżony estetyką do mojej najulubieńszej „Misy Criolli” Ramireza utwór „Sabiéndose De Los Descalzos” zachwycał potęgą najniższych składowych i odzywających się w celu podkreślenia niezwykłego klimatu lokalnych dęciaków.
Najnowsze kolumny Bowers&Wilkins 802D3 nad wyraz dobitnie i bezpardonowo pokazują jak kolosalny progres można osiągnąć korzystając z dobrodziejstw współczesnych, iście kosmicznych technologii. Eliminując krok po kroku zauważane u swoich poprzedników niedoskonałości konstruktorom z Worthing udało się osiągnąć to, co do tej pory wydawało się li tylko marzeniami szaleńca. Maksymalnie sztywna bryła obudowy, mechaniczna stabilność mocowania przetworników i oczywiście zmiana materiałów membran na doskonalsze, wprowadzające jeszcze mniej pasożytniczych zniekształceń do reprodukowanych przez siebie podzakresów. W przypadki 802-ek po prostu słychać przysłowiowe „krew, pot i łzy” włożone w ich powstanie i doskonalenie w ciągu ostatnich kilku lat. Co ważne nie sa to konstrukcje, które powstały na zasadzie odcinania kuponów od dawnej świetności, lecz wyznaczające nowe granice absolutu. Tego czy są najlepsze na świecie nie mi ogłaszać, lecz z pełną odpowiedzialnością mogę za to powiedzieć, że są jednymi z najlepszych kolumn, z jakimi przyszło mi się spotkać a to, biorąc pod uwagę ich nad wyraz niewygórowaną, jak na ekstremalny High-End, cenę oznacza gorącą rekomendację. I jeszcze jedna rada. Jeśli przypadkiem posiadają Państwo poprzednie topowe 800-ki proszę na razie nie słuchać 802-ek i spokojnie poczekać do marca na nowe 800D3. Nie ma sensu psuć sobie humoru na prawie pół roku.
Marcin Olszewski
Opinia 2
To, że B&W jest bardzo dużą firmą, wie prawie każdy miłośnik odtwarzanej w dobrej jakości muzyki. To, że bez ogródek można nazwać go pionierem pomysłów na najnowocześniejsze i bardzo zaawansowane technologicznie zestawy głośnikowe, również potwierdzi każdy z przed momentem wymienionych osobników. To, że jak każda inna marka ma swoją szkołę dźwięku, z całą pewnością wszyscy zgodnie przyznają mi rację. Ale to, że Anglicy właśnie wypuścili całkowicie odnowioną serię swoich topowych produktów, mimo ogólnego szumu w mediach dla niektórych z Was jest nadal gorącym newsem. Dlatego idąc naprzeciw Waszym oczekiwaniom, postaraliśmy się z Marcinem o pierwszeństwo w naszym kraju na wydanie opinii o najwyższym na chwilę obecną komponencie w hierarchii bohatera dzisiejszego spotkania, którym jak na domowe warunki są słusznej wielkości i wagi kolumny oznaczone kodem 802D3. Kończąc ten trochę niestandardowo rozpoczynający test akapit i idąc tropem otwierających go twierdzeń, nie muszę chyba przypominać, że całe to zamieszanie nie byłoby możliwe, gdyby nie polski dystrybutor Bowers&Wilkins – warszawski Audio Klan.
Postawione niemałym wysiłkiem (trzy osoby) na miejscu odsłuchowym przybyłe na testy kolumny, są poniekąd kontynuacją opracowanego kilka lat temu projektu. Ale po kolei. Główna skrzynia o przekroju lutni jest dedykowana przetwornikom niskotonowym i dopiero na tak ukształtowanym postumencie, a dokładnie na na unoszącej się ku tyłowi płaszczyźnie górnej umiejscowiono coś na kształt kropli ze zbiegającym się do tyłu w kształcie lejka wygaszaczem szkodliwych fal wewnętrznych dla zaimplementowanego głośnika średnio-tonowego. Dopełniając całości konstrukcji i kontynuując sposób wytracania fal zaburzających dobrą charakterystykę sygnału płynącego z głośnika na przywołanej rozciągniętej sferze średniotonówki zamocowano bardzo podobną w wyglądzie, tylko o mniejszej średnicy bardziej wydłużoną komorę dla diamentowej wysokotonówki. Jak widać, wypisz wymaluj stare konstrukcje. Jednak przyglądając się dokładniej zobaczymy, że wspomniane na samym początku basowce obecnie zostały wyeksponowane przed zaokrąglony front na specjalnie zaprojektowanych i obliczonych pod względem propagacji fal dźwiękowych dystansach. Poprzednie wcielenie 802–ek jako nosicielkę przetworników basowych miały płaską powierzchnię, którą teraz o zdecydowanie mniejszej szerokości przeniesiono na tył konstrukcji. Reszta widocznych gołym okiem różnic, to zastąpienie znanego z poprzednich głośników śreniotoniowych mieniącego się kolorem słoneczników kevlaru na rzecz nowszego materiału, jakim jest Continuum. Oczywiście nie możemy zapomnieć, że również wnętrze ze swoimi podzespołami jest nieco innym pomysłem w zakresie zwrotnic na zdecydowanie lepszy – przynajmniej w założeniach konstruktorów – dźwięk końcowy. Idąc dalej motywem budowy trzeba wspomnieć, że dla nadania zwiewności konstrukcji, przecież to prawie stu kilogramowe potwory, kolumny postawiono na współgrających z linią zewnętrzną obudów platformach. Te natomiast, ułatwiając życie potencjalnym klientom z zakresie stałej reakcji na podłoże goszczące kolumny tworzą stały dystans dla pompowanego w dół przez otwory bas refleksu podmuchu powietrza. Dla ułatwienia logistyki przy lokowaniu zestawu na docelowym miejscu, owe płaszczyzny nośne uzbrojono w łatwo eliminowane poprzez podniesienie konstrukcji na wysuwanych kolcach stosowne rolki. Kończąc opis wyglądu i wyposażenia przechodzimy na tylny przypominający aluminiowy radiator panel, na którym w dolnej części osadzono umożliwiające Bi-wiring lub Bi-amping podwójne terminale przyłączeniowe. Całości smaku ocenianych produktów dodaje fakt wykończenia w sprawiającej wiele problemów podczas sesji zdjęciowych, ale wyśmienicie wyglądającej podczas użytkowania fortepianowej czerni.
Zgłębiając świat najnowszych osiągnięć działu konstrukcyjnego marki B&W i mając gdzieś w głowie brzmienie poprzednich modeli nie sposób doznać sporego, a przy tym, jak dla mnie pozytywnego zaskoczenia. Nie chodzi o fakt złego grania dawnych konstrukcji – przecież świat swoim portfelem całkowicie temu przeczył, tylko nie do końca wpisywania się ich w moje preferencje brzmieniowe. Najnowsza odsłona zespołów kolumnowych całkowicie zmieniła moją ocenę w zakresie płynności dźwięku, gdyż uciekając od wszechobecnej detaliczności, jednak przy konsekwentnym staniu na straży neutralności tonalnej lekko podryfowała w kierunku gładkości. Co więcej, czasem miałem wrażenie, że jest aż za spokojnie, ale gdy do głosu dochodziło instrumentarium perkusyjne, nagle okazywało się, że wszystko jest w najlepszym porządku, uświadamiając mi, że owe wydumane „braki” są tylko pozostałościami po doświadczeniach odsłuchowych dawnych konstrukcji. Ale to nie koniec miłych zaskoczeń, gdyż oprócz bardzo rozdzielczej, a przy tym fantastycznie dozującej informacje górze pasma dostajemy dobrze kontrolowany, a co za tym idzie mocno zróżnicowany bas, który nawet przy mocnych taktach szatańskiej muzyki metalowej nie wprowadzał szkodzących czytelności tego zakresu uśrednień. Jedynym elementem do którego nie do końca w ciągu raptem dwóch tygodni zdążyłem się przekonać – oczywiście z racji mocnych preferencji barwowych, to zbyt mocno osadzona w neutralności średnica, nawet mimo jej fantastycznej homogeniczności. Ale zaznaczam, jest to tylko mój mocno subiektywny punkt widzenia, dlatego proszę potraktować go jako „chciejstwo”, a nie potknięcie jako takie testowanych kolumn. A jak to było w wartościach bezwzględnych? No cóż, ja niegdyś bardzo zapatrzony w szkołę grania również angielskich Harbethów stwierdzam z całą stanowczością, że fantastycznie. I myliłby się ten, kto sądziłby, że chodzi li tylko o ową gładkość grania. O nie. Proszę pamiętać, że przywołana w celach naprowadzania na clou programu marka w swej „karcie dań” oferuje jedynie większe lub mniejsze monitory, które w aplikacji Alana Showa są bardzo trudne do pobicia w sferze budowania głębokiej i szerokiej sceny z pełnym znikaniem z pola propagacji fal dźwiękowych. Jeśli ktoś miał przyjemność spędzić z taką prezentacją spektaklu muzycznego choćby dłuższą chwilę, już zawsze ze swą kolejną układanką audio będzie do niej dążył, czasem bez względu na ponoszone koszty. I według mnie właśnie fenomenalne odwzorowanie podestu goszczącego muzyków w obu kierunkach (głębia i szerokość) i fakt dematerializacji tak dużych kolumn sprzed oczami słuchacza są bardzo ważnymi, a pokusiłbym się stwierdzić, że może najważniejszymi wartościami nowych konstrukcji B&W. Dlaczego? To proste. Nawet mające lekkie problemy z dyscypliną na basie zespoły głośnikowe, gdy dostaną odpowiednio mocny piec, są w stanie idealnie się mu podporządkować. Jeśli jednak zaaplikowane w obudowy przetworniki nie mają umiejętności znikania ze sceny, według mnie jest prawie „pozamiatane”. Oczywiście znajdziemy elektronikę, która na siłę wygoni muzyków do tyłu daleko za linię kolumn, ale nie będzie to miało nic wspólnego z nieskrępowaną stojącymi przed nami skrzyniami asymilacją wydarzeń zgranych na srebrny krążek, tylko usilne dążenie do przykrycia kolumn daleką lokalizacją muzyków, która notabene najczęściej w realnym świecie nie występuje. A tutaj, proszę bardzo, przybyłe na testy 802-ki w zakresie dematerializacji brylowały jak rasowe monitory studyjne, dzięki czemu podczas słuchania wyśmienicie zrealizowanych płyt, i nie chodzi mi wcale o podrasowane samplery, dostawałem dodatkową dawkę jednak sztucznie wykreowanego realizmu. Przytaczając kilka przykładów zacznę od muzyki klasycznej, którą w tym przypadku reprezentował W.A. Mozart ze swoim Requiem pod Teodorem Currentzisem. Porozrzucana po wirtualnej scenie, ale wyśmienicie pozycjonowana w wartościach czytelności brać wokalna wespół z wyśmienicie zgranym z nią instrumentarium dzięki swobodzie w kreowaniu sceny dawały poczucie monumentalności tego ponadczasowego dzieła. Gdy tego wymagał repertuar, raz czarowały mnie pojedyncze dość cicho i zwiewnie brzmiące frazy wokale, by za moment z pełną mocą odezwał się cały skład generatorów dźwięku. Jednak Bowersy nie faworyzowały żadnego z rodzajów muzyki, gdyż nawet naładowana elektronicznymi samplami twórczość grupy Yello z ich krążkiem „Touch”, jak rzadko kiedy potrafiła przykuć mnie na dłużej niż tylko tytułowy kawałek i to najczęściej z powodu występującego w nim prawie subsonicznego basu. Sadzę, że tutaj oprócz wspomnianych dobrze kontrolowanych niskich tonów swoje trzy grosze miała do powiedzenia gładkość przekazu, ale z pełną paletą świetliście brzmiących sztucznych przeszkadzajek, których notabene jest spora ilość. Na koniec może trochę przekornie, ale całkiem usprawiedliwienie wspomnę, gdzie widzę niedosyt w kolorze średniego zakresu. Gdy na tapetę weźmiemy na przykład dwupłytową kompilację muzyki dawnej na dwie wiolonczele w wykonaniu Jordi Savalla i Wielanda Kuijkena – jedna wiola powstała w XVII, a druga w XVIII wieku – nagle okaże się, iż konsekwencja w zakresie neutralności nieco zubaża muzykalność wspomnianych nadmuchanych skrzypiec. Wydawałoby się, że brak podbarwień powinien służyć każdemu dźwiękowi, tymczasem owe występujące na przytoczonej płycie wiole nie mają nic wspólnego ze współcześnie przypominającymi je instrumentami i tylko to hołubione przeze mnie, ale w ramach rozsądku podkolorowanie jest w stanie pokazać nam, co za sprawą kolokwialnie mówiąc „rozwoju cywilizacji” straciliśmy w aspekcie grania barwą. Jednak proszę nie wskazywać mojego wywodu jako wykładni aksjomatu dla testowanego zestawu, gdyż słuchacz takiego rodzaju muzyki jest najczęściej wyedukowany w temacie potrzeb sprzętowych i nie będzie na siłę cofał kijem Wisły, zmuszając neutralne kolumny do ekwilibrystyki w zakresie kolorowania świata. Po prostu, bez najmniejszych problemów natury niezgodności z ideologią audiofila nabędzie stosowne paczki i odda się czerpaniu przyjemności z umiejętnie złożonego zestawu. Moje trzy grosze wtrącone są tutaj tylko w ramach pełnego poinformowania o możliwościach sonicznych bardzo dobrze wypadających nawet dla mnie kochającego nieco koloru kolumn, a będąc rzetelnym w ocenie, musiałem o tym wspomnieć. A tak w ogóle, nie zdziwiłbym się, gdyby ten ostatni aspekt braku sztucznego ocieplenia był właśnie zaczynem do kupna przez poszukującego neutralności zestawu audio słuchacza. I wiecie co, nawet cieszę się, że o tym wspomniałem, gdyż wiadomą rzeczą jest, że to co dla jednego jest punktem spornym, dla innego jest tym czego od zawsze poszukuje. I tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejsze spotkanie z nowością z Wysp Brytyjskich spod znaku B&W.
Próba ogólnej oceny testowanych kolumn nie może wypaść inaczej jak bardzo pozytywne zaskoczenie. Umiejętne podanie dźwięku w estetyce gładkości bez śladowej tendencji do zaokrąglania jest nie lada sztuką. Co więcej, to co najbardziej zbliżyło mnie do ocenianych zespołów głośnikowych – homogeniczność grania – nawet w najmniejszym stopniu nie wpłynęło na reprodukcję basu, który nieugięcie stał na straży kontroli. To, że jako wielbiciel muzyki dawnej oczekiwałbym nieco więcej koloru na środku, dla nikogo nie powinno być najmniejszym problemem, gdyż wszyscy znamy sposoby na pewne naginanie fizyki do potrzeb posiadanego systemu, czy preferencji np. za pomocą wywołującego sporo kontrowersji okablowania. Ja najnormalniej w świecie zdałem relację z wpięcia obcego elementu w idealnie złożoną do własnych potrzeb brzmieniowych układanki, co zawsze stawia gościa w trudnej sytuacji. Niemniej jednak, gdy znacie mój punkt „G” dźwięku i wiecie, że w każdym teście zawsze są takie same kable i będąca referencją elektronika ( specjalnie na potrzeby testów mam półtora metrową łączówkę i trzy metrową sieciówkę), pewne ważne dla siebie wnioski bardzo łatwo jesteście wysnuć. Ale aby Was nie przemęczać, tym razem trochę pomogę i powiem bez owijania w bawełnę: to są naprawdę fantastycznie grające paczki i jeśli tylko macie budżet pozwalający o nich myśleć, nie ociągajcie się, gdyż według mnie warte są żądanej kwoty.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audio Klan
Cena: 89 990 PLN
Dane techniczne:
Konstrukcja: 3-drożna
Obudowa: Bass-reflex
Impedancja: 8 Ω (minimum 3.0Ω)
Skuteczność: 90dB
Przetworniki:
Przetwornik wysokotonowy: 25mm diamentowa kopułka
Przetwornik średniotonowy: 150mm membrana z Continuum FST™
Przetwornik niskotonowy / nisko/średniotonowy: 2 x 200mm z membranami z Aerofoilu
Pasmo przenoszenia: 17Hz – 28kHz (+/-3dB)
Rekomendowana moc wzmacniacza: 50W – 500W
Maksymalna rekomendowana impedancja kabli głośnikowych: 0.1Ω
Wymiary (S x W x G): 390 x 1212 x 583 mm
Waga: 94.5 kg/szt.
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”,.”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Najnowsze komentarze