Podczas tegorocznej wystawy Audio Video Show swoją polską premierę miały urządzenia amerykańskiej marki Boulder Amplifiers, producenta znanego przede wszystkim z bezkompromisowych przedwzmacniaczy i końcówek mocy. Boulder Amplifiers istnieje od 30 lat i jest jedną z nielicznych marek światowego high-endu, która niezmiennie pozostaje w rękach i pod kierownictwem pierwotnych założycieli.
Filozofia firmy jest prosta… wszystkie urządzenia Boulder stworzono w celu odtwarzania muzyki dokładnie tak, jak była zagrana i nagrana. Urządzenia Boulder są transparentne, dokładne, szybkie, trwałe i wytrzymałe.
Podczas wystawy SoundClub zaprezentował urządzenia z najnowszej serii 2100. Boulder 2110 to szczytowy model przedwzmacniacza liniowego, bezkompromisowa konstrukcja składająca się z czterech niezależnych chassis, urządzenie o którym John Atkinson [Stereophile] powiedział po dokonaniu pomiarów, że jest najlepszym przedwzmacniaczem z jakim miał kiedykolwiek do czynienia.
Boulder 2160 to stereofoniczna końcówka mocy o potężnej posturze i jeszcze potężniejszych możliwościach – 100kg wagi oraz 600W na kanał w klasie A.
Ponadto w ofercie Bouldera znajdują się dwie niższe serie – 800 oraz 1000, w których znajdziemy końcówki mocy, przedwzmacniacze, wzmacniacze zintegrowane oraz źródła cyfrowe. Topowa linia – Boulder 3000 obejmuje jedynie końcówki mocy.
Dystrybucja: SoundClub
Oficjalna premiera miała miejsce podczas Audio Video Show 2015, gdzie SoundClub zaprezentował najnowsze konstrukcje Duńczyków – kolumny głośnikowe z serii XT wykorzystujące nowatorskie membrany pokryte tytanem, zwiększającym istotnie sztywność membran ceramicznych stosowanych w budżetowej linii X. W nowej serii XT duński producent zaoferuje trzy modele – podstawkowy XT-1 oraz dwa podłogowe XT-2 oraz XT-3, których odpowiedniki występują także w tańszej serii X.
Raidho znane jest ze stosowania własnych konstrukcji nowatorskich przetworników np. charakterystycznego dla marki wstęgowego tweetera obecnego we wszystkich modelach kolumn. Korzysta on z układu neodymowych magnesów tworzących bardzo silne pole magnetyczne, w którym zawieszona jest ultracienka i ultralekka membrana. Również przetworniki nisko-średniotonowe są własną konstrukcją opartą o membrany ceramiczne tytanowe lub diamentowe.
Dystrybucja: SoundClub
NuWave DSD to rozsądnie wyceniony, przełomowy przetwornik cyfrowo-analogowy. Został zbudowany na bazie uznanej kości DAC ESS Sabre 32 bit o architekturze Hyperstream, dzięki czemu NuWave DSD może przyjąć szereg różnych sygnałów cyfrowych: I2S, koaksjalny, TOSLINK, oraz USB asynchroniczny PCM 192kHz/32bit jak również DSD 64 lub 128. Wyjścia sygnałowe zrealizowano na gniazdach RCA oraz zbalansowanych XLR.
NuWave DSD można używać w kombinacji z dowolnym odtwarzaczem czy transportem CD, a także z komputerem, na którym zainstalowano oprogramowanie typu iTunes, Bit Perfect, Amarra czy JRiver oraz kontrolerem na iPhone’a czy Androida. Urządzenie uzyskało swój ostateczny kształt, dzięki osobistemu zaangażowaniu Paula McGowana (założyciela PS Audio), dzięki czemu NuWave DSD będzie sprawiał przyjemność słuchaczom przez wiele lat po zakupie.
Wszystkie sygnały wchodzące do NuWave DSD w trybie natywnym (czyli bez konwersji częstotliwości próbkowania) trafiają bezpośrednio do uproszczonej wersji procesora FPGA (znanego z flagowego DirectStream DSD DAC-a), który rejestruje format i częstotliwość próbkowania oraz taktuje wszelkie dane na nowo redukując w ten sposób jitter. Następnie NuWave DSD przekazuje falę sygnału do kości DAC z dużą prędkością (przez niską liczbę bramek logicznych) aby zredukować opóźnienie propagacji. Takim zabiegom przetworniki PS Audio zawdzięczają swój wyjątkowo prawdziwy dźwięk.
Wyjście sygnałowe kości DAC ESS Sabre jest filtrowane pasywnie, by zredukować zniekształcenia transjentów. W zasilaczu NuWave DSD znalazło się miejsce dla masywnego, analogowego transformatora, siedmiu regulatorów napięcia, prawidłowo zbocznikowanych szybkich diód prostowniczych, oraz kondensatorów filtrujących o znaczącej pojemności 15000 μF. Sekcja wyjściowa pracująca w klasie A ma unikalną, w pełni zbalansowaną konstrukcję. Do jej budowy wykorzystano półprzewodniki dyskretne oraz scalone, a dzięki sprzężeniu stałoprądowemu pasmo przenoszenia traci 3 dB sygnału dopiero przy częstotliwości 60 kHz.
Cena: 5.980 zł
Dystrybucja: Audio System
W dystrybucji Audio Systemu pojawiła się słynna amerykańska marka Parasound, znana zwłaszcza z produkcji wybornych high-endowych wzmacniaczy o korzystnej relacji jakości do ceny.
Gdy Parasound opracowuje nowy produkt jego inżynierowie trzymają się bezwzględnie sprawdzonej stolarskiej zasady: „Dziesięć razy mierz, a raz utnij”. Każdy nowy model jest dokładnie testowany, udoskonalany i testowany ponownie w najtrudniejszych możliwych warunkach. Premiera rynkowa odbywa się dopiero wtedy, gdy produkt jest naprawdę gotowy do poddania wymagającej próbie czasu. Trudno oszacować jak trwałe są wzmacniacze marki Parasound. Producent do dnia dzisiejszego otrzymuje listy z podziękowaniami od klientów, którzy swoje urządzenia zakupili w połowie lat osiemdziesiątych. Wzmacniacze te trzydzieści lat później wciąż działają idealnie.
Cały zespół pracowników Parasounda znajdował się kiedyś po stronie konsumenckiej w rolach miłośników muzyki, muzyków i entuzjastów sprzętu poszukujących najlepszego możliwego dźwięku bez rozbijania banku, w związku z czym problemy kupujących są mu znane od podszewki. Dzięki wiedzy i doświadczeniu pracowników Parasound zapewnia najlepsze możliwe brzmienie w odniesieniu do wydanych pieniędzy.
Obok eksperckiego doświadczenia inżynieryjnego Parasound posiada również 15 lat doświadczenia w sprzedaży detalicznej sprzętu audio. Ma to przełożenie na wyjątkowy szacunek do klientów odzwierciedlający się już na etapie procesu projektowania urządzeń, jak również w okresie doradztwa przed i posprzedażowego. Być może zabrzmi to niczym frazes, jednak warto powiedzieć, że pracownicy Parasound obsługują swoich klientów tak, jak sami chcieliby być obsłużeni.
Parasound nie posiada oddzielnej, specjalnie modyfikowanej gamy produktów przeznaczonych dla branży profesjonalnej. Pomimo tego urządzenia tej marki są wybierane przez studia produkcyjne i nagraniowe firm takich jak: Pixar, Sony, Lucasfilm czy Capitol Records, dla których pieniądze wydawane na sprzęt studyjny nie grają żadnej roli. Urządzenia wyprodukowane przez Parasound mają więc równą szansę trafienia do domu zwykłego audiofila, jak i do renomowanego studia dźwiękowego.
Cennik
Wzmacniacz zintegrowany:
Halo Integrated: 12.560 zł
Przedwzmacniacze:
P5: 5.300 zł
P7: 11.200 zł
JC 2 BP: 22.300 zł
Końcówki mocy:
A 23: 5.300 zł
A 21: 12.800 zł
JC 1: 51.800 zł
Przedwzmacniacze gramofonowe:
JC 3+: 16.700 zł
Wielokanałowe końcówki mocy:
A 31: 16.700 zł
A 51: 25.100 zł
Dystrybucja: Audio System
Gdy podczas okołotestowych rozmów z dystrybutorem dość niedawno ocenianych na naszych łamach kolumn Bowers & Wilkins 802 D3 padła propozycja zmierzenia się ze zdecydowanie mniejszymi konstrukcjami podstawkowymi wspomnianego producenta, podjęliśmy decyzję, by na spotkanie z takim nieco zbyt małym do naszego pomieszczenia produktem wybrać się do zdecydowanie bardziej odpowiedniej kubatury znajdującej się w posiadaniu salonu Top Hi-Fi na ul. Andersa w Warszawie. To oczywiście nie pozwalało na formułowanie kategorycznych i ortodoksyjnych ocen, ale znając możliwości podłogówek chodziło raczej o potwierdzenie usłyszanych w znanych nam warunkach lokalowych zalet tej serii zestawów głośnikowych, aniżeli doszukiwania się dziury w całym. Mówię to bez najmniejszego naciągania faktów, gdyż obecne wcielenie angielskich produktów jawi się jako nadspodziewanie smakowita suma zalet i próżno dopatrywać się w niej ewentualnych problemów.
Gdy wczesnym sobotnim rankiem stawiliśmy się w zaplanowanym miejscu, do naszej dyspozycji przygotowany został tytułowy zestaw angielskich kolumn B&W 805 D3 zasilany francuskim multi funkcyjnym Devialetem 200. Swoistego rodzaju bonusem była zapowiedź możliwości sprawdzenia różnic wynikających ze spięcia całości dwoma rodzajami okablowania kolumnowego – amerykańskimi Audioquestami i Nordostami. Sama sala przy wydawało się dość dobrej dla owych kolumn wielkości preferowała raczej ich szerokie ustawienie, przy z wyglądu zbyt bliskim punktem odsłuchowym. Oczywiście mogliśmy ustawić je jak byśmy chcieli, ale zapewnienia obsługi salonu, że bez najmniejszych problemów dadzą sobie radę, zdławiy tlące się zarzewie naszych przedwczesnych obaw. Pierwsze starcie z Audioquestem Aspen bardzo mocno przypominało mi czas wizyty podłogówek w mojej samotni. Chodzi mi o zadziwiającą gładkość grania, przy przerażającej – w dobrym tego słowa znaczeniu – rozdzielczości. Co ważne, ta początkowo nurtująca nas szerokość rozstawienia kolumn nie powodowała najmniejszego chaosu lub też powstawania dziur w spektaklu muzycznym. Ale to nie koniec zalet tej kompilacji kablowej, gdyż sam dźwięk korzystając z natywnych cech konstrukcji podstawkowych, jeszcze lepiej niż podłogówki pozycjonował artystów firmujących wszystkie odtwarzane płyty w wektorach szerokości i głębokości. W takiej prezentacji nie przeszkadzała nawet dość niewielka odległość od tylnej ściany, pokazując dobitnie dlaczego małe kolumienki mają tak wielu wielbicieli. Próbując ocenić temperaturę grania tak skonfigurowanego zestawu, bez najmniejszego naciągania faktów można uznać go za kroczącego dobrym wypełnieniem z wyrazistą dźwięcznością, idealnie wpisującego się w moje postrzeganie muzykalności.
Po przesłuchaniu dość szerokiego wachlarza repertuarowego, przyszedł czas na roszady okablowania i swoje pięć minut dostał Nordost Red Dawn. Ciekawostką tego ruchu było nie tyle samo ożywienie konfiguracji, gdyż nie od dzisiaj wiadomo co wnoszą od siebie owe druty, ale umiejętne trzymanie go na wodzy. Mówiąc krótko, ciężar muzyki podryfował lekko w górę, proponując delikatne zebranie w sobie wszystkich instrumentów i wokalizy, ale nawet przy głośnych frazach gardłowych wszystko wypadało w bardzo dobrej estetyce przyswajalności, czyli bez szkodliwej krzykliwości, a to z tymi kablami nie jest takie proste. Do końca nie wiem, co bezpośrednio wpłynęło na fakt kulturalności brzmienia – spokój dźwięku samych kolumn, czy monitorujący sygnał wyjściowy program SAM w Devialecie, ale z uwagi na prezentację całego zestawienia nie drążyłem tematu, zapisując to na konto umiejętności dobierania komponentów przez pracowników salonu. W celach poznawczych takiego podejścia do dźwięku ponownie przesłuchaliśmy nieco wcześniej ustalony pakiet płytowy i muszę przyznać, że mimo większej ochoty do zadziorności zestawienia nie zanotowałem przykrych dla ucha artefaktów, potwierdzając tym sposobem pierwsze dobre wrażenie. Puentując drugą część spotkania można rzec, że nie takli diabeł straszny, jak go malują.
To był bardzo ciekawy i pouczający grudniowy poranek, gdyż oprócz potwierdzenia kontynuacji zaskakująco muzykalnej specyfiki brzmienia od początku do górnych stref cenowych najnowszej oferty marki B&W, rzucił nieco inne światło na okrzyknięte jako zimne i bezduszne kable Nordosta. Oczywiście najważniejszą sprawą tego sparingu były walory soniczne samych monitorów, które potwierdzając swoją klasę, zadziwiająco intrygująco poradziły sobie z dość nietypowym ustawieniem, które notabene prawdopodobnie może zaproponować im wielu mających problemy lokalowe audiofilów. Nie mogę dzisiaj ręczyć głową za pełne powodzenie ich bytu w każdej zastanej konfiguracji sprzętowej, ale po tym, w jakim ustawieniu i zestawieniu je usłyszałem, z czystym sumieniem jestem w stanie zachęcić Was do prób na żywym organizmie.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audio Klan
Cena:
Zestaw Devialet 200 + Bowers & Wilkins 805 D3 w promocji Super Duet: 40 989 PLN
Devialet 200: 29 999 PLN
Bowers & Wilkins 805 D3: 24 990 PLN / para
Dane techniczne:
Bowers & Wilkins 805 D3
Rekomendowana moc wzmacniacza / Nominalna moc wejściowa: 50 W – 120 W
Przetwornik średniotonowy: 165 mm
Przetwornik wysokotonowy: 25 mm
Pasmo przenoszenia: 42 Hz – 28 kHz
Impedancja: 8 Ω
Wymiary (S x W x G): 238 x 424 x 345 mm
Waga:12.6 kg
Devialet 200
Moc wyjściowa: 2 x 200 W
Impedancja głośników (min): 2 – 8 Ω
Stosunek sygnał/szum: 130dB
Zniekształcenia THD: 0,001% przy pełnej mocy
Wejścia analogowe: RCA
Wejścia cyfrowe: Coaxial, Optyczne, USB
Wejście gramofonowe: Tak (MM/MC)
Wyjście słuchawkowe: Tak
Wymiary (S x W x G): 383 x 40 x 383 mm
Waga: 5,9 kg
Użyte podczas testów nagrania (lista poniżej) pochodziły z serwisu streamingowego TIDAL HiFi a w roli transportu wykorzystaliśmy Bluesounda NODE 2.
Hans Zimmer „Black Hawk Down”
Junkie XL „300: Rise of an Empire”
Michel Godard „Monteverdi A Trace of Grace”
Miles Davis „Sketches of Spain”
Rodrigo y Gabriela „9 Dead Alive”
Stevie Ray Vaughan & Double Trouble „Texas Flood (Legacy Edition)”
Herbie Hancock „Possibilities”
Leopold Stokowski „Rhapsodies”
Timbaland „Shock Value”
TechDas to marka należąca do japońskiej firmy Stella Inc. Jej flagowy model gramofonu Air Force One zdobył już renomę na całym świecie i jest uznawany za jeden z najlepszych gramofonów obecnie produkowanych. Na monachijskiej wystawie High End 2015 zaprezentowano kolejny model. Był nim Air Force Three. „Trójka” jest najprostszym modelem ale bardzo uniwersalnym.
Mały „gramofonik” oferuje rozwiązania spotykane u swoich starszych braci, tj. podciśnieniowy talerz przysysający płytę i „łożysko powietrzne” Jego uniwersalność przejawia się w możliwości zamontowania w dość prosty sposób aż czterech! ramion. Wystarczy dodatkowy armbase odpowiednio dostosowany do ramienia, które chcemy założyć i gotowe. Sam montaż jest stosunkowo prosty i niewymagający wiedzy tajemnej. Gramofon postawiono na czterech poziomowanych nogach, w których ukryto elementy tłumiąco-odsprzęgające. Chasis, którego rozmiary zostały mocno zmniejszone wykonano z bloku frezowanego aluminium, anodowanego na naturalny kolor. Silnik stanowi osobny element i jest stawiany z boku chasis, a napęd przekazywany jest na aluminiowy talerz za pomocą nierozciągliwego paska z poliuretanu, takiego samego jaki stosowany jest Air Force One. Pomimo znacznego zmniejszenia rozmiarów waga gramofonu z jednym ramieniem to prawie 28kg. nie wliczając w to wagi silnika i zasilacza, które to łącznie ważą ponad 12kg.
Cena ok. 88 tyś. zł.
Dystrybucja: RCM
Furtech przed świętami wprowadził do sprzedaży kilka nowości. Pierwsza to dwa nowe przewody o nazwie Power Guard. Kierowany do budżetowych systemów Power Guard E-11, oraz przewód dla bardziej wymagających Power Guard E-48. Ich wspólną cechą jest zastosowanie wtyków z serii FI-68. Jest to wtyk wyposażony w filtr EMI. Bazę stanowi przewód FP-S35 TC. Oba kable mają długość 1,8m. Przewody doskonale sprawdzają się w zasilaniu źródeł takich jak odtwarzacze CD lub „plikowce”. Znajdą również zastosowanie w zasilaniu przedwzmacniaczy lub małych i średnich wzmacniaczy. Ceny przewodów kształtują się na średnim poziomie i wynoszą 1950zł za wersję „E-11” i 3150zł za wersję „E-48”.
Kolejną nowością jest nowa seria wtyków FI-50 R NCF. Na pierwszy rzut oka różniąca się przede wszystkim kolorem od „starych pięćdziesiątek”. Różnice są jednak dużo bardziej złożone aniżeli tylko zmiana kolorystyki. Istotą jest wykorzystanie srebrzonego włókna węglowego, kopolimeru acetatu, pyłu węglowego oraz ceramicznych nano cząstek o nazwie Nano Crystal²-Nano Crystalline w skrócie NCF. Zostało to połączone z pierścieniami wykonanymi z niemagnetycznej stali nierdzewnej tworząc korpus wtyku o wyjątkowych właściwościach tłumiących. Charakterystyczną cechą technologii NCF jest generowanie ujemnych jonów eliminujących problemy z elektrostatyką. Wprowadzenie do sprzedaży nowej serii zostało poprzedzone serią testów przeprowadzonych na rodzimym, japońskim rynku wśród zaufanych audiofili. Ceny za te audiofilskie precjoza nie należy do najniższych, ale uzyskany efekt jest wart jej poniesienia. FI-50R NCF i FI-E50R NCF kosztują 1650zł/szt.
Furutech już planuje zastosowanie nowej „receptury” do innych produktów takich jak np. gniazda.
Dystrybucja: RCM
Bryston BDA-3 jest światowej klasy stereofonicznym przetwornikiem cyfrowo-analogowym DAC. Dzięki swojej wielofunkcyjności może stać się istotną częścią Twojego cyfrowo-analogowego systemu audio.
Podłączając do BDA-3 najróżniejsze źródła dźwięku jak Bryston BDP, komputer, serwer muzyczny czy odtwarzacze CD , uzyskujemy wspaniale brzmiące i najbardziej dokładne źródło cyfrowego dźwięku dostępne obecnie na rynku.
BDA-3 to znakomity DAC dedykowany do systemów, w których wymagana jest najwyższa jakość odtwarzania. BDA-3 zapewnia doskonałą jakość brzmienia dzięki ponownemu próbkowaniu i ponownemu taktowaniu cyfrowego sygnału wejściowego. Z wyjątkiem wybieranego przez użytkownika zwiększenia próbkowania, BDA-3 nie konwertuje sygnału do innego formatu lub nienatywnego próbkowania. Najbardziej zauważalną różnicą pomiędzy BDA-2 i BDA-3, oprócz PCM w rozdzielczości bitowej 384 kHz/32, jest pełna obsługa DSD. BDA-3 może dekodować sygnał do DSD-256 poprzez asynchroniczne wejścia USB, akceptuje też sygnał w formacie SACD przez wejście HDMI.
BDA-3 posiada 10 niezależnych wejść:
cztery 2-kanałowe HDMI, asynchroniczne USB, wejścia AES/EBU, TOSLINK oraz Coax. Dodatkowy moduł sieciowy, który umożliwia sterowanie za pomocą protokołu TCP/IP i RS-232 sprawia, że BDA-3 staje się niezbędny w nowoczesnej automatyce domowej.
BRYSTON BDA-3
– Podwójny 32-bitowy DAC AKM
– Dyskretny analogowy stopień wyjściowy w klasie A
– Niezależne ścieżki sygnałowe analogowe i cyfrowe
– Niezależne zasilanie
– Ogromne wsparcie PSM i DSD w różnych rozdzielczościach
– Próbkowanie 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4, 192, 352.8, 384kHz
– Wideo HDMI pass-through z wyjściem audio (wideo 4k pass-through)
Opcje:
• Dostępny z panelem przednim w kolorze srebrnym lub czarnym
• Płyta czołowa 17″ lub 19″
• Dostępna opcja zamontowania w szafce typu rack (2U)
• Opcjonalny pilot zdalnego sterowania BR2
Wymiary:
• wysokość 92.20mm x głębokość 282.45mm x szerokość 431.8mm (431,8 mm płyta czołowa 17″)
• wysokość 92.20mm x głębokość 282.45mm x szerokość 482.6mm (482.6 mm płyta czołowa 19″)
• waga 6,8 kg
Cena detaliczna: 4095 CAD netto
Dystrybucja: MJ AUDIO LAB
Opinia 1
Kolumny głośnikowe są jednymi z ważniejszych, a wielu audiofilów, z którymi notabene się zgadzam, twierdzi, że wręcz najważniejszym komponentem całej układanki audio. Niestety, jeśli narzucą mocny sznyt grania, który bardzo często jest pochodną samej konstrukcji, lub użytych w niej przetworników, teoretycznie nie mamy najmniejszych szans się tego pozbyć. Dlatego już podczas poszukiwań tego elementu toru musimy zastanowić się czego oczekujemy od dźwięku i jak to ma być podane. Ktoś zapyta, co w kolumnach może wpływać na sposób prezentacji dźwięku. Odpowiedź jest bardzo prosta – jej konstrukcja. Tak z rękawa na szybko mogę wymienić bardzo znane i hołubione przez całkowicie inne lobby słuchaczy odgrody, obudowy zamknięte, obudowy wspomagane bas refleksem, linie transmisyjne, czy chociażby – jak dzisiejsze bohaterki, rasowe tuby. Jeśli ktoś zaznał choćby krótkiego spotkania z wymienionymi przed momentem propozycjami, z pewnością wie, że są to całkowicie inne byty dźwiękowe. Wszystkie oczywiście mają jeden cel, jakim jest wprowadzenie nas w świat muzyki, ale dla jednych niestety, a dla drugich stety, robią to w specyficzny i całkowicie różny od siebie sposób. Nie będę dzisiaj zagłębiał się w opis poszczególnych typów zespołów głośnikowych, ale jedno mogę obiecać na pewno, w dzisiejszym spotkaniu otrzemy się o ekstremum techniki tubowej, która w cyklu „System marzeń” bez precedensu zawitała w nasze skromne progi. Nie trzymając Was dłużej w niepewności przedstawiam kolumny niemieckiej marki Avangarde model TRIO, wspomagane firmowymi modułami basowymi HPA 105, dedykowanym wzmacniaczem wspomnianego brandu XA, japońskim źródłem Accuphase DP-720 i kablami Siltech’a, Acrolink’a i VOVOX’a. Jako uzupełnienie dodam, iż ów zestaw dla wymagających dostarczył i wstępnie zaaplikował w moim pomieszczeniu krakowski Nautilus.
Przybyłej na testy konstrukcji kolumn nie sposób pomylić z niczym innym, gdyż jest to swojego rodzaju ikona domowego zestawu tubowego. A jak to mniej więcej wygląda z bliska? Jak widać na zdjęciach jest to pewnego rodzaju stelaż mocujący w odpowiednio wyliczonych i pomierzonych przez konstruktora lokalizacjach zaaplikowane w tulejach głośniki z dokręcanymi od przodu lejowatymi tubami. Wielkość misek zależy od obsługiwanego głośnika, ale generalne można przyjąć, że im wyższe obsługiwane częstotliwości, tym lejek jest mniejszy. Przybyła na testy konstrukcja oprócz połączeń wewnętrznych pomiędzy głośnikami, dzięki wyprowadzonym na zewnątrz każdego przetwornika terminalom oferuje nam możliwość zasilania w tri-ampingu. Stojące nieco z tyłu na szerokich stelażach z regulowanymi wielkimi kolcami moduły basowe na tylnych panelach przyłączeniowych oferują nam niezliczoną paletę regulacyjną, na którą w celach dogłębnej analizy należałoby poświęcić kilka dobrych tygodni testów, co ułatwiając mi życie wstępnie zrobił przedstawiciel salonu. Przechodząc do samej elektroniki zaczniemy od integry, która jak to powiedział wysłannik dystrybutora, dla kompatybilności z resztą świata ma możliwość grania w dwóch rodzajach wzmacniania sygnału – klasa „A” i „AB”. Nie powiem, nie odmówiłem sobie możliwości sprawdzenia obu wzmocnień w starciu testowym, o czym w odpowiednim czasie wspomnę. Wygląd przywołanego wzmacniacza przypomina wielki radiator z drewnianym frontem, na bokach którego ulokowano solidne pomagające w procesie noszenia uchwyty. Ów przedni płat dla celów obsługi manualnej oferuje jeszcze dużą gałkę wzmocnienia na prawej flance, centralnie umieszczone logo marki i rząd funkcyjnych przełączników hebelkowych na lewym skrzydle. Tył naszego piecyka może pochwalić się zestawem pojedynczych terminali głośnikowych, baterią wejść XLR i RCA, gniazdem zasilającym, zaciskiem uziemienia i włącznikiem głównym. Ostatecznym dotknięciem designerskim tej fantastycznie wyglądając ej konstrukcji jest wymyślny w kształcie solidnej średnicy niedługiej „gazrurki” pilot. Natomiast źródło, jak przystało na japońską elegancję bryluje kolorem szampańskiego złota frontu i okalającym całość urządzenia polakierowanym na wysoki połysk ciemnym drewnem. Przód nie łamiąc poczucia wykwintności prezentuje nam jedynie centralnie umieszczone okienko informacyjne o stanie urządzenia, pod nim bezszelestnie wysuwającą się szufladę na płytę CD i umieszczone w jej osi po prawej i lewej stronie spełniające zadanie nawigacyjne przyciski. Panel kompatybilności z resztą zestawu również bez zaburzania ogólnego postrzegania jako coś wyrafinowanego, w swej pełnej wystarczalności oprócz gniazda sieciowego proponuje dwa moduły – jeden z wyjściami analogowymi, a drugi wejściami cyfrowymi. To się nazywa żelazna konsekwencja projektanta w zakresie całkowicie wystarczającego minimalizmu.
Wiadomą sprawą jest, że pierwszy kontakt często ustawia kierunek przyswajania przez recenzenta tego, co ma do powiedzenia konstruktor swoim wyrobem w trwającym nawet czasem kilka tygodni procesie odsłuchowym. Nie żeby na starcie wszystko było już pozamiatane, ale ten pierwszy raz ma w sobie coś na tyle magicznego, że dalsze zmagania ze stawiającą opór materią mogą spełznąć na niczym lub też wynieść końcowe postrzeganie w nieprzewidywalne wcześniej rejony przypuszczeń. Oczywiście nie zdradzę w tym momencie chyba tajemnicy, że nie był to mój pierwszy kontakt z tymi konstrukcjami, gdyż bywanie na różnego rodzaju wystawach i prezentacjach mimowolnie wpisuje podobne spotkania na listę zaliczeń. Niestety takie przypadkowe rzuty uchem mają się nijak do spotkań na własnym podwórku, mocno wpływając na wstępne oczekiwania weryfikacyjne. Podobnie było i tym razem, tylko z diametralnie innymi konsekwencjami w stosunku do założeń przed-odsłuchowych. O co chodzi? Już zdradzam. Powiem szczerze, wszystkie, no może prawie wszystkie pokazy wyjazdowe w moim osobistym odczuciu jawiły się jako co najmniej zbyt mocno angażujące, gdy tymczasem to co usłyszałem w domu wprawiło mnie w może nie osłupienie, ale co najmniej zdziwienie. Byłem przygotowany na najgorsze, czyli bezpardonowy atak nachalnymi alikwotami dźwiękowymi wzmacnianymi dodatkowo przez wielgachne tuby. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy z głośników popłynęła pomalowana pastelami muzyka. Ba, powiem więcej, czasem wydawało mi się, że jak na potomków megafonów było nawet za spokojnie. Oczekiwałem sporej ilości iskry w blachach perkusjonaliów, co nawet w nadmiarze po jeśli by tego wymagała reszta pasma korekcie wysycenia metodą kablologii i pracą modułów basowych byłem w stanie przyjąć z otwartymi rękoma. A tutaj zaliczając rasowego „zonka” zamiast walczyć z natarczywością, musiałem przyzwyczajać się do wszechobecnego spokoju, który czasem w celach penetracji możliwości systemu pobudzałem roszadami sprzętowymi i drutowymi z bardzo dobrymi skutkami. Tak więc, już na początku tego spotkania oznajmiam wszem i wobec, wizytujący moje progi zestaw TRIO marki Avangarde gdy nakarmi się go odpowiednio dobrym sygnałem i nie stara się nagłośnić sali koncertowej Filharmonii Narodowej jest przeciwieństwem tego, co słyszałem wcześniej na wystawach. Kultura dźwięku, która wprawiła w osłupienie nawet mnie, na co dzień słuchającego kolumn z głośnikami papierowymi, jest motywem przewodnim tych kolumn. Co więcej, ktoś brylujący w tubach w swej ekstremalnej ocenie mógłby powiedzieć nawet, że są zbyt ospałe, bo za gładkie, a ja mówię, że po prostu się nie drą, tylko grają muzykę. Koniec kropka. Gdy mniej więcej zdradziłem clou całego testu, chciałbym skreślić kilka zdań na temat dostrajania modułów basowych, gdyż złe lub na chybił trafił ustawienie – i nie mówię tutaj tylko o pokrętłach z tyłu, lecz także samego miejsca ustawiania – może na tyle zmasakrować całość przekazu, że snujący się po podłodze bas będzie żył swoim, nie do końca kompatybilnym z resztą pasma, życiem. Wiem coś o tym, gdyż w trakcie dostrajania miałem kilka zaskakujących i bardzo śmiesznych w konsekwencjach wpadek konfiguracyjnych. Jednak zaliczam to do pozytywnych, umożliwionych przez pomysłodawcę doświadczeń, a niżeli mankamentów produktu. Przecież każde pomieszczenie jest inne i nawet najdoskonalsze rady zawarte w instrukcji nie są „palcem Bożym”, tylko wstępnymi wskazówkami, które podlegają weryfikacji na żywym organizmie. Na koniec ogólnego rysunku kreowania dźwięku przez goszczone TRIO zaznaczę tylko jedną wspomnianą we wstępniaku rzecz, jaką jest sposób podania generowanej muzyki. Z tymi kolumnami możemy zrobić prawie wszystko, ale specyfiki tuby, choćbyśmy nie wiem jak się spinali się nie pozbędziemy. Ale proszę się nie obawiać, nie mówię tutaj o degradującym zniekształcaniu, tylko pewnej manierze brzmienia, dla której właśnie poszukujemy takich, a nie innych produktów. To jest nasz świadomy wybór i nic tego nie zmieni. A, że otrzymujemy zaskakujący spokój, to według mnie należą się tylko pochwały, a nie utyskiwania.
Jako pokaz umiejętności Avangardów przytoczę kilka płyt, jednak w zderzeniu z taką kulturą grania podeprę się tylko muzyką wokalną. Inne, pełne nienawiści do świata i ludzkości kawałki ciężkiej muzyki metalowej z pewnością znajdą się w recenzji Marcina, dlatego czuję się w pełni usprawiedliwiony. Zaczynając od Johna Pottera i jego często karmiących mnie sybilantami fraz gardłowych musze powiedzieć, iż byłem bardzo kontent, że jeśli już występowały, co jest normalne przy dość bliskim ustawieniu mikrofonu od artysty w trakcie zbierania jego głosu na konsolę, były nader gładkie. Nie raniły uszu przeraźliwymi sykami, tylko w gładkiej polewie delikatnie zaznaczały swój byt. Zadziwiające, ale prawdziwe. Ta płyta była również dobrym egzaminem budowania wirtualnej sceny muzycznej. Wynik? Może wszystko było trochę powiększone – przecież miałem do czynienia z produktem o takiej specyfice, ale pogłos kubatury kościelnej wydawał się nie mieć najmniejszych ograniczeń, będąc dobrym przykładem na pełnię informacji o wysokości budowli. No dobrze. Perfekcyjne nagrana i zrealizowana płyta prawie zawsze powinna sobie poradzić, dlatego na potrzeby testu sięgnąłem po znaną wszystkim lekko jazzującą Norah Jones z jej płytą „Feels like Home”. Ta brzmiąca bardzo nosowo kompilacja ma swój urok, ale ciekawiło mnie, jak taki mocny nalot wypadnie w starciu z bardzo utemperowanym, jak na tubowce, sposobem prezentacji. Zaskoczenie było podobne do tego, jakie zanotowałem przy pierwszych zapisach wokalnych J. Pottera, gdyż wstępna na potrzeby testu nazwijmy to „tępość” głosu artystki nie sprawiała uczucia wzrostu matowości, prezentując go w estetyce znanej mi z wcześniejszych odtworzeń. Powiem tak, mimo spełnionych oczekiwań unikania nadmiernego ugładzania, gdzieś w duchu chyba nie wierzyłem w taki obrót sprawy. Na szczęście niemieckie kolumny są pokłosiem wieloletnich doświadczeń marki i konstruktorzy wiedzą, jak unikać podobnych wpadek. Na koniec włożę malutką łyżkę dziegciu w beczkę miodu i przywołam starcie z rasowym jazzem Bobo Stensona. Nie powiem, wszystko było prawie idealne. Scena, pełna czytelność poszczególnych bytów instrumentalnych z ich rysunkiem w eterze, ale dopiero teraz brakowało mi trochę tej mieniącej się milionem promyków iskierki. Było to na tyle determinujące moje czyny zjawisko, że z premedytacją zmieniłem źródło z gęstego i ciepłego Accuphase na bardziej analityczne Reimyo. W efekcie dźwięk się otworzył, co skłoniło mnie do dalszego brnięcia w zmiany, swą uwagę kierując ku okablowaniu sieciowemu i głośnikowemu. Gdy w tor wpiąłem Harmonixy, zaliczyłem kolejny pozytywny krok ku oczekiwaniom, jednak co ważne bez utraty tak ważnej dla mnie temperatury dźwięku. Gdy całkowicie uzasadnione, bo testowe, szaleństwo roszadowe nabrało rozmachu, w firmowej Interze zmieniłem zalecaną do testowanych kolumn klasę „A” na pokazująca większą otwartość w górze pasma klasę „AB”. I to był chyba zamykający klamrą cały test ruch, gdyż dalsze zmiany w obrębie dostępnych komponentów nie przynosiły znaczących efektów. W tym momencie te kilka ostatnich zdań proszę przyjąć z pewną rezerwą, gdyż piszę co robiłem i jakie były zmiany, próbując określić potencjalne możliwości systemu dla szeroko pojętego przekroju nabywców. Chciałem pokazać, że zestaw nie stawiał odporu przed jakimikolwiek zmianami i w pewnym zakresie bez najmniejszych problemów jesteśmy w stanie skorelować go z naszymi potrzebami, co powinno skłonić Was do osobistych prób. Naprawdę warto, gdyż to, co usłyszałem w podstawowej konfiguracji, stało w opozycji do tego, co pamiętałem z pokazów, mile mnie przy tym zaskakując.
Gdy słusznych gabarytów zestaw testowy opuścił moje skromne progi, nagle okazało się, że wygospodarowany po rozmowach z żoną pokój odsłuchowy jest naprawdę spory. Niestety set oparty o kolumny TRIO ma swoje wymagania lokalowe, ale ta odsłona pokazała wyraźnie, iż nawet wydawałoby się nieco za małe kubatury nie są przeszkodą w pokazaniu wysokiej klasy dźwięku. A ten był nad wyraz gładki i jak na taki produkt zaskakująco spokojny. Wszystko co prawda okraszone było nalotem tuby, ale nie jako efekt natarczywej szkodliwości, tylko specyfiki przekazu. Jeśli chodzi zaś o wytknięty gdzieś w tekście zbyt mały blask górnych rejestrów, najnormalniej w świecie można zrzucić to na efekt konfrontacji wcześniejszych mocno podkreślających ten aspekt przypadkowych spotkań z intymną randką we własnym zaciszu domowym. Tak naprawdę nie jestem w stanie do końca określić co było przyczyną takiego odbioru tej części pasma, ale to co otrzymałem, jeśli miałbym żyć z tym zestawem na co dzień, nawet bez specjalnych korekt reszty toru w zupełności spełniało wyśrubowane kryteria odbioru dźwięku. A całą przygodę z najnormalniejszymi w świecie audiofila zmianami nazwałbym zwykłym poszukiwaniem „Świętego Graala” i nic więcej.
Jacek Pazio
Opinia 2
Dysponując blisko czterdziestometrowym, dedykowanym pomieszczeniem odsłuchowym mieliśmy do tej pory okazję gościć u siebie takie kolumnowe ekstrema jak strzeliste Dynaudio Evidence Platinum, T+A CWT 2000, B&W 802 D3, czy oczekujące na publikację recenzji Audio Solutions Vantage. O naszych dyżurnych Trennerach nawet nie wspominam, Za każdym razem kolumny może nie znikały, ale generalnie sprawiały całkiem normalne wrażenie. Ot adekwatne do kubatury OPOSa „skrzynki”. Nic nadzwyczajnego, czy przytłaczającego. Jednak i na nas przyszedł czas. Podczas przeróżnych audio-wojaży nie raz i nie dwa zdarzyło nam się posłuchać rasowych tub. Raz było lepiej, raz gorzej, lecz nie sposób było takiemu sposobi prezentacji odmówić niezaprzeczalnej swobody i witalności. Nieśmiałą przymiarką był test Odeonów No. 28, ale bądźmy szczerzy – to dość kompaktowe, jak na tuby przykład. Dlatego też postanowiliśmy pójść po przysłowiowej bandzie i dzięki zaangażowaniu ekipy krakowskiego Nautilusa udało nam się ściągnąć topowe Avantgarde’y Trio. Sweet dreams please come true? Z pewnością, jednak już w fazie montażu okazało się, że tubowy system marzeń mieści się w naszym oktagonie niemalże na styk.
Ponieważ Jacek nad wyraz dokładnie opisał całą konfigurację sprzętową ja tylko pozwolę sobie na małe uzupełnienie części połączeniowej, gdyż i tutaj krakowski Nautilus zaproponował nam dwie opcje. Jednak po kolei, czyli od gniazdka w ścianie. Po pierwsze do listwy Power Base High End życiodajna energię doprowadzał Acrolink 7N-PC9300. Dalej również było po japońsku, gdyż zarówno odtwarzacz Accuphase DP-720, jak i wzmacniacz zintegrowany Avantgarde XA zostały dopieszczone topowymi Acrolinkami 7N-PC9500. W całym systemie Acrolinki pojawiają się jeszcze pod postacią doprowadzających sygnał do pary modułów basowych Avantgarde HPA105 przewodów głośnikowych 6N-S3000. Do Avantgarde’ów Trio za to pociągnięto niezbyt często (a szkoda) u nas spotykany topowy model Vovoxa o nazwie Textura Fortis. Pomijając jego „wędkarską” konfekcję – zamiast standardowych widełek, bądź bananów zdecydowano się na gołe, wygięte w budzące respekt „haki” odizolowane przewody – to za przeproszeniem jedna z najlepszych propozycji zarówno do tub, jak i np. elektroniki Soulution dostępna na rynku. Ale idźmy dalej. Z premedytacja przeskoczyłem segment interkonektów, gdyż dysponując w dyskofonie Accuphase’a podwójnymi gniazdami wyjściowymi dystrybutor postanowił trochę ułatwić nam życie i zaaplikował od razu dwa komplety interkonektów. W gniazdach RCA tkwiły zatem podczas testu Vovoxy Textura Fortis IC direct a w XLRach oszałamiające Siltechy Triple Crown. Dzieki temu jedynie przełączając wejścia w integrze mogliśmy w tzw. okamgnieniu zmieniach charakterystykę brzmieniową systemu. Może i nie było to zbyt ortodoksyjne rozwiązanie, ale mając na testy niewiele ponad tydzień niestety musieliśmy z pewnymi rzeczami móc zmierzyć się już i teraz a nie czekać kilkunastu dni aż oba sety łaskawie się ułożą a potem kursować pomiędzy miejscem odsłuchowym a systemem w celu przepinania łączówek.
Z kolejnych uwag natury konfiguracyjnej warto wspomnieć o pewnym dość istotnym zagadnieniu, jakim okazało się prawidłowe, choć zdecydowanie bardziej odpowiednim zwrotem będzie tu, właściwym do zastanych warunków lokalowych ustawienie kolumn. O modułach basowych Jacek już wspominał, więc dublować się nie będziemy. Chodzi mi mianowicie o konfigurację głównych bohaterek niniejszej recenzji, czyli Trójek. Początkowo, bądź jak kto woli, roboczo rozstawione Trio zostały w ten sposób, że ich moduły wysokotonowe znajdowały się na zewnątrz. Uzyskany w ten sposób efekt inaczej, aniżeli spektakularnym określić nie sposób. Kreowana scena miała rozmiar może nie stadionu olimpijskiego, ale co najmniej hali, w której produkowane są Airbusy Beluga. W tym momencie niezależnie od reprodukowanego repertuaru pierwszy komentarz, jaki cisnął się na usta był cytatem Siary z „Killera” – „Mają rozmach ….”. O ile w warunkach wystawowych tego typu estetyka jest z oczywistych względów wskazana, gdyż na pewno na długo zapada w pamięci zwiedzającym, o tyle w domowym zaciszu już niekoniecznie. Oczywiście nie wykluczam istnienia przypadków (klinicznych?), dla których maniera sprawiająca, iż drobna i filigranowa w naturze Youn Sun Nah brzmi, jakby miała rozmiar sterowca jest wielce pożądany, lecz sam do nich się nie zaliczając wolałem poszukać czegoś zdecydowanie bliższego prawdzie. Dlatego też już następnego dnia zakasaliśmy z Jackiem rękawy i zrobiliśmy małą roszadę, w skutek której wysokotowe tubki znalazły się po wewnętrznych stronach kolumn. Kilka korekt dogięcia i … lepiej, normalniej a przede wszystkim spójniej. Krótko mówiąc z takim status quo nie tylko spokojnie można żyć, lecz wręcz do niego dążyć.
No to przechodzimy do detali. Generalnie po wystawowych odsłuchach Avantgarde’ów byłem naszykowany na istne trzęsienie ziemi i ryk trąb Jerychońskich a tymczasem w naszym pomieszczeniu 3-ki postawiły na barwę i generowaną daleko za zestawem scenę. Wystarczyło włączyć wydanego przez MoFi Franka Sinatrę „Frank Sinatra Sings For Only The Lonely”, by poczuć klimat tamtych lat, pewne dystyngowanie i swingującą, nieśpieszną rzeczywistość. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. To nie był dźwięk anachroniczny, przypominający lekko zalatujący naftaliną płaszcz, w jaki zwykle przyodziewają się cmentarne elegantki na pierwszego listopada. To było po prostu możliwie wierne zbliżenie się do estetyki obowiązującej w 1958 roku.
W następnej kolejności sięgnąłem po dość niejednoznaczny i trudny do zaszufladkowania krążek – Operazone „The Redesign”, czyli wspólny projekt Billa Laswella i Alana Douglasa mający na celu możliwie najgłębsze zespolenie jazzu z operową klasyką, który zaprezentował obszerny, acz kremowy dźwięk bez najmniejszych oznak napastliwości z solidnym, lekko zaokrąglonym fundamentem basowym. Zero krzykliwości, ofensywności i pomimo ewidentnie tubowej proweniencji trudno było doszukać się jakiegoś ewidentnego odstępstwa od szeroko rozumianej naturalności.
Na „W Hołdzie Mistrzowi” Sojki dźwięk został podany bliżej, lecz również przy niezaprzeczalnej czytelności sybilantów udało się uniknąć ich ofensywności, co przy tubach warte jest niemalże owacji na stojąco. Jeśli jednak komuś brakowałoby takiego lekko typowego charakteru wystarczyło wymienić (w naszym przypadku przełączyć wejście) interkonekt Vovoxa na Siltecha Triple Crown. Oczywiście nie chodzi mi w tym momencie o, za przeproszeniem, ordynarne „darcie ryja” dworcowych szczekaczek a jedynie dodanie do konturów, szczególnie w górze pasma odrobiny blasku i świetlistości. To takie uwolnienie alikwot, dodanie pewnej spontaniczności, swobody a przy gęstych aranżacjach również przestrzeni.
Zamiast dyżurnego i obecnego odkąd sięgam pamięcią podczas publicznych pokazów Avantgardów Rammsteina sięgnąłem po zdecydowanie mniej kanciastą Apocalypticę. Łatwość z jaką 3-ki zdolne były stworzyć tzw. ścianę dźwięku obecną na „7th Symphony” po kilkugodzinnej muzycznej uczcie nie dziwiła, lecz już umiejętność zachowania porządku i selektywności w najbardziej spektakularnych momentach już tak. Podobnie było z barwą instrumentów – słodkie, lecz niepozbawione wrodzonej chropowatości wiolonczele grały niemalże na wyciągnięcie ręki. Co istotne pomimo początkowych obaw nie odnotowałem tendencji do powiększania źródeł pozornych. Długowłosi, ulokowani na pierwszym planie „jeźdźcy apokalipsy” nie przypominali koszykarzy Chicago Bulls a akompaniującej w ich tle orkiestrze daleko było do rozszalałych podczas meczu, zgromadzonych na stołecznej „Żylecie” kibiców. Oczywiście wystarczyło włączyć dowolny sampler, by gitary miały czterometrowe gryfy a filigranowe azjatyckie divy przeobraziły się w dwumetrowego wzrostu NRD-owskie kulomiotki.
A właśnie, gitary. Na „9 Dead Alive” Rodrigo y Gabriela blask Siltecha okazał się wielce pożądany. Dodał dźwiękowi witalności i blasku a namacalność zbliżyła się do poziomu znanego mi ze zorganizowanego w ramach minionego AVS dla raptem kilkunastu szczęśliwców koncertu Smolika i Keva Foxa promującego ich ostatnie wydawnictwo.
Reasumując, brzmienie dostarczonego przez krakowskiego Nautilusa systemu można porównać do szatańsko mocnego espresso doppio podanego z kilkoma plasterkami wybitnego marcepana oblanego gorzką czekoladą i … kieliszkiem wybornego Guy Lheraud X.O Eugene 30 YO. Nie wiem jak Państwo, ale ja uwielbiam taką kombinację, więc i tytułowy set z chęcią zatrzymałbym na dłużej, dużo dłużej. Tym bardziej, że praktycznie przez cały odsłuch nie musiałem, bądź nawet nie chciałem rezygnować z uroków A-klasy oferowanej przez firmową amplifikację.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Nautilus
Ceny:
Accuphase DP-720: 69 900 PLN
Avantgarde XA Int: 11 500 € + 700 € za metalizowany, bądź fornirowany front
Avantgarde Trio + 2 moduły basowe HPA105: kolumny 35 000 € / para + moduły basowe (na zamówienie) ok. 10 000 € /para
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”,.”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Our today’s meeting is the next step in trying to learn about the sound of the Japanese brand Audio Tekne, of which we recently tested a phonostage. Testing the phono preamplifier was much easier, as we needed only to plug it into our system and see what it has to offer, while the hero of this test is much more demanding from the listener, as it requires at least some basic knowledge about audio gear. I think I do not need to remind you how the first test ended, but for people, who do not read all of our reviews, I will just say, that I had already my first (negative, as it often happens, but time works in my favor) negotiations with my wife. Being aware of how that test ended, and knowing that the tested integrated amplifier offers only 6 Watts of output power, I knew I need to go lengths to meet its requirements. Of course I could just connect it to any loudspeakers, and if it would not be able to power those, it would mean as much as end of the test, and returning the amplifier to the manufacturer with the advice of not bothering the audiophiles with such products. Yet, as I mentioned during the test of the phonostage, the way the amplifiers presented music in the tough hotel room environment during the Audio Show, was so intriguing, that even the furthest going preparations would be worth trying. Fortunately I could make some serious changes to my setup and was able to exchange the Trenner&Friedl ISIS (90dB) for the Pharoah (92dB). This brought some changes to the volume of the sound, but because the distributor did not force me to move very quickly, I could achieve full synergy with the set I composed for this test. It is probably also clear to everyone, that at the end of the test I made a try using my usual loudspeakers, and I will mention that in this text too. So please be invited to the package of information and subjective impressions about the integrated amplifier TFM-2000 made by Audio Tekne Inc, which we received thanks to the distributor, Natural Sound s.r.o.
The design of the tested integrated is a continuity of the previously tested gramophone preamplifier. There is a simple platform for the electron tubes, hidden below the openwork covers, and transformers hidden within their protective covers, all in grey-blue-graphite colors. Frankly speaking there is not much to the eye, but for me, this simplicity is a value on its own. It can be loved or hated, and I belong to the first group. The front of this amplifier is equipped with a power switch and a LED indicating power status on the left, a smaller knob of the input selector in the middle and slightly bigger volume knob to the right. Besides those there is only the company logo and some descriptions allowing to find out the function of the manipulators. The back plate is also not very extravagant, as it offers five line inputs, a single set of loudspeaker terminals, a grounding terminal and power inlet. Just plain visual minimalism with connection pragmatism – old Japanese school at its best – only the bare necessities. Bravo.
Like i already mentioned, switching over to the tested configuration resulted in a significant lowering of the volume of sound reaching my ears, what could easily falsify the result of this meeting. This is the reason, that before I started with any analysis, I played a dozen of silver and black discs, as I still had the company phonostage at that time. I must confess that I was ready for the test already after playing three discs – I know the loudspeakers I used well, as those are my reserve set, but I did not want to go over the top so I allowed myself two long evenings to accommodate. And I can only say it was really worth the effort. Entering the world of 6 Watts, even from a push-pull output stage, and not SE, allows to get a different view on the sustain of the individual instruments, which do not try to attack, but shine with millions bits of information, lighting up the ether between the loudspeakers. I started the review with my beloved ancient music, delighting myself with the ethereal sound of the baroque guitar, viola da gamba and natural trumpet. I knew them well from everyday listening with my set, but now I heard some small, but important nuances, usually lost with higher levels of sound. It is fascinating, to learn to know your library anew, and if I would have enough money, for sure I would have a second system based around a low power amplifier and high efficacy loudspeakers. Moving to vocals from that era I have even more to say. Until recently I thought, that the Reimyo system has such high resolution, that not many others are able to compete with it in that aspect – of course each audiophile has the same opinion about his system, but the presentation of John Potter’s voice on the disc “Care-charming Steep” showed clearly, that the almost invisible fog surrounding his voice, that was always nagging me, just disappeared, not destroying anything around it – what often happens – the correlation between the voice and the reverberations inside the church remained unchanged. The amplifier sounded a tad darker than I am used to, at least to my ear, but this did not change the temperature of the generated sound. It was just as if the performer asked to dim the lights, to have the listener become deeper involved by the music. An interesting and nice touch. After I caught the idea –in a positive way – I needed to revisit most discs with jazz and ancient music I had. After that time came to try out the Audio Tekne phonostage, fed with signal coming from the SME 30/2 turntable and Miyajima Madake cartridge. But you may ask – already going to vinyl, and what about a more heavy repertoire? In such case, I could ask: if you meet a subtle woman, do you want to engage her in support of your football team, amongst most die-hard fans? – I do not think so. Of course I played some more difficult pieces, but we came not even close to the levels needed for true exploitation of the instruments in this genre. Please draw your own conclusions and ask people more immersed within such fascinations, as for me it was clear, this is not the way this amplifier should be treated. Going back to music, a bit against myself, I placed the compilation disc from Massive Attack as the first one on the platter. Maybe there was not the power of a 300 Watts amplifier, but the lowest notes achieved satisfactory levels of heaviness, what combined with the slightly darker presentation of the sound by the tested integrated resulted in adding nobleness to the electronic music. But let us not fool ourselves, this is not a product for this kind of music as well, it is aimed at the more refined presentation of the musical spectacle, which is the ideal kind for me. I did not mention anything about the setup of the sound stage yet, but to analyze this, I needed to employ something more sophisticated that computer generated signals. The sound stage was shockingly deep and wide, and it presented its assets fantastically due to the Enrico Rava and Dino Saluzzi quintet. The instruments were scattered behind the speakers – all of them, the trumpet, accordion, drums and percussion, contrabass and guitar – the positioning was ideal, not forgetting about such basics as different volumes depending on localization, especially the lowering of the volume from the last rows. No forceful extraction of those far ends from the background, what usually is done by construction aspiring to High End and trying to appeal to the listeners, but just proper reproduction of their positioning versus the line of loudspeakers. Pure realism. All the black discs were played in this manner, showing clearly, that my Reimyo system works well with their Audio Tekne brethren, achieving synergy, what is fantastic for the music lover, instead of competing against each other. But let us think, what would happen, if I could offer the Japanese loudspeakers with efficiency around 100dB (the ones I had were only 92dB)? Looking at that what I achieved with the tested configuration, I can suppose, that it could only be better, but I can only leave the verification to you, potentially interested in this amplifier, and I can only say it will be worth it.
When at the end of the test the place of the Pharoah was taken over by the Isis – both constructions came from the Austrian manufacture Trenner & Friedl, the music gained swing, with one change, it slightly limited the previous intimacy of the sound. Unfortunately the size of the bass drivers took its toll, and the six Watts generated by the TFM-2000 were fully engaged to keep them moving, and not in building an intimate relationship with the listener. But please do not get discouraged, because that what I am writing is maybe a too detailed, but my intentions are absolutely clear, I just want to make any potential user aware, that he can make a configuration error. If you ignore the need to adjust the efficiency of the loudspeakers to the power of the amplifier may result in achieving completely different final results, what could invalidate my observations completely, and this is something I would like to avoid.
This second adventure with the Japanese brand Audio Tekne gave me lots of joy, although the tested amplifier did not reach full synergy with the loudspeakers I use on a daily basis. It sounded really well, but for sure not as good as it would with more efficient loudspeakers, because 92dB is only the vestibule of easy to drive loudspeakers. The spell of the music played is most probably attributable to the slightly darkened light on the sound stage, which reaches far beyond the loudspeakers, not forgetting about the full gradation of the sound volume levels. I also need to mention the resolution, that allows wealth of information to be reproduced, so when we supply loudspeakers, that will be easy enough to drive, what should not be an issue taking into account the amount of speakers available on the market, we should really be rewarded. The only small inconvenience of the amplifier during daily use, is the low amount of steps of the volume knob (only ten), but after three weeks of listening I can tell you, that as long as you are enchanted by the sound, this becomes a non-issue. Is the integrated amplifier Audio Tekne for everybody? For sure not, as it requires some work and knowledge, but when it is applied, then it can bring the nirvana, otherwise it will result in a non engaging sound. Anyway, if you think such a setup would fit your music sensitivity, then you should absolutely try out this modestly looking Japanese product with heart and soul. I really recommend that.
Jacek Pazio
Distributor: NATURAL SOUND s.r.o.
Price: 20 000 €
Technical details:
Type: Vacuum tube stereo integrated amplifier
Inputs: CD, TUNER, TAPE, AC, AUX
Power Output: 2x 6 W
Harmonic Distortion: < 5%/6 W/1 kHz
Frequency Response: 20 Hz – 20 kHz, +/- 3 dB
Residual Noise: < 1 mV/8 Ω
ATT: Lossless winding transformer type ATT (volume)
Power consumption: 180 VA
Dimentions: 445 x 225 x 250 mm
Weight: 24,5 kg
System used in this test:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– Preamplifier: Reimyo CAT – 777 MK II
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL ISIS, TRENNER & FRIEDL PHAROAH
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Harmonix HS 101-GP
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC, Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA, Audio Tekne TEA-2000
Najnowsze komentarze