Opinia 1
Są marki, których popularność i obecność na rynku zależą chyba tylko i wyłącznie od faz księżyca a dostępność ich produktów na sklepowych półkach przychodzi falami niczym przypływy i odpływy oceanu. Powyższa charakterystyka moim zdaniem idealnie pasuje do bohatera niniejszej recenzji – włoskiego Audio Analogue. Doskonale pamiętam czasy świetności AA, entuzjastyczne recenzje w branżowej prasie i rzesze zadowolonych użytkowników cieszących swe uszy niezwykle muzykalnym toskańskim brzmieniem. Niestety na początku bieżącego dziesięciolecia coś się stało. Nie mi wnikać i dociekać czy zmieniła się koniunktura, gusta nabywców, czy po prostu rodzimy audio-światek się nasycił, ale fakt faktem na kilka lat zaległa cisza. Traf jednak chciał, że zmiana dystrybutora zbiegła się w czasie z powolnym odmładzaniem oferty. Co ciekawe o fakcie jakichkolwiek działań podejmowanych przez producenta wiedzieli chyba tylko zainteresowani, gdyż dopiero raptem kilkanaście dni temu światło dzienne ujrzała najnowsza konstrukcja – będący tematem niniejszego testu, jak na razie topowy wzmacniacz zintegrowany – Audio Analogue Puccini Anniversary.
Dostarczona na testy inkarnacja Pucciniego, to opracowana z okazji upływającego właśnie dwudziestolecia od wprowadzenia pierwszego egzemplarza na rynek wersja jubileuszowa. Informuje o tym stosowna adnotacja na froncie i … całkowicie nowa szata wzornicza. W porównaniu z dotychczasową linią wzorniczą postawiono na ultranowoczesność idącą w parze z minimalizmem, nie zapominając przy tym o właściwej Włochom elegancji. Na blisko półtoracentymetrowej grubości (14 mm) płacie szczotkowanego aluminium stanowiącym front przewidziano tylko dwa elementy natury użytkowej. Pierwszym jest UFO-podobne, spodkowe wielofunkcyjne pokrętło, które po włączeniu wzmacniacza otacza wielce intrygująca, pulsująca iluminacja, a drugim, ulokowanym w pobliżu prawej krawędzi czujnik IR.
Z prawej strony futurystycznego pokrętła mamy szesnaście a z lewej sześć mikroskopijnych odwiertów, w głebi których ukryto mini diody informujące o aktywności. Lewe świadczą o stanie pracy wzmacniacza i aktywnym źródle, za to prawe o wzmocnieniu i poszczególnych nastawach opcji dostępnych poprzez menu. A właśnie obsługa i nawigacja zasługuje na bardziej obszerny opis niż zazwyczaj.
Podobnie jak niegdyś Thule również Audio Analogue postawiło tym razem na daleko posunięty minimalizm i uznało, że do pełni szczęścia użytkownikom chcącym, pomimo obecności całkiem intuicyjnego a w dodatku posiadającego aktywujące się przy dotknięciu, podświetlenie przycisków pilota, obsługiwać Pucciniego z panelu frontowego, wystarczy pojedyncze, wielofunkcyjne pokrętło. Wbrew pozorom w tym szaleństwie jest metoda i pewna logika, dzięki czemu już po chwili spokojnie można dać sobie radę bez biegania po leniucha. No to zobaczmy jak to działa. Krótkie wciśnięcie talerzyka wybudza wzmacniacz ze snu, a dłuższe – 5s usypia. Z regulacją głośności nie kombinowano i działa normalnie – obracając zwiększamy/zmniejszamy natężenie dźwięku a jeśli do ruchu obrotowego dołożymy lekkie wciśnięcie to uzyskujemy dostęp do wyboru źródeł. Proste? Na pewno do opanowania. To jednak nie koniec atrakcji. Zagłębiając się bowiem w instrukcję można natrafić na dokładnie omówione procedury wyboru jednej z czterech, najbardziej odpowiedniej dla naszych kolumn/preferencji, skal regulacji głośności, ustawiania balansu i jaskrawości iluminacji, z całkowitym ich wygaszeniem włącznie, frontowych diód.
I jeszcze jedno. Puccini potrafi również poinformować o ewentualnych problemach z temperaturą, przesterowaniem, czy pojawieniem się napięcia stałego na wyjściach głośnikowych.
Ściana tylna wygląda już zdecydowanie bardziej konwencjonalnie. Królują tu porządek i symetria, której środek wyznacza centralnie umieszczone gniazdo zasilające, powyżej którego w równym rządku ustawiono przyłącza odpowiednio dla prawego i lewego kanału. Warto zwrócić uwagę, iż numeracja rozpoczyna się od wewnątrz i wzrasta ku skrajom. Pierwsze cztery pary terminali to solidne złocone gniazda RCA a dopiero zewnętrzna – piąta para umożliwia podpięcie XLRów. Motylkowe nakrętki pojedynczych terminali głośnikowych budzą zaufanie a ich szeroki rozstaw z pewnością ucieszy posiadaczy wyposażonych w monstrualne widły kabliszczy w styku Audiomica Miamen Consequence. Wyliczankę interface’ów zamyka główny włącznik sieciowy, który należy kliknąć raz i o nim zapomnieć, gdyż Puccini zdecydowanie lepiej czuje się wybudzany ze stand-by aniżeli każdorazowo wprowadzany na obroty ze stanu całkowitego wyłączenia. Nad takim stanem rzeczy nie powinni rozpaczać nawet najzatwardzialsi „zieloni”, gdyż 0,7 W w stand-by to tyle, co nic.
Swoją całkiem zauważalną wagę włoska integra zawdzięcza m.in. wykonywanemu ma zamówienie 700W toroidalnemu transformatorowi. O wewnętrzne okablowanie zadbał Airtech, który firmuje również porządny kabel zasilający dołączony do wzmacniacza.
Sięgając pamięcią wstecz Audio Analogue kojarzyło mi się niemalże od zawsze z przyjemnym, lekko spowolnionym i zaokrąglonym graniem. Ot taka karmelowa słodycz idealnie tonizująca zbyt ofensywne i krzykliwe systemy a jednocześnie idealnie wpisująca się w potrzeby ukojenia skołatanych nerwów. Miało być ładnie, soczyście i … tak właśnie było. Dlatego też, w ramach weryfikacji, czy po staremu bas nadal „się luzuje” sięgnąłem po ścieżkę dźwiękową z „Swordfish” autorstwa Paula Oakenfolda i … oczywiście masaż trzewi był niezaprzeczalny a i kontrola najniższych składowych co najmniej dobra. Może kontury pociągnięte zostały odrobinę grubszą kreską niż np. w Passie INT-250, ale bądźmy szczerzy – to urządzenia z jakby nie patrzeć zupełnie innych półek. Puccini szedł raczej w kierunku wyznaczanym, przez The Tune Einstein Audio, lecz co zaskakujące na tych pułapach cenowych oferował niezwykle energetyczny przekaz i wprost oszałamiającą swoją szerokością scenę dźwiękową.
Skoro syntetyczne brzmienia okazały się Toskańczykowi niestraszne uznałem, że i z hard-rockowymi chropowatościami powinien sobie poradzić i włączyłem podwójny „Unplugged and Strung Up + Heavy Metal Thunder” Saxon. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że nie jest to ani szczyt muzycznej finezji ani tym bardziej przykład audiofilskiej realizacji, ale jakbyśmy mieli się ograniczać li tylko do dedykowanych złotouchym samplerów, to chyba w ekspresowym tempie przerzuciłbym się na filatelistykę, kolekcjonowanie krasnali ogrodowych albo inne, równie pasjonujące hobby. Jednak wbrew pozorom i na takich nagraniach można usłyszeć małe co nieco. Po pierwsze Puccini z łatwością pokazywał, może i oczywiste, lecz nie zawsze odpowiednio podkreślane różnice w wolumenie generowanego dźwięku. O co chodzi? Już śpieszę z wyjaśnieniem. Przecież słuchając akustycznej wersji „Frozen Rainbow” powinniśmy doświadczać zupełnie innej intensywności i skali dźwięku aniżeli patetycznym i wspomaganym orkiestrą symfoniczną monumentalnym „The Eagle Has Landed”. Tym razem była to oczywista oczywistość a swoboda, z jaką tytułowa integra przechodziła z nastrojowego, niemalże intymnego grania w potężną ścianę dźwięku z pewnością przypadnie sporemu gronu słuchaczy do gustu.
Jednak nie samym rockiem człowiek żyje. Z bardziej normalnych i przystępnych klimatów na pewno warto wspomnieć o niezobowiązującej i prowadzonej na całkowitym luzie reprodukcji szlagierów Herba Alperta z albumu „Whipped Cream & Other Delights”. Swingujące rytmy, lśniące złotym blaskiem dęciaki i przyjemnie szeleszczące przeszkadzajki sprawiały, że życie wydawało się przez te kilkadziesiąt minut znośniejsze. Gradację planów można było uznać za dobrą, choć ostatnie rzędy muzyków nie sięgały aż tak daleko jak u przytoczonej wcześniej zdecydowanie droższej konkurencji. Nie ma jednak co szukać dziury w całym, bo sama radość grania i pogodny charakter generowanego dźwięku w pełni powyższe różnice rekompensował. A właśnie. Jubileuszowy Puccini gra niezwykle pogodnie. Stawiając na saturację barw i podkreślanie linii melodycznych potrafi zauroczyć już od pierwszych taktów. Jest to coś na kształt analogowego uplastycznienia przekazu – niby zdajemy sobie sprawę, że w rzeczywistości prawda jest bardziej surowa i nie tak atrakcyjna, ale dzięki stosowanym z rozwagą i umiarem zabiegom Audio Analogue bez trudu godzimy się na taką „kosmetykę estetyczną”.
Co ciekawe owe „upiększanie” nie wpłynęło znacząco na minimalistyczną, lecz już samą w sobie piękną realizację „TARTINI secondo natura” tria w składzie Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen. Zamiast dosładzać coś, co z założenia utrzymane było w doskonałej harmonii Puccini odgraniczył się li tylko do intensyfikowania namacalności i próbach materializowania w naszym pokoju odsłuchowym ustawienia samych muzyków i atmosfery panującej we wnętrzu położonego nieopodal Oslo kościoła Jar. Nie było to jednak chłodne, beznamiętne podejście do tematu, lecz pełne pasji i zaangażowania blisko godzinne misterium. Dźwięk barokowych skrzypiec – wykonanej przez Jacoba von der Lippe kopii „Lipinskiego” Stradivariusa z 1715 roku, czyli oryginalnego instrumentu Tartiniego (!) jest zarazem przeszywający, jak i słodki. Nie tracąc nic ze swojej natywnej chropowatości czaruje bogactwem niuansów i wybrzmień. Podobnie jest z partiami klawesynu, który wypada zdecydowanie delikatniej i finezyjniej niż zazwyczaj. Zamiast irytująco za przeproszeniem pobrzękiwać, jak to czasem ma w zwyczaju tworzy przepiękne i gęsto utkane dźwiękowe tło dla pierwszoplanowych instrumentów smyczkowych.
Jubileuszowa wersja integry Audio Analogue Puccini Anniversary pokazuje, że chwilowe osłabienie aktywności wcale nie oznaczało stagnacji, lecz wzmożone działania konstrukcyjne mające na celu prowadzenie na rynek zupełnie nowej jakości. Czerpiąc pełnymi garściami z dwudziestoletniego doświadczenia i wypracowanego przez ten czas firmowego brzmienia Włosi postawili na witalność i zdecydowanie większą neutralność. Powyższe zmiany zaprocentowały nie tylko większą uniwersalnością, ale dynamiką przekazu, co po prostu słychać nawet na trudnych do prawidłowego wysterowania kolumnach. Jeśli zatem szukacie Państwo muzykalnego a zarazem wydajnego prądowo wzmacniacza mającego pokazywać zalety Waszej ulubionej muzyki zwróćcie proszę uwagę na Puccini’ego Anniversary.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Pass INT-250
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i, Harmonix Hiriji „Milion”
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Gdy pierwszy raz skontaktował się z nami nowy dystrybutor będącej tematem dzisiejszego spotkania marki, przyznam szczerze, że miałem dość mieszane odczucia. Powód? Przy całym szacunku do swobody wyboru nazw swoich produktów jakiekolwiek żonglowanie sławami świata muzyki w nazewnictwie konkretnych modeli powinno mieć odzwierciedlenie w jakości generowanego dźwięku. Tymczasem, przez ostatnie kilka lat, nie natknąłem się na zbyt wiele huraoptymistycznych opinii, co oczywiście w wartościach bezwzględnych rynku audio nic nie oznacza, ale dla dociekliwego obserwatora tego segmentu gospodarki powinno być pewnym ostrzezeniem. Jednak nauczony doświadczeniem, iż nie wszystko z musi od razu generować szum na portalach internetowych, po rozmowie z Marcinem chętnie przystałem na bliskie spotkanie z bądź co bądź sporą niewiadomą. Tak więc, zapraszam wszystkich na rajd po umiejętnościach czarowania dźwiękiem przez markę AUDIO ANALOGUE z jej jubileuszową wersją modelu PUCCINI ANNIVERSARY, której prężnej, bo reagującej na nasze wszystkie propozycje testowe dystrybucji podjął się warszawski Sound Source.
Często jest tak, że gdy na tapetę recenzencką trafiają produkty z Italii, naszym oczom ukazuje się coś, co swoim designerskim kunsztem nie pozwala oderwać od siebie oczu. Tym razem jednak jest zgoła inaczej, gdyż nie mogąc zarzucić Pucciniemu najmniejszego chaosu wizualnego, nie możemy również zaliczyć go do ikony sztuki artystycznej. Mówiąc prosto z mostu, nasz pretendent do laurów idealnie wpisuje się w nowoczesne trendy spokojnego minimalizmu wzorniczego, proponując prostą, unikającą zbędnych udziwnień skrywającą układy elektryczne bryłę obudowy. Front epatuje jedynie wkomponowaną w dzielący go na połowę frez sporej wielości wielofunkcyjną gałką – obsługa dwu-prędkościowej regulacji wzmocnienia, poprzez włączanie, po wybór wejść. Na obu flankach owego pokrętła znajdziemy jeszcze maleńkie, sygnalizujące stan pracy urządzenia diody i oczko czujnika wielofunkcyjnego pilota. Dach naszego bohatera na swych zewnętrznych rubieżach poprzez serię ażurowych otworów umożliwia chłodzenie grawitacyjne skrywanej elektroniki, a plecy stwarzają możliwości przyłączeniowe w postaci pojedynczych terminali głośnikowych, serii wejść RCA i parze XLRów. Kończąc listę przyłączy zapewniających kompatybilność z resztą zestawu audio swą obecność w tym miejscu zgłaszają również gniazdo zasilania i główny włącznik. Jak wynika z niniejszego opisu, nie znajdziemy nic, co swą zbędnością mogłoby zaburzyć ogólny spokój wizualny konstrukcji.
Opisywany dzisiaj piecyk swą drogę przez mój proces testowy rozpoczął od wizyty w KAIM-ie. Niełatwe warunki plus kilka czasem całkowicie rozbieżnych opinii zawsze dają sporo do myślenia. Powiem więcej, jeśli nawet nie przyniosłyby w miarę wiążących wniosków, są dającym dużo czasem pozytywnych, a czasem negatywnych odczuć swoistym poligonem doświadczalnym przed głównym starciem z Japończykiem, co według mnie jest bezcenne. Dlatego wyłączając mogące zafałszować ostateczny wynik emocje, targam tam sporo produktów tuż po odebraniu od kuriera lub Marcina, bez wcześniejszych prób u siebie, stawiając na całkowicie czystą kartę. Spytacie, jak to możliwe? Przecież rasowy poszukiwacz Świętego Graala nie utrzyma na wodzy nurtującego go przez cały czas łaknienia nowości. Tymczasem, wyjaśnienie jest bardzo proste, gdyż nawałnica propozycji testowych w naszej redakcji prawie zawsze powoduje powstawanie kolejki, spychając problem „audiofilii nervosy” na całkowicie pomijalny plan życia codziennego.
Bez wdawania się w dokładny opis tego zderzenia z serią opinii zasygnalizuję tylko, że wizyta klubowa w swych końcowych wnioskach pokazała mi, iż u siebie muszę zweryfikować kilka ważnych aspektów usłyszanego dźwięku. Co takiego stało się w tej mekce konstruktorów? Testowana integra zagrała dość dziwnie. Ogólne odczucie braków wypełnienia na środku przy jednoczesnym podbiciu basu i lekkim ochłodzeniu góry słyszałem nawet ja, w swoim stanowisku tonizując zapędy nadmiernej krytyki nieśmiało broniąc przynoszonych komponentów. Sprawa była bardzo ciekawa, gdyż odbierając klocek od Marcina może zdawkowo, ale dostałem od niego pozytywny odzew w tej materii. Długo zastanawiałem się, jak to jest możliwe. Rozpatrywałem wszelkie za i przeciw, aż do momentu wpięcia w swój tor. I „zonk”. Owszem było chłodniej niż z użytkowanej na co dzień dzielonej amplifikacji, jednak nic mnie w tym nie raziło. Co więcej, ów lejący się w KAiMie i przez to mocno uśredniający ilość informacji o najniższym paśmie bas, był u mnie tylko lekkim pogrubieniem kreski rysującej całość przekazu. O górnym zakresie nawet nie wspominam, ponieważ swoją ilością i jakością w ogóle nie przykuwał nadmiernej uwagi, plasując się na pułapie adekwatnym do ceny urządzenia, czyli spora ilość alikwot w odcieniu srebra. Aby to dokładnie zweryfikować sięgnąłem po średnio wypadającą klubowego wieczora twórczość grupy YELLO z ich materiałem „Touch”. Gdy pierwsze dźwięki oderwały się od kolumn, prawie natychmiast wiedziałem gdzie jest pies pogrzebany. Ale zanim zdradzę ten aspekt, przywołam występu u mnie. Bas może lekko obfity, jednak nie tracił wiele na sprężystości, a ta kłująca w uszy oziębłość średnicy i wysokich tonów była tylko pewnym sznytem grania, a nie deprecjonującym urządzenie problemem. I to wszystko przy materiale mocno elektronicznym, niemającym zbyt wiele wspólnego z dźwiękiem naturalnym. Ciekawe, nie sądzicie? Kolejne podejście płytowe odbyło się w bardziej ludzkiej, pozwalającej zbliżyć się z wnioskami do natury odsłonie, gdyż w napędzie zawitała wokalistyka muzyki dawnej. Również ta pozycja nie była przypadkowa, gdyż miała swoje pięć minut w pamiętnej klubowej odsłonie. W tym przypadku sprawa barwy była jedynym punktem spornym, o który niektórzy słuchacze mogliby kruszyć kopie. Ale znowu zaznaczam, że występowało to w sferze postrzegania, a nie problemu. Przy tym krążku przyjrzałem się również sposobowi budowania sceny w jej wektorach głębokości i szerokości. Jako ogólny wniosek spokojnie określiłbym te wartości jako dobre. Z pewnością da się lepiej, szczególnie w kwestii lokalizowania za sobą występujących formacji, ale nie było to tak deprymujące, by w tym segmencie cenowym szukać hektarów głębi. To cóż takiego według mnie zdarzyło się w KAIM-ie? Sądzę, iż przy dobieraniu reszty toru do PUCCINIEGO należy szukać kolumn o ciepłej tonacji. Zestaw klubowy w swoich założeniach i finalnej konstrukcji od góry do dołu oparty jest o przetworniki aluminiowe. Oczywiście umiejętne strojenie zwrotnicą uczyniło je bardzo przyjaznymi dźwiękowo, ale niektóre połączenia sprzętowe mogą mieć problemy z synergią, co w prosty sposób skazuje daną konfigurację na porażkę, a tutaj o takim przypadku spokojnie chyba możemy mówić. I nie chodzi mi tutaj o Rejtanową obronę dzisiejszego bohatera, tylko zsumowanie wniosków po wielu podobnych przypadkach. Oczywistym jest, że sporo rzeczy można poprawić kablami, jednak warunki klubowe nie pozwalają na swobodne roszady, a i zbyt mocny rys problemów dla rozsądnego audiofila każe szukać rozwiązania gdzie indziej, co jak się później okazało sprawiły moje kolumny. Tutaj muszę wtrącić jeszcze wspomniany wątek basu. Zawsze oficjalnie przyznaję się do podbicia w moim pomieszczeniu na poziomie 69 Hz (w klubie ok. 50 Hz) i wyobraźcie sobie, że mimo tej przypadłości nawet głośne ganie nie powodowało u mnie efektu tzw. buły. Wynikającą z obfitości zakresu mniejszą ilość informacji tak, ale z pewnością nie lejącą się papkę. Tak więc, wnioski w tej sprawie są na tyle oczywiste, że proszę snuć je już samemu. Ja stwierdzam z całą stanowczością, że włoski ogier, gdy tylko spełnimy podstawowe założenia konfiguracyjne jest bardzo ciekawą propozycją odsłuchową.
Jeśli miałbym polecić komuś testowany wzmacniacz, bez najmniejszych oporów widzę go nawet w systemie mającym już spore dociążenie dźwięku, co fantastycznie pokazał mój set. Jest orędownikiem nasycenia w pełnym zakresie częstotliwościowym i mimo to z włoską integrą nie miał z tym żadnych problemów. Oceniając sprawy budowania sceny, nie widzę specjalnych odstępstw od reprezentowanego poziomu cenowego. Oczywiście zawsze chciałoby się mieć pełny spektakl „3D” z włoskiej „La Scali”, ale należy mierzyć siły na zamiary, co w tym urządzeniu dobrze skorelowano. Tak więc, gdybyście poszukiwali fajnego dociążenia bez zbytniego podbarwiania dźwięku, spokojnie możecie spróbować konfrontacji z jubileuszowym wcieleniem Pucciniego, a może okazać się, iż nawet niespecjalnie gorący Włoch bez problemów zaskarbi wasze serca.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Sound Source
Cena: 15 999 PLN
Dane techniczne:
Impedancja wejściowa: 47 kΩ
Moc wyjściowa (przy obciążonym jednym kanale @ 1% THD/N): 300 W/2 Ω | 160 W/4 Ω | 80 W/8 Ω
Moc wyjściowa (przy obciążonych obu kanałach @ 1% THD/N): 240 W/2 Ω | 150 W/4 Ω
Czułość: 490 mV
Pasmo przenoszenia: -3 dB @ 80 kHz
Impedancja wyjściowa: 0,17 Ω
Stosunek S/N: 110 dB
Pobór mocy w trybie Stand By: 0,7 W
Wymiary (S x W x G): 445 x 120 x 390 mm
Waga: 18 kg
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Zarówno same nazwy marek, jak i będących w ich portfolio produktów ze zrozumiałych względów są bardzo istotnymi zabiegami marketingowymi. Z jednej strony dobrze byłoby łatwo wpadać w ucho i na długo pozostać w podświadomości klienta, ale należy też uważać, by zbyt wysoko stawiającym poprzeczkę ciągiem głosek nie popaść w megalomanię. Oczywiście można byłoby w nieskończoność rozpatrywać zasadność przybierania nazw znanych na całym świecie ikon kompozytorskich przez relatywnie niedrogie i często jedynie poprawnie grające komponenty audio, ale patrząc z drugiej strony, każdy z konstruktorów swoje dziecko prawie zawsze uważa za coś wyjątkowego, dlatego trudno dziwić się podobnym wyborom. Na szczęście nie mi osądzać podobne decyzje, jednak gdy po majowej wystawie w Monachium okazało się, iż do rodzimej dystrybucji (RCM) ma trafić marka odwołująca się swą nazwę do nazwiska najsławniejszego w dziejach techniki uczonego, z niecierpliwością odliczałem dni do możliwości konfrontacji przybranego szyldu z rzeczywistymi zdolnościami generowania muzyki. Tak więc, bez zbytniego rozwadniania tekstu, zapraszam wszystkich na spotkanie z niemieckim producentem elektroniki ukrywającym się pod dumnie brzmiącą nazwą Einstein i broniącym jego honoru, rozpoczynającym ofertę tranzystorowym wzmacniaczem zintegrowanym The Tune.
Spoglądając na bryłę Einsteina, nie sposób się nie zorientować, iż design daleki jest od stereotypowych niemieckich projektów, oferując dość spokojne połączenie czarnego akrylowego frontu i aluminiowych bocznych radiatorów z satynową szarością reszty obudowy. Powiem więcej, jako kontynuacja trendu oazy wyciszenia wizualnego wspomniany front oprócz występującego jako nakładka na aluminiowy panel akrylowego płata w swej centralnej części proponuje nam jedynie stosunkowo nieduże, ale za to bardzo czytelne okienko dotykowego wyświetlacza, całkowicie pozbawiając nas widoku jakichkolwiek manipulatorów, kierując nasze zainteresowanie ku utrzymanemu w podobnej stylistyce pilotowi. Przyznacie, że to dość rzadki widok. Zanim dotrzemy do tylnego panelu przyłączeniowego, przemierzamy wspomniane czarne żebra bocznych radiatorów i uzbrojoną w dwa eliptyczne, zabezpieczone ażurową siatką otwory chłodzenia grawitacyjnego płytę górną. Ściana tylna oferuje z lewej strony pojedynczy zestaw terminali głośnikowych i umieszczone pod nimi zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo zasilające, a od centrum na prawo baterię przyłączy w standardzie RCA z przelotką i wejściem na dedykowany wkładkom MM i MC przedwzmacniacz gramofonowy z umieszczonym na samym skraju śrubowym zaciskiem uziemienia. Ale to nie wszystko co może zaoferować na opisywany produkt, gdyż na życzenie możemy zamówić wersję z wejściami cyfrowymi. Niestety dostarczony do testu egzemplarz nie posiadał takiego modułu, co zgrabnie ukrywała stosowna zaślepka. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o walory wizualne The Tune, co nieubłaganie zmusza nas do zapowiedzianej konfrontacji nazwy z możliwościami sonicznymi, na co oczywiście serdecznie zapraszam.
Jeśli choćby zdawkowo czytacie moje teksty, z łatwością powinniście przypomnieć sobie ostatnią osobistą wizytę w Katowicach związaną właśnie z tytułowym bohaterem dzisiejszej pogadanki. Jak to zwykle bywa w takich wypadach, z powodu zbyt wielu zmiennych raczej unikam dogłębnych analiz, ale bez względu na owe postanowienie jedno z całą świadomością mogłem powiedzieć: „witamy RCM w strefie muzykalności i barwy”. Oczywiście trochę złośliwie naciągałem fakty, gdyż katowicki dystrybutor będąc niezaprzeczalnym mentorem techniki analogowej dzięki baterii gramofonów, ramion i wkładek raczej nie ma problemu z osiągnięciem jakiejkolwiek temperatury i homogeniczności grania, ale gdy przed pojawieniem się najnowszego produktu z Niemiec musiał trochę się nagimnastykować zestawiając trafiający w moje gusta system, to teraz tak hołubioną przeze mnie barwę najnowszy dystrybuowany brand oferuje już w standardzie. Co ciekawe, przy zdecydowanie mocniejszym niż moje dzielone wzmocnienie sfokusowaniu na ciężarze i gęstości grania testowanego wzmacniacza, nie tracimy otwartości w górze pasma, otrzymując dużo informacji o ilości i jakości przepuszczonych przez stół mikserski czy to blach, czy najprzeróżniejszych dzwonko-podobnych akcesoriów. Oczywiście wszystko egzystuje w narzuconej przez konstruktora, ciepłej poświacie, ale nie odczułem jakiegokolwiek ograniczenia w tym aspekcie, a na to jestem bardzo uczulony. Wtrącając kilka słów o średnicy, nie mogę nie pochwalić jej za nadawanie głosom ludzkim sprawiającego wiele przyjemności wysycenia, co z premedytacją wykorzystałem, serwując sobie pełen krążek „Pieśni do Sybilli” Jordiego Savalla. Rzekłbym nawet, iż ta integra w tematach wokalistyki, czuje się jak ryba w wodzie i jeśli ktoś w swoich zbiorach płytowych preferuje taki rodzaj muzyki, z całą stanowczością już teraz mogę zachęcić go, do zakosztowania niskich głosów męskich przefiltrowanych przez wzmacniacz marki Einstein. Jak widać po tej skrótowej analizie, mamy do czynienia z urządzeniem raczej sprawiającym przyjemność podczas słuchania, aniżeli stawiającym słuchacza na ostrzu noża analityczności, której co prawda w estetyce złota, ale również nie brakuje. Gdy nasyciłem swe narządy słuchu dźwiękami w kubaturze kościelnej, przyszedł czas na może nie mainstreamowy, ale nadal solidny, bo ECM-owski jazz Bobo Stensona z zaprzyjaźnionymi muzykami. Oczywiście nie był to przypadek, tylko chęć potwierdzenia wcześniejszych tez o dźwięczności przeszkadzajek perkusisty i z przyjemnością muszę powiedzieć, że się nie zawiodłem. Niestety gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą i gdy coś wychodzi lekko przed szereg, prawie zawsze odbija się to w innym rejonie analizowanych aspektów. Chodzi mianowicie o spowodowaną zdecydowanym zwiększeniem masy dźwięku utratę ostrości konturu źródeł pozornych, ale na szczęście bez zbytniego zaburzenia ich lokalizacji, w stylu popadania w grę plamami. Po prostu wokół grających artystów tworzy się lekka aura mgiełki, ale nadal mamy z nimi pełen kontakt słuchowy. Patrząc na to z perspektywy czasu te teoretycznie szkodliwe pogrubienie strun kontrabasu przyniosło sporo dobrego innym generatorom dźwięku, jak klarnet basowy w recitalu Johna Pottera. Tak więc w ogólnym rozrachunku otrzymujemy coś za coś, ale nie powodując przekroczenia cienkiej linii karykaturalności barwowej. Jako ostatni, ale jakże ważny temat, który chciałem opisać, to sposób budowania sceny muzycznej. I tutaj podobnie do reszty punktów testowych, nasz bohater bardzo ochoczo budował ją w głąb i w szerz, pozostawiając muzykom naprawdę sporo jak na startowy model miejsca. I właśnie to prawdopodobnie powodowało owy niczym niezmącony kontakt z muzykami. Gdy tak przerzucałem kolejne srebrne krążki, naszła mnie co prawda tylko dla słuchu, ale jednak samobójcza myśl zaimplementowania ciężkiego brzmienia. I takim oto sposobem nakarmiłem się tym razem dzięki mięsistości dźwięku bardzo przyjemnym darciem gardeł grupy Percival Schuttenbach w repertuarze „Svantevit”. Tutaj muszę się przyznać, że mimo mego konsekwentnego stronienia od takiego podania fraz muzycznych lubię mile się zaskoczyć, co w tej odsłonie miało miejsce. I co najfajniejsze nie była to wokalistyka – jeśli zarejestrowane na płycie odgłosy gardłowe można tak nazwać, tylko ciężkie, wolne i rytmiczne riffy gitarowe podparte stopą perkusji. To był pełen fanu odjazd.
Na koniec zostawiłem sobie przyjemność zakosztowania techniki analogowej wespół z wbudowanym w The Tune phonostage’m. Tak prawdę mówiąc, po analizie za i przeciw samej integry już przed startem pierwszej płyty analogowej mniej więcej wiedziałem, czego można się spodziewać. I oczywiście nie pomyliłem się, gdyż konstruktor idąc tropem całego wzmacniacza nie miał zamiaru popełniać seppuku, wstawiając coś bardzo odstającego od całokształtu urządzenia, tylko kontynuując zaplanowane w procesie projektowym brzmienie, bez najmniejszych oznak doświadczeń na żywym organizmie audiofila zaimplementował idealnie współgrającą z całą konstrukcją płytkę phono. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem zdania, że to dobry ruch, gdyż coś o diametralnie innej estetyce grania byłoby odbierane raczej jako potknięcie, a nie sukces. Dlatego gratuluję żelaznej konsekwencji, która po przesiadce na asfaltowe krążki nie dała mi zapomnieć o najlepszych cechach testowanego produktu.
Jak wynika z mojego tekstu, testowany Einstein The Tune dobrze radzi sobie z większością materiału muzycznego w różnej technice odtwarzania. To oczywiście jest pełne maniery mięsistości granie, ale jeśli nie jesteśmy fanami latających żyletek pomiędzy kolumnami, z pewnością skorzystamy z wnoszonego przez niemiecki piec dobrodziejstwa. Jedyną sprawiającą trudności barierą, może być reszta naszego systemu, gdyż wpięcie gościa zza zachodniej granicy w ociężały tor, odbije się czkawką typu ”za dożo cukru w cukrze”. Ale uspokajam, u mnie mimo nastawienia zestawu Reimyo z Trennerami na soczystość brzmienia raczej korzystałem niż traciłem na konszachtach z niemiecką myślą techniczną, co dobrze wróży innym połączeniom. Czy jest w stanie zauroczyć Was? Sporą grupę na pewno, ale tylko pod jednym warunkiem, musicie posłuchać na swoich warunkach.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– dzielony odtwarzacz Cd: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC Milion Maestro
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa), FM ACOUSTICS
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA „SS” i ILTRA „MINI”.
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 2
Pojawienie się nowej na naszym, już i tak nasyconym a jednak wciąż zaskakująco dynamicznie rozwijającym się a przy tym chłonnym, rynku marki budzi zrozumiałe zaciekawienie. Część z nas zaprzęga do pracy którąś z popularniejszych wyszukiwarek i zaczyna wertować wirtualne strony internetu w poszukiwaniu możliwie dokładnych i przy tym choćby noszących śladowe znamiona obiektywizmu opinii. Nie do przecenienia są też przeróżne zdjęcia trzewi, na podstawie których część znawców bez chwili wahania jest w stanie dokonać wnikliwej i autorytatywnej oceny brzmienia praktycznie każdego urządzenia. I prawdę powiedziawszy jest to słuszna opcja, pozwalająca zaoszczędzić nie tylko dużo czasu, siły i nerwów, ale i pieniędzy. Siedzimy sobie bowiem wygodnie przed ekranem komputera, bądź leniwie rozparci w fotelu kiziamy ekran tabletu i już po pierwszym rzucie oka na znalezione w odmętach sieci zdjęcie wiemy, co i jak zagra.
Niestety, pomimo blisko dwóch dekad spędzonych na rozwijaniu pasji audio nie dane mi było zaznać takiego stopnia wtajemniczenia, więc najzwyczajniej w świecie jeśli chcę mieć własne zdanie na temat konkretnego urządzenia, to chciał nie chciał muszę się pofatygować i samemu posłuchać. W dodatku stopień mojej nieufności jest na tyle chorobliwy, że staram się owe odsłuchy prowadzić nie tyle na gościnnych występach, co we własnych czterech kątach. Podobnie było w przypadku wprowadzonej do oferty katowickiego RCMu niemieckiej marki Einstein Audio. Salonowo – wystawowe prezentacje a i owszem były, ale skoro nadarzyła się sposobność do nieśpiesznego poobcowania z uroczą i niepozorną integrą The Tune we własnym systemie, to przecież szczytem nieuprzejmości byłoby zrezygnowanie z takiej okazji, więc nie zastanawiając się zbyt długo przyjąłem pod swój dach otwierającą portfolio producenta zza Odry konstrukcję.
Einstein The Tune wygląda ultranowocześnie a zarazem minimalistycznie. Pozbawiony jakichkolwiek pokręteł i przycisków lekko wypukły, akrylowy front okala satynowa, aluminiowa ramka. Centralnie umieszczony prostokątny, dotykowy ekran umożliwia w pełni komfortową obsługę urządzenia a jego czytelność z pewnością docenią osoby zajmujące z reguły dalekie od elektroniki miejsca odsłuchowe. Widać wszystko co trzeba a jednocześnie nie jesteśmy oślepiani trudną do ogarnięcia liczbą diód bądź jarmarcznych piktogramów. Pełna elegancja. Oczywiście w komplecie znajduje się utrzymany dokładnie w takiej samej stylistyce aluminiowo – akrylowy pilot.
Kątowy profil frontu i wchodząca pod jego górną „nakładkę” płyta górna stanowią optyczne schronienie dla gęstego ożebrowania radiatorów zastępujących konwencjonalne ściany boczne. Zabieg ten zauważalnie uspokaja design urządzenia, jednocześnie nie zmniejszając efektywności odprowadzania ciepła.
Ścianę tylną również utrzymano w eleganckiej czerni. Patrząc od lewej rządek pięciu par interfejsów w standardzie RCA poprzedza poręczne pokrętło uziemienia dedykowane pobliskiej parze wejść do sekcji phono. Oprócz wspomnianego wejścia gramofonowego do dyspozycji pozostają jeszcze trzy pary wejść liniowych, oraz wyjście liniowe. Terminale głośnikowe, choć pojedyncze są solidne a co najważniejsze pozbawione nad wyraz irytujących kołnierzy psujących humor posiadaczom uzbrojonych w idły przewodów głośnikowych. Umieszczone tuz pod nimi zintegrowane z włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilające zamyka litanię przyłączy, W tym momencie wypadałoby jeszcze nadmienić, iż ów włącznik stanowi jedyny sposób na włączenie / wyłączenie The Tune, więc warto pamiętać o tym ergonomicznym drobiazgu przy ustawianiu wzmacniacza w docelowym miejscu.
Patrząc na sprzętowe portfolio katowickiego RCMu spokojnie można uznać, że tranzystorowej integrze Einsteina najbliżej jest estetyką grania do … lampowych Synthesisów. Podobne bogactwo barw, szeroka i daleko sięgająca w głąb scena a to wszystko skąpane w złotych promieniach zachodzącego słońca. W kategoriach bezwzględnych na pewno trzeba wspomnieć o kreślonych lekko pogrubioną kreską konturach źródeł pozornych. Z jednej strony tracimy, czysto teoretycznie, pewną laboratoryjną precyzję w wycinaniu instrumentów i wokalistów z tła, lecz z drugiej zyskujemy coś, co spokojnie możemy określić mianem analogowości. Jest po prostu bardziej naturalnie. W końcu nawet siedząc w dajmy na to piątym rzędzie w filharmonii nie jesteśmy w stanie, ok. – ja nie jestem, wychwycić każdego trącenia struny, momentu delikatnego muśnięcia talerza etc. Podobnie jest właśnie z Einsteinem. Otrzymujemy, bowiem informację i dźwięk idealnie korelujący z doznaniami wizualnymi a przy tym niezaprzeczalnie składający się na spójny obraz muzyczny. Co istotne powyższa maniera nie ani nie zaburza tempa – motoryki, ani tym bardziej nie uśrednia, czy tez nie zaciemnia reprodukowanego obrazu. Nawet na tak eklektycznym i mocno zagmatwanym materiale, jak daleko nie szukając ścieżka dźwiękowa z „300: Rise of an Empire” nie sposób było specjalnie do czego się przyczepić. Oczywiście w porównaniu do ostatnio recenzowanych przez nas na łamach SoundRebels integry Passa INT-250, czy dzielonego, A-klasowego Accuphase’a czuć było, że niepozorny Niemiec jak to się ładnie mówi „chodzi w innej wadze”, ale biorąc pod uwagę jego cenę trudno oczekiwać po nim cudów. Pół żartem, pół serio ciśnie mi się w tym momencie na klawiaturę cytat „To jest miś na miarę naszych możliwości. My tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom! Mówimy: to jest nasz miś, przez nas zrobiony, i to nie jest nasze ostatnie słowo!”. Chodzi bowiem o to, że choć The Tune zaokrągla transjenty i sprawia, że akcent położony jest na czysto hedonistyczną przyjemność z odsłuchu, to zdając sobie z tego doskonale sprawę nie jesteśmy w stanie mieć o to do niego pretensji. Zarówno rozdzielczość, jak i gradacja planów są na wysoce zadawalającym poziomie, a że krawędziami dźwięków nie można się ogolić … Cóż, ten typ tak ma i już, więc albo przejdziemy z tym do porządku dziennego, albo będziemy dalej gonić króliczka rozglądając się wśród konstrukcji o zdecydowanie bardziej analitycznej proweniencji.
Jeśli jednak po całotygodniowej gonitwie od naszego, troskliwie i mozolnie budowanego systemu oczekujemy ukojenia i … pewnej dozy optymizmu, to polecam wygodnie rozsiąść się w fotelu i po poddaniu wzmacniacza kilkugodzinnej rozgrzewce posłuchać nagrań obfitujących w partie lokalne. Wcale w tym momencie nie mam na myśli cukierkowych około jazzowych plumkań, które świetnie sprawdzają się w hotelowych windach, bądź wystawach audio (z reguły ratują nie do końca przemyślane konfiguracje sprzętowe), lecz dajmy na to zadziorną „Going To Hell” The Pretty Reckless, czy mroczną i depresyjną „Abyss” Chelsea Wolfe. W obu powyższych przypadkach damskie wokale delikatnie przyobleczone zostały w dodatkową warstwę soczystej i ponętnej tkanki, tzw. ciałka, przez co może nie były już tak „strzygowate”, a więc i doznania natury estetycznej ulegały zauważalnej poprawie. Powyższe dosaturowanie zostało jednak zaaplikowane z umiarem i taktem, przez co uniknięto przesycenia „roztworu muzycznego” i oczywistego w takich przypadkach uśrednienia. Nic z tych rzeczy. Kiepskie realizacje nadal wypadały cienko jak sznurówka a dobre zachwycały od pierwszych taktów, więc o różnicowanie „kaloryczności” materiału źródłowego możemy być tym razem spokojni. Einstein nie próbuje też niejako na siłę wyciągać za uszy ewidentnych niedoróbek, choć też i niespecjalnie się nad nimi pastwi. Ot gdzieś wyparowuje zdolność kreowania trójwymiarowej sceny, całość przybiera szare i szorstkie tonacje a słuchacz średnio po dwóch – trzech utworach zazwyczaj ma już dosyć.
Nawet na jotę od powyższej charakterystyki i firmowego „sznytu” nie odbiega zaimplementowana sekcja przedwzmacniacza gramofonowego. Mocno osadzony w barwie dźwięk wydaje się wprost wymarzonym rozwiązaniem dla posiadaczy niezbyt wyrafinowanych źródeł analogowych. Lekko suchawe i jazgoczące wkładki okraszone zostaną wielce pożądaną dawka muzykalności i analogowych krągłości dając jednocześnie do zrozumienia, że może warto byłoby zainwestować w coś, co w pełni pokaże potencjał niemieckiej konstrukcji.
Integrę The Tune Einstein Audio można uznać zarówno, jako jaskółkę zwiastującą nadchodzące zmiany w utożsamianą z katowickim RCMem estetyką dźwięku, lub, co jest zdecydowanie bardziej prawdopodobnym scenariuszem umiejętne otwarcie ku osobom dopiero wkraczającym w świat zaawansowanego Hi-Fi i High-Endu. Bowiem The Tune ani nie onieśmiela aparycją, ani nie peszy zbyt wyczynowym brzmieniem. Nie jest wymagającym i czasem nawet surowym nauczycielem, lecz raczej stara się z nami zaprzyjaźnić i od pierwszych taktów pokazać, to, co w muzyce jest najpiękniejsze – emocje. Czy nie tego właśnie oczekuje po swoich systemach większość z nas? Zmęczeni po całodziennej gonitwie pragniemy, spokoju i czegoś, co nas oczaruje, uwolni od zgryzot, da wytchnienie. Wszystkie powyższe cechy znajdziecie Państwo w The Tune. Nie wierzycie? To sami posłuchajcie, bo warto.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: RCM
Cena: 27 300 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 80 W (8 Ω), 130 W (4 Ω)
Stosunek sygnał/szum:
Wejścia liniowe: > 98 dB
Phono MM: > 70 dB
Wymiary (W x S x G): 13 x 43 x 40,5 cm
Waga: 14kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000,
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i, Harmonix Hiriji „Milion”
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra; Skogrand Beethoven
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) / FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Odświeżona dwa lata temu seria Excite jest znana z zaawansowanych właściwości brzmieniowych i łatwych do wysterowania przetworników o impedancji 8 Ω, powiązanych z eleganckim, dyskretnym wzornictwem: smukłym kształtem obudów, maskownicami montowanymi na magnesach, czy nóżkami wyposażonymi w regulowane kolce, które można całkowicie schować, jeśli nie chcemy narażać podłogi na porysowanie.
Dwa nowe modele Excite to jednak przede wszystkim krok w stronę tradycyjnej dla Dynaudio niskiej impedancji znamionowej 4 Ω, dużych średnic cewek nisko-średniotonowych oraz ponadprzeciętnych zdolności w dziedzinie basu i dynamiki. Zastosowano w nich m. in. zapożyczone z wyższych serii 27-mm kopułki wysokotonowe z tłumieniem Precision Coating, magnesy głośników nisko-średnotonowych z serii Esotec+, poprawione okablowanie wewnętrzne z miedzi OFC, zwrócono także szczególną uwagę na jak najmniejszą zmienność charakterystyk przetwarzania w płaszczyźnie poziomej i pionowej.
X18 i X44 dostępne będą w takich samych kolorach: rosewood, walnut i satin black z czarnymi maskownicami oraz satin white z maskownicami szarymi. Opcjonalnie można także zamówić maskownice w kolorze białym.
Ceny detaliczne:
Excite X18: 5 890 PLN
Excite X44: 17 490 PLN
Dostępność: druga połowa grudnia 2015 r.
Excite X44 plasuje się na pozycji flagowego modelu serii Excite, spychając X38 na drugą pozycję. X44 są jeszcze potężniejsze i charakteryzują się wręcz monstrualnym zejściem basu (27 Hz / -3 dB), które przekłada się na doskonałą dynamikę. Klarowność dźwięku jest natomiast zasługą 27-mm kopułki i 14-cm średniotonowca znanego ze znacznie droższych, aktywnych Focusów XD 600.
Cechy:
• Nowo opracowany głośnik niskotonowy 20W75 MSP Esotec+, w podwójnej konfiguracji
• 140-mm głośnik średniotonowy MSP
• Trójdrożna konstrukcja bass-reflex
Specyfikacja:
Efektywność: 89 dB
Wytrzymałość mocowa (IEC): > 250 W
Impedancja nominalna: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: (+/-3 dB): 27 Hz – 23 kHz
Waga: 29.9 kg (sztuka)
Wymiary (S x W x G): 226 x 1210 x 344 mm
Excite X18 to spełnienie marzeń tych, którym w nowej serii Excite dotychczas brakowało dużych, pełnopasmowych monitorów, przeznaczonych do pomieszczeń średniej wielkości. X18 są nawiązaniem do wycofanych starszych X16, jednakże w całkiem nowej postaci, bo z mid-wooferem korzystającym z rozwiązań droższej serii Focus.
Cechy:
• Głośnik nisko-średniotonowy 17W75 MSP Esotec+, z aluminiową cewką i kaptonowym karkasem
• Dwudrożna konstrukcja bass-reflex
Specyfikacja:
Efektywność: 86 dB
Wytrzymałość mocowa (IEC): > 175 W
Impedancja nominalna: 4 Ω
Pasmo przenoszenia: (+/-3 dB): 44 Hz – 23 kHz
Waga: 7.5 kg (sztuka)
Wymiary (S x W x G): 190 x 320 x 280 mm
Dystrybucja: Nautilus
Skoro pojawiliśmy się w Studiu U22 w środę zamiast w czwartek to logicznym wydaje się, że powinniśmy mieć do czynienia z plikami a dokładnie streamingiem spod szyldu Tidala. Podział jest jasny – cyfrowe środy, winylowe czwartki. Tym razem jednak miało być inaczej. Ba, diametralnie inaczej. Co prawda patronem nadal był Tidal, lecz zamiast plików pojawili się żywi artyści. Tzn. nie dziwi fakt, iż przybyli byli żywi, bo całe szczęście jeszcze nikt nie wpadł na dość makabryczny pomysł obwożenia zmumifikowanych kompanów po świecie a jedynie, że zamiast audiofilskiego ołtarzyka załapaliśmy się na kameralny mini koncert. Brzmi świetnie, nieprawdaż? Teoretycznie tak, choć gwiazda wieczoru – zespół LemOn był dla nas taką samą niewiadomą jak dajmy na to undergroundowa scena rave w Korei Północnej. Co prawda mój nastoletni pierworodny coś tam mi zawzięcie tłumaczył, ale niewiele zdziałał, gdyż telewizji od kilku lat nie oglądam a i radia słucham w zdecydowanie cięższych klimatach, więc pojechałem niejako zupełnie niezorientowany nastawiając się na tzw. spontan.
Tematyka koncertu wydawała się całe szczęście dość bezpieczna – promocja najnowszego albumu „Etiuda Zimowa”, wyraźnie wskazywała na około kolędowy i refleksyjny nastrój. Moje przypuszczenia utwierdził wystrój Studia U22, oraz suto zastawiony stół z cudownie polepszającym samopoczucie ponczem. Jednak wraz z upływającym czasem robiło się coraz gwarniej i tłoczniej, by na moment przed planowaną godziną rozpoczęcia do sali „odsłuchowej” praktycznie nie dało się wejść. W dodatku większość publiczności stanowiły przedstawicielki płci pięknej a wśród męskiej mniejszości można było wyłuskać … celebrytów. O zajęciu miejsc siedzących można było co najwyżej pomarzyć a kiedy na wygospodarowaną przestrzeń sceniczną wkroczył Igor Herbut z zespołem fani tłoku w środkach komunikacji miejskiej poczuli się z pewnością jak w siódmym niebie. Atmosferę dodatkowo podgrzewał generator dymu.
Entourage chłopaków z LemOn utrzymany w stylistyce zbliżonej do lansowanego nie tak dawno nurtu emo-drwali budził co prawda na początku moje obawy, jednak już po pierwszych zagranych przez nich taktach i kilku zaśpiewanych frazach równie dobrze mogliby występować w tradycyjnych strojach ludowych Fidżi. Serio. Po prostu od pierwszej nuty wszystko spięło się w sensowną całość. Pomiędzy zespołem a publicznością czuć było niezwykle silną więź emocjonalną. Nie było nic w stylu my jesteśmy tu, oni są tam … Nie, nie tam gdzie dawniej stało ZOMO, choć nieopodal – na Wiejskiej działy się naprawdę dziwne rzeczy. Generalnie chodzi o to, że nie sposób było wyczuć jakiegoś dystansu, gwiazdorzenia i czasem spotykanej „sodówki”. Chłopaki dawali z siebie wszystko a publiczność reagowała z właściwą, szczerą i niewymuszoną żywiołowością. Jak to niezwykle trafnie ujął Piotr Welc – gospodarz tego całego zamieszania – „czuć było magię” i może brzmi to dość patetycznie, to tak właśnie było. Nastrojowo, nostalgicznie, ale jakoś tak rodzinnie, choć może lepiej byłoby napisać jak wśród starych i dobrych znajomych, gdyż przyjaciół wybieramy sobie sami a z rodziną … czasem różnie bywa. W dodatku rozbrajająca szczerość Igora w przerwach między utworami potrafiła zjednać mu nawet największych oponentów i jeszcze ten jego niesamowity wokal. Zero forsowania, popisów – po prostu chłopak śpiewał prosto z serducha, całym sobą i robił to tak, że ciary po plecach przechodziły.
Duże słowa uznania należą się również dźwiękowcom, którzy nie próbowali ogłuszyć zgromadzonej publiki i pomimo dość ekstremalnych warunków pracy spokojnie można uznać, że doznania soniczne serwowane podczas środowego wieczoru mogły wpędzić w głęboką depresję niejeden high-endowy system.
Serdecznie dziękując za gościnę już teraz możemy pół oficjalnie zapowiedzieć, że równiez za tydzień w U22 będzie ciekawie, bardzo ciekawie …
Marcin Olszewski
Gryphon Diablo jest jednym z najpopularniejszych, o ile nie najpopularniejszym high-endowym wzmacniaczem zintegrowanym wszechczasów. Jego sprzedaż liczona w tysiącach sztuk i praktycznie całkowita niedostępność na rynku wtórnym jest potwierdzeniem ekstremalnej lojalności użytkowników Diablo. Teraz Gryphon uczynił miejsce dla modelu Gryphon Diablo 300, udoskonalonej pod każdym względem konstrukcji, która przekonuje jeszcze większą mocą, jeszcze czystszym dźwiękiem i możliwością wzbogacenia urządzenia o przedwzmacniacz gramofonowy i przetwornik C/A
Podczas projektowania Diablo 300 inżynierowie Gryphona mieli komfort i możliwość wykorzystania komponentów i technologicznych rozwiązań, które opracowane zostały na potrzeby niezwykle chwalonego przedwzmacniacza Gryphon Pandora i końcówki mocy Mephisto. W konsekwencji projektanci zbliżyli swój wzmacniacz zintegrowany do poziomu doskonałości zarezerwowanego dotychczas dla dzielonej konstrukcji.
Duńscy inżynierowie sięgnęli po rozwiązania, które gwarantują absolutną czystość i naturalność dźwięku. Przejrzysta, w pełni zbalansowana topologia tłumika głośności wykorzystuje dwa wejścia zbalansowane. W przeciwieństwie do większości stosowanych układów ze stałą regulacją głośności, które zazwyczaj opierają się na dziesiątkach rezystorów w torze sygnałowym, Diablo 300 wykorzystuje nie więcej niż dwa dla danego poziomu. Szerokie pasmo przenoszenia Diablo 300 rozciąga się od 0,5 Hz do 350 kHz, a ogromna moc wyjściowa urządzenia, 300 W (8 Ω), stanowi 25-procentowy wzrost w porównaniu z modelem Diablo. Ekstremalna wydajność prądowa Diablo 300 pozwala podwoić moc wyjściową do 600 W przy 4 Ω i potężnych 950 W przy 2 Ω. Liczby te potwierdzają, że Gryphon Diablo 300 z łatwością będzie współpracował z nawet najbardziej wymagającymi kolumnami głośnikowymi.
Gryphon Diablo 300 jest konstrukcją, która pozwala w prosty sposób rozszerzyć funkcjonalność urządzenia. W chwili zakupu, albo w późniejszym okresie, użytkownik może rozbudować swój egzemplarz o specjalnie zaprojektowany moduł przetwornika C/A PCM/DSD oraz przedwzmacniacz gramofonowy. Pierwszy z układów wykorzystuje rozwiązanie zastosowane w wielokrotnie nagradzanym modelu Gryphon Kalliope. Opcjonalny moduł wzbogaca Diablo 300 o pięć cyfrowych wejść (USB, zbalansowane AES 115 Ω, optyczne i dwa S/PDIF 75 Ω). Złącze USB obsługuje pliki PCM (aż do 384 kHz/32 bitów) oraz DSD (Windows OS aż do DSD512, Mac OS aż do DSD128, Linux OS do DSD128 DoP). Pozostałe cyfrowe wejścia obsługują format PCM aż do 192 kHz/24 bitów. Przedwzmacniacz gramofonowy to ukłon w stronę entuzjastów, którzy chcą kontynuować swoją przygodę z analogową muzyką zapisaną w rowkach płyt winylowych. Moduł przedwzmacniacza obsługuje zarówno wkładki MM, jak i MC.
Diablo 300 może pochwalić się zapasem mocy gromadzonym w kondensatorach o pojemności 68 000 µF. Do efektywnego tłumienia zakłóceń urządzenie wykorzystuje indywidualne stabilizatory dla zasilania lokalnych układów niskonapięciowych w odróżnieniu od Diablo, w którym zastosowano układy wykorzystujące jedynie diody Zenera. Ze względu na to, że najnowsza konstrukcja pracuje bez ujemnego sprzężenia zwrotnego, Gryphon Diablo 300 pozbawiony jest wewnętrznego opóźnienia czasowego, spowodowanego przez przesyłanie sygnału wyjściowego do wejścia poprzez pętlę porównawczą i skutkującego zniekształceniem intermodulacyjnym pomiędzy przesunięciem sygnałów w czasie.
Zasilanie dla różnych stopni wzmocnienia wykorzystuje wyłącznie polipropylenowe kondensatory sprzęgające, które pracują równolegle z wysokiej klasy kondensatorami elektrolitycznymi. Aby rozproszyć ciepło generowane przez mocniejszy wzmacniacz, Diablo 300 wyposażony został w radiatory o dwukrotnie większej powierzchni w porównaniu ze swoim poprzednikiem. Niezwykle wydajne radiatory zostały ciekawie wkomponowane w zewnętrzną stylistykę urządzenia, dzięki czemu wzornictwo Diablo 300 wykracza poza przeciętny, niczym nie wyróżniający się laboratoryjny styl wielu high-endowych konstrukcji.
Mimo swojego znacznego rozmiaru i wagi Gryphon Diablo 300 emanuje luksusową elegancją. To zasługa satynowego, czarnego wykończenia szczotkowanym aluminium i lśniącego panelu frontowego wykonanego z czarnego akrylu. Gryphon Diablo 300 obsługiwany jest z poziomu przedniego panelu, za pomocą dotykowych przycisków i menu programowego, które pozwala użytkownikowi spersonalizować kluczowe funkcje. Na dużym, alfanumerycznym wyświetlaczu fluorescencyjnym widoczna jest nazwa aktywnego wejścia i ustawiony poziom głośności. Źródłom wejściowym można nadać własne nazwy o długości do ośmiu znaków. Wszystkie funkcje dostępne są również z poziomu pilota zdalnego sterowania, wyglądem przypominającym magiczną różdżkę. Atutem modelu Diablo 300 jest także możliwość zaktualizowania oprogramowania.
Gryphon Diablo 300 sprawdza się również w systemach kina domowego. Urządzenie wyposażone jest w pełnozakresowe wyjście dla subwoofera, co pozwala wykorzystywać wzmacniacz w konfiguracji kina domowego bez pogarszania wydajności stereo. Przepustowość AV pozwala wzmacniaczowi dostarczać sygnał do dwóch głównych kanałów bez potrzeby przełączania przewodów lub ponownego kalibrowania systemu w przypadku przełączania pomiędzy pracą w trybie stereo i wielokanałowym. Diablo 300 umożliwia automatyczne dopasowanie poziomu wejścia, aby chronić uszy użytkownika i sprzęt podczas przełączania pomiędzy źródłami o różnych poziomach wyjściowych. Dalszą ochronę zapewnia możliwość ustawienia (w menu) stałego poziomu początkowego i stałego poziomu maksymalnego. Inteligentny, nieinwazyjny system ochronny nieustannie monitoruje stan pracy i w przypadku nieoczekiwanych problemów szybko i bezpiecznie wyłącza urządzenie.
Wzmacniacz zintegrowany Gryphon Diablo 300 wyposażony jest w przygotowane specjalnie dla Gryphona zaciski głośnikowe, obsługujące gołe przewody, widełki i banany, a także w wejścia i wyjścia 12 V, umożliwiające integrację z domową automatyką.
Gryphon Diablo 300 już jest dostępny w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna urządzenia wynosi 53 999 zł. Wersja z przetwornikiem C/A i przedwzmacniaczem gramofonowym kosztuje 81 599 zł.
Dystrybucja: Audio Klan
RAFKO Dystrybucja, wyłączny przedstawiciel Musical Fidelity na Polskę wprowadza do sprzedaży nowy element systemu MX – w pełni zbalansowany przedwzmacniacz gramofonowy MM/MC, który wyróżnia się kombinacją niespotykanych funkcji.
Musical Fidelity MX-VYNL to w pełni zbalansowany, niezwykle uniwersalny przedwzmacniacz gramofonowy z półki pretendującej do wejściowego hi-endu. Aby nie być w tej kwestii gołosłownym, producent zastosował w MX-VYNL architekturę obwodów używaną dotychczas w serii Nu-Vista! Urządzenie jest przystosowane do współpracy z praktycznie każdą wkładką gramofonową typu MM i MC. Obok tradycyjnych złącz RCA Musical Fidelity wyposażył nowy produkt w swoją specjalność – w pełni zbalansowane złącza XLR.
MX-VYNL jest owocem wieloletniego doświadczenia brytyjskiej firmy, której założyciel i prezes, Anthony Michaelson, nie kryje swojej pasji do analogowego brzmienia. Przedwzmacniacz oferuje najszersze w swojej cenie możliwości współpracy z wkładkami gramofonowymi. Duży potencjometr umieszczony po prawej stronie służy do wyboru wielkości impedancji w przypadku wkładek MC oraz impedancji dla wkładek MM. W przeciwieństwie do wielu konkurencyjnych urządzeń MX-VYNL pozwala na wygodną regulację tych ustawień – nawet podczas odsłuchu! Dzięki temu można niemal dowolnie eksperymentować w poszukiwaniu optymalnego brzmienia swojego zestawu.
Urządzenie korzysta również z regulacji RIAA, która pozwala na osiągnięcie wyjątkowo precyzyjnych wyników przenoszenia nawet do 80kHz. Tak wysoki poziom może brzmieć nierealnie, ale szerokie spektrum korekcji umożliwia jednocześnie jak najlepsze dostrojenie częstotliwości powyżej 20kHz. Wyjątkowo niski poziom szumów, rewelacyjna separacja kanałów oraz bardzo duża tolerancja napięciowa sprawiają, że jest to świetny partner dla nawet najbardziej wymagających wkładek, zdolny swoim brzmieniem usatysfakcjonować najbardziej wymagających koneserów analogowego brzmienia.
Cena:
Musical Fidelity MX-VYNL – 3995 PLN
Dystrybucja: Rafko
10 lat – tyle dokładnie kazała sobie czekać żywa legenda analogowego brzmienia -firma Nottingham Analogue Studio, na wznowienie produkcji jednego z najlepszych, budżetowych gramofonów w historii audiofilizmu – modelu HORIZON.
Gdy Nottingham Analogue wiele lat temu wprowadzał na rynek model HORIZON, nikt w firmie nie spodziewał się tak wspaniałego przyjęcia przez prasę branżową i konsumentów, które przełożyło się na setki zamówionych jednostek już w pierwszym roku jego istnienia. Była to sytuacja niespotykana w tej kilkuosobowej, brytyjskiej manufakturze, która wtenczas nie była w stanie realizować tak wielkich zamówień. Obawiano się, że zwiększenie poziomu produkcji źle wpłynie na jakość produktów. Ostatecznie HORIZON został skreślony z listy dostępnych modeli… Aż do teraz!
Siła gramofonu Nottingham HORIZON tkwi w jego prostocie i idealnej jakości wykonania. Niewielki, zintegrowany z plintą silnik przekazuje z pomocą paska na ciężki, sześciokilowy talerz idealne 33 i 1/3 obrotów na minutę, nie przenosząc przy tym żadnych pasożytniczych drgań. Ponadto, aby w pełni wykorzystać drzemiący w konstrukcji HORIZON potencjał, firma Nottingham postanowiła wyposażyć swój podstawowy model w dedykowany podest, który w większości przypadków eliminuje potrzebę stosowania zaawansowanych platform antywibracyjnych. Żaden inny producent nie zdecydował się na takie rozwiązanie w tym przedziale cenowym.
Reedycja gramofonu Nottingham HORIZON będzie dostępna w sprzedaży wraz z oryginalnym, 10-cio calowym ramieniem INTERSPACE.
Cena: 6890 PLN (w cenę wliczona jest podstawa antywibracyjna)
Dystrybucja: MEDIAM Sp. z o.o.
Na naszym rynku wkrótce pojawi się przedwzmacniacz gramofonowy Trilogy 906. Będzie on w sprzedaży od grudnia 2015 w cenie 5.490 złotych. Producent starał się w modelu 906 wykorzystać jak nawięcej rozwiązań technicznych z droższego przedwzmacniacza gramofonowego Trilogy 907. Zachowane zostało techniczne pokrewieństwo, ale 906-ka jest znacznie tańsza. Projektant – Nic Poulson drobiazgowo dobrał wszystkie podzespoły i przeanalizował wszystkie układy pod kątem optymalizacji jakości dźwięku. 906 nie ma w torze żadnych tanich scalonych wzmacniaczy operacyjnych. Stopnie wzmacniające są w pełni dyskretne i pracują w klasie A single ended. Zastosowano aktywne źródła prądowe i kaskodowe układy wzmacniające bez globalnego sprzężenia zwrotnego.
906 obsługuje zarówno wkładki MM i MC. Jest też możliwość dopasowania impedancji wejściowej do wkładki. Do ustawienia wzmocnienia oraz impedancji służą przełączniki umieszczone na spodzie urządzenia. Do wyboru jest sześć wartości rezystancji (od 70Ω do 47kΩ) oraz cztery wartości pojemności (od 100 do 420 pF). Wmocnienie może mieć wartość 40dB lub 60dB. Do dyspozycji jest para wejść i wyjść RCA.
Wzmacniacz ma szerokie pasmo i niskie zniekształcenia. Krzywa korekcyjna RIAA jest zrealizowana przy pomocy układu zbudowanego z precyzyjnych elementów pasywnych. DC servo eliminuje potrzebę wykorzystania wyjściowych kondensatorów o dużej pojemności. Zasilacz liniowy o niskim poziomie szumów ma solidny transformator i wysokiej jakości kondensatory. Napięcia zasilające są stabilizowane bez użycia tanich układów scalonych.
906 jest produkowany ręcznie w Anglii. Standardowo wzmacniacz jest produkowany w srebrnym wykończeniu. Za dopłatą dostępne są inne wersje kolorystyczne.
Dane techniczne Trilogy 906:
Wymiary SWG …. 140 * 48 * 220 mm
Wymiary SWG …. 140 * 48 * 230 mm (z konektorami)
Masa …. 1,7 kg
Charakterystka częstotliwościowa względem krzywej RIAA …. 20-20k Hz +/- 0.25dB
Wzmocnienie …. 40dB lub 60dB
Pobór mocy …. 4W
Impedancja wyjściowa …. 150Ω
Faza … prawidłowa (nieodwrócona)
Dystrybucja: Moje Audio
Najnowsze komentarze