Sądzę, że wielu ludzi kochających muzykę, a szczególnie jej jakość i wysublimowany sposób prezentacji zgodzi się ze mną, iż żyjemy w fascynujących czasach. Jesteśmy światkami bratobójczej walki trzech formatów odczytu danych: poczynając od poczciwego – powracającego do łask analogu, poprzez broniącą się niemalże ostatkiem sił, bazującą na srebrnych krążkach 16 bitową cyfrę w wydaniu CD której koniec uparcie wieszczą z roku na rok, po strumieniowe odtwarzacze gęstych plików. Jeśli ktoś nie jest zbyt ortodoksyjny w swoich wyborach, to z każdym z wymienionych nośników będzie eksplorował nieprzebrane pokłady przyjemności podczas słuchania owoców pracy artystów z działu potocznie zwanego muzyką, potrafiąc pogodzić je między sobą wygospodarowując w swojej mekce audiofila dla każdego osobny „ołtarzyk”. I właśnie do takiej – eklektycznie usposobionej publiki kieruję niniejszy tekst. Oczywiście zapraszam do lektury również zagorzałych fanatyków poszczególnych odłamów przetwarzania informacji, ale biorąc pod uwagę bohaterkę testu – wkładkę gramofonową, raczej powinni pochodzić z obozu gramofoniarzy. Jest ich spora, mocno zaznaczająca swój byt na różnych forach internetowych grupa i chwała im za to, że propagują ten dawny format. Niestety często ich bezwzględny pociąg do analogu powoduje bardzo prozaiczny powód, jakim jest brak możliwości zestawienia odpowiedniej jakości toru cyfrowego. Ja, jeśli mam wybór, włączam zazwyczaj czarne placki, gdyż naprawdę mają coś takiego w swej archaicznej naturze, że tak odtwarzany materiał przyswajam zdecydowanie chętniej. Ale nigdy, powtarzam, nigdy nie skreśliłbym czytników bitów (w żadnej odsłonie), gdyż zanim doszedłem do wysokiej jakości winylu, skompletowałem zestaw zero-jedynkowy, który jak na razie jest jeszcze o pół kroku przed asfaltem, a w obydwu wszedłem już na przysłowiowy pułap stratosfery cenowej. W każdym teście produktu związanego z zamianą sygnału z wibrującej igły na dźwięk , powtarzam swoje stanowisko jak mantrę i nie zamierzam przestać: „Mimo, że wolę gramofon jako napęd, nie wyobrażam sobie braku źródła cyfrowego. Koniec kropka”.
Ale wystarczy krzewienia wiary wśród zatwardziałych innowierców, czas wracać na ziemię. Ktokolwiek, nawet pobieżnie, ”liznął” techniki analogowej zdaje sobie sprawę, jak złożony pod względem wzajemnego oddziaływania poszczególnych składowych jest gramofon. To teoretycznie proste urządzenie: napęd, ramię i wkładka, ale ilość niezbędnych do uzyskania synergii kombinacji jest tak wielka, że nawet drobna niedokładność kalibracji, czy złe dobranie cartridge’a do ramienia pod względem częstotliwości rezonansowej, może „położyć” nawet najdroższe komponenty. Odpowiednie dopasowanie wszystkiego jest sztuką, ale jeśli uda nam się jej dokonać, świat już nigdy nie będzie taki sam. Oczywiście można zmontować na „pałę” niezbędne elementy i takie źródło też wyda z siebie jakieś dźwięki, ale to raczej będą tylko dźwięki, a nie mogąca zaczarować nas muzyka. Dlatego początkujący adepci sztuki drapania winylu po własnoręcznym doborze, ustawieniu i wyregulowaniu konstrukcji, powinni skontaktować się z kimś bardziej doświadczonym w tej materii, celem kontroli własnych poczynań. Ja wiem, że to są koszty, ale źle ustawiony gramofon, oprócz marnej jakości grania, może niszczyć drogocenne egzemplarze z naszej płytoteki. Lojalnie ostrzegam.
Dzisiejszy test z dziedziny analogu zawdzięczam wprowadzaniu na nasz rynek znanej wielu melomanom na świecie angielskiej marki AEC London. Swój byt w kraju nad Wisłą Anglicy zawdzięczają dystrybutorowi kilku innych marek wkładek gramofonowych, wyspecjalizowanemu w tej materii katowickiemu RCM-owi. Aby rozwiać jakiekolwiek przypuszczenia mojej niekompetencji w ustawianiu gramofonu, dostarczony do weryfikacji wyrób wspomnianej manufaktury pod postacią C91E POD, zamontował i wyregulował wysłannik z Górnego Śląska (pracownik salonu). Niewielka, rodem z Jamesa Bonda walizeczka, z dziesiątkami niezbędnych narzędzi i szpargałów potrzebnych do kontroli poszczególnych wartości kalibracyjnych, godzinka garbienia się w mało komfortowych warunkach nad stolikiem z gramofonem i mogłem przystąpić do wygrzewania nowoprzybyłej z wysp będących kolebką futbolu wkładki.
Z uwagi na swoje niewielkie rozmiary te nieduże głowice śledzące głębokość rowków na płycie winylowej, często traktowane są przez producentów jak wyroby jubilerskie i oprócz zapakowania w podobne do pierścionkowego „puzdereczka”, starają się zrobić z nich dzieła sztuki. Obudowy z egzotycznych gatunków drzew, czy kosmicznych materiałów niemagnetycznych, w połączeniu z nietuzinkową bryłą i kolorystyką, niejednemu nabywcy tak zapierają dech w piersi, że często kupuje to cudo oczami, a nie uszami. W ten sposób do tego tematu podchodzi większość firm zajmujących się ich produkcją, ale nie tytułowa manufaktura. Tutaj nie zobaczymy zbędnych fajerwerków, tylko proste i solidne, w pełni spełniające swoje zadanie, skrywające patenty konstrukcyjne obudowy. Goszcząca u mnie London C91E POD była czymś w rodzaju bolidu F1, który tnąc powietrze zaostrzonym w kształcie klina frontem, prawie przylegał do ziemi, zostawiając minimalny prześwit od podłoża. Z góry wydawało się, że wkładka przy mocno pofalowanych płytach będzie tarła o nie swoją błyszczącą, srebrną obudową, ale od razu uspokajam, że oprócz uczty skrobania dużej czarnej, nic podobnego nie miało miejsca. Wszystkie modele produkowane przez Anglików, to wysoko-poziomowe odmiany MC ze szlifem eliptycznym. Mają nietypowy sposób zawieszenia igły, gdyż nie posiadając typowego punktu podparcia, jest przymocowana do namagnesowanej folii przechodzącej przez środek cewki. Konstruktorzy London’a twierdzą, że dzięki takiej konstrukcji wspomniany układ przekazuje zdecydowanie większą ilość informacji od typowego zawieszenia. Dodatkowo zamontowany na moim napędzie model o specyfikacji „POD”, jest opcjonalną odmianą, która dostała dodatkowy aluminiowy element, poprawiający sztywność obudowy i ciężar własny wkładki. Jak można wywnioskować z opisu, dostałem full opcję z danego pułapu cenowego, a co to oznacza, z ochotą wyłożę w przystępny sposób.
W swej drodze winylomaniaka słuchałem wiele udanych zestawów opartych o czarną płytę, ale większość na wyjeździe, co niestety nie jest do końca miarodajnym, pozwalającym wydawać kategoryczne opinie doświadczeniem. Oczywiście w wartościach bezwzględnych było to dobre granie, ale nic poza tym nie mogę powiedzieć. Dlatego z miłą chęcią przystałem na propozycję weryfikacji we własnym systemie, umiejętności czarowania jednej z angielskich wkładek AEC London. Po kilkuletnich doświadczeniach z japońskim Dynavectorem XX-2 MK II i kilku tygodniowym – co prawda na innym werku, ale u siebie – obcowaniu z teoretycznie serbską, jednak wytwarzaną również w kraju kwitnącej wiśni KUZMĄ CAR-30, miałem spory zapas spostrzeżeń do próby spozycjonowania usłyszanych efektów pracy wyspiarzy. Dlatego po montażu z miejsca przystąpiłem do „układania” czy raczej wygrzewania (wkładka to skomplikowany układ mechaniczny) dopiero co wyjętej z pudełka wkładeczki. Niestety jak to zwykle bywa, początków nie mogę zaliczyć do nirwany dźwiękowej, ale trzy tygodnie niezobowiązującej gry po 3 godziny dziennie zmieniło diametralnie jakość generowanych fal akustycznych i z przyjemnością przystąpiłem do sedna spotkania.
We wstępnych rozmowach z dystrybutorem nie omieszkałem rozpytać, o co panom z Anglii chodzi i otrzymawszy ogólne wskazówki o faworyzowaniu środka pasma (to lubię), jak to często robię, losowo sięgnąłem na półkę po czarny krążek. Na pewniaki przyjdzie jeszcze czas, tymczasem na początek strzelałem na oślep, chcąc zobaczyć, jak zamontowany cartridge sobie poradzi. Gdy wyciągnąłem płytę i przeczytałem, z czym ma się zmierzyć bohaterka testu, pomyślałem: „ale ma pecha, ja bardzo lubię blachy perkusji, które dobrze odtworzone mogą ustawić dalszą część testu, a tutaj panowie ze skromnym instrumentarium chcą zaczarować mnie tylko dwoma gitarami, kontrabasem i harmonijką”. A biorąc pod uwagę słowa właściciela RCM-u o grze środkiem, wietrzyłem ze startu niezłą porażkę. Tymczasem, ta wydana przez wytwórnię Pablo w 1982 roku koncertowa płyta Tootsa Thielemansa, Joe Passa i Nielsa Henninga, była niezwykle klarowną, napowietrzoną i stosunkowo dobrze rozdzielczą sesją live. Kontrabas nawet przez moment nie zatracił czytelności, a gdy wymagał tego zaznaczony wyraźny akord, konturowo i szalenie mięsiście pokazywał wibrującą na gryfie strunę, a właśnie o ten instrument bałem się najbardziej. Gitary i harmonijka podobnie do „nadmuchanych skrzypiec” dostały niesamowicie efektownego wysycenia, nie gubiąc przy tym nic z namacalności. Już ten pierwszy krążek, pokazał co przyświecało konstruktorom, przy projektowaniu C91E POD – gramy środkiem, dostarczając możliwie dużą ilość informacji, nie popadając przy tym w nadmuchanie tego zakresu, mogące odbić się czkawką w postaci sztuczności. Teoretycznie testowana wkładka ma taki sam szlif jak mój Dynavector XX-2 (eliptyczny), ale to całkowicie inne podejście do tematu. Aby zobrazować różnicę, określiłbym je w ten sposób: Japończyk jest zrównoważony w brzmieniu, a Anglik to fanatyk środka pasma, bez utraty najdrobniejszych danych zapisanych w rowkach płyty. Oczywiście całość przekazu przesunięta jest przez to w dół, dociążając w ten sposób wszystkie aspekty częstotliwościowe, ale nawet przy moim już lekko podbarwionym zestawieniu, nie było mowy o przekroczeniu progu racjonalności, a to już jest sztuką. Może takie walory nie wszystkim się spodobają, jednak to często warunkuje docelowy set audio, a nie same widzimisię słuchacza. Przynajmniej tak powinno być i moja przygoda dla kogoś śledzącego wcześniejsze zmagania z analogiem, powinna w jakiś sposób pomóc w podjęciu decyzji zakupowej. Muszę tylko wspomnieć, że z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli gęstością grania naładowanego informacjami, owoc pracy nawijaczy mikroskopijnych cewek z wysp brytyjskich, zbiera z krążka asfaltu dosłownie wszystko, czyli również sporą dawkę trzasków. Dla kogoś takiego jak ja, nauczonego ignorować takie artefakty (to jest automatyczne i czasem znajomi przypominają mi o tym) nie stanowi to problemu, ale dla wroga winylu z założenia będzie główną kartą przetargową w walce na formaty odczytu. Ale jak wspomniałem, obyty słuchacz usłyszawszy, co potrafi ten zestaw cewek i magnesów w małej obudowie, przejdzie nad tym do porządku dziennego, delektując się pełnią brzmienia winylu.
Zaznawszy dość przypadkowej odsłony czarnego krążka, przyszedł czas na spijanie śmietanki i tym razem na talerz powędrował master marsza żałobnego z płyty „SATCHMO plays KING OLIVER” w wydaniu singlowym na 45 obrotach i masteringu Classic Records. Głos czarnoskórego artysty był tryskającym energią wulkanem na tle mięsistych fraz trąby i wtórujących jej dęciaków. Wszystkie składowe tego utworu tworzyły tak mocno naładowany emocjami obraz, że goście, którzy dotychczas słuchali u mnie tej pozycji, nie uwierzyliby, że można lepiej, a przynajmniej gęściej i bardziej namacalnie. Taki obrót sprawy doprowadził test do decyzji dobicia pacjenta (czytaj mnie), dlatego w pełni świadom ryzyka, postanowiłem zaimplementować sobie seans z Quarteem Antonio Forcione, w jego koncertowej odsłonie. Mój najbardziej ulubiony instrument (gitara), tutaj wzorowo zdjęty na stole masteringowym, zagrał atak jak nigdy dotąd (no może z zestawem Accuphase z monoblokami A-200 było podobnie). Pudło było pełnoprawnym elementem instrumentu, a struny dostały rzadko spotykanej mięsistości brzmienia. Przy okazji tego dwupłytowego albumu mogłem ocenić nienaganną budowę sceny dźwiękowej, we wszystkich istotnych wymiarach i sposobie jej wizualizacji. Żaden pierwiastek nie odstawał od dotychczasowego wzorca (Dynavector XX-2), a od początku wychwalana średnica potęgowała przyjemność pobytu angielskiej wkładki na moim dziewięciocalowym ramieniu SME V. Nie wiem jak mentalnie odbiorę powrót do nieco „filigranowej” Japonki, ale póki co cieszę się pobytem „dosadnej” angielki, czerpiąc z tego maksimum przyjemności. W celu uzupełnienia informacji o sposobie traktowania poszczególnych pasm składowych muzycznej uczty, dodam że dociążenie środka, nie wpłynęło negatywnie na czytelność i oddech wydobywających się z kolumn fraz nutowych, a lekkie pogrubienie niskich tonów, pozytywnie wpłynęło na odtwarzanie starych tłoczeń, nie tracąc zbytnio konturowości w nowych realizacjach. To są ważne informacje, które często determinują myśl o zakupie. Nadmierne dociążenie i w efekcie zamulenie, powodujące ubogą w wybrzmienia prezentację, co na szczęście z daleka omija przybyszka z wysp, prawdopodobnie również znalazłoby kilku klientów (nadmiernie krzykliwe zestawienia). Bez chwili wahania oddaliby wiele za takie „dopalenie” dołu, ale mogę ich uspokoić, że marka London dostarczy im upragnionego nasycenia, lecz bez zbędnych uśrednień ilości informacji zapisanych na czarnym krążku. Naprawdę warto się o tym przekonać.
Po niezobowiązujących wstępnych rozmowach z dealerem, nawet przez moment nie brałem pod uwagę pozostawienia bohaterskiej C91E POD marki AEC London w swoim systemie. Jednak po tych kilku tygodniach używania, wiedząc, że moja XX-2 zaczyna wołać o ratunek (prawdopodobnie kona), mam niezły mętlik w głowie. Propozycja Anglików jest osadzona trochę w niższej tonacji niż dotychczas przeze mnie używana, ale nadal jest to bardzo czytelne i swobodne granie, które w zdecydowanej większości starych tłoczeń stojących na moich półkach, będzie raczej pomagać niż pozostawać obojętnym. Nie wiem jak to rozwiążę, na razie używam, a jak przyjdzie czas oddania, będzie bolało. Niemniej jednak, próbując określić docelowego klienta czy zestaw, w którym London może się sprawdzić, powiedziałbym, że aby ponieść porażkę, musiałby zaistnieć w naprawdę mocno osadzonym w najniższe składowe pozbawionym świeżości systemie. Z mojego przykładu można odczytać, że nawet lekko skierowany na barwę zestaw audio, bez problemu pokazuje, jak wygląda piękno analogu z testowanym posiadającym mocny rys gęstości modelem. Proszę się nie bać tej nowej u nas, ale znanej w Europie wytwórni, gdyż swój byt na rynku ugruntowali wartościami sonicznymi, a nie nowomową marketingową. I raczej powinniśmy podziękować dystrybutorowi za szeroką ofertę, a nie kurczowo trzymać się utartych szlaków wyboru komponentów napędu analogowego. Parafrazując słowa jednego z naszych polityków rzekłbym: „Panowie nie idźmy tą drogą, tylko eksperymentujmy”. Życie jest za krótkie by popaść w monotonię kroczenia wydeptanymi ścieżkami. Zmianę azymutu ułatwi wspomniany RCM z Katowic, prezentując zainteresowanemu audiofilowi ustalony wspólnymi siłami model. To nie będzie przypadek lub wypchnięcie tego co jest na magazynie (posiada całą linię), tylko konstruktywna rada dla osiągnięcia konsensusu pomiędzy oczekiwaniami klienta, a możliwościami docelowego zestawu audio. Naprawdę zachęcam.
tekst:Jacek Pazio
zdjęcia: Jacek Pazio, Marcin Olszewski
Dystrybucja: RCM
Cena: 4 650 PLN
Dane techniczne (wg. producenta):
Pasmo przenoszenia: 20 Hz-22 kHz (+/- 3 dB)
Balans między kanałami: 1 dB (1 kHz)
Separacja między kanałami: 25 dB (1 kHz)
Podatność – w poziomie: 15 x 10-6 cm/dyne
w pionie 10 x 10-6 cm/dyne
Induktancja: 130 mH (na kanał)
Rezystancja: 2000 Ω (na kanał)
Szlif igły: eliptyczny
Impedancja obciążenia: 47 kΩ (optimum 33 kΩ)
Pojemność obciążenia: 100-300 pF (optimum 220 pF)
Napięcie wyjściowe: 5 mV (5 cm/sec)
Nacisk: 1,5-2 g (optimum 1,8 g)
Masa: 8,9 g
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Salon Audio Fusic zaprasza na Analog Day – święto wszystkich miłośników analogowego brzmienia. Analog Day odbędzie się w dniu 22 marca, we Wrocławiu, w salonie audio Fusic przy ul. Bolesławieckiej 1. Wstęp wolny.
Mniej więcej tak przedstawia się plan dnia…
Premierowy pokaz najnowszego gramofonu marki Pro-Ject – Xtension 9 – odbędzie się o godz. 13. Wcześniej będzie można zapoznać się z pełną paletą produktów ProJect oraz kupić płyty, same minty w rewelacyjnych cenach oraz nowe wydawnictwa taniej niż zwykle ;-).
W tym dniu specjalne ceny na sprzęt i akcesoria. Dystrybutorzy przygotowali na ten dzień dla Państwa specjalne ceny na wszysto, co z winylem związane. Dodatkową atrakcją będzie konkurs, który będzie trwał w godzinach 11-13. Nagrody w konkursie zostaną wręczone po godzinie 15, a będą to akcesoria i gadżety związane z analogiem oczywiście.
Od godz. 14, po premierowym pokazie „dziewiątki”, będą zamiennie grały różne gramofony w sali odsłuchowej i w części otwartej naszego sklepu. W trakcie Analog Day w Fusic będzie można posłuchac i zobaczyć pełną gamę gramofonów marki Pro-Ject oraz dwa najpopularniejsze gramofony niemieckiego producenta Acoustic Solid.
W czasie prezentacji odbędą się również warsztaty gramofonowe, w trakcie których będzie można zdobyć podstawową wiedzę z zakresu kalibracji wkładki gramofonowej i ustawień gramofonu. Zainteresowane warsztatami osoby prosimy o wcześniejszą informację mailem. W przypadku dużego zainteresowania urządzimy kilka sesji warsztatów.
W razie pytań prosze o kontakt z organizatorem Analog Day: Daniel Duda, dd@fusic.pl
Przyznam, że kiedy gdzieś w okolicach półmetka stycznia dostałem na redakcyjną skrzynkę maila od Tomka Nowaka – lidera (zupełnie mi nieznanej) warszawskiej progmetalowej formacji OneIric z prośbą o rzut uchem na ich EP-kę trochę się zdziwiłem. Z reguły większe, bądź mniejsze wydawnictwa / agencje promocyjne kierują do nas zdecydowanie bardziej „cywilizowaną” ofertę repertuarową a tu proszę. Nie dość, że brzmienia niezwykle bliskie memu sercu to i kontakt z twórcą bezpośredni. W dodatku bardzo szybko okazało się, że nie ma najmniejszego problemu, bym zamiast eMP3ek, których po prostu nie tykam otrzymał soczyste i pełnokrwiste WAV’y. W końcu nie będziemy przecież się katować skompresowaną namiastką tego, w co chłopaki włożyli tyle serca i potu.
Jeśli chodzi o krótką notkę biograficzną, to nie będę tworzył historii na nowo, tylko oddam głos założycielowi:
„Zalążek OneIric powstał w lutym 2007 roku w Warszawie, jako solowy projekt Tomasza Nowaka (wokal, gitara, muzyka, teksty). W latach 2007-2009 projekt działał pod nazwą OPEN MIND, a w październiku 2009 zmienił nazwę na obecnie obowiązującą. W czerwcu 2012 roku odbyła się pierwsza próba w pełnym, pierwszym składzie – Tomasz Nowak, Emil Goldschneider (gitara basowa), Krzysztof Grygo (gitara rytmiczna i wokal pomocniczy) oraz Grzegorz Hurko (perkusja). W ciągu kilku miesięcy zespół przygotował się do zagrania kilku koncertów w Warszawie, a także do wejścia do studia w lutym 2013 roku. 1 maja 2013 zakończony został proces miksowania i masteringu debiutanckiej EPki (premiera: grudzień 2013), nagranej w składzie: Tomasz Nowak, Emil Goldschneider i Grzegorz Hurko, z gościnnym udziałem Krzysztofa Grygo. W czerwcu 2013 Krzysiek odszedł z zespołu i na kilka miesięcy zastąpił go Jakub Błażejewski.W grudniu odszedł Jakub, lecz miesiąc później w szeregi OneIric wstąpił Wiktor Jarawka, w roli gitarzysty prowadzącego. Jesienią 2014 roku ONEIRIC planuje wejść do studia, aby nagrać pierwszy, długogrający album, „Psychosis”.”
Jak widać skład zespołu przechodził dość burzliwy okres transformacji, jednak plany Panowie mają ambitne i szczerze trzymamy za nich kciuki. A teraz skupmy się na dostarczonym materiale.
Pierwsze takty rozpoczynającego album „The Agony of Life (Free of Lies)” nieodparcie nasuwały mi skojarzenia z odnoszącą coraz większe sukcesy na światowych scenach formacją Riverside. Połączenie eterycznego brzmienia gitary prowadzącej ewoluującej do ogłuszającej prog-metalowej ściany dźwięku nie jest może zbyt odkrywcze, lecz jak to się zwykło mawiać „robi klimat”. Tak samo z partiami wokalnymi – od liryki po dziki ryk. Nie sposób się nudzić i nie sposób nie podkręcać potencjometru niemalże do koncertowych poziomów głośności. A im głośniej, tym więcej, nad wyraz pozytywnych porównań. Poczynając od wspomnianych już Riversidów poprzez Dream Theater na co spokojniejszych, bardziej lirycznych utworach Paradise Lost skończywszy.
„Embrace the Dead” jest mniej zagmatwane, przynajmniej przez pierwsze trzy minuty, gdzie głownie słychać thrashowe środki artystycznego wyrazu, pewną „garażową” surowość.
„Minds Infected” to najczystsza progresja ze zgrabnymi wycieczkami zarówno w thrashowe, jak i bardziej elektroniczno-liryczne rejony. Estetyka jest bardzo zbliżona do tego co możemy znaleźć na krążkach Stone Sour, czy Propagandhi a jednocześnie nie słychać oznak wtórności.
„Burning Li[v]es” to najbardziej melodyjny utwór na opisywanej EP-ce. Ciepły, blisko podany wokal Tomka Nowaka z biegiem czasu nabiera mocy, lecz nie traci nic ze swojej melodyjności. Wtórujące mu instrumentarium tym razem zaprezentowane zostaje w postaci impresjonistycznych plam a pulsująca partii basu Emila Goldschneider’a nadaje całości intensywności i prowadzi słuchacza po linii melodycznej.
„Infernal Whispers”, niejako na zakończenie podkręca tempo i do ostatnich dźwięków nie pozwala się nudzić. Jest alternatywnie, thrashowo i dynamicznie, przy czym wokal nie ginie w całej ten instrumentalnej zawierusze.
Pod względem brzmieniowym dostarczony do odsłuchu materiał oceniam na mocną czwórkę. Może jest to może szczyt audiofilskości i rozdzielczości, jaki można od czasu do czasu wyłowić w muzycznych odmętach, ale bądźmy uczciwi – nie od razu Kraków zbudowano i w końcu premierę pełnowymiarowego albumy OneIric zapowiedzieli dopiero na jesień b.r. A jak na na EPkę to jest po prostu dobrze. Brak zauważalnej kompresji, czy problemów z czytelnością poszczególnych partii instrumentalnych plus sugestywne wypchnięcie wokalu działają jedynie na plus. Zyskuje na tym komunikatywność przekazu, można mówić o zauważalnej gradacji planów a co najważniejsze, nawet przy mało cywilizowanych poziomach głośności wszystko jest na swoim miejscu. Nie słychać szyć, sklejek i różnic natury estetycznej i jakościowej pomiędzy poszczególnymi utworami, dzięki czemu EPke odbiera się jako całość, a nie zlepek przypadkowych, nagrywanych nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie utworów.
EPka „OneIric” to kawał porządnego prog-roka, który ma szansę zjednać sobie spore grono zwolenników, Nie próbuje na siłę szukać udziwnień i silić się na niczym niepodyktowaną indywidualność. Panowie wiedzą co robią i robią to dobrze, a że wpisują się w wartki nurt mainstreamu to tym lepiej, bo dzięki temu mogą koncertować ze zdecydowanie bardziej popularnymi (przynajmniej na razie) formacjami jak np. Tides From Nebula i dzięki temu prezentować się coraz szerszej publiczności.
Marcin Olszewski
http://www.facebook.com/OneiricOfficial
http://www.soundcloud.com/oneiric_poland
Utwory:
1. Agony of Life (Free of Lies) – 10:18
2. Embrace the Dead – 5:01
3. Minds Infected – 5:38
4. Burning Li[v]es – 5:10
5. Infernal Whispers – 9:56
Muzyka i teksty – Tomasz Nowak
Produkcja – Tomasz Nowak i Tomasz Korczak
Mix i mastering – Tomasz Korczak
Skład:
Tomasz Nowak – gitara elektryczna i akustyczna, wokal
Emil Goldschneider – gitara basowa
Grzegorz Hurko – perkusja
Gościnnie: Krzysztof Grygo – gitara rytmiczna i wokal pomocniczy w “Burning Li[v]es”
Opinia 1
Pomimo niewielkiej skali produkcji i wybitnie DIY’owego rodowodu marka Teddy Pardo, której nazwa pochodzi od imienia i nazwiska założyciela jest w polskich kręgach Hi-Fi nie tylko bardzo dobrze znana i rozpoznawalna, ale co nie jest wcale takie oczywiste, szanowana i polecana. Co prawda do tej pory głównym powodem takiego stanu rzeczy były świetne, a przy tym, nawet jak na audiofilskie realia i średnie dochody w naszej ojczyźnie, nader rozsądnie wycenione zasilacze zewnętrzne. Solidnie wykonane i stanowiące bezdyskusyjny, a przy tym całkowicie bezinwazyjny, upgrade dla urządzeń wyposażonych w coraz popularniejsze i niestety podłe wtyczkowe zasilacze, izraelskie „czarne skrzynki” ugruntowały rynkową pozycję Teddy’ego i pozwoliły na stopniowe rozszerzanie asortymentu.
Pierwszym zwiastunem nadchodzących zmian był wielokrotnie słuchany przeze mnie w zaprzyjaźnionym systemie TeddyDAC. Niewielkie, skromnych gabarytów i o równie skromnym designie minimalistyczne urządzenie urzekało ponadprzeciętną, iście analogową muzykalnością jakże sprzeczną z wszechobecną modą na hiperdetaliczną, laboratoryjna analityczność podobnie wycenionych konkurentów. Czuć było, że Teddy starał się dążyć do jak największej wierności oryginałowi, czyli muzyce, nie poprzez epatowanie miliardami mikrodetali, lecz poprzez jak najnaturalniejsze oddanie klimatu, nastroju wydarzenia, do rangi którego był sprowadzany każdy, przepuszczany przez niego (DACa, nie Teddy’ego) utwór. Na pierwszy plan wysuwały się emocje, barwa i faktura a dopiero potem szły kontury i wszelkiego rodzaju ozdobniki wraz z iście audiofilskimi smaczkami.
W międzyczasie, czyli lekko licząc w przeciągu ostatnich dwóch lat, portfolio Teddy’ego wzbogaciło się nie tylko o wspomniany przetwornik, i to w trzech wersjach (Teddy DAC, TeddyDAC-VC, TeddyDAC-USB), ale również o zintegrowane i dzielone wzmacniacze, plus kilka niepozornych kabelków. Mając zatem w pamięci zdecydowanie pozytywne wspomnienia z odsłuchów izraelskiego przetwornika, gdy tylko dowiedziałem się, że Markowi udało się ściągnąć do Polski dzieloną amplifikację w postaci dwupudełkowego przedwzmacniacza TeddyPre PR1 i stereofonicznej końcówki mocy TeddyAmp ST60 grzecznie ustawiłem się w kolejce chętnych do odsłuchu.
Kiedy nadeszła moja kolej odebrałem trzy dość niewielkich rozmiarów kartonowe pudełka, z których dwa z ledwością mogłyby pomieścić dziecięce i to naprawdę niewielkie obuwie, a jedno – „największe” czółenka, ewentualnie szpilki rozmiar 36. Waga też nie porażała i całość spokojnie można było nieść w jednym ręku. Czyżbyśmy właśnie stawali się świadkami narodzin kolejnej mody na miniaturyzację? Prawdę powiedziawszy nie mam bladego pojęcia, ale dokładając do kompletu dedykowanego DACa i zabierając ze sobą na wakacyjny wyjazd, laptopa i niewielkie monitorki (np. Trenner & Friedl ART) można się cieszyć naprawdę wysokiej klasy dźwiękiem poza domowymi pieleszami. Wróćmy do meritum.
Jednak pozwolę sobie jeszcze na małą dygresję, bądź jak kto woli wskazówkę. Jeśli już na wstępie przejdziemy do porządku dziennego nad generalnie rzecz ujmując nieabsorbującymi rozmiarami testowanego zestawu będzie po pierwsze łatwiej a po drugie sprawiedliwej. Czemu? Ponieważ … a nie, to wyjaśnię za chwile. Najpierw kilka zdań o wyglądzie zewnętrznym i funkcjonalności.
Tak jak już zdążyłem wspomnieć TeddyPre PR1 to dwa, przyobleczone w lakierowane na czarno niewielkie zunifikowane, OEMowe obudowy moduły, z których jeden pełni rolę centrum dowodzenia a drugi jest zewnętrznym zasilaczem. Połączenie między nimi zapewnia wielopinowy, solidny przewód. Na grubych aluminiowych frontach panuje minimalizm i ergonomia. W zasilaczu ograniczono się jedynie do szmaragdowej, centralnie umieszczonej diody i logo producenta a w przedwzmacniaczu po obu stronach pary diod wskazujących stan pracy/wyciszenie umieszczono po gałce – z lewej do regulacji siły głosu i z prawej, służącej do wyboru źródła. Zestaw uzupełnia prosty pilot zdalnego sterowania.
Ściany tylne również wyposażono adekwatnie do pełnionej funkcji – na „plecach” zasilacza znajduje się jedynie zintegrowane z bezpiecznikiem i włącznikiem gniazdo sieciowe IEC, oraz wielopinowe gniazdo dedykowane firmowemu przewodowi spinającemu ww. moduł z modułem przedwzmacniacza. Widok panelu tylnego odpowiedzialnej za pracę z sygnałem audio „czarnej skrzynki” wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony na pewno warto pochwalić firmowe gniazda WBT NextGen i porządek panujący na wykorzystanej do granic możliwości niewielkiej powierzchni, jednak z drugiej minimalizm minimalizmem, ale jakiś, nawet najbardziej szczątkowy opis delikatnie mówiąc byłby mile widziany. Już wyjaśniam o co mi chodzi. Zakładając, że użytkownik – będąc wytrawnym audiofilem swobodnie i pewnie poruszającym się w nieraz mętnych wodach Hi-Fi, lekturą dołączonej instrukcji się nie zhańbi może dojść do sytuacji, w której na końcówkę podane zostanie pełne wzmocnienie. O ile przeznaczenia gniazda zasilającego i znajdującej się w jego bezpośrednim pobliżu pary wyjść RCA trudno poprawnie nie zidentyfikować już po pierwszym rzucie oka, to już z pozostałymi tak różowo już nie jest. W końcu do dyspozycji dostajemy cztery pary wejść liniowych i jedną parę na zewnętrzny procesor dźwięku. Dla ułatwienia i uspokojenia własnego sumienia, choć to płonne nadzieje, gdyż jeśli ktoś nie czyta instrukcji to i niniejszego tekstu może też nie przeczytać, wspomniana, dedykowana integracji systemu stereo z kinem domowym para gniazd znajduje się tuż przy wyjściach na końcówkę. Warto zatem w przypadku braku planów korzystania z nich zaopatrzyć się w stosowne zaślepki (Acoustic Revive, Sevenrods, Telos) gwarantujące, iż w ferworze walki, nawet jeśli zapomnimy do czego ww. terminale służą, za rok-dwa nie wepniemy w nie dodatkowego źródła serwując sobie i posiadanym kolumnom potężny zastrzyk … adrenaliny.
Stereofoniczna końcówka mocy ST60 zasilanie ma zintegrowane, przez co po pierwsze jej waga wydaje się zdecydowanie adekwatna do pełnionej funkcji a przy okazji zyskała bardziej poważne gabaryty. Co prawda nadal nie sposób zaliczyć jej do grupy urządzeń średnich, ale usztywniona zewnętrznymi radiatorami obudowa sprawia wrażenie niemalże studyjnej solidności. Włącznik sieciowy usytuowano tuż nad gniazdem IEC a pojedyncze, solidne (WBT) terminale głośnikowe przedzielono parą wejść liniowych RCA. Może powyższy opis wydaje się potwierdzać skrajny minimalizm konstrukcji, ale proszę mi uwierzyć na słowo i uważniej przyjrzeć się zdjęciom. Tam naprawdę nie ma miejsca na cokolwiek więcej, choć podobnie, jak w przypadku PR1 z chęcią zobaczyłbym nawet szczątkowe opisy.
Zanim przejdę do opisu wrażeń nausznych poczynionych podczas blisko dwutygodniowych testów chciałbym jeszcze tylko zarysować okoliczności, w jakich przyszło zestawowi Teddy’ego w moim systemie pracować. Traf chciał, że PR1 + ST60 miały okazję spotkać się niejako twarzą w twarz z szykującą się właśnie do wyjazdu do Jacka konkurencją, czyli pre-power Jeff Rowland Corus + 625. Cóż, o różnicach w designie wypowiadać się nie będę, gdyż jak to się zwykło mawiać o gustach się nie dyskutuje, lecz już przeskok cenowy z okolic 120 000 PLN na 10 000 PLN stawiał izraelskie 2+1 w dość stresującej sytuacji. Jednak pal sześć dysproporcje cennikowe, zdecydowanie istotniejsze, przynajmniej teoretycznie, wydawały się różnice natury wydajnościowej – 625-ka Jeffa była przecież w stanie przy 8 Ω obciążeniu oddać 300 W a TeddyAmp ST60 mógł zaoferować jedynie 60 W. Gdyby owe 60 Watów pochodziło z lampy żadnych obaw bym nie miał, ale pięciokrotny spadek mocy przy, nawet mimowolnych, porównaniach dwóch konstrukcji tranzystorowych mógł być dość traumatycznym przeżyciem. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Bez dwóch zdań, dość radykalny powrót na Ziemię z reguły boli i wywołuje kilkudniową traumę. Doświadczyłem tego nie tak dawno, kiedy po odsłuchu systemu złożonego m.in. z gramofonu TechDAS Air Force One, dzielonej hybrydowej amplifikacji Thraxa i wyposażonych w diamentowe tweetery i midwoofery Gauderów Berlina RC9 musiałem sobie zrobić dłuższy urlop od własnego systemu. Biorąc zatem poprawkę na zaistniałe okoliczności przyrody wpiąłem izraelskie combo we własny system i … różnica pomiędzy poprzednią a obecną amplifikacją była oczywiście ewidentna, bezdyskusyjna i oczywista, lecz patrząc na dysproporcje cenowe zaskakująco akceptowalna.
Po pierwsze należy zwrócić uwagę na ponadprzeciętną, jak na obszary cenowe, w których się obracamy, gładkość, której prędzej spodziewać by się można po lampowej konkurencji a nie jakby nie patrzeć niepozornym tranzystorze. Nie jest to jednak gładkość uzyskana kosztem selektywności, czy rozdzielczości, lecz wynikająca z natywnego wysublimowania i dbałości o jak najbardziej zbliżoną do naturalności (niekoniecznie neutralności) barwę. Jeśli miałbym szukać analogii na rynku fonograficznym, to zestawowi Pardo jest zdecydowanie bliżej do estetyki sygnowanej logiem Tacet’a aniżeli EMI, czy Deutsche Grammophon. W skrócie chodzi o to, że choć cały czas podczas odsłuchu odczuwamy przyjemność z obcowania ze świetną muzyką, to nie mamy gdzieś z tyłu głowy myśli o tym, iż coś z przekazu możemy tracić ze względu na pewne uśrednienie, spiłowanie zbyt wybijających się ponad średnią muzycznych impulsów. Blachy z wrodzoną sobie intensywnością wibrują i lśnią poczynając od zaskakująco bezpośrednio i namacalnie podanego (w końcu to „tylko” 60W) uderzenia po naturalnie i swobodnie prowadzone wybrzmienie, wygaszenie dźwięku. W dodatku całość jest zwarta, naprężona i cały czas utrzymywana w pełnej gotowości. Takie do szpiku kości energetyczne granie patrząc przez pryzmat mocy końcówki może budzić wątpliwości co do prawidłowego ustawienia środka ciężkości, a otwarcie mówiąc rodzić obawy przed zbytnim odchudzeniem, czy osuszeniem dźwięku. Nie tym razem. O ile najniższy bas z oczywistych względów nie powoduje subsonicznych tętnień, to jednak jego kontrolę, zróżnicowanie i motorykę innym określeniem aniżeli wzorcowe opisać nie sposób. Ponadto indywidualne odczucia będą w dość istotnym stopniu zależne od podłączonych pod zestaw Pardo zespołów głośnikowych. Przykładowo – z filigranowych Trenner & Friedl ART izraelska „dzielonka” była w stanie wycisnąć więcej niż można byłoby w najśmielszych prognozach przypuszczać. Takie połączenie stawiało niemalże prawa fizyki pod znakiem zapytania oferując pełnowymiarowy, ba po prostu duży dźwięk z nieproporcjonalnie małego systemu i to bez większych uproszczeń, czy nie daj Bóg karykaturalnego napompowania jedynie konturów bez technicznej zdolności wypełnienia ich tkanką. Większość instrumentów (pominę organy, rozbudowane do granic przyzwoitości zestawy perkusyjne i kontrabas) miała zgodne z rzeczywistością, bądź sugestywnie do niej zbliżone gabaryty i gdyby nie możliwość bezpośredniego porównania z moimi dyżurnymi Gauderami spokojnie można byłoby uznać, że jest co najmniej dobrze. Jednak przesiadka na dysponujące zdecydowanie szerszym pasmem kolumny zamiast zestresować niepozorną amplifikację pozwoliła rozwinąć jej skrzydła. Zejście i masa basu jeszcze zyskały na autentyczności a znana z monitorowego odsłuchu kontrola nie pozwalała na zbytnią swobodę tego newralgicznego pasma.
Na wysokie noty zasługuje również szeroko rozumiana komunikatywność, jaką oferuje PR1+ST60 wynikająca w pierwszej kolejności z łatwości, z jaką zestaw przekazywał informacje dotyczące lokalizacji źródeł pozornych, oraz pewną rześkość, jaką charakteryzowało się całe pasmo. Zauważalne lekkie utwardzenie nadawało dźwiękowi niemalże żołnierskiej stanowczości i bezpośredniości. Nie było w nim niezdecydowania, czy znamion zawoalowania. To, co było do amplifikacji dostarczone, to trafiało bez zbędnego dopieszczenia, czy złagodzenia do głośników. Taka maniera wydaje się całkiem rozsądnym posunięciem ze strony producenta, gdyż dublowanie natywnych cech firmowego DACa mogłoby spowodować przekroczenie granicznej wartości cukru w cukrze i przesycenie, przedobrzenie efektu finalnego. A tak, na zasadzie zrównoważenia uzyskano nader neutralny a jednocześnie miły uszom słuchacza przekaz.
Ten całkiem niepozorny i nieabsorbujący zarówno pod względem gabarytowym, jak i finansowym zestaw podczas kilkunastodniowych „występów” w moim systemie nie tylko pokazał się od jak najlepszej strony, ale jednocześnie udowodnił, że DIY może z powodzeniem ewoluować do powtarzalnych i docenianych na całym świecie form komercyjnych. Form w pełni spełniających pokładane w nich nadzieje domorosłych pasjonatów a jednocześnie będących niejako w opozycji do korporacyjnego mainstreamu stawiającego na ilość a nie jakość. TeddyPre PR1 z TeddyAmp ST60 z powodzeniem mogą konkurować zarówno pod względem brzmienia, jak i ergonomii z niejednokrotnie droższymi produktami. Wystarczy tylko sobie odpowiedzieć na pytanie, czy wolimy płacić za brzmienie, czy za kosztowne obudowy i modne w danym sezonie logo.
Marcin Olszewski
Producent: Teddy Pardo
Dystrybucja w PL: brak
Ceny:
TeddyPre PR1 – 1 749 $
TeddyAmp ST60 – 1 399 $
IC RCA (WBT NextGen) – 216$
Dane techniczne:
TeddyPre PR1
Wejścia: 4 x liniowe, 1 x HT (kino domowe)
Wyjścia:1 x RCA, drugie opcjonalne
Gain: x 6
Wymiary: 250 x 170 x 62 mm (zasilacz i moduł główny mają takie same wymiary)
TeddyAmp ST60
Moc wyjściowa: 60 W na kanał
Impedancja podłączanych kolumn: 4-16 Ω
Wymiary: 90 x 190 x 340 mm
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Przedwzmacniacz: Jeff Rowland Corus
– Końcówka mocy: Jeff Rowland 625
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; EgglestonWorks Fontaine Signature
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinia 2
Już jakiś czas temu, świat stał się globalną wioską, w której dobre i złe wieści rozchodzą się z szybkością błyskawicy. Niestety większość przebijających się w tym gąszczu informacji jest natury negatywnej, gdyż charakter człowieka łatwiej przyswaja wszelkie złe doniesienia, ale na szczęście wielu ludzi omijając takie newsy, przeczesuje przepastne złoża internetu, w poszukiwaniu pozytywnych aspektów naszego życia. Takim sposobem bez opieki żadnego dystrybutora, na nasz rynek trafiły pierwsze newsy, o zbierających pozytywne oceny na świecie, projektowanych przez pana Teddy’ego Pardo zasilaczach do urządzeń audio. W początkach swojej działalności zajmował się tylko dostarczeniem odpowiednio uformowanej dawki energii elektrycznej (rozbudowane, umieszczone w osobnych obudowach zasilacze), ale z biegiem czasu, dzięki zebraniu odpowiedniej dawki doświadczeń i obiecujących wyników w postaci pochlebnych głosów odbiorców, rozszerzył działalność, penetrując rynek urządzeń elektronicznych. Swą ekspansję do nowego działu, zaczął od przetwornika cyfrowo/analogowego, którego niestety nie miałem okazji słuchać, ale gdy dzięki jednemu z recenzentów w naszym kraju zawitał zestaw pre-power tegoż pana, z miłą chęcią potwierdziłem gotowość do zapoznania się z tą propozycją.
Nie wiedziałem czego mogę się spodziewać, ale zasłyszane, dobre opinie na temat pierwszych owoców działalności, mimo dość skromnego wyglądu (lekka surowość projektu obudów), pozwoliły na przyznanie wstępnej sporej dawki zaufania dostarczonym do recenzji produktom. Na szczęście gust jest kwestią indywidualną, o czym dość szybko się przekonałem podczas niezobowiązującej prezentacji w odwiedzanym cotygodniowo warszawskim klubie KAiM (wzbudził aprobatę), dlatego każdy powinien sam zweryfikować propozycję brył zewnętrznych opisywanych urządzeń ze swoim poziomem akceptacji. W związku z tym, w ogólnym opisie powstrzymam się od próby oceny projektu plastycznego, przekazując bezstronnie najważniejsze cechy natury użytkowej. Panie i panowie – tak tak, panie też przykładają dużą wagą do jakości odtwarzanej muzyki i nie musząc długo szukać, wspomnę o szanownej małżonce Marcina, która bardzo mocno wspomaga Jego pomysły zmian w domowym systemie odsłuchowym – moja tylko się zgadza. Tak więc jeszcze raz, panie i panowie, przedstawiam znanego już dość szerokiemu gronu audiofiliów w naszym kraju pana Teddy’ego Pardo z Izraela, z jego propozycją sekcji wzmocnienia, składającą się z dzielonego przedwzmacniacza liniowego – Teddy Pre PR1 i stereofonicznej końcówki mocy Teddy Amp ST60.
Teddy Pardo nie chcąc sprzedawać zbyt dużo audiofilskiego powietrza (a to są częste przypadki), spakował swoją elektronikę, w nieduże i skromnie, ale solidnie wyglądające obudowy. Jak wspominałem, bywalcom warszawskiego klubu przypadły do gustu i po ich argumentacji widzę pozytywne aspekty takiej wizualizacji. Oba komponenty przedwzmacniacza, to podłużne i płaskie skrzynki (160x230x60 mm). Zasilacz został wyposażony jedynie w: zintegrowane z włącznikiem gniazdo sieciowe IEC i wielopinowy terminal łączący oba elementy TeddyPre PR1 na tylnym panelu, a front otrzymał samotną, sygnalizującą gotowość do działania, centralnie umieszczoną diodę, w coraz częściej zapomnianym przez konstruktorów przyjemnym dla oczu zielonym kolorze. Druga skrzynka, jako serce przedwzmacniacza, jest zdecydowanie bogatsza w różnego rodzaju manipulatory i gniazda. Przód urządzenia zdobią dwie okrągłe gałki, z których lewa odpowiada za wzmocnienie, a prawa za wybór źródeł i dwie diody informacyjne o stanie włączenia lub czuwania. Tylny panel ledwo zmieścił baterię pięciu wejść liniowych, jednego wyjścia na końcówkę i taki sam jak w zasilaczu wielopinowy terminal zasilający. Jedynym drobnym niedociągnięciem, jakie można wytknąć i to będąc złośliwym, jest brak braku opisu gniazd, ale ich zdroworozsądkowe usytuowanie, pozwala łatwo ogarnąć temat podłączania zewnętrznych komponentów. Końcówka mocy jest zdecydowanie większa i cięższa od przedwzmacniacza i swoje 60W na kanał okupuje już solidną jak na takie gabaryty wagą. Podobnie jak pre jest podłużną konstrukcją (190x310x80mm),która na przednim grubym aluminiowym froncie dumnie prezentuje logo producenta i kolorystycznie ekologiczną zieloną diodę, boki na całej długości okalają lekko nagrzewające się radiatory, a tył z uwagi na niedużą szerokość ledwo pomieścił: włącznik z gniazdem zasilającym, dwa gniazda wejściowe i cztery terminale głośnikowe. Wszystko dość blisko siebie i użycie podwójnego okablowania kolumn, wymagało przemyślanego podejścia do zagadnienia. Na koniec opisu budowy zewnętrznej chciałem pochwalić pana Pardo za zastosowanie dobrych jakościowo gniazd wejściowych i głośnikowych WBT, co potwierdza jego poważne traktowanie przyszłych klientów. Brawo. W otrzymanym komplecie pre-power znajdowały się jeszcze: firmowe interkonekty na wtykach RCA tej samej wytwórni co terminale i łączówka zasilacza z przedwzmacniaczem. Pełen set zapewniał bezproblemowe zaimplementowanie przybyszy z Izraela w moim zestawie i pozostało jedynie zaspokoić podgrzewaną ciepłym przyjęciem wcześniej pojawiających się produktów ciekawość, jak te maluchy poradzą sobie w zastanych realiach testowych. Tak więc nie pozostało nic innego, jak dać przybyszom czas na niezbędną rozgrzewkę i zacząłem zabawę.
Człowiek naładowany sporą ilością zasłyszanych pozytywnych opinii, już od pierwszego momentu ma lekko sprecyzowane spore oczekiwania. Nie jako objaw czystej złośliwości, tylko konsekwencja początkowej syzyfowej, okraszonej sukcesami pracy danego producenta. Będąc dość przeciętnym przedstawicielem gatunku Homo sapiens, w taki typowy dla naszej natury sposób przystąpiłem do weryfikacji moich oczekiwań z tym co wydadzą z siebie nakarmione energią izraelskiej myśli technicznej, pieczołowicie dobrane przeze mnie kolumny. Wypakowawszy z niewielkich kartonów, urządzenia w rozmiarze „midi”, miałem dość mieszane uczucia, ale zebrane na drodze audiofila doświadczenia, że wielkość nie zawsze ma znaczenie, starały się nie umniejszać tym faktem, przyznanej wcześniej dawki optymizmu. Wybierając repertuar, chciałem dać trochę forów testowanemu zestawowi i w napędzie CD wylądował wzorowo zmasterowany i wydany krążek XRCD Jacinthy, zatytułowany „A Vocal Tribute Webster”. To spokojna balladowa kompilacja, która zagra nawet na „bumboxie”, ale sposób jej odtworzenia daje duży wgląd w umiejętności zaimplementowanej w mój tor elektroniki. Kilka utworów pozwoliło na weryfikację otrzymywanych przez pana Pardo pochwał i w duchu starałem się przed nim wytłumaczyć za perwersyjnie łatwy materiał źródłowy. Oczywiście z dużą przyjemnością dokończyłem krążek, co wyklarowało już pewne spostrzeżenia na temat znajomości fachu konstruktora z Izraela. O dziwo były na tyle pozytywne, że jak wspomniałem wcześniej, nie omieszkałem zabrać tego zestawienia do warszawskiego klubu KAiM. Tam są ciężkie warunki akustyczne, ale dla mnie był to swojego rodzaju poligon doświadczalny, pozwalający zweryfikować, usłyszane manewry przy strojeniu pasma akustycznego dostarczonych pudełeczek. Aby przygotować państwa na tą konfrontację ze wzbudzającym się na poziomie 50 Hz basem, opiszę jak zestaw z Izraela wypadł w moich warunkach lokalowych. Gdy z kolumn popłynęła muzyka, nie mogłem wyjść z osłupienia, ile te maleństwa mają w sobie pozytywnej energii. Odnosząc się do mojej referencji opisałbym to tak: bardzo otwarta, ale nie nachalna góra, nieźle rozświetlona, dająca efekt napowietrzenia sceny średnica i dociążony, lekko pogrubiony dół pasma. Całość umiejętnie zbilansowana na efektowne, w granicach rozsądku granie. Trochę wyczynowe, jednak biorąc pod uwagę moje mimo nastawienia na podgrzanie atmosfery rozdzielcze kolumny, plus podobnie podchodzący do zagadnienia otwartości i ilości informacji napęd, wszystko było bardzo strawne. Podczas formowania jakichkolwiek wniosków trzeba mieć na uwadze, że dostarczony set to ok. 3000 dolarów, który miał za zadanie ścigać się z pułapem stratosfery i robił to nad wyraz wyrafinowanie. Przywołana do tablicy pani Jacintha, czarowała swoim zniewalającym ciepłym i niskim głosem, który mimo nagrywania dość blisko znajdującym się mikrofonem, nie eksponował kłujących w uszy sybilantów. Trochę zaniepokojony takim efektem, w dalszej części odsłuchu przyjrzałem się górnemu zakresowi, ponieważ stonowanie tych rejestrów, mogło negatywnie odbić się na wszelakiego rodzaju akcesoriach perkusisty, jednak podczas słuchania tego krążka, ani razu nie zauważyłem zgaszenia wybrzmień tych atrybutów. Jak do tej pory analiza dawała same pozytywne odczucia, dlatego następnym punktem konfrontacji z produktami pana Teddego był bas. Tutaj też słychać było umiejętne zabiegi pomysłodawcy, w dostarczaniu sporej dawki przyjemności po zakupie jego amplifikacji. Chodzi mianowicie o lekkie pogrubienie i dociążenie tego pasma, przy jednoczesnym uniknięciu (przynajmniej u mnie) powstania fal stojących potocznie zwanych „bułą”. Najniższe rejestry umiejętnie podpierały resztę składowych akustycznych i w połączeniu z rozświetloną średnicą i dość zwiewną jak na ten pułap cenowy górą dawały nasycony i otwarty obraz muzyczny. Przyglądając się wirtualnej scenie międzykolumnowej, oceniam ją jako zaskakująco dobrą, która dzięki wysyceniu źródeł dźwięku, przybliża się lekko do linii kolumn. Ale taki obrót sprawy nie ogranicza swobody muzykom z dalszych planów i każdy ma swój kawałek podestu koncertowego. Kolejny aspekt potwierdzający zwinność konstrukcji pana Pardo. I właśnie takie postawienie sprawy przez producenta, zachęciło mnie do zaprezentowania jego pracy moim znajomym z klubu, którzy sami mają za sobą różne tego typu konstrukcje. Wiem nie od dziś, że ludzie „dłubiący” coś we własnym zakresie, są skażeni syndromem „moje jest najlepsze” i mogą złośliwie zaniżać wartości bezwzględne usłyszanych obcych konstrukcji, ale znając klubowiczów od kilku lat, wiedziałem też, że aż tak zmanierowani nie są. Jak coś jest dobre, potrafią to przyznać bez większych oporów, a jeśli coś im się nie spodoba, wtedy swoje „ale” wykładają w rzeczowy sposób. Dlatego spokojnie zabrałem bohaterskie konstrukcje na występy wyjazdowe.
Analizując przed gościną wśród braci konstruktorskiej możliwości zestawu pana Pardo, największą obawą jaka nie dawała mi spokoju, był podbijany przez klubowe pomieszczenie bas. Słabowite konstrukcje często mają problemy w tym paśmie, mimo pozytywnych efektów u mnie, jednak nauczony doświadczeniem, że same Watt-y nie grają, z otwartą przyłbicą wystawiłem izraelski zestaw do oceny. Ku mojemu zaskoczeniu, żadne uwagi nie dyskwalifikowały dolnego rejestru, ba, nawet stopa perkusji potrafiła pozytywnie zaskoczyć. Ogólna ocena była pochlebna i choć każdy miał jakieś drobne uwagi, wynikające ze swoich preferencji dźwiękowych, nie zapominał o plusach prezentowanych konstrukcji.
Ta wyjazdowa konfrontacja połączona z czasem spędzonym w moim zestawie, pozwala mi postawić dobrą ocenę temu jeszcze mało znanemu większej liczbie odbiorców na naszym ryku producentowi z Izraela. Jeśli ktoś miał już do czynienia z głośno chwalonymi zasilaczami i dzięki nim nabrał wiary w umiejętności budowania urządzeń elektronicznych przez pana Teddy’ego, powinien zakosztować Jego propozycji dzielonej amplifikacji, która mimo kompaktowych rozmiarów dostarcza dużo żywiołowego i naładowanego energią grania za przyzwoite pieniądze. I co ważne, spokojnie radzi sobie w ciężkich akustycznie warunkach, pokazując wiele pozytywnych cech. Naprawdę polecam.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Opinion 1
Although in some circles there is a notion, that it does not matter how something looks as long as it sounds good, I came to a point in my audiophile searches, that I can confess to myself having a different opinion in that matter. Maybe this is the first sign of audiophile mannerism, or snobbery, but I would rather attribute that to genetically defined hedonism, which states, that a human, being a thinking being, and having some kind of taste, likes to surround him or herself with things, that are not only aesthetic, but also plain beautiful. This is the reason, that, putting sound aside, I value more the design of Dr. Feickert to Kuzma, or Accuphase to Hegel. It is just how I see it – and I do not intend to fight it, at least for now, as I am absolutely fine with this, and in addition, my wife sees my hobby with a much better eye.
This overly long, and seemingly not related to the current test introduction, should prepare you for what is coming next. I am talking about a manufacturer, who cannot be confused with anyone else. Ladies and Gentlemen – enter the beautiful separated amplifier from a company that makes products being a feast for the ears and eyes – Jeff Rowland: the preamplifier Corus, and the stereophonic power amplifier 625.
After unpacking both units can be placed in a prominent spot in our saloons, and we can just sit and enjoy their looks, uttering from time to time some sounds of appreciation. Although I was enchanted with the manufacturing quality and sublime design (each in its own style) when I was testing the Jubilee Accuphase and the Alluxity, but Jeff’s design is just stunning, overthrowing and make us re-evaluate everything that we have seen in our systems, and in a way, also heard in our systems. Please believe me, even if the tested set would not produce any sound, or would sound bad, I would still understand people buying it for its looks. Is this absurd? Not really – we just crossed the magic barrier of 100.000 zlotys, and behind it is hard to talk about reason when making a purchase, and the decision is usually based on emotion and design (spouses are usually also involved), and the Jeffs have a lot to offer in that aspect. The company special are the chassis cut from aluminum blocks, where the top, sides and back are black and the thick fronts glitter with a laser created wave patterns. A similar pattern can be found on the top covers, at least when we are talking about the offered DACs, preamplifiers and smaller integrateds.
The Corus preamplifier is quite small, for a High-End device. In the middle of the front panel we have a big, readable, and dimmable, pearl colored VFD display. Below the display we have a row of ten small buttons allowing us to chose the active input, select the recording input, enter the menu, dim the display or activate mute. To the right there is a nice knob for volume control, which allows for very comfortable, and much more precise than with the remote, volume setting in 0.5dB steps. Mentioning the remote, I have to say, that not everything is as easy as it may seem. The Corus can be controlled by a nice looking and solid, aluminum remote, but to do this, we need to connect a separate IR received to the unit, using a dedicated, and directional (!) cable.
The mentioned cable is plugged into a socket on the back plate on one side, and into a stylish, aluminum receiver, which is not the only accessory we need to connect first. The second one is the elegant and sturdy external power supply, which connects to the main unit with two cables, separately for the right and left channel.
The back of the Corus, reflects the symmetrical internal setup, looks like two mirror inverted parts glued together. The top row is taken by inputs, four XLRs and two RCAs, and in the lower row we have outputs. The two outputs are also balanced and un-balanced, there is also a recording-out in XLR and RCA version. So no cost-cutting here.
The 625 power amplifier looks much more richly, and at the same time very elegant. The front bears only a centrally placed, surrounded with a while ring, indicating the power state, power button. Also the remote controller (via 12V 3.5mm jack) can be used to toggle between power-on and standby. The “wavey” fronts are very attractive, but we need also to mention the heat sinks, cut with phenomenal precision, which are an integral part of the chassis, which are nicely looking, but also very helpful when we need to move the device. Their presence is not only aesthetic, but rather a result of the internal setup of the amplifier, which offers 300 W per channel at 8 and 550 W at 4 Ohm, using its 6 pairs of Darlington transistors and a pair of National Semiconductors LME49810 per channel. The bolted top cover is slightly embossed and has an engraved manufacturer logo.
The back of the unit, similar to the preamplifier, was designed with symmetry, and the mirror line is running in the middle of the unit, through the centrally placed remote and power sockets. The latter is a 20A version. It is worth mentioning, that while the happy owner gets two sets of loudspeaker terminals, in the form of the characteristic, bolted Cardas units, dedicated to spade connectors, to connect the speakers, the signal can be supplied to the amplifier by an XLR connection only.
So we are approaching the moment, when it would be advisable to concentrate on the sound of this visibly stunning combo. If you are bugged by the question, if it worth to spend over 100.000 PLNs to buy this amplifier, then the response would be… it depends on your personal taste. If you are searching for finesse, refinement and musicality then for sure yes, but if you like to split a hair in two and measure the freshness of the resin based on the sound of the violin – then… please listen first, before clicking the “buy now” button. And now completely seriously I would like to use the previous tests as reference. This American set sounds with a very dense, refined sound, which finds itself somewhere between the Alluxity and the jubilee Accuphase system in terms of aesthetics. But to come to this conclusion you need to allow the Jeff Rowland combo to play for about 45 minutes – 1 hour first. This time is required for it to catch temperature, form and breath. Well the set seems to sound OK immediately after power-on, but paying 100.000 PLNs we expect a little more than just ‘OK’, do we not? So when arranging a listening session in an audio shop, although tests at home should be the standard way of listening, we should clearly (and at best a few times) insist on warming the amplifier up before the session. This will allow us not to be bothered by traces of harshness and dullness, which can destroy the first impression of this amplifier. And you can make a first impression only once.
Assuming, that the above condition is met, we can sit down in a comfortable armchair and allow us to be carried by the music, as music is the most important thing for the Jeffs. A wealth of timbres, structure of the tissue between the precise, but not over-precise, contours and emotions, which make the difference between enjoying music and just listening to it. Do you think, that this is only a minor difference? Wrong! The so called background noise – the sound of traffic outside the window, the sounds made by neighbors – you can hear them, but (at least I hope so) you do not listen to them. The Jeff Rowland combo is above that noise, above everything that could disperse your attention; it concentrates, it calls for attention more than a beautiful girl on a promenade, or Maserati Quattroporte GTS cruising down a boulevard. If somebody is surprised, that I did not use a “more super” two-seater super car for comparison, I will now explain why. The Jeff Rowland breaks the stereotype of alienation, that is usually associated with the audiophile hobby – the loneliness of an old nutcase, pointed out by the rest of his family and remaining few friends, not sharing the same hobby. Instead it offers intuitive user-friendliness and a sound, you are willing to share with others. Not only it can seduce uninitiated people with its looks, but it can also show what High-End means, with ease, taste and nobleness. In appropriate conditions, adding the Corus and the 625 to the home stereo system may be the equivalent of buying the first TV set by our parents. Am I exaggerating? Well, everything depends on the sensitivity of the people that surround us, and our relationships with them.
Without the nonsensical dazzling with details extracted from the furthest parts of the sound stage, without any offensive, non-forgiving presentation of not only the soloists, but the whole symphonic orchestra, without the laboratory, antiseptic hyper-detail it can enchant the listener and make him or her not leave the listening chair for hours and hours. Regardless of the chosen repertoire, we could hear an incredible, almost tube-like, silky smoothness, which made listening to music nicer, better, while not veiling the resolution. It was like moving from the CD to LP while having a very good analog system.
Putting the technicalities aside, which claim, that the ‘digital’ is better, listening to the good old LP we are able to receive more information in a more natural, organic way, have stronger emotions and have a resolution of the sound close, and I underline this word, close to what we know from live music. Of course the differentiations of the medium listened to (LP, CD, files) were evident, as well as differentiation of different mastering within a given medium, but instead of a shock therapy, the American amplifier tried first to present the assets of a given recording, and only then discreetly hint to some eventual shortcomings. For example – on the monophonic “Jam Session” (RCA) with Benny Goodma, Gene Krupa and Artie Shaw, there is a incredible performance of “Ochi Chornya”, interpreted by Wingy Manone and His Orchestra, which kills completely, as modern teenagers would say. It does not matter, that the sound stage is between the speakers, that the noise of the disc is high and we have to get used to it, when the timbre, dynamics and naturalness, ease with which the music fills the room can only be described as phenomenal. Can this be done better? Of course, staying in the analog jazzy-swinging climates, you can just put on the platter of the turntable the disc “Satchmo plays King Oliver” – and we get shiny, and at the same time naturally coarse treble, incredible feeling and something often missing from the modern recordings – authenticity. It is similar with the first, monophonic version of “Paint it Black” The Rolling Stones, as when listening to it we have the idea, that almost half a century passed since it was recorded till today, but the music did not lose anything from its authenticity and topicality.
So is it the ideal? For some lovers of good sound for sure it is, but being absolutely frank, I cannot go around mentioning a few native characteristics of the tested combo. I am talking about the control and speed of the bass. It can be done in a more immediate way, keeping the lowest octaves in an iron grip and sadistically precisely control the movement of the bass membranes only in accordance to the source data. Similarly with the holographic transfer of the musicians into our listening room, or our transfer to a studio, concert room or stadium. Jeff Rowland offers an incredibly attractive, and almost palpable, illusion. With unusual grace it enchants and delights, but it knows, that we know, that it is an illusion. It is a clear gentlemen’s agreement, nobody forces no one to do anything against his or her will.
If somebody would like to verify with his or her own ears, how musicians can materialize at home, how we can have them for reach, then I warmly recommend listening to amplifiers like the Vitus SS-101 with the dedicated preamplifier SL-102, or the tube power amplifier Kondo Souga or even better the Kagura monoblocks.
There is also “a little” less painful way of upgrading, giving a foretaste of what can be expected a level or two higher – it is called Furutech Pure Power 6, and if somebody thinks, switching power supplies are not sensitive to the quality of power supplied, then such a person should visit an ENT specialist and have an audiometry performed. If the measurements are fine, then you have to listen to this power strip. With this seemingly soulless, milled piece of aluminum, the tested set got another dose of energy, and a breath, which was not expected before.
The almost two week long adventure with the Corus preamplifier and the stereo power amplifier 625 by Jeff Rowland allowed me to assess another idea for the sound, music and something called High-End. In case of this American manufacturer, the emotions were all positive, as the music amplified by those products only soothed souls.
Marcin Olszewski
Distributor: Chillout Studio
Price:
Corus – 54 900 PLN
Model 625 – 58 900 PLN
Technical Details:
Corus
Overall Gain: Independently Programmable 0 to 20 dB on each input
Gain Range: 99.5 dB, 199 Equal Increments
Gain Resolution: 0.5 dB, +/- 0.03 dB Over Entire Range
Frequency Response: 10 Hz – 300 kHz, -3 dB @ 8 Ω
Maximum Input Level: 13.5 volts (RMS) @ 0 dB Gain
Maximum Output Level: 13.5 volts (RMS)
THD + Noise: < .003% @ 2 volt (RMS) Output, 50 Hz – 20 kHz
Signal-to-Noise Ratio: > 100 dB
Common Mode Rejection Ratio: > 90 dB, 20 Hz – 20 kHz
Channel Separation: 99.5 dB
Input Impedance: 40k ohms Balanced or Unbalanced
Output Impedance: 60 ohms Balanced or Unbalanced
Inputs: 4 pair Balanced (XLR), 2 pair Unbalanced (RCA)
Outputs: 2 pair Balanced (XLR), 2 pair Unbalanced (RCA) for Main Out, 1 pair Balanced (XLR), 1 pair Unbalanced (RCA) for Record Out
Power Consumption: 15 W
Power Supply: Universal Voltage Input Power Factor Corrected Power Supply
Display: 320 x 32 dot Vacuum Fluorescent Display (VFD)
Preamplifier Weight: 22 lbs / 10 kg
Preamplifier Dimensions H/W/D: 3.9” x 15.5” x 12.3” (99mm x 394mm x 311mm)
Power Supply Dimensions H/W/D: 3.9” x 4.7” x 11” (99mm x 119mm x 279mm)
Model 625
Output Power: 300 W @ 8 Ω/ 550 W @ 4 Ω
Frequency Response: 5 Hz – 350 kHz
S/N Ratio: 95 dB, ref. 1.0 W @ 8 Ω load
Output Noise: <55 µv, 20 Hz – 20 kHz, unweighted
Crosstalk: >91 dB @ 1 kHz, 74 dB @ 20 kHz
Input Impedance: 10 kΩ
THD + Noise: 0.005% @ 1 kHz, 8 Ω
Damping Factor: >200, 20 Hz – 20 kHz
Overall Gain / Bal. or Unbal.: 27 dB
Common Mode Rejection Ratio: >90 dB, 20 Hz – 20 kHz
Absolute Phase Non-inverting: Pin 2 Positive
Inputs: 1 pair balanced (XLR)
Outputs: 2 pair parallel binding posts per channel
Power Consumption Idle: 100 W
Power Consumption Standby: 1 W
Amplifier Weight: 54 lbs. / 24.5 kg
Amplifier Shipping Weight: 64 lbs. / 29 kg
Amplifier Dimensions (h/w/d): 5.75” x 15.5” x 16.25” / 146mm x 394 mm x 413mm
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Double synchronous motor Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + external power supply Transrotor Konstant M-1 Reference
– Phonostage: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5; :Leben CS300F; Accuphase E-600
– Preamplifier: Jeff Rowland Corus
– Power Amplifier: Jeff Rowland 625
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Trenner & Friedl ART
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;Furutech Pure Power 6
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinion 2
America is a big, and wealthy country, so it is understandable, that so many High-End products come to life there. Only a small amount of those come to Europe, especially to Poland, and the reason for that are, for most part, the prizes, which are horrendous, at least from our point of view. Fortunately, there are some brands, which, despite the significant number of zeros in the price tag, manage to get over the ocean, and are offered by local distributors. For them, this is a challenge requiring lots of funding, but good press and positive opinions, allow to assume, that initial spending will be profitable on the long run. It will not be easy, because an audiophile, is the least loved (and most grumbling) client in an audio shop, unfortunately, he might be the only client, who can be interested by a brand name not present among the common brands in a supermarket. Anyway, as long as the products coming from the New World are as good, as may be assumed by their prices, the distributors can sleep well. Together with Marcin we were trying to lay our hands on some of that gear, and finally we managed to get for testing a separated amplifier from the cult brand Jeff Rowland: the line preamplifier Corus and the stereo power amplifier 625, distributed in Poland by the Krakow based Chillout Studio.
It is being said, that good audio gear does not need to look well, as long as it sounds well, but the influence of the external design on how a brand name is regarded in the audiophile world, is higher than one might expect. The manufacturers use different tricks, some are remembered better, some worse. The tested set has a design, that seems to surpass many of its competitors, as here we have a combination of modern simplicity with a nice sanding of the chassis, the visit card of Jeff Rowland. The cabinets of both the products are black and silver pieces of sanding art, which glitter in light like neon lights, due to careful grinding of the aluminum. The waves on the front panel move, when we look at them from different angles. The effect is so nice, that I recommend to potential buyers, to test with your wives around you, because the looks of the units may become a more decisive element than the sound. This will not matter much, when the sound is to our liking, but if the amplifier would not catch any synergy with our system, then it may be worse. So be warned. The preamplifier looks as an almost solid piece of aluminum, with the front made from a three centimeter thick plate. This has a window in the middle, that houses a nicely readable dot matrix display, topping a row of ten buttons used to control the preamplifier. The volume knob is placed to the right. The size of the preamplifier is resembling a standard CD player. The back plate is covered by inputs and outputs in two formats – XLR and RCA, with two special sockets for connecting it to the external power supply. The latter is a narrow and long box, where in the front we have the sockets to connect to the preamplifier, and on the back an IEC power socket combined with a power switch. The power amplifier is bigger than the pre, about 1/3 higher and longer. The heat sinks are milled from one block of aluminum, what results in stunning visuals, but also allows to be very efficient in heat dissipation. After a few hours of playing, the power amp got only slightly warm. The front is similar to the preamplifier, with the difference, that instead of the display, we have here only one power button, with a white border. On the back panel there are four loudspeaker terminals (two per channel), made by Cardas, XLR inputs and a 20 ampere power socket. The necessary minimum. In addition to the set, we get also an external small box with a cable, which turned out to be a receiver for the remote controller, packed with the preamplifier. So this is a short description, of how the Jeff Rowland combo looks. How this matches the more important aspect of its presence, we will learn below.
When I received the set from Marcin, he informed me about giving it some time to warm-up in my system, as initially the sound is a bit dull. From experience I also know, that each change in the Reimyo system requires time to get acquainted with the new devices, so I did that, allowing them to play in the background during the time I wrote the introduction. When time came to start listening, the player was spinning a disc with ambient music Eivind Aarset, called “Dream Logic”. Electronic samples supported by guitars and drums strolled slowly along the virtual stage. Due to the different setup of the stage in such recordings I concentrated on things happening around timbre. I am writing “around timbre” on purpose, because computer generated sounds do not allow to fully assess it, every nuances need to be confirmed with material containing only natural instruments. But my attention was caught by slight direction of the sound toward the lower frequencies with a small correction of the treble. Please do not think, that the sound became muffled and muddy, absolutely not, this was rather that the edgy, electronic sounds became more civilized. Usually I am tired when listening to 3-4 pieces of that genre, and here the laser came to the end of the last track. The whole disc sounded with a fleshy and low reaching bass, saturated midrange and treble fitting to the whole picture. I heard such things many times, sometimes such tricks ended bad, sometimes well, so I did not experiment longer and took a disk much more demanding from the shelf. The material from “Skala” Mathias Eick responded to all my questions. The sound stage reflected very well the intentions of the sound engineers, every instrumentalist had its asylum in the virtual space. The depth of the stage was similar to my reference system, and did not allow the formations to come to close to each other. Even the realism of the virtual sound sources was on a similar level. The confrontation of the individual frequency ranges confirmed positive impressions I had. The weight put to the whole gave bass a bit more presence without any slowdown, the midrange was going in the same direction, while not losing any readability, and the treble, although less ethereal, still shone with microdynamics of the vibrating cymbals. As a whole we perceive this as thickening of the sound, but in the good meaning of the word, this can bring life back to systems without good timbre. I would like to remind here, that my loudspeakers have a tendency to color music a little, which influences also the perception of the American combo, yet the final effect was on a very high level. Where needed the amplifier smoothens a bit (electronics), while in other places it increases the palpability of music (acoustic jazz). Now being convinced, that the American engineers did their job well, I switched to the extremely expensive analog system I was testing in parallel. I am talking about the set from the company Thales, with the Simplicity tonearm, which showed where the unexplored by my turntable (Dr. Feickert Twin) areas of dynamics, musicality and resolution are hidden within the analog homogeneity. People, who did not experience this will just shake their heads, telling that they would never spend so much money on a turntable, but I say to all non-believers – never say never, listen for yourselves. If I would have enough balance on my bank account I would have purchased the tested set immediately. But this is not the tested device here, so I will return to the pre-power combination from Jeff Rowland. Knowing the abilities of the Jeff, I took the well known disc of the Antonio Forcione Quartet with his live recordings. On many presentations the first piece, opening the disc, is presented, “Heart Beat”, which is a certain trademark of this artist. The solo presentation of guitar virtuosity, interpreted by the musicians from the other side of the ocean, were the essence of a saturated, open and well sounding guitar. The quick riffs as well as melodic phrases were masterfully recorded and mixed and later mastered onto the vinyl disc. Starting with the artist, through the sound engineer, mastering and finally the playing stereo set everything fell in place creating a synergetic whole. So I used the character of the Jeff Rowland amplifier to stroll through my library, as an extra load on the bass and no garish on the treble allowed many of my discs come to full shine. I am happy, that my guests from America proved to have a well deserved place among Hi End, and were not just a marketing hype.
Trying to assess the tested separates, I would compare them with a chameleon. From outside it teases the potential clients with a memorable design, while during an intimate contact with music soothe the nerves of the listeners. The amplifier handled my, not so easy to handle, loudspeakers very well, showing that it knows its ways around. The observed sound aspects are a well balanced compromised between openness and weight. Too much of levity in any of the sound spectra, would destroy the detailed plan laid out by the engineers and would result in an unacceptable, teasing sound, what would kill the products. Looking back at the time spent with the Corus and the 625, I think it will be able to handle most of the loudspeakers available on the market, and the buying decision will be made only based on the expectations we have as to the final result. I really encourage you to try the tested amplifier, it may happen that it will match your taste fully, and the above average design you will get free of charge.
Jacek Pazio
The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.
Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i
Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II
– Phonostage: RCM „THERIAA”
To, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia wiadomo nie od dziś, ale śledząc fora internetowe wydaje mi się, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Głoszą swoje prawdy objawione na jakiś temat, nie próbując lub nie mogąc ocenić realiów ze wszystkich stron. Ja jestem raczej oszczędny we wróżeniu z fusów i staram się poznać od podszewki obszar ewentualnej dyskusji. Jestem posiadaczem dość wyrafinowanego zestawu analogowego, ale nigdy nie odważyłbym się kreować jakiejś ortodoksyjnej linii prawd o wyższym niż mój pułapie cenowym, na podstawie samych przypuszczeń czy zasłyszanych informacji. Dlatego chcąc zakosztować absolutu dźwiękowego w dziedzinie analogu, dość długo starałem się pozyskać do testów wystarczająco wyrafinowany jakościowo set gramofonowy, aż koniec końców dopiąłem swego. I nagle zrobiło się poważnie. Chciałem to mam. Gdy odebrałem telefon z informacją o szykowanym dla mnie w celach testowych modelu gramofonu, stosunkowo niedawno wprowadzonego na nasz rynek producenta, nie wiedziałem co myśleć. Serce się cieszyło, ale rozum „skromnego” człowieka dawał sygnały chłodzące narastające emocje. Urządzenia z tej półki cenowej wymagają osłuchania (na szczęście trochę w życiu słyszałem) i opanowania związanej z tym faktem nadmiernej euforii. Dobrze, że okres oczekiwania nie był zbyt długi i targające mną rozterki mogłem szybko skonfrontować z rzeczywistością. Pierwszy niezobowiązujący kontakt z bohaterem testu odbył się na jesiennej wystawie w Warszawie, ale jak wiadomo, takie pokazy są raczej prezentacją oferty i nie mogłem zaliczyć go do miarodajnych doświadczeń. Informacje prasowe napawały optymizmem, a główna przyświecająca powstaniu tej marki myśl – minimalizacja błędu kąta prowadzenia wkładki i walka ze szkodliwymi wibracjami, dodatkowo podgrzewały atmosferę. Pomysł konstrukcji ramienia zbliża się do możliwości ramion tangencjalnych, ale zrealizowany został w trochę inny sposób. Zerowa wartość kąta prowadzenia (tutaj minimalna, ale jest), pozwala na słuchanie bez zniekształceń (które występują na początku i końcu przy standardowym ramieniu) na całej szerokości płyty. Drugi aspekt – walka z drganiami, to rozwinięcie bardzo znanego pomysłu, jakim jest budowa kanapkowa napędu. I w tych kierunkach podążał konstruktor testowanego zestawu: napęd-ramię. Nie będę dłużej kluczył w zeznaniach, dlatego przedstawiam państwu produkt marki Thales – gramofon Turnatable TTT-C Batery Drive z ramieniem Simplicity pochodzące z kraju stojącego bankowością – Szwajcarii. Jako uzupełnienie zestawienia, dystrybutor – RCM z Katowic – zaproponował wkładkę ze stajni Kuzma, model CAR-30 i kabel phono duńskiego producenta Argento Audio, w wersji Flow Master Reference.
Przemierzając bezkresne odmęty internetu, natknąłem się na sporą dawkę informacji o marce Thales, gdzie oprócz opisu działania i idei powstania, ważną rolę odgrywały zdjęcia. Niestety produkt wyglądał dość „budżetowo” i mając na uwadze próg cenowy w jakim się pozycjonuje, wyglądało to na działania hochsztaplerskie. Wspomniany kontakt wystawowy zrewidował nieco ten pogląd, ale dopiero kilkutygodniowe bezpośrednie obcowanie, całkowicie spolaryzowało wcześniejsze przekonanie. Wizja lokalna na docelowym miejscu odsłuchu, pokazała Szwajcara w zdecydowanie korzystniejszym świetle, a to co potrafi w dziedzinie drapania czarnych krążków, pozostanie długo w mojej pamięci. Jest tak przekonujący, że ja, od zarania dziejów sfokusowany na werk angielskiej marki SME – model 30, gdybym teraz był w procesie poszukiwań, mógłbym zrewidować swój dotychczasowy kierunek i znalazłbym się w niemałej rozterce, gdyż pozorna prostota Thalesa, jest za razem jego mocną stroną.
Mimo powierzchownego nieskomplikowania, to kawał inżynierii wygaszania niepożądanych drgań. Plinta w nieregularnym owalnym kształcie jest sandwiczem kilku materiałów (talerz i subplater to również konstrukcje kanapkowe), silnik prądu stałego czerpiący energię z akumulatorów umieszczony pod talerzem i autorskie ramię ograniczające błąd prowadzenia wkładki do poziomu 0.008 stopnia. Całość postawiona na firmowej platformie – dwie płyty mdf-u odseparowane czymś w rodzaju dętki rowerowej (w komplecie otrzymujemy stosowną pompkę). Jako ostatni szlif w zestawie znajduje się jeszcze nakładany na płytę niezbyt ciężki, ale stabilizujący płytę docisk. Z uwagi na zasilanie bateryjne, na tylnej krawędzi plinty mamy trójpozycyjny zintegrowany z gniazdem do ładowarki włącznik (0,I,II), pozwalający na pracę podczas ładowania (jako ostateczna opcja, zalecane jest odłączenie ładowarki na czas grania), stan spoczynku lub praca przy całkowitym odłączeniu od sieci. Na górnej płaszczyźnie plinty w lewej jej części, usytuowano dwa podświetlane pomarańczową obwódką srebrne przyciski, inicjujące włączenie prędkości 33 i 45 obrotów na minutę. Jak każde takie urządzenie również i Thales ma możliwość dokładnej regulacji wspomnianych prędkości obrotowych, a manipulatory do realizacji tych zadań umieszczono na froncie w dwóch maleńkich otworkach, wymagających użycia specjalnej, znajdującej się w komplecie szpilki. Wszystko to razem nie zdradza faktu, że ten skromny pod względem designu gramofon, przeniesie nas na inny poziom odtwarzania i percepcji dźwięku, za którym mój poczciwy Feickert niestety już nie nadążał. Może nie było to tak lubiane na forach „walcowanie” konkurenta, ale czuć było inną klasę dźwięku. Wiedziałem, że końcowe rozstanie ze szwajcarskim produktem będzie boleć, ale chęć zaznania w swoim systemie innego świata z ulubionego „ogródka”, rekompensowała przyszłe cierpienie z nawiązką i długo się nie zastanawiając położyłem na talerzu pierwszą płytę.
Człowiek przeskakujący kilka poziomów wtajemniczenia, narażony jest na zbytnie zachłyśnięcie się danym urządzeniem, co może zafałszować ogólnie reprezentowany przezeń poziom. Niezobowiązujące spotkania z podobnymi jakościowo produktami dają pewien pogląd na możliwości i standard prezentacji tego szczebla, ale konfrontacja we własnym systemie jest nieodzownym elementem procesu wdrażania się w te zarezerwowane dla nielicznych realia. Ktoś podejmujący się oceny bez odpowiedniego przygotowania, nie jest do końca wiarygodnym źródłem, ale zawsze jest ten pierwszy raz i właśnie do niego dotarłem. Patrząc ze swojej perspektywy, myślę, że mam pewne pozwalające mi drążyć ten temat predyspozycje, w postaci umiejętnie dobranego i zaliczanego do światowej czołówki seta cyfrowego, który dawno prześcignął możliwości obecnie posiadanego toru analogowego pod względem sposobu prezentacji muzyki (namacalność i trójwymiarowość sceny). Dopiero niedawno mój Feickert zrobił nieznaczny krok ku podobnej wizualizacji (test phonostage’y Theria i Phasemation), ale nadal jest o pół łba za cyfrą. Dlatego cieszę się, że mogłem sprawdzić jak mają się buńczuczne zapowiedzi konstruktorów drogich źródeł analogowych, w konfrontacji ze stacjonującym u mnie zerojedynkowym napędem z Japonii.
Nastawiony na nirwanę, zupełnie przypadkiem natrafiłem na losowo zdjęty z półki krążek „Oregon – In Concert” z Glenem Moorem, Ralphem Townerem, Collinem Walcottem i Paulem McCandlessem w amerykańskim tłoczeniu z 1975 roku. Kładąc płytę na talerzu, z nieodzownym złośliwym uśmieszkiem na twarzy (z czym do ludzi) byłem przygotowany na efekty, potwierdzające słuszność żądanej za ten drapak zapłaty. Niestety albo stety, na naukę pokory nie czekałem zbyt długo, gdyż to było spotkanie jednej akcji i w pierwszym zwarciu od razu nokaut. Spodziewałem się sporego przeskoku jakościowego, ale nie we wszystkich aspektach. Rozdzielczość, namacalność, homogeniczność, selektywność, konturowość itd. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, a wszystko to przy lekko muśniętym barwowo do góry sposobie grania, które prawdopodobnie determinuje wkładka. Podniesienie temperatury tonacji w odtwarzaczach CD, często powoduje męczące ożywienie dźwięku, gdy tymczasem w wykonaniu analogowego źródła ze Szwajcarii z wkładką Kuzmy na pokładzie, o takich problemach nie było mowy. To był nadal gładki przyjemny dla ucha, na wskroś naturalny spektakl. Nienachalna, ale wyśrubowana, często niedostępna dla wielu odtwarzaczy kompaktowych rozdzielczość, to majstersztyk w najczystszej postaci. Akcesoria bębniarzy lśniły niczym rosa o poranku i nawet przez moment nie dało się odczuć oderwania górnego zakresu od reszty pasma. Środek, mimo lekkiego przesunięcia ku górze, nadal dawał popis barwy wykwintnego analogu, a rzadko spotykany kontur dolnych rejestrów, czarował najdrobniejszymi wibracjami strun kontrabasu. Istna feeria audiofilskich smaczków. A dodam dla ścisłości, że wkładka nie była szczytem możliwości rąk ludzkich w nawijaniu mikroskopijnych cewek, krążąc ze swoją ceną w okolicach 10 000 PLN Strach pomyśleć, co by się działo, po zaimplementowaniu do napędu Thalesa czegoś z półki 20-30 kPLN. Tymczasem dystrybutor stopniując napięcie takim zestawieniem, chciał pokazać jak ważny jest napęd w procesie kompletowania zestawu i specjalnie nie odkrywał wszystkich kart, na które przyjdzie jeszcze czas. Niemniej jednak dostarczony z Katowic zestaw, spokojnie pozycjonował się na pułapie 130 000 złotych. Ktoś powie, że cała ta zabawa nie jest warta takich pieniędzy, ba, powiem nawet, że tych „ktosi” będzie ok. 50% populacji słuchaczy, ale zapewniam od razu, że tylko do momentu zaznania takiej prezentacji muzyki – powtarzam jeszcze raz „takiej” w sensie nie barwy czy gładkości, tylko sposobu kreowania sceny muzycznej, połączonego z możliwościami finansowymi. Oczywiście jest to kawałek tortu dostępny dla nielicznych, ale nie nazywajmy takich ludzi idiotami tylko dlatego, że ich na to stać, bo gdy dzięki zrządzeniu losu sami staniemy się potencjalnymi posiadaczami tego deseru, nie chcielibyśmy być tak postrzegani. Ale wracajmy do muzyki. Jak wspomniałem, zaproponowany zestaw był trochę lżejszy od mojego w środkowym paśmie, a po konfrontacji z napędem Reimyo, okazało się, że nawet od CD-ka. Dystrybutor wiedział doskonale, jaki jest mój wzorzec (lekkie dociążenie średnicy) i sądzę, iż posunięciem z „chudszą” wkładką, chciał pokazać jak dobrze zestawione źródło analogowe potrafi oczarować w omijanej przeze mnie wcześniej specyfice grania. Może to poczucie wyszczuplenia było pochodną wyśrubowanej, ale nadal analogowej rozdzielczości Ii konturowości wkładki Kuzmy. Nie wiem, jednak po tych kilkudziesięciu przesłuchanych płytach, jedno wiem na pewno, jeśli coś dobrze gra, reszta jest z czystym sumieniem do zaakceptowania i właśniez takim przypadkiem mamy tutaj do czynienia. Nigdy bym nie pomyślał, że taka zrównoważona barwowo prezentacja (przypominam, że lubię więcej koloru), przypadnie mi do gustu, a wystarczyło wejść na odpowiedni poziom jakości odczytu informacji z rowka płyty, bym zweryfikował od dawna wyznawane poglądy. Kiedyś słuchając tego amerykańskiego koncertowego toczenia, kręciłbym nosem, a po spotkaniu z tak skonfigurowanym Thalesem, wszystko wydaje mi się naturalne i wystarczająco podgrzane. Wydawałoby się, że to są czary, tymczasem sposób otwartego i swobodnego z czytelną sceną grania, w połączeniu ze zniewalającą prezentacją trójwymiarowości muzyków, czyni to co osiągałem dociążeniem pasma, czyli sprawia uczucie namacalności. Wydłubany losowo koncert z Oregonu, był popisem umiejętności nie tylko muzyków (każdy z nich to indywidualista), ale także realizatora przy stole mikserskim, jak również zestawu odtwarzającego ten pochodzący z 1975 roku krążek. Najdrobniejszy brak synergii zbioru: muzycy – realizator- tor odsłuchowy, spowodowałby uśrednienie odbioru tej fantastycznej sesji nagraniowej i w efekcie odstawienie na półkę, bez głębszych refleksji nad usłyszanym materiałem. Dzięki wyśrubowanej rozdzielczości, każdy instrument epatował paletą mikrodynamiki, od najdrobniejszych wibracji strun kontrabasu, po gęsty, gładki zasilany pełnymi płucami saksofon, bez żadnych zniekształceń od początku do końca strony płyty. Aby sprawdzić słuszność walki konstruktorów z odpowiednim prowadzeniem wkładki, znalazłem krążek z dobrze zrealizowaną trąbką, która na moim Feickercie, a raczej ramieniu na nim powieszonym, w końcowych rowkach krążka dawała niemiłe uczucie „skrzeczenia”. Do dokładnego przyjrzenia się tej manierze, kilka razy puszczałem środkową i końcową część płyty winylowej. To niestety słychać i do niedawna brałem to jako coś nieodzownego, ale po tej konfrontacji z ramieniem Simplicity marki Thales, będę potrzebował sporo czasu, by zapomnieć usłyszany na szwajcarskim ramieniu wzorzec. Na szczęście czas goi rany, a jak nie, to i tak będę musiał z tym żyć (przynajmniej przez jakiś czas).
Szwajcarki Thales Turntable TTT-Battery Drive, był najdroższym i zarazem najlepiej grającym gramofonem jaki miałem u siebie. Swoimi możliwościami i początkowo nie do końca wpisującą się w moje predyspozycje temperaturą grania (która później okazała się nieinwazyjna w proces odbioru), bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę dla następnych wizytujących moje progi konstrukcji. Oczywiście nie jest to „ósmy cud świata”, tylko bardzo dobrze grający gramofon i odpowiednio skonfigurowane sety konkurencji, śmiało mogą z nim konkurować. Jednak nieodzownym do spełnienia warunkiem jest synergia od napędu począwszy, przez ramię, na wkładce skończywszy, a wiedząc, że takie zestawienia istnieją i co ważne, mamy razem z Marciem obiecane dostać je na testy, już teraz cieszę się na przygodę z nimi w mojej muzycznej mekce. Thales mimo powierzchownej prostoty jest zaawansowaną konstrukcją (napędu i ramienia) i jeśli ktoś nie potrzebuje popisywać się przed rodziną wymyślnymi designerskimi bryłami, powinien pozwolić dać zaczarować się temu wilkowi w owczej skórze. Jak można zauważyć, w moim opisie starałem się przekazać, czym tytułowy napęd konkuruje z moim wyśrubowanym odtwarzaczem kompaktowym. Gładkość, barwa, homogeniczność (nawet przy mniejszym niż bym oczekiwał wysyceniu), to oczywista oczywistość i nie rozpisywałem się nad przykładami potwierdzającymi te sztampowe formułki, gdyż na tym pułapie cenowym, jakiekolwiek braki byłyby żartem z klienta. To, co jest najważniejsze w opisywanej szwajcarskiej myśli technicznej, to dążąca do zerowego kąta błędu prowadzenia wkładki konstrukcja ramienia, wielowarstwowa anty rezonansowa budowa napędu (plinta, talerz), co w połączeniu z odpowiedniej klasy wkładką, pozwala na reprodukcję materiału muzycznego w modnej w ostatnich czasach technice 3D. Aby się o tym przekonać, niestety trzeba dysponować odpowiedniej klasy zestawem cyfrowym, gdyż brak miarodajnego punktu odniesienia, nie da pełnego wglądu w możliwości werku ze Szwajcarii. A jeżeli ktoś myśli, że nie mam racji, to niestety muszę powiedzieć, iż błądzi. Aby cokolwiek oceniać, potrzebny jest wyższej jakości wzorzec, inaczej są to tylko wyssane z palca domysły. Sam to przerabiałem i zapewniam, że tak jest.
Ps. Gdy kończyłem ostatnie zdanie podsumowującego ten test akapitu, na talerzu Thalesa wylądował co prawda w spokojnej odmianie, ale materiał stricte free jazzowy. Był to kolejny pokazujący kunszt muzyków i realizatorów koncertowy krążek tria: Alberta Mangelsdorff – trombone, J.F. Jenny-Clark – bas, Ronald Shannon Jackson – drums. Tym razem, wsad merytoryczny tego koncertu opierał się o lżejsze kompozycje, prezentując ten wymagający gatunek od łatwiejszej do zaakceptowania strony. Muzycy nie starali się ogłuszyć zebranej na imprezie publiczności, tylko zagrali dość spokojne, stawiając na wybrzmienia blach, przedmuchy trąby, czy wibracje strun kontrabasu w wolnych liniach melodycznych wybranych zapisów nutowych. Dzięki wyśrubowanej rozdzielczości zestawu ze Szwajcarii, dynamika odtwarzania zarejestrowanego materiału, pozwalała niemal widzieć drżącą strunę, słyszeć bulgot potrzebnego do wydobycia dźwięku, dopiero co zwiększającego się ciśnienia powietrza w ustniku, czy przypadkowe dotknięcie pałeczką, czekających na swoją kolej talerzy perkusisty. Takie niuanse mogą wydawać się komuś niezbyt istotnym elementem spektaklu muzycznego, ale gdy raz zaznamy takiej prezentacji i zobaczymy ile istotnych informacji traciliśmy do tej pory, niełatwo będziemy mogli o tym zapomnieć i gdzieś wewnątrz zakiełkuje potrzeba obcowania z taką jakością na co dzień. Radzę uważać, gdyż nawet niezobowiązujący odsłuch jest ryzykiem, przybliżającym nas do pozostawienia bohatera testu w swoim torze.
Tekst:Jacek Pazio
Zdjęcia: Jacek Pazio, Marcin Olszewski
Dystrybucja: RCM
Ceny:
Thales Turntable TTT-Battery Drive – 43 400 PLN
Ramię Simplicity – 30 990 PLN
LeviBase – 8 250 PLN
Kuzma CAR-30 – 1 900 €
Argento Audio Flow Master Reference – 30 500 PLN
Dane Techniczne:
Thales Turntable TTT-Battery Drive
Prędkości: 33⅓ RPM, 45RPM
Terminale wyjściowe: RCA / XLR / DIN / bezpośrednio wyprowadzone przewody
Wymiary: 432 x 312 x 91 mm
Waga: 16kg
Dopuszczalne napięcie dla zasilacza: 100-240V,50-60Hz
Czas pracy na baterii: 16h
Simplicity
– rubinowe łożyska sześciokamieniowe utwardzone chromem
– błąd prowadzenia wkładki ±0.008°
– zdejmowany headshell
– długość efektywna: 9″
– efektywna masa ramienia: 19 g
Kuzma CAR-30
Typ: MC
Okablowanie cewki: Miedź 5N
Materiał Cantilever’a: Boron
Szlif igły: Microridge
Pasmo przenoszenia: 10Hz – 35 kHz
Czułość: 0,3 mV
Zrównoważenie między kanałami: <1dB
Separacja między kanałami: >25 dB
Zalecana siła nacisku: 2,0 g
Impedancja wewntrzna: 4 Ω
Obciążenie: >100 Ω
Waga: 17 g
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Szanowni Państwo!
Z przyjemnością pragniemy poinformować, iż oferta firmy Chillout Studio wzbogaciła się właśnie o wyroby amerykańskiej firmy PipeLine. Firma PipeLine powstała ponad 30 lat temu, dzięki wytężonym badaniom i pracom nad kablami analogowymi i cyfrowymi. Obecnie firma jest członkiem grupy Quest Group – organizacji wymyślonej i założonej przez samego Williama E. Lowa, światowej sławy specjalistę od różnego rodzaju kabli, zarówno audio, jak i wideo. PipeLine skupiony jest tylko na jednym zadaniu – maksymalnemu zmniejszeniu strat w sygnale, który odtwarzany jest przez źródło dźwięku. By ten trudny, choć szczytny, cel osiągnąć, firma PipeLine zainwestowała wiele pieniędzy i lat w badania, a ich owocem jest seria produktów, która zapewnia znakomitą jakość obrazu oraz dźwięku.
Wszystkie kable PipeLine’a są zbudowane według tego samego, sprawdzonego wzorca. Jako przewodnik wybrano miedź wysokiej jakości, która dodatkowo została pokryta warstwą srebra, które znacznie przyspiesza przepływ sygnału, szczególnie wymagany w kablach takich jak HDMI czy USB. Kable te charakteryzują się też innowacyjnym rozwiązaniem o nazwie Concentric-Conductor Construction, które eliminuje szorstkość w dźwięku.
Dysponujemy obecnie wyborem różnych kabli – od kabli HDMI, przez USB, MHL, a kończąc na interkonektach. Możemy pochwalić się również specjalnymi, dedykowanymi gadżetami sygnowanymi przez PipeLine’a. Z całą listą można zapoznać się na stronie www.chilloutstudio.com, a z wszelkimi pytaniami oraz wątpliwościami można się zwracać na adres: bartosz.@chilloutstudio.com
Z poważaniem
Ekipa firmy Chillout Studio
Owners of products made by Combak Corporation are among the happiest and calmest God’s children, at least from other audiophiles’ point of view. The reason for this is the stability, if not to say the immutability of the company portfolio. New models are introduced to market almost as often as political changes on Cuba. So the people who buy those products, even not looking at the ‘company sound’, have the comfort, that no newer, better model will appear anytime soon. Such approach of the manufacturer to the clients allows to maintain good relationships, and at the same time is a clear signal, that haste does not fit in High-End.
The tested cable is an analog interconnect Harmonix HS101-Improved-S, and finds its place in the middle of the Japanese manufacturer’s catalog. In the catalog we have the “budget” CI230Mk2 Improved and the top HS-101GP (“Golden Performance”). The budget and top designation by Mr. Kazuo Kiuchi does not need to cause any controversy, as the basic model was tagged with the price of 1700 zloty, while the top one … “merely” 6600 zloty (1550 euro). Before you start bashing me, I will just emphasize, that both descriptions are used in purely high-end aspect, because you cannot classify Harmonix and Reimyo otherwise. And when you compare this pricelist with the competition, then you will immediately understand what I am talking about. Another aspect worth paying attention to, is the manufacturing quality and attention to detail. However you will not find byzantine splendor in the HS101-Improved-S, no excessive sizing or costly, silk coated box made from exotic wood. Instead you will find timeless and never boring, modest elegance, without any signs of cost cutting, that could be used by cable-skeptical people as a weapon against the manufacturer, implying him avarice. The stylish, opalescent, black braid covers a quite ergonomically flexible wire, terminated with lockable, gold-rhodium plugs, allowing to adjust fastening force, and thermal jackets with direction markings. The presence of the thermals allows for proper installation, but this part of the cable becomes so stiff, that you need about 8-10cm of space behind the gear you want to connect, otherwise either the cable may be damaged, which is quite improbable due to the build quality, or you can damage the sockets in the devices connected, what is much more probable to happen.
Regarding the internal setup of the HS101-Improved-S we can write, that it is for sure well thought through, that it required very long and thorough listening and tuning. Yes, yes – tuning. It turns out, that the manufacturer tunes every part of the audio system, even such seemingly insignificant ones like cables, to his own, closely followed criteria, making sure that each set leaving the factory will sound exactly the same. The above assumption results in the fact, that different lengths of the cable may differ in some internal details, to compensate for the changed parameters influencing the sound. I think, that in this case I do not need to explain, that buying this interconnect we have something different, than just a piece of cable cut to length from a spool placed inside a nice braid and terminated with elegant plugs before packaging inside a nice looking box.
But let us move to listening. I mentioned the “company” sound in the very beginning, one that Harmonix worked out during all those years it is on the market. On one hand this allows to build a stable and faithful group of followers, while at the same time it is something allowing to stand out from the competition, as we should not fool ourselves – cables have an influence on the final sound of our systems, and only we are responsible for shaping it, depending on our preferences. The Japanese cables promote an incredible musicality and elegance of the sound. This does not mean they mask details or slit the sound. Nothing like that, but they have something in them, that at first, and also during longer listening sessions, we can perceive the sound as darkened, or more precisely, having a warmer timbre. It also far more complex we could imagine at first hearing. Offering some glitters of caramel sweetness they show the amber light of the sunset with an intensity unrivaled by any competition, even more expensive one. The midrange is incredibly dense and saturated, at the same time very resolved and selective, that there is absolutely no loss of micro-information about the texture enclosed in the precisely drawn sound contours as well as about the placement of the musicians on the stage and the acoustic environment present during recording.
However to reach such conclusions you have to meet one of the requirements below – received a burned-in set or be patient, and after purchase and plugging it into the system not listen to them for a week. Please believe me and remain sane. I received a brand new set from the factory, and that what came out of the loudspeakers initially could be described as an audiophiles worst nightmare – dull, matte and flat. A massacre. I think, that when comparing this cable to a metal hanger at that time I would choose … the hanger. Fortunately a reviewer usually has one or two devices not being used at any given time, so those could be used as burn-in gear. That was the case also this time and the Harmonix moved for a week to connect the iFi iDAC and iFi iTube fed with signal from an internet radio. After this interlude, the improved Harmonix sounded according to its capabilities, like I already started to describe above.
Starting with the blues-rock “This Life” Curtis Stigers opening piece of the “Sons of Anarchy” soundtrack and ending with the maudlin, build around a weeping guitar “Strange Fruit” from the same disc, my attention was drawn to the emphasis for reproducing the beauty of the human voices with as much naturalness and truthfulness as possible. True beauty, coming from reality, and not from any kind of beautifiers and better-makers, able to create a starlet from any talentless person. Here we come to a certain phenomenon associated with the tested Harmonix cable, which makes it possible for it to extract the best of what is hidden in our system, while not covering or masking the not so nice errors made during configuration of the system. If some component in our system would sound harsh, dull, not selective or just plain bad we will be informed about that by the Harmonix. This will be no nitpicking however, but rather a refined cue told on side. Like an advise coming from a respected person. The effect will be similar to the one achieved with shouting things around, but the form and way of delivering the criticism will be much more acceptable.
Despite the mentioned nobleness and sophistication the sound was not deprived from shine and openness of the treble. The ethereal sound of the sitar on “Traces of You” Anoushka Shankar was absolutely not damped and delivered an incredible amount of information recorded on the disc. For the readers knowing our private tastes, I can only say, that the sonic effect was in 100% conform with Jacek’s musical taste.
For the end of the test I left the repertoire, which has not much in common with higher culture, not mentioning easing down customs. The dark, heavy, dense and beautifully depressive “God is Dead” from Black Sabbat “13” showed, that even in such climate the HS101-improved is true to its soul. Absolutely no slowdowns, no thickening and muddy bass – this has positively surprised me, the recording remained juicy and bloody, having something in common with a muscle-car on neutral, capable of going into a race immediately. Looking for an even greater coarseness and increasing the tempo, I reached for the “Heavy Metal Music” Newsted, which has lots of the mentioned elements, and for the “Inhuman Rampage” DragonForce, full with absolutely insane rhythms. In both cases I had not much to complain about. Of course you could see the misery of the mastering. But in this case that was not the most important thing, as those discs were absolutely suitable to verify, if the tested cable is fit for heavy-metal rollercoasters. Harmonix did the job well, at the same time showing me some truly audiophile items, which I did not expect in the material played. Underlining the articulation of the vocalists, fluency of the guitar riffs, which were theoretically present in the material, the Harmonix finally showed those items in full splendor, allowing them to leave their hideouts and fight for their rightful place in the musical spectacle.
Looking from the perspective of time and devices tested while using this cable, I can absolutely recommend the newest version of the HS101-Improved-S to all people, who love high fidelity sound. In addition, buying this product seems to be a good future investment – even in systems worth astronomical amounts of money it should not be out of place and will not limit the potential of the electronics connected using it.
Marcin Olszewski
Distributor: Moje Audio / Reimyo.pl
Price: 0,75 m – 3 250 PLN; 1 m – 3 550 PLN; 1,5 m – 4 400 PLN; 2 m – 5 250 PLN; 2,5 m – 6 150 PLN; 3 m – 7 000 PLN
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc, CEC CD3N
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Stream player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5; Moon 600i
– Pre amplifier: iFi iTube; Alluxity Pre-amp One
– Power amplifier: Alluxity Power-amp One
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Harmonix CI-230 Mark-II;; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Argento Serenity „Signature” XLR
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Neyton Hamburg LS; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power;
– Power distributor boards: GigaWatt PF-2 + LC-2mk2 cable; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cable: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Wśród ośmiu produktów Harmana, nagrodzonych na jesiennej Międzynarodowej Wystawie Elektroniki Użytkowej (CES) w Las Vegas znalazły się słuchawki AKG K845 BT. Następca legendarnych AKG K550 dostał owacje za wzornictwo i łączność Bluetooth z technologią Near Field Communications (NFC).
Zagorzali kibice modelu AKG K550, z jego studyjnym brzmieniem i wyrafinowaną elegancją, wyróżnioną nagrodą Red Dot Award, mają prawo być zaniepokojeni – ich cudo nie jest już NAJ. Zdystansowały je, i to w każdej klasie, słuchawki AKG K845BT. Najmłodsze dziecko austriackiej marki należącej do Harmana zapewnia iście studyjne spektrum audiofilskich przeżyć. Na wrażenie perliście czystego odbioru pracują pospołu 50 mm przetworniki i ogromne nausznice (to bynajmniej nie wada zamkniętych słuchawek wokółusznych!), w których dźwięk o mocniej podbitych basach staje się pieszczotą dla ucha bez względu na nastawy. Także w sensie fizycznym, bo doskonale dopracowane muszle nawet po kilku godzinach używania nie powodują dyskomfortu. Bluetooth i NFC umożliwiają natychmiastową łączność słuchawek z urządzeniami mobilnymi, w tym z większością smartfonów, a sterowanie dźwiękiem odbywa się za pomocą przycisków, umieszczonych ergonomicznie na jednej z muszli. Choć słuchawki wykonano jak dla profesjonalisty, naprawdę solidnie, z wykorzystaniem metalowych podzespołów, zaskakuje ich relatywnie niska waga. Wszystko to czyni z K845 BT nieodłącznego kompana miejskich perygrynacji. A jeśli trzeba je szybko schować, mamy dwupłaszczyznowy mechanizm składania, dzięki któremu mieszczą się w kieszeni. Dostępne są w kolorze białym lub czarnym.
AKG K845BT – cena 1199 zł
Podstawowe parametry:
Przetwornik o średnicy 50 mm
Pasmo: 20Hz –20kHz
Impedancja: 32Ω
Max moc wejściowa : 50mW
Czułość: 102dB @1kHz/1mW
Pasmo częstotliwości nadajnika Bluetooth: 2.402 – 2.480 GHz
Moc nadajnika Bluetooth: 0~4 dBm
Modulacja nadajnika Bluetooth: GFSK, ./4 DQPSK, 8DPSK
Batteria: Litowo-polimerowa 3.7V 320mAH
Opinia 1
Ponad trzy miesiące to wystarczający okres, by niejako odpocząć od danej marki a jednocześnie o niej nie zapomnieć. Właśnie mniej więcej tyle upłynęło od naszej ostatniej recenzji (link) akcesoriów japońskiej manufaktury Acoustic Revive poprawiających parametry odsłuchu na drodze demagnetyzacji, jonizacji i generowania ultra niskich częstotliwości. Tym razem postanowiliśmy jednak skupić się na „dodatkach” o działaniu zdecydowanie mniej ezoterycznym za to bardziej namacalnym a przez to mniej dyskusyjnym i kontrowersyjnym, czyli na takich, które pomagają w walce z wszechobecnymi a przy tym pasożytniczymi, degradującymi możliwości naszych systemów drganiami. W skład dostarczonego do testów seta japońskich specjałów weszły:
– platforma RST-38H
– platforma RAF-48H
– izolatory kwarcowe RIQ-5010 i RIQ-5010W
– podkładki pod kolce SPU8
Jak wynika z powyższej listy, oraz mamy nadzieję widać na załączonych (poniżej) zdjęciach, voodoo nie ma w tym za grosz, czy też biorąc pod uwagę kraj pochodzenia za jen. Ot kolejne, sprawdzone rozwiązania, które z powodzeniem można znaleźć u innych renomowanych producentów.
Na pierwszy ogień postanowiliśmy wziąć platformy i to nie tylko ze względu na ich najbardziej zobowiązujące gabaryty, ale również na dwa, dość radykalnie różniące się od siebie pomysły na radzenie sobie z izolacją ustawionych na nich urządzeń i wygaszanie drgań. Co prawda wstępny ogląd i badania przeprowadzone metodą organoleptyczną, czyli na tzw. „macanta” wskazywały na zbliżone główne założenia konstrukcyjne, czyli oparcie się na większej, stanowiącej podstawę wyżłobionej platformie dolnej i mniejszej, częściowo wpuszczanej platformie górnej, to już elementy medium pośredniego były z przeciwległych biegunów. W modelu RST-38H są to sporych rozmiarów kryształy kwarcu, którymi należy równomiernie zasypać dedykowane wgłębienie a w RAF-48H zdecydowano się na izolację pneumatyczną z użyciem odpowiednio ułożonej dętki z wyprowadzonym na zewnątrz wentylem. Aby jednak nie było zbyt różowo i testowane akcesoria nie miały zbyt łatwo zarówno w moim, jak i Jacka systemach do ewentualnej poprawy miały jedynie to, czego nie naprawiły nasze, naprawdę solidne (Rogoz Audio 4SM3 u mnie i wykonany na zamówienie Rogoz Audio z granitowymi blatami u Jacka) stoliki dedykowane zastosowaniom Hi-Fi. Proszę zatem brać na powyższe warunki poprawkę i jeśli posiadaną elektronikę ustawili Państwo na zwykłym, użytkowym meblu to i zmiany wprowadzone przez opisywane przez nas akcesoria mają szansę zaistnieć ze zwielokrotnioną intensywnością.
Podłożenie kwarcowej platformy RST-38H zarówno pod wzmacniaczem, jak i odtwarzaczem przynosiło bardzo zbliżone efekty. Pierwszym aspektem, jaki uległ modyfikacji była precyzja, z jaką kreowane i obrysowywane były źródła pozorne. To co do tej pory wydawało się wyraźne okazywało się, że tylko nam się wydawało, gdyż dopiero z wysypaną kwarcem RST pojawiła się, sięgając do analogii fotograficznej, znana z porządnych obiektywów stałoogniskowych, ostrość zamiast większego, lub mniejszego rozmydlenia właściwego KIT’owym szkłom. Powyższy zabieg, oprócz oczywistych zalet niósł ze sobą pewne subiektywne odczucie odchudzenia dołu pasma. Z premedytacją pisze o subiektywnych wrażeniach, gdyż po prostu lepsza konturowość i zdyscyplinowanie basu powodowały szybsze „zbieranie się”, utwardzenie najniższych składowych. Dzięki temu bas stawał się zdecydowanie lepiej zróżnicowany, zyskiwał na motoryce, choć tracił co nieco na spektakularności. Do listy poczynionych obserwacji z pewnością warto również dopisać lepszą rozdzielczość. Co prawda jest ona oczywistą pochodną wspominanego utwardzenia i precyzji przekazu, jednak ma ona zdecydowanie szlachetny charakter i nie jest obarczona tak irytującymi przypadłościami jak szklistość i zbytnia ofensywność, którymi od czasu do czasu próbuje się oszukiwać niedoświadczonych słuchaczy wmawiając im, że właśnie o to w rozdzielczości chodzi, wciskając pozbawione emocji i obarczone prosektoryjną martwotą urządzenia.
Pozorne przesunięcie środka ciężkości dźwięku ku górze, przy bezdyskusyjnej klarowności, rześkości daje nieporównanie lepszy wgląd w nagranie, pozwala na swobodniejszą, bardziej nieskrępowaną eksplorację poszczególnych niuansów i mikrodetali, które do tej pory były maskowane potężniejszymi, bardziej oczywistymi dźwiękami. Z resztą sama emisja, ponadprzeciętna naturalność i brak przywiązania do głośników sprawiały, że całość zyskiwała na holograficzności i trójwymiarowości przekazu. Z jednym małym „ale” dotyczącym różnicowania jakości materiału źródłowego. Dodanie RST-38H okazało się jednoznaczne z niemalże całkowitą eliminacją nagrań w jakiś sposób skażonych grzechem niedoskonałości, czy też zaniedbania zarówno od strony realizatorskiej, jak i wykonawczej. Każde potkniecie było ewidentnie słyszalne a stopień nieprzyjemności oscylował pomiędzy odgłosem paznokci drapiących szkolną tablicę po próbę polizania wełnianego swetra.
Z pompowaną platformą RAF-48H było trochę inaczej, gdyż pomimo zapewnień producenta o maksymalnej ładowności wynoszącej 60 kg przy nierównomiernym obciążeniu ciężkimi wzmacniaczami jej płaszczyzna nośna zauważalnie gubiła poziom. Dla tego też zarówno ze względów estetycznych, jak i dla własnego świętego spokoju przeważającą część testów prowadziłem z posadowionym na niej odtwarzaczem Ayona.
To, co przy RST-38H ulegało sfokusowaniu, poprowadzeniu wyraźniejszą, bardziej precyzyjną a jednocześnie cieńszą kreską przy RAF-48H nabierało soczystości, żywej tkanki i masy mięśniowej. Tło stawało się aksamitnie czarne i to z niego wyłaniały się poszczególne gładkie i pełne swoistego spokoju dźwięki. Dźwięki łączące się w homogeniczną, spójną i pierwotnie naturalną całość zwaną muzyką. To, nad czym nie trzeba się było ani chwili zastanawiać to niesamowity wzrost, poprawa szeroko rozumianej atrakcyjności przekazu. Po prostu muzyka płynąca z głośników była ładniejsza, lepiej przyswajalna i pozbawiona nawet najmniejszych oznak nerwowości. Nie traciła przy tym nic z własnej rozdzielczości i selektywności, gdyż wszelkiego rodzaju smaczki jak praca ręki na gryfie gitary, czy odgłosy klap w dęciakach nadal pozostawały na tym samym poziomie czytelności a jedynie ich fizyczność stawała się bardziej namacalna, obecna. Kolejną cecha, którą urzekła mnie „powietrzna” platforma Acoustic Revive była niewielka namiastka, pewien pierwiastek analogowości, jaki potrafiła zaszczepić w lampowym, ale ze wszech miar cyfrowym źródle. Była dopełnieniem, przysłowiową kropką nad „i” procesu, jaki zapoczątkowany został poprzez ulampowienie stopnia wyjściowego w moim Ayonie. Nie bez znaczenia z pewnością jest również fakt, że dodatkowe odsprzęgnięcie, odizolowanie tak wrażliwych na drgania podzespołów, jakimi są lampy zapewnił im nad wyraz komfortowe warunki pracy. Idąc dalej tym tropem warto sprawdzić w domowych pieleszach jak RAF-48H sprawdza się pod „kompaktowymi” konstrukcjami w stylu AirTight’a ATM-1s, czy poszczególnymi inkarnacjami uroczego Lebena CS300.
Kolej na kwarcowe izolatory RIQ-5010 i RIQ-5010W różniące się z pozoru od siebie praktycznie jedynie kolorem (W są transparentne), choć sam producent uważa, że wersja przydymiana charakteryzuje się o drobinę potężniejszym basem. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Te zgrabne, niemalże idealnie pasujące do większości firmowych nóżek, dyski o wymiarach 50 x 10 mm już przy pierwszym kontakcie potrafią oczarować, a jednostki mniej odporne na bodźce zewnętrzne wręcz uzależnić. RIQ są niczym minimalistyczne, lecz z wielką starannością wykonane bibeloty, bez których spokojnie można żyć, lecz raz zobaczone a nie daj Bóg użyte stają się nieodzowne, czy też konieczne. Kontakt z nimi przełamuje też pewne stereotypy i przesądy, gdyż w dotyku nie mają w sobie nic z zimna i laboratoryjnego chłodu zwykłego, ordynarnego szkła. Podłożenie ich pod nóżki urządzeń audio też potrafi nie tylko zadziwić, ale i zburzyć przez lata budowane przyzwyczajenia. Krótko rzecz ujmując charakter zmian przez nie wprowadzanych ma tyle wspólnego z charakterem wykorzystywanych przez niektórych producentów szklanych półek, co daleko nie szukając przysłowiowa szyba z szybowcem. Zero ostrości, przejaskrawionej, karykaturalnej wręcz konturowości i odchudzenia nie tylko emocjonalnego, ale i barwowego przekazu. Otrzymujemy za to niezwykłe wręcz połączenie zalet opisanych wcześniej platform RST-38H i RAF-48H. Takie niesamowite zrównoważenie pomiędzy konturowością a soczystością, pomiędzy kontrolą a spontanicznością, czy rozdzielczością i muzykalnością. W pierwszej chwili skala zmian jest wprost niewyobrażalna do gabarytów samych krążków, gdyż nie dotyczy danego, ściśle ograniczonego podzakresu, lecz obejmuje pełne spektrum przekazu. Co ciekawe największy wpływ użycia kwarcowych dysków odnotowałem z potężną integra Ayon Spirit-3 opartą na kwadrze lamp KT-150. Podłożenie ich pod Electrocompanieta ECI-5 było co prawda słyszalne, lecz nie wywoływało już tak jednoznacznej euforii. Za to żonglerka przydymianymi i transparentnymi krążkami pod odtwarzaczem plasowała intensywność zmian gdzieś pomiędzy ww. przypadkami, jednak przyniosła inne, nader ciekawe obserwacje. O ile sam pomysłodawca i producent – Pan Ken Ishiguro wskazywał na ewentualne różnice w skali, bądź nazwijmy to intensywności najniższych składowych w moim systemie zakres, na zmiany którego zwracałem uwagę w pierwszej kolejności znajdował się w górnych rejestrach i dotyczył mniejszej, bądź większej twardości konturów i wyrazistości w akcentowaniu najwyższych składowych.
Próby z układaniem krążków na urządzeniach, przynajmniej w moim systemie, poza niezaprzeczalnym podniesieniem walorów wizualnych nie przyniosły (niestety?) żadnych zauważalnych zmian sonicznych.
Niejako na deser pozostawiłem najskromniejsze i niejako najmniej chwytające za oko mosiężne podkładki pod kolce SPU8. Umieszczenie ich pod moimi Gauderami wydawało się na początku jedynie recenzenckim obowiązkiem, gdyż zastępowałem nimi aluminiowe, firmowe podkładki, które jakby na nie nie patrzeć za zadanie miały przede wszystkim zapobieżenie dewastacji jesionowego parkietu i tyle. Jednak pozory mylą. Szybka podmiana, wygodne umoszczenie się w fotelu, wciskam play i … osz XXXXX (w tym miejscu znajdowały się słowa w żadnym wypadku nienadające się do publikacji). Poprawa namacalności, realizmu i wolumenu wydobywającej się z głośników muzyki była wręcz niesamowita. Mięsisty, świetnie kontrolowany bas zapuszczał się w obce mu do tej pory rejony, średnica kusiła żywością barw i faktur a wysokie tony lśniły ciepłym blaskiem zachodzącego słońca. Skala zmian z pewnością nie mogła wynikać jedynie z wręcz pomijalnej zmiany dystansu wylotu bas refleksu znajdującego się w podstawie kolumn do podłogi, bądź podniesienia o kilka milimetrów głośnika wysokotonowego względem moich uszu. Ich źródła upatrywałbym bardziej w przemyślanym a co najważniejsze świadomym wyborze określonego stopu, który charakteryzuje się takimi, a nie innymi natywnymi cechami brzmieniowymi, co jak już miałem okazać się podczas testów PMR Premium potrafi mieć kolosalny wpływ na efekt finalny.
Każde z powyżej testowanych akcesoriów Acoustic Revive bezdyskusyjnie zmieniało brzmienie końcowe mojego systemu. Czy obserwowane zmiany można określić mianem pozytywnych, czy też negatywnych zależy już głównej mierze zarówno od indywidualnych upodobań poszczególnych słuchaczy, jak i elektroniki składającej się na konkretne systemy. Kontakt z tego typu dodatkami pozwala w miarę bezboleśnie a co najważniejsze we własnych czterech kątach ( u Jacka jest ich bodajże osiem ;-) ) przekonać się czy i jakie zmiany dane akcesorium wprowadza i czy ich charakter nam odpowiada. Nie dajmy się zatem złapać na tzw. pokazy salonowe, czy wystawowe, bo o ile będą one w stanie uświadomić jedynie fakt zaistnienia różnic pomiędzy stanem „z” i „bez”, to nie powiedzą nam absolutnie nic, jak dany element sprawdzi się w naszych, jakże zindywidualizowanych i niepowtarzalnych warunkach. Dla tego też prosiłbym o potraktowanie powyższego tekstu jedynie jako wskazówki do dalszych, własnych poszukiwań dźwięku idealnego a jeśli któreś z opisywanych audiofilskich akcesoriów Acoustic Revive przypadnie Państwu do gustu, to nie pozostanie mi nic innego, jak tylko pogratulować dobrego gustu i otwartego, na tego typu „gadżety” umysłu.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Nautilus
Ceny:
– platforma RST-38H: 2 790 PLN
– platforma RAF-48H: 6 490 PLN
– izolatory kwarcowe RIQ-5010 i RIQ-5010W: 2 590 PLN (4 szt.), 690 PLN (1 szt.)
– podkładki pod kolce SPU8: 590 PLN (8 szt .)
Dane techniczne:
RST-38H
Wymiary (SxWxG): 482 x 38 x 382 mm
Górna platforma (SxWxG): 432 x 15 x 332 mm
Waga: 5,9 kg
Udźwig: 100 kg
RAF-48H
Wymiary (SxWxG): 486 x 48 x 436 mm (bez wentyla)
Górna platforma (SxWxG): 447 x 15 x 397 mm
Waga: 4 kg
Udźwig: 60 kg
System wykorzystany w teście:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Meridian Control 15
– Gramofon: Avid Sequel SP + SME SME 309 + Goldring Legacy (GL0007M);dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC; Avid Pulsare II
– Przedwzmacniacz/DAC/Phonostage: McIntosh C2500
– Przedwzmacniacz: Jeff Rowland Corus
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5;Ayon Spirit 3 – KT150 ver.; Vitus Audio RI-100
– Końcówka mocy: Jeff Rowland 625
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Zingali Home Monitor 2.8 Plus
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Furutech Pure Power 6
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker
Opinia 2
Jeśli ktoś z grupy oponentów negujących sens stosowania dodatków oraz wysublimowanego okablowania, znacząco różniącym się między sobą brzmieniem, do posiadanych systemów audio, uważa iż jest to przejawem szamanizmu i nabijania naiwnych klientów w przysłowiową butelkę, to spotkanie z ofertą japońskiej marki Acoustic Revive, może zakończyć się na oddziale „OIOM-u”, a w najlepszym wypadku osłupieniem. Podczas gdy cały świat postrzega Japonię jako ojczyznę najlepszych urządzeń do odtwarzania muzyki, wielu audiofilów nie zdaje sobie sprawy, jakimi gadżetami panowie i pewnie jakaś część pań z kraju kwitnącej wiśni dopieszczają swoje systemy odsłuchowe, próbując osiągnąć stan brzmieniowej nirwany. Ta gałąź akcesoriów nazywana przez sceptyków audio voodoo, jest głównym kierunkiem działalności opisywanej, manufaktury z kraju samurajów. Nie sposób wymienić całego ich portfolio, ale kablologia to nic nadzwyczajnego przy takich cudach jak: jonizator powietrza, demagetyzator do urządzeń audio i płyt CD, czy generator fal Schumanna. Jednak wisienką na torcie wydaje się być audiofilska bawełna, stosowana do otulania wszelkiego rodzaju połączeń w naszych urządzeniach. Tak, tak, to nie są żarty, to jest pełnowartościowy produkt, zajmujący osobną pozycję w cenniku. Jeszcze nie miałem przyjemności testować tak hardcorowych wynalazków i specjalnie mi się nie spieszy, dlatego jako przełamanie lodów z tytułową marką – Acoustic Revive, przyjąłem do weryfikacji ewentualnego wpływu dwie platformy antywibracyjne, oparte na różnych sposobach tłumienia i dwa zestawy stopek, które przy zdecydowanie mniejszym poziomie skomplikowania mają podobne zadanie jak platformy.
Opis wizualny i brzmieniowy zacznę od podstawek, gdyż minimalizm konstrukcji w połączeniu z łatwością aplikacji w posiadanym torze, spowodował, że właśnie od nich rozpocząłem pierwsze manewry diagnozujące ewentualne zbawienne efekty ich zaistnienia w moim torze. Próbując określić budowę, specjalnie nie ma o czym pisać, gdyż dostarczone stopy, to z wyglądu zwykłe (wyglądające jak szklane) krążki o średnicy 50mm i grubości 10mm, które po przetłumaczeniu oryginalnych krzaczków, otrzymały wdzięczne nazwy: Quartz Insulator RIQ-5010w i Smoky Quartz Insulator RIQ-5010. Na pierwszy rzut oka różnią się kolorem, gdyż jedne są przeźroczyste, a drugie ciemno brązowe, bez podświetlenia lampą, do złudzenia wyglądające jak czarne. Nie wiem czym jeszcze się różnią, jednak nie rozdrabniając się w poszczególne testy odcieni zastosowanego kwarcu, zastąpiłem nimi używane przeze mnie wyroby Harmonixa, które producent mojego zestawu dodaje w komplecie. Z doświadczenia wiem, że takie zabiegi bezproblemowo zauważamy nawet przy tańszych zestawach audio, gdyż są podstawowym instrumentem izolującym urządzenia grające od wibrującego podłoża. To, że należy zminimalizować skutki mikro wibracji, wie nawet początkujący audiofil, a sposób realizacji tego zjawiska jest już jego indywidualnym wyborem. Żeby łatwiej było poradzić sobie z tym problemem, powstaje wiele firm proponujących różne kierunki i technologie – od stóp, przez platformy po całe szafki.
Znając brzmienie mojego zestawu, nie wykonałem próby przypominającej wzorzec (stopy Harmonixa), tylko z miejsca zaimplementowałem przybyszy z Japonii. Z uwagi na ciężar poszczególnych urządzeń i po wytypowaniu najczulszych z nich, japońskie dodatki wylądowały pod napędem płyt CD i przetwornikiem cyfrowo analogowym. Na czytniku leżała akurat najnowsza produkcja Leszka Możdżera z dream teamem – L. Danielssonem i Zoharem Fresco, bardzo symbolicznie zatytułowana „Polska”. Jako, że był to prezent gwiazdkowy od córki, w ostatnim tygodniu płytkę przesłuchałem kilkukrotnie, dzięki czemu materiał testowy miałem osłuchany jak żaden inny. Już pierwsze takty zdradzały sporą ingerencję w dźwięk wydobywający się z kolumn. Zdecydowanie podniosła się rozdzielczość i konturowość grania. Wszystko wycięte z tła ostrym skalpelem, zwiększając tym sposobem czytelność i pozycjonowanie źródeł pozornych. Scena nie tracąc nic na swoich rozmiarach, stała się chirurgicznie przejrzysta. Pierwsze wrażenie jest spektakularne, tego nie da się nie usłyszeć. Blachy Fresco jawiły się jako feeria unoszących się w powietrzu ocierających się o siebie miotełek i talerzy, uzupełniona zestawem innych często stosowanych przez niego perkusjonaliów: jak dzwoneczki czy wiszące sznurki przeszkadzajek. Kontrabas ze swoimi ostrymi jak żyletka strunami, pokazywał każdą nawet najdrobniejszą ich wibrację, jednak lekko zaniedbując przy tym pudło rezonansowe. Wiem, że wielu słuchaczom to się spodoba, ale mnie brakowało trochę wypełnienia. Kontynuując analizę usłyszanych zmian, doszedłem do frontmana – L. Możdżera i ten instrument chyba najbardziej odczuł wygaszanie wibracji przez set Quartz Insulatora. Fortepian zrobił się bardzo suchy i chłodny, a to już może zaboleć w momentach, gdy pan Leszek jak to często robi, wrzuci garść znalezionych pod ręką przypadkowych przedmiotów, modulujących wydobywający się dźwięk strun. Na szczęście ten krążek zabrzmiał dobrze, pokazując jedynie, że łatwo można „przegiąć” z takim sposobem izolacji od podłoża. Wyroby antywibracyjne Reimyo są kompilacją kilku rodzajów drewna z aluminium, podklejonego cienką warstwą aksamitu, co jest zamierzonym celem, mającym zbliżyć efekt finalny do ciepłego analogu. Powrót do swoich podkładek przywrócił do pracy pudło kontrabasu i nadał instrumentowi klawiszowemu niezbędną dawkę barwy i wypełnienia. Proszę nie odbierać tego opisu, jako atak na wyroby Acoustic Revive, tylko próbę uzmysłowienia różnic pomiędzy tym, co wyjąłem z pod nóżek moich grajpudeł, a tym, co tam zastosowałem. Każdy potrzebuje innych zabiegów i należy się cieszyć, że mamy tyle opcji do wyboru, a to dopiero początek zabawy podstawowymi dodatkami. Im dalej w las tym więcej drzew i przy okazji ciekawiej.
Razem ze stopkami pod sprzęt, dostałem również komplet pod kolumny, ale wykonany z litego mosiądzu. Nie były to jakieś wyszukane kształty, tylko najzwyklejsze okrągłe placki, ze sfrezowaną górną krawędzią i stożkowym zagłębieniem, do wycentrowania stojących nań kolców zestawów głośnikowych. Oczywiście również te produkty zastąpiły wyroby pana Kazuo – właściciela marki Reimyo. Ta próba z pozoru wydawała się trudniejsza i taka była, jednak jeśli miałbym spróbować określić kierunek zmian, to na poziomie percepcji zwróciłem uwagę na utwardzenie dźwięku, lekki chaos na wirtualnej scenie z tendencją przybliżenia jej do słuchacza. Ja zamieniałem miejscami dwie różnie zbudowane konstrukcje i jeśli ktoś czyniąc podobnie, nie usłyszy zmian, jestem w stanie to zrozumieć i nie będę kruszył o to kopii. Jednak jakby nie patrzeć, to podstawki pod głośniki prawie zawsze są niezbędne i jeśli komuś taki złotawy motyw zunifikuje się z resztą systemu, śmiało powinien je zakupić. W przypadku, gdy ktoś nie posiada żadnych, już od pierwszych taktów powinien odczuć zmiany na lepsze. Z uwagi na ogólnie przyjęty bezdyskusyjny wpływ odizolowania kolumn od podłogi, nie testowałem wariantów z i bez podkładek.
Po tej przypominającej podstawy walki z wibracjami lekcji, przeszedłem do następnego punktu testu, jakim był komplet dwóch platform, będącymi już wyższym, mającym podobne zadanie stopniem wtajemniczenia. Najczulszym elementem w tej walce jest czytnik danych z obracającej się płyty CD i to on został bohaterem tego starcia. Zacząłem od konstrukcji opartej o zestaw kolarski, czyli dętka i pompka – Acoustic Revive RAF-48. Może śmiesznie to brzmi, ale to co piszę jest najprawdziwszą prawdą, tylko owa dętka jest w rozmiarze rowerka dla bobasa. Swoją drogą to niezły kierunek działań, zmierzających do naczelnego będącego tematem przewodnim spotkania z Acoustaic Revie, eliminacji niepożądanych drgań degradujących dźwięk. Powietrze wydaje się być najbardziej neutralnym izolatorem od podłoża i przyniosło pozytywne rezultaty. Może nie była to zmiana na poziomie wymiany elementu systemu, bo oznaczałoby to, że izolowałem całkowicie źle skonstruowane urządzenie, ale zmiany szły w kierunku obniżenia szumu tła, dzięki czemu źródła pozorne dostały dodatkowej dawki energii i czytelności. Wszystko nabrało większej masy, nie tracąc przy tym krzty rozdzielczości, na bezkresnej głębokiej scenie. Składam oficjalny szacunek dla tego pomysłu. Przypominam, że mój napęd w zestawie ma swoje podkładki i chcąc utrudnić życie wyrobom Japończyków, występował w pełnym rynsztunku, a mimo tego wpływ był zauważalny. Cuda panie cuda.
Ostatnim izolatorem były kryształki kwarcu pomiędzy dwoma elementami MDF-u – Acoustic Revive RST-38. Czy ten gadżet pójdzie drogą twardych podkładek, czy coś po środku pomiędzy nimi a wyrobem dętkopochodnym? Nie pozostało nic innego jak się o tym przekonać i z uwagi na nienaturalny rozstaw punktów podparcia mojego źródła (szeroko rozstawione łapy z kolcami), ten kwarcowo MDF-owy tandem podłożyłem pod DAC-a. Ta wersja platformy również odcisnęła swoje piętno na spektaklu muzycznym, jednak trochę inne niż poprzedniczka. Nie stawiała na masę przekazu, pozostawiając ten aspekt bez zmian, tylko zadbała o pogłębienie sceny, która teraz pozwoliła muzykom na lekkie odsunięcie się od sapiącej w pierwszym rzędzie widowni, sprawiając wrażenie większego jej nadmuchania. Bardzo fajny i często pożądany przez wiele systemów efekt. Bałem się, że swoim dość twardym wsadem podąży w stronę odchudzenia przekazu muzycznego, tymczasem będąc neutralną w tym aspekcie, uwypukliła inne ważne składowe percepcji dźwięków. Kolejny szacun dla szamanów z kraju samurajów.
Na tym zakończyłem tą pouczającą zabawę z audio voodoo z pod znaku Acoustic Revive. Nie były to wszystkie możliwe kombinacje, jakie mogłem zastosować, gdyż wziąwszy pod uwagę ilość elementów w torze (7), wraz z liczbą dostarczonych produktów, miałbym co robić przez kilka ładnych tygodni. Tymczasem życie płynie dalej, dodatkowo każdy audiofil ze swoim systemem ma inne potrzeby, dlatego ja przedstawiłem główne nurty zmian. Jeśli musimy zwiększyć kontur, zastosujemy sztywne podstawki, natomiast braki w nasyceniu lub rozpiętości sceny możemy skorygować odpowiednimi wersjami platform. Do koloru do wyboru. Przypominam zawczasu, że tylko weryfikacja na własnym podwórku powinna ostatecznie wpłynąć na decyzję zakupową. Opisane przeze mnie zmiany są pochodną reakcji bohaterów z Japonii z moim subiektywnie zestrojonym zestawem również z Japonii i chyba najważniejszym przekazem tego spotkania jest fakt, iż nie zanotowałem wewnątrz krajowej bratobójczej walki, tylko wspólne dążenie do konsensusu w odtwarzaniu muzyki. Zachęcam do zbierania doświadczeń w tej dziedzinie naszego hobby, a może się okazać, iż dopiero wtedy dowiemy się, na co stać naszą układankę audio.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Najnowsze komentarze