Monthly Archives: maj 2014


  1. Soundrebels.com
  2. >

Jerry Harvey to legendarna postać w świecie monitorów odsłuchowych. Któż z nas nie słyszał o takich artystach jak Alicia Keys, Robbie Williams, Rihanna, The Gossip, The Rolling Stones, a to tylko kilku spośród dziesiątek muzyków korzystających z owoców pracy Jerry Harvey Audio, jednego z najbardziej innowacyjnych i zaawansowanych laboratoriów produkujących Custom IEM’y.

Sam Jerry projektował monitory uniwersalne i indywidualne marki Ultimate Ears, które jako jedne z pierwszych wystąpiły w wersjach uniwersalnych i zyskały ogromne poparcie użytkowników. Takie informacje dają podstawę by twierdzić że produkty Jerry Harvey Audio to top topów pod względem jakości dźwięku.
Jest Nam tymbardziej niezmiernie miło poinformować Państwa o tym że Jerry Harvey Audio postanowiło podjąć współpracę z marką Astell & Kern. Owocem tej współpracy jest limitowana edycja uniwersalnych monitorów odsłuchowych JH Roxane dedykowana do współpracy z odtwarzaczami Astell & Kern. Ich nazwa to Astell & Kern AKR03.


Nie raz przekonaliśmy się że nie sama renoma producenta świadczy o jakości końcowej produktu. W przypadku AKR03 możemy być pewni, że się nie zawiedziemy. Dotychczas monitory odsłuchowe najwyższej klasy zbudowane były z  dwóch, trzech, rzadziej czterech przetworników zbalansowanych gwarantujących wierne odwzorowanie każdego dźwięku.
Jerry Harvey Audio stwierdziło że to za mało. Dla osiągnięcia maksimum jakości z odtwarzaczy Astell &Kern w modelu AKR03 inżynierowie zastosowali aż 12 przetworników na każdy kanał! To pierwsza tego typu konstrukcja na świecie. Dźwięk pomiędzy przetwornikami przekazywany jest przez zwrotnice tworząc układ typu triple quad driver. Tego typu technologia aż do dzisiaj była niewyobrażalna, szczególnie że całość udało się zamknąć w bardzo kompaktowej obudowie z frontami wykonanymi z włókna węglowego wykorzystywanego w produkcji promów kosmicznych.  Mimom tak zaawansowanej konstrukcji udało się pozostawić jednocześnie uniwersalny system wyprowadzeniem dźwięku.

AKR03 to produkt dopracowany w każdym detalu i przeznaczony dla profesjonalistów, artystów scenicznych oraz najbardziej wymagających melomanów. Dla zapewnienia pełnej satysfakcji słuchawki oferują możliwość regulacji trybu pracy driverów niskotonowych w zakresie od płaskiego do podbitego o 15dB dla częstotliwości 10Hz-100Hz. Takie rozwiązanie to również absolutna nowość, dzięki niej możemy wybrać czy wolimy słuchać wiernego, krystalicznie czystego brzmienia czy nieco podkolorowanego, bardziej dynamicznego i żywiołowego. Nie bez znaczenia jest również zastosowany odpinany kabel 4 polowy, wykorzystujący zbalansowany port audio w modelu Astell&Kern AK240. Tradycyjny przewód 3 polowy, również znajduje się na wyposażeniu.

AKR03 wspierają też zastrzeżoną przez producenta technologię Freq Phase umożliwiającą przekazanie każdego dźwięku tak dokładnie jak to możliwe, tak jak realizator chciał nam przekazać.
Jerry Harvey stwierdził że odtwarzacze Astell&Kern AK120 i AK240 to referencyjne źródła dźwięku i zasługują na specjalne słuchawki. Wersja AKR03 została zaprojektowana specjalnie do tych modeli aby zapewnić niewiarygodnie wręcz wysoką jakość dźwięku i perfekcyjne odwzorowanie każdego nawet najdrobniejszego detalu. AKR03 to wprowadzenie odsłuchów na wyższy, nieznany dotąd poziom. Astell&Kern  AKR03 to już nie są zwykłe słuchawki dokanałowe,  to owoc 20 lat doświadczenia specjalistów, którzy dowodzą że można osiągnąć absolutną perfekcję.
Aby podkreślić unikatowość AKR03, do słuchawek dołączony jest aluminiowy pokrowiec z grawerem producentów JH Audio oraz Astell &Kern.

Słuchawki do Polski trafią już w maju. Cena dla użytkownika końcowego to 6999zl z VAT.  Dzięki współpracy z siecią sklepów MP3Store.pl, wszyscy ciekawi jak brzmią takie słuchawki będą mogli odsłuchać model w poszczególnych placówkach. Ze względu na wysoką cenę produktu,  odsłuch ma kosztować 30zl.  

Dystrybutor: MIP

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Od moich wcześniejszych testów przystępnych cenowo modeli MC34-A i MC300-ASE upłynęły blisko dwa lata i z radością mogę stwierdzić, że inżynierowie z chińskiej fabryki Ming Da przez ten czas nie próżnowali. Dzięki temu bez najmniejszych skrupułów i poczucia ponownego wchodzenia do tej samej wody mogłem umówić się na dostawę najdroższego (przynajmniej na razie) na naszym rynku przedstawiciela tej azjatyckiej marki – integry MC368-B5. Oczywiście po cichu liczę, że w Polsce w końcu przyjdzie koniunktura na np. monobloki oparte o lampy 845B a nawet 70kg. monstra z parą 212-ek na kanał w stylu MC998 i wtedy będziemy mogli z pełnym przekonaniem mówić o chińskim High-Endzie. Jednak nie ma co marudzić, gdyż będący bohaterem niniejszej recenzji wzmacniacz nie ma się czego wstydzić a nawet może być rozważany jako równoprawny konkurent zdecydowanie bardziej utytułowanych i przez to oczywiście kilkukrotnie droższych produktów „europejskich” marek.

Standardowo, przynajmniej jak dla tego producenta, wzmacniacz dostarczony został w solidnym podwójnym kartonie i wewnętrznej, szczelnej i idealnie dopasowanej do bryły urządzenia piankowej kapsule. W dodatku wszystkie lampy znajdowały się na swoich miejscach i po zwyczajowym ich dociśnięciu urządzenie było gotowe do eksploatacji. Prawdziwy plug&play i nawet całkowicie nieobeznany z techniką lampową laik nie powinien mieć problemu z uruchomieniem MC368-B5 (swoją drogą nad nazwami mogliby trochę popracować). Brawo! Jeśli dodamy do tego pancernie wykonanego (przyciski ze sporych kulek łożyskowych) pilota umożliwiającego regulację głośności i całkowite wyciszenie (Mute) to również pod względem podstawowej, codziennej ergonomii trudno będzie cokolwiek chińskiej integrze zarzucić.
Od strony wizualnej Ming Da prezentuje się całkiem elegancko a biorąc pod uwagę kraj pochodzenia warto podkreślić nawet pewną surowość i skromność designu. Nie znajdziemy tutaj kapiących złoceniami i chromem detali, próżno szukać oślepiających i tak popularnych w Azji błękitnych diod. Króluje za to ład i harmonia. Bryła wzmacniacza ma łagodnie zaokrąglone narożniki nadające całości pewnego spokoju, w tym samym klimacie utrzymany został również front, na którym pomiędzy okrągłymi gałkami regulacji głośności (lewa) i selektora wejść (prawa) umieszczono dwa delikatnie podświetlane okrągłe okienka ze wskaźnikami wysterowania – tzw. VU-metterami.
Płyta górna, a więc płaszczyzna z reguły najbardziej interesująca w tego typu konstrukcjach nie rozczarowuje. Oprócz czterech solidnych prostopadłościennych kubków kryjących transformatory i rozdzielającego je równego rządku czterech imponujących kondensatorów Philipsa oczywiście nie mogło zabraknąć najważniejszego – lamp. Tym razem producent zdecydował się na zdobywające coraz większą popularność lampy KT120, których dostarczona przez TUNG-SOL’a kwadra zapewnia 2 x 110W w trybie ultralinearnym i 2 x 50W w trybie triodowym. Dodatkowo pamiętano również o parze charakterystycznych dla tego producenta „cebulek” 6SN7 Jinvanii i parze 6SL7 TUNG-SOL’i. W ramach zabezpieczenia, zarówno podczas transportu, jak i codziennego użytkowania lampy ukryto pod estetyczną, wykonaną z płatów przydymianego akrylu klatką mocowaną do korpusu wzmacniacza za pomocą rozporowych bananków. Dzięki temu nawet podczas odsłuchów z założoną osłoną straty natury wizualnej są stosunkowo niewielkie a kręcąca się w pobliżu małoletnia i nad wyraz ciekawska dzieciarnia, oraz udomowione czworonogi bezpieczne.
Ponieważ MC368-B5 został przystosowany do pracy w roli końcówki mocy na tylnej ścianie sekcję wejść rozpoczyna para gniazd RCA umożliwiających pominięcie sekcji przedwzmacniacza, oraz dedykowany hebelkowy przełącznik trybu pracy (końcówka mocy / integra). Dalej jest już „ normalnie” – trzy pary solidnych gniazd RCA, głośnikowe odczepy dla impedancji 4 i 8 Ω, oraz zintegrowane z bezpiecznikiem sieciowe gniazdo IEC.
Wiwisekcji trzewi nie przeprowadzaliśmy, lecz dla dociekliwych purystów mamy dwie dobre wiadomości. Pierwsza jest taka, że wewnątrz solidnej obudowy kryje się klasyczny układ montowany na tzw. pająka a ewentualną regulację biasu należy wykonywać manualnie (podobno autobias ma degradujący wpływ na brzmienie końcowe).

Niezależnie od aspiracji producentów chińskiej integrze przyszło się zmierzyć w moim systemie ze wspomnieniami pozostawionymi przez dwie inkarnacje Ayona Spirit 3 opartych na lampach KT88 i KT150. Krótko mówiąc o taryfie ulgowej mowy być nie mogło a biorąc dość symboliczną (ok.3 kPLN – 12 999 vs 15 900) różnicę w cenach atmosfera była lekko napięta.
Po standardowej, kilkudziesięciogodzinnej rozgrzewce (nie mieliśmy pewności co do przebiegu dostarczonego egzemplarza) przystąpiłem do wstępnych odsłuchów. W trybie triodowym jeszcze ciepły album „9 Dead Alive” Rodrigo y Gabriela czarował niuansami. Każde trącenie strun, praca ręki na gryfie, czy uderzenie w pudło było oddane z właściwą temu duetowi natychmiastowością a i konturowości nie sposób było zarzucić czegoś więcej niż lekkiego pogrubienia. Jednak mając to szczęście bycia na widowni podczas warszawskiego koncertu R&G w warszawskiej Stodole poprzeczka, jeśli chodzi o dynamikę ustawiona była na tyle wysoko, iż domowy odsłuch pozostawił całkiem spory niedosyt. Zdecydowanie mniej mieszanych odczuć przyniosła reprodukcja „Holy Ghost” Marca Ford’a. Leniwie sączące się dźwięki wprost idealnie wpisywały się w spokojny charakter amplifikacji pozbawionej jakichkolwiek oznak nerwowości i ofensywności przypisywanych czasem konstrukcjom opartym na lampach z rodziny KT. Jednak dalej, po opuszczeniu „krainy łagodności” już nie było tak idyllicznie. Przygotowane na tę okazję zadziorne i niekiedy chropawe „Going to Hell” The Pretty Reckless czarowało nasyconą średnicą i lekko wycofanymi skrajami. Spontaniczność i łobuzerskość dały pierwszeństwo wysublimowaniu i elegancji. Ba, im dłużej słuchałem Ming Dy, tym częściej łapałem się na tym, że moje oczekiwania, co do spodziewanego w konkretnym momencie uderzenia „trochę” mijały się z tym, co akurat dobiegało z głośników. Wypadało, zatem jak najszybciej rozwiązać zaobserwowany problem, co akurat było dziecinnie proste, gdyż wystarczyło wyłączyć wzmacniacz, dać mu chwilkę przestygnąć i przełączyć w tryb ultralinearny.
Zanim jednak przejdę do relacji z dalszej części odsłuchów chciałbym w ramach małego podsumowania jedynie zaznaczyć, iż na tym etapie sparringu Ming Da uplasowała się pomiędzy Spiritem 3 z KT88 a jego najnowszą wersją z KT150, przy czym uczciwie musze przyznać, że starsza wersja Ayona zdecydowanie szybciej skapitulowała i została sporo z tyłu. Oczywiście biorę poprawkę na ulotność wspomnień, lecz zarówno posiadane notatki z wcześniejszych odsłuchów, jak i praktycznie niezmienny tor audio, w którym z nowych rzeczy pojawiło się jedynie ścienne gniazdo zasilające Furutech FT-SWS(R) i wymianie na Furutecha FP-3TS762 uległ przewód zasilający do listwy, umożliwiały mi na taki a nie inny układ w prywatnym rankingu trzech wspomnianych konstrukcji.

Nie zmieniając repertuaru i pozostając w kręgu wpływów zachrypniętej Taylor Momsen pozwoliłem sobie na małą powtórkę z rozrywki i ponownie odtworzyłem „Going to Hell”, który tym razem podziałał na mnie lepiej niż podwójne espresso. Już dźwięk szkolnego dzwonka z „Heaven Knows” postawił na nogi nie tylko mnie, ale i resztę domowników a marszowe tempo i dziecięce chórki stanowiły uroczy wstęp do gitarowych, poszarpanych riffów. Na Ming Dzie ten utwór zabrzmiał niczym „I Love Rock N Roll” Joan Jett And The Blackhearts – była moc, czuć było emocje a chęć wydarcia paszczy stawała się lekko nieznośna. Trzeba będzie poczekać aż rodzinka gdzieś wybędzie ;-) Potem poszło już z górki – w odtwarzaczu wylądował najpierw krążek „Empire Of The Undead” Gamma Ray z rewelacyjnym refrenem „Pale Rider’a”, melodyjnymi, gitarowymi pasażami (wielce udane partie Kaia Hansen’a, Henjo Richter’a i Dirka Schlächter’a) i masującymi trzewia popisami Michaela Ehré’a (perkusja). Ot kawał dobrego, lekko surowego metalu z opętańczym wyciem Kaia Hansena, który momentami potrafił również uderzyć w bardziej liryczną nutę. W ramach zakończenia eksploracji mrocznych klimatów sięgnąłem jeszcze po „Svantevit” Percival Schuttenbach, gdzie folkowo-metalowa kakofonia okazała się świetnym testem selektywności i kontroli nad sceną. Testem, który Ming Da przeszła bez trudu. Co prawda w porównaniu ze Spiritem na KT150 wysokie tony nie miały w sobie tyle spontaniczności i blasku, ale odrobinę mniejszą finezję na tego typu repertuarze spokojnie możemy przeboleć. Na zdecydowanie lżejszej i łatwiej przyswajalnej dla większości słuchaczy EP-ce „The Woman” Pylo MC368-B5 zaprezentował się równie przekonywująco. Delikatnie, przynajmniej po Lebenie CS-300F, średnica przysuwała wokalistę w kierunku słuchacza a zaprezentowane z rozmachem dalsze plany charakteryzowała całkiem dobra czytelność.
Czas jednak było wytoczyć ciężką artylerię i sprawdzić jak też ambitny Chińczyk radzi sobie z klasyką. Nie byłbym jednak sobą, gdybym i tutaj nie postanowił przemycić kilku mniej dystyngowanych dźwięków sięgając po … „Wagner Reloaded” Apocalypticy. Po delikatniejszym wstępie „Fight Against Monsters” z odpowiednio rozbudowanym instrumentarium i obfitującą w liczne skoki dynamiczne partyturą potrafiło w moim 20 metrowym pokoju dostarczyć naprawdę wstrząsających doznań. Próbę doprowadzenia wzmacniacza do przesterowania przerwałem z obawy o własny słuch i wielce prawdopodobną interwencję służb mundurowych. Kiedy poziomy głośności wróciły do akceptowalnych w większych skupiskach ludzkich uwagę zwracała nader realistycznie wykreowana scena, która delikatnym łukiem rozpoczynała się tuż za linią kolumn pozwalając tym samym na swobodniejszy oddech nie tylko zgromadzonym na niej muzykom, ale również słuchaczom. Dzięki temu nawet podczas tak spektakularnych utworów jak „Flying Dutchman” całości nie brakowało potęgi i spektakularności a jednocześnie uczestnicząc w odsłuchu oszczędzano nam zbytniej ekspansywności i próby przytłoczenia umowną „doniosłością dzieła”.
 
Ming Da MC368-B5 jest najlepszym przykładem na to jaki postęp i jak ciężka pracę wykonali chińscy producenci na przestrzeni ostatnich lat. Oferując na początku produkty w niemalże dumpingowo niskich cenach powoli, krok po kroku poznawali gusta i wymagania europejskiego klienta. Jednak bardzo szybko nauczyli się, że dostarczając jedynie „dawców narządów” do niemalże koniecznych modyfikacji pozwalających uwolnić drzemiący w ich wyrobach potencjał (złoty okres dla tzw. DIY) daleko nie zajadą. Obiekt niniejszego testu jest produktem nie tylko skończonym, ale również reprezentującym wysoką jakość brzmienia i jako taki odważnie nawiązującym współzawodnictwo z bardziej znanymi konkurentami. W związku z powyższym, jeśli tylko nie zależy Państwu na etykietce znanego, czy też modnego w danym sezonie producenta warto choć rzucić uchem na MC368-B5, która zarówno pod względem repertuarowym, jak i doboru dedykowanych zespołów głośnikowych da praktycznie wolną rękę.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Elektropunkt / MingDa.pl
Cena: 12 999 PLN

Dane techniczne:
Moc: 2 x 110W w trybie ultralinearnym, 2 x 50W w trybie triodowym
Dedykowane odczepy dla kolumn o impedancji:4Ω,8Ω
Zniekształcenia: ≤1%
Czułość: 99.7dB
Wejścia: 3 pary RCA dla integry, 1 para RCA bezpośredni na końcówkę mocy
Pasmo przenoszenia: 18Hz~55KHz
Czułość wejść: 200mv (integra), 1000mv (końcówka mocy)
Lampy: USA TUNG-SOL KT120 x 4,TUNG-SOL 6SL7 x 2, JINVINA 6SN7 x 2.
Wymiary (SxWxG): 46 x 20 x 33 cm.
Waga: 30KG.

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC; Phasemation EA-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra;
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Siltech Classic Anniversary SPX-800
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H

Opinia 2

Niestety czasy, gdy chiński wyrób kojarzony jest w większości przypadków z marną jakością jeszcze nie minęły, ale wśród nawałnicy niedoróbek daje się co jakiś czas wychwycić coś ciekawego, niosącego ze sobą duży bagaż przychylnych opinii klientów. Taki stan rzeczy odnosi się do całego przekroju gospodarki państwa środka, ale my z racji profilu portalu zajmujemy się jej najbardziej interesującym nas wycinkiem – komponentami audio. Głównym powodem tego stanu rzeczy jest dążenie do minimalizacji kosztów, jako pochodna potrzeb potencjalnego klienta, który często nie zdaje sobie sprawy, że na złe (bardzo tanie) produkty go nie stać – taniość produktu bardzo często okupiona jest przymusem dwukrotnego nabycia tegoż urządzenia, w czasie użytkowania jednej porządnej konstrukcji. Na szczęście coraz częściej idziemy po rozum do głowy i z daleka omijamy podobne „zonki”, poszukując ciekawych perełek, a jeśli nawet pomimo posiadanego potencjału nie do końca spełniają nasze oczekiwania, traktujemy je jako dawców organów. A, że rynek na takie podejście szybko reaguje, to wchodząc na jakiekolwiek forum o tematyce audio, znajdziemy całe sztaby domorosłych konstruktorów, oferujących usługi wyciskania nirwany z takich konstrukcji. Jest to jakiś sposób na zaoszczędzenie kilku „dudków”, choć nie zawsze efekt końcowy jest tego wart. Chińczycy zauważywszy tę rozszerzającą się tendencję, w odzewie dość szybko zaczęli produkować zdecydowanie lepiej grające, ale nadal dość tanie konstrukcje startowe, jednak aby nie pchać klientów w ręce „hochsztaplerów garażowych”, rozszerzają serie w górę cennika, przynosząc tym zdecydowany progres w jakości dźwięku. I muszę powiedzieć, że obserwując z boku popularne serwisy internetowe, chyba to chwyciło, gdyż ilość wątków o przeróbkach nowiutkich urządzeń jest jak na lekarstwo. I dobrze.

Taką, posiadającą dłuższą listę w cenniku jest firma – bohaterka dzisiejszego testu. Pierwszy szlif w działce odtwarzania dźwięku pozwala złapać przy budżetowych jak na europejskie ceny konstrukcjach i pnąc się w wyższe partie stanu posiadania banknotów Narodowego Banku Polskiego, z bardzo dobrym stosunkiem jakość-cena zbliżamy się do złapania króliczka. Nigdy nie miałem okazji na dłuższy kontakt z tą marką, ba powiem nawet, że słuchałem produktu z tej stajni tylko raz i to przez kilkadziesiąt minut, dlatego nie jestem w stanie ocenić zachodzących zmian wraz ze zwiększeniem budżetu. W tym temacie nie pomogę, ale jedno mogę zrobić na pewno, sprawdzić jak wypada bardzo droga – jak na chiński wyrób integra, w porównaniu do posiadanego zestawu z Japonii. W związku z powyższym  przedstawiam Państwu lampowy wzmacniacz zintegrowany manufaktury Ming Da model MC 368-B5.

 

Podwójny rząd lamp i zdublowana bateria traf, wymusiły na konstruktorach wzmacniacza przy typowej dla urządzeń audio szerokości nieco większą głębokość. Obudowa skrywająca układy elektryczne to dość płaska ok. 10-cio centymetrowa platforma z mocno zaokrąglonymi narożnikami przypominającymi wyroby austriackiego Ayona – ale tylko w ogólnym zarysie. Wspomniane dwa szeregi baniek próżniowych osadzono w przedniej części, a dla uatrakcyjnienia projektu plastycznego i spełnienia wymogów kochanej Unii Europejskiej, osłonięto je ażurowym domkiem z barwionej na brązowo pleksi. Wygląda to zadziwiająco dobrze. Tylna część integry dźwiga cztery prostopadłościenne puszki transformatorów i pomiędzy nimi również cztery mniejsze walce z kondensatorami – wszystko w kolorze czerni. Front dość spokojny wizualnie otrzymał dwa okrągłe wskaźniki wysterowania w centralnej części i na prawej i lewej flance stosowne, obsługujące -z lewej głośność, a z prawej selektor wejść – opisane pokrętła. Plecy jak na konstrukcję lampową, proponują dwa odczepy dla kolumn o cztero i ośmio omowej impedancji, trzy wejścia liniowe, jedno wejście bezpośrednio na końcówkę mocy, przełącznik końcówka/integra i gniazdo IEC. Na lewym boku w tylnej jego części zlokalizowano włącznik główny, a bliżej przedniej ścianki hebelkowy przełącznik układu triodowego i ultra-linearnego – zwiększając tym posunięciem uniwersalność testowanego MC 368-B5. Próbując jednym zdaniem opisać efekt pracy projektantów, stwierdzam z całą stanowczością, że umiejętnie odeszli od hołubionego przez ich rodaków efekciarstwa i miszmaszu kolorystycznego, na rzecz spokoju i wyrafinowania. Brawo.

Z uwagi na podwójną funkcjonalność dostarczonego wzmacniacza, pierwsze kroki skierowałem ku wzmocnieniu triodowemu, gdyż większość podejść z podobnymi konstrukcjami dawało bardziej zadowalające mnie rezultaty, mimo utraty szybkości i ostrości konturu. Po prostu były na tyle mało inwazyjne, że wolałem więcej koloru i czaru, niż prostolinijnego grania. Ale to mój punkt widzenia i nie każdy musi się z tym zgadzać. Tymczasem MC 368-B5 w moim systemie zdecydowanie lepiej wypadał w funkcji wzmocnienia ultra-linearnego. Dlaczego tak się działo nie wiem i nie będę tego roztrząsał, gdyż producent po to zaaplikował dwie możliwości, by korzystać z tej optymalnej, co w celach testowych uczyniłem. Zanim zacznę wgłębianie się w sposób prezentacji materiału muzycznego, wspomnę o niezbędnej, co najmniej godzinnej rozgrzewce, aby dźwięk dostał swobody i eteryczności. Nie chcę tym samym powiedzieć, że zimny wzmacniacz jest martwy emocjonalnie, ale czuć lekką matowość dobiegających do uszu słuchacza dźwięków, a wiedząc, że to jest przejściowe, mimochodem czekamy na pełnię możliwości. Dlatego zawsze dawałem mu godzinkę grania w tle, bez napinania na wnioski. A gdy doszło do przelania ich na klawiaturę komputera, były bardzo dziwne. W swej karierze audiofila słuchałem wiele rodzajów wzmocnień opartych o szklane bańki, ale podobnego sznytu jeszcze nie spotkałem. Być może za mało słyszałem – nie wiem, może, ale testowałem już lampki grające jak tranzystor, lukrujące każdy rodzaj muzyki jaki włożymy do napędu – lekko go uśredniając, a także mocno nasycone przy nieprzeciętnej rozdzielczości. Tymczasem  w tym przypadku mamy coś diametralnie innego, co mimo pewnego jak na moje standardy nie do końca akceptowalnego rysu całości dźwięku, przykuło mnie do fotela na długi czas. Jak wspominałem zaraz po włączeniu urządzenia odczuwamy lekkie zmatowienie, które ustępuje po dojściu do optimum temperaturowego. Ale proszę nie oczekiwać, że nagle z Ming Dy zrobi się demon rozdzielczości. To będzie swobodniejsze granie, ale w domenie lampowej, a przy tym dziwnie fajnie twarde, lecz dalekie od chłodu. Nie wiem jak to opisać, żeby nie zatracić tej zaskakującej cechy urządzenia, dlatego postaram się oprzeć moje dywagacje o najbardziej pokazujący to zjawisko krążek.

Przesłuchawszy kilkanaście płyt, miałem sporo spostrzeżeń zarówno pozytywnych, jak i lekko czepialskich. Jakich? O tym za chwilę. Jednak gdy do napędu odtwarzacza kompaktowego włożyłem mający premierę w zeszłym roku krążek Chrisa Pottera (saksofon i klarnet) pt. „The Sirens”, nic nie zapowiadało nadejścia sporej zmiany w postrzeganiu konstrukcji z Chin. Do tej pory jawił się bowiem jako typowy przedstawiciel techniki lampowej z całym jej bagażem zalet i wad. Mocnym argumentem „za” była ogólna jakość oferowanego dźwięku przy żądanej zań cenie, co powinno usatysfakcjonować wielu potencjalnych nabywców, tymczasem ja liczyłem na jakiś malutki promyk inności od pozostałej braci z bańkami próżniowymi na pokładzie. Coś, co mógłbym zapamiętać jako wyróżnik z setek podobnych konstrukcji i z nieukrywanym zadowoleniem, że znalazłem punkt „G” bohatera testu. Gdy płyta z dużą dozą przyjemności kręciła się w napędzie, nadszedł utwór, gdzie główne skrzypce dzierżyły: saksofon tenorowy i kontrabas, przy akompaniamencie fortepianu z perkusją. Przyznam szczerze, że nie słyszałem tak twardo grającego lampiaka, ba powiem więcej, tak twardy dźwięk słyszałem tylko raz i to z mocnego tranzystora – Vitus RI 100. Ming Da mimo swojej podejrzewanej o ocieplanie i podbarwianie konstrukcji, idealnie pokazywała z czego zrobiony jest stroik saksofonu i jak grube i twarde mogą być struny kontrabasu. Ten track jest wolno snującą się opowieścią, która pozwala bez najmniejszych problemów zdiagnozować te aspekty, a gdy już je wyłuskałem, pozwoliłem sobie na kilkukrotny „replay”. Dalsza część odsłuchów była konsekwencją wspomnianych zalet, klarując ostateczny pogląd na możliwości wzmacniacza z Chin. Trzeba oddać honor inżynierom za bardzo dobre pozycjonowanie muzyków, ich separację i rozmiar zarezerwowanej dla nich sceny.  Przyglądając się poszczególnym pasmom, rzekłbym, że nie odstają od ogólnie utartych kanonów grania z lampy. Niezbyt nisko schodzący, za to bardzo szybki i czytelny bas, a i co bardzo dziwne zmniejszenie mocy przy pracy triodowej, nie wpływało na pogrubienie i nasycenie tej częstotliwości, co zwykle ma miejsce. Tutaj zanotowałem brak idących w pozytywne odczucia zmian, dlatego odpuściłem proces drążenia tematu, na korzyść cyzelowania tego co dobre. Przy wydawałoby się typowej specyfice dolnego zakresu (oczywiście to nie jest regułą), górne rejestry również podążały utartą dla większości drogą. Na początku wspominałem o otwieraniu się dźwięku wraz z rozgrzewaniem konstrukcji, ale zaznaczyłem również, że mistrzem ostrego cięcia tez nie będzie. Przekaz muzyczny jest otwarty i czytelny, jednak z lekkim nalotem w porównaniu do używanej przeze mnie końcówki tranzystorowej, którą kilka podobnych konstrukcji jak tytułowy Chińczyk próbowało już naśladować. W tym wypadku mamy bardzo dobre lampowe granie za uczciwą cenę, która byłaby zdecydowanie wyższa z europejskim logo na froncie.

Szczerze przyznam, że nie pałam zbyt gorącą miłością do chińskich wyrobów, co prawdopodobnie jest pokłosiem doświadczeń z dziedziny, która pozwala mi egzystować (nie audio). Jednak coraz częściej pojawiające się dobre produkty, jak Ming Da na naszym rynku, przywracają mi wiarę w potencjał tamtej gospodarki. Sadzę, że nie jest to kwestia braku kompetencji, czy umiejętności, tylko uczciwego podejścia do klienta, proponując dobry wyrób za trochę wyższą niż ogólnie przyjęta dla tamtego regionu cenę. Jeśli przy zakładanej jakości końcowej produktu inżynier z Chin będzie miał optymalnie ustawiony, nie na maksymalny zysk budżet, skonstruuje coś tak nietuzinkowego jak MD. To tylko kwestia planowanych zysków, które odpowiednio wyważone, pozwolą przekonać do siebie potencjalnych klientów, ugruntowując postrzeganie marki na rynku światowym. Tytułowy wzmacniacz zintegrowany jest dobrym produktem, który przy odrobinie trudu w znalezieniu optymalnej reszty toru, odpłaci nam zadowoleniem na długie lata. Proszę pamiętać, że MC 368-B5 stoczył trochę nierówną walkę moim zestawem – nie ta liga, ale nokautu nie było i powiem więcej, dla mnie ma w sobie to coś, co może postawić przysłowiową kropkę nad „i” podczas decyzji zakupowej. Jeśli miałbym określić profil potencjalnego nabywcy, rzekłbym, że musi być sfokusowany w swych poszukiwaniach na szklane bańki, gdyż tego sznytu się nie pozbędzie. Oczywiście zaznaczam, że to nie jest żadna wada, tylko inwentarz, jaki ze sobą niesie, który umiejętnie wykorzystany, pozwoli zatracić się w dobiegającej z kolumn muzyce. Gdyby jednak mojej rady oczekiwał neutralny poszukiwacz nirwany, to w stronę dzisiejszego wzmaka swoje kroki powinien skierować audiofil cierpiący na „wrzask” lub zbytnie pogrubienie w dolnych rejestrach posiadanego systemu. Poczciwa Ming Da uspokoi przekaz, dodając odpowiednią dawkę pastelu i gładkości, dyscyplinując przy tym rozhulałe snujące się po kątach basisko.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”

  1. Soundrebels.com
  2. >

W piękny majowy wieczór – 08.05.2014, po raz kolejny zostałem zaproszony na prezentację jednego z istotnych elementów naszej audiofilskiej choroby, jakim z całą pewnością jest „wykwintny” alkohol.  Co prawda słowo „wykwintny”, jak wszystko wokół nas jest określeniem dość względnym, ale często mocno uwarunkowanym stanem posiadania i potrzebą wyrównywania codziennego poziomu promili we krwi. Jednak tematem przewodnim spotkania była klasyczna szkocka Single Malt z uważanego przez sporą grupę smakoszy za królewski region – wyspa Islay, więc podejrzewanie mnie o brylowanie w grupie okupującej około-sklepowe chaszcze, jest nieuprawnione. Mamy już za sobą pozycjonowanie wspomnianej imprezy, więc zdradzę, że jej bohaterem był najmłodszy na tym skrawku lądu, powstały w 2005 roku brand, będący stricte małym rodzinnym biznesem. Tak, tak, ojciec Anthony Wills – pomysłodawca całości projektu, czterech synów i kilku pracowników zajmujących się produkcją od ziarna po butelkowanie, w pełni uprawnia do użycia takiej nazwy. Oczywiście jest również przedstawicielka płci pięknej – mama, jednak jak to powiedział nam prowadzący całe popołudniowe wydarzenie jeden z następców rodu – James, raczej stara się nie przeszkadzać. Ok. wystarczy podchodów i zgadywanek. Znawcom tego typu napitków chyba nie zaskoczę, ale nie wszyscy może jeszcze zgadli, że tytułową destylarnią jest Kilchoman.

Produkty spod znaku Kilchomana są w całości oparte o będącą myślą przewodnią wszystkich producentów wspomnianej wyspy Islay torfową nutę zapachową. Nie wiem jak Państwo, ale dla mnie jest ona kwintesencją zabawy w degustację trunku zwanego Whisky, co nie znaczy, że stronię od wolnych od tej woni alkoholi. Jednak znam ludzi, którzy jako karmę życiową stawiają, obracanie się pośród producentów tylko z tego regionu i muszę się przyznać, że to właśnie od nich nauczyłem się inaczej patrzeć na pospolicie zwaną „rudą na myszach”. Jak to zwykle bywa, salon w Starej Miłosnej – gdzie od kilku lat prężnie funkcjonuje „Whisky & Cognac Club” – przygotował komfortowe warunki dla przedstawiciela ze Szkocji jak i dla zaproszonych gości. Nieprzypadkowa kolejność prezentacji i degustacji prowadziła nas przez pełne port folio firmy. Zaczęliśmy od 100% Islay, przez Machir Bay, Vintage 2007, Loch Gorm, by zakończyć na drugiej polskiej edycji Single Cask. Początek to spotkanie z łagodnym i kremowym aromatem torfu, by w następnych odsłonach zwiększać poziom wrażeń nosowych i smakowych, a na koniec dotrzeć do limitowanego 60,5 % Single Caska. W moim odczuciu najciekawsze były: pierwszy i ostatni produkt. Dlaczego? Powód jest bardzo prosty. W swym życiu staram się celebrować każdą minutę na tym ziemskim padole, dostarczając  sobie niejako przy okazji wyjątkowych przeżyć, a wspomniana 100% Islay jest idealnym partnerem do tego z racji samowystarczalności produkcyjnej Kilchomana dla tej pozycji. Powstaje w całości z wysianych i zebranych na własnych polach zbóż, by w dalszych procesach przetwarzania nadal opierać się o komponenty z rodzimej wyspy. Przyznacie chyba, że jest to jakiś rodzaj celebry, podobny do słuchania płyt winylowych – mojego „konika”. Żadnych dróg na skróty w postaci kupowania półproduktów ułatwiających prowadzenie biznesu (dla mnie synonim cyfry), tylko przysłowiowa „orka” od zasiewu po rozlewanie, by powstało coś wyjątkowego. To bardzo dobrze wpisuje się w moją osobowość, która dla wielu może wydawać się dziwaczna, bo przecież whisky to whisky i nie ma nad czym deliberować, byleby miało procenty, jednak jeśli to ja decyduję, wolę napić się czegoś przygotowanego z pietyzmem. Nie mówię oczywiście, że inne pozycje w ofercie są złe, ale to już jest trochę inny świat, wspomagany zakupami zewnętrznego wsadu produkcyjnego. Drugą ciekawą propozycją Kilchomana był Single Cask Release i to z nim wyszedłem pod pachą z salonu. Mimo, że nie jest tak koszerny jak 100% Islay, ma w sobie inną bardzo ważną zaletę. Jest limitowany ilością jednej beczki, a co ważniejsze rozlewa się go z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli ni mniej ni więcej, w zakupionych butelkach mamy efekt leżakowania bez żadnych ingerencji smakowo procentowych, jak to się robi, by zachować zgodność ze sprzedawanym wzorcem. Czyli jest to pewnego rodzaju loteria mocowo – bukietowo – smakowa, która więcej może się nie powtórzyć i idealnie wpisuje się w założenia spożywania nietuzinkowych poprawiaczy samopoczucia. Jak dla mnie strzał w „dychę”.
 
Kończąc tę krótką relację z prezentacji najmłodszego producenta Whisky z wyspy Islay – Kilchoman’a, chciałem podziękować organizatorom za zaproszenie i zachęcić Państwa do bywania na podobnych imprezach. Każda z nich to inna historia, często opowiadana przez właścicieli destylarni. Nieraz niewinne anegdoty, czy smaczki okołoprodukcyjne pozwalają zmienić postrzeganie danej marki, a nawet uczynić z nas wiernego klienta na długie lata. Do niedawna moim głównym kryterium zakupowym była cena, a po tej degustacji, jestem w stanie udźwignąć nieco wyższe koszty nabycia, za będącą zaczynem powstania tej wytwórni konsekwentnie realizowaną i przemawiającą do mnie filozofię. Spotkanie z twórcą pieszczącego nasze kubki smakowe alkoholu, może pomóc w zrozumieniu, że nie każdy z nich nastawia się na maksymalny zysk, tylko wkłada całą duszę by zaproponować coś nietuzinkowego, jak goszcząca mnie i wielu przybyłych gości tego wieczora rodzina Wills’ów. Ja przyznam się, że połknąłem ten „haczyk” – w dobrym tego słowa znaczeniu – i sądząc po zakupach wieńczących to spotkanie, również wielu z przybyłych gości nie wyobrażało sobie opuszczenia tego uroczego lokalu bez kilku wypełnionych jasno-słomkową ambrozją pękatych butelek.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Niniejszym informujemy, że:

W maju 2014 roku w Polsce nastała nowa era słuchania winylu. Nasz rynek wzbogacił się bowiem o japońskie dzieła inżynierii mikromechanicznej w postaci wkładek gramofonowych firmy ZYX.

Posiadacze porządnych gramofonów już poczuli dreszcz ekscytacji, gdyż kartridże tej firmy znane są z reprodukcji prawdziwego, niezniekształconego obrazu stereo, będącego owocem wieloletnich badań i doświadczeń głównego inżyniera i szefa firmy. Hisayoshi Nakatsuka poświęcił sporą część swojego życia na zgłębianie tematu naturalności dźwięku i związanej z tym funkcji czasu. Doszedł on do dość zaskakujących wniosków, czego wynikiem 15 programowych punktów umożliwiających zaprojektowanie prawidłowej wkładki gramofonowej. Więcej informacji pojawi się już wkrótce, na nowo powstającej polskiej stronie internetowej producenta.

Eter Audio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Odsłaniamy pierwsze tajemnice filmowych sekcji TRANSATLANTYK FESTIVAL POZNAŃ 2014! Na początek Transatlantyk DOCS, czyli przegląd najciekawszych dokumentalnych premier minionego sezonu.
Od pierwszej edycji TRANSATLANTYK FESTIVAL POZNAŃ przygląda się problemom, jakimi żyje współczesny świat. Poprzez film i muzykę organizatorzy starają się zwrócić uwagę odbiorców na aktualne wydarzenia, mające wielki wpływ na globalną sytuację społeczno-ekonomiczną, dlatego jednym z najważniejszych wyróżników TRANSATLANTYK FESTIVAL POZNAŃ jest bogactwo sekcji dokumentalnej. W Transatlantyk DOCS znajdziemy znakomite filmy nagradzane na najważniejszych festiwalach świata. Większość z nich zostanie zaprezentowana w Polsce premierowo właśnie podczas TRANSATLANTYK FESTIVAL POZNAŃ 2014.
“…Film dokumentalny stał się jednym z ważniejszych narzędzi poznawania świata. Transatlantyk Festival przywiązuje wielką wagę do przedstawiania wszystkiego, co dziś istotne, nie omijając najtrudniejszych tematów…” – Jan A. P. Kaczmarek

Zróżnicowany program obfituje zarówno w mocne, poruszające filmy, jak i kino nieco lżejszego kalibru. W ramach Transatlantyk DOCS obejrzymy w tym roku m.in. American Commune w reżyserii sióstr Reny i Nadine Mundo, badający losy ludzi urodzonych w specyficznej komunie, całkowicie oderwanych od znanej nam rzeczywistości, którzy kiedyś, prędzej czy później, muszą się z nią skonfrontować. Bastards Deborah Perkin pokażą tragedię odrzuconych, samotnych muzułmańskich matek i ich nieślubnych dzieci, które już od urodzenia zyskują miana społecznych wyrzutków. Harvest Of Empire autorstwa Petera Getzelsa i Eduardo Lopeza to portret zaludniającej Amerykę społeczności latynoskiej, będący jednocześnie zupełnie nowym, wyjaśniającym mało znane dotąd historyczne fakty głosem w sprawie roli imigrantów w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych. Wyróżniony nagrodą dla najlepszego skandynawskiego dokumentu 2014 roku na festiwalu w Goteborgu Pine Ridge kreśli historię Indian z rezerwatu w południowej Dakocie, którzy mają już dość funkcjonowania na zasadzie ciekawostki turystycznej i coraz głośniej domagają się zwiększenia im praw. I wreszcie zaskakujący In God We Trust reżyserskiego duetu Derek Anderson – Victor Kubichek, obraz śledztwa sekretarki bankowego potentata Bernarda L. Madoffa. Kobieta postanawia na własną rękę wyjaśnić kulisy jednego z największych przekrętów w historii Wall Street, jakiego dopuścił się jej pracodawca, budujący w zaciszu własnej firmy piramidę finansową, która pochłonęła życiowy dorobek setek osób.

Festiwal odbędzie się w dniach 8 – 14 sierpnia 2014 roku w Poznaniu i w Rozbitku. Kolejne filmowe sekcje tegorocznej edycji przedstawimy już wkrótce.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

The ability to “hear” cables, or rather the courage to admit to yourself, that something so insignificant as a piece of wire may change anything, and in fact does change the sound of the system it is plugged in, becomes for some people an opportunity to broaden their horizons, and in some more drastic cases, starts another attack of “audiophilia nervosa”. Another step further is the influence of “confection”, something that may be just a simple plug or a jewel-like masterpiece. In this review, however, we will concentrate on … power. This area can be approached in tiers; first you can start with standard cables supplied with the electronics, then you can pass through DIY ‘high-end’ made from Lapp cable and Shurter or Bals plugs, ideal for a concrete mixer and end with dedicated products from audiophile masters of metallurgy.
For obvious reasons, mainly coming from the profile of our portal, we will take on something readily available from dealers of the Japanese company Furutech. Ladies and Gentlemen, enter Furutech FP-3TS20 and FP-ALPHA 3 equipped with beautiful plugs FI-48R (IEC) and FI-E 48R.

For quite some time I am using the Furutech FP-3TS762, terminated with the FI-28R and FI-E 38R plugs, in my own system, with great success. The reason for that is its construction – with a diameter of the conductors being 3×5.2 mm (4.93 mm2) it is possible to power amplifiers of 1.5 kW, and when such a dragon would suffer issues related to current capabilities, for sure that would not be caused by the Furutech cable. The tested cables, despite their attractive looks, are from the same “bulk” category, they can be purchased from a spool and are terminated with the chosen plugs by the dealer, or you can do it yourself, however they have a bit different construction than my cable. The blue FP-3TS20 is made with conductors with a cross-section of 2.16mm2, and the dark green FP-ALPHA 3 is significantly thicker – 3.94mm2. This difference in cross-section does not, however, translate into a significant difference in the ‘thickness’ of the cables, as the FP-3TS20 has about 14.3mm and the FP-ALPHA 3 15mm. The reason for that is quite simple – the 3TS20 has cotton isolation besides the Teflon one, while the Alpha does not have it and is also not shielded. Those cables are available for some time already, and the main reason for the current test are the new plugs, FI-48R (IEC) and FI-E 48R, which were only recently introduced to market. All conductive elements are made from PCOCC copper, rhodium plated and then cryogenically treated and demagnetized in a process called Alpha. Like all plugs from the Piezo Ceramic series, also the 48 use nano technology, carbon, nylon and polycarbonate inserts to control vibration and the carcasses are made from non-magnetic steel, what inhibits resonances of the plug. Does this matter? I would say – yes. My previous experience with the anti-vibration ring Furutech CF-080 and the cables Oyaide Tunami, available in two versions – GPX and GPX-Re, which have only different plugs (and price) showed that clearly. To cut things short – details matter.

Having at my disposal the integrated Electrocompaniet, as well as the tested separates from Alluxity and two digital sources, I could find the key to success, or find a situation, where the influence of the power cabling would be regarded as negligible. The problem is, that despite many attempts, the second scenario remains purely theoretical, for as long as I can remember, as the changes introduced by cabling are indisputably audible, only their intensity can be bigger or smaller. That was also the case now. Knowing, that the cables supplied by the distributor were properly burned-in, I allowed them one day for accommodation in their new environment and then, day after day, I noted my observations.

While my FP-3TS762 is very rarely used with low power devices, the two tested models were to be “profiled”, as neither the distributor or the manufacturer, did provide any guidance on that. With the powerful and heavy, yet compact, Alluxity power amplifier, replacing my power cord with the Alpha 3 resulted in a slight diminishing of the volume of the sound, with shifting the accent from the lowest octaves to the turn of the bass and midrange. Limitation of the spectacularity of the sound resulted in calming of the whole spectacle, there was less adrenaline, but as a whole it remained energetic. Motility did not change, only macro-dynamics, in a small extent, what resulted in a narrower stage on discs like the symphonical “Bolero! – Orchestral Fireworks” (Ravel/Eiji Oue; Minnesota Orchestra) or the gold pressed re-master of the “Gladiator” OST (Hans Zimmer/Lisa Gerard). The resolution of the highest frequencies was absolutely fine, but without special fireworks, that would overwhelm the listener with a vast amount of unheard details. It is worth mentioning, that the background was great, dark and velvet, what gave the recordings more pureness and thus the virtual sources were drawn with clearer lines. Plugging the Alpha into the preamplifier turned out to be the bulls-eye – full momentum returned to the sound, freedom and the sound stage returned to previous size. Also the contours did not change, so the balance between detail and musicality remained. In general we could talk about a flat characteristics with a slight rounding of upper frequencies, what can be beneficial in systems with an too offensive treble. It will make the sound less nervous and devoted from irritating peaks and sibilants. And this sound will get pleasant and not annoying (will it hiss or not hiss).

Experiments with digital sources (Ayon/CEC) were not dishonorable for the Alpha, but it turned out, that in this role, the blue brethren 3TS20, is better.

While the Alpha was tested starting with the power amplifier and gradually moved to the sound sources, I started testing the 3TS20 with the players. First notes of “Bolero! – Orchestral Fireworks” immediately put the cards on the table … a four of a kind aces. The treble became illuminated and slightly hardened. In music there were some flashes, crystals of shining sweetness, and this without an audible cooling of the rest of the sound spectrum, which quickly followed the leading treble. The midrange was nip and tuck with the treble, after being additionally saturated, it did not allow the treble to catch full attention of the listener. The vocalists and solo instruments received an additional light source, which helped to cut them from the background sounds. The whole gained three-dimensionality and holographic imaging, while the lower frequencies, which were favored earlier, now got better controlled. The character of the mentioned changes was the same in case of the preamplifier and the power amplifier, although the bridle set by the 3TS20 on the Alluxity Power-amp One seemed to be too tight, what resulted in a slight limitation of the performance of the unit. If I would start testing with this power cable, I might have lost those observations somewhere along the road, but when moving to it from cables being much more spectacular with an apocalyptic repertoire (“The Planets” Hols/Zubin Mehta; LA Philharmonic) I felt as if somebody would add an electronic lock on a Mitsubishi Evo, or a Nissan GT-R, much below the capabilities of the engine and the car. But in all the cases, where bass needs to be controlled better and more disciplined, and please believe me, there are a lot of products on the market, that have issues in that aspect, the cure in the form of the 3TS20 may be very desired.

With the integrated ECI-5 the differences were not as clear, but my taste was served better with the FP-ALPHA 3 powering it, while the Ayon was supplied with volts by the blue 3TS20.

As you can clearly see from the text above, or at least I hope you see it, during the two weeks of testing I was able to place the cables in such a way, that they could best present their assets. You could also say, that I was able to adjust them to my taste. But the whole game with hi-fi is not about configuring a system based on heard opinions, but to use them to make an initial selection, and the decision about purchase should be made only after you have made listening tests in your own system. And when we are talking about the tested cables – Furutech, a bit perversely, offers cables with different sound signature at a similar price level. But when you look at this from a distance, it seems to make sense. Building the sound based on the company trademark, dynamics, it gives to options to a potential client, allowing him to make an informed choice, which cable to put where and what is the goal to be reached.

Marcin Olszewski

Distributor: RCM
Prices:
– Furutech FP-3TS20: 1,0 m – 2 230 PLN; 1,5 m – 2 415 PLN; 1,8 m – 2 530 PLN; 2,0 m – 2 600 PLN
– FP – ALPHA 3: 1,5 m – 2 665 PLN; additional 0,5 m – 295 PLN

System used in this test:
– CD: CEC CD3N
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Stream player: Olive O2M; Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin
– Integrated Amplifiers: Electrocompaniet ECI 5, Ayon Crossfire III
– Preamplifiers: iFi iTube; Alluxity Pre-amp One
– Power Amplifier: Alluxity Power-amp One
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Neyton Neurnberg NF
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Argento Serenity „Signature” XLR
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cables: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Neyton Hamburg LS; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2; Furutech FP-3TS20 & FP – ALPHA 3 z wtykami FI-48R (IEC) i FI-E 48R
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinion 2

„Cablelogy”, called also voodoo, has a lot of adversaries in the audio world, what makes it a difficult topic for a reviewer, especially when the only fact accepted by those people, is that without cables there will be no signal flowing from one device to another. And all theories about their different influence on the final effect are just fairytales. But there is also a large group of audiophiles, which heard with their own ears, that the above in not fully true, and exactly for this group we are trying to catch and describe their influence on a stereo system. I am aware, that not in all systems we can observe that influence, but having a very transparent set, and knowing its sound by heart, such differences are usually possible to define, what can be confirmed by the sheer number of cable companies on the market.

One of the most recognizable cable manufacturers in the world is the Japanese Furutech, which offers also a lot of other gadgets, often from the edge of sanity, like: vinyl straighten devices, de-magnetizers, ionizers freeing the audio gear from static electricity and lots of plugs and sockets. To date I had only contact with the loudspeaker cables and interconnects from the Reference III series made by this company, so to catch up, I took for testing two power cables terminated with newest plugs, just introduced to the market. Introduction of this new plug line resulted in creation of two new entries in the cable catalog: Furutech FP-3TS20 +FI-48R (IEC) + FI-E 48R in a blue sheath and Furutech FP-ALPHA3 +FI-48R (IEC) + FI-E 48R colored green. Besides using different technological processes in processing the conductors in the two cables, what you can read on the web page of the Polish distributor – RCM Audio, when you take the cable in your hands, you can hear the sound of cotton used as an isolator (together with Teflon) in the blue cable. Regarding the handling, I was happy to see, that both cables are quite flexible and can be easily placed behind your audio rack. Both cables cost about 2000-2500 zlotys for a 1.5m length, so for a seasoned audiophile, this is far from outrageous.

Two products from the same price range, and only one piece of each, while I have a system full of separate units, created a mind breaking amount of possible combinations. Fortunately I could quite easily find where their influence was biggest and smallest, and this turned out to be the power amplifier and the DAC. Of course other devices also showed their influence, but the two mentioned devices will serve the purposes of becoming the guinea pigs of the test. The power cords were plugged in one by one, first to the power amplifier, then to the DAC, what combined with the reference Harmonix allowed to see the full picture of introduced changes. I will not write too much about such controversial products, especially taking into account kilometers of cables between the power plant and our homes, but I will tell you everything I heard like a confession to a priest. At the same time I invite the skeptics to read reviews of other products, where they can find things of interest to them.

Thinking about how products from the same price level can differ, I started with the green cable, hoping that I hear some differences. To refresh my reference, first I played a few notes of a representative and known by heart piece using my Harmonix cables, just to make the switch a few minutes later and allow the power amplifier to draw current via the green sheathed cable. My initial concerns were quickly alleviated, as the changes were audible from the very beginning. My amp is quite sensitive to power, and showed it very clearly during a recent test a of a power strip. Like it did this time. If this is good or bad depends on the target system, where the tested power cable will be used. Anyway, the changes I heard went in the direction of putting more weight and slightly loosening the bass. There was no mudding, but the sound became visibly heavier, what can be the panacea for “thin” recordings. Another aspect that was immediately thrown at my face, was the moving of the stage to the line of the loudspeakers, with bringing the musicians slightly closer to each other. To have this idea for the sound make sense, the treble was slightly darkened. It is still very readable, but a slight fog appeared, which is no longer perceivable after a few minutes, and often it does not allow the treble to stand out from the crowd. Too much freedom in the upper frequencies could shatter the way of bettering the sound adjusted to a given taste. With this approach the Furutech allows to increase the lower frequencies a little, and because often lack of weight in the lower octaves is accompanied by slight clamorousness, we can have two things taken care of at once. The same cable (FP-ALPHA 3) connected to the digital to analog converter behaved similarly, but with a slightly different final effect. With a similar mass of the low end of the spectrum, the stage became less crowded, and the artists had more space around them. In addition I got more resolution and breath in the music. Fortunately this was not too spectacular, and did not massacre the balance of the sound spectrum, yet the perceived improvement in readability of the sound compared to the combination with the power amp, allowed for greater insight into the recording. Two devices, differing in the amount of current drawn, showed two faces of one product, being the Furutech FP-ALPHA3 +FI-48R (IEC) + FI-E 48R. This can only confirm the generally accepted rule to conduct final listening test in your own system, because “blind” purchase (which in fact happens very often) may cause the buyer become disappointed.

After those surprising observations I plugged in the second, blue, cable, terminated with the same plugs as the first one (FI-48R (IEC) and FI-E 48 R), nicely swishing with the cotton insides while doing so. In theory it is the same conductor as in the first one, only the manufacturing process is different – will it then have a different influence on the audio system? I have to disappoint the skeptics, the influence of the FP-3TS20 power cable on the Reimyo electronics was completely different than of the ALPHA cable. While the other cable puts weight on the bass, this one goes in a different direction, lighting up the midrange with a slight opening of the treble and minimal slacking of the sound contours. This increases the blackness of the background increasing the amount of information and air in the music. Also stage depth increases, which now reaches further than with the predecessor. But the most surprising thing is, that this blue power cable does not differentiate the influence with regard to the power taken by the attached device. It did not matter if it was the power amplifier or the DAC, it was constant in what it did, and in both cases it underlined the vocals by re-arranging the upper midrange. The whole sound became a bit lighter, but this is a consequence of the constructors trying to balance the spectrum, directing this product to a different client. It is widely known, that each system has different requirements, and trying to accommodate this, Furutech proposes different products at a certain price level, with different sonic profiles. To confirm my findings I listened to a vast number of CDs, changing the cables during listening, and I was relieved, that each and every disc only supported my observations.

These few days with the Japanese products were the time of ongoing surprises, in the positive meaning of that word, as they showed, how different means of treating a conductor may change its influence on the powered system. It is true that different isolators were used, and most probably, the geometry of both cables is also different, but for the cable atheists this is still just a copper cable, which is designed to provide current to an audio device, and nothing more. And yet in this price level we have the ability to polish our jigsaw puzzle, which should have been absolutely neutral to start with, however in real world often needs small corrections. So knowing the system owned, a potential buyer should think about what he expects and what he needs, to direct his attention to a certain model from the Furutech portfolio. Looking at the catalog of that company, we will see, that even the most discerning audiophile will find something for him. If he is not fully aware, where are the shortcomings of his system, then there is a possibility to test a few different models. Even if he decides not to choose anything, experience from listening will remain, which will for sure prevent wrong decisions when buying new components and will allow to save money.

Jacek Pazio

The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.

 Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (Section woofer)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i

 Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II
– Phonostage: RCM „THERIAA”

  1. Soundrebels.com
  2. >

Monitory R 100 są pierwszą propozycją nowej marki Russell K. z Wielkiej Brytanii, zaprojektowane przez doświadczonego konstruktora Russella Kaufmana i produkowane w Polsce!

Obudowy nawiązują do tradycji monitorów BBC – mają cienkie ścianki, jednak nie są wytłumiane jak pozostałe monitory z tej rodziny. Konstruktor chciał uniknąć zmiękczenia basu przez wytłumienie obudowy i poszedł inną drogą w swym projekcie. Obudowa jest wzmocniona specjalnymi, poprzecznymi przegrodami z odpowiednią ilością otworów w każdej. Taka konstrukcja umożliwia reprodukcję basu o dużej szybkości i średnicę o małych zniekształceniach.
Wiele uwagi poświęcił konstruktor zwrotnicy, by w efekcie pozostawić w torze sygnału jeden kondensator przy głośniku wysokotonowym i jedną cewkę przy niskośredniotonowym.
W następnych miesiącach można się spodziewać kolejnych propozycji Russell K. – designed in UK and produced in EU.

http://hifijaity.pl/

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Pod nad wyraz intrygującą nazwą Percival Schuttenbach, stanowiącą m.in. personalia pewnego gnoma pojawiającego się w twórczości Andrzeja Sapkowskiego kryje się założona w 1999r. w Lubinie folk-metalowa formacja lubująca się w archeologii doświadczalnej słowiańskich korzeni. Jeśli komuś w tym momencie zapachniało Cepelią, to proszę mi wierzyć, że akurat Percival’owi zdecydowanie bliżej do kipiących smołą i zionących siarką mrocznych zakamarków pradawnych lochów i smoczych pieczar, niż koronek z Koniakowa i drewnianych kogucików. W dodatku wchodzące w skład zespołu panie w niczym nie przypominają typowego koła gospodyń wiejskich umilających sobie np. darcie pierza ludowymi przyśpiewkami. No chyba, że gdzieś jest takie koło, gdzie sędziwe matrony lubią sobie od czasu do czasu „pociągnąć growlem”.

Już pierwszy odsłuch „Svantevit” najdelikatniej rzecz ujmując powala na kolana potężnym kopniakiem świeżości i prasłowiańskiej niemalże zwierzęcej dzikości. „Satanael” i „Wodnik” to cudownie brutalne i zdecydowanie bliższe mojemu czarnemu sercu kontrpropozycje dla lansowanego w komercyjnych rozgłośniach „My Słowianie” duetu Donatan i Cleo. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, iż Percival i Donatan mają na koncie wspólny projekt („Równonoc”), jednak ze związanej z nim trasy koncertowej lubińscy muzycy wycofali się przed jej zakończeniem (z powodu nazwijmy to zawirowań natury organizacyjnej). Mniejsza z tym. Na „Svantevit” damskie partie wokalne przywołują wspomnienia starych dobrych czasów, gdy do mikrofonu wydzierała się nastroszona i natapirowana Małgorzata Ostrowska z Lombardem, tylko w mocniejszej, bardziej surowej i zdecydowanie bardziej brutalnej wersji. W ucho wpada i potrafi przez kilka dni kołatać się po głowie melodia skocznych „Upiorów”. Podział na poszczególne utwory jest z reszta czysto umowny i prawdopodobnie ma charakter czysto organizacyjny, gdyż „Svantevit” jest typowym koncept-albumem, którego nie sposób słuchać po kawałku, lecz trzeba smakować w całości niczym starą, zapomnianą przez współczesnych mroczną baśń. Baśń, w której gitarowe riffy przeplatają się z brzmieniem smyczków, kobiece – typowo słowiańskie przyśpiewki z brutalnym growlem a perkusyjne pasaże ze słodkim, świdrującym dźwiękiem piszczałek. Wbrew pozorom efektem nie jest kakofonia, lecz spójna i nad wyraz łatwo przyswajalna wielowarstwowa i nieraz zagmatwana forma będąca swoistym konglomeratem przeszłości – głosów przodków i emocji, oraz dostępnego współczesnym pokoleniom instrumentarium.
Muzyka Percival Schuttenbach ma w sobie prawdziwą, autentyczną, bo drzemiącą w głębi każdego z nas pierwotną dzikość, z którą ekipa z Lublina po prostu się nie kryje. Bez sztuczności i narzuconych przez współczesną cywilizację konwenansów i wszechobecnej politycznej poprawności wyrykują co ich boli. Pod względem estetyki i siły przekazu można zauważyć podobieństwa do twórczości np. Huntera („Imperium”), co z pewnością można uznać za zaletę dla osób szukających jakiegoś bardziej znanego, rozpowszechnionego punktu zaczepienia na krajowej scenie muzycznej.

Od strony realizatorskiej trudno coś „Svantevit’owi” zarzucić. Słyszalna w kulminacyjnych momentach ofensywność i szorstkość wydają się efektem zamierzonym a bogate instrumentarium nie zlewa się w bezkształtna masę. Z radością odnotowuję też fakt troski, z jaką potraktowano wysokie tony, które nie dość, że nie cykają niczym kapsle z butelek po mleku, to jeszcze potrafią zalśnić nie raniąc uszu podkreślonymi sybilantami. W większości przypadków mamy tutaj do czynienia z brzmieniem gęstym, soczystym a jednocześnie naturalnie selektywnym, co z resztą podkreślają sympatyczne wstawki historyczno – podróżnicze w stylu krzyku mew, jęku dulek w sfatygowanej łodzi, etc.

W moim osobistym rankingu będący obiektem niniejszej minirecenzji album „Svantevit” Percival Schuttenbach plasuje się zdecydowanie wyżej niż np. brutalny „Lay Down thy Burdens” Battlesoul, jarmarczno – cukierkowy „A Kiss Before You Go” Katzenjammer, czy praktycznie cała twórczość Mago de Oz. Wydaje mi się, że w tym, co robią nasi krajanie jest więcej autentyzmu, bądź po prostu obecna tam pierwotna słowiańskość lepiej koresponduje z moimi własnymi upodobaniami. To tak, jakby połączyć surowe piękno „Kwasirs Blod” Esk, gardłowy śpiew Huun Huur Tu z „Best Live” i potężną dawkę ciężkich brzmień np. z „Forest Of Equilibrium” Cathedral.  W każdym bądź razie album „Svantevit” Percival Schuttenbach zasługuje nie tylko na wielkie brawa, ale również na dalece wykraczającą poza granice naszego kraju promocję. Bądźmy szczerzy – to nie jest za przeproszeniem kapela sprawdzająca się tylko w lokalnym, hermetycznym mikroświatku, lecz zespół mający podobny potencjał jak Gjallarhorn, Värttinä, czy nawet Lordi. Trzeba się tylko postarać, by świat o nich usłyszał.

Marcin Olszewski

Skład Percival Schuttenbach:
Joanna Lacher – bas, wokal
Christina Bogdanova – wokal, klawisze
Mikołaj Rybacki – Gitara, instrumenty smyczkowe i inne, wokal
Andrzej Mikityn – perkusja
Katarzyna Bromirska – wiolonczela, lira, akordeon, flety, wokal

Opinia 2

Zespół Percival Schuttenbach od momentu swojego powstania w 1999 roku, będąc w swych początkach triem – Mikołaj Rybacki (gitara), Kornelia Rybacka (bas) i Katarzyna Bromirska (wiolonczela), grającym dość ciężką muzykę metalową z elementami folkowymi, przeszedł kilka metamorfoz w postaci roszady poszczególnych członków, by na dostarczonym to recenzji krążku wystąpić w składzie: założyciele Mikołaj Rybacki i Katarzyna Bromirska, dwie panie: Joanna Lacher (bas, śpiew) i Christina Bogdanova (śpiew Kaos Pad II i Reloop) i Andrzej Mikityn na perkusji. Życie często daje w kość naszym planom, jednak jeśli efektem jego doświadczeń jest tak grająca grupa mających wspólne zainteresowania ludzi, należy raczej się cieszyć. To co zaproponowali w tej odsłonie, ma w sobie coś takiego, że osobiście – od dłuższego czasu omijający podobną muzę, bez problemu przyswoiłem materiał, znajdując w nim kilka pozytywnych (no może nie w 100%) aspektów. Równie ciężkie klimaty pochłaniałem godzinami w młodości i przejrzawszy dołączoną do płyty książeczkę, byłem ciekawy, jak wyjdzie pogodzenie dwóch przeciwległych światów – metalu i folku.

Przyznam się szczerze, że gdy Marcin z uśmiechem na twarzy napomknął o recenzji  trochę cięższego gatunku, pomyślałem: „będzie jazda”. Na obecnym etapie życia słucham raczej lżejszych kompozycji, ale dlaczego nie spróbować wrócić w czasy młodości, co teoretycznie powinny ułatwić elementy rodzimego folkloru. Pierwsze przesłuchanie było niejako przełamaniem lodów i raczej poszukiwaniem punktu zaczepienia do następnych podejść, ale na tyle pozytywnie wypadło, że do bliższego poznania materiału  nie potrzebowałem specjalnej motywacji i dostarczony krążek wkładałem do napędu kilkukrotnie. Obawy o zbyt pretensjonalne przenikanie stylów rozpierzchły się niczym poranna mgła. Muzycy umiejętnie, czy to przy pomocy damskich wokaliz, czy wplataniu w utwory sampli, płynnie przechodzili z jednej flanki na drugą, bez uczucia siłowania się z tą materią. Jak gdyby dorastali na południowo-zachodnich rubieżach naszego kraju z jednym marzeniem – grać podnoszącą poziom adrenaliny muzykę metalową, co gdy już się spełniło, dodatkowo okraszają swym rodowodem.  Zawartość każdego z  gatunków jest umiejętnie wyważona, by po dawce energetycznego grania, pozwolić słuchaczowi odetchnąć przy przyśpiewkach ludowych lub aranżacjach słuchowiska o tematyce wiejskiej. Wiem, że takie łączenie światów jest popularne w wielu gatunkach muzycznych – wliczając w to mój ulubiony jazz, jednak nie zawsze wychodzi to tak smakowicie jak tytułowemu zespołowi Percival Schuttenbach. Trzy panie wespół z dwoma przedstawicielami płci przeciwnej, fundują nam powrót w sielankową przeszłość życia wsi przy wydawałby się całkowicie niewpisujących się w te kanony ciężkich frazach muzycznych. Patrząc na materiał grupy pod kątem zawartości merytorycznej, to niestety nie ominęła go lekka prowokacja. Wiem, że ten gatunek rządzi się swoimi prawami i każdy musi czymś zaskoczyć potencjalnego słuchacza, ale drugi utwór jest według mnie zbyt perwersyjny. Nawoływanie małej dziewczynki niedwuznacznie mrocznym głosem w języku niemieckim, przynosi tylko jedną myśl, która dla obytego z podobnymi tematami fana tej kapeli, jest pewnie solą życia, jednak dla postronnego słuchacza mocnym ocierającym się o niesmak akcentem. Jestem dość wyrozumiały w stosunku do podobnych form przekazu emocji, ale ten track przesłuchałem tylko dwa razy i to dlatego, by dosłuchać, jaki los czekał tą biedną dziewczynkę – niestety marny.
 
Ogólnie reszta tekstu jest typowa dla muzyki metalowej i nie można mieć większych zastrzeżeń, ale próbując ocenić walory techniczne materiału, muszę potwierdzić bardzo wysokie umiejętności masteringowca w tej kwestii. Wielu muzyków uważa, że takie granie ma być jednym wielkim łomotem, tymczasem dostarczony krążek jest zaskakująco dobrze zrealizowany. Scena ładnie pokazuje, gdzie znajdują się poszczególni artyści i co bardzo ważne zachowuje wzorową czytelność wykorzystanego, bogatrego instrumentarium. Wokalistyka nie odstaje od jakości muzyki, w większości utworów pozwalając zrozumieć śpiewany tekst– a to nie jest standardem. Według mnie w wartościach ogólnych (przypominam, że nie jestem miłośnikiem podobnych stylów) uważam, że album grupy Percival Schuttenbach, jest ciekawą propozycją. Niesie ze sobą kilka pierwiastków skandalu, ale to jest chleb powszedni zagorzałych fanów tej grupy i nie ma o co kruszyć kopii. Jednak patrząc na niego całościowo – muzyka (umiejętne łączenie stylów i realizacja) i daleka od infantylności warstwa tekstowa, nawet minimalnie zainteresowanego podobnymi klimatami słuchacza powinna zachęcić do zapoznania się z tą pozycją. Polecić melomanom muzyki klasycznej tego nie mogę, ale ktoś oscylujący swymi zainteresowaniami w okolicach rocka, powinien spróbować tego materiału i jeśli nie przekona go zawartość tekstowa, to na pewno zrobi to realizacja.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

W Polsce właśnie pojawił się dystrybutor Davis Acoustic i od teraz kolumny tej firmy są u nas wreszcie dostępne. Davis Acoustics to francuski producent kolumn i głośników znany na międzynarodowym rynku już ponad 25 lat dzięki ręcznie wykonywanym przetwornikom. Największe uznanie zyskał po opatentowaniu głośnika szerokopasmowego 20DE8. Asortyment Davisa obejmuje głośniki do zabudowy, kolumny wolnostojące, monitory i kolumny szerokopasmowe. Oferta jest skierowana do każdego – zarówno stawiającego pierwsze kroki w świecie hi-fi (seria Easy), jak i wytrawnego Audiofila (gama Dream czy Olympia).

Głośnik 20DE8 znalazł swoje miejsce  w obudowie wykonanej jako projekt bas-refleksu- w MVOne. Kolumna ta należy do serii DREAM Davisa, inne gammy to: Easy, Lifestyle, Power czy Olympia  i jest techniczną rewolucją w świecie hi-fi. MVOne  jest jedną z nielicznych na rynku kolumn, która używa tylko jednego głośnika szerokopasmowego bez filtrowania. Sygnał pochodzący ze wzmacniacza jest podłączony bezpośrednio do głośników. Umożliwia to słuchanie dające zaskakujący wynik – wyjątkową szybkość, przejrzystość i spójność zapisów… Jego mocną stroną poza eleganckim wykonaniem jest właśnie jednorodność, realistyczne odtwarzanie oraz wysoki współczynnik sprawności akustycznej przez co nadaje się już do 5W wzmacniaczy lampowych i 25 W wzmacniaczy tranzystorowych.
W Polsce  marka Davis Acoustics była do tej pory znana jedynie nielicznym Audiofilom.

www.davis-acoustics.pl

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

I circled around the hero of this test for a long time, very long time – I mean it was almost within reach, but the environment was more or less hostile. Either a competing magazine took the demo unit, or everything was sold, or a new model was introduced and we needed to wait. So I waited, and waited… for about ten years, since I first saw this beautifully looking, old-school designed (a homage to 70 and 80-ties design), small integrated amplifier Leben CS-300. Soon it turned out, that this audio-gem from Japan, using the very popular tubes EL-84 from Sovtek, became an object of desire not only for me, but for many audiophiles all over the world.

Of course the project evolved slowly during the last decade, and for a small company, not chasing novelties and not changing models every season, the number of changes is quite substantial. At first the modifications were mostly to the inside. In the first CS-300 we had two pairs of EL84M from Sovtec and a pair of General Electric 5751 (ECC83) double triodes, which were later replaced by 12AX7A from Sovtek. Shortly afterwards, the constructor of this amplifier, Mr. Taku Hyodo, created a special version for more picky audiophiles, called CS-300 X (Limited) stuffed with Mullard NOS tubes. When the stock of those tubes became exhausted, further modifications were required, and a new version appeared – the CS-300 X (S) with NOS Jan5751 General Electric in the input stage. This version was in production until 2010, when the Sovtek 12AX7 were used again. In the “F” version we received for testing, the changes are even more visible than before. Instead of the EL84 the company used tubes with very high parameters (longevity, low microphone effect, low distortion) JAN-6169 General Electric and in the input stage the Japanese double triodes 17EW8 (HCC85) Hi-Fi.

On the outside everything looks the same, but… there are some changes in the details. To date the golden front and back plate had only one green accent on the front, a strip with the model name, and the unit had wooden plates on the sides varnished with a satin lacquer. It looks the same now, but when compared with the predecessors the “F” has some different touches. For example the power switch. In the previous version it was only a simple round button with a built in green LED, and a red LED on top of it. I am not aware, if anybody complained about its design, although many people have this unit or at least tested it. But probably Mr. Hyodo wanted to have some unification of all items on the fascia. First of all he got rid of the hexagonal screw holding the headphone socket, it was replaced with a round collar, which is almost on the level of the front panel. Secondly the main power switch got a form corresponding with the form of the switches for tape loop activation and output selector (or mode selector if you want – switching between amp/headphone amp mode). Finally the red operation LED was replaced with a blue one, which should match the color of the PCB, but which intensity drove me mad. So while I concur with 2/3 of the changes, the first thing I would do with this eye-scorching LED, if I would buy it, would be to open the cabinet and cover it with a thick layer of blue nail polish. This would drastically reduce the amount of light emitted, what would soothe my nerves.
But well, I uttered my frustration, allowed my far reaching nastiness to surface, so now we can turn our attention to the important things.

The front panel houses three small and one bigger knob. Looking from the left you have the input selector, volume controller, balance regulator and something as often encountered in audiophile gear, as a honest politician in the parliament, a three setting bass booster, which allows to increase the lower frequencies by 3 or 5 dB. The whole is amended with three rectangular switches, responsible for activating the tape loop, switching between loudspeakers and headphones, and finally switching the main power on and off.
The back plate, due to the quite small available area, half of which is taken by the ventilation holes, is very neat and ergonomic. To the left we have the fuse housing on top and a solid IEC power socket below it, then, near the bottom plate, there are single loudspeaker terminals, with an impedance selector above them. Tape loop output and a grounding terminal finish the lower level. All the RCA inputs, six pairs, were placed near the right side of the cabinet. They are quite solid, but owners of heavy interconnects with massive plugs, can have a hard time. In extreme cases I recommend to use cable supports (for example the Gregitek RG1) which relieve the load from the sockets.
Now for the top cover. In the early CS-300 it was beige-grey-gold, and frankly speaking not very attractive, so that many users removed it, to be able to look at the glowing tubes. However already in the XS version, a more daring (and very nice) pearl-berry color was used, which contrasts with the golden front and becomes a very nice design touch.

Finishing the description part, not related to the sonic capabilities, I have some thoughts of economic nature. During the last ten years, the price of the 300 did almost not change. The first units that came to Poland in 2006 had a price tag of around 10000 zlotys (2250 euro), and it stayed the same almost till today – the newest “F” version is priced at 10900 zlotys. If somebody thinks, that 9% is much, them please check first the price lists of the competitors, the Japanese ones (Air Tight) or the American (Manley). And that would be it, in terms of non-listening part of the test. So let us start with the listening.

Preparing for the test of the Leben, and knowing it has only moderate power at its disposal (15 W), I arranged to have at my disposal the equally small and beautiful bookshelf speakers Trenner & Friedl Art. As a result I had a costly, high quality 2/3 of a workroom-bedroom system (there was no sound source). Of course putting it in such category is very simplified, or maybe even unfair, but it has a hidden message in it, that you should not try to use it in a room with the size of over 20-30 square meters. Or at least the size of the Japanese integrated amp and the provided technical data suggested that. Due to that I enjoyed listening to a system, where the most expensive element were the loudspeaker cables Signal Projects Hydra. Regardless of the prices of the individual components the final sonic effect was exceptionally satisfying. The sound was engaging, it did not allow to be indifferent, and due to this not even the smallest pieces of the musical spectacle escaped. Despite the fact, that the main role was played by the space and incredible precision of localization of virtual sources, the sound remained on the sweeter and smoother side, and at the same time it was incredibly musical. In addition the momentum and scale of the sound was absolutely inadequate to the size of the amplifier and the loudspeakers. I will not hide, that the natural repertoire, the native environment, where the Leben and the Art feels like a fish in the water, is jazz and small chamber ensembles. But if someone would expect thinning or anemic lower frequencies, for example on the captivating album “Faithful” MWT (Marcin Wasilewski Trio), or on “La Tarantella – Antidotum Tarantulae” L’Arpeggiata. Well, maybe baroque music does have much to tell about bass, but the piece opening the disc “Faithful” called “An den kleinen Radioapparat” has enough bass, or even an excess of it. On the Japanese-Austrian combo it remained springy, readable and incredibly differentiated, which maybe did not massage our inner organs, but was a splendid example, how sometimes it is worth to favor quality over quantity. And if there are people, who really cannot live without booming bass, then the magic Bass Boost knob, increasing the lower octaves by 3 or 5 dB, will be a cure. Interesting enough, its function does not influence the other parts of the sound spectrum. To balance the part dedicated to bass lovers, I can mention, that for a long time I did not hear from a conventional tweeter (I am spoiled till the bone by the sound of the AMT and the diamond jewelry of the top Gauder) such illuminated, vibrating, ethereal and at the same time palpable and resolved cymbals. Adding to that the precision, with which the moment of attack was reproduced, and the blaze of timbres and nuances that followed it, allowed for long hours of forgetfulness during exploration of the owned disc library.

Not once and not twice I had the opportunity to get convinced, that theory is one thing, and real life another. That was the case when I was listening to the Leben. When I was burning-in the amplifier with the Austrian speakers, one day I had to unplug them to make a photo session. Because I do not like to work in silence, and did not want to, I connected the Leben to my Gauder loudspeakers. I figured, that for background music it will be fine. So I changed the loudspeakers and … the new configuration stayed for the rest of the test. Not that I need to be sad about that, or explain it to myself, or to the readers, in contrary. It just happened, that something, what would not be recommended by anyone, turned out to be a perfect match. The signature of the previous configuration, big sound from small speakers, evolved into something more natural, a sound adequate to the size of the loudspeakers, not looking at the small size of the amplifier itself. The disc “Love Over Gold” Dire Straits that was spinning on the two-motor Transrotor ZET3 just pushed me in the listening chair and the photo session needed to be rescheduled. Seemingly simple and lush sounds enchanted with multiple layers of the sound, attracted attention to the individual instruments and the guitar sounding at the end of the fourth minute surprised with aggressiveness, foreshadowing the short, but energetic drums entrance. And this all with only 15 W! Now, when it sounded nice with disobliging rock, I decided to raise the threshold and took “Now What?!” Deep Purple. That what came out of the speakers surpassed my wildest imagination. Energetic, boiling with adrenaline and juicy sound was splendid, delightful, regardless of the price level we are on. This was a clear example, that sometimes you can find a real pearl, or diamond, on a price level we would not expect it. Of course there is no rose without thorns. The lower frequencies, gaining a few Hz in the frequency spectrum reproduced by the Gauder lost some of the discipline they had with the bookshelves, but still compared to what was offered by the earlier incarnations of the 300, this can only be described as a huge progress. Of course I know, that for some readers even the slightest rounding will be a departure from the ideal, the dreamed master, but let us be frank – this is the cheapest amplifier opening the catalog offered  by this Japanese manufacturer, and if somebody wants to reach the sky, I recommend to explore the higher models.
On well mastered electronic repertoire, like the “Exile” Hurts, or even “Reise, Reise” Rammstein, the scale of the sound did not become controversial in any way. A wide soundstage, reaching far beyond the boundaries of the loudspeaker setup, was also very deep, losing nothing from its stability and resolution. The further planes enchanted with selectiveness, and as long as the engineer of a given recording did not cover them with a cloth of impressionistic veil, there were absolutely no problems in following the individual instruments. Especially charming were the German ballads “Ohne Dich” and “Amour”, where beside the German edginess a lyrical, tube “shell” appeared, and a slightly boosted “company” midrange. But I am not talking about the stereotypical favoring of the midrange against both ends of the spectrum, typically associated with the EL84/EL34 tubes, but about a precise increase of saturation and color temperature, while keeping full balance and a resolved, incredibly vividly illuminated treble and a slightly rounded, yet keeping up with even the most neck breaking bass passages. All those characteristics show clearly the supremacy of the CS-300F over its predecessors, which theoretically fared acceptably well, but the more brute became the sound, or when the instrumentation became more complicated, the better the borders of their capabilities became audible. There are no such issues with the tested version. Regardless of the volume level set and chosen repertoire, the sound remained coherent and homogenous. One more thing – the Leben offers full resolution already at very low volume levels. This should be very good news for those of you, who like late evening – night listening sessions, and to date were forced to used headphones, or have to endure the painful compromise of losing lots of information by amplifiers designed to shout and not to whisper. Now as we came to the conclusion, I need to mention another fact. To date, buying the 300 we had to take into account, that the amplifier is not noiseless, and this will be audible. Because usually, there was a mains noise present, absolutely negligible while playing music, but in silent moments it was there. This time, there was absolute silence. I do not know, what modifications were introduced by the Mr. Taku Hyodo, but the effect was indisputably positive.

My first audiophile associations, which I had during listening to this charming integrated, were constructions similarly compact to the Leben, the Air Tight ATM-1s and … Kondo Souga. You must confess, that this company is absolutely ennobling, and that all the mentioned amplifiers are from Japan, well … I would not call this a coincidence, but rather a proof, that certain aspects of the environment, philosophy of living, you grow in, can be found in what you do later. In Japan, there is a micro-climate to make unique, beautiful things, that make the music coming out from the loudspeakers become above average passionate,  as you can see from the example above, and the synergy between the design, advanced, well thought through construction and incredible musicality becomes a trademark. Returning to my initial chase for the Leben – the current version CS-300F is not only a fulfillment of all hopes I had in this amplifier, but becomes a trophy, which is an ornament of the listening room, and maybe not a reason to be proud, as it sounds too triumphant, but a reason to be in a good mood for a long, long time. It is only a pity, that I had to pack the 300 and pass it on (fortunately not far, because now Jacek took it). But in time, in due time…

Marcin Olszewski

Distributor: Nautilus / Leben.pl
Price: 10 900 PLN

Technical details:

Valves: JAN-6197 (GE) X 4; 17EW8(Hi-Fi) x 2
Output Power: 2 x 15 W
Frequency Response: 15 Hz – 100 kHz (-2 dB)
Distortion: 0,7 % (10 W)
Input Sensitivity: 600 mV
Input Impedance: 100KΩ
Output Impedance: kolumny: 4/6/8 Ω (Selectable)
Output Impedance (Headphone): 300 Ω
Power Consumption: 82 W
Dimensions: 360 x 270 x 140 mm
Weight: 10,5 kg

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; notebook Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Double synchronous motor Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + external power supply Transrotor Konstant M-1 Reference
– Phonostage: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5; Accuphase E600
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Trenner&Friedl ART
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H; Audio Philar Double Model

Opinion 2

Probably everybody knows, how important is the external looks in the marketing process, so every manufacturer of audio gear tries to surprise the targeted client with something. Some try to use design, others use sound, again others use both items at the same time, but only few succeed. Everybody has different masters of beauty and perception of the quality of music, but some standards are undisputed. Of course there will be some orthodox listeners, who will place the sound above the looks and manufacturing quality of the device generating that sound, accepting even “garage” like products, but most people at least try to have the newly bought device not scaring their wives.  Theoretically I am also more for the sound, but fortunately on the price and quality level represented by my system, the design quality is rarely far away from the sound quality. Despite having a quite nicely looking system, I can endure much in terms of looks, when pursuing my dream sound and if I would have enough free cash I would probably test my endurance with a set from the Japanese company Audio Tekne, which I heard during the last Audio Show. Citing a title from a thriller – it was the “Nightmare from Elm Street” when judged by the visuals, but the musical spectacle it created allowed to look past that. If you are interested in what I am trying to describe here, please look at my report from the Warsaw Audio Show – part 4. (Un)fortunately my financial plan is set for the coming five years, and during the negotiations with my wife, I could not put the bullet point “Audio Tekne” on the spending list, not even on the reserve one. So I will have to stay with what I have, but I will not regret that for even a split second. Putting aside my thinking of what I do have and what I might have, I will let you know, what is my dream for a long time.

Every, or almost every, listener, testing some audio components, found his Holy Grail in terms of external design, which would find a nice home on our audio rack, even if not sounding too good. Such love at first sight is being put for later, and time passes. I have such an effect myself, but I know also, that when some conditions were met (the right loudspeakers were used) it also enchanted me with its sonics. This product of human imagination is a colorful one (wooden side panels, golden front with green motives, purple on top, in the latest version, bearing also a blue LED, just to kill me completely), but it went so easily under my skin, that I cannot find anything in it, that would discredit it in my sense of esthetics. Probably most of you, the readers, know already what is bugging me (in the positive sense of the word), so I proudly announce that now I will be testing exactly this device, the integrated amplifier Leben CS-300 in the newest version F (with unusual, rarely used tubes) distributed in Poland by Eter Audio from Krakow.

I thought for a long time, how to start the description of the external design. I had the same stress as when approaching an imagined woman, not knowing how to talk to her, to not to scare her off. But finally I have the word, that describes my soul state when being in the same room with it, namely “candy”. Yes, this amplifier reminds me of candies, maybe a bit too sweet for some people, but for me this is a true ideal. I do not know when I buy it, even if not for the main system, then to use it as a headphone amplifier, because this old-fashioned Japanese amplifier, has one built in, and most importantly – I will check it myself – it seems to be very good, I heard. Like I mentioned earlier, this colorful volcano, ideally fits into my esthetics. And it looks exactly like this: patinated gold on the front and back (yes, yes, they did not save on such small things, that are so important for many people), wooden side panels, bottom and top covers in purple color with lots of ventilation holes, to allow for gravitational cooling, finished on the front and back with black molders, and silver, large diameter feet supporting the whole. But the Japanese would not be the Japanese, if they would not heat the whole up. How? Duly reporting: the main part of this tube integrated – the fascia – received four (the volume one being a bit bigger) massive knobs, in a slightly different shade of gold, what makes them nicely stand out. Besides the mentioned volume, they control input selection, balance and bass boost by 3 or 5 dB. Consistently mixing colors we have also three black switches, one selecting between headphones or loudspeakers, the second activating the tape loop, while the third is the power switch. There is also a blue LED (oh boy!), a headphone socket and the most interested thing, in my opinion, are the two green strips with the company name and the model, located on the top and the bottom of the front. This is how the fascia looks. The back is much less colorful (it is just golden) and houses exclusive loudspeaker terminals, an IEC socket, a grounding screw, a loudspeaker  impedance selector (4, 6, 8), a row of line inputs, one recording output and a fuse housing. All those elements are of high quality. Now I think it is enough bragging about those extravagant external design items, so I come down to earth and will try to show you, what the constructor from Japan proposed in the most important realm – the sound.

Like I mentioned before, one of the previous incarnations of the CS-300 surprised me nicely some time ago. This was not an ideal marriage with the loudspeakers I had that time, but it was so positive, that I have much esteem for this model of Leben, especially in terms size vs capabilities. This test would even be more difficult, because now it will need to prove itself on a much higher level, but I had a lot of confidence in it, and I was quite sure, it will not squander it. After becoming acquainted with the technical data, I knew that it will not be a giant in terms of amount and control of the bass, so for the beginning I prepared material lighter on the lower frequencies, but very demanding in terms of midrange and treble, the disc “Lontano” Tomasz Stanko. I am very sensitive to the quality of the reproduced cymbals in jazz ensembles, I listen to it often, and as often I can hear the resolution limits of the tested gear. In addition this disc allows to assess the way the soundstage is reproduced. The ECM label, who mastered this disc, always went great lengths in terms of quality of the recording and the way the stage is setup between the speakers. Theoretically the most important aspect of a recording is the emotional content, but for an audiophile equally important (and sometimes most important – but then it becomes unjust to the music) is the work done by the sound engineer. Those two elements add to another – music and recording quality – making the listener willing to leave a substantial sum in the audio salon for a device, that brings him or her closer to a live even, even knowing, that this is an utopian dream. I did that, and I do not regret the money spent, as life is too short for half-measures, and we should enjoy it as much as we can. Returning to the Tomasz Stanko disc, recorded together with the Marcin Wasilewski Trio, I can say, that it was played back very well, and the cymbals were proper too.
A brush of the cymbals coming out of the silence, combined with the matte sound of the trumpet of the frontman, set off against the rest of the instruments, allows to drown completely in the phrases, long as a rainy day, according to some people. And all this without any “slowdown”, what allows to give only positive notes to the tested Japanese amplifier. Every artist stood in the place reserved while listening to the reference system (Reimyo), and none of them was covered by his neighbor. Each instrument was readable and became an element of the whole event as planned by the sound engineer, and when, as often in jazz, the moment came for a solo performance, every, even the smallest, element associated with a given instrument was heard. Regardless if it was the sound of the air leaving the trumpet, the vividness, or dullness if needed, of the piano, airiness and resolution of the cymbals, or a vibrating string of the contrabass, everything was cut to shape with one, small, but fully understandable minus. I am talking about the lowest frequencies, which were not able to reach hellish depths with full control of their contours, as this was not possible with the low power of the tested amplifier and my loudspeakers. This was for sure no setback, because bass was still absolutely a fully fledged part of the sound. So if someone will draw conclusions about the shortcoming of this small amplifier, based only on this, quite random, encounter, then this person for sure does not know, what this game is about. We can experiment, or even should, but the conclusions drawn should be adequate, and we should take into account what we are listening to. To have this Asian integrated (coming from a country regarded as origin of audiophilism) show its full potential, we have to connect it to appropriately chosen loudspeakers. And after this confrontation, I think it can be quite easy to do. I regard my adventure with the small Japanese as positive, because I have many experiences with more powerful devices, and I yielded lesser results. Bravo! But when I described the externals, I mentioned a bass boost knob. I know, that a genuine audiophile despises such tricks – me theoretically too – but when we have something like that installed, we can try how it works. Such negation of “improvers” is an audiophile law, but not written in stone, so I think no harm will be done. Nobody forces you to do anything, you can even deny using it, when caught listening, but if you will be surprised, even a bit – like I was, then you will realize, how many discs you have in your library, vinyl and CDs, that really benefit from this move. Try it, and you will learn I am right. Now I can confess – I used this knob a dozen times, and I am much closer to thanking the constructor, than to telling him, that he implemented an useless feature. Such are often perceived as harmful. Of course you should not assume, that such artificial addition will be equal to using a more powerful amplifier. This move will add us lower octaves, but at the same time they would lose some sharpness. The sound will get more color, going a bit in the direction of playing with sound blurs, but at least in my case it did not turn into a pulp. Sometimes it is better to lose some sharpness for extra homogeneity, adding to the better assimilation of the material. Sometimes absolute orthodoxy brings more harm than good, and slight loosening of the principles may be beneficial. In my opinion there is nothing to think about. With the Leben CS-300F you have the chance to verify, how far you can depart from the truths you were proclaiming, and how this will influence you further perception. The rest of the test with the Japanese amplifier went down in a similar way. Without bigger departures from my expectations. I will just add, that listening with the controls set to “zero” is absolutely sufficient, and the tests with the boost knob were done only due to my duty – but I do regret that. Of course, like a typical tube amplifier, the timbre, smoothness and sweetness of the sound were typical for a representative of this breed, however the openness and vividness of the sound was still there, I am mentioning that because it is not always the case, so I found it worth mentioning.

Finally, despite the fact, that I am not a headphone guy, I decided to try, what the CS-300F integrated offers compared to a stationary, small headphone amplifier from Pro-Ject I own. The Austrian-Czech amplifier is an inexpensive, but interesting unit, while in the Leben this is an addition increasing functionality. Anyway, the fame of this integrated being a very good headphone amplifier is following it wherever it goes, so I needed to take it on and try for myself. I dusted long not used Sennheiser HD600, put it on my head and started the, not fully legitimate (due to me being a casual headphone listener) test, trying to bust the myth. I did not search for a disc that would become a hurdle for it, I just wanted to taste the sound nirvana. So I chose a well recorded disc, with jazz arrangements of Monteverdi performed by Michel Godard. This disc, recorded in one take in an old monastery always shows, where is the place of gear, that does not handle the sound well enough. Now it was the demise for my small Pro-Ject, which was good enough for me in the beginning of my game with audio. Now my standards are much higher, and the poor thing had nothing to say compared to such renowned competition. The HD600 are very resolving and the timbre together with the impeccable resolution of the Leben just “killed” the amplifier from the south of Europe. Of course there is no shame for the Austrian-Czech device, as it is hi-fi from the 500 zlotys level and was purchased as a sporadic alternative for the loudspeaker based system, when night quietness is required. Now I have no problems with that, I often wait for the night to come, as the background noise gets quieter, and the headphone system is unused. Due to the low usage frequency of headphones I will not give you a full analysis, but the positive experience only increased my desire for the tested 300.

Finishing the description of the performance of the Leben CS-300F, I will remind you about the most important aspects, that are in favor of this device. Extraordinary external design (maybe not everybody will like it – I fell in love with it), functionality – theoretically no one needs them, but in practice the knobs are useful, a very good headphone amplifier and overall good performance with less than easy loudspeakers. This was my second look at the device, and again, I am enchanted with it, deploring because it is not on the purchase list, which I agreed with my wife. A little effort, and I repeat, a little, when choosing loudspeakers, and it will repay you with years of high music quality and give you a bonus of extraordinary looks. I encourage you to try this device in your system, and I will not be surprised, if it will not return to the distributor, proudly exhibited on the rack of its buyer. I can only describe the time spent together with the Japanese amplifier quoting a child: “I want it”.

Jacek Pazio

The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.

 Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2; Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i; Acoustic Revive RST-38H; Audio Philar Double Model

 Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II; London AEC C91E “POD”
– Phonostage: RCM „THERIAA”
Headphones: Sennheiser HD 600
Head-amp: Pro Ject Head Box