Monthly Archives: lipiec 2016


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Ostatnimi czasy pojęcie High-End, dzięki umiejętnemu marketingowi i często siłowemu, cenowemu pozycjonowaniu swoich produktów przez chcące zasiadać w owym panteonie gwiazd firmy niestety zostało sztucznie rozdmuchane. Jednak bez względu na ów trend i wszelkie podprogowo działające w podtrzymaniu jego bytu złote myśli braci recenzenckiej, ten wycinek oferty produktów audio z pewnością ma swoje trzy główne cechy. Pierwszą i najważniejszą jest oczywiście bliska żywej muzyce jakość odtwarzanego dźwięku, na drugim miejscu postawiłbym nieuchronnie pchający recenzenta do trwałego kalectwa rozmiar – sto kilogramów nie jest jakimś szczególnym szaleństwem, a trzecią, której właśnie sztucznym windowaniem wielu próbuje zaistnieć w świadomości audiofilów jest często pozbawiona racjonalnego wytłumaczenia ilość żądanych środków płatniczych. I gdy spojrzymy na przywołane przed momentem punkty, już na powyższy temat można by rozpisać się na kilka stron, jednak pozostawiając Wam rozstrzygnięcie co tak naprawdę jest istotą High Endu, miło mi oznajmić, że dzisiaj bez najmniejszego naciągania faktów spotkamy się z idealnie wpisującym się w nieskalane założenia jakościowe przedstawicielem tego wycinka rynku audio. Mam na myśli pochodzącą z Danii stereofoniczną końcówkę mocy firmy Vitus Audio MP-S201, którą z niemałym wysiłkiem logistycznym dostarczył katowicki RCM.

Powiem tak, to co stanęło przed moim stolikiem już podczas wcześniejszych spotkań w większych pomieszczeniach wydawało się duże, jednak bezpośrednia konfrontacja na własnym podwórku zdawała się przekraczać granice rozsądku. Dlatego też, to ważące 125 kilogramów monstrum dla celów łatwego przemieszczania podczas testu posadowiono na platformie z kółkami. Ja wiem, że na stabilniejszej podstawie sonicznie byłoby zdecydowanie lepiej, jednak po wyjściu ode mnie z domu ekipy z Katowic nie miałbym szans na jakiekolwiek ruchy. Jednak tutaj trzeba dodać, iż o stabilność tego pieca bez względu na czym stoi, dbają zainstalowane w standardzie znane szerokiej publiczności stopy amerykańskiego Stillpointsa, a to do tematu walki z wibracjami samoczynnie wnosi nieco spokoju. Sam wygląd Duńczyka jest powieleniem wzbudzającego wiele pochlebnych opinii majestatycznego i co za tym idzie spokojnego wizualnie designu. Front urządzenia wykonano z dwóch masywnych, przedzielonych czarnym akrylem płatów aluminium. Jeśli chodzi o akcesoria manipulacyjno informacyjne, w dolnej części centralnie umieszczonego ciemnego prostokątnego okienka w stanie Standby wyświetla na się logo marki, a podczas pracy informacje konfiguracyjne i aktualny stan urządzenia. Cały proces obsługi wykonujemy za pomocą sześciu – po trzy z każdej strony – umieszczonych na aluminiowych płatach dyskretnych przycisków. Górna część obudowy dzięki zastosowaniu kilku sporych rozmiarowo ażurowych modułów pozwala na swobodne grawitacyjne chłodzenie urządzenia, a boki jako główny wymiennik ciepła na całej głębokości i wysokości są wpisującymi się w rozmiar końcówki mocy radiatorami. Tylny panel przyłączeniowy dla wielu może być zaskoczeniem, gdyż potencjalnego użytkownika zmusza do użycia trzech kabli sieciowych. I gdyby komuś wydawałoby się to zwykłym naciąganiem, spieszę donieść, iż sprawa jest prosta i logiczna. Producent w dbałości o unikanie problemów zakłócania się poszczególnych układów wewnętrznych specjalnie rozdzielił zasilanie dla każdego z modułów układu dual-mono i logiki sterowania całą konstrukcją. Przyznacie, że może to jest  kosztowne, ale dla bezkompromisowego w swoich założeniach High Endu bardzo sensowne. Wracając do zestawu przyłączy i biorąc pod uwagę bycie 201-ki stereofoniczną z możliwością spięcia w monoblok końcówką mocy znajdziemy tam jeszcze stosowny, realizujący ów wybór przełącznik, pojedyncze terminale głośnikowe, trzy gniazda IEC i wejście sygnału analogowego w standardzie XLR. Tak w skrócie przedstawia się nasz bohater, a czy swoją nietuzinkowość rozmiarową przeniesie na pole soniczne, postaram się przekazać Wam w dalszej części tekstu.

Relacjonowana dzisiaj konfrontacja z tytułowym wzmakiem była jakby zwieńczeniem wielu co prawda wyjazdowych, ale za to z różnorodną elektroniką i kolumnami spotkań odsłuchowych. Owe wcześniejsze mitingi za każdym razem nosiły znamiona powtarzalności pewnych cech, ale, jak wiadomo, obce środowisko nie pozwala stuprocentowo określić ich pozytywnego lub negatywnego oddźwięku. Dlatego, gdy zapadła decyzja o prywatnym starciu, z niecierpliwością oczekiwałem, co takiego zdarzy się, gdy ten łykający 4.5 kW energii i oddający 700 W przy ośmiu Ohmach mocy na kanał potwór zastąpi skromnego, wyglądającego przy nim, jak młodszy brat 200 W Japończyka. Oczywiście, pewnych zdarzeń brzmieniowych spodziewałem się już przed startem testu, jednak czym innym są nawet pozytywne domysły, a czym innym konsekwencja dodania pewnych dóbr brzmieniowych do codziennego zestawienia.
Muszę się przyznać, że główną zaletą 201-ki, jaką za każdym razem udawało mi się wychwycić, był dobrze naładowany energią, solidny w podstawie, ale zawsze prowadzony pod pełną kontrolą bas. Po wpięciu w tor natychmiast czuć było, że to jej bardzo mocna strona. I nie miało znaczenia, że czasem samo pomieszczenie z innymi równie mocnymi końcówkami nie było w stanie utrzymać w ryzach najniższych rejestrów powodując efekt powstawania fal stojących, gdyż Vitus kpił sobie z tych przypadłości. Owszem trząsł pomieszczeniem, ale unikając buły wprawiał je jedynie w odczuwalne wibracje. I wiecie co? To były zaskakująco różne w stosunku do mojego podejścia odsłuchowego obserwacje. Dlaczego? Ano dlatego, że w testowej konfiguracji 201-ka nieco inaczej niż we wcześniej odsłuchach postawiła tylko na spięcie w solidniejszą klamrę prezentację basu. Nie wiem, jak to do końca wyjaśnić, ale z pewnością nie odczuwałem ani krzty podbicia tego zakresu. Po takim ruchu próbowałem nawet dopatrywać się pogorszenia tej częstotliwości, jednak po przesłuchaniu bardzo wymagającego od tego zakresu częstotliwościowego materiału muzycznego, okazało się, że Japończyk mimo bardzo dużych starań nie robił tego w tak fantastyczny sposób, jak Duńczyk. Co prawda przekaz z tak zwartym basem stawał się przy okazji nieco chłodniejszy i ciemniejszy, ale to było  tylko muśniecie koloru i światła, a nie siłowe forsowanie swojej szkoły grania. I gdyby tak przyjrzeć się temu aspektowi głębiej, powiedziałbym, że takie unikanie kolorowania świata dźwięków stawia go zdecydowanie wyżej niż Reimyo w szeregu dbających o równowagę tonalną produktów audio, czyli zero czarowania, tylko naga prawda. Gdy dolny zakres mamy już z grubsza opisany, przyszedł czas na średnicę. Tutaj spieszę zaznaczyć, że mimo, iż rewolucji nie było, to o dziwo idąc tropem unikania sztucznego podkolorowania przekaz muzyczny nadal miał swój dobrze oddany masowo i barwowo czar, bez którego wiele gatunków muzycznych staje się dla mnie zbiorem dźwięków, a nie muzyką. Jak można sądzić po tych kilku zdaniach, na razie było nieźle. A jak miała się sprawa z wysokimi tonami? Uspokajam, zero naginania ich do swoich potrzeb, jak to często robi konkurencja. Jakie bywają te potrzeby? Raz je otwierają – najczęściej gdy ciężar grania ku przesuwa się ku górze, a innym razem tłumią – czyli równając spójność tonizują ją do charakteru reszty pasma. Tak się złożyło, że produkt Vitusa w projekcji górnych rejestrów przez mojego KAP-777 nie widział większych mankamentów i poprawiając je jedynie w sferze ciężaru – dźwięk był nadal otwarty, ale nieco ciemniejszy i masywniejszy – lekko je schłodził, co sprawiało, iż blachy mieniły się nieco bledszym złotem niż mam na co dzień. To nadal był ten sam spektakl, jednak w nieco innej manierze poświaty. A jak wpięcie końcówki Vitusa wpłynęło na odbiór generowanej przez ISIS-y muzyki. Zacznę od stałego repertuaru, czyli Johna Pottera z jego interpretacją muzyki Monteverdiego. Wydawałoby się, że ochłodzenie tego typu muzyki może oddalić napawający nas pozytywnym nastawieniem do życia ładunek emocjonalny. Nic z tych rzeczy. Zawsze, jeśli nie pełniej, to przynajmniej w takim samym stopniu jak z prywatnym setem brałem pełny udział w każdej projekcji muzycznej tamtych czasów. Powiem więcej, wspomniane ostudzenie koloru powodowało, że podczas gry klarnetu basowego dostawałem nieco więcej informacji o jego drewnianym stroiku. To oczywiście było zasługą fenomenalnej kontroli basu i dzięki temu zdecydowanie większej rozdzielczości zakresu średnio-niskotonowego. Mówimy oczywiście o pewnych niuansach brzmieniowych, ale jeśli zna się materiał muzyczny, natychmiast je wyłapujemy, a gdy dążą do poprawy dźwięku, świadczą o klasie urządzenia. A przecież trzeba zaznaczyć, iż każdy testowany produkt teoretycznie walczy z dość przypadkowym dla siebie zestawieniem, czego w przeciwieństwie do dzisiejszego bohatera wielu innym konstrukcjom nie udaje się unieść. Ok. Muzyka barokowa wypadła dobrze, a co z elektroniką? Tutaj z pomocą przyszedł mi Nils Petter Molvaer i jego krążek zatytułowany „Khmer”. Niestety z racji użycia w tej kompilacji wielu sztucznych dźwięków o samym wpływie sznytu grania Vitusa mogę wypowiedzieć się jedynie w kontekście naturalnej trąbki, która nie odbiegała od zapamiętanego wzorca jedynie delikatnie trącając większą matowością. Co innego, gdy przyjrzymy się kontroli nad dużymi skokami basowymi tej płyty.  Jeśli ją znacie, to zapewne wiecie, iż wielu używa jej właśnie do sprawdzenia, jak system nisko schodzi z basem i jak go kontroluje. Chyba nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że było to uwiązany na smyczy – w dobrym tego słowa znaczeniu – zakres częstotliwościowy. Przy głośnym słuchaniu podłoga trzęsła się niemiłosiernie, ale ani razu nie było przysłowiowej buły. Co więcej, nie zanotowałem jej, nawet gdy samo pomieszczenie zdawało się poddawać w tym zakresie, a to zdarza się niezwykle rzadko, żeby nie powiedzieć wręcz sporadycznie. Na koniec przyszedł czas na sprawdzenie MP-S201-ki w trudnych warunkach dźwiękowych, czyli szaleństwie folk-metalu grupy Percival Schuttenbach. No cóż, tak oddanej masowo i energetycznie stopy perkusji życzę Wam wszystkim. Szybkość i dawka błyskawicznie tłoczonego powietrza sprawiały, że naprawdę, może nie było to przeniesienie jeden do jeden odczuć koncertowych – to, jak wiemy jest utopią, ale z pewnością bardzo zbliżone do tychże realiów. Przysłowiowe ciarki na plecach miałem już po kilku traktach tej dobrze poukładanej i czytelnej, zachowującej gradację planów ściany dźwięku. Jak wiecie, obecnie nie przepadam za takim stylem muzycznym, jednak jego dobra prezentacja zawsze zmusza mnie do zaliczenia kilku ciekawych kawałków. Może nawet nie pełnej składanki, ale co najmniej paru mięsistych czy to gitarowych, czy perkusyjnych solówek, do czego wręcz zmusiło mnie wpięcie w tor testowanej końcówki mocy. Gdy prześledzicie dotychczasowy tekst, okaże się, że nie wypowiedziałem się jeszcze na temat sposobu budowania wirtualnej sceny muzycznej. Ta oczywiście będąc generowana przez top jakościowy duńskiego producenta była fenomenalna we wszystkich jej zakresach, czyli szerokości, głębokości, jak i namacalności w sferze 3D. I powiem Wam, że chyba za sprawą wspomnianego przyciemnienia dźwięku zdawała się być lepiej rozbudowana od mojej w wektorze głębokości. Nie było przybliżającego do mnie zajmujących dalsze plany muzyków ich sztucznego powiększania, tylko wierne oddanie odległości od front mena i osłabionego z tego powodu wolumenu dźwięku, co według mnie jest zdecydowanie bliższe prawdzie. Nadmuchana bańka w jednym rzędzie może i jest spektakularna, ale w konfrontacji z realnym dźwiękiem jest tylko wydmuszką. Resumując, czy produkt Vitusa ma jakieś wady? Oczywiście. Jest przerażająco wielki, ciężki, no i niestety drogi. A tak na poważnie, gdybym bez oglądania się na kasę miał wybierać pomiędzy tym co mam i tym co zaprezentował testowany wzmacniacz, chyba bliższy mojej wyimaginowanej prezentacji jest zestaw, który posiadam. Jak wspomniałem, delikatnie koloruje świat i minimalnie rozmywa bas – oczywiście po sprawdzeniu w bezpośredniej testowej konfrontacji, ale jest moim świadomym wyborem. Sprawa mogłaby ulec zmianie, w momencie przejścia na inne zespoły głośnikowe, gdyż raz – moje są zbyt łatwe do napędzenia, co nie dało Vitusowi szans na pokazanie pełni swoich możliwości, a dwa – nowe swoją otwartością w górnych rejestrach i zdecydowanie bardziej mięsistymi niskimi tonami wręcz potrzebowałyby pozytywnej, bo kontrolującej jej zapędy ingerencji 201-ki. Tak więc, czy to jest Wasza bajka może rozstrzygnąć jedynie osobisty sparing.

Trochę obawiałem się, czy prawie zawsze słyszany na wyjazdowych spotkaniach solidny bas wzmacniacza Vitusa nie zaleje mojego pomieszczenia. To, jak wynika z recenzji, na szczęście okazało się być wyssanymi z palca przedwczesnymi obawami, a po dłuższym słuchaniu dzięki powodującej zmniejszanie go pełnej kontroli wręcz fenomenalnym urealnianiem dźwięku. Jak wspomniałem pod koniec testu, sprawa tylko lekkiej korekty dźwięku rozbijała się prawdopodobnie o zbyt skuteczne kolumny (90 dB). Co tak naprawdę potrafi dzisiejszy bohater, można sprawdzić w teście kolumn Gauder Akustik Berlina RC-8. Nie muszę tego weryfikować, ba nawet mając możliwość nie chciałem, ale w starciu z tymi, że tak żartobliwie powiem „wampirami energetycznymi” moja integra spektakularnie wyzionęłaby ducha, gdy tymczasem duńska „spawarka” nie tylko bez problemów trzymała je na przysłowiowej smyczy, ale pokazała również ich barwowe umiejętności. Czy ta końcówka jest dla wszystkich? W zakresie zapotrzebowania na moc oczywiście tak. Napędzi wszystko i to przy pełnej skali dźwięku. A jak w sprawach temperatury grania? To już będzie zależeć od reszty układanki. Posiada swoją nieco studzącą zakusy podbarwiania świata manierę, ale to nadal jest bardzo dalekie od bezduszności granie. Podczas całego testu bez znaczenia było, czy słucham uduchowionej muzyki dawnej, czy rockowego buntu. Wszystko miało swój odpowiedni ciężar emocji, a to pozwala sądzić, że jeśli tylko kogoś stać i znajdzie trochę miejsca w salonie, wypożyczona w celu posłuchania MP-S201 nie wróci już do dystrybutora.

Jacek Pazio

Opinia 2

Kontynuując recenzencką sagę związaną z wizytą skonfigurowanego i z wielką pieczołowitością u nas rozstawionego przez ekipę RCMu systemu Gauder/Vitus  tym razem zajmiemy się wzmocnieniem. Znawcy tematu nie od dziś wiedzą, iż z  „zabawkami”, które wychodzą spod rąk Hansa Ole Vitusa nie ma lekko i to dosłownie. Każde, nawet najniżej usytuowane w firmowej hierarchii urządzenie waży tyle, że jeśli porywamy się na nie w pojedynkę, to lepiej najpierw wykonać jakąś choćby symboliczną rozgrzewkę, bo lepiej dmuchać na zimne aniżeli potem uskarżać się na ból w krzyżu, bo coś nam w nim pyknęło. Dodatkowo warto mieć na uwadze, że im wyżej idziemy, tym robi się ciężej. Skoro jednak katowicki dystrybutor obdarzył nas na tyle zaufaniem, że postawił recenzowane pod koniec czerwca Berliny RC8 to jasnym jest, że i o amplifikację zadbał odpowiednią, o czym z resztą nie omieszkaliśmy wtenczas wspomnieć. Skoro zatem zabójcze dla większości dostępnych na rynku wzmacniaczy kolumny mamy „obcmokane” najwyższy czas przyjrzeć się zdolnemu do prawidłowego ich wysterowania piecowi, czyli stereofonicznej i przy okazji niezaprzeczalnie monstrualnej końcówce mocy Vitus Audio MP-S201.

Zacznijmy jednak od początku. Pierwszy raz MP-S201 został zaprezentowany szerszemu gronu podczas monachijskiego High Endu w 2014 roku i jak łatwo się domyślić wywołał swymi gabarytami niemałe zamieszanie. W dodatku w halach MOC przez cztery wystawowe dni grało nie jedno a dwa duńskie monstra – jedno z Estelonami Extreme a drugie z Avantgarde Acustics Trio, o czym informowaliśmy w naszej relacji. O dziwo na polską premierę 201-ki wcale nie trzeba było długo czekać, gdyż już w listopadzie jedna sztuka zawitała na otwarcie nowej siedziby RCMu. Można ją było sobie wtedy dokładnie pooglądać, zrobić pamiątkowe zdjęcie, ale ponieważ stała w części ekspozycyjnej a nie jednym z dwóch pokoi odsłuchowych to o walorach sonicznych trudno się było wypowiedzieć. Na monachijskie odsłuchy też warto było brać poprawkę związaną nie tylko z szaleńczym pędem nieodzownym przy tego typu imprezach, nieznanym systemem i jak to zwykle na wystawach bywa przypadkową akustyką zajmowanej sali.
Pewne fakty jednak nie podlegały dyskusji i poniekąd znalazły potwierdzenie w naszych ośmiu (OPOS jest oktagonem) kątach. MP-S201 nie jest duża, ona jest ogromna i szukając dla niej miejsca lepiej patrzeć na powyższe zagadnienie w skali makro a nie mikro. Co prawda mieliśmy już u siebie całkiem spore, nawet jak na kryteria High-Endu urządzenia, bo przez naszego OPOSa przewinęły się i końcówki Octave Jubilee i Audia Flight Strumento jednak dopiero Vitusa moglibyśmy, gdyby nie mobilna platforma, na której stanął, uznać za klasyczną audio-nieruchomość.
Zarówno front, jak i płyty wierzchnią oraz spodnią wykonano z ponad centymetrowej grubości aluminiowych, anodowanych na srebrną satynę płyt. Jak już zdążył nas przyzwyczaić duński producent płaszczyznę frontową przecina pionowy akrylowy pas, za którym  ukryto niewielki bursztynowy wyświetlacz. Włączenia, oraz innych stosownych nastaw (m.in. trybu pracy) dokonujemy za pomocą sześciu niewielkich przycisków. Płytę wierzchnią, z oczywistych względów (końcówka może pracować w klasie A), przyozdobiono ośmioma prostokątnymi otworami wentylacyjnymi poprawiającymi cyrkulację powierza pomiędzy gęstym użebrowaniem masywnych radiatorów pełniących funkcję boków korpusu urządzenia. Nie zabrakło też centralnie umieszczonego podfrezowania z logo marki.
Ściana tylna pomimo jednoznacznej funkcji wzmacniacza wprawia nawet zorientowane osoby w co najmniej lekką konsternację i wcale nie chodzi o jakieś egzotyczne, bądź irracjonalnie biżuteryjne przyłącza, lecz o coś tak pozornie zwykłego, jak gniazda zasilające, których jest … trzy. Jednak kiedy pierwszy szok mija i zapoznamy się z umieszczonymi na nimi opisami wszystko staje się nie tylko jasne, co przede wszystkim logiczne. Otóż skrajne gniazda dedykowane są odpowiednio lewemu i prawemu kanałowi a środkowe zapewnia życiodajną energię cyfrowym układom sterującym. Słowem bardziej bezkompromisowo, przynajmniej jeśli chodzi o konstrukcje jednoobudowowe się nie da. Terminale głośnikowe są co prawda pojedyncze, ale jak widać na załączonych zdjęciach topowe, rodowane Furutechy (FT-818) bezproblemowo akceptują podwójne okablowanie. Wejścia liniowe dostępne są tylko w standardzie XLR a całości dopełnia jeszcze niewielki przełącznik umożliwiający wykorzystanie tytułowej końcówki w roli monobloku. Z miłych oku każdego audiofila drobiazgów nadmienię jeszcze tylko, iż w rli nóżek wykorzystano cztery Stillpointsy Ultra 5.
Jak przystało na stereofonicznego flagowca w  ponad 125 kg skrzyni znalazło się miejsce na 4.5 KVA transformatory UI i dedykowane im 1 200 000 µF pojemności filtrującej. Opanowanie takiej mocy wymagało jednak dalszych, równie bezkompromisowych kroków, dlatego też wszystkie płytki drukowane wykonano z 2 mm laminatu a miedziane ścieżki mają grubość 105 µm.
Od strony czysto użytkowej sprawy przedstawiają się równie ekskluzywnie. Końcówka startuje bowiem w klasie AB i robi to w na tyle dystyngowany sposób, że podczas blisko dwutygodniowej bytności w naszych skromnych progach w momencie budzenia duńskiego monstrum do życia ani razu nawet nie przygasło światło. Ponadto niezależnie od wybranego klasy pracy (AB/A) temperatura obudowy utrzymywała się na całkiem akceptowalnym poziomie i nie stanowiła zagrożenia dla osób postronnych czy małoletnich milusińskich. Owszem, była mocno ciepła, ale to wszystko, poparzyć się  nią było nie sposób.

A jak się powyższa wyliczanka przykładów precyzyjnej obróbki skrawaniem i zawiłości elektroniki  przekłada na brzmienie? Cóż. Od razu na wstępie trzeba przyznać Hansowi Olemu, że co  jak co, ale wie jak sprawić aby produkowane przez niego wzmacniacze raziły sobie z nawet zabójczymi dla większości konkurencji ekstremalnymi obciążeniami, bowiem wcześniej opisywane na naszych łamach Berliny RC8 właśnie do grona takich amp-killerów niezaprzeczalnie należą. A tymczasem podłączone pod MP-S201 karnie „chodziły” przy nodze jak dobrze wyszkolone owczarki niemieckie. Pełna kontrola, stalowa konsekwencja i brak choćby cienia szansy na jakąkolwiek, ponadprogramową swobodę. Ponadprogramową zaznaczam, gdyż oferowane przez duet Vitus-Gaudery brzmienie było porażająco wręcz przestrzenne, rozdzielcze i właśnie swobodne, lecz swobodą właściwą, tożsamą poszczególnym nagraniom a nie wynikającą z puszczenia głośników samopas. Charakteryzujący się sugestywną przestrzennością a jednocześnie dość blisko podanym wokalem „Clashes” Brodki ze swoim pop-rockowym a nieraz wręcz ocierającym się o oldschoolową psychodelię brzmieniem opartym na ciekawych partiach, czy to gitarowych, czy syntezatorowych sprawił, że Vitus mógł pokazać większość ze swoich wrodzonych talentów. Oprócz wspomnianych rozdzielczości i kontroli nie zabrakło również szeroko rozumianej muzykalności i … soczystych barw, co przy porcelanowych Accutonach nie zdarza się nazbyt często. Również bardziej chropawe i cięższe dźwięki w stylu tych zarejestrowanych na albumie „Mafia” Black Label Society zabrzmiały z właściwą sobie agresywnością i natywną chropowatością, z których duńska elektrownia nie próbowała zrobić słodkiego i „ładnego” pocztówkowego ulepka. Brudne, potężne partie gitar raz cięły powietrze palącymi riffami, by za chwilę przetoczyć się po słuchaczach niczym kilkunastotonowy walec dociążany dla lepszego efektu ekstatyczną pracą siedzącego za perkusją Craiga Nunenmachera. Jak to zwykle przy tego klimatach bywa umowna gałka potencjometru dość szybko powędrowała w prawo a z głośników popłynęła taka dawka decybeli, że w kulminacyjnych momentach można było się poczuć jak na prawdziwym heavy-metalowym koncercie. W dodatku brak jakichkolwiek zniekształceń sprawiał, że próg bólu przesunięty został na poziomy, na których zdrowy rozsądek ma już niewiele do powiedzenia. Jednak aby zdać sobie z tego sprawę należało choć na chwilę wyłączyć muzykę co akurat w tym przypadku nastąpiło dopiero wraz z wybrzmieniem ostatnich dźwięków zamykającego albumI Never Dreamed”. Niby raz na jakiś czas warto przyłoić, ale na dłuższą metę takie extrema lepiej sobie w miarę oszczędnie dawkować. Dlatego też warto wrócić do zdecydowanie mniej kakofonicznych dźwięków i sprawdzić jak potężny Duńczyk poradzi sobie z pełnymi finezji i rozedrganych emocji barokowymi dźwiękami „TARTINI secondo natura” tria Sigurd Imsen, Tormod Dalen, Hans Knut Sveen. Przy blisko 1,5 kW na kanał zachodziła bowiem obawa, że taka moc sprawi, iż delikatne frazy z pietyzmem i skupieniem wygrywane przez ww. muzyków otrzymają ponadnormatywną dawkę energii, co akurat w tym wypadku nie byłoby mile widziane. Jak się jednak okazało już otwierająca album „Sonata in F major, opus 1 № 12, B.F4; I. Adagio ‘Lascia ch’io dica addio’” wcale nie obudziła w Vitusie drzemiącej bestii, lecz pokazała go nie tylko od zdecydowanie bardziej lirycznej strony, co wręcz zaprezentowała w romantycznym świetle. Wszechogarniający wewnętrzy spokój, zero pośpiechu i tak właściwa dla tej epoki gra ciszą sprawiały, że przy zamkniętych oczach trudno byłoby powiedzieć, że słuchamy monstrualnego tranzystora a nie nastawionej na przyjemność i barwę lampy. A właśnie – barwa. Choć jedną z najwyraźniej zaznaczonych cech, które z rozrzewnieniem będziemy wspominali w długie zimowe wieczory jest rozdzielczość i krystaliczna czystość generowanego przez 201-kę sygnału, to warto wspomnieć o jego niezwykłej, karmelowej wręcz barwie. O ile na Gauderach mieliśmy do czynienia z fenomenalną synergią i wzajemnym uzupełnianiem się cech amplifikacji i głośników, to po zamianie Berlin RC8 na nasze dyżurne Isisy Trenner & Friedl okazało się, że topowa końcówka Vitusa w pewien, właściwy sobie sposób nieco zagęszcza, kondensuje przekaz. Proszę mnie jednak nie źle nie zrozumieć. Ponieważ poruszamy się na iście ekstremalnych pułapach high-endu to wszelkiego typu uwagi dotyczące takiej a nie innej maniery grania mają charakter czystko kosmetyczny i zależą wyłącznie od naszych własnych preferencji a nie od ewidentnych odstępstw od neutralności, co na tym poziomie cenowo-jakościowym oznaczałoby niemalże automatyczną dyskwalifikację. Warto tez mieć na uwadze, że konfiguracja z Isisami miała za zadanie jedynie próbę wpisania Vitusa w nasz redakcyjny system. Z resztą nad czym tu dywagować? W końcu jakiż większy sens miałoby promowanie set-upu w którym dostarczająca 2 x 700 W przy 8 Ω końcówka pracowałaby pod praktycznie niezauważalnym, pomijalnym dla niej obciążeniem kolumn o skuteczności 91 dB. Chociaż z drugiej strony … gdyby tak dołożyć jeszcze jedną 201-kę a Isisy zastąpić Dukami, to sensowność (o cenie na razie nie rozmawiamy) takiej konfiguracji wzrosłaby wręcz drastycznie. Wróćmy jednak na ziemię. Z austriackimi monitorami całość sprawiała wrażenie lżejszej a zarazem bardziej „lepkiej” aniżeli z Berlinami i o ile na Tartinim można było mówić o ponadprzeciętnej czarowności i bursztynowym oświetleniu sceny, to już Black Label Society straciło sporo ze swojej natywnej zadziorności. Nieco życia i garażowości dodawało przełączenie się z klasy A na AB, ale zmiany miały charakter na tyle delikatny, że zdecydowanie więcej można było ugrać zmianą okablowania sygnałowego.

Decydując się na Vitusa MP-S201 warto się zawczasu zastanowić co z jego pomocą chcemy wysterować. Jeśli będą to jakieś łatwe pod względem impedancji i skuteczności zestawy głośnikowe, to spokojnie możemy zdecydować się na coś o wiele mniej angażującego gabarytowo. Jeśli jednak stoją u nas katafalki o skuteczności zbliżonej do stołu bilardowego i impedancji zapuszczającej się w okolice 1 Ω, to możemy przestać zaklinać rzeczywistość i wreszcie pogodzić się z faktem, że 201-ka jest jeśli nie jedyną, to jedną z naprawdę niewielu opcji która podoła temu zadaniu.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: RCM
Cena: 90 000 €

Dane techniczne:
Wejścia: Para XLR
Czułość wejściowa: 0,7 Vrms
Impedancja wejściowa: 10 kΩ
Moc wyjściowa: 2 x 700 W / 8 Ω, 2 x 1400 W / 4 Ω
Pasmo przenoszenia: + 800 kHz
SNR: > 130 dB
THD + N: 0,01 %
Pobór mocy: Standby < 1 W; pełna moc 550 W RMS
Wymiary (W x S x G): 430 x 505 x 708 mm
Waga: ~125 kg
kpl. 4 nóżek Stillpoints Ultra 5 w zestawie

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15; Vitus Audio MP-L201
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”; Gauder Akustik Berlina RC8
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Minione – środowe, trochę naznaczone pechem popołudnie (13.07.2016), dla mnie jako przedstawiciela braci przykładającej dużą uwagę do jakości odtwarzanego dźwięku było bardzo owocne w przemyślenia obrazujące mój nieco odmienny w stosunku do znajomych punkt widzenia pewnych około – dźwiękowych pojęć. Ta różnica teoretycznie jest pięknem samym w sobie, ale impreza uświadomiła mi, jak odległe są punkty odniesienia każdego z nas co do definiowania pewnych słyszanych zdarzeń sonicznych. I nie drążę tematu jedynie dla czystej złośliwości, tylko przywołuję problem na potrzeby uświadomienia sobie i Wam, dlaczego zdecydowana większość odwiedzających mnie gości tak kręciła nosem na temat stosunkowo niedawno recenzowanego na naszych łamach zestawu Gauder Akustik – Vitus Audio. Już wtedy miałem pewne podejrzenia, ale ostatnia popołudniowa konfrontacja postawiła przysłowiową kropkę nad „i” moich domysłów.   

Nie będę uskuteczniał wyliczanki sprzętowej, a już tym bardziej przywoływał jej wartości rynkowej, jednak chcąc nieco wprowadzić Was w ten środowy świat sprzętowy muszę zaznaczyć, że spośród tej, że tak żartobliwie powiem, sterty elektroniki grało dosłownie kilka komponentów. Które? Pierwsze z nich to tytułowy, najskromniejszy wizerunkowo i gabarytowo, czerpiący  swój rodowód z rynku „pro” pliko-grajek MERGING + NADAC. Ten posiłkujący się na przemian sygnałem dostarczanym skrętką z komputera i już konwencjonalnym przewodem cyfrowym z napędu niemieckiego Accustic Arts dzięki regulowanemu stopniowi wyjściowemu potrzebował jedynie końcówek mocy i kolumn. Tutaj setem wzmacniającym okazały się być monstrualne piece Soulution, a emiterami dźwięku Prince’y Hansen Audio.  O kabelkologii nawet nie wspominam, gdyż biorący w przedsięwzięciu panowie twierdzili, że to jest zbędnym blichtrem i nie wnosi nic pozytywnego do całości prezentacji. Ok. nie drążyłem tematu. A co w ogóle sprawdzaliśmy? Niestety, z racji, że ze sporych zapowiedzi roszadowych wyszły nici, wręcz zmusiłem organizatora do choćby zdawkowego sprawdzenia, jak spisuje się najważniejszy w NADAC-u protokół obróbki sygnału cyfrowego w stosunku do napędu CD. Oczywiście musiałem brać pod uwagę, że Nadac i źródło CD używały wewnętrznego z założenia dedykowanego dla NADAC-a przetwornika cyfrowo-analogowego, o dodatkowym kabelku dla AA już nie wspominając. Ale ok., lepiej tak, niż wyjazdowo – bezproduktywnie słuchać bardzo przypadkowej muzyki. Czyli, raz graliśmy z napędu CD podłączonego do bohatera pogadanki kablem AES/EBU, a raz sygnał pędził skrętką z laptopa. I co?

Nie wiem, jak to określić, ale przy szaleńczym aplauzie zgromadzonej publiczności dla NADAC-a, ja nie twierdząc, że było źle, ale tak na szybko w obcym zestawieniu znalazłem co najmniej kilka spornych i dalekich od mojego wzorca rozdzielczości problemów. Jakie to były problemy? Niestety, to było wyjazdowe spotkanie z nieznanym mi sprzętem, dodatkowo pisząc na portalu nie chcę wywoływać zbędnej paniki, dlatego, jak to zwykle bywa, dyplomatycznie przemilczę aspekt czysto recenzencki tej prezentacji. Proszę jednak nie traktować moich sygnałów zbyt dosadnie. Taki rodzaj prezentacji dźwięku może się podobać, ale od pierwszej frazy nastawiony jest na przysłowiowe „łał”, co zapraszający mnie panowie wyraźnie aprobują, a ja dawno z tego wyrosłem. Ok. Naprawdę w skrócie oprę się o dosłownie trzy, no może cztery punkty. Pierwszym jest przesunięcie tonacji całej prezentacji do góry. Ewidentnie słychać było odchudzenie dolnego środka. W efekcie nie tylko głosy wokalistów, ale i towarzyszące im instrumentarium traciły na odpowiednim ciężarze. To zaś, natychmiast uwalniało orgię wyższej średnicy, której w sukurs szła góra i niestety bardzo żylasty najniższy bas. Oczywiście powyższy efekt pozornie zwiększał uczucie słyszenia większego pakietu informacji i przyspieszenia dźwięku, ale był nad wyraz natarczywy i na dłuższą metę męczący. Pomijając już fakt, że to nie jest droga do uzyskania większej rozdzielczości. To jest zwykłe rozjaśnienie. Paradoksem dla zaistniałej sytuacji pozornego zwiększenia informacji w środku i górze jest ich utrata w innych ważnych dla wielu instrumentów rejonach częstotliwościowych. Przykład? Pierwszy z brzegu saksofon. Gdy generował go napęd AA, raz – wyraźnie słychać było niedużą kubaturę pomieszczenia sesji nagraniowej, a dwa – to był namacalnie i precyzyjnie usytuowany instrument, generujący dźwięk drewnianym stroikiem oddającym odbite od nisko zawieszonego sufitu echo. Tymczasem NADAC rozdmuchał go na całe pomieszczenie gubiąc gdzieś po drodze właściwą mu matowość i pewną chropowatość będąca pochodną, natywną cechą drewnianego stroika. Pozostała jedynie wypełniająca całą scenę poświata. Chyba nie muszę wspominać o takich drobnostkach, jak nagła utrata namacalności, ogniskowania źródeł pozornych i ewidentnego pozycjonowania ich w wektorze głębokości. Rozdmuchanie spowodowało ewidentne wyrównanie wolumenu brzmienia głęboko posadowionego przez realizatora dźwięku saksofonu do śpiewającego swój tekst stojącego z przodu wokalisty. Zrobiła się idealnie równa ściana dźwięku. Według mnie to nie jest droga do realizmu, gdyż każde źródło ma swój czas ataku i wybrzmienia, a nie jak w wojsku gra pod linijkę. Dalej? Zwykłe talerze. AA informował mnie, że perkusista wali w nie drewnianą pałką, nie zapominając przy tym pokazać, że same blachy mają swoją grubość i masę. NADAC wieść o rzeczonym drewnie zatajał, a talerze na potrzeby większej ilości mikro-informacji wykonywał ze sreberka do pakowania żywności. Na koniec przykład z kontrabasem. Niestety kolegom się podobał, jednak dla mnie był żylasty i sprawiał wrażenie, że w celu uniknięcia przypisanego temu instrumentowi lekkiego pogrubienia dźwięku otwór pudła rezonansowego zatkano przysłowiową skarpetką. To była karykatura tego instrumentu. Owszem, szybka, konturowa, tylko, że bez emocji. Mało tego, najlepsze w tym wszystkim było poszukiwanie w tym momencie basu w kontrabasie. I wiecie co? Znaleźli go, ale zniekształcony, bo generowany przez niewytrzymujący ilości decybeli sufit. A podobno to napęd CD swoją podbudową basową i wprowadzanym przez nią brudem wnosił zniekształcenia. Ja wiem co o tym myśleć. Jakie jest Wasze zdanie, to zależeć już będzie od repertuaru, osłuchania i  przede wszystkim osobistych preferencji. Na koniec, żeby dokładnie uświadomić Wam, że droga do poprawy tego co napisałem nie jest taka prosta, czyli cieplejsza reszta toru audio, przypomnę jeszcze raz: cały repertuar odsłuchiwany był na tym samym DAC-u i elektronice, a zmienną był jedynie protokół obrabiający zera i jedynki. Tak więc jeśli stracimy atrybuty saksofonu już na starcie, to żadne dociążenie nie doda nam drgającego drewna, bo najzwyczajniej w świecie w sygnale źródłowym już tego nie będzie. Ale jak powiedziałem, taka maniere wielu może się podobać, dlatego z tym nie walczę, a wspomniałem jedynie w kontekście zobrazowania różnego wartościowania prawdy w muzyce. Mam nadzieję, że zauważyliście, iż nie oceniam dźwięku globalnie – to było spotkanie wyjazdowe i tego nie robię. To był miting uświadamiający różnice w odtworzeniu dwóch sygnałów, co już bez najmniejszych problemów pozwala wysnuć może nie wiążące, ale przynajmniej wstępne wnioski. Puentą mojej wizyty w SoundClubie niech będzie fakt koleżeńskiej wymiany całkowicie odmiennych zdań, bez umawiania się na wieczorną ustawkę w parku. Rozstaliśmy się w pokojowym nastawieniu.  

Kończąc ten trochę podnoszący ciśnienie – przynajmniej niektórym – środowy epizod chcę podziękować właścicielom salonu za gościnę, a organizatorom całego spotkania za zaproszenie. Byłem, słyszałem i teraz wiem, w czym się różnimy i jak odległe są od siebie nasze muzyczne wzorce.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

W przypadku marek, gdzie dający spektakularny i niezaprzeczalny rozgłos monumentalny flagowiec na tyle drastycznie odstaje od reszty oferty, że trudno dopatrzyć się między nim a wspomnianą resztą jakichkolwiek, nawet najmniejszych podobieństw nie jest najbardziej komfortową dla recenzenta sytuacją. Oczywiście na upartego nic nie stoi na przeszkodzie, by dajmy na to wolumenu i swobody Cabasse La Sphère doszukiwać się w Antiguach a wyrafinowania i porażającej wręcz rozdzielczości B&W Naulitus 800 D3 w 686-kach, lecz w tym momencie odchodzimy od relacjonowania stanu faktycznego a wkraczamy w świat baśni z mchu i paproci. Do czego zmierzam i jaki cel ma ten dość zagmatwany wstęp? Cóż, nigdzie indziej, jak do bohaterów niniejszego testu, z którymi dzięki uprzejmości krakowskiego Mediamu przyszło nam się zmierzyć. Zanim jednak do niego przejdziemy pragnę jedynie wspomnieć, że doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że część naszych Czytelników mniej bądź bardziej podświadomie będzie na Auditorium R3, bo to o nich mowa, patrzyła poprzez pryzmat będących największa atrakcją zeszłorocznego Audio Video Show Living Voice Vox Olympian wspomaganych równie imponującymi gabarytowo modułami basowymi Vox Elysian. Na powyższe zjawisko niestety wpływu nie mamy żadnego, więc postanowiliśmy skupić się przede wszystkim na sobie i oceniać tytułowe podłogówki możliwie obiektywnie i nie doszukiwać się w nich czegoś, czego raczej w nich znaleźć nie sposób.

W skład wprowadzonej w 1992 r. linii Auditorium wchodzi obecnie sześć modeli, które … na pierwszy rzut oka różnią się … praktycznie niczym. Te same gabaryty, bliźniacze parametry i jedynie im wyżej w cenniku się znajdziemy, tym większy wybór oklein mamy a oprócz samych kolumn pojawiają się dodatkowe skrzynki z wyekspediowanymi do nich zwrotnicami. Nie wierzycie? No to popatrzcie. Otwierające ofertę i zlokalizowane na samym dole rodowej hierarchii tytułowe R3 dostępne są w wykończeniach wiśnia, klon, orzech, mahoń, czerń i ważą niezobowiązujące 18 kg szt. Usytuowany oczko wyżej model Avatar II może pochwalić się jeszcze okleiną palisandrową i dodatkowymi 2kg na wadze. Kolejne IBX-R2 to kolejny kilogram i szlachetny heban oraz bambus. W OBX-R2 pojawiają się wreszcie charakterystyczne zewnętrzne zwrotnice, które choć znikają na dosłownie chwilę w IBX-RW powracają w już ekskluzywnej, fornirowanej formie w topowych (oczywiście w ramach serii) OBX-RW za nieco powyżej  50 000 PLN. Słowem do wyboru, do koloru i jeśli tylko będziemy się trzymali określonej wersji kolorystycznej, to mamy spore szanse przejść cały przegląd modeli bez wiedzy małżonki. Oczywiście nikogo nie nakłaniamy do uskuteczniania takiej partyzantki, ale z drugiej strony, skoro czego oczy nie widzą … Wróćmy jednak na ziemię, czyli do pary, która gościła u nas przez ładnych parę tygodni.
Choć już na pierwszy rzut oka widać, ze R3-ki są dość klasycznie zaprojektowanymi podłogówkami o gabarytach zdolnych z łatwością wkomponować się w nawet w 16 – 20 metrowe wnętrza, to warto mieć świadomość, że ich budowa wcale taka klasyczna nie jest. Tzn. jest, ale zdecydowanie i przede wszystkim dla Living Voice’ów, bo o ile możliwie daleko sięgam pamięcią wstecz, to nigdzie indziej czegoś podobnego nie spotkałem. O co chodzi? O stanowiący odrębny element i zawsze lakierowany na czarno cokół, w który wkręca się dołączone firmowe kolce (podkładki niestety nie są przewidziane w kpl.) i na których ustawia się właściwe skrzynie kolumn. Aby nadać całości jako takiej stabilności cokoły ze skrzyniami „roboczymi” warto zespolić za pomocą niezawodnego przyjaciela każdego audiofila czyli niebrudzącej i zachowującej przez długie lata elastyczność masy Blu-tack / Uhu-Tac.
Pod przysłaniającymi pi razy drzwi dwie trzecie frontów, montowanymi na trzech wątpliwej estetyczności kołkach (dedykowane im otwory szpecą)  maskownicach znajdziemy dwa 6,5” papierowe przetworniki nisko-średniotonowe Scanspeaka (C17WG76-08) przedzielone 1” miękką kopułką wysokotonową tegoż samego producenta. Ściana tylna prezentuje się równie konwencjonalnie. Usytuowany vis a vis tweetera wylot dość krótkiego kanału bas refleks, oraz zaskakująco duży panel z podwójnymi, lecz najdelikatniej rzecz ujmując, dość skromnymi gniazdami głośnikowymi, to wszystko, na czym można byłoby się skupić. Oczywiście zawsze warto rzucić okiem do wnętrza komór czynnych, czemu sprzyja brak jakiegokolwiek zabezpieczenia otworu bas refleksu (rodzice małoletnich pociech proszeni są w tym momencie o wzmożoną czujność). W tym wypadku dokonana w ten sposób inspekcja nie przyniosła żadnych sensacyjnych newsów, poza tymi  dotyczącymi nad wyraz oszczędnego wytłumienia  ścian wewnętrznych cienką warstwą wełny mineralnej. I jeszcze jedno. Tuż przed, bądź w trakcie zakupu R3-ek, jeśli tylko mamy zamiar korzystać z pojedynczego okablowania głośnikowego warto a nawet trzeba zaopatrzyć się w możliwie wysokiej jakości zworki, gdyż takowych, pomimo zaimplementowania podwójnych terminali producent nie przewidział.

Ponieważ R3-ki miały za sobą wiele godzin nieustającego grania i mniej, bądź bardziej intensywnych testów okres akomodacyjny w moim systemie zajął około dwóch dni, podczas których mieliśmy czas, by wzajemnie się poznać. Potem już poszło z górki. Jednak jak to mam w zwyczaju zamiast czegoś „normalnego” w pierwszej kolejności sięgnąłem po mało mainstreamowe folkowo-popowe a przy tym uroczo obłąkańcze albumy „Vihma” i „Ilmatar” formacji Värttinä. Ta iście szaleńcza mieszanka całkowicie niezrozumiałej warstwy wokalnej z nieco jazgotliwym instrumentarium pozwoliła mi dość szybko zweryfikować zdolność Living Voice’ów do odnalezienia się w takich klimatach. Lekko utwardzona i rozświetlona góra sprawiła, że skandynawski „wsad” zabrzmiał niezwykle świeżo i rześko, lecz bez zbędnego i jakże irytującego na dłuższą metę podkreślania sybilantów. Kreowana za linią głośników scena charakteryzowała się precyzyjnym ogniskowaniem źródeł pozornych, co na bardziej złożonych utworach i w kulminacyjnych momentach procentowało wzorowym porządkiem i prawidłową gradacją planów. Dodając do tego nad wyraz zgrabne różnicowanie dźwięków naturalnych i syntetycznych okazało się, że jeśli tyko zapewnimy im stosowną dawkę prądu to efekty będą co najmniej dobre. A właśnie – przy cichym i niejako niezobowiązujących poziomach głośności zauważyć można było dość odczuwalny spadek rozdzielczości i namacalności.  Wystarczyło jednak tylko przekręcić gałkę wzmocnienia nieco w prawo by nawet transowo – plemienny „Uskottu ei Uupuvani” zabrzmiał niczym pieśń wypływających na wyprawę Wikingów.
Aby jednak mieć pewność, co do radzenia sobie w nawet gęstych aranżacjach uraczyłem odwiedzające mnie R3-ki odpowiednio nagraną i zagraną symfoniką. W tym celu posłużyłem się albumem „Bartók, Copland, Stravinsky & Vaughan Williams: Orchestral Works” w wykonaniu Park Avenue Chamber Symphony pod dyrekcją Davida Bernarda. Ta koncertowa (z udziałem publiczności) „składanka” zabrzmiała nieco jaśniej i bardziej zwiewnie, eterycznie aniżeli na moich dyżurnych Gauderach Arcona 80, jednak bez zbytniego zbliżania się do granicy, za którą można byłoby mówić o zaburzeniu równowagi tonalnej. Ot po prostu zarówno średnica, jak i jej przełom z basem, oraz sam niskotonowy fundament nie odznaczały się takim wolumenem i ciężarem gatunkowym, co rezydujący u mnie na stałe niemieccy konkurenci. Jednak taki sposób prezentacji sprawiał, że brzmienie Living Voice’ów można było odebrać jako przykład zgrabnego zespolenia analityczności z muzykalnością. Wgląd w poszczególne plany był nad wyraz łatwy a i odbiór spektaklu muzycznego jako nierozerwalnej całości nie podlegał dyskusji. Jeśli chodzi o ładunek emocjonalny i paletę barwową, to uczciwie trzeba przyznać, że pochodzące z Long Eaton kolumny stawiały na rzetelność i w miarę możliwości (pamiętajmy o ich cenie) transparentność. Jest to o tyle istotne, że patrząc na ich pochodzenie można byłoby się spodziewać klasycznego – wyspiarskiego faworyzowania średnicy i chociażby lekkiego, symbolicznego dosaturowania ww. wycinka pasma. A tymczasem mamy do czynienia z chłodną i obiektywną neutralnością o zaskakująco płaskiej charakterystyce. Jeśli zatem zależy nam na dodatkowym upiększeniu, dosłodzeniu, bądź zagęszczeniu przekazu posiadanego systemu, to tytułowe kolumny prawdopodobnie nie spełnią naszych oczekiwań. Jeśli jednak od dłuższego czasu zmagamy się ze zbytnią misiowatością i spowolnieniem, to aplikacja R3-ek może okazać się wielce pożądana. Co nieco można też zdziałać nie tylko okablowaniem, lecz również samymi zworkami, co niejako do zrozumienia daje nam sam producent nie dołączając do swoich wyrobów nawet symbolicznych blaszek.
Proszę jednak nie odbierać moich powyższych dywagacji jako jednoznacznego określenia najtańszych Living Voice’w jako nazbyt analitycznych, gdyż takimi nie są. Po prostu plasuję gdzieś możliwie blisko środka na nader pojemnej skali, na której na jednym skraju mamy sporo kolumn grających ciemno i mało selektywnie a na przeciwległym kocu jasno i prosektoryjnie. Ot, tak to już bywa, że każdy z nas szuka w brzmieniu kompletowanego przez lata systemu czego innego i nieraz tylko od zbiegu okoliczności zależeć będzie, czy dany puzzel wpasuje się w odpowiednie miejsce naszej misternej układanki, czy szukać będziemy musieli dalej.
Przykładowo łącząc R3-ki z fenomenalnie nasyconą i zrazem dynamiczną integrą Audionet DNA I lub równie bogato wyposażonym rodzimym Abyssoundem ASA-1600 byłem w stanie bez najmniejszego trudu oddać rozmach  i mroczny nastrój symfonii Szostakowicza zapisanych na albumie „Shostakovich Under Stalin’s Shadow”. Podobnie przekonująco wypadały zdecydowanie mniej audiofilsko zrealizowane prog-metalowe „Tales of the Sand” i „Legacy” tunezyjskiej (!!!) formacji Myrath. Warunek był jeden – odpowiedni poziom głośności, ale wspominałem o tym już wcześniej, więc tym razem to czysta formalność. Idealne wprost połączenie przebogatej orientalnej ornamentyki i to w symfonicznych aranżacjach z obłąkańczymi a zarazem skomplikowanymi partiami gitarowymi i melodyjnymi wokalami nie pozostawało złudzeń, co do potencjału dynamicznego testowanych kolumn.

Wbrew pozorom najtańsze, otwierające portfolio Living Voice’a podłogówki Auditorium R3 wcale nie są li tylko namiastką brzmienia starszego rodzeństwa, lecz rasowymi audiofilskimi podłogówkami, na których usłyszymy nieraz więcej aniżeli byśmy chcieli. Co prawda nie można im zarzucić bezpardonowego piętnowania ewidentnych niedoskonałości reprodukowanych nagrań, bądź też samego systemu, ale praktyka dowodzi, że zdecydowanie lepiej czują się w zdecydowanie droższym od siebie towarzystwie i lepiej nie próbować zbytnich oszczędności przy doborze współpracującej z nimi elektroniki ze szczególnym uwzględnieniem wzmocnienia.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Audionet DNA I; Musical Fidelity NuVista 800
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Nie wiem, czy dla wszystkich, ale zapewne dla wielu z Was tytułowa angielska marka, za sprawą prezentacji na ostatnim warszawskim AUDIO VIDEO SHOW swojego flagowego projektu Vox Olympian była najważniejszym punktem przywołanej imprezy. Czy wszystkim udało się dostać do goszczącej je sali – przez cały czas przed drzwiami stały tłumy chętnych, w dzisiejszej dywagacji nie ma większego znaczenia, gdyż to, co udało nam się zorganizować do testu, jest tylko przedsionkiem oferty, co nijak ma się do szczytu możliwości sonicznych ww. brandu. Jednak bez względu jak gra top port folio, równie ważnym, o ile nie ważniejszym dla zwykłego Kowalskiego jest coś z jego niższych zakresów cenowych, coś, co policzeniu zer po przecinku, nie powoduje wypadnięcia gałek ocznych. I tutaj mam dobrą wiadomość, gdyż patrząc na żądaną za flagowca kwotę dzisiejszy model dla melomanów jest bardzo, ale to bardzo przyjazny. Oczywiście w kontekście całego rynku nadal jest spora kwota, ale przyznacie, że w konfrontacji z absolutem marki, nad wyraz przyjazna. Czy dla wszystkich? Prawdopodobnie nie, ale nikomu z Was nie zaszkodzi lektura moich rozważań na temat kolumn Auditorium R3 angielskiej firmy LIVING VOICE, o wizytę testową których zadbała firma MEDIAM z Krakowa.

Prezentowane dzisiaj kolumny są dość wysokie i smukłe. Co prawda w osiągnięciu około stucentymetrowego pułapu pomaga im lakierowany na czarno stabilizowany kolcami cokół, ale przyznacie, że dzięki takiemu posunięciu projekt nabrał: – raz odpowiedniej dystynkcji, – a dwa pozwolił zbliżyć głośnik wysokotonowy do wysokości uszu zajmującego wygodne miejsce w dedykowanym fotelu odsłuchowym odbiorcy. Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że w wentylowanej kolcami skrzynce jest wylot bas refleksu. Nic z tych rzeczy, gdyż nasz stroik niskich tonów zaaplikowano w połowie wysokości tylnej ścianki. Gdy jesteśmy już przy plecach zespołów głośnikowych, spieszę donieść, że tuż pod owym portem wylotu pompowanego przez głośniki powietrza – czyli dość wysoko –  znajdziemy tablicę przyłączeniową z podwójnymi terminalami do przewodów kolumnowych. Front R3-jek ubrano w zajmujące dwie trzecie wysokości mocowane na kołki i zakończone półokręgiem w dolnej części maskownice. Za nimi zaś, pomiędzy 20 centymetrowymi przetwornikami basowo-średniotonowymi ulokowano wspomniany tweeter. Całość skrzynek wykończono w ładnej naturalnej okleinie, co ze wspomnianym czarnym cokołem wprowadza bardzo ciekawy kontrast wizualny. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się to podoba.

Cóż mogę powiedzieć o dzisiejszych bohaterkach? Z pewnością kubatura ponad stu metrów sześciennych nie jest dla nich optymalną. Sądzę, że 25 m kwadratowych typowych lokali mieszkalnych będzie zdecydowanie przyjaźniejszym wyzwaniem, choć gdy dość mocno odkręciłem gałkę wzmocnienia, rzeczone R3-ki może nie z dużą swobodą, ale z pewnością ciekawym wolumenem dźwięku napełniały moją samotnię. Tutaj małe usprawiedliwienie konfiguracyjne. Chodzi mianowicie o fakt postawienia recenzowanych produktów obok moich „szaf gdańskich”, co w konsekwencji miało nieco pomóc kolumnom LV w generowaniu niskich rejestrów i co chyba zakończyło się może niedużym, ale jednak sukcesem, gdyż przy takim ustawieniu słychać było oznaki solidniejszej masy generowanych fraz. Niemniej jednak, bez względu na uzyskany ciężar grania, który i tak daleki był od tego z ISIS-ów – proszę mierzyć siły na zamiary, cały przekaz muzyczny mocno akcentowała rozświetlona góra pasma. Nie żeby dokuczliwie smagała mnie po uszach, ale dla tych konstrukcji była bardzo ważnym zakresem częstotliwościowym. Co ciekawe, w początkowej fazie testów sądziłem, że tak podawany dźwięk nosił znamiona odchudzenia, jednak po kilku dniach zabawy okazało się, że to ów wspomniany wcześniej rozmiar pokoju podczas cichego grania nie dawał szans na złapanie drajwu kolumnom. Gdy poznałem doskwierający i nie do końca wynikający z ułomności zespołów głośnikowych problem, zwiększyłem dobiegającą z przestrzeni kolumnowej dawkę decybeli, a to ewidentnie postawiło przekaz w ciekawej barwowo sytuacji. Kolumny ewidentnie się otwierały, generując przy tym zadowalającą ilość niskich rejestrów, a to wspomagając dociążenie środka pasma sprawiało, że wysokie tony swoim bytem odchodziły od maniery przewodniczenia całej prezentacji. Po prostu wszystko zaczynało się zazębiać. Niestety, w celu potwierdzenia moich spostrzeżeń nie targałem całego zestawu na drugie piętro, ale z kilkuletniego doświadczenia wiem, że spięcie zestawu audio w dedykowanym rozmiarowo pokoju opisany stan swobody dźwięku i jego dobrego osadzenia w masie uzyskałbym przy zdecydowanie niższych poziomach głośności. Ale uspokajam, również te niezbędne w głównym pomieszczeniu decybele nie powodowały utraty słuchu. Ot, takie trochę głośniejsze i co jeszcze raz powtórzę pełne oddechu granie. Puentując ogólny rys możliwości sonicznych LIVING VOICE’ów chcę dodatkowo zaznaczyć, że całą otoczkę z początkowym brakiem niskich tonów należy skonfrontować z 15 calowymi wooferami moich kolumn, a to logicznie myślącemu czytelnikowi wiele wyjaśni. Jako pierwszy przykład potwierdzający moje spostrzeżenia wybrałem krążek Tomasza Stańki „From The Green Hill”. Przy cichym graniu przekaz tracił na wyrazistości. Niby wszystko było w porządku, jednak po przekręceniu gałki volume o kilka oczek wyżej spektakl nabierał wigoru, a całość dostawała tak kojarzonego z twórczością naszego mistrza trąbki pazura. Czy to perkusja, kontrabas, czy wspomniana trąbka, wszystkie źródła dźwięku zdecydowanie wyraźniej rysowały się na scenie, która korzystając z wąskich ścianek kolumn bardzo dobrze rozciągła się tak w szerz, jak i głąb przestrzeni za kolumnami. I co ważne, początkowo zbyt żywe wysokie tony teraz były jedynie pełnoprawną składową dźwięku, a nie pasmem, do którego reszta ma równać. Gdy wiedziałem już, co testowani Anglicy potrafią, na tacce napędu wylądował Roger Waters ze swoją płytą „Amused To Death”. W tym przypadku nie chodziło mi już o samą prezentację poszczególnych zakresów częstotliwościowych – to pokazał mi krążek jazzowy, tylko czy testowane dwie wieżyczki dobrze poradzą sobie z oddaniem manipulacji fazowej Watersa. I cóż, było ok. Psy szczekały tam gdzie zawsze, rąbanie drewna było dość realistyczne, a karawana – ups. kulig konsekwentnie przemknął mi tuż przed nosem. Jednym słowem sukces. Po takiej dawce spektakularności, postanowiłem sprawdzić, czy ten w konsekwencji głośniejszego grania równy przekaz muzyczny nie okaże się zbyt klarowny w muzyce stawiającej na kolor, czyli barokowej. I? Jak ja nie lubię mieć racji. Pierwsza z brzegu płyta – KAPSBERGER „Labirinto d’Amore” ewidentnie pokazała, że naszym bohaterkom może jakoś drastycznie nie brakuje muzykalności, ale z pewnością doskwiera im zbyt konsekwentne dla tego rodzaju muzyki dążenie do neutralności. Nagle znikał gdzieś pierwiastek namacalności i emocji. Owszem, całość zagrała poprawnie, tylko duch tamtych czasów chwilowo zrobił sobie wolne. Może jeszcze wokal zdawał sobie jakość radzić – choć nutka romantyzmu również i tutaj by się przydała, za to już instrumenty z epoki jawnie buntowały się przeciw zbyt ostremu rysowaniu ich wirtualnych bytów. Dla kochającego szybkość audiofila to bez najmniejszych problemów byłoby zakwalifikowane jako pełny sukces, ale dla wielbiciela cyzelowania każdego współpracującego z pudłem rezonansowym szarpnięcia struny było nieco przerysowane. I nie sądzę, żeby zmiana pomieszczenia na mniejsze miała tutaj wiele do powiedzenia, gdyż biorąc pod uwagę opisany na początku testu rys brzmieniowy recenzowanych kolumn, delikatnie przekraczająca linię neutralności otwartość gania jest ich sznytem nadrzędnym. Nie mówię, że złym, ale na pewno nie wszędzie idealnie się wpisującym, co tylko potwierdza fakt niemożności zadowolenia wszystkich klientów jednym produktem. Jednak, jeszcze raz przypominam, jestem wielbiciele tego rodzaju muzyki i każde odstępstwo od wzorca wyłapuję w mgnieniu oka, co w wartościach bezwzględnych dla potencjalnego nabywcy ma być pewną wskazówką, a nie namawiającą do skreślenia danego produktu z listy odsłuchowej odezwą. I proszę tak potraktować te ostatnie kilka zdań.

Gdy postawiłem opisywane słupki obok moich szaf, byłem pełen obaw o wynik końcowy dzisiejszego testu. Po zdjęciu maskownic widząc wielkości głośników trauma wręcz się powiększyła, natychmiast rodząc w myślach pytanie: „Z czym do ludzi”. Jakież było moje pozytywne zaskoczenie, gdy po zwietrzeniu o co w tych konstrukcjach chodzi okazało się, że nie są chłopcami, przepraszam dziewczynkami, do bicia. Swoimi zaletami: otwartością, ciekawie masowo wypadającym basem i otwartymi górnymi rejestrami były w stanie pozytywnie zadziwić mnie w większości słuchanego materiału. To, że w jakimś staromodnym plumkaniu miały nazbyt wiele do powiedzenia, nawet w najmniejszym stopniu nie umniejsza ich dobrego sonicznego wyniku. Owszem, podczas decyzji zakupowej trzeba brać pod uwagę rozmiar docelowego pomieszczenia, gdyż w przypadku zlekceważenia tego aspektu będziemy skazani tylko na głośne słuchanie. Wspominałem przecież, że niski poziom wysterowania w moim pokoju wprowadzał je w dziwny letarg. Dlatego po raz kolejny uczulam Was na ten fakt. A z czym je spinać? Myślę, że bez najmniejszych problemów nawet z zestawami bliskimi neutralności będzie dobrze. Co więcej, fajnie pokolorowane też będą potrafiły się odwdzięczyć, a o cierpiących na anoreksję z szacunku do Was już nie wspominam. To naprawdę są ciekawie wypadające paczki, jednak czy po drodze Wam z nimi, okaże się tylko po osobistym spotkaniu we własnym systemie, do czego serdecznie zachęcam.  

Jacek Pazio

Dystrybucja: Mediam / Living Voice
Cena: 21 090 PLN

Dane techniczne:
Efektywność: 94 dB
Impedancja nominalna: 6 Ω
Typ obudowy: bas refleks z otworem z tyłu obudowy
Moc ciągła: 100 w
Pasmo przenoszenia: 35 Hz – 25 kHz
Wymiary: wys./szer./głęb. 103 x 21,5 x 27 cm
Ciężar jednej kolumny: 18 kg
Dostępne kolory wykończenia: wiśnia, klon, orzech, mahoń, czarne

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo: KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Nowy model Classé Sigma 2200i dostarcza moc 200 W na kanał i wyposażony jest w najnowocześniejsze gniazda połączeniowe oraz układy obróbki dźwięku

Sigma 2200i jest pierwszym wzmacniaczem zintegrowanym z serii Classé Sigma. Serię tę tworzą doskonale zaprojektowane urządzenia, dostarczające prawdziwie audiofilską jakość hi-fi i pozostające stosunkowo niedrogimi, mniejszymi i bardziej wydajnymi konstrukcjami klasy high-end.

W modelu Sigma 2200i projektanci wykorzystali rozwiązania wprowadzone we wzmacniaczu mocy Sigma AMP2 i procesorze Sigma SSP. Dzięki temu, mimo zastosowania jednej obudowy, ten debiutujący wzmacniacz pozostaje w pełni audiofilską konstrukcją. Wykorzystując bezpośrednie  połączenie sekcji przedwzmacniacza DSP z wejściem wzmacniacza DSP projektanci Classé wyeliminowali straty związane z konwersją cyfrowo-analogową i analogowo-cyfrową, a także szum i zniekształcenia współpracujących obwodów analogowych. Ponadto zachowując cyfrowe sygnały w zero-jedynkowej postaci, od wejścia aż do filtra wyjściowego wzmacniacza, Classé skróciło tor sygnałowy, co przekłada się na lepszy dźwięk i niewiarygodne możliwości urządzenia w odniesieniu do jego ceny.

W najnowszym wzmacniaczu inżynierowie wykorzystali sekcję stereo procesora stosowanego w wiodącym przedwzmacniaczu Sigma SSP, która obejmuje wejścia USB typ A i B, Ethernet do strumieniowania AirPlay i DLNA, koncentryczne, optyczne, wejścia analogowe XLR i RCA oraz opcjonalne gramofonowe (jak w CP-800 i Sigma SSP). Classé dodało także cztery wejścia HDMI, zapewniając użytkownikom wygodę korzystania ze źródeł AV, takich jak dekodery telewizji kablowej, odtwarzacze Blu-ray i najnowsze konsole do gier.

Dotykowy ekran urządzenia zapewnia dostęp do chętnie wykorzystywanych funkcji, takich jak kontrola barwy w cyfrowej domenie, 9-zakresowy korektor PEQ na kanał oraz elastyczne zarządzanie basem. Wyjście subwoofera wyprowadzone jest wprost z wbudowanego przetwornika C/A, a kontrola IP obejmuje obsługę aplikacji Android oraz iOS.

Sekcję wzmacniacza tworzą zasilanie, układ DSP i obwód końcówki mocy, które wywodzą się z modelu AMP2. Dzięki temu najnowsza konstrukcja Classé jest prawdziwie potężnym wzmacniaczem zintegrowanym high-res. Urządzenie z łatwością może wysterować praktycznie dowolne głośniki na rynku, wliczając wszystkie modele kolumn głośnikowych z nowej serii Bowers & Wilkins 800 Diamond.
Sigma 2200i wykorzystuje obudowę o wysokości 3U (14 cm) i wymiarach podstawy takich samych jak pozostałe konstrukcje z serii Sigma. Dodatkowa przestrzeń w dolnej części przedniego panelu pełni rolę wlotu powietrza. Niewielki wentylator Noctua, zamontowany na tylnym panelu, obraca się z niewielką prędkością, dzięki czemu praktycznie pozostaje niesłyszalny, a łagodnie poruszając powietrze wewnątrz całej obudowy zapewnia obwodom i układom elektronicznym komfortową temperaturę pracy, zwiększając ich żywotność.

Classé Sigma 2200i, podobnie jak pozostałe konstrukcje z serii Sigma, wykorzystuje unikatowy system uchwytów, ułatwiający montaż urządzenia w specjalnych regałach instalacyjnych. Wszystkie potrzebne do montażu elementy dołączone są do zestawu i nie wymagają zamawiania dodatkowych komponentów.

Sigma 2200i jest fantastyczną konstrukcją, która rozszerza i wzmacnia serię Classé Sigma. Możliwości, połączenia, unikatowe funkcje i niewiarygodne pokłady mocy – wszystko to dostępne jest przy zachowaniu niezwykle atrakcyjnej ceny. Classé Sigma 2200i kosztuje 22 500 zł i będzie dostępny wkrótce.

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Moje bliskie spotkania z prezentowaną dzisiaj marką są bardzo dziwne, gdyż mimo bycia rodzimym brandem, opierają się co prawda o bardzo cykliczne, ale jednak tylko kontakty zagraniczne. Jakie? Jak to jakie? Gdzie w Europie znajdziemy najlepsze miejsce do auto promocji? Oczywiście na drugiej co do wielkości na świecie wystawie w Monachium. A, że od trzech lat wespół z Marcinem nie opuściliśmy żadnej z jej edycji, dlatego zawsze z dużą przyjemnością i w bardzo miłej atmosferze spędzamy w jej pokoju dobrych kilkadziesiąt minut. Co wdaje się być ważnym, wszystkie dotychczas zaliczone przeze mnie prezentacje, mimo obracania się w konwencji wystawowej zawsze częstowały mnie co najmniej przyjemnym dźwiękiem. To z dużą dozą pewności jest konsekwencją synergicznego dobierania się z innymi biorącymi udział w wystawie, również rodzimymi, ale konstruującymi inne komponenty audio-układanki producentami, co patrząc na wiele innych temu podobnych monachijskich projektów nie jest takie łatwe, a za co „naszym” należą się solidne brawa. Ale wystarczy tego klepania się po pleckach, gdyż sygnalizacja swojego bytu na nawet największej imprezie to jedno, a podjęcie rękawicy testowej w zaciszu recenzenta to drugie. Tutaj mała dygresja, jeśli czytaliście test kabli marki Verictum i ich drogę do mojego recenzenckiego spotkania z nimi – prośba o w miarę obiektywną prawdę, to podobną krucjatę przeszedł bohater dzisiejszej rozprawki. Dlatego też, biorąc pod uwagę wcześniejsze pozytywne kontakty i dużą niewidomą, co wykluje się ze zderzenia z moją codzienną rzeczywistością, z naprawdę niekłamaną ciekawością zapraszam wszystkich na kilka akapitów o poznańskiej marce My Sound i jej osiągających 12W mocy w układzie push pull monoblokach lampowych „CUBE”. Z przyjemnością oznajmiam również, iż produkt do testu dostarczył sam producent, który w ramach „Odezwy do narodu” skreślił kilka ważnych dla wielu przyszłych użytkowników czysto technicznych informacji.

„Końcówki mocy Cube to konstrukcja typu push-pull z regulowanym biasem w celu równoważenia nierównomiernego zużywania się lamp elektronowych (przy wykorzystaniu złącza serwisowego). W konstrukcji zastosowano wysokiej jakości komponenty, takie jak między innymi:
– transformatory głośnikowe z amorficznymi rdzeniami,
– kondensatory Mundorf,
– podstawki pod lampy CMC
Zwrócono uwagę na walkę z wibracjami, w tym celu zastosowano między innymi:
– podstawki antywibracyjne, wykorzystujące materiały ceramiczne, elastomery i tłumiki drgań,
– transformatory umieszczono w osobnych ekranowanych obudowach wypełnionych żywicą i odizolowano od obudowy podkładkami antywibracyjnymi.
Położono również nacisk na stabilizację wszystkich napięć, ze szczególną uwagą dotyczącą napięcia anodowego w celu maksymalnej redukcji tętnień.”

Artur Biniak

Rzucając pierwsze spojrzenie na prezentowane dzisiaj monobloki i próbując opisać ich wygląd jednym słowem prawie z automatu przychodzi mi tylko jedno określenie. Jakie? Ich rozmiarowo – wizualna aparycja wręcz zmusza moje szare komórki do wygenerowania magicznego słowa „cukierek”. Tak tak, tak wysublimowanego projektu plastycznego nie można inaczej określić. Otulona nadającym designerskiego szyku giętym szkłem wykonana z anodowanego na bordowo aluminium skrzynka, na której wyeksponowano korelujące z kolorem obudowy nieduże, mieniące się bursztynową poświatą lampy elektronowe (EL 84 i 5157EH w teście zamiennie z 12 AX7 TII) wręcz porażają wysmakowaniem gustu projektanta. Co więcej, wszystko fenomenalnie spasowane i posadowione na walczących ze szkodliwymi wibracjami dedykowanych stopkach sprawia, że mimo zbędności takich końcówek w moim systemie chciałbym je mieć dla samego „mania”. Rzadko robię takie intymne wynurzenia, ale ów produkt jest kolejnym obok wzmacniaczy Leben serii 300 urządzeniem, które tak mocno połechtało próżność mojego gustu, że mimo spełnienia oczekiwań przez obecny system, dla dzisiejszego gościa byłbym w stanie skonfigurować dedykowany jedynie okazjonalnie słuchany w pełni synergiczny od źródła po kolumny tor audio. Gdy spawy wizualne testowanych dzisiaj końcówek mocy z grubsza mamy już zrelacjonowane, do opisania pozostaje nam tylny panel przyłączeniowy. Tam zaś z racji bycia CUBE’ów ostatnim elementem toru wzmacniającego dźwięk znajdziemy jedno wejście sygnału a standardzie RCA, pojedyncze z odczepami dla 4 i 8 Ω terminale głośnikowe, slot dla kontroli i pokrętła regulacji BIASU, a także zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilające. Dla uzupełnienia ogólnej wizualizacji rzeczonych piecyków trzeba jeszcze dodać, iż przed zaaplikowanymi dachu urządzenia szklanymi bańkami znajdziemy logo marki, w górnej części frontu nazwę modelu, na jego dolnych rubieżach sygnalizującą działanie czerwoną diodę, a wysmakowania całości konstrukcji dodaje wkomponowana w boczne ściany korelująca kolorystycznie z resztą obudowy swoista mozaika. Może zdjęcia tego nie oddają, ale możecie mi wierzyć, projekt pod każdym względem nawet dla osobników gustujących w prostocie rodem z Ikei robi bardzo dobre wrażenie.

Gdy przyszedł czas przyjrzeć się sprawom około-sonicznym tytułowych CUBE, z przyjemnością oświadczam, iż generowany przez owe wzmacniacze dźwięk jest idealnym przedstawicielem plastycznego świata lamp elektronowych. Ale nie w stylu uśredniającego wszystko co stanie im  na drodze – czytaj wszelkie gatunki muzyczne – zamulania, tylko dodawania tak poszukiwanego przez wielbicieli szklanych baniek pierwiastka homogenicznej muzykalności. To w bezpośrednim porównaniu z moim tranzystorem objawiało się delikatnym osłabieniem krawędzi źródeł pozornych, jednak w wielu przypadkach, jak muzyka dawna, czy wokalistyka, było pokazującą pełną czaru manierę kolorowania goniącego za sukcesem świata. Oczywistym jest również fakt nieco mniejszego wolumenu dźwięku lampek w stosunku do stacjonującego u mnie na co dzień trana, ale chyba takiego, a nie innego wyniku nie muszę nikomu wyjaśniać. Ktoś może powiedzieć, że przecież produkt My Sound spiąłem z dość skutecznymi kolumnami (90 dB), co powinno im nawet pomagać. Jednak 15” na basie i 20 cm na środku dla tak małej mocy (12W) w konfrontacji z ponad 200W smokiem już na starcie w sprawach oddania energetyki przekazu stawia lampkę na przegranej pozycji i jedynym polem do walki jest wspomniana sfera intymnej interpretacji muzyki. Niestety pech chciał, że mój wzmacniacz w swoim założeniu konstrukcyjnym ma naśladować wycofanego z produkcji lampowego protoplastę, dlatego i w tym zagadnieniu sprawy nie były takie oczywiste, jakby się wydawało. Ale do rzeczy. Muszę przyznać, że wpięcie CUBE-ów w tor sprawiło mi dużą pozytywną niespodziankę. Mimo posiadania skutecznych zestawów głośnikowych obawiałem się tego testowego mariażu – jak wspomniałem, kolumny mają jednak spore przetworniki, ale pozytywny wynik kompilacji sprawił, iż stan rozdygotania emocjonalnego szybko odszedł w niebyt. Procedurę testową rozpocząłem praktycznie od kilera takich połączeń, czyli naładowaną elektronicznymi samplami i frazami naturalnej trąbki muzyką Nilsa Pettera Molvaera z płyty „Khmer”. I wiecie co? Zestaw bardzo dobrze dawał sobie radę. Może nie zaliczyłem rodem z trzęsień ziemi sejsmicznych pomruków, ale to co basowym głośnikom udało się wygenerować, byłą ciekawą, dającą sporo informacji o masie najniższych tonów nutową opowieścią wspomnianego trębacza. Bas może nie był bardzo zwarty, ale mino, że było go zaskakująco dużo, nie rozlewał się bez kontroli po podłodze, tylko będąc dobrą ostoją dla sygnału audio walecznie wspierał średnie tony. Te zaś za sprawą zaaplikowania w układzie elektrycznym lamp elektronowych fantastycznie kreowały namacalność trąbki artysty. I takim to sposobem, wspomniana płyta zaliczyła dwa stany, czyli początek i automatyczny powrót lasera do pozycji spoczynkowej. Niestety przywołana przed momentem realizacja nie pozwalała mi spojrzeć na wiele innych ważnych dobiegających z przestrzeni międzykolumnowej składowych dźwięku. Do tego celu użyłem płyty Michela Godarda „A Trace of Grace”. To, jak wiecie, jest merytoryczny – czytaj fenomenalny materiał muzyczny i realizacyjny – czytaj sposób zgrania i post-produkcji – majstersztyk w najczystszej postaci. Idealnie wycyzelowane źródła pozorne w fenomenalnie oddającej realizm nagrania kubaturze klasztoru pozwalają mi sprawdzić wszelkie punkty soniczne każdego z recenzowanych urządzeń. I gdy mój pokój napełniła wzmocniona przez testowaną elektronikę muzyka dawna, okazało się, że przy całej dobrej współpracy środka z basem, również górne rejestry szły im w sukurs, lekko kremując wszelkie zbędne cykanie. To zaś sprawiało, że żaden z zakresów częstotliwościowych nie żył swoim życiem, dając pełną spójność dźwięku. Oczywiście, w wartościach bezwzględnych przekaz był delikatnie zawoalowany, ale dla wielu lampiarzy całkowicie akceptowalny, żeby nie powiedzieć czasem często oczekiwany. I tutaj mała niespodzianka, w dbałości o mój pełny recenzencki  komfort konstruktor zaopatrzył mnie w dodatkowe lampki sterujące, a to udowodniło, iż końcowe strojenie zestawu do konkretnej konfiguracji posiada jeszcze wiele rezerw w postaci żonglerki szklanymi bańkami. Jakie zmiany otrzymałem po wspomnianej roszadzie? Dźwięk nabrał więcej wigoru delikatnie podnosząc ciśnienie akustyczne w środku i górze pasma, na czym zyskały wszelkie operujące tam generatory dźwięku. Całość otrzymała zastrzyk namacalności i szczegółowości, oferując wielbicielom gry na instrumentach z epoki, czyli: viola da gambie, gitarze barokowej, czy choćby serpencie przysłowiowe postawianie kropki nad „i” dla tworzenia muzycznej atmosfery tamtych czasów. Przyznam, ze strony konstruktora to był dobry ruch marketingowy. Zostawiając wartości duchowe tak odtwarzanego repertuaru barokowego muszę wspomnieć jeszcze o bardzo dobrze zagospodarowanym lokalizacyjnie dużym obszarze wirtualnej sceny muzycznej. Każdy z artystów miał sobie tylko przydzielony solidny kawałek zbudowanego na potrzeby nagrania podestu, a zebrany na mikrofony podsufitowy pogłos dobrze informował mnie o sporej wysokości goszczącego muzyków kościoła. Co dla takiej muzyki jest istotne, spektakl podobnie do zestawu odniesienia budował się za kolumnami, a to świadczyło, że mimo pewnego lampowego nalotu nie skupiał się na zbytnim konsolidowaniu artystów, tylko tryskał rozmachem w sferze oddania realiów sesji nagraniowej. Zbliżając się do końca naszego spotkania i chcąc być w miarę bezstronnym opiniodawcą niestety muszę zasygnalizować, że testowany dzisiaj set wzmacniający nie jest niekwestionowanym mistrzem świata w każdej dziedzinie. Wiem, że to był cios poniżej pasa, ale brak testu sprawności ubranego w poznańskie końcówki mocy zestawu przy użyciu cięższego materiału muzycznego spowodowałby ułomną miarodajność dzisiejszej recenzji, a właśnie o obiektywną prawdę podczas rozmów przed-testowych prosił sam konstruktor. Co okazało się być „Palcem Bożym”? Nie, nie folk-metalowa grupa Percival. Tym razem sięgnąłem po zagrany przez Marshalla Allena, Hamida Drakea, Kidda Jordana, Williama Parkera, Alana Silvę free jazz z płyty „The All-Star Game”. Niestety, szybkie pasaże dwóch dęciaków, dwóch kontrabasów i szaleńczy rytm perkusji pokazały dobitnie, że pewien zarezerwowany dla lamp czar nie jest w stanie sprostać założeniom muzycznym wspomnianego nurtu. Gdy o ile saksofony dziękowały mi za wspomnianą w tekście dawkę homogeniczności, to już kontrabasy po zatraceniu informacji o strunach i zwiększeniu udziału w dźwięku swoich komór rezonansowych, wespół z mocno zmiękczoną stopą bębniarza wyraźnie odstawały do wzorca, jaki z idealnego odtworzenia tej płyty miałem w pamięci. Ale bez paniki. Nie był to pogrom w najczystszej postaci, tylko brak tak niezbędnego dla oddania energii tej muzyki pazura. Po prostu było zbyt miło, aby oddać prawdziwy zamiar komponowania podobnych fraz dźwiękowych. To ma być szaleństwo, a nie milusie granie. Jednak jak wiemy, nie ma rzeczy dobrych do wszystkiego, a i zestaw testowy był pewną przypadkową kompilacją recenzowanych końcówek mocy, dlatego ostatnie informacje traktowałbym z lekką pobłażliwością. Nie z racji chęci bezwarunkowej obrony polskiego produktu, tylko oddania mu należnych, jak każdemu gościowi szans wystąpienia w docelowym, spełniającym pewne synergiczne założenia zestawie audio. Podejście zero-jedynkowe byłoby brutalnym i niestety szkodliwym dla obu stron (produkt – klient) postawieniem sprawy. Dlatego zawsze przestrzegam przed radykalnym podejmowaniem zdania na podstawie jakichkolwiek testów. To ma być Wasza ocena, a my tylko sygnalizujemy, co może, ale nie musi się wydarzyć.

Szczerze? Mimo, że opisywana konfiguracja nie sprostała do końca szaleństwu free-jazzu, w ocenie końcowej nie wiedzę innego zwrotu, jak: „Końcówki mocy Cube firmy My Sound, to dobrze i ciekawie grający set wzmacniający”. Przecież  nikt o zdrowych zmysłach nie będzie szukać słabiutkich lampek do słuchania dla wielu pozbawionej muzycznego ładu ściany dźwięku, chyba, że kolumny przekroczą 100 decybeli skuteczności, a zakres basowy będzie aktywny. Co więcej, za dobrze wypadającą  kontrpropozycję dla free jazzu może posłużyć bogato obdarzona niskimi rejestrami muzyka Pettera Molvaera. Może nie było trzęsień ziemi, ale po wymianie dostarczonych przez producenta lamp całość prezentacji bardzo zbliżyła się do wolumenu dźwięku punktu odniesienia. Oczywiście nie było to przełożenie jeden do jeden, ale biorąc pod uwagę całkowicie inne światy Reimyo i My Sound nawet nie mamy prawa stawiać ich wyników sonicznych bezpośrednio na wprost siebie, gdyż byłoby to ewidentnym nadużyciem. W takim razie dla kogo są opisywane dzisiaj bordowe skrzynki. Myślę, wróć, wiem na pewno, że idealnym partnerem dla nich są stawiający na emocje generowanego dźwięku wielbiciele produktów lampowych. Do grupy docelowej zaliczyłbym jeszcze wszystkich melomanów kochających zbliżające się skutecznością do wyniku stu decybeli kolumny tubowe. Chyba nie muszę drążyć tematu, że przy tak niedużych mocach każdy pojedynczy decybel jest na wagę złota. Ale to nie wszystko, gdyż nawet stroniący od szklanych baniek tranzystorowcy ze swoimi układanymi latami, ale wciąż nadpobudliwymi zestawami w tytułowych piecach mogą znaleźć tak poszukiwaną oazę spokoju, która w tym przypadku oprócz wspaniałego dźwięku dostarcza w pakiecie fantastyczny projekt wizualny. Nie ma lepszego układu, jak synergia dźwiękowa i wpisujący się w nasz gust wygląd urządzenia, a według mnie właśnie te dwie opcje oferują końcówki CUBE. Nie wierzycie? Spróbujcie, przecież nie macie obowiązku kupna, a może okazać się, że mimo nieuzasadnionej wewnętrznej niechęci emocjonalnie już od dawna gotowi jesteście na lampę w torze.

Jacek Pazio

Produkcja: My Sound
Ceny:
Wersja podstawowa: 7 490 €
Wersja amorficzna: 8 990 €

Dane techniczne:
Typ użytych lamp: EL84 PP
Moc wyjściowa: 12W
Czułość wejścia: 1V
Pasmo przenoszenia: 16Hz-65kHz
Zniekształcenia THD+N: 0,1% (1W)
Zniekształcenia TIM: 0,08% (1W)
Impedancja wyjściowa: 4Ω/8Ω
Zasilanie: 230V, 50Hz
Waga: 12,5 kg / szt.
Wymiary (W/D/H): 210/260/340 mm

 System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo: KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

11 lipca 2016 roku – Po ponad 30 latach, do życia budzi się pionierski projekt głęboko związany z historią marki Sonus faber, zapisując tym samym nowy rozdział w naszej ekscytującej muzycznej księdze.

Projekt odrodził się teraz dzięki nowym technologiom oraz rozwiązaniom konstrukcyjnym. Sf16 jest pierwszym zintegrowanym systemem audio „all-in-one”, który zapewnia potężną wydajność, prostą instalację i funkcjonalność, a dzięki oryginalnemu stylowi Sonus faber stanowi także elegancki i luksusowy element wyposażenia każdego nowoczesnego wnętrza.

Wyzwaniem dla Sf16 było zachowanie wszystkich cech dobrego systemu Hi-Fi, redukcja rozmiaru obudowy oraz złożoność konstrukcji, ale również stworzenie urządzenia aktualnego technicznie, które byłoby prostym rozwiązaniem „plug and play” z bezprzewodową technologią strumieniowania multi-room. Dołożono starań, by całość zapewniała doskonałą jakość dźwięku oraz i funkcjonowała jako jedno, spójne urządzenie. Wyobraźmy sobie kompletny system Hi-Fi, który potrafi „wyczuć” atmosferę miejsca: zarówno podczas sjesty słuchającego, jak i dużej domowej imprezy. Sf16 dostosowuje moc i ekspresję tak, aby przekształcić każde pomieszczenie w prawdziwy pokój odsłuchowy.

KONSTRUKCJA
Lite drewno i szczotkowane aluminium masywnej obudowy to główne materiały wykończeniowe Sf16: to konstrukcja nawiązująca do lat siedemdziesiątych z detalami nawiązującymi do ikonicznych elementów Sonus faber. To także innowacyjny, futurystyczny wygląd uzyskany dzięki eleganckim liniom, bez wątpienia czyniący Sf16 potomkiem wielkiej tradycji konstrukcji głośników Sonus faber.

KOMPONENTY
Działowi badań i rozwoju dużo czasu zajęło osiągnięcie równowagi zapewniajacej doskonały dźwięk Hi-Fi w tak małym i kompaktowym produkcie.
U źródeł konstrukcji Sf16 stoi wiedza i nowe technologie, jak “Zero Vibration Transmission”, “Sound Field Shaping” oraz “Stealth Reflex System” wywodzące się z doświadczeń Sonus faber. System posiada bardzo wysoką wydajność basów (dzięki dużemu wychyleniu membrany oraz sztywnemu aluminiowo-magnezowemu stożkowi), sekcję średnio-wysoko tonową zapewniającą głęboką przestrzeń dźwiękową, oraz najwyższej klasy i prawdopodobnie najmniejszy na świecie głośnik wysokotonowy jaki kiedykolwiek zaprojektowano – dzieło Petera Larsena: mikro ½”.

Głośniki średniotonowe i wysokotonowe są podwojone: jedna para jest zainstalowana z przodu, druga para znajduje się w tylnej części produktu pogłębiając wrażenie sceny dźwiękowej.
Wzmacniacze są w wersji ultra-kompaktowej, najlepszej do konfiguracji czterokanałowej zapewniającej barwną i żywą dynamikę.
NOWE TECHNOLOGIE
Technologia DTS Play-fi daje swobodę i elastyczność, by bezprzewodowo odtwarzać muzykę na urządzeniach mobilnych za pośrednictwem istniejącej sieci Wi-Fi. Usługa dostarczana jest dzięki bezpłatnej aplikacji dla urządzeń Apple, Windows lub Android.
Źródłem może być… cokolwiek zechcesz: smartfon i tablet lub tradycyjne źródła sygnału, takie jak gramofony. Aplikacja może łączyć się z głównymi serwisami muzycznymi online, jak również z osobistą biblioteką muzyczną.

DOSTĘPNOŚĆ
Sf16 będzie dostępne na światowym rynku od września 2016*.

*Dostępność może się zmienić bez uprzedzenia, w zależności od procesu certyfikacji produktów.

DANE TECHNICZNE
Wejścia audio
• 1x AUX (analogowe RCA)
• 1x cyfrowe S/pdif koaksjalne
• 1x cyfrowe Toslink optyczne
• 1x bezprzewodowy Play-Fi standard protokołu 802.11a/b/g/n
Formaty plików
• MP3, M4A, AAC, FLAC, WAV
Jakość plików
• Bezstratna reprodukcja plików do 16bit/44.1 kHz (jakość CD), pełna kompatybilność z plikami wysokiej rozdzielczości do 24bit/192kHz. Obsługiwane są wszystkie prędkości transmisji bitów. DTS Play-Fi przesyła pliki wysokiej rozdzielczości, lecz przeprowadza downsampling by móc dystrybuować je po całym domu.
Obsługiwane internetowe serwisy muzyczne
• Tidal, Spotify®, Deezer, KKbox, Rhapsody, Songza, Amazon music, IHearthradio, Pandora, Sirius XM, radio internetowe.
Obsługiwany serwer mediów
• DLNA
Łączność
• Zdalne sterowanie Wi-Fi (802.11b/g)
System głośników
• 3 drożne, technologia Sound Field Shaper, radiacja bipole/dipole zapewniająca większy zakres stereo
Komponenty
• 2x 5” głośniki niskotonowe o dużym skoku, struktura push-push, technologia „zero vibration”
• 2 satelitarne przednie/tylne, 4 ceramiczne średniotonowe, 4x 5/8” głośniki wyskokotonowe z jedwabną kopułką
Wzmocnienie
• łącznie 1400 W, 4 Ohm
Wymiary (WxSxGł)
• zamknięte 224 x 640 x 408 mm
• otwarte 256 x 1040 x 408 mm

Waga 25kg
Napięcie zasilania 100V, 115V, 230V, 50/60 Hz
Pobór energii
• Standardowe użycie: 30W
• Czuwanie: <0,5W
Dystrybucja: www.horn.pl

  1. Soundrebels.com
  2. >

1.MUZYKA
2.SPRZĘT AUDIO
3.RECENZJE/DORADZTWO
4.NOWOŚCI MUZYCZNO – SPRZĘTOWE
5.SKLEP MUZYKA/SPRZĘT

Jesteśmy wielkimi fanami muzyki. Analog to od ponad 100 lat jej synonim, stąd już krótka droga do naszej nazwy – Fanalog, czyli fan analogu. Pragniemy popularyzować systemy audio wykorzystujące gramofony oraz przekazywać jak najwięcej informacji dotyczących tej tematyki. Na naszej stronie można znaleźć porady i wskazówki dla początkujących oraz teksty skierowane do wytrawnych fanów winyli, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę. Nie ograniczamy się tylko do popularyzacji analogów. Oferujemy muzykę na innych nośnikach: CD, DVD, BRD, SACD oraz sprzęt dzięki któremu możemy się nacieszyć muzyką zaklętą w płytach. Opisujemy cały rynek muzyczny; wybieramy najważniejsze, najbardziej znaczące albumy zarówno nowe jak i te historyczne, ponadto przybliżamy mniej znanych, ale ciekawych wykonawców.

FANALOG.PL ma łączyć dwie grupy odbiorców: fanów muzyki i miłośników dobrego sprzętu. Chcemy być platformą która oferuje muzykę dla klientów indywidulanych oraz specjalistycznych sklepów hi-fi, reklamuje je, dostarczając odbiorcom muzyki najświeższych informacji dotyczących runku audio. Chcemy wspierać rynek muzyczno – sprzętowy w Polsce. Fanalog.pl to projekt mający popularyzować ideę słuchania muzyki na dobrym sprzęcie z klasycznych nośników: LP, CD, SACD, DVD, BLU – RAY.
Portal prowadzi sprzedaż muzyki i wybór sprzętu na powiązanej stronie: WWW.VOICESHOP.PL .
Strona FANALOG.PL podzielona jest na dwie części: MUZYKA I SPRZĘT.
• MUZYKA – tutaj umieszczamy recenzje płyt, wydarzeń muzycznych, a także informacje o akcjach przecenowych i zmianach na rynku fonograficznym.
• SPRZĘT – w tej zakładce znajdują się teksty dotyczące kwestii technicznych związanych z instalacją sprzętu, jego użytkowaniem oraz recenzje nowych produktów.
•  atrakcyjność Fanaloga została podniesiona przez cotygodniowy, muzyczny quiz.

Właścicielem Fanaloga jest firma Voice Sp. z o.o. powstała w 1996 roku w Cieszynie. Jesteśmy spółką z udziałem polsko-czeskim. Bogate kontakty handlowe po obu stronach granicy pozwalają nam rozwijać firmę w wielu kierunkach.

Każdego roku można obejrzeć nasze produkty na wystawie Audio Show w Warszawie oraz w Pradze, gdzie nasza ekspozycja cieszy się dużym zainteresowaniem i uznaniem wśród audiofilów. Uczestniczymy także w innych wystawach zarówno polskich jak i zagranicznych.

Jesteśmy dystrybutorem takich firm jak:

SPRZĘT:
• Audiovector – zestawy kolumn stereo i kina domowego
• Primare – wzmacniacze mocy, odtwarzacze CD i DVD, procesory a/v
• Audio Phisic – kolumny
• Pro-Ject – gramofony analogowe, przedwzmacniacze, wzmacniacze słuchawkowe i akcesoria
• Cabasse – kolumny stereo/kino domowe
• Chord Electronics – przetworniki, wzmacniacze, pre-ampy, itd.
• Cardas Audio – kable i akcesoria audio
• REL – subbasy do systemów stereo i kina domowego
• EAT – hi-endowe lampy elektronowe
• JABLOCOM – stacjonarne telefony GSM
FONOGRAFIA:
• Andante
• Agora
• CMD
• Firma Księgarska Jacek Olesiejuk
• GiGi
• JAWI
• MTJ
• MYSTIC PRODUCTION
• MUSIC NET
• ROCK SERWIS
• SONIC
• SONY MUSIC
• WARNER MUSIC

Bo tak naprawdę liczą się tylko muzyczne emocje i sprzętowa perfekcja!
Zapraszamy do odwiedzin naszych stron.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

It always turns out, that each time I visit the audio-connect  salon in Bydgoszcz, which is also the headquarters of Albedo, I always take something interesting for testing with me. Last year, when I entered the shop just to have some casual conversation, and to see the new location, I saw the Italian monitors Diapason Adamanters III 25th and the visit ended with the test of the stereo power amplifier Wells Audio Innamorata. This winter I also visited the town and again speakers were the main topic – that time there were three pairs signed by Jean Marie-Reynaud. If you think, that one of those went for testing, then I must disappoint you, as instead of the black boxes we got a set of anti-vibration feet Albedo Cermo, which premiered during last year’s Munich High End.

I think I do not need to prove to you, that each kind of accessory changes the sound of our system to some extent, as during the last three years we had lots of opportunities to hear it ourselves, as well as prove that to a large circle of our acquaintances, visitors and many others, which phoned or mailed us asking for advice. If we limit ourselves to anti-vibration feet only, we verified the influence of Acoustic Revive, Nordost, Franc Audio Accessories, Stillpoints or Music Tools products. As you can see, there were a lot of them. And how do the products from Bydgoszcz fare in comparison? In general they are worth their price, and do not put shame to the Polish specialists. But before I will describe their influence on the sound, I need to write a few words about their construction.
Beginning with the elegant pure black box, where the Cermo are housed in, we can clearly see, that the owner and only constructor of Albedo really cares for the detail and aesthetics, although to date he was mostly active in the cabling segment, but he is not willing to lower the standards he accustomed us to during the years. The first impression is more than positive. So after taking the elements out of this box I can have a closer look at them.
Their construction is not so straightforward, as you may think looking at them. Both the lower, as well as the upper, precisely machined and polished cylinders come together with milled, concave beds, that use a ceramic ball as the only element of contact between them. In addition the carcasses are enriched with phosphorus-bronze resonators, and in their center there is a pin made from unknown material. On top of this there are black elastomer o-rings, which on one hand prevent the feet from moving on the table, on the other protect our valuable electronics from becoming scratched.

Moving on to the paragraph devoted to sound, I would like to recall the influence on my system of the Stillpoints and Music Tools, as I need to create some reference point. And the influence of the products from those two companies was closest to what I would like to achieve in my system. The Stillpoints Ultra Mini created the above average clarity of sound by removing huge amounts of artifacts and dirt from the signal circulating around our system. There were no more details, but each one of them became more real, better defined. On the other hand the Italian Music Tools Spike-Hull II opened up the volume of the sound, that was rescaled to being smaller before they were applied. They made the extremes of the sound spectrum reach a step or two further. The Albedo chose their own idea for the music, and although I noticed the sound becoming clearer, as well as the background becoming darker, yet there was not such clarity or seeming extension of the sound spectrum I had with the competition. However something else appeared, what can be the bulls-eye everywhere, where trying to reach the absolute, we lost some mass and tissue filling the contours. I mean here the slight shift of the gravity center down. It made the lower midrange and upper bass becoming slightly underlined, what made the voices of the vocalist better placed, defined and saturated. A result of such kind of acting is, that the contours of the virtual sources are drawn with a thicker like that with other anti-vibration products. This observation seems to be conform with what the constructor was trying to achieve, as he wanted the Cermo to escape the trap of drying out and thinning of the sound. Of course this is not an effect of magical spells and wishful thinking, but the choices made regarding the materials used for the production of the feet, mostly the sorbotane o-rings, I mentioned during the description. We may easily assume, that those are responsible for the sound of the Cermo. What is important, this influence on the sound is repeatable, and the changes I observed was the same with the sound sources and the amplifier. Slight modification of the sound is possible changing the geometry of the setup – 1 foot in the front 2 in the back, or the other way round, but this will depend on the construction of the device placed on top of them and how the weight distribution is.
Well, now is time for some concrete examples. Older, pop-rock recordings in style of „The Gold Collection” Kim Wilde, or „Whiplash Smile” Billy Idol sound much more coherent, homogenous and in fact less plastic. The additional weight makes the sound less irritating than before, without the feet. Pulsating with rhythm hits “All the Best” UB 40 sounded brilliant, and if someone likes this kind of repertoire, and has a system, which is too light, then the Cermo may be true relief.
It is also OK with jazz, well recorded pieces gain some extra points with attractiveness and saturation, what makes the sound nicer for the ear. But it is enough to reach for recordings with too much bass from the beginning, like some of Cassandra Wilson, and you will learn, that too much is too much. The voice of the vocalist reaches regions, where women voices should not go, unless we are talking about female GDR shot putters, and to my knowledge, Ms. Wilson is not one of them. I did not register any anomalies with classical music, as the stability of the stage, and the focusing of the virtual sources remained on a very satisfactory level, what combined with the darkening of the background, allowed to have lots of satisfaction from listening to our music library.

So, do the Albedo Cermo work? For sure yes. Are they universal, and will they perform well in any system? Well, this will depend on the system and the preferences of the listener. But regardless of the finale you will need to have a listen for yourself, and as the Cermo are not too much of a burden to our muscles and wallet, then there should not be a problem to take them home for a few days, or even longer. I can ensure you, they will be worth trying out.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Streamer: Auralic Aries Mini
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– DAC/Headphone amplifier: ADL Stratos
– Headphones: Meze 99 Classics Gold; q-JAYS
– Premplifier: VTL TL-5.5 Series II Signature
– Power amplifier: VTL S-200 Signature
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Einstein The Amp Ultimate
– Loudspeakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinion 2

In general, in the audio game, sometimes it seems, that after years of trying to better the sound of our system we have reached a glass wall, it seems that we have reached the maximum we can get out of it. And theoretically this should be the main prize finishing our long search, but yet in our subconscious, we know, it always can be better. And when despite the official end of our search, this thought cannot be driven away, then we tend to reach out to some gadgets, which for some are audio voodoo stuff, for others normal products allowing our electronics to achieve even higher quality levels of sound. Today we will deal with such an accessory, precisely speaking anti-vibration feet from a Polish manufacturer, which is best known for its silver cables. Yes, I mean the Bydgoszcz based company Albedo, and its product aimed at elimination of vibration, called Cermo.

The gadget I will be describing today, that protects our system from harmful vibration, is nothing more than two appropriately milled cylinders, with a ceramic ball between them, that was also the inspiration for the name. Of course both cylinders have specially milled concave beds for the ball, what keeps them together. However if you operate the device supported by those feet, then it will oscillate a bit, but those movements are quickly decaying. I just want to mention, that this movement is really small, and you get used to it quickly, you even fail to notice it after some time. But this is not all, what the constructor had up his sleeves, as each of the cylinders has five brass and one plastic filling, which should remove the resonances of the construction. In addition those elements are topped with rubber rings, what concludes the sandwich construction of the feet. If we would go from bottom to top through the foot, then the list would be as follows: rubber ring on the bottom, the massive cylinder, ceramic ball, then the top cylinder and again the rubber ring. Looking at this we can easily conclude, that those feet will have an influence on our system; and what impressions I had, I will write in the forthcoming part of the review. I invite you all to read on.

Due to the fact, that the changes of the sound are very depending on the construction of the electronic device used with them, you need to filter all my conclusions through the prism of the theory of chaos, meaning that you will have different electronics and a different table to start with. But I probably do not need to explain all this, so I will go to the point immediately. In the beginning I need to let you know, that when other “sound improvers” – products from other companies – provided different results depending on where they were placed in my system. It was different with the DAC, different with the drive. Now with the tested three feet in both cases the sound went into one direction. What direction? They put extra weight on the sound, but at the same time there was no darkening on the sound stage, but the music had extra drive, adding extra juiciness. This resulted of course in some thickening of the lines, with which the virtual sources were drawn, but as I wrote already, I perceived this as pleasant increase of the foundation of the music, and not as harmful averaging. I know of course, that there might be systems, where such approach can prove bad, but you know my gravity point for the sound, which is far away from anorexia, and it was very good despite that. Denser, but good. What was important, the midrange gained from that, and surprisingly, this present did not bind the treble, allowing it shine its full light, and this really is a good prognostic. Everyone knows, that even if somebody is looking for a more colored world of music, that person would not like to lose anything from the vividness in the upper registers, and the Cermo will give that. To confront the mentioned sound influences with reality, I played lots of silver discs. Verdict? Regardless of repertoire, being rock Coldplay, jazz Bobo Stenson or electronic Massive Attack, they all profited from the extra color brought by the feet from Bydgoszcz, and none of them complained about too much weight of the generated musical phrases. The sound was a bit different to the one I have on a daily basis, but it fitted my weight aesthetics without problems. I do not want to prolong this meeting with talks about each silver disc I listened to, as taking into account the world of different systems around, you would need to test the Albedo product by yourself anyway. If you know me, then you know, that I would be able to generate a page or two of extra talk without problems. But in this case, this would not bring too much extra knowledge, it might even be harmful, so I will end now, and would like to summarize things.

From the point of view of a true audiophile, the gadgets I described today, are another step in the never ending story. But for many, they may be the only salvation before a decision to sell some item from their system. Selling is always losing money, and sometimes there is really only a small step needed to have the system become alive. And this step may be provided with the tested feet. Nobody said, that a system can sing only, when the changes are done to make the sound thinner. Each puzzle has each own problems, and I think, that the additional mass provided by the Albedo will be a salvation for many audio compilations. The word “sings” is just a metaphor, and it represents the way we perceive the sounds reaching our ears not by political correctness, but by the masters we have inside us, which often are far away from the outside world. This is the reason that we test and chose all the accessories based on our sound preferences. It may turn out, that theoretically accessories which point our system into obesity, provide such color to our dull system, that was too edgy before, that we will have no choice than to ask the manufacturer to provide us with his bank account number.

Jacek Pazio

Producer / Distributor: Albedo / Audio-connect
Price: 1 800 PLN / 3 items set

System used in this test:
– CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Preamplifier: Robert Koda Takumi K-15
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– Digital IC: Harmonix HS 102
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Table: SOLID BASE VI
– Accessories: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”; antivibration platform by  SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V;  Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END
Analog stage:
– Turntable:
Drive: SME 30/2
Arm: SME V
Cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Loewe wprowadza nowy telewizor Ultra HD OLED o nazwie bild 7. Urządzenie to nowy wymiar oglądania telewizji dzięki Loewe VantaVision.

bild 7 to pierwszy telewizor Loewe z technologią OLED. Jasne, samo podświetlające się piksele w ekranie OLED, oferują nieporównywalny z innymi technologiami kontrast, szerszą gamę barw, lepszą gradację kolorów i bezprecedensowy poziom czerni w porównaniu z konwencjonalnymi telewizorami LCD. Oferowane przez nowy telewizor doświadczenie łączy najnowocześniejszą dostępną technologię OLED i legendarne oprogramowanie do przetwarzania obrazu Loewe, które nazwano VantaVision.

Termin ten wywodzi się od najciemniejszej substancji kiedykolwiek stworzonej przez człowieka – VantaBlack®. Zbudowana jest z tubek nanowęglowych, pochłaniających ponad 99% światła. Ten poziom czerni służy do kalibracji teleskopów i maskowania satelit. Najgłębszy odcień czarnej barwy posłużył także to stworzenia nowego wymiaru sztuki – jako jedynemu na pracę z tym materiałem pozwolono rzeźbiarzowi Anishowi Kapoor’owi. Loewe VantaVision  zostało zainspirowane właśnie VantaBlack®.

Doskonałość dźwięku i designu

Przedstawienie rozpoczyna się po włączeniu bild 7, ekran automatycznie podnosi się do góry, dzięki silnikom, ujawniając cienki a jednocześnie potężny soundbar. Niesamowita moc 120W z sześciu głośników i czterech pasywnych membran basowych, tworzy dynamiczny, precyzyjny, wypełniający pomieszczenie dźwięk – efekt to bezprecedensowe możliwości rozrywki. Po wyłączeniu bild 7 ekran bezgłośnie opuszcza się i dyskretnie ukrywa soundbar. Widoczny zostaje tylko wyświetlacz telewizora.  

Tak dobra jakość dźwięku i zintegrowany Bluetooth sprawiają, że streamowanie treści audio ze smartfona i tabletu do bild 7 jest proste, a efekt doskonały.

Design bild 7 to czysta powściągliwość. Estetycznie lekki i minimalistyczny. Ekran o grubości mniejszej niż 7 mm, jest cieńszy niż w większości smartfonów. Wykonany z najlepszych materiałów i wykończony z niezwykłą pieczołowitością, Loewe bild 7 doskonale uzupełnia najlepsze wnętrza świata.

Elegancka pokrywa z tkaniny ukrywa łącza i przewody z tyłu telewizora, co sprawia, że bild 7 prezentuje się doskonale z każdej strony. Daje to też duże możliwości w ustawieniu telewizora w pomieszczeniu.

Wizualnie dopracowany i głęboko przemyślany design odnosi się także do interfejsu użytkownika, który oferuje wyrafinowaną, nowoczesną grafikę i skoncentrowanie na użytkowniku. Korzystanie z telewizora to czysta przyjemność.

Nowy Loewe bild 7 będzie można kupić od września i będzie dostępny w rozmiarach 55 i 65 cali w cenie odpowiednio 24.990 PLN i 34.990 PLN. W zestawie znajduje się uchwyt ścienny. Dodatkowo dostępne są zaprojektowane dla tego telewizora podstawy w tym zmotoryzowane podstawy podłogowe i meblowe oraz ruchomy uchwyt ścienny.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Pomimo całej swej niezaprzeczalnej ekskluzywności i w większości przypadków silnie uzależniających walorów sonicznych dzielone wzmocnienie ma również pewne może nie wady, co nazwijmy to eufemistycznie cienie. Chodzi nie tylko o gabaryty, lecz i związane z koniecznością dodatkowego okablowania czasem równie bolesne co sam zakup „dzielonki” koszty. Można co prawda wdrożyć w życie plan awaryjny i przynajmniej jeśli chodzi o „druty” ciąć koszty, ale patrząc na powyższe zagadnienie czysto obiektywnie efekt będzie podobny jak byśmy kupili sobie Mustanga Shelby GT350 i kurczowo trzymali się rygorystycznych zasad ecodrivingu. Niby można, pytanie tylko po co, skoro taką samą, frajdę z jazdy zapewni nam Nissan Leaf. Wróćmy jednak na nasze podwórko, czyli tematyki audio. Jeśli bowiem w drodze chociażby wstępnej analizy własnych oczekiwań dojdziemy do wniosku, że do pełni szczęścia w zupełności wystarczy nam możliwie wyśrubowana pod względem brzmieniowym i prądowym integra to bardzo szybko okaże się, że wybór dostępnych na rynku propozycji może przyprawić o prawdziwy zawrót głowy.  Aby się o tym empirycznie przekonać postanowiliśmy z Jackiem zapuścić wici i zaledwie w ciągu kilku ostatnich tygodni mieliśmy u siebie cztery, stanowiące całkiem niezły przekrój przez interesujący nas segment konstrukcje z przedziału od ok. 20 000 PLN do niemalże 100 000 PLN. Cóż zatem do nas trafiło? Rodzimy Abyssound ASA-1600, powracający po dłuższej nieobecności na polskich półkach Audionet z modelem DNA I, szczytowa NuVista 800 Musical Fidelity i siejący postrach Gryphon Diablo 300 w najbogatszej wersji. Słowem do wyboru, do koloru, lub jak kto woli … osiołkowi w żłobie dano a tuż za miedzą czai się jeszcze jedna wielce urodziwa bstyjka, ale na razie o niej nic więcej nie napiszę. Jeśli w tym momencie zastanawiają się Państwo według jakiego klucza wytypowaliśmy model otwierający cykl nadchodzących testów, to nie trzymając Was dłużej w niepewności pragnę poinformować, że nie chcąc być posądzonymi o kumoterstwo czy wręcz nepotyzm, albo o zbytni nacisk na monumentalność (przynajmniej pod względem gabarytów) zdecydowaliśmy się na ulokowanego mniej więcej w środku stawki Audioneta DNA I.

Opis dzisiejszego bohatera zacznę nie od zwyczajowych wrażeń organoleptycznych, lecz od dokonanej przez samego producenta jego kategoryzacji. Otóż zaglądając do zakładki ze wzmacniaczami zintegrowanymi niemieckiej manufaktury DNA I tam nie znajdziemy. Czyżby zatem był to model tak nowy, że jeszcze webmaster nie zdążył zaktualizować kilku plików na firmowym serwerze, czy też już wycofany a rodzimy dystrybutor jedynie próbuje możliwie szybko uszczuplić własne stany magazynowe? Ani to, ani to drodzy Państwo. DNA należy bowiem szukać w … komponentach sieciowych (Network components) wśród  „gołych” i mniej, bądź bardziej obudowanych dodatkowymi funkcjami streamerów. Zasadnym zatem wydaje się pytanie, czy w takim razie mamy do czynienia z integrą posiadającą zdolności obsługi plików po sieci, czyli coraz popularniejszym typem urządzeń będących sobie sterem, żeglarzem, okrętem, czy też zamplifikowanym streamerem w stylu Lumina M1. Jednak na odpowiedź trzeba będzie przynajmniej do końca niniejszej recenzji poczekać.

Sam DNA I, jak na urządzenie wycenione w okolicach 35 kPLN prezentuje się dość niepozornie, choć nie sposób uznać je za ponadczasowy i uniwersalny przykład nigdy niestarzejącej się elegancji. Proste formy, zero udziwnień i wystrzeganie się wszelakich ekstrawagancji dobrze rokują na przyszłość. Prosty i minimalistyczny front wykonany z grubego płata szczotkowanego aluminium zdobią jedynie cztery symetrycznie rozmieszczone na wytyczonej przez delikatne nacięcie osi pólkuliste przyciski i centralnie ulokowany niewielki prostokątny wyświetlacz., pod którym znalazło się jeszcze miejsce na oczko czujnika IR. Jeśli chodzi o kolorystykę, to ekipa z Bochum pozwala na pewne dostosowanie wyglądu finalnego swoich produktów do preferencji odbiorcy. Do wyboru jest bowiem nie tylko czerń i naturalne srebro płyty czołowej, lecz również umaszczenie samego displaya, które oferowane jest w wariancie błękitnym i rubinowym. Stosowne wizualizacje dostępne są na firmowej stronie, gdzie za pomocą dwóch suwaków można sobie „na sucho” przetestować wszystkie cztery kombinacje. Mała rzecz a cieszy.
Ściana tylna tylko podtrzymuje dotychczasowe pozytywne wrażenie. Spokój, porządek i budzące zaufanie ekskluzywne, markowe detale. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem wyodrębnioną sekcję pięciu wejść cyfrowych z dwoma portami USB, gniazdem koaksjalnym, optycznym, portem Ethernet (RJ45) i gwintem do anteny dedykowanej transmisji bezprzewodowej. Tuż pod nimi ulokowano trzy pary symetrycznie ułożonych złoconych wejść analogowych RCA, oraz parę bezpośrednich, również pokrytych szlachetnym kruszcem wyjść z przedwzmacniacza. Miłym zaskoczeniem jest widok gniazda słuchawkowego (nie szpeci frontu) i zacisk uziemienia, który z pewnością się przyda w momencie, gdy zapragniemy wzbogacić naszą integrę o moduł phonostage’a. Komunikację systemową zapewniają Audionet Link i gniazdo RS232 do wpięcia wzmacniacza w system domowej inteligencji i centralnego sterowania. Wyłącznik główny zintegrowano z gniazdem zasilającym, więc spokojnie możemy uznać, że tytułowy bohater powinien cały czas pozostawać pod prądem a jeśli nie jest używany to w trybie stand by. Na deser zostawiłem terminale głośnikowe, które choć pojedyncze prezentują się po prostu wybornie. Zamiast coraz popularniejszych zabezpieczonych kołnierzami bubli praktycznie uniemożliwiających, bądź w najlepszym razie mocno utrudniających aplikację zakonfekcjonowanych widełkami przewodów zdecydowano się na łączące solidność z iście biżuteryjnym satynowym designem rodowane Furutechy FP-803.
W środku, dzięki mocno ażurowej płycie górnej sporo widać nawet bez rozkręcania, też sporo się dzieje. Oprócz intrygującej purpurowej poświaty generowanej przez wszechobecne diody (czyżby inspiracje ASR-em?)  uwagę przyciąga imponujący swoimi rozmiarami 700 VA transformator toroidalny i współpracująca z nim bateria kondensatorów o łącznej pojemności 96 000μF.

A teraz kolejna niespodzianka. Zważywszy na fakt, iż w DNA I zaimplementowano pełnoprawny moduł streamera użytkownicy do dyspozycji otrzymują dedykowaną appki nie tylko na iOSa (iMM) i Androida (aMM), co niestety wcale nadal nie jest normą, lecz również zdecydowanie bardziej zaawansowaną i rozbudowaną desktopową (Windows/MacOS) aplikację sterującą (RCP – Audionet Remote Control Point). To właśnie za jej pomocą nie dość, że przejmiemy kontrolę nad wszelkimi funkcjami wzmacniacza, to jeśli tylko najdzie nas ochota również będziemy mogli wpłynąć  na jego charakterystykę tonalną bawiąc się precyzyjnym, graficznym equalizerem. Oczywiście ortodoksyjni audiofile nawet na powyższą funkcjonalność nie spojrzą, ale jeśli tylko ktoś cierpi na nerwice natręctw, bądź po prostu nie może zapanować nad akustyką własnego pomieszczenia to nawet profilaktycznie nie zaszkodzi sprawdzić, co można zdziałać z jej pomocą. Jeśli zaś chodzi o kompatybilność z plikami to niemiecka integra bez najmniejszych problemów radzi sobie z sygnałami 192 kHz / 24 bit, co wydaje się całkiem wystarczające. Niby jeszcze bardziej zagęszczone formaty coraz śmielej kąsają i wkraczają na coraz bardziej przystępne rejony cenowe, lecz z drugiej strony mając już za sobą pierwsze odsłuchy zaproponowanej przez Meridiana technologii MQA właśnie w niej upatrywałbym przyszłości audiofilskiej jakości zdigitalizowanej muzyki.  
Generalnie rzecz biorąc, czy to z poziomu smartfona, czy komputera obsługa Audioneta jest nie dość, że bezproblemowa, co całkiem intuicyjna i jeśli tylko się do niej przyzwyczaimy, co nie powinno potrwać zbyt długo, to okaże się, że dołączany do urządzenia solidny i elegancki pilot będzie można schować do pudełka. Po co ma się kurzyć?

Przejdźmy do walorów sonicznych testowanej, niemalże (otrzymaliśmy wersję bez przedwzmacniacza gramofonowego) wszystko mającej integry. Nie znając jej przebiegu, lecz podejrzewając, że jeśli jakikolwiek był, to raczej wyłącznie weryfikujący czy wszystko działa jak należy pozwoliłem jedynce DNA przez kilka dni zaaklimatyzować się w moim systemie i na spokojnie wygrzać. Co prawda nawet wyjęta prosto z imponującego, jak na rozmiary samego urządzenia, kartonu Audionet od razu sygnalizuje swoją naturę dominującego drapieżnika, chwyta kolumny w stalowym uścisku i do  czasu wyłączenia ani myśli dać im choćby milimetr luzu, ale kilka dni nikogo nie zbawi a pomóc ustabilizować się trzewia na pewno pomoże. Włączony w ramach iście morderczej rozgrzewki „Switch”  Nilsa Pettera Molværa bardzo szybko pokazał potencjał i klimaty, które wprost uwielbia gość zza naszej zachodniej granicy. Naturalnie i niezwykle „żywo” zdjęte dęciaki wespół z perkusją i syntetycznym, sięgającym bram Hadesu basem sprawiały, że cały pokój w tzw. okamgnieniu wypełniał się soczystą i pulsująca tkanką muzyczną. Nie znając gabarytów Audioneta spokojnie można byłoby sądzić, że mamy do czynienia ze zdecydowanie potężniejszą jednostką, gdyż generowany przez niego wolumen ewidentnie na to wskazywał. Było w nim coś z typowo amerykańskiego rozmachu, lecz nie puszczonego samopas, lecz świetnie kontrolowanego i z żelazną konsekwencją prowadzonego przez najbardziej karkołomne pasaże. Nawet album „Heavy Metal Music” formacji Newsted (ex. basisty Metallicy Jasona Newsteda) zabrzmiał tak, jakby panowie swoje kompozycje pisali i grali właśnie z myślą o DNA. Rozmach szedł w parze z kontrolą a soczystość z zadziornością i brakiem złagodzenia. Zaznaczę tylko, że nie jest to ani najspokojniejszy, ani tym bardziej wysublimowany repertuar a tymczasem od słuchania wprost nie można się było oderwać. Co istotne przyjemność obcowania z dźwiękiem generowanym przez 1-kę była taka sama z wejść analogowych, jak i cyfrowych, przy czym niezwykle przekonująco wypadła sekcja streamera. Ba, powiem nawet więcej – w pewnym momencie zorientowałem się, że od kilku dni nie używam żadnych źródeł zewnętrznych, tylko grając bezpośrednio z plików zalegających na NASie po prostu skupiam się na muzyce i nie kombinuję. Skoro jest dobrze jak jest, to jaki sens ma szukanie dziury w całym?
Równie potężną dawkę frajdy sprawiały odsłuchy już „normalnego” materiału. Przykładowo Pumeza Matshikiza na swoistym klasycznym thebeściaku „Voice Of Hope” koiła skołatane po całodziennej gonitwie nerwy lepiej niż wizyta u modnego psychoterapeuty i pół listka Prozacu. Ciemna, iście karmelowa barwa jej głosu oparta na wielce ekspresyjnym śpiewie i silnej pełne pasji emisji sprawiała, że emocje były tak namacalne, że gdyby tylko zachodziła taka konieczność, to bez problemu można byłoby je kroić, porcjować i pakować na później. Ogniskowanie źródeł pozornych i wzorowy porządek na scenie potwierdzały, że trudno będzie znaleźć na DNA jakieś haki. Dla świętego spokoju sięgnąłem jeszcze po purystyczny i minimalistyczny album „La Tarantella: Antidotum Tarantulae” L’Arpeggiaty z Christiną Pluhar. I co? Ano nic – bez zmian, czyli co najmniej bardzo dobrze. Wokale takie jak trzeba, bądź czasem nawet piękniejsze niż w rzeczywistości, bo dla poprawy realizmu nieco bardziej aniżeli w naturze wysycone, przestrzeń na tyle sugestywna, że podczas odsłuchu można siedzieć w fotelu i z niekłamanym zadowoleniem kontemplować freski na oddalonym o dobre osiem metrów suficie. Tak, tak. Co prawda za ostatnimi planami rozpościera się nieprzenikniona atłasowa czerń, ale zarówno czas, jak i naturalność pogłosu właściwego konkretnym pomieszczeniom po prostu podawane są na przysłowiowej tacy.

Jak mam nadzieję wynika z powyższego tekstu powracający za sprawą szczecińskiego CORE trends na polski rynek Audionet ze swoim nad wyraz bogato wyposażonym modelem DNA I może nie tylko sporo namieszać, ale przede wszystkim sprawić, że integracja wcale nie będzie kojarzyła się z kompromisem. Z łatwością radzący sobie z wcale nie najłatwiejszymi do prawidłowego wysterowania Gauderami niemiecki wzmacniacz nawet w gęstych i ciężkich jak grzechy polityków aranżacjach ani na chwilę nie tracił animuszu. Jeśli zatem kochacie muzykę miłością gorącą, lecz wasze gusta są na tyle eklektyczne, że Slayer miesza się z Monteverdim zanim zdecydujecie się na coś innego posłuchajcie DNA I, kupić może od razu go nie kupicie, ale zdobyta podczas odsłuchu wiedza i odpowiednio ustawiony punkt odniesienia na pewno nie zaszkodzą.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Musical Fidelity NuVista 800; Gryphon Diablo 300
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 3 szt. Verictum Demiurg
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Czasem tak bywa, że dany producent sprzętu audio mimo stosunkowo bliskiej naszemu rynkowi lokalizacji swojej głównej siedziby, lub jak w dzisiejszym przypadku jest wręcz graniczącym z nami jedynie przysłowiową miedzą sąsiadem, z jakiś nie do końca uzasadnionych powodów istnieje w naszej świadomości jedynie wirtualnie. Niby wszystko o nim wiemy, ale są to tylko zdawkowe informacje od znajomych, tudzież zaliczone gdzieś na otwartych pokazach krótkie epizody odsłuchowe. Atmosferę podgrzewa fakt obecności na naszym rynku oficjalnego dystrybutora. Nie wiem dlaczego tak się dzieje i nie zamierzam tego specjalnie roztrząsać. Jednak na szczęście dla wielu zainteresowanych podobnymi znanymi jedynie ze słyszenia markami przewrotny los często sprawia niespodzianki, dzięki czemu będziemy dzisiaj rozprawiać o idealnie pasującym do wstępniaka brandzie zza naszej zachodniej granicy, czyli niemieckim AUDIONECIE, którego reprezentować będzie wzmacniacz zintegrowany z sekcją przetwornika cyfrowo-analogowego i streamera model DNA I.  Dla spełnienia recenzenckiego obowiązku dodam jeszcze, iż wspomniany produkt do zaopiniowania dostarczył dystrybuujący wspomnianą markę szczeciński Core Trends.

Przybyła na testy integra swoimi gabarytami dzięki unikaniu typowego dla High Endu szaleństwa wpisuje się w typowy dla wielu przedstawicieli środka oferty wielu marek rozmiar. Ale proszę się nie krzywić, gdyż ta skromność – jak na to, co nas często odwiedza – jest trochę zdradliwa, ponieważ to co urządzenie kryje wewnątrz, sprawia, iż wzmaczek osiąga słuszną wagę i podczas procesu logistycznego należy dobrze się przyłożyć. Do wykonania frontu opisywanego piecyka wykorzystano gruby płat drapanego aluminium, w centrum którego zaimplementowano operujący ciemnoczerwonymi piktogramami wyświetlacz informacyjny. Pod wspomnianym ciemnokrwistym okienkiem znajdziemy czujnik IR, a na zewnętrznych rubieżach prawej i lewej strony w dość szerokim rozstawieniu rozlokowano w po dwa wielofunkcyjne okrągłe guziki. Górny panel urządzenia dla swobodnego chłodzenia grawitacyjnego uzbrojono w wykorzystujące prawie całą powierzchnię ażurowe moduły, poprzez które na światło dzienne przebija łuna wykorzystanych w układzie elektrycznym czerwonych diod. Gdy spojrzymy na plecy DNA – jedynki, zobaczymy zestaw wejść cyfrowych w standardach: USB, LAN, COAXIAL, OPTICAL, a także baterię wejść liniowych RCA, przelotkę PRE-OUT, pojedyncze przyłącza kolumnowe, zacisk uziemienia i zintegrowany z gniazdem sieciowym włącznik główny. Tak w kilku zdaniach prezentuje się nasz bohater. Jak można zauważyć na fotografiach, nie epatuje zbytnią krzykliwością, za co dla wielu potencjalnych nabywców już na starcie ozncza kilka punktów akonto. Jednak wszyscy wiemy, że w urządzeniach generujących dźwięk wygląd nie jest najważniejszy, dlatego w dalszej części naszego spotkania próbując sprostać Waszej ciekawości z dużą przyjemnością zapraszam wszystkich na kilka spostrzeżeń o możliwościach sonicznych przybysza z Niemiec.

Gdy wpiąłem w tor tytułową integrę, już od pierwszych taktów wyraźnie słychać było, iż niemiecki produkt w swym dążeniu do doskonałości dźwiękowej stawiał na solidny ciężar przekazu. Ale nie w stylu mniej lub bardziej strawnej przysłowiowej „buły”, tylko dobrze kontrolowanej dawki masy, a to fajnie, bo odczuwalnie wspierało tak środek pasma, jak i jego najniższe rejestry. Naprawdę czuć było potęgę dźwięku, jednak bez oznak zbytniego spowolnienia, co dla większości słuchanego podczas testu materiału muzycznego okazywało się  wodą na młyn przyjemności słuchania. Owszem, gdy na płycie zarejestrowany był spory szybko grający skład kontrabasów, owa gęstość grania musiała odciskać lekkie piętno na ich wyrazistości, jednak nie odbierałem tego jako zła w czystej postaci – gdyż nadal wyraźnie słychać było ich liczbę, tylko pewnego sznytu grania tego wzmacniacza. Powiedziałbym nawet, że takie postawienie sprawy powodowało przyjemny przyrost drajwu w muzyce, a to bardzo często uruchamiało samoczynne dyganie nóżką. Czegóż chcieć więcej? Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż w sukurs celowaniu w muzykalność szedł zakres wysokoczęstotliwościowy. Góra była co prawda delikatnie stonowana, ale daleko było do doszukiwania się w niej większej lub mniejszej mgiełki. Taki stan określiłbym raczej jako delikatne przyciemnienie światła na scenie, co – chcąc wziąć Audioneta w obronę – z innymi niż moimi ciemno grającymi ISIS-ami może być jedynym ratunkiem dla nadpobudliwego docelowego zestawu. Ale spokojnie, nawet u mnie w kontekście cena – jakość było bardzo dobrze, a całą tę przywarę specjalnie delikatnie przerysowuję, by wyraźnie zobrazować, konsekwencję konstruktorów w dążeniu do spójności dźwięku. Po tych kilku ważnych czysto brzmieniowych aspektach przyszła kolej na sprawy kreowania przestrzeni międzykolumnowej. Tutaj podobnie do poprzedniego tematu całość wypada dobrze. Wirtualna scena była obszerna tak w głąb, jak i szerz, a co najważniejsze mimo tendencji DNA I-ki do grania nieco grubszą kreską pozwała na bezproblemową lokalizację wszystkich emiterów dźwięków. Co ciekawe, wspomniane kilka linijek wcześniej przyciemnienie świata muzyki po kilku utworach stawało się na tyle marginalne, że często łapałem się na cyzelowaniu skrzących się w eterze blach perkusisty, a to wyraźnie świadczy o osiągnięciu przez niemieckich konstruktorów pewnej synergii pomiędzy witalnością i masą dźwięku. Przykład? Proszę, pierwszy z brzegu, czyli płyta Tomasza Stańki „From The Green Hill”. Przywołane nieco wcześniej mówiąc slangiem fotoreporterów unikanie „przepalenia” materiału muzycznego oprócz kontrabasu dla reszty instrumentów stało się wartością podnoszącą ich muzykalność. Ale w tym konkretnym krążku wziąłbym również w obroną owe nadmuchane skrzypce, gdyż słuchając na swoim codziennym poziomie głośności – godzina 9.30 – również kontrabas nie miał problemów z oddaniem rytmu muzyki, a maniera wzmacniacza powodowała tylko zwiększenie udziału pudła rezonansowego w jego grze, nawet przez moment nie zlewając jego alikwot w jeden nieczytelny pomruk. Owszem, w wartościach bezwzględnych było gęstawo, ale dla kochającego kolor ponad szybkość – oczywiście w granicach rozsądku – budowany przez niemiecki produkt spektakl muzyczny był całkowicie akceptowalny. Chcąc sprawdzić, czy testowany wzmacniacz radzi sobie w każdych warunkach, zaaplikowałem do napędu składankę blusową ”Blues Masters” w standardzie XRCD24. To był swoisty test na unikanie zbyt dużej zawartości cukru w cukrze, gdyż podkręcone na stole mikserskim realizacje przy niekontrolowanym przypływie dodatkowej dawki ciężaru dźwięku mogłyby zlać się w monolit, a to wskazywałoby, iż bohater testu nie radzi sobie z dobrem, które ze sobą niesie. I co? Ze zdumieniem muszę powiedzieć, że tutaj również nieźle sobie radził. Struny gitar aż tryskały mięsistym i barwnym brzmieniem, fortepian swym ciężarem niskich pasaży stawał się tytanem niskiego uderzenia, a stopa perkusji bez najmniejszych problemów wywoływała krótkotrwałe trzęsienia ziemi.  Kończąc przygodę z funkcją samego wzmacniacza w CD-ku wylądowała grupa Percival. Co tu dużo mówić, wynik podobny do bluesa, czyli w tym wszechobecnym muzycznym „krzyku” za nadbagaż masy najwięcej dziękowały mi gitary, wokaliści i perkusista, dając ciekawie zagrane i zaśpiewane kwestie muzyczne. I gdy test zbliżał się ku końcowi, na wokandę powędrowało sprawdzenie wewnętrznego przetwornika cyfrowo-analogowego.
To było bardzo ciekawe doświadczenie, gdyż po wykorzystaniu zaaplikowanego w integrze DAC-a całość przekazu w funkcji ciężaru grania podryfowała ku górze. Dźwięk nabrał zdecydowanie więcej blasku, niestety kosztem lekkiego schłodzenia środka pasma. Ale nie ma się czego obawiać, gdyż cała ta metamorfoza nie wpłynęła bardzo degradująco na gładkość przekazu. Owszem, lekka szorstkość była wyczuwalna, ale swoistą wartością dodaną było doświetlenie bardzo ważnego informacyjnie zakresu średnich częstotliwości. Początkowo wydawało mi się to niezbyt udanym ruchem, jednak w konsekwencji kilku odsłuchanych płyt sądzę, że ów czyn miał skierować brzmienie integry w stronę bezwzględnej równowagi tonalnej, co dla wielu będzie ważnym do rozpatrzenia przed-zakupowym aspektem. I teoretycznie w tym miejscu mógłbym zakończyć temat testowanego wzmacniacza, jednak muzę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Chodzi mianowicie o to, że wspomniane  otwarcie się dźwięku wcześniejszą atmosferę przyciemnienia światła na scenie zamieniło w minimalną woalkę. Nadal blachy swobodnie iskrzyły, jednak gdy wcześniej w stosunku do punktu odniesienia były jedynie ciemniejsze, to teraz mimo zwiększenia ilości lumenów na scenie wszelkie przeszkadzajki wprowadzały do dźwięku sporą paletę szarego szelestu. Jednak, jak to zwykle robię, proszę o przefiltrowanie moich spostrzeżeń przez pryzmat możliwości szybkiej bezpośredniej konfrontacji obu wzmocnień, jak i pozycji cennikowych obu sparing partnerów, tym bardziej, że wewnętrzny DAC wzmacniacza  walczył z będącym osobnym komponentem z przetwornikiem K2 na pokładzie. Jeśli to zrobicie, nagle okaże się, że mierząc siły na zamiary propozycja Audioneta – wzmacniacz zintegrowany DNA I – jest bardzo fajnym dźwiękowo i bogato wyposażonym urządzeniem.

Bardzo cieszy mnie fakt spotkania z dotąd znaną jedynie ze słyszenia marką. Co ciekawe, mając niemieckie korzenie nie stawiała na wszechobecne „cykanie”, tylko umiejętnie dozując ciężar przekazu bezproblemowo wciągała mnie w swój ciekawie pokolorowany świat. Powiedziałbym nawet, że mój świat. Czy DNA I jest dla każdego? Sądząc, jak poradził sobie w kroczącym drogą analogowej  gładkości systemie, ma szansę w ponad połowie nawet przypadkowo skonfigurowanych systemach. Dlaczego? Ano dlatego, że przy całej otoczce muzykalności robi to na tyle kulturalnie, iż tylko bardzo ociężałe układanki audio podczas współpracy z nim wyzioną ostatniego ducha, a inne, nawet te już lekko pokolorowane bez problemu powinny się dogadać. Czy mam rację? Niestety aby zweryfikować moją tezę, potrzebna jest Wasza chęć poszukiwań, do czego szczerze zapraszam. Naprawdę warto.

Jacek Pazio

Dystrybucja: CORE trends
Cena: 8390  €

Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 2 x 120 W / 8 Ω, 2 x 230 W / 4 Ω
Współczynnik tłumienia: 1,000 przy 100 Hz
Pojemność filtrująca: 96 000 µF
THD + N: < -93 dB, for 20 Hz to 20 kHz
Wejścia analogowe
Pasmo przenoszenia: 1 – 500,000 Hz (-3 dB)
SNR: > 100 dB @ 1kHz
Wejścia cyfrowe
Pasmo przenoszenia: 1 – 96,000 Hz
Częstotliwość próbkowania: 32kHz – 192 kHz
Pobór mocy: 1 W stand by, 12 W quick start, max. 750 W
Wymiary (S x W x G): 430 x  110 x 360 mm
Waga: 16 kg

System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– IC cyfrowy: Harmonix HS 102
– Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA