Monthly Archives: maj 2024


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Zakładam, iż choć zarówno dla większości naszych Czytelników, jak i nas samych niderlandzka marka Extraudio kojarzy się gównie z high-endową elektroniką w stylu „pomarańczowej dzielonki” XP5 & XP-A1500, czy też autorskiego DAC2, to warto mieć świadomość, iż w jej portfolio znajdziemy również zaskakująco szeroki wachlarz okablowania. Co ciekawe o ile podstawowe modele wzmacniaczy, bądź przetworników cyfrowo-analogowych startują od zaporowego dla sporego grona potencjalnych zainteresowanych poziomu ok. 50 kPLN, czyli tam, gdzie część nieco lepiej rozpoznawalnej konkurencji kończy zazwyczaj swoje występy, to pod względem okablowania ekipa z Leidschendam jest zdecydowanie łaskawsza dla portfeli nabywców. Okazuje się bowiem, że ceny zaczynają się już od ok. 3-4 kPLN za otwierającą katalog serię One. I to właśnie z niej, na dobry początek, postanowiliśmy wyłuskać wpasowującą się w ostatnio przez nas uskuteczniany maraton cyfrowych interkonektów łączówkę USB o wszystko mówiącym oznaczeniu Extraudio USB One.

Nie da się ukryć, że po dopiero co opisywanym, bezwstydnie pyszniącym się złotem ZenSati sILENzIO nasz dzisiejszy gość prezentuje się nad wyraz skromnie i to zarówno pod względem przekroju, co ogólnie dość zgrzebnej aparycji. Jednak zamiast krytyki należą mu się za to komplementy, gdyż o ile przy reprezentowanym przez Duńczyka ultra high endzie wszystko musi być na tip-top, z górnej półki i najczęściej wręcz ociekać luksusem, o tyle na stricte budżetowym poziomie zamiast trwonić budżet na kosztowne oploty, jubilerską konfekcję i butikowe szkatułki zdecydowanie rozsądniej skupić się na wsadzie materiałowym i co za tym idzie brzmieniu. I właśnie z takiego, co by nie mówić, słusznego założenia wyszedł tytułowy producent jasno dając do zrozumienia, że decydując się na „jedynkę” płacimy wyłącznie za dźwięk a nie „wartość pozorną”, czyli np. „fancy look” rebrandowanego „drukarkowca”. Zgodnie bowiem z zapewnieniami wytwórcy One przyodziano w „ekskluzywną”, ultra-cichą tekstylną koszulkę a ukryte pod nią miedziano-grafitowe przewodniki poddano obróbce kriogenicznej wieńcząc dzieło ferrytowym pierścieniem i pozłacanymi wtykami. Od siebie jeszcze dodam, iż USB One ze względu na swoją wiotkość jest również niezmiernie wdzięczny pod względem układania za łączonymi nim urządzeniami, więc jeśli nie macie Państwo za nimi zbyt wiele przestrzeni, to warto zwrócić na niego uwagę chociażby z tego względu.

Jak się jednak okazuje nie tylko z racji podatności na zginanie niderlandzka łączówka powinna znaleźć się na celowniku osób poszukujących czegoś więcej aniżeli podstawowej rynkowej oferty przewodów USB. Jak się z pewnością Państwo domyślacie kolejnym argumentem „za” jest również jego „brzmienie” a dokładnie sygnatura jaką na nim odciska. A ta w dość oczywisty sposób przywodzi, przynajmniej mi, na myśl to, co przez kilka ładnych lat w moim systemie reprezentowała sobą japońska fidata HFU2. Mam w tym momencie na myśli uzależniającą od pierwszych taktów, opartą na doprawionej dyskretną nutką wyrafinowanej słodyczy i iście jedwabistej gładkości … muzykalność. W dodatku muzykalność niezawłaszczającą sobie całości prezentacji, więc zostawiającą jeszcze miejsce na rozdzielczość, czy dynamikę, bez których całość mogłaby zabrzmieć zbyt asekuracyjnie, czy wręcz nudno. Przykładowo prog-rockowy „Third Degree” Flying Colors to fenomenalny, lecz zarazem szalenie wymagający od systemu krążek, gdyż nie dość, że niemalże w każdej jego minucie dzieje się tyle, że spokojnie starczyło by niejednej formacji na cały i to znacznie przekraczający „radiowe obwarowania” utwór, to jeszcze całość podana została odrobinę zbyt lekko i zwiewnie, wiec wokal Caseya McPhersona jest o włos od krzykliwości i ofensywności, standardowo, znaczy się ponadnormatywnie rozbudowany, zestaw perkusyjny Mike’a Portnoy’a brzmi nieco anorektycznie (szczególnie anemicznie kopiąca stopa) a gitara Steve’a Morse’a usilnie stara się zdjąć nam płytkę nazębną. Oczywiście powyższy opis jest ewidentnym przejaskrawieniem i w pełni zamierzoną przesadą, lecz proszę mi wierzyć, że lepiej nie sięgać po to wydawnictwo, gdy zależy nam na pokazaniu jaką dynamiką i zejściem dysponuje nasz wymuskany system. A tytułowa łączówka Extraudio może nie tyle naprawia wszystkie powyższe grzechy lecz w pewien autorski i nie ma co ukrywać nader udany sposób je tonizuje, finalnie normalizując i sprowadzając całość do zdecydowanie bardziej akceptowalnej postaci. Nie oznacza to jednak zgaszenia, czy wręcz zamulenia przekazu, lecz delikatne przesunięcie równowagi tonalnej ku dołowi, ozłocenie cykającej góry i nadanie całości odpowiedniej saturacji. Całe szczęście nienaruszone pozostały napowietrzenie i swoboda panująca na scenie, wiec pomimo powyższych zabiegów uzdatniająco – upiększających muzyka nie straciła jakże potrzebnego oddechu i witalności.
A jak Extraudio USB One radzi sobie na wydawnictwach, gdzie nic poprawiać nie trzeba, jak np. na „Echoes Of The Inner Prophet” Melissy Aldana? Powiem szczerze, że na wysoce satysfakcjonującym poziomie. Może nie ma takiej rozdzielczości i wyrafinowania, czy też żywiołowości jak stanowiący punkt odniesienia ZenSati Zorro, lecz łącząc gładkość wspomnianej wcześniej fidaty z koherencją Vermöuth Audio Reference USB skupia się na aspekcie emocjonalnym i prezentacji spektaklu muzycznego jako nierozerwalnej całości a nie rozbijaniu dźwięków na atomy i inspekcji zazwyczaj zacienionych zakamarków. Nie mamy jednak do czynienia ze ślizganiem się jedynie po powierzchni bez ambicji zagłębiania się w dalsze plany, lecz z pewnym punktem widzenia, autorską narracją, w której rozkład akcentów jest taki a nie inny a jedynie w upodobaniach odbiorcy upatrywać należy, czy będzie mu z nim po drodze. Wracając jednak do przywołanego jazzowego albumu warto nadmienić, iż zarówno definicja źródeł pozornych, jak i precyzja umiejscowienia ich na scenie nie wywoływały niedosytu a kreślenie ich konturów nieco grubszą aniżeli mam na co dzień kreską nie powodowało utraty możności dokładnego wskazania gdzie kto stoi i z czego / jak wydobywa określone dźwięki.

Nie da się ukryć, że posługując się kolokwialnym słownictwem Extraudio USB One to bardzo „fajny” przewód. Przede wszystkim nawet w wysokiej klasy systemach niczego nie powinien zepsuć oferując jakże potrzebne podczas eksploracji plikotek zawierających nie zawsze referencyjnie zrealizowane pozycje wspomniane muzykalność i gładkość. Za to w zdecydowanie bardziej budżetowych konfiguracjach, w których z racji swojej niebudzącej kontrowersji ceny jego racja bytu wydaje się zdecydowanie bardziej uzasadniona przyjemnie wysyci i metaforycznie rzecz ujmując „zdecyfryzuje” przekaz.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact; Vitus SCD-025mkII
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Pamiętacie radośnie prezentującą się, srebrno-pomarańczową niderlandzką elektronikę (pre-power) Extraudio? Tak tak, to ten brand od ostatnio testowanego, czarno-złotego przetwornika DAC2. Co z nim nie tak? Spokojnie, żadnych dramatycznych tąpnięć, tylko dostarczona spod jego skrzydeł kolejna ciekawa propozycja testowa. Co tym razem pojawiło się w naszych okowach? Otóż po dwóch starciach z konstrukcjami generującymi dźwięk, tym razem chełmżyński dystrybutor Quality Audio zaproponował do testu będący istotnym elementem toru dla wszystkich użytkowników systemów plikowych, rozsądnie wyceniony kabel cyfrowy Extraudio USB One. Z wyglądu skromny, jednak w kwestii brzmienia zaskakująco kompetentny. Czyli? Niestety wstępniak nie jest miejscem do wykładania kawy na ławę, dlatego potencjalnych zainteresowanych rozwikłania określenia „kompetentny” zapraszam do lektury poniższego tekstu.

Jeśli chodzi o budowę naszego bohatera, wiemy, iż sygnał prowadzony jest drutem wykonanym z mieszanki miedzi i grafitu. W jego trzewiach znajdziemy dodatkowo podwojony rdzeń ferrytowy. Podążając za ostatnio częstymi praktykami poddano go obróbce kriogenicznej. Zastosowane wtyki mogą pochwalić się pozłacanymi pinami. Zaś pakiet danych wieńczy informacja o nieprzypadkowej, bo likwidującej zakłócenia cyfrowe, RFI długości 1.8 m. Mało? Być może dla dociekliwych odbiorców tak, jednak dla większości z nas taki pakiet informacji jest zupełnie wystarczający, bowiem clou tej konstrukcji jest jej brzmienie, a nie bardziej lub mniej kwieciście opisane dane techniczne.

Gdy dobrnęliśmy do części poświęconej brzmieniu USB One, przyszedł czas na przybliżenie moich intencji użycia słowa „kompetentny” w określaniu jego sposobu na muzykę. Być może kogoś zaskoczę, ale chodzi li tylko o fakt unikania przez naszego bohatera ekstremalnych, a przez to ryzykowanych działań na polu dosadnego kreowania świata muzyki, na rzecz poświęcenia wydobycia z niej jak największego pakietu muzykalności. Żadnego siłowego wyciskania tak zwanych ostatnich soków w temacie wyrazistości skrajów pasma akustycznego – piję do ostrego krawędziowania basu i centrum pasma wspieranego ekstremalnym doświetlaniem najwyższych rejestrów, w zamian zaś pokazanie piękna wybrzmień i esencjonalności bardzo spójnie zaprezentowanego materiału. Materiału, który z jednej strony mógł pochwalić się znakomitym poziomem soczystej płynności, zaś z drugiej wyraźnie zdefiniowaną, niezbędną do odnalezienia się w wirze wydarzeń scenicznych energią. Oczywiście sama waga dźwięku i jego uderzenie nie jest w stanie oddać tkwiącej w materiale radości i wielobarwności, dlatego bardzo istotnym elementem przekazu było dodatkowo umiejętne pokazanie dźwięcznych, acz pracujących w służbie nadania swobody prezentacji, czyli bez jakichkolwiek zapędów do chadzania swoimi drogami najwyższych rejestrów. Suma summarum wszystkich wyartykułowanych składowych było szukanie w muzyce piękna stawiającego na jej dobrze rozumianą, bo odpowiednio zwartą i dźwięczną krągłość. Jednak zawczasu zaznaczam, całość okazała się być na tyle dobrze wyważona w swej estetyce, że bez najmniejszych problemów znalazła nić porozumienia z moim, już samym w sobie dobrze zdefiniowanym w tej materii systemem. Powiem więcej. Ani razu nie złapałem zestawu na problemach w wizualizacją nawet najbardziej wymagających instrumentalnych pasaży. Chodzi oczywiście o rozdzielczość nie tylko basu ale w szczególności średnicy, które w przypadku stawiania systemu na dobre osadzenie w masie często mają problemy z poprawnym oddaniem krawędzi wirtualnych bytów. Fajnym przykładem utrzymania dobrego timingu i pokazania dobrego pakietu informacji tych zakresów była jazzowa płyta Bobo Stenson Trio „Goodbye”. Chodzi oczywiście nie tylko raz mocną, a innym razem delikatną pracę perkusji, ale w szczególności nieobliczalność wizualizacji kontrabasu. Czasem szybkiego, oferującego kawalkady szybkich szarpnięć, a czasem dostojnego w wektorze rozciągnięcia zawieszenia w eterze, który zbyt mocno skondensowany w domenie rozwibrowania strun i dodatkowo nazbyt zmiękczony w kwestii rysującej jego brzmienie krawędzi zazwyczaj okazuje się nudnym, bo zlanym w jeden impuls dawcą brzdąknięć. Tak, tak, analizując powyższe zdanie dobrze zauważyliście, dla mnie kontrabas jest jednym z najważniejszych instrumentów definiujących umiejętności systemu. Chodzi bowiem o to, że z pozoru będąc mocno rozdmuchanym w kwestii rozmiaru, przy tym krągłym, za to z przyjemnym wcięciem w pasie pudłem rezonansowym z czterema obecnie syntetycznymi lub drucianymi strunami, pokazany z pełnią drzemiącej w nim wirtuozerii aż nadto dosadnie pokazuje w dzisiejszym przypadku jakościowe możliwości testowanego kabla USB. I jeśli dany produkt tak jak dzisiejszy punkt zapalny spotkania wyjdzie ze starcia z nim z tak zwaną tarczą, nie mam najmniejszych oporów zaliczyć delikwenta do bardzo udanych konstrukcji. Naturalnie w oparciu o powyższy opis kabel Extraudio może pochwalić się estetyką brzmienia skierowanego bardziej na muzykalność, niż na wyczynowość, jednak nie zmienia to faktu, że to co robi, robi znakomicie.

Czy bazując na swoich spostrzeżeniach widzę dla naszego bohatera jakieś potencjalne konfiguracyjne niebezpieczeństwa? Oczywiście promil całkowicie niekompatybilnych zestawów zawsze się znajdzie. Jednak zapewniam, to naprawdę musi być bardzo zmanierowany set, aby z jednej strony muzykalny, ale z drugiej pełen wigoru i lotności kabel powiedział pas. Osobiście mimo wielu wizyt u znajomych, a przez to posiadanie sporej wiedzy na temat różnorodności ich brzmienia dotychczas nie spotkałem mogącej zmarnować potencjał Extraudio USB One. A jeśli tak i jesteście w trakcie doboru tego rodzaju okablowania, grzechem byłoby beztroskie pominięcie tytułowej konstrukcji w procesie doboru tej najodpowiedniejszej. Tym bardziej, ze na tle obecnego szaleństwa cenowego w kwestii pozycjonowania w tej wykładni zachowuje zdrowy rozsądek.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, Synergistic Research Orange
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Dynavector DV20X2H
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy Studer A80

Dystrybucja: Quality Audio
Producent: Extraudio
Cena: 3 700 PLN / 1,8m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Furutech NCF Power Vault-E

Opinion 1

It would seem that after more than a decade from the premiere, and a reminder in the form of the NCF version, which we hosted together with the insane V-1, the top of the line Pure Power 6 is for Furutech, at least when it comes to power distribution, an evident and final magnum opus. In short, their R&D department has hit the proverbial wall, hit a glass ceiling and thus proved that it doesn’t get any better. Apparently however, in the meantime, a new „human factor” appeared in their ranks, who did not know this is the case and, whether by accident, something we know does not exist, or as a fully consciously taken decision, designed and then implemented into production a power strip, which, although it should be regarded as “less reference” than the top 6, in the end may not be considered as such. Interestingly, this inconsistency is not due to the price lower by nearly 10k PLN than the flagship product, but by a much more impressive stature, better functionality/ergonomics and from what reached our ears before the test – sound. Therefore, if you are curious about what the, still having that brand new factory smell, Furutech NCF Power Vault-E has to offer, there is nothing else left for me than to invite you to continue.

I hope that both the unboxing session and the photos above make it clear that Vault-E is built adequately to its name. That is, like a real treasury, although in the promotional materials there is another term, which perfectly reflecting both the scale and monolithic nature of the device – a fortress. In short, we are dealing with an impressive, almost 12 kg block of aircraft aluminum composed of two parts – the upper part, which is a kind of armor of the NCF Booster Brace-Single rings surrounding the output sockets, and the lower part – which is the basis for eight rhodium-plated Schuko FI-E30 NCF (R) sockets, and a chamber for the dedicated α (Alpha)-12 cabling, subjected to the company’s proprietary cryogenization and demagnetization processes. These wires leading to each of the sockets are made of 7 strands, each of which contains 19 carefully arranged conductors made of monocrystalline oxygen-free copper α (Alpha) OCC with a diameter of 0.18mm. Each 12AWG (3.37 mm²) run is isolated by audio-specific UL-CL3 PVC. In addition, the company’s Formula GC-303 material was used to fuse the two parts of the aluminum catafalque, a special bond developed by Furutech to absorb EMI (electromagnetic interference) generated by the device’s internal components. The above material also fills the chamber of the wires, of which the hot and neutral wires are connected in a star topology. As a result, which should also be visible in the unboxing photos, after application even the top 50s plugs protrude only by about 1.5 cm, which makes them completely protected not only against vibrations and possible stresses, but also against EMI and RFI interference. The whole is equipped with adjustable, conical feet and dedicated massive, turned pads, which are additionally coated with rubber on the bottom, to prevent scratching and sliding. As you can easily see, the vertical installation of the output wires in the sockets on the top plate significantly increases the comfort of use, and at the same time saves a lot of space compared to the Pure Power 6, which, despite having two fewer sockets, in practice turned out to be extremely absorbing in terms of space, due to the need to run cables from four different sides (output from three and input – power from one). Additionally, each of the above-mentioned sockets, adding to being recessed into a dedicated under-milling in the base, is further stabilized with double Axial Locks, in which four special factory-tightened screws anchor the back of each socket in four points, ensuring the highest mechanical integrity. Out of a purely chronicler’s duty, I will only mention that the input socket is IEC FI-09 NCF (R) and is located on the back wall of the strip and just above it, there is an additional grounding terminal.

I will not hide the fact that testing the Furutech NCF Power Vault-E was not an easy and stress-free task for me. I will also not hide the fact that unfastening it in order to hand it over to Jack was associated with almost traumatic experience. Am I being dramatic? Not at all. And it is not about the necessity of switching the entire system from the e-TP60ER I am daily driving, the laborious checking of the correct polarity of each of the cables, resulting from obsessive-compulsive neurosis, or the comparative sessions multiplying the above acrobatics, but about a classic exit from one’s own comfort zone. Of course, I do not mean the, problematic at my age and with my slightly oversize, multiple dives behind the system, but the disturbance of a certain order of things that was established years ago. Since a decade, the Pure Power 6 landed at the top of my private ranking of power distributors, and at least so far, its position has not been threatened even once, so it should be obvious that I have not only got used to such a state things, but also considered it being a kind of constant and an indisputable dogma, especially as it has been proven right many times. Meanwhile, Vault-E’s presence in my system for a while maybe did not destroy this order completely, but shook it strongly, causing, if not a palace coup, then at least … double reign.
If at this point I disappointed someone and spoiled the surprise usually reserved for the grande finale, I apologize, but at least in the case of the title strip it does not work like that. All you have to do is plug it between your own audio path and the „wall”, and then turn it on and everything should be clear and transparent. That is, we will either find that the maturity and sophistication of the PP6 is more in line with our taste, or we will be captivated by the clearer, more evocative accentuation of the resolution and precision of the Vault-E’s imaging. Nevertheless, if you place both of the above-mentioned strips next to each other, you can easily put an equal sign between them. They „play” at exactly the same, strictly ultra-high-end level, and differ only in nuances, which fit into specific tastes and are a kind of be or not to be when making purchasing decisions. It’s like making a „tomahawk” from the highest quality Wagyu beef – medium-rare for some consumers and medium-well for others. And to stay in that culinary metaphor, Vault-E is that medium-rare steak. It offers phenomenal crispness and vitality of the sound without slimming it or cooling it down, and at the same time shows how much information lies dormant both in the further planes of the midrange and, above all, in the bass. It is worth noting, because we remember the NCF Booster Brace-Single rings included with on our tested hero from their solo performance, where they were a bit thickening and homogenizing the sound, while here we are dealing with an extremely open and resolving way of presentation, and the signature of the „rings” can be found in the absolutely blackened and endless background/space in which individual musicians and the sounds they generate are suspended with phenomenal precision. Let’s take the example of „Chimes At Midnight” recorded in Studio 1 Sunset Sound by the reviving Norwegian band Madrugada, where the characteristic voice of Sivert Høyem, which is a peculiar resultant of the vocal qualities of Nick Cave, Michael Stipe (R.E.M.) and The White Buffalo (i.e. Jake Smith from The White Buffalo & The Forest Rangers performing one of the most effective chords of my usually dormant sensitivity „Come Join the Murder”) has a depth worthy of the Mariana Trench, and it carries so much emotion, that it could easily bestow them on several seasons of popular soap operas. However, I would like to point out right away, that there is not a trace of theatrical poses or melodramatic exaggeration in it, but it is only about the possibility of getting to their very heart and source, where you can feel that they flow from the bottom of your heart and there is no faking it. Apparently, it’s just melancholic alt-rock and the tempos are rather wandering than causing the heart rate to rise, but the Furutech also managed to avoid falling into becoming too gentle and by this to average the sound.
No less addictive were the heavier sounds from „( A R T ) I F I C E” by Mantic, on which, after over an hour of whipping our senses with heavy riffs and gut-wrenching beats of the drum supported bass, the closing of the album „Outer Storms” leaves the listener alone with the storm, and the effect is so realistic that as soon as the system is able to „carry” this realism, we look out the window each time, subconsciously expecting streams of rain and lightning cutting through navy blue and black sky. And Furutech made me almost jump up from the couch to take off the drying laundry, so if you like this type of intensity and tangibility of sensations, you’ve come to the right place.
For dessert I left a kind of killer, which, due to its density, darkness and genre weight based on a truly infrasonic foundation, usually ends up on my playlist during tests of really large loudspeakers and when I want to verify the permeability of the system’s bloodstream in terms of energy. Of course, we are talking about „The Dark Knight” by Hans Zimmer and James Newton Howard, which turned out to be only a confirmation of the lack of any limitation on the part of Vault-E. So it was hellishly intense, without any signs of simplification and attempts to deceive the listeners with a higher bass instead of showing what lies dormant in the deepest abysses of Hades, which this time we could boldly explore, somehow pointing out to the hosts that there should be no dust swirling in the nooks and crannies. And to put it simply, the title strip did not lose one iota of resolution even during the reproduction of the lowest frequencies, so having it in the track you can be sure that if anything, even at the lower limit of the audible band, has been recorded and stored in the source material, you will hear it. Although, maybe the above statement should be accompanied by a rather obvious clause – the efficiency of the rest of the system, because hearing what we are talking about from small monitors, or slender as a reed floorstanders, even with Furutech plugged in, is rather unlikely.

Although I am aware of the fact, and thus probably some consequences on the part of the producer/distributor, coming from what I will allow myself to include in the summary, but as I have already pointed out many times, I do reviewing because I want to do it and like it – and not because I have to do it. It’s just my hobby and a way of spending my free time, not a job. That’s why I can afford to be comfortable writing about the truth, which may be extremely subjective, but that is, what I actually hear, not what I should hear. And the truth is that although Pure Power 6 and the tested Furutech NCF Power Vault-E represent exactly the same level of quality, in my system and to my ear, if only I had the opportunity to choose to keep one of them permanently (which at the moment is as real as scoring a jackpot in one of the popular lotteries) I would choose the Vault-E without a moment of hesitation. And I would like to add right away that I would not be guided by ergonomics and the number of sockets, but above all by the sound, because our today’s hero offers everything that in the PP6 perfectly suited my tastes, i.e. phenomenal coherence and dynamics, but spices them up with an original mix of clearly accentuated resolution and freedom embellished with an absolutely black background, which finally closes the issue of searching for the perfect distributor of life-giving energy for my toys. But as I’ve already mentioned – these are my very subjective observations and reflections, so if you are not quite sure how to finish your chase for the coveted bunny, I strongly encourage you to rent both top Furutechs and have a fratricidal duel. And the classic used to say, „There Can Be Only One”.

Marcin Olszewski

System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact; Vitus SCD-025mkII
Network player: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: Dynaudio Contour 30 + Brass Spike Receptacle Acoustic Revive SPU-8 + Base Audio Quartz platforms
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF; Esprit Audio Alpha
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS(R)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + Silent Angel S28 + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Anort Consequence + Artoc Ultra Reference + Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panels VMT

Opinion 2

Certainly, every music lover who strives to polish his or her audio system as much as possible, has encountered the mundane task of supplying it with electricity. Because no matter how much we try, after some time, these pesky sockets always start to run out. And when, theoretically, the problem seems to be trivially easy to solve by getting a power strip with a higher number of terminals, then the proverbial stairs begin. Because it is all about the end result of this move. After all, it is one of the most important components of the final sound of the entire hardware configuration, because it affects many electronic devices that use it, and in borderline cases it can turn the sonic results obtained so far upside down, i.e. the sound quality will change beyond recognition, and sometimes it can even become unsalvageable. That is why, in my opinion, the forced selection of this element after the perfect alignment of the puzzle is quite a task, because you need to hit something like the female „G” spot. Is it a cliché because it does not really matter that much or because the potential losses can be corrected with other accessories? Perhaps it may be the case for some people, but for me, who focuses not on the general features of the sound, but on the smallest nuances of the musical spectacle that got refined over the years, this is a very big problem, because as much as I can, I avoid treating the plague with cholera. Simply put, for as much as possible everything has to play without any additional enhancers. For this reason, when something similar to the tested design lands on our review desk – unfortunately for a long time I have had a problem with the number of quality power outlets that meet my requirements – so I involuntarily approach the assessment its capabilities with slightly increased blood pressure. And if so, I do not think I need to mention that today’s meeting automatically caused me a fever. But what has put me in this state this time? Well, today we are going to take a look at the absolute world novelty from the Japanese Furutech stable, positioned in the price list just below the once tested PP6, the 8-socket Furutech NCF Power Vault-E power strip.

What did the Japanese engineers do for us this time? The first essential aspect is the size of the mold. It is a tall, wide, due to two rows of sockets next to each other, made of two pieces of CNC milled, finished in the hairline anode technology, block of aluminum, a slimmed in the waistline. Importantly, the material used to build this block was subjected to cryogenic treatment and degaussing processes. According to the information I mentioned earlier, we get as many as 8 FI-E30 NCF (R) sockets at our disposal, and its power supply is based on the FI-09 NCF terminal, also in a rhodium-plated version. As is usually the case with the Japanese, a grounding terminal is installed right next to the power socket. The internal wiring uses the company’s proprietary Alpha 12 cabling – degaussed and cryogenically treated as the rest of the design. An additional peculiarity of this model is the incorporation of NCF Booster Brace rings, which are also available as independent items in the price list, surrounding the mains wiring plugs. Finally, the described block of aluminum is placed on solid spikes stabilized by the included supports, required due to the weight of about 12 kilograms of the whole unit.

How did our hero fare in a clash with a theoretically qualitatively finite system? Was it up to the task of at least not spoiling the sound it had acquired over the years? Or maybe it contributed something that fit within my expectations? The answer to this set of questions is simple, because in two words you can say that it did a good job. And that at an extreme level of quality. What specifically did it do? Well, when something has a very good sound in one aspect, things may be different in another. And when we turn up the weight of the sound we lose resolution, and in other times the opening at the top end causes the presentation to become hyperactive. To some extent, there is a quid pro quo. And when it seemed that this was some kind of standard, the tested power distributor showed up – let me remind you that we are dealing with an ordinary power strip, without any blockers or other active tweaks, not to mention something like power conditioning. The point is that positioned against the Polish Power Base strip, which I have and which strongly focuses on the energy of hitting with the juicy sound, the Japanese Vault-E has boosted the quality of the sound in two aspects, allowing it to get closer to the emotions contained in the music. First of all, while consistently maintaining the weight of the midrange, it perfectly differentiated the lower range. Still descending into hellish depths, and in many cases even lower – unfortunately, for this you need not only the right material, but also loudspeakers that offer appropriate, high quality low frequency descent, and not only wishful thinking of the manufacturer – but at the same time clearly showing even the slightest brushing the membrane of the big kettle-drum or vibration of the lowest tuned string of a double-bass, usually perceived as a single „twang”. And secondly, it improved vitality and breathing – something like removing the haze from the virtual stage, which I thought I had long since gotten rid of, and thus improving the tangibility of visualizing individual beings. Does it sound mundane? Not at all, because it usually has a strong impact on the presentation of the midrange, which loses its essence and energy. Meanwhile, nothing similar happened in the case of this product. The reason for this turn of events, of course, was the work of the strip mainly on the resolution of the entire sound presentation, and not trying to correct any spot nuances. Yes, yes, the whole thing, because the natural result of increasing the information package in the lower and upper range was an excellent opening of the center of the band. As I mentioned, it is still full of energy, but less softened by the cuddly veil, thanks to which it is richer in details, and still consistently vivid. The system configured in this way sounded so dangerously better than the version I had previously assessed as ideal when using the Polish strip, that in order to confirm it, I had to reach for the heaviest “guns”. Don’t worry, it’s not a mistake, it’s all about the reveled recordings, because average performed and recorded music would not be able to show the true colors of the latest Furutech strip. That’s why this time I did not use the works of rock musicians or electronics, because it unfortunately does not allow me to give the evaluated product a true run for its money, while music based on natural instruments, including vocals, focusing to the maximum extent on the smallest nuances of sound, such as the timbre of the voice or giving the full life of a single note absolutely can. So what was the proverbial Finger of God and what was the result?
The first production is Luciano Pavarotti’s opera „La Traviata”, considered to be the biggest stage success recorded and released by Deutsche Grammophon. What was the purpose of using it? Verification of two important aspects. The first seems to be natural, which is to see if Luciano sounds like Luciano. On the other hand, the second one was about the assessment of the strip in terms of increasing the resolution not only in the lower registers, but also in the middle and top of the band. Despite the general perception as a mediocre production, it is very demanding. It is enough to set the system a decibel level similar to a real concert and then we can see at a glance whether the mentioned master does not sing too forcefully, or too oily. He is supposed to sound warm, but at the same time expressive, with a tone other artists cannot match. And to my positive surprise, despite a serious dose of decibels, he sounded clearer than in the everyday configuration. Still in his own style, but sung from full throat with more expression. And this is only the first positive surprise, because checking the aforementioned resolution, the reproduction of the second track on the album following the overture was equally good. A piece with several changes of tempo and energy not only of the performing instruments, but also of the extended choir, and putting mediocre systems in their place when playing the orchestral and choir tutti. This is a real war front, which sound effects have been raised a notch higher thanks to the increase of the information package by the hero of our today’s meeting. The increase in dynamics was so significant that when listening to this piece several times, I had to – of course, if I managed to do it in time – to turn down the volume level a bit with subsequent repeats of this section. And so that we understand each other well, not because of the increase in distortion, but because of the level of untamed energy. This, in a positive sense, was madness in its purest form.
The second album testing the possibilities of the aforementioned strip was jazz performed by the trio: Mats Eilersten, Harmen Fraanje and Thomas Stronen „And Then Comes The Night”. Calm, nostalgic, but thanks to the aesthetics of playing and the use of appropriate instruments, it allows you to enjoy every single note, sometimes light, sometimes essential, and sometimes, after the use of a big drum causing a micro-earthquake, lasting almost indefinitely. In this case, similarly to the earlier opera, it is quite easy to evoke a nice projection of this album. However, at the level of extreme High End, in which we operate, a nice reproduction is not enough. We need to get the smallest nuances that make this material boil over. And a special role is played by the great kettle drum I just mentioned. However, it is not just booming without reverence, but most often it gets just slightly brushed. And it is this brushing that sets the tone for the whole story. Unfortunately, the biggest role in conveying the truth about this seemingly insignificant involvement of the drum is the resolution of the system in the lower registers. Just please do not confuse resolution with brightening and slimming. The sound has to be properly balanced in terms of lighting, be full of energy and drawn with a clear line, because otherwise we will lose information about the subtle vibrations of the outstretched membrane. At the beginning they were stronger and over time they weaken, with a smooth reduction in the involvement of each pulse in the source material. And that’s the case I was dealing with. And what is most important, this thing was not present in my daily driven setup. And since this kind of music is very important to me – after all, you don’t live by AC/DC and similar bands alone – it was a hard blow for me. And the worst thing about it was, that after years of testing various types of power terminals – both passive and active in the form of conditioners – I was not prepared for it. Fortunately, I know what humility is in judging one’s ego and the level of quality of successive constructions caused by the development of technology, so without any signs of a nervous breakdown, I took the result of the test as they were.

When, after this long review, we finally reached the final part of this test event, I owe you a constructive punchline. I will not say I have thought about it for a long time. Once again, enumerate all the pros and cons, with the latter probably not even being found, or make a checkmate move. And guess what? When I so meticulously articulated all of the features of the tested power strip in the previous paragraph, I will now be very brief. Due to such a significant improvement of the quality of sound that the Furutech NCF Power Vault-E brought to my setup, I did not return it to the distributor. I do not think I need to say anything more.

Jacek Pazio

System used in this test:
Source:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– DAC: dCS Vivaldi DAC 2.0
– Master clock: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
– Preamplifier: Gryphon Audio Pandora
– Power amplifier: Gryphon Audio Apex Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
IC XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1
Digital IC: Hijiri HDG-X Milion
Ethernet cable: NxLT LAN FLAME
Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
– Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; Synergistic Research Orange fuse; Harmonix TU 505EX MK II; Stillpoints ULTRA MINI; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: Clearaudio Concept
– Cartridge: Dynavector DV20X2H
– Phonostage: Sensor 2 mk II
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Polish distributor: RCM
Manufacturer: Furutech
Price: 7 900 €

Specifications
Chassis: CNC machined special-grade aluminum alloy with hairline anodized surface
IEC Inlet: FI-09 NCF (R) – α (Alpha) pure copper conductor rhodium-plated
Receptacles: 8 High End Performance FI-E30 NCF (R) Schuko sockets with 8 NCF Booster Brace-Single
Internal wiring: Alpha-12 – Stranded α (Alpha)-OCC conductor wire treated with Furutech’s α (Alpha) Cryogenic and Demagnetizing Process / UL compliant insulation: Special grade Flexible UL-CL3 PVC
Size (W x H x G) : 350 x 169 x 140,5 mm (Without Isolation Spike and Spike Supports)
Weight: 11.3 kgs approx

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Marten Oscar Trio

Z oczywistych względów, podczas mojej ostatniej wizyty w kwaterze głównej sprawcy dzisiejszego zamieszania większość czasu poświęciłem na eksplorację części produkcyjnej, zamęczanie Martina dziesiątkami pytań i oczywiście odsłuch rezydujących tamże flagowców. W końcu zawsze warto pokazać coś, czego nie zawsze świadomi są odbiorcy końcowi, czyli warunki w jakich dany wyrób powstaje i przede wszystkim ludzie za nim stojący, a jeśli jeszcze nadarzy się okazja rzutu oka i ucha na prawdziwe opus magnum z portfolio danego wytwórcy, to taką misję śmiało można uznać za kompletną i zakończoną sukcesem. Jak jednak łatwo się domyślić z takich wojaży oprócz zdjęć, notatek i wspomnień pozostają jeszcze zdecydowanie bardziej ulotne i niedefiniowalne migawki, wrażenia i generalnie klimat – aura danego miejsca. I tak też było tym razem, gdyż pomimo niewątpliwej high-endowości oferowanego przez ekipę Martena asortymentu podczas mniej i bardziej niezobowiązujących pogawędek czuć było, że ich ambicją nie jest li tylko sukcesywne podwyższanie pułapu na jakim zawieszony jest umowny szklany sufit, lecz również dążenie do popularyzacji swojej „szkoły dźwięku” na zdecydowanie bardziej przystępnym poziomie. I wcale nie mam w tym momencie na myśli zapowiadanych na tegoroczny High End przeprojektowanych Coltrane’ów Quintet, lecz po niemalże dekadzie od testu potężnych kruczoczarnych Django XL przyszła pora na coś nieco skromniejszego a zarazem będącego nader namacalnym, żeby nie powiedzieć bolesnym dowodem na to jak ostro w ciągu ostatnich kilku lat poszybowały ceny. A dowodem tym są najmniejsze i zarazem najtańsze w szwedzkim katalogu podłogówki – Marten Oscar Trio, które trafiły do mojego systemu za sprawą stołecznego SoundClubu.

Już unboxing pokazał, że o Martenach Oscar Trio z powodzeniem można myśleć dysponując nieprzesadnie przestronnym lokum. Krótko mówiąc to nader kompaktowe, smukłe i zarazem, za sprawa skierowanego ku podłodze ujściu układu bas-refleks, ustawne podłogówki, z których aplikacją z powodzeniem można poradzić sobie w pojedynkę, co patrząc na archiwalną ofertę ww. wytwórcy do niedawna wcale nie było takie oczywiste. Lekko odchylone ku tyłowi, solidne – wykonane z 25mm MDF-u (zamawiane w naszej rodzimej Diorze) skrzynie, poprawiające stabilność aluminiowe belki, które w zależności od preferencji można uzbroić w firmowe stożki i cylindryczne podkładki z POM-u (bądź podobnego tworzywa), lub powstające przy współpracy z IsoAcoustics masywne, wręcz przysysające się do parkietu stopy. Na przechodzących łagodnym łukiem w ścianę górną frontach znajdziemy zabezpieczony metalowymi, zamontowanymi na stałe siatkami tercet porcelanowych drajwerów. I tu od razu mała niespodzianka, gdyż zamiast spodziewanych Accutonów w budżecie zmieścił się jedynie ceramiczny zestaw SB Acoustics z 1” tweeterem i parą 7” mid-wooferów. Ściana tylna gości za to ulokowany tuż przy podstawie dyskretny szyld ze szczotkowanego aluminium z pojedynczym zestawem terminali WBT nextgen™. Zgodnie z danymi producenta mamy do czynienia z układem dwudrożnym ze zwrotnicą drugiego rzędu o częstotliwości podziału ustalonej na 2500 Hz i przyjaznych parametrach elektrycznych, czyli 89 dB skuteczności przy 6 Ω ( minimum 3.1 Ω) impedancji, więc przy konfiguracji systemu, przynajmniej w teorii, bez większych obaw można sięgać nawet po słabowite, oparte o 300B SET-y. Chociaż … jeśli dostępne w sieci (nie mamy w zwyczaju rozkręcać testowanych kolumn) zdjęcia odzwierciedlają stan faktyczny i aktualną produkcję, to użyte nisko-średniotonowce (SB17CAC35-8), przynajmniej w ogólnodostępnej wersji charakteryzują się 86.5 dB skutecznością, więc jak to w życiu bywa najlepiej sprawdzić faktyczną kompatybilność we własnych czterech kątach. Wewnętrzne okablowanie pochodzi z katalogu należącej do Martena marki Jorma, więc jest to też delikatna sugestia, co do przewodów, po jakie warto sięgnąć konfigurując cały system. Oczywiście o ile tylko wierzymy producentowi i niejako przy okazji chcemy zachować pełną synergię łączącego poszczególne elementy naszego systemu krwioobiegu.

W ramach niezobowiązującej rozgrzewki i z racji znacznego, widocznego m.in. po kartonach przebiegu, czysto kurtuazyjnej akomodacji nie dane mi było obserwować standardowej transformacji ze stadium fabrycznej opieszałości do potwierdzających finalne rozpostarcie skrzydeł i uwolnienie drzemiącego potencjału witalności i swobody. Krótko mówiąc Marteny osiągnęły stały poziom prezentacji już po dobie-dwóch i przez kolejny tydzień na nim się utrzymywały. W dodatku poziom ten okazał się wysoce satysfakcjonujący, gdyż pomimo dość niepozornej postury Oscar Trio potrafiły i groźnie zamruczeć basem i pokazać, że wraz z potężnymi dawkami decybeli ani myślą tracić animuszu, czy też kontroli nad reprodukowanym materiałem. A materiał do najlżejszych, jak to zwykle u mnie bywa, nie należał, gdyż na pierwszy ogień poszedł dwupłytowy, rozszerzony o zarejestrowane w XIX w., utrzymanym neogotyckim stylu kościele transkrypcje na trio smyczkowe i fortepian album „Moonflowers”  fińskiej formacji Swallow The Sun. Niezależnie jednak, czy przed mikrofonami urzędowali wydziergani jegomoście, czy też struny akustycznego instrumentarium delikatnie muskały smyczkami członkinie Trio NOX Marteny oferowały szybki, świetnie poukładany i energetyczny przekaz. Nie próbowały przy tym udawać większych aniżeli są w rzeczywistości, więc też nie podejmowały prób przeskoczenia skali i wolumenu do jakich przyzwyczaiły mnie dyżurne, i zauważalnie większe Contoury 30 Dynaudio. Ot, wszystko zgodnie z prawami fizyki i logiką, czyli mniejsze kolumny – mniejszy dźwięk. Grunt, że nie odnotowałem żadnych oznak kompresji, czy też utraty rozdzielczości wynikających z przekraczających ich zdolności spiętrzeń blastów, growlu i riffów. Pełna kultura i zarazem swoboda artykulacji przy godnym klasycznych monitorów znikaniem ze sceny. Kolejną, wielce pożądaną przez większość odbiorców cecha, jaką dane mi było zauważyć podczas bytności tytułowych podłogówek w moim systemie, była zaskakująco udana synteza iście analogowej plastyczności kreowanych źródeł pozornych z ich precyzyjnym zawieszeniem na trójwymiarowej i zazwyczaj dalece wykraczającej poza rozstaw kolumn scenie. Uniknięto tym samym pewnej ułomnej definicji muzykalności, gdzie „ładnie” idzie niestety w parze z nieco impresjonistycznym rozedrganiem i rozmazaniem brył, przez co niby wiemy co i gdzie gra, ale próbując skupić na owym czymś swoją uwagę czujemy się jak pozbawiony okularów astygmatyk. A tutaj wszystko się spinało i może nie tyle podkreślało, gdyż to jednak aspekt emocjonalno-barwowy wiódł prym, lecz utrzymywało wzorowy porządek na scenie.
A właśnie, skoro o porządku mowa, to zarówno na około-kakofonicznym, pełnym zgrzytów, dudnień i wrzasków materiale, jak i na zdecydowanie bardziej cywilizowanym, choć prądu niepozbawionym, jak daleko nie szukając „November” Dominica Millera dało się zauważyć, że Oscar Trio lubią grać na średnich i nieco wyższych poziomach głośności. Lubią, gdyż wtedy się „otwierają” oferując wspomnianą swobodę i witalność, dostarczając słuchaczowi pełen pakiet informacji zarówno o aurze otaczającej muzyków, jak i energii z właściwym rozłożeniem jej w słyszalnym spektrum. Przy cichym słuchaniu niby też za bardzo nie ma na co narzekać, ale dźwięk zdecydowanie oporniej odrywa się od kolumn, scena ulega zauważalnemu spłyceniu a i góra traci na blasku. Oczywiście i taki sposób prezentacji z powodzeniem znajdzie swoich orędowników, gdyż po to się w końcu obniża poziom głośności, by zająć się czymś bardziej ważkim, bądź po prostu zebrać myśli, lecz z drugiej strony, szczególnie podczas późno-wieczorno-nocnych nasiadówek nie zawsze można pozwolić sobie na „dzienne”, o koncertowych nawet nie wspominając, poziomy głośności. Nie ma jednak co rozpaczać i drzeć szat, gdyż panaceum na powyższą przypadłość jest zazwyczaj wybór odpowiedniego, zazwyczaj lampowego wzmocnienia, które owe osłabienie komunikatywności potrafi nader udanie skompensować.
Niejako na deser pozwoliłem sobie zostawić kwestię różnicowania reprodukowanego materiału, gdyż na tle dotychczasowych uwag można byłoby uznać tytułowe Marteny za dość humanitarne dla serwowanych im propozycji. I rzeczywiście, średnie i wręcz zauważalnie ułomne nagrania szwedzkie podłogówki grają może i bez zbytniego entuzjazmu, ale też niespecjalnie pastwią się nad oczywistymi potknięciami i niedociągnięciami. Co najwyżej wypłaszczą scenę, ograniczą ilość informacji na górze, bądź jedynie będą sygnalizować coś, co powinno na dole pasma się odezwać a dziwnym zbiegiem okoliczności tego nie robi. Wystrzegają się też podkreślania sybilantów i popadania zbytnią chrupkość, czy wręcz suchość, za co szalenie wdzięczne będą zazwyczaj anorektycznie i anemicznie wypadające nagrania. Wystarczy jednak zachować zdroworozsądkowe kryteria jakościowe a jeszcze lepiej rozglądać się za realizacjami na co najmniej dobrym i bdb. poziomie a proszę mi wierzyć na słowo, a jeszcze lepiej przekonać się na własne uszy, że już po pierwszych taktach, chociażby wspomnianego Millera, bądź „Haugtussa” Lynni Treekrem z większą uwagą będziecie Państwo dokonywali selekcji tracków na poobiednią playlistę. Bo może Oscar Trio nie będą bestialsko pastwiły się nad „muzakami”, lecz już dla Was samych przeskok in plus na krążki nad którymi ktoś nie tylko „posiedział”, ale i się do nich przyłożył będzie na tyle oczywisty i mile łechcący Wasze zmysły, iż ochota na tracenie czasu i prądu na coś, co gra niejako z musu gościć będzie u Was niezbyt często.

Marten Oscar Trio to zaskakująco zdroworozsądkowa, niebyt absorbująca gabarytowo a przy tym przyjemnie uniwersalna propozycja dla wszystkich tych audiofilów i melomanów, dla których muzyka to przede wszystkim zbiór emocji i uzależniających melodii a nie miriadów pojedynczych dźwięków, które w ramach muzycznego DIY trzeba sobie w głowie złożyć w możliwie sensowną całość. Szwedzkie kolumny nie bawią się w rozbijanie każdego dźwięku na atomy, czy też serwowanie prezentacji tak wyostrzonych, że można się nimi ogolić, lecz wciągają słuchacza w barwny wir zdarzeń kojąc przy tym skołatane nerwy i pozwalając odpocząć przebodźcowanym zmysłom. Unikają jednak zbytniego przegrzania i przesłodzenia przekazu, więc nie ma obaw związanych z poluzowaniem, bądź wręcz objawiającą się przysłowiową bułą utratą kontroli najniższych składowych. Czy w związku z powyższym mógłbym z czystym sumieniem polecić je zawsze i wszędzie? Teoretycznie tak, jeśli jednak ktoś ponad wszystko umiłował latające żyletki i prosektoryjny chłód, to jednak sugerowałbym szukać dalej, gdyż pod tym adresem tego typu estetyki nie znajdzie.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact; Vitus SCD-025mkII
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII  + Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Furutech DAS-4.1
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Dystrybucja: SoundClub
Producent: Marten
Cena: 50 000 PLN

Dane techniczne
Konstrukcja: 2-drożna, wentylowana
Zastosowane przetworniki: 1” ceramiczny wysokotonowy; 2 x 7” ceramiczne nisko-średniotonowe
Skuteczność: 89 dB / 1 m / 2.83V
Impedancja:6 Ω (3.1 Ω min)
Pasmo przenoszenia: 27-20000 Hz +-3dB
Moc znamionowa: 250 W
Zwrotnica: drugiego rzędu
Częstotliwość podziału: 2500 Hz
Okablowanie wewnętrzne: Jorma Design
Dostępne wersje wykończenia: matowy orzech, Piano Black / White
Wymiary (S x W x G): 20 x 109 x 40 cm
Waga: 30 kg / szt.