Opinia 1
Każdy konstruktor urządzenia z zakresu wzmacniania sygnału audio, już we wstępnych planach projektu zakłada, w jakiej technice będzie się starał pokazać swój pomysł na dźwięk. Czy to lampy, czy tranzystor, każda z nich ma kilka odmian topologii, jednak najszlachetniejszą w obu odmianach jest konstrukcja oparta o układ Single Ended w klasie „A”. Już sama wspomniana, urastająca do miana kwintesencji podnoszenia mocy sygnału klasa, jest westchnieniem wielu audiofilów, a skonstruowana w wariancie SE, często predysponuje dane urządzenie do elity już przed odsłuchem. Jednak ta uważana za królową, niestety najmniej ekologiczna klasa (nie ma co się śmiać, tylko patrzeć, jak UE zakaże produkcji takich kilerów środowiska naturalnego), dla wielu potencjalnych nabywców niesie ze sobą wiele trudnych do zaakceptowania konsekwencji, uważanych często za wady: od dużych poborów prądu – w większości oddawanego bezużytecznie do atmosfery, poprzez osiągane temperatury pracy, po niską moc zasilającą kolumny – co dość mocno ogranicza zakres ich wyboru. Niemniej jednak, nawet najwięksi oponenci, usłyszawszy dobrze skonfigurowany set z taką amplifikacją, nie negują bytu podobnych konstrukcji, a czasem nawet dają się na tyle oczarować, że sami próbują coś sensownego zestawić. Na szczęście ta odmiana ma całe rzesze swoich zagorzałych, przekonanych o jej walorach sonicznych zwolenników i raczej o jej byt w ofertach producentów nie musimy się martwić. A z kolei my w redakcji wiedząc, że jakiś dystrybutor taką perełkę posiada na stanie, staramy się ją pozyskać na kilkutygodniowe odsłuchy, by potem podzielić się z Państwem swoimi odczuciami. Ale nie o klientach i dystrybutorach ma być ta mowa, dlatego wracamy do dzisiejszego tematu, jakim jest dostarczona do testu wyrafinowana konstrukcyjnie, angielska końcówka mocy – Tellurium Q model „Iridium 20”, co w wydaniu tej manufaktury, ni mniej – ni więcej oznacza – 18 Watt w klasie „A” i układzie Single Ended. Dystrybucją tej marki na terenie naszego pełnego wymagających, osłuchanych i często marudnych (np. ja) audiofilów kraju, zajął się wrocławski HiFi Elements.
Bohaterka testu (końcówka mocy) – Iridium 20, to sporej wielkości konstrukcja, swymi gabarytami zbliżająca się do mojej końcówki Reimyo KAP-777. Taka bryła jest konsekwencją, zabudowania wewnątrz radiatorów chłodzących, co pozwala na jej uspokojenie wizualne, ale nastręcza sporo problemów z wentylacją układów wewnętrznych. Niestety, łatwo można się o tym przekonać, gdyż dość regularnie po ok. trzech godzinach grania, wewnętrzne zabezpieczenia przed przegrzaniem, dają znać o sobie, spektakularnym awaryjnym wyłączeniem do momentu wystudzenia. Pomyślałem, że może u mnie jest za ciepło w mieszkaniu, ale po przywołaniu na myśl mojej teściowej, która zawsze narzeka na zbyt niską temperaturę podczas odwiedzin, szybko zweryfikowałem to podejrzenie. Jak by na to nie patrzeć, muszę wspomnieć o tej przypadłości, która dla kogoś słuchającego zdecydowanie krócej w jednym podejściu, nie zauważy żadnego problemu, ale niestety występuje. Innym drobnym mankamentem – nie dla wszystkich, jest puknięcie w głośnikach podczas włączania, spowodowanych minimalizacją komponentów w torze. Dla obytych z takimi konstrukcjami „hardkorowców” to bez znaczenia, gdyż nie ma szans na uszkodzenie przetworników, ale kilka osób może odstraszyć i jeśli tak się stanie, utracą możliwość zakosztowania dobrego grania. Wracając do estetyki wizualnej, prostota „dizajnu” jest mottem przewodnim produktu, gdzie płyta czołowa jest grubym płatem drapanego aluminium, a tylna ścianka wraz z okalającą całość resztą obudowy już tylko gładką blachą z tego samego materiału, z wyciętymi wieloma podłużnymi otworami wentylacyjnymi. Front ozdobiono dwoma przełamującymi monotonię biegnącymi w górnej jego części prawie przez całą szerokość frezami i logiem producenta, poniżej trzema zmieniającymi kolor zależnie od stanu gotowości z czerwonego na zielony diodami i tuż pod osią poziomą, centralnie umieszczonym, inicjującym działanie czerwonym włącznikiem. Tylna ścianka, to niezbędne minimum przyłączeniowe: pojedyncze terminale głośnikowe, jeden zestaw gniazd wejściowych w standardzie RCA, główny włącznik hebelkowy i gniazdo zasilające. Ascetyzm w każdym calu, jak na wyrafinowanych Anglików przystało. Dłuższy kontakt wzrokowy pozwala jednak oswoić się z taką formą, a po kilku tygodniach nie wyobrażamy sobie innej wersji projektu plastycznego. Elegancja ponad wszystko zbiera swoje żniwo. Niektórzy wiedzą jak to się robi.
Jak to często u mnie bywa, przybyłe na występy urządzenia, niezobowiązująco zabieram do klubu KAIM w Warszawie, gdzie wstępnie w dość ciężkich akustycznie warunkach (podbicie basu) mogę ocenić zachowanie się danego produktu. Stali bywalcy też chętnie przystają na takie pokazy, a swoimi spostrzeżeniami pomagają w dogłębnej analizie końcowej. Tak też było i tym razem, a gdy usłyszeli o szlachetnej odmianie i układzie końcówki mocy, ciekawość sięgała zenitu. Klubowicze są na tyle osłuchani, że ciężko ich czymś zaskoczyć, jednak pewne konstrukcje mają pierwszeństwo nad zaplanowanymi odsłuchami i piec z Anglii wylądował jako bohater piątkowego wieczoru. Nie pamiętam play listy, ale sporą część odsłuchu stanowił krążek z cyklu Cafe Zimmermann, gdzie najistotniejszą partię dostały skrzypce, które niestety nie wypadły na miarę naszych oczekiwań, a w konfrontacji z dyżurnym wzmacniaczem zintegrowanym w klasie AB (konstrukcji jednego z klubowiczów), były prawie drażniące. Wszyscy słuchacze wiedząc, że mamy do czynienia z klasą A, czekali na czar, jaki powinna roztaczać na scenie muzycznej. Tymczasem, ku naszemu zaskoczeniu, Iridium 20 nie miała zamiaru niczego upiększać, idąc w moim odczuciu w wyczynowość grania. Tak skutecznie separował instrumenty, że część odbiorców doszukiwała się poszatkowania pasma na dźwięki, a nie spójnej całości. Ja widziałem to trochę mniej inwazyjnie, ale w głównym zarzucie braku homogeniczności dźwięków, przyznawałem im rację. Biorąc pod uwagę niezbyt dużą moc pieca, można przymknąć oko na pogrubiony bas, ale o dziwo to nie on grał główną rolę w spektaklu muzycznym, którą zawłaszczyło sobie górne pasmo, ponadstandardowo ożywiając jedwabne kopułki klubowych kolumn. Przesłuchaliśmy jeszcze kilka innych płyt, jednak ten rys „nad-otwartości” pozostał do końca spotkania, które w swej konkluzji nie doszukało się cech królewskiego układu. Patrząc na to spotkanie z perspektywy kilkunastu dni, wespół z późniejszymi doświadczeniami w moim secie, zdaje mi się, że wiem, gdzie był pies pogrzebany i co chcą osiągnąć konstruktorzy z wysp brytyjskich. Zanim przejdę do głównego opisu zdradzę słowo klucz – przedwzmacniacz liniowy. W klubie był tranzystorowy, który w połączeniu z ożywioną prezentacją dawał uczucie nadmiernej analityczności, gdy tymczasem stacjonujące u mnie pre lampowe, pokazało do czego tak naprawdę dążą pomysłodawcy ze stajni Tellurium Q. Cały ten akapit jest klasycznym przykładem na konieczność synergicznego dobierania komponentów audio, gdyż występy na moim podwórku z dwoma zestawami kolumn, były już zdecydowanie lepszą odsłoną tytułowej marki.
Jak wspomniałem, test przybyłej z Anglii końcówki mocy, przeprowadziłem z dwoma zestawami kolumn, które swoimi założeniami konstrukcyjnymi były skrajnie odległe. Moje referencyjne Bravo, są kolumnami pełno pasmowymi, gdy tymczasem druga para to prawie gabinetowe małe monitorki z wielkim sercem do grania, model ART z manufaktury „Trenner & Frtiedl”. Maleństwa tak dobrze spisywały się wespół z moją elektroniką, że nie omieszkałem poczęstować je prądem w klasie A i układzie SE. W obu przypadkach (kolumny Bravo i ART.) Iridium 20 generowała bardzo dobrze poukładaną w szerz i głąb scenę muzyczną, ze spektakularnie odczuwalnym poczuciem czarnego tła. W odsłonie klubowej w mariażu z dyżurnym przedwzmacniaczem półprzewodnikowym było to trochę sztucznie, ale już z dodatkiem lampy w torze wypadało bardzo przekonująco. Nadal odczuwalna była dominata górnego zakresu, jednak nie tak inwazyjnie. Ot po prostu spora dawka informacji, na tle podgrzanej średnicy i dość mięsistego dołu. Taki efekt odnotowałem na obu zestawach kolumn, z oczywistą poprawką na możliwości danego zespołu głośnikowego. Biorąc pod uwagę niedużą moc końcówki, jej mariaż lepiej wypadał z maluchami z Austrii, niż z moimi niezbyt łatwymi smokami. W tym starciu z małomocowym piecem, monitory zyskiwały więcej i zagęszczenie na dole, dawało niezły efekt mięsistego, ale czytelnego basu, którego nie mogłem osiągnąć z moimi Japończykami (przypominam kontekst możliwości w stosunku do efektu). Zwiększenie masy dźwięku przy żywym górnym rejestrze z tak niewielkich przetworników, wielu potencjalnym nabywcom na pewno przypadnie do gustu i sądzę, że gdyby taki set stał na półce któregoś z salonów, mógłby cieszyć się sporym powodzeniem wśród nabywców dysponujących małymi pokojami odsłuchowymi. Duży dźwięk z małych kolumn w bardzo kulturalnej prezentacji, to naprawdę nie zdarza się często. Oczywiście słyszałem sporo podobnych prób wśród konkurencji, ale niestety mocne napinanie mięśni na niskie składowe ewidentnie słychać. W mojej propozycji zestawienia, aspekt sztucznego pompowania basu, nie jest tak dominujący, pozwalając delektować się efektem finalnym, bez większych skutków ubocznych w postaci uśrednienia informacji o dolnym paśmie, a to już jest sztuką. Do kompletu dostajemy otwarty, bogaty w informacje górny zakres plus dopełniającą resztę pasma czytelną średnicę i zapominamy o temacie.
W obu przypadkach zestawów głośnikowych, przesłuchałem bardzo podobny zestaw płyt i za każdym razem, wszystkie wspomniane aspekty gry się potwierdzały. Lampa w torze pozwalała bez problemów wkładać do napędu odtwarzacza, nawet najbardziej wymagające krążki, dając pokaz swobody i otwartości prezentowanej muzyki, bez szkodliwych wyskoków któregoś z zakresów pasma. Dotychczasowe dywagacje były próbą pokazania, jak zachowuje się testowana końcówka w dwóch różnych konfiguracjach kolumnowych u mnie i jednej klubowej. Sądzę, że to powinno dać pewien wgląd na umiejętności końcówki z Anglii, ale dla uzupełnienia informacji wspomnę o sposobie i jakości prezentacji wirtualnej sceny. Zostawiłem sobie to na później, gdyż ta jest bez zarzutu i całkowicie odzwierciedla pozycję w cenniku tego urządzenia. Głębokość i szerokość nawet w nie do końca satysfakcjonującej odsłonie KAIM-owej, nie pozostawiała niedopowiedzeń o swojej rozpiętości we wszystkich wymiarach. Może nie był to spektakl rodem z mających swój studyjny rodowód Harbethów 40.1, ale wszyscy muzycy po równo otrzymali kawałek wykreowanej przez realizatora przestrzeni zakolumnowej. Wiedząc, że Angielka ma ograniczenia mocowe, postanowiłem sprawdzić jak wypadnie w teoretycznie bardzo wymagającym dla niej repertuarze, w odsłonie z moimi niełatwymi kolumnami i na tackę napędu kompaktu powędrował Nils Petter Molvaer z albumem „Khmer”. To spokojna elektronika z domieszką akustycznej trąbki. Jednak nie dla trąbki sięgnąłem po tę płytę, tylko elektronicznie generowanego niskiego basu. Wielokrotnie przekonawszy się w swej drodze audiofila, że nie tylko Watt-y mają znaczenie, nakarmiłem dziecko marki Tellurium Q, sporą dawką masującego wnętrzności basiszcza i muszę przyznać, że piecyk znakomicie informował mnie o zamierzeniach artysty w tych zakresach, serwując bardzo czytelne pomruki, bez jakichkolwiek zniekształceń. Oczywiście przekręcenie gałki volume, w niemożliwe do obsłużenia zakresy głośności, powodowały lekką zadyszkę, ale kto o zdrowym podejściu do tematu, szuka w takiej wykwintnej dość słabowitej konstrukcji smoka nagłaśniającego wielkie koncerty. To jest produkt dla wymagającego melomana, a nie żądnego wrażeń rodem ze stadionowych pokazów muzycznych „hałasu” bywalca Przystanku Woodstock.
Próbując zebrać w jakąś sensowną całość, te trzy opisywane odsłony bohaterki testu, zwracam uwagę na odpowiednie przygotowanie mentalne w temacie wzmacniaczy klasy „A” i układzie Single Ended”. To musi być świadomy wybór, gdyż takie konstrukcje, nie zagrają z byle czym (czytaj przypadkowe kolumny i elektronika), a potencjalny nabywca powinien wiedzieć jakie są ich ograniczenia. Dla jednego będą przyczynkiem do rezygnacji, a dla drugiego sprawą, która swoim wyzwaniem zachęci do zakosztowania takiej niełatwej drogi do nirwany dźwiękowej. Niemniej jednak, końcówka TQ, jest bardzo ciekawą propozycją i nie skreślałbym jej z listy do posłuchania, tylko z wyżej wymienionego powodu – chimeryczność w doborze reszty toru, gdyż na moim przykładzie widać, że uzyskanie konsensusu, aż tak bardzo trudne nie jest. A korzystałem tylko z produktów, które miałem pod ręką, tymczasem nabywca ma nieograniczoną ilość kombinacji odsłuchowych i z pewnością znajdzie satysfakcjonujące go zestawienie. Przekornie dodam, że im dłuższa droga poszukiwań, tym dłużej pozostaniemy ze skompletowanym zestawem bez większych zmian. A niełatwy dobór komponentów, nie świadczy w tym wypadku o wadliwej konstrukcji urządzenia, tylko o jego nietuzinkowości, która takie wymagania ma w swoich założeniach. Zachęcam do spróbowania tej królewskiej klasy wzmocnienia sygnału audio, w równie szlachetnym układzie.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII, London AEC C91E “POD”
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
– wzmacniacz: klub KAIM – Ugoda
– kolumny: Trenner&Friedl ART; klub KAIM – Clockwork
Opinia 2
Odkąd sięgam pamięcią produkty, które trafiały do mnie na odsłuchy każdorazowo stawały się powodem zakrojonych na mniejszą, bądź większą skalę poszukiwań w celu zdobycia informacji o ludziach za nimi stojącymi. Nie chodziło mi bynajmniej o wykrycie zależności finansowych pomiędzy poszczególnymi graczami na rynku audio czy też udowodnieniu istnienia „grupy trzymającej władzę”, lecz o poznanie punktu widzenia, sposobu, maniery pojmowania dźwięku, własnych ideałów i referencji właścicieli, bądź konstruktorów. Tym razem było inaczej, gdyż najpierw zetknąłem się z dość odważnymi, jak na obszar prowadzonej działalności, wypowiedziami Geoff’a Merrigan’a a dopiero potem miałem okazję gościć u siebie jego produkt – Tellurium Q Iridium.
Wróćmy jednak do Geoff’a. Jeśli ktoś wprowadza na rynek kable, a następnie elektronikę, to powinien zdawać sobie sprawę z tego, po jak kruchym lodzie stąpa. Jeśli natomiast owy „ktoś” wie, jak łatwo można zostać w tym środowisku posądzonym o szarlatanerię to oficjalna wypowiedź w stylu „liczby (w domyśle dane techniczne) nie pomagają w zrozumieniu brzmienia (kabli)” nie mogą być odebrane inaczej, jak świadoma prowokacja i wsadzenie przysłowiowego kija w mrowisko. Biorąc jednak pod uwagę, że Tellurium już trochę działa i nic nie wskazuje na to, że miałoby w najbliższej przyszłości zwinąć żagle możemy odrzucić tezę, że wywołanie szumu medialnego wokół siebie ma charakter czysto finansowy – zaistnieć na chwilę, sprzedać jak najwięcej i zniknąć. Pozostaje zatem chęć podążania pod prąd, łamania stereotypów i stawianie na własne, autorskie rozwiązania. Tak właśnie jest w przypadku Tellurium, gdzie dysonujący niepodważalną wiedzą inżynieryjną panowie Colin Wonfor i Geoff Merrigan uznali, iż „pomiarowa” poprawność techniczna nie powinna być celem a jedynie punktem wyjścia w drodze do jak najwierniejszego oddania piękna drzemiącego w muzyce.
Niejako w opozycji do powszechnie stosowanych tranzystorowych układów push-pull stanowiących podstawę działania przeważającej będąca obiektem niniejszej recenzji stereofoniczna końcówka mocy Tellurium Iridium 20 (w wersji II) reprezentuje minimalistyczną i bezkompromisową niszę szlachetnej amplifikacji single-ended. Niszę, w której jakość stawiana jest ponad ilością a topologia układu w postaci jednego elementu wzmacniającego (tranzystora Mosfet) staje się niemalże tożsama z typowym SET-em (Single Ended Triode). W rezultacie otrzymujemy, a przynajmniej powinniśmy otrzymać, wysublimowane brzmienie pojedynczej triody z przeważającymi zniekształceniami parzystymi, tak lubianymi przez ludzkie ucho. W dodatku, w celu uproszczenia i jak najmniejszej ingerencji w sygnał zrezygnowano z obecności w torze kondensatorów i dość niekonwencjonalnym, jak dla konwencjonalnych konstrukcji rozkładzie mocy wyjściowej, która dla impedancji 8 Ω wynosi 18 W a dla 4 Ω „tylko” 9 W. Wszystkie te ortodoksyjne rozwiązania zostały zamknięte w dość pokaźnych rozmiarów, lecz zadziwiająco poręcznej obudowie.
Płytę czołową wykonano z grubego płatu szczotkowanego aluminium, którego jedynymi ozdobami są purpurowy włącznik, umieszczone w górnej części poziome podwójne przetłoczenia i skromny, dwuliterowy logotyp producenta z trzema niewielkimi diodami wskazującymi na tryb pracy urządzenia.
Tył wzmacniacza nie odbiega minimalizmem od frontu i mieści jedynie pojedyncze terminale głośnikowe, główny włącznik sieciowy ulokowany tuż nad gniazdem IEC i pojedyncze gniazda RCA. Pozostałą, dość pokaźna powierzchnię zajmują otwory wentylacyjne.
Przechodząc do części odsłuchowej wypadałoby w pewnym sensie rozgraniczyć, odseparować od siebie domenę użytkową od czysto brzmieniowej, jednak w przypadku Iridium to jedynie pobożne życzenia, gdyż końcówka po prostu nie pozwala o sobie zapomnieć. Nie dość, że na dzień dobry serwuje solidny strzał w głośniki (brak kondensatorów i cewek w torze) to jeszcze podczas odsłuchu warto brać pod uwagę takie czynniki jak temperatura i cyrkulacja powietrza w pomieszczeniu odsłuchowym. Dziwne? Niekoniecznie – po prostu końcówka grzeje się jak diabli i i jeśli w pokoju mamy ok. 20 stopni Celsjusza a kolumny nie należą do najłatwiejszych to … dłużej niż trzy godziny raczej nie posłuchamy. Jeśli ktoś w tym momencie uzna, że żaden normalny człowiek takiego wzmacniacza nie kupi to zgodzę się z nim w pełnej rozciągłości, jednak nikt nigdy nie udowodnił, że audiofile zaliczają się do normalnego ogółu. Ba, niemalże za każdym razem są wyklinani, potępiani a ekskomunika nakładana jest na nich co najmniej raz dziennie. W związku z powyższym, jeśli Drogi Czytelniku czujesz się wyrzutkiem, odszczepieńcem i Ostatnim Mohikaninem dobrego dźwięku a słowo kompromis nie istnieje w twoim słowniku Tellurium Iridium 20 powinien czym prędzej znaleźć się na Twojej liście odsłuchowej.
W związku z powyższym, skoro już ustaliliśmy, że normalnym trudno mnie uznać z radością przystąpiłem do odsłuchów a nie chcąc ich zbyt wcześnie kończyć dopieściłem końcówkę delikatnym przeciągiem, w którym ją ustawiłem. Dzięki temu bez trudu udało mi się słuchać jej bez najmniejszego problemu przez 6-8h, co wyraźnie wskazuje, że jak się chce to można.
Jednak ad rem. Biorąc pod uwagę dość niewielką deklarowaną moc końcówki pierwsze testy zaplanowałem przeprowadzić ze zgrabnymi monitorkami Trenner&Friedl ART. Dodatkowo swoje trzy grosze dorzucił Jacek wspominając o dość „wyczynowym” brzmieniu testowej amplifikacji, co przy moich nad wyraz mało zawoalowanych sonicznie kolumnach mogło zaowocować nad wyraz traumatycznymi przeżyciami. Problem w tym, że podobne plany miałem w przypadku testowanego ostatnio Leben’a CS-300F a skończyło się i tak na moich Gauderach. Uznałem zatem, że zacznę od razu od Arcon, a jeśli coś będzie nie tak przeproszę się z ART’ami. Podpiąłem więc Iridium pod moje kolumny, przestawiłem Ayona w tryb z aktywną regulacją stopnia wyjściowego (jak minimalizm to minimalizm) i włączyłem. Powitalny strzał w głośnikach obwieścił oficjalne rozpoczęcie odsłuchów. Gdybym nie znał deklarowanej mocy Tellurium, to na pierwszy rzut ucha z pewnością nie dałbym jej mniej niż 30W, a raczej 60W biorąc pod uwagę 4 Ω charakterystykę moich kolumn, jakimi chwali się np. Accuphase E-600. Jednak nawet dysponując tą wiedzą siedziałem, słuchałem i nie wierzyłem w to, co słyszę. W telegraficznym skrócie dźwięk można określić mianem zaskakująco dużego i niezwykle energetycznego. Niemalże czuć było nieograniczone wręcz zapasy mocy, której patrząc w tabelkę z parametrami nijak nie było. Co prawda bas nie potrafił i będąc całkiem szczerym, nawet nie próbował, zachować pełnej kontroli w swoich najniższych rejestrach, lecz ani mikro, ani makro dynamika w żaden sposób na tym nie traciły. Poza tym skraje pasma były ewidentnie czytelne i dalekie od zawoalowania a wysokie tony zachwycały dosadnością idąca w parze z wręcz krystalicznie czystą klarownością. Zero granulacji, zero ocieplenia i eterycznej mgiełki. W zamian za to czyste, niczym najwyższej klasy diament, soprany potrafiące ciąć powietrze niczym samurajski miecz. Dzięki temu różnicowanie nagrań osiągnęło rzadko spotykaną dokładność, co z jednej strony pozwalało już od pierwszych taktów dokonać selekcji na płyty dobrze i źle nagrane, lecz z drugiej dość jednoznacznie, żeby nie napisać apodyktycznie, rozgraniczało albumy na te, których odsłuch sprawiał przyjemność i te, które przez długie miesiące będą obrastały kurzem na półce. Jeśli już oddzielimy ziarno od plew i z tak wyselekcjonowanym repertuarem zasiądziemy w fotelu, to proszę mi wierzyć na słowo, ale szybko słuchać nie przestaniemy. Znana z „rasowych” SETów rozdzielczość połączona w homogeniczną całość z jedwabistą gładkością sprawia, że każdy album staje się wydarzeniem, misterium, które słuchacz przeżywa wespół z muzykami, wokalistami, Gdzieś, nie wiadomo gdzie znika niewidoczna bariera ograniczająca przepływ emocji. Tutaj tego nie ma, wszystko jest niemalże na wyciągnięcie dłoni a sposób kreowania przestrzeni tylko ten efekt umacnia.
Weźmy na ten przykład fenomenalny album Herbie’go Hancock’a „Possibilities” z „A Song For You”, gdzie wokalnie udziela się Christina Aguilera. Z jednej strony to przecież tylko zwykła składanka, mająca zjednać Artyście nowe rzesze nieobeznanych w bardziej ortodoksyjnych klimatach jazzowych fanów i mówiąc wprost zasilić jego konto pokaźnymi wpływami, jednak z drugiej, dzięki Tellurium ewidentnie słychać na niej autentyczną chęć grania. Odarta z plastiku i jarmarcznych błyskotek Aguilera śpiewa tak, że ciary po plecach chodzą a i reszta składu nie przyszła odrabiać pańszczyzny tylko robi wszystko, by całość wypadła dobrze nie tylko na kuchennych boomboxach, ale i na porządnych systemach audio. Wszelkiego rodzaju przeszkadzajki zawieszone są w czarnym aksamicie tła, wokal jest namacalny, mocny i po prostu obecny a fortepian nie zagłuszając reszty instrumentarium nadaje całości mistrzowski sznyt.
Nie gorzej jest też na zdecydowanie bardziej surowym materiale. „In Session” w wykonaniu Alberta King’a i Stevie’go Ray Vaughan’a poraża pulsującym feelingiem I swobodą z jaką ci dwaj wielcy gitarzyści prowadzili swój muzyczny dialog. W dodatku im bardziej zmuszałem Iridium do cięższej pracy, tym bardziej zbliżałem się, bądź przynajmniej tylko tak mi się zdawało, do tego, co był w stanie usłyszeć realizator. Nie było miejsca na zastanawianie się czy mam do czynienia z „oni sa tu”, czy „ja jestem tam”, gdyż była muzyka i tylko muzyka. A że wyborna, to raczej nie jest powód do narzekania. Był to też ewidentny przykład, że nawet niedoskonałe pod względem technicznym nagranie potrafiło przejść przez cenzorskie sito Tellurium, gdyż mankamenty natury realizatorskiej nie były w stanie przyćmić „wsadu” merytorycznego, nie zdołały wykastrować muzyki z obecnych w niej emocji. Surowość i chropawość gitar była ewidentna, bezdyskusyjna i praktycznie tożsama z elektrycznym bluesem, w którym obaj Panowie się lubowali, a wzmacniacz ani myślał tego łagodzić, pudrować, czy cywilizować. Ograniczył się jedynie do pokazania prawdy, a to wbrew pozorom wielka sztuka. Swoją naturalną swobodą, wrodzoną transparentnością Iridium przypominał mi konstrukcje Lavardina, lecz w przeciwieństwie do swoich francuskich konkurentów szedł w dążeniu do neutralności o krok, bądź nawet o dwa dalej. Dźwięk jaki oferował nie dość, że miał większy wolumen, to szybkość narastania i oddawania transjentów zostawiała wspomniane konstrukcje daleko w tyle.
Przesiadka na będące niejako w odwodzie Trenner&Friedl ART uwolniła angielską amplifikację z obowiązku zaprzątania sobie głowy najniższymi składowymi, których filigranowe monitorki i tak fizycznie w stanie oddać nie były. Dzięki temu uwaga słuchacza mogła zostać skupiona na ponadprzeciętnej przestrzeni i precyzji w rysowaniu nawet najdalszych planów dźwiękowych. Pomimo ewidentnej rześkości przekazu nie było mowy o nawet najmniejszych oznakach napastliwości, czy ofensywności i jedynie ortodoksyjni miłośnicy zawoalowanej, stereotypowej lampowej góry mogliby w pierwszej chwili kręcić nosami na niespotykaną na tych pułapach cenowych rozdzielczość. Jednak po przesłuchaniu kilku utworów nawet i oni nie powinni mieć problemów z właściwą oceną prezentowanej klasy dźwięku.
Kilkunastodniowy kontakt z jakże niekonwencjonalna pod względem technicznym końcówką Tellurium Iridium 20 II potwierdził słowa jej konstruktora. Parametry techniczne niewiele są w stanie powiedzieć o rzeczywistym brzmieniu. Przecież, tak na zdrowy rozsądek podpinanie trudnych do wysterowania kolumn pod nie dość, że słabowity, to jeszcze chimeryczny wzmacniacz oznacza bezdyskusyjna porażkę i ewidentne proszenie się o kłopoty. Jednak empiryczne doświadczenia mówią coś zupełnie innego. Nawet tak, z pozoru irracjonalne połączenia mogą zaoferować wyśmienity dźwięk i sprawić, by odległe pojęcie High-Endu nabrało całkiem realnych wymiarów. Jeśli tylko nie boicie się Państwo wyzwań gorąco zachęcam do odsłuchu.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: HiFielements
Cena: 6000 GBP
Dane techniczne:
Moc wyjściowa: 18 W/8 Ω ; 9 W/4 Ω
Pasmo przenoszenia: 1,5 Hz – 60 kHz
Separacja między kanałami: 102 dB
Szum: -90 dB
Zniekształcenia: 0,03%
Czułość wejściowa: 1 V
Wymiary: 430x290x220 mm
Waga: 21 kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5; Accuphase E600; Leben CS-300F
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Trenner&Friedl ART
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H; Audio Philar Double Model
Opinion 1
There are two possible approaches to audio accessories. Some people embrace them all already at the beginning of the audiophile road, while others proceed more slowly, getting to know the limits of their own perception, and at the same time the limits of money spent on audio gear, leave the fine tuning for the end, for desert. There is one more reason to become interested with accessories and items that should improve the sound of the owned system, or … sometimes only the wellbeing of a golden eared person fallen for another wave of audiophilia nervosa. You do not know, what I am talking about? Please remember what you do, when there are no financial reserves allowing to buy another amplifier, or a set of loudspeakers, when the pressure is almost killing you and the “Chief Financial Officer” does not allow for any budget negotiations. Is it not so, that in such situations you try to mitigate the situation with a new cable, a new power socket, or some other accessory? Well, that is what I am talking about.
However this time I would like to concentrate on searching for a final touch to a system, a pearl in the crown, and not on a pathology, spontaneous, and most of the time, ineffective way of curing the results of an audio system shortcoming, instead of finding and eliminating their origin. Comparisons to jewelry should not be surprising, as this time we are testing Ceramic Disc Classic from Franc Audio Accessories, a product so well designed, that it could compete with the best jewelers products.
The impression of dealing with something exclusive, original and special is there from the very beginning. Instead of a more or less extravagant packaging, Mr. Pawel Franc Skulimowski decided to use a seemingly modest, but in fact very elegant and timeless “little black dress”. Of course it is not a dress but a box, but I will insist on the comparison with the little black dress designed by Coco Chanel. Because it is the same kind of good taste, natural aesthetics, where less means more. Due to that, the tested feet are like Audrey Hepburn or Salma Hayek in a dress – emanating with elegance and far from cheap blatancy of Lady Gaga. No controversy, no trying to appeal the audience and no failed attempts of catching the clients interest.
Well, enough of the raptures, time to switch to less emotional descriptions. The box containing three pieces of the CDC is a black, rectangular “coffin”, held closed with magnets hidden below a satin-like padding. The padding is precisely cut holding the feet very tightly, what allows them to survive even the worst tortures served by courier companies. The feet themselves seem monolithic, but in fact are composed from no less than 14 elements, cut using CNC machinery. All those elements are for sure not put together by chance, starting with a ceramic ball bearing (which minimizes the support surface) and ending with massive chassis and elastic absorbers. From the outside, before placing the upper element, we can see only one ball, but inside the chassis there are three more, held together by an elastic o-ring. The chassis is connected to the base with chrome-nickel screws, what allows to level any device placed on them. The feet are made from gloss anodized aluminum in three different colors – two standard – black and silver, and one limited version – white.
Nobody has to convince me about the sense of limiting the influence of vibration on the audio gear, and the influence of that on the sound. I dealt with those many times. In the beginning of my audiophile way, trying to contain the influence of glass shelves, used by one of the manufacturers of audio-furniture to date, I could only experiment with Ixos sorbothane feet or DIY ones made from squash balls. Later I “listened” to different shelves, racks, etc, finally being able to test and enjoy products from such specialists like Gregitek, Acoustic Revive or Harmonix. In the meantime I observed the increasing activity and boldness of Polish manufacturers, trying to find their place on this difficult market, including Franc Audio Acessories, which slowly becomes the leader. With Franc (a welding chair graduate) we agreed on a test so long ago, that I do not remember when we started. So when finally the package arrived, I was very happy I could verify the positive opinions I heard in my own system.
I think it is important to mention in the beginning of the listening test section, that I conducted listening placing the CDC under the sound source – Ayon 1sc, the amplifiers Leben CS-300F and Accuphase E-600, which were placed on a massive rack Rogoz Audio 4SM3 and/or anti vibration platforms Acoustic Revive RAF-48H or Audio Philar Double Model. If you wonder, why I did not compare to electronics placed directly on the floor, them my response is: this comes from my respect to you, as well as to my time, as I assume, that everybody already has a chosen audio rack, and just wants to get the most of the sound quality, while rationally spending the money.
That was also my approach, accompanied with high expectations, when I placed the Ceramic Disc Classic under the player. And I was not disappointed. The background became much darker, but this was not by rough erasure of further planes, but by moving the invisible wall behind the musicians far away and placing there something like antimatter, black light or just plain nothingness. You could just hear the incredibly natural propagation of sounds, truthful reproduction of the acoustic environment of the individual recordings, and the bubble that condensed the sound somewhere on the borders of perception was not there anymore. All, even the smallest nuances gained crystal clearness, what improved the resolution, palpability and realism of the sound. A certain digital mist, which I believed was a part of the sound, was removed – there was no granulation, no blurring, that prevented to fully enjoy the structure of the human voices, or the shape of the instruments. And I am not talking about over-sharpness of the edges, because I did not notice that, but about everything becoming clearer.
The removal of the artifacts allowed to achieve higher than before sound volumes without ears, and what is even more important, other family members, complaining. The reduction of the amount of distortion created by vibration acted like plugging in a better, more resistant to clipping, amplifier. The sound did not hurt, even in moments, when Metallica on their symphonic album “S&M” and Apocalyptica “Wagner Reloaded” caused my listening room to shatter.
Very similar effects were achieved, when the Franc feet were placed under the Leben 300. However in addition you could notice, that higher notes could be given to saturation of the timbres and juiciness of the sound. Was it due to the more visible structure, or by minimizing of the slight vibration of the air surrounding the virtual sources, but the sound stage became more stable, was placed on stronger foundations. The organ sounds on “Kristin Lavransdatter” Arild Andersen maybe did not reach lower than usual, but the readability and variety of sounds registered on this disc was capable of enchanting me once again and I played this wonderful album a few times over.
The least influence was observed with the top Accuphase integrated, which so prominent in the sound, that the Polish accessories were placed in the shadows. Of course I cannot disagree with that approach, because many clients want such a delicate re-touch of the sound they love, and were trying to achieve for years. The CDC made the Accuphase character come to even greater shine.
The Ceramic Disc Classic do not smoothen and better the sound, as it might have seemed. They just prevent any degradation, any contamination from vibration come to the loudspeakers. They are a very effective barrier from external vibration, trying to enter our precious gear from the outside, and prevent interference between various elements of our audio chain. I think they deserve a frank recommendation.
Marcin Olszewski
Producer: Franc Audio Assessories
Price:2 200 PLN
Dimensions
– Diameter of the base/plate 68 [mm]
– Diameter of the top cap 48 [mm]
– Height of the base/plate 46 [mm]
– Height without base/plate 35 [mm]
– Maximum load 0-150 [kg](set of 3 pieces)
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; notebook Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Double synchronous motor Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + external power supply Transrotor Konstant M-1 Reference
– Phonostage: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5; Leben CS-300F; Accuphase E600
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Trenner&Friedl ART
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H; Audio Philar Double Model
Opinion 2
It is out of the question, that isolation of audio gear from vibration is a substantial part of the achieved final result. Or at least it should be. Nevertheless many users do not care too much about this, treating the degradation of the sound in an irritably marginally way. Fortunately many manufacturers of audio gear know about the issue and try take care of the client themselves, implementing appropriate solutions in their products. Some are more sophisticated, others just put some elastic material beneath the plastic feet of their gear. So when devices owned by us are equipped only with good looking, but not very effective plastic feet-like struts, we should direct our attention to accessories present on the market in many variations. You can chose between audio racks, platforms and feet; and each solution has only one goal – to take care of our precious toys when playing music. Parasite vibration are bad, this has been confirmed long time ago, so we need to get rid of it. This is the reason, that many companies (including Polish ones) started to offer their patents to the vast amount of listeners out there. A few weeks ago, together with Marcin, we were able to verify some ideas by one of the most renowned manufacturer of such accessories – Acoustic Revive, so we were very happy to be able to test a set of three feet provided by a Polish manufacturer, Franc Audio Accessories, named Ceramic Disc Classic.
I have seen many accessories of that type, and I must confess, that if I would not know, who is responsible for manufacturing them, I would be pointing to the most renowned players on that field. And yet those are products from the Polish company Franc Audio Accessories. The feet look like small pieces of art. And they hide some profound ideas about elimination of vibration. The Ceramic Disc Classic turn out to be a simple looking enclosure to a complicated inside life, with a ceramic ball in the middle – the most important element of the foot. This ball supports a silicon coated platform, which is placed under the gear it will support. The whole is coated with some kind of foam, that increases the damping effect. The whole product is made in a nice black-silver finish, which is very elegant. But even without looking at the external design, when we take the foot in our hands, we can immediately feel, it is very solid. Together with the looks it is fully capable of bringing joy to our ears and eyes. I am using some anti-vibration accessories from Japanese origin, so I can truly give the Elblag based manufacturer a recommendation for the design. How those products will prove themselves in the most important – sonic aspect, I will tell a bit later. And I will try not to judge if the effect is good or bad, because each and every audio system is different and there is no universal way of isolating the audio devices from vibration. I use Harmonix feet under my gear, which make my system complete, and a change to Franc Audio may be perceived as different, but not necessarily better. However I do not say they will not be better – just that regardless of the result you should not depreciate his offering.
Thinking about where to place the Elblag made accessories, I decided to place them first under my CD drive, which has such solutions already built-in, what would place the threshold for the guest feet on an adequately high level. As I expected the changes not to be very pronounced, I decided not to experiment with the repertoire, but to take the set tested in all possible configurations and situations – the disc “Goodbye” by Bobo Stenson with Andreas Jormin and Paul Motian. From experience I know, that the most probable area, where the changes will present themselves, will be the timbre, resolution and setup of the virtual stage, and having the mentioned disc coded deep in my brain I would be able to easily catch any changes. And it proved true, as the supports for the CD drive showed their influence exactly in those areas. Like I mentioned, the Ceramic Disc Classic replaced other vibration damping feet, so the changes were not as spectacular as they might have been after implementation in a ‘nude’ system. However I clearly experienced a smoothening of the sound, increasing its homogeneity, without losing any openness of the sound. Everything became a little warmer and denser, with a practically negligible loss of sharpness at the edges. Please do not understand this description as sound falling into big planes, it was just a touch of a smoothness applied to the edges, bringing the final result closer to what we get from analog sources. The change went not in a bad direction, this was just a tad different approach to resolution and density of the recording, while still being on a very high overall level. This was a step to the side, I would enjoy it a lot, if I would not already have Harmonix feet. At the same time the presentation of the stage to the side as well as in depth did not change, neither did the way it was visualized. The piano profited most from the change, as it received some extra filling, and the contrabass sounded more from the body, while the cymbals played by Motian were only a touch rounded, what could only be observed in direct comparison. Knowing the capabilities of Harmonix products, I can tell with a lot of certainty, that somebody who has too much of chaos in the upper frequencies, and a rather thin sounding system, and does not use any kinds of accessories, will have a jaw dropping experience. There is only one problem, albeit quite hard to overcome, the potential client has to grow mentally to acknowledge the problem of vibration interfering with his system. However the people are more and more educated in that matter nowadays, and orthodox non-users are less frequent. So I played a few silver discs more which only confirmed the characteristics I described. This is why I decided to place the feet under the DAC.
This time I invited a small lady with a strong voice for a recital, Youn Sun Nah, on her last disc “Lento”. The material on the disc are rather ballads, but seems to be the most interesting in her portfolio, at least to me, and the way it is recorded allows to verify how audio systems deal with a closely microphoned female voice. In some pieces I have the impression of seeing the vocalist’s tonsils, what often results in sibilants being audible in lesser systems. My set handles this without such issues, but I waited what would happen, when I switch the Harmonix for the Franc Audio. Will it cause smoothening again, or maybe this time will it increase analytical capabilities of it, what can manifest itself as unpleasant hissing sound. So I placed the tested feet under the DAC and pressed play. I did not need to listen long, because the effect was immediately audible. But it was completely different than with the CD drive. There we got lots of smoothness and slight warming, while here we have a completely different road to the sound nirvana. This experiment showed another face of the FAA products. The sound went in the direction of resolution and putting the timbre half a notch up, while still controlling the treble. The sound got a bit more open and the breath of the musical even got bigger. The stage became a bit pumped-up, but vocals did not lose any palpability, we still had a very intimate contact with the vocalist. This was again a step sidewise, but the azimuth was completely different, what could mean a completely different target group – owners of systems too compressed at the midrange. This only confirmed the old audiophile truth, that there is no ready recipe for the final sound, as the same product may have a radically different influence on the elements of the audio jigsaw.
Frankly speaking, I did not expect the changes in both tested cases would go in such opposite directions. However looking from another side, when taking such accessories for testing, in different applications we can get completely different results, sometimes expected, sometimes unwanted. When we do not get the desired result in the combination we wanted to try, then we should pass the accessories to another component in our system and that what should happen with the player may happen with next component in the audio chain. The audio world is a game, with many surprises on the way, and it depends only on us, if we want to play along. I call it a game, but in practice this is a war with the negative influence of the environment on the audio signal, which must be fought by every mature user. And if satisfactory results cannot be achieved with products from one manufacturer, then you should try another one, with a different approach to the problem. And if we are still not satisfied, we at least gain some experience and our own view on the topic, which is very important for many music lovers. This encounter with the company Franc Audio Accessories is only a small part of what they offer, they have other models of anti-vibration feet and platforms, which can allow to fully enjoy listening to music. But even this short experience shows, that it is worth to get in contact with the manufacturer, to try to understand what he is trying to achieve and what he offers to revive our beloved audio system. I honestly encourage you to verify the described experiences by yourselves.
Jacek Pazio
The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.
Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2; Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i; Acoustic Revive RST-38H; Audio Philar Double Model
Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”
arm: SME V
cartridge: Dynavector XX-2 MK II; London AEC C91E “POD”
– Phonostage: RCM „THERIAA”
Nagrana pod koniec zeszłego roku w Aurora Studio EP-ka wrocławskiej formacji Black Perfume to całkiem energetyczne, rockowe granie okraszone zadziornym wokalem Pauliny Aftanas. Urocze dziewczę wspierane przez grupę zdecydowanie mniej uroczych szarpidrutów to z jednej strony całkiem niezły sposób na sukces a z drugiej … biorąc pod uwagę ilość stworzonych właśnie na tej zasadzie kapel szanse na przebicie się nie należą do najwyższych. Trzeba albo mieć „to coś” wyróżniające z tłumu, bądź grzecznie płynąć z prądem w ławicy podobnych sobie płotek. W przypadku „Histerii” mamy do czynienia, przynajmniej na razie, ze scenariuszem nr.2 – próbie wpisania się w mainstream.
Uzbrojony w dobre chęci przystąpiłem do odsłuchów, serwując sobie wielokrotne odtworzenie, przez co będąc w pełni sił fizycznych (umysłowe z premedytacją pominę) krążek wypadł moim zdaniem dość spójnie, choć trudno byłoby mu nie zarzucić lekkiej monotonii i braku zróżnicowania pomiędzy poszczególnymi utworami. Całe szczęście dość skromna zawartość (5 utworów) nie pozwala na osiągnięcie stanu ewidentnego znudzenia. Jeśli uważają Państwo, że nie da się podobnych zarzutów uniknąć w takim repertuarze jak melodyjny Rock z damskim wokalem to odsyłam do dyskografii The Pretty Reckless i to poczynając od fenomenalnej EPki na jeszcze ciepłym „Going to Hell”. Można? Oczywiście, że można, tylko trzeba „trochę” nad materiałem posiedzieć i zadbać o to, by efekt finalny brzmiał dobrze nie tylko na przenośnych odtwarzaczach i przez radio (coraz częściej internetowe).
Wróćmy jednak na ziemię, Black Perfume dopiero zaczynają swoja przygodę i próbują wypłynąć na szersze wody. Szkoda tylko, ze na „Histerii” trudno wybrać jakiś utwór przewodni i to nie chodzi o to, że musi być to ten tytułowy, lecz po prostu jakikolwiek mogący pełnić rolę „konia pociągowego” całości. Nie ma chwytliwych riffów, wpadających w ucho i niepozwalających zapomnieć o sobie melodii. Mamy za to całkiem strawny materiał, który równie łatwo się słucha, jak i o nim zapomina.
Jeśli zaś chodzi o jakość nagrania to… nie ma się co oszukiwać. „Histeria” brzmi jak typowa EP-ka i niestety nie jest to komplement. Krótko mówiąc im wyższej klasy systemu użyjemy od odtworzenia debiutanckiego krążka Black Perfume, tym więcej mankamentów i niedociągnięć usłyszymy. O ile na niedrogich słuchawkach (Brainwavz HM5) wpiętych w iFi iDACa całość brzmiała całkiem znośnie, to w bardziej dynamicznych fragmentach scena przybierała dość klaustrofobiczne rozmiary. Na zestawie stacjonarnym poprawie uległa szerokość sceny, lecz za to im bardziej zagęszczała się „partytura”, tym dźwięk stawał się bardziej płaski. Głos charyzmatycznej wokalistki tracił na soczystości a sytuacji na pewno nie ratowały irytująco cykające blachy i pozbawione zadziorności partie gitarowe.
Mam cichą nadzieję, że kolejne wydawnictwo przynajmniej od strony realizatorskiej wypadnie lepiej.
Lista utworów:
1. Przypływ Chwil
2. Histeria
3. Słowa
4. Na Nowo
5. Kochaj Albo Giń
Skład zespołu:
Paulina Aftanas – wokal
Marek Blicharski – gitara/wokal
Wojtek Ananas – gitara
Łukasz Wronkowski – bas
Kuba Bagiński – perkusja
Kontakt: www.facebook.com/blackperfumepl
Musical Fidelity wprowadza do swojej oferty kolejne nowe urządzenie. V90-BLU jest zaawansowanym odbiornikiem Bluetooth, zaprojektowanym do przesyłania muzyki ze smartfonów, tabletów oraz komputerów Mac i PC wprost do systemu hi-fi. V90-BLU wyposażony jest w przetwornik C/A, który zapewnia wysoką jakość dźwięku i łatwość połączenia
Konstrukcje Musical Fidelity od zawsze cechuje udane połączenie wysokiej jakości dźwięku i funkcjonalności oraz atrakcyjna cena w stosunku do możliwości. Potwierdzeniem jest V90-BLU, najnowsze urządzenie w portfolio producenta. Ten zaawansowany odbiornik Bluetooth został zaprojektowany tak, aby umożliwić strumieniowy przesył muzyki ze smartfonów, tabletów oraz komputerów Mac i PC wprost do systemu hi-fi, zapewniając przy tym naturalne brzmienie.
Odbiornik Bluetooth wyposażony został m.in. we własny przetwornik cyfrowo-analogowy. Po podłączeniu do zestawu hi-fi, V90-BLU przesyła wysokiej jakości dźwięk z wewnętrznego przetwornika C/A i zaawansowanych stopni wyjściowych. Wymagający użytkownicy mogą także skorzystać z wyjścia cyfrowego, pozwalającego podłączyć jeszcze bardziej zaawansowany zewnętrzny przetwornik cyfrowo-analogowy. Urządzenie wyposażono także w trzy komplety gniazd wejście/wyjście: jedno analogowe i dwa cyfrowe – koncentryczne (Coaxial) i optyczne. Koncentryczne obsługuje sygnały o rozdzielczości aż do 192 kHz, optyczne do 96 kHz.
W analogowym systemie V90-BLU może być podłączony np. pomiędzy źródłem wejściowym i wzmacniaczem. Tryb „bypass” pozostaje aktywny do momentu wykrycia sygnału Bluetooth, po którym następuje automatyczne przełączenie się na źródło bezprzewodowe. Tryb „bypass” działa jednakowo dla obu wejść cyfrowych – optycznego i koncentrycznego. Sygnał z wejść cyfrowych ma priorytet przed tym pochodzącym z wejścia analogowego, ale pozostaje podrzędny w stosunku do sygnału przesyłanego bezprzewodowo. Dzięki temu V90-BLU gwarantuje szybkie i skuteczne połączenie Bluetooth. Atutem V90-BLU jest także możliwość zapamiętania do 16 ostatnio podłączonych urządzeń.
Musical Fidelity V90-BLU jest już dostępny w sprzedaży we wszystkich salonach Top Hi-Fi & Video Design oraz w sklepie internetowym tophifi.pl. Cena detaliczna urządzenia wynosi 1059 zł.
Dane techniczne
Parametry Bluetooth
Zniekształcenia THD (+ szum):< 0,01% (A-ważony)
Odpowiedź częstotliwościowa: +0, -0,1 dB
Separacja: -78 dB
Stosunek sygnał/szum: -80 dB (A-ważony)
Wejścia: 1 x liniowe RCA (Phono), 1 x RCA współosiowe, 1 x optyczne TOSLINK
Wyjścia: 1 x liniowe RCA (Phono), 1 x RCA współosiowe, 1 x optyczne TOSLINK
Wymiary (S x W x G): 170 x 47 x 117 mm
Waga: 0,59 kg
Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej oficjalnego dystrybutora oraz producenta:
www.audioklan.com.pl
www.musicalfidelity.com
Opinia 1
Trwająca blisko cztery lata przebudowa Filharmonii Śląskiej im. Henryka Mikołaja Góreckiego w Katowicach dobiegła końca. Co prawda uroczyste, trzydniowe otwarcie miało miejsce tydzień temu, lecz aby załapać się na otwarte koncerty inauguracyjne, bądź inauguracyjne trzeba było mieć sporo szczęścia, być VIP-em, a najlepiej spełniać oba warunki. Za to w bieżący weekend by na własne oczy i uszy przekonać się na co została przeznaczona kwota ponad 47 mln PLN wystarczyło ruszyć zastane po zimowym letargu kości i pojawić się na ul. Sokolskiej 2 by dołączyć do innych „filharmaniaków” w ramach zorganizowanych przez Filharmonię w dniach 5-6 kwietnia dni otwartych.
Remont zabytkowego (powstałego w 1873r.) budynku objął nie tylko gruntowną renowację i usunięcie powstałych na przestrzeni lat pęknięć, nie zawsze prawidłowo do tej pory naprawianych, szkód górniczych, ale również dobudowanie od ul. Sokolskiej dwóch nowych kondygnacji, odrestaurowanie głównej sali koncertowej na 420 miejsc, nową salę kameralną ze 110 miejscową widownią i recepcyjno-seminaryjną na 40. Nie zapomniano również o tak nieodzownych w nowoczesnych inwestycjach ułatwieniach dla osób niepełnosprawnych (system wind i podjazdów), oraz klimatyzacji.
Dni otwarte rozpoczęło spotkanie z wirtuozem, prof. Julianem Gembalskim, połączone z prezentacją 36-głosowych organów składających się z ok. 2500 cynowych piszczałek i różnych gatunków drewna. Wykonanie tego potężnego, rozłożonego na trzy manuały (główny – Hauptwerk, symfoniczny – Schwellwerk, pozytywu – Positiv) i pedał (zawiera najniższe głosy) instrumentu powierzono niemieckiej firmie Karl Schuke Berliner Orgelbauwerkstatt. System sterowania organami wykonano w tradycyjnej trakturze mechanicznej a jedynie poszczególne głosy uruchamiane są elektromagnetycznie umożliwiając tzw. kombinacje Zetzera.
Nie sposób nie wspomnieć o nowo zakupionym fortepianie Steinway&Sons model D-274 (wybranym spośród sześciu sztuk dostarczonych na testy) charakteryzującym się nie tylko potężnym dźwiękiem, ale i właściwą dla tego producenta bogatą paletę barw. Z resztą każdy mógł na własne uszy przekonać, się o klasie instrumentu podczas próby otwartej Chóru Filharmonii Śląskiej pod dyrekcją Jarosława Wolanina. Pomimo nieformalnego charakteru prób wokaliści nie mogli liczyć na taryfę ulgową i tłumnie zgromadzona publiczność była świadkiem wielu szczegółowych instrukcji wydawanych poszczególnym sekcjom.
Jedną z licznych atrakcji był „polowy” warsztat lutniczy Pana Arkadiusza Gromka. Elementy „pudeł” wykonywane są z drewna jaworowego a płyty górne ze świerkowego. Widoczną na zdjęciach zrobiono z jednego kawałka świerka alpejskiego o bardzo drobnym usłojeniu. Pan Arek z łagodnym uśmiechem i stoickim spokojem odpowiadał na setki pytań potrafiąc skupić uwagę tłumnie przybyłej, rozbrykanej dziatwy przedszkolno-szkolnej oraz będących w zdecydowanie poważniejszym wieku dorosłych.
Z ciekawostek – używana przez Pana Gromka japońska piła tnie jedynie podczas ruchu powrotnego a nie jak to ma miejsce w przypadku narzędzi europejskich i amerykańskich podczas ruchu do przodu, bądź w obu. Powodem jest większa dokładność, jaką można w ten sposób osiągnąć.
Nie zabrakło też audiofilskiego akcentu, gdyż rezydujący nieopodal katowicki RCM w znajdującej się na IV piętrze sali prób Śląskiej Orkiestry Kameralnej zaprezentował iście high-end’owy system audio racząc zwiedzających klasycznym repertuarem obfitującym w prawdziwe perły światowej fonografii wydane na płytach winylowych. W przeciwieństwie do bywalców wszelakiej maści branżowych wystaw/targów audio przeważającą część widowni stanowiły osoby skupione przede wszystkim na pięknie muzyki, w dalszej kolejności zainteresowane zaawansowaniem technologicznym użytego do reprodukcji sprzętu. Jednak możliwość niemalże bezpośredniego (różnica dwóch pięter) porównania muzyki granej na żywo i z systemu audio okazała się na tyle intrygująca, że pytania dotyczące gramofonu (TechDAS Air Force One z ramieniem SME V uzbrojonym we wkładkę Sheltera), oraz pozostałe elementy toru (phonostage RCM TheRIAA, przedwzmacniacz Thrax Dionysos, hybrydowe monobloki Thrax Heros + Gauder Akustik BERLINA RC 9) pojawiały się praktycznie przy każdej zmianie strony płyty. A właśnie, filharmoniczny pokaz miał zdecydowanie spokojniejszy, w porównaniu z np. Audio Show charakter, gdyż wszystkie płyty grane były w całości, więc rozmowy prowadzono bądź to podczas zmiany płyty/strony, bądź niecierpiące zwłoki dylematy wyjaśniano w kuluarach.
Tego typu wydarzenia kulturalne niezwykle nas cieszą i podnoszą na duchu, gdyż nie tylko rozwijają wrażliwość słuchaczy w tym przerażająco zmacdonaldyzowanym świecie, lecz również odzierają tzw. kulturę wyższą z demonicznych szat niedostępności i pseudo elitarności. Serdecznie dziękując za zaproszenie z uwagą będziemy śledzić repertuar katowickiej filharmonii starając się pojawiać, gdy tylko będzie ku temu okazja.
Ps. Jeśli zaś chodzi o frekwencję, to ze wstępnych danych jakimi dysponował organizator w niedzielne popołudnie, kasy wydały blisko 3000 okolicznościowych (darmowych) biletów a trzeba brać pod uwagę fakt, iż spora część odwiedzających nie zawracała sobie głowy takimi drobiazgami i do kas nie podchodziło.
Kontakt: http://www.filharmonia-slaska.eu/
Marcin Olszewski
Opinia 2
Pierwszy weekend kwietnia (5-6) zarezerwowaliśmy sobie z Marcinem na wyjazd do Katowic, gdzie w ramach dni otwartych odbyło się uroczyste oddanie dla publiczności, świeżo wyremontowanej Filharmonii Śląskiej im. Henryka Mikołaja Góreckiego. Mnogość atrakcji, jakie zaproponowali organizatorzy imprezy, pozwalała spędzić w pachnącym nowością gmachu praktycznie cały dzień, nawet przez moment się nie nudząc. Dla uniknięcia przeoczenia ważnych dla tej instytucji kulturalnej informacji, gospodarze wyznaczyli kilka osób, zajmujących się oprowadzaniem i wyjaśnianiem do czego służą oglądane pomieszczenia, organizującym się przy wejściu grupom zwiedzających. A były ich nieprzebrane ilości, od stałych bywalców, po nowowprowadzany w kanony wyższej kultury narybek – młodzież. Będąc na owej imprezie niejako w pracy – jakże przyjemnej, ale pracy, widziałem tłumy przedstawicieli pełnej palety wiekowej, od seniorów, po ciekawe świata dzieci. Oczywiście generowało to spory szum tła, utrudniający skupienie się przybyłych gości na zaproponowanych panelach dyskusyjnych, prezentacjach nowych – a posłuchawszy kilku taktów stwierdzam, że wspaniale brzmiących organów, czy otwartej próbie chóru. Niestety zdając sobie sprawę z typowych dla takich pokazów warunków, wszyscy dzielnie znosili, lekko utrudniający percepcję dochodzących ze sceny dźwięków, wszechobecny hałas. Ale czego nie robi się dla krzewienia kultury w narodzie. Jeśli ktoś był nastawiony pozytywnie, a sądzę, że na pewno większość tak, skorzystał z tego dwudniowego spotkania i wróci na salę koncertową, wybierając coś ciekawego dla siebie z bogatego repertuaru filharmonii.
W obszernych holach gmachu rozstawiono kilka stoisk z drobnymi pamiątkami Filharmonii Śląskiej, Polskiego Wydawnictwa Muzycznego i krajowej manufaktury produkującej instrumenty muzyczne – obecna na otwarciu, specjalizowała się w wytwarzaniu skrzypiec, co można było obejrzeć na własne oczy, w zaimprowizowanym warsztacie lutniczym. Bardzo pouczająca prezentacja, pokazująca niebagatelne umiejętności i wkładany trud podczas procesu powstawania.
Oczywiście nie mogę zapomnieć o „naszym”- stricte audiofilskim wydarzeniu, jakim była odsłona systemu opartego o płytę winylową. Na tę, co by nie mówić, dość ważną w historii Filharmonii Śląskiej imprezę został zaproszony Pan Roger Adamek – RCM. Chcąc sprostać prestiżowi świętującej instytucji, stanął na wysokości zadania i skonfigurował set, jaki wielu słuchaczy zapamięta na długo i raczej nie przez pryzmat ceny, tylko zaprezentowanych wartości sonicznych. Nie będę wdawał się w opisy wrażeń tego pokazu, tylko w skrócie wspomnę o jego najważniejszych składowych. Jako źródło posłużył, niedawno debiutujący na naszym rynku gramofon, kończący poszukiwania według mnie w tym dziale – przybyły z Japonii Air Force One marki Tech Das, wyposażony w brytyjskie ramię SME V i również niedawno zaistniałą u nas angielską wkładkę firmy Shelter. Wzmocnieniem zajął się mało jeszcze znany w Polsce, a prezentujący duże pokłady barwy i mocy bułgarski Thrax (zaskoczenie co?), a na końcu łańcucha tego wysublimowanego zestawienia, stanęły niemieckie kolumny Gauder Acoustik w modelu Berlina RC9, z obsługującymi górne i środkowe pasmo diamentowymi głośnikami. Okablowaniem zajęło się duńskie Argento Audio. Jak widać po tej liście, połowa komponentów, to nowości, ale tak umiejętnie dobrane, że nie wierzę w słowa, które teraz napiszę. Krążąca w kuluarach wielu wystaw audio opinia, o zbyt otwartym dźwięku podobnych zestawień (czytaj lekko natarczywym ze względu na kolumny) została obalona i mówię to ja, audiofil przedkładający barwę nad analityczność. Nie myślałem, że kiedyś to napiszę, ale tylko krowa nie zmienia zdania, a że słyszę pozytywną zmianę w nasyceniu (wzmocnienie) i szlachetności (diament) przekazu muzycznego, bez większej szkody dla swoich poglądów o tym informuję. Aby przekonać się o usłyszanych przeze mnie aspektach, trzeba tego zestawu posłuchać, jednak jeśli ktoś jest w okresie wymiany urządzeń i dysponuje „niestety” sporą wolną gotówką, może mieć niezły orzech do zgryzienia.
Ale wystarczy o naszym podwórku, ma być o „Dobrze Narodowym”, a nie prozie życia codziennego wiecznie poszukującego nirvany audiofila. Mimo, że byliśmy z Marcinem tylko kilka godzin, udało mi się posłuchać spotkania autorskiego z wirtuozem prof. Julianem Gembalskim i jego prezentacji 36 – głosowych organów. Pasja, z jaką opowiadał o założeniach i procesie ich powstawania, przykuła do foteli wielu przechodzących ukradkiem gości. Jeśli ktoś opowiada z taką charyzmą, potrafi przekonać do siebie nawet niespecjalnie zainteresowanego słuchacza. Ja nie należąc do tej grupy słuchałem opowieści z dużym zaciekawieniem, a przerywające monotonię rozmów zagrane z mistrzowską wirtuozerią na omawianym monumentalnym instrumencie kompozycje, były swoistą wisienką na torcie. Inną, bardzo interesującą atrakcją, na której miałem przyjemność spędzić dobrych kilkanaście minut, była próba chóru w warunkach bojowych. Tak tak, biorąc pod uwagę dobiegający zza otwierających się notorycznie drzwi hałas, dla śpiewaków było to coś w rodzaju poligonu, w którym musieli się odnaleźć i z powodzeniem wyszli z tego obronną ręką. Nie opiszę wszystkich dwudniowych atrakcji, ale te wybiórczo odwiedzone i zgrubnie opisane, powinny nakreślić całe to weekendowe spotkanie w Filharmonii Śląskiej, w jasnych, przyjaznych dla melomanów barwach. Kto był, ten jest bogatszy o nowe doświadczenia, a kto się nie wybrał z miliona nasuwających się podczas decyzji przyczyn, niech żałuje. Ja pokonawszy z Marcinem dystans 330 kilometrów w jedną stronę, stwierdzam, że mimo wyczerpującej podróży, warto było zakosztować gościny, w jednym z narodowych ośrodków kultury Górnego Śląska.
Jacek Pazio
Warszawa, 4 kwietnia 2014 r. — Firma Bose wprowadza na rynek trzy modele słuchawek, które łączą legendarną jakość Bose z nowym stylem marki. Słuchawki douszne FreeStyle™, słuchawki nauszne SoundTrue™ i słuchawki wokółuszne SoundTrue™ zostały zaprojektowane z myślą o zapewnieniu tego, co najlepsze: głębokiego i czystego dźwięku, wyjątkowej wygody i wytrzymałości, a teraz również większej liczby wzorów i kolorów.
Słuchawki douszne FreeStyle™ oraz słuchawki nauszne i wokółuszne SoundTrue™ wyposażone zostały w strukturę akustyczną Bose® TriPort® zastosowaną w poprzednich modelach, która zapewnia głębokie basy, czysto brzmiące wysokie tony oraz płynne, wierne odtwarzanie wokalu i instrumentów. Technologia TriPort® eliminuje potrzebę sztucznego wzmacniania basów, dzięki temu muzyka — każdego rodzaju — brzmi tak, jak powinna: naturalnie, realistycznie i zgodnie z nagraniem.
„Przez ponad 30 lat prowadziliśmy badania związane ze słuchawkami, podczas których przyświecał nam jeden cel: oferowanie klientom większego komfortu użytkowania” — powiedział Sean Garrett, vice president Bose Noise Reduction Technology Group. „Obecnie uznana marka Bose zyskała nowe oblicze, co stanowi kolejny rozdział w historii słuchawek Bose. Przykładamy równie wielką wagę do kolorów, dopasowania i wykończenia, jak wcześniej do technologii audio, tak aby słuchawki SoundTrue i słuchawki FreeStyle były dostosowane do potrzeb naszych klientów. Wystarczy je założyć i wybrać playlistę, by przekonać się o tym osobiście”.
Słuchawki FreeStyle™ i słuchawki SoundTrue™ są wyposażone w kablowy pilot i mikrofon, który jest kompatybilny z większością modeli iPhone®, iPad® i iPod®, dzięki czemu użytkownik może prowadzić rozmowy telefoniczne bez użycia rąk oraz z łatwością przełączać się pomiędzy rozmowami a odtwarzaniem muzyki i innych treści dostępnych na urządzeniu mobilnym. W zestawie znajduje się również dopasowany kolorystycznie futerał zapewniający dodatkową ochronę słuchawek podczas podróży.
Słuchawki FreeStyle™
Słuchawki douszne FreeStyle™ są dostępne w kolorach: indygo i lodowy błękit. Słuchawki zostały wyposażone w zastrzeżone końcówki Bose® StayHear® w trzech rozmiarach. Silikonowa końcówka zapewnia trwały kontakt z małżowiną uszną, dopasowując się do jej kształtu co zapewnia stabilność i komfort. Porty akustyczne są pokryte hydrofobową tkaniną, która nie dopuszcza wilgoci, a kable zaprojektowano pod kątem wysokiej wytrzymałości.
Słuchawki SoundTrue™
Firma Bose oferuje słuchawki nauszne i wokółuszne SoundTrue™ w kolorze czarnym, białym i miętowym oraz w wariantach dwukolorowych: fioletowo-miętowym (wyłącznie słuchawki nauszne) oraz czarno-miętowym (wyłącznie słuchawki wokółuszne). Zostały one wyposażone we wzmocniony pałąk nagłowny, wyłożony miękką poduszką oraz dopasowane kolorystycznie piankowe muszle słuchawkowe, co zapewnia komfort noszenia. Słuchawki wokółuszne SoundTrue™ składają się na płasko, słuchawki nauszne SoundTrue™ również posiadają możliwość złożenia, co ułatwia ich transport. Słuchawki są lekkie i zaprojektowane pod kątem wysokiej odporności na trudy codziennego użytkowania.
Ceny i dostępność
Słuchawki douszne Bose® FreeStyle™ będą dostępne w rekomendowanej cenie detalicznej 549 PLN; słuchawki nauszne Bose® SoundTrue™ będą dostępne w rekomendowanej cenie detalicznej 759 PLN; a słuchawki wokółuszne Bose® SoundTrue™ będą dostępne w rekomendowanej cenie detalicznej 759 PLN. Słuchawki będą dostępne od 8 maja 2014r. w sklepach Bose i u autoryzowanych dealerów Bose. Będzie można je również kupić na stronie Bose.pl lub dzwoniąc pod nr telefonu (48)22 853 0031.
Opinia 1
O tym jak łatwo paść ofiarą obiegowych opinii, prawd objawionych i stereotypów pisałem nie raz i nie dwa. Równie łatwo, choć niekoniecznie etycznie, jest dawać rady innym, gdy samemu ma się co nieco za uszami. Cóż jednak począć, jeśli od maleńkości słyszy się, że w tzw. „Stanach” wszystko jest „naj”: największe, najlepsze, najszybsze, naj, naj, naj i to niezależnie, czy mówimy o motoryzacji, czy o BBQ i stekach. Co prawda od czasu do czasu rodzi się w człowieku odrobina zwątpienia i próbuje empirycznie zbadać powyższe oczywistości i tak też było w moim przypadku. Amerykańskie porcje żywnościowe skutecznie wyleczyły mnie z myśli o jakiejkolwiek diecie a kontakt z zagadnieniami zdecydowanie bardziej związanymi z tematyka naszego portalu jak kable (MIT, Acoustic Zen), elektronika (Jeff Rowland, McIntosh, ModWright), czy kolumny (Hansen, Rockport Technologies, Zu) tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że wszystko jest OK. Tam po prostu tak jest i nie ma co kombinować. Ot duże „zabawki” oferujące duży dźwięk. Tak też miało być i tym razem. Po krótkich i treściwych rozmowach z krakowskim Chillout’em stanęło na niewielkich, jak na amerykańskie standardy, podłogówkach – EgglestonWorks Fontaine Signature.
Zgodnie z informacjami podanymi na stronie dystrybutora „początkowo kolumny Fontaine Signature zostały zaprojektowane jako małe monitory, mające na celu idealnie wpasować się w małe pomieszczenia.” I to spokojnie można byłoby uznać za całkiem rozsądny wstęp do dalszych dywagacji, gdyby nie rzut oka w odmęty internetu na pochodzącą z 2001 r. zamieszczoną w „The Stereo Times” recenzję „zwykłej” wersji Fontaine autorstwa Henry’ego Wilkenson’a. Prawdę powiedziawszy zamieszczone tam zdjęcie dość masywnie wyglądających, blisko 32 kg., przysadzistych „katafalków” nie wskazywał na nawet najmniejsze konotacje z jakimkolwiek znanym mi monitorem. Nie bądźmy jednak małostkowi, w końcu na upartego Dodge’a Challenger’a Redline z HEMI V8 na pokładzie też możemy uznać za małolitrażowe autko miejskie.
Dostarczona do testu para Fontaine Signature prezentowała się zdecydowanie powabniej od swoich lekko nieokrzesanych pod względem wizualnym protoplastów, choć pierwszy z nimi kontakt dla miłośników harmonii i seksownych krągłości może być delikatnym szokiem estetycznym. Nie ma co ukrywać, że projektanci z EgglestonWorks postawili na swoistą oryginalność przejawiającą się pewną surowością i kanciastością formy. Całe szczęście ocenę projektu plastycznego pozostawiam indywidualnej weryfikacji, za to śmiało mogę powiedzieć, iż metaliczna, ciemnografitowa (dostępna jest również metaliczna czerń) powłoka lakiernicza pokrywająca te pochodzące z Tennessee kolumny zasługuje tylko i wyłącznie na superlatywy. Trudno się z resztą temu dziwić, skoro na obudowy w procesie produkcyjnym są najpierw nanoszone trzy warstwy koloru a następnie cztery warstwy transparentnego lakieru. Jako dodatkową ciekawostkę mogę podać fakt, iż dokładnie taki sam kolor można wybrać podczas konfiguracji … Porsche. Jeśli więc szukają Państwo głośników dopasowanych do ulubionego turladełka to … warto, nawet niezobowiązująco, rzucić uchem.
Industrialność designu podkreślają zarówno lekko pochylone ściany przednie i tylne, jak i ekstrawagancko „obciosana”, przycięta na płask część górna kolumn. Kołnierze koszy wysokotonowca, oraz dwóch intrygująco połyskujących membranami przetworników nisko – średniotonowych przykryte zostały grubym płatem szczotkowanego aluminium a tekstylny tweeter w ramach dodatkowej ochrony otrzymał trójramienny, druciany „kaganiec”, mogący się fanom motoryzacji kojarzyć z logiem Mercedesa. Nie zapomniano również o mocowanej za pomocą niewielkich magnesów maskownicy. Jak się okazuje zastosowane komponenty dobrano z rozmysłem i prawdopodobnie za plecami księgowych, gdyż nie dość, że zdecydowano się na 1” Esotara Dynaudio i 6” węglowe Morele to w zwrotnicy wykorzystano kondensatory Mundorf’a. Całość pracuje w układzie dwudrożnym z punktem podziału przypadającym na 3kHz i wspomaganiem podwójnym bass refleksem ulokowanym na tylnej ścianie. Dość pokaźną, jak na tak niewielkie gabaryty, wagę tłumaczy również solidność obudów wykonanych z klejonego MDFu o łącznej grubości przekraczającej 3 cm. I jeszcze jedno – dostęp do trzewi uzyskać można przez odkręcaną płytę dolną. Lecz aby tego dokonać oprócz standardowego wkrętaka krzyżowego umożliwiającego usunięcie ochronnego płata tworzywa sztucznego przyda się „długa” nasadowa 14-ka, bez której praktycznie nie ma szans na wykręcenie potężnych śrub ukrytych wewnątrz nagwintowanych nóżek, w które można wkręcić znajdujące się w komplecie eleganckie kolce.
Jedynym mankamentem, którego nie mogę pominąć są nie dość, że zaskakująco mikre, to jeszcze schowane wewnątrz głębokiego podfrezowania terminale głośnikowe irytująco utrudniające życie posiadaczom grubego, sztywnego i zakonfekcjonowanego szerokimi widłami okablowania.
Ponieważ, tak jak już zdążyłem wspomnieć wcześniej, Eggleston’y należą do konstrukcji z wylotami układu bass refleks ulokowanymi na tylnej ściance, na wstępie testów dałem sobie i im czas na znalezienie optymalnej pozycji względem odległości od ściany znajdującej się za nimi. Jak nader szybko miałem okazję się przekonać, co z resztą potwierdziły zalecenia producenta, Fontaine Signature nie tylko nie są wybredne, jeśli chodzi o ich usytuowanie, co wręcz preferują bliskość powierzchni wspomagających reprodukcje najniższych składowych. Drugą kwestią, którą warto poruszyć jest zapewnienie odpowiedniej, czyli odpowiednio wydajnej zarówno pod względem mocowym, jak i prądowym, amplifikacji. Co prawda producent litościwie wspomina o min. 50W, co przy 88dB/8Ω wydaje się całkiem rozsądną wartością, jednak odsłuchy prowadzone z użyciem dysponujących 120W/8Ω Electrocompanietem ECI5 i 300W /8 Ω 625-ką Jeff’a Rowland’a nad wyraz jednoznacznie wykazały, że podwojenie zalecanej wartości minimalnej jest nawet nie tyle wskazane, co konieczne. Oczywiście powyższe stwierdzenie dotyczy sytuacji, w której Egglestone’om przyszło grać w 20 metrowym pomieszczeniu i bardzo możliwe, że dysponując 14-18 metrowym pokojem spokojnie będzie można zejść z mocą amplifikacji.
Otrzymawszy do testów w pełni wygrzaną parę, mającą na swoim koncie nawet nie steki a tysiące przepracowanych godzin, proces akomodacji ograniczyłem raptem do kilku dni. Tym razem nie chodziło o jakieś specjalne „układanie” się kolumn w systemie, lecz raczej o znalezienie opisanego powyżej optymalnego ich ustawienia, by podczas krytycznych odsłuchów już z kolumnami po pokoju nie jeździć.
Pierwszą i jak się miało później okazać wcale nie jedyną niespodzianką była zaskakująca zwiewność, eteryczność reprodukowanych przez Eggleston’y dźwięków. Zamiast zgodnej z rodowodem iście hollywoodzkiej spektakularności akcent został położony na liryczną stronę muzyki. Poczynając od niewielkich jazzowych składów w stylu Arilda Andersena na albumie „Mira”, poprzez „Faithful” Marcin Wasilewski Trio i na kipiącym heavymetalową energią doładowaną potęgą orkiestry symfonicznej „S&M” Metallicy kończąc przekaz pozostawał całkowicie pod kontrolą elegancji i akuratności. Taki sposób prezentacji przypominał nieco manierę środkowych modeli zintegrowanych wzmacniaczy Accuphase’a, gdzie liczy się wysublimowanie i umiar a drzemiące w muzyce emocje dozowane są w taki sposób, by słuchacz przypadkiem zbytnio się nimi nie zafrapował. Nie chodzi bynajmniej o to, że mamy do czynienia z bezdusznym i asekuracyjnym graniem, lecz osoby szukające gwałtownych niczym wiosenna burza uniesień, targających sercem i trzewiami emocji i zapierającego w piersiach basu z Fontaine Signature raczej go nie osiągną. Nie twierdzę bynajmniej, iż jest to niemożliwe, lecz ani z ECI, ani z dzielonym Jeffem takich zjawisk nie dane mi było doświadczyć. W zamian za to mogłem leniwie wyciągnąć się w fotelu i pozwolić, by dobiegające uszu eleganckie dźwięki koiły me skołatane troskami dnia codziennego nerwy.
Wysokie tony były jedwabiście gładkie i idealnie zszyte z resztą pasma. Nie tracąc nic z rozdzielczości ukierunkowane jednak były na szeroko rozumianą śmietankowo – kremową muzykalność, aniżeli ofensywne próby zwrócenia uwagi poprzez epatowanie przeostrzonymi detalami. Ich analityczność można spokojnie uznać za satysfakcjonującą i przestać zawracać sobie nią głowę.
Poprzez zastosowanie dość „egzotycznego” materiału membran średnice i bas charakteryzowały niezwykła zwinność i zdolność do błyskawicznego oddania nawet najbardziej zaskakujących transjentów. Każde uderzenie palca, bądź kostki o strunę, każde trącenie talerzy, bądź innych perkusyjnych przeszkadzajek oddawane były w trybie natychmiastowym sprawiając, iż najbardziej karkołomne popisy instrumentalistów pozostawały wzorcowo czytelne. Gdybym jednak miał szukać dziury w całym, to z chęcią dodałbym szczyptę emocjonalnego dopalenia i soczystości. Może i preferowany przez Egglestone’y sposób grania był neutralny i dążący do pełnej transparentności, lecz osobiście nie miałbym nic przeciw lekkiemu oszustwu i sprawieniu, że całość była by bardziej spontaniczna, podkręcona. A tak niby wszystko było OK., ale …. I właśnie tego „ale” chciałbym po prostu uniknąć.
Stabilność sceny określiłbym jako dobrą, choć kreślone lekką kreską kontury źródeł pozornych i brak fundamentu w postaci najniższego basu przypominały efekt uzyskiwany z reguły przy pomocy niewielkich monitorów a nie ponad 30 kg. podłogówek. Niezaprzeczalną zaleta takiego stanu rzeczy było za to natychmiastowe znikanie kolumn i nad wyraz sympatyczna przestrzenność i tzw. napowietrzenie dźwięku.
Patrząc z perspektywy czasu EgglestonWorks Fontaine Signature wydają się być niemalże całkowitym zaprzeczeniem stereotypu amerykańskiego typu grania utożsamianego z rozbuchaną, potężneą i spektakularną manierą reprodukcji dźwięku. Dzięki temu, łamiąc konwenanse stają się wielce ciekawą propozycją na rynkach europejskich i azjatyckich, gdzie cena metra powierzchni mieszkalnej przyprawia o ciężką migrenę a „duże” pokoje często rozpoczynają się od 15 mkw. Najwidoczniej w Stanach panuje moda nie tylko na kontynentalne uczelnie, ale powoli próbuje się zaadaptować rodzimą myśl techniczną do niemieckich, brytyjskich, czy polskich metraży.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Chillout Studio
Cena: 32 500 PLN (Para)
Dane techniczne:
Tweeter: 1” tekstylny
Przetworniki średnio-niskotonowe: 2 x 6” przetwornik z włókna węglowego
Pasmo przenoszenia: 35Hz – 24,000Hz (-3dB)
Efektywość: 88dB
Impedancja: 8 Ω nominalna, 5 Ω minimalna
Wymiary (WxSxG): 104 x 24 x 34 cm
Waga: 32 kg szt.
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: dwusilnikowy Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + zasilacz Transrotor Konstant M-1 Reference
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI 5
– Przedwzmacniacz: Jeff Rowland Corus
– Końcówka mocy: Jeff Rowland 625
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + przewód LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinia 2
Z uwagi na dość rzadkie wizyty w naszych progach zestawów głośnikowych, z niekłamaną radością przyjęliśmy propozycję, przetestowania amerykańskich kolumn zamkniętych w wymyślnych obudowach. Jak wspominałem przy okazji opisu amplifikacji Jeffa Rowlanda, projekt plastyczny ma duże znaczenie, jednak jeśli chodzi o zestawy głośnikowe, jest kilka szkół definiujących kształt ich brył. Jedni zaczynają od wizualizacji, dostosowując współgrające z pomysłem komponenty generujące „sound”, inni zaś zakładając taki, a nie inny komplet przetworników, komputerowo symulują najlepsze dla ich pracy gabaryty obudów. Niemniej jednak wszyscy mają jeden cel – dążą do ideału, jakim jest utopia, czyli odwzorowanie muzyki na żywo. Nie wiem jaki klucz w procesie wizualizacji przyświecał w tym przypadku, ale wyciągnąwszy kolumny z kartonów, efekt pracy projektantów przyjąłem z może nie euforycznym „łał”, tylko stonowanym „jest przyzwoicie” (kwestia gustu), ale za to wykończenie znacznie pobudziło moje wysublimowane pokłady estetyki, potwierdzając tym punktem ich aspiracje do miana High-End’u. Tym krótkim wstępem, z wielką przyjemnością przedstawiam kolejnego w ostatnim czasie przybysza zza oceanu – markę EgglestonWorks, w postaci kolumn Fontaine Signature.
Moje wstępne stonowane wrażenia organoleptyczne, mocno dowartościował sznyt końcowy dostarczonych konstrukcji, a mianowicie wykończenie w lakierze „czarny metalik z palety samochodowej marki Porsche”, który mimo dość kanciastych kształtów górnych krawędzi obudów, daje poczucie dystyngowanego szyku całości projektu. To są kolumny, które oprócz walorów użytkowych posiadają cechy wykwintnych, pięknie prezentujących się, na wzór instrumentu klawiszowego, mebli i spokojnie wpiszą się w większość zastanych pomieszczeń odsłuchowych. Jednak nie jest to najistotniejszy element ich bytu, dlatego wrócę do dalszego opisu budowy. Fontaine Signature to delikatnie przekraczające metr wysokości pochylone do tyłu konstrukcje ze znajdującym się na szczycie głośnikiem wysokotonowym i usytuowanymi poniżej dwoma sześciocalowymi średnio-niskotonowcami. Zestaw przetworników zamocowany jest na wkomponowanej w przednią ściankę płytę drapanego, anodowanego na czarno, przykręconego sześcioma śrubami, owalnego płata aluminium. Jak wspomniałem, górna część obudowy jest przycięta kilkoma skośnymi płaszczyznami, które mogą być jedynym spornym punktem ogólnego wyglądu, ale możliwe, że są skutkiem kompromisów związanych z podstawowym ich zadaniem – dźwiękiem. Na tylnej ściance znajdziemy dwa niewielkie otwory bass refleks, a w dolnej części umieszczone w zagłębieniu pojedyncze terminale przyłączeniowe (mogłyby być szerzej rozstawione). Żadnych zbędnych fajerwerków, tylko prostota w połyskującym samochodowym czarnym metaliku. Konstruktorzy przewidzieli osłony na głośniki, ale do recenzji nie zostały dostarczone i próbując zwizualizować sobie ten pomysł stwierdzam, że gołe fronty są chyba lepszym rozwiązaniem. Tym bardziej, że jako zabezpieczenie przed przypadkowym kontaktem, wysokotonówki zaopatrzono w trójnogie, druciane pająki ochronne, które jeśli ktoś ma takowe życzenie, można spokojnie zdemontować. Producenci wiedząc o zbawiennym wpływie wkręcanych w dolne płaszczyzny kolców, przewidzieli takowe w komplecie, czym spełnili najbardziej wyszukane zachcianki potencjalnego nabywcy. Mając załatwioną sprawę wizji lokalnej, przystąpiłem do prozaicznej, ale warunkującej byt amerykańskich produktów czynności odsłuchowej.
Przesiadka na zdecydowanie niższe pułapy często ciągnie za sobą spory czas akomodacji i tak też było tym razem. Pewne wzorce są zarezerwowane dla wysublimowanych konstrukcji, jednak jeśli bierzemy na odsłuchy coś z niższej półki, nie można wymagać cudów i należy ustawić próg wymagań na odpowiednim poziomie. Proszę nie odebrać źle tego wprowadzenia, gdyż staram się jedynie, uczulać wszystkich przed pochopnymi, zbyt szybkimi ocenami słuchanych urządzeń. Inną ważną sprawą przed formowaniem jakichkolwiek wniosków, jest zapewnienie jak najlepszych warunków pracy, a nie powielanie wyświechtanych sloganów w stylu „jak coś jest dobre, to zagra z byle czym”. Oczywiście, że zagra, tylko czy na maksimum swoich możliwości? Przykładem potwierdzającym moje dywagacje są opisywane kolumny. Wypinając referencyjne zestawy głośnikowe, miałem do wyboru dwa komplety okablowania – zestaw Bravo’ Consequence tego wymaga, a wiedząc, że w większości przypadków lepiej wypada model Exquisite, zostawiłem go jako pewnik powodzenia tej kombinacji. Tymczasem kilkugodzinne odsłuchy amerykańsko-japońskiego mariażu, nie przynosiło spodziewanych pozytywnych wrażeń. Nie było źle, tylko coś nie do końca iskrzyło (było mocno za szczupło), a że nie lubię się męczyć słuchaniem, stwierdziwszy pewne braki w masie przekazu, zamieniłem głośnikowce na model SLC i wszystko zaczęło układać się w przyzwoitą całość. Zastosowane jako drugie druty Harmonixa, dociążają przekaz, co Egglestony przyjęły z ulgą, a biorąc pod uwagę dużą rozdzielczość mojej elektroniki, ten ruch jawił się jako niezbędny i tak zostało do końca testu. Gdy dobrany zestaw zaczął pokazywać pozytywne aspekty brzmienia, zacząłem penetrować zbiory pod kątem repertuaru do recenzji.
Tak się złożyło, że wizyta Amerykanów zbiegła się z testem wkładki gramofonowej i na moim Feickercie wisiał cartridge, nowowprowadzanej na nasz rynek marki London Audio Engineering Components (test). Wszystkie modele to wysoko-poziomowe MC, charakteryzujące się eliptycznym szlifem, który w tym wydaniu gra nieprzyzwoicie nasyconą barwą i sporym ciężarem dźwięku, prezentując tym kwintesencję mięsistości analogu. Gdy zaobserwowałem lekką zwiewność recenzowanych kolumn (mimo korekty kablami), nawet przez chwilę nie zawahałem się, czy start testu od źródła drapiącego czarne płyty, będzie dobrym posunięciem i na talerzu wylądował krążek Johna Coltrane’a w Quartecie z projektem „Ballads” z 1961 roku. Ta spokojna naładowana dużą dawką emocji muzyka, okraszona pięknym barwowo saksofonem Johna w akompaniamencie reszty zespołu, pozwoliła wyłuskać z amerykańskich kolumn to, co mają najlepszego do zaoferowania. Rozpiętość sceny w szerz i głąb była bardzo dobra i każdy muzyk miał swój nienaruszalny obszar wirtualnego świata. Otwartość i swoboda grania, dawała poczucie oddechu w muzyce, na co zawsze staram się zwracać uwagę. Niemałą zasługą takiej prezentacji jest łatwość ustawienia paczek zza oceanu w optymalnym miejscu odsłuchowym, co zajęło mi dosłownie kilka minut, a to nie zawsze jest takie proste, czego miałem okazję doświadczyć z kolumnami Audio Soulutions. W przypadku kłopotów z uzyskaniem zadowalających efektów budowania sceny spektaklu muzycznego, stary wyjadacz zawsze sobie poradzi, ale ktoś mniej zaprawiony w bojach, może manierę skrupulatnego umiejscowienia słuchanych głośników zakwalifikować jako porażkę. Dlatego łatwo ustawialne generatory fal dźwiękowych, prawdopodobnie szybciej znajdą potencjalnego nabywcę i do takich należą amerykańskie produkty. Z uwagi na fakt dość leciwej kompilacji Quartetu Coltrane’a, poszukałem czegoś świeższego, co mogłoby dać wgląd w inne aspekty dobiegających do mych uszu drgań cząstek powietrza i nastała era bluesa. Bywający u nas na jesiennych wystawach audio panowie: Wolfgang Bernreuther i Rudi Bayer zrealizowali wespół z przykładającą dużą uwagę do jakości nagrania firmą Cleraraudio krążek „Brothers & Frends”. Materiał źródłowy na tym poziomie, pozwala na swobodne formowanie wiążących wniosków o grającym sprzęcie. Po potwierdzeniu zachowania jakości sceny, tym razem szczególną uwagę zwróciłem na zakresy częstotliwościowe. Tutaj było trochę inaczej niż bym tego osobiście oczekiwał, a mianowicie, mimo próby podgrzania atmosfery gry (przewód SLC), nadal odczuwałem zbytnią zwiewność muzyki. Może jestem trochę przeczulony na tym punkcie, ale przesłuchawszy na swej drodze audiofila sporo kombinacji sprzętowych, wiem, że mogłoby być trochę gęściej na środku i grubiej w dole pasma, przy pozostawieniu góry bez ingerencji. Dla kogoś przedkładającego szybkość nad kolor, prawdopodobnie taka polaryzacja barwy będzie strzałem w dziesiątkę, niemniej jednak muśnięcie w dół, na pewno by nie zaszkodziło. To oczywiście jest łatwe do skorygowania dobraniem odpowiedniej elektroniki, która już z pułapu cenowego testowanych kolumn zachowa się całkowicie inaczej niż moja, ale ja mam opisać sygnaturę brzmienia w miarę neutralnie w stosunku do mojego wzorca, a ostatni szlif w docelowym secie należy do klienta. Wracając do popisów muzyków, muszę stwierdzić, iż mimo lekkiego odchudzenia nadal prezentowali się bardzo atrakcyjnie, gdyż ten niby mankament pozwolił na dogłębne wejrzenie w grę instrumentów i ocenę wirtuozerii władania nimi. Ta druga, potwierdzająca wstępne spostrzeżenia płyta, przemknęła niczym piorun i chcąc sprawdzić jak Egglestony różnicują nagrania, wybrałem krążek Kari Bremnes pt. „You’d have to be here”. Mocno osadzona w basie kompilacja pokazała umiejętności soczystszej prezentacji, czym utwierdziła m nie w przekonaniu, że kolumny nie grają na jedno „kopyto”, ale trzeba umiejętnie dobierać towarzyszące komponenty toru i żonglować trochę repertuarem. Synergiczne zestawienie pokaże nam szybkość i otwartość, przy dobrej barwie.
Amerykańskie kolumny to prawie początek oferty i nie można oczekiwać od nich czegoś, co jest zarezerwowane dla wyższych modeli, ale już na tym pułapie cenowym możemy zakosztować dobrego grania. Warunek jest jeden, przy łatwości ustawiania na docelowym miejscu, dobranie odpowiedniej temperaturowo elektroniki, wymaga trochę zachodu. Ale zabawa w audio jest często poszukiwaniem samym w sobie i łatwo kompletowalne zestawienia szybko się nudzą, zmuszając audiofila do ciągłych zmian, tymczasem początkowa walka o konsensus – kolumny + reszta systemu, może zauroczyć nas na dłużej. Takie są właśnie Egglestony, nietuzinkowo wyglądające, i wymagające od nabywcy dopieszczenia odpowiednią jakością toru odsłuchowego. Tylko proszę nie demonizować moich tez jako wyroczni, odbierając skreślone słowa jako opis bezbarwnych suchotników, gdyż mój wzorzec (Bravo Consequence) w żartach został ostatnio określany jako „tępa barwa żyrardowska” (bogu ducha winne miasto położone nieopodal stolicy). Dlatego można spokojnie przyjąć, iż testowane kolumny są dość neutralne temperaturowo z lekką odchyłką w stronę wyszczuplenia, które łatwo okiełznać stosownymi dodatkami. A znając sporo samotni znajomych audiofilów, w których notorycznie występują problemy akustyczne wzbudzających się fal stojących, takie nieduże podłogówki wykorzystają do swoich celów, umiejętnie czerpiąc to co najlepsze z tych niby dolegliwości pomieszczenia. Dlatego, nawet gdy ktoś ma niedużą pokój odsłuchowy, spokojnie może wpisać Egglestony Fontaine Signature na listę potencjalnych kandydatów do ożenku. Można się mile zaskoczyć.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny: Bravo Consequence+
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: Rogoz Audio
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX, platforma antywibracyjna Acoustic Revive RST-38H, platforma antywibracyjna Audio Philar
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: Dr. Feickert Analogue „Twin”
ramię: SME V
wkładka: Dynavector XX-2 MKII, London AEC C91E “POD”
– przedwzmacniacz gramofonowy RCM „THERIAA”
Dostraja wasz gramofon do częstotliwości poza częstotliwościami audio, eliminując rezonanse, które mogą wpłynąć na dźwięk. Poprawia wyrównanie dźwięku, dodając czystości, głębi o dodając szczegółów w całym zakresie częstotliwości. Każdy instrument jest dobrze wyodrębniony z tła i naturalność dźwięków jest większa. Mata jest teraz lżejsza niż kiedykolwiek, więc działa praktycznie z każdym gramofonem.
Nawet wspaniałe osiągnięcia cyfrowej reprodukcji dźwięku z ostatniego dziesięciolecia nie odwiodły fanów LP od poszukiwań najlepszego dźwięku ze źródła analogowego. Dzisiejsze gramofony są bardziej skomplikowane, bardziej niezawodne i prostsze w obsłudze niż te wcześniejsze. Te gramofony, jak by nie były zaawansowane, nadal muszą walczyć z główną przyczyną utrudniającą uzyskanie doskonałego dźwięku z winylu: wpływem rezonansów wprowadzonych przez mechanikę gramofonu w czasie śledzenia rowków na płycie.
Lepsze wkładki wierniej oddają dźwięk oryginalny, a wtedy lepiej słychać zakłócenia wprowadzone przez rezonanse winylu. Konwencjonalne maty i dociski rozwiązują problem przez proste dopychanie płyty do gramofonu, starając się wytłumić te wibracje. Skuteczne w niektórych zakresach częstotliwości, szczególnie niskich, tak w wyższych zazwyczaj zamieniają jedne rezonanse na inne.
I tu jest miejsce na TU-800EXi (mata LP) i TU-812M (docisk) Harmonixa. Tradycyjnie Combak opracował matę TU-800EXi i docisk TU-TU-812M aby skutecznie rozprawić się ze wszystkimi rezonansami płyty winylowej, przestrajając cały zestaw gramofonowy na częstotliwości poza zakresem audio. Rezultaty są niesamowite – przejrzystość muzyki jest o wiele lepsza, jak i separacja instrumentów muzycznych, dając nieprawdopodobną głębię dźwięku. Niesamowicie wzrasta poczucie namacalności dźwięku i ma się wrażenie uczestniczenia w rzeczywistym wydarzeniu muzycznym.
Mata Harmonix TU-800EXi i docisk TU-812M pomagają uzyskać rozciągniętą scenę dźwiękową powodując, że nie jest to jedynie pożądany dodatek, ale konieczność umożliwiająca osiągnięcie wiernej i wyjątkowej reprodukcji muzyki.
szerokość: 29.3cm
grubość: 3.0mm
waga: 210g
kolor: czarny, złoty i srebrny
Cena – 1350 zł
Z przyjemnością informujemy, że dolnośląski salon audio FUSIC poszerzył swoją ofertę o usługi związane z projektowaniem i realizacją przedsięwzięć opartych na automatyce.
W nowym centrum ekspozycyjnym DomExpo w Opolu otwarty został pokój demonstracyjny o powierzchni 63 metrów kwadratowych pod nazwą „automation music design”. Można tam zapoznać się z najnowszymi trendami i rozwiązaniami związanymi z automatyką obejmującą oświetlenie, zarządzanie dostępem, ogrzewanie, świat audio-video. Showroom podzielony został na kilka stref, w każdej prezentowane są inne rozwiązania. Wszystkie rozwiązania są natomiast ze sobą zintegrowane i połączone. Zabawa zaczyna się od sterowania iPad’em, a kończy się w przyjemnej salce kinowej.
Jeszcze nie wszystko jest gotowe, czasu było niewiele, a na pewne elementy wyposażenia trzeba czekać 8 tygodni. Prezentowane rozwiązania są/będą wyszukane, połączone w sposób przemyślany i estetyczny tak, aby całość prezentacji była czytelna i w naturalny sposób kojarzyła się z codziennym otoczeniem salonu, gabinetu czy korytarza. Domofony, ogrzewanie, Hi-Fi i kino domowe, pełna automatyka.
Zapraszamy.
DomExpo, 45-129 Opole, ul. Kępska 8, I piętro.
Opinion 1
In case of most reviews the methodology is quite schematic, almost routine. We get a new device for testing, or something that should not even be called a device, due to its function or construction. We look at it, we touch it and get our first impression, which we try to remember as well as we can, write it down and learn new experiences based on it. Then we plug that device into our system and allow it to reach optimal parameters during an accommodation period. At the same time the list of observations gets longer – we will need it later. After a week, or maybe two or even longer, when we have caught everything we could, or at least we think so (sometimes wrongly), we have to pass the device to another reviewer or send it back to the manufacturer/distributor. So the mentioned unit leaves our system once and for all. The moment of departure is sometimes less, sometimes more painful, it does also happen that the moment we return from that device to our system is like returning home from a long voyage.
This time it was different, although nothing foreshadowed the cataclysm. In the end we are used to, and we have some resistance to nice words of the distributors, to being told that this time we will live through an audiophile nirvana and reach a state of complete happiness.
Another element rising the level of our expectations, being already too high for common people (so we were told), is an absurd price. I am writing this with full conscience, because we received for testing a power strip, having no protection circuitry at all, called a power terminal to cover that up, costing 36 900 zlotys! Ladies and gentlemen – enter the Furutech Pure Power 6!
OK, when you are reading those words, it means that you are among the people who did not get a heart attack or a laugh attack after reading the previous paragraph, and you do not think, that being an audiophile is a sickness that should be treated in a closed hospital without access to media and most of all a credit card.
Welcome to the group of people who want to listen first, before uttering any opinions.
The mentioned Furutech, which I will later call shortly FPP6, is a beautifully machined block of aerial aluminum, where the simple yet elegant shape does not reveal its weight – full 10kg. But we should not be surprised, this is a monolith block, only with milled small chambers housing three pairs of rhodium plated, Furutech sockets of the type FI-E30(R) Schuko, an IEC FI-09 socket and central chamber filled with black granules GC-303, which reduce electromagnetic waves within the unit. The cabling is made from silver plated copper braid cables in PTFE insulation and the sockets are mounted in such a way, that any vibration is reduced. It is worth mentioning, that the grounding is ‘floating’ in this device, as the output sockets ground pins are not connected directly with the input pin, but with the chassis, which is connected to the input socket pin in a different place.
Due to the unconventional topology, internal cabling and separation of the output sockets, the FPP6 is quite problematic in terms of ergonomics, despite its compact shape. On one hand we should not expect from its owner, that they will hide it behind the cabinet with the system, but on the other hand placing even the most handsome power strip, where the cables run in all four directions of the world, in clear view may not be accepted by even the most liberal spouse. A reasonable compromise seems to be when we place the strip somewhere among our gear and use only four, side facing sockets. I am aware, that this seems an awful waste, but we leave us a way of quickly connecting other devices we use only occasionally.
We should also remember about one more thing. The Furutech is supported by elegant spikes, integrated in the corners of the chassis. When we do not use supplied washers, then they will scratch any surface we put the strip on. So we need to use memory aids and remember to use washers.
A little bit anticipating the facts and somewhat minimizing the fun of people waiting impatiently for the punch line, I will just write, that Roger Adamek (the owner of RCM) hurt us a lot when he brought us the FPP6 for testing. Because he brought something we cannot afford at this time, and (in my case) before completing a system costing hundreds of thousands of zlotys, leaving it at home would be seriously stupid. The problem is, that after I made a quick photo session and plugged it into my system, I knew, that nothing will force me to unplug it before I need to give it back. You may wonder why this could be a problem? Well – it is fairly easy – we get used to good things very quickly.
Having at my disposal the Jeff Rowland separated amplifier, with 300W power, I was able to catch and assess constraints of dynamics, if any, introduced by an additional element in the power grid. But instead of a constraint I experienced something completely different – dynamics reached a level far beyond what I heard before, and the system I use for testing reached an unprecedented summit of its capabilities. The effect could be compared to a situation, when powerful amplifiers would be trying to power full-sized speakers via a hair-thin cable and then we would change to a cable of adequate cross-section. There was more of everything, but not by ordinary increase of the size, but by having bigger, more natural freedom. Starting with a drastic progress of creating a sound stage with the size adequate to each recording, through the contours and sharpness of the localization of virtual sources on it and finishing with the structure of the tissue filling those contours. The impression was so overwhelming, that comparison to a dirty window being cleaned or to a breath of fresh air were not adequate to describe the situation. The scale of the changes was somewhere around moving from a flat in a grey city to an alpine mountain with a breathtaking view. The phenomenal album of Arne Domnerus “Antiphone Blues” is capable of impressing on its own, but after plugging in the FPP6 I could hear for myself, how much information, especially about space the recording was made in, escaped me. I was feeling like going along a well known road and discovering its unusual and enchanting beauty. But most shocking was the knowledge, that there is almost nothing inside the Furutech, and it fares better than the much more advance technologically devices like the Reimyo ALS-777 Limited or the Gigawatt PC-3 SE EVO. Depressed by this I tried to find a weaker point in the Japanese strip. While theoretically it only distributes, divides what it receives from the wall socket, having no technical possibilities to smoothen out the “impurities” of the current offered by its six sockets, then we should hear them all. So I prepared a special playlist and started to chase the witches. The player started to play Anna Maria Jopek – who is known from her sharp recordings, Youn Sun Nah – sometimes squeaking like an old gate and Barb Jungr with a voice harsh like a old fishing boat. Unfortunately I heard nothing else than a very realistic sound. No glassiness, no artifacts, no dulling. Only songs with over average expression, confirming that beauty is hidden in truth, and not in an artificial, “bettered” illusion.
It was similar with a more aggressive repertoire. The progressive-thrash Propagandhi “Failed States” or the “Submission for Liberty”, a heavy album of the Australian band 4ARM, did not leave any chance for finding any trace of mudding. In addition this “primitive” repertoire was not excluded from listening by definition. The Furutech did not discard the long-haired, tattooed guitar pickers but showed what thrash is about, and where to look for beauty in that music. Of course beauty dedicated to a certain group of listeners. The Pure Power was in my system the same thing as the series of science programs in TV, called “Time Warp”, where in one of the episodes Metallica was observed with cameras registering 10000 frames per second. Everything was better, clearer and with much more realism than ever before.
When I decided to confirm that I am beaten and started to enjoy the status quo – that the Furutech is not a step, but a giant leap in the direction I would like to move in my audiophile search, I started to write down my notes. However I had a big problem – how to describe the emptiness and sorrow left by the tested device. I could approach this quietly and try to have some kind of internal dialogue, like Joe Giddeon in “All that Jazz” to finally become reconciled with the inevitable, with returning the device. And please believe me – that was my intention, but then Jacek appeared and took it for testing by him, and my detailed plan got shot. There was no other way than to become bombastic and say something like “You left a big emptiness at my home, you Power Strip, when you left!”.
It does not matter how I will try to describe it, it will be without adequate tragedy, without adequate emotional load, it will become just another bragging of an audiophile, who thought, he heard something.
So I have one last request for you – if you do not plan to buy the Furutech Pure Power 6 then do not think about it and do not borrow it for listening. Unplugging it from your system will be like hurting your fingers with a car door. Now I know, why the manufacturer did not even place a photo of the strip on its web page, and there is only the name of it mentioned at the bottom of the unfiltered power strips section. The sentence „And lead us not into temptation…” becomes real.
Marcin Olszewski
Distributor: RCM
Price: 36 900 PLN
Specifications:
Chassis: CNC machined aerospace-grade aluminum alloy
AC Input/Output: 15A IEC input/ 6 rhodium plated schuko outlets
Materials Processing: Metal parts treated with α (Alpha) Cryogenic and Demagnetizing Process
Ground/Earth connection: Chassis Grounding Post
IEC: Rhodium-plated IEC input
Receptacles: 6 High Performance FI-E30(R) sockets
Internal wiring: 3 gauges of high-quality twisted-multigauge Teflon-shielded high-purity silver-plated Alpha-OFC
Solder: Special alloy solder
Size: 8”/250mm W x 8”/250mm H x 3”/95mm D
Weight: 22lbs/10kgs
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon 1sc
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; notebook Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Double synchronous motor Transrotor ZET 3 + 12″SME + Transrotor MC Merlo Reference + external power supply Transrotor Konstant M-1 Reference
– Phonostage: RCM Audio Sensor Prelude IC
– Integrated Amplifier: Electrocompaniet ECI 5;
– Preamplifier: Jeff Rowland Corus
– Power Amplifier: Jeff Rowland 625
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; EgglestonWorks Fontaine Signature
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + LC-2mk2;Amare Musica Silver Passive Power Station
– Table: Rogoz Audio 4SM3
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips; Acoustic Revive RAF-48H
Opinion 2
The name Furutech is probably known to all, who are at least marginally interested in the quality of sound reproduction. They have a giant catalog of products related to cabling of audio systems, accessories to those cables and some other complicated devices like: vinyl flattener, demagnetizer for LPs or ionizer of the audio gear. For an audiophile this is accessory heaven, for skeptics a Mecca to exploit the gold-eared trying to catch their audiophile bunny. You may say, that the proposed products are absolutely abundant, and can be called audio-voodoo gadgets, with only one goal, to strip people from their money. I convinced myself many times, that there are sound differences after changing cables, so I do not make any conclusions before listening, and if I have the opportunity, I gladly plug something controversial into my system. Usually I had no problems in hearing the introduced changes to the sound, and because sometimes those changes were for the better, sometimes for worse, it only confirmed the vast assortment offered by manufacturers is a good thing. To date, when playing with gadgets, that should bring me closer to the imagined ideal sound (reproducing live music is regarded utopian for a long time now), I tested a few power strips, conditioners and passive power filters, but such experiments were never neutral, always there was a degradation of the sound of my system, albeit sometimes minimal. Usually the power amplifier was the most sensitive part. The manufacturer also recommends plugging it directly into the wall, even while offering a power conditioner. Till now, his recommendation was always the way to follow when trying to have the best possible sound, despite the claims made by many different manufacturers. However just before the Warsaw Audio Show, the Katowice based RCM included a new power strip into its catalog, a strip that should, according to the distributor, get rid of the myth, that such devices negatively influence my system. Some time has passed, but finally I came in the position of being able to test those claims. I received the Japanese power strip Furutech Pure Power 6.
Pure Power 6 is a ten kilogram heavy block of aluminum, in the shape of a rectangle, placed on four pillars supported by spikes. The top cover is shaped in form of some kind of waves, where in the middle there is the manufacturer logo. When looking at the strip we see a very positive, modern design, that may appeal to many people. It can be placed among the most refined products with no shame. For sure, the modern and beautiful design will bring potential clients to the Furutech doors. The only issue can be the placement of the output sockets, especially for people with smaller listening rooms. The sockets are on all four side walls of the cabinet, what requires lots of space to use this strip. But this we could endure, when wanting to improve the sound of our system, if we can deal with its price, which I will mention at the end of the text. The price is something relative, you can laugh or fuss about it, but if somebody was searching for a lossless way of delivering power to his components, and after many disappointments plugs them in this strip, then he will quickly forget about it. Finding something ideally fitting into a system (I mean something that does not hurt it) will for sure consider a purchase, which will close the search. Of course I assume, that a client that will give the Furutech a listen, is capable, emotionally and financially, to buy it. I will just mention, that besides the input socket there is a grounding screw available, and there are six output sockets. We do not get a power cable included in the package. Trying not to notice the zeros on the price tag, I decided to plug-in my power amplifier, which was very successful in showing all shortcomings of such kind of devices, into it. On one hand I hoped for a good result, on the other, after so many disappointments, I could not believe this time would be different. So with mixed emotions I sat down listening to the results of feeding my KAP-777 via the power strip supplied by the Katowice based RCM.
I will try to write down my thoughts and reactions I had during the test without much ado (it is just a nicely packaged strip, nothing else). Even now, a few days after it happened, I remember exactly the moment I plugged it into my system. I just waited to hear the aluminum item to fail. Another thing is, that if I would receive this thing as a present, and even if it would not prove itself sonic wise, it would still remain in my system – it looks so nice. But we do not buy such things to look at them, so I started listening. A few notes of well known and recorded pieces destroyed my good feeling. I plugged the poweramp into the wall and … I cannot believe my ears. I plug again to the strip and … this is impossible. Again to the wall … the same happens. The effect? Finally I found a way to increase the number of power sockets in my system. Although the price is a vital element of buying decision, so things are currently clear only in the virtual world, but I noticed a solution for people, who have power cables at the price of a compact car. And believe me, there are enough people like that in our country, and it is them, where this Furutech power strip is aimed at. Nobody tries to force anybody into anything, but after many disappointments with different conditioners and similar items, this devices proposes its way of distributing power without losses. I do not know how they do this, the distributor talks only about passive filters, but the effect surpassed my wildest imagination. Theoretically such a power distributor should be absolutely transparent, but I have not yet encountered such a thing, and the tested device has something to say in this aspect too. If this will be regarded in a positive or negative way, will depend on the client, but my conclusions go in the positive direction, so I will try to describe them as clearly as I can. To date all such devices diminished the freedom in the higher frequencies, while at the same time rounding off the lowest octaves. The sound became warmer, and in many cases this could bring positive things to a system, but in absolute categories I perceived that as slight limitation of airiness of music coming out from the loudspeakers. This was like a thinner or thicker veil, which could go unnoticed in systems at lower price levels, but was clearly visible in my system. This time the Japanese product proved itself in that aspect, and if I would search for any “destructive” interference, then I would mention that there is some influence on the final effect. For many people a power strip should be a wire and that is it. Yet the Pure Power 6 increases the resolution of the sounds coming from the stage. Not by changing the timbre – this is exactly the same as from the wall, but due to the increase of available information, what results in the effect of more air and light on the virtual stage. More readable cymbals (this is really something for me), without becoming artificial, more open midrange and better control of the bass (we perceive it at first, as if there would be less bass, but this is the result of it becoming more readable). This all results in a shift of how we perceive things. I do not know if everybody will like this kind of interference (because there is any), but for me this was a good addition. Of course please use your common sense and do not think, that the change would be like going from an amplifier costing 1000 zlotys to a 30000 one, because such changes on the price level of the power strip would rather mean, that something is badly wrong with the system. But I say with full commitment, that the Japanese strip does more good than bad and I will be looking for some serious competition.
This adventure with the Pure Power 6 allowed me to revise my view on such “toys”. For the moment, this is the first item that does not limit my system, but also brings some positive influence into the sound of it. Whether you like it or not, you need to hear this for yourself, borrowing it for testing in your own system. I did not notice any diminishing of dynamics, or any averaging of the sound. And this is really a big achievement, when confronted with the need to power an amplifier, that has a 1kW transformer inside. I recommend all audiophiles, that are not killed by its price, to verify this power strip in their systems.
PS. To confirm the “audio voodoo” done by this strip, I will describe a situation that happened just before taking the device back to Marcin. Because I had a test of a turntable costing about 100000 zlotys at the same time (it will be published soon) I invited a colleague, who has a similarly priced system as my own, to show the incredible resolution and contour for the analog system, while preserving the smoothness and timbre it has. When he sat down he noticed the aluminum body of the Furutech and asked about it. I told him, together with the price. He just said “I would not pay such amount for just a power strip”. I said he is right, as I acted similarly. But he allowed me to plug in the unit and showed me what happened with the sound stage with his hands. After about an hour I unplugged it and again he showed what happened to the stage, but his hands moved in the opposite direction. I revised my view on the strip after listening a few days to it. I decided to buy it when I will have the money. My colleague asked if he can listen in his system, and I arranged for that. Next day in the morning, 7:30 am, he called me to tell how spectacular the change was. And he knows his ways in the audiophile world, and no simple thing would made him say that. I am not sure if this will convince anybody, but if the price of the Furutech (36900 zlotys) will not make you needing to sell a kidney to get it, then you should borrow it from RCM and listen in your own system. But be warned – there is a big chance, that you will not send it back.
Jacek Pazio
The system used in the test, a complete set of Combak Corporation.
Electronics Reimyo:
– Separate DAC + CD player: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Tube preamp: CAT – 777 MK II
– Solid state power amp: KAP – 777
Speakers: Bravo Consequence +
Power cables: Harmonix X-DC-350M2R Improved Version
Speaker Cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
IC RCA Harmonix HS 101-GP
Digital IC: Harmonix HS 102
Table: Rogoz Audio
Accessories: Antivibration stand for the power amp by Harmonix TU-505EX MK2; Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i; Acoustic Revive RST-38H
Analog stage:
– Turntable:
drive: Dr. Feickert Analogue „Twin”; Thales TTT Compact
arm: SME V; Siplicity
cartridge: Dynavector XX-2 MK II; Kuzma CAR-30
– Phonostage: RCM „THERIAA”
Najnowsze komentarze