Monthly Archives: maj 2015


  1. Soundrebels.com
  2. >

W najbliższych tygodniach do sprzedaży ma wejść Xavian Perla, pierwszy zestaw głośnikowy z nowej serii Natura. Cena jeszcze nie jest ustalona, ale najprawdopodobniej będzie się kształtowała w okolicach 6.500 złotych za parę. Nazwa serii Natura ma nawiązywać do naturalności, jako do podstawy odtwarzania muzyki.

Perla to nieduży, dwudrożny zestaw typu bass-reflex. Tunel ma postać szczeliny z ujściem na przedniej ściance. Zwracająca uwagę obudowa jest wykonana z litego orzecha włoskiego i ma strukturę nazwaną przez producenta mozaika. W zwrotnicy stosowane są selekcjonowane komponenty. Producent podkreśla, że zestawy są łatwe w instalacji.

Głośnik niskośredniotonowy Perli ma rozmiar 15cm i jest wykonany specjalnie dla Xaviana. Ma on polipropylenową membranę, miękką nasadkę przeciwpyłową oraz odlewany kosz. Głośnik wysokotonowy – też konstrukcja Xaviana – ma 26-milimetrową kopułkę i miedziany pierścień zwierający.

Kilka słow Roberta Barletty na temat Perla

„Perla to kompaktowy głośnik dwudrożny w obudowie bas-refleks z portem z przodu. Obudowa wykonana jest z litego włoskiego orzecha, ze strukturą, którą nazywamy „mozaika”. Magia Perla wciąga. Chcesz ją podziwiać i dotknąć. Fascynacja staje się euforią, kiedy zaczyna grać muzyka. Wyrafinowane strojenie zwrotnicy w całej serii, wyselekcjonowane podzespoły, prostota konstrukcji i ekskluzywny wygląd tworzą przepis na głośnik, któremu trudno się oprzeć. Perla „

Zestawy będą miały polską premierę w dniach 29 – 30 maja w salonie Premium Sound w Gdańsku. Obecny na niej będzie Roberto Barletta.

Specyfikacja techniczna:
– Głośnik nisko-średniotonowy 150 mm skonstruowany na specjalne zamówienie Xavian, Specjalna membraną z polipropylenu z miękką nasadką, wytłaczany kosz.
– Głośnik wysokotonowy wykonany również na specjalne zamówienie Xavian – 26 mm cewka miedziana
– System bass-⁠reflex, port z przodu
– Pasmo przenoszenia (-⁠3 dB na osi referencyjnej): 55 -⁠ 20000 Hz
– Połączenie 1 para pojedynczych terminali Xavian
– Impedancja nominalna 8 omów
– Częstotliwość podziału 3000 Hz
– Czułość (2,83V /⁠ 1m) 88 dB
– Zalecana moc wzmacniacza 30 -⁠ 120 W
– Wymiary (WxSxG) 315 x 190 x 236 mm
– Waga netto (1 szt) 6,9 kg
– Gwarancja 5 lat

Dystrybucja: Moje Audio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Po nad wyraz skromnej formule niejako aspirującego do miana „ekskluzywnej”, choć w rzeczywistości marginalnej konkurencji pod postacią równolegle odbywającego się hifideluxa przyszła pora na prawdziwy powód naszej majowej wyprawy do Monachium. Jak co roku, kiedy do olbrzymich hal monachijskiego M.O.C.a ciągną nieprzebrane tłumy złaknionych kontaktu z najlepszymi urządzeniami do odtwarzania dźwięku na tym ziemskim łez padole to wiadomo, że coś się dzieje. A dokładnie dzieje się High End. Warto więc zawczasu zadbać o odpowiednio wygodne obuwie, bowiem 28 000 metrów kwadratowych zajętych przez ponad 900 marek samych się nie zwiedzi. Tak też z Jackiem uczyniliśmy. Dzierżąc w dłoniach wstępnie przygotowane plany z naniesionymi notatkami gdzie, kiedy i w jakim celu należy się pojawić rzuciliśmy się w wir wystawowego szaleństwa a z pierwszą częścią efektów naszej pracy mogą Państwo zapoznać się poniżej. Miłego oglądania.

Czymże byłby jednak High-End bez niejako oficjalnie otwierającej to audiofilskie święto konferencji prasowej.

Zanim jednak przejdziemy do alfabetycznego przeglądu monachijskich atrakcji pozwolę sobie na mały przejaw patriotyzmu i w telegraficznym skrócie wspomnę o kilku miłych akcentach. W tym roku polska reprezentacja okazała się całkiem okazała, bowiem prócz tradycyjnego już polskiego pokoju (Auto-Tech, JR Audio, Mysound, Zontek) na solowe występy zdecydowały się takie marki jak bydgoskie Albedo, krakowski Abyssound czy witkowskie Sounddeco, lecz również gorlicka Audiomica Laboratory, oraz … Franc Audio Accessories.

Polski pokój:

Ekipa Abyssounda wybrała właśnie Monachium na premierę swoich najnowszych produktów – dwóch przedwzmacniaczy gramofonowych i wzmacniacza zintegrowanego wyposażonego chyba we wszystko, co w dzisiejszych czasach ambitna integra posiadać powinna. Warto jednak dodać, iż oprócz możliwości regulacji intensywności iluminacji na pokładzie znalazł się nie tylko DAC (w tym USB), jak i w pełni funkcjonalny moduł phonostage MM/MC. Jeśli zaś chodzi o droższy z przedwzmacniaczy gramofonowych to wieść gminna niesie, że jego pojawienie może wywołać całkiem spore zamieszanie na analogowym rynku.

Na autorski występ zdecydowało się również bydgoskie Albedo prezentując nie tylko srebrne okablowanie, z którym nierozerwalnie jest kojarzone, lecz również nowości w postaci podstawek pod kable i nóżek antywibracyjnych.

Również zachęcone niezwykle pochlebnymi opiniami m.in. 6moons Sounddeco przygotowało własne stoisko przyciągając spojrzenia i całkiem spory wianuszek zainteresowanych zarówno prezentowanymi podczas Audio Show tytanowych(?) Sigm jak i „łapiącymi za oko” złotymi skrzyniami Sigm 4. Trzeba uczciwie powiedzieć, że od strony czysto marketingowej zagranie było przysłowiowym strzałem w dziesiątkę.

Niestety tylko duchem, lecz za to pod postacią własnych wyrobów swoją obecność zaznaczyła również manufaktura Franc Audio Accessories, której podstawki antywibracyjne i meble upodobał sobie team z Lawrence Audio.

Wyroby Audiomica Laboratory usłyszeć można było w doborowym, międzynarodowym towarzystwie:

A teraz zwyczajowo rozpoczynamy od cieszącego się nieustającą popularnością analogu

Choć gramofonów Dr.Feickerta nikomu przedstawiać nie trzeba, to w tym roku kilkukrotnie zaglądałem na to stoisko, gdyż oprócz dwóch obłędnych „custumów” przesympatyczny Kris prezentował również prototypowy egzemplarz phonostage’a mogący pochwalić się takimi funkcjami, jak m.in. pełna konfigurowalność z poziomu pilota, czy możliwość zapamiętywania ustawień dla konkretnych wkładek. Krótko mówiąc zero pstryczków i przełączników ukrytych na tylnej ściance, podstawie, czy nawet trzewiach – ergonomia na piątkę.

Japoński TechDAS rozszerzył swoje portfolio o najmniejszy model gramofonu Air Force III co prawda skromnie ustawiony z boku sali, lecz za to uzbrojony w aż cztery ramiona. Prognozowana cena tego uroczego maleństwa to ok. 24 000 €.

Transrotor postanowił zaszaleć i już od wejścia jasno dawał do zrozumienia, że idzie nowe. Oprócz czarno-złotego Tourbillona na podświetlanych standach pyszniły się zdecydowanie łatwiej dostępne modele jak Max, czy Dark Star.

Cóż więcej można powiedzieć aniżeli to, że przy gramofonie V.Y.G.E.R nawet topowe Transrotory wyglądają zwiewnie i delikatnie. O ile na hifideluxie grał mniejszy model Atalantis, to już w M.O.C.u oczy cieszył monstrualny Indian Signature.

W poniższej zbiorczej galerii możecie Państwo odnaleźć takie perełki jak Acoustic Signature Invictus za drobne 104 000 €, zdecydowanie rozsądniej wycenionego Analogueworks TT2 (3 000£), przegląd oferty Clearaudio, Well-Tempered Royale 400,  Pro-Jecta i wielu, wielu innych.

Przechodząc do wspominanej wyliczanki  warto wspomnieć, że bardzo przyjemnie grało w pokoju Air Tighta. Pomimo niezbyt imponującego metrażu trudno było mieć zastrzeżenia zarówno do skali generowanego dźwięku, jak i sposobu – precyzji kreowania przestrzeni.

W Amphionie jak zwykle można było na własne uszy i oczy przekonać się, że czasem niepoważna kolorystyka i typowo skandynawski minimalizm mogą iść w parze z rasowym, do szpiku kości prawdziwym brzmieniem.

Choć Astell&Kern to niezaprzeczalny top przenośnego High-Endu również w obszarze stacjonarnego audio poczyna sobie coraz odważ. Firmowa „wieża” napędzająca B&W 800D nader sugestywnie ukazywała potencjał drzemiący w azjatyckiej elektronice. Oczywiście nie obyło się bez elektryzującej premiery i o ile do niedawna AK240 królował na salonach, to od ostatniego czwartku świat audio-portable ma nowego króla – AK380. Aby uświetnić uroczystości koronacyjne ekipa A&K zadbała o stosowna oprawę przygotowując smakowite przekąski i trunki wszelakie umilające prowadzenie kuluarowych rozmów i znacząco poprawiające samopoczucie tłumnie odwiedzających stoisko przedstawicieli mediów.

Audia Fligt wystąpiła w tym roku w tercecie z również włoskimi kolumnami Albedo i angielsko-greckim okablowaniem Signal Projects.

Iście biżuteryjnie wykończone wzmacniacze Dana D’Agostino doczekały się zdecydowanie skromniej opakowanego rodzeństwa odwołującego się swoją estetyką do dawnych, bardziej stonowanych trendów. Za to po zeszłorocznym szoku nowe wzornictwo Audio Researcha przetrwało próbę czasu i po prostu zaczyna zjednywać do siebie coraz szersze grono nabywców.

Audiovector – nie dość, że obłędnie wykonane, to jeszcze świetnie grające kolumny napędzane elektronika Gryphona pokazały, że jak się chce to można połączyć detaliczność i selektywność z muzykalnością.

Auris Audio przygotowało propozycje zarówno dla miłośników iście azjatyckiej rozmiarówki, jak i pełnowymiarowego high-endu.

Korzystając z nadarzającej się okazji i nieobecności głównego pilotozawiadowcy przez kilkanaście minut mogliśmy posłuchać przepięknego systemu Avantgarde na normalnych – nieogłuszających poziomach głośności. Bezcenne.

Na choćby prowadzony w niezbyt sprzyjających – wystawowych warunkach odsłuch topowej amplifikacji AVIDa szykowałem się praktycznie od chwili, gdy pierwsze zdjęcia Reference Pre/PSU i Reference Mono trafiły do sieci. Serdeczne podziękowania należą się również prowadzącemu prezentację … który (co wcale nie jest regułą) sam wskazywał na pewne rozwiązania techniczne mające na celu uatrakcyjnienie walorów wizualnych angielskiej elektroniki. W tym roku również postawiono na kolumny EgglestonWorks  Andra III.

Gerhard Hirt (Ayon Audio) postawił w tym roku na niezależność i cały, nad wyraz rozbudowany system ulokował w wybudowanym na openspejsie „pokoiku”. Zdecydowanie niższy poziom szumu tła, aniżeli w głównych, rozmieszczonych na pierwszym i drugim piętrze salach sprzyjał spokojnym i niespiesznym odsłuchom, tym bardziej, że była to jedna z niewielu okazji do zapoznania się z finezją i niezwykłą swobodą grania zjawiskowo wykończonych kolumn Lumen White Silverflame i całkiem „normalnie” wyglądającym gramofonem Mystere.

Za swoiste kuriozum można było uznać prezentację oszałamiająco urodziwych satynowo granatowych KEFów Blade II występujących w duecie z kompletnym systemem Arcama, które grały odwrotnie proporcjonalnie do swoich czysto estetycznych walorów. Nie wiem, czy to wina elektroniki, lecz szczerze powiedziawszy kolumny te najwięcej zyskiwały w chwilach … ciszy.

Zupełnie inaczej wyglądał a przede wszystkim brzmiał kompletny system Brystona. Proste formy, zero udziwnień i jedna z rozsądniejszych propozycji zaprezentowanych w Monachium pod względem relacji jakość/cena.

W „budce” zagospodarowanej przez Credo – Townshend Audio – Audiomica. mozna było zobaczyć i co najważniejsze usłyszeć nie tylko ustawioną na autorskich podstawkach antywibracyjnych elektronikę, lecz również szwajcarskie kolumny Credo. O skuteczności tego typu rozwiązań zapewniał i sam producent i … ustawione na kolumnach tablety pełniące rolę sejsmografów.

Devialet tym razem postawił na dwie diametralnie różne idee – ultrakompaktowe i wszystkomające kosmiczne dronopodobne Phantomy, oraz istną baterię ośmiu „konwencjonalnych” jednostek napędzających legendarne ślimakopodobne Nautilusy B&W.

Również w tym roku Estelon ponownie próbował oczarować słuchaczy swoimi Extremami umożliwiającymi dopasowanie propagacji kolumn do zastanej kubatury poprzez podnoszenie, bądź opuszczanie sekcji średnio – wysokotonowej. Estońskie kolumny napędzała elektronika Soulution.

Niezwykle ciekawą prezentację przygotował HARMAN Luxury Audio przywożąc do Monachium pierwszy raz publicznie oglądające światło dzienne monobloki Mark Levinson № 536 napędzające flagowe śnieżnobiałe (Polar White) JBLe DD67000 Everest. Niewątpliwie trafnym zabiegiem marketingowym okazało się również ustawienie u wejścia szaleńczo czerwonych (Rosso Corsa) K2-S9900 przedzielonych najnowszą integrą Mark Levinson № 585.

Co prawda słuchawkami na łamach SoundRebels zajmujemy się sporadycznie, ale bynajmniej nie ignorujemy ich prawa do bycia pełnoprawnym elementem nawet ekstremalnie high-endowych systemów. Z podobnego założenia wyszli również ich producenci, gdyz w przestronnych wnętrzach M.O.C.a ilość i różnorodność oferty mniej i bardziej znanych marek wręcz oszałamiała.

Kawero – topowe Kawero (proszę zwrócić na stojące z boku zwrotnice) z elektroniką Engström & Engström jak zwykle nie rozczarowywały, o ile … grały z analogu (gramofon Kronos). Niestety z cyfrowej części toru (TotalDac) dźwięk był zbyt ofensywny i na dłuższą metę męczący. Akurat w tym set-upie winyl wykazywał miażdżącą przewagę.

W tym roku nie zabrakło również muzyki na żywo:

ModWright – już w zeszłym roku ModWright z potężnymi Tubami Tune Audio (już bez przez tubowego subwoofera Pulse) udowodnił, że wie o co w high-endzie chodzi, więc i tym razem nie było powodów do marudzenia.

Kiedy pierwszy raz natknąłem się na informacje o tym, że elektronika Nagry będzie współpracowała z Wilsonami początkowo zastanawiałem się, czy … pomijając błąd w druku nie będziemy świadkami premiery aktywnych Wilsonów. Okazało się jednak, że Szwajcarzy przygotowali nie lada niespodziankę i podczas monachijskiego show zaprezentowali strzeliste monobloki Classic Amp (15 000€) z łatwością radzące sobie z amerykańskimi niezbyt łatwymi do okiełznania Wilson Audio Alexia. Ten zaskakujący mariaż zaowocował brzmieniem na wskroś dojrzałym, soczystym i muzykalnym a przy tym świetnie kontrolowanym. Najciekawsze jest jednak to, że Nagry wcale nie szokują jakimiś niewyobrażalnie wyżyłowanymi parametrami, gdyż przy 8 Ohmach są w stanie z wyjściowych MOSFETów zaoferować „jedynie” 200W, jednak jak można się było w miniony weekend na własne uszy przekonać są to niezwykle wydajne prawdziwe waty.

W systemie firmowanym przez Nordosta warto było zwrócić uwagę na potężną i wszystkomającą (m.in. dostępne są karty rozszerzeń HDMI, Wi-Fi, phonostage MM/MC) super integrę Jeff Rowland Daemon zdolną do oddania 1.5kW/8 Ohm na kanał za … 38 800$

Obrazy – w pierwszej chwili, gdy zobaczyłem „grające obrazy” pomyślałem o lansowanej swojego czasu przez Mission technologii Next, lecz tym razem postawiono na konwencjonalne przetworniki.

Octave – przesiadka z używanych w zeszłym roku podczas prezentacji Trianglii na Focale okazała się w przypadku Octawe krokiem w dobrą stronę.

Kolejną miłą niespodziankę przygotował kanadyjski Paradigm prezentując prototypowe flagowce Concept 4F oparte na średnio (178mm) i wysokotonowych (25mm) przetwornikach berylowych uzupełnionych o cztery – po dwa z przodu i z tyłu 216mm woofery. Co ciekawe, kiedy obecne tam urocze blond dziewczę spytało się czy przypadkiem nie potrzebuję jakiś bardziej szczegółowych informacji byłem przekonany, że to jedna z wynajętych hostess, która zaraz wręczy mi teczkę z materiałami promocyjnymi. Okazało się jednak, że pozory mylą i oprócz niewątpliwej urody przedstawicielka płci pięknej posiada również stosowną wiedzę wynikającą z zajmowanego stanowiska. Tym oto sposobem poznałem Erin Phillips (Marketing & Communication Manager). Jeśli zaś chodzi o samo brzmienie, to jeśli w tym kierunku będzie zmierzał Paradigm to będę mu gorąco kibicował. Napędzane końcówka Anthema kolumny grały dojrzałym i soczystym dźwiękiem o zaskakującej kulturze i liniowości.

Pathos – nic na to nie poradzę, ale design Pathosa zawsze poprawiał mi samopoczucie. Również i w tym roku do pokoju tego włoskiego producenta zaglądałem kilkukrotnie.

ProAc (światowa premiera Response K8) z Sugdenem (przedwzmacniacz FPA4 + monobloki MPA4) zaprezentowały nader udane połączenie selektywności i żywiołowości z kulturą i finezją.

QAT – kolejny azjatycki producent z bardzo ciekawą ofertą m.in. streamerów, któremu wreszcie udało się znaleźć polskiego dystrybutora.

Rockporty (Avior) + mocna lampa (Absolare) = sukces. Po prostu.

Ekipa Silbatone znów udowodniła, że do osiągania iście stadionowych poziomów głośności i nieosiągalnej dla większości konkurencji swobody grania nie potrzeba setek, czy tysięcy watów. Wystarczą dwa, góra trzy i głośniki z dwudziestolecia międzywojennego.

TAD – idealny przykład koherencji i pełnej symbiozy w 100% firmowego zestawu.

Thrax Audio mógł wreszcie pochwalić się praktycznie kompletnym systemem sygnowanym własnym logo. Nasi wierni i uważni czytelnicy z pewnością rozpoznali na poniższych zdjęciach recenzowane na naszych łamach kolumny i dzieloną amplifikację, lecz śpieszę donieść, iż podczas kilku rozmów Rumenem Artarskim (właścicielem marki) okazało się, iż o ile bryła kolumn i szata wzornicza pozostały nietknięte, to kilka istotnych zmian dokonano wewnątrz.

Trilogy + Boenicke Audio. Niezależnie co podepnie się pod te mikroskopijne kolumienki i tak i tak cały splendor spłynie właśnie na nie. Pomijając fakt, że zawsze znajdzie się ktoś, kto z uporem maniaka będzie poszukiwał ukrytego gdzieś perfidnie przez wystawcę subwoofera. Całe szczęście humor Nica Poulsona z Trilogy Audio/Isol8 nie opuszczał.

W sąsiadujących ze sobą pokojach można było niemalże 1:1 porównać systemy firmowane przez seniora rodu – Hansa Ole Vitusa (Vitus Audio) i syna – Alexandra Vitusa (Alluxity). Obaj panowie przygotowali nie lada niespodzianki – u Hansa Ole grała najnowsza, przyodziana w szampański front nowalijka rozszerzająca Signature Series – zbalansowany stereofoniczny wzmacniacz mocy single-ended SS-025 (21 000€) oferujący 15W w klasie A i 300W po przełączeniu w AB. Niech jednak nie zwiodą Państwa niepozorne gabaryty – to urocze maleństwo waży bowiem 42kg.

Za to u Alexa wszystko po prostu pachniało nowością, bowiem zarówno integra (Int – One), jak i streamer (Media One) pojawiły się praktycznie po raz pierwszy już w wersjach finalnych – produkcyjnych a nie jak dotychczas prototypowych. Niezwykle atrakcyjnie, zarówno od strony wizualnej, jak i sonicznej prezentowały się również napędzane duńska elektroniką japońskie kolumny Pari Passu.

O ile azjatyckich producentów okablowania i wszelakiej maści audio-konfekcji (również w ramach tzw. zamówień OEM) było jak co roku po prostu zatrzęsienie, to chciałbym zwrócić uwagę na dwa skrajne przypadki. Pierwszym jest marka Sine oferująca całkiem spójną i co by nie mówić logiczną ofertę przewodów i akcesoriów sieciowych. Energicznie krzątający się po stoisku pan Ming Yip z widoczną dumą i zapałem opowiadał i prezentował poszczególne modele. Ponadto, jako naprawdę jeden z niewielu nie próbował udowadniać, że to właśnie jego przedsiębiorstwo dostarcza okablowanie, bądź chociażby lwią część komponentów dla praktycznie 95% światowych tuzów „audio – kablingu”.

Na przeciwległym biegunie znalazła się za to marka First Tech, która najwidoczniej za punkt honoru wzięła sobie upodobnienie do japońskiego Furutecha oferując pozornie bliźniacze wtyki.

A teraz najwyższa pora na zbiorczą galerię, oraz dwa dodatki – kilka dwu i jednośladów i …

Miłośnicy motoryzacji i car-audio również mogli znaleźć małe co nieco dla siebie:

Dla wytrwałych jeszcze mały Bonus

 

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Minirelację z tegorocznej edycji hifideluxe rozpocznę dość nietypowo, bo od … delikatnego marudzenia. Wszystkim tym, którzy narzekają na ścisk i zaduch panujący we wnętrzach warszawskiego Hotelu Sobieski gorąco polecam kurację redefiniującą pojęcia ścisku i zaduchu serwowaną w ramach monachijskiej wystawy. Rozrzuconych na czterech piętrach kilka pokojów plus podobna ilość większych sal konferencyjno – bankietowych przynajmniej na papierze nie wyglądało źle. W praktyce oznaczało to jednak sytuacje, w których pięciu, lub sześciu słuchaczy w kilkunastometrowych pomieszczeniach równało się z pełnym obłożeniem a przemieszczanie się wąziutkimi korytarzami i możliwość korzystania wyłącznie z jednej windy nie ułatwiały logistyki. Skoro jednak piątkowym popołudniem dotarliśmy na Berliner Straße 93 do Marriott Hotel München anu myśleliśmy zawracać i zgodnie z wyćwiczoną przez lata na rodzimym gruncie zwiedzanie ochoczo rozpoczęliśmy zwiedzanie od najwyższej, udostępnionej na potrzeby wystawy kondygnacji. Niestety w związku z powyżej wyszczególnionymi trudnościami nie do wszystkich pokoi udało nam się dotrzeć a zamieszczone uwagi proszę traktować z lekkim przymrużeniem oka jako wybitnie subiektywne refleksje autora.

718 – system składający się z elektroniki Concert Fidelity, gramofonu Pear Audio i dość niestandardowo, bo na jakieś półtora metra od słuchaczy, ustawionymi kolumnami ESP Concert Grand SI czarował niezwykle holograficzną sceną rozpoczynającą się dopiero jakieś 2-3 metry za linia kolumn.

717 – budzące zasłużony respekt monitory PMC MB2 SE napędzane elektroniką FM Acoustics uzupełnioną o gramofony Vertere były jednym z nielicznie dobrze zestrojonych i dopasowanych do hotelowych warunków systemów grających muzykę z pełnym ładunkiem zarówno emocji, jak i zawartej w niej energii.

617 – brzmienie serwowane z elektroniki LaRosita napędzającej oparte na pełnopasmowych głośnikach kolumny wyraźnie odwoływało się do czasów, gdy do szczęścia większości słuchaczy wystarczała średnica.

518 – elektronika Einstein Audio + kolumny AudioMachina CRM pokazała, że nie zawsze rozmiar ma znaczenie. Oczywiście ograniczenie ilości najniższych składowych było oczywiste, lecz sama prędkość i zwrotność ataku i zdolność natychmiastowej reakcji na odtwarzane transjenty pozostawiły po sobie bardzo miłe wspomnienie. Pytanie tylko, jak długo można słuchać bez zmęczenia takiego dźwięku.

505 – system Synästec-Audio, kolumny Kierschke Manufaktur, gramofon Landmesser Audio Analog LP 1 z ramieniem Le Fil. High-Endem tego na pewno bym nie nazwał, ale słuchało się całkiem nieźle. Osoby poszukujące podłogówek o walorach brzmieniowych niedużych podstawkowców z pewnością nie miałyby powodów do niezadowolenia.

501 – Jak widać na załączonych zdjęciach ekipa Rike Audio podąża ku estetyce Kondo, choć jakość wykonania określić można jako wybitnie garażową.

Audio Tekne – w przeciwieństwie do warszawskiej prezentacji (zorganizowanej w ramach Audio Show) tym razem można było na spokojnie wysłuchać nieograniczonej ilości utworów, co z pewnością można uznać za niezaprzeczalną wartość dodaną. Ponadto japońska elektronika grała w dwóch pomieszczeniach, więc i okazję można uznać za podwójną. Na uwagę zasługiwał też przepięknie odrestaurowany przez Martinę Schöner Garrard 401.

Niestety firmowy system FM Acoustics prezentowany w Studio 2, który po występach w warszawskim Bristolu pozostawił po sobie bardzo miłe wspomnienie tym razem zabrzmiał na tyle beznamiętnie, że nie znaleźliśmy w sobie wystarczających pokładów cierpliwości do czekania aż wreszcie coś zaskoczy. A nie, jakieś zaskoczenie było – używany w roli analogowego źródła Transrotor ustawiony na pracującej lodówce. No comments.

Studio 3 – potężna integra Delta Sigma Audio Orchestra, wraz z adekwatnymi gabarytowo zestawami głośnikowymi Colloseum szokował już od drzwi. O ile sam pomysł wstawienia tak monstrualnych kolumn do nad wyraz skromnego pod względem metrażu hotelowego pokoju można uznać za najdelikatniej rzecz ujmując … kontrowersyjny, co z resztą nie ma co ukrywać niestety było słychać, to już tzw. oprawa graficzna całej prezentacji była całkiem miła. Chodzi oczywiście o prace malarskie Franco Oli, z portfolio którego z chęcią wybrałbym kilka muzycznych portretów.

Włoską myśl techniczną w Marriotcie reprezentowały m.in. marki ForteVita, Diesis Audio, i VYDA – Laboratory Audio Solutions (m.in. gramofon V.Y.G.E.R, którego zdecydowanie dokładniej obfotografowaliśmy na MOCu, lecz o tym za chwilę).

W Studio 8 rozgościły się takie marki jak Avalon, DCS i Jeff Rowland.

Na zakończenie jeszcze tylko w ramach ciekawostki proponuję zwrócić uwagę na iście magiczny, 100 ml flakonik deisolitycznej nutraceutykalnej wody za drobne 119€.

Podsumowując tę krótką fotorelację pozwolę sobie na delikatnie nacechowaną pesymizmem puentę. Nie wiem jak wyglądał hifideluxe w zeszłym roku, ale po edycji 2013 miałem zdecydowanie bardziej pozytywne wrażenia (link). Jeśli taka tendencja spadkowa się utrzyma, to nie chciałbym być złym prognostą, lecz w ciągu najbliższych dwóch – trzech lat w monachijskim kalendarzu audio atrakcji może być o jedną imprezę mniej.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Piękno polega na równowadze pomiędzy harmonią całości  i idealnymi proporcjami szczegółów. Piękno stanowi harmonię i z tego punktu rozpoczynamy proces tworzenia formy, która zapewnia najlepsze brzmienie muzyki. 14 powierzchni Dynamisa ma proporcje i płaszczyzny pieczołowicie skalkulowane do zapewnienia głośnikowi dźwięku do złudzenia przypominającego instrument muzyczny.
Dynamis jest w stanie oddać wrażenie muzyki naturalnej, realistycznej i emocjonalnej, ponieważ potrafi wytworzyć nawet najmniejszy muzyczny rezonans słyszalny dla ludzkiego ucha.

Projekt i użytkowanie tej wielostronnej formy jest wyjątkową cechą głośników Adamantes od blisko 25 lat produkowanych przez Diapason.
Dzisiaj jesteśmy dumni mogąc przedstawić Państwu Diapason Dynamis, najbardziej ambitny projekt oraz kulminację wiedzy Diapasona i umiejętności w tworzeniu koncepcji prawdziwego “instrumentu” dla najbardziej wyrafinowanego odbioru muzyki.

Cena: 172 000,00 PLN – para

SPECYFIKACJA
Odpowiedź częstotliwościowa: 24 – 20 000 Hz (+/- 3 dB)
Głośnik wysokotonowy (Ø): 29 mm miękka, jedwabna kopułka
Głośnik średniotonowy (Ø): 18 cm z papierowym stożkiem krytym aluminium i farbą strukturalną Nextel
Głośnik basowy (Ø): 30 cm głośnik z membraną Fiber glass
Skuteczność: 89 dB/W/m
Podział częstotliwości zwrotnicy: 4.600 Hz
Impedancja: 6 Ω
Minimalna impedancja: 3,4 Ω/200Hz
Typ obudowy: Bassreflex skierowany pod kątem do dołu
Wykończenie: metallic bronze, glossy white, dark grey, China red, metallic silver lub inny kolor na zamówienie
Waga: 100kg / 1 szt.
Wymiary (szer x gł x wys): 45 x 68,50 x 127,5

Dystrybucja: audio-connect

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Przewodnią ideą High-Endu jest przede wszystkim bezkompromisowość i zgodnie logiką, bo zdrowy rozsądek lepiej na jakiś czas odłożyć na bok, reguła ta powinna być jasna dla wszystkich, czyli zarówno dla producentów/dystrybutorów/dostawców, jak i odbiorców końcowych. Problem w tym, że o ile u klientów cały czas rosną, to część w wytwórców wychodzi z dość kontrowersyjnego i nie wiadomo na czym opartego przeświadczenia, że ich „dzieła” sprzedadzą się same i to niezależnie od całej otoczki w jakiej będą prezentowane. Krótko mówiąc dźwięk obroni się nawet wtedy, gdy produkt będzie wyglądał na ewidentne garażowe DIY robione przez średnio uzdolnioną „złota rączkę” po kilku „jasnych pełnych”. Znają Państwo takie przypadki? Dla ułatwienia dodam słowo-klucz i zarazem hasło rozpoznawcze chyba wszystkich tego typu postaci – „Będzie Pan zadowolony”. Niestety, albo zdecydowanie bardziej „stety” coraz więcej osób na powyższe zjawisko reaguje ciężką alergią i woli wydać więcej na coś, co nie tylko gra, lecz również wygląda co najmniej dobrze a najlepiej bardzo dobrze, bądź w przypadku mocno kontrowersyjnych kwot, wręcz oszałamiająco. Z tego samego, skądinąd słusznego założenia wyszli konstruktorzy będącej przedmiotem niniejszej recenzji listwy zasilającej Power Base HighEnd oferując ją nie tylko w idealnie odzwierciedlającej ambitną nazwę formie, lecz również dbając o pierwsze wrażenie, które jak wiadomo można zrobić tylko raz. Chodzi mianowicie o opakowanie, w jakim towar do nas dociera. Oczywiście na czas transportu całość znajduje się w ochronnym kartonie, lecz już na miejscu, zanim dostaniemy do rąk upragnioną, nową zabawkę naszym oczom ukazuje się potężna, wyściełana skrzynia z ozdobnym wiekiem, na którym wyfrezowano stosowne informacje, zdradzające jej zawartość. Muszę uczciwie przyznać, że różne rzeczy w swojej recenzenckiej karierze widziałem, ale takiej dbałości o z pozoru nieistotne detale w przypadku „zwykłej listwy” zasilającej jeszcze nie.  Proszę z resztą spojrzeć.

Dostarczona na testy wersja to szczytowy model w ofercie krakowskiego producenta. Oprócz High-Endu do wyboru są jeszcze podstawowa – oznaczona po prostu Power Base, oraz kolejno Plus i Super. Tym, co łączy wszystkie listwy jest „Pierwszy węzeł prądowy”, czyli równoległe połączenie wszystkich gniazd osobnymi przewodami do masywnych miedzianych szyn. Pierwsze dwie posiadają obudowy z giętej stali nierdzewnej o grubości odpowiednio 2 i 3 mm, gniazda sieciowe Legrand o okablowanie wewnętrzne również w zależności od wersji „zwykły” solid core o przekroju 1.5 mm2 / Vovox Textura.  Czyli solidnie i bez udziwnień. Audiofilskie szaleństwo rozpoczyna się dopiero przy wersji Super, w której obudowa ewoluuje do aluminiowego odlewu wyłożonego matami bitumicznego i okablowanego przewodami Furukawy. To jednak nie wszystko, bo pojawiają się nie tylko gniazda sieciowe Oyaide, lecz pod każdym z nich umieszczono dodatkowo rezonatory kwarcowe Acoustic Revive QR-8. Jeśli czytając powyższą wyliczankę poczuli się Państwo podekscytowani, to zanim przejdziemy do opisu trzewi Power Base HighEnd sugeruję zażyć kilka kropli nasercowych. Już? No to voilà!

Obudowa to lity blok aluminium, w którym jedynie wyfrezowano wnęki na gniazda i okablowanie wewnętrzne, w roli którego użyto … Acrolinka 7N-PC9500. Wdech, wydech, wdech … Już lepiej? No to kontynuujemy. Gniazda Oyaide – są, rezonatory Acoustic Revive QR-8 – oczywiście obecne. Dodatkowo wejściowe gniazdo sieciowe pochodzi od Furutecha a w komplecie otrzymujemy nie tylko ekskluzywną skrzynię, w jakiej listwa do nas dociera, lecz również  … wykonaną zgodnie z wytycznymi speców z Acoustic Revive podstawę wypełnioną kryształkami kwarcu (odpowiednik TB-38H) ze specjalnie wykonanymi podtoczeniami pod nóżki zapobiegającymi ślizganiu się listwy po gładkiej powierzchni. Ponadto Nautilus – dystrybutor Power Base’a, chcąc uniknąć nieprzewidzianych czynników obcych zapobiegliwie zaopatrzył nas w dwumetrowego Acrolinka Mexcel 7N-PC9300. Oczywiście w wersji docelowej, mając już okablowaną 9500-ką listwę warto jeszcze mocniej wycisnąć kartę kredytową i „szarpnąć się” na 7N-PC9500. Automatycznie odpadnie nam problem z dopasowaniem zarówno elektrycznym, jak i sonicznym tego, co w listwie z tym, co prąd do niej dostarcza, jednak dostarczony nam set miał za zadanie pokazać, że i w takiej konfiguracji może pojawić się synergia.
Warto również poświęcić choćby chwilę i przyjrzeć się precyzji, z jaką wykonano zarówno korpus, jak i szczotkowaną „płytę roboczą”. Każdy detal został przemyślany, dopracowany a co najważniejsze wykonany z iście zegarmistrzowską precyzją. Tutaj po prostu nie ma miejsca na niedociągnięcia, gdyż sprawa jest absolutnie jasna dla obu stron – Klient płaci i wymaga. W tym jednak wypadku, przynajmniej jeśli chodzi o jakość wykonania, jest ona po prostu … high-endowa.
Zanim jednak przejdziemy do części poświęconej walorom sonicznym listwy pozwolę sobie na szybkie wylistowanie cech charakterystycznych tytułowej bohaterki posługując się ściągawką w postaci listy podanej na stronie producenta:
– PW – Pierwszy węzeł prądowy – równoległe połączenie wszystkich gniazd osobnymi przewodami.
– SW – Lite szyny wejściowe – miedziane szyny zapewniające przewymiarowaną wydajność prądową.
– FW – Wysokiej klasy złącze wejściowe – pochodzące z katalogu Furutecha gniazdo IEC
– AW – Izolacja i wytłumienie antywibracyjne – w przypadku Power Base HighEnd są to toczone, aluminiowe nóżki, maty bitumiczne, jedwabna wata tłumiąca PSA-100 przy gnieździe wejściowym, oraz … dedykowana drewniana podstawa wypełniona kryształkami kwarcu.
– SK – Skręcane połączenia – całe wewnętrzne okablowanie połączono metodą punkt-punkt za pomocą węzłów śrubowych.
– AK – Zabezpieczenie antykorozyjne – wszystkie złącza i styki pokrywane są sprayem ECi-100 Acoustic Revive
– RK – Rezonator kwarcowy – krążek Acoustic Revive QR-8 pod każdym gniazdem.

Jak widać z powyższej wyliczanki tytułowa listwa jest klasycznym przykładem całkowicie pasywnego rozgałęźnika, lub jak kto woli bardziej poważne określenia „dystrybutora” prądu. Pomimo tego, myliłby się ten, kto stwierdziłby, że takie akcesoria nie wymagają mozolnego procesu wygrzewania i akomodacji w docelowym systemie. Otóż wymagają i każdy, kto choć raz miał kontakt nawet z kablami zasilającymi, ze szczególnym uwzględnieniem pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni, taką wiedzę tajemną powinien był posiąść. Warto o tym pamiętać, bo w trzewiach HighEndu umieszczono ok. 2m Acrolinka, który po prostu taką ma naturę, że dobrze gra dopiero po co najmniej kilkudziesięciu godzinach pracy. W związku z powyższym nie dziwi fakt, że brzmienie dostarczonego zestawu jest wypadkową natywnych cech użytego okablowania wewnętrznego i dostarczonego wraz z listwą PC9300, czyli w telegraficznym skrócie otrzymujemy fenomenalną muzykalność i nasycenie 9500-ki z rozdzielczością, witalnością i świetnie zarysowanymi konturami, oraz lekko rozświetlonymi najwyższymi składowymi 9300. Co ważne nie sposób w takim symbiotycznym ekosystemie wyłowić ewentualne słabości, gdyż na tym poziomie jakościowym ich po prostu nie ma. Można oczywiście się spierać, czy dany sposób prezentacji, kreowania przestrzeni, czy też prowadzenia basu nam się podoba, czyli wpisuje się w nasze gusta i przyzwyczajenia, czy też nie, ale w tym momencie zaczynamy dyskutować nie o faktach a o gustach, o których jak wiadomo dyskutować nie wypada. A właśnie, przestrzeń. Krakowska listwa jest swoistym fenomenem, gdyż do tej dziedziny podchodzi niejako sama sobie przecząc.  Otóż przybliża źródła pozorne jednocześnie je oddalając. Oksymoron? Niekoniecznie i już śpieszę z wyjaśnieniami. Przybliżeniu poddawany jest pierwszy plan i to głównie centrum kadru, za to dalsze plany budowane są już za linią kolumn rozpościerając się szerokim wachlarzem. Proszę tylko posłuchać Mercedes Sosy w „Misa Criolla” Ramireza, czy „Il Trovatore” Verdiego z Luciano Pavarottim i Antonellą Banaudi. Tam dystans dzielący poszczególnych wokalistów, orkiestrę i chór liczony jest przecież w metrach i to z PowerBasem słychać. Po prostu słychać i niemalże widać, czyli nie musimy godzić się na typowe dla większości systemów przeskalowanie reprodukowanego spektaklu do warunków lokalowych słuchacza. Ot taki audiofilski odpowiednik iMaxa 3D.
Również w wielkiej symfonice czuć swobodę i rozmach – wystarczy sięgnąć po wszystkim znany temat z „Also Sprach Zarathustra” a jeszcze lepiej „O Fortuna” (Carl Orff „Carmina Burana”), by przekonać się, że basowe pomruki zdolne są włączyć alarmy w samochodach parkujących na najniższym poziomie podziemnego garażu. Nagle okazuje się, że oprócz samego, niezaprzeczalnie monumentalnego i spektakularnego ataku jest tam jeszcze miejsce na cyzelowanie detali, czarowanie barwami i grę emocji.
Podobnie sprawy się mają z przeciwległym skrajem pasma, gdyż zarówno dęciaki w szaleńczych partiach zarejestrowanych na „Brotherhood of Brass” Frank London’s Klezmer Brass Allstars, jak i z natury szeleszczące popisy wokalne Jheeny Lodwick, oraz Susan Wong („Step Into My Dreams”) o bardziej egzotycznych klimatach nawet nie wspominając pokazały, że jak się chce, to można połączyć rozdzielczość z gładkością a przede wszystkim przyjemnością odbioru. Choć słychać to, co zostało zarejestrowane pewnemu ucywilizowaniu ulega z reguły psująca całą radość ofensywność sybilantów, która transformowana jest na komunikatywność. Znika pewna „samplerowa” techniczność a jej miejsce zajmuje analogowa selektywność. Różnica może na papierze nie przedstawia się zbyt imponująco, ale w rzeczywistości sprawia, że odsłuchy można prowadzić godzinami bez narażania się na zmęczenie.

Po otwierającej nasze zabawy z prądem Amare Musica Silver Passive Power Station, miło przez Jacka wspominanej, również rodzimej, listwie KBL Sound Reference Power Distributor i przekraczającym zdawałoby się nieprzekraczalne granice referencji Furutechu Pure Power 6 tytułowa Power Base HighEnd jest nader namacalnym dowodem na to, że o zasilanie nawet na tych ostatnich metrach przed naszymi drogocennymi systemami warto i należy dbać. Praktycznie całkowite odseparowanie poszczególnych gniazd i dbałość o każdy, nawet najmniejszy detal konstrukcyjny odwdzięczają się niezwykle spójnym i muzykalnym dźwiękiem oferującym oprócz niezwykle sugestywnej przestrzeni i szerokiego pasma również finezyjnie podane tak uwielbiane przez brać audiofilską wszelakiej maści smaczki i mikrodetale. Wystarczy rozsiąść się wygodnie w fotelu i zacząć słuchać muzyki. Muzyki, nie dźwięków.

Marcin Olszewski

Producent: Base Audio
Dystrybucja: Nautilus
Cena: 15 900 PLN wersja z 5 gniazdami; 19 900 PLN wersja z 6 gniazdami

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin D1; QAT RS3
– Gramofon: McIntosh MT10 + Lyra Kleos
– Przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Sensor Prelude; RCM THERIAA
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Przedwzmacniacz liniowy: Abyssound ASP-1000
– Wzmacniacz mocy: Abyssound ASX-1000
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Dla środowiska audiofilskiego kwestia zasilania jest chlebem powszednim. Wydaje się, że wszyscy o tym wiedzą i aby zakończyć prywatne poszukiwania Świętego Graala, powinni zmierzyć się z tym tematem na poważnie. Oczywiście, jak to często w życiu bywa, każdy ma swoje preferencje kolejności, ale nie ulega wątpliwości, że sprzęt zasilany dla podkreślenia tematu powiem “dobrym” prądem, potrafi wznieść się na dotychczas nieosiągalne przez siebie wyżyny jakości. Niestety nawet w tak wyedukowanym w sprawach audio środowisku panują różne, włącznie z całkowitą ignorancją tego tematu poglądy, dlatego nie chciałbym na siłę niczego teraz udowadniać, pozostawiając zatwardziałych przeciwników audio voodoo w błogiej nieświadomości. Z drugiej strony wiedząc, że podobnych piewców hasła “prąd to tylko prąd” jest niewielu, bez najmniejszych obaw natury deprecjonowania mojej skromnej osoby za szerzenie herezji, wziąłem na tapetę dość wysoko pozycjonowaną cenowo listwę zasilającą POWER BASE HighEnd, którą dystrybuuje krakowski Nautilus. Dla ostudzenia atmosfery, już na wstępie proszę wszystkich oburzonych o panowanie nad emocjami, gdyż nie jest to produkt próbujący przebić się do pierwszej ligi jedynie swą nazwą, tylko wsadem materiałowym i jakością wykonania. A jak wypadnie najważniejsza dla nas sprawa, czyli “wpływ na dźwięk”, okaże się w dalszej części dzisiejszego testu.

Kwestia opakowania praktycznie rzecz biorąc, wydaje się być najmniej istotnym elementem bytu jakiegokolwiek komponentu audio. Oczywiście cieszą nas wymyślne puzdereczka, czy aksamitne torebki, ale to, co zaprezentował krakowski dystrybutor, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wykonana z lakierowanego w czarno-brokatowym kolorze drewna sporych gabarytów skrzynka, na swym polakierowanym na wysoki połysk w brązowym odcieniu wieku ozdobiona jest fantastycznie wizualnie wyciętą nazwą produktu. Naprawdę, stolarz miał co robić. Ale to nie jedyny akcent ekskluzywności, jaki bije od tej ważącej kilka kilogramów listwy sieciowej.

Jednak spokojnie, po kolei. Dostarczony do zaopiniowania “rozgałęziacz”, wyposażony był w sześć gniazdek, umożliwiając tym sposobem podłączenie mojego dość mocno rozbudowanego systemu. Wiem wiem, dla wielu melomanów to zbyteczna ilość, jednak jeśli ktoś ma zamiar spróbować swoich sił w technice analogowej – czytaj gramofon, nagle staje się jasne, że mamy poważny problem około-prądowy. Kontynuując sprawę przywołanej ekskluzywności, dopiero kontakt organoleptyczny uświadamia nam solidność produktu, gdyż oprócz swej stosunkowo dużej wagi, gondolę listwy wykończono w wyśmienicie wyglądającym lakierze o strukturze bardzo drobnego papieru ściernego, a górną dzierżącą sześć gniazdek płaszczyznę wykonano z anodowano na czarno drapanego aluminium. Z informacji od dystrybutora wynika, że do wewnętrznego okablowania użyto drutu z najwyższej linii Acrolinka model 9500, a jako wyposażenie dodatkowe sugerowana jest również sieciówka w tej specyfikacji. W teście wystąpił jednak o oczko niższy kabel serii 9300. Aby pełni ekskluzywności stała się zadość, ta dumnie prezentująca się POWER BASE stanęła na dedykowanej podstawie wykonanej zgodnie z zaleceniami Acoustic Revive z kwarcowym granulatem jako warstwą tłumiącą. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego przepychu wizualnego i walki ze szkodliwymi wibracjami już na poziomie dostarczania prądu. Owszem, kilka świetnie wyglądających rozdzielaczy energii miałem już u siebie, ale wizytująca moje progi „złodziejka” z Krakowa, chyba wyprzedziła nieco konkurencję. Tak więc po wstępnym wprowadzeniu wizualnym, pozostaje mi tylko jedno, zdradzić, co to cacuszko ma do powiedzenia w najważniejszej sprawie swojego istnienia – czyli zaspokajaniu potrzeb współpracującego z nim systemu w życiodajną energię elektryczną, dlatego zapraszam do lektury kilku akapitów sygnalizacyjnych, co wydarzyło się, po wpięciu mojego systemu w będący bohaterem dzisiejszej rozprawy terminal prądowy.

Jak zdążyłem wspomnieć, bazą do połączeń między-gniazdkowych listwy jest testowany jakiś czas temu na naszych łamach Acrolink 9500, który w porównaniu do stacjonujących u mnie na co dzień drutów Harmonixa miał nieco bardziej gładką sygnaturę dźwięku. Osadzenie w barwie było prawie identyczne, kładąc raczej nacisk na lekkie balsamowanie górnych rejestrów 9500-ki, dodając przekazowi muzycznemu nieco więcej homogeniczności. Nie niosło to większych ograniczeń w wybrzmiewaniu wysokich tonów, ale odbijało się utemperowaniem iskry w grze blach perkusisty. Co ciekawe, gdy u mnie ten aspekt można było rozpatrywać w kategoriach lekkiego wycofania, co przez niektórych miłośników szybkości dźwięków mogłoby być odbierane niezbyt przychylnie, to u znajomego z identycznym systemem Reimyo, ale innymi kolumnami, okazało się ciekawym i w konsekwencji zatwierdzonym pozostawieniem w torze rozwiązaniem. Przywołuję to zdarzenie, aby pokazać fakt całkowicie innych wyników w nawet minimalnie różniących się setach i co za tym idzie, nieco innego końcowego odbioru zachodzących zmian. Co prawda w procesie recenzowania w torze znalazł się jeszcze kabel z niższej serii, jako łączówka z gniazdkiem w ścianie, ale ogólny przekaz miał tamtą, zapamiętaną sprzed kilkunastu miesięcy sygnaturę. Jak dokładnie wypadała teraz, po zmianie pomieszczenia odsłuchowego i zespołów głośnikowych na większe gabarytowo? Nie deliberując zbytnio zdradzę, że efekt był potwierdzeniem zasłyszanych podczas testu kabli sieciowych odczuć. Najważniejszym punktem w odbiorze muzyki jest dla mnie oddech i budowa głębokiej i bardzo czytelnej sceny, a to bez problemów pokazywał testowy japońsko – krakowski mariaż. Nieco utemperowana góra, mimo wyraźniejszej gładkości nie umniejszała uczucia otwartości, a po kilkunastu minutach stawała się naturalnym bytem strojenia całego pasma, przenosząc mnie w nieco bardziej homogeniczny zbliżony do natury analogu spektakl. A, że jestem gorącym zwolennikiem tego formatu, mimo hołubienia odrobinę większego blasku, przeszedłem nad tym aspektem do porządku dziennego i przerzuciłem kilkanaście srebrnych krążków, celem utwierdzenia się, czy uda mi się złapać Power Base na jakiejś prostej wpadce. Niestety, albo stety, bez względu na gatunek muzyczny przywołane muśnięte spokojem wysokie tony nie szkodziły tak w repertuarze jazzowym – mimo, że czasem przydałoby się trochę więcej talerza w trio, jak i produkcjach Massive Attack, jawiąc się jako balsam na przenikliwie smagające moje uszy, sztucznie generowane elektroniczne dźwięki. Ostatnimi czasy ta formacja dość często ląduje na tapecie recenzenckiej z jednym tylko zadaniem, czy łagodząca zmiana wniesiona przez pretendenta do oceny, zagłuszy szaleństwo energetycznych przesterów na tyle, by całkowicie zabić pierwiastek ofensywności, w konsekwencji robiąc nic niewnoszącą do życia słuchacza papkę, czy swoim sznytem uszlachetni dobiegające z kolumn dźwięki, by były bardziej strawne, jednak nadal z odpowiednią dawką zaimplementowanego przez muzyków drive’u. Wynik, jaki dotarł do mych małżowin usznych, odebrałem jako tę uszlachetnioną odmianę emocji, mimo, że mając zestaw zestrojony w punkt i występy obcych komponentów zawsze będę odbierał nieco inaczej, a czasem nawet gorzej niż posiadane synergiczne zestawienie. A cóż więcej przydałby się od dystrybutora prądu, oprócz nie przeszkadzania w pracy urządzeniom elektrycznym? Ano tego, by bez szwanku nakarmić nawet najbardziej prądożerną końcówkę mocy. Idąc tym tropem, tak jak za każdym razem, tak i w tym podejściu zrobiłem próbę wpięcia mojego chimerycznego pieca do testowanej listwy. Wiele podobnych produktów zdążyło się wyłożyć, kilka radziło sobie nieźle i tylko jeden nie dał poznać, że energia nie płynie ze ściany. Co stało się po występach POWER BASE HighEnd? Była zauważalna różnica, ale raczej w tym ogólnie prezentowanym i opisywanym w trakcie tego spotkania aspekcie tonowania górnych rejestrów. Suma summarum przy wpięciu całego seta razem z końcówką, robiło się również nieco gęściej, ale dźwięk nadal nie nosił oznak zmulenia. Oczywiście ta weryfikacja szła pod prąd zaleceniom konstruktora mojego wzmocnienia – „tylko do ściany”, dlatego proszę nie brać tego jako wyroczni. Nie po to w instrukcji wypunktowane są pewne obwarowania, by idąc przeciwko nim, zwalać winę na bogu ducha winny testowany komponent, ale z drugiej strony, gdy coś radzi sobie zadziwiająco dobrze, według mnie zasługuje na taki niezobowiązujący okraszony wyjaśnieniami test prawdy.

To było bardzo pouczające spotkanie przy prądzie. Bardzo wysoko oceniony kiedyś przeze mnie kabel sieciowy, występując jako wewnętrzny przewodnik listwy sieciowej, również jako półprodukt okazał się nieść wcześniej usłyszaną sygnaturę, ale bez jej szkodliwego wzmocnienia. Czy w każdym systemie się sprawdzi, musicie przekonać się sami. Dla mnie bez względu na rodzaj słuchanej muzyki i przy nastawieniu na swobodę grania było dobrze. Co prawda na co dzień mam nieco więcej blasku, ale homogeniczność jaką dostałem, była na tyle strawna, że fundując mi obszary zbliżone do grania gramofonu, dawała wiele frajdy ze słuchania. Trochę bałem się tego spotkania, ale jak to zwykle bywa, zbyt emocjonalnie podchodzę do wszelkich testów, które podobnie jak ten często wypadają pozytywnie. Kończąc to spotkanie, muszę przypomnieć jeszcze o sprawach wykonania i zapakowania oferowanego przez krakowskiego Nautilusa dystrybutora prądu. Wiemy przecież nie od dziś, iż proces zakupowy bardzo często musi być zatwierdzony przez nasze drugie połówki, a jestem przekonany w stu procentach, że gdy w Waszym domu wystąpi tak wykwintnie prezentująca się zabawka, o przychylne skinienie głową nie musicie się martwić. Tak więc, jeśli brakuje Wam gniazdek w ścianie, testowana oferta około-prądowa wręcz obowiązkowo powinna znaleźć się na liście odsłuchowej.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Nie będę ukrywał, że podchodząc do sprawy z oddaniem i sumiennie wykonując recenzenckie obowiązki jesteśmy w stanie dość dokładnie przetestować praktycznie każde „wygrzane” urządzenie w ciągu około dwóch – trzech tygodni. Jednak dopiero dłuższe obcowanie z nowym komponentem daje pełny obraz jego możliwości. Nie dość, że nie mając presji nieuchronnie zbliżającego się terminu zwrotu możemy sprawdzić najprzeróżniejsze konfiguracje, to dodatkowo do głosu dochodzi czynnik chyba najistotniejszy dla potencjalnego nabywcy – próba czasu. Niezależnie od tego jak byśmy się nie starali, to i tak i tak, nawet podświadomie, przy kontakcie z nowym „czymś” będziemy je oceniali przez pryzmat ekscytacji ową nowością, usilnie starali się wyłapać czasem wręcz wyimaginowane niuanse mające potwierdzić słuszność dokonanego wyboru. Jednak niezbyt często – z oczywistych z resztą względów – wspomina się w recenzjach o tym, co się dzieje, gdy emocje opadną, gdy to, co nowe, nowym być przestaje i na stałe wpisuje się w nasz system. W najlepszym wypadku uznajemy, że wszystko jest OK., przechodzimy nad osiągniętym stanem posiadania do porządku dziennego i najogólniej rzecz biorąc zapominamy o temacie. Gorzej, jeśli audiophilia nervosa spokoju dać nie chce i to, co na początku angażowało zaczyna irytować, a to co koiło i czarowało najzwyczajniej w świecie usypia i nudzi. Powyższych dylematów nie sposób doznać, ani nawet przewidzieć na przestrzeni wspomnianych kilku tygodni, więc sytuacje tego typu dla nas – recenzentów, w większości przypadków są czysto hipotetyczne. Nad wyraz dynamiczna fluktuacja większości komponentów w odsłuchiwanych systemach nie daje nawet cienia szansy na znudzenie, czy zwykłe opatrzenie/osłuchanie danego urządzenia. Jednak nawet w naszym, dość hermetycznym audio-światku zdarzają się wyjątki, wyjątki chlubne, acz potwierdzające opisane w niniejszym akapicie reguły. Wyjątki, dla których nie jak najkrótszy czas testu i jak największa ilość pojawiających się w prasie i internecie recenzji jest najważniejsza, lecz ich jakość, rzetelność a co najważniejsze jak najbardziej zbliżone do rzeczywistych – docelowych warunków użytkowania okoliczności. Niewątpliwie jest to podejście bezkompromisowe, lecz jeśli traktuje się High-End właśnie jako domenę, w której na kompromisy miejsca być nie powinno, a przy tym ceni się długoterminowe zadowolenie swoich Klientów tak właśnie wypadałoby postępować. W tym oto momencie dochodzimy do tematu niniejszej recenzji, do dzielonej amplifikacji Abyssound ASP-1000 + ASX-1000, która obecna jest w naszych systemach od … lipca ubiegłego roku. Tak, tak. Jeszcze chwila a na liczniku tego najdłuższego testu w historii naszej redakcji wybiłoby okrągłe 12 miesięcy. Przez ten czas ilość kombinacji i systemów, w których tytułowy duet miał okazję się sprawdzić przekroczyła już 50-kę, więc w stopce znajdą Państwo jedynie ostatnie – najświeższe konfiguracje.

Decydując się na test zestawu Abyssounda wybraliśmy tzw. opcję „kompaktową”, czyli mniejszą, choć to niezbyt właściwe w tym kontekście określenie, końcówkę mocy ASX-1000 i jedyny, na chwilę obecną, przedwzmacniacz ASP-1000. Jak się bardzo szybko okazało różnice gabarytowo-wagowe wzmacniaczy (ASX-1000 vs. ASX-2000) najogólniej rzecz biorąc miały charakter niemalże kosmetyczny i dotyczyły 4cm wysokości i 6 kg wagi, co przy podstawach obu „maleństw” o wymiarach 54 x 54cm i wadze 46 vs. 52 kg jest praktycznie pomijalne. Oczywiście to nie o gabaryty obudów chodzi, lecz o trzewia i klasę, w jakiej końcówki mocy pracują. Do nas trafiła wersja „ekologiczna” zdolna oddać 180 W przy 8Ω  (360W przy 4 Ω), z których „tylko” pierwszych 35 serwowanych jest w rozbudzającej audiofilskie rządze klasie A, a jeśli zajdzie taka potrzeba dopiero pozostałe w klasie AB. Dodatkowo znaleźć w niej można tak innowacyjne rozwiązania, jak BQVA – komplementarny układ Bi-Kwartetowy we wzmacniaczu napięciowym i moduł ULHD (Ultra Linear High Damping) w stopniu wyjściowym pozwalający uzyskać bardzo wysoki czynnik tłumiący. Wspomniane, niemalże kosmiczne, technologie okraszono dodatkowo sprawdzonymi przez dziesięciolecia w High-Endzie patentami, jak potężne toroidalne trafo o mocy 1600 VA i bateria kondensatorów filtrujących o łącznej pojemności 220 000 µF. Zero kompromisów. Na koniec zostawiłem opis obudowy i generalnie całego projektu plastycznego, gdyż jakoś tak się utarło, że o ile brzmieniowo i przede wszystkim pod względem wkładu materiałowego rodzime konstrukcje z łatwością nawiązywały wyrównaną walkę z nawet droższą zagraniczną konkurencją, to wzorniczo zawsze było „tak se” – takie trochę lepsze DIY. Całe szczęście na przestrzeni kilku ostatnich lat sytuacja ulega sukcesywnej poprawie, czego dowodem są urządzenia oferowane przez Amare Musica, Egg-Shell, czy dostarczony ledwie kilka dni temu do naszej redakcji G Lab Design Fidelity Block. Nie inaczej jest w przypadku ASX-1000, który będąc urządzeniem o bezdyskusyjnie absorbującej posturze łączy w sobie wszystkie najlepsze cechy klasycznych Krelli, BAT-ów, czy Passów. Jest potężny, surowy, czarny i … niepokojąco monumentalny.  Wielowarstwowy front z grubych płatów szczotkowanego aluminium zdobi jedynie srebrny włącznik sieciowy z błękitną aureolką, oraz głęboko wyfrezowane logo firmy. Konwencjonalne ściany boczne zastąpiono potężnymi radiatorami, płytę wierzchnią solidnie ponacinano a powstałe w ten sposób otwory zabezpieczono gęstą siatką. W ten nader minimalistyczny design idealnie wpisuje się ściana tylna oferująca jedynie solidne złocone gniazda RCA (WBT 0201), oraz dwie pary pojedynczych terminali głośnikowych WBT 0765, które może i cieszą oczy urzędasów z UE, lecz są prawdziwym utrapieniem dla wszystkich posiadaczy zaterminowanych widłami kabli głośnikowych, do których sam się zaliczam. W związku z powyższym unijne przepisy sobie, lecz składając zamówienie z pewnością próbowałbym nakłonić producenta do drobnej customizacji i zastąpienia wyposażonych w plastikowe kołnierze standardowych gniazd czymś w stylu pochodzących od tego samego dostawcy 0730, lub np. Furutechów FT-866 a nawet jakimiś „motylkami” jak w Krellu FBI. Nie zabrakło też zintegrowanego z włącznikiem głównym i bezpiecznikiem gniazda IEC i … koniecznych przy takich gabarytach i masie potężnych uchwytów ułatwiających nie tylko w miarę wygodne ustawianie i przenoszenie urządzenia, lecz przede wszystkim jego umieszczanie w kejsie, w jakim wzmacniacz jest do klienta dostarczany.
Wyposażony w firmowego (niezbyt urodziwego) pilota przedwzmacniacz ASP-1000 przy „większym bracie” wygląda iście filigranowo, lecz proszę nie dać się zwieść pozorom. To standardowych rozmiarów blisko 10 kg. komponent zdolny w swych trzewiach pomieścić zawartość niejednej integry ze średniej półki. Jednak po kolei – najpierw skupmy się na walorach zewnętrznych. Po pierwsze solidność i tzw. wsad materiałowy nie odbiega od tego, do czego przyzwyczaiła nas końcówka mocy. Na ponad centymetrowej grubości, stanowiącym front szczotkowanym płacie aluminium wyfrezowano dwie głębokie pionowe bruzdy dzielące dostępną przestrzeń na trzy, przypisane konkretnym funkcjom sekcje. Patrząc od lewej odnajdziemy bliźniaczy jak w ASX-1000 włącznik z koncentrycznie wtopioną błękitną aureolką. Środkową sekcję zajmuje centralnie umieszczona gałka regulacji głośności, po której prawicy widnieje wyfrezowane logo producenta a po prawej, diody informujące o wybranym wzmocnieniu(-6 dB, -12dB), lub wyciszeniu (Mute) oraz dedykowana im gałka. Ulokowany po prawej stronie frontu selektor wejść również otacza wianuszek diód wskazujących aktywne w danym momencie źródło. W niewielkim wgłębieniu umieszczono odbiornik IR a w prawym dolnym rogu znalazła się informacja o modelu. Co dziwne, zamiast świetnie sprawdzających się wyfrezowań wybrano biały nadruk, który niepotrzebnie przykuwa uwagę silnie kontrastując z elegancką czernią frontu.
Za to panel tylny wygląda niemalże jak wystawa u dobrego audio-jubilera. Pięć par wejść liniowych (w tym jedna para Direct) w standardzie RCA olśniewa rodem a uzupełniająca je para XLRów to szwajcarskie Neutriki. Z kolei dwie pary wyjść RCA „oprawiono” w złoto i podobnie jak w przypadku wejść nie zapomniano o XLR-ach.  Listę zamyka przełącznik masy, gniazdo triggera i zintegrowane z włącznikiem i bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. Jest jeszcze gniazdo antenowe, lecz na chwilę obecną trudno odgadnąć jego przeznaczenie.

Ponieważ tytułowy zestaw był podczas kilkumiesięcznej bytności u Jacka praktycznie non-stop pod prądem zupełnie nie musiałem przejmować się kwestią wygrzania a jedynie, niemalże kurtuazyjnie, zaoferować kilkanaście godzin na optymalne ustabilizowanie energetyczne, co przy takiej ilości pojemności filtrujących na pokładzie wydawało mi się oczywiste. Wbrew pozorom zestaw Abyssounda od pierwszych chwil przykuwa uwagę słuchacza nie do wolumenu generowanego dźwięku, lecz do wręcz organicznego, wybitnie analogowego ciepła zespolonego z rewelacyjną rozdzielczością. Coś Państwu to przypomina? Ano właśnie. Przecież to znak firmowy i cechy charakterystyczne dla najlepszych lampowców. A tu proszę, okazuje się, że jedną z wręcz sztandarowych cech krakowskiego duetu jest zdolność do zachowania świetnej selektywności i nasycenia brzmienia nawet przy niewielkich poziomach głośności. Takiego stanu rzeczy można oczekiwać, bądź choćby spodziewać się, po wysublimowanej konstrukcji SET z 300B, lub 2A3 na pokładzie a tymczasem blisko 50 kg monstrum zdolne wysterować nie tylko płytę chodnikową, lecz i całkiem spory katafalk, również na poziomie wieczorno – nocnego półszeptu potrafi pokazać się od jak najlepszej strony. Nieprzypadkowo odwołałem się do typowo lampowych analogii, gdyż nawet z mało „soczystego” materiału, jakim niewątpliwie jest „Quelqu’un m’a dit” Carli Bruni tytułowa amplifikacja była w stanie wyciągnąć całkiem sporą dawkę słodyczy i rozmarzenia nie tracąc nic z chropowatości i matowości głosu szansonistki. Podkreślenie pierwszego planu tylko wzmocniło intymność albumu a delikatne pogrubienie brzmienia gitary sprawiło, że całość zabrzmiała nad wyraz zmysłowo. Podobnie sprawy się miały ze „Small Change” Toma Waitsa, z tą tylko różnicą, że delikatna, prowadzona w tle orkiestracja („Tom Traubert’s Blues”) budowała zaskakująco holograficzną, sugestywną przestrzeń sięgającą hen, hen za wokalistą i fortepianem ulokowanymi na pierwszym planie. Taki sposób przekazu sprawiał, że mimochodem stawialiśmy się uczestnikami dedykowanego tylko nam spektaklu. Dźwięk był gęsty, duży i wszechobecny – otaczał nas i wchłaniał we własny mikrokosmos.
Jednak nie po to wstawia się do pokoju kilkadziesiąt kilogramów żelastwa żeby ograniczać się li tylko do małych składów, choć uczciwie przyznam, że praktycznie co wieczór przedłużałem odsłuch tylko po to, by w ciągu czasem nawet kilkunastu minut uspokoić skołatane całodzienną pogonią nerwy leniwymi rytmami w stylu „Slow Motion Orchestra” Solveig Slettahjell, czy „Vägen” Tingvall Trio. Zero nerwowości, całkowity spokój i przepiękne barwy sprawiały, że świat zdawał się zwalniać, normalnieć, stawać się bardziej nam przyjazny.
No dobrze, najwyższy czas wejść na wyższe obroty. W repertuarze wymagającym od systemu odpowiedniego rezerwuaru mocy i witalności Abyssoundy z trybu „comfort” przechodzą w tryb „sport” i lepiej w tym momencie zapiąć pasy, znaczy się mieć pod ręką pilota, bo jest to istny 24h Le Mans. Od pierwszego basowego uderzenia „Killing Strangers” otwierającego ostatni album Marilyn Mansona „The Pale Emperor” czuć było potęgę krakowskiej amplifikacji. Lecz nie była to napompowana anabolikami bezwładna masa, lecz świetnie kontrolowana, precyzyjna maszyneria uderzająca z atomową siłą dokładnie wtedy, kiedy trzeba i dokładnie tam, gdzie uderzenie powinno zostać skierowane. Wszędzie, gdzie prym wiodła motoryka i trzymanie tempa poczynając od „Going To Hell” The Pretty Reckless po „TaTaKu Best of Kodo II 1994 – 1999” Kodo warstwa rytmiczna miała swoje pięć minut. Pulsowała, tętniła życiem i wciągała słuchacza w wir wydarzeń. To był jednak jedynie wstęp do spektaklu, jaki rozegrał się podczas „Wagner Reloaded” Apocalypticy. Rozpoczynające się werblem „Fight Against Monsters” rozwijało swoją fabułę dość powoli, lecz sukcesywnie wchodzące instrumentarium powodowało, że i tak już obszerna scena zwiększała swoje gabaryty do niemalże stadionowych, by od 2:35 uwolnić drzemiące w trzewiach ASX-1000 demony. Jednak, żeby poczuć potencjał i żelazną konsekwencję w trzymaniu dźwięku na bardzo krótkiej wodzy nie trzeba było nawet uciekać się do repertuaru szalonych Finów, czy albumu „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, bo nawet niemalże klasyczny „Recomposed by Max Richter: Vivaldi – The Four Seasons” oferował ładunek emocjonalny, o jaki oryginalną wersję posądzić było nie sposób. „Summer 3” zabrzmiało monumentalnie, z rozmachem i niezwykle solidnym fundamentem basowym – niemalże po hollywoodzku. Jakby swoje piętno i zamiłowanie do wgniatających w fotel tutti odcisnął sam Hans Zimmer. Otwartość a zarazem czystość góry pozawalały docenić wykorzystane instrumentarium i jakość samej realizacji. A właśnie, choć tytułowe combo niczego przed słuchaczem nie ukrywa a kwalifikacja przesłuchiwanego materiału pod względem klasy nagrania nie nastręcza najmniejszych trudności, to uczciwie trzeba przyznać, że nikomu specjalnie nie zależy na pastwienu się nad ewidentnymi niedoróbkami. Po prostu, jeśli komuś w studiu nie chciało się pracować nawet Abyssy nie wyciągną nieistniejącej fizycznie przestrzeni, czy nie wyczarują basu tam, gdzie nie został zapisany.

Tak jak wspomniałem wcześniej dzielone wzmocnienie Abbyssounda jednoczy, zespala w sobie niemalże lampowe nasycenie barw z potęgą prawdziwych tranzystorowych bestii, lecz potęgą okiełznaną, a co najważniejsze świadomie i rozumnie wykorzystywaną do możliwie najwierniejszego odtwarzania idei przyświecającym artystom z mozołem tworzącym swoje dzieła. Panom Julianowi Studnickiemu i Markowi Stolińskiemu, odpowiedzialnym m.in. za walory brzmieniowe ASP-1000 i ASX-1000, udało się w bardzo umiejętny sposób połączyć wyśrubowane technologie z wybitnie audiofilskimi cechami sonicznymi jak idące ze sobą w parze muzykalność i rozdzielczość. Taka wybuchowa mieszanka już po kilku dniach może uzależnić i szczerze, bo z autopsji, powiem, że uzależnia. Dodatkowo przyjmowanie jej niemalże codziennie przez kilka miesięcy powoduje trwałe zmiany w psychice. Jej wyrafinowany i całkowicie nieskrępowany pod względem dynamiki i swobody grania dźwięk staje się dla nas oczywistą, ba wręcz natywną, cechą naszego systemu. Staje się „Naszym dźwiękiem”.  Niestety nawet blisko roczny maraton kiedyś się kończy i przychodzi przykry moment wypięcia recenzowanych urządzeń.
Po wyeliminowaniu tytułowego duetu z toru wszystko staje się mniej obecne, oczywiste, namacalne. Ulatują w niebyt organiczna wręcz muzykalność i całkowicie naturalny brak ograniczeń pod względem mikro i makro dynamiki. Niby wszystko jest OK., ale im dłużej nie słuchamy ASX-1000 i ASP-1000, tym częściej przekonujemy się, że takie oszukiwanie samych siebie nie ma większego sensu. Oczywiście świat nie stoi w miejscu i życie płynie dalej, ale ubytek jest bezdyskusyjny i bolesny, cholernie bolesny.

Marcin Olszewski

Producent: Abyssound
Ceny:
ASP-1000: 17 900 PLN
ASX-1000: 29 899 PLN

Dane techniczne:
ASP-1000
Wzmocnienie: 12 dB lub 18 dB
Pasmo przenoszenia: 3 Hz – 375 kHz (-3dB)
SNR: 107 dB
Napięcie wyjściowe: 12 Vrms max
Impedancja wejściowa: 30 kΩ (RCA); 50 kΩ (XLR)
Regulacja tłumienia: -6 dB, -12 dB, MUTE
Ilość wejść: 4 pary RCA + wejście DIERCT; 1 para XLR
Ilość wyjść: 2 (podwójne wyjścia dla każdego kanału) RCA; para XLR
Napięcie zasilania: AC (50-60Hz) 220-230 V
Pobór mocy: 30W podczas pracy; <3,5 W w trybie czuwania
Wymiary (szer x wys x gł): 490 mm x 90 mm x 340 mm
Waga: 9.5 kg

ASX-1000
Moc wyjściowa RMS: 180W/8 Ω, 360W/4 Ω
Moc wyjściowa w klasie A: 35 W/8 Ω
Czułość wejściowa RMS: 1.2 V
Wzmocnienie: 29 dB
Pasmo przenoszenia: (1W -3dB) 7 Hz – 125 kHz
THD: < 0,017 %
Stosunek S/N: 108 dB
Impedancja wejściowa: 10 kΩ
Napięcie zasilania: AC (50-60Hz) 220-230 V
Pobór mocy: 1600 VA (max)
Wymiary (szer x wys x gł): 540 mm x 225 mm x 540 mm
Waga: 46 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Lumin D1; QAT RS3
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Trilogy 925
– Wzmacniacz mocy: Wells Innamorata
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power; Organic Audio Reference Power; Furutech NanoFlux
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Zawsze, gdy rozmowy około-testowe toczą się wokół urządzeń skonstruowanych przez rodzimą bazę inżynierską, z jednej strony jestem tym mocno podekscytowany, ale z drugiej, prawie natychmiast w mojej głowie rodzi się mnóstwo myśli natury: „Co będzie, jak dostarczony do testu komponent nie poradzi sobie w starciu z oczekiwaniami potencjalnych nabywców”. Takie dywagacje są oczywiście mniejszym lub większym standardem praktycznie każdego testu, również produktów zagranicznych, jednak gdy kolokwialnie mówiąc, wyłoży się coś “obcego”, nie obciąża to mojego poczucia patriotyzmu. Na szczęście będąca bohaterką dzisiejszego spotkania marka, dzięki swoim solidnym i w konsekwencji tego zbierającym wiele pochlebnych opinii konstrukcjom, od kilku lat znana jest już w naszym kraju, jako coś wartego poświecenia dłuższego czasu, niż kilka kurtuazyjnych fraz muzycznych zakończonych tekstem w stylu: “To urządzenie ma potencjał”. Swoją drogą prawdopodobnie spora rzesza czytelników wie, że taki niby pochwalny slogan w gruncie rzeczy jest bardziej kulturalnym odbiciem oczekującego diagnozy właściciela, niż dogłębną analizą jego dzieła. Z dwojga złego lepiej się zachować tak, niż sponiewierać bidnego, często przez połowę życia kompletującego swój system gospodarza. Ale wróćmy do meritum. Prawdę mówiąc, ustalony z Marcinem termin ukazania się testu tej jeszcze tajemniczej manufaktury, nie będzie oceną wcześniej nieznanych mi niewiadomych, tylko kumulacją kilkumiesięcznych roszad sprzętowych w różnych konfiguracjach, ale nigdy w dzisiejszym kompletnym zestawie. Dotychczas każdy z dwóch opisywanych komponentów występował osobno, aż nadszedł czas, by krakowski ABYSSOUND zaistniał, jako tandem pre-power pod firmowym oznaczeniem ASX 1000 i ASP 1000.

Rozpoczynając rys wizualizacyjny testowanych urządzeń, zacznę od przedwzmacniacza liniowego, który na tle sterowanej przez siebie końcówki mocy wydaje się być maleństwem, gdy tymczasem swoimi gabarytami oscyluje w co prawda nieco niższych, ale za to gabarytowo porównywalnych dla większości sprzętu rozmiarach. Przedni, gruby i stosunkowo niski panel szerokimi frezami podzielono na trzy części, z których lewa mieści jedynie okrągły srebrny włącznik, centralna dwa pokrętła – większe głośności, mniejsze stan MUTE i poziom wzmocnienia, a prawa pokrętło wyboru wejścia. Kontynuacja minimalizmu dizajnerskiego zaczerpniętego z nieco wcześniej opracowanej przez inżynierów końcówki mocy, nie pozwoliła na większe szaleństwa ozdobnikowe, przewidując jeszcze tylko nadrukowaną informację o modelu urządzenia w prawym dolnym narożniku i wyfrezowne logo marki na lewo od gałki Volume. Podążając ku tyłowi, widzimy uzbrojone w delikatne otwory wentylacyjne górną płaszczyznę i ścianki boczne, by docierając na panel przyłączeniowy, swą ciekawość zaspokoić zestawem pięciu wejść RCA i jednym XLR, podwojonymi wyjściami RCA i pojedynczym XLR, hebelkowym przełącznikiem uziemienia, zrealizowanym w standardzie Jack gniazdem kontrolnym, gniazdem antenowym i zespolonym z głównym włącznikiem gniazdem zasilającym. Jak widać bez zbędnej ekstrawagancji ilościowej, ale w pełnej ofercie przyłączeniowej. Niestety próba zgrabnego przemknięcia przez “wytwornicę prądu do kolumn” (końcówkę mocy) jest niemożliwa, gdyż ta monstrualna konstrukcja bez najmniejszych problemów osiąga 45 kilogramów wagi. Każdorazowe jednoosobowe jej podniesienie w celach logistycznych jest sporym wyzwaniem, jednak jeśli ów proces zakończy się sukcesem, zaproponowana przez konstruktorów konfiguracja według mojej oceny wynagrodzi nam to pięknym dźwiękiem. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Projekt obudowy mimo rzucającej się w pierwszym kontakcie wzrokowym monotonii, w konsekwencji kilkumiesięcznych kontaktów odbieram zgoła inaczej. Dość wymyślnie zawijające się ku środkowi zewnętrzne płaty podzielonego na trzy części frontu, wyśmienicie ożywiają organoleptyczne postrzeganie produktu. Gdy przy okazji przedwzmacniacza wspominałem o spokoju panelu frontowego końcówki, prawdopodobnie nie spodziewaliście się aż takiego minimalizmu, gdyż oprócz wyfrezowanego logo marki nad okrągłym srebrnym włącznikiem w środkowej części przedniej ścianki i wykonanym w podobnej technologii oznaczeniu modelu na prawej części owego front-panelu, nie znajdziemy już nic więcej. Może wydawać się, że jest nieco za smutno, ale wbrew pozorom w bezpośrednim kontakcie owa powściągliwość okazuje się być bardzo trafnym wzrokowo rozwiązaniem, gdyż biorąc pod uwagę wysokość urządzenia, jakiekolwiek dodatkowe ożywianie skończyłoby się spektakularną klapą, a tak mamy dużą, ale o bardzo wyważonym projekcie bryłę obudowy. Jak zapewne widać na załączonych do testu fotografiach, nasz piecyk – po sporym okresie użytkowania bez najmniejszych oporów mogę go tak nazwać – boczne ścianki wykorzystuje na montaż sporych gabarytowo i mocno użebrowanych radiatorów, a górny płat obudowy, jako dodatkowe uzupełnienie wentylacji grawitacyjnej otrzymał dodatkowe ażurowe okienka. Niestety użycie monstrualnego jak na standardy audio transformatora wymusza takie rozwiązania i chcąc cieszyć się jakością dźwięku, ostatnimi czasy coraz częściej musimy się z tym godzić. Kończąc akapit poświęcony wyglądowi, wspomnę jeszcze o plecach urządzenia, gdzie na zewnętrznych rubieżach swój byt zaznaczyły ułatwiające transport rączki, tuż obok nich pojedyncze terminale kolumnowe, a w centrum sygnałowe wejścia RCA i gniazdo IEC z włącznikiem głównym pod nimi. Może bez szału różnorodności rodem z konstrukcji “Kraju Środka”, ale w pełni kompatybilnie z każdym przewidzianym do pracy nawet obcym komponentem.  

Jak zdążyłem zasygnalizować, marka Abyssound już kilka razy okazała się być bardzo pomocną, jako niezobowiązujące uzupełnienie kilku spotkań testowych, jak np. z monoblokami Thrax Teres (przedwzmacniacz), czy kolumnami Thrax Lyra, Odeon No. 28 i Gauder Cassiano (końcówka). Co ciekawe, kilka występów było przysłowiowymi strzałami w dziesiątkę, podnosząc tym poprzeczkę oczekiwań dla firmowej konfiguracji. Dlatego by nie skrzywdzić tak dzielnie spisujących się urządzeń, przed przystąpieniem do jakiejkolwiek oceny, zafundowałem sobie kilkanaście krążków akomodacyjnych. Wszyscy wiemy, że co połączenie to inny wynik końcowy, dlatego mając w pamięci poprzednie efekty brzmieniowe, musiałem nieco je zagłuszyć, by znaleźć pierwiastek “X”, jaki przyświecał konstruktorom podczas realizacji pomysłu ASX i ASP 1000. Na bazie swoich dotychczasowych doświadczeń nauczyłem się, by w początkowej fazie oceny takich przypadków zwiększać nieco margines krytyki, gdyż wstępne oczekiwania czasem nie potwierdzają się w zaobserwowanym wcześniej obszarze. Chodzi mi o fakt nacisku pełnego seta na nieco niż osobne występy niuanse brzmieniowe. Jednak jak to często bywa, strach ma wielkie oczy i duet z Karkowa bez najmniejszych problemów poruszał się w wypracowanej prze kilka miesięcy estetyce grania. Jakiej? Już donoszę. Implementując w swój tor aspirujący do laurów zestaw, do mych uszu dotarł mocno nasycony dźwięk, którego notabene jestem gorącym orędownikiem. Wiem, że jest to pewnego rodzaju odstępstwo od neutralności, ale dla przyjemnego słuchania muzyki jestem w stanie oddać nieco szybkości, nie popadając jednak przy tym w efekt potocznie zwanego zamulenia. To ma być dociążony, ale rozdzielczy przekaz muzyczny i właśnie taki oferuje nam set z grodu króla Kraka. Względem mojego Japończyka było trochę gęściej i bardziej słodko, ale podczas całego testu ani razu nie złapałem Krakowianina na utracie rozdzielczości. Źródła pozorne rysowane są nieco grubszą kreską, co oczywiście niesie ze sobą trochę więcej niskich rejestrów, jednak nie tracimy przy tym zbytnio na ich jakości. Owszem kontrabas gra grubiej, angażując przy tym bardziej pudło rezonansowe niż struny, a saksofon staje się dostojniejszym atrybutem dmącego weń powietrze artysty, ale dla większości słuchanego przeze mnie materiału muzycznego było to dodaniem pikanterii, niż okaleczeniem informacyjnym. Tak prawdę mówiąc, tylko raz podczas kilkutygodniowego ostatecznego testu udało mi się wywołać uczucie przedobrzenia, ale nie winiłbym tutaj występującego w roli pretendenta do laurów ABYSS-a, tylko nonszalancję realizatorów podczas masteringu płyty Cassandry Wilson “New Moon Daughter”. Ten krążek nawet w bardzo zrównoważonym systemie pokazuje swoje prawdziwe “Ja” niskich częstotliwości, a gdy trafi na nieco mocniej dociążony set, potrafi ujawnić problemy pomieszczenia odsłuchowego, wyciągając na światło dzienne jego nawet najbardziej ukryte fale stojące. Osobiście doskonale zdaję sobie sprawę z moich bolączek lokalowych, dlatego jeśli je usłyszę, łatwo mi jest zweryfikować źródło ich wzbudzenia, którym w tym przypadku był materiał muzyczny, a nie zestaw go generujący. I nie jest to próba obrony obu tysiączek, tylko rzetelna informacja, gdyż reszta materiału testowego nie przejawiała podobnych problemów. Idąc dalej tropem tej kompilacji, oprócz chwilowych zawirowań basowych, reszta widma częstotliwościowego raczej zyskała, niż straciła. Co prawda dla wielbiciela muzyki w tempie błyskawicznie przeładowywanej broni maszynowej mogłoby być ostrzej na krawędziach dźwięków, ale nie kruszyłbym o to kopii, gdyż sposób prezentacji materiału muzycznego przez słuchany zestaw od początku sygnalizował mi, którą drogą będziemy podążać i szukanie winnych, nie powinno mieć miejsca. Co ciekawe, średnica i góra pasma w ogóle nie cierpiały na pogrubieniu, dając mi pełną paletę informacji w dobrej rozdzielczości, z odrobiną dosłodzenia wysokich tonów, ale bez temperowania ich wybrzmień, a to nie jest takie proste. Bardzo dobrze wypadała również wirtualna scena muzyczna, która oscylując w rozmiarach zbliżonych do mojego codziennego zestawienia – przypominam o nacisku na budowanie głębi, bez najmniejszych problemów czytelnie lokowała występujących na niej artystów. Jak można wywnioskować z tych kilku zdań, zaplecze inżynierskie od początku do końca szło zaplanowaną podczas projektowania, nie szukającą łatwego poklasku drogą przepięknej barwy, ale zdziwiłby się ten, kto sądzi, że mamy do czynienia ze zwykłym grającym gęstym dźwiękiem zestawem. Z moich kilkunastu różnych konfiguracji wynika, iż mamy do czynienia z rasowym kameleonem. Przywołując z pamięci występy z łatwymi do wysterowania kolumnami niemieckiego Odeon-a, czy nie chwalącymi się swoją impednancją Gauderami Cassiano (jeśli ktoś miał z nimi do czynienia, to wie, że cherlawe wzmacniacze w starciu z nimi legną w gruzach) okazuje się, że mając w zanadrzu dużą moc, ASX 1000 wykorzystuje ją tylko wtedy, gdy oczekują tego zestawy głośnikowe. Nie przypadkowo wspomniałem o wysoko-skutecznych tubowcach, gdyż końcówka mocy w zasilaniu ich korzystała raczej z generowanych przez siebie pierwszych 35 Watt-ów w klasie A, oferując nam tym sposobem przyjemny, bez naleciałości krzyku, ale bardzo napowietrzony, a przy tym homogeniczny obraz muzyczny. Przywołując prądożerne Cassiano, chciałbym zwrócić uwagę na łatwość pełnego oddania drzemiącej w kilkunastokilogramowym trafie wielkości garnka mocy, pozwalając na pracę przy naprawdę trudnych do wytrzymania poziomach głośności, bez najmniejszych oznak “clippingu”. I gdy moglibyśmy mówić, że występy z pierwszymi wspomnianymi kolumnami nie są niczym nadzwyczajnym – chociaż po doświadczeniach z kilkunastoma innymi konstrukcjami nawet nie przechodzi mi to przez myśl, to sprostanie zapotrzebowaniu Gauderów bez względu na zadany gałką głośności poziom decybeli, należy rozpatrywać raczej w kategoriach rzadkości, nie zapominając przy tym o tak “błahym” aspekcie, jak kultura wydobywającego się z nich dźwięku, gdyż samo “uciągnięcie” kolumn, nie stawia kropki nad “i” w jakimkolwiek procesie zakupowym. Tylko pełna synergia jest w stanie przebić się przez dziesiątki przesłuchanych u siebie w trakcie wyboru konfiguracji, a w wydaniu testowanego seta pre-power taki stan zanotowałem kilkukrotnie.

Reasumując, marka ABYSSOUND wydaje się być kolejnym krokiem w kierunku ustanowienia oficjalnego tytułu w dziedzinie audio “Dobre, bo Polskie”. Wiem, wiem, teoretycznie to błąd w pisowni, ale jak inaczej uznać znakomitość naszych konstrukcji, jeśli pisownia wydaje się ją umniejszać? Ale nie o tym dzisiaj prawujemy, dlatego wróćmy do tematu. Testowana konfiguracja jest na tyle uniwersalna, że bez względu na fakt występowania jako całość, czy osobne byty, ma szansę zaistnieć w wielu potencjalnie nie branych pod uwagę kombinacjach. Przypominam tutaj o umiejętnościach radzenia sobie tak z wymagającymi, jaki i łatwymi kolumnami, dodając im przy tym zaimplementowany w swojej konstrukcji homogenizujący przekaz pierwiastek muzykalności. Zbyt nonszalancko oddawana moc do wysoko-skutecznych kolumn, już w pierwszych taktach muzycznych skreśli z listy zakupowej tak spisujące się wzmocnienie, nie dając sobie szansy na zaczarowanie klienta. Z drugiej zaś strony, niezbyt chętne przekazywanie jej dla pożerających każdą dawkę Watt-ów zespołów głośnikowych, zabije ich cały potencjał w zarodku. A to są tylko podstawowe dobrze spełnianie aspekty tej amplifikacji. Nie możemy przecież zapomnieć o tchnieniu ducha muzykalności w naszą ukochaną muzykę, która dla jednych jest feerią rockowych kawalkad instrumentalno-wokalnych, a dla innych kilkoma plumkającymi w ogólnie panującej ciszy frazami instrumentalnymi. Według mnie, w oba te gatunki muzyczne wspaniale wpisuje się opisywany dzisiaj zestaw ASX 1000 i APX 1000, dlatego szczerze zachęcam do prób na żywym organizmie naszej układanki, ale ostrzegam, może nie być powrotu do starej konfiguracji.  

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście, to kompletny zestaw firmy Combak Corporation
Elektronika Reimyo:
– dzielony odtwarzacz Cd: CDT – 777 + DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz lampowy: CAT – 777 MK II
– tranzystorowa końcówka mocy: KAP – 777
Kolumny:  TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sek
cja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

W Polsce pojawił się kabel sieciowy Harmonix X-DC Studio Master „Million” Maestro, który jest prawdopodobnie najdroższym tego typu produktem dostępnym obecnie na naszym rynku. Cena wersji 1,5 metrowej to 35.900 zł, a wersji 2-metrowej 41.900 zł.

X-DC Studio Master „Million” Maestro wykonany został z plecionki kierunkowej miedzi PCOCC. Beztlenowa, monokrystaliczna miedź Pure Copper by Ohno Continous Casting jest wytwarzana w procesie opracowanym przez profesora Ohno. Drut jest wyciągany z roztopionego metalu i powoli schładzany. Miedź tego typu ma bardzo wysoką czystość i przewodność. Tak przygotowane przewody trafiają do firmy Combak, gdzie są ręcznie skręcane i nakładany jest na nie dielektryk. Izolatory zostały dobrane na drodze długotrwałych eksperymentów. Ręczna obróbka stosowana w produkcji ma zapobiec powstawaniu naprężeń charakterystycznych dla mechanicznego skręcania. Wykonanie jednego kabla zajmuje wyszkolonemu technikowi ponad 80 godzin pracy.

W kablu tym stosowane są wtyczki sieciowe WattGate 330i-RH lub 390i-RH Rhodium. Wtyczka IEC to 350i-RH Rhodium.

X-DC Studio Master „Million” Maestro został opracowany przez Kazuo Kiuchi na trzydziestolecie firmy.
W hi-endowym niemieckim magazynie Image HiFi ukazała się recenzja tego kabla (link).

Dystrybucja: Moje Audio

  1. Soundrebels.com
  2. >

Projektor SIM2 Fuoriserie to najdoskonalszy projektor z oferty włoskiego producenta. Po raz pierwszy będzie prezentowany w Polsce w ramach Dni Otwartych SIM2.
Włoski termin Fuoriserie odnosi się do limitowanych, specjalnych edycji produktów wykorzystujących najnowocześniejsze trendy projektowe i technologiczne. Pierwotnie oznaczał personalizowany, najlepszy, ekskluzywny i – nie ma co ukrywać – drogi samochód podkreślający status właściciela i pozwalający się mu wyróżnić. Projektor SIM2 Fuoriserie w pełni oddaję tę filozofię i określany jest jako najdoskonalszy produkt włoskiej fabryki.

– „Ten projektor to jedynie najstaranniej dobrane komponenty, z których każdy jest niezależnie testowany. Każdy detal jest unikalny i jest czystą formą sztuki. Jest stworzony dla najbardziej wymagających odbiorców” – mówi Tomasz Kanach z 3Logic sp. z o.o., dystrybutora SIM2 w Polsce.

Nowa konstrukcja

Przestrzeń w obudowie została pieczołowicie zagospodarowana, tak aby wykorzystać wszystkie najnowsze osiągnięcia w zakresie optyki oraz zapewnić perfekcyjny i cichy system chłodzenia. Projektor swoje możliwości zawdzięcza zaprojektowanym z myślą o nim zmianom technicznym. Udoskonalony light engine ALPHAPATH™  jest połączony z chipsetem 3-chip 0,95” 1080p DC4 DLP® aby zapewnić odwzorowanie każdego detalu z materiału źródłowego. Dodatkowo technologia Triple Flash dostarcza niezwykłą płynność i przyjemność 3D. SIM2 to pierwszy producent z poza grupy DCI oferujący tę technologię – system, który jest zastrzeżony jedynie do profesjonalnych instalacji i zapewnia najlepsze możliwe oddanie ruchu (72 klatki na sekundę na oko). Potężna lampa dostarcza 5000 Lumenów, zachowując przy tym imponujący współczynnik kontrastu (do 30000:1).

Wyjątkowy proces produkcji

Każdy z komponentów wewnętrznych i zewnętrznych projektora jest ręcznie dobierany w oparciu o restrykcyjne kryteria. Do procesu produkcji wykorzystywane są jedynie najlepsze części. Fuoriserie przechodzi liczne, wielokrotnie powtarzane testy, aby zapewnić jakość absolutną. Po skończeniu ręcznego montażu projektor przechodzi dalsze testy w celu zweryfikowania niezawodności. I ponownie przed zapakowaniem i wysłaniem przechodzi jeszcze drobiazgową kontrolę. Każdy z tych kroków jest szczegółowo dokumentowany zaś odpowiedzialny pracownik swoim podpisem potwierdza jego bezbłędne działanie, na każdym etapie produkcji.

Design spotyka technologię

Autorem projektu obudowy jest designer Giorgio Revildini. Jak przystało na włoski projekt jest to połączenie nowoczesności, elegancji, tradycyjnego rzemiosła i luksusu. Najlepsze materiał w kolorze matowej lub błyszczącej czerwieni tworzy nowy wymiar luksusowego produktu.

Cena projektora w zależności od wybranego wariantu optyki waha się pomiędzy 400.000 – 500.000 PLN.

Terminy prezentacji projektorów

11 maja – 17 maja
iComfort
ul. Strzeszyńska 63
60-479 Poznań
Tel. 061 622 75 50
www.icomfort.pl

18 maja – 24 maja
Cinematic
Wrocław ul. Ignuta 89
tel. 607 078 488
www.cinematic.pl

25 maja – 31 maja
ARC Studio
Sopot ul. Chopina 1A/1A
tel. 601 215 541

1 czerwca – 7 czerwca
Art Cinema
Kraków ul. Zakopiańska 153
tel. 12 640 20 00
www.artcinema.pl

8 czerwca – 14 czerwca
Audio Styl
Katowice al. Roździeńskiego 91
tel. 501 424 799
www.audiostyl.pl

15 czerwca – 21 czerwca
HiFi Studio
Bielsko-Biała, ul. Cieszyńska 86
Tel. 033 812 47 19
www.hifistudio.pl  

22 czerwca – 28 czerwca
Audio Color
Blizne Łaszczyńskiego
k/Warszawy ul. Warszawska 37
tel. 501 190 615
www.audiocolor.pl

29 czerwca – 5 lipca
Luxury Art Cinema
Warszawa ul. Bracka 11/13
tel. 22 400 90 48
www.luxuryartcinema.pl

www.dystrybucja.3logic.pl
www.sim2multimedia.pl

  1. Soundrebels.com
  2. >

Skandynawski styl, jakość wykonania i trwałość. Duńska marka Audiovector wchodzi do stałej oferty naszego salonu. Pierwsze modele już wypełniają nasz salon swoim brzmieniem i świetnym designem.
Na dobry początek zapraszamy na odsłuch jedynej takiej pary w Polsce, modelu SR3 Signature w lakierze Italian Orange, który jednoznaczne kojarzy się z lakierem legendarnego Lamborghini. Jeśli macie już dość smutnych, przeważnie czarnych lub brązowych kolumn głośnikowych, to musicie mieć SR3 Signature w Italian Orange. Ten perłowy lakier, w połączeniu ze świetnymi proporcjami kolumn i doskonałym wykończeniem wszystkich elementów, przeniesie design Waszego wnętrza, na nieosiągalny dla większości poziom. Kto powiedział, że kolumny mają się wtopić w otoczenie, dlaczego nie mogą być głównym elementem wystroju wnętrza? Jeśli masz odrobinę fantazji i odwagi, aby się wyróżnić, te kolumny są właśnie dla Ciebie.

Kolumny nie tylko świetnie wyglądają, ale generują fantastyczny dźwięk. Niesamowicie przestrzenny i dokładny z bardzo nisko schodzącym, sprężystym basem. Grają u nas ze wzmacniaczem lampowym Cayin A70 T mkII.

Wykończenie kolumn jest perfekcyjne. Lakier ma niesamowite nasycenie i głębię, a spasowanie wszystkich elementów i wykonanie drobnych części w kolumnach to najwyższa światowa czołówka. SR3 Signature, jest drugim modelem od dołu w linii SR3 i zgodnie z filozofią firmy Audiovector, możliwe są jego dalsze, fabryczne modyfikacje i upgrade w górę. Dzięki czemu nie musimy się martwić o odsprzedaż, gdy zapragniemy dźwięku jeszcze wyższej jakości.

Po kilku dniach wygrzewania się kolumn Audiovector ze wzmacniaczem lampowym Cayin A70 T mkII, możemy śmiało zarekomendować takie połączenie. Zestaw brzmi tak jak wygląda – zjawiskowo. Dźwięk jest precyzyjny i szybki, bardzo przestrzenny z dokładnym, nisko schodzącym basem.

Dzisiaj rozpoczniemy kolejne testy wzmacniaczy do Audiovector. Na pierwszy ogień pójdzie najnowszy model Musical Fidelity M6si. To potężna integra o mocy 220W na kanał przy 8 Ohms

Zapraszamy.
Premium Sound – Salon HiFi
Gdańsk, ul. Franciszka Rakoczego 31
(Gdańsk Morena, obok galerii Morena/Carrefour)
Tel: 513 07 07 30, 537 07 07 30
www.premiumsound.pl

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinion 1

Today’s discussion will be around another well combined set of electronics, which already made an international stir, when we announced it on Facebook and on our portal. This is not a complete set, from the sound source to loudspeakers, but a set composed of a drive, two piece preamplifier and monstrous monoblocks, which played through my Austrian loudspeakers Trenner & Friedl ISIS. Such a set can be regarded as a “Dream system” according to Soundrebels standards. As it often happens everything started much more modest, as we started talks only regarding the power amplifiers, but later we added the preamplifier to the set, and amended the whole with a drive just moments before the distributor left with the truckload of audio gear to reach us. This is how we got for testing a very refined and very desired system by the American company McInctosh. So let me invite you to a test of the CD/SACD player MCD1100, a two-box preamplifier C1000 in the version T and tube power amplifiers MC2301, distributed in Poland by the Warsaw company HiFi Club. This system will have to prove itself against my Japanese Reimyo system. Will this be another Pearl Harbor? I do not know yet. But if you read my writing on a regular basis, you should know, that I never compare the systems in a shootout, but try to show, where are the differences in the sound played, especially as I know, that there are so many differences in how people perceive the sound. This is why I suggest to read the following paragraphs, as it may be helpful in selecting potential candidates for listening.

Theoretically in each test there should be a thorough description of the device being tested, but in case of the McIntosh, known to all the audiophile (and not only audiophile) world, a too descriptive paragraph could be perceived as pure filler. This is the reason, that I will concentrate on the power amplifier and mention the rest only casually. I will just mention, that the tested system has VU meters all over it, a very characteristic item for the brand. Another very well recognizable item – which reminds of the classic models – are the „old-fashioned” knobs used to activate and set various functions. The look is amended with glass fronts with green lit logo and model number. In general, the colors are a combination of black, silver, green and blue, which is maybe not accepted by everybody, but can be regarded as a way to tie a large group of users to the brand. The sound source and the preamplifier look largely alike; the differences come mostly from different functionality of both devices that requires different layout of the fascia and the back plate. The front panels were equipped with silver sidings made from brushed aluminum, and their central parts were slightly exposed. This center part houses a thin CD tray in the CD/SACD player, together with appropriate display, in the C1000 controller there is a volume and source display together with four control buttons while the main unit of the preamplifier displays vacuum tubes within a green lit window. To the sides of those central protrusions all the other control and display parts were located – the knobs, the VU meters and other buttons. The back panels are fairly standard for such components; the preamplifier houses a built-in phonostage as a welcome addition. Talking about the power amps, the tested ones are vacuum tube based, having 8 KT88 per channel, what results in a solid 300W output power. Typical for the Americans, on the sides of the glass plated front there are special windows, that allow us to see the tubes at work, located at the sides of a big, blue VU meter. Below those there are two knobs used to set the operating mode of the unit and two very solid, and helpful, handles. Like I already mentioned before, you cannot go around having green elements of the front panel, like the company logo, product name and descriptions of the control knobs. Moving from the front to the back we can see openwork covers for the tubes and in the central part covers for two big transformers. The back panel offers us three sets of loudspeaker terminals, designed for 2, 4 and 8 Ohm speakers. Inputs are in XLR and RCA standard, there are also mini-jacks for system control bus and an IEC socket. To underline the somewhat nonchalant design, the lower part of the side panels and the back panel is chrome plated. This gives extra shine, which seems to be a must with such colorful appearance. So this is how those powerful amplifiers present themselves.

Before I continua to the description of the listening tests, I would like to mention logistics and unpacking. Unfortunately High End often comes with quite some effort, especially when we test some gear from overseas (US or Canada in our case), a single person is absolutely unable to relocate the products to the desired spots. That was also the case here. Maybe not with all products, but the 300 Watt monos weighing hefty 75kg each really made me sweat. Fortunately, after dragging all the items around, once they were in their final positions, I had a longer rest connecting them all together. And I can finalize this paragraph saying this: all the effort in setting up the system goes away like with a wave of a magical wand, once we press the Power button. The amount of lights presented by the McIntosh in a darkened room is like a relaxing balm put on tired muscles. Seeing this result in our own room immediately gives away what the McIntosh designers wanted to achieve continuing these looks from the very beginning. You cannot be indifferent to it – you either love it or hate it.

How does it sound? Of course like I a genuine Mac, yet incredibly well compared to the stereotype I had in my mind. This is not the result of the used loudspeakers, as I had the opportunity to listen to them with similar setups, but where solid states amplifiers were used, and the sound was definitely less involving. Maybe this is the room, maybe other factors related to used repertoire and time of listening. I do not know, but I felt a different aura of the sounds. I need however to do justice to pre-listening activities, because even in my room, the beginnings were unsatisfactory. Only after I connected the poweramps directly to the wall sockets, things started rolling. If I remember correctly, all previous listening were conducted while using some power strips or conditioners, and as I was only a guest listener, I had to take things as they were. But everyone has different priorities, so let us continue with that what I listened at home. The main motto was composed of a very homogenous reproduction of what was played with a hunch of tube coating. With so many tubes in the sound path it is very difficult – but not impossible – to get rid of this tubey add-on, which is actually very desired by many people. Once I had some initial observations I fed the player with a very melancholic disc from John Potter “The Dowland Project” issued by ECM. The quiet vocal phrases accompanied by old instruments made me very satisfied in terms of vocals, baroque guitar or bass clarinet, and all this due to this tube coating. The paper membranes of my ISIS together with vacuum tubes created such a synergy, that it made me listen to this disc a few times over, with some symptoms of madness I showed. I did not have such thing for quite a while, and for sure I did not expect it to happen during this test. This only strengthens my belief, that I should not make any assumptions and show appropriate humbleness while making final judgments. I love music of Claudio Monteverdi and similar composers, but this was a different, slightly slower, one voice performance from Potter, together with the electronics, carried that “X” factor, that I so desire to find. This does not happen often. When I was writing those words I was again listening to this disc, and before I could move to writing subsequent parts of the text, I had to listen to the disc from the beginning. I must say – this was really sick. When I could draw my attention away from things happening on the disc, I found a very vast sound stage, beginning a bit closer than the one created by Reimyo, yet very deep. Also the information about placement of virtual sound sources was complete. Unfortunately such repertoire gives only partial information about a product, and that was the reason, that the next item on the meeting agenda was the folk-metal group Percival with the disc “Svanevit”. Why? Because it is a very good test for the lowest registers, resolution and breath of the sound, what could be a bit impaired with the way how the system sounded, however the goal of the test is also to see how the system competes against such setbacks. Ok. Music played. And what should I write, when looking at the blue VU meters I see, that this energetic music, I once liked, is very compressed. The needles of the meters stay almost all the time in the same place, independent of the amount of instruments, speed of playing or volume. This is slaughterhouse registered on the disc, and not music that could soothe my ears. But anyway – let me tell you what I caught. In general the way the McIntosh presents sound was very helpful in perceiving upper frequencies, where the cymbals shone, struck angrily by the sticks. Interestingly, the midrange was very readable, in a way that allowed to understand most of the shouted text and the lower frequencies were able to cope with the lightning fast base drum. There was no way to test the refinement of the material heard, because such repertoire has only one goal – to falter the listener, so that he is not able to assess the sonic values, concentrating only on the emotional input, and I must confess this is very easy to achieve at a certain volume level. To cool down after the apocalypse, I played the jazz disc of Bobo Stenson, “Cantando” and only after playing half of it I was able to discern sound nuances of the Mac important for this test. Compared to my set it was a bit rounder, warmer and less sparking, but I perceived it more as a way to present sound, and not as a shortcoming. There was bass and openness, but all of this was drawn with a thicker line and with less shine. This is the aesthetics of this company, and if somebody does not accept that, then he or she should move on to another manufacturer. Quite an influence on the final effect came also from my speakers with paper membranes, so potential buyers may look for more offensive boxes. Of course I am overdrawing this aspect a bit, but only to show you, that those are not globally accepted standards, but the used repertoire and the taste of the listener determine concrete choices. Yet knowing the abilities of the tested system I still prefer it with my Austrian speakers than with commonly used during exhibitions American Thiele. As you can see every listener has his preferences, and there is nothing that will change that.

Theoretically I could finish our encounter now, but on board of the tested preamplifier there is a phonstage. I could not get around not testing that. A dozen of vinyl discs gave me an idea about how this addition to the main unit fares. It is nice to have something like that when we would like to taste the magic of vinyl. A weak component could discourage a beginner, but here we get a product, that produces a lot of well defined information on the sound stage. Of course its aesthetics remains with what I wrote before, but the lower registers are more dense and the upper ones bolder, presenting cymbals with quite different shine than from the digital source. Here you can praise my analog source, but if a built-in phonostage sounds with such a quality, then I can only praise the constructors for not making savings on it.

It was the first time I hosted a complete set made by the American McIntosh and only now I can make any statement about it. I was really surprised with the openness of generated music – different to my previous experience during guest sessions, good presentation of heavier music and a phenomenal synergy of the system in my most beloved repertoire gave me a lot of pleasure. It is really nice to be positively surprised. But if it was not for my initial persistence in setting things up, it would not be so nice, as when everything was powered from a power strip, it was just a confirmation of the not so involving presentations I heard before. Of course plugging the power amplifiers into the wall did not change the presentation completely, but showed, why many people decide to buy products from this company, and there are a lot of them all around the world, also in Poland. You should also not forget about the very distinct and consistent external design. I am convinced, that many people take that aspect into consideration while making a purchase decision. When someone loves the design and does not want the sound to shave them, preferring musicality to that, then after listening to the Mac he or she may not have a way back.

Jacek Pazio

System used in this test:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Preamplifier: Reimyo CAT – 777 MK II
– Power amplifier: Reimyo KAP – 777
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
– Speaker cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Harmonix HS 101-GP
– IC Digital: Harmonix HS 102
– Table: SOLID BASE VI
– AC Power Distributor: POWER BASE HIGH END
– Accessories: Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i
Analog stage:
– Turntable:
drive: SME 30/2
arm: SME V
cartridge: MIYAJIMA MADAKE
Phonostage: RCM THERIAA

Opinion 2

With years passing and successive addition of birthday candles on the cake I come to the conclusion that it makes no sense to worry about things, we cannot influence. Limiting myself to the area of audio, many brands that shone during my younger years do not exist anymore, while others sell their name for nickels, pursuing segments of the market, which were unheard of in High-End or even Hi-Fi ten or twenty years ago. Fortunately on the market there are still representatives from the old school, which stipulates, that when you do something well you should think three times over if you want to change it and… return to that, what the clients are used to. The surrounding world may chase its own tail in an increasing tempo, and having a worked out, and most importantly unique, design it is better just to educate another generation of users. The effects of such approach are quite obvious. It is sufficient to ask somebody, even vaguely knowledgeable in the area of Hi-Fi, to name three brands from US and the probability of mentioning McIntosh will be close to 100%. This is how we came to the topic of this review. After the very well equipped preamplifier C2500 we tested about one and half year ago, time came to test another proposition, much bigger and being almost at the top the company catalog. A proposition most interesting, because it is almost a complete set of devices composing an intriguing “dream system”. After a short, but full of content, discussion with the distributor – the Warsaw Hi-Fi Club – we chose the top sources in the form of the multi-format player MCD1100 and turntable MT10, the tubed version of the most advanced preamplifier C1000 and monstrous tube monoblocks MC2301 with 300W output power. Of course the set visible on the photos evaluated, and although at first it was limited to (limited is a strange word, thinking about four big boxes and 150kg weight) amplification, yet finally it ended being complete electronics including a turntable, which arrived at the latest moment, just before the photo shoot.

I am sure, that the above list increased the heart rate of the lovers and fans of the American brand, but being true to the legendary manufacturer we must mention, that although they did not squeeze more from tubes, they do miracles with solid state amps. There is no other way of supplying our loudspeakers true, thoroughbred 2kW of blue power… per channel. But you have to start with something, and although the mentioned MC2301 seems low compared to the muscular, transistor brethren, but it should still be good for a satisfactory dose of emotion. I will not forewarn you, but I will just inform, that the turntable was still burning-in during this test, and that due to low “mileage”, so that we decided to give it more comfortable conditions and make a separate test with it.
So let us come to a shortened description of the supplied electronics. I used the word “shortened” on purpose, because the design used by the brand for 65 (!!!) years evolved quite harmoniously and logically into what we have currently, building solid foundation for immediate recognizability of their products. This comes, amongst others, from characteristic, unmistakable glass fronts combined with aluminum sidings, which not only increase aesthetical value, but have also a protective function. Only in case of the monos the manufacturer decided for a change, very desired taking into account their sheer size and weight, replacing the delicate frames into big handles, which make moving the amplifiers much easier. Another company trademark are the blue lit VU meters and green logos, model names and pictograms around the knobs and buttons. Yet those knobs have their origin in history, and probably they will not change in the coming dozens of years, as they ideally fit into the McIntosh beauty canon. Anyway the manufacturer is proud of what he does, so the fronts show everything – not only the massively lit VU meters, but also the tubes, hidden behind clear windows. So we can see the amber glowing KT88 in the power amps with the 12AT7 behind them and eight 12AX7a tubes boosted with green light in the preamplifier.
Searching for originality it is worth to look at the back panel of the monoblocks. You will see that all terminals were placed on top, on a chrome plated shelf, what allows for perfect access even for owners of heavy cabling equipped with big spades. Dedicated outputs for 8, 4 and 2 Ohm speakers are amended by signal terminals in RCA and XLR standard (there is also an appropriate switch present) and a special XLR socket to add another power amp (if 300W would not suffice). Typical for a device from US there are also trigger sockets allowing to switch the whole system on and off using one button on the remote.
Much richer was the back of the two-part preamplifier. Although the C1000 Controller mostly has multi-pin sockets to connect to the preamplifier modules C1000 (solid state) and C1000T (tube) – which one it is decides the client. Additionally there are ports responsible to connect the entire system together and operate it using only one remote. Much different is the main unit – C100T – there are as many sockets as raisins in a cake, the wealth of inputs and outputs is in both XLR and RCA standards and there is also dedicated input to the built-in phonostage, capable of working with MM and MC cartridges.
The multi-format CD/SACD player also has a lot on the back, it can be used as an advanced DAC, offering not only doubled outputs in XLR and RCA flavor, but also a wealth of digital inputs and outputs in the coaxial, optical, AES/EBU, BNC and USB standards. The latter operates in asynchronous mode and handles signals up to 32bits and 192kHz.

In most of our reviews we try to convey the thesis, that it is not important, well it is, but this is not the most important aspect of the whole, how a device looks, it is important how it sounds. However in case of the McIntosh you cannot even touch upon this, despite the fact you might want to. It is just that you love this design or you hate it, and frankly speaking, you assess the sound through the perspective of the characteristic looks. The only situation, when the design of the McIntosh would be irrelevant, would be when a blind person would like to compose an audio system, however… after a few day we grew indifferent to the green-blue lighting in our listening room, so maybe it is not as grave as one might think. But we will see. We will for sure let you know, when we get a chance to test the MC2KW, which have TV set sized displays. But let us return to the main topic now.
As usual with tube-rich and high powered electronics, haste in posing radical opinions is not advisable, and might be regarded as a light-heartedness of the person issuing those. Such amount of glass and steel must not only fit into the system, but also stabilize in electrical and thermal terms. Keeping things short – even after a week of playing, without changing any cables of items, each 90-120 minutes just after powering the system up should be regarded as a warm-up before serious listening. This will allow the electronics to reach its full potential, but also we will have some time to get the everyday buzz out of our heads. Maybe this sounds funny and you think it is absolutely obvious, but in case of the tested system the changes happening between the system being powered up and reaching its optimal state are indisputable, and if you want to consciously harm yourself – you are free to do as you desire. I think however, that it is not worth losing time on this audiophile masochism, and every time I sat down to listen to those American dragons, I knew, they have already 1.5 hours of hard work on the counter. Due to that I was only once exposed to some harshness and symbolic stage depth – when I turned on the system to make the pictorial. But when the system was treated fulfilling those criteria … then I have to confess, that I cannot wonder that Mc-fans have an almost ecstatic adoration of the brand, and on the other hand I have to praise the manufacturer for skilful composure of their portfolio, which can satisfy tube and solid state lovers alike. Why do I mention that in the beginning of the part describing the sound of the tested system? I had a few times contact with solid state Mac poweramps (e.g. here), what resulted in me having some kind of idea of the company sound in the back of my head. But being a guest on a hosted presentation is different to testing anything at home – in our listening room. No hurry, no rush and absolute freedom of choice of the repertoire and volume level – very handy thing. That was also the case this time. Initially unobtrusive, starting with classic rock, the latest re-edition of “The Wall” Pink Floyd. I listened to this album hundreds of times, and theoretically I could have been bored with it, but it has something in it, that it fastens me to the listening chair every time I listen to it and fascinates me. This was also the case this time, but the American system went a step further beyond showing the obvious musical phenomenon of “The Wall”. Offering a big, massive sound it let loose a typical stadium spirit of big concerts. The air generated by the helicopter on “The Happiest Days Of Our Lives” suggestively moved around smaller objects. This was not just playing back the silver discs, but a very well done transformation from the micro to the macro scale. And the re-scaling only pertained to the sound stage and not the size of the instruments or musicians creating the sounds. This allowed to avoid the gigantomania known from some samplers, and when listening to the bird songs on “Goodbye Blue Sky” you instinctively looked up to the ceiling searching for the bluebird. Somewhere along the way the barrier determining the division line between that what is recorded on the disc and what you can hear or feel sitting on your chair in front of the speakers. Here the music was all around us. Us, invited to change the roles from observers to participants of the spectacle happening, albeit passive participants.
And what with more lyrical climates? “Masterpiece Of Folklore Music” Mario Suzuki moved me inside the cozy interiors of the Onkyo Haus Studio in Tokyo, like by magic. The virtuosity of the trio Mario Suzuki, Masao Okada and Tomoko Nakamigawa playing southern rhythms was absolutely incredible. Each touch of a string, each movement of a hand on the neck happened realtime and most importantly not only within our sight, but also on the touch of our hands. Compared to the Octave amplification the aspects of homogeneity, timbre and coherence of the sound were underlined. A slight accent was also laid on the signature, the derivative of the guitar bodies. This made the midrange and lower frequencies gain a bit more creamy and thickness. What is important, the treble remained incredibly vivid and resolved, but its temperature was close to the amber timbre of the tubes generating it. This was the moment when the myth of alleged a-musicality and technical harshness of the KT88 tubes. The MC2301 are undisputed proof, that the tubes are innocent, and only incompetent application can be the culprit of such allegations. In the American amps they charm with timbre, roundness and emotions served on a golden plate, bringing them close to the level of stereotypical tube warmth, slight oversaturation and so called magical midrange. Here everything is top notch, accurate, not overdone, presented in such a way, that there is nothing to brag about.
In case of the Floyds and the Japanese trio, the gradation of the sound planes and the focusing of the virtual sources were on such a high level, that I just seemed not to notice them. Their naturalness was so obvious and so unconditional that it could be compared to breathing.
In the end I decided to return to more spectacular experiences and on the thin tray of the MCD1100 I placed the soundtrack from “Gladiator” Hans Zimmer. No limits in the power generated by the monos as well as no neighbors living around our listening room resulted in us reaching maybe not concert, but for sure IMAX volume levels. The power of the big symphonic orchestra showed its beautiful, but also deadly for most systems, nature. No compression, brilliant coherence and most of all proper sound stage put me in a very good mood. Everything was right, in its own place and happened in due time. Nothing shouted, nothing tried to catch my attention and at the same time, there was also nothing trying to hide in the shadow of other nuances. Going from the level of contemplating the whole event to following parties of individual instruments, of secondary melodic line, depended only on my desire and not on the limitations of the system.

The presented McIntosh system does not only fulfill our high expectations and wishes with ease, but also does away with rumors spread around by “friendly people” about “mudding” being inherent to this brand. The system has absolutely not the slightest trace of any sluggishness, in contrary, we have to emphasize its vivid and spontaneous nature. Adding to that the almost organic musicality gained from tubes, regarded as being the opposite of it, allow us nothing else than put the “dream system” stamp on it, with absolutely clear conscience.

Marcin Olszewski

Distributor: Hi-Fi Club
Prices:
2-Channel SACD/CD Player MCD1100 – 44 500 PLN
Turntable MT10 – 44 500 PLN + Lyra Kleos – 10 900 PLN
2-Channel Preamplifier C1000T – 94 600 PLN
1-Channel Tube Amplifier: MC2301 – 49 500 PLN x2

Technical Details:
MCD1100
Disc Formats: CD, SACD, MP3, WMA
Output Levels:
 – Fixed Output Level: 2 Vrms (RCA), 4 Vrms (XLR)
 – Variable Output Level: 0-6 Vrms (RCA), 0-12Vrms (XLR)
Output Impedance: 600Ω
Frequency Response: 4Hz – 40 000Hz, +0.5, -2dB (SACD); 4Hz – 20 000Hz, ±0.5dB (CD)
Signal To Noise Ratio: >110dB
Total Harmonic Distortion:0.0015% @ 1000Hz (SACD); 0.0015% @ 1000Hz (CD)
Channel Separation: 98dB (1,000Hz)
Headphone Output Impedance: 100 Ω
Digital Inputs: Coaxial, AES/EBU, BNC: 16, 24Bit/32-96kHz; Optical: 16, 24Bit/32-192kHz; USB: 16, 24, 32Bit/32-192kHz
Digital Output: SPDIF, 16Bit/44.1kHz
Dimensions (W x H x D): 44.45cm x 15.24cm x 45.72cm
Weight: 13.8 kg (Shipping Weight 20.4 kg)

C1000T
Ultra Low Distortion: 0.08%
Frequency Response: +0, -0.5dB 10Hz – 20 000Hz
Signal To Noise Ratio: 93dB
Maximum Volts Out (XLR/RCA): 16/8 V RMS
Input Impedance (XLR/RCA):44kΩ, 22kΩ
Phono Voltage Gain: 60dB
Line Inputs: 4 pairs RCA, 2 pairs RCA phono(MM/MC), 4 pairs XLR
Variable Outputs RCA/XLR: 3 pairs /3 pairs
Tubes : 8 szt. 12AX7a
Dimensions (W x H x D): 44.45cm x 15.24cm x 61.0cm (All 3 chassis)
Weight: C1000C 17.7 kg, C1000T 15.4 kg

MC2301
Power Output per Channel: 300W / 2,4,8 Ω
Tubes: 8 x KT88, 2 x 12AT7 (ECC81)
Damping Factor: >15 Wideband
THD: 0.5%
Signal To Noise Ratio: 117dB
Frequency Response: +0, -0.5dB 20Hz – 20 000Hz; +0, -3.0dB 10Hz – 100 000Hz
Dimensions (W x H x D): 45.09cm x 31.27cm x 58.42cm
Weight: 52.6 kg (Shipping Weight 63.9 kg)

System used in this test:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX
– Preamplifier: Octave Jubilee Preamp
– Power amplifier: Octave Jubilee Monoamplifier
– Loudspeakers: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Power cables: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
– Speaker cables: Harmonix HS 101-EXQ (mid-high section); Harmonix HS-101 SLC (bass section)
– IC RCA: Harmonix HS 101-GP
– IC Digital: Harmonix HS 102
– Table: SOLID BASE VI
– AC Power Distributor: POWER BASE HIGH END
– Accessories: Harmonix TU-505EX MK2, Harmonix Enacom improved for AC 100-240V; Harmonix Tuning Room Mini Disk RFA-80i