Włoski pionier PC-Audio wprowadza na rynek nowe modele dobrze znanej już serii EVO. Premiery nowych produktów M2Tech nie są częstym zjawiskiem. Ekipa Marco Manunty poświęca dużo czasu zanim zaproponuje coś naprawdę i pod każdym względem lepszego niż to co do tej pory oferowali swoim odbiorcom.
Na fali ogromnego sukcesu i licznych nagród branżowych (m.in. Wybór Redakcji Audio-Video, czy francuskiego Hi-Fi), jedne z najlepszych dostępnych na rynku modułowych komponentów do PC-Audio klasy Hi-End doczekały się następców: Anychroniczny konwerter USB/SPDIF 24bit/192kHz – HiFace Evo, precyzyjny zegar Evo Clock i dedykowany niskoszumny zasilacz Evo Supply.
HiFace Evo Two – zachowuje niespotykaną uniwersalność poprzednika umożliwiając podłączenie wszystkich możliwych wyjść cyfrowych z I2S włącznie. Dodatkowo zaprojektowano na nowo cały układ konwersji. Obecnie obsługuje już nie tylko 192kHz PCM, ale aż do 384kHz i DSD 128x. Sekcja USB pracuje już w natywnym trybie ASIO pod Windows i IntegerMode na OSX i Linux. Może być zasilany z portu USB lub jak dotychczas z zewnętrznego zasilacza.
Kolejną nowością jest wejście cyfrowe SPDIF do komunikacji zwrotnej z komputerem. Umożliwi to nagrywanie lub konwersję bitową i częstotliwościową z zewnętrznych źródeł cyfrowych. Poszerza to zakres zastosowań HiFace Evo Two do studiów nagrań i Home-recordingu.
Całości dopełnia funkcjonalny wyświetlacz.
Evo Clock Two – usprawniony precyzyjny generator częstotliwości WorldClock i MasterClock. Użyto najlepszych rezonatorów wzorcowych stabilizowanych temperaturowo TCXO. Częstotliwości podziału uzyskiwane są przez układy do tej pory stosowane w przemyśle satelitarnym.
Rozwiązano również jedną funkcjonalną bolączkę poprzednika. Otóż nie będzie obecnie potrzeby ręcznego przęłączania częstotliwości MasterClock, bo HiFace Evo Two wysyła informację o częstotliwości próbkowania do Evo Clock Two przez osobny przewód optyczny.
Evo Supply Two – zastępuje bateryjnego porzednika, ale bez kompromisu na jakości. Zapewnie trzy 9Voltowe wyjścia stabilizowane na układach dyskretnych. Dzięki temu uzyskano znacznie lepsze parametry, szczególnie w tłumieniu szumów wysokiej częstotliwości niż zasilacze oparte na układach scalonych.
Seria Evo wkrótce ma być rozszerzona na o mały wzmacniacz słuchawkowy Evo Headphone i miniaturowy DAC – Evo PhoneDAC.
Ceny:
HiFace Evo Two – 2200zł
Evo Clock Two – 2200zł
Evo Supply – 1700zł
Dystrybucja: GFmod
Wzmacniacz zintegrowany I88 to najnowsze urządzenie wykonane przez Jadis.
Prototyp został zaprezentowany w ubiegłym roku w Paryżu. Pierwsza produkcyjna sztuka trafiła do nas. Osiem lamp KT150 w układzie push-pull oddaje moc 90W na kanał w czystej klasie A. Podobnie jak w większości wzmacniaczy Jadis prąd podkładu jest ustawiany automatycznie. I88 wyposażony jest w cztery wejścia liniowe, jedno USB z wewnętrznym przetwornikiem co umożliwia bezpośrednie podanie sygnału na przykład z komputera, oraz jedno wyjście o stałym poziomie napięcia. Wygodnym rozwiązaniem jest pilot umożliwiający regulację wzmacnienia oraz obsługę odtwarzaczy CD z oferty Jadisa.
Wymiary: 50 x 40 x 22 cm
Waga: 40 kg.
Wzmacniacz dostępny jest na zamówienie, sugerowana cena detaliczna 13 200 €.
Dystrybucja: Grobel Audio
PP-300 – wkładka MC
Jest to podstawowy model w ofercie, zaprojektowany z okazji 10-lecia firmy. Położono tu szczególny nacisk na precyzyjne odwzorowanie zakresu średnio-wysokotonowego, sceny dźwiękowej oraz pełni basu, stosując technologie opracowane pierwotnie dla flagowej PP-1000: magnes samaro-kobaltowy i duraluminiową obudowę z powłoką DLC (Diamond-Like Carbon), w postaci cienkiej warstwy węgla uzyskiwanej w procesie odparowania gazowego. Powłoka tego typu daje sztywną strukturę mechaniczną, jest też znakomitym izolatorem elektrycznym o właściwościach podobnych do diamentu. Magnes z kolei odpowiedzialny jest przede wszystkim za poprawę zjawisk przestrzennych.
Cena: 6 900 PLN brutto.
SPECYFIKACJA
Typ: MC
Impedancja wewnętrzna: 4 Ω
Rekomendowany nacisk: 2 g
Napięcie wyjściowe: 0.28 mV (1 kHz, 50 mm/s)
Podatność: 8.0 x 10 (e-6) cm/dyne (pozioma)
Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 30 kHz
Balans między kanałami: 1 dB (1 kHz)
Separacja między kanałami: 30 dB (1 kHz)
Masa: 11.1 g
Szlif: liniowy (0.03 x 0.003 mm)
NAGRODY
“Stereo Sound”: BEST BUY COMPONENTS, 2012-13, Phono Cartridge, Nagroda Główna
“Stereo Sound”: BEST BUY COMPONENTS 2013-14, Phono Cartridge, 3. miejsce
Ongen Publising, Audio Excellence Award 2012, Bronze Prize
Ongen Publising, Analog Grand Prix 2013, Gold Award
“MJ Technology”, 2012 MJ Technology of the Year Analog Components Award
CS-1000 – głowica
Przy okazji wprowadzenia do sprzedaży wkładki PP-1000, opracowano dedykowany headshell CS-1000. Bazuje on na poprzednim modelu CS-1, w którym zmniejszono masę o 14%, bez pogorszenia sztywności konstrukcji. Nowa głowica wykonywana jest z pojedynczego kawałka duraluminium w procesie obróbki precyzyjnej. Daje to poprawę własności mechanicznych dzięki zmniejszeniu wibracji. Na duraluminium naniesiono powłokę DLC, znaną z wkładki PP-300. Własności mechaniczne głowicy poprawiono również dzięki eliminacji gumowego pierścienia dopasowującego. Spowodowało to zdecydowaną poprawę otwartości brzmienia. CS-1000 wyposażono w okablowanie typu Litz, pokryte ultracienką izolacją poliuretanową.
Cena: 890 PLN brutto.
SPECYFIKACJA
Materiał: duraluminium
Wykończenie: DLC
Waga: 13.8 g (w tym głowica, przewody i śruby M2.6×10 do przykręcenia wkładki)
Śruby montażowe: M2.6×6, M2.6×10, M2.6×16; Podkładki: x 4; Wkrętak
Dystrybucja: Nautilus
Opinia 1
Znakomita większość naszego rynku audio opanowana jest przez mniej lub bardziej rozpoznawalne na świecie marki, co z punktu widzenia dystrybutora jest całkowicie zrozumiałe, gdyż większość populacji audiofilskiej bojąc się braku możliwości późniejszej odsprzedaży bliżej nieznanych nowości, szuka raczej może oklepanego, ale za to bezpiecznego w perspektywie czasu produktu. Niestety ta sztampowość oferty, choćby składała się z najznakomitszych tuzów omawianego segmentu gospodarki, wprowadza pewną trudną do zaakceptowania przez niektóre niespokojne dusze nudę, która podcina im skrzydła w najcięższym dla nich momencie, jakim jest atak audiofilii nerwosy. Naładowani testosteronem zmian systemowych miotają się pośród oklepanych zestawów, pragnąc świeżego powiewu czegoś nowego i niestandardowego, o co ostatnimi czasu dość trudno. Na szczęście zwrot „dość trudno” nie oznacza, że jest beznadziejnie, gdyż coraz częściej z pomocą wspomnianym nieszczęśnikom przychodzą specjalizujący się w wyłuskiwaniu ciekawych nowości ze świata dystrybutorzy pokroju warszawskiego SoundClubu. Niektórzy zatwardziali piewcy znanych marek mówią o nich, że mają w ofercie niesprzedawalną egzotykę, gdy tymczasem w coraz większym stopniu mija się to z prawdą. Ale nie będę teraz trwonił Waszego czasu na czcze gadanie o biznesowych kuluarach, tylko zapraszam na kilka strof o głośnej od dłuższego czasu, a dostępnej na naszym rynku od zeszłej jesieni szwedzkiej marce Marten z jej kolumnami DJANGO XL, której dystrybucją zajmuje się przywołany chwilę wcześniej warszawki SoundClub.
Przybyły do zaopiniowania zestaw jest dość spory gabarytowo, swoimi rozmiarami zbliżając się do moich ISIS-ów, z tą tylko różnicą, że gdy u mnie głośniki zaimplementowane są na najszerszej płaszczyźnie, to w Martenach na najwęższej. Po prostu XL-ki wyglądają, jakby moje kolumny postawić boczną ścianką do przodu z lekkim pochyleniem bryły ku tyłowi. To oczywiście determinuje wybór całkowicie innych (zdecydowanie mniejszych) przetworników, zmuszając konstruktorów do zastosowania takiej ilości basowców, by sprostały zadaniu obsługiwania najniższych rejestrów, które u mnie spokojnie obrabia jedna 15-to calówka. Pozostając przy tematyce obudowy, trzeba powiedzieć, że dla uniknięcia surowości prostego prostopadłościanu, wszystkie frontowe i tylne poziome krawędzie mocno zaokrąglono, a całość pokryto czarnym lakierem fortepianowym nadając projektowi plastycznemu niezaprzeczalnej ekskluzywności. I powiem szczerze, wygląda to zacnie. Kontynuując zagadnienie zastosowanych głośników, oprócz baterii trzech pomalowanych na czarno aluminiowców Seasa, w XL-kach znajdziemy jeszcze dwa porcelanowe drivery Acutona obsługujące średnie i wysokie tony, a wszystko podłączane pojedynczymi terminalami w dolnej części tylnej ścianki. W celu dobrej stabilizacji wysokich i dość smukłych kolumn, panowie konstruktorzy jako podstawę zastosowali dwie sporo wystające za obrys poprzeczki, w które wkręcamy dużej średnicy stożki. Jak wynika z opisu, przybyli goście nie wyglądali jak brzydkie kaczątka, a sądzę, że dzięki fortepianowemu wykończeniu dla wielu byli nawet bardziej strawni wizualnie niż moje ISISy, a jak wypadli w najbardziej interesujących nas aspektach, mam nadzieję, dość składnie wypunktować w recenzenckiej części naszego spotkania.
Analizując przed-testowo konstrukcję XL-ek, trochę na przekór sobie, gdyż z reguły najpierw słucham, a dopiero później snuję wnioski, postanowiłem określić ich choćby wstępny zarys możliwości sonicznych. Bateria aluminiowych przetworników obsługujących niskie rejestry plus ceramika dla reszty pasma niespecjalnie napawały optymizmem. Dlaczego? To proste – membrany wszystkich zastosowanych głośników teoretycznie rzecz biorąc, oscylowały raczej po zimnej stronie grania i tylko umiejętne strojenie całości pozwoliłoby na całkowite przewartościowanie tego co widziałem do tego czego oczekiwałem. I niestety dla mnie, a stety dla Was muszę odszczekać swoje zdrożne myśli, gdyż to, co zaprezentował produkt ze Szwecji, raczej przyjemnie masowało, niż kaleczyło moje narządy słuchu, z czego byłem bardzo kontent. Rozpoczynając opis wartości muzycznych, przywołam występy Martenów wespół z elektroniką Brystona, podczas których właśnie ową swoistą dawką mięsistości znacznie pomagały Kanadyjczykom w tworzeniu bardzo muzykalnego przekazu, bez popadania w nadwagę. Jednak gdy w tamtej konfiguracji taki sznyt był raczej pożądany, to mój system już w pakiecie startowym oferuje podobne artefakty, nieco utrudniając tym sposobem idealne wpisanie się testowanych konstrukcji w spójną całość. Tymczasem po raz kolejny okazało się, że DJANGO potrafią na tyle dobrze poradzić sobie nawet w takich pozornie problematycznych okolicznościach przyrody, by tchnąć w nie tylko to, co może przynieść same zalety, resztę przypadłości trzymając na wodzy. Rozdrabniając usłyszany we współpracy z Japończykiem dźwięk, muszę przyznać, że bas był nieco obfitszy niż mam na co dzień, ale całkowicie mieścił się w tak lubianej przeze mnie estetyce gęstości. To oczywiście miało swoje bezpośrednie przełożenie na kilkukrotne oznajmienie mi o problemach lokalowych, ale tylko podczas głośniejszych kawalkad testowych dźwięków, które w życiu codziennym są mi całkowicie obce, dlatego proszę potraktować tę informację jako drobną konsekwencję dociążenia, a nie natrętności. Gdy proces analizowania pasma akustycznego przemierzał ku wyższym rejestrom, trochę się zdziwiłem, gdyż przy takiej dawce mięsa, średnica zdawała się być nieco zbyt chłodna. Tego nie słychać od startu, ale gdy siądziemy wygodnie w fotelu grubo po północy i do naszych uszu zacznie docierać niczym nieskażony, oparty o wokalistykę dźwięk, nagle okaże się, iż w tym aspekcie czuć zbytnią wstrzemięźliwość. I tutaj wyszła maniera grania głośnika ceramicznego, który w nawet najlepszej aplikacji, gdy zagoni się go w kozi róg, ma problemy z obroną. Oczywiście trochę przejaskrawiam to zagadnienie, ale raczej w dobrej wierze dociekliwego recenzenta, niż pastwienia się nad bogu ducha winnymi kolumnami, tym bardziej, że całościowo rzecz odbierając, obydwa pasma ładnie się wspierają, a ja na punkcie koloru średnicy mam lekko odklejoną jedną klepkę. Dobrnąwszy z opisem do górnych częstotliwości, mogę tylko pochwalić konstruktorów z półwyspu skandynawskiego, że przy tak trudnym do okiełznania przed natarczywością głośniku porcelanowym udało się uzyskać bardzo przyjemnie grające i oferujące wielce satysfakcjonujący w odbiorze ciężar talerzy. Blachy były grubsze i cięższe niż mam na co dzień, ale nadal bardzo dźwięczne, a przy tym wyraźnie pokazywały, że wykonano je z mających masę płatów blachy, a nie z rolki metalo-podobnej folii. Kończąc tę fazę testu, muszę oddać nieco honoru przybyłym konstrukcjom, gdyż ścigały się z membranami celulozowymi, a to, jak wszyscy wiemy, nie jest łatwe. Przeskakując zgrabnym susem do opisu budowania spektaklu muzycznego, chcę pochwalić gości za bardzo głęboką wirtualną scenę, co idealnie pokazał mi Pan John Potter z muzyką Claudio Monteverdiego. Co ciekawe, przy wspomnianych nieco wcześniej oszczędnościach ciepła fraz wokalnych, reszta tylko zyskiwała, czyniąc przekaz bardzo otwartym i bez najmniejszego nalotu mgiełki. Dzięki temu jak na dłoni widziałem zajmowane przez muzyków miejsca w eterze, bez względu na szereg, w jakim się znajdowali, bardzo przypominając tym głębokość spektaklu z referencyjnych ISIS-ów. Po takim obrocie sprawy, prawie natychmiast sięgnąłem po zdecydowanie większe składy chóralne i w CD-ku zagościł Jordi Savall z pieśniami do Sybilli. I tutaj złapałem się na kolejnym zdziwieniu, gdyż owa szczupłość w środku pasma w konsekwencji powodowała jej doświetlenie, a to przy kilkunastoosobowym składzie dawało dodatkowy pierwiastek informacji o ilości użytych w danej frazie gardeł. Ale to nie jedyny plusik tej kompilacji, gdyż przywołana na początku generowana w pakiecie przez same kolumny dodatkowa masa dźwięku, w partiach niskich głosów męskich pięknie wypełniała kubaturę goszczącej muzyków budowli sakralnej, co zawsze wywołuje spore pokłady przyjemności. Na koniec dzisiejszej opowieści zostawiłem sobie twórczość rodzimej folk-metalowej kapeli Percival Schuttenbach. To nie jest muzyka dla melomana, lecz raczej dla wiecznie zbuntowanego słuchacza, a znając obecne ogólnoświatowe trendy przeciwstawiania się wszystkiemu co zostało odgórnie narzucone, stwierdzam z całą stanowczością, iż jest bardzo potrzebna. A jeśli tak, to czasem wypadałoby sprawdzić, czy jest jakiś sprzęt audio, który poradzi sobie z takim kwiatkiem muzycznym. Ja na dłuższą metę nie jestem w stanie tkwić w takim materiale, ale kilka riffów jeszcze nikomu nie zaszkodziło, dlatego czasem wprowadzam coś tak podnoszącego ciśnienie we krwi w proces odsłuchowy. Wnioski? Wszystko to, co przy repertuarze wyciszającym mogło nieco mieszać szyki w odbiorze, w przypadku muzycznego buntu było wodą na młyn kawalkady ostrego grania i śpiewania, bez względu na poziom głośności. Powiem więcej, nawet wiecznie szkodliwy pik podbicia basu mojego pomieszczenia nie był w stanie wytrącić mnie z fazy pełnego zaangażowania w dobiegające do mych uszu muzyczne treści, a to zdarza się niezwykle rzadko. Dlatego z pełną świadomością oznajmiam, iż mimo mych prawdopodobnie pomijalnych dla wielu z Was uwag coś nieobliczalnego w tych konstrukcjach drzemie. A co dokładnie, musicie sprawdzić sami i z własnym repertuarem, gdyż inaczej się nie da.
Dobrze jest dać pozytywnie się zaskoczyć. Ciche snucie wniosków przed słuchaniem czasem sprawia sporo frajdy, szczególnie gdy efekt soniczny dryfuje w dobrą stronę. I ja z zadowoleniem muszę przyznać, zaliczyłem właśnie takiego Zonka. Po analizie mojego tekstu wydawałoby się, że trochę marudziłem, ale proszę wziąć pod uwagę fakt dobierania obecnego systemu przez dobrych kilka lat i całkowitą przypadkowość testowanego dziś mariażu. Suma summarum, jakby na ten test nie spojrzeć, więcej wypunktowałem pozytywów, skrupulatnie wykorzystując je do słuchania ulubionej muzyki, która w zależności od wykonania czasem nawet zyskiwała na teoretycznych potknięciach. Ale najlepsze w tej całej zabawie z Matrenami było to, że przy bardzo dobrych osiągach sonicznych z wymagającą wyrafinowania od sprzętu muzyką dawną, zbuntowany muzycznie chaos również miał swoje pięć minut chwały. Czy tak grający zestaw kolumn wpisze się w Waszą estetykę dźwięku, zależy jedynie od tak prozaicznych czynników, jak punkt, w którym znajduje się docelowy set – siejący zniekształceniami raczej zostanie ukarany i wysokość zawieszonej poprzeczki dla nowej zabawki – pamiętajmy, że to środek oferty. Z mojej strony mogę tylko oznajmić, iż Marteny DJANGO XL spokojnie powalczą o każdego, nawet najbardziej wymagającego klienta.
Jacek Pazio
Opinia 2
Praktycznie zupełnym przypadkiem, tuż przed publikacją niniejszej recenzji, wertując nieprzebrane wirtualne karty internetu odkryłem całkiem zaskakujący fakt. Otóż okazało się, że nasza poniższa radosna twórczość będzie a właściwie, skoro Państwo właśnie czytają te słowa, już jest pierwszą polską recenzją nie tylko tytułowych kolumn Django XL, lecz wręcz jakichkolwiek Martenów od momentu zaistnienia oficjalnej polskiej dystrybucji, której podjął się warszawski SoundClub.
W związku z powyższym w ramach niezobowiązującego wprowadzenia do królestwa szwedzkich wspaniałości wypadałoby wspomnieć co znajdziemy w, jak szybko można się przekonać, całkiem obfitym portfolio. Na wstępie od razu chcemy zaznaczyć, że oferta Martena ukierunkowana jest praktycznie wyłącznie na segment High-End i przynajmniej na razie dość niechętnie zapuszcza się w niższe rejony. Jednak po kolei. Na samym szczycie pyszni się seria Coltrane, w skład której wchodzą modele Tenor, Coltrane 3, Momento i monumentalne (2m/230 kg. szt) Supreme 2. Zdecydowanie bardziej konwencjonalne gabarytowo modele (Duke 2, Miles 5, Getz 2, Bird 2) znajdziemy w serii Heritage. Najmniej liczną jest za to seria Django reprezentowana jedynie przez Django L i Django XL a patrząc przez pryzmat profilu Martena najmniej poważną, kinodomowo – lifestylową serią jest Form z modelami Formsub. Formcentre i Formfloor. Dodatkowo, chcąc mieć pod kontrolą jak najwięcej zmiennych w katalogu znajdziemy również monobloki M•Amp Mono Power Amplifier będące efektem kooperacji Leifa Olofssona z Martena i Patrika Bostroma z Abletec A/S. Skupmy się jednak na bohaterach niniejszego testu – kolumnach Django XL.
Lekko odchylony ku tyłowi front pyszni się prawdziwą baterią przetworników. Wysokie tony i średnicę obsługują ceramiczne Accutony a dół trzy potężne 8” aluminiowe Seasy. W celu zachowania spójności designu wszystkie drajwery zabezpieczono zamontowanymi na stałe metalowymi maskownicami, co automatycznie poszerzyło grono potencjalnych nabywców Django o posiadaczy zarówno małoletnich latorośli, jak i wszelkiej maści mniej, lub bardziej udomowionej zwierzyny. Również skierowanie podwójnych portów bas reflex ku dołowi (w podstawach kolumn) nie tyle uniemożliwia, co znacznie utrudnia umieszczenie w nich produktów spożywczych, bądź zabawek przez ww. wszędobylską drobnicę. W celu poprawienia stabilności Marteny standardowo wyposażono w solidne, rozsunięte względem obrysu podstaw stożkowe nóżki ułatwiające nie tylko wygodne wypoziomowanie tych blisko 50-kg smoków, ale i utrzymujące zbliżony do wyliczonego prześwit pomiędzy kolumną a podłożem, czyli krytyczny parametr dla dmuchających ku dołowi bas reflexów.
Pomimo tego, że do testów otrzymaliśmy parę w lakierze piano black (za dopłatą dostępna jest również wersja srebrna), a jak wiadomo czarny wyszczupla, trudno ukryć, że Marteny są po prostu potężne. Co prawda szerokość frontów niezbyt odbiega od obowiązujących standardów a przy Jacka Isisach wydaje się wręcz smukła, to już pół metra głębokości potrafi załamać większość przedstawicielek płci pięknej.
Umieszczone tuż nad pojedynczymi terminalami głośnikowymi WBT pokrętło pozwala na delikatne (+/-1dB) dopasowanie intensywności najniższych tonów, co biorąc pod uwagę pojemność komory czynnej i trzy ośmiocalowe basowce wydaje się bardzo rozsądnym posunięciem szwedzkiego producenta. Za równie rozsądną decyzję można uznać wybór do wewnętrznego okablowania przewodów Jorma Design, dzięki czemu nabywca może z łatwością zachować „technologiczną” spójność z kolumnami w praktycznie całym swoim torze audio sięgając po katalog Jormy. Z naszego, krajowego punktu widzenia jest to o tyle istotna informacja, że obie ww. marki znajdują się w dystrybucji SoundClubu, więc absolutnie nic nie szkodzi na przeszkodzie, by na własne uszy przekonać się o trafności szwedzkiej kooperacji.
Prawdę powiedziawszy przystępując do odsłuchów za bardzo nie wiedziałem czego się po bohaterach niniejszej recenzji spodziewać, gdyż do tej pory wszystkie Marteny z jakimi przyszło mi się spotkać grały wyłącznie w warunkach wystawowych a jak wiadomo tego typu okoliczności przyrody niespecjalnie pomagają w wyciąganiu jakichkolwiek konstruktywnych wniosków. Dlatego też Django w rozmiarze XL dostały ode mnie na start przysłowiową carte blanche.
Ze względu na dość absorbującą posturę i generalnie niezaprzeczenie poważny design odsłuchy rozpocząłem od równie minorowego repertuaru. „Haugtussa” to album, który nawet najbardziej beztroskiego wesołka potrafi wpędzić w melancholię. Całe szczęście po kilkudziesięciu odtworzeniach można się na to uodpornić i zamiast łapać przysłowiowego doła skupić się na aspekcie technicznym a ten jest wręcz zjawiskowy. Lekko zmatowiony, przechodzący chwilami w zachrypnięty growl wokal Lynni Treekrem na Martenach czarował namacalnością i bardzo naturalną emisją. Powyższa cecha oparta jednak na precyzji w kreowaniu źródeł pozornych a nie sztucznym podkreślaniu konturów i „faworyzowaniu” sybylantów. Otwierający wydawnictwo utwór „Til Deg, Du Heid Og Bleike Myr” zazwyczaj skupia uwagę słuchacza na wyeksponowanym wokalu i oszczędnym, podkreślającym posępny klimat akompaniamencie fortepianu. Jednak Szwedzkie kolumny pokazały, że powyższy spektakl można pokazać jeszcze ciekawiej. Niezwykle sugestywna przestrzenność i głębokość sceny otrzymała sięgający bram Hadesu basowy fundament a partie kontrabasu w wykonaniu Arilda Andersena wreszcie wyszły z cienia. Co ciekawe, pomimo dość powolnych temp trudno było mówić o jakimkolwiek spowolnieniu, czy ujednoliceniu najniższych składowych. Okazało się, że początkowo budząca moje wątpliwości zwinność trzech basowców stoi na najwyższym poziomie a Django bez najmniejszego trudu są w stanie podążyć za nawet najbardziej karkołomnymi frazami. I nie chodzi tu o jakąś bezmyślną nawalankę, tylko zdolność różnicowania niuansów i detali tam, gdzie większość konkurencji idzie na skróty jedynie zgrubnie prezentując to, co w trawie piszczy. Wystarczy wziąć na słuchawkowy warsztat tytułowy utwór „Haugtussa” i porównać to, o czym są w stanie nas poinformować np. fenomanalne Adeze LCD-3 a co większość kolumn z przedziału 40 – 50 tys. PLN. Ze szwedzkimi „smokami” ten dysonans nie był wcale tak duży a to jeden z największych komplementów jakiego można użyć przy takim sparringu.
Jednak nie po to ściągaliśmy kolumny zdolne burzyć mury, by karmić je minimalistycznymi nagraniami i wsłuchiwać się w szelest skrzydeł przelatującej ćmy. Dlatego też nie mogłem odmówić sobie chwili przyjemności i sięgnąłem po dyżurną ścieżkę dźwiękową „Gladiatora”, która zabrzmiała z iście kinowym rozmachem poddając pod poważną wątpliwość zasadność istnienia tak kuriozalnych bytów jak tzw. „kino domowe”. Wystarczyło bowiem przeczekać nader spokojny prolog do „The Battle”, by w momencie wspólnych partii kotłów wielkich i waltorni wspomaganych pozostałym aparatem orkiestrowym dokonywać nader ważkich decyzji, czy siedzieć i kontemplować iście apokaliptyczne muzyczne piekło, jakie wygenerowały wokół nas Marteny, czy też zapobiegliwie przytrzymywać rodową porcelanę agonalnie podrygującą w kredensie. W dodatku im bardziej w prawo podążała gałka potencjometru tym spektakl stawał się bardziej namacalny i po prostu fizycznie odczuwalny. Każde tutti uderzało w trzewia niczym cios wyprowadzony przez Mike’a Tysona z czasów jego największych triumfów a ciśnienie akustycznie niemalże rozsadzało nasze pomieszczenie odsłuchowe. Po prostu zero kompresji i kompromisów. Aż strach pomyśleć jakby zamiast Reimyo podłączyć pod Django jakieś monstra w stylu Tenorów 350M.
Najwyższy czas jednak wrócić na ziemię, uspokoić szalejące tętno i sprawdzić, czy w całym tym szaleństwie nie zabrakło miejsca na wirtuozerię i umiejętność skupienia się na jednym, bądź dosłownie kilku niuansach. W tym celu sięgnąłem po „Flamenco Passion” (FIM XRCD 023 – większość utworów dostępna jest na zwykłych albumach „Flamenco Mystico” i „Flamenco Passion & Soul”) Gino D’Auri, które od pierwszych taktów zachwyciło bardzo głęboką i szeroką sceną z naturalnym odwzorowaniem wielkości instrumentów i świetną gradacją planów. Co istotne akurat na tym nagraniu owe elementy stanowią o precyzji w ogniskowaniu źródeł pozornych, bo te zlokalizowane są w pierwszej linii, lecz o holografii spektaklu i wierności w odwzorowaniu akustyki pomieszczenia, w którym realizacji dokonano. Każde muśnięcie struny, każde uderzenie w pudło było nie tylko słychać, ale i niemalże widać, gdyż efekty przestrzenne dodawały niesamowitej aury pogłosowej. I jeszcze arcytrudne w poprawnej reprodukcji klaśnięcia, które tym razem zabrzmiały tak, jakby muzycy z krwi i kości grali wyłącznie dla nas.
I jeszcze jedno. Mam cichą nadzieję, że z powyższego tekstu jasno wynika, że brzmieniu Martenów zdecydowanie bliżej do estetyki Estelonów aniżeli Gauderów, oczywiście, jeśli chodzi o górę i średnicę odtwarzane z pomocą ceramicznych Accutonów. Pomimo niezwykle twardego materiału membran w większości przypadków kojarzonego z dość technicznym i dalekim od analogowej euforii i barwowego rozpasania jedwabnych i papierowych drajwerów tym razem mamy do czynienia z prawdziwie soczystą muzykalnością, gdzie detaliczność idzie w parze z homogenicznością i kolorystycznym nasyceniem. Za to aluminiowy tercet Seasa może i nie jest aż tak diabelnie zwrotny, jak porcelanowy duet w Gauderach Cassiano, ale i tak o co najmniej dwie długości odsadza Estończyków.
Bliskie spotkanie z potężnymi szwedzkimi Martenami Django XL nader dobitnie pokazało, że nie należy oceniać żadnych konstrukcji ani po zaimplementowanych w nich przetwornikach, ani tym bardziej po wyglądzie. Pomimo trzech ośmiocalowych basowców ani razu nie korciło nas by nawet spróbować użyć umieszczonego nad terminalami głośnikowymi pokrętła i odjąć, bądź dodać najniższych składowych. Okazało się bowiem, że XL-ki wręcz idealnie wpasowały się w kubaturę naszego 35-metrowego OPOSa, co oczywiście wcale nie oznacza, że w mniejszych, bądź mniejszych pomieszczeniach delikatna korekta nie okazałaby się zbawienna. Mniejsza jednak z tym. Grunt, że największe Django udowadniają, że jakość może iść w parze z jakością a potęga brzmienia wcale nie musi oznaczać utraty mikrodetali i jakże uzależniającej przyjemności wyławiania z muzycznych odmętów pozornie ukrytych niuansów. Krótko mówiąc, Marteny Django XL to niezaprzeczalnie i bezdyskusyjnie duże kolumny, duży dźwięk i … duża klasa.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: SoundClub
Cena:
– wersja czarna: 48 000 PLN
– wersja srebrna: 52 000 PLN
Dane techniczne:
Pasmo przenoszenia: 26-30000 Hz +-3dB
Moc znamionowa: 250 W
Efektywność: 89 dB / 1 m / 2.83V
Impedancja: 6 Ω (4 Ω min)
Konstrukcja: 3-drożna bass reflex
Wykorzystane przetworniki: 3×8” alumimiowe, 1×6” ceramiczny, 1×1” ceramiczny
Częstotliwość podziału: 250 & 3000 Hz, zwrotnica drugiego rzędu
Terminale głośnikowe: pojedyncze WBT
Okablowanie wewnętrzne: Jorma Design
Obudowa: 25 mm MDF
Podstawy: Anodowane aluminium
Dimensions (SxWxG): 27 x 119 x 50 cm
Waga: 47 Kg
System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– Przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
– Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
– IC RCA: Harmonix HS 101-GP, Hiriji „Milion”
– IC cyfrowy: Harmonix HS 102
– Stolik: SOLID BASE VI
– Akcesoria: Harmonix TU 505EX MK II; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V; Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– Platforma antywibracyjna: SOLID TECH
– Listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: AUDIO TEKNE TEA-2000
Opinia 1
Choć tegoroczne, nad wyraz upalne lato, nie było zbyt łaskawe dla miłośników słuchawek, to najoględniej rzecz mówiąc zarywając noce (jedynie wtedy temperatury spadały do rozsądnych pułapów), zdołaliśmy z Jackiem „wyrobić” satysfakcjonującą i miarodajną liczbę odsłuchogodzin. Proszę się nie śmiać, gdyż o ile siedzenie w słuchawkach w blisko czterdziestostopniowych upałach stanowiło dyskomfort jedynie dla nas, to już tego typu ekstremalne okoliczności przyrody mogły po prostu doprowadzić do uszkodzenia pracujący w klasie A wzmacniacz, a tego chcieliśmy za wszelką cenę uniknąć. W związku z powyższym sesje, przynajmniej w moim przypadku starałem się nie przeciągać ponad 3h, co jakiś czas sprawdzając temperaturę obudowy jednostki sterującej, która niebezpiecznie zbliżała się do optymalnych warunków pracy … małego grilla. Nie ma jednak co marudzić, bo po pierwsze od tego jest lato, żeby było ciepło a po drugie sami sobie takie a nie inne hobby wybraliśmy. Dlatego też serdecznie zapraszamy do lektury recenzji niezwykle zaawansowanego technologicznie i pełnokrwiście high-endowego zestawu słuchawkowego OPPO PM-1 & HA-1 wzbogaconego o dedykowane akcesoria poprawiające nie tylko ergonomię codziennego użytkowania, lecz również już i tak niezwykle atrakcyjny design.
OPPO PM-1 to reprezentant umiłowanej przez najbardziej wymagających audiofilów grupy konstrukcji planarnych. Zamiast „zwykłych” przetworników dynamicznych, jakie znajdziemy w konwencjonalnych nausznikach zastosowano tu siedmiowarstwową diafragmę obustronnie otoczoną spiralnymi przewodnikami napędzanymi niezwykle silnymi magnesami neodymowymi. Dzięki powyższym zabiegom uzyskano nie tylko spójność fazową i zniwelowano zniekształcenia intermodulacyjne, lecz przede wszystkim uzyskano wysoką (102 dB) skuteczność przy zaskakująco niewielkiej (395 g) wadze i to wszystko przy powierzchni każdego z przetworników wynoszącej 58,65 cm² oraz otwartej konstrukcji muszli. Robi się ciekawie? Oczywiście, tym bardziej, że do pełni szczęścia wystarczy im raptem 0,5 W mocy ciągłej (2 W max.), co daje ich nabywcom szeroki wybór wzmacniaczy słuchawkowych.
Jednak parametry parametrami i nawet najbardziej wyśrubowane (deklarowane) osiągi nie są w stanie przebić pierwszego wrażenia podczas rozpakowywania amerykańskich nauszników. Powiedzieć o nich, ze są eleganckie to jak nazwać Halle Berry albo Monicę Bellucci niebrzydką. Co ciekawe początki są zupełnie niewinne. Ot, zwykły karton z piankowymi profilami ochronnymi i srebrzystym pudełkiem wewnątrz. Jak na wydatek ponad sześciu tysięcy PLNów to delikatnie mówiąc należałoby się bardziej postarać. Jednak po chwili wypada tylko grzecznie przeprosić i … założyć białe rękawiczki. Tak, tak, bowiem ów wewnętrzny box okazuje się jedynie kolejnym opakowaniem ochronnym dla … obłędnej drewnianej, wykończonej na wysoki połysk szkatuły z umieszczoną na wieku intarsją z logo producenta. Jednak najlepsze czeka na nas dopiero w środku. Luksus i to idący w parze z elegancją i dobrym smakiem to klucz do opisu PM-1 ek. Pałąk, oraz pady zostały pokryte starannie dobraną jagnięcą skórą, przy czym w komplecie są jeszcze pady welurowe a sam ich demontaż okazuje się dziecinnie prosty. Metalowa prowadnica pałąka zapewnia idealną sztywność i pomimo całkowitej gładkości zawieszenia oferuje krokową regulację. Całość utrzymano w stylowej i ponadczasowej srebrno – czarnej tonacji dbając o takie drobiazgi jak naturalny lateks wypełniający drobno perforowane po bokach pady, bardzo szeroki, zbliżony do 360 ° kąt obrotu muszli i wymienny przewód zakończony uniwersalnymi monofonicznymi wtykami mini-jack.
HA-1 to prawdziwe 3w1 oferujące funkcjonalności pełnokrwistego wzmacniacza słuchawkowego, przetwornika cyfrowo-analogowego i przedwzmacniacza liniowego. Jest też konstrukcją w pełni zbalansowaną, pracującą w klasie A i opartą, przynajmniej jeśli chodzi o sekcję przetwornika, na układzie ESS 9018 Sabre32 Reference. Dzięki temu może pochwalić się nie tylko obsługą sygnałów PCM 44.1 – 384 kHz/16-32 bit, ale również DSD i to do 11.2896 MHz (DSD256).
Po emocjach związanych z unboxingiem słuchawek wypakowanie jednostki sterującej przebiegło już zdecydowanie spokojniej, choć uczciwie trzeba przyznać, że pierwsze wrażenie nie rozczarowało, a biorąc pod uwagę jak wysoko została chwilę wcześniej zawieszona poprzeczka powinno dawać Państwu pojęcie o jakości wykonania. Klasycznie prostopadłościenną bryłę korpusu przełamuje perforowane okienko na płycie górnej ułatwiające cyrkulację powietrza nad oddającymi poważne ilości ciepła układami. Masywny płat szczotkowanego aluminium stanowiący front w swej centralnej części mieści 4,3” kolorowy ekran po bokach którego umieszczono mniejsze pokrętło/wybierak źródeł pełniące również rolę sterownika po menu i większe – regulacji głośności. Z lewej strony, tuż pod selektorem wejść ulokowano zdublowane wyjścia słuchawkowe w standardzie duży jack i zbalansowane. Ukłonem w stronę posiadaczy iZabawek jest również frontowy port USB.
Ścianę tylną podzieliły między siebie analogowe sekcje wejściowa i wyjściowa ze zdublowanymi gniazdami RCA/XLR, oraz cyfrowa oferująca terminala AES/EBU, koaksjalny, Toslink i USB a dla miłośników transmisji bezprzewodowej również gniazdo mikroskopijnej antenki Bluetooth. Użytkowników bardziej rozbudowanych systemów ucieszy zapewne obecność we/wyjść triggera.
Jeśli zaś chodzi o samą funkcjonalność to w komplecie dostarczany jest zgrabny i poręczny pilot a wyświetlacz można przełączać pomiędzy trybem tekstowym, słupkowym bargrafem i klasycznymi wskaźnikami wychyłowymi.
Dostarczony do testów set uzupełniały elegancki stojak słuchawkowy i dedykowana HA-1 platforma.
Ponieważ nie posiadaliśmy potwierdzonych informacji co do rzeczywistego przebiegu tytułowego zestawu przez pierwszy tydzień pierwsze odsłuchy traktowałem może nie tyle z lekką nonszalancją, co raczej niespecjalnie starałem się wyłapywać ewentualne zalety i wady, skupiając się raczej na zgrubnym określeniu charakteru prezentowanego dźwięku. Dokładając do tego panujące ostatnio w stolicy temperatury chciał, nie chciał zdrowy rozsądek i wrodzona niechęć do samoumartwiania spowodowały, iż lwią część testów prowadziłem w późnych godzinach wieczornych a nawet głęboką nocą. Dzięki takiemu, niemalże wampirzemu trybowi pracy ani mi, ani tym bardziej HA-1 nic się nie stało i choć wzmacniacz grał się niemiłosiernie ani razu nie zdarzyło mu się wyłączyć z powodu przegrzania.
Zacznijmy jednak zagłębiać się w jego walory soniczne, bo gdy tylko przed każdorazowym odsłuchem damy mu przynajmniej półgodzinną rozgrzewkę, to szanse na zarwanie nocy, bądź przesunięcie większości pilnych i niecierpiących zwłoki zajęć dziwnym trafem zostanie przesuniętych na bliżej nieokreśloną przyszłość. Oczywiście pomiędzy urządzeniami a słuchaczem musi zaistnieć warunek konieczny pod postacią synergii, lecz śmiało mogę powiedzieć, że z zestawem Oppo dogadałem się od razu i im dłużej miałem z nim kontakt, tym bardziej przypadał mi do gustu. Po prostu dziwnym trafem mięsista, niesamowicie nasycona średnica i bogactwo kolorystyki prezentowanych spektakli muzycznych idealnie trafiło w moje poczucie estetyki i soniczne upodobania. Kobiece wokale reprezentowane tym razem nie przez słodkie i kojące divy w stylu Diany Krall a psychodeliczno – depresyjną Chelsea Wolfe („Abyss”) nad wyraz dobitnie pokazały ile dobrego może przynieść odpowiednie dociążenie przełomu średnicy i basu przy jednoczesnym dosaturowaniu środka i niemalże lepkiej miodowo-bursztynowej górze pasma. Potęga syntetycznie wygenerowanych dźwięków niemalże zgniatała muzycznym imadłem mój czerep, ale jednocześnie wprawiała w istną, w pewnym sensie perwersyjną rozkosz. Takie bardziej brutalne, bezsprzecznie przejmujące nad nami pełną kontrolę mroczne alter ego Agnes Obel („Aventine”), która zamiast głaskać potrafiła smagnąć pejczem gitarowych riffów. Nie odnotowałem przy tym nawet najmniejszych problemów z kreowaniem przed słuchaczem wyimaginowanej sceny i gradacji rozlokowanych na niej planów. Choć dźwięki otulały nie było mowy o próbach wtłoczenia całego spektaklu do mej głowy.
Przy bardziej naturalnym instrumentarium jakim operowała Simón Bolívar Symphony Orchestra of Venezuela na albumie „Wagner – Dudamel” zauważyć można było pewne zaokrąglenie konturów źródeł pozornych. Nie było to ordynarne pogrubienie i podążanie ku zwalistości i ospałości, lecz pociągnięcie krawędzi grubszą aniżeli w równolegle testowanym zestawie LCD-3 / Deckard Audeze kreską. Zwracam jednak na ten detal uwagę, gdyż doskonale zdaję sobie sprawę, że każdy z nas poszukuje własnej definicji referencji dźwięku i tam, gdzie część zachwycać się będzie organiczną wręcz muzykalnością pozostała frakcja z mozołem poszukiwać będzie analityczności i całkowitej transparentności konfigurowanego systemu. Dlatego też szczerze mogę napisać, że Oppo swoim topowym systemem słuchawkowym wydaje się być zdecydowanie ciekawszą propozycją dla pierwszej z ww. grup.
Sytuacja nieco się zmienia w momencie, gdy HA-1 nakarmimy sygnałem analogowym. Kontury zyskują bowiem na definicji a obrazy nawet wieloplanowych scen na głębi ostrości. Oczywiście zachowana zostaje natywna soczystość, a jedynie mikrodetale, które do tej pory egzystowały na obrzeżach naszej świadomości stają się bardziej namacalne. Ponadto odtwarzając poprzez wbudowanego DACa materiał o wysokiej rozdzielczości spokojnie możemy zbliżyć się do tego samego poziomu odwzorowania. Kwestia zatem nie jak a z czego w głównej mierze będziemy korzystali, jako materiału źródłowego, bo Oppo nie ma problemów z różnicowaniem poszczególnych częstotliwości, czy bitowości i o ile „starym”, zapisanym na srebrnych krążkach nagraniom nadal nic nie brakuje to możliwość porównania z dostępnymi w 24/192, lub czasem w DSD remasterami dość jednoznacznie wskazuje zwycięzcę i akurat tym razem nie jest to nośnik fizyczny.
Możliwość zapuszczenia się w niezwykle rzadko goszczące na naszych łamach rejony stacjonarnego słuchawkowego High-Endu pozwoliła nam nie tylko na własnouszną weryfikacją zasłyszanych opinii, lecz również konfrontację ze zdobytymi wcześniej doświadczeniami z urządzeniami przenośnymi (Astell&Kern AK240 + AK T5p). Tytułowy system Oppo bezapelacyjnie kwalifikując się do światowej extraklasy jest idealnym przykładem, że nawet nie dysponując odpowiednim pomieszczeniem odsłuchowym a w ekstremalnym przypadku nawet zalążkiem pomysłu na pełnowymiarowy system audio można za naprawdę rozsądną, jak na audiofilskie realia, kwotę stworzyć zestaw słuchawkowy oferujący brzmienie na niezwykle wysokim poziomie. Nie wiem jak Państwo, ale my po kilku tygodniach w towarzystwie OPPO PM-1 i HA-1 wiemy jedno – najwyższy czas nadrobić zaległości i zdecydowanie częściej sięgać po audiofilskie nauszniki.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Gramofon: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000
– Słuchawki: Audeze LCD-3
– Wzmacniacz słuchawkowy: Audeze Deckard
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Einstein Audio Tune
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i; Harmonix Hiriji „Milion”
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R;
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Muszę się przyznać, że tak jak większość z Was, tak i ja miałem pewien na szczęście niezbyt długi, jednak zmuszający mnie do zaopatrzenia się w zestaw słuchawkowy okres. Oczywistym bowiem jest, że bez względu na najbardziej hołubione przez nas hobby, rodzina i dzieci zawsze są priorytetami, dlatego też aby rozładować nagromadzoną całodniową orką w pracy dawkę szkodliwych emocji, zatapiałem się wygodnie w fotelu ze wspomnianymi połączonymi pałąkiem miniaturowymi kolumnami na głowie. Choć dla sporej grupy audiofilów taki stan wydaje się nie do przyjęcia, to gdy rodzinna atmosfera ulega zagęszczeniu, lepiej tak konsumować frazy muzyczne, aniżeli całkowicie eliminować ukochaną muzykę . Trochę to trwało, abym spróbował powrócić do tamtych doświadczeń i gdy nadarzyła się okazja zaopiniowania wysoko ocenianego przez poprzedników zestawu marki OPPO, nie mogłem odpuścić tak znamienitej propozycji testowej. Oczywiście proszę przepuścić moje spostrzeżenia przez pryzmat sporej przerwy w obcowaniu ze słuchawkami, a ja znając swoje miejsce w szyku, na początek postaram się spojrzeć na testowany zestaw jedynie z perspektywy stacjonujących u mnie, będących niegdyś flagowcami nauszników Sennheiser HD600. Kończąc to krótkie wprowadzenie, zapraszam na kilka linijek wrażeń o nausznikach PM-1 i dedykowanego im wzmacniacza z funkcją przetwornika cyfrowo/analogowego HA-1, uzupełnionych o firmową podstawę pod wspomniany piecyk i stojakiem słuchawkowym. Na koniec dzisiejszego wstępniaka przypomnę, iż dystrybucją tych komponentów na naszym rynku zajmuje się firma Cinematic.
Obcując z dzisiejszą propozycją testową, już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. I nie chodzi tutaj tylko o samo wykończenie najważniejszych komponentów, ale o pełną opiekę nad ich prezentacją podczas słuchania i spoczynku, co realizują przywołane w pierwszym akapicie: platforma i wieszak. Same słuchawki w porównaniu do Sennków są dość ciężkie, ale za to bardzo solidnie wykonane i elegancko wykończone, co wyraźnie sugeruje wykorzystana do oprawienia misek nausznych i pałąka nagłownego miękka skóra. W zestawie, jak na ekskluzywny produkt przystało, dostajemy dodatkowe nakładki na muszle i kilka innych bardzo użytecznych drobiazgów eksploatacyjnych. Sam wzmacniacz idąc obecnie hołubionym przez producentów tropem urządzeń wszystko-mających, oprócz podstawowej, wynikającej z nazwy funkcji, oferuje możliwość wykorzystania go jako przetwornik cyfrowo/analogowy i przedwzmacniacz liniowy, proponując na tylnym panelu kilka standardów przyłączeniowych od pospolitego RCA i XLR, poprzez USB i TOSLINK, po staroświecki dla niektórych audiofilów SPDiF. Co więcej, sporo interfejsów oferuje także front urządzenia, który mogąc pochwalić się usytuowanym w centralnej części sporej wielkości wyświetlaczem, pokrętłem głośności po jego prawej i gałką wyboru wejścia po lewej stronie, resztę dodatków w nieburzący ogólnego spokoju sposób ma porozrzucane poniżej owego okienka informacyjnego. Przechodząc do wyglądu akcesoriów, w pierwszej kolejności nasze oczy przyciąga platforma dla wzmacniaczo-daca. Jej budowa jest dość prosta, ale wykonana z lakierowanego ciemnego drewna dolna płaszczyzna nośna wraz z metalowymi flarami podtrzymującymi przezroczystą akrylową podstawę pod samo urządzenie z pewnością nadaje szyku dostarczonemu kompletowi podczas codziennego użytkowania. Ale przypominam, że oprócz walorów estetycznych należy pamiętać o walorach sonicznych każdego tak odseparowanego od szkodliwych drgań otoczenia komponentu. Kontynuując wędrówkę przez świat marki OPPO, uroczyście oznajmiam, iż to jeszcze nie koniec szaleństwa wizualizacyjnego, gdyż w podobnym tonie – lakierowane ciemne drewno podstawy i przeźroczysty akryl nośny – wykonano stojak na słuchawki. Zaraz zaraz, ale to nadal nie wszystko co amerykanie mają do powiedzenia na temat przepychu, ponieważ same słuchawki podczas dłuższych postojów między-użytkowych możemy bezpiecznie schować do wykończonej na wysoki połyski i opatrznej logo marki zgrabnej skrzynki. Nie powiem, miałem przed sobą orgię w najczystszej postaci, której życzę każdej zajmującej się działem audio firmie. Po tak kwiecistym opisie wyglądu testowanego produktu nie pozostało mi nic innego, jak spróbować przekazać Wam, czy cała para nie poszła w gwizdek, dlatego zapraszam na sprawozdanie z placu boju pomiędzy słuchawkami OPPO PM 1 i Sennheiser HD 600, które z braku dedykowanego wzmacniacza dla Niemców napędzał piec OPPO HA- 1.
Niestety czas nieubłaganie idzie naprzód i niegdyś kultowe konstrukcje może nie zostają niczym maruderzy w tyle, ale z pewnością mają spore problemy z dotrzymaniem tempa zachodzącym zmianom. Zanim jednak skreślę kilka słów o brzmieniu bohatera dzisiejszego testu, przypomnę, co mają do zaoferowania będące kontrpropozycją HD 600-ki. Otóż, wiadomą rzeczą jest, iż Sennki grają dość zwiewnie, swoim dźwiękiem operując raczej w strefie neutralności z tendencją do analityczności, za co kochało je wielu analizujących nawet lot muchy podczas sesji nagraniowej słuchawkowców. Ma to swoje zalety w postaci możliwości dogłębnej analizy materiału muzycznego, ale gdy wepniemy je do zbyt szczupłego wzmacniacza, może okazać się to ciężkim do zaakceptowania sznytem grania. Oczywiście patrząc zdroworozsądkowo na to zagadnienie, mając taki produkt, raczej będziemy unikać chudych wzmocnień, by napawać się feerią usłyszanych artefaktów, a nie słuchać męczącego jazgotu, ale wspomniałem o tym, by ma potrzeby testu nadać realną pozycję mojego wzorca. Gdy punkt odniesienia mamy już ustalony, z całą mocą mogę powiedzieć, iż napędzane firmową amplifikacją słuchawki OPPO oferują bardzo mięsisty, rzekłbym nawet, że wręcz naładowany sterydami dźwięk. Wypada to na tyle fenomenalnie, że zanim zacząłem przyglądać się szerszemu kontekstowi takiej prezentacji, minęło kilka ładnych dni bezkrytycznego słuchania. Gdy pokłady próżności zostały zaspokojone, przyszedł czas na formułowanie jakiś wniosków i dopiero wówczas zacząłem uważniej przyglądać się poszczególnym zakresom częstotliwościowym. Cóż, trzeba powiedzieć sobie jasno, przy wspomnianej świetnej barwie i masie dźwięku, w stosunku do posiadanych Sennheiserów traciłem nieco na szczegółowości. Nie była to degradująca muzykę prezentacja, ale w bardzo wyrafinowanych realizatorsko utworach, brakowało czasem nieco mikro-informacji. Było zdecydowanie przyjemniej, ale jak to w życiu bywa, coś za coś. Tylko proszę nie odbierać tego jako bezwzględną przewagę Niemców na Amerykanami, gdyż zdecydowana większość melomanów – włącznie ze mną – wybierze raczej Jankesów, a owo wypunktowanie miało na celu pokazanie co kosztem czego otrzymujemy. Dla wyjaśnienia takiego stanu rzeczy bez specjalnych poszukiwań przywołam analogiczną sytuację w typowym wyposażonym w kolumny wolnostojące systemie audio. Mianowicie, jeśli dociążamy dźwięk, to przy uzyskiwaniu piękna w aspektach barwowych, najczęściej tracimy coś w jego zwiewności i dźwięczności, ale nikt nie kruszy o to kopii, biorąc to za coś normalnego, spokojnie przechodząc nad tym do porządku dziennego. Mam nadzieję, że ten temat mamy zamknięty. Próbując nieco poeksperymentować – mój CDek do tej pory dostarczał jedynie sygnał cyfrowy z samego napędu, wykorzystując wewnętrznego DAC-a HA1-ki, nie omieszkałem nakarmić wzmacniacz OPPO sygnałem analogowym z kompletnego kompaktu Reimyo. I nagle stało się jasne, że za całość prezentacji w domenie przyjemnej masy odpowiedzialny był właśnie zaimplementowany wewnętrzny przetwornik C/A. Muzyka dostarczana po analogu przy bardzo podobnej masie stała się zdecydowanie energiczniejsza i lepiej artykułowana z wyraźnie lepszą czytelnością konturu źródeł pozornych. Oczywiście takim obrotem sprawy wcale się nie zdziwiłem, gdyż w tor wpiąłem przetwornik za bagatela 45 tysięcy złotych i dziwnym byłoby, gdyby zmiany były niezauważalne lub na granicy percepcji. Po tej roszadzie sprzętowej po raz kolejny przesłuchałem bardziej wartościowe srebrne krążki i powiem szczerze, że przy zdecydowanym przyroście jakości dźwięku, kwota do zapłacenia za tę lepszą konfigurację, dla znakomitej większości słuchaczy jest nieakceptowana, co świadczy tylko o bardzo dobrym współczynniku cena – jakość testowanej układanki.
Cieszę się, że wreszcie zdecydowałem się na konfrontację z obecnie panującymi trendami w świecie słuchawek. Podchodząc do testu, nie wiedziałem, jakie przyniesie wyniki, a już na pewno nie sądziłem, że aż tak pozytywne. Począwszy od wykonania i opakowania, a skończywszy na jakości generowanego dźwięku doznawałem samych pozytywnych wrażeń. Owa przewijająca się przez cały mój tekst mięsistość fraz muzycznych (bez względu na używany przetwornik C/A) była tym, czego brakowało mi w czasach skazujących mnie na tak minimalistyczny tor audio. Dlatego teraz rozumiem ludzi, którzy ten będący dla niektórych gadżet traktują jako pełnoprawną część swojego systemu stereo i to nie tylko z racji braku własnej samotni, ale nieco innego sposobu oddziaływania na indywidualną wrażliwość muzyczną. Dokonująca się w centralnym ośrodku myślowym słuchacza wizualizacja sceny, daje nieco inne wyniki postrzegania generowanych dźwięków, co jako przerywnik w codziennym słuchaniu kolumn wolnostojących, dla niektórych jest ważnym procesem resetu punktu odniesienia. Dlatego, jeśli ktoś swoim opartym o konwencjonalne zestawy głośnikowe zestawem audio czuje się czasem znużony, powinien zasmakować wartości sonicznych słuchawek Oppo, a może okazać się, że ten często nachodzący Was atak audiofilii nervosy jest dość łatwy do okiełznania.
Jacek Pazio
Dystrybucja: CINEMATIC
Ceny:
Cena zestawu OPPO PM-1 + OPPO HA-1: 12 114 PLN
OPPO PM-1: 6 156 PLN
OPPO HA-1: 6 596 PLN
Stand: 499 PLN
Dane techniczne:
OPPO PM-1
Specyfikacja słuchawek:
Konstrukcja słuchawek: Wokółuszne, otwarte
Impedancja: 32 Ω
Skuteczność: 102 dB przy 1 mW
Siła docisku nauszników: 5 N
Kable: 3 m odłączany kabel OCC (6.35 mm), 1 m odłączany kabel OFC (3.5 mm)
Złącza kablowe:
Wyjście: 2.5 mm mono mini jack
Wejście: 6.35 mm stereo jack, 3.5 mm stereo jack
Waga: 395 g (bez kabla)
Akcesoria:
Dodatkowy zestaw welurowych padów
Skrzyneczka do przenoszenia
Instrukcja obsługi
Specyfikacja przetworników:
Typ przetwornika: Planarny
Wymiary przetwornika: (owalny) 85 x 69 mm
System magnetyczny: Neodymowy w układzie symetrycznym push‐pull
Pasmo przenoszenia w polu swobodnym:10 – 50 000 Hz
Ciągła maksymalna moc wejściowa: 500 mW zgodnie z normą IEC 60268‐7
Chwilowa maksymalna moc wejściowa: 2 W
OPPO HA-1
Ogólne:
Wymiary (Sz. x Wys. x Gł.): 254 x 80 x 333 mm
Waga: 5.9 kg
Zasilanie: AC 110-120 V~ / 220-240 V~, 50/60 Hz
Pobór mocy: 70 W (działanie), 0.5 W (tryb standby)
Wejście Sterujące (Trigger): 3.5 V – 15 V, minimum 10mA
Wyjście Sterujące (Trigger): 12 V, maximum 100 mA
Temperatura pracy: 5 °C – 35 °C
Wilgotność otoczenia: 15% – 75%
Rekomendowana impedancja słuchawek: 32 Ω – 600 Ω
Zbalansowane wyjście słuchawkowe XLR-4 rozkład pinów: 1: L+, 2: L-, 3: R+, 4: R-, Obudowa: GND
Wyjście słuchawkowe Jack 6.35 mm rozkład pinów: 1: L, 2: R, 3: GND
Zbalansowane wejście audio XLR
Impedancja wejściowa: 15k Ω
Maksymalny poziom sygnału wejściowego: 18 Vrms, +27.3 dBu (0 dBu = 0.775 Vrms)
Wejście audio RCA stereo
Impedancja wejściowa: 10k Ω
Maksymalny poziom sygnału wejściowego: 9 Vrms, +21.3 dBu (0 dBu = 0.775 Vrms)
Wejścia cyfrowe: Koaksjalne, Optyczne, AES/EBU
Format wejściowy: Stereo PCM
Częstotliwość próbkowania: 44.1 kHz, 48 kHz, 88.2 kHz, 96 kHz,176.4 kHz, 192 kHz
Rozdzielczość sygnału: 16-bit, 24-bit
Wejście: USB DAC Audio (USB Typ B)
Format wejściowy: Stereo PCM, Stereo DSD (DoP v1.1 lub natywne)
Częstotliwości próbkowania PCM: 44.1 kHz, 48 kHz, 88.2 kHz, 96 kHz,176.4 kHz, 192 kHz, 352.8 kHz, 384 kHz
Rozdzielczość sygnału PCM: 16-bit, 24-bit, 32-bit
Częstotliwości próbkowania DSD: 2.8224 MHz (DSD64), 5.6448 MHz (DSD128),11.2896 MHz (DSD256, tylko tryb natywny)
Profile: USB 2.0, USB Audio 2.0
Wejście Mobilne: USB audio (USB Typ A)
Format wejściowy: Stereo PCM
Częstotliwości próbkowania: PCM 44.1 kHz, 48 kHz
Profile: USB 2.0, USB Audio 2.0
Wyjście zasilania VBUS: +5 V, 2.1 A
Wejście Bluetooth audio:
Standard: Bluetooth 2.1+EDR
Profile: iAP, SPP, AVRCP, A2DP
Format transmisji audio: SBC, aptX
System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– Przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II
– Wzmacniacz mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Harmonix HS 101-GP
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: stopy pod końcówkę mocy Harmonix TU 505EX MK II
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: FM ACOUSTICS FM 122 MKII
EPA-007x to wysokiej klasy wzmacniaczem słuchawkowy, którego głównym założeniem jest, żeby wrażenia z odsłuchu na high-endowych słuchawkach odpowiadały tym z najlepszych zestawów głośnikowych. Ponieważ słuchawki są dużo mniej wymagające prądowo, wszelkie zniekształcenia i szumy są słyszalne dużo wyraźniej. Aby temu zaradzić, Phasemation stosuje wyłącznie tranzystory i minimalizuje ścieżkę sygnału. W EPA-007x zastosowano układ dual mono z dyskretnymi komponentami we wszystkich sekcjach, z ekranowaniem wszystkich stopni układu i osobnym zasilaniem dla każdego kanału, pozwalającym na wysterowanie słuchawek w układzie zbalansowanym. W celu przezwyciężenia problemów ze zróżnicowaną impedancją, zastosowano układ kontrolujący tłumienie wyjściowe, który pozwala na dopasowanie słuchawek o impedancji od 16 do 500 Ω. Dzięki temu można uzyskać prawidłową ilość basu lub dopasować brzmienie do naszych preferencji. Zastosowano też układ ochronny, który odcina słuchawki przy pojawieniu się zakłóceń, np. przy włączaniu urządzenia.
Cena: 7 990 PLN brutto.
SPECYFIKACJA
Wejścia: XLR + RCA
Wyjścia: XLR / 6.3 mm (x2)
Impedancja wejściowa: 10 kΩ
Pasmo przenoszenia: 20 Hz -100 kHz (-0.5 dB)
Kompatybilne słuchawki: 16 – 600 Ω
Szum własny: < 50 µV
Separacja między kanałami: > 90 dB
Pobór mocy: 2 W
Wymiary: 220 x 57 x 234 mm
Waga: 2 kg
NAGRODY
Ongen Publising, Audio Excellence Award 2015 Headphone Amplifier Product Award
Dystrybucja: Nautilus
Najnowsze komentarze