Opinia 1
W czasach permanentnego przebodźcowania i prawdziwego bezliku opcji wyboru decyzja co do własnej ścieżki rozwoju zawodowego, żeby nie powiedzieć górnolotnie „kariery” przypomina grę w ruletkę i to nie w jej „kasynowej” a rosyjskiej odmianie. Inaczej bowiem sytuacji, gdy kształcisz się w konkretnym kierunku a tu ni stąd ni zowąd orientujesz się, iż Twój wyuczony zawód właśnie zostaje „przejęty” przez AI, które przemieliło (i to dosłownie) wszystkie mądre książki z „Twojej” dziedziny i wie już wszystko, określić nie sposób. Dlatego też cytując klasyka, w tym momencie Laskę z kultowego „Chłopaki nie płaczą”, rozpoczynając własną działalność / życie na własny rachunek „Musisz odpowiedzieć sobie na jedno zaje*****, ale to zaje***** ważne pytanie: Co chcę w życiu robić? A potem zacznij to robić.” I wszystkie znaki na niebie oraz ziemi wskazują na to, że niejaki Alexander Bladelius owe „zaje***** ważne pytanie” jakiś czas temu sobie zadał, odpowiedział na nie i od tamtej pory konsekwentnie podąża obraną wtenczas drogą. Skąd takie przypuszczenia? Bynajmniej nie „z kątowni” a z obserwacji jego poczynań w ramach których po dwóch izolatorach Ethernet, czyli zarówno zintegrowanym z przewodem REN, jak i wolnostojącym STILL przyszła pochylił się nad transmisją USB i również tam znalazł zastosowanie dla swojego pomysłu filtracji/izolacji transmitowanych sygnałów. A skoro znalazł, to i stosowny poprawiacz o handlowej nazwie AB-Tech Klar wykonał a dzięki uprzejmości wrocławskiego Audio Atelier przez ostatni miesiąc mieliśmy okazję sprawdzić jego działanie empirycznie a zebranymi obserwacjami w ramach dzisiejszego spotkania z Państwem się podzielić.
Jak z pewnością zdążyliście Państwo zauważyć aparycja sprawcy dzisiejszego zamieszania jest uderzająco, znaczy się w stopniu bliźniaczym, zbliżona do tej znanej z REN-a. Mamy bowiem do czynienia z umieszczonym na odzianym w czarny, pleciony peszel dość wiotkim przewodzie aluminiowym blokiem przyozdobionym firmowym logotypem. Ot esencja skandynawskiego minimalizmu, którą dopełniają czarne termokurczki zabezpieczające złocone wtyki USB-A i B. Próżno szukać tu jakichkolwiek zabiegów designersko-upiększających i jedynie hermetyczny kufer w jakim przewód dociera do odbiorcy końcowego wydaje się podprogowo sygnalizować ambicje jego zawartości. Jak już sygnalizowaliśmy w ramach sesji unboxingowej oprócz przewodu w suto wyściełanym gąbką wnętrzu znajdziemy jeszcze krótkie podziękowanie za zakup i wskazówki dot. użytkowania oraz miękką ściereczkę i flakonik płynu do zabezpieczania/czyszczenia aluminiowego modułu.
Pod względem technicznym KLAR jest ”urządzeniem” łączącym funkcjonalność izolatora galwanicznego obejmującego swym działaniem zarówno żyły sygnałowe, jak i zasilające oraz uziemienia, oraz regeneratora sygnału USB o ultraniskim jitterze zapewniającym eliminację zakłóceń elektromagnetycznych (EMI). Układy odpowiedzialne za powyższe funkcje umieszczono w wiadomym aluminiowym „sarkofagu” i zalano lepkosprężystym „mazidłem”. Jeśli zaś chodzi o sam przewód, to jego żyły wykonano z cynowanej miedzi (inspiracja Luna Cables?). Pary żył odpowiedzialnych za transmisję sygnału i zasilanie skręcono osobno a w roli ekranu wykorzystano taśmę mylarową z naparowanym aluminium oraz plecionkę z cynowanej miedzi.
Zanim przejdziemy do części poświęconej brzmieniu pozwolę sobie jeszcze zwrócić uwaga na pewien szczegół natury użytkowej, bowiem standardowy KLAR charakteryzuje maksymalne obciążenie na poziomie 100mA, więc jeśli odbiornik USB wymaga większych wartości należy zamówić jego, znaczy się KLAR-a, wersję z terminalem dla zewnętrznego zasilacza. W przeciwnym wypadku izolator się po prostu wyłączy. Poza powyższymi obostrzeniami sam przewód jest niezwykle wdzięczny pod względem podatności na układanie, więc wystarczy jedynie zapewnić jego aluminiowemu modułowi filtrująco/regenerującemu nieco miejsca i bez problemu powinno dać się go ułożyć nawet w ciasnych zaszafkowych przestrzeniach.
Jeśli zaś chodzi o wpływ naszego dzisiejszego gościa na brzmienie systemu, to wpięty pomiędzy Lumïna U2 Mini a pełniącego rolę DAC-a Vitusa SCD-025 Mk.II w miejsce mojego dyżurnego ZenSati Zorro od pierwszych taktów „Bioluminescence” Dawn of Ouroboros zaznaczył swoją obecność. Duńska żywiołowość ustąpiła miejsca szwedzkiej może nie tyle zachowawczości, co iście arystokratycznemu dystyngowaniu. Akcent z bezpardonowości ataku, potęgi basu i obłąkańczych temp został dyskretnie przesunięty w kierunku komunikatywności średnicy, rozważniejszej eksploracji faktur i budowania klimatu na nieco cofniętej w stosunku do Zorro scenie. I tu robi się naprawdę ciekawie, bowiem będący dość ekstremalną mieszanką death-metalu, progresji i cold-wave’u wsad muzyczny wydawał się wręcz idealnie dopasowany do charakterystyki duńskiej łączówki a tymczasem proponowane przez szwedzki przewód pewne uspokojenie oraz zwiększenie odległości od płynnie przechodzącej pomiędzy czystym wokalem a niemalże zwierzęcym rykiem Chelsea Murphy sprawiło, że albumu dało się słuchać jeszcze głośniej. W dodatku dalsza perspektywa pozwoliła może nie tyle zauważyć, bo fakt istnienia pozostawał oczywisty, co podkreślić wieloplanowość kompozycji, gdzie gradacja poszczególnych planów sięgała daleko poza linię kolumn. Mowa oczywiście o głębokości sceny, choć i w domenie szerokości AB-Tech nie wykazuje zbytnich tendencji ani do ponadnormatywnego jej rozdmuchiwania ani tym bardziej ściskania. Ot, trzyma się faktów i nie próbuje ani niczego siłowo napowietrzać, ani na skutek nazbyt radykalnej filtracji przeskalowywać w dół.
Doskonale to słychać na minimalistycznym „La finestra di Puccini” Michela Godarda i Danilo Rea, gdzie aura pogłosowa otaczająca oba instrumenty jest niezwykle namacalna a tym samym podkreśla interakcje pomiędzy muzykami. W dodatku bez trudu da się zauważyć, iż fortepian Danilo pełni tu nie tylko rolę akompaniamentu, co jego gra jest równorzędna co tuba Godarda. Ma przy tym zdecydowanie „poważniejszy” gabaryt, czaruje właściwym sobie blaskiem i oferuje dłuższe wybrzmienia od nieco matowego i szybko „gasnącego” dęciaka, który i tak „na KLAR-ze” brzmi nieco bardziej kremowo i satynowo aniżeli z ZenSati.
Jak łatwo się domyślić AB-Tech KLAR nie jest propozycją dla tych, którym w przewodach cyfrowych płyną zera i jedynki zupełnie niewrażliwe na to w czym/po czym i w jakich okolicznościach przyrody ów ruch wykonują. Jeśli jednak zdążyliście Państwo organoleptycznie, a więc metoda prób i błędów przekonać się, że również w domenie cyfrowej jakość i budowa przewodnika ma znaczenie, to sięgnięcie po tytułową, szwedzką łączówkę może nie tylko dyskretnie uplastycznić przekaz, co wyeliminować z niego ewentualne pasożytnicze artefakty dotychczas upośledzające i degradujące jego rozdzielczość.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Z braku szans na dającą spojrzeć na temat z pewnej perspektywy ilość odsłuchów okablowania cyfrowego zapewne wielu z Was nie zauważa pewnego fajnego trendu. Mianowicie chodzi o fakt powstawania coraz lepszych brzmieniowo konstrukcji za stosunkowo przyzwoite pieniądze. Jeszcze niedawno, aby uzyskać dobrej jakości dźwięk z plików, trzeba było sporo zainwestować w ten dział przesyłu sygnału. Naturalnie nawet najprostszy „komputerowy” przewód USB za przysłowiowe 5 złotych pozwalał nam obcować z muzyką, jednak, gdy zaczynaliśmy poszukiwać w niej jakości, kolokwialnie mówiąc zaczynały się schody. A co najgorsze, bardzo kosztowne. Na szczęście rynek tego rodzaju akcesoriów audio bardzo żywo się rozwija i obecnie, gdy przyłożymy się do poszukiwań wpisującego się w nasz system kabelka, można wyrwać go za przyzwoite pieniądze. A pierwszą z brzegu marką oferującą takowe jest będąca dzisiejszym bohaterem szwedzka AB-Tech, z portfolio której po spotkaniu z dwoma modelami izolatorów Ethernet, tym razem przyjrzymy się kablowi cyfrowemu w wersji USB o oznaczeniu AB-Tech Klar.
Idąc za informacjami od producenta nasz bohater w roli przewodnika wykorzystuje cynowaną miedź o grubym przekroju. Na tej bazie powstaje jedna dwużyłowa skrętka sygnałowa i dwie oddzielne dla zasilania. Tak zorganizowany wewnętrzny przebieg sygnałów konstruktorzy zaekranowali taśmą mylarową z naparowanym aluminium i cynowanym oplotem miedzianym. Na to nałożono warstwę materiału termoplastycznego, a finalnie otulono wykorzystywaną w lotnictwie i kosmonautyce warstwę osłonową redukującą szkodliwe drgania. Ale to nie wszystkie działania sekcji konstruktorskiej, bowiem w zorientowanej mniej więcej w połowie przebiegu kabla aluminiowej puszcze typowo dla tego producenta zaaplikowano w celach antywibracyjnej stabilizacji zatopione w materiale tłumiącym będące firmowym rozwiązaniem filtry sygnału i izolację galwaniczną. Tak prezentujący się kabel w drodze do klienta pakowany jest w estetyczny kuferek z tworzywa sztucznego i opatrzony certyfikatem oryginalności.
Co oznacza wygłoszone we wstępniaku twierdzenie, że Szwedzi oferują bardzo dobry dźwięk za relatywnie niską cenę? Otóż w tym przypadku oznacza to serwowanie słuchaczowi dobrej, bo z pełnym pakietem informacji wagi dźwięku. A jest to możliwe, bowiem od dołu dostajemy energetyczne oraz odpowiednio zwarte niskie tony. W środku króluje nie tylko fajna barwa wraz z miłą dla ucha soczystością, ale także rozwibrowanie tego zakresu. Zaś na samej górze wysokie tony choć są transparentne, to w głównej mierze nastawione na wspieranie muzykalności przekazu, czyli oferują dźwięczność, jednak bez odstających od ogólnego pomysłu na dźwięk fajerwerków. Co ciekawe, przy tak ciekawym pakiecie brzmieniowego dobra (wyrazista kolorystyka, esencjonalność i nienachalny blask) muzyka cały czas serwuje nam w zależności od rodzaju twórczości różnorodny drive. Dzięki temu z automatu dostajemy raz radość, a innym razem agresję, a to powoduje, że dosłownie kilku po taktach zapominamy o analizowaniu dźwięku, tylko skupiamy się na jego sednie w rozumieniu docierania do naszej duszy. A wszystko z prozaicznego powodu, czyli umiejętnego pielęgnowania przez kabel dobrze rozumianej muzykalności podnoszącej uczucie namacalności rozgrywających się w naszym pokoju sesji nagraniowych. Efekt takiego działania jest na tyle uniwersalny, że nie ma znaczenia, czy słuchamy jazz-u, czy rock-a, gdyż poziom ilości muzyki w muzyce nigdy nie przekracza cienkiej linii dobrego smaku. Muzyka ciszy i pojedynczych akordów lub nawet bezkreśnie zawieszonych w powietrzu nut mimo brzmienia instrumentarium z dostojnością i odpowiednią wagą oprócz czarowania kolorystyką i swobodą bez problemu gra tak ja zamierzali artyści, czyli tak zwaną ciszą Natomiast ta z puli buntu także dobrze osadzona w masie nie miała żadnego problemu i zaiskrzyć i krzyknąć i uderzyć mocnym oraz zwartym kopniakiem pełnego składu muzyków, co pokazuje pewnego rodzaju uniwersalność testowanego kabla. Niby w pierwszej kolejności jest barwny, ale w drugiej także pełen werwy. I jak wspominałem za przyzwoite pieniądze.
Gdzie widziałbym tytułową konstrukcję? Teoretycznie wszędzie, bo nie forsuje swojego punktu widzenia za wszelką cenę. Owszem, jest orędownikiem fajnej barwy i nasycenia, ale bez szkody dla słuchanego repertuaru. Jeśli zatem podczas zatapiania się w ulubionej muzyce coś Wam doskwiera, powinniście spróbować oferty marki AB-Tech Klar. To naprawdę ciekawy brzmieniowo i z uwagi na jedynie lekkie przyprawianie muzyki, a nie przeciągnie liny na swoją stronę bardzo bezpieczny kabel.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: AB-Tech
Cena: 5 990 PLN
Opinia 1
Tak jak jeszcze kilka lat temu mogliśmy obserwować trend dozbrajania większości liczących się producentów Hi-Fi / High-End (począwszy od Bowers & Wilkins, poprzez Focala, Klipscha, Musical Fidelity, Sonus fabera na T+A, Martinie Loganie czy McIntoshu skończywszy) w ofertę słuchawkową, tak obecnie trudno nie zauważyć podobnego podejścia do analogu. Mówiąc wprost, jeśli zajrzymy do katalogu któregoś z największych graczy i nie znajdziemy w nim choćby jednego gramofonu, to śmiało możemy podnieść zarzut jego niekompletności. To oczywiście dość poważne uproszczenie, ale nie da się ukryć, iż coś jest na rzeczy, skoro nawet Gryphon czy też Mark Levinson o stosowne szlifierki swe portfolio wzbogacili. Nie ma co się jednak oszukiwać – nikt przy zdrowych zmysłach nie próbuje tu na nowo wynajdywać koła i wyważać już otwartych drzwi, więc zamiast kombinować jak koń pod górę zainteresowani po prostu zgłaszają się do świadczących usługi OEM wyspecjalizowanych w analogu wytwórców i dostają szyty na miarę model, który z niekłamaną dumą mogą sygnować własnym logotypem. Tak było m.in. z korzystającymi z „pomocy” Clearaudio Marantzem i McIntoshem, zacieśniającym stosunki z VPI Markiem Levinsonem, czy wspomnianym Gryphonem, który zapukał do drzwi Helmuta Brinkmanna. A to przecież jedynie wierzchołek góry lodowej, której niewidoczną ponad powierzchnią wody podstawę stanowi bezlik konstrukcji zamawianych a Audio-Technice, Pro-Jectcie, czy Redze. Z kolei nasz dzisiejszy gość uznał, iż do pełni szczęścia wystarczą mu konsultacje i doradztwo „jednego z niemieckich producentów” w opracowaniu łożyska, silnika i talerza a resztę ogarnie we własnym zakresie. Oczywiście poza ramieniem – tu wybór padł na popularną Regę RB330. O kim i o czym mowa? O Cyrus-ie i jego gramofonie TTP, którym dzięki uprzejmości Stratos International przez kilka ostatnich tygodni mogliśmy się do woli nacieszyć a wrażeniami z jego użytkowania właśnie się z Państwem dzielimy.
Może a raczej na pewno zdjęcia tego nie oddają, ale „na żywo” Cyrus TTP robi iście piorunujące wrażenie, które potęguje próba jego (znaczy się gramofonu, nie wrażenia) podniesienia. Okazuje się bowiem, iż Anglicy zamiast standardowej MDF-wej „deski” plintę wykonali z litego bloku aluminium. Jakby tego było mało również i talerz z owego surowca wytoczono, więc pomimo swej niezaprzeczalnej kompaktowości TTP może pochwalić się słuszną wagą 24 kg a tym samym i z racji pokaźnej masy talerza w pełni zasługuje na miano klasycznego mass-loadera. Napęd na zawieszony na hartowanej stalowej osi obracającej się na ultra-precyzyjnym łożysku ze zintegrowanym smarowaniem talerz przenoszony jest za pomocą paska ze sterowanego obwodem cyfrowym silnika prądu stałego okupującego lewy tylni narożnik. Jak już zdążyłem, wspomnieć we wstępniaku w roli ramienia występuje tu klasyczna Rega RB330, którą na potrzeby testu uzbroiliśmy w redakcyjną wkładkę Dynavector DV – 20X2.
Pod względem obsługi mamy do czynienia z pełnym „manualem”, więc w lewym narożniku frontu znajdziemy jedynie trzy niewielki przyciski odpowiedzialne za wybór prędkości obrotowej (33 1/3 i 45 RPM) oraz wyłącznika. Z kolei na plecach panel przyłączeniowy obejmuje gniazdo dla zewnętrznego (standardowego ) zasilacza, regulatory obrotów, zacisk uziemienia i gniazdo dla opcjonalnego, firmowego zasilacza PSX-R. Przewód sygnałowy zamontowany jest na stałe i wyprowadzony jest od spodu gramofonu a wraz z gramofonem istnieje możliwość otrzymania opcjonalnej (widocznej w sesji unboxingowej) – dostępnej u lokalnego sprzedawcy akrylowej osłony. Gramofon ustawiono na trzech regulowanych i demontowalnych nóżkach, co pozwala nie tylko precyzyjnie go wypoziomować, co eksperymentować z alternatywnymi rozwiązaniami firm trzecich.
Ponieważ dziwnym zbiegiem okoliczności TTP niemalże minął się w naszych drzwiach z opuszczającym redakcję phonostagem 40 PPA, sesje odsłuchowe prowadziłem przy użyciu swojego dyżurnego Tellurium Q Iridium . A jak powyższa układanka wypadła?
Na pierwszy ogień poszedł duet kanarkowo-żółtych placków „Live In The Union Chapel” Procol Harum, który zabrzmiał z niezwykłą energetycznością i sugestywnie zaakcentowaną warstwą wokalną. Głos Gary’ego Brookera został podany blisko, ze świetnie oddaną siłą emisji i realizmem właściwym dobrym koncertowym realizacjom. Całe szczęście Cyrus nie próbował podkręcać całości poprzez eksponowanie basu, więc i motoryce nagrań nie sposób buło cokolwiek zarzucić. Powyższe obserwacje potwierdził odsłuch ciężkiego i gęstego „Das Seelenbrechen” Ihsahn który nie tylko nic a nic nie stracił ze swej czytelności, co wręcz kipiał od buzującej w nagraniach energii. A biorąc pod uwagę, iż mamy do czynienia z materiałem tyleż awangardowym, co również szalenie wymagającym od samego słuchacza jasnym staje się, iż każde uproszczenie, czy wręcz pominięcie jakiegoś składowego dźwięku mogłoby naruszyć skomplikowaną strukturę mrocznej całości. A z TTP w torze ogrom informacji płynie wartkim i zarazem krystalicznie czystym nurtem i jedynie od klasy wkładki zależeć będzie czy nie zmarnujemy drzemiącego w nim potencjału.
Jeśli jednak komuś takie około metalowe klimaty nie pasują zawsze może sięgnąć po klasyczny hollywoodzki blockbuster w stylu „Star Wars: The Force Awakens” Johna Williamsa i na własne uszy przekonać się, że orkiestrowe tutti wcale nie jest monolityczną ścianą dźwięku, lecz pomimo swej kinowej spektakularności nic a nic nie traci z wieloplanowości i zróżnicowania, złożoności aparatu wykonawczego. I choć może pod względem rozdzielczości nie jest to przysłowiowe dzielenie włosa na czworo, to mówiąc zupełnie szczerze absolutnie niczego mi nie brakowało, gdyż muzyka na tyle skutecznie wciągała w wir wydarzeń, że nie wiem, czy ewentualna większa skrupulatność w oddawaniu najmniejszych detali i faktur poszczególnych drugo i trzecioplanowych dźwięków nie kłóciłoby się z głównym wątkiem narracji. A ten poniekąd podporządkowany był koherencji, przyjemności odbioru i muzykalności z jednoczesnym wystrzeganiem się wspomnianych wcześniej uproszczeń.
I wcale nie oznacza to, że liczył się tylko drajw i fun, gdyż również w opartym na grze ciszą repertuarze w stylu „Minione” Anny Marii Jopek / Gonzalo Rubalcaby bądź „Sketches Of Spain” Milesa Davisa nie sposób mówić o jakichkolwiek oznakach wyrywności, czy podskórnej nerwowości w stylu gotującego się na światłach muscle-cara. O nie, tutaj wpisana w DNA kompozycji niespieszność i cyzelowanie każdego dźwięku z dynamiką operującą w domenie mikro a nie marko okazały się zaskakująco bliskie sercu tytułowej szlifierki, która w oka mgnieniu zmieniła się z kipiącego testosteronem łobuziaka w wyrafinowanego bywalca salonów wywodzącego się z kręgu tzw. „old money”. Cyrus zaczął bowiem grać z rozczulającą może nie tyle nonszalancją co niewymuszoną swobodą i brakiem wyczynowości. Nikogo nie pospieszał, nie podkręcał tempa, lecz pozawalał płynąć muzyce zgodnie z zamysłem jej (od)twórcy.
Choć doskonale zdaję sobie sprawę, że Cyrus TTP, chociażby z racji, iż dla Anglików to swoisty debiut, przynajmniej jeśli chodzi o gramofony, nie będzie pierwszym wyborem, to jednak po tym, co dane było mi usłyszeć pozwolę sobie uznać go za wielce ciekawą propozycję nie tylko dla ortodoksyjnych fanów marki. Jest świetnie wykonany, budzi zaufanie solidnością bryły, intuicyjnością obsługi i przede wszystkim brzmieniem. Ponadto jak na mass-loadera jest zaskakująco kompaktowy, więc jeśli tylko szukacie Państwo gramofonu, który nie będzie przytłaczał Waszego systemu optycznie i oprócz wyglądu zależy wam na jakości brzmienia, to zainteresowanie TTP jest wielce wskazane. A i już zupełnie na koniec – nie oszczędzajcie na wkładce, bo szkoda na takie eksperymenty i czasu i środków.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Jak sugeruje nasza portalowa wyszukiwarka, po kilku odbytych przez lata spotkaniach z elektroniką będącego tematem spotkania angielskiego Cyrusa stosunkowo niedawno przyszedł czas na sekcję analogową. Piję oczywiście do ostatniego mitingu z jednym z przedstawicieli tego segmentu – phonostage’a 40 PPA . Jak wynika z końcowych wniosków, był to na tyle ciekawy sparing, że z automatu zasugerowaliśmy dystrybutorowi, iż jeśli nie stanowi to dla niego problemu, chętnie przyjrzelibyśmy się będącemu w jego ofercie gramofonowi. Oczywiście na decyzję nie trzeba było długo czekać i dzisiejszym tematem będzie właśnie gramofon. A konkretnie dystrybuowany przez Stratos International Cyrus TTP.
Patrząc na naszego bohatera myli się ten, kto sądzi, że to banalna, bo podobnie do sporej grupy konkurencji wykonana w MDF-u, prosta w budowie konstrukcja. Z przyjemnością stwierdzam, że nic z tego, gdyż za sprawą swojej wagi jako pokłosie wykonania plinty z bloku aluminium to solidny mass-loader. Mam nadzieję, że wiecie czym taki rodzaj drapaka się odwdzięcza – jeśli nie, za moment o tym napiszę. Owszem, projekt nie ma specjalnych wizualnych udziwnień, a jedyną ekstrawagancją jest wykończenie solidnej podstawy w technice szczotkowania. Jednak malkontentów zawczasu zapewniam, te drobne szczegóły wespół z zastosowanym materiałem na podstawę w końcowym fizycznym odbiorze bardzo mocno zyskują. Przywołując pakiet informacji o wyposażeniu TTP spieszę donieść, iż w tym przypadku zastosowano ramię pochodzącej także z Wysp Brytyjskich Regi oraz precyzyjny silnik synchroniczny z cyfrowym układem regulacji obrotów. Co ciekawe i zazwyczaj jest niedoceniane przez znakomitą większość producentów, naszego bohatera przystosowano do zamiany startowego zasilacza wtyczkowego na bardziej rozbudowany technicznie i przez to poprawiający stabilność obrotów firmowy power-box PSX-R2. Naturalnie kompletując uzbrojenie werku nie zapomniano także o talerzu podtrzymującym czarne placki. Ten jest bardzo ciężki, bo podobnie do podstawy także wykonany z aluminium i dodatkowo uzbrojono go w zdejmowaną nakładkę z antystatycznego tworzywa sztucznego, a podczas swej pracy współpracuje z precyzyjnie wykonanym łożyskiem smarowanym olejem. Jak widać na unboxingu , producent nie zapomniał także o opcjonalnej, wykonanej z akrylu osłonie przeciwkurzowej. Naturalnie nie jest to zabezpieczenie na poziomie laboratoriów z dogłębną filtracją otaczającego nas powietrza do poziomu mikro-czastreczki, jednakże ze zdobytej podczas niegdysiejszego stosowania tego typu akcesoriów autopsji wiem, że w walce z wszechobecnym kurzem to naprawdę bardzo pomocna rzecz. Jak wypadł tak prezentujący się przybysz z Anglii?
Jak wspominałem przed momentem, Cyrus TTP jest mas-loaderem, czyli gramofonem w swym brzmieniu stawiającym na mocny udział wagi i sztywności plinty. To zaś zazwyczaj jest gwarantem wyrazistej prezentacji. Naturalnie mam na myśli czytelną krawędź, zebranie się energii w sobie i będące znakiem szczególnym takich rozwiązań nienaganne utrzymanie timingu słuchanej muzyki. Jednym słowem nie ma się co spodziewać tak zwanych ciepłych klusek, tylko dobrze rozumianego konkretu. Ale tak naprawdę tylko od nas, czyli wyborów co do zastosowanej wkładki zależeć będzie, jaki będzie finał soniczny tego gramiaka. Oczywiście jakiejś ponadprzeciętnej plastyki i mięsistej krągłości rodem z kultowego Linn-a na bazie Cyrusa raczej nie uzyskacie, jednak nie jest to żaden złośliwy, bo mający pokazać jakieś problemy przytyk, tylko wyartykułowanie cech będących wynikiem wyborów podczas projektowania tego modelu gramofonu. Cech, które akurat sam w konfigurowaniu analogowego źródła od wielu lat hołubię. To, że z muzyką obcujemy za pomocą źródła analogowego, nie oznacza od razu zatapiania się w jej odmianie zawsze i wciąż mlekiem i miodem płynącej. Owszem płynność, soczystość, plastyka są naturalnym minimum, jednak nie zawsze powinny być czymś nadrzędnym w jej projekcji, gdyż nawet jeśli jakiś nurt na tym zyska, na bank straci ten z drugiej strony barykady. Po co o tym wspominam? Oczywiście jako wstęp do przybliżenia tego, co zaproponował mi tytułowy drapak z zastosowaną, od wielu lat używaną przeze mnie wkładką Dynavector DV-20×2. Zastosowany rylec to w dobrym znaczeniu słowa diabeł w czystej postaci. Swoimi walorami typu uderzenie kontrolowaną, dobrze nasyconą i wielobarwną energią podpartą dobrze zdefiniowaną, jednak nienachalną ekspresją górnego zakresu i szybkości narastania sygnału we współpracy z angielskim werkiem potrafił idealnie trafić w punkt w danym momencie odtwarzanego materiału.
Na pierwszy ogień wziąłem ostatni czarny krążek AC/DC „Power Up”. Aby uzyskać zawartą w nim nieprzewidywalność soniczną, podanie materiału wymaga od systemu dobrej szybkości narastania sygnału oraz odpowiednio skompensowanej energii. Jakiekolwiek upiększanie nadmierną soczystością i gładkością bez względu na fakt, jak nam się to podoba, najzwyczajniej w świecie zabije w nim ducha rockowego szaleństwa. A przecież to ostatnie jest myślą przewodnią muzycznego zabierania głosu elektrycznych panów. Musi być drive oraz dobre akcentowanie ostrości rysunku, gdyż przekaz zwyczajnie stanie się nudny. Na szczęście to, co oferowały swoją konstrukcją tak sam gramofon, jak i wkładka idealnie wpisało się w oczekiwania muzyki. Co ciekawe, a dla mnie po latach użytkowania Dynavector-a było przyjęte z ulgą, bardzo podobne cechy formowania jakości spektaklu scenicznego obydwu współpartnerów nie przekraczały linii dobrego smaku, a jedynie na swój sposób całkowicie się uzupełniały. Dostałem mocne i soczyste kopnięcie atakiem gry pełnej formacji, intensywne w brzmieniu gitary i pełen werwy wokal, czyli to, z czego ten zespół znam od lat mojej młodości. Przyznam szczerze, że lekko obawiałem się nadmiernego akcentowania krawędzi i ostrości, a tymczasem bez problemu mogłem wewnętrznie wrócić do pierwszych spotkań z tym tuzem rocka.
Po mocnym uderzeniu na testowym tapecie wylądował jazz. A żeby było naprawdę wymagająco, dobrze zrealizowany, bo z repertuaru Wojtka Mazolweskiego w Quintecie w postaci płyty „Beautiful People” . Tym razem to muza zmuszająca system do oferowania dużej kultury w jego brzmieniu. Powinno zapewniać odpowiedni pakiet nie tylko informacji o pojedynczym akordzie od momentu formowania w przestrzeni, po wygaśnięcie, ale także rozwibrowanie stosownej ilości energii dla danego impulsu oraz ogólnej swobody wybrzmiewania. Jak można się domyślić, jeśli w znacznie gorzej zrealizowanym masteringowo rocku tandem gramofonu z wkładką dobrze sobie poradzili, nie było żadnego problemu także w jazzie. Lotnym, czasem szybkim, innym razem melancholijnym, ale zawsze docierającym do głębi mojej duszy romantycznego melomana. Choć jak to zwykle bywa podczas sesji testowych zderzyłem się z przypadkową konfiguracją, finalnie było to niezmiernie udane połączenie. Na tyle mocno mnie intrygujące, że gdy zazwyczaj nie wnikam we wnioski Marcina na temat tego samego testowanego urządzenia, tym razem byłem ciekawy, jak on to odebrał. Jak? Ja wiem, Wy zaś przeczytajcie sobie o tym w jego tekście sami.
Komu poleciłbym będący punktem zapalnym spotkania gramofon marki Cyrus TTP? Otóż z pełną świadomością wszystkim. A dlatego, że zawsze pokaże muzykę pełną życia. Owszem bez nadmiernego rozwadniania się nad jej płynnością i pozornie fanie odbieranym pięknem nadmiernej soczystości muzyki, jak to lubi pewna część moich pobratymców w zabawie z analogiem, ale tylko jako efekt planowanych wyborów podczas powoływania tej konstrukcji na desce kreślarskiej do przysłowiowego życia. Jednak przywołane określenie „bez nadmiernego” nie oznacza, że jego brzmienie pozbawione jest cech związanych z muzykalnością – co to, to nie. Po prostu zrobi to w estetyce pełnej kontroli. Jednak kontroli, którą w sporym zakresie stosując odpowiednią wkładkę można na swoją modłę uformować. Wystarczy tylko wiedzieć jak i czy tego naprawdę chcemy. Ważne jednak, aby tak jak będący tematem tego spotkania werk oferował stabilną platformę do ostatecznego formowania jego brzmienia. Jeśli ten aspekt spełnimy, do pełnego sukcesu w zbudowaniu znakomitego źródła analogowego zostanie tylko kilka drobnych kroczków.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: Stratos International
Producent: Cyrus
Cena: 17 990 PLN
Dane techniczne
Obsługiwane prędkości: 33 1/3 , 45 RPM
Pobór mocy: 20W Max; <0.5W Standby
Wymiary (W x S x G): 120 x 430 x 37 6mm
Waga: 24 kg
Opinia 1
Choć zwykło się mówić, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, to z drugiej strony nikogo raczej nie trzeba uświadamiać, iż czego by nie mówić, ale historia ma to do siebie, że lubi się powtarzać. Z tą tylko różnicą, że wraz z przebiegiem – przyrostem krzyżyków na karku częstotliwość owych powtórzeń przybiera nieco bardziej spokojniejszą formę. Przynajmniej tak to wygląda w naszym przypadku bowiem w ramach wstępu do dzisiejszej relacji i zarazem potwierdzenia powyższych tez pozwolę sobie sięgnąć pamięcią do redakcyjnych archiwaliów i odwołać się do swoistej, wręcz obsesyjnej pogoni za pewnymi kolumnami …
A było to tak. Zima w 2012 r., jak to zwykła ostatnimi czasy bywać, była bardziej mokra aniżeli mroźna, ale akurat w niczym nam to nie przeszkadzało, by 23 lutego pojawić się w, z dzisiejszego punktu widzenia, „dawnej” siedzibie katowickiego RCM-u, która mieściła się w suterenie kamienicy na ul. Matejki 4. Powód owej wyprawy był tyleż kuriozalny dla postronnych, co w pełni zrozumiały dla nas, i nam podobnych, pozytywnie zakręconych na punkcie dźwięku jednostek. Skoro bowiem nadarzyła się okazja posłuchania w kontrolowanych warunkach uchodzących za swoisty opus magnum High Endu kolumn, to naprawdę musiałby wydarzyć się jakiś kataklizm, by utrzymać nas w domach. Do Katowic dotarły bowiem wtenczas flagowe Isophony (chwilę później poszły wraz z ich konstruktorem na swoje i wylądowały w katalogu Gauder Akustik) Berlina RC11, które miały chwilę tam pograć, przed zaplanowaną na 28 lutego prezentacją w Studiu im. Agnieszki Osieckiej Programu III Polskiego Radia. Ot taki audiofilski „beforek” przed główną imprezą, na której również nie omieszkaliśmy się pojawić. A potem poszło już z górki, bo niczym małoletni psycho-fani podążyliśmy za 11-kami do Wrocławia – na organizowanego przez Piotra Guzka Audiofila (17/03/2012), by finalnie dotrzeć za nimi do aktualnej kwatery głównej RCM-u na ul. Czarnieckiego 17.
I gdy wydawać by się mogło, że czeka nas kolejny maraton, gdyż Roland Gauder raczył był w 2021 r. wypuścić ich inkarnację Black Edition, to szczęśliwym zrządzeniem losu dostarczona na testy parka została u nas na stałe, więc przynajmniej mieliśmy chwilę oddechu. To jednak nie koniec a zaledwie początek całej historii, bowiem, jak zapewne wierni czytelnicy raczyli byli zauważyć dr.Gauder nie zwykł był osiadać na laurach, więc w tzw. międzyczasie opracował kolejne flagowce – iście monstrualne Berliny RC15, które swoją premierę miały podczas monachijskiego High Endu 2025 a z ich poprawioną (tym razem w formie konstrukcji zamkniętych) odsłoną pojawił się w tym roku w Wiedniu. Jak jednak wiadomo wystawy służą wyłącznie do oglądania a nie słuchania, więc cierpliwie czekaliśmy na okazję, by postawnym Niemkom przysłuchać się w nieco bardziej kontrolowanych warunkach, więc gdy tylko nasze dzisiejsze bohaterki dotarły do Katowic logicznym było, że i my lada moment tam się pojawimy. A skoro czytają Państwo te słowa, to jest to niezbity dowód na to, że cały ów misterny plan się udał, wdrożyliśmy go w życie i mogliśmy Berlin RC15 w spokoju posłuchać.
Ok, może z tym spokojem nieco przesadziłem, bo kontakt z „dwiema diamentowymi wieżami”, z których każda może pochwalić się 218 cm wzrostu (bez wkręconych kolców 212 cm) i 290 kg wagi niezależnie od osłuchania i stażu nawet na największych twardzielach robi wrażenie. I bynajmniej nie chodzi o to, że patrząc na nie, znaczy się 15-ki spodziewamy się nie wiadomo czego, bo to w High Endzie tak to nie działa, lecz po prostu z racji swej postury Berliny budzą w pełni zrozumiały respekt jasno dając do zrozumienia, kto tu rządzi. Jednak, jak na powyższych zdjęciach doskonale widać w RCM-owskiej głównej sali odsłuchowej postawne Niemki może nie tyle znikły, co bez problemu się zmieściły i co nie mniej istotne nie przytłaczały swoją obecnością. Podobnie z resztą, jak towarzysząca im „tylko” 125 kg stereofoniczna A-klasowa końcówka mocy Vitus MP-S201. Jak jednak można się na miejscu przekonać, to tylko pozory, bowiem o ich realnej rozmiarówce niech najlepiej świadczy moja „mikrość” w ich towarzystwie a mam blisko 190cm wzrostu i chodzę w kategorii wagowej 100 kg +. Pomijając jednak kwestie natury aparacyjnej tytułowe Berliny są majestatyczne i imponujące i choć na pierwszy rzut oka wydają się być bliźniaczo podobne do ww. 11-ek, to tak naprawdę prezentują się zdecydowanie bardziej „poważnie”. Uwagę zwraca centralnie umieszczony moduł sekcji wysoko-średniotonowej, w którym na wspólnej aluminiowej płycie umieszczono diamentowy duet 20 mm tweetera i 5 cm średniototonowca uzupełniony o operujący w dolnej średnicy drajwer ceramiczny. Z kolei za reprodukcję basu odpowiadają dwie skrajne sekcje z parą 11” aluminiowych wooferów Etona każda. Same przetworniki mają membrany o strukturze plastra miodu i zostały one specjalnie zaprojektowane dla dr.Gaudera specjalnie z myślą o pracy w obudowach zamkniętych. Jeśli chodzi o resztę toru, to okablowanie w większości pochodziło od Furutecha a w torze oprócz wspomnianego wcześniej wzmacniacza Vitus MP-S201 pracowały przedwzmacniacz liniowy Vitus MP-L201 Mk2, odtwarzacz CD SCD-025 Mk.II a domenę analogową reprezentował „kompaktowy” TechDAS Air Force 4 z ramieniem Schroeder CB i wkładką Etsuro Urushi Gin-nezu / Silver Grey oraz przedwzmacniacz gramofonowy RCM Audio Big Phono.
Efekt? Najdelikatniej rzecz ujmując onieśmielający, bowiem niezależnie od poziomu głośności, czyli począwszy od niemalże teatralnego szeptu po stadionowy ryk operujemy w pełnej rozpiętości dynamiki i trudnej do „odsłyszenia” rozdzielczości. Dzięki konstrukcji zamkniętej obudów bas jest niesamowicie zwarty i piekielnie szybki. Nic nie dudni a nawet najbardziej karkołomne zmiany tempa nie stanowią dla Gauderów najmniejszego problemu, więc słuchając zarówno, opartego na ciszy „Brytningstid” Kennetha Sivertsena i Nilsa Petera Molværa, kultowego „Amused to Death” Rogera Watersa, jak i miażdżącego bezpardonowością „Macro” Jinjer nie sposób uznać, że niemieckie kolumny cokolwiek „uwiera” i nie czują się w danym repertuarze komfortowo. Ma być eterycznie i minimalistycznie? Proszę uprzejmie – 15ki znikają niczym rasowe monitory generując z porażającą holografią poszczególne źródła pozorne. Metalowa kakofonia ma rozrywać nas na strzępy? Też nie ma problemu, w dodatku przysłowiowa ściana dźwięku nie jest bezkształtnym monolitem, lecz prezentacji bliżej do misternej, wręcz koronkowo-pajęczej instalacji, gdzie w zależności od kąta pod jakim patrzymy odkrywamy kolejne warstwy i niuanse. Dźwięk nie jest przy tym sztucznie rozdmuchany a źródła pozorne powiększone, czego można byłoby się poniekąd spodziewać, po ponad dwumetrowych kolosach a tu niespodzianka, bowiem ich strzelistość ułatwia jedynie budowanie wysokości sceny i podkreślenie realizmu kubatur w jakich dokonano poszczególnych nagrań. Szczególnie wyraźnie to słychać przy repertuarze organowym, na którym Gaudery z niezwykłym pietyzmem odwzorowują wielkość poszczególnych piszczałek sprawiając, że włosy stają dęba nie tylko na karku, ale i również i na nogach (golący nogi „Szoszoni” proszeni są o niezabieranie głosu) . Co ciekawe zarówno pierwsze wrażenie, jak i późniejsze obserwacje dotyczą raczej reprodukowanego materiału, jego realizmu i wierności oryginałowi aniżeli jakiejś specyficznej manierze samych kolumn, które wydają się takowej w ogóle nie posiadać. Potrafią bowiem zagrać zarówno słodko i gęsto, jak również ostro i chropawo, lecz tak jak zaznaczyłem przed momentem nie jest to ich sygnatura, lecz cecha a nawet ich zbiór danego albumu, który lądował w odtwarzaczu, na talerzu gramofonu. Niemniej jednak, choć od wyjazdowych odsłuchów minęło kilka dni z przykrością muszę stwierdzić, iż przesłuchiwane od tamtej pory kolumny, nie wyłączając redakcyjnych 11-ek dziwnym zbiegiem okoliczności grają zastanawiająco małą skalą i bez zapamiętanej z 15-ek swobody idącej w parze z teoretycznie zupełnie naturalną, a w praktyce niezwykle trudnej do odwzorowania rozdzielczości.
Asekuracyjnie stwierdzę, że Gauder Akustik Berlina RC15 są może nie tyle najlepszymi kolumnami jakie dane mi było słyszeć, co na pewno jednymi z najlepszych. Ów asekurantyzm wynika jednak nie z (podobno) wrodzonej złośliwości, co jedynie z faktu, iż choć katowickie pomieszczenie całkiem dobrze znam, lecz jednak nie jest to nasz redakcyjny OPOS. A jak wiadomo „same” kolumny, nawet najlepsze, grają tak, jak dane okoliczności przyrody, czyli pomieszczenie i tor im na to pozwalają. Niemniej jednak, dysponując dość mrożącą krew w żyłach „luźną” kwotą 450 k€ warto choć przez chwilę zastanowić się nad jej zamianą na tytułowe kolumny i tym samym definitywnie zakończyć pogoń za przysłowiowym króliczkiem. Aby jednak takową decyzję podjąć warto najpierw, podobnie do nas połączoną z rekonesansem wycieczkę sobie zorganizować, bo z tego co mi wiadomo szans na ich posłuchanie w Polsce poza swoją siedzibą ww. dystrybutor nie przewiduje, więc jeśli ktoś liczył, że rzuci na nie tak okiem, jak i uchem podczas powoli zbliżającego się Audio Video Show, to bardzo nam przykro, ale nic z tego.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Z uwagi na fakt używania Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition od pierwszego pokazu tytułowego modelu dwa lata temu (jeszcze w Monachium) wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, jak spychający moje kolumny na drugie miejsce w cenniku model Berlina RC-15 zawita w Polsce. Co prawda od tamtego czasu zdążyło upłynąć sporo wody w Wiśle i w tak zwanym międzyczasie w czerwcu wydarzyć się z nimi w roli bohaterek wystawa w Wiedniu, ale wreszcie, jak się spodziewałem, dotarły. Naturalnie w obecnej chwili do siedziby dystrybutora, czyli katowickiego RCM-u, do którego celem bliższego poznania ich sposobu na muzykę wybraliśmy się wespół z Marcinem w minioną sobotę. Oczywistą oczywistością jest fakt, że nawet to, będące znacznie przyjaźniejszym od warunków wystawowych spotkanie mimo w miarę dobrej znajomości lokalu nie pozwalało wyciągnąć konstruktywnych wniosków, jednak już pierwsze usłyszane dosłownie w drzwiach podczas mijania progu pokoju odsłuchowego dźwięki sugerowały, że rozmiar jednak ma znaczenie. Zapewniam Was, bazując na możliwościach posiadanych 11-ek wiem co mówię. O co chodzi? Zainteresowanych zapraszam do lektury poniższej relacji.
Jak wspominałem we wstępniaku, obecny flagowy model serii Berlina to inna liga w kwestii rozmiarów i wagi. Powodem oczywiście jest zastosowanie większej średnicy przetworników basowych, co przełożyło się na zapewnienie im do idealnej pracy większych nie tylko w domenie szerokości, ale także wysokości i głębokości skrzynek. Kolumny ważą bagatela 290 kilogramów i osiągają wysokość 212 centymetrów, co przy szerokości 47 cm i 74 cm głębokości naprawdę czyni je gabarytowymi potworami. Na co dzień mam duże kolumny, ale te nawet na mnie zrobiły wielkie wrażenie. A najciekawsze jest to, że nie tylko bliźniaczą do moich kolumn aparycją. Co mam na myśli? Chodzi o lekkie zmiany konstrukcyjnych założeń. Otóż Roland Gauder bazując na tych samych przetwornikach z sekcji średnio-wysokotonowej tym razem zamiast bezpośrednio umocować je w kompozytowym froncie, najpierw całą trójkę osadził w metalowej formatce i dopiero po tej aplikacji całość wkomponował w awers płynnie odseparowanej od modułów basowych skrzyni obsługującej środek i górę. Z pozoru zabieg wydaje się być sonicznie pomijalny, jednak według mocodawcy RCM-u zapewnienie większej sztywności podłoża dla czułych na zniekształcenie głośników dało znacznie lepszą propagację fal w zakresie mikrodynamiki i ogólnie rozumianych informacji. Ale to dopiero początek bardzo istotnych dla ostatecznego brzmienia kolumn zmian technikaliów. Mam na myśli podjęcie decyzji o zamknięciu obudów modułów basowych, czyli rezygnacji z konstrukcji BR na rzecz OZ. Wszyscy wiemy, kolokwialnie mówiąc z czym to się, dlatego dla mnie podczas tej wizyty był to chyba najważniejszy aspekt do subiektywnej oceny w stosunku do posiadanej przeze mnie wersji BR. Idąc dalej tropem zmian w odniesieniu do 11-ek konstruktor dołożył w 15-kach możliwość zasilania każdej sekcji z osobna z rozbiciem nawet na poszczególne sekcje basowe, czyli zastosował bardzo istotny dla purystów w końcowym modelowaniu dźwięku kolumn tri-wiring. Zaś całość zwieńczył dedykowanym terminalem zworowym do strojenia sekcji basu przy pomocy oferowanych przez niego wymiennych modułów. Jak widać, Roland Gauder poszedł na maxa. Jak to zagrało?
Zanim przejdę do konkretów nie mogę zapomnieć o przywołaniu reszty systemu zastosowanegm podczas naszej wizyty. Oczywiście w przypadku elektroniki był nim set spod znaku Vitus Audio — MP-S201 power amplifier i MP-L201 Mk II, zaś w roli źródła gramofon Air Force wspierany flagowym przedwzmacniaczem gramofonowym Big Phono RCM. Jak zaznaczałem, występy na obcym terenie nawet w momencie dobrej znajomości lokalu nie są w stu procentach miarodajnym mitingiem odsłuchowym i nigdy nie silę się na jakieś autorytatywne opinie. Jednak tym razem sprawy miały się nieco inaczej, gdyż zderzałem się z rozwinięciem tego, co aktualnie posiadam. Dlatego też z pełną świadomością czynu stwierdzam, iż tak dobrego grania w Katowicach jeszcze nie słyszałem. A jak wiecie z serii relacji, bywam tam często. Rozmach, swoboda, granie jakby od niechcenia i ten bas. Rozwibrowany, kiedy trzeba krótki i sprężysty, innym razem soczysty i wielobarwny, ale zawsze pod pełną kontrolą. Dodatkowo znakomite kreowanie sceny 3D po zamknięciu oczu natychmiast przenosiło mnie w miejsce rejestracji danego materiału muzycznego. A to przecież wydarzyło się podczas dość przypadkowego odsłuchu, to co wydarzyłoby się w znanym mi od podszewki środowisku sprzętowo-lokalowym? Aż boję się pomyśleć. Mało tego, z uwagi na szaleństwo logistyczne boję się też ewentualnej decyzji o próbie realizacji testu w mojej samotni. Na szczęście mocodawca RCM-u jest rozsądny i takiego scenariusza raczej nie rozpatruje nawet w najbardziej szalonych snach, bo zostałbym kaleką z połamanym kręgosłupem. A z dużą dozą prawdopodobieństwa byłby to dopiero pierwszy problem. Piję do mojego zafiksowania na swobodę prezentacji muzyki przez system w domu rodem z koncertów na żywo, która zapewne będąc lepsza od obecnie prezentowanej przez moje kolumny pozostawiłaby mi w duchu emocjonalne spustoszenie w postaci prób zostawienia ich sobie na stałe. Dobrze zatem, że test u mnie jest tak zwaną utopią.
Puentując powyższą relację z wyjazdu do Katowic gratuluję bossowi przyjęcia od skrzydła tak świetnej konstrukcji spod znaku Gauder Akustik i oczywiście dziękuję obsłudze za miłą wizytę okraszoną fajną atmosferą oraz zjawiskowo kreowaną muzyką. To była z wielką przyjemnością spędzona u Was sobota. Do następnego.
Jacek Pazio
Choć opisywane przez nas tzw. „systemy marzeń” zazwyczaj plasują się na pułapie ekstremalnego High-Endu, to tym razem nasz wybór padł na zaskakująco przystępną cenową propozycję, czyli zestaw złożony z włoskiej elektroniki Lector – klasycznego odtwarzacza CD CDP 603 i wzmacniacza zintegrowanego ZXT 70 mk2 oraz japońskiego okablowania Tiglon z serii Dragon.
Cdn. …
Opinia 1
Pamiętam czasy, gdy będący dzisiejszym tematem jednooki cyklop zza naszej zachodniej granicy na monachijskiej wystawie był swoistym kopciuszkiem. Niby pojawiał się na bilbordach i gdzieniegdzie w systemach audio, ale jakoś niespecjalnie przykuwał uwagę. Ot, nowa propozycja zasilania, której znakiem szczególnym na tle konkurencji był i jest bajecznie wyglądający „zegarmistrzowski” wskazówkowy miernik zużycia energii. Jak się jednak jakieś dwa lata temu okazało, niepozorne pojawianie się tu i ówdzie było w pełni zaplanowanym przygotowaniem pola pod frontalny atak. Co to znaczy? Otóż obecnie po sprawdzeniu się w wielu wystawowych bojach nasz bohater stał się na tyle rozchwytywaną konstrukcją, że naprawdę, gdzie człowiek się nie obejrzy, dumnie prezentuje się w najbardziej zacnych konfiguracjach. Kto, co? Oczywiście tytułowy niemiecki podmiot oferujący akumulatorowe zasilacze StromTank, z którego portfolio, dzięki logistycznemu zaangażowaniu łódzkiego Audiofastu w nasze progi trafił model S-1000. To co prawda tak zwana podstawka – produkt rozpoczynający ofertę w cenniku, ale zdziwi się ten, kto sądzi, że 1000-ka tylko ładnie wygląda.
Rzeczony terminal prądowy to w skrócie nic innego, jak wykorzystujący zaawansowaną technologię bardzo wydajny akumulator prądu. Co ciekawe, akumulator potrafiący skutecznie dbać o serwowaną elektronice przez siebie energię elektryczną nie tylko z już naładowanych, pracujących w systemie 24V, 8 wewnętrznych ogniw LFP (litowo-żelazowo-fosforanowych), ale także już podczas ich ładowania. Naturalnie pełnię swoich możliwości StromTank pokazuje podczas całkowitego odcięcia od domowej sieci, jednakże bazując nie tylko na informacjach producenta, ale także na doświadczeniach empirycznych wiem, że nawet w trakcie wejścia w tryb doładowywania brzmienie systemu jest wyższej próby. Ten temat jest bardzo prosty do weryfikacji dokonując krótkich odsłuchów przed aplikacją, zaraz po wpięciu w tor podczas ładowania, a na koniec po przejściu Stromtanka w stan pełnego naładowania. Zapewniam, każdy krok kolokwialnie mówiąc oddalający nas od przysłowiowego gniazdka w ścianie jest krokiem w stronę większej kultury brzmienia systemu, a przy okazji owo czyniące energetyczne dobro urządzenie za sprawą zegarkowego wskaźnika na froncie bardzo ładnie wygląda.
Co stało się po zasileniu StromTankiem w moim przypadku złożonego z dwóch komponentów źródła (streamer plus wewnętrzny przetwornik w CD-ku)? Jak sugerowałem w poprzednim akapicie, karmienie go energią jeszcze podczas ładowania wewnętrznych akumulatorów było krokiem w dobrą stronę. Przekaz nabrał płynności, ale także zyskał lekko na energii zachowując przy tym niezbędny do pokazania drapieżności słuchanej muzyki wigor. Zniknęła pewnego rodzaju szorstkość, a w zamian poprawiły się symptomy dobrze rozumianego spokoju. Jednak w zderzeniu z pełnym przygotowaniem S 1000-ki na bazie wewnętrznych ogniw akumulatorowych była to dopiero przygrywka. Mianowicie przywołane działania nabrały dodatkowej mocy, co spowodowało wybuch płynności i soczystości środka pasma, a tym samym namacalności całego przekazu. Co ciekawe nie stracił na tym rozmach jego projekcji i szybkość reakcji systemu na zmieniające się warunki soniczne zapisane w danym materiale muzycznym. Jakby ktoś tchnął w system dobrze kontrolowany i udanie umuzykalniający pakiet bogatej w informacje energii. Owszem, w stosunku do zasilania bezpośrednio z gniazdka efekt odbierałem jako zmianę priorytetów prezentacji w stronę większej przyjemności odbioru wybranej płyty, ale nie był to efekt typowego ugładzania przekazu kosztem bezpośredniości i mkrodynamiki, jak dzieje się to przypadku wielu tego typu ustrojstw prądowych, tylko przesunięcia punktu poziomu nasycenia materiału. I co jest bardzo istotne, nadal z identycznym podejściem do dźwięczności i lotności każdej, nawet najcichszej pojedynczej nuty. Gdybym miał w miarę zwięźle określić działanie niemieckiej mega „baterii”, powiedziałbym, że to coś w rodzaju ostatniego szlifu kreowania muzyki odtwarzanej przez nasze konfiguracje. Jak wynika z opisu zmieniając estetykę na bardziej przyjemną w odbiorze, a przez to powodującą przyjemne zbliżenie się odbiorcy do realiów danej sesji nagraniowej, jednakże bez szkodliwych efektów zbytniego uspokajania jej wizualizacji w przestrzeni dobrze rozbudowanej, bo odpowiednio rozłożonej w 3 wymiarach i pełnej swobody wybrzmiewania wirtualnej sceny. A, że owe działania nie były inwazyjne, a jedynie niczym przyprawa w jedzeniu w tym przypadku lekko dopieszczające dźwięk, zmiany w ostatecznym szlifie mojej zbieraniny pozytywnie wpłynęły na pełne spektrum słuchanego materiału od intymnych impresji Leszka Możdżera w materiale „Piano” , po mocne granie Evanescence z najnowszej płyty „Sanctuary” .
W pierwszym przypadku zaraz po samej muzyce będący głównym bohaterem tego krążka fortepian zachowywał odpowiednie dla wiernego zwizualizowania go w przestrzeni proporcje. Brzmiał dostojnie, bo z dobrym wyważeniem ilości każdego podzakresu, odpowiednią płynnością, ale też znakomitą dźwięcznością i kiedy wymagała to symbolicznie zawieszona w eterze nuta jakby bez końca. To zaś pozwalało nie tylko z wielką przyjemnością na przesłuchanie całego materiału od przysłowiowej dechy do dechy, ale także bezwarunkowe zatracenie się w nim. Bez dwóch zdań zaliczyłem smakowitą ucztę dla mych uszu.
Odnosząc się do drugiej pozycji płytowej spieszę donieść, iż artykułowana wcześniej płynność i gładkość przekazu nie spowodowały utraty tak ważnych dla tej muzyki aspektów kreowania wyraźniej krawędzi i agresywności ataku każdego akordu. Dzięki temu wespół z dobrą wagą dźwięku w występie znakomicie mogły zaistnieć nie tylko wyrazista wokaliza artystki, ale także mocne gitarowe pasaże. To oczywiście przełożyło się nie tylko na fajny pazur i ekspresję brzmienia formacji, ale też dużą dosadność w domenie muzykalności, dzięki czemu bez najmniejszych problemów mogłem znacząco podnieść ilość decybeli podczas słuchania tej nowości, a przez to w stylu znanym mi z młodości przeżyć dobrze wykreowane jakościowo muzyczne trzęsienie ziemi. Nie powiem, podczas słuchania tego typu twórczości lubię sobie pofolgować z głośnością i gdy dzięki fajnym działaniom testowanych akcesoriów lub urządzeń mogę sobie na to pozwolić, tak jak w tym przypadku nawet przez moment nie zastanawiam się, tylko to robię. Oj działo się.
Gdzie widziałbym tytułowy terminal prądowy StromTank S-1000? Tutaj nie będę odkrywczy, gdyż on nie modeluje dźwięku, tylko doprawia go poprzez serwowanie systemowi czystego prądu, dlatego w kwestii prób we własnym systemie nie widzę przeciwwskazań dla nikogo. Oczywiście trzeba się liczyć z minimalnym ugładzeniem przekazu, jednak tylko jako efekt nabrania esencjonalności muzyki spowodowanej dostarczeniem do systemu wolnej od śmieci energii elektrycznej. Jednak, jeśli Wasz set jest skonfigurowany nawet nie wybitnie, ale co najmniej poprawnie, zobaczycie, iż zastosowanie niemieckiej elektrowni wniesie do muzyki wiele dobrego. Na tyle wymownego, że lojalnie ostrzegam, trudno będzie go zwrócić do sklepu.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Opinia 2
O ile w warunkach idealnych referencyjny pokój odsłuchowy, wzorem m.in. sali demonstracyjnej w głównej siedzibie Marten-a, powinien być odizolowany od otoczenia tak mechanicznie, akustycznie, jak i elektrycznie, to proza życia bardzo szybko owe ideały sprowadza do poziomu w miarę akceptowalnych pod względem wzorniczym przez resztę domowników ustrojów akustycznych, możliwie estetycznych akcesoriów antywibracyjnych, stosownego stolika i jakiegoś uzupełniającego ograniczoną liczbę gniazd ściennych rozgałęziacza mogącego pochwalić się mniej, bądź bardziej zaawansowaną filtracją. Jak się bowiem okazuje pomijając komplikacje natury architektonicznej większość wykazujących zamiłowanie do wysokiej próby dźwięków lubi dzielić się i zarażać pozostałych członków rodziny swą pasją a nie po powrocie do domu zamykać w „izolatce”, albo innym bunkrze. Dlatego też idąc na oczywiste kompromisy lokalowe można próbować zapewnić może nie tyle sobie, co posiadanemu systemowi chociażby dobrostan natury energetycznej i zadbać o możliwie czysty prąd. O co, jak wszem i wobec wiadomo coraz trudniej, gdyż jak w sieci nie sieje AGD, klimatyzacja, to swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuca, cytując klasyka, „OZE, s@#e” a tego typu atrakcji lepiej wrażliwej elektronice Hi-Fi/High-End oszczędzić. I w tym momencie na scenę wkraczają specjaliści od możliwie skutecznej filtracji i regeneracji docierającego do naszych domostw prądu z których to grona, dzięki uprzejmości łódzkiego Audiofastu, udało nam się wyłuskać niemieckiego StromTank-a i otwierający jego portfolio akumulatorowy kondycjoner zasilania S-1000.
Choć w przypadku S-1000 mamy do czynienia z najmniejszym z rodu niemieckich uzdatniaczy prądu to pomimo najszczerszych chęci nie sposób określić go mianem kompaktowego. O nie, mamy bowiem do czynienia z całkiem pokaźną bryłą o wymiarach 48 x 47 x 22 cm i wadze 41 kg, czyli rozmiarówką poważnych wzmacniaczy i końcówek mocy. O ile jednak korpus niczym specjalnym się nie wyróżnia, to już lekko wypukły front łapie za oko charakterystycznym „zegarowym” wskaźnikiem z zielonym bądź błękitnym (w zależności od trybu pracy) podświetleniem nadającym całości nieco steampunkowego sznytu. Od razu wyjaśnię, iż zieleń przypisano pracy wyłącznie na baterii a błękit pojawia się, jeśli naładowanie akumulatorów spadnie poniżej 10% i załączy się ładowanie sieciowe. Poniżej umieszczono rządek informujących o stanie naładowania diod, w lewym narożniku przełącznik trybu pracy (ON-grid / OFF-grid) a w prawym bliźniaczy odpowiedzialny za intensywność iluminacji.
Zdecydowanie więcej dzieje się na ścianie tylnej, gdzie do dyspozycji otrzymujemy cztery gniazda schuko (Furutech NFC) w towarzystwie bezpiecznika termiczno-magnetycznego. Nad nimi umieszczono opcjonalną przelotkę triggera 12V. Prawą część pleców zajmuje zestaw trzech portów serwisowych oraz komora bezpiecznika, gniazdo i główny włącznik zasilania tuż obok których uwagę zwraca … stacyjka zabezpieczająca kondycjoner na czas transportu i zacisk uziemienia. W ramach opcjonalnego wyposażenia, oprócz wspomnianej magistrali triggera producent oferuje również elegancki pilot oraz poza klasyczną czernią i srebrem bardziej ekskluzywne wykończenia – glossy black i meteorite.
Pod względem konstrukcyjnym StromTank S-1000 wykorzystuje integrowany system ośmiu ogniw litowo-żelazowo-fosforanowych o łącznej pojemności 1000 Wh pracujących w systemie 24 V oraz wysokowydajny falownik, dzięki któremu nawet podczas ładowania generuje na wyjściach idealną falę sinusoidalną. Praca akumulatorów jest cały czas monitorowana przez stosowne oprogramowanie a ich żywotność przewidziano na 6 000 cykli ładowania, co daje około 15-20 lat eksploatacji, po których zgodnie z zapewnieniami producenta będzie można je bez problemu wymienić na nowe.
Patrząc na deklarowaną ciągłą moc wyjściową na poziomie 450 VA jasnym jest, że 1000-ki nie przewidziano do zasilania potężnych kilkusetwatowych wzmacniaczy i szczególnie rozbudowanych systemów, co poniekąd potwierdza ograniczona do czterech (w wersji europejskiej) ilość wyjść. Całe szczęście również sam producent nie próbuje zaklinać rzeczywistości i S-1000 rekomenduje posiadaczom niewielkich systemów oraz do samych źródeł bardziej rozbudowanych, muskularnych układanek. Dlatego też trzymając się powyższych wskazówek w trakcie testów zasilaliśmy ze StromTanka jedynie źródła – Lumina U2 Mini i odtwarzacz/DAC Gryphon Audio Ethos.
Efekt? Powiem szczerze, że tyleż zauważalny, co … pozytywny, a to wcale nie takie oczywiste, szczególnie jeśli weźmiecie Państwo pod uwagę repertuar, którym przez większość czasu katuję własne zmysły. To zazwyczaj ciężki Rock i wszelakie odmiany metalu, których próżno szukać na audiofilskich samplerach, czy też w trakcie wszelakich audio-spędów w stylu rodzimego Audio Video Show, czy też High Endu. Za to serwując ów pozorny łomot przynajmniej, jeśli chodzi o kwestie dynamiczne jak na dłoni widać, znaczy się słychać, czy dane akcesorium staje się wąskim gardłem i wraz z oczyszczaniem dynamikę limituje, czy też nie tylko nadąża za nieraz obłąkańczymi tempami, co oddaje pełen drzemiący w materiale źródłowym ładunek energetyczny. A większość, poza nielicznymi wyjątkami, chwalących się skuteczną filtracją ustrojstw wraz ze wszelkiej maści śmieciami również i znaczącą część owej energii zabiera. Dlatego też zamiast drukować mecz i grać tylko „windziane smęty” na rozgrzewkę sięgnąłem po „Jomsviking” Amon Amarth, który może i jest daleki od wzorca czytelności i rozdzielczości, gdyż mówiąc wprost niezależnie od reprodukującego systemu brzmi płasko i na skutek kompresji niezbyt przestrzennie, lecz perkusyjne galopady Tobiasa Gustaffsona wraz potężnymi riffami i brutalnym growlem Johanna Hegga nie powinny dawać nawet chwili wytchnienia. Partie basu litościwie przemilczę, bo zazwyczaj zlewają cię z podwójną stopą a i sama realizacja nie ułatwia wyodrębniania poszczególnych szarpnięć strun. Niemniej jednak „mały” StromTank dwoił się i troił, by z tego całego piekielnego rozgardiaszu coś pozytywnego wycisnąć, więc choć nieco zaokrąglał krawędzie i ozłacał górę, to dzielnie nadążał za szaleńczym tempem wikińskiej opowieści i nie tylko nie dokładał od siebie „buły”, co starał się możliwie efektywnie poprawić czytelność nagrania eliminując zamazującą kontury morę i pasożytnicze zniekształcenia. Jak jednak wiadomo z próżnego to i Salomon nie naleje, więc nieco ułatwiając mu pracę zmieniłem wsad muzyczny na post-black metalowe wydawnictwo „Solastalgia” Heretoir, po którym przyszła pora na gwóźdź nie tyle do trumny, co programu, czyli „Hymns in Dissonance” Whitechapel i tu zrobiło się naprawdę ciekawie, bowiem z jednej strony, szczególnie w trybie pracy wyłącznie na akumulatorach delikatne złagodzenie ataku i agresji było oczywiste, jednak z racji ewidentnego oczyszczenia sygnału z wszelkich pasożytniczych artefaktów i totalnego zaczernienia tła można było słuchać o wiele głośniej aniżeli bez StromTanka, więc finalnie i tak całość zabrzmiała jeszcze bardziej spektakularnie i … nie tyle ładniej, bo to zupełnie inne klimaty, co po prostu czytelniej.
Wróćmy jednak z piekielnych otchłani na ziemię i nieco bardziej mainstreamowe doznania nauszne, gdzie obecności S-1000 w torze inaczej aniżeli oczywistego progresu ocenić nie sposób. Niezależnie bowiem od tego, czy na playliście pojawiał się oparty na grze ciszą jazz w stylu „Pax” Tingvall Trio, czy orientalnego „Shiraz” Dhafera Youssefa za każdym razem można było odnieś wrażenie jakby nagranie dostało poddane swoistej dekonstrukcji, czyli rozłożeniu na czynniki pierwsze, misternemu wyczyszczeniu, wypolerowaniu i nasmarowaniu a następnie przywróceniu do postaci pierwotnej. Czyli niby mamy do czynienia z tym samym co zwykle, lecz jednocześnie wszystko brzmi lepiej, w większa koherencją, precyzją i płynnością. Nic nie zgrzyta, nie chrobocze i jest niczym „górnopółkowy” rower po profesjonalnym przeglądzie i bikefittingu, który niemalże „jedzie sam” przy nawet najdelikatniejszym zakręceniu „korbą”. Przełączenie w tryb pracy falownika nieco ową płynność utwardza, lecz nie poprzez, pozostając przy jednośladowej metaforyce, użycie gęstszego, stawiającego większy opór smaru, co poprzez dyskretne wyostrzenie krawędzi i równie wyważone akcentowanie skoków tak mikro, jak i makro dynamiki.
Jak z pewnością zdążyliście Państwo zweryfikować StromTank S-1000 nie jest ani propozycją budżetową ani takowym systemom dedykowaną. Swoją klasę pokazuje bowiem w ekstremalnym High-Endzie, gdzie jego rolą nie jest ratowanie sytuacji poprzez maskowanie mankamentów obecnej w torze elektroniki a zapewnienie jej możliwie najbardziej komfortowych warunków pracy. Sprawia, że to, co i bez niego brzmiało świetnie pokazuje swe jeszcze bardziej atrakcyjne oblicze a aplikacja niemieckiego uzdatniacza nie tyle wywraca przysłowiowy stolik, co nosi znamiona ostatecznego szlifu. No i nie sposób zapomnieć o wielce atrakcyjnej aparycji, więc zamiast wstydliwie chować się za systemem S-1000 z powodzeniem może stać w pierwszej linii z resztą wyrafinowanego toru.
Marcin Olszewski
—
Dystrybucja: Audiofast
Producent: StromTank
Cena: 67 170 PLN; + 5 100 PLN pilot; + 2 100 PLN Trigger
Dane techniczne
Technologia: Zintegrowany system z akumulatorem litowo-żelazowo-fosforanowym
Pojemność: 1000 Wh
Napięcie nominalne akumulatora: 24 V DC
Napięcie wejściowe: 200–245 V AC
Częstotliwość wejściowa: 50 lub 60 Hz
Czas przełączenia: < 15 ms (z sieci na zasilanie wewnętrzne)
Napięcie wyjściowe: 200–245 V AC (czysta sinusoida)
Częstotliwość wyjściowa: 50 Hz / 60 Hz ±0,05%
Moc wyjściowa ciągła: 450 VA przy 25°C
Moc wyjściowa przez 3 minuty: 700 VA przy 25°C, maks. 3 minuty
Moc wyjściowa przez 3 sekundy: 1800 VA przy 25°C
Wyjścia AC: 4 x gniazda schuko (Furutech NFC) lub 4 x gniazda duplex (czysta miedź, pokryte rodem)
Wymiary (S x G x W): 48 x 47 x 22 cm
Waga: 41 kg
Co prawda z bardzo kapryśną pogodą w tle, ale jedno jest pewne, chcemy, czy nie, okres wakacyjny trwa w najlepsze. A świadczy o tym nie tylko zaplanowany zimą, a teraz realizowany zamiennie z kolegami w fabryce urlop, ale także wiele odbywających się w całym kraju imprez. Od kilkudniowych festiwali muzycznych, przez wszelkiej maści wystawy, po weekendowe pikniki z muzyką Disco Polo dla podobnych do mnie „dziadersów” jak Polska długa i szeroka zabawa trwa w najlepsze. A jeśli tak, nie ma co tracić okazji, tylko brać przysłowiowego byka za rogi i korzystać z tego stanu rzeczy na maxa. Naturalnie wspominam o tym, bowiem sam w zeszły weekend to uczyniłem. A co najciekawsze, że oddając się drugiej w moim szalonym życiu, skądinąd będącej źródłem utrzymania pasji motoryzacyjnej. Może nie w tak hardcore’owym wydaniu, jak temat tej epistoły, ale jednak. O czy mowa? Otóż idąc za tytułem i wymownym zdjęciem otwierającym tę lifestyle’ową relację mam na myśli odbywającą się w minioną sobotę i niedzielę (11-12.07.2026) w Kielcach już 13 edycję wystawy – notabene nazwanej festiwalem – Rotinger Dub It Festival. Jeśli komuś niewiele to mówi, niezorientowanym spieszę z doprecyzowaniem, iż w tym przypadku motywem przewodnim nie jest pokazywanie osobnikom homo sapiens rynkowych nowości, tylko prezentacja sztuki tuningowania samochodów. Zainteresowani? Jeśli tak, a zapewniam, że będzie ciekawie, zapraszam do zapoznania się z poniższym krótkim tekstem i solidną dawką ciekawych w rozumieniu wdrażania w życie wizualnego szaleństwa zdjęć.
Zanim przejdę do przybliżenia zaliczonych podczas minionej imprezy ciekawostek, z racji nawiązania ostatnimi czasy fajnej znajomości wspomnę o utwierdzającym mnie w przekonaniu, że było warto wybrać się do Kielc, drugim powodzie weekendowej wyprawy przez pół Polski. Chodzi o odwiedzenie mającego swoją siedzibę w Łomiankach pod Warszawą podmiotu, którego mottem przewodnim działalności jest niemiecka ikona motoryzacji – Porsche. Jak sugeruje nazwa „911 Garage” , choć w tym niezależnym warsztacie panowie ogarniają pełne spektrum „prosiaków”, oczkiem w głowie jego mocodawcy jest kultowa seria 911. I nie jest to pustosłowie, tylko stwierdzenie faktu, którego potwierdzeniem jest bogata kolekcja różnych wersji tego modelu dostępnych na placu od tak zwanej ręki. Co ciekawe na tyle różnorodna, że również sam udając się do Łomianek z polecenia trzech znajomych bez problemu znalazłem coś ciekawego dla siebie. Z czym salon „911 Garage” pojawił się na tytułowym festiwalu w Kielcach?
Otóż zabrał ze sobą dwie ciekawostki w postaci tuningowanej złotej 911-ki Cabrio i białego Caymana. Co bardzo istotne, oba modele aut swoje nowe życie zyskały w podwarszawskim salonie i są realizacją marzeń obecnie w pełni zadowolonych, codziennie użytkujących je klientów. Ale to nie wszystkie ważne informacje na ich temat. Mianowicie chodzi o to, że gdy podkręcenie emocji w 911-ce realizował przybyły na specjalne zaproszenie guru japońskiej sceny tuningu Rauch Welt Begriff pan Akira Nakai, Cayman to projekt wykonany już własnym sumptem przez salon w Łomiankach. Jak widać na zdjęciach, efekty pracy wdrażania w życie obu wersji tuningu prezentują się znakomicie. Na tyle na równi w kwestii jakości, że moim zdaniem podczas zlecania takich działań tylko od emocjonalnych potrzeb potencjalnego klienta zależeć będzie, czy chce mieć bolid dotknięty ręką mistrza z kraju Samurajów, co notabene nie stanowi najmniejszego problemu, czy w takim samym standardzie wykonania wystarczy mu serce włożone przez rodzimą sekcję tuningową. Abstrahując jednak od zachcianek potencjalnego klienta powiem jedno, na tle ogólnego szaleństwa na tej imprezie dwa stacjonujące w tym boksie auta zrobione były ze smakiem. Nie przepadam za udziwnianiem samochodów, ale jeśli już miałbym się o coś pokusić – życie przez swą zmienność jest nieobliczalne i nigdy nie wolno mówić nie, celowałbym w coś w ten deseń. Już na zdjęciach widać, że tuning jest spoko, ale zapewniam, na żywo całość wyglądała jeszcze ciekawiej.
Jak odebrałem sobotni motoryzacyjny miting? Cóż, z lekkim przekąsem będąc do bólu szczerym powiem tak. To co pokazali panowie od tuningu, z jednym wyjątkiem było wdrażaniem w życie i to na własne życzenie totalnego koszmaru codziennego użytkowania posiadanego samochodu. Po ich ingerencji auta nierzadko stawały się nie do zniesienia twarde na pograniczu wybijania zębów nawet jadąc po równej jak stół betonowej kostce, niewygodne poprzez zastosowanie kubełkowych siedzeń z pięciopunktowymi pasami bezpieczeństwa pozbawiając przy okazji delikwenta szans na oddech pełnymi płucami i błyśnięcia przed znajomymi tak zwanym zimnym łokciem, z racji obniżania prześwitów niedające szans na przejechani najdrobniejszego patyka, a nawet żołędzia na ulicy o wjeździe do podziemnego garażu lub na najniższy krawężnik nie wspominając, często jako skutek zastosowania nadmiernego nagłośnienia boleśnie raniącego ośrodek słuchu i jako dobicie pacjenta przerażająco pstrokate. Po prostu dramat. Gdzie tu sens? Otóż sens takiemu działaniu nadaje wspomniany wyjątek. A jest nim ni mniej, ni więcej tylko stwierdzenie, że nam się to podoba i już. Niestety z tym nie da się dyskutować, dlatego chylę czoła całej populacji tunerów, że potrafią spełnić nawet najbardziej wyimaginowane w głowie klienta projekty. A ludzie mają naprawdę odjechane pomysły, dlatego jeszcze raz szacun.
Dobra żarty żartami, czas na całą prawdę. A ta bez dwóch zdań jest taka, że dla mnie była to jazda na maxa i to bez trzymanki. Naturalnie taki stan zapewniała przygotowana z rozmachem i bardzo bogata oferta wystawy. Od statycznych pokazów samochodowych perełek przygotowanych przez profesjonalne salony tuningowe począwszy, przez prezentację równie ciekawie ubranych w wymyślne body codziennie użytkowanych samochodów prywatnych, konkurs na najgłośniejszy system audio w aucie, strefę kartingową dla dzieci i młodzieży, po chyba serwujący największą dawkę adrenaliny, przy okazji z misją społeczną dwudniowy całodzienny miting Taxi Drift, wszystko bez dwóch zdań zapierało dech w piersi. Niestety paradoksalnie taki obrót sprawy miał również swoje złe strony. Spokojnie, nie będę psioczył, bo nie ma na co. No jedynie i o tym chciałem wspomnieć, mogę ponarzekać na zbyt krótki zarezerwowany na tę imprezę okres czasu. Wpadłem w sobotę z samego rana i nawet nie zauważyłem, gdy wybiła godzina 15, czyli deadline mający kierować moje truchło ku wyjściu. Oczywiście nieco naciągnąłem daną żonie dżentelmeńską umowę, ale to i tak była kropla w morzu potrzeb. Za rok nie będę już taki układny i zarezerwuję na wystawę u białogłowy cały dzień. Pewnie też nie wystarczy na dogłębne spenetrowanie wszystkich ciekawostek, ale cóż, nie samymi samczymi przyjemnościami mężczyzna żyje i będę musiał zadowolić się jednym dniem. Jednak bez względu na wszystko, jeśli tak jak ja chcecie poczuć choć odrobinę ducha tak „odjechanej” jak opisana powyżej imprezy, już dzisiaj rozpoczynajcie negocjacje z drugimi połówkami o cały dzień i nie przegapcie przyszłorocznego już 14 wydania samochodowego mitingu Rotinger Dub It Festival w Kielcach. Naprawdę warto się na nią wybrać.
Jacek Pazio
Opinia 1
Choć od premiery topowej serii Projet V1 minęły ponad cztery lata to przez ten czas Furutech skupiał się wyłącznie na „tradycyjnym” asortymencie po przewodzie zasilającym sukcesywnie wprowadzając łączówki XLR, RCA, AES/EBU, gramofonowe i głośnikowce dość wyraźnie ignorując rynkowe trendy, w tym rosnącą popularność obowiązkowych w zaawansowanym streamingu interkonektów USB i LAN. Wyglądało na to, że mając w swym portfolio podstawowe GT2/GT4 NCF USB i LAN-8 NCF Plus po prostu sondował grunt i zbierał dane, tym bardziej, że indagowani w tej kwestii podczas monachijskich High Endów przedstawiciele marki dyskretnie się uśmiechając prosili o … cierpliwość. I owa cierpliwość właśnie została nagrodzona, gdyż dzięki uprzejmości katowickiego RCM-u trafił w nasze ręce pierwszy „polski” egzemplarz jeszcze ciepłego, pachnącego fabryką przewodu Furutech Project V1-LAN, na którego test serdecznie zapraszamy.
Jak już w ramach sesji unboxingowej zaanonsowaliśmy a powyższą galerią potwierdzamy V1-LAN wykazuje wszelkie cechy tożsame topowej serii japońskiego wytwórcy. Mamy zatem iście biżuteryjną drewnianą skrzyneczkę, granatowy atłasowy woreczek i w końcu sam rudo-czarny przewód o pokaźnym przekroju i charakterystycznych baryłkowatych aluminiowo-NCFowo-carbonowych mufach. Na pierwszy rzut oka równie imponująco prezentuje się również jego konfekcja, lecz bardziej wnikliwa inspekcja wykazuje pewne niepokojące szczegóły. Otóż o ile niemalże bliźniacze do ww. baryłek korpusy wtyków są w pełni adekwatne do topowej serii V1, to już same końcówki RJ45 pomimo niskiej magnetyczności i grubej warstwy złota budzą mój, wynikający z ponad ćwierćwiecznego doświadczenia, sceptycyzm. Mówiąc wprost „cywilny” poliwęglanowy płaszcz zewnętrzny a szczególnie takiż zatrzask najdelikatniej rzecz ujmując nie wróżą dobrze nie tylko przy częstym wpinaniu i wypinaniu, co nawet ich trwałości w domenie czasu. Dziwię się zatem czemu ekipa Furutecha mając tyle czasu na wdrożenie ww. projektu nie postawiła na sprawdzone przez konkurencję, uznane i prawdę powiedziawszy stanowiące swoisty standard „pancerne” Telegärtnery, bądź jeśli niekoniecznie chciała iść „za stadem” chociażby alternatywne rozwiązania Wireworlda (jak daleko nie szukając Dyrholm Audio w swej flagowej serii Nexus), gdzie ów zatrzask ma postać elastycznego i szalenie wytrzymałego „sprzęgła”. Zastanawiający jest również fakt czemu, skoro nawet w podstawowym LAN-8 NCF Plus, ów zatrzask chroni stosowny „kapturek” V1-ki takowej, niemalże czysto symbolicznej ochrony pozbawiono. Czyżby japoński dział R&D doszedł do wniosku, iż raz wpięta V1-ka pozostanie w danym gnieździe „dożywotnio”, parafrazując klasyka „do samego końca, użytkownika, bądź jej”? A może, skoro to praktycznie dopiero początek produkcji ktoś jednak zażegna w zarodku przyszłe problemy natury serwisowej i postawi na wytrzymalsze rozwiązania …

Pod względem anatomicznym nasz dzisiejszy gość wykazuje pełną zgodność z pozostałymi przedstawicielami swego rodu, oraz co wcale nie takie w Hi-Fi/High-End oczywiste z kategorią 8 (Cat 8), więc może pochwalić się nader skomplikowaną budową obejmującą m.in. pięciowarstwowe ekranowanie i zwiększające odporność przed falami radiowymi oraz ochronę przed przesłuchami skręcenie par przewodów a przy tym przepustowością do 40 Gb/s i obsługą częstotliwości do 2000 MHz. Przechodząc do szczegółów i zaczynając od środka mamy zatem do czynienia z czterema parami (niebieski/jasnoniebieski, pomarańczowy/jasnopomarańczowy, zielony/jasnozielony i brązowy/jasnobrązowy) skręconych ze sobą żył ze srebrzonej miedzi α (Alpha) OCC o 24 AWG. Każda z żył jest w izolacji ze specjalnie spienionego polietylenu. Każda taka para ekranowana jest folią aluminiową, by następnie cała wiązka okręcana była kolejnym ekranem z folii aluminiowej. Trzeci ekran stanowi plecionka z miedzi α (Alpha), na którą z kolei nakładana jest warstwa elastycznego PVC wzbogaconego cząsteczkami nano-ceramicznymi i węgla. Kolejny ekran wykonano z folii miedzianej α (Alpha) a następną warstwę stanowi plecionka z przędzy syntetycznej, którą od kolejnego ekranu z miedzianej folii α (Alpha) oddziela izolacja z elastycznych rurek PVS cząsteczkami nano-ceramicznymi i węgla . Ostatnią warstwą jest widoczna gołym okiem czarna zewnętrzna plecionka spod której co jakiś czas przeziera rudo-złoty miedziany ekran.
Skoro kwestie aparycji i budowy wewnętrznej mamy z głowy najwyższa pora na kilka zdań o wpływie tytułowej łączówki na brzmienie mojego systemu. Na wstępie jedynie dodam, iż Furutech w czasie testów wylądował pomiędzy switchem QSA Red a Lumïnem U2 Mini mierząc się tym samym z moim dyżurnym TIGLONem TPL-3000L-WT (White Tiger). I tu, ku uciesze uważającej, że przewody cyfrowe „nie grają” gawiedzi pozwolę sobie stwierdzić, iż efekt powyższej roszady był, o zgrozo, … zauważalny. Pierwszym skojarzeniem jakie przyszło mi na myśl, była zaskakująca zbieżność sygnatury LAN-a z jego analogowym pociotkiem – RCA, bowiem od pierwszych taktów „All Hail Hypocrisy” The Cruel Intentions słychać było wyraźną bezpardonowość i brak zahamowań przed pokazywaniem „szorstkiej” prawdy zawartej w materiale źródłowym. Zamiast bowiem upiększać, ugładzać, czy lukrować Furutech po prostu pokazywał, unauszniał jak dany riff, czy uderzenie w blachy brzmi. Oddawał energię, fakturę i wolumen takimi, jakie zostały zdjęte przez mikrofony, finalną ocenę pozostawiając odbiorcy. Było jazgotliwie, z garażowym brudem i choć w ekipie z Oslo nastolatków ze świecą szukać to również z młodzieńczą euforią. Niezwykle charakterystyczny, wysoki wokal Lizzy DeVine brutalnie wgryzał się w nasze zmysły, w czym nader skutecznie pomagały mu śmiało wysuwające się na pierwszy plan riffy Kristiana Solhauga. Całe szczęście japońska łączówka nie zapominała o dole pasma, więc dzięki temu, że bezlitośnie smagana przez Robina Nilssona perkusja, czy zawzięcie szarpany przez Matsa Wernersona bas miały odpowiedni ciężar a tym samym nie było mowy o przesunięciu równowagi tonalnej ku górze. Furutech nie wykazywał przy tym tendencji do asekuracyjnego zagęszczania konsystencji, atmosfery nagrań, przez co na scenie nie brakowało powietrza i każdy z muzyków miał wokół siebie wystarczającą do dzikich pląsów przestrzeń. A że przy okazji potrafił co i rusz sypnąć piachem, to taki urok surowego rocka i jeśli kogoś to w zęby, znaczy się w uszy, kole to zawsze może pozostać przy kołysankach Kenny’ego G („Innocence”), gdzie V-ka z jednej strony pokaże ekspresję i „mechanikę pracy” saksofonu sopranowego artysty a jednocześnie zachowa elegancję i dyskrecję wyrafinowanych orkiestracji. A co do prawdomówności naszego gościa wszystkim niedowiarkom polecę ostatni krążek Deep Purple „SPLAT!”, który choć pod względem muzycznym nadal reprezentuje znany z poprzednich wydawnictw poziom, to już wokalowi Iana Gillana daleko do lat świetności. Nie ma już tej mocy, nie jest w stanie wejść na wyższe rejestry i pardon my French coraz bardziej szeleści, czego V1-ka ani myśli ukrywać. Nie ukrywa również dalekiej od ideału realizacji, która dość niebezpiecznie zbliża się do męczącej krzykliwości i jazgotliwości, jakby nobliwe gwiazdy usilnie próbowały oddać „telefoniczny klimat” lat 70-ych minionego tysiąclecia. Całe szczęście „Alter Bridge” jest orzeźwiającym powrotem do współczesności i udowadnia, że nawet ciężki Rock można nagrać po prostu dobrze, z pełnym pasmem, odważną i zarazem niezapiaszczoną góra, potężnym dołem i komunikatywną średnicą.
I w tym momencie przychodzi refleksja, że tak po prawdzie, choć za każdym razem próbujemy zdefiniować sygnaturę Furutecha finalnie i tak i tak skupiamy się na wiwisekcji reprodukowanego materiału tak pod względem muzycznym, jak i technicznym, co jest bezdyskusyjnym dowodem na to, że Furutech Project V1-LAN nie tyle nie gra, co gra dokładnie to, co nim prześlemy. Tylko tyle i aż tyle.
Pomijając drobne uwagi natury konstrukcyjno-użytkowej dotyczące samych końcówek RJ45 wypada uznać, iż Furutech Project V1-LAN z powodzeniem może być zwieńczeniem poszukiwań dla większości audiofilów i melomanów przewodu docelowego. Przewodu, który dążąc do prawdy nie będzie zbytnio odciskał własnego piętna na reprodukowanym materiale, gdyż takowego (piętna, nie materiału) de facto nie posiada. Problem z nim mogą mieć jednak ci, którzy po stricte high-endowej łączówce spodziewają się jeśli nie cudów, to przynajmniej dramatycznej poprawy a raczej naprawy brzmienia posiadanego systemu. A tu czeka ich nie do końca miła niespodzianka, gdyż z pomocą tytułowego interkonektu dane im będzie poznanie nie tylko błędów jakie popełnili w trakcie konfiguracji, co również ułomności posiadanej pliko i płytoteki. Krótko mówiąc jeśli zawsze ma być „ładnie”, to V1-ka odpadnie w przedbiegach, jeśli jednak lubicie Państwo wiedzieć co i jak w Waszej układance gra i cóż tam ciekawego upichcili Wasi ulubieni artyści to tytułowy przewód ma spore szanse z powodzeniem spełnić Wasze oczekiwania.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Rozpoczynając dzisiejszy tekst jestem Wam winien przeprosiny. Chodzi o fakt mojego oświadczenia podczas zeszłego testu, iż kablem gramofonowym uroczyście zakończyliśmy opiniowanie flagowej serii okablowania spod znaku V1 tej japońskiej marki. Tymczasem okazało się, że potomkowie Samurajów nie zasypiali gruszek w popiele i w zaciszu pokoju sekcji projektowej po zwieńczeniu serii analogowych drutów obmyślali produkt przewidziany do transmisji sygnału cyfrowego. Jak im to wyszło? Czy broni się na tle znakomitego wyniku analogowego rodzeństwa? To oczywiście postaram się w miarę jasno wyłożyć w poniższym tekście. Co dokładnie będzie tematem? Otóż dzięki sprawnej logistyce katowickiego RCM-u zaraz po pierwszej dostawie w nasze progi trafił kabel Ethernetowy Furutech Project V1-LAN.
W temacie budowy rzeczonego kabla kolejny raz będę się powtarzał, gdyż Furutech jest wierny swoim pomysłom w zakresie pełnego spektrum zastosowanej technologii w danej serii, dlatego wspomnę skrótowo tylko o kilku najważniejszych aspektach. W roli przewodnika mamy do czynienia ze srebrzoną miedzią OCC poddanej procesowi Alpha. Naturalnie zgodnie z obecnymi standardami marki przewodnik podczas swojego powstawania wspierany jest technologią NCF oraz spleciony w firmowy warkoczyk, wykorzystujący biegnące wzdłuż przewodu na całej długości jako mechaniczne tłumienie rurki. Oczywiście w zakresie walki z elektryczną degradacją sygnału zastosowano także komplikowane technicznie wielokrotne ekranowanie i izolację. Nie zapomniano także o specjalnych pierścieniach tłumiących oraz wielowarstwowych, hybrydowych, wykonanych z włókna węglowego tulejach jako obudowy do złączy RJ45. Tak pokrótce zbudowany jest nasz bohater, który w drogę do klienta najpierw wkładany jest do niebieskiego woreczka, a finalnie wespół z certyfikatem oryginalności pakowany do bambusowej skrzynki.
Jak wypadł topowy LAN Furutecha? Otóż gdybym miał umiejscowić go na tle całej rodziny, moim zdaniem najbliżej mu do sygnałówki analogowej, ale w wersji RCA. Ogólnie cała seria V-1 stawia na nasycenie i umiejętne operowanie nienagannie kontrolowaną energią, jednak zderzając wspomniany RCA z resztą familii okazuje się, że nieco bardziej pochyla się on nad mocniejszym zaznaczeniem wyższej średnicy. Oczywiście nie w sensie krzykliwości, tylko lekkiego przeniesienia tonacji prezentacji w górne rejestry centrum pasma akustycznego. To z automatu zaś sprawia, że w muzyce dzieje się więcej. Minimalnie lżej i przez to jakby szybciej, jednak bez brutalnego odchodzenia od głównego nurtu brzmienia serii. Ot dostajemy fajny zastrzyk w najważniejszym dla naszego ucha zakresie, a dziki temu większą swobodę prezentacji, która podnosi uczucie większej żywiołowości słuchanej muzyki. Reszta zakresów, czyli dobrze osadzony w masie dół i czytelna góra zapewniały zgodną z utartą przez ostatnie kilka lat przez tę serię cechę muzykalność, a nie męczącą wyczynowość. Jak zatem można się domyślić, wpięcie w tor tytułowego Japończyka spowodowało u mnie zastrzyk ekspresji. Z jednej strony nieco przyspieszającej i otwierającej przekaz, ale z drugiej konsekwentnie podanej z dobą wagą i bez wycieczek nadpobudliwość. Po prostu wydarzenia sceniczne zyskiwały dźwięczniejszy i bardziej otwarty środek, ale dzięki kulturze skrajów pasma bez krzty efektu nachalności. A żeby pokazać pewnego rodzaju bezpieczność takiego działania konstruktorów z przyjemnością oznajmiam, że skutkiem takiego posunięcia był brak przeciwwskazań w doborze słuchanej muzyki. Nie było znaczenia, czy leciał wściekły rock, elektronika, czy kontemplacyjny jazz, gdyż jak wspominałem, kabel wprowadzał efekt większego wglądu w nagranie w średnicy, a nie rozjaśnienia ogólnej projekcji muzyki. W efekcie, jeśli chodzi o rock, wokaliści mieli nieco więcej do powiedzenia w rozumieniu fajnego wyjścia z czasem nieczytelnej ściany dźwięku, a tak ważne dla tej twórczości gitary pokazywały solidniejszy pakiet smaczków związanych wirtuozerią pracy. Natomiast w przypadku jazzu przekaz bez jakiegokolwiek uprzywilejowania jakiegoś aspektu najzwyczajniej w świecie oferował większy rozmach wizualizowania materiału w rozumieniu wielkości wirtualnej i bardziej angażującej słuchacza pakietem informacji sceny. Nie wiem, jak Japończycy to zrobili, ale często będące problemem doświetlenie wyższej średnicy potrafili przekuć w ciekawie brzmiący sukces.
Czy znając cechy tytułowego kabla Ethernet-owego jestem w stanie okrzyknąć go, mianem propozycji dla każdego? Otóż bez problemu stwierdzam, że jak najbardziej. Owszem, nieco podnosi tonalność brzmienia systemu, ale robi to bardzo symbolicznie, co czyni go dość uniwersalnym. Czy w stu procentach taki ruch z Waszej strony zagwarantuje sukces, niestety będzie wypadkową połączenia z zastaną konfiguracją. Jeśli nie będzie „anorektyczna”, przekaz powinien nosić cechy przyjemnego odbioru i tylko od Waszych oczekiwań zależeć będzie, czy w pełni je spełniających.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80
Dystrybucja: RCM
Producent: Furutech
Cena: 17 800 PLN / 1,2m
Najnowsze komentarze