Monthly Archives: lipiec 2026


  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł w przygotowaniu / work in progress

Po dwóch ethernetowych izolatorach (REN i STILL) przyszła pora na USB, czyli AB-Tech Klar.

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Ophidian Skye

Opinia 1

Nie wiem skąd to się wzięło, ale prawdopodobnie po ostatnimi czasy masowym udziwnianiu obudów kolumn przez znaczącą większość producentów, gdy w moje progi trafi coś wizualnie klasycznego, odczuwam swojego rodzaju wewnętrzną radość. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że ucieczka od bryły prostopadłościanu jest efektem walki z falami stojącymi wewnątrz obudowy, ale z autopsji wiem, iż w segmencie dobrego Hi-Fi, czyli na poziomie ciekawego, a nie wyczynowego brzmienia zespołów głośnikowych da się zrobić coś sensownego w klasycznej obudowie. Niestety mimo to niektórzy konsekwentnie próbują zaklinać rzeczywistość. Na szczęście nie wszyscy, a pierwszym z brzegu przykładem jest choćby pochodząca z Anglii marka Ophidian, z której oferty, dzięki działaniom pabianickiego 21Distribution dzisiaj przyjrzymy się sympatycznym podłogówkom hołubiącym klasycznym obudowom. Jakim podłogówkom? Otóż będą to średniej wielkości, za to z wielką ochotą do sprawiania melomanom przyjemności pochodzące w Wysp Brytyjskich Ophidian Skye.

Jak wspominałem, nasze bohaterki to typowe kanciaste skrzynki wykończone ładną naturalną okleiną. Jednak niech nikogo nie zwiedzie klasyka obudowy, bowiem reszta składowych z portem strojącym niskie tony na czele to umiejętne wprowadzenie do projektu – jak na tak przystępne cenowo paczki – zaawansowanej technologii. Chodzi oczywiście w pierwszej kolejności o zastosowanie zestawu głośników w układzie D’Appolito, czyli miękkiej wysokotonówki umieszczonej pomiędzy dwoma aluminiowymi głośnikami śednio-niskotonowymi. Po drugie zastosowanie autorskiego portu sekcji basu nazwanego Aeroflex. I po trzecie wykonanie zwrotnicy z podzespołów kultowej matki Mundorf. Tak prezentujące się kolumny posadowiono na zwiększającej rozstaw punktów podparcia podstawie, nad którą na plecach Angielek zlokalizowano wylot wspomnianego portu strojenia niskich tonów i nad nimi pojedyncze terminalne przyłączeniowe. W komplecie znajdziemy jeszcze zdejmowane, mocowane poprzez ukryte pod fornirem magnesy maskownice. Jeśli chodzi o „osiągi” kolumn, według producenta pracując w układzie dwudrożnym, pozwala pokryć pasmo w zakresie 30 Hz – 25 kHz oraz uzyskać skuteczność na poziomie 90 dB przy obciążeniu 4 Ohmów. Ostatnią ważną informacją jest ich może nie jakaś wyczynowa, ale w miarę słuszna waga 23.5 kg sztuka.

Czy po postawieniu kolumn na docelowym miejscu zaczarował mnie jedynie ich design? Otóż nie, co patrząc na żądaną za nie cenę nie było takie oczywiste. Co mnie zatem zauroczyło? Niby banał, ale dla znakomitej większości melomanów bardzo ważna praca konstruktorów nad uzyskaniem świetnej muzykalności przekazu. A zabiegami mającymi spowodować taki odbiór było operowanie mocnym nasyceniem średnicy, solidną podstawą basową i dźwięczną, jednak raczej w estetyce złota, a nie zimnego srebra górą. Od pierwszych chwil czuć było, że co jak co, ale nudzić lub męczyć się przy nich nie sposób. I nie miało znaczenia, że feedbackiem podkręcania emocji w kwestii esencjonalności przekazu było lekkie oddanie pola na gruncie natychmiastowości ataku, gdyż na niskich pułapach cenowych, a co za tym idzie ograniczeniach nakładów finansowych bezpieczniej jest powalczyć o płynność, aniżeli w imię ponadprzeciętnej jakości narazić się na krzykliwość podania słuchanego materiału. Anglicy na szczęście postawili na muzykę przez duże „M” i chwała im za to. I piszę to z pełną świadomością, gdyż wolę docierać do sedna intencji artystów podczas odsłuchu serwującego mi odpoczynek, niż nachalność prezentacji powodującą odruch zmniejszania poziomu głośności.
Za sprawą wymienionych cech dźwięku bardzo fajnie wypadał ostatnio będący moim oczkiem w głowie jazz w postaci najnowszej płyty Joe Lovano „Paramount Quartet”. Mimo kilku szybszych kawałków to raczej nostalgiczna płyta, dlatego bardzo cieszył mnie fakt utrzymania przez kolumny dobrej czytelności prezentacji poszczególnych źródeł pozornych. Nasyconych, krągłych, ale także dobrze określonych w eterze, a przez to dość wiernie obrazujących rozstawienie muzyków na scenie przez realizatora. Może niewyciętych w pozytywnym rozumieniu słowa z tła żyletką i utrzymujących tempa bolidu Formuły 1, ale cały czas niezbędnym timingiem, aby nie zanudzić słuchacza zbyt powolną reakcją na jednak ważny dla pokazania wirtuozerii brzmienia naturalnych instrumentów impuls powołujący każdy byt do życia. Owszem, może nie było wyczynowo jak mam no co dzień ze swojego zestawu, ale na tyle czarująco dźwięcznie i esencjonalnie, że dla mnie w pełni mnie satysfakcjonująco.
Jeśli chodzi ostrzejszy gatunek spod znaku „Master Of Puppets” Metallici, tutaj sprawy wyglądały podobnie, czyli przyjemnie z dobrym ładunkiem emocji. Jednak istotną różnicą in plus zyskaną dzięki soczystości prezentacji był zastrzyk zawsze będącego w niedoborze tego w tego rodzaju muzie nasycenia. Ze zrozumiałych względów powodującego minimalne ukulturalnienie zawartego w tej twórczości pierwiastka przenikliwości i przez to zwolnienie tempa wydarzeń scenicznych, ale za to każda fraza czy to gardłowa, czy instrumentalna zyskiwała większą dawkę wagi i automatycznie uderzenia energią, co pozwalało bez bólu uszu w kwestii głośności słuchania tej kultowej produkcji dać do przysłowiowego pieca. Oj nie powiem, tak jak zamierzali rockmeni, działo się.

Czy tytułowe kolumny Ophidian Skye są rozsądną propozycją dla całej populacji osobników lubiących słuchać muzyki? Otóż bez problemów powiem, że może nie w 100 procentach, ale większość ma szansę znaleźć z nimi nić porozumienia. Naturalnie piewcy szybkości narastania sygnału ponad wszystko zapewne pokręcą nosem, ale już zrównoważeni, czyli unikający wyczynowej prezentacji melomani bez problemu będą w stanie się w nich zakochać. Jak wynika z powyższego opisu, to bardzo bezpieczne, bo stawiające na muzykalność granie, co w zderzeniu z naprawdę rozsądną żądaną za nie rozsądną ceną jest bardzo ciekawą ofertą. Przynajmniej ja tak to widzę, dlatego bez zmrużenia oka tytułowe Angielki z przyjemnością każdemu polecam.

Jacek Pazio

Opinia 2

O nieprzebranym bogactwie i istnej klęsce urodzaju audiofilskich dóbr wszelakich wspominaliśmy nie raz i nie dwa, a wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że o owym zjawisku również i dzisiaj będzie słów kilka. Okazuje się bowiem, iż choć nasz lokalny rynek wprost pęka w szwach, to co i rusz pojawiają się na nim nowe i dotychczas jeszcze nie mające swoich przysłowiowych pięciu minut marki. W dodatku marki zarówno egzotyczne, jak i takie, które chociażby z racji swego pochodzenia gdzieś tam powinny o nasze oczy i uszy się obić. Jak to jednak w życiu bywa doba ma tylko 24h i po prostu nie sposób wszystkie egzystujące pod wszelkimi szerokościami i długościami geograficznymi byty nawet nie tyle znać, co chociażby spamiętać. I właśnie do owego, zupełnie anonimowego dla nas grona możemy zaliczyć założoną w 2011 r. przez niejakiego Garetha Jamesa brytyjską markę Ophidian, którą to całkiem niedawno pod swe skrzydła wziął pabianicki 21Distribution. I właśnie z jej portfolio trafiły do nas na testy debiutujące w marcu br. niewielkie, dwudrożne podłogówki Skye na spotkanie z którymi serdecznie zapraszam.

Z racji niezwykle klasycznego układu przetworników i równie konwencjonalnych prostopadłościennych brył korpusów patrząc na nasze dzisiejsze gościnie nie sposób nie odnieść wrażenia, że już coś takiego widzieliśmy. I trudno się temu dziwić, gdyż dwudrożny układ D’Appolito jest równie popularny w salonach audiofilów i melomanów, co czeskie Škody na naszych drogach. A co do podobnych konstrukcji pozwolę sobie chociażby wymienić goszczące u nas rok temu podstawkowe Perlisteny A3m, bądź Vermöuth Audio Studio Monitor. Jak jednak zarówno na żywo, jak i mam nadzieję na powyższych zdjęciach widać za bądź co bądź budżetowymi Brytyjkami przemawia fakt dostępności w naturalnej okleinie orzechowej, bądź dębowej (w jakiej trafiły do naszej redakcji), oraz kilka autorskich rozwiązań, którymi Skye próbują wyróżnić się na tle konkurencji.
Zacznijmy jednak od początku, czyli od tego co widać na dzień dobry gołym okiem. I tak fronty drugich od dołu wyspiarskich podłogówek zdobi zestaw dwóch 7” anodowanych na czarno aluminiowych mid-wooferów pomiędzy którymi umieszczono 0.9″ kopułkę Seasa z Sonolexu. Mocowane magnetycznie maskownice co prawda znajdują się w fabrycznym wyposażeniu, lecz ani nie dodają kolumnom uroku a i brzmieniowo trudno je uznać za element bezstratny, więc jeśli nie ma musu ich zakładania to lepiej pozostawić je w świętym spokoju, znaczy się w kartonach, w których całość dociera do odbiorcy.
Zdecydowanie więcej dzieje się na plecach tytułowych kolumn, gdyż zamiast klasycznego ujścia układu bas-refleks, tuż nad poprawiającym stabilność uzbrojonym we wkręcane kolce cokołem, zamontowano intrygujący aluminiowy „grill” z parą solidnych zacisków głośnikowych, oraz chroniącą całkiem sporych rozmiarów ujście system Aeroflex „kratkę”. Czymże jest ów Aeroflex? Otóż w przeciwieństwie do klasycznych układów BR Aeroflex dysponuje większymi i dłuższymi otworami rezonansowymi, przez co znacząco obniżono w nim prędkość przepływu powietrza, zapewniając odpowiednią kontrolę nad przetwornikami średnio-niskotonowymi w całym zakresie ich skoku. Ponadto zamiast stosować proste rurki, Brytyjczycy zaprojektowali systemy portów wbudowanych w korpusy kolumn, co zwiększyło sztywność całego układu.
Pod względem elektrycznym mamy, jak już zdążyłem wspomnieć, do czynienia z konstrukcjami dwudrożnymi o skuteczności 90 dB oraz 4 Ω impedancji i choć producent rekomenduje do nich wzmocnienie dysponujące przynajmniej 50W, to śmiem twierdzić, że są spore szanse, że z porządnymi ok. 35W lampowcami Brytyjki powinny również pokazać na co je stać.

To jednak czystko akademickie dywagacje, gdyż nie chcąc już na starcie przygody z „rękodziełem” Garetha Jamesa iść pod prąd postanowiliśmy trzymać się konstruktorskich zaleceń i tym samym w trakcie odsłuchów bazowaliśmy na 200W, A-klasowym Gryphonie Apex. Przerost formy nad treścią? Bynajmniej. To raczej całkiem skuteczny sposób, by z nawet z tak niewielkich, szczególnie na tle redakcyjnych Gauderów, kolumn wycisnąć wszystko co najlepsze. I tu od razu mały spoiler, bowiem początkowo miałem zamiar napisać „samo gęste”, lecz ów zwrot mógłby nieco zbyt wiele zasugerować już na samym wstępie a tak do odsłuchów Skye zabieramy się bez jakichkolwiek oczekiwań i skojarzeń.

Jak więc grają tytułowe Ophidiany? W telegraficznym skrócie niezwykle gładko, mięsiście i jak na swoje niezbyt imponujące gabaryty z zaskakująco obszernym i energetycznym dołem pasma eksplorującym rejony zazwyczaj zarezerwowane dla zdecydowanie bardziej rosłych konkurentów. A tu, nawet przy „Head of NASA and the 2 Amish Boys” Infected Mushroom basu nie tylko nie było za mało, co imponował tak wolumenem, jak i potęgą uderzenia. Co prawda w kategoriach bezwzględnych mnożna byłoby wytknąć mu pewną pluszowość i pewien brak natychmiastowości, czy dbałości o pełną czytelność aż do samych wrót Hadesu, ale bądźmy szczerzy – dobierając do nich adekwatną kwotowo elektronikę i tak na żadną referencję nie powinniśmy liczyć. A tak przynajmniej nie sposób im zarzucić chociażby śladowej anoreksji, czy wręcz oszczędności w reprodukcji wszelakiej maści syntetycznych łupnięć, szarpnięć strun gitary basowej bądź kontrabasu, czy uderzeń podwójnej stopy. Warto jednak pomyśleć o wzmocnieniu w sposób co najmniej dobry kontrolującym poczynania pary basowców, gdyż w połączeniu z jakimś „misiowatym” piecem Ophidiany mogą wykazywać tendencję do permanentnego mruczenia, co może w przypadku mroczno-depresyjnego „Sunset Mission” Bohren & Der Club Of Gore jeszcze dałoby się jakoś obronić, co już przy punk-rockowej galopadzie „Gargoyle of the Garden State” Rachela Bolana (Skid Row) znacząco spowolni tempo i obniży czytelność prezentacji.
Równie przyjemnie i na swój sposób „miękko” brzmi średnica. Jest gęsta, organiczna i wyraźnie zaakcentowana, więc pierwszoplanowe wokale „podawane” są nieco bliżej, przez co staja się bardziej intymne. Oczywiście nie jest to granie na jedno kopyto, gdzie groźnie porykujący na „The Shit Ov God” Nergal nawet nie próbuje zbliżyć się do słodkiej eteryczności Anny Marii Jopek czarującej na „Minione”, jednak z łatwością można zauważyć, że Ophidianom ewidentnie zależy na tym, by odsłuch praktycznie dowolnego repertuaru sprawiał odbiorcy przyjemność i o ile jest to tylko możliwe sam z siebie nie ranił i tak już zszarpanych nerwów.
Jak łatwo się domyślić podobne strojenie objęło swym zasięgiem także sekcję wysokotonowa, która dopełnia powyższe, znaczy się poniższe, podzakresy i nie ma ambicji wyskakiwać przed szereg ponadnormatywną ekspresją, czy wręcz utwardzeniem. O nie, to pełne wyrafinowania i spokoju lekko ozłocone dopełnienie reszty pasma sprawiające, że brytyjski pomysł na dźwięk urzeka koherencją i gładkością prezentacji.

Komu zatem poleciłbym w pierwszej kolejności odsłuchy Ophidian Skye? Na pewno miłośnikom rocka, którym nader często doskwiera realizacyjna mizeria ulubionych krażków, gdyż tytułowe kolumny dodając co nieco ciepła i gładkości do surowych, garażowych riffów i suchych partii perkusji znacząco poprawia komfort odbioru. Nie sposób również nie wspomnieć o gronie melomanów szukających niewielkich podłogówek zdolnych oddać rozmach wielkiego aparatu wykonawczego, czyli mówiąc wprost grających dźwiękiem większym aniżeli wskazywałaby na to ich postura. A tytułowym kolumnom owa sztuka przychodzi z zaskakująca łatwością.

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: 21Distribution
Producent: Ophidian
Cena: 19 998 PLN (para)

Dane techniczne
Konstrukcja: podłogowa, 2-drożna; wentylowana – system Aeroflex
Pasmo przenoszenia (-3dB): 30 Hz – 25 kHz
Czułość (2.83V): 90 dB
Zalecana moc wzmacniacza: 50 W – 250 W
Impedancja: 4 Ω
Zastosowane przetworniki:
– wysokotonowy: 22 mm (0.9″) kopułka Seas z powlekanej tkaniny Sonolex
– średnio-niskotonowy: 2 x 180 mm (7″) aluminiowymi membranami
Wymiary (W x S x G): 1030 x 280 x 350 mm (z maskownicą i cokołem)
Waga: 23.5 kg / szt.

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi (en): Dyrholm Audio Nexus XLR, Speaker, Power

Opinion 1

As you have surely noticed, for reasons that are difficult to explain, the subject of audio cabling arouses the same extreme emotions, and thus heated discussions, as, referring to the football analogy, the legendary „hand of God”, or, as the „malicious” claim, the hand of Diego Maradona himself, on June 22, 1986 at the Estadio Azteca, when he miraculously scored a goal in the quarter-final match against the English, beating Peter Shilton. However, while in the case of a football played on countless repetitions, it can be seen that „Divine Diego” indisputably helped himself with his left, and moreover upper, limb by paraphrasing the thesis promoted by a certain political faction that „he simply deserved this goal”. Meanwhile, cable-sceptics, impregnated against their own impressions of empirical nature, tend to claim, that when the devices are connected together and do work, then you do need to “f$%^&&^” drill deeper, naively thinking that working means having no difference, not even mentioning a possibility of improvement. And what may surprise a significant part of our readers in a sense is that they are cable-sceptics, I understand, because using their line of reasoning, appropriately narrowing the cognitive perspective and at the same time referring to the above-mentioned World Cup metaphor watching the match in question on the „octopus”, i.e. the 1.2″ screen of the Seiko DXA001 wrist tv, I allow the option that I would also go into denial that the hands, whether of the Most High, or Diego himself was not there. There was a goal and that ends the topic. However, as we know, both time and the world subject to its laws do not stand still, technologies are moving forward and what forty years ago was a classic of SF is now commonplace. 4K screens, smartphones more powerful in terms of computing power than many desktop units, ubiquitous AI and audio streaming, high-resolution files and the proverbial splitting of hairs in the High-End proving that even more information can be squeezed out of virtually any medium and literally everything is important in their transmission. Therefore, continuing our exploration of the Danish pantry with audiophile specialties after the digital duo, we decided to take the patiently waiting for their time, the „analogue” trio of top Nexus line from Dyrholm Audio, which included XLR connectors, speaker and power cables.

Similar to their digital siblings, the eponymous cables are dressed in elegant greenish-brown-black knitted sleeves and armed with high-quality Furutech NCF confectionery (power and speaker cables), and no less sophisticated ETI Coda (XLRs). Just before the plugs, black anodized, diameter-reducing barrels are used, on which the relevant information about the manufacturer, model, serial number and directionality (for the speaker cables) is written. And speaking of them, in their case each pass is a separate entity, so a single stereo set includes four individual pieces. Returning to the organoleptic sensations and ergonomics, the use of heat-shrinkable sleeves between the above-mentioned barrels and plugs makes it worth setting aside a little more space behind the system, so that the Dyrholms can freely bend in a „wide” arc, as they are practically non-bendable from the aforementioned reducers.
Delving a little deeper into their anatomy, each of the 3 conductors in the interconnects is made of 3 solid core monocrystalline 6N+ silver in double braided insulation made of unbleached cotton, while tinned copper foil is used as a screen. In turn, in the loudspeaker cables, John Dyrholm decided to use 42 wires (three 14-wire conductors per wire) made of monocrystalline UPOCC copper with a cross-section exceeding 18mm² (5AWG). According to tradition, unbleached cotton appears as insulation, and tinned copper foil as shielding. A similar raw material background, i.e. monocrystalline UPOCC copper, was used in the construction of the power cable, with the only difference being that it uses three bundles of 15 conductors each, with the grounding conductor made of silver-plated OCC copper. It is worth emphasizing at this point that all wires have a cross-section of 6.8mm² (AWG 9).

Fortunately, according to logic and our assumptions in terms of the sonic qualities offered, the eponymous exotic trio turned out to be identical to its digital predecessors, focusing on directness and speed of presentation with clearly marked edges of the sound spectrum and an extremely communicative midrange. However, I will warn you right away that it was not a reproduction of the „V” or „W” layout on a conventional graphic corrector, but rather a clearly defined expressiveness and emotionality of the sound, where any understatements, distances, or reassuring rounding are out of place and frowned upon. The Nexus make it clear from the very beginning that they operate in the „champions league” and they have such expectations regarding the components connected to them, so do not expect a reduced tariff from them, or mercifully helping out devices suffering from any deficiencies. In short, if something in a given system did not work, it still will not work with Dyrholm, sometimes the flaws might even be heard better. Okay, there are exceptions to the above rule, because if so far, e.g. due to a not fully thought-out/conscious choice of wiring, a given configuration sounded too sluggish, not very legible and as if someone had calmed it again and again, then the appearance of Danish wires in the sound path will be an evident progress and a step towards the expected vitality. At this point, I allow myself to treat the eponymous Nexus „globally” and collectively, because each of them separately, as well as existing together with its siblings, showed exactly the same, identical features for the top Dyrholm series, and most importantly, the increase in their share in the total wiring of the system did not mean an intensification of their native features each time, but only the elimination of competing signatures. So it was an effect that was as noticeable as it was logical, and as much as we care about dynamics, resolution and truth, it is also very desirable and, interestingly, surprisingly coinciding with the effects brought by the full wiring of my system with the Polish WK Audio TheRed. The dark, rough and almost stone-like „Celestial Blues” by King Woman sounded extremely legible, which was a very refreshing experience for the gloomy-doom atmosphere and the pace of the narrative. In the usually stuffy and at times even claustrophobically overwhelming compositions, the Dyrholm not only perfectly exposed Kristina Esfandiari’s vocals, which meant that in the majestic guitar parts and the jumping between monotonous beat of tempo and almost prog-rock intricacy of the drums, the emphasis was placed on legibility and communicativeness, and not just oneiric and impressionistic qualities, based on sound spots rather than definable detail. A nice bonus turned out to be the ability of the Danish cables to remove the truly garage-like roughness and dirt without simultaneously depreciating this type of recordings as unworthy of audiophile systems. To put it bluntly, you can hear perfectly well on the Nexus that such „dirty aesthetics” is not an accidental ailment of a production nature, but a fully conscious means of artistic expression.
However, if someone wants it to be both technically good and „nice” in terms of aesthetics, there is not the slightest problem either. Why do we have such gems as „Memory” by Paloma Dinella Chesky or „I Forgive You” by Cynthia Erivo, which can be confidently referred to as strictly audiophile nirvana. The materialization and tangibility of the extremely realistically presented singers is not subject to the slightest discussion, the rendering of even the smallest nuances of their articulation is so obvious, as if they were sitting on the other side of our coffee table and the power of their emission is not only heard by us, but also by the skin of our faces. And although taking into account the upper registers, it is impossible to talk about any signs of rounding or withdrawal, or rather a very skillful “romance” with the foreground of discreet hardening, the sibilants are far from artificial exposure and do not tire even during many hours of sessions. With a similar attention, the Nexus approach the issue of order on the stage, and the defining and placing individual virtual sources on it, but they do it not only with a truly apothecary precision, but also by preserving mutual interactions between individual musicians or entire sections. It is not an art to scatter separate entities on the stage and hope that the listener will somehow glue them together in a meaningful whole in their head, but true skill begins when the obvious separateness of such an entity has to go hand in hand with, perhaps not even the background, but the environment created by other participants and the mutual permeation of their reverberant auras or dialogues between them. And with the Dyrholm, we get just such a combination of fire and water, and both of the above elements coexist with each other in full harmony.

I silently hope that from the above arguments it is clear that Dyrholm Audio Nexus XLR, Speaker and Power are a proposition for people fully aware of their own expectations, as well as the capabilities of their own systems. They do not waste time fixing, masking configuration errors, they are not in the habit of hiding implementation mistakes, but when they find fertile ground, they allow a good system to present itself from the most attractive side in the blink of an eye and unleash the full potential of it. At the same time, they offer impressive dynamics, intimidating resolution and at the same time do not shy away from musicality. However, musicality based on realism, and not distortions and belay embellishments played for the audience.

Marcin Olszewski

System used in this test
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x Quantum Science Audio (QSA) Blue Fuse
– Network player: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Turntable: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + Omicron Decoupler Clamp
– Phonostage: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Integrated amplifier: Vitus Audio RI-101 MkII + Quantum Science Audio (QSA) Violet fuse
– Loudspeakers: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB cables: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Speaker cables: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Power cables: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Power distribution board: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall power socket: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Ethernet cables: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Anti-vibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Table: Solid Tech Radius Duo 3
– Acoustic panels: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinion 2

I must admit that when the talks about the eponymous Danish cabling took place for the first time, I knew that by slightly generalizing the topic, every Scandinavian country has a lot to say about advanced audio, but I did not think that such a small company would be able to surprise me so positively. Naturally, I mean my recent decision to purchase a set of USB and Lan digital cabling, both from the segment of file-based music, which is not the center of my interest. Before that happened, I managed to get acquainted with the full range of products offered. But no matter what, based on my rather high sonic expectations from the audio accessories I purchase, they deserve applause for convincing me to buy something from their portfolio. Which company are we talking about? This is what the title already gave away – Dyrholm Audio, located in Denmark, small in terms of production momentum, but great in its spirit of providing our audio systems with the best possible quality of cabling. What will be the subject of the following review? Well, due to the fact that recently the brand’s principals, wanting to reduce the prices of their products to the target customer, decided to sell their cables directly, without intermediaries, so this time they supplied us with a set of top-of-the-line analogue cabling, the Dyrholm Audio Nexus XLR, Power and Speaker, completely by themselves. So how did this sparring end in the context of digital cabling? Naturally, you will find the answer in the following paragraphs.

Writing a handful of information about the construction of XLR interconnects, it should be mentioned that the conductor is made of monocrystalline 6N+ silver wire. The internal geometry is based on double braiding of each of them and using undyed cotton to ensure that the conductors and screens are as far apart as possible. In the final stage of production, the conductors are sealed to protect them from possible oxidation. When it comes to shielding, the manufacturer uses tinned copper connected with the ground wire at the end of the output signal, thus ensuring complete elimination of noise in the signal. Taking care of the best possible sonic result, the brand has left the issue of terminating the described interconnects to the top ETI Coda plugs.
Moving on to the construction of the power cord, this time we are dealing with UPOCC monocrystalline copper wire as the conductor. The number of wires is also different, as here, according to the specifications on the manufacturer’s website, there are as many as 45 of them, similarly to the interconnect, separately braided with cotton. The grounding is carried out with the help of silver-plated OFC copper, and the whole thing is 100 percent sealed against oxidation, typical for the brand. Finally, the cable is fully shielded and terminated with Furutech NCF Ag series plugs.
The speaker cable, similar to a power cable, uses a UPOCC monocrystalline copper conductor. In this case, we have a package of 3 wires made of 42 separate conductors wrapped in cotton. Of course, the whole thing has also been protected against oxidation. The cable is shielded, and in addition, with the help of the included additional wires, it can be connected to the ground, thus minimizing signal noise and improving its cleanliness. Following in the footsteps of its predecessors, the speaker cable in the also uses plugs from Furutech’s NCF catalog.

How did my system behave after applying the above set of wiring? Well, very similar to digital, but with the difference that the change was audible to a slightly lesser extent. And this only because, as I mentioned, the file player, being a bit neglected by me, because it is not the main signal provider, did not have such perfectly selected wiring as the rest of the system. But I would like to point out that the differences in the size of the impact between the digital and analogue set on my puzzle were really small. So how exactly was the music during the test? Firstly, it offered great controlled energy coming from the depths of the lower range. Secondly, I got an essential midrange, but at the same time full of information and cool vibration. And thirdly, thanks to the procedures related to signal cleaning, mentioned in the descriptions of the construction of the cables, the vibrant treble played an important role in the presentation, giving the music momentum and breathing. By putting the above list together, the Dyrholm offered me with great drive of music, natural rendering of the midrange so important for the human ear and a vigorous treble; in a word, a multicolored life necessary to achieve joy while listening to music. And most importantly, a life that provides freedom of projection of the full spectrum of your record collection, from jazz experiments to the musical rebellion of aggressive metal.
The role of the first verifier of the system’s capabilities was played by the formation Motorhead with the album „Overkill”. As you know, it is a ruthless attack of crazy changes of rhythm, energy of successive phrases and musical brawl. And in order for such a set to show what the musicians really meant, the setup must not be limited not only in forming compact packages of well-controlled pulses with the lower range, but also in giving the whole presentation the right freedom in filling the room. Without the aforementioned components, i.e. at the moment of squeezing the sound to only form a beat rich in the amount of energy, but with the impediment of showing its components and without a general breath of visualizing a given material, we will get an unspecified variation on this type of creativity. Meanwhile, it is supposed to be a kind of virtuosity, because the artists want to whip us with their vision of the world of music in many areas. Sometimes with a strong impulse, massaging the bowels, and other times planned with loud vocals and guitar shows. And in this spirit, the world showed me a test-configured system. Alive, because once it hits the wall of sound, rich in the components of each of the sub-ranges. The effect was so phenomenal that there was no time for boredom, but a fully emotional entry into a very lively game.
When it comes to jazzmen’s performances, in order to check the effect of changes in the daily configuration, I reached for Joe Lovano’s latest album „Paramount Quartet”. This time it is the musical opposite of the gentlemen from crazy metal. It is a typical playing with the emotions of a romantic who goes deep into the material. And if so, it is known that in order to convey its spirit, it is very important to provide literally and figuratively each individual phrase with full-scale freedom in resonance, while providing it with the right amount of energy and vibration. Otherwise, we will kill the great joy that lies dormant in this music, contrary to appearances. I know something about it, because it is the apple of my eye, being an audiophile-music lover. An eye that was fully satisfied during the session with cables from Denmark in the sound path, because when the music required it, I was provided with appropriate lightness, sonority, and in other moments, when I was about to get hit with energy, it appeared as a feast of coherent individual vibrations. There were no averages, which showed that the tested cabling can create both an energetic and ethereal sound. So interesting that if I had not worked out this type of cabling beforehand, I would probably have contacted Dyrholm’s principals about leaving this set with me permanently. It was really the way I like it, which is lively and multicolored playing.

To whom would I dedicate the tested cable set from Denmark? I do not really see any contraindications for anyone. I realize that each system has a slightly different sonic result of the configuration applied in it. However, what the cables that are the hero of the test do is so universal and non-invasive in the sense of forcing one’s point of view on music at all costs that every searching individual who dabbles in our hobby should try them. For some, things will spark – so it will be great for others it just will not pop, but this result is also good, because you will be richer with a cool experience. However, the most important thing is that the experience is full of cool musical emotions, which is the most important goal of our audiophile game.

Jacek Pazio

System used in this test:
– CD Player/DAC: Gryphon Ethos
– Streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– Preamplifier: Gryphon Audio Commander
– Power amplifier: Gryphon Audio APEX Stereo
– Loudspeakers: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– Speaker cables: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– Digital IC: Furutech Project V1 D XLR
– Ethernet cable: NxLT LAN FLAME; Dyrholm Audio Nexus
– USB cable: ZenSati Silenzio; Dyrholm Audio Nexus
– Power cables: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Table: BASE AUDIO 2
Accessories: Quantum Science Audio Red fuse; QSA Silver fuse; Synergistic Research Orange fuse; antivibration platform by SOLID TECH; Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– Power distribution board: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– Acoustic treatments by Artnovion
Analog stage:
– Drive: SME 60
– Cartridge: My Sonic Lab Signature Diamond
– Phonostage: RCM Audio The Big Phono
– Clamp: Omicron Luxury Clamp
– Eccentricity Detection Stabilizer: DS Audio ES-001
– Tape recorder: Studer A80

Manufacturer: Dyrholm Audio
Prices
Dyrholm Audio Nexus XLR: 5 795€ / 1m; 6.715 / 1,5m; 7 635€ / 2m
Dyrholm Audio Nexus Speaker: 11 855€ / 2m; 13 505€ / 2,5m; 15 150€ / 3m
Dyrholm Audio Nexus Power: 5 270€ / 1,2m; 5 530€ / 1,5m; 5 790€ / 1,8m; 6 320€ / 2,4m

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Luna Cables Gris Digital

Opinia 1

W czasach, gdy otaczający nas świat włącza piąty bieg w bezrefleksyjnym pędzie donikąd a powszechną globalizację potwierdzają sukcesywnie wchłaniane w struktury mega-korporacji mniej bądź bardziej niezależne byty dotychczasowa, wydawać by się mogło oczywista, „odrębność wizerunkowa” krok po kroku ustępuje miejsca asekuracyjnej unifikacji. Jak się jednak okazuje oprócz głównego, masowego nurtu istnieją jeszcze egzystujące po swojemu i na własnych warunkach mikro-manufaktury, które raz za razem udowadniają, iż pomimo dysponowania nieporównywalnie skromniejszym zapleczem technologicznym, o środkach na R&D nawet nie wspominając, również potrafią zaoferować produkty śmiało mogące stawać w szranki w ofertą „Big Tech-ów”. Mają bowiem owe byty coś, czego w korpo zazwyczaj brakuje – czas i cierpliwość, by krok po kroku, zazwyczaj metodą niezliczonych prób i błędów robić swoje i finalnie osiągać założony cel. I do tego, operującego na odległej od „komercyjnego” mainstreamu orbicie grona z pewnością można zaliczyć kanadyjską manufakturę Luna Cables, z której portfolio, dzięki uprzejmości wrocławskiego Audio Atelier, na przestrzeni ostatnich lat mieliśmy okazję gościć łączówkę Rouge USB oraz zestaw w skład którego wszedł interkonekt RCA i przewody głośnikowe z serii Gris. Skoro zatem lwią część analogowego skrzydła otwierających kanadyjski katalog „szaraków” mamy niejako zaliczony najwyższa pora na drugą, cyfrową stronę medalu, czyli spotkanie z cyfrowymi interkonektami Luna Cables Gris Coax, USB i Ethernet, na których test serdecznie zapraszamy.

Jak widać na powyższych zdjęciach i co wstępnie pokazaliśmy w ramach sesji unboxingowej o Lunach Gris można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że swą aparycją starają się złapać postronnego obserwatora za oko i skupić na sobie jego uwagę. Są cienkie, wiotkie i odziane zgodne z nomenklaturą szare bawełniane koszulki. Nie jest to jednak szarość połyskliwa, romansująca ze srebrną szlachetnością, lecz matowa, „włochata”, niczym z „Psalmu stojących w kolejce” Krystyny Prońko. W dodatku zamiast jakiś fikuśnych pudełek przewody docierają do odbiorcy końcowego w zasuwanych płóciennych torebkach. Czyli jest ekologicznie, co cieszy, lecz zupełnie nie po audiofilsku, co dość drastycznie redukuje liczbę punktów zaczepienia do budowania tzw. audiofilskiej narracji. Dobrze chociaż, że w USB wtyki są złocone a w LAN-ie sięgnięto po porządne Telegärtnery. Mam tylko nadzieję, że zorientowaliście się Państwo, iż powyższe utyskiwania to tylko niewinne żarty z mojej strony, gdyż zazwyczaj niezwykle aktywne i zajadle atakujące jakikolwiek przejaw „kablarskiej aktywności” lobby „niesłyszących” właśnie z wszelkich ozdobników, ponadnormatywnych przekrojów i „biżuteryjnej” konfekcji „drze łacha” uważając, iż jedynie tym różnią się audiofilskie przewody od tych „nieaudiofilskich”, fabrycznych i ponoć, przynajmniej z ich punktu widzenia, wystarczających. Tak więc patrząc z takiej antykablarskiej perspektywy w czysto aparycyjnym ujęciu w serii Gris znamion audiofilskości stwierdzić nie sposób. A już odkładając żarty na bok warto skomplementować Luny za świetną, będąca pochodną ich wiotkości, ergonomię, gdyż wpięcie Lun nie sprawia najmniejszych problemów nawet w dość ciasnych szaflach.
Pod względem budowy w obrębie nie tylko samej linii Gris, co generalnie praktycznie całego portfolio Kanadyjczycy wykazują godną pochwały konsekwencję. Startując z tytułowym projektem postawili na dość nietypowe jak na dzisiejsze realia niestandardowe przewodniki Luna Cables Neo-Vintage (LCNV) – żyły z cynowanej miedzi zaplatane na oldschoolowych (sprzed „ery plastiku”) zaplatarkach, by następnie na tak delikatnie splecione przewodniki nanizać dielektryk w postaci warstwy woskowanej bawełny. Czemu akurat wybór padł na bawełnę? Cóż, podczas prowadzonych przez Kanadyjczyków testów wyszło, że współcześnie, powszechnie stosowane dielektryki, czyli teflon, PVC, polietylen i sztywne polimery mają tendencję do wibracji wraz z izolowanymi przez siebie przewodami, co powoduje zniekształcenie brzmienia i ostatecznie degraduje jakość transmitowanego sygnału audio. Z kolei bawełna nie tylko zapewnia brak ww. zakłóceń, co nie wykazuje „rezonansu współbrzmieniowego” a więc jest zauważalnie „cichsza” i bardziej naturalna brzmieniowo. Każdy przewód powstaje nie maszynowo a w ramach nazwijmy to umownie „rękodzieła” projektanta i sprawcy całego zamieszania – Danny’ego Labrecque’a a równie vintage’owe co sam proces produkcyjny zewnętrzne otuliny barwione są w „normalnym” garze na domowej kuchence. Złośliwcy mogliby w tym momencie sięgnąć po argument ewidentnej „garażowości”, co z jednej strony wcale nie mijałoby się z prawdą, lecz z drugiej zupełnie niepotrzebnie deprecjonowałoby i „spłaszczało” kryjącą się za produktami Luna Cables dbałość o zrównoważony rozwój środowiska a także oczywistą, właśnie iście rękodzielniczą „butikowość”, gdzie nie liczy się ilość a jakość wytworu własnych rąk a patrząc na lokalizację siedziby Luny również … święty spokój. Świadczy chociażby o tym fakt, iż od naszego ostatniego spotkania z kanadyjską metalurgią, czyli ww. interkonektem RCA i przewodami głośnikowymi z tej samej co tytułowe serii Gris w 2020 r. wtenczas podawany adres pięknie odrestaurowanej XIX-wiecznej … stodoły zlokalizowanej na 74 akrowej farmie nad malowniczym jeziorem Memphrémagog, w agroturystycznym regionie Quebecu słynącym z produkcji serów i … win zastąpił nowy – salonu audio mono/ stéréo w Montrealu (5856 Sherbrooke St W). Niby obie lokalizacje dzieli tylko 133km (1,5h jazdy samochodem), jednak to wystarczy, aby zminimalizować liczbę zaburzających niespieszny proces produkcyjny „gości”.
A wracając do anatomii i tego, co kryją w sobie zgrzebne mysie sweterki naszych gości wypada nadmienić, iż łączówka SPDIF składa się z dwóch żył z LCNV o przekroju 24 AWG (ø 0,5106 mm), przewód USB może pochwalić się 4 przewodnikami LCNV o przekroju 26 AWG (ø 0,4049 mm) w dodatkowym oplocie z cynowanej miedzi a Ethernet z czterech skręconych ze sobą i indywidualnie ekranowanych aluminium par przewodników LCNV o przekroju 26 AWG (ø 0,4049 mm).

Przechodząc do części poświęconej wpływowi tytułowych łączówek na finalne brzmienie mojego systemu mogę, nieco przewrotnie, acz zarazem zgodnie z opisem aspektów natury aparacyjnej autorytatywnie stwierdzić, iż kanadyjski cyfrowy tercet może i „gra” (mam nadzieję, że nie muszę po raz kolejny wyjaśniać powyższego skrótu myślowego), ale jego gra nie ma absolutnie nic a nic wspólnego z umowną cyfrowością domeny w jakiej przyszło mu egzystować. Serio, serio. To jest na wskroś analogowe – organicznie gęste, mocno akcentujące średnicę i zarazem niezwykle lekkostrawne i uzależniające brzmienie w stylu, za którego mistrza można byłoby uznać przewód David Laboga Custom Audio Ruby Ethernet. O ile jednak operująca na boleśnie wyższych pułapach rodzima łączówka była w stanie, dzięki swej natywnej rozdzielczości, zapewnić iście perfekcyjną holografię i precyzję gradacji planów o tyle Kanadyjczycy, przynajmniej w swej budżetowej propozycji, aż takich ambicji nie mieli, więc mniej więcej tuż za trzecim rzędem muzyków można zaobserwować delikatne, impresjonistyczne rozmycie. Od razu jednak nadmienię, iż sam dalszoplanowy „bokeh” nie tylko nie razi, co biorąc pod uwagę segment odbiorców/systemów, do których Luna kieruje tytułowa serię wydaje się całkiem logiczny. Po co bowiem tracić czas, prąd i pieniądze na coś, czego posiadacze budżetowych i co najwyżej średniopółkowych urządzeń i tak na nich nie usłyszą. A tak skupiając całą uwagę na operujących w „głębi ostrości” uczestnikach spektaklu dostajemy wszystko co najlepsze w niezwykle atrakcyjnym, naturalnym, „analogowym” wydaniu. Nie ma tu nachalności, sztucznego podkręcania tempa i prób podbicia, bądź utwardzenia góry w celu uzyskania pozornej rozdzielczości. Zamiast tego mamy urzekającą, pozostając przy fotograficznej metaforyce, plastykę „kadru”. Proszę tylko sięgnąć po jakże daleką od referencji składankę „Osobista kolekcja 2” Krystyny Prońko gdzie mamy na tyle wyraźny rozstrzał czasowo – realizacyjny, że zazwyczaj zdarza się nie raz i nie dwa unieść brew ze zdziwienia nad karkołomnym przeskokiem estetycznym, bądź ułomnością konkretnego miksu. A z kanadyjskimi przewodami głos wokalistki za każdym razem brzmiał nie tylko mocno, co spójnie, z dyskretnie wygładzonymi sybilantami i wyeliminowanym „telefonicznym” nalotem w starszych nagraniach. Było mniej surowo i może nieco wbrew „wierności czasów”, za to na pewno spójniej i … przyjemniej. Z kolei „Numero Uno” Dżemu i Tadeusza Nalepy czarowało głębią, refleksyjnością i pulsującym rytmem, lecz co ciekawe już bez wcześniej odnotowanego wygładzenia, dzięki czemu rzewnym bluesom nie brakowało autentyczności i natywnej szorstkości.
Przesiadka na mroczny i leniwie sączący się niczym barowa opowieść nieznajomego o 3 nad ranem w jakimś znanym jedynie stałym bywalcom wyszynku „Sunset Mission” Bohren & der Club of Gore pokazuje z jakim pietyzmem, świadomością i atencją Luny operują barwą i definicją źródeł pozornych. Saksofon Christopha Clösera gra tu pierwsze skrzypce i choć nie zawsze się odzywa każde jego wejście jest iście metafizycznym doznaniem. Jego brzmienie jest głębokie, potężne a zarazem niezwykle zespolone z monotonnym, onirycznym syntezatorowym tłem, jakby Luny zamiast go z niego wycinać potrafiły pokazać jego, znaczy się saksofonu, unoszenie się na falach dark, czy wręcz doom-jazzowej melancholii.

Mówiąc wprost i kończąc tym samym dzisiejsze spotkanie nie wypada mi nic innego jak tylko uznać otwierające kanadyjskie portfolio przewody Luna Cables Gris Coax, USB i Ethernet za wprost idealną propozycję dla wszystkich miłośników lamp i analogu, którzy do tej pory jeszcze nie mieli śmiałości zakosztować cyfry czy to w postaci streamingu, czy też grania z lokalnych plików uważając, że to nie ich bajka. Dlatego cytując klasyka mówię „nie lękajcie się” – z dowolną cyfrową łączówką Luna Cables Gris nadal pozostaniecie w ulubionej przez siebie estetyce.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Vitus Audio SCD-025 Mk.II + 2 x bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Blue
– Odtwarzacz plików: Lumïn U2 Mini + Farad Super3 + Farad DC Level 2 copper cable; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Gramofon: Denon DP-3000NE + Denon DL-103R + docisk Omicron Decoupler Clamp
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII + bezpiecznik Quantum Science Audio (QSA) Violet
– Kolumny: AudioSolutions Figaro L2 + Solid Tech Feet of Balance + zwory ZenSati Angel
– IC RCA: Furutech FA-13S; phono NEO d+ RCA Class B Stereo + Ground (1m)
– IC XLR: VLAD Audio Epitome XLR; Furutech DAS-4.1; WK Audio TheRed XLR
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Vermöuth Audio Reference USB; ZenSati Zorro
– Kable głośnikowe: WK Audio TheRed Speakers mkII + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Esprit Audio Alpha; Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Furutech Evolution II Power; 3 x WK Audio TheRed Power
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: QSA Red + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Farad Super6 + Farad DC Level 2 copper cable
– Przewody Ethernet: In-akustik CAT6 Premium II; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame; TIGLON TPL-3000L-WT (White Tiger)
– Akcesoria: Omicron X1 Top Harmonix Stabilizer
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT

Opinia 2

Gdy spojrzymy na będący tematem spotkania kanadyjski brand Luna Cables, gołym okiem widać, iż na tle światowego szaleństwa mamienia potencjalnego klienta czarującym designem swoich wyrobów – co będąc szczerym nierzadko jest ich jedynym atutem – oni w tym temacie zachowują wielką wstrzemięźliwość. Powód oczywiście jest banalny, bowiem wygląd to dodatek pozbawiony jakichkolwiek szans na wpływ na efekt soniczny danej konstrukcji kablowej. A jeśli tak, jaki jest sens trwonienia pieniędzy na takie fanaberie, co finalnie jedynie podnosi koszty produkcji. Oczywiście to nie oznacza, że marka nie dba o solidność wykonania swoich wyrobów i dobór odpowiednich półproduktów mających konkretne zadania, ale ewidentnie stroni o zbędnego blichtru. Z tego też powodu może sobie pozwolić sobie na zaproponowanie w swoim portfolio ciekawych brzmieniowo, ale przy tym stosunkowo niedrogich, bez problemu osiągalnych przez zwykłego Kowalskiego kabli. Jakich? Choćby będących dzisiejszym punktem naszego zainteresowania obsługujących sygnał cyfrowy. A będą nimi dostarczone przez wrocławskiego dystrybutora Audio Atelier trzy rodzaje łączówek Luna Cables Gris LAN, USB oraz SPDiF.

Próbując przybliżyć temat budowy naszych bohaterów na samym początku warto wspomnieć, iż w kwestii przewodnika wszystkie bazują na cynowanej miedzi LCNV. Różnią się między sobą jedynie ilością oraz grubością zastosowanych drucików i przez to finalną średnicą przebiegu sygnału, a także zastosowaniem lub nie ekranowania na bazie siatki z także cynowanej miedzi. Poza tym wszystkie są wykonywane ręcznie, ubierane i izolowane od siebie za pomocą ręcznie barwionej bawełny. Naturalnie w zależności od pełnionego zadania każdy jest terminowany stosownymi wtykami. Finalnie kable pakowane są w gustowne, jednak pozbawione zbędnego blichtru, opatrzone certyfikatem oryginalności bawełniane woreczki.

Rozpoczynając opis brzmienia tytułowych kabli zaznaczę, że z uwagi na bardzo zbliżoną estetykę soniczną przywołane poniżej wnioski będą odnosić się do pełnego spektrum dzisiejszych cyfrowych sygnałówek. Jakie to wnioski? Otóż od pierwszej nuty bardzo czytelnie definiowalne, a w telegraficznym skrócie wskazujące, iż oferta tej linii produktowej kanadyjskiej manufaktury ma jeden cel, jakim jest upłynnianie i uplastycznianie przekazu. Jest przeznaczona raczej do źródeł obecnie bardzo mocno stawiających na transparentność i analityczność – choć nie w rozumieniu zerojedynkowym, bo mogą sprawdzić się także z sygnałami w tej materii zrównoważonymi, które w imię chęci pokazywania pełnej gamy zawartych w danym materiale informacji po pewnym czasie zaczynają słuchacza po prostu męczyć. Niestety takie postawienie sprawy przez konstruktorów elektroniki jest obecnie dosyć modne, bo łatwo łapiące nabywcę za ucho, niestety na dłuższą metę z marnym skutkiem dla tego ostatniego. Na szczęście parający się naszym hobby adepci wiedzą, jak za pomocą stosownej konfiguracji sobie z takim stanem rzeczy poradzić, a producenci z kraju klonowego liścia spieszą z pomocą. A co najciekawsze ze zdroworozsądkową rozwagą, gdyż co prawda po wpięciu w tor ich produkty nadają muzyce sznytu większego nasycenia i uspokojenia wcześniej odczuwalnej ostrości podania, ale robią to z umiarem. Jest płynniej, mniej nachalnie, jednak nadal z niezbędnym dla danego rodzaju twórczości drive-m. Naturalnie po zmianie priorytetów ze zrozumiałych względów z minimalnym zmniejszeniem agresywności ataku, jednakże ogólna prezentacja zyskuje w kwestii esencjonalności i barwy, co automatycznie przekłada się na fajną namacalność słuchanej płyty. I to płyty tak jazzowej, jak i rockowej. Chodzi o to, że tak w kontemplacyjnym jazzie, jak i agresywnym, niestety zazwyczaj marnie wydanym masteringowo rocku dostajemy podkreślenie muzykalności, a przez to wielobarwności i przyjemnej dla ucha płynności przekazu. W obu przypadkach oddając nieco w kwestii timingu i agresji prezentacji zyskujemy bardzo dużo w domenie zwiększania przyjemności odbioru. To jasne, że pewnym kosztem, ale zawsze jest coś za coś i w tym przypadku moim zdaniem całkowicie akceptowalne, żeby nie powiedzieć pożądane. Przynajmniej ja tak to odbieram i jeśli podstępem kupując źródło plikowe dał się skusić na krótkotrwałe „łał”, z pewnością szukałbym pomocy w ofercie podobnej do dzisiaj opisywanej.

Doszedłszy do akapitu wieńczącego dzisiejszy test, jestem winien Wam określenie potencjalnej grupy docelowej dla pochodzącego z Kanady okablowania. Ta zaś moim zdaniem bez potrzeby powielania zawartych w tekście informacji jest bardzo dobrze wyartykułowana. W moim odczuciu to oferta dla wszystkich odczuwających braki w muzykalności swoich systemów. I nie ma znaczenia, że pisałem raczej o jasnych źródłach, gdyż dobrze dobrany kabel pomiędzy transportem cyfrowym i przetwornikiem może uformować finalne brzmienie nawet w momencie niedostatków w dalszej części toru. Znaczenie ma za to fakt, że jeśli nasza zbieranina cierpi na kolokwialnie mówiąc przyduchę i nadwagę, Luna Cables Gris mogą nie wpisać się jej potrzeby. Zatem jeśli w temacie płynności słuchanej muzyki coś Wam doskwiera, temat podjęcia próby testu kabli z Kanady jest wart przysłowiowej świeczki.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Dystrybucja: Audio Atelier
Producent: Luna Cables
Ceny
Luna Cables Gris Coax: 890 PLN/1 m
Luna Cables Gris USB: 1 590 PLN/1 m
Luna Cables Gris Ethernet: 1 890 PLN/1 m

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł w przygotowaniu / work in progress

Żarty się skończyły, czyli wchodzimy na poziom najpoważniejszych graczy – in-akustik Reference LS-8005 AIR Pure Silver

Cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: DearWolf Longhorn

Opinia 1

Wierzcie lub nie, lecz od pierwszego naszego spotkania z konstrukcją Roe Dear spod znaku rodzimej marki DearWolf zdążyło minąć już prawie 7 lat. Tak tak, chcemy, czy nie, cholerny czas nieubłaganie mija. Jednak nie mając na to żadnego wpływu ważne jest, że aby utrzymać się na trudnym rynku audio, bez oglądania się za siebie trzeba konsekwentnie działać. Naturalnie dobrze jest, gdy każdy kolejny projekt jest lepszy i bardziej zaawansowany techniczne, gdyż pokazuje to umiejętność wdrażania w życie zdobytych przez lata doświadczeń. Na szczęście tytułowy rodzimy podmiot dobrze znając maksymę – „kto stoi w miejscu, ten się cofa” – poszedł swoją drogą rozwoju i mimo, że po sporej przerwie w rozbudowywaniu oferty, ale ważne, że z sukcesem kilka lat temu powołał do życia na chwilę obecną flagową konstrukcję w swojej ofercie. Chodzi oczywiście o dostarczone do nas własnym sumptem przez konstruktorów zespoły głośnikowe DearWolf Longhorn. Co prawda zespoły mające już swoje głośne pięć minut na kilku wystawach tak jesienią w Polsce, jak i wiosną w Monachium, ale bez względu na tamte wydarzenia cieszymy się, że mocodawcy marki postanowili zaprezentować nam swoje dziecko w znanym od podszewki systemie. Co wydarzyło się po aplikacji w mój tor audio, wykorzystujących pakiet najbardziej zaawansowanych technicznie przetworników Accutona kolumn? Naturalnie wnioski postaram się przekazać w poniższych akapitach.

Patrząc na tytułowe panny o ich konstruktorach jedno spokojnie można stwierdzić na pewno – są do bólu wierni niemieckiej marce Accuton. Oczywiście unaocznia to konfrontacja pierwszego testowanego przez nas modelu Roe Dear wykorzystującego komplet ceramików z membranami biernymi włącznie z także czerpiącymi pełnymi garściami z obecnego katalogu niemieckiego brandu głośnikowego dzisiaj opisywanego modelu Longhorn. Jeśli chodzi o garść informacji na temat tych ostatnich, być może dla wielu będzie to zaskoczeniem, ale to jedyny w Polsce i naprawdę jeden z niewielu na świecie projekt korzystający z tak wyrafinowanych przetworników, w skład których wchodzi 25 mm diamentowy wysokotonowy, 90 mm diamentowy średniotonowy i pracujące w obudowie zamkniętej 3 szt. 8” niskotonowce z aluminiowymi membranami typu sandwich. To dla znakomitej większości mainstreamowych konstruktorów jest top topów z czym Polacy z podniesioną głową postanowili się zmierzyć. Jak im to wyszło od strony wizualnej i technicznej? Przybliżając nieco wygląd brył mamy do czynienia z bardzo ciekawą wizualnie formą w postaci wariacji rozciągniętej w pionie kropli wody posadowionej na łukowatych sankach. Oczywiście ów projekt nie jest żadnym przypadkiem, tylko pewnego rodzaju wizją znajomego specjalisty od designu. Może się podobać lub nie, bo wielu z nas lubi klasykę gatunku w postaci przysłowiowych prostopadłościennych pudełek na buty, jednak zapewniam, w bezpośrednim kontakcie pomysł na bryłę Longhorn-ów wiele zyskuje. Jednak myli się ten, kto sądzi, że to jedyny atut tego produktu. Otóż to nie jest li tylko ładnie prezentująca się owalna skrzynka, tylko skomplikowany technicznie wielowarstwowy konglomerat, co w tym przypadku oznacza kompozyt powstały z połączenia 12 mm warstwy sklejki, 5 mm aluminium i 10 mm MDF. Co więcej, walka tej bryły o jak największą sztywność na tym się nie kończy, bowiem tak front, jak i tylny panel zostały wykonane grubych i przez to bardzo ciężkich i dzięki temu poprawiających odporność kolumn na wibracje odlewów z aluminium. Tak wizualnie i technologicznie przygotowane do pracy zespoły głośnikowe w swoich trzewiach skrywają autorskie, trójdrożne, składające się z ponad 200 elementów zwrotnice pierwszego rzędu. Kolumny oferują skuteczność 89 dB przy impedancji na poziomie 3 Ohm oraz pokrycie pasma w zakresie 30 Hz do 50 kHz. A żeby podczas logistyki nie było łatwo, jedna każda sztuka może pochwalić się wagą około 140 kg. Jak widać, w każdym temacie naszych bohaterek jest na bogato.

Gdy dotarliśmy do części opisowej procesu testowego, najważniejszą kwestią jest odpowiedź na pytanie, jak z aplikacją tak wymagających przetworników poradzili sobie panowie z DearWolfa? Otóż czytając otrzymaną od nich krótką informację istotnymi faktami w mojej ocenie była obietnica powołania do życia kolumn o maksymalnej zgodności fazowej i liniowości pracy, co miało gwarantować jak największą wierność odtwarzania materiału muzycznego. Naturalnie takie założenia towarzyszą każdemu producentowi, jednak jak wiadomo, nawet jeśli się to uda, w rozumieniu estetyki grania często są mamy do czynienia z różnymi jej obliczami. Co zatem zaproponowały „Wilki”? Nie powiem, muzyka brzmiała bardzo spójnie. Żadnych wyskoków jakiegokolwiek podzakresu, tylko praca każdego pasma w pełnej spójności z sąsiednim. To było na tyle znamienne w odbiorze, że od mocnego w pakiet energii basu, przez esencjonalny i pełen informacji środek, po aksamitną górę przekaz był mocno sfokusowany na podaniu muzyki w niezwykle przyjemny dla ucha sposób. Ów sposób na muzykę był naprawdę spektakularny, gdyż jeśli nic kolokwialnie mówiąc nie „odstawało”, zapewniało tym sposobem płynność i zjawiskową koherentność przekazu, co z automatu skłaniało, aby do granic utraty kontaktu z rzeczywistością rozmarzyć w muzyce. Czy zatem zderzyłem się z ideałem?
Jak wspominałem, każda wizja konstruktora w wartościach bezwzględnych zawsze jest „jakaś”. Ta była ciekawa, jednakże po dogłębnym zapoznaniu się z zastaną sytuacją soniczną okazała się być obarczoną własnym sznytem. Mianowicie mam na myśli przez cały czas wspominaną bezgraniczną dbałość o wyczynowe nasycenie i płynność brzmienia kolumn, co finalnie w zależności od obcowania z różnego rodzaju twórczością miało różne, czasem nie do końca idealnie korelujące ze słuchaną muzyką konsekwencje. Nie twierdzę, że wymuskana muzykalność to zło, jednak w tym przypadku moim zdaniem przekazowi brakowało odrobiny pazura. Najzwyczajniej w świecie było zbyt krągło i milusio. I co najciekawsze w każdym podzakresie od basu, przez środek, po wysokie tony, czego niestety skutkiem cały czas było uczucie lekkiego uśredniania przekazu. A przecież mamy do czynienia z uważanymi za w dobrym znaczeniu słowa bardzo „wyrazistymi” przetwornikami Accutona – no może poza basowymi z uwagi na ich kanapkową konstrukcję membrany, co na tle pierwszej z brzegu konkurencji sprawia, że dolne pasmo ma mniej wyostrzone krawędzie, zwartość i twardość uderzenia – co dla wielu konstruktorów jest ważnym walorem, który należy umiejętnie wykorzystać. Tutaj panowie zrobili z nich swoiste aniołki. Na tyle skutecznie, że wszystko brzmiało „ładnie”. Niestety dla mnie odrobinę zbyt ładnie, co idealnie pokazało mi porównanie dwóch jakże diametralnie różnie zrealizowanych krążków. Każdy z nich pokazywał cechy wysokiej próby, jednak obarczone tym samym sznytem brzmieniowym.
Jednym z nich była produkcja Garry’ego Burtona „The New Quartet”. Pierwszy kontakt z muzyką był bajkowy. Soczyste, a przez to pokazujące wibrafon z krągłej, bardzo kolorowej strony brzmienie dosłownie powodowało ciary na plecach. Jak napisałem bajka. Jednak ku lekkiemu zaskoczeniu, gdy do głosu dochodziła reszta składu, wszyscy brzmieli w ten sam „podkręcony” od strony krągłości brzmienia i słodkości sposób. Owszem, tak odtworzona płyta bez problemu spowodowała moje rozpłynięcie się w zawartych w niej emocjach, ale pod skórą czułem, że coś mi nie do końca się zgadza.
Wyjaśnienie tej niepewności przyszło dość szybko, bowiem zaraz po Burtonie postanowiłem puścić sobie płytę Anny Marii Jopek „Minione”. Pani Ania to rasowa audiofilka – przyznała się do tego podczas promocji właśnie tej płyty, dlatego jak każda w jej dorobku, tak jak ta jest majstersztykiem realizacyjnym. Wiem, dla wielu lekko przesadzonym, bo mocno podkręconym, ale nikt nie przeczy, że piosenkarka do jakości brzmienia swoich produkcji się przykłada. I chyba nikt nie będzie zdziwiony, gdy stwierdzę, że na swój sposób tak jak wibrafon Gary’ego Bartona zabrzmiała spektakularnie, czyli soczyście, z wybrzmieniami i energią, czyli typowo dla pani Ani. Co dał mi ten sparing odległych od siebie materiałów muzycznych?
Otóż ugruntował teorię, że panowie z DearWolfa postawili na nader mocne przywiązanie do zrównoważenia przekazu w estetyce piękna. W czym zatem problem? Chodzi o to, że przez to dwie odległe czasowo produkcje zabrzmiały z bardzo zbliżonym poziomem nasycenia, lotności i barwy. A gdyby podejść do tego od strony bezwzględnej analizy, nie ma się co oszukiwać, mamy ewidentny przykład przywoływanego przeze mnie nieco wcześniej lekkiego uśredniania przekazu przez Longhorny. Gary Burton w starciu z Anną Marią Jopek dotychczas zawsze zdradzał problemy w uzyskaniem aż tak spektakularnych pokładów soczystości i płynności, a tutaj jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dał popis wdrażania w życie tych parametrów. W teorii do słuchania wszystko wypadało świetnie, niestety to lekkie odstępstwo od prawdy. I żeby nie było, uzyskany efekt był fajny i zapewne do skorygowania stosownymi zabiegami konfiguracyjnymi, jednak próbując realnie przybliżyć Wam brzmienie kolumn, nie mogłem nie wspomnieć o tej tendencji. Tendencji, która oczywiście w podobny sposób traktowała także mocne brzmienia spod znaku rocka i elektroniki. Ten pierwszy z naturalnych względów się bronił, bo to zazwyczaj jest masteringowa masakra i każe działanie na polu umilania odbioru jest chętnie widziane, jednak już z elektroniką, a w szczególności tą z mocnymi modulowaniami dolnego zakresu na poziomie arytmii serca momentami bywało różnie. Co prawda to elektronika, zatem nie wiemy do końca, jak ma zabrzmieć, jednak na tle wieloletniej zabawy w pisanie bajek o sprzęcie w tym przypadku brzmiała nieco monotonnie. Na szczęście na potrzeby pokazania ważnych aspektów mówimy o pewnego rodzaju nieco wyolbrzymionych niuansach, dlatego reasumując powyższy słowotok może nie położę ręki na pieniek w obronie tytułowych kolumn w każdym materiale muzycznym, ale już w repertuarze unikającym wyczynowości skrzynkę gruszek przeciwko skrzynce jabłek jak najbardziej postawię. Owszem, idąc o zakład wiem, że to raczej bardziej płynne, aniżeli neutralne granie i dlatego nie do końca w moim guście, ale dzięki zastosowanym przetwornikom bardzo wysokiej próby. Na tyle zjawiskowe w centrum pasma, że z chęcią sekcję środka i góry z Longhornów zastosowałabym w swoich kolumnach – mam znacznie mniej wyrafinowane od strony osiągów technicznych i rozmiarów wersje tych przetworników. Niestety jest drobny haczyk, czyli pozbawiająca złudzeń cena podzespołów tej konfiguracji, dlatego chciał nie chciał, z wielkim bólem na razie zostaję z tym co mam.

Czy będące gwiazdami tego spotkania kolumny są w stanie zadowolić pełne spektrum melomanów? Takich konstrukcji oczywiście nie ma, ale myślę, że tak jak stoją, sporą grupę dysponujących odpowiednimi środkami finansowymi audiofreaków bez problemu od strzału wręcz zaczarują. Oczywiście w tym przypadku mówię o estetyce osiągniętej podczas tego testu w znanym mi dogłębnie środowisku sprzętowym, gdyż jestem dziwnie spokojny, że w momencie – stosowną konfiguracją – wyciśnięcia z nich większej drapieżności w kreowaniu krawędzi impulsu basu i ogólnego blasku górnego zakresu ów zbiór ukontentowanych osobników parających się naszym hobby będzie w stanie osiągnąć miażdżącą większość populacji. Dlaczego nie 100%? Niestety jak mawiał klasyk „Kady ma swoje Westerplatte” i zawsze gdzieś coś nie pyknie. Na szczęście w kontekście nieuchronnie zbliżającego się końca świata to bez znaczenia. Za to moim zdaniem wielkie znaczenie dla nas Polaków ma fakt udanego przeskoczenia Longhornami przez konstruktorów do światowej ligi producentów kolumn segmentu High End. Panowie trzymam kciuki za powodzenie w drodze do dźwiękowego absolutu.

Jacek Pazio

Opinia 2

Nie chcę wyjść na złośliwca i wiecznego malkontenta wzorem dowolnej połówki obsady (Statler i Waldorf) wiadomej loży w Muppetach, ale wygląda na to, że co jak co, ale najdłużej u nas, w naszej szerokości geograficznej, egzystuje prowizorka, tzw. rozwiązania przejściowe i projekty „w stadium wiecznego kończenia”. Wystarczy tylko wspomnieć saperski Most Syreny, który miał być na 2-3 lata a stał … 15 , dekadę KDT-ów pod PKiN-em, czy też mającą spore szanse dobić do 15-ki modernizację Sali Kongresowej. I pół żartem, pół serio można byłoby stwierdzić, iż wszystko wskazuje na to że z powyższych wzorców pełnymi garściami czerpie tytułowy, rodzimy producent, bowiem od przynajmniej High Endu 2024 jego strona www jest w trakcie budowy a jedynym kanałem komunikacji jest Facebook, co biorąc pod uwagę, iż nie jest to bynajmniej jednostkowy wyskok z obszaru DIY, bądź byt we wczesnym stadium niemowlęctwa, gdyż z ww. marką (utworzone 6 czerwca 2019 P&D Acoustic, którego rebranding na DearWolf Audio nastąpił 11 października 2021) mamy do czynienia od 2019r., kiedy to testowaliśmy śnieżnobiałe podłogówki Roe Deer, to trudno nie zauważyć pewnych analogii do ww. budowlanych przykładów. Niemniej jednak, skoro pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz a zarówno sam wytwórca – DearWolf, jak i będące sprawcą całego zamieszania jego opus magnum, czyli flagowe Longhorny swoje „wejście smoka” mają już, przynajmniej w naszym przypadku, dawno za sobą, to odkładając na bok tak zbędne emocje, jak i nabyte w przeciągu ostatniego półwiecza czysto konsumencie przyzwyczajenia nie pozostaje mi nic innego, jak tylko skupić się na samych kolumnach, na których test serdecznie zapraszam.

Jak można wygrzebać w odmętach Internetu za projektem plastycznym, bądź jak kto woli „wizualnym designem” Longhornów stoi nie kto inny, jak odpowiedzialny za kolejny „głośny” polski projekt – Lirogon Origin wykładowca stołecznej ASP Jacek Gburczyk. Same, wielce intrygujące i dalekie od sztampowej prostopadłości pokryte łapiącym za oko fornirem z białego hebanu (Diospyros embryopteris) obudowy wykonano w formie autorskich sandwichy składających się z 12mm sklejki, 5mm płata aluminium i 10mm płyty MDF połączonych specjalną żywica epoksydową. Z kolei równie futurystyczne fronty to nic innego jak wycięte na 5-osiowych obrabiarkach CNC 50mm bloki aluminium uzupełnione topem z monolitycznego bloku aluminium o grubości 100 mm stanowiącego jednocześnie komorę dla diamentowej wysokotonówki. Z racji wypukłej podstawy korpusy umieszczono w specjalnych aluminiowych „łożach” w które wkręca się masywne kolce (vide unboxing).
Nie mniej wyszukany od samego designu kolumn jest zastosowany w nich zestaw przetworników Accutona obejmujący w dostarczonej na testy topowej specyfikacji Reference diamentowy duet 25mm kopułki wysokotonowej (modyfikowana najnowsza generacja BD25 o m.in. przebudowanej komorze) i 90mm średniotonowca (modyfikowany BD90-6-727 – z seryjnym napędem, lecz o około 20% lżejszą membraną) uzupełniony tercetem 20 cm (8”) kanapkowych ceramiczno-aluminiowych wooferów o charakterystycznych wypukłych membranach o strukturze plastra miodu z serii CELL pracujących w obudowie zamkniętej. Dla nieco mniej szalonych nabywców przygotowano wersje Diamond Ceramic (z diamentem na górze i ceramikiem na średnicy), oraz „budżetową” Ceramic ze średnicą i górą obsługiwaną przez, jak sama nazwa wskazuje ceramiczne przetworniki.
Nad wyraz rozbudowana, składająca się z ponad 200 komponentów, obejmujących zarówno elementy filtrujące, jak i układy linearyzujące impedancję, zwrotnica pierwszego rzędu ukryta jest za solidnym aluminiowym panelem przykręconym do ściany tylnej, który przynajmniej w goszczącej u nas parze oferował dwa sety terminali WBT, z których do faktycznego użytku przewidziane były … jedynie dolne (górne wymagały przekonfigurowania zwrotnicy pod wymagania przyszłego nabywcy).

Szukając nieco bardziej znanych, mniej niszowych punktów odniesienia śmiem twierdzić iż Longhorny są poniekąd propozycją przeciwstawną do brzmienia oferowanego przez oparte na podobnym zestawie drajwerów (jedynie na średnicy zamiast diamentu pracuje w nich 5” ceramiczny Accuton) Albedo Acclara Diamond SGS za ok.70 k€, bądź dysponujących nieco mniejszym – 19mm diamentowym tweeterem, 5” ceramicznym średniotonowcem oraz trzema 7″ wooferami Martenów Mingus Quintet 2 za 315 kPLN (wesja SE grała na ostatnim Monachijskim High Endzie 2025.) a z operujących w podobnych co Longhorny cenach TIDAL Akira (234-240 k€), które co prawda mogą pochwalić się 30mm diamentowym wysokotonowcem, 5′, również diamentowym średniotonowcem i trzema 190mm wooferami na froncie wspomaganymi przez pięć 190mm membran biernych o na plecach. O ile bowiem konkurencja stawia na ponadprzeciętną rozdzielczość i wielce spektakularną dynamikę, to rodzime, poznańskie konstrukcje idą niejako własną, jasno zdefiniowaną ścieżką emocjonalnego wyważenia, kremowych barw i nadrzędnej liniowości, co dla poszukiwaczy ekstremalnych doznań i zapierających dech w piersiach emocji i przysłowiowej jazdy bez trzymanki może być, przynajmniej początkowo, sporym szokiem i dysonansem poznawczym w porównaniu do wcześniejszych kontaktów z tego typu konstrukcjami. Tutaj nic od pierwszych taktów nas nie porazi, nie spowoduje spodziewanego przez postronnych obserwatorów na tym pułapie cenowym opadu szczęki i nie wyrwie z butów. Longhorny wszystko robią, a więc grają, bo do tego zostały stworzone, po swojemu – niespiesznie, bez nerwów, fajerwerków i z trudną do zignorowania elegancją. I poniekąd takiż repertuar preferują. Przykładowo audiofilskie wydanie „Live in Hamburg 1981” Benny’ego Goodmana zabrzmiało wprost wybornie, na wskroś … analogowo, gęsto i przyjemnie dopalonymi, acz nieprzesadzonymi barwami. Narracja prowadzona jest w swej szerokokątnej postaci, gdzie priorytetem jest prezentacja spektaklu muzycznego jako koherentnej całości a nie mniej, bądź lepiej zsynchronizowanego zbioru indywidualnych bytów z różnym skutkiem nakłanianych do wzajemnych interakcji. Chcąc zatem zagłębić, wgryźć się w tkankę musimy zatem we własnym zakresie, niejako manualnie zmienić ogniskowanie i skupić się na konkretnej partii, składowej, bo kolumny same z siebie niczego nam na srebrnej tacy nie podadzą. Nie oznacza to bynajmniej zbytniej gęstości, czy też braku przejrzystości, lecz jedynie wspomnianą tendencję do operowania „globalnym” a nie „analitycznym” spojrzeniem na reprodukowane treści. Oczywistą beneficjentką takiej sygnatury była również Cæcilie Norby, która na swym albumie „My Corner Of The Sky” i tak sama z siebie definiuje niejako wzór muzycznej kultury i elegancji, lecz z Longhornami w torze owe cechy jeszcze intensywniej zostały zaakcentowane, więc z głośników płynęła sama słodycz jedynie delikatnie balansowana nader dyskretną ekspresją. Wokal artystki był wyraźnie wyodrębniony z tła, jednak cały czas trzymał się linii kolumn nie wykazując tendencji do przybliżania. Mieliśmy zatem do czynienia z wysoce realistyczną komunikatywnością, lecz bez siłowego przybliżania sceny, bądź wręcz usadzania artystki na naszych kolanach, co czasem zbyt dosłownie brane bywa za myloną z obłapianiem  „namacalność”.
Zmiana repertuaru na nieco cięższy a zarazem „żywszy”, choć akurat w przypadku death-metalu brzmi to jak klasyczny oksymoron jasno pokazała, że o ile klasyczna „13”-ka Black Sabbath, czy nawet epickie „Psychotic Symphony” Sons of Apollo cechuje właściwa im siła wyrazu i energetyczność prezentacji, to już właśnie death-metalowy, choć podstępnie zupełnie niewinnie się rozpoczynający „Where Owls Know My Name” Rivers Of Nihil wydaje się dalece wykraczać poza strefę komfortu poznańskich flagowców. Być może nieprzywykłe do takich katuszy Longhorny usilnie starały się sprowadzić rozwrzeszczaną gromadkę na bardziej cywilizowane tory muzycznych poczynań wyraźnie tonizując i przykręcając ekspresję stosowanych przez ekipę z Reading w Pensylwanii dość bezpardonowych środków artystycznego wyrazu, co ani ww. albumowi, ani niejako obrywającym rykoszetem kolumnom nie wyszło na dobrze. Nie da się bowiem nie zauważyć, że redukcja dynamiki i swobody prezentacji tego typu ekstremów kończy się ewidentną bułą i utratą czytelności, co finalnie prowadzi do typowej ściany dźwięków opartej na monotonnym łomocie. A proszę mi wierzyć, że udzielający się wtenczas na wokalu Jake Dieffenbach (obecnie jego miejsce zajął szarpiący bas Adam Biggs) wraz z ferajną potrafią znacznie więcej aniżeli li tylko hałasować. Swoją drogą próbowałem szczęścia z najnowszym krążkiem ww. kapeli, czyli „Rivers Of Nihil” i mówiąc zupełnie szczerze też „nie pykło”. A skoro nie są to najogólniej rzecz ujmując złe, ułomne pod względem realizacyjnym pozycje, to po prostu wypada uznać, że jedynie nie wpisują się w profil estetyczny DearWolfów będąc jednocześnie dowodem pozwalającym na stwierdzenie, że nie są to konstrukcje zdolne zagrać „wszystko”. I nie jest to z mojej strony złośliwość a jedynie neutralne stwierdzenie faktu, gdyż przykładowo na zeszłorocznym High Endzie ekipa Martena odważnie (później uznali, że nieopatrznie) zadeklarowała, iż ich oliwkowo-zielone Coltrane’y Quintet Extreme są w stanie owej sztuki – zagrania wszystkiego, dokonać i rzeczywiście, nawet „Hymns in Dissonance” Whitechapel zabrzmiało na nich porażająco imponująco a otwierający ów album „Prisoner 666” został na stałe dodany do wystawowej playlisty Szwedów jako nad wyraz skutecznie „wietrzący” nazbyt zatłoczone pomieszczenia.

Generalnie wypada w ramach podsumowania stwierdzić, iż konstruktorom i stroicielom tytułowych DearWolf Longhorn udało się na tyle zlinearyzować i „ucywilizować” topowe drajwery Accutona, że tak na dobrą sprawę finalnie zgrały zupełnie niepodobnie do jakichkolwiek znanych mi konstrukcji na nich, bądź im podobnych jednostkach bazujących. Czy to źle? Absolutnie nie. Jest to jedynie fakt dowodzący niezbicie, iż mówiąc możliwie lapidarnie, nie gra sam przetwornik a jego konkretna aplikacja, więc jeśli tylko wiemy jak to zrobić i jaki efekt chcemy uzyskać, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nawet z diamentów uzyskać kojący spokój i miłą podniebieniu słodycz. A właśnie tak grają Longhorny – ładnie i miło, niczym w serii reklam pewnego szkockiego destylatu, w której wziął udział niejaki Harrison Ford twierdzący, iż to, co wprowadza do organizmu jest „nice”… .

Marcin Olszewski

System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Gryphon Ethos
– streamer: Lumin U2 Mini + switch QSA Red-Silver
– przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Commander
– końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
– kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
– kable głośnikowe: Furutech Nanoflux-NCF Speaker Cable
– IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
– XLR: Hijiri Milion „Kiwami”, Furutech DAS-4.1, Furutech Project V1
– IC cyfrowy: Furutech Project V1 D XLR
– kabel LAN: NxLT LAN FLAME, Dyrholm Audio Nexus
– kabel USB: ZenSati Silenzio, Dyrholm Audio Nexus
– kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Furutech Evolution II, Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, ZenSati Angel
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– bezpieczniki: Quantum Science Audio Red, QSA Silver, Synergistic Research Orange
– platforma antywibracyjna: Solid Tech
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: Power Base High End, Furutech NCF Power Vault-E
– panele akustyczne: Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon: SME 60
– wkładka: My Sonic Lab Signature Diamond
– przedwzmacniacz gramofonowy: RCM Audio The Big Phono
– docisk płyty: Omicron Luxury Clamp
– przyrząd do centrowania płyty: DS Audio ES-001
– magnetofon szpulowy: Studer A80

Producent: DearWolf
Cena: 999 999 PLN (Reference); 499 999 PLN (Diamond Ceramic); 399 999 PLN (Ceramic)

Dane techniczne
– Skuteczność: 89 dB (2,83 V / 1 m)
– Impedancja (±0,3 Ω) : 3 Ω (nominalna); 2,76 Ω (min. przy 130 Hz)
– Pasmo przenoszenia: 30 Hz (-6 dB) – 50 kHz
– Charakterystyka częstotliwościowa: 60 Hz – 40 kHz ±0,3 dB
– Wymiary (W x S x G): 1100 x 360 (440 mm z cokołem) x 590 mm
– Waga: 140 kg / szt.
Wyposażenie
– Wewnętrzne okablowanie Neotech Silver
– Srebrne terminale głośnikowe WBT

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł w przygotowaniu / work in progress

W związku z panującymi upałami tego lata na (nie tylko) niemieckich salonach króluje biel i przewiewna ażurowość. Panie i Panowie, oto in-akustik Reference LS-4005 AIR Pure Silver.

Cdn. …