Opinia 1
Dzięki uprzejmości Quintessentially Poland i Ardento w miniony wtorkowy wieczór mieliśmy okazję uczestniczyć w wydarzeniu, które pozornie z profilem naszego portalu ma niewiele wspólnego. Mowa o pokazie mody marki Maison Anoufa. Nie wiem jak dla Państwa, ale dla nas tytułowy brand jest do przedwczoraj był równie znany i rozpoznawalny, jak dla przeciętnego przedstawiciela homo sapiens legendarne wśród kręgów audiofilskich ikony w stylu Kondo, Siltech, czy TechDAS. Krótko mówiąc zaczęliśmy stąpać po bardzo kruchym lodzie własnej niewiedzy. Wychodząc jednak z założenia, że nigdy nie jest za późno na naukę i poszerzanie własnych horyzontów uznaliśmy, że tego typu doświadczenie będzie dla nas interesujące, jeśli nie ze względu na obecność tamże docelowej grupy czytelników naszej radosnej twórczości, to przynajmniej będzie niosło ze sobą aspekt czysto poznawczy. I tak też w istocie było. Tak jak wszelakiej maści targi i wystawy o tematyce audio w stylu naszego rodzimego Audio Video Show, czy monachijskiego High Endu dla osób postronnych są całkowicie abstrakcyjne, tak i dla nas obecność w poniekąd znanych z AVS wnętrzach hotelu Bristol przypominała ostrożne unoszenie się na powierzchni akwenu rządzonego przez postaci znane z … jak to się dawniej mówiło „szklanego ekranu”.
Zanim jednak przejdę do meritum, czyli właściwego pokazu pozwolę sobie na niezobowiązującą dygresję na temat obowiązującej przy tego typu wydarzeniach świeckiej tradycji pozowania przy ściance. Okazuje się, że o ile większość populacji błysku fleszy i nieraz dość obcesowego zachowania mediów w stylu „niunia popatrz w lewo, teraz w prawo, pokaż ząbki, etc.” unika jak diabeł święconej wody o tyle tzw. celebryci w światłach reflektorów i pracujących na najwyższych obrotach lamp błyskowych dopiero rozwijają skrzydła. Zaczynają błyszczeć, część wręcz dosłownie – cóż z tego, że tzw. światłem obitym, ale fakt pozostaje faktem. Oni tego światła potrzebują bardziej niż Skandynawowie w środku nocy polarnej wakacji w Egipcie. Serio.
Z kuluarowych rozmów wywnioskowałem, iż wtorkowy pokaz dla organizatorów okazał się pod względem sukcesem graniczącym z klęską urodzaju, gdyż zarówno na wspomnianej ściance, jak i przygotowanej wzdłuż wybiegu widowni pojawili się praktycznie wszyscy zaproszeni goście, przez co w kulminacyjnych momentach w przejściach będących jak to zwykle bywa wąskimi gardłami poziomych ciągów komunikacyjnych panował ścisk porównywalny do tego, znanego zwykłym śmiertelnikom z godzin szczytu w metrze. Nie ma lekko, chce się być celebrytą, to trzeba swoje wycierpieć ;-)
Ze względu na chroniczną alergię na złodzieja czasu zwanego potocznie telewizją większość zaproszonych gwiazd i szarych eminencji stołecznych salonów była dla nas całkowicie anonimowa. No może z wyjątkiem Dody, która tym razem postawiła na wielce intrygujące koronki, oraz postaci, która pojawiła się w na tyle wyróżniającej się stylizacji, że po powrocie zaczęliśmy wypytywać nasze Drogie Małżonki któż to zacz. Okazało się, że sprawczynią tego całego estetycznego zamieszania jest Ramona Rey, która zaprezentowała kolorowe włosy przypominające efekt zaatakowania słomianego chochoła przez graficiarza uzbrojonego nie tylko w różowy spray, ale i elektryczne nożyce do żywopłotu. Mocna rzecz.
No to teraz najważniejsze, czyli sam pokaz. Założona dwa lata temu przez francuskiego projektanta Ylana Anoufę marka Maison Anoufa swoją działalność, zgodnie z tym co można wyczytać na dedykowanych tematom mody portalach skupia głównie na Paryżu i Warszawie a to za sprawą Anny Neneman, partnerki i wspólniczki projektanta, związanej m.in. z Fashion TV. Jeśli zaś chodzi o chronologię i umiejscowienie naszego kraju w kalendarium tego typu imprez, to warto podkreślić, iż zaprezentowana we wtorkowy wieczór, w ekskluzywnych wnętrzach warszawskiego hotelu Bristolu kolekcja „Renaissance”, miała swoją premierę raptem 11 stycznia podczas Paris Fashion Week Haute Couture.
Estetyka oparta na (podobno) charakterystycznym dla marki kontraście czerni i bieli, oraz nawiązujących do tytułu pokazu dekoracyjnych drobnych haftach okazała się zaskakująco, jak na tego typu imprezy zachowawcza i mało kontrowersyjna. Ba, z odrobiną dobrej woli można uznać ją wręcz za typowo użytkową, czyli nadającą się do założenia niemalże na co dzień. Zamiast czegoś w stylu „Moja macocha jest kosmitką”, bądź „Przybysze z Matplanety” widzowie mogli podziwiać proste, symetryczne kreacje jedynie delikatnie odwołujące się do łagodnego futuryzmu poprzez wstawki utrzymane w tonacji srebra i metalicznego błękitu. Skoro jesteśmy przy filmowych analogiach, to wielkim nietaktem byłoby pominięcie wkładu specjalistów od makijażu Inglot wyraźnie będących pod wpływem … ostatniej superprodukcji „Mad Max: Na drodze gniewu” a dokładnie pewnej, dość specyficznej maniery przyozdabiania ust przez nad wyraz kompulsywnych mieszkańców Cytadeli. Prawdę powiedziawszy, tym razem już na serio, można uznać, że właśnie make-up modelek nadawał całości pokazu lekko odrealnionego klimatu.
W roli niezobowiązującego i niewątpliwie wysublimowanego polepszacza nastroju do gustu najbardziej przypadł mi Champagne Jacquart Brut Mosaique. Ta wyśmienicie wytrawna kompozycja szczepów Chardonnay (50%), Pinot Noir (35%) i Pinot Meunier (15%) charakteryzuje się niezwykle rześkim, cytrusowym bukietem i idealną równowagą pomiędzy mineralnością a kwasowością. Osoby poszukujące nut słodyczy i owocowych aromatów komplementowały za to serwowane w formie delikatnej mieszanki wina i soku różowe, pochodzące z regionu Saint-Tropez wino 83.
To jednak nie koniec serwowanych tego wieczora specjałów, bowiem na deser zostawiłem coś z naszego podwórka, czyli ustawiony w pobliżu baru recenzowany przez nas system Ardento pełniący rolę i tu proszę o chwilę uwagi … głównego i zarazem jedynego nagłośnienia Salonu Kiepura podczas coctail after party. Niemożliwe? Cóż, po wtorkowym wieczorze spokojnie możemy uznać, że nasz rodzimy producent rzeczy niemożliwe realizuje niemalże od ręki a na cuda trzeba poczekać chwilkę dłużej. Mocno chilloutowy repertuar i nieabsorbujący poziom głośności okazały się czynnikami działającymi wyłącznie na korzyść prezentowanego zestawu. Bas przyjemnie i dyskretnie pulsował wypełniając ekskluzywne wnętrza idealnie dobraną do okoliczności muzyką.
A teraz czas na cuda, czyli wpięcie w ww. zestaw konsolety, za którą stanął David Hopperman. I było równie dobrze. Co prawda obsługa techniczna próbowała uzyskać „klubowy” efekt poprzez przytaszczenie całkiem słusznych rozmiarów estradowego JBLa, ale rezultat soniczny powyższego „upgrade’u” pozwolę sobie litościwie przemilczeć.
Grunt, że zabawa była przednia a kontakt ze światem tzw. celebrytów pozwolił nam patrzeć na otaczający nas świat z większa empatią i przymrużeniem oka. Jeszcze raz serdecznie dziękujemy organizatorom za zaproszenie i … polecamy się na przyszłość.
Marcin Olszewski
Opinia 2
W całym naszym życiu na tym ziemskim padole najciekawsze jest to, że człowiek nigdy do końca nie wie, co przyniesie mu najbliższa przyszłość. Nie mam zamiaru brnąć dzisiaj w roztrząsanie naszych problemów egzystencjalnych, tylko zainicjować dość nieoczekiwany zwrot akcji w tematyce naszego portalu. Chodzi mianowicie o nasz niezobowiązujący udział w pokazie mody, na który korzystając z zaproszenia Ardento i Quintessentially Poland z dużą dozą ciekawości udaliśmy się w ostatni wtorkowy wieczór (16.02). Już samo miejsce – hotel Bristol i oprawa imprezy wyraźnie dawały nam do zrozumienia, iż ów event nie jest skromnym spotkaniem kilku zaprzyjaźnionych dusz, tylko pełną rozmachu machiną modową. Dlatego bez namysłu postanowiliśmy skreślić kilka strof w całkowitym oderwaniu od realiów tego spotkania. Dlaczego oderwanych? Chyba zdajecie sobie sprawę, że dla rasowego samca alfa, jakim wydaje się być prawdziwy audiofil, jeśli kolejne kreacje różnią się jedynie odcieniem, a nie daj Bóg nieco innym krojem tego samego wdzianka, praktycznie rzecz biorąc majestatycznie prezentujące najnowszą kolekcję panie na wybiegu w ogóle się nie przebrały. No może lekko naciągam fakty, ale główny nurt mojego wywodu dla pełnego zrozumienia sytuacji musiał pociągnąć tak drastyczne przykłady. Niemniej jednak, z całą stanowczością stwierdzam, iż tego wieczora bawiłem się znakomicie i to z całkowicie innych niż przypuszczacie powodów, dlatego chcąc tchnąć nieco ekskluzywności w portal Soundrebels, postanowiliśmy z Marcinem zasilić tą skromną relacją dedykowaną do takich „lajtowych” inicjatyw zakładkę.
Cóż, o samej modzie z racji braku jakiegokolwiek fachowego przygotowania mam niewiele mądrego do powiedzenia. Owszem, modelki dumnie przemierzały przygotowany dla nich wybieg pomiędzy zaproszonymi na ten wieczór gośćmi, ale nie czuję się uprawniony do jakichkolwiek ocen. Jednak z reakcji publiczności na zakończenie pokazu, można wywnioskować, iż kolekcja zaskarbiła sobie kilka przyjaźnie nastawionych serc potencjalnych użytkowniczek, a to projektant spokojnie może zaliczyć do zbioru sukcesów.
Gdy główna atrakcja wieczoru dobiegła końca, przyszedł czas na kuluarowe rozmowy przy kieliszku szampana, dobrego wina i odrobiny wódki z colą. Na szczęście dla nas w atelier przy barku z alkoholami swoje walory brzmieniowe prezentowała przywołana jako sprawca naszej wizyty marka Ardento. Jak to zwykle bywa, zaprezentowała swój znany z jesiennych warszawskich wystaw AS flagowy zestaw, czyli przetwornik cyfrowo-analogowy i wzmacniacz zintegrowany wspomagane kolumnami Alter II. I gdy ważne z punktu audiofila sprawy kierowały się w znakomitą dla nas stronę, nadszedł czas przezbrojenia wspomnianego zestawu generującego muzykę w konsolę dla DJ-ja. Szczerze? Jeśli chodzi o jakość dźwięku nastąpiła dramatyczna utrata jakości i to nie tylko w zakresie czytelności i rozdzielczości, ale również w samej reprodukcji basu. Oczywiście dla mnie zastąpienie 18 calowych przetworników w dwóch kolumnach na rzecz jednego estradowego krzykacza JBL-a musiało przynieść szkodliwe konsekwencje, co bardzo szybko się potwierdziło. I nie żebym się bardzo czepiał, ale nie omieszkałem powiedzieć o tym obsłudze stołu mikserskiego, a ta zyskując pewien pakiet szacunku bez najmniejszych problemów przyznała mi rację. Najważniejszym jednak po całej tej zamianie było to, że na ten stan rzeczy zwróciły uwagę tylko trzy osoby: ja, Marcin i Jarek z Ardento. Reszta fantastycznie brylowała we fleszach wszędobylskich fotoreporterów. I tak naprawdę chyba o to chodziło, dlatego wspominam o tym jedynie z chęci skorelowania owej imprezy z karmą przedstawiciela dobrego dźwięku, a nie marudzenia dla zasady.
Kończąc relację chciałem podziękować organizatorom za zaproszenie na ten jakby na to nie spojrzeć bardzo ciekawy i owocny w nowe doświadczenia wieczór, co w może dość swobodnym stylu, ale z dużą przyjemnością starałem się opisać.
Ps. Dla potwierdzenia wizyty i przy okazji pozwalając dać ujście naszej niepohamowanej żądzy zaistnienia w szerokim świecie postanowiliśmy pstryknąć sobie fotki na zarezerwowanej raczej dla braci celebryckiej tak zwanej “ściance”.
Jacek Pazio
Opinia 1
Siadając do napisania wstępniaka do niniejszej recenzji miałem spory dylemat, czy po raz kolejny zanudzać Państwa sugestiami i tezami popartymi niezbitymi dowodami na powolną, acz nieustającą ewolucję zachodzącą wśród szampańsko – złotych urządzeń Accuphase’a, czy też poszukać innego (zastępczego?) tematu pozwalającego płynnie przejść do właściwej części opisu tytułowego urządzenia. I gdy tak rozmyślałem pomoc przyszła z … drzewa. Tak, tak i nie ma co się śmiać, z drzewa, lecz nie takiego zwykłego a zdecydowanie, przynajmniej z naszego – audiofilskiego punktu widzenia ciekawszego – drzewa genealogicznego serii E-400. A było to tak. Dawno, dawno temu, czyli w październiku 1989 roku światło dzienne ujrzał model E-405. Jego następca o symbolu E-406 pojawił się w czerwcu 1993r., narodziny 406V to znów grudzień, lecz tym razem 1996 r. a 407-ki październik 1999r. Serię z zerem po środku zamyka 408-ka z lipca 2003 a za prekursora nowej numeracji możemy uznać 450-kę z kwietnia 2007. Na kolejny model – 460-kę fanom marki przyszło czekać aż do listopada 2010r. Jak łatwo policzyć będąca obiektem niniejszego testu, debiutująca w marcu 2015 r. 470-ka jest ósmym z kolei przedstawicielem tegoż szlachetnego rodu. Na upartego można było również naciągać fakty i odtrąbić tytułowy model mianem jubileuszowego. Pytanie tylko po co, skoro sama ósemka daje całkiem spore pole do popisu w szukaniu nośnych analogii. Przecież na kinowych ekranach właśnie gości „Nienawistna ósemka” Quentina Tarantino a miłośnicy kina sensacyjnego zapewne pamiętają „Sekcję 8” z Johnem Travoltą i Samuelem L. Jacksonem. Słowem mocne, męskie kino. Jeśli w tym momencie zadają sobie Państwo pytanie cóż wspólnego mają powyższe dygresje z obiektem niniejszego testu, to spieszę z wyjaśnieniem, że zaskakująco dużo, jednak aby się o tym przekonać gorąco zachęcam do zapoznania się z poniższą recenzją a jeszcze lepiej do posłuchania w możliwie kontrolowanych warunkach Accuphase E-470.
Jednak zanim przejdziemy do walorów brzmieniowych najmocniejszej – flagowej, przynajmniej jeśli chodzi o pracujące w klasie AB konstrukcje zintegrowane japońskiego potentata, wypadałoby choćby po krótce wspomnieć o jej budowie. Osoby obdarzone tzw. długotrwałą pamięcią fotograficzną mogą sobie w tym momencie spokojnie ten akapit odpuścić i jedynie przypomnieć sobie o czym pisaliśmy podczas recenzowania modelu E-600. Nie wierzycie? Przyjrzyjcie się zatem zdjęciom 600-ki i 470-ki. Już? I jak, zabawimy się w „znajdź dziesięć różnic”? Tak myślałem, ale proszę się nie frasować. Oba modele są do siebie tak, niemalże bliźniaczo podobne, że nawet załodze dystrybutora zdarza się z rozpędu zapakować jeden model zamiast drugiego. Serio, serio. No dobrze żarty na bok. Oprócz klasy pracy i centymetra wysokości, czego bez bezpośredniego porównania wyłapać nie sposób jakieś różnice jednak są. Pierwszą i w dodatku nader istotną jest cena a drugą … kształt umieszczonych z prawej strony frontu przycisków firmowego loudnesu (COMP) i wyciszenia (ATT). W 600-ce są one kwadratowe a w 470-ce okrągłe. Podobnie sprawy się mają z zawartością ukrytą pod majestatycznie opadającą, centralnie usytuowaną klapką. Piktogramy na satynowo-czarnym podkładzie chronionym prostokątnym oknem też wykazują zaskakującą zgodność i w tym momencie dochodzimy do najlepszego, czyli przykładu pewnego rodzaju oszustwa, bądź jak kto woli psikusa, jaki płata nam podświadomość i coś na kształt myślenia życzeniowego. Mówiąc/myśląc Accuphase oczyma wyobraźni widzimy przecież szampańsko – złotą bryłę pyszniącą się podświetlonymi na ciepły bursztynowy kolor charakterystycznymi wskaźnikami wychyłowymi. Zgadza się? Zgadza. No to proszę jeszcze raz spojrzeć na 600-kę. I? Ano właśnie. Wychodzi na to, że widzimy to, co chcemy widzieć. Okazuje się, że teoretycznie wyżej usytuowana w rodzimej hierarchii integra jest w rzeczywistości mniej rasowo accuphese’owa od 470-ki! W starciu LED-owych bargrafów z wychyłową klasyką w pierwszej rundzie przez spektakularne KO wygrywają te drugie. Koniec kropka. Uf. Skoro emocje opadły można rozpocząć żmudną wyliczankę tego, co w Accu jest praktycznie od zawsze. A są to, niewymienione wcześniej centralnie umieszczone i oczywiście podświetlone logo, potężne okupujące prawą i lewą flankę potężne pokrętła wyboru źródeł i głośności, oraz całkiem wydajne wyjście słuchawkowe.
Płyta górna jest tak ażurowa, jak to tylko możliwe, co jasno daje do zrozumienia, że mało rozsądnym byłoby stawianie na niej czegokolwiek mogącego zaburzyć oczekiwana przez producenta grawitacyjną cyrkulację powietrza.
Tylna ścianka to kolejny przykład klasyki gatunku. Masywne, wygodne i co najważniejsze bez najmniejszych problemów akceptujące nawet szerokie i grube widły podwójne terminale głośnikowe, usytuowane zapobiegliwie tuż przy dolnej krawędzi gniazdo zasilające (vide ciężkie i sztywne jak gryf od sztangi przewody zasilające) to tylko wstęp do prawdziwej uczty. Do dyspozycji bowiem otrzymujemy pięć par wejść RCA, dwie pary wejść zbalansowanych, pętlę magnetofonową i zdublowane wejścia/wyjścia na/z końcówkę/sekcję przedwzmacniacza w obu standardach. Po prostu istna rozpusta a to przecież jeszcze nie koniec. Są przecież jeszcze sloty na dedykowane karty rozszerzeń i tym razem, wreszcie (!!!), ku naszej niekłamanej uciesze mogliśmy z nich skorzystać własnoręcznie implementując w pierwszym z nich kartę przetwornika o symbolu DAC-40 uzbrojoną w komplet wejść – optyczne akceptujące sygnał 24bit/96kHz i koaksjalne oraz USB mogące pochwalić się kompatybilnością z 24bit/192kHz. Jeśli komuś jeszcze mało zawsze może zaopatrzyć się w płytkę phonostage’a AD-30 i tym sposobem podnieść 470-kę do poziomu prawdziwej i wszystkomającej superintegry.
O modyfikacji trzewi w porównaniu z poprzednim modelem nie ma się co za bardzo rozpisywać, bo postęp gdzie tylko mógł odcisnął swoje piętno, co widać między innymi po zwiększeniu współczynnika tłumienia do 500 i obniżeniu poziomu szumu.
Po włączeniu 470-ki i nakarmieniu jej używaną przeze mnie ostatnimi czasy w celach akomodacyjno rozgrzewkowych ścieżką z „300: Rise of an Empire” Junkie XL aż chciałem zakrzyknąć „O k…aramba!”. Toż prawdziwą bestię przyobleczoną dla niepoznaki w gabinetowe wdzianko dostaliśmy na testy. Chyba dział R&D Accu dostał od jakiegoś anonimowego sponsora porządny ekspres i zapas wysokooktanowej kolumbijskiej kawy, bo po prostu coś musi być na rzeczy. O ile przy A-klasowych końcówkach nowej generacji, czyli recenzowanych przez nas A-36 i A-47 kipiące życiodajną energią brzmienie było czymś może nie oczywistym, co wielce pożądanym o tyle tym razem spokojnie możemy mówić o niespodziance porównywalnej z trafieniem 6-ki w popularnej grze losowej i to podczas jednej z ostatnich kumulacji. Przy zachowaniu firmowego i wypracowanego przez lata charakterystycznego nasycenia równorzędnym, jeśli nie wiodącym, elementem prezentacji stała się niesamowita dynamika i drive. Pulsujący, prowadzony stalową ręką beat sprawiał, ze kolumny „chodziły” jak w przysłowiowym szwajcarskim zegarku. Zero niesubordynacji, zero swobody, tylko pełna i nieustająca kontrola. Warto w tym momencie wspomnieć jednak o jednym, szalenie krytycznym w przypadku nie tylko tego, ale praktycznie wszystkich Accuphase’ów warunku, który należy spełnić aby cieszyć się pełnią ich możliwości brzmieniowych. Chodzi o tak pozornie oczywistą rzecz jak … możliwie najrzadsze wyłączanie amplifikacji i nie mam na myśli nieodpinania przewodu zasilającego, lecz trzymanie wzmacniaczy pod prądem – czyli jeśli to tylko wykonalne non stop włączonych. Nie wierzycie? No to jeśli macie jakiś wzmacniacz sygnowany logiem japońskiego producenta w ramach eksperymentu zostawcie go włączony na kilka dni i sukcesywnie wsłuchujcie się w jego brzmienie. Szanse, że zaczniecie cierpieć na zaniki pamięci i chwilowe utraty widzenia uniemożliwiające odnalezienia przycisku Power wydają się całkiem spore.
Wróćmy jednak do naszego bohatera. O ile z syntetycznym i niemalże dosłownie wybuchowym materiałem 470-ka rozprawiła się niczym młody pelikan ze szprotką przyszła pora na coś zdecydowanie bardziej finezyjnego. Mowa o gitarowym, lecz tym razem klasycznym albumie „Sojourn – The Very Best of Xuefei Yang” i „Sketches Of Spain – 50th Anniversary (Legacy Edition)” Milesa Davisa ze szczególnym naciskiem na niezwykle klimatyczne Adagio z „Concierto de Aranjuez” (w wykonaniu Xuefei i Milesa). W tym momencie najrozsądniejszym komentarzem wydaje się ulubione powiedzenie komentatorów radiowych, czyli nieśmiertelne „szkoda, że Państwo tego nie widzą”. Idąc na łatwiznę można byłoby też użyć sformułowania, że „tego nie da się opisać”, niemniej jednak spróbuję. W obu przypadkach fenomenalnie została oddana barwa instrumentów prowadzących – lśniąca, mieniąca się miriadami odcieni i zarazem niezwykle swobodna. Zachwycało również całkowite oderwanie dźwięków od kolumn i fenomenalna przestrzenność przekazu. Jadnak scena była nie tylko obszerna, z hulającym na niej wiatrem, lecz precyzja, z jaką kreowane na niej były źródła pozorne przywodziła na myśl zdecydowanie droższe konstrukcje w stylu daleko nie szukając potężnego Passa INT-250. Z resztą spokojnie można uznać, iż obie konstrukcje z równym wdziękiem i łatwością wymykają się stereotypowym wyobrażeniom o tzw. firmowym brzmieniu marek je tworzących.
Zamiast prób skupienia całości w centrum kadru Accu z zadziwiającą swobodą zagospodarowuje wirtualną przestrzeń nie pomijając przy tym żadnych mikroinformacji o akustyce pomieszczeń, w jakich dokonywano nagrań. Różnice w długości wybrzmiewania fraz, pogłosu, czy samej aury otaczającej instrumenty są po prostu ewidentne i oczywiste.
Dołączony w formie bardzo przyjemnego, promocyjnego „gratisu” moduł przetwornika DAC-40 również nie rozczarowuje a wręcz przeciwnie – pokazuje, że Accuphase nic nie pozostawia przypadkowi i nie próbuje zbywać Klientów mniej bądź bardziej udanymi substytutami. Wspomniana karta poszerzająca możliwości tytułowej integry o kompatybilność ze źródłami cyfrowymi nie tylko nie przynosi ujmy na honorze Accu, ale bardzo umiejętnie wpisuje się w zauważalną ewolucję szampańskiego brzmienia. Nie ujednolica i nie uśrednia przekazu udając pozorną analogowość, lecz podobnie jak część analogowa pokazuje prawdę o nagraniach dostarczając wszelkich niuansów i mikrodetali zawartych w materiale źródłowym. Oczywiście warto mieć świadomość, że do poziomu zewnętrznych DACów obecnych w ofercie japońskiego producenta brakuje zdecydowanie więcej aniżeli „trochę”, lecz po pierwsze darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda a po drugie tak z ręką na sercu trudno do 40-ki tak naprawdę się o coś istotnego przyczepić. Może nie ma tak spektakularnej lekkości w kreowaniu przestrzeni jak urządzenia z pułapu 10-15 kPLN, ale … jeśli ktoś liczył na takie cuda, to bardzo mi przykro, ale nie u nas. Piszemy co słyszymy i przynajmniej na razie nie mamy problemów z patrzeniem w lustro podczas golenia. A uzbrojona w DACa 470-ka całościowo rzecz ujmując gra po prostu świetnie i kropka. W dodatku, na chwilę obecną i stan posiadanej przeze mnie wiedzy nie sposób znaleźć na rynku podobnie wycenionego konkurenta mogącego się z nią równać nie tylko wyposażeniem i funkcjonalnością, co przede wszystkim brzmieniem.
E-470 to kolejny przykład ciągłego samodoskonalenia kadr R&D pracujących w laboratoriach Accuphase zlokalizowanych w dzielnicy Aoba-ku Yokohamy, co po prostu słychać w produktach schodzących z ich desek kreślarskich. 470-ka to produkt dopracowany w najdrobniejszych detalach a dodawany dzięki uprzejmości polskiego dystrybutora moduł przetwornika dodatkowo podnosi już i tak ponadstandardową realną wartość użytkową i co najważniejsze soniczną. A teraz małe, finalne podsumowanie.
Podobnie jak w przypadku recenzowanych przez nas wcześniej A-klasowych końcówek mocy tytułowy Accuphase E-470 w pełni zasługuje na to by myśleć o nim nie jak o wysokiej klasy przedstawicielu segmentu Hi-Fi a rasowym High-Endzie. Piszę to z pełną odpowiedzialnością i świadomością własnych słów. 470-ka nie tylko wygląda, ale po prostu gra high-endowo, a że przy tym wyceniona została nad wyraz rozsądnie, to nie wiem jak Państwo, lecz ja akurat ani myślę z tego powodu rozpaczać. Ponadto, jeśli przewrotny los sprawi, że tytułowa integra któregoś pięknego dnia na stałe zagości w moim systemie to coś czuję w kościach, że wrodzona audiophilia nervosa na długie lata zostanie zaleczona. Państwu też takiej szampańskiej szczepionki z całego serca życzę.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: Bluesound NODE2
– Wzmacniacz/streamer: Lumin M1
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Wadia Intuition 01 PowerDac
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Dynaudio Excite X44
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; 聖Hijiri Nagomi
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Nasz dzisiejszy bohater bez dwóch zdań jest ostoją designerskiego piękna w najczystszej postaci. Oczywiście jego naładowana wykwintną ornamentyką aparycja niektórym potencjalnym nabywcom może nieco przeszkadzać, ale z wieloletnich kuluarowych rozmów odbytych podczas wielu pokazów wiem, że grupa ta należy do mniejszości . Jaki jest powód takiego odbioru prezentowanej linii wzorniczej? To oczywiste. Hołdując ogólnej prostocie wszystkiego co ich otacza idą z duchem „Ikeizacji” – zaznaczam, że nie mam nic przeciw takiej estetyce wystroju wnętrz – swojego domowego gniazda, co znakomicie jestem w stanie zrozumieć. Ale nie rozprawiamy gustach, dlatego zdradzając nazwę prezentującej swe walory marki – Accupchase i idąc dalej tropem polowania na klienta z perspektywy wizualizacji produktu należy dodać, że mimo lekko rustykalnej estetyki Japończycy trafiają w punkt „G” większości melomanów. Na pierwszy rzut oka wszystkiego jest sporo, ale tak prawdę mówiąc nic nie razi, a po bliższym, nieco dłuższym kontakcie okazuje się, że nic innego nie jest już w stanie sprostać naszym wymaganiom dotyczącym urządzenia zajmującego centralne miejsce w salonie na specjalnie dedykowanym stoliku. I gdy tak sobie rozprawiamy o teoretycznie ważnych z punktu widzenia naszych żon sprawach, dochodzimy do clou całej zabawy w audio, czyli weryfikacji czy bijące z bryły urządzenia piękno przeniesie się na najbardziej interesujący nas obszar, jakim jest umiejętność generowania dźwięku. Zapraszam więc na relację z kilkutygodniowej przygody z najnowszym wzmacniaczem zintegrowanym wspomnianej japońskiej marki Accuphase, ukrywającym się pod oznaczeniem E-470, a dystrybuowanym przez krakowskiego Nautilusa.
Przybyła na testy integra obraca się w estetyce szampańskiego złota frontu wespół z brązem dekoracyjnych boków i ażurowej, umożliwiającej chłodzenie grawitacyjne górnej pokrywy. Przedni panel jest ostoją uważanych za ikonę audiofilizmu wskaźników wychyłowych, dwóch gałek funkcyjnych na bokach skrywającego wspomniane wskaźniki okienka informacyjnego, serii skrytych pod stosowną klapką przełączników dopasowujących wzmacniacz do współpracujących z nim innych komponentów toru i zaimplementowanych w jego dolnej części najintensywniej używanych manipulatorów wespół z gniazdem słuchawkowym. Gdy przejdziemy na tylny panel, naszym oczom ukaże się podwojony zestaw terminali głośnikowych, seria wejść w standardzie RCA i XLR, gniazdo zasilające, a także jako opcja w testowanej konstrukcji płytka przetwornika cyfrowo-analogowego.
Na początku naszego spotkania muszę się lekko wytłumaczyć, gdyż test 470-ki odbył się w dość nietypowych i zarazem lekko utrudniających jej życie warunkach. Chodzi mianowicie o fakt wizytacji mojego pomieszczenia przez flagowy wyrób marki Trenner&Friedl. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – przecież teoretycznie zawsze można je odstawić, gdyby nie drobny mankament wagowo-cenowy, gdyż blisko 140 kilogramów szczęścia plus niebotyczna bo sięgająca prawie 150 tys. € cena lekko ograniczały osobiste nonszalanckie ruchy logistyczne. Ale koniec końcem, to co miało sprawiać problemy okazało się dodatkowym zdanym na piętkę egzaminem, o czym nie omieszkam wspomnieć w stosownym momencie tej pogadanki.
Już podczas niedawno opublikowanego na naszych łamach testu innego produktu Accu zdążyłem napomknąć, iż chwalący się dzisiaj najnowszą integrą japońscy inżynierzy lekko zmieniają kurs swojej szkoły grania, odchodząc według mnie od zbyt mocnego dosłodzenia przekazu na rzecz dodatkowej dawki wigoru. Jednak proszę się nie niepokoić, gdyż nie jest to całkowicie przeczący dotychczasowym osiągnięciom ruch zero-jedynkowy, tylko wysmakowane muśnięcie otwartości przekazu i zwiększenie kontroli najniższych rejestrów. I właśnie w takim duchu zmian przebiegł cały proces testowy, dość wyraźnie podkreślając wręcz symboliczne, ale jakże brzemienne w skutkach zmiany w prezentacji spektaklu muzycznego. Jak to zwykle u mnie bywa, zapoznawszy się z możliwościami przybyłej elektroniki, staram się w maksymalny sposób wykorzystać jej potencjał i implementuję do napędu teoretycznie bardzo wymagające, jednak gdy tylko spełnione zostaną pokładane w niej nadzieje bardzo mocno punktujące w końcowej ocenie srebrne krążki. Gdy z takim nastawieniem penetrowałem uwielbianą muzykę dawną z Johnem Potterem i Christiną Pluhar na czele, nagle okazało się, że niegdysiejsze wydające się fascynującym mocne „Accupchasowe” podkręcenie temperatury prezentowanej muzyki, teraz gdy dostało nieco luzu w górnych partiach wokalnych i odrobinę konturu na dole, zaczęło pokazywać wcześniej umykające gdzieś w otchłani zaokrąglania realizatorskie smaczki. Ale zaraz zaraz, przecież to nie są smaczki, tylko pełnoprawne informacje o artykulacji zgłosek przez danego artystę, czy nie do końca dobrze szarpniętej strunie lutni, dlatego tym bardziej należy się pochwała za wprowadzone przez zespół konstruktorów zmiany. Gdy doszliśmy do tematu opisu brzmienia, zacznę od zasygnalizowanego na wstępie wyboistego pola walki. Jak widać na zdjęciach, moje dyżurne ISIS-y stoją przed ich starszymi braćmi, czyli Duke-ami, co wprowadzało dodatkowy aspekt sprawdzenia umiejętności budowania sceny muzycznej. Wracając do inicjującego ten problem wcześniejszego akapitu chcę powiedzieć, że jeśli przy takich ograniczeniach wzmacniacz Accupchase’a budował u mnie spektakl daleko pod tylną ścianą, to raczej nie musicie się obawiać o wyniki tego punktu testowego w Waszych, idealnie przygotowanych warunkach lokalowych. Oczywiście nie mówię tylko o samej głębokości, ale również o pełnym rozplanowaniu artystów na całej obszarze międzykolumnowym. Na przestrzeni kilku lat zabawy w audio zdążyłem przekonać się kilkukrotnie, że nie jest to taka łatwa sprawa, tak więc gdy dodamy do tego nietypową, osiągającą 50 cm szerokości frontową płaszczyznę moich kolumn, ów wynik w zakresie zagospodarowania areny dla artystów mówi sam za siebie – jest bardzo dobrze. OK, a co z innymi gatunkami muzycznymi? Gdy sięgam pamięcią, przypominam sobie, że właśnie ta krągłość dźwięku Japończyków pozwalała na dość swobodne poruszanie się pa takich rejonach, jak elektronika czy choćby ostry metal. Nie przepadam za wykańczaniem swoich narządów słuchu nadmierną ilością świstów i pisków, dlatego byłem ciekawy, co zdarzy się z takim repertuarem po kosmetycznym przekierowaniu strojenia brzmienia Accu. Na szczęście przywołane ruchy w formowaniu sygnatury dźwięku nie odbiły się uwolnieniem ze smyczy sybilantów, tylko podobnie do muzyki barokowej dostałem większy wgląd w nagranie, jednak nadal z dozą przyjemnego koloru. Masseive Attack, Precival, czy Peter Molvaer brzmieli nader przyjaźnie z dobrym akcentowaniem skrajów pasma. Oczywiście mój punkt odniesienia robił to lepiej, ale zważmy, że deliberujemy nad kilka razy tańszym wzmacniaczem zintegrowanym, który nie rzucając ręcznika dzielnie walczył jak równy z równym. Reasumując był to dla mnie bardzo owocny w pozytywne odczucia okres, ponieważ uświadomił mi, że bijąca z aparycji zewnętrznej słodkość nie jest głównym nurtem generowanej porze testowane urządzenie muzyki. Otwarta góra i podkreślony ostrzejszą kreską bas idealnie współgrają z kroczącym barwą środkiem. Czegóż chcieć więcej?
Teoretycznie nasz test zdążałby już ku końcowi, gdyby nie zaimplementowany w recenzowanej wersji przetwornik cyfrowo-analogowy. To najczęściej jest dodatkową opcją, dlatego z reguły jako nowość jest niedostępna. Tymczasem dzięki zaangażowaniu dystrybutora dostaliśmy wypasioną wersję i mogłem zderzyć się z możliwościami marki w dziedzinie zmiany sygnału z cyfry na analog. Przesłuchana podobna do wcześniej seria pozycji płytowych nie burząc zdobytego wcześniej dobrego postrzegania dała bardzo jasny przekaz. DAC konsekwentnie podążał drogą wytyczoną przez sam wzmacniacz, czyli porcja świeżości na górze i konturu na dole, a wszystko okraszone znanym z wcześniejszych konstrukcji balsamem koloru. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to może być pochodną obróbki całości sygnału przez dawcę obudowy. Niemniej jednak, granie z mojego napędu potwierdziło, że jeśli szukacie nieco więcej błyskotliwości uwielbianego przez Was Accupchase’a, nawet funkcja przetwornika D/A testowanej dzisiaj 470-ki jest bardzo ciekawą, niosącą ze sobą bardzo dobry dźwięk propozycją.
Jak wiemy, oczekiwania klientów cały czas ewoluują. Oczywistą sprawą jest, że konstruktorzy to widzą i nie udowadniając wszystkim na siłę swoich racji podążają za owymi zmieniającymi się potrzebami. Jednak dobrze, że nie robią tego zbyt radykalnie, gdyż całkowite odejście od wypracowanych przez lata przymiotów mogłoby zakończyć się klęską. Jeszcze parę lat temu markę Accupchase postrzegałem bardziej przez pryzmat wyglądu niż dźwięku, ale ewidentnie czuję w kościach- ups. przepraszam słyszę w uszach, że coraz bliżej nam do wspólnego romansu. To prawdopodobnie wymagałoby wymiany posiadających swój sznyt grania kolumn, ale już przy obecnych ISIS-ach wyraźnie słychać potencjał drzemiący w najnowszych odsłonach japońskich produktów. Kto wie, jak potoczy się moje życie w kontekście opisywanego dzisiaj producenta, jeśli jednak z jakiś przyczyn stoicie na audiofilskim roztaju dróg, nie ociągajcie się, tylko zasmakujcie nowości z kraju samurajów. Naprawdę warto.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Nautilus / Accuphase.pl
Cena: 34 900 PLN
Dane techniczne:
Moc wyjściowa (rms): 180 W/8 Ω; 260 W/4 Ω
THD (obydwa kanały wysterowane równocześnie, pasmo 20-20 000 Hz): 0,05%
Zniekształcenia intermodulacyjne (IM): 0,01%
Pasmo przenoszenia: 20-20 000 Hz (+0/–0,5 dB), dla pełnej mocy; 3-150 000 Hz (+0/–3 dB), dla mocy 1 W
Współczynnik tłumienia (Damping factor): 500 (8 Ω)
Zalecana impedancja kolumn: 4 – 16 Ω
Regulacja barwy dźwięku:
BASS: 300 Hz/10 dB (50 Hz); TREBLE: 3 kHz/10 dB (20 kHz)
Loudness: +6 dB (100 Hz)
Stosunek sygnał/szum (ważony, A): wejście RCA: 109 dB; wejście na końcówki mocy: 125 dB
Pobór mocy: 92 W (bez sygnału wejściowego) | 611 W (przy obciążeniu 8 Ω)
Wymiary (SxWxG): 465 x 181 x 428 mm
Waga: 24,5 kg
System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz liniowy: ROBERT KODA Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Elite One, to pierwszy model z włoskiej stajni Nime Audio Design.
Niezwykłe kolumny podstawkowe, których obudowy wykonane są ze stali i aluminium, a zastosowane przetworniki, to wysokiej klasy ceramiczne modele od Accuton.
ELITE ONE jest przeznaczony dla tych, którzy są najbardziej wymagającymi miłośnikami dobrego brzmienia i jednocześnie, oczekują tego od głośników w kompaktowych rozmiarach. Potężny i głęboki dźwięk z niedużej kolumny o pięknym designie.
Produkty Nime Audio Design, produkowane są ręcznie, przez najwyższej klasy rzemieślników. Nime Audio wybiera do swoich produktów, tylko najlepszej jakości materiały i komponenty. Zwrotnica głośników znajduje się w dodatkowej obudowie, aby oddzielić ją od przetworników w celu wyeliminowania zakłóceń.
Innowacyjny i nowoczesny design łączy się z zastosowaniem stalowych i aluminiowych materiałów zapewniających lepsze warunki akustyczne.
Nime jest dostępny w satynowej stali chromowanej lub lakierowanej na indywidualne zamówienie.
Dedykowane standy są oferowane wyłącznie z polerowanej lub satynowej masywnej stali, wraz z kolcami w celu oddzielenia od podłoża.
Dzięki liniowemu przebiegowi impedancji, Nime – Elite One są głośnikami łatwymi do napędzenia dla większości wzmacniaczy tranzystorowych i lampowych.
Masywna konstrukcja i znaczna waga stojaka wraz z możliwością przykręcenia go do kolumn, zapewnia wysoką stabilność i sztywność, oraz tłumienie wibracji, co korzystnie wpływa na jakość dźwięku, szczególnie w zakresie niskich rejestrów.
Specyfikacja techniczna:
• Konstrukcja: dwudrożna, bass reflex
• Przetworniki: wysokotonowy – TW 25mm (1 cal) Thiel & Partner Accuton ceramiczna kopułka wklęsła;nisko-średniotonowy – 173mm (7W) Thiel & Partner Accuton ceramiczna kopułka wklęsła
• Częstotliwość: 43hz-20kHz
• Czułość: 88 dB SPL (2,83v / 1m)
• Impedancja: 8 Ohm, minimum 7 Ohm
• Zalecana moc wzmacniacza: 15- 120 WattsRMS
• Wymiary obudowy: 310mm * 270mm * 430mm (wysokość, szerokość, głębokość)
• Wymiary standu: 1180mm * 450mm * 800mm (wysokość, szerokość, głębokość)
• Wykończenie obudowy: polerowane lub matowe czarne, błyszczące białe lub kolory niestandardowe
• Wykończenie standu: chromowana lub satynowa stal, czarny
• Waga 45 kg/szt
• CENA – 72900zł / para
Opinia 1
Gdybyśmy przyjrzeli się głównym nurtom budowy kolumn, tak na szybko wymienilibyśmy konstrukcje tubowe, zamknięte, wspomagane bas refleksem, linią transmisyjną, czy też odgrody. Dogłębna analiza tego zagadnienia prawdopodobnie przyniosłaby kolejne pozycje, jednak z uwagi na fakt, że nasz dzisiejszy bohater znajduje się w wymienionej przed momentem puli, nie będę zbytnio rozwadniać przygotowującego nasze dzisiejsze spotkanie tekstu. Tak więc przystępując do prezentacji zdradzę, że będziemy zajmować się kolumnami opartymi o biegnącą za 20-to centymetrowym papierowym głośnikiem nisko-średniotonowym tubę wspomaganą kompresyjnym, ubranym w będący wylotem drewnianej tubki gustowny golfik wysokotonowym berylowym driverem kompresyjnym. Przyznam się szczerze, byłem bardzo ciekawy, jak wypadło strojenie zastosowanego tutaj potomka przecież czasem agresywnego megafonu. Nie, nie miałem specjalnych obaw przed ewentualną porażką, gdyż producentem opisywanych konstrukcji jest manufaktura z landu postrzeganego jako ostoja solidności bez względu na dział gospodarki w jakim się obraca, czyli Niemiec. Chodziło raczej o odpowiedź, czy obroni się w pierwszym podejściu, czy będę musiał dać konstrukcji czas na dogrywkę. Zapraszam zatem do lektury relacji z mej kilkutygodniowej przygody z kolumnami Cessaro Chopin I dostarczonymi przez warszawski SOUNDCLUB.
Niestety jak na High End przystało, logistyka produktów z tego zakresu cenowego ma swoje ciemne strony, gdyż kolumna bez skrzyni transportowej może pochwalić się wagą przekraczającą 70 kilogramów, co nawet dla dwóch osób jest już poważnym wyzwaniem. Ale to tylko jeden z problemów, gdyż może na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale przy dość niewielkiej szerokości, konstrukcje są bardzo mocno rozbudowane na głębokość. Oczywiście jest to związane z uzyskaniem wymaganej długości tunelu strojącego najniższe pasmo przenoszenia. Jeśli jednak te dwie sprawy nie stanowią dla nas problemów, to w dalszej części wizualizacji naszych bohaterek mam tylko same dobre wieści. Jakie? Chodzi o styl wykończenia, czyli przepiękny naturalny jasny fornir z wyraźnie zaznaczonym ciemnym słojem na ściankach bocznych i połyskującą czerń ściany przedniej z osadzonymi na niej głośnikami. Może dla niektórych wielbicieli muzyki taki design jest lekko przesadzony, ale ja odbieram to jako bardzo ciekawy zabieg designerski. Co więcej, tą swoistą zebrą drewna egzotycznego może pochwalić się również wycinek sfery będący korpusem tuby wysokotonówki. Całość konstrukcji postawiono na wkręcanych w boczne panele zakończonych talerzykami stopkach. Jeśli chodzi o panel przyłączeniowy, to nie jest zbytnio rozbudowany, gdyż oferuje nam jedynie pojedyncze terminale głośnikowe. Dla wyczynowców to za mało, gdyż twierdzą, że każda część pasma ma mieć swój port przyłączeniowy, ale dla większości populacji jawi się jako zaleta, ponieważ niejako z rozdzielnika zaleca użycie pojedynczego przebiegu kabli głośnikowych. W moich kolumnach mam podwójne okablowanie, dlatego z autopsji wiem, czym to pachnie i nie dziwię się konstruktorom, że gdy nie widzą takiej potrzeby i nie usiłują dorabiać zbytecznej teorii do swoich wyrobów li tylko dla podniesienia ich prestiżu.
Mogące pochwalić się nazwiskiem naszego znanego na całym świecie kompozytora kolumny miały okazję spróbować swoich sił w dwóch konfiguracjach, z której pierwszą okazał się 11-towatowy system Audio Tekne, a drugą również japoński, jednak oparty już o tranzystorową końcówkę mocy dyżurny zestaw Reimyo. Wniosek? Trochę nieoczekiwany, ale bardzo dobrze świadczący o testowanych konstrukcjach. Jak wspomniałem, na pierwszy ogień poszło wzmocnienie lampowe, co pokazało Niemców w bardzo korzystnym świetle, gdyż tryskająca gęstością przy pełnej selektywności i rozdzielczości dźwięku elektronika AT zaprosiła mnie do fantastycznie zaprojektowanej akustycznie z dobrze zagranym recitalem sali koncertowej. Skąd wiem, że sprawy oddania akustyki są ważnym aspektem Cessaro? Tak się złożyło, że były ostatnią kompilacją testową przywołanego przed momentem zestawu lampowego i dopiero wpięcie Chopinów wzniosło tamtą konfigurację na bardzo mocno wyśrubowaną poziom wierności oddania zamierzeń realizatora przez zestaw audio. Ich występ pokazał mi, jakich rozmiarów jest każda zaproponowana przez pana za konsolą scena z jej głębokością, szerokością i tak tak, nie oszukujmy się wysokością. Gdybym dla odmiany już na początku testu naprawdę miał się do czegoś przyczepić, to po konfrontacji z kolejną odsłoną procesu recenzenckiego – set Reimyo – powiedziałbym, że bas w tym podejściu mógłby być nieco lepiej kontrolowany. Ale nie oszukujmy się, lampa dawała jedynie 11 Watów, a tranzystor 200. Idąc dalej tropem kompilacji lampowej muszę przywołać fajną spójność brzmienia w pełnym paśmie mimo zastosowania osadzonego w wywołującej lekkie stany lekowe tubie głośnika berylowego. Wiem, sam na co dzień mam tubkę, ale fobia pozostała, dlatego gdy tylko jest umiejętnie zaaplikowana z dumą oznajmiam to w swoich tekstach. Tutaj było nad wyraz dobrze, czego życzyłbym wielu innym konstruktorom kolumn. Pełna paleta informacji o perkusjonaliach i dający swobodę w wybrzmiewaniu muzyki pomiędzy kolumnami oddech w muzyce nie pozwalały na skracanie sesji odsłuchowych poszczególnych płyt, wręcz zmuszając do zaliczenia samoczynnego cofnięcia soczewki lasera do stanu spoczynkowego. I to wszystko przy wykorzystaniu często uważanych za zbyt ofensywne przetworników berylowych. O środkowej części pasma mogę napisać już tylko w samych superlatywach, gdyż trafiał idealnie w punkt temperaturowy z pełną gamą informacji o dziejących się w tym dziale zdarzeń. No, może w bardzo dużych nawałnicach dźwiękowych muzyki klasycznej z racji przywołanych niedostatków mocowych w zakresie rozdzielczości basu słychać było delikatne uśrednienia. Jednak przypominam o powodującej taki efekt konkretnej konfiguracji, a nie problemach samych zestawów głośnikowych. Gdy doszliśmy do samego basu, to oprócz tych nieco na wyrost przywołanych sprawach utrzymania go w ryzach, gdy odtwarzany materiał muzyczny i jego wolumen niebyły demonami przyprawiającymi przeciętnego melomana o ból głowy, pokazywał się z jak najlepszej strony. I tym optymistycznym akcentem chciałbym przejść do próby tranzystorowej, która jak wspomniałem wcześniej, była lekko zaskakująca, ale szła w nader bardzo pozytywną stronę. Chodzi mianowicie o pełne wysterowanie najniższych rejestrów bez względu na poziom odkręcenia gałki Volume, ale również mimo delikatnego przeniesienia środka ciężkości o oczko wyżej całości przekazu nie dryfowała ku drażniącej i bardzo męczącej na dłuższą metę natarczywości. Bas był krótszy, ale nadal w dobrej ilości, a środek mimo mniejszego wysycenia konsekwentnie bronił się przed utraceniem wcześniej zdobytych punktów dodatnich. Ciekawe, że same górne rejestry lekko zwiększając iskrę blach nadal panowały nad niechcianymi wyskokami. Po prostu otrzymałem nieco zwiewniejszy, jednak nadal homogeniczny dźwięk. Czegóż chcieć więcej? Oczywiście zaznaczam, że zawsze można lepiej i to, co napisałem należy przefiltrować przez pryzmat bardzo wrażliwej na zaaplikowaną elektronikę konstrukcję. Kto choćby raz zakosztował złych aplikacji takich produktów, wie, czym kończą się nie do końca dopracowane produkty. „Nasze” Cessaro Chopin I pokazały, iż w tej materii odrobiły lekcje i zmusiły tuby do emisji bardzo fizjologicznego dźwięku nawet pod czas pracy z końcówką tranzystorową. Tutaj jednak chciałbym ostrzec potencjalnych zainteresowanych, gdyż mimo wydawałoby się sporej łatwości konfiguracyjnej testowanych niemieckich konstrukcji należy przygotować się na ewentualne nie do końca udane połączenia. To naprawdę są bardzo chimeryczne konstrukcje i tania, po omacku aplikowana elektronika może już w zarodku zabić piękno podobnych produktów. Osobiście podczas zabawy miałem dwa może nieco różniące się poziomem nasycenia, ale jednak brylujące w kolorze zestawy. Tymczasem, jeśli ktoś z Was posiada set ocierający się o anoreksję, może odczuć to jako pewne zmanierowanie kolumn. Ale czy nie o to w tej zabawie chodzi, by przed osiągnięciem nirwany powalczyć z mającą swoje maniery elektroniką? Kończąc ten test chciałbym przywołać kilka słuchanych podczas testu krążków, które mimo że pokazane w innej estetyce miały swoje bardzo dobre strony. Tak się złożyło, że obie konfrontacje odbyły się przy użyciu źródła analogowego, dlatego w procesie oceniania sięgnąłem po trochę inny niż z kompaktu repertuar, ale w obu przypadkach ten sam. I tak na pierwszy ogień poszedł „I Koncert Fortepianowy” Czajkowskiego. Fenomenalne rozplanowanie muzyków wraz z ich pełną lokalizacyjnością dały pełny wgląd w międzykolumnową przestrzeń. Poszczególne następujące po sobie sekcje muzyków idealnie wodziły za sobą moje zmysły w obu odsłonach testowych. Jedyną mogącą rodzić jakiekolwiek dyskusje różnicą było przywołane lekkie zaburzenie rozdzielczości w najniższych rejestrach przy dużej masie naładowanego informacjami dźwięku. Ale nie był to „szekspirowski” dramat, tylko spowodowane możliwościami sprzętu towarzyszącego naprawdę lekkie uśrednienia. Jednak gdy spojrzymy na wierność oddania barw instrumentów, lampa była w przewadze. Zmiana repertuaru na jazzowy ze stajni ECM oprócz osadzenia w kolorze nie przynosiła już takich wielkich różnić w oddaniu basu. Wolne frazy cyzelowanego dźwięku w obu konfiguracjach sprawiały identyczną radość. Oczywiście stały na innym szczeblu temperaturowym, ale to było tylko inny punkt widzenia, a nie gorsza prezentacja. I gdy na koniec na talerzu gramofonu wylądowała produkcja grupy Massive Attack, okazało się, że i sztucznie generowane granie nie jest najmniejszym problemem dla opisywanego dzisiaj produktu z Niemiec. Pewnie można lepiej, ale nie oszukujmy się, nikt nie kupuje wysokoskutecznych kolumn do elektronicznego łojenia. Cessaro Chopin I są dla koneserów, którzy przedkładają smak ponad ilość. Koniec kropka.
Ten test pokazał mi, że świat kolumn o wysokiej skuteczności nie jest zarezerwowany jedynie dla słabych wzmocnień. Okazuje się, że czasem teoretycznie spore przewymiarowanie mocowe przynosi ciekawe i zarazem pozytywne skutki. To oczywiście nie jest regułą, ale całe opisywane doświadczenie udowodniło, iż niemiecka myśl techniczna mimo niejako z założenia nastawiona na współpracę z cherlakiem, spokojnie radziła sobie z tryskającymi mocą tranzystorowym bulterierem, dobitnie pokazując tym, że jest bardzo uniwersalną konstrukcją. I jest to bardzo dobra wiadomość, gdyż od tego jest już bardzo krótka droga do Waszej decyzji w sprawie bliższego zapoznania z taką szkołą grania. Bas bez sztucznych podbarwień i dobrze zaimplementowane przetworniki z łatwością pokazują znany Wam wcześniej świat muzyki w nieco innej niż typowe konstrukcje kolumn specyfikacji. I według mnie już ten aspekt powinien skłonić Was do prób z własnym zestawem.
Jacek Pazio
Opinia 2
Jakoś tak się potoczyły nasze losy, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy oprócz mniej bądź bardziej konwencjonalnych konstrukcji głośnikowych przez naszą redakcję przewinęły się dwa modele tubowe. Pierwszymi były pełnokrwiste high-endowe kolosy, czyli Avantgarde Acoustic Trio a drugimi wspomagane w górze pasma całkiem pokaźną tubą niemalże kompaktowe Davisy Monitor One. Tym razem jednak dotarły do nas konstrukcje będące niejako średnią arytmetyczną sumy powyższych poprzedników. Tubkę znajdziemy bowiem w nich zarówno na dole, jak i na górze pasma, lecz całkiem cywilizowane gabaryty, szczególnie w porównaniu z Trio, pozwalają uznać je za akceptowalną przez nieskażonych audiofilizmem domowników propozycję nawet w konwencjonalnych warunkach lokalowych. Mowa o najmniejszych z rodziny i zarazem otwierających ofertę niemieckiego Cessaro kolumnach o znajomo brzmiącej nazwie Chopin.
Tytułowe Cessaro to zgrabne i intrygujące, acz niewątpliwie słusznych rozmiarów kolumny. Przy wzroście 130 cm warto brać również pod uwagę ich głębokość, która niebezpiecznie zbliża się do 80cm. Całe szczęście wagowo wypadają na tyle akceptowalnie, raptem 70 kg / szt., że dzięki eleganckim, gładko wykończonym nóżkom bez problemu można samodzielnie je przesuwać po podłodze. Jak na wysokoskuteczne, dwudrożne tuby przystało górę obsługuje jednocalowy berylowy tweeter TAD-a z napędem Alnico a niższe częstotliwości przypadły ośmiocalowemu przetwornikowi z celulozową membraną i również szlachetnym magnesem Alnico wspomaganym przez słusznych rozmiarów tubę z wylotem widocznym na pokrytym czarnym lakierem fortepianowym froncie. Przepięknie wykończona obudowa ma strukturę kanapkową a grubość ścianek wynosi przy tubie 40 mm. Uwagę zwraca również precyzyjnie wykonany drewniany kołnierz tubki wysokotonowej. Co ciekawe nie jest to okleinowany MDF, lecz lite drewno z gatunku Zebrano wyprofilowane zgodnie z zaawansowanymi symulacjami komputerowymi i perfekcyjnie wykonane na obrabiarkach CNC. Terminale głośnikowe są pojedyncze i akceptują każdy rodzaj konfekcji, dzięki czemu nie musimy łamać sobie głowy dylematami dotyczącymi właściwego wyboru okablowania na górę, oraz średnicę i dół pasma, bądź tych związany z ewentualną degradacją sygnału przez firmowe zworki.
Opis brzmienia Cessaro zacznę dość nietypowo, bo od dołu pasma, który z niemieckich kolumn prowadzony jest niezwykle karnie a przy tym dość zuchwale zapuszcza się w zaskakująco niskie rejony. Co ciekawe wyższe częstotliwości basowe grane są w tzw. punkt a im niżej schodzimy tym większy spadek skuteczności będzie dochodził do głosu. Tzn. bas nadal tam jest i nadal jest reprodukowany, lecz jego obecność staje się coraz bardziej eteryczna, wycofana. Przykładowo otwierający progresywny album „Shrine Of New Generation Slaves” Riverside potężny i patetyczny utwór “New Generation Slaves” wypadł całkiem przekonująco. Natywna szorstkość i rasowy, rockowy brud zabrzmiały namacalnie, acz nienachalnie a basowe uderzenia wcale nie charakteryzowała anoreksja a jedynie większa aniżeli z naszych dyżurnych Isisów zwiewność. Również bardziej łobuzerski repertuar, pomimo początkowych obaw zaprezentowany został z właściwą sobie zadziornością. Pulsujący beat „Below The Belt” Danko Jonesa udzielał się nawet najbardziej ospałym słuchaczom a to, że uderzenie stopy, bądź najniższe partie gitary basowej nie miażdżyły nam trzewi jakoś z łatwością możemy wybaczyć. Jeśli dziwnym wydaje się Wam pomysł włączania na takich kolumnach iście wybuchowej mieszanki tego, co najlepsze w twórczości Iron Maiden, AC/DC, czy Garego Moore’a to spieszę z wyjaśnieniami, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Bowiem między bajki z mchu i paproci należy włożyć opowieści, jakoby tuby nie nadawały się do rocka i metalu. Otóż tuby, jak i praktycznie każdego typu kolumny zdolne są zagrać i to dobrze praktycznie dowolny repertuar, jednak musi być spełniony jeden „drobny” warunek – muszą być dobrze zaprojektowane i jeszcze lepiej wykonane a tego Cessaro odmówić nie sposób.
Liniowość i homogeniczność reprodukowanego pasma wskazywały na idealne zszycie obu przetworników, choć aby to w pełni sobie uświadomić należy wspomnieć o kolejnej cesze, która we właściwy sobie sposób warunkuje prawidłowy odbiór rzeczywistych możliwości soniczny Chopinów. Chodzi o krytyczną dla tytułowych kolumn kierunkowość. Warto bowiem poświęcić im dłuższą chwilę i możliwie precyzyjnie ustawić je „na siebie” a dokładnie na nasze ulubione miejsce odsłuchowe. O ile nawet przy dogięciu na tzw. oko będzie co najmniej OK., to jednak, jeśli zależy nam na dokładnej lokalizacji źródeł pozornych na szerokiej i niezwykle głębokiej scenie kreowanej przez Chopiny, to przyda się pomoc drugiej osoby, która dokonywać będzie stosownych korekt, kiedy my zajmować będziemy dyżurne miejsce odsłuchowe. Powyższe działania procentować będą szczególnie przy większych składach, jak np. na „Spotkaniu” – albumie z muzyką Bronisława Kapera i Jana A.P. Kaczmarka w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Gorzowskiej pod batutą Moniki Wolińskiej. Otwierający album utwór „Hi-Lili, Hi Lo” rozpoczyna się partią skrzypiec z akompaniamentem fortepianu i dopiero potem wchodzi pełny aparat orkiestrowy, co pozwala z łatwością określić, czy kolumny grają dokładnie w nasz sweet spot, czy jeszcze trzeba nad tematem popracować. Podobnie jest z tematem z „Niewiernej” („Unfaithful”), gdzie instrumentem przewodnim jest fortepian a orkiestra tworzy jedynie tło dla jego poczynań. Właśnie w takich nagraniach Cessaro rozwijają skrzydła, sprawiają, że czas zwalnia a życie staje się bardziej znośne. Nieśpieszne tempa, precyzyjna gradacja planów pozwalają odetchnąć od codziennej gonitwy. Usiąść wygodnie wśród innych złaknionych muzycznych przeżyć na widowni i dać się ponieść pięknym melodiom.
Wbrew stereotypowym opiniom wygłaszanym na temat konstrukcji tubowych brzmienie Chopinów z pełną odpowiedzialnością można określić mianem nie tyle neutralnego, co na pewno naturalnego. Barwy są soczyste i nasycone a szybkość narastania dźwięków i ich natychmiastowość wypadają wręcz zjawiskowo. „Saxophone Colossus” Sonny’ego Rollinsa zabrzmiała wprost porywająco. Pomimo leniwego tempa swingujący rytm nie pozwalał spokojnie usiedzieć w miejscu gdyż każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk „dział się” w intymnym, stworzonym wyłącznie dla nas mikrokosmosie. Barwa saksofonu Rollinsa była pełna, dojrzała, lecz daleka zarówno od krzykliwości, jak i asekuracyjnego uśrednienia. Jeśli zachodziła taka potrzeba potrafił czarować ciemną, niemalże karmelową tonacją, by za chwilę odezwać się z zadziorną chropowatością, bądź zalśnić krystalicznie czystymi górnymi rejestrami. W dodatku fizyczną niemożnością było wyłapanie momentu przejścia z jednego przetwornika na drugi, więc temat ewentualnych „szyć” również możemy uznać za niebyły. Ne należy również zapominać o wspominanej wcześniej natychmiastowości. Wsłuchajcie się Państwo co wyczynia Max Roach przy perkusji. Z delikatnego „głaskania” werbla i blach z prędkością błyskawicy potrafi wyprowadzić szaleńcze i zagmatwane niczym węzeł gordyjski solo, które aby w pełni docenić należy przesłuchać co najmniej kilka razy. A w sesji wzięli przecież udział Tommy Flanagan przy fortepianie i Doug Watkins na kontrabasie. Niby niewielki skład i dość spokojny repertuar a gdy tylko do jego reprodukcji zaangażujemy najmniejsze Cessaro to wręcz nie sposób się od niego oderwać.
Dochodzimy w tym momencie do clue charakterystyki Chopinów – do niezwykle angażującego sposobu prezentacji niepozwalającego na zachowawczą obojętność podczas ich odsłuchu. To nie są kolumny, przy których włączając muzykę można zająć się codziennymi obowiązkami, papierologią, czy prowadzeniem małej księgowości. One nie tyle wymagają uwagi, co całą naszą uwagę po prostu apodyktycznie i bezdyskusyjnie zawłaszczają.
Jacek w pierwszej części niniejszej recenzji testował Cessaro Chopin I w dwóch systemach – ultra high-endowym opartym na lampowej elektronice Audio Tekne i drugim – naszym dyżurnym. W moim przypadku sytuacja była zdecydowanie prostsza i jednoznaczna, gdyż przy moich preferencjach repertuarowych set AT postawiony by został w mało komfortowej sytuacji, dlatego też wszystkie powyższe obserwacje dotyczą odsłuchów prowadzonych z użyciem dzielonej amplifikacji Reimyo. Mam nadzieję, że tych kilka wersów będzie dość interesującą wskazówką dla wszystkich fanów nie zawsze najlżejszych i najpiękniejszych brzmień, jakie był łaskaw do tej pory stworzyć i nagrać gatunek ludzki. Wskazówką mówiącą, że wcale nie są zdani na konwencjonalne konstrukcje „skrzynkowe” z prostym i niestety nie do końca eleganckim wspomaganiem najniższych składowych otworami basrefleks. Chopiny udowadniają, że z mocnym, tranzystorowym piecem też są w stanie pokazać prawdziwy rockowy pazur a szybkością i namacalnością dźwięku potrafią zabić ćwieka niejednemu utytułowanemu konkurentowi.
Marcin Olszewski
Na testy kolumny dostarczył: SoundClub
Cena: 31 155 €
Dane techniczne:
Konstrukcja: dwudrożna
Moc: 20 W
Impedancja: 6 Ω
Skuteczność: 97 dB (1 W/1 m)
Max SPL: < 109 dB
Pasmo przenoszenia: 30-20 000 Hz
Wymiary: 1320 (W) x 340 (S) x 780 (G) mm
Waga: 70 kg /szt.
System wykorzystywany w teście:
– CD/DAC: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX
– przedwzmacniacz: Reimyo CAT – 777 MK II; AUDIO TEKNE TFA-9501
– końcówki mocy: Reimyo KAP – 777; AUDIO TEKNE TM-9502
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA ; AUDIO TEKNE TEA-9501B
Począwszy od lutego 2016 na polskim rynku dostępny będzie kondycjoner Isol-8 MiniSub Chroma. Jego cenę ustalono na 6.490 złotych.
MiniSub Chroma łączy w sobie rozwiązania z wcześniejszych modeli VMC1080 oraz MiniSub Wave. MiniSub Chroma ma łącznie 6 wyjść. Zastosowano trzy różne typy wyjść dopasowanych do potrzeb różnych urządzeń. Jedno wyjście dla sprzętu wideo (telewizory, monitory), trzy wyjścia dla urządzeń o niskim-średnim poborze prądu i dwa wyjścia dla urządzeń o wysokim poborze prądu.
MiniSub Chroma ma wspólne dla wszystkich wyjść zabezpieczenie przeciwprzepięciowe. Natomiast filtry są osobne dla każdego wyjścia, aby poszczególne urządzenia były izolowane od siebie nawzajem, tak by zakłócenia generowane przez urządzenia składające się na system AV użytkownika nie zakłócały nawzajem swojej pracy.
Gniazdo dla urządzeń wideo wykorzystuje układy pochodzące z kondycjonera VMC1080. Filtr (transmodal filter) blokuje zarówno zakłócenia wspólne jak i różnicowe, a przy tym nie transmituje zakłóceń do masy. Wersja filtra dla urządzeń wideo ma ma szerokie pasmo działania. Filtry dla wyjść nisko-średnioprądowych także blokują zakłócenia wspólne, zakłócenia różnicowe i nie transmituje zakłóceń do masy (transmodal filter). Dla wyjść wysokoprądiwych zastosowano wielostopniowe filtry ze specjalnie nawijanymi elementami o bardzo niskiej impedancji, aby nie pogarszać dynamiki.
Do produkcji MiniSub Chroma wykorzystywane są polipropylenowe kondensatory, cewki Mundorf OFC, wysokiej jakości konkektory, własne dławiki Isol-8.
Dane techniczne kondycjonera Isol-8 MiniSub Chroma:
Wymiary SWG: 444 * 85 * 305 mm (bez konektorów)
Masa: 7,5 kg
Maksymalny prąd łączny na wszystkich wyjściach: 10A
Maksymalny prąd na wyjściu wysokoprądowym: 10A
Maksymalny prąd na wyjściu nisko-średnioprądowym: 6A
Maksymalny prąd na wyjściu wideo: 4A
Dystrybucja: Moje Audio
Wrażeniami ze swojej pierwszej wizyty w kamienicy przy ul. Marcinkowskiego 22 w Bydgoszczy, gdzie mieszczą się siedziby Audio-Connect i Albedo dzieliłem się ponad rok temu (link). Stylowe, XIX w. wnętrza, świetna atmosfera i płynący zdecydowanie wolniej niż w stolicy czas sprawiły, że po raz kolejny zaglądając niemalże w celach czysto towarzyskich spędziłem tam ładnych parę godzin.
O ile poprzednim razem, atrakcją weekendu okazały się monitory Diapason Adamantes III 25th to w minioną środę splendor smakowitości i nowości spłynął na zdecydowanie większe grono audiofilskich specjałów. Pierwszą marką, na którą chciałbym w tym momencie zwrócić uwagę jest hiszpańska Ars-Sonum, którą z dumą reprezentowały dwa niezwykle eleganckie zintegrowane wzmacniacze lampowe – Filarmonia oraz Gran Filarmonia. Z powyższej pary, mniejszy z nich – Filarmonia dysponował całkiem zadowalającą, jak na takiego malucha mocą 2 x 30 W / 8 Ω, a większy 2 x 60 W / 8 Ω, z czego do 40 W oddawane jest w klasie A przy zniekształceniach mniejszych niż 0,5%. Niestety z powodu oczywistych przy tego typu wizytach ograniczeń czasowych miałem okazję jedynie pobieżnie zapoznać się z możliwościami wyższego modelu, lecz to, co dane mi było usłyszeć sprawiło, że nabrałem nieodpartej chęci zaznajomienia się z nim w bardziej kontrolowanych warunkach. Nie uprzedzając jednak faktów spokojnie można uznać, że osoby poszukujące niemalże bezobsługowej a przy tym śmiesznie taniej (jak na urządzenie lampowe) pyszniącej się bursztynowym światłem rozżarzonych baniek i zdolnej napędzić nawet wymagające konstrukcje integry czym prędzej powinni wpisać Gran Filarmonię na listę do sprawdzenia. W ramach niezobowiązującej rekomendacji mogę jedynie nadmienić, że klasa i finezja brzmienia oferowane przez ww. lampowca całkiem zgrabnie korespondowały z konkurencyjną amplifikacją pod postacią przedwzmacniacza Art. Audio Conductor i bardzo mile przez nas wspominanej końcówki mocy Wells Audio Innamorata. Oczywiście sugerowaną na wstępie nowość spokojnie można wziąć w całkiem pokaźny cudzysłów, gdyż ww. marka przez bydgoski salon reprezentowana jest od drugiej połowy marca ubiegłego roku, lecz skoro jakoś do tej pory nie zauważyliśmy ani zbyt dynamicznej kampanii reklamowej, ani tym bardziej powszechności testów to uznałem za stosowne o fakcie istnienia takowych specjałów wspomnieć.
A teraz najwyższa pora na nowość prawdziwą, niezaprzeczalną i równie smakowitą jak wyroby pobliskiej Cukierni Sowa z fenomenalną roladą „Bezowa Rozkosz” na czele. Mowa o przybyłych zaledwie w zeszłym tygodniu kolumnach jednej z najstarszych francuskich manufaktur Jean-Marie Reynaud. W chwili mojej wizyty żmudnemu procesowi wygrzewania poddawane były trzy widoczne na zdjęciach modele. Patrząc od zewnątrz niezwykłą dbałością o detale i fenomenalną stolarką zachwycały podstawkowe monitory Offrande Suprême V2, podłogówki Orféo Suprême V2 z charakterystycznie wydzieloną sekcją wysokotonową, i niepozorne gabarytowo, lecz zaskakująco dziarsko sobie poczynające niewielkie podłogówki Euterpe Supreme. Jak już zdążyłem wspomnieć załapałem się na ich okres akomodacyjny, lecz mimo tego słychać było już od pierwszych taktów, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Autorska aplikacja wstęgowych przetworników wysokotonowych w Offrande Suprême V2 i Orféo Suprême V2 zaowocowała niezwykłą spójnością i homogenicznością dźwięku charakteryzującego się zarazem urzekającą rozdzielczością pozbawioną jakichkolwiek oznak krzykliwości i napastliwości. Słowem prawdziwy Wersal.
Niejako na deser zostawiłem kilka perełek winylowego vintage’u i wcale nie mam w tym momencie na myśli jakiś allegrowych szrotów z naprędce dorabianą ideologią unikalności, lecz prawdziwych przedstawicieli wagi ciężkiej japońskiej myśli technicznej. Jednak, aby je poznać należało udać się krętymi niczym w latarni morskiej schodami na górną kondygnację a tam … w równym rządku pyszniła się taka oto kwadra direct-drive’ów: Trio KP-700D, Victor QL-A75, Kenwood KP-1100, Denon DP-59L. Doskonale zdaję sobie sprawę, że po lekturze powyższej listy część z naszych zafiksowanych na punkcie analogu czytelników zaczęła nerwowo rozglądać się za środkami uspokajającymi, bądź kartą kredytową i prawdę powiedziawszy zupełnie im się nie dziwię, bo stan prezentowanych gramofonów można określić wyłącznie jako „gabinetowy”. Wszystkie w perfekcyjnym stanie, wymuskane i co najważniejsze na chodzie – gotowe do grania praktycznie od zaraz. Nie wierzycie? Weźcie zatem kilka swoich ulubionych płyt, wybierzcie się do Audio-Connectu i na własne uszy przekonajcie się co potrafią te wiekowe maszyny, a jeśli przy okazji okaże się, że efekty mycia LP domowymi sposobami pozostawiają wiele do życzenia, to zawsze można skorzystać z usług profesjonalnej ultra sonicznej maszynerii Klaudio.
Z zadowoleniem muszę przyznać, że potencjał nowej lokalizacji, o którym wspominałem już rok temu nie został zaprzepaszczony, lecz świetnie wykorzystany, co po prostu widać i co mam nadzieję będzie procentowało w przyszłych latach. Sukcesywne, acz niespieszne rozbudowywanie własnego niezwykle oryginalnego i ukierunkowanego na wytrawnego odbiorcę portfolio pozwala mi sądzić, że jest to słuszna, choć wcale nie najłatwiejsza droga. Nie ma przecież sensu ścigać się z masówką, skoro do zagospodarowania są ciekawe i wymagające fachowego doradztwa oraz a raczej orzede wszystkim wiedzy audiofilskie nisze. Serdecznie dziękując za gościnę szczerze życzę powodzenia i dalszego szczęścia w wyławianiu takich perełek, jak do tej pory.
Marcin Olszewski
Bardzo miło nam poinformować o oficjalnym wprowadzeniu na polski rynek najnowszej konstrukcji Niemieckiego producenta T+A elektroakutik – Przetwornika DAC 8 DSD – jest to urządzenie, projektowane przez ostatnie dwa lata. Rozwija już bardzo popularny dotychczas projekt DAC 8. Oficjalna premiera miała miejsce na tegorocznym CES w Las Vegas.
Technologicznie DAC 8 DSD – śmiało można powiedzieć – wytycza nową jakość i nowe pomysły dla urządzeń przeznaczonych do odtwarzania plików wysokiej rozdzielczości. Zastosowane rozwiązania, jak to często bywa w T+A, wyprzedzają bardzo znacząco produkty firm o podobnym charakterze – zastosowany na przykład w DAC 8 DSD T+A True 1 Bit Converter daje możliwość w bezstratny sposób odtwarzać DSD ultra wysokiej rozdzielczości. Urządzenie może służyć jako przedwzmacniacz w bardzo wymagającym systemie stereo i jest również wyposażone w wysokiej jakości wzmacniacz słuchawkowy.
Cena Detaliczna:
T+A DAC 8 DSD: 12 900 PLN
Dystrybucja:
HI-TON Home of Perfection
There is a saying “third time lucky”, yet this is about trying to achieve your goal and not about counting to get lucky. This is the reason, that when the tested device reached us for the first time, amongst dozens, or rather hundreds, of kilograms of electronics composing one of the dream systems (it was the Chario/Octave/Siltech one), probably due to the sheer amount of emotions, its presence was not so visible, and I did not leave it at home for a separate test. Fortunately I got a second chance, and this time my reflexes got better, so instead of describing the Ayon set provided by the distributor, composed of the CD-3sx and the Spitfire, I decided each of the two products deserves a separate review. Although we shared our impressions from the test of the Spitfire around mid January, I wanted to wait a bit with the CD player. It would be too much at once, and there are people who do not like too many reviews of only one brand popping out one after another. But over two weeks is a safe period, and now, without too much surfeit, we can present another example of the Austrian technology and learn, what Gerhard Hirt has to say in the digital world.
The Ayon CD-3sx, like my reference CD-1sx, belongs to the third, and at the same time, at least for now, latest generation of digital players from the Austrian company. Compared to its two predecessors, the changes were made to the output circuitry, drive, DAC section, analog volume control and the power supply. Compared to its smaller brethren, which I use on a daily basis, it seems that the main parts were improved, enlarged or doubled. Due to this, in the output stage we have not two but four 6H30 triodes, and there is a quartet of 6Z4 tubes in the power supply. In addition the preamplifier section has an analog volume control, and not a digital one like the CD-1sx. Those changes resulted in a slight increase of the external dimensions of the player. But you should not worry too much about that – the breath and height remained the same, the chassis is just 6 cm deeper. The element common for both devices is the single DAC chip Sabre ESS9018 supported by the AD797 opamps. The digital interface is handled by the XMOS chip – the same as in the Stratos.
I started the description of the design and setup of the player from the innards on purpose, as with the Ayon, once you have done one description of the player or amplifier, you can just copy/paste from that. This is the result of the unification, that reduces the costs for the manufacturer, as well as the characteristic design, perfected through the years, that results in immediate and priceless recognition of the Ayon brand. So I will just mention, that the CD-3sx is a classic top-loader with a centrally placed Stream Unlimited drive, covered with an acrylic, heavy top equipped with a small puck with magnets increasing its efficiency.
The whole chassis is made from massive brushed aluminum panels anodized black, with vent holes milled in it and protected with a mesh, that allow the tubes placed inside to have optimal thermal comfort. From the details, which you cannot see at first glance, and if you do not know the brand can be hard to find, I will mention the power switch located on the bottom close to the front left foot and switches near the back feet, separate for each channel, which activate if the player is placed in “Direct Amp” mode, that allow lowering the output level by 6dB. But before we come to the description of the switches, we should finish talking about the interface of the player. There is a red dot-matrix display, which does not only inform about the standard items of the played disc, but also about upsampling, filters, input signal (PCM/DSD), its parameters, active input and when we activate volume control also the volume level is shown. You should also remember that -60 means no signal and 0 maximum with the Ayon.
The navigation buttons are placed on the top cover in milled immersions. There are also lit halos around the knobs, which greatly help using the player in a dark room, and at the same time are not distracting, as they are invisible when sitting in your listening chair (similar to the display, which can be dimmed or switched off completely). A small thing, but very neat.
The back panel does not resemble a typical player. It is much closer to what we are used to seeing at a preamplifier or sound processor. But no panic – everything is placed very logically and ergonomically. The centrally placed power socket is low enough, that even the thickest cords will not interfere with the rest of the connections. On both extremes there are output sockets in RCA and XLR standards. Next to the right channel outputs there are three RCA analog inputs. The central part is occupied by digital interfaces. There is only one output – coaxial, but there is a multitude of inputs – AES/EBU, coaxial, optical, I2S RJ45 (Ethernet), USB and dedicated to DSD three BNC terminals (DSD-L, DSD-R and WCK for the clock). But this is not all, there is a section of switches that allow us to set the phase, gain, mode and activate the analog outputs. Although the last one allows to set RCA, XLR and RCA/XLR, the manufacturer warns, that this last setting, which activates both outputs at the same time, results in a compromise in terms of sound. My description would not be complete if I would forget about a small red LED indicating wrong polarity of the power supply.
We can compare switching from the 1 to the 3 to adding of specialty tuning to our already well equipped sports car. I am not thinking about adding some spoilers and a big exhaust, maybe some stickers all around, no not at all. We get maybe not the same, as it is much better, but completely competent, company sound. From the first notes we can hear it is on a higher level. There is more of everything, but we cannot talk about any artificial blowing up of the sound, there is no expansion of the virtual sources. Here we deal with the method of small steps, nuances, making the reproduced picture, the whole sound played by the player, is much more true to the original, or if you prefer, the recording on the source material. I am mentioning this on purpose, as with natural instruments we can, to some extent at least (depending how much contact we have with live music), assess the fact re-scaling has occurred, and to which extent this happened, yet with for example “The Very Best of Enya” or “Anastasis” Dead Can Dance, the amount of used electronic instruments makes this more difficult. With the CD-3sx everything is more palpable, more real, and this not due to an artificial increase of the contrast, by showing more contours, but by a kind of organic coherence and harmony. Looking at a panorama of the Alps on a cold winter morning, or architecture of Antonio Gaudi strolling through the streets of Barcelona, we do not look for any detail, but we do contemplate the beauty and the completeness of everything – the completeness of the view we see. The same thing is with the tested player. Instead of performing a soul-less analysis of the signal it gets, it performs a synthesis, it makes it homogenous, while avoiding the sin of averaging everything. It is perfectly capable of showing the differences in how the music was recorded, as well as differences in the quality of the material played. The mentioned “Anastasis” DCD sounds big with the Ayon, monumental and with clearly overcharged bass, but… this is the way it was recorded, and we cannot blame the Austrian player for the end result, as it is absolutely not its fault. You can reach for the phenomenal discs “Tartini secondo natura” and “The Devil’s Trill” Palladians, to become immediately absolutely sure, that the tonal balance and widely perceived truthfulness is very, very close to the ideal with the 3. Timbre, calmness, breath and phenomenal reproduction of the climate we get in the package, and all of this is within our reach.
But we cannot treat the 3sx as a CD-player only, as it would be extremely unfair. Gerhard Hirt and his team did not implement the very worked out DAC section and analog inputs for nothing. So I am happy to announce, that if you decide to but the tested player, the only things you need to be able to fully utilize its capabilities are a power amplifier and loudspeakers (hopefully good enough to not to lose anything). I will not mention cabling, as I had many times a chance to observe, that the Austrian electronics will show 99.9% of its potential regardless of the (high end) cables you will use to connect it. It does not complain, so you can experiment at home with any kinds of cables, being silver, copper, or anything else. In addition during the test at home, as well as with some other systems (this models turned out to be quite popular amongst my golden-eared acquaintances) I could not find anything to brag about, except for the lack of XLR analog inputs. Dynamics, timbre, precision in generating the sound stage and localization of the virtual sources fully deserve praise. No loss of detail, micro-information, or the plankton so loved by the audiophiles results in a substitute of being in a concert hall or recording studio. In addition we can eliminate another device from the sound path (and cables – what saves us money) shows, that such integration brings only positive results.
A similar situation is with the built-in DAC. Without a suitable transport, which would be able to utilize the BNC DSD terminals, I stayed faithful to my laptop, from which I could feed the 3 with different kinds of files via the USB interface, just like my 1. The differentiation between the various “densities” was obvious. The higher we got on the PCM/DSD/DXD ladder, the more the sound became open and organic. In addition there was no effect of “antiseptic sound”, there was no sterility, but the changes went in the direction of resolution known from real life, as we can observe an event in ideal lighting conditions.
The Ayon CD-3sx is on the top of the list of the conventional CD players of the manufacturer from Gratkorn. It is a device not only sonically brilliant, but also complete ergonomically – it can become the heart of a high-end system. A system, that can eliminate a standard preamplifier and a stand-alone DAC, allowing us to minimize the amount of cabling, and the money we save can be spent on a power amplifier, loudspeakers or the analog source.
Marcin Olszewski
Distributor: Nautilus / Ayonaudio.pl
Price: 26 900 PLN (29 900 PLN – special edition with 6H30DR NOS)
Specifications:
Conversion rate: 192 kHz/32 bit & DSD
Tubes: 6H30, 6Z4
Dynamic range : > 118 dB
Output level (1 kHz/0,775 V, -0dB, Low): 0 – 2,5 V/variable
Output level (1 kHz/0,775 V, -0dB, High): 0 – 5 V/variable
Output impedance RCA: ~ 300 Ω
Output impedance XLR: ~ 300 Ω
Digital output: 75 Ω S/PDIF (RCA)
Digital input: 75 Ω S/PDIF (RCA), USB – 24/192 kHz + DSD, I2S, AES/EBU, TosLink, 3 x BNC for DSD:
S/N ratio: > 118 dB
Frequency response (CD): 20 Hz – 20 kHz +/- 0,3 dB
THD (1 kHz): < 0,001%
Remote control
Output complement: RCA & XLR
Dimension (WxDxH): 480 x 390 x 120 mm
Weight : 17 kg
System used in this test:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Digital source selector: Audio Authority 1177
– Network Music Player: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Turntable: Transrotor Dark Star Silver Shadow + S.M.E M2 + Phasemation P-3G
– Phonostage: Abyssound ASV-1000; RCM Sensor 2
– Integrated amplifier: Electrocompaniet ECI5; Pass INT-250; Ayon Spitfire
– Power amplifier: Abyssound ASX-2000
– Speakers: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Siltech Classic Anniversary 770i
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– Digital IC: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– USB Cable: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Speaker Cables: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Power Cables: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Ardento Power
– Power distribution board: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Wall Socket: Furutech FT-SWS(R)
– Antivibration platform: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Ethernet cables: Neyton CAT7+
– Accessories: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Ledwo zdążył opaść kurz po zamieszaniu wywołanym pojawieniem się na rynku fenomenalnych i burzących ustalony od lat high-endowy ład interkonektów 聖HIJIRI HGP-RCA “Million” a Combak Corporation po raz kolejny postanowił wsadzić kij w mrowisko. Jednak tym razem, zamiast uczynić ofertę swoich flagowców kompletną i do łączówek, oraz przewodu zasilającego X-DC Studio Master “Million” Maestro dodać kable głośnikowe sprawił wszystkim psikusa rozszerzając portfolio o … kolejny przewód zasilający -聖Hijiri Nagomi. Zaskoczeni? Nie ma się co wstydzić, my również początkowo byliśmy, lecz dość szybko doszliśmy do wniosku, że w tym pozornym szaleństwie jest metoda. Jaka? Dość przewrotna, ale jak się człowiek chwilę zastanowi, to całkiem sensowna i logiczna. Na początek pytanie pomocnicze. Nie zastanawiała Państwa wręcz drastyczna różnica pomiędzy sieciówka a łączówką? Ano właśnie. W dodatku w nazwie X-DC Studio Master “Million” nie uświadczy się sygnatury 聖HIJIRI. W związku z powyższym pojawienie się Nagomi wydaje się być jasnym sygnałem, że powinien on być parowany z ww. przewodami sygnałowymi a na adekwatne towarzystwo dla prądowego Studio Master przyjdzie nam pewnie jeszcze chwilę poczekać. Zamiast jednak bujać w obłokach zejdźmy lepiej oczko niżej i skupmy się na bohaterze niniejszej recenzji -聖Hijiri Nagomi.
Jak to zwykle w przypadku wyrobów Harmonixa bywa lakoniczność konstruktora – Pana Kazuo Kiuchi może uchodzić za wręcz legendarną. Również i tym razem dowiadujemy się jedynie, iż Nagomi zaprojektowano i wykonano ze specjalnej miedzi a produkcyjna wersja finalna powstawała nie tylko w laboratoriach badawczych, lecz również na drodze testów odsłuchowych. Otulająca przewód koszulka jest tekstylna i utrzymana w stonowanej, granatowo – czarnej tonacji przyozdobionej elegancką drewniana mufą z nazwą modelu. Nie zdziwię się, jeśli uznacie Państwo, że w porównaniu z epatującą technologicznym żargonem oraz coraz częściej patentami rodem z NASA konkurencję japoński producent wypada nader skromnie. Jednak nie się ma co dąsać i obruszać, gdyż Pan Kazuo przy każdej nadarzającej się okazji grzecznie prosi, by nie zaprzątać sobie głowy zagadnieniami natury inżynierskiej a jedynie skupić się na muzyce, bo to ona jest najważniejsza a to z czego i jak dany produkt został wykonany ma drugorzędne znaczenie. Jednak dla najzatwardzialszych miłośników nazw, modeli i cyferek, niejako na otarcie łez, też coś się znajdzie. Chodzi mianowicie o firmową konfekcję w roli której wykorzystano „dyżurne” wtyki Wattgate 350iRH i 390iRH. Wszyscy szczęśliwi? No to możemy przejść do części dotyczącej brzmienia na sam koniec wspominając tylko o całkiem niezłej giętkości i podatności na układanie tytułowego przewodu.
Wbrew plotkom krążącym po mieście wszystkich miłośników marki spieszę uspokoić, oraz niejako przy okazji zdementować bajki z mchu i paproci jakoby Nagomi nie grał zgodnie z kanonem brzmienia z mozołem wypracowanym przez Harmonixa. Otóż prawda, którą chciałbym Wam Drodzy Państwo objawić jest taka, iż najnowszy, należący do linii Hijiri przewód zasilający gra jak na rasowego, rodowodowego Harmonixa przystało, tylko … lepiej. W dodatku lepiej aniżeli jego bądź co bądź nader atrakcyjny, ale zarazem niezbyt imponujący wygląd a przede wszystkim cena by wskazywały. Sugeruję jednak zawczasu powściągnąć wodze wyobraźni i nie liczyć na to, że Sensei Kazuo Kiuchi w przypływie pomroczności jasnej postanowił zakpić ze swoich najgorliwszych wyznawców i wprowadził na rynek niemalże „budżetowy” (wyłącznie z high-endowego punktu widzenia) przewód mogący równać się z topowym X-DC Studio Master “Million” Maestro. Co to to to nie. Aż tak dobrze to nie ma. Za to z pełną odpowiedzialnością swoich słów jestem w stanie już na początku przyznać, że dla części audiofilów i melomanów tytułowa sieciówka może okazać się ciekawszą i bardziej uniwersalną alternatywą dla … X-DC350M2R Improved-Version. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, iż oba przewody, przynajmniej w momencie powstawania niniejszej recenzji wycenione zostały niemalże dokładnie tak samo, więc pozornie można byłoby sądzić, że mamy do czynienia z bratobójczą walką. Jednak i tym razem okazuje się, że pozory jak zwykle mylą, gdyż oba modele pod względem brzmieniowym dzieli zdecydowanie więcej aniżeli łączy. To niemalże dwie diametralnie różne estetyki grania jedynie utrzymane, spięte firmowym sznytem, natywnym i niepodrabialnym DNA Harmonixa. Owym kodem DNA jest ponadprzeciętna i przez znawców tematu od pierwszych taktów rozpoznawalna szeroko pojęta muzykalność. Na tym podobieństwa jednak się kończą bowiem to, co w X-DC350M2R było na granicy lepkości i przyciemnienia w Nagomi lśni i mieni się miriadami odcieni a tam, gdzie dominowała sygnatura przysłowiowej „krainy łagodności” pojawia się żywiołowość i spontaniczność.
Dajmy jednak spokój przeszłości i skupmy się na teraźniejszości, czyli na tym jak konkretnie „gra” najnowszy Higiri, bo po pierwsze robi to świetnie a po drugie spokojnie możemy uznać, że mamy do czynienia ze świadomą i zaplanowaną ewolucją japońskiej marki.
Traf chciał, że koniec okresu akomodacyjnego Nagomi zbiegł się w czasie z premierą najnowszego monumentalnego albumu „The Astonishing” Dream Theater. Zastanawiają się Państwo czy to tylko niewinna złośliwość, czy też celowe działanie mające na celu zdeprecjonowanie dokonań tytułowego przewodu? Zupełnie niepotrzebnie, bo ani jedno, ani drugie. Wspominałem przecież o znacznej zmianie podejścia producenta do estetyki reprodukowanego dźwięku i powyższa pozycja repertuarowa wydaje się być jej niemalże dedykowana. Wystarczy bowiem dać sobie (dłuższą) chwilę na poczucie klimatu tej futurystyczno – apokaliptycznej wizji świata przyszłości, by przy „Brother, Can You Hear Me?” dać się ponieść muzyce. Rozbudowane partie orkiestrowe praskich symfoników i estetyka niebezpiecznie zbliżająca się do „The Wall” Pink Floyd doskonale pokazują potencjał dynamiczny testowanego przewodu. Dźwięk jest nie tylko „ładny”, lecz naładowany emocjami i wręcz kipiący energią. Bas schodzi cholernie nisko, ale cały czas jest świetnie kontrolowany a w kulminacyjnych momentach nic się nie zlewa a scena nie ulega kompresji, czy też spłaszczeniu. Co istotne i co zarazem szalenie przypadło mi do gustu to wolumen odtwarzanej muzyki.Było to szczególnie zauważalne na potężnych, trójdrożnych Dynaudio Excite X44. Z reguły przesiadka z dyżurnej Gargantu’y II Acoustic Zena – amerykańskiego „węża ogrodowego”, na praktycznie dowolną konkurencję skutkuje koniecznością adaptacji, przyzwyczajenia się do mniejszej skali … wszystkiego. Tym razem gabaryt pozostał nienaruszony, za to poprawie uległa definicja, kontrola i namacalność niuansów świadczących o bogactwie, bądź wręcz unikaniu wszelakiej maści ozdobników w środkach artystycznego wyrazu. W końcu nie każdy musi gustować w takich „barokowych” klimatach, choć uczciwie trzeba przyznać, że na ostatnim, podwójnym krążku, chłopaki z Dream Theater osiągnęli w tej materii prawdziwe mistrzostwo. Jeśli jednak po ponad dwóch godzinach takiej prog-rockowej uczty ktoś nadal czułby lekki niedosyt to na deser polecam zdecydowanie mocniejszy i zarazem bardziej zagmatwany, poszarpany pod względem melodyki „Underworld” Symphony X, którego bezpośredniość i gitarowe szaleństwo potrafi za przeroszeniem przytkać niejeden system. Tymczasem Nagomi wpięty w „zadek” 470-ki Accuphase’a napędzającego zdolne wytworzyć iście koncertowe poziomy głośności Excite’y X44 ani myślał kapitulować, czy limitować dynamikę. Pomimo swojej niepozornej postury wtłaczał w trafa integry życiodajną energię. Prawdę powiedziawszy takiej dynamiki i żywiołowości po nad wyraz rozsądnie wycenionym Harmonixie się nie spodziewałem.
A jak granatowo-czarne cudo japońskiej metalurgii radzi sobie na obszarze, w jakim brylowali jego protoplaści i rodzeństwo? W tym celu sięgnąłem po rozedrgane emocjonalnie, lecz zarazem niebanalne wydawnictwo „Hard Rain [The Songs of Bob Dylan & Leonard Cohen]” Barb Jungr. Spieszę zatem donieść, że i tutaj, na ziemi przodków, nie tylko nie miałem powodów do marudzenia co raczej musiałem się hamować, by w roboczych notatkach nie pojawiały się same superlatywy a jeśli już to w rozsądniejszych odstępach czasowych. Lekko skrzekliwy i zarazem niepozbawiony szorstkości wokal Barb świetnie uzupełniało klasyczne, jazzowe instrumentarium a wgląd w nagranie nie sposób określić inaczej aniżeli wybitnym. W dodatku ta niesamowicie organiczna barwa i wręcz podskórny, pulsujący drajw sprawiały, że nawet na „Everybody Knows”, które akceptuje praktycznie wyłącznie w oryginale, nie sposób było spokojnie usiedzieć w miejscu a przyjemność odsłuchu stawała się wręcz nieprzyzwoita. Powyższy efekt można jedynie porównać do, oczywiście całkowicie wyimaginowanej, sytuacji powszechnej abolicji gdy wszystko to co niezdrowe, tuczące czy też nie do końca zgodne z literą prawa stało się nieszkodliwe i dopuczczalne. Ot same zalety, zero wad i konsekwencji.
Końcowe pytanie, czy można jeszcze lepiej, uznam za czystko akademickie i retoryczne, gdyż jeśli nie wszyscy, to mam cichą nadzieję, że chociaż większość słyszącej części populacji homo sapiens doskonale zdaje sobie sprawę, że tak. Lepszą gładkość, nasycenie i finezję oferuje przecież wspominany, używany na co dzień przez Jacka, X-DC Studio Master “Million” Maestro a pod względem zdolności dynamicznych Nagomi powinien uznać wyższość NanoFlux’a Furutecha. Czy to źle? Jeśli tylko popatrzymy na ceny wspomnianych konkurentów to zdecydowanie nie, gdyż już samo porównanie z nimi dla większości byłoby nobilitacją samą w sobie. A tymczasem聖Hijiri Nagomi nawet nie zbliżając się ceną do 10 kPLN, ba zaledwie oscylując w okolicach 6,5 kPLN za dwumetrowy odcinek nie dość, że śmiało wkracza na high-endowe salony, to czyni to w pełni zasłużenie i bez najmniejszych kompleksów.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 4999 PLN/1 m; 5799 PLN /1,5 m; 6499 PLN /2 m
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Odtwarzacz plików: laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center
– Wzmacniacz/streamer: Lumin M1
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Accuphase E-470
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Dynaudio Excite X44
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: GigaWatt PF-2 + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Organizator AV&HOME CINEMA SHOW 2016 przygotował dla odwiedzających niezwykłą atrakcję – możliwość bezpośredniego porównania trzech głównych formatów, które ukształtowały współczesne audio – taśmy magnetofonowej, płyt winylowych i plików muzycznych.
W dodatku każdy z uczestników odsłuchów będzie mógł oddać głos na swojego faworyta.
Wynik wyborów ogłoszony zostanie po AV&HCS, a wśród głosujących organizatorzy rozlosują atrakcyjne nagrody.
Pokazy porównawcze odbywać się będą z użyciem specjalnie na tę okazje skonstruowanego przełącznika przez cały czas trwania AV&HCS, w specjalnie zaadaptowanej pod względem akustycznym ok. 140 metrowej sali odsłuchowej. Swój udział już teraz zapowiedzieli muzycy, prezenterzy radiowi, oraz przedstawiciele branży audio.
System demonstracyjny zostanie oparty o intrygujące, rodzime i zarazem unikalne w skali światowej kolumny Zeta Zero Orbital 360. Świat taśm (w tym legendarnych Ampex Grand Master 499 Gold i Quantegy GP9) reprezentować będzie magnetofon Revox Studer A-700.
Zalety czarnej płyty zaprezentuje ….
No właśnie, tutaj jeszcze nie udzielimy informacji w imię zasady, że przyjemności należy dozować.
Najnowsze komentarze