W dzisiejszym, połączonym cyfrowo świecie, potrzebujemy czegoś więcej niż tylko przetwornika cyfrowo-analogowego czy też streamera. Potrzebujemy urządzenia, które potrafiłoby bez trudu przetwarzać pliki w najwyższej rozdzielczości i bez utraty ani jednego bitu informacji odtwarzać nasze ulubione serwisy streamingowe.
Przedstawiamy Ayre QX-5 Twenty – całkowicie nową kategorię produktu; Cyfrowy Hub
Ayre QX-5 Twenty łączy wszystkie cyfrowe media i praktycznie wszystkie cyfrowe podłączenia, jak na przykład asynchroniczne USB Streamlength™, Ethernet, Wi-Fi, AES/EBU i zarówno koncentryczne jak i optyczne S/PDIF. Obsługuje również Tidal i Deezer oraz ma wbudowaną obsługę Roon Endpoint. QX-5 zapewnia użytkownikowi bezgraniczną elastyczność, wszechstronność i wygodę włączając w to cyfrową bezstratną regulację głośności.
Dzięki nowemu układowi ESS ES9038PRO i nowemu, opracowanemu wspólnie z firmą Morion, oscylatorowi kwarcowemu o niespotykanej stabilności i precyzji, QX-5 Twenty przenosi jakość działania przetwornika cyfrowo-analogowego na zupełnie nowy, zadziwiający poziom. Specjalnie zaprojektowany filtr cyfrowy redukuje jitter w znacznie lepszym stopniu niż jakiekolwiek inne dostępne obecnie na rynku urządzenie, a 32-bitowa nadpróbkowana cyfrowa regulacja głośności zapewnia 24 bity rozdzielczości aż do poziomu -60dB. Ta synergiczna integracja dostarcza czystości detalu, którą po prostu trzeba usłyszeć.
Wykorzystując moc stopnia wyjściowego AyreDiamond, analogowy układ zasilający AyreLock i stopień wzmacniający EquiLock, QX-5 Twenty stanowi doskonały wieloformatowy przedwzmacniacz cyfrowy i najwyższej klasy wzmacniacz słuchawkowy.
QX-5 Twenty to optymalne i pełne rozwiązanie dla każdej cyfrowej kolekcji muzyki. Praktycznie wszystkie media, formaty i technologie są łatwo dostępne i przetwarzane z niewiarygodną muzykalnością, emocjonalnie łączącą słuchacza wprost z oryginalnym wykonaniem utworu.
Właściwości
Brak sprzężenia zwrotnego, w pełni zbalansowany układ dyskretny
Asynchroniczne wejście S/PDIF
Układ przetwornika C/A ESS ES9038PRO
Oscylator kwarcowy opracowany wspólnie przez firmy Ayre i Morion
Cyfrowy filtr Ayre Minimum Phase
16-krotny oversampling
Stopień wyjściowy Ayre Diamond
Stworzony przez Ayre układ Equilock
100-stopniowa cyfrowa bezstratna (do -60dB) regulacja głośności
Liniowy, analogowy układ zasilania AyreLock
Ultra niskostratny materiał na płytki drukowane
10 cyfrowych wejść
Opatentowany kondycjoner Ayre filtrujący zasilanie z zakłóceń RFI
System komunikacji AyreLink
Dane techniczne
Wejścia audio
USB: 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4, 192, 352.8, 384 kHz
PCM 16, 20, 24 bitowe
DSD64 i DSD128 (jako DoP)
Optyczne/SPDIF/AESEBU: 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4, 192 kHz
PCM 16, 20, 24 bitowe
DSD64 (jako DoP)
Sieciowe: 44.1, 48, 88.2, 96, 176.4, 192 kHz
PCM 16, 20, 24 bitowe
DSD64 (jako DoP)
Wyjścia
Wyjście liniowe: 4.5 Vrms zbalansowane, 2.25 Vrms RCA
Wyjście słuchawkowe: 9.0 Vrms zbalansowane, 4.5 Vrms RCA
Polaryzacja wejścia XLR
Pin 1 = Uziemienie
Pin 2 = Nieodwracająca (Dodatnia)
Pin 3 = Odwracająca (Ujemna)
Zużycie mocy: 60 watów
Wymiary Wys. 10cm x szer. 44cm x gł. 33cm
Masa 7,25 kg
Cena detaliczna: 45 820 zł
Dystrybucja: AUDIOFAST
Skoro utarło się, że jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów i biorąc pod uwagę, że mamy leniwe niedzielne popołudnie tym razem postanowiłem zwolnić Państwa z konieczności lektury moich rozwlekłych wywodów. Po prostu temat niniejszego reportażu jest na tyle oczywisty, że po pierwsze za bardzo nie widzę sensu opisywać co na poszczególnych, kilkuset zdjęciach udało mi się uchwycić a po drugie wszelakiej maści samce alfa i tak mają jasno sprecyzowane zdanie na tenże temat. O czym zatem będzie tym razem (obrazkowa) mowa? O motoryzacji i to tej od najpiękniejszej strony, bowiem tak jak audiofile mają swoje święto podczas listopadowego Audio Video Show, tak wszyscy fani tak dwóch, jak i czterech kółek napędzanych potężnymi silnikami z utęsknieniem wyczekują Vervy a dokładnie imprezy, której pełna nazwa brzmi Verva Street Racing.
W tym roku na błoniach Stadionu Narodowego wyrosło prawdziwe motoryzacyjne mini miasteczko. Pojawiły się foodtrucki, tory wyścigowe, rampy i namioty pod którymi przed palącym słońcem skryły się kosztujące fortuny bolidy. Pomimo wstępnych, mało optymistycznych prognoz pogody przez całą sobotę żar lał się z nieba, co spowodowano, że okolice Alei Zielenieckiej i Parku Skaryszewskiego już koło południa przypominały punk zborny pospolitego ruszenia, które tylko czekały na otwarcie bram imprezy, które wyznaczono na punkt dwunasta.
Mając za sobą formalności natury akredytacyjnej wśród tłumu przed jedną z bram czekałem i ja. Niby trochę się zdziwiłem, że nikt nie wpadł na pomysł dość oczywistego przy tego typu imprezach wejścia dla prasy, ale przynajmniej można było na własnej skórze poczuć „klimat”. Gdy wybiło południe a bramki zostały otwarte tłum ruszył z kopyta. Ponieważ do odprawy przed pierwszą wyprawą do „fosy” miałem zaledwie trzy kwadranse w te pędy wystartowałem na pobieżny rekonesans, gdyż wysypany na błoniach żwirek plus stopy tysięcy zwiedzających już od pierwszych minut skutkowały sukcesywnie wzbijanymi w powietrze tumananami szarego pyłu. Krótko mówiąc liczył się czas a tego było coraz mniej. Zapraszam zatem na rzut oka na dość chaotyczną galerię tego, co przykuło moją uwagę.
Przemierzając niezliczone alejki, co i rusz przystając przy kamieniach milowych motoryzacji w pewnej chwili zaintrygował mnie dość apokaliptyczny akcent, a raczej dwa akcenty. Pierwszym był mocno zasuszony jegomość a dokładnie jedynie jego wypolerowany kościec trzymający w zębach cygaro a drugi był obóz brodatych i uzbrojonych jegomości w którym porządku pilnowała płeć piękna. Z premedytacja nie użyłem w tym momencie sformułowania słaba, gdyż jakoś niespecjalnie miałbym ochotę podpaść tak przekonywującej w swej argumentacji dziewoi, jak te uwiecznione na zdjęciach.
Równie intrygująco prezentowały się działki zajmowane przez dwuślad i to zarówno te współczesne, jak i pięknie odrestaurowane klasyki.
No to najwyższy czas na pierwszy oficjalny punkt programu, czyli otwierającą Vervę paradę legend.
W tym momencie chronologię szlag trafił, bo w całym tym motoryzacyjnym rozgardiaszu postanowiłem w miarę możliwości jakoś się ogarnąć i część powtarzających się, cyklicznych pokazów zespolić ze sobą a przy okazji nie pominąć niczego, co przynajmniej było na tyle interesujące, by choćby na chwilę przystanąć z aparatem, bądź złapać w kadr w ramach kolejnej, wytyczonej przez organizatorów foto-wycieczek.
Na pierwszy ogień idą zatem powodujące przyspieszone bicie mojego kamiennego serca legendarne amerykańskie muscle-cars i lowridery. Mało ekologiczne pojemności, dość problematyczne, przynajmniej w polskich realiach, gabaryty i iście bizantyjskie estetyczne rozpasanie to jest to co tygryski lubią najbardziej.
Kolejną atrakcją były pokazy akrobacji na motocyklach, którą pozwoliłem sobie podzielić na dwie odrębne części. Pierwsza jest niejako zajawką – wprowadzeniem do tematu i próbą udokumentowania warunków, oraz samej „mechaniki” skoków, gdyż wybrana przez organizatorów miejscówka fotograficzna pozwalała li tylko na uwiecznianie pleców podniebnych szaleńców.
Całe szczęście drugie podejście okazało się bez porównania lepsze, więc tym razem zamiast szerszych kadrów skupiłem się na samych, mrożących krew w żyłach akrobacjach. O ile za każdym razem zachęcamy, czy czasem wręcz nakazujemy samodzielne podejmowanie decyzji i zdawanie się na własne doświadczenia to tym razem mam do Państwa gorącą prośbę. Na miły Bóg, pod żadnym pozorem nie próbujcie tego robić sami.
Po podniebnych wojażach czas zejść na ziemię i co nieco pohałasować a w sportach motorowych hałas z reguły idzie w parze z dymem. Tak jest, przyszła pora na jeden z najbardziej widowiskowych punktów programu, czyli drift i to nie tylko taki „standardowy” – osobowy, co zdecydowanie cięższego kalibru – z użyciem potężnych ciężarówek!
Czas na chwile oddechu i przegląd modeli sportowych.
Potem tempo zaczęło znów przyspieszać, gdyż na tor wyjechały ponad tysiąckonne monstra
Pojazdy przygotowane na przyszłoroczny Dakar pojazdy Orlenu
I tuningowane super-bryki.
Tematykę motoryzacyjną pozwoliłem sobie zakończyć na pokazie rallycrosu, w którym brylowały … Skody.
Oprócz ryku tysięcy koni i pisku opon dla tłumnie przybyłej publiczności przygotowano również strawę duchową, którą co jakiś czas serwowała m.in. Margaret. W planie były jeszcze występy Afromental, Cleo, Hyżego czy Kayah, ale około godz. 17-ej uznałem, że jak na pierwszy raz w zupełności starczy mi wrażeń.
Oczywiście dla wytrwałych przygotowałem skromny, pożegnalny bonus.
Do zobaczenia za rok.
Marcin Olszewski
Miło nam Państwa poinformować, że firma MIP podpisała umowę dystrybucyjną na sprzedaż produktów marki Fostex z segmentu Pro i konsumenckiego. Już w tej chwili produkty Fostex znalazły się w sprzedaży, a wkrótce będą szerzej dostępne dla polskiego klienta.
Firma Fostex założona została w roku 1973 w stolicy Japonii – Tokyo. Założycielami są S. Nishimura i H. Shinohara. Siedziba od początku mieściła się w położonej na obrzeżach Tokio Akishimie, a sama firma powstała jako dział handlowy korporacji Foster, zajmującej się produkcją wysokiej klasy podzespołów głośnikowych. Europejska siedziba firmy znajduje się w Niemczech w mieście Bingen. Lata 70-te to złota era dla miłośników audio. W tym czasie powstały wyjątkowe konstrukcje, a ich twórcy rozwijają do dziś rozwijają rynek audio. Jednym z liderów światowych producentów audio jest właśnie firma Fostex Electric Company.
Od początku firma zajęła się projektowaniem i produkcją słuchawek. Pierwszy model firmowany jako Fostex powstał już w połowie lat 70 – tych, a w niedługim czasie również pierwsze profesjonalne magnetofony ośmio i szesnasto ścieżkowe.
Pierwszym flagowym modelem słuchawek Fostexa był T50, który w tamtych czasach konkurował z najlepszymi np. Staxami. Model protoplasty produkowany jest do dziś pod nazwą T50RP MKIII i plasuje się on gdzieś na początku oferowanej linii słuchawek, ale do dziś ze względu na swoje walory oraz uznanie w środowisku pro, jest szeroko stosowany przez muzyków, producentów i inżynierów dźwięku.
Dziś flagowym modelem jest wyjątkowy TH-900 MKII, który też jest kontynuacją i wynikiem ulepszeń w tym wypadku modelu TH-900.
Fostex to nie tylko słuchawki. W ofercie jest cała gama produktów konsumenckich jak i profesjonalnych np. wzmacniacze słuchawkowe lub przetworniki cyfrowo-analogowe, monitory odsłuchowe i rejestratory. Tu trzeba wspomnieć o najnowszym lampowym wzmacniaczu słuchawkowym HP-V8, który może być ukoronowaniem systemu każdego wymagającego melomana lub audiofila.
Polska premiera tego, niezbyt taniego (cena ok. 40 000PLN), ale już przyjętego z gromkim entuzjazmem na całym świecie, lampowego wzmacniacza słuchawkowego, odbędzie się podczas tegorocznych targów Audio-Video Show w dniach 4-6 listopada w lożach Stadionu Narodowego PGE. Wszystkich serdecznie zapraszamy gdyż to niespotykana okazja posłuchać osobiście tego wyjątkowego urządzenia.
Szeroka gama produktów oraz przystępne ceny za wysoką jakość wykonania i najwyższe walory brzmieniowe zapewniają ciągłe zainteresowanie marką, a dbałość Fostexa o kontynuowanie i rozwijanie produktów przywiązuje i wzbudza zaufanie klienta do marki.
Do tej pory na naszym rynku bardziej dostępny był sprzęt Fostexa typowo profesjonalny lub studyjny. Dzięki podpisanym umowom również ten najbardziej popularny na świecie – konsumencki trafi do sklepów. Klienci nie tylko będą mieli okazję kupić sprzęt Fostexa, ale także zapewnimy możliwość odsłuchu całej gamy ich produktów we wszystkich salonach zainteresowanych sprzedażą oraz w wybranych sklepach Audiokracja w Polsce.
Dystrybucja: MIP
Opinia 1
Kiedy w lutym ubiegłego roku testowaliśmy stereofoniczną końcówkę mocy Wells Audio Innamorata byliśmy nią po prostu oczarowani i to zarówno pod względem wizualnym, jak i brzmieniowym. Oczywista oczywistością zatem stało się w miarę regularne trzymanie ręki na pulsie i sprawdzanie cóż tam w amerykańskiej trawie piszczy. Tym oto sposobem dość szybko w marketingowym szumie wyłowiliśmy wielce intrygująca informację, że na rynku ma się pojawić nader rozsądnie wyceniona a przy tym oferująca zaskakująco wiele z droższego rodzeństwa integra. Logicznym zatem działaniem z naszej strony było zatem odpowiednio wczesne zasygnalizowanie polskiemu dystrybutorowi marki – bydgoskiemu Audio-Connectowi, chęci empirycznego przekonania się co „mały” Wells potrafi, gdy tylko takowy nad Brdę dotrze. Skoro zatem czytają Państwo te słowa, to znak, iż nie tylko coś się dzieje, ale już się zadziało a my jesteśmy już po odsłuchach Majestica.
Po Innamoracie, która nad wyraz skutecznie rozbudziła nasze apetyty pojawienie się Majestica wydawało się prawdziwym darem niebios. Wyższa moc, niższa cena i co najważniejsze niezaprzeczalnie lepsza ergonomia będąca sztandarową cechą konstrukcji zintegrowanych spowodowały, że na pojawienie się wzmacniacza w polskiej dystrybucji czekaliśmy jak przysłowiowa kania dżdżu. Dodatkowo oliwy do ognia dolewał sam konstruktor twierdzący, że jego nowe dzieło zostało oparte o wcześniejsze dokonania, czyli Akashę i Innamoratę dziedzicząc około 85% ich walorów sonicznych. Uzbroiliśmy się więc w cierpliwość i spokojnie obserwowaliśmy rozwój wydarzeń. Pojawiające się w międzyczasie tu i ówdzie zdjęcia prototypów, bądź egzemplarzy czysto demonstracyjnych (wystawowych) wyraźnie wskazywały, że trzeba się będzie pogodzić z dość zauważalnym spadkiem współczynnika akceptacji przez żony (WAF), ale za to ze wzrostem wygody z racji pojawienia się całkiem solidnego a przy tym zaskakująco estetycznego, metalowego pilota zdalnego sterowania. Coś za coś. Kiedy zatem upragnione urządzenie wreszcie do nas dotarło okazało się jednak, że choć elegancki, akrylowy front zastąpiło lakierowany metal a z boków zniknęły potężne radiatory (tym razem schowane w głąb korpusu), to wcale nie jest tak źle jak można byłoby po zajawkowych zdjęciach sądzić. Oczywiście surowy, niemalże laboratoryjno – pomiarowy charakter przywodzą na myśl dość oldschoolowe pokrętła regulacji głośności (lewe) i wyboru źródeł (prawe), oraz będący znakiem firmowym, okolony złoconym pierścieniem i również utrzymany w stylu retro „Volumeter”. Niestety tym razem, w przeciwieństwie do Innamoraty nie tylko zrezygnowano z możliwości regulacji jaskrawości jego podświetlenia, co pokombinowano z samą barwą światła (o zjadliwym błękicie w trybie Mute nawet nie ma co mówić), która stała się zdecydowanie chłodniejsza. To nie wszystko. Nie wiem, czy to przypadłość jedynie dostarczonego do nas na testy egzemplarza, czy po prostu „ten typ tak ma”, ale iluminacja nie miała charakteru ciągłego, lecz wyraźnie mrugająco – pulsujący. Coś jakby dawny monitor CRT nakarmiono sygnałem o zbyt niskiej częstotliwości odświeżania. Niby drobiazg, ale na dłuższą metę irytujący. Dla równowagi czas na pozytywy. Należy do nich np. włącznik główny umieszczony na płycie dolnej, z lewej strony – tuż obok krawędzi frontu. Podobne rozwiązanie stosuje m.in. Ayon, co nie tylko zapewnia łatwy dostęp do „pstryczka – elektryczka”, ale i ogranicza ilość elementów na ściance przedniej.
Tył integry przedstawia się równie surowo, ale i niezaprzeczalnie rozsądnie, jeśli chodzi o logikę i ergonomię. Do dyspozycji otrzymujemy bowiem pięć par wejść liniowych, z których pierwsza jest w wersji XLR a pozostałe w standardzie RCA, oraz wyjście sekcji przedwzmacniacza na zewnętrzną końcówkę mocy. Terminale głośnikowe są pojedyncze, ale solidne i pozbawione wątpliwych, acz rekomendowanych przez UE, „udogodnień” spędzających sen z powiek posiadaczom przewodów zakończonych widłami. Krótko mówiąc bez udziwnień i zgodnie ze sztuką. Rozstaw samych terminali, jak i we/wyjść również dobrano tak, że bez problemu wepniemy w nie nawet daleko wykraczające poza granice rozsądku masywne wtyki a i przesunięte na prawy skraj gniazdo zasilające nie będzie nam w tym przeszkadzać.
Uczciwie powiem, że gdzieś tam podświadomie i po cichu liczyłem na to, że Jeff Wells cięcie kosztów ograniczył li tylko do obudowy a trzewia Innamoraty pozostawił możliwie nienaruszonymi dodając tylko sekcję pre, lub nawet tylko potencjometr i selektor wejść. Niestety jak to zwykle bywa z niepotrzebnie nadmuchanego balonika oczekiwań powietrze zeszło równie szybko co z nieszczęsnej opony prezydenckiej limuzyny. Majestic reprezentuje ewidentnie inną szkołę grania aniżeli jego poprzednik i lepiej już na starcie brać to pod uwagę. Z resztą niemalże dwukrotnie niższa cena powinna być dość wyraźną i czytelną wskazówką, że będzie najdelikatniej rzecz ujmując nieco inaczej. I tak właśnie jest. Trudno zatem podchodzić do tematu przez pryzmat tzw. firmowego brzmienia, więc chciał – nie chciał uznałem, że najlepiej będzie zacząć od grubej kreski (to jest metafora a nie świadectwo uzależnienia!) i białej kartki. Jednak powiedzieć łatwo a wykonać znacznie trudniej. Ilekroć bowiem siadałem do odsłuchu to już po kilku minutach przyłapywałem się na mniej, bądź bardziej świadomych próbach odnalezienia cech wspólnych z wcześniejszą konstrukcją. I jakoś niespecjalnie mi szło, co dość szybko spowodowało lekką frustrację i zwyczajowe w takich sytuacjach coraz bardziej nerwowe diagnozowanie, poszukiwanie przyczyn ów stan powodujących.
W momencie, kiedy zarówno wygrzewanie, ciągłe trzymanie pod prądem i najprzeróżniejsze roszady kablowo – systemowe nie przynosiły wyraźnej poprawy uznałem, że tak oczyswistych różnic pomiędzy wcześniej recenzowaną końcówką a tytułowa integrą należy szukać gdzie indziej i uważniej przyjrzałem się danym technicznym. O dziwo już sam początek wydał mi się dziwnie niejednoznaczny, gdyż choć Majestic dysponuje, przynajmniej na papierze, wyższą o 30W od Innamoraty mocą (150 vs 120W przy 8 Ω) to dziwnym trafem nikt jakoś nie kwapił się z podaniem wartości dla 4 Ω, a w końcówce było.
Hmm … Impedancja wejściowa 50 kΩ jest dokładnie taka sama, więc nie o dopasowanie elektryczne tym razem chodzi. Wystarczy jednak przejść do poboru mocy i … bingo! Innamorata w spoczynku „brała” 350 W a w szycie jej apetyt mógł wzrosnąć nawet do 1000W, za to Majestic zadowala się zaledwie 120W w trybie spoczynkowym by maksimum osiągnąć przy 350W, czyli dokładnie tam, gdzie końcówka budziła się dopiero do życia. W tym momencie ręce opały z szelestem. Przykro mi , ale takiego, rodem z budżetowych wielokanałowych amplitunerów, „marketingu kreatywnego” nie kupuję. Niemniej jednak powyższe dość przykre odkrycie podziałało na mnie na tyle odświeżająco, czy wręcz zbawiennie, że jak ręką odjął minęła mi chęć na dalsze szukanie analogii.
Zacznijmy zatem od początku. Brzmienie Majestica jest w znaczącej części – tak mniej więcej w ¾, słyszalnego pasma równe, niemalże liniowe. Pozostała ćwiartka przyporządkowana najniższym składowym to trochę inna bajka i zajmiemy się nią w dalszej części. Wróćmy zatem do udziału większościowego, który na praktycznie każdym repertuarze reprezentował nomen omen wielce pożyteczną zasadę „Primum non nocere”, czyli przede wszystkim nie szkodził, lecz robił to na swój sposób. Owo „nieszkodzenie” w jego przypadku polegało na trzymaniu możliwie wielu (wszystkich?) aspektów brzmienia pod taką kontrolą, aby nie miały one nawet najmniejszych szans na wyrwanie się przed szereg, zabłyśnięcia na tle współtowarzyszy i nie daj Bóg przykucia uwagi słuchacza. Mamy zatem do czynienia z wyważoną, czasem mogącą sprawiać wrażenie dość zachowawczej prezentacji, w której udział, sygnatura samego wzmacniacza z jednej strony są minimalizowane, ale gdzieś po drodze umykają natywne swoboda i organiczność muzyki. Efekt można, używając fotograficznej analogii, porównać do przepuszczenia wzornika kolorów i tablic testowych przez delikatny filtr desaturacyjny i równie śladowe obniżenie ostrości krawędzi źródeł pozornych. Co ciekawe powyższe efekty nie wpływały w zauważalny sposób na tzw. głębię ostrości, bo ona nie ulegała zmianie / pogorszeniu, lecz dotyczyły samej soczystości, realizmu dziejących się na scenie wydarzeń. Wchodząc głębiej w szczegóły dotyczyły one głównie reprodukcji nagrań akustycznych, z wykorzystaniem niezamplifikowanych instrumentów. Przykładowo „TARTINI secondo natura” utracił swój niezwykły czar wynikający z blasku i organicznego wręcz oddania soczystości brzmień używanego instrumentarium. Tzn. nie była to typowa – ordynarna matowość, czy tekturowa szarość, lecz po prostu efekt pewnego zubożenia, nieumiejętności uzewnętrznienia aury i pewnej poświaty otaczającej muzyków, z czym najmniejszych problemów nie miał nie tylko droższy Accuphase E-370, ale i mój dyżurny Electrocompaniet ECI-5. Zaraz, zaraz. Czy ja z czymś podobnym nie miałem ostatnio do czynienia? Ależ oczywiście – powyższe zjawisko można było zaobserwować w egzystującym na tym samym pułapie cenowym Abyssoundzie ASA-1600, z tą tylko różnicą, że w przypadku polskiej integry ustępowało ono po około 3 kwadransach a w Wellsie ustąpić niestety nie chciało. Co ciekawe zmiana repertuaru na nad wyraz energetyczną mieszankę jazzu i elektroniki, czyli „Switch” Nilsa Pettera Molværa przyniosła niespodziewaną poprawę, bowiem wszędzie tam, gdzie większość dźwięków wygenerowana została na konsolecie i komputerze Wells odzyskiwał wigor i łapał wiatr w żagle. Dźwięk nabierał życia a dzięki wrodzonej precyzji procentować zaczęła stabilność poszczególnych źródeł pozornych i gradacja planów. W tym jednak miejscu do akcji wkroczyła dotychczas pomijana przeze mnie ćwiartka czyli bas, który będąc w twórczości Molværa jedną z głównych sił napędowych tym razem został jedynie sygnalizowany. Co prawda w pierwszej chwili wrażenie było całkiem pozytywne, gdyż jego wolumen wcale nie pozostawiał niedosytu. Niestety im dłużej się wsłuchiwałem, tym boleśniej zdawałem sobie sprawę, że za całkiem atrakcyjną fasadą i (pozornie) właściwym wolumenem nie idą w parze masa i siła zdolne poruszyć nie tylko powietrze w pokoju odsłuchowym, ale i nasze trzewia. Powyższa uwaga dotyczy jednak sytuacji gdy podpięte pod Wellsa kolumny ów najniższy bas są w stanie przetworzyć. Moje z pewnością w stanie były, lecz chyba okazały się zbyt wymagające dla amerykańskiej integry.
Powyższe obserwacje potwierdził również odsłuch nieco cięższych brzmień serwowanych przez formację Imminent Sonic Destruction na krążku „Triumphia”. Wszędzie tam, gdzie królowały syntezatory a przed nimi – na pierwszym planie, leniwie sączył się wokal wszystko wydawało się w porządku, jednak im bardziej klimat gęstniał i do głosu dochodziły niskie brzmienia gitar, oraz perkusja całość nabierała zbyt zwiewnego i pozbawionego właściwego osadzenia w basie charakteru. Dodatkowo scena traciła swą trójwymiarowość, co było o tyle istotne, że prog-metalowe nagrania nad wyraz rzadko mogą pochwalić się nadmiarem powietrza i wieloplanowym rozpasaniem. Tak po prawdzie to ostatnimi czasy jedynie Dream Theater trzyma realizacyjny poziom i tylko z ich kompozycji można byłoby bez darcia szat i rwania resztek włosów z głowy co nieco z owej przestrzenności uszczknąć.
Tym razem niestety laurki nie ma. O ile wcześniej przez nas recenzowana Innamorata nie tylko zachwycała przy adekwatnym do jej ceny pułapie, to spokojnie była w stanie nawiązać równorzędną walkę nawet z niemalże dwukrotnie droższa konkurencją, bowiem miała w sobie to „coś”, co nie pozwalało pozostać obojętnym na jej wdzięki. Tymczasem Majestic, pomimo zdecydowanie przystępniejszej ceny i większej uniwersalności nie ma za bardzo czym się pochwalić. Nie dość, że firmowy „Volumeter” stracił swój vintage’owy urok poprzez zmianę ilumincji, to jeszcze sam dźwięk uległ podobnej, niezbyt wpisującej się w moje gusta metamorfozie. Desaturacja barw i lekka matowość prezentacji o ile może sprawdzić się w sytuacji zbyt ofensywnych i krzykliwych systemów o nazbyt lepkim dźwięku to wspominane problemy z najniższymi rejestrami mogą być sygnałem, że z trudniejszymi do wysterowania kolumnami lepiej uważać. Niezależnie jednak od mojej opinii i tak jeśli tylko nadarzy się ku temu sposobność powinni Państwo choćby rzucić uchem na Wellsa Majestic. W końcu zawsze to jakieś doświadczenie a życie uczy, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Audion Premier MM
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Accuphase E-370
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Gradient Revolution MK IV; DoAcoustics Armonia Mundi Impact
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Twórca bardzo dobrze ocenianej końcówki mocy o dumnej nazwie Innamorata – amerykański Wells Audio na pojawienie się w swojej ofercie bardziej funkcjonalnego wzmacniacza zintegrowanego kazał czekać nam dość długo. Przyczyny takiego stanu rzeczy nie są mi znane, jednak z autopsji wiem, iż bez względu na ich źródło ważnym jest, że w końcu owa nowość w przecież niezbyt rozbudowanym produktowo portfolio marki wreszcie się pojawiła. Jak to zwykle bywa, po sukcesie produktów startowych każde następne urządzenie prawie zawsze już w pakiecie przed-odsłuchowym od potencjalnych użytkowników dostaje kilka punktów dodatnich. To z jednej strony powinno ułatwić danemu brandowi sprawę autoprezentacji danej nowości, jednak z drugiej może być przyczyną zbyt wysokiego zawieszenia poprzeczki wyimaginowanych gdzieś w świadomości klientów oczekiwań. Jak to ma się do naszego dzisiejszego bohatera? Niestety, albo stety, wymiar pokładanych nadziei był tak wysoki, że zdroworozsądkowo patrząc na tę nadmuchaną bańkę życzeń i będąc producentem wolałbym startować jako beniaminek, niźli mający już za sobą pasmo sukcesów potentat danego wycinka rynku audio. Na szczęście wspomniany problem dotyczy konstruktora, dlatego kończąc dywagacje co byłoby dla niego lepsze, nie pozostało mi nic innego, jak zaprosić wszystkich na kilka zdań o anonsowanym nieco wcześniej wzmacniaczu zintegrowanym Majestic pochodzącej zza wielkiej wody amerykańskiej marki Wells Audio. Miło mi również oznajmić, że produkt do testów dostarczył dystrybutor tytułowej – bydgoski Audio-Connect.
Majestic rozmiarowo jest typowym przedstawicielem produktów przedsionka High End-u. Co to oznacza? Przy standardowej dla urządzeń audio szerokości i głębokości osiąga sporą wysokość, co na warunki amerykańskie jest wynikiem co najwyżej przeciętnym, dla konkurencji z Europy natomiast raczej zarezerwowanym dla solidnych konstrukcji gabarytem. Projekt plastyczny opiera się na wrażeniu, że całość posadowiono na czterech filarach, gdy tymczasem są to imitujące owe wsporniki zaimplementowane na czterech narożnikach przykręcane nakładki, a urządzenie względem podłoża stabilizują cztery okrągłe stopki. Tutaj małe oświadczenie, nawet jeśli komuś nie przypadnie to do gustu, nie możemy mówić o braku koncepcji wzorniczej, a kręcenie nosem należy zrzucić na nieco inne poczucie piękna, o którym się nie dyskutuje. Ale to nie koniec zabiegów stylistycznych naszego bohatera, gdyż w centrum panelu frontowego znajdziemy idący śladem poprzedników jedno-wskazówkowy cyferblat poziomu oddawanej mocy, nad i pod nim logo marki i nazwę produktu, a na zewnętrznych rubieżach dwie gałki: lewa głośności, a prawa wybór wejść liniowych. Z uwagi na fakt, iż wzmak nieco się nagrzewa, jego dach uzbrojono w umieszczone przy bocznych, będących masywnymi radiatorami ścianach bloki otworów wentylacyjnych. Tył zaś bez szaleństwa wyposażeniowego oferuje użytkownikowi: jedno wejście XLR, cztery RCA, pojedyncze zaciski kolumnowe i gniazdo zasilające. Włącznik główny ulokowano za to w okolicach lewego przedniego narożnika na płycie spodniej. Wydawać by się mogło, że Wellsa wyposażono dość ubogo, ale zapewniam, że do tego, do czego został zaprojektowany ów minimalizm całkowicie wystarcza. Zatem po tych kilku linijkach prezentacji ogólnej przyszedł czas na clou programu, czyli spotkanie z rzeczywistością soniczną naszej wysokości.
Patrząc na sposób tworzenia dźwięku przez testowaną integrę nie można nie zauważyć, że prezentacja jest dobrze osadzona w ciężarze i mimo dziwnej nadpobudliwości wyższego środka dość ciemna. Może nadpobudliwość nie jest do końca dobrym określeniem, ale z pewnością przy tak postawionej sprawie masy wyraźnie daje się usłyszeć mocną pracę konstrukcji we wspomnianym wycinku pasma. Prawdę mówiąc samo otwarcie się dźwięku w tym zakresie nie byłoby niczym specjalnym, na co powinienem zwrócić Wam uwagę, ale co trochę zaskakuje, nie idą za tym górne rejestry. Myślę, że taki był zamiar, jednak unikanie zbytniego rozbuchania przełomu wysokich i środkowych częstotliwości spowodowało efekt delikatnego zgaszenia całości przekazu muzycznego. I chyba brak owej konsekwencji we współbrzmieniu sąsiadujących ze sobą zakresów daje poczucie grania daleką od testowanej niegdyś na naszych łamach końcówki mocy (Innamorata) pozytywnie odbieraną manierą. Wtedy dostaliśmy co prawda również gęste granie, ale oprócz idącej w sukurs niskim rejestrom średnicy nie zapomniano o napowietrzeniu przekazu, czego o Majestic-u niestety nie mogę powiedzieć. To prawdopodobnie jest skutkiem chęci zaproponowania przez konstruktora nieco innego brzmienia, ale sądzę, że prawie o połowę mniejszy budżet i dołożenie do końcówki sterującego nią przedwzmacniacza liniowego w końcowym efekcie sonicznym miały swoje trzy grosze do powiedzenia. Jednak jako lekkie usprawiedliwienie bohatera dzisiejszego spotkania dodam, że gdy w torze znajdą się obfitujące w barwę rodem z posiadanego przeze mnie Harmonixa kable, przywołany artefakt dziury na średnicy przechodzi do sfery zauważalności, a nie nurtującego nas przez cały czas problemu. Skąd to wiem? Jak zwykle ze spotkania w klubie KAIM. Na wyposażeniu piątkowej oazy dla audiofilów pośród okablowania z miedzi znajdują się również druty wykorzystujące srebro i gdy w jednej z konfiguracji ów opierający się o szlachetny kruszec przewód dostał swoje pięć minut, przed momentem wałkowana maniera nabierała rumieńców – w nie do końca pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oczywistym ruchem była roszada ocieplająco kablowa i amerykański wzmaczek natychmiast wrócił do przypisanego sobie, wyłożonego na początku tego akapitu stylu prezentacji muzyki. Czy taka bajka jest dla wszystkich, musicie zweryfikować sami, ja jednak skreślę kilka zdań o tym, jak wyglądało to u mnie i na moim materiale muzycznym, a to wstępnie pozwoli Wam wysnuć pewne przed-odsłuchowe wnioski. Na początek sparingu przygotowałem Amerykaninowi prawdziwy tor przeszkód w postaci wycyzelowanej muzycznie i masteringowo płyty wytwórni RAUMKLANG z materiałem 17 wiecznych pieśni włoskich zatytułowanej „Dialoghi A Voce Sola”. To ostatnimi czasy jest mój podstawowy kiler dla brzmieniowych cherlaków. Wbrew pozorom, ten zbiór kilku instrumentów i głosów jest idealnym materiałem do pokazania umiejętności budowania spektaklu w aspekcie urealniania wirtualnej sceny muzycznej, jak również oddania czytelności i kolorystyki wszelkich punktowych źródeł dźwięku. Jak to się skończyło? Scena wykonała krok do przodu, a rozlokowani na niej artyści może nie zniknęli w ciemnościach, ale w wykorzystujących pełne płuca frazach muzycznych brakowało im nieco rozmachu, co prawdopodobnie było efektem ogólnego stania po ciemnej stronie prezentacji testowanej integry. Wiadomym jest, że kilka kawałków powodowało traktowanie tego przez mój mózg jako dobrodziejstwo inwentarza, ale nie byłby to rzetelny test, gdybym o tym nie wspomniał. Co ciekawe, w całej prezentacji nie pomagała przecież trochę zbyt ochoczo grająca górna średnica, a wydaje mi się , że w założeniach konstrukcyjnych miała w tym temacie pomagać. Ale trzeba oddać honor, że prawdopodobnie ów efekt otwarcia uniemożliwiły operujące w domenie dogrzania średnicy zastosowane przeze mnie japońskie kable. Jednak, jak powiedziałem, po akomodacji z zaistniałymi warunkami sonicznymi muzyka bez problemu mnie cieszyła. Gdy twórczość barokowa w domenie koloru i oddechu okazała się zbyt wymagającą, na tapetę wziąłem kwartet z trzema saksofonami barytonowymi. Oczywiście mam na myśli koncertowy krążek „Libation For The Baritone Saxophone Nation” formacji Bluiett Baritone Nation. W tym przypadku było lepiej, gdyż sama perkusja w pakiecie brzmieniowym Majestica dostawała szczyptę niezbędnego dociążenia, a nisko grające saxy bez wdawania się w operowanie w wysokim środku, mimo, że lekko chłodniejsze niż mam na co dzień, również od wagi dźwięku Wellsa czerpały co najlepsze. Jedynymi mogącymi nieco lepiej wypaść akcentami tej płyty były blachy perkusisty. Niestety, zawsze jest coś za coś. Domykającym i ciekawie wypadającym materiałem muzycznym tego podejścia testowego była grupa Depeche Mode i ich „Exciter”. Sztuczne dźwięki nigdy nie dają odpowiedzi, jak powinno być naprawdę, dlatego też oceniając pokazującą możliwości bohatera testu prezentację mogę powiedzieć, że było inaczej niż na moim dyżurnym zestawie Reimyo, ale czy tak wyobrażał sobie swoją twórczość zespół, nie mnie jest oceniać. Ja mogę zeznać tylko tyle, że przy dobrym w zakresie ciężaru basie i otwartej w założeniach z racji przeniesienia oczko wyżej środka ciężkości średnicy, trochę niedomagały tylko zgaszone górne rejestry. Osobiście nie lubię ich świstania, ale aż takiego ugładzenia w muzyce na nie stawiającej też nie mogę nazwać dobrym. Całość była strawna, ale nie było przysłowiowej kropki na „i”. Osobiście mnie to nie przeszkadzało, jednak dla fanów DM, do których dobre kilkadziesiąt lat temu i ja należałem, z pewnością byłoby to nie do przyjęcia. No cóż, to że wzmacniacz przybył z Ameryki, nie zawsze oznacza, że ma grać, jak typowy zaoceaniczny miłośnik łojenia. Wells stawia raczej na tonizowanie dźwięku, a nie jego wykrzykiwanie i ma do tego prawo.
To był trochę zaskakujący w skutki soniczne test. Z jednej strony za sprawą wcześniej testowanej Innamorty miałem spore oczekiwania, jednak z drugiej wiedziałem, że cena i zwiększenie funkcjonalności musi odbić się na jakości dźwięku i wyglądzie. Czy wpłynęło nazbyt mocno, musicie sprawdzić sami. Ja tylko przypomnę o bardzo uważnym doborze okablowania, gdyż wyłożona podczas testu specyfika grania Wellsa może przerodzić się w natarczywość, a wtedy nie będzie to li tylko jego winą. Owszem, zawsze podczas roszad sprzętowych chcielibyśmy wymienić pojedynczy komponent, tymczasem życie uczy nas, iż nie zawsze tak się da. Na pytanie: „Czy Majestic idzie drogą, jakiej poszukujecie” może odpowiedzieć jedynie bezpośredni sparing we własnej układance. Ze swojej strony starałem się pokazać jego złe i dobre strony, a które z nich będą dla Was pożądane – mówię również o tych teoretycznie „nieprzychylnych” stronach, pokaże życie. Ruch jest po Waszej stronie.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Audio-Connect
Cena: 18 000 PLN
Dane techniczne:
Moc: 150W / 8 Ω
Stosunek sygnał/szum: -103dB, poziom odniesienia przy pełnej mocy
THD: <0,02% przy 1kHz/100W/8 Ω; <0,05% przy 20kHz/100W/8 Ω
Wzmocnienie: 30dB
Impedancja wejściowa: 50 kΩ
Współczynnik tłumienia: 200 przy impedancji 8 Ω
Zużycie mocy: 120W w trybie spoczynkowym, max. 350W
Wejścia: 4 pary RCA; 1 para XLR
Wyjścia głośnikowe: pojedyncze
Zasilanie: 120V, 220V, 230V, 240V przy 50Hz i 60Hz
Wymiary: 431 x 127 x 419 mm
Waga: 15 kg
System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
– Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
– IC RCA: Hiriji „Milion”
– IC cyfrowy: Harmonix HS 102
– Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
– Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 1
Kiedy w marcu b.r. recenzowaliśmy topowe HiFiMAN HE1000 jednogłośnie uznaliśmy, że dotarliśmy do słuchawkowego absolutu i w tymże przeświadczeniu do niedawna spokojnie sobie żyliśmy. W końcu, bądźmy szczerzy – segment słuchawek wycenionych na ok. 15 kPLN to nie półka z budżetowymi amplitunerami do kina domowego odświeżana przez wszystkich producentów co najmniej raz w sezonie. W topowych słuchawkach panuje spokój, bo właśnie spokój lubią duże pieniądze a 14,4 kPLN za HE1000 to naprawdę spora kwota. Niby ostatnio światło dzienne ujrzała nowa inkarnacja legendarnych Orpheusów Sennheisera za drobne 50 000€, ale na chwilę obecną można taki ruch traktować jedynie jako ciekawostkę natury przyrodniczo – marketingowej a nie rzeczywistą chęć dominacji na rynku. Wróćmy jednak na ziemię, czyli o jakiś rząd wielkości niżej. Niby wspomniany spokój gwarantuje, że właśnie zakupione ekskluzywne nauszniki za miesiąc, rok, czy nawet pięć lat nie staną się reliktem przeszłości w ofercie danego producenta i będziemy je sobie mogli co najwyżej na gwoździu powiesić, ale też nie daje pewności, że ktoś inny nie nabierze ochoty na równie duży, jeśli nie większy kawałek iście high-endowego słuchawkowego tortu. I właśnie z takim przypadkiem mamy do czynienia dzisiaj, gdyż kilka tygodni temu dotarły do nas na testy flagowce japońskiej marki Final o symbolu Sonorus X a opiniami wyrobionymi podczas odsłuchów właśnie postanowiliśmy się z Państwem podzielić.
W czasach, gdy większość producentów stara się jak najbardziej odchudzić swoje produkty okazuje się, że na rynku są też przedstawiciele obozu upatrującego zalet w rozwiązaniach masowych. Co ciekawe owa tendencja ujawnia się tym częściej, im wyżej w cennik danej marki zaglądamy. Nie wierzycie? No to proszę: wycenione na 6,2 kPLN OPPO PM-1 ważą 395g, wspomniane na wstępie HiFiMAN HE1000 480g a prawdziwą okazją, przynajmniej jeśli chodzi o relację waga/cena wydają się 600g Audeze LCD-3 za „drobne” 9 kPLN. Słowem, jeśli chcemy iść w słuchawkową nirwanę to bez długich godzin spędzonych na siłowni w celu wzmocnienia mięśni szyi i karku raczej się nie obędzie. No chyba, że chcemy nabawić się jakiejś nieprzyjemnej kontuzji. Proszę mi jednak wierzyć, że wszystkie wcześniej przedstawione przykłady to tak naprawdę rozgrzewka i niewinny spacerek po parku w porównaniu z istnym runmagedonem jaki postanowili zafundować audiofilskim krezusom spece z Final-a wprowadzając do swojej oferty tytułowego flagowca. Otóż wycenione na okrągłe 20 kPLN Sonorusy X ważą imponujące 640g i … tę wagę po prostu na głowie czuć. Cenę z resztą też, ale ponieważ na łamach SoundRebels rzadko kiedy zajmujemy się urządzeniami i przedmiotami, których zakup można w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć, to i tym razem ze stoickim spokojem przyjmujemy oczekiwaną za Finale cenę.
Po prostu sięgając po Sonorusy już od pierwszego wejrzenia mamy pewność, że wkraczamy w świat luksusu, przepychu i generalnie wszystkiego co najlepsze, a co najwazniejsze nie wkraczamy kuchennymi drzwiami lecz pod główne wejście dostarcza nas wydłużony Rolls-Royce Phantom. Słuchawki oferowane są bowiem w klasycznym japońskim pudełku tomobako wykonanym z drewna Kiri, w jakim z reguły sprzedawana jest ręcznie malowana, pochodząca z Kraju Kwitnącej Wiśni ceramika, czy kimona. Znajdujące się na wieku logo producenta wykonano również z zachowaniem wielowiekowej tradycji – kaligrafując je lakierem Urushi. Jakby tego było mało słuchawki spoczywają w wykonanym ze sklejki delikatnym profilu wyściełanym … śnieżnobiałym (całe szczęście sztucznym) futrem, pod którym umieszczono kolejne puzdereczko, tym razem z dwoma (1.5 m i 3m) przewodami i przejściówką 3.5/6,3 mm.
Same słuchawki wyglądają jak przysłowiowe milion dolców. Nausznice wykonano ze współosiowo nałożonych na siebie pierścieni, z których pierwszy o większej średnicy jest z chromowanego aluminium a drugi – mniejszy, o stożkowym kształcie stalowy i w dodatku złocony. Kruczoczarne mięsiste skórzane pady wreszcie bez problemów były w stanie otoczyć moje małżowiny, więc sprawę nomenklatury możemy uznać za jednoznaczną – mamy do czynienia z zamkniętymi konstrukcjami wokółusznymi.
Wyściełanie stalowego pałąka też jest skórzane a regulacja rozstawu nausznic odbywa się poprzez przesuwanie ich po swoistych prowadnicach umieszczonych w ozdobionych firmowym logotypem zaciskach. Przewód sygnałowy jest podwójny, więc warto przy jego montażu zwrócić uwagę na zgodność oznaczeń kanałów z oznaczeniami na samych słuchawkach.
Jeśli zaś chodzi o zagadnienia czysto techniczne, to wewnątrzekskluzywnych czasz umieszczono pojedyncze 50mm tytanowe przetworniki. Nad prawidłowym przepływem powietrza wewnątrz muszli czuwa autorski mechanizm BAM (Balancing Air Movement). Impedancja wynosi przyjazne 16 Ω a czułość 105 db.
Aspekt ergonomii prezentuje się równie ciekawie, gdyż 640g X-ów nijak nie da się ani ukryć, ani za bardzo zniwelować. Można co prawda zadbać o fotel/kanapę z odpowiednio wysokim oparciem ale i tak i tak po dwóch – trzech godzinach zdejmując słuchawki czujemy ewidentną ulgę. Od razu zaznaczam, ze chodzi o ulgę natury czysto fizycznej, wynikającej ze zdjęcia z czerepu ponad półkilogramowego obciążenia i nie ma to nic wspólnego z walorami sonicznymi testowanych nauszników.
Część poświęconą brzmieniu rozpocznę dość nietypowo, bo od fantastyki, jaką od czasu do czasu się zaczytuję. Nie przepadając jednak za industrialnymi wizjami do szpiku kości stechnicyzowanego i scyfryzowanego świata wolę śledzić losy elfów, krasnoludów i towarzyszących im magów. Ot takie skrzywienie. Jednak do rzeczy. W takich to dość egzotycznych okolicznościach przyrody co i rusz przewijają się wszelakiej maści smoki, którym możliwie daleko od tych naszych rodzimych … popierdułek w stylu Wawelskiego, czy stołecznego Bazyliszka. Tamte, będąc najstarszymi żyjącymi na świecie (wielu światach) istotami są nie tylko cholernie mądre, co wręcz najmądrzejsze. To tak jakby połączyć w jedną, nierozerwalną całość Encyklopedię Britannicę, Wykipedię i naszą, własną Małżonkę, która, co nie podlega najmniejszej dyskusji, wie przecież wszystko. W dodatku, nie dość, ze owe smoki posiadają taką wiedzę, to również mają czas, bo ich żywoty mierzy się w istnieniach wszechświatów a nie latach. Coś pomiędzy wiecznością a nieśmiertelnością – niby to samo ale nie do końca, bo przy nieśmiertelności teoretycznie wiadomo, gdzie dany żywot miał swój początek a przy wieczności … No ale w tym momencie dochodzimy do zbyt daleko odchodzących od tematu głównego dygresji. Chodzi po prostu o to, że mając takową mądrość i nie czując nawet najmniejszej presji czasu one były jakie były i w tym bycie było im dobrze. Nie musiały nikomu niczego udowadniać, bo i po co, skoro za dosłownie chwilę owego kogoś miało już nie być.
Może to dziwnie zabrzmi, ale podobne wrażenie odniosłem podczas bisko dwutygodniowych testów topowych Sonorusów. Nie chcę w tym momencie popadać w zbytni zachwyt i brak obiektywizmu, ale X-y są może nie tyle ponad, co wręcz zupełnie z boku dostępnej na rynku konkurencji. Zamiast stawiać na wyczynowość któregoś z głównych aspektów prezentacji i przy okazji liczyć na złapanie na ową pozorna ponadprzeciętność jakiegoś nabywcy japońskie słuchawki zarówno w pierwszej, jak i kolejnych chwilach niczym nie porażają, nie ścinają z nóg i nie rozkładają na łopatki. Grają niezwykle równo, zaskakująco spokojnie i aż by się chciało powiedzieć, że po prostu zwyczajnie. To jednak tylko pozory, gdyż choć na początku większość słuchaczy stwierdzi, że za taką kasę dźwięk powinien za przeproszeniem urywać tę część ciała, gdzie plecy tracą swą szlachetna nazwę, to im dłużej będziemy ich słuchać tym bardziej będziemy się od nich uzależniać. W dodatku przesiadka na bazującą na pierwszym zachwycie konkurencję dość jednoznacznie obnaża jej braki. Cóż z tego, że np. obcujemy z fenomenalną przestrzenią, hiper detalicznością, czy wręcz atomowym basem skoro reszta już taka ponadprzeciętna nie jest. A w Sonorusach wszystko jest naj, więc nic nie wyrywa się przed szereg i patrząc z boku nic nie rzuca się w oczy, znaczy się uszy. To tak jakby patrzeć na dowolną drużynę NBA. Rośli, dobrze zbudowani ale bez szaleństw, wystarczy jednak wpuścić między nich „zwykłych” ludzi, żeby uświadomić sobie różnice pomiędzy nimi a normą, codziennością.
Przejdźmy jednak do konkretów. Sięgając po ostatni album Imany „The Wrong Kind Of War” co prawda liczyłem na naprawdę sporo, ale rzeczywistość przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Reprodukowany przez Finale dźwięk nie tylko mnie otoczył szczelnym kokonem, ale wręcz wchłonął. Głos czarnoskórej wokalistki został podany blisko, w niemalże intymny sposób. Tutaj nie było mowy o jakimkolwiek zawoalowaniu, czy stawianiu pomiędzy słuchaczem a artystą nawet perfekcyjnie wypucowanej szyby. Nic z tych rzeczy. Poczucie realizmu jest takie, że po chwili łapiemy się na tym, że podświadomie boimy się głośniej oddychać, czy gwałtowniej poruszyć w obawie, żeby tylko czar nie prysł. Ale on nie pryska, nie pęka jak bańka mydlana, lecz trwa … przynajmniej do końca płyty. Oczywiście doskonale słychać, że mamy do czynienia z czysto komercyjną realizacją, ale informacja o tym nie staje się czynnikiem wykluczającym z odsłuchu a jedynie jedną z jego natywnych cech. Nie jest niepotrzebnie eskalowana i nikt nad nią się nie pastwi. Po prostu jest jak jest i tyko od nas zależeć będzie, czy skupimy się na tego typu niuansach, na które nie mamy wpływu, czy na muzyce. Od razu dodam, że Finale dość wyraźnie podpowiadają właściwą odpowiedź i dla ułatwienia dodam, że jest ona diametralnie inna od tej, jaką sugerują np. Ultrasone’y.
Pomimo początkowego wrażenia dość ciemnej tonacji, w jakiej operują Sonorusy nie sposób odmówić im referencyjnej wręcz rozdzielczości a owe przyciemnienie tak na prawdę okazuje się wyeliminowaniem z dźwięku wszelakiej maści pasożytniczych artefaktów, śmieci, zniekształceń i innych anomalii. Wystarczy bowiem posłuchać pochodzącego ze ścieżki dźwiękowej do „Redemtion” przepięknego i wzruszającego „Malka Moma Si Se Bogu Moli” by bez trudu przekonać się, iż zarówno solistka, jak i akompaniujący jej chór słychać po prostu tak, jak słychać być powinno a i precyzja, z jaką reprodukowane są poszczególne głosy nie pozostawia nawet najmilejszych wątpliwości co do reprezentowanej przez tytułowe słuchawki klasy. Jednak niejako dla świętego spokoju włączyłem jeszcze swój dyżurny „sampler”, czyli „Misa Criolla / Navidad Nuestra” Ariela Ramireza w wykonaniu Mercedes Sosy. I tak naprawdę powyższa pozycja okazała się niejako muzycznym odpowiednikiem X-ów. To absolutnie genialne nagranie z jednej strony pełne spokoju, dostojności a z drugiej aż kipiące od autentycznych emocji a na odpowiednim systemie dostarczające wprost niewyobrażalnej mnogości mikro wybrzmień, audiofilskich smaczków i wręcz namacalnego poczucia obecności, uczestnictwa w spektaklu.
Podobnie zjawiskowo wypadają nagrania studyjne. Duet Sosy z Shakirą, czyli „La Maza”, czy „American IV: The Man Comes Around” Johnny’ego Casha, przy czym o ile damski dwugłos nad wyraz klarownie pokazuje różnice warsztatowe i nie ma się co oszukiwać różnicę wieku obu pań, to już przykładowo „Hurt” Casha łapie za krtań świadomością wokalisty bycia u kresu własnej drogi. I właśnie taka oszczędna, wręcz ascetyczna wersja na tytułowych słuchawkach zabrzmiała mocniej, donośniej aniżeli oryginał Nine Inch Nails.
A właśnie – cięższe klimaty. Pomimo niemalże bizantyjskiego przepychu wykończenia i ceny jednoznacznie dedykującej X-y jedynie wybranym, najzamożniejszym audiofilom nawet przez myśl mi nie przeszło traktowanie ich z przymrużeniem oka i ulgowym taryfikatorem. Co to to nie. Dlatego też, kiedy tylko naszła mnie ochota sięgałem po repertuar wspomnianego NIN, Slayera, czy Batushki. I wiecie co? Choć było ekstremalnie ciężko, gęsto i z reguły nieprzyzwoicie głośno nic mi nie przeszkadzało, nic nie męczyło i nie powodowało rozdrażnienia. Jeśli tylko realizatorzy stanęli na wysokości powierzonego im zadania i w wystarczającym stopniu okiełznali konsoletę, to nawet tak ekstremalne odmiany metalu mogły pochwalić się nie tylko iście atomowym wykopem, lecz również prawidłową gradacją planów i podanym jak na tacy precyzyjnym rozplanowaniem muzyków. Nikt nikomu nie wchodził na głowę a przysłowiowa ściana dźwięku nie była jednolitym i zarazem bezkształtnym monolitem a tworem mającym nie tylko swoją fakturę, co trójwymiarową bryłę z umiejscowionymi w niej prawdziwymi, szalejącymi muzykami z krwi i kości.
Generalnie topowe Finale oferują brzmienie na tyle finezyjne i homogeniczne, że spokojnie mogą pod tym względem konkurować z konstrukcjami planarnymi. To ten sam rodzaj nierozerwalnej spójności połączonej z natychmiastowością narastania i wygaszania dźwięków, lecz oparty na nieco bardziej skupionym, kreślonym grubszą kreską basem. Patrząc jednak na Sonorusy możliwie szeroko, uczciwie trzeba przyznać, że oferują one niedoścignioną umiejętność oddania złożoności dźwięków poszczególnych instrumentów. O ile konstrukcje planarne, a przynajmniej te,z jakimi do tej pory mieliśmy do czynienia, niedoścignione były pod względem precyzji kreślenia krawędzi źródeł pozornych o tyle X-y wyciągały z cieni nieosiągalną dla konkurencji ilość niuansów półtonów i innych detali, które do tej pory były li tylko sygnalizowane. Nie ma się jednak czemu dziwić, gdyż na tym poziomie jakościowym mamy do czynienia z jakością, jaką w fotografii zapewnia jedynie pełna klatka i to w wydaniu Hasselblada, ostatecznie Mamiy’i. W obu przypadkach (pełnoklatkowców i Sonorusów) dostajemy bowiem obraz kompletny i spójny, lecz w nawet najmniejszym stopniu nie epatujący ostrymi jak samurajska katana krawędziami. On nie rani oczu jak ustawione w sklepowych witrynach super telewizory z zapętlonymi, specjalnie przygotowanymi demówkami, po oglądaniu których po pięciu minutach mamy gwarantowaną migrenę a po kwadransie murowane zapalenie spojówek. To inny, zdecydowanie bardziej naturalny, wręcz organiczny rodzaj rozdzielczości, która nie rani i nie irytuje a jedynie umożliwia wgląd nawet w najmniejszy wycinek kadru, spektaklu. Wystarczy się na nim skupić, podejść krok bliżej i już wszystko wiadomo. Jednak aby to zrozumieć trzeba nieco czasu, spokoju i wyciszenia. Tak samo jak z dobrym starym winem, albo koniakiem – one też potrzebują dłuższej chwili, żeby się „otworzyć”. Więc jeśli tylko w tych pełnych nerwowości i pośpiechu czasach szukacie Państwo wytchnienia, ucieczki w normalność i czysto empirycznego doświadczenia absolutu muzyki posłuchajcie Final Sonorus X. Posłuchajcie dobrze a potem, jeśli będziecie musieli je zwrócić, to już będzie Wasz problem.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Wzmacniacz słuchawkowy: Lehmann Linear
– Wzmacniacz słuchawkowy/DAC: Marantz HD-DAC1
– Słuchawki: Brainwavz HM5; Meze 99 Classics Gold; q-JAYS; Chord & Major Major 8’13; AudioQuest NightHawk; Sonus faber Pryma Carbon
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Audion Premier MM
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Accustic Arts POWER I – MK 4; Accuphase E-370
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Gradient Revolution MK IV; DoAcoustics Armonia Mundi Impact
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 2
Może od strony procesu testowego zabrzmi to trochę dziwnie, lecz mimo stosunkowo krótkiego obcowania z dzisiejszymi bohaterkami, ich redakcyjny byt zdążył obrosnąć w dosyć ciekawą anegdotę. Jednak nie będzie to stricte humorystyczna opowieść o przedstawicielu gatunku homo sapiens, który dla zdobycia recenzowanego dzisiaj produktu był w stanie niczym ekshibicjonista przebiec nago przez centrum Warszawy. Niestety, z naszego, czysto audiofilskiego punktu widzenia sprawa choć przywołująca uśmiech na twarzy w konsekwencji jest dla nas dalece poważniejsza, gdyż wszystko działo się w studiu masteringowym, gdzie panowie przy konsoli po raz pierwszy zrozumieli, o co tak naprawdę nam kochającym muzykę chodzi. W jaki sposób? Po prostu usłyszeli efekt swojej pracy na dobrej jakości zabawkach audio z naszej – konsumenckiej działki. Niestety, ich codzienność najczęściej opiera się o średniej jakości konsumencką masówkę, albo niezbyt wyrafinowane dźwiękowo za to długowieczne produkty z rynku profesjonalnego. I wiecie co? Mimo, że tego widoku i komentarzy długo nie zapomnę, to w kontekście naszych zmagań z będzie to mroczna, bo pokazująca, gdzie zaczynają się problemy z dobrym odtworzeniem dźwięku myśl. Domyśliliście się już, co wywołało owo całe zamieszanie? Ano nic innego, jak oczekujące na weryfikację soniczną japońskie słuchawki FINAL SONORUS X, które na testy dystrybutor marki – Fonnex.
Nasi przedstawiciele kraju kwitnącej wiśni są konstrukcją zamkniętą. To z jednej strony ułatwia używanie ich w delikatnie niesprzyjających, jednak w miarę spokojnych warunkach domowych, ale z drugiej strony wykorzystane do budowy muszli materiały sprawiają, iż są dość ciężkie. Dzięki owej masie z pewnością poprawia się reprodukcja niskich rejestrów, ale dla niezbyt często używającego podobnych atrybutów adepta jest pewnym mankamentem, do którego musi się przyzwyczaić. Ale bez paniki, wyprzedzając nieco fakty uspokajam, że za sprawą wartości sonicznych SONORUS-ów nie jest to niczym nadzwyczaj trudnym. Idźmy jednak dalej. Jak widać na fotografiach, dla celów designerskich główne części muszli i pałąków nośnych wykończono w nadających im sznytu jakości kolorach połyskującej stali i złota, które przedzielono brązem i czernią reszty ich podzespołów. I gdy dodam, że produkt dostarczany jest w wysmakowanym pudełku wyściełanym białym misiem z długim włosem, nagle okazuje się, że nawet jeśli to ustrojstwo nie chciałoby dobrze grać, spokojnie mogłoby służyć jako gadżet wystroju domowego. Naprawdę, obcowanie z tworem marki Final od pierwszego kontaktu zniewala nas wyglądem. Mając za sobą zewnętrzną część nauszników trzeba jeszcze wspomnieć o bardzo miłych w dotyku nawet podczas długoterminowego kontaktu oprawionych w czarną, miękką skórę padów i nagłowia. Słowem, maestria wykończenia i przyjemność w obcowaniu. Oczywistą sprawą jest dostarczany w komplecie urozmaicony wizualnie złotymi dodatkami stosowny przewód przyłączeniowy. Dla uzupełnienia informacji około-testowych spieszę również oznajmić, iż proces oceny odbył się przy użyciu wzmacniacza słuchawkowego marki Lehmann Audio.
Na początku przypomnę, że każdy test słuchawek jaki dane jest mi przeprowadzić, opieram na bezpośrednim odniesieniu się do niegdyś kultowych Sennheiserów HD600. Trzeba jednak pamiętać, że z racji swojego dość długiego stażu pracy od momentu powstania modelu, a przez to pewnych naturalnych zapóźnień technologicznych bardzo często nie są w pełni trzymającymi kroku konkurencji sparingpartnerami. Jednak owa rozpoznawalność pośród chyba mogę powiedzieć większości zainteresowanych użytkowaniem nauszników osobników pozwala im już w fazie planowania mitingu odsłuchowego wysnuć wstępne, jeszcze nie wiążące, ale często bardzo zbliżone do będących konsekwencją odsłuchu wnioski. I gdy w ten sposób spojrzymy na temat generowania dźwięku przez przybyłe do naszej redakcji Japonki, okaże się, że ich centrum tonalne względem 600-tek znajduje się w całkowicie innym punkcie wykresu wartości bezwzględnych. Słowo klucz, to masa dźwięku. Obcowanie z SONORUS-ami wprowadza nas w świat fantastycznie barwne, z mocnym osadzeniem w niskich rejestrach i otwartą górą granie. Co ważne, mimo, że przekaz jest nieco ciemniejszy, wszytko jest bardzo spójne, a to powoduje, że żaden z zakresów częstotliwościowych nie ma tendencji do nieuprawnionego lansowania się kosztem reszty. Jedynym w miarę wspólnym punktem obydwu konfrontowanych konstrukcji jest pewna świeżość prezentacji materiału muzycznego. Jednak w przypadku Senków nie jest ona podparta właściwym dociążeniem dźwięku, co w konsekwencji możemy odbierać ją jako zbyt analityczną. Ale nie na tyle, że nie da się tego słuchać, tylko nieco odstającą od realiów muzyki na żywo. Obie szkoły mają oczywiście swoich fanów, ale trzeba odważnie powiedzieć, iż każda z obydwu grup pochodzi z nieco innego audiofilskiego świata. Tak więc, co mają do powiedzenia FINAL-e? Przywołana przed kilkoma zdaniami powodująca zdecydowanie równiejszy odbiór muzyki masa dźwięku sprawia, że wirtualna scena buduje się bliżej centrum naszego organu rejestracji wydarzeń potocznie zwanego mózgiem. To zaś nie przeszkadza Japonkom zbudować wokół naszej głowy szerokiego spektrum wirtualnej sceny, gdyż w sukurs dawce ciężaru natychmiast przychodzą rozdzielcza średnica i dobrze rozświetlona góra. Dobrym przykładem takiego pokazania świata może być płyta z muzyką dawną rodem z Półwyspu Apenińskiego zarejestrowaną na krążku „DIALOGHI A VOCE SOLA” i wydanego przez oficynę RAUMKLANG. Wspomniana rozdzielczość na środku pasma powodowała, że będąca głównym tematem tej kompilacji wokaliza bez najmniejszych problemów budowała się w pełni spektrum przestrzeni wokół mojej głowy. Co ciekawe, ta wspaniale zrealizowana płyta pokazała, że testowane przedstawicielki kraju samurajów były nawet bardziej rozdzielcze od Niemek, co unaocznił mi teraz usunięty, a dotychczas słyszany delikatny mat generowanych dźwięków. Jednak wszystkich twierdzących, że może to odbić się efektem nadinterpretacji uspokajam, gdyż przywołany artefakt wpływał li tylko na dokładniejsze pokazanie długości wybrzmień każdego dźwięku, a nie jego rozjaśnienie. Ale wokale nie były jedynymi aspektami, które podczas tego sparingu pokazywały swoje inne oblicze. Również instrumentarium czerpało z pracy z SONORUS-ami ile się tylko da. Wszystkie generatory fal dźwiękowych dzięki odpowiednio skorelowanej ze środkiem i górą pasma masie będąc kreślonymi bardzo ostrą kreską również znakomicie wizualizowały się w przestrzeni między-usznej. Gdybym miał określić tę prezentację dosyć często słuchanej płyty jednym zdaniem, powiedziałbym, że testowane słuchawki czuły się w tym repertuarze niczym ryba w wodzie. Zbliżając się powoli ku końcowi naszego spotkania przywołam jeszcze jeden srebrny krążek z repertuaru MOJAVE 3 zatytułowany „Excuses For Travellers” http://tidal.com/album/2203049 . W tej kompilacji większość utworów rozpoczyna się solowym gitarowo-wokalnym intro i trzeba przyznać, że gdy front men przy użyciu swojego „wiosła” wprowadzał mnie w każdy z nich, faktycznie budował się w centrum mojej głowy, a gdy do głosu dochodziła reszta zespołu, spektakl rozbudowywał się o kolejnych kilka połaci panującego wokół niej bezkresu dając efekt wieloplanowości słuchanej muzyki. Kolejnym opisowym krokiem powinno być wyłożenie informacji na temat oddania realizmu poszczególnych występujących na płycie instrumentów, ale idąc za tym, co napisałem w kontekście słuchania muzyki dawnej powtórzę, iż każdy z nich miał dobrą fakturę i masę. Czytając ten test wydaje się, że produkt z Japonii nie ma wad. I teoretycznie mógłbym tak powiedzieć, gdyż to co napisałem i w gruncie rzeczy bardzo mi dopowiada, jednak nie zdziwiłbym się, gdyby dla wielu całość okazała się zbyt dosłownym oddaniem bytu każdego dźwięku. Co prawda lubię w pełni kontrolowaną, ale jednak pewną wyczynowość, ale znam osoby, które wolą nieco więcej intymności, jaka może w lekko odchudzonej manierze, ale występuje w Sennheiserach. FINAL-e grają z chirurgiczną, podparta dobrą masą precyzją. I chyba jedną z mocno naciąganych wad jest to, że dla źle zrealizowanych płyt owa dokładność może być palcem Bożym, czyli eliminacją z dotychczas często używanej play listy, a niestety nie wszyscy są na to przygotowani. Gdy doszliśmy do momentu wartościowania testowanych konstrukcji pod względem ogólnym, należy wspomnieć jeszcze o sporej wadze X-sów, co dla obcujących z podobnymi nausznymi tworami użytkownikami może być pewnym minusem. Jednak bez względu na wszelkie subiektywne za i przeciw, śmiało mogę powiedzieć, iż dzisiejsze bohaterki pokazały się z bardzo dobrej, mocno grającej w mojej estetyce strony.
Czy testowany dzisiaj atrybut nie posiadającego swojej odsłuchowej samotni melomana jest dla wszystkich? Znając różnorodność gustów, jak i punktów odniesienia do wzorca jakim jest muzyka na żywo z pewnością nie. Jeśli jednak kochacie słuchawki i stawiacie na naładowany energią masy, otwarty i budujący się w dużym spektrum przestrzeni wokół głowy przekaz, musicie zmierzyć się z produktem pod dumną nazwą FINAL SONORUS X, gdyż tylko bezpośrednia konfrontacja z tym co posiadacie na co dzień jest w stanie dać odpowiedź na nurtujące Was po moim tekście pytanie: „Czy one naprawdę są takie dobre?”.
Jacek Pazio
Dystrybucja: Fonnex
Cena: 20 000 PLN
Dane techniczne
Obudowa: Stal nierdzewna, aluminum
Typ: Nauszne, zamknięte
Przetwornik: dynamiczny 50mm φ
Czułość: 105 dbW
Impedancja: 16 Ω
Dł. przewodu: 1.5 m i 3m
Waga: około 640g
System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Więcej niż fortepian – Disklavier Enspire na nowo definiuje domową rozrywkę. Jako pierwszy na świecie fortepian multiroom, łączy się z komponentami audio Yamaha MusicCast w całym domu, zamieniając dowolne pomieszczenie w salę koncertową. Ponadto instrument ma kilka przełomowych funkcji rozrywkowych: na przykład serwis internetowy Yamaha Disklavier Radio, który naprawdę budzi instrument do życia – funkcja samodzielnej gry utworów udostępnionych z sieci sprawi, że instrument stanie się twoim osobistym pianistą. Muzykę dla serwisu dostarczają artyści związani z instrumentami Yamahy, m.in. Jamie Cullum, Sarah McLachlan i wielu innych, prezentujący wszystkie gatunki muzyczne. W istocie, Disklavier Enspire jest profesjonalnym instrumentem akustycznym, który zapewnia pianistom niepowtarzalne możliwości ekspresji. Wszystkie cyfrowe funkcje można z łatwością obsługiwać poprzez aplikację na smartfon lub tablet. Disklavier Enspire dostępny jest w różnych modelach, od klasycznego pianina, do fortepianu koncertowego.
Fortepianowa rozrywka dla inteligentnego domu
Wracasz do domu. Zrelaksuj się. Wystarczy ruch palcem po ekranie twojego smartfonu, aby fortepian ożył. Klawisze poruszają się, jakby były wprawiane w ruch siłą magii. Radość sprawiają ci relaksujące tony lub, jeśli nastrój na to pozwala, tętniące życiem utwory jazzowe, rockowe, popowe lub klasyczne – Disklavier Enspire wyróżnia się niezwykle bogatym repertuarem. Intstrument ma 500 zapisanych utworów, które można wybierać wprost z poziomu aplikacji. Inne nagrania dostępne są za pośrednictwem serwisu Yamaha MusicSoft.
Disklavier Radio przenosi międzynarodowych artystów wprost do twojego domu
Proste kliknięcie w Disklavier Radio sprawia, że instrument zyskuje dostęp do niemal nieograniczonej bazy utworów. Tysiące nagrań – zarówno klasycznych, fortepianowych oraz piosenek z wokalem lub akompaniamentem – dostępnych jest do bezpośredniego przesyłania. Najlepsi międzynarodowi artyści nagrali utwory przeznaczone specjalnie dla Disklavier Enspire. Kiedy włączasz nagranie Jamie Culluma, to co widzisz na samodzielnie grającej klawiaturze i słyszysz dźwięki wydobywające się z fortepianu, to naprawdę gra tego artysty.
MusicCast multi-room zamienia każde pomieszczenie w salę koncertową
Yamaha MusicCast czyni z Disklavier Enspire pierwszy na świecie instrument muzyczny multi-room: bez względu na to, czy grasz sam czy też odtwarzasz repertuar z instrumentu, dźwięk fortepianu rozbrzmiewa w całym domu dzięki technologii multi-room Yamahy, zamieniając inteligentny dom w salę koncertową nowej generacji.
Utwory opracowane specjalnie dla Disklavier Enspire
Utwory dla Disklavier Enspire są całkowicie automatycznie rozdzielane: pianino/fortepian odtwarza część akustyczną, a wszystkie pozostałe instrumenty i wokale odtwarzane są zarówno przez głośniki w instrumencie muzycznym (w fortepianach) lub poprzez podłączony system stereo. Jeżeli system multi-room MusicCast wykorzystywany jest do odtwarzania muzyki w innym pomieszczeniu, w którym nie można usłyszeć akustycznego dźwięku Disklavier Enspire, wykorzystywany jest cyfrowy dźwięk koncertowego fortepianu Yamaha CFX.
Prawdziwy akustyczny instrument
Chociaż Disklavier Enspire to znacznie więcej niż tylko fortepian czy pianino, to w swojej istocie jest akustycznym instrumentem, który motywuje do gry samemu. Ale Disklavier Enspire zapewnia pianistom wiele dodatkowych możliwości: np. możesz zapisać swoją grę, odtworzyć wprost z pianina za pośrednictwem MIDI lub USB korzystając z oprogramowania takiego jak Steinberg Cubase, lub skorzystać z jednej z wielu aplikacji do nauki gry na pianinie, takiej jak Piano Diary.
Muzyczna rozrywka w swojej najpiękniejszej formie
Yamaha szczyci się długoletnią tradycją w budowaniu fortepianów: firma rozpoczęła rozwijanie swojej wiedzy w produkcji pianin i fortepianów ponad 100 lat temu. Ale Yamaha nigdy nie pozostawała w miejscu – pionierskie innowacje, takie jak Silent Piano lub TransAcoustic zapisane są w DNA firmy. Podobnie jest z Yamaha Disklavier, technologia w tym samodzielnie grającym fortepianie została wprowadzona 29 lat temu i od tego czasu była nieustannie udoskonalana. W swojej najnowszej wersji, Disklavier Enspire zapewnia prawdziwie wyjątkową rozrywkę.
Technologia, która odpowiada za funkcję samodzielnej gry
Disklavier Enspire jest akustycznym instrumentem, który z maksymalną precyzją zapisuje każdy najdrobniejszy detal ruchu klawiszy, młotków i pedałów – wszystko dzięki bezstykowym czujnikom optycznym. Fortepiany Disklavier Enspire (od długości 1,86 m) umożliwiają zapisanie twojej własnej gry na instrumencie, wykorzystując 8-bitową rozdzielczość MIDI (1024 kroki). Serwonapęd DSP na końcach klawiszy wprawia cały mechanizm w ruch: młotki uderzają w struny i tworzą akustyczny dźwięk, co oznacza, że fortepian brzmi dokładnie w taki sposób, jakby grał na nim artysta.
Tak unikatowe, jak twój dom: gama modeli Disklavier Enspire
Niezależnie czy jest to klasyczne pianino, kompaktowy fortepian czy też imponujący fortepian koncertowy – Disklavier Enspire dostępny jest jako opcja dla wielu popularnych pianin i fortepianów Yamaha.
Opinia 1
Podczas mojej przygody z gramofonem w sekcji wzmacniania bardzo delikatnego sygnału z wkładki drapiącej naszpikowany wąwozami i szczytami rowek płyty winylowej od zawsze posiłkowałem się phonostagem tranzystorowym. Nie, nie był to z mojej strony jakiś szczególny, będący życiową karmą upór, tylko przekonanie o pełnym zaspokojeniu potrzeb w zakresie pozwalającym co najmniej dobrze odtworzyć zapisany na płycie materiał muzyczny. Owszem, przez ostatnie lata miałem na testach kilka wyśmienitych przedwzmacniaczy gramofonowych opartych o szklane bańki, ale kosztowały sporo a i same lampy na dzień dzisiejszy jawią się dla mnie jako potencjalne źródło problemów od natury użytkowej poczynając, a na możliwości ich nieskończonego doboru do swoich preferencji kończąc. Ja wiem, że właśnie to jest dla wielu w tej zabawie najlepsze, ale osobiście nie lubię nadmiernego eksperymentowania, a mając taką możliwość, zawsze człowieka korci, by spróbować czegoś innego. Tymczasem posiadając konstrukcję tranzystorową jednym ruchem zamknąłem mogącą odbić się wydatkową czkawką możliwość eksperymentowania. Jednak bez paniki, jestem otwarty na wszelkie urządzenia i mimo pewnych wewnętrznych ustaleń z dużą przyjemnością, jeśli tylko nadarza się okazja, słucham co nowego niesie ze sobą technika lampowa. Powiem więcej, jeśli kiedyś zdecydowałbym się na odejście od tranzystora, mam już lampowego faworyta, który pokonał posiadanego na co dzień „trana” – spokojnie, miał prawo, gdyż jest dwa razy droższy, ale najlepsze w tym jest to, że gdy dla mnie jego zaletą są użyte w nim tanie rosyjskie lampy, dla typowych wielbicieli takich układów elektrycznych za sprawą braku wyrafinowania są one solą w oku i raczej szkodzą, niż pomagają. Niezłe co? Ale do rzeczy. Jak wspomniałem, gdy w którymś kościele zadzwonią, że na horyzoncie pre gramofonowych pojawiło się coś nowego, a tym bardziej ciekawego, bo lampowego, natychmiast uruchamiamy z Marcinem gorącą linię i jeśli tylko jest to możliwe, produkt ląduje w naszych samotniach. I właśnie takim wyłuskanym gdzieś z dystrybucyjnego eteru produktem jest prezentowany dzisiaj, pochodzący z Anglii AUDION INTERNATIONAL, z którego portfolio za sprawą krakowskiej firmy MEDIAM otrzymaliśmy do testu przedwzmacniacz dla wkładek MM uzupełniony o STEP UP dla rylców MC o dumnej nazwie PREMIER. Puentując wstępniaka dodam jeszcze, iż z tytułu bytu w naszej redakcji obydwu rodzajów wkładek MM-ką zajmie się Marcin, a MC moja skromna osoba. Zatem zapraszam do lektury.
Prezentowane dzisiaj produkty marki AUDION nie są szczególnie wyróżniającymi się w panteonie piękności i wysublimowania tworami. Jaki konkretnie był powód powstania tak oszczędnych w blichtr wizualny urządzeń nie wiem, ale z pewnością mogę sobie wyobrazić i wydaje mi się to bardzo prawdopodobne, że konstruktorzy mając pewien budżet najnormalniej w świcie nie chcieli, by para poszła w designerski gwizdek, co na przestrzeni kilku lat u konkurencji udało mi się kilkukrotnie zaobserwować. Zatem, jak wyglądają reprezentanci AUDION-a? Typowo dla wielu konstrukcji lampowych, czyli płaska platforma, na której w przedniej części zaaplikowano mieniące się bursztynową poświatą dwie szklane bańki, a za nimi stoją zaspokajające konstrukcję w energię elektryczną ukryte w prostopadłościanach transformatory. Jedynym drobnym zabiegiem wizualnym obydwu konstrukcji jest wybór czerni dla znakomitej większości obudowy i połyskującego srebra dla płaszczyzny eksponującej nieduże gabarytowo lampki, a ostatecznym dotknięciem projektanta jest logo marki na froncie wespół ze srebrną plakietką z nazwą marki i modelu na dachach obudów traf. Niby oszczędnie, ale w konsekwencji zderzenia srebra z czernią bardzo stylowo. Jeśli mielibyśmy się przyjrzeć sprawom obsługowym testowanych urządzeń, nie znajdziemy tutaj wyszukanych regulatorów i mikro-przełączników, tylko identycznie usytuowane na plecach obu komponentów terminale wejściowe i wyjściowe w standardzie RCA, gniazda zasilające, włączniki główne, zaciski uziemienia i przełączniki masy. Jak znakomicie widać na załączonych fotografiach, dostajemy co prawda niezbyt rozbudowany obsługowo, ale za to w pełni wystarczający do pracy z gramofonem minimalizm wizualno-konstrukcyjny. Czy każdemu przypadnie do gustu, nie mnie rozstrzygać, ale powiem tylko tyle, że po kilku tygodniach użytkowania, temat wyglądu naprawdę odchodzi na pozbawiony racji bytu daleki plan. Liczy się tylko to, jak dwaj angielscy „premierzy” będą potrafili nas ukontentować w sprawach około-muzycznych.
Zanim przejdę do clou dzisiejszego programu, muszę się przyznać, iż z racji delikatnego mezaliansu testowego połączenia – moja wkładka jest prawie trzy razy droższa od zestawu MM+STEP UP MC – z jednej strony delikatnie niepokoiłem się o końcowy wynik spotkania, a z drugiej byłem bardzo ciekaw, co naszym bohaterom uda się zwojować w przypadku pozytywnego podjęcia rękawicy. I co? Gdy spojrzymy na budowę wewnętrzną sparing partnera dla posiadanej przeze mnie THERII, wydaje się, że ta prosta konstrukcja nie może dobrze zagrać. A ja mówię Wam, że jest zgoła inaczej. Może nie sięgamy audiofilskich niebios, ale na tle oscylującej w podobnych pieniądzach konkurencji wypada bardzo dobrze. Na tyle dobrze, że przez cały okres testu nawet przez moment nie miałem najdrobniejszych odruchów do powrotu na stare „śmieci”. Dlaczego? I chyba nie skłamię, gdy powiem, że to jest najwłaściwsze, pozwalające opowiedzieć, co oferuje oceniany zestaw pytanie dnia. Gdy produkty AUDION-a wpiąłem w mój, dla wielu konstrukcji będący „Palcem Bożym” system, okazało się, że nie było kataklizmu. Powiem więcej, od pierwszych nut słychać było te zarezerwowaną dla konstrukcji lampowych homogeniczność i plastykę dźwięku. Tylko proszę nie utożsamiać tego z jakimkolwiek zamulaniem i im podobnymi, otępiającymi dźwięk zabiegami, tylko z dobrze napowietrzonym w posmaku szklanej bańki ciekawym spektaklem muzycznym. Jasne, pewne uśrednienia niuansów było słychać , jednak umiejętne skorelowanie sił na zamiary stosunkowo łatwo pozwoliło mi wyłuskać kilka ciekawych smaczków brzmieniowych tak skonfigurowanego zestawu analogowego. Gdybym miał przywołać główne atrybuty wyspiarzy, powiedziałbym, że unikając wyczynowości w oddaniu wyrazistości kreski źródeł pozornych bez większych ograniczeń w rozdzielczości proponuje nam ciepłe wysokie tony, nasyconą średnicę i obfite najniższe rejestry. Jednak wszystko jest tak dobrze zestrojone, że przyglądając się całemu pasmu przenoszenia odbieramy je jako bardo spójne, a owe przywołane niuanse są pewnym, przypisanym danej konstrukcji tak z racji miejsca w cenniku, jak i posiadania na pokładzie szklanych baniek sznytem grania, a nie jakby chcieli to nazwać złośliwcy jej mankamentem. I pamiętajcie, że pisze to codzienny użytkownik topologii tranzystorowej, co według mnie jest jakąś choćby wstępną rekomendacją. Oczywiście inną sprawą jest fakt, czy mógłbym z tym żyć na co dzień, ale nie o tym jest nasza pogadanka, dlatego w dalszej części tekstu postaram się pokazać kilka ciekawych zjawisk ze współpracy Anglików (bohaterowie testu) z moim japońsko-angielskimi tandemem (mój codzienny zestaw).
Na początek zmagań testowych sięgnąłem po dobrze zrealizowaną, koncertową płytę wytwórni Naim Label z repertuaru Antonio Forcione z kwartetem. To był bardzo ważny sparing, gdyż szybkie pasaże gitarowe front mena są pewną wykładnią możliwości dźwiękowych pretendenta do laurów. Jakiekolwiek spowolnienie tempa powoduje, że tracimy pulsujący od początku do końca tych dwóch czarnych krążków timing. Ta muzyka ma tętnić życiem i energią, a nie powodować, co prawda bardzo przyjemnych, ale jednak będących pokłosiem znużenia odruchów senności. I mogę śmiało powiedzieć, że choć nadmiernego szału rodem z phonostage’y japońskiej marki Audio Tenke nie było, lecz to, co udało się wygenerować temu w stosunku do reszty toru bardzo taniemu dwuczęściowemu przedwzmacniaczowi gramofonowemu, było bardzo zwartym rytmicznie koncertem. Jedynym odstępstwem od codzienności był cieplejszy odcień dobiegających do mych narządów słuchu fraz muzycznych i użyty do ich kreślenia zdecydowanie bardziej miękki rysik. Szczerze? Wielu z Was dopiero teraz powiedziałoby, że słyszy dźwięk analogowy, ale zapewniam, choć całość wypadała dobrze, czuć było w tym dużą magię lampy, a ta wcale nie jest warunkiem bezwzględnym we wzorcowej konfiguracji gramofonowej. Jednak bez względu na to, jak poszczególni słuchacze obierają takie podanie dźwięku, istotną sprawą jest budowanie przez odpowiedzialny za wzmocnienie sygnału z wkładki gramofonowej komponent dobrze poukładanej w zakresie szerokości i głębokości wirtualnej sceny muzycznej. I tutaj również było nieźle, ale wiadomym jest, iż nie ma róży bez kolców, gdyż ubocznym efektem mocnej pracy AUDIONa w środku pasma było lekkie wypchniecie gitarzysty przed szereg artystów. To może się podobać, jednak w oryginalnym zapisie pacjent z wiosłem stoi już z przodu, a taki dodatkowy awans nieco zaburzał prawdziwość tego wydarzenia muzycznego. Niemniej jednak powtarzam, to mimo wszystko miało swój urok. Ukończywszy dwupłytowy album spod znaku Naima, na talerzu gramofonu wylądował tłoczony w złotej epoce winyli placek oficyny Harmonia Mundi z muzyką sakralną. Podczas tego podejścia jedynym mankamentem – no, może zbyt mocno się wyraziłem, powiedzmy odstępstwem – było osłabienie pogłosu kubatury kościelnej. Tutaj swoje trzy grosze miało do wtrącenia owe, w tym przypadku lampowe zaokrąglanie dźwięku. Wiem, jest przyjemne, ale w konsekwencji trochę uśredniające zakres informacji o dalszych planach, co bez rugania tej konstrukcji będąc szczerym w zeznaniach musiałem wyłożyć na stół. Reszta instrumentarium wespół z wokalizą raczej czerpała z dawki homogeniczności wszystko co najlepsze dając mi wiele frajdy z uczestnictwa w tych wiekowych chóralnych tworach muzycznych. Na zakończenie testu pojawili się artyści współcześni w osobach Smolika i Keva Foxa ze swoim najnowszym dzieckiem zatytułowanym „SMOLIK/KEV FOX”. To był trochę z premedytacją wykonany ruch, gdyż przy moim dużym szacunku dla obydwu panów za twórczość muzyczną, ową pozycję mówiąc oględnie zlekceważyli. Dla mnie muzycznie jest ok, ale masteringowo ma sporo problemów przez zbyt dużą kompresję zapisanego na płycie materiału. Zawsze gdy panowie lądują na gramofonie, mam ochotę ich zdjąć, gdy tymczasem za sprawą testowanego seta AUDION’a, całość na tyle się ucywilizowała, że placka przesłuchałem od deski do deski. To pokazało, że lampa w torze bez względu, jak ją odbieramy, czasem ma swoje pięć minut. Jednak po lekturze ostatniego zdania proszę nie łapać mnie za słówka, gdyż mimo wykazania zbawczych mocy sonicznych dzięki teoretycznie drobnym potknięciom, nie jestem wrogiem lamp, tylko na chwilę obecną chadzamy innymi ścieżkami i nic poza tym.
Puenta? Ciekawe starcie i jak dla mnie jeszcze ciekawsze wnioski. Wnioski, których trochę się spodziewałem, ale uzależnione były od choćby minimalnej nici porozumienia testowanych wyspiarzy z posiadanymi wyznawcami seppuku. W tym przypadku zaiskrzyło, a czy każdemu będzie z tą iskrą po drodze, musicie sprawdzić sami. Ja jedno mogę obiecać. Jeśli posiadana układanka nie jest przedstawicielem otyłości dźwiękowej lub nie daj Boże sama w sobie nie gasi światła na scenie, próba z zestawem AUDION PREMIER PHONOISTAGE MM plus PREMIER STEP UP MC powinna co najmniej sprawić Wam dużą przyjemność. I wiecie co? Może to zabrzmi zbyt pewnie, ale nie zdziwiłbym, gdyby konsekwencją testową dla naszej gwiazdy była Wasza propozycja ożenku z nią na resztę analogowego życia.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: ABYSSOUND ASX-2000
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 2
Ostatnim, recenzowanym przedwzmacniaczem gramofonowym na naszych łamach był ultra high-endowy, nie dość że dzielony, to jeszcze korzystający z energetycznego wsparcia przedwzmacniacza liniowego TFA-9501 dwumonoblokowy, monstrualny Audio Tekne TEA-9501B. Od lutego upłynęło jednak wystarczająco dużo czasu, żeby po prostu ochłonąć i być zdolnym do artykułowania w miarę racjonalnych wniosków kolejnych przedstawicieli tego segmentu audio. Nie chcąc jednak zbyt mocno odchodzić od jakże miłych wspomnień z nieukrywaną radością powitaliśmy w naszych skromnych progach kolejną, nie dość, że lampową, to w dodatku również dzieloną konstrukcję, z tą tylko niewielką różnicą, że wycenioną na tyle rozsądnie, że nawet na naszym, dość trudnym rynku powinna sobie całkiem nieźle poradzić. Tym bardziej, że jej zakup można rozłożyć na raty i to w dodatku nie tylko takie klasyczne – bankowe a czysto fizyczne – sprzętowe. Jeśli powyższe zawiłości frazeologiczne są dla Państwa niezbyt jasne proszę się niepotrzebnie nie niepokoić – wbrew pozorom wszystko jest proste jak przysłowiowa budowa cepa. Otóż na testy, z krakowskiego Mediamu – dystrybutora marki, otrzymaliśmy przedwzmacniacz gramofonowy Audion Premier MM wraz z dedykowanym step-upem MC. Teraz już wszystko powinno być zrozumiałe, a przynajmniej taką żywię nadzieję. Na początek przygody z analogiem, do wkładki MM kupujemy podstawowego phonostage’a a jeśli tylko najdzie nas ochota na dalszy rozwój, to do cartridge’a MC dokupujemy step-up i zapominamy o problemie. Ot świetny sposób na pozbycie się ewentualnych zmartwień związanych z odsprzedażą „zdewaluowanego” mentalnie urządzenia.
Ponieważ w pierwszej części Jacek nad wyraz dogłębnie opisał walory tak wizualne, jak i brzmieniowe tytułowego duetu to tym razem pozwolę sobie na pewną „wariację” i puszczę oko ku tej części naszych drogich Czytelników, którzy z najprzeróżniejszych powodów nadal egzystują z wkładką MM w torze i jakoś niespecjalnie widzą powód do przesiadki na przetworniki z ruchomą cewką (MC). Dlatego też w swojej części skupię się jedynie na module MM. Żeby jednak tradycji stało się za dość wypadałoby najpierw napisać co nieco o designie dostarczonej do naszej redakcji angielskich dedykowanych winylom smakowitości.
Ponieważ oba przedwzmacniacze są praktycznie bliźniaczo do siebie podobne a jedyną różniącą je cechą (poza oczywistą różnicą wzmocnienia i czułości) jest usytuowanie lamp – w step-upie są bardziej cofnięte w kierunku puszki z trafami, pozwolę sobie na hurtowe rozprawienie się z ich aparycją. Audiony to ultraminimalistyczne, niewielkie, ręcznie wykonane urządzenia, których korpusy stanowi aluminiowa, pokryta czarnym lakierem proszkowym aluminiowa, niezbyt gruba blacha a płaszczyznę górną – goszczącą lampy (w obu przypadkach rosyjskie NOSy 6H23N) polerowana stal nierdzewna. Solidnie prezentują się również nieco grubsze od reszty ścianek fronty przyozdobione po prawej stronie firmowym logotypem, w który wkomponowano błękitną diodę informującą o stanie pracy. Za dodatkowy element dekoracyjny można również uznać wypolerowane tabliczki z nazwą modelu przymocowane do górnych powierzchni prostopadłościennych osłon transformatorów.
Ściany tylne również nie oszałamiają przepychem i mnogością opcji a raczej wręcz przeciwnie, wydają się wręcz ostoją minimalizmu i prostoty, która w tym wypadku powinna cieszyć, bo po prostu ułatwia życie i nie powoduje zbędnych komplikacji. Do dyspozycji, patrząc od lewej, mamy włącznik główny, zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC, parę wejść i wyjść w standardzie RCA i przełącznik masy, tuż obok którego ulokowano zacisk uziemienia. Brak jakichkolwiek przełączników, switchy, czy innych regulatorów wynika z faktu, iż Audiony pracują w aktywnej klasie A z aplikacją beztransformatorową, przez co znacznie poszerzono ich kompatybilność względem pojemności, rezystancji, indukcyjności, impedancji i reaktancji. Prawdziwe Plug&Play. Muszę przyznać, że podobne rozwiązanie pamiętam z phonostage’a EA-1000 japońskiego Phasemation i musze przyznać, że miło je wspominam.
Jedyną uwagę, czysto ergonomicznej natury mam do umiejscowienia włącznika głównego, do którego każdorazowo trzeba sięgać na sam tył przedwzmacniaczy. Zdecydowanie rozsądniejszym byłoby przeniesienie go w okolice ściany przedniej – na spodzie urządzenia.
Jako preludium do opisu brzmienia pozwolę sobie na małą dygresję i niewinnie wspomnę tylko o geopolitycznych stereotypach, jakie z reguły przyklejamy produktom pochodzącym z dowolnego zakątka naszego globu. Nie miejsce jednak i nie czas na opisywanie co, komu i z czym się kojarzy a jedynie o zasygnalizowanie, że tym razem tak łatwo nie będzie. Czemu? Ano temu, że Audion jest założoną w 1987 r. przez Davida Chessella i Erika Anderssona firmą zarejestrowaną w Anglii, produkującą swoje wyroby we Francji, w niewielkim miasteczku La Genetouze, z tym, że główny konstruktor – wspomniany przed chwilą Erik Andersson mieszka w … Szwecji. No to teraz z powyższego multi-kulti proszę sobie, oczywiście bez słuchania, wywnioskować z jaką maniera brzmieniową będziemy mieli do czynienia.
No dobrze, żarty na bok. Całe szczęście podstawowy phonostage Audiona gra nie tylko tak, jak należy, lecz ze sporą dozą prawdopodobieństwa można uznać, że zaskakująco dobrze, czy jak na swoją cenę wręcz wybitnie. Po kilkudziesięciominutowej rozgrzewce, podczas której urządzenie stabilizuje się termicznie, elektrycznie i przede wszystkim brzmieniowo, co jest szczególnie zauważalne na najniższych składowych, przyjemność odsłuchu nawet mało wyrafinowanych popowych i rockowych albumów z lat 80-ych i 90-ych jest po prostu bezdyskusyjna. Oczywiście wspomniany proces stabilizacji dotyczy całego pasma, lecz uwagę przede wszystkim zwraca pojawiająca się z czasem coraz to lepsza kontrola basu, który tuż po włączeniu potrafi się w bardziej wymagających fragmentach zerwać się ze smyczy i trochę połobuzować. Dlatego też warto dać Audionowi dłuższą chwilkę, by potem nie zerkać nerwowo na zegarek, czy to już, czy jeszcze trzeba z kwadrans poczekać wybierając „wysoko strojone” kompozycje. O powyższej cesze wspominam jednak nie przez, podobno wrodzoną, złośliwość, lecz aby w możliwie czytelny sposób wyeliminować zjawisko przypadkowości i związanej z nim ewentualnych krzywdzących tytułowego gościa ocen. A tak sprawa jest jasna – słuchamy i opinie formułujemy w możliwie kontrolowanych warunkach.
Skoro zatem sprawy natury użytkowo – funkcjonalnej mamy już z głowy możemy wreszcie skupić się na walorach sonicznych Audiona. Wspomniane „dobre granie”, nie mylić z „dobrą zmianą”, przejawia się przede wszystkim ponadprzeciętną umiejętnością homogenizowania i pozbawiania nerwowości, oraz obserwowanej na krawędziach obrysów źródeł pozornych nieprzyjemnej chropowatości. Ewidentnie idąc na łatwiznę i posiłkując się stereotypowymi sloganami można byłoby powiedzieć, że Premier gra w 100% lampowo i byłoby to zarówno prawdą, jaki i nieco krzywdzącym uogólnianiem, gdyż nikomu nie mam zamiaru udowadniać, że ww. phonostage nie gra z lampową manierą, gdyż gra, lecz w owej estetyce zachowuje nad wyraz zdroworozsądkowy umiar. Z jednej strony mamy jakże miłe naszym uszom faworyzowanie i lekkie wypchnięcie średnicy uzupełnionej nieco pogrubioną podstawą basowa i złociście oświetlonymi sopranami a z drugiej wielce satysfakcjonującą rozdzielczość, trójwymiarowość sceny i nieosiągalny dla tranzystorowe konkurencji z podobnej półki cenowej oddech. Powiem więcej – przesiadka z większości tranzystorowych przedwzmacniaczy za 6 – 8 kPLN na Audiona wszędzie tam, gdzie zależy nam na muzykalności i czysto hedonistycznej radości czerpanej podczas odsłuchów naszych ulubionych winyli może skończyć się pozostawieniem Premier-a w naszym systemie. O konstrukcjach za 2-4 kPLN nawet nie wspominam, bo w tym wypadku wysublimowanie i dojrzałość angielskiego lampowca dzieli od nich przepaść po wielokroć większa aniżeli Grand Canyon i Rów Mariański razem wzięte.
Co istotne taki charakter wcale nie oznacza jakiegoś permanentnego uśredniania, bądź grania wszystkiego na jedno kopyto. Wystarczy bowiem porównać gęsty, soczysty a zarazem ciemny i pulsujący potężnym basem „Violator” Depeche Mode z niezwykle przestrzennym i nieprzyzwoicie wręcz rozdzielczym „Vägen” Tingvall Trio, by zauważyć, że o żadnej z powyższych anomalii nie ma mowy. Jak na dłoni słychać, gdzie odzywa się synth-popowa estetyka a gdzie dźwięk fortepianu może swobodnie wybrzmieć i zgasnąć w aksamitnej czerni tła. Czuć za to wszechobecny spokój i pewność podejmowanych decyzji.
Żeby jednak nie było zbyt łatwo na talerzu Kuzmy wylądowało dwupłytowe transparentne wydawnictwo „Das Seelenbrechen” Ihsahn. Ten niezwykle eklektyczny a dla większości „normalnych” odbiorców wręcz dziwaczny album ma jednak swój nieodparty, iście morderczy urok. Oferując pełen wachlarz nastrojów i muzycznych klimatów potrafi zaciekawić, wprowadzić w niemalże katatoniczne odrętwienie, czy po prostu przerazić. Mamy prog-metalwe, i to raczej w cięższej odmianie, poszarpane rytmy, kakofoniczne spiętrzenia dźwięków, przestery, symfoniczne wstawki i charczący growl. Krótko mówiąc od audiofilskich, wymuskanych fraz na mandolinę, tamburyn i drobną Azjatkę jest na tyle daleko, że aby choćby zbliżyć się do granicy normalności najlepiej przygotować sobie na drogę solidny prowiant i zatankować bak do pełna. Tymczasem nawet na tak, pozornie (?) nieprzyjaznym materiale wszystko było nie tylko na swoim miejscu, co wypadało wręcz lepiej, bardziej namacalnie, bardziej realnie aniżeli do tej pory. Głos wokalisty był wyraźniejszy – wysunięty nieco przed szereg a przez to dodający scenie trójwymiarowości i lepiej akcentujący gradację planów. Z resztą trudno do tej propozycji podchodzić na sztywno, próbując ją gdzieś na siłę zaszufladkować, skoro z estetyki zbliżonej do najmocniejszych utworów Riverside autor przechodzi do klimatów podobnych okresowi w którym Tiamat aż nazbyt intensywnie romansował z elektroniką. Niemniej jednak takie pomieszanie z poplątaniem dzięki Audionowi stawało się zadziwiająco spójne, zwarte i przy tym łatwo przyswajalne. Nie traciło przy tym nic ze swojej drapieżności a jedynie poprzez wygładzenie, wypolerowanie wysokoczęstotliwościowych chropowatości pozwalało dłużej cieszyć się muzyką, która nie nużyła i męczyła nawet przy wysokich poziomach głośności.
Choć Audion Premier MM to tak na prawdę początek, niemalże przedsionek możliwości Brytyjczyków, to tak na prawdę nic nie stoi na przeszkodzie, aby właśnie w takowym przedsionku wygodnie się rozsiąść i na dłużej rozgościć. Mamy bowiem świetną barwę, sugestywne dopalenie emocjonalne średnicy i nader zgrabnie zaprezentowane skraje pasma. Bas nawet na nieco anorektycznych nagraniach pulsuje z właściwym impetem i masą a soprany nie ranią uszu nadmierną ekspozycją sybilantów. Czy czegoś trzeba więcej? Cóż, na tym pułapie cenowym i tak dostajemy nieprzyzwoicie dużo, więc oczekiwanie większej precyzji w kreowaniu krawędzi źródeł pozornych, czy jeszcze lepszej holografii byłoby niczym nie podyktowanym, czy wręcz irracjonalnym szukaniem dziury w całym. Oczywiście, zawsze można lepiej, jednak owo lepiej będzie nawet przy założeniu, że chcemy go tylko „trochę” naprawdę słono kosztować. Nie wierzycie? To posłuchajcie sami, jednak jeśli nie chcecie bezproduktywnie tracić czasu lepiej od razu celujcie co najmniej w RCM-owskiego Sensora II. W przeciwnym razie nie ma sensu kombinować jak koń pod górę, tylko wpiąć Premiera w tor audio a w przypadku przesiadki na wkładkę MC sprawdzić, czy aby dedykowany step up również nie spełnia naszych oczekiwań. Na sam koniec powiem Państwu do bólu szczerze, że zabierając się do odsłuchów tytułowego przedwzmacniacza gramofonowego nie sądziłem, że w dzisiejszych czasach, nastawionych przede wszystkim na możliwie niskie nakłady własne i maksymalny zysk obtoczone dla niepoznaki w marketingowym bełkocie, dane mi będzie testować urządzenie o tak korzystnej relacji jakości do ceny. Urządzenie stosunkowo niedrogie, świetnie grające a przy tym rozwojowe – rosnące wraz z naszym systemem i wymaganiami. Zaskoczeni? Ja w każdym bądź razie zaskoczony jestem bardzo i to w dodatku mega pozytywnie. A skoro takie emocje Audion serwuje już na początku swojego portfolio to aż strach piąć się wyżej, chociaż z drugiej strony … czteroelementowego Premiera Quattro za bagatela ponad 46 kPLN już teraz z chęcią wpiąłbym w swój system. Jednak na takie delicje przyjdzie nam pewnie dłuższą chwilkę poczekać, ale proszę się nie martwić. My jesteśmy cierpliwi, bardzo cierpliwi …
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Mediam
Ceny:
Audion Premier MM: 4 839 PLN
Audion Premier MC step up: 4 839 PLN
Dane techniczne
Audion Premier MM
Czułość Ref: 2.0mV MM
Zniekształcenia @ 1V: <0.015%
Odstęp od zakłóceń (CCIR): <80 dB
Pasmo przenoszenia: 11 – 185KHz ±1 dB RIAA
Odstęp od szumów: >70 dB
Wejścia: 2 x 1 Phono MM
Wyjścia: 2 x Main Out
Pobór prądu: 12 Watów
Lampy: 2 x 6922 lub E88CC
Wymiary: 42cm gł.; 23 cm szer.; 16 cm wys.
Waga: 6 kg
Bezpiecznik: 500mA/240V
Gwarancja: 2 lata (urządzenie); 6 miesięcy (lampy)
Audion Premier MC step up
Czułość Ref: 0.40mV MC
Zniekształcenia @ 1V: <0.015%
Odstęp od zakłóceń (CCIR): <80 dB
Pasmo przenoszenia: 10 – 205 KHz ±1 dB RIAA
Odstęp od szumów: >70 dB
Wejścia: 2 x 1 Phono MC
Wyjścia: 2 x Main Out
Pobór prądu: 12 Watów
Lampy: 2 x 6H23N lub E88CC
Wymiary: 42cm gł.; 23 cm szer.; 16 cm wys.
Waga: 7 kg
Bezpiecznik: 500mA/240V
Gwarancja: 2 lata (urządzenie); 6 miesięcy (lampy)
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000;
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Accustic Arts POWER I – MK 4
– Przedwzmacniacz liniowy: Emotiva XSP-1 (z phono MM/MC)
– Końcówka mocy: Emotiva XPA-2
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders; Gradient Revolution MK IV; DoAcoustics Armonia Mundi Impact
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Opinia 1
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że wszyscy zdają sobie sprawę, iż ostatni element toru audio, czyli zespoły głośnikowe są jego bardzo ważną, żeby nie powiedzieć najważniejszą, determinującą specyfikę dźwięku składową. Powiem więcej, sądziłem, że to jest elementarz, ale śledząc różne forta internetowe nagle okazało się, że owa fundamentalna rola przypaść może kosztującemu kilka razy więcej od posiadanych kolumn kabelkowi. Nie będę zagłębiał się o jaki drut chodzi i jak to jest możliwe, gdyż nie o obalaniu pewnych prawideł dzisiaj mowa. Główną przyczyną zagajenia o nowej prawdzie objawionej w interesującym nas obszarze jest wprowadzenie Was w to, z czym dzisiaj będziemy się mierzyć. Chodzi mianowicie o kolumny, które w zależności od swojej konstrukcji (OB, OZ, BR, Horn itp.) z rozdzielnika stawiają nam pewne nieuniknione, a co za tym idzie zmuszające do zaakceptowania cechy. Oczywiście, gdy dla jednych są one nie do pogodzenia z życiową karmą, dla innego ich brak jest powodem do bezwarunkowego skreślenia danej konstrukcji z listy odsłuchowej. A o co właściwie chodzi? Z punktu widzenia systemu nic nadzwyczajnego, bo będące tematem wstępniaka kolumny. Jednak sprawa zaczyna robić się ciekawsza, gdy zdradzę, że bohaterem naszego kilkunastominutowego spotkania są konstrukcje Revolution MK IV fińskiej marki Gradient dystrybuowanej przez wrocławskie Moje Audio.
Gradient Revolution są potocznie zwanymi odgrodami, czyli opisując je bardzo infantylnie można by powiedzieć, że głośniki przymocowano do kawałka deski. I wiecie co? Takie postawienie sprawy niewiele mija się z prawdą, jednak należy dodać, że taką budowę ma zarówno będący wariacją trójkąta z mocno utemperowanymi narożnikami moduł basowy, jak i nastawiany na niego uzupełniający pasmo przenoszenia ścięty ostrosłup o trójkątnej podstawie uzbrojony w przetwornik koaksjalny, czyli dający punktowe źródło dźwięku kopułką w centrum średniotonowca. Skąd to znamy? Jak to skąd? Oczywiście z posiadanych niegdyś przeze mnie Brav’o Consequence. Ale ad rem. Prezentowane dzisiaj kolumny to nic innego jak umiejscowione na desce pomiędzy górnym a dolnym blatem ze sklejki ubrane w czarną elastyczną maskownicę dwa 30-to centymetrowe głośniki niskotonowe. W podstawie kolumn znajdziemy miejsce dla wkręcanych, dostarczonych w komplecie trzech stopek, w górnym blacie tego modułu zaś trójpinowe gniazdo umożliwiające połączenie ich ze wspomnianymi szeroko-pasmowcami. Kończąc akapit wizualizacyjny nie można zapomnieć jeszcze o ważnym dla egzystencji opisywanych produktów terminalach przyłączeniowych, które w lekko utrudniający życie sposób zaaplikowano w wydrążonej w podstawie niezbyt głębokiej i o niezbyt dużej średnicy niecce. Przyznam, nie jest to nadzwyczaj łatwe, gdyż kolumny podczas podłączania należy położyć, ale bez pomocy serwisanta można sobie z tym poradzić, a sam pomysł – oczywiście pomijając proces instalacyjny – pozwala schować często szpetne terminale przed oczami naszych drugich połówek. Tak więc, nie ma tego złego, co by nadobne nie wyszło.
Gdy popłynęły pierwsze dźwięki, nawet jeśli nie znałbym budowy testowanych kolumn, ich efekt soniczny, a w szczególności zakres basowy natychmiast zdradzał przynależności do grupy OB. To szybka, pozbawiona podkolorowań prezentacja, która dla jednych jest wyznacznikiem jego dobrej jakości, a dla innych z racji braku w zależności zaawansowania konstrukcji różnie kontrolowanego jego sztucznego podbicia jest typowym przedstawicielem dźwiękowej anoreksji. Dla mnie, mimo posiadania konstrukcji opartych o BR wszystko było w należytym porządku, dlatego też, nie mam zamiaru rozstrzygać wyższości jednej konstrukcji nad drugą i przejdę do informacji o tym, jak Revolution radziły sobie w starciu z górującymi nad nimi gabarytowo i będącymi przedstawicielami całkowicie innej topologii ISIS-ami. I w tym momencie zawczasu chciałbym przestrzec wszystkich przed traktowaniem tego co napiszę w sposób bezpośredni, gdyż rozpatrujemy całkowicie inne szkoły zbliżania się do dźwiękowego absolutu (niestety do OB trzeba emocjonalnie dojrzeć, a gdy już to się stanie, nie ma odwrotu), a wspólnym punktem odniesienia jest jedynie użyta do celów recenzenckich muzyka. Zatem, cóż takiego pokazały Gradienty? Ano fantastycznie poukładaną scenę z bardzo łatwym i czytelnym pozycjonowaniem na niej wszelkich źródeł pozornych. To oczywiście było zasługą użytych głośników koaksjalnych, które w tej materii są wyczynowcami i tylko bardzo dobra konkurencja z typowym układem głośników (jeden pod drugim) jest w stanie z tym konkurować. Chyba nie muszę wspominać, że po drobiazgowym ustawieniu kolumn tak budowana prezentacja pozwala na bardzo łatwe uzyskanie efektu 3D dobiegającej do nas muzyki, co wyśmienicie udowodniły bohaterki dnia. Wiadomym również jest, że sama współpracująca z podobnymi kolumnami elektronika musi umieć taki spektakl wygenerować, a że producent mojego zestawu audio w swoich monitorach używa podobnych przetworników z tej fińskiej stajni, sprawę synergii miałem załatwioną można by powiedzieć odgórnie, czyli na szczeblu półproduktowej współpracy obydwu brandów. No cóż, temat środka i góry mamy już za sobą, tak więc, pozostał nam najniższy rejestr. Tutaj niespodzianek nie było. To był nasączony masą informacji, w pełni kontrolowany nawet podczas głośnych odtworzeń zakres częstotliwościowy. Owszem, w porównaniu do Austriaków nieco szczuplejszy, ale za to zdecydowanie szybszy, a jedyną wadą jaka co prawda jest nieuprawniona, a o której dla bliższego ustalenia różnic pomiędzy sparingpartnerami chciałbym zdawkowo napisać, z racji mojego optowania za nieco gęstszym graniem była oszczędność niskich pomruków podczas cichego słuchania w nocy. Nie, nie mówię, że niskich tonów wtedy nie było, ale codzienne użytkowanie monstrualnie wielgachnych skrzyń rezonansowych gdy tylko nieopatrznie zapomniałem z czym się mierzę, dawało minimalne uczucie niedosytu. Tak, jedynie niedosytu, a nie braku, co w trudnych akustycznie pomieszczeniach może być całkowicie niezauważalne, a u mnie prawdopodobnie występowało jako konsekwencja zbyt dużego dla nich pokoju odsłuchowego. Gdy wszelkie dotychczas wyartykułowane informacje zbierzemy w jedną całość, okaże się, iż aplikując Gradienty w swój tor dostajemy pełny mikro-informacji, holograficzny i szybko narastający dźwięk. To jest pewna szkoła grania, za którą stoi spora rzesza melomanów, jednak jeśli nie spróbujemy jej na własnym organizmie – bez względu na osobiste przekonania, nigdy nie dowiemy się, czego doświadczają jej wielbiciele. Ja na szczęście miałem tę przyjemność i na przykładzie kilku srebrnych krążków postaram się nieco ją przybliżyć. Swoją batalię rozpocząłem od płyty „Switch” Nilsa Pettera Molvaera. Znany z łączenia elektroniki z naturalnymi instrumentami trębacz w tym podejściu nawet dla użytkownika bas-refleksu wypadł bardzo ciekawie. Dlaczego nie bardzo dobrze? Otóż wszelkie elektronicznie, sztucznie wygenerowane, najniższe tony na co dzień trzęsą całym pomieszczeniem, gdy tymczasem za sprawą Finów co prawda było ich zaskakująco dużo, ale nie powodowały dotychczasowego masowania trzewi. Jednak stając w obronie dzisiejszych bohaterek zapewniam, że jeśli zagraliby tak, jak rasowi konkurenci z obozu BR, mając wiedzę, co jak powinno wypaść, dopiero wtedy mógłbym mówić o ich ułomności. Odgrody mają dawać kontur i punktowość dźwięku, a nie rozlewać bas po ziemi . I właśnie tak wypadły Revolution Gradienta, czyli w wartościach bezwzględnych bdb. Jednak gdyby ktoś jeszcze próbował kręcić nosem, na potwierdzenie słuszności takiego postawienia sprawy niskich pomruków przychodzi płyta Johna Pottera w repertuarze Claudio Monteverdiego. Jak zapewne znakomicie pamiętacie, używam jej w prawie każdej recenzji. Raz, że ją dobrze znam, a dwa, daje mi możliwość sprawdzenia sposobu kreowania sceny muzycznej w realnej kubaturze kościelnej. To dla wielu produktów z działu elektroniki, jak i zespołów głośnikowych we wspomnianym aspekcie jest ciężką przeprawą, jednak w dzisiejszym podejściu potrzebowałem jej do innego celu. Chodzi mianowicie o bardzo słabo w tej sesji nagraniowej wypadający kontrabas. Całość projektu nagrywano na setkę i gdy z wszechobecnym pogłosem w zakresie wokalistyki i większości instrumentów poradzono sobie wyśmienicie, to sam kontrabas trochę cierpiał, gdyż jego mocno zbita prezentacja jest nieco ułomna. Nie na tyle, żebym wieszał na masteringowcu najgorsze epitety, jednak mógł trochę o niego powalczyć. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i w sukurs z pomocą Panu Potterowi przyszli testowani właśnie Finowie. Nagle bardzo okrojona w informacje o strunach i pudle realizacja zaczęła się na tyle fajnie klarować, że po raz pierwszy usłyszałem drżenie samych drutów, jak również efekt wzmacniania ich drgań pudłem rezonansowym. Co ważne, taki sposób prezentacji wpływał jedynie na cierpiące na rozmycie najniższe rejestry, gdyż środek i góra będąc przedstawicielem obudowy zamkniętej, bez zawirowań kolorystycznych bardzo dobrze pokazywały barwę reszty czułych na osuszenie generatorów dźwięku z epoki. W efekcie dostałem bardzo równy i pełny w dane nutowe spektakl muzyczny. Na koniec w moich progach wystąpiła grupa Coldplay z płytą „A Rush Of Blood To The Head”. Ten krążek przyniósł mi ciekawy mariaż poprzednich wniosków. Niczego nie odbierałem jako zła, tylko efekt grania konstrukcji odgrodowej. Gdy wchodziła stopa perkusji, było punktowo, ale w stosunku do tego co mam na co dzień z nieco mniejszą energią. Wokal i wszelkie instrumenty strunowe za sprawą typowego głośnika współosiowego w obudowie zamkniętej nie zgłaszały problemów natury wypełnienia. A sama prezentacja materiału muzycznego była majstersztykiem w budowaniu dobrze poukładanego spektaklu w zakresie rozmiarów sceny dźwiękowej i zawieszenia w eterze poszczególnych źródeł pozornych. Nic, tylko słuchać i słuchać, czemu przez kilka dni z dużą przyjemnością się oddawałem.
Nie wiem, czy takie konstrukcje są dla wszystkich. Dlaczego? Jeśli ktoś poszukuje szkodliwej dla równowagi tonalnej przysłowiowej „łuny basu” – bez względu na to, co ten zwrot oznacza, spokojnie może je sobie odpuścić. Jeśli jednak szukacie czystości i sprężystości niskich tonów, a przy tym kochacie przyjemną dla ucha barwę, bez względu na fakt chwilowego braku przekonania powinniście zmierzyć się z testowanymi dzisiaj odgrodami. Zapewniam, będzie co najmniej ciekawie, a może okazać się, że to Wasz dotychczas nieosiągalny święty Graal. Ale to nie koniec listy potencjalnych zainteresowanych. Opisana grupa docelowa jest tylko wycinkiem tych, którzy powinni zainteresować się modelem Revolution. Kogo oprócz wcześniej wspomnianych mam na myśli? Oczywiście wszystkich, którzy cierpią na warunki lokalowe i za sprawą prozy życia codziennego, posiadają małe samotnie odsłuchowe lub skazani są na ciężkie warunki akustyczne w zakresie basu. Testowane kolumny są kilerem dla podobnych problemów, a bez problemu odważę się nawet stwierdzić, że z premedytacją potrafią je wykorzystać. Nie wierzycie, to sprawdźcie sami.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: ABYSSOUND ASX-2000
Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, .Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Opinia 2
Kiedy ponad rok temu testowaliśmy przedstawicieli muszej wagi podłogówek, czyli lekkie niczym piórko, a dokładnie 12 kg piórek, otwierające ofertę fińskiego producenta Gradienty 6.0 uważaliśmy, że wcześniej, czy później zawitają u nas kolejne modele. Niby Evidence MK IV za bardzo nie miały czym złapać za oko, ale już na futurystyczne Helsinki 1.5 po prostu ostrzyliśmy sobie zęby, bo trudno znaleźć na rynku drugie, równie „odjechane” kolumny. Uzbroiliśmy się zatem w cierpliwość i czkaliśmy. Traf jednak chciał, że zamiast stopniowego, sukcesywnego wpinania się po kolejnych szczeblach fińskiej hierarchii od razu wskoczyliśmy na sam szczyt i dzięki uprzejmości polskiego dystrybutora – wrocławskiego Moje Audio otrzymaliśmy na niemalże miesiąc parkę topowych Revolution MK IV w wersji pasywnej.
Pomimo stereotypowego postrzegania Skandynawów, jako nacji o dość minimalistycznym podejściu do designu w przypadku tytułowych Gradientów sytuacja przedstawia się cokolwiek inaczej. O ile samej bryle nie sposób zarzucić nawet najmniejszej ekstrawagancji, gdyż mamy do czynienia z nader harmonijnymi i spokojnymi liniami kreślącymi proste formy zarówno podstawy basowej, jak i średnio – wysokotonowej nadstawki, to już dostępne opcje kolorystyczne mogą przyprawić o prawdziwy zawrót głowy. Początek wygląda całkiem niewinnie, gdyż wykonane ze sklejki elementy można zamówić w wersjach brzozowej, orzechowej, dębowej, czarnym macie, czarnym lakierze fortepianowym i takich samych białych wariacjach. Jeśli jednak spojrzymy na dostępne warianty pokrycia tekstylnego, to … najlepiej będzie przestać się nie potrzebnie głowić co poeta miał na myśli, tylko spytać się Pani Domu. Prościej, szybciej a przede wszystkim bezpieczniej w przypadku niedopasowania tonalnego do pozostałych elementów wystroju wnętrza – jeśli coś się nie zgra to nie będzie nasza wina. A proszę mi wierzyć, że jest z czego wybierać. Na dowód pełna, dostępna na stronie producenta lista: Aluminium, Anthracite, Beige, Cream, Cream White, Antique Pink, Bordeaux Red, Middle Gray, Gray, Dark Gray, Gentia Blue, Dark Blue, Mint Green, Pastel Green, Classic Green, Ochre, Orange, Carmine Red, Raspberry Red, Salmon, Pearl Violet, Pastel Yellow, Signal Yellow, Pale Brown, Sandstone. Jakieś pytania? Ano właśnie. Zacznijmy jednak od początku. Po pierwsze wypadałoby nadmienić, że zarówno chęć posiadania, jak i nawet kilkudniowego odsłuchu wiąże się z dość absorbującymi zabiegami natury logistycznej, gdyż o ile same kolumienki do największych nie należą, to ich modułowość (o czym za chwilę) powoduje iż zamiast dwóch kartonów dostajemy cztery, z których dwa większe skrywają moduły basowe a mniejsze sekcje średnio – wysokotonowe. W rezultacie samego dźwigania może nie ma zbyt dużo, ale w większości osobowych kompaktów konieczne będzie złożenie tylnych siedzeń i dłuższa chwila na zastanowienie jak to wszystko upchnąć. Samo wypakowanie w docelowym lokalu nie powinno już nastręczyć większych problemów. Poszczególne elementy porządnie zabezpieczono sztywnymi piankami a przy tym zostawiono na tyle dużo miejsca po bokach, że jeśli tylko podczas spedycji ktoś nie wjedzie w nie widlakiem, to nic nie powinno się im stać.
W momencie gdy rozłożymy zawartość kartonów na podłodze warto zrobić sobie przerwę na kawę i wszystko na spokojnie zaplanować, bo jeśli pójdziemy na „spontan”, to wszystko potrwa przynajmniej dwa razy dłużej niż powinno. Warto przede wszystkim zwrócić uwagę, że konstrukcja Gradientów opiera się w zasadzie na funkcjonalności podstaw górnych i dolnych modułów basowych. Na początku warto zatem najpierw uzbroić kolumny we wkręcane nóżki i wybrać taka ich wysokość, aby montowane również od spodu przewody głośnikowe miały szansę na odpowiednie ułożenie. Szczerze powiem, że z jednej strony z radością przyjąłem fakt trójkątnej podstawy zapewniającej zdecydowanie większy komfort podczas poziomowania a z drugiej nieco psioczyłem na pomysł ulokowania podwójnych terminali głośnikowych właśnie we wgłębieniu podstawy. Niestety zarówno większość posiadaczy głośnikowców grubości nadgarstka, jak i wszyscy Ci, którzy nie zaprzyjaźnili się dotąd z konfekcją widełkową obejdą się smakiem, gdyż szanse na podłączenie są bliskie zeru. Bliźniacze do dolnego okrągłe wycięcie znajdziemy na płycie górnej, lecz tym razem zamiast terminali głośnikowych w jego centrum umieszczono trójpinowe gniazdo XLR, w które wpinamy się zamontowanym na stale do sekcji średnio-wysokotonowej przewodem uzbrojonym w stosowny kątowy wtyk. Zanim jednak przystąpimy do tej czynności należy wkręcić wyposażone w nakrętkę kontrującą nagwintowane szpilki i dopiero na nich ustawić przypominającą ścięty ostrosłup „czapę”.
Całość, jak już zdążyłem nadmienić dość szczelnie pokrywa materiał maskownicy, więc jeśli nie wierzymy własnej sensoryce, czyli weryfikacji na tzw. macanta pomocne mogą okazać się wskazówki umieszczone na tabliczce znamionowej i … np. latarka. To właśnie dzięki nim zdołamy namierzyć umiejscowienie przetworników i prawidłowo skierować je ku słuchaczowi. Co ciekawe owa prawidłowość dotyczy głównie kardioidalnej (firmowa wariacja nt. odgrody) sekcji średnio-wysokotonowej wyposażonej w koaksjalną 176 mm jednostkę z włókna szklanego, w której centrum umieszczono 25 mm aluminiowy tweeter. Powyższe combo obsługuje zakres częstotliwości od 200 Hz do 20 kHz z punktem podziału ustawionym na 2800 Hz. Pasmo poniżej 200 Hz to już domena dwóch 30 cm basowców pracujących w układzie dipolowym w tzw. odgrodzie. I właśnie dzięki takiemu rozwiązaniu praktycznie do woli możemy obracać modułem basowym szukając optymalnego w naszym pomieszczeniu ustawienia. Ot takie średniowieczne DSP.
Po lekturze powyższego opisu z pewnością zastanawiają się Państwo jak tak dość niekonwencjonalne konstrukcje grają. W tym momencie mogę zaproponować dwie opcje – krótką, dla osób cierpiących na chroniczny niedoczas i szukających prostych i do bólu jednoznacznych odpowiedzi, oraz nieco dłuższą i mam nadzieję bardziej wyczerpującą. Na początek wersja fastfoodowa – grają dobrze, basowi brakuje nieco masy, idealne do pomieszczeń o problematycznej akustyce, przyda się porządny piec. Chętnych zapraszamy do kasy nr.5.
OK. No to teraz możemy przejść do właściwego bajkopisarstwa. Dzięki stosunkowo niewielkim gabarytom i równie mało absorbującej wadze wynikającej z faktu „niemania” przez Gradienty klasycznych obudów przez pierwsze kilka dni szukałem dla nich optymalnego ustawienia w moim dwudziestojednometrowym, średnio zagraconym pomieszczeniu odsłuchowym o dość przyjaznej akustyce. Po kilku próbach kombinacje z usytuowaniem wooferów uznałem za zupełnie niepotrzebne i po odsunięciu kolumn na ponad metr od tylnej ściany zostawiłem je skierowane w kierunku słuchacza. Po prostu granie na boki nie tylko niczego w mojej konfiguracji nie poprawiało a wręcz przeciwnie – przynajmniej ja tak odebrałem dodatkowe odchudzenie i ponadnormatywną lekkość podstawy basowej, która mówiąc zupełnie szczerze i tak wywoływała lekki niedosyt. Nie chodzi mi jednak o to, ze basu jako takiego nie było, bo był i jeśli tego wymagało nagranie, to całkiem dziarsko się odzywał i to z nieosiągalną dla większości klasycznych, w szczególności wentylowanych konstrukcji, szybkością i zróżnicowaniem, lecz za konturem i pierwszym impulsem nie było oczekiwanej masy. W efekcie motoryka była na pierwszy rzut ucha wyśmienita, ale już po chwili orientowaliśmy się, że spodziewany „foot-tapping factor”, czyli tzw. współczynnik przytupywania, jest co najwyżej na zadowalającym poziomie. Głębsza analiza powyższego zagadnienia wskazywała jednak na to, że jak to zwykle w audio bywa, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i … repertuaru. Bowiem wszędzie tam, gdzie w grę wchodziły dźwięki naturalne, niewspomagane elektrycznie i niesyntetyczne było co najmniej dobrze, no może z wyjątkiem „TaTaKu Best of Kodo II 1994-1999” KODO, które zabrzmiało ewidentnie zbyt zwiewnie i anemicznie. Skupmy się jednak na pozytywach. Wirtuozerski album „9 Dead Alive” przesympatycznego duetu Rodrigo y Gabriela dostarczył bowiem takiej frajdy i uczucia nawet nie tyle obecności, gdzieś tam na widowni, lecz uczestnictwa w nagraniu, że po wielokroć do tego nagrania wracałem. Powód był oczywisty gdyż połączenie punktowego źródła średnio-wysokotonowego z błyskawiczną reakcją na transjenty sekcji niskotonowej zaowocowały holograficznym wręcz realizmem a dodając do tego świetne oddanie wszelakiej maści smaczków i otaczającej duet aury nie sposób było tak rozpoczętą sesję przerywać. Dlatego tez pozostając w gitarowych klimatach sięgnąłem po „What’s It All About” Pata Metheny’ego i ponownie przez blisko godzinę mnie nie było dla nikogo. Z resztą jak mógłbym być w domu jak siedziałem z Patem i nie tyko słuchałem, ale i patrzyłem jak gra.
W tym momencie dochodzimy do kwestii budowania sceny muzycznej a akurat ten aspekt spektaklu Finowie opanowali naprawdę do perfekcji. Oddech, przestrzeń i swoboda w kreowaniu czasoprzestrzeni w jakiej odbywa się muzyczna narracja przypominała efekt może nie tyle wirtualnej rzeczywistości, bo tam wszystko jest przesadzone i wyostrzone, lecz raczej plenerowy koncert w jeszcze słoneczny, ale zmierzający ku zmierzchowi letni wieczór na którejś z greckich wysepek. Kilkanaście dni bez wpatrywania się w ekran komputera, obłędne jedzenie i leniwie sączona dwunastogwiazdkowa Metaxa Grand Olympian Reserve poniekąd załatwiają sprawę odbierania dźwięków w sposób zupełnie bezstresowy, wręcz organiczny. Mam nadzieję, że mnie Państwo rozumieją – to takie niewymuszone, możliwe dalekie od typowo audiofilskiej wyczynowości granie, którego celem jest sprawianie słuchaczowi przyjemności a nie ciągłe wytykanie ewentualnych niedoskonałości czy to samego nagrania, czy wręcz pozostałych elementów toru audio. Źródła pozorne lokalizujemy z łatwością, ale już nie dostrzegamy splotu nici, jakich użyto do obszycia pasa, na którym zawiesił swoja gitarę frontman, czy ilości plis w sukni operowej Divy.
Do wspomnianego braku masy najniższych składowych można oczywiście się przyzwyczaić i prawdę powiedziawszy już po kilku dniach praktycznie przestałem na ten aspekt zwracać zbyt baczną uwagę, lecz siadając do recenzji i przeglądając popełnione podczas odsłuchów notatki zauważyłem pewna prawidłowość. Prawidłowość o tyle ciekawa, co dość skutecznie kompensującą ewentualny niedosyt mocy i potęgi, czy spektakularności. Jeśli bowiem chciałem sobie przez czas jakiś połomotać, to po odpowiednio wyselekcjonowany materiał sięgałem nie do NASa, czy odtwarzacza CD, lecz do półek z winylami. Dzięki temu zabiegowi i poniekąd obecności świetnego phonostage’a Audion Premiere w torze nawet takie mało wysublimowane pozycje jak „Extreme II – Pornograffitti” Extreme, czy „Blaze Of Glory: Young Guns II” autorstwa Jona Bon Jovi’ego a nawet „Crazy Nights” Kiss wcale nie wypadały zbyt anorektycznie. Oczywiście nie sposób nie zauważyć, że z przeważającej większości konwencjonalnych, wspomaganych bas refleksem, konstrukcji z podobnego przedziału cenowego można uzyskać „nieco” więcej wypełnienia i masy, co w bezpośrednim porównaniu udało się nawet moim dyżurnym Gauderom, ale po raz kolejny dochodzimy do punktu, w którym do głosu dochodzą własne preferencje muzyczne, upodobania soniczne i … generalnie tzw. widzimisię.
Gradienty Revolution są na tyle charakterystyczne i na tyle unikalne, że jeśli sami ich nie posłuchacie, to nie będziecie wiedzieli, czy to, co oferują wpisuje się w wasze oczekiwania, czy też się z nimi zupełnie mija. Jednak zanim je od razu pokochacie miłością bezgraniczną, bądź odejdziecie zupełnie do nich nieprzekonani dajcie im kilka dni, pojeździjcie z nimi po pokoju i pokręćcie modułami basowymi, no i jeszcze jeden drobiazg – podepnijcie do nich porządny, wydajny prądowo wzmacniacz, bo bez tego poznacie je jedynie powierzchownie, a one warte są zdecydowanie głębszych relacji.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: Moje Audio
Cena: 27 500 PLN
Dane techniczne:
Wzór promieniowania:
Bas: dipol
Średnica i wysokie: kardioidalny
Pasmo przenoszenia: 20-20000Hz +/-2dB
Impedancja: 6Ω (minimum 5Ω)
Skuteczność: 87dB/2.83V/1m
Rekomendowana moc wzmacniacza: 50-250W
Przetworniki: 2×300mm o długim skoku membrany, 176mm głośnik średniotonowy z membraną z włókna szklanego, koaksjalna kopułka aluminiowa 25mm
Częstotliwości podziału zwrotnicy: 200Hz, 2800Hz
Złącza: Podwójne gniazda głośnikowe
Wymiary (S x W x G): 41 × 102 × 36cm
Waga: 24 kg
System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-1sx
– DAC: T+A DAC 8 DSD
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Abyssound ASV-1000; Audion Premier
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5; Accustic Arts POWER I – MK 4
– Przedwzmacniacz liniowy: Emotiva XSP-1
– Końcówka mocy: Emotiva XPA-2
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Antipodes Audio Katipo
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips
Dziwnym zbiegiem okoliczności pierwszy września od ponad siedemdziesięciu pięciu lat nie kojarzy się nam zbyt dobrze. Nie dość, że w 1939 r. zostaliśmy napadnięci przez, jak z perspektywy czasu jednoznacznie można stwierdzić, nader zgrabnie zindoktrynowane przez zakompleksionego i niezbyt zdolnego malarza niemieckie wojska, to koniec sierpnia dla większości dziatwy oznacza również koniec laby i powrót do szarej – szkolnej rzeczywistości. Kolejnym mało przyjemnym zjawiskiem jest oczywiste zwiększenie natężenia wielkomiejskiego ruchu czyli nie owijając w bawełnę krótko mówiąc korki. Generalnie masakra.
W tym roku wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że będzie podobnie, lecz tuż przed przysłowiową godziną zero zaczęły napływać do nas wielce intrygujące informacje o planowanym w zaprzyjaźnionym Studiu U22 pierwszym, powakacyjnym odsłuchu. Od razu wrócił nam dobry humor, bo nic tak nie poprawia samopoczucia jak spotkanie przy dobrej muzyce w gronie starych znajomych.
Traf jednak chciał, iż w ramach projektu Piątki z Nową Muzyką w ostatni … czwartek (zdążyliśmy się przyzwyczaić, że w Alejach Ujazdowskich czas to pojęcie względne) zamiast jakiejś niezobowiązującej a przy tym lekkostrawnej nowości przygotowano zdecydowanie poważniejszy repertuar. Co prawda zapowiadana pozycja miała niezaprzeczalny status prawdziwej świeżynki (premiera przypadała na 2 września), ale nazwijmy to najogólniej ciężar gatunkowy był zdecydowanie bardziej wymagający. Podłoże emocjonalne, tematyka, jak i cała warstwa muzyczna z resztą również, gdyż z głośników miały popłynąć utwory Lutosławskiego, Rathausa, Tansmana i Panufnika, ogólnie rzecz biorąc „inspirowane” okresem II Wojny Światowej. Oczywiście owa „inspiracja” to tylko umowna i możliwie pojemna metafora piętna, jakie zbliżający się, bądź też trwający wtenczas światowy kataklizm odcisnął na ówczesnej wrażliwości ww. kompozytorów.
Nagrany przez Orkiestrę Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka i Renato Rivolty album 39’45 przed swoim pierwszym prasowym prawykonaniem został zebranym w U22 gościom przybliżony przez obecnego na odsłuchu dyrektora Orkiestry – Pana Janusza Marynowskiego, który opowiedział o przebiegu prac nad płytą. Tym razem całkowicie zbędna była analiza zagadnień w stylu „co poeta miał na myśli”, gdyż z perspektywy czasu i okoliczności w jakiej zgromadzony na ww. albumie materiał powstawał było to ze wszech miar oczywiste. Rozmowa poruszała zatem zdecydowanie bardziej ważkie zagadnienia, jak trudności związane nie tylko ze zdobyciem możliwie najbardziej interesującego, unikalnego materiału, lecz również przekonania do poszczególnych pozycji Maestro Maksymiuka.
Tym razem prezentacja przeprowadzona została na udostępnionym przez polskiego dystrybutora poniższych marek – firmę Horn, systemie w skład którego weszła elektronika Denona pod postacią topowego odtwarzacza SD/SACD DCD-2500NE i również plasującej się u samej szpicy japońskiej oferty integrę PMA-2500NE. Jako kolumny wykorzystano niewielkie a przez to niezwykle zgrabne włoskie kolumny Sonus faber Olympica II. Temat okablowania pozwolę sobie litościwie przemilczeć.
Oprócz strawy czysto duchowej zadbano również o odpowiednio, czytaj bogato, zaopatrzony bufet, w którym można było nie tylko się posilić, ale i nieco ukoić codzienne troski wyszukanym drinkiem na bazie destylatu Ostoi, bądź szalenie aromatycznym, bursztynowym Martelem.
Marcin Olszewski
Bowers & Wilkins, ceniony brytyjski producent zestawów głośnikowych, słynący z tworzenia najlepszych na świecie głośników, prezentuje nowe słuchawki P7 Wireless. Zapewniając profesjonalną jakość dźwięku w domu i poza nim, połączoną z wygodą bezprzewodowego przesyłania sygnału, P7 Wireless ustanawiają nowy standard w klasie słuchawek mobilnych
Od strony konstrukcyjnej P7 Wireless bazuje na sukcesie dwóch modeli – oryginalnych P7 i utytułowanych P5 Wireless. Dzięki udoskonaleniom akustycznym, wprowadzonym w przetwornikach słuchawek P7, jakość dźwięku jest rewelacyjna: bas wyróżnia się większą sprężystością, wokale są precyzyjniejsze, a użytkownik może rozkoszować się wspaniałym poczuciem przestrzeni, równowagi i przejrzystości w całym zakresie częstotliwości.
P7 Wireless łączą walory brzmieniowe z bezprzewodową łącznością Bluetooth aptX, dzięki czemu gwarantują bezkonkurencyjne i niczym nie zakłócone doświadczenie audio. W kilka sekund P7 Wireless można sparować z dowolnymi popularnymi urządzeniami obsługującymi Bluetooth, np. smartfonem, tabletem lub komputerem. Po pierwszym sparowaniu, ich obsługa jest tak prosta, jak włączenie zasilania i naciśnięcie przycisku Play.
Sercem P7 Wireless są przetworniki, które zostały precyzyjnie opracowane pod kątem wydobycia najdrobniejszych detali odtwarzanej muzyki. Dzięki temu wymagający użytkownicy nawet w domu i poza nim, np. w trakcie podróży, mogą cieszyć się muzyką w jakości hi-fi, jakiej dotychczas nie mieli okazji doświadczyć. P7 Wireless zapewniają pełne brzmienie muzyki, od najniższych do najwyższych tonów, a wokółuszne poduszki wypełnione ultramiękką pianką z pamięcią kształtu gwarantują komfort nawet podczas długich sesji odsłuchowych.
Odtwarzanie muzyki ułatwia intuicyjne sterowanie, a wbudowany akumulator zapewnia energię na imponujące 17 godzin odsłuchu. Baterię można z łatwością naładować poprzez złącze USB. Atutem P7 Wireless jest także możliwość pracy w tradycyjny, przewodowy sposób – wraz ze słuchawkami dostarczany jest odłączany kabel.
Słuchawki P7 Wireless wykonane są z najwyższej jakości materiałów, wliczając aluminium i owczą skórę, co dodatkowo podkreśla wytrzymałość konstrukcji i jej luksusowy charakter. Słuchawki można złożyć, co dodatkowo ułatwia ich przewożenie, a wyrafinowane wzornictwo obejmuje także etui ochronne, w którym można bezpiecznie umieścić P7 Wireless, gdy słuchawki nie są używane.
P7 Wireless są perfekcyjnym dopełnieniem sukcesywnie poszerzanej gamy słuchawek Bowers & Wilkins. Dzięki swojej wokółusznej konstrukcji, zwiększającej komfort użytkowania, oraz piankowym kołnierzom izolującym od zewnętrznego hałasu, nowe słuchawki nawiązują do modelu P5 Wireless i podobnie jak one, wykorzystują tę samą wiedzę i doświadczenie w akustycznej doskonałości, jaką tylko Bowers & Wilkins może się poszczycić.
Słuchawki Bowers & Wilkins P7 Wireless już są w sprzedaży. Poglądowa cena detaliczna nowego modelu wynosi 1799 zł.
Specyfikacja techniczna:
| Przetworniki | 2 x ø40 mm, pełnozakresowe |
| Pasmo przenoszenia | 10 Hz-20 kHz |
| Impedancja | 22 Ω |
| Zniekształcenia (THD) | <0,3% (1 kHz/10 mW) |
| Czułość | 111 dB/V przy 1 kHz |
| Maksymalna moc wejściowa | 50 mW |
| Wejścia | 3,5 mm stereo jack |
| Bluetooth | v4.2, Class 2 |
| Profile Bluetooth | AVRCP v1.4 A2DP v1.2 DIP HFP v1.6 HSP v1.2 GAP SDAP |
| Kodeki Bluetooth | atpX (standardowe opóźnienie) AAC SBC |
| Akumulator | 370 mAh (nominalnie) litowo-polimerowy |
| Waga | 323 g |
Najnowsze komentarze