Opinia 1
Złota myśl Periandera – jednego z siedmiu mędrców starożytnej Grecji, drugiego tyrana Koryntu, będąca podtytułem niniejszego artykułu idealnie pokazuje genezę powstania Polskiego Klastra Audio. Pojedynczy, czy to od lat zmagający się z przeciwnościami losu, czy też debiutujący na rynku audio producent niejako zawsze ma pod górkę. Nie dość, że na każdym kroku musi udowadniać, iż nie jest wielbłądem, to jeszcze toczyć mordercze pojedynki z wyrobami bądź mającymi już odpowiednią renomę, bądź pochodzącymi od potężnych ogólnoświatowych koncernów dysponujących niewyobrażalnym dla zwykłej „płotki” zapleczem technologiczno-finansowym. Dlatego też zgodnie z głoszoną przez starożytnych Greków maksymą w 2014 r. z inicjatywy P. Karola Zieleźnika, właściciela HiFi Studio w Bielsku-Białej powołano do życia nieformalne zrzeszenie polskich producentów sprzętu audio. Pół żartem pół serio na podstawie powyższych informacji można byłoby domniemywać, że mamy do czynienia z jakąś zagadkową efemerydą hipisowskiej komuny, kibuca, spółdzielni, PGRu i pospolitego ruszenia, ale proszę mi wierzyć na słowo, że rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie. Gdyby bowiem kierować się stereotypowym obrazem polskiej mentalności i równie sławnej wzajemnej „życzliwości” panującej w branży z pewnością co i rusz dochodziłoby wśród członków Klastra do rękoczynów. A właśnie – wypadałoby, choćby przez grzeczność napomknąć kto do owego tajemniczego tworu należy, co też niniejszym w porządku alfabetycznym czynię:
– Audio Cave – wydawca płyt winylowych, CD i magazynu „Lizard”
– Audiomica Laboratory – producent kabli
– Bodnar Audio – producent kolumn głośnikowych opartych na przetwornikach szerokopasmowych
– EDIS – Leszek Ogonowski – producent transformatorów i dławików do zastosowań audio
– elinsAudio – producent high-endowych przedwzmacniaczy i końcówek mocy
– Encore Seven – producent wzmacniaczy lampowych marki EGG-SHELL
– hORNS by Auto-Tech – producent tubowych kolumn głośnikowych
– Pre-Audio – producent gramofonów tangencjalnych
– Projekt NOSTROMO – producent DACów, ADC, wzmacniaczy słuchawkowych etc.
– Shape Of Sound – producent gramofonów
– VAP – Voltec Audio Product – producent m.in. mebli i akcesoriów audio
– Yayuma – producent analogowego procesora dźwięku (ASP)
Jak sami Państwo widzicie powyższa lista zawiera praktycznie same marki z którymi nie raz i nie dwa mieliście już z pewnością kontakt jeśli nie podczas ubiegłych wystaw Audio Video Show, to w ramach odwiedzin najprzeróżniejszych salonów audio i podobnie jak Wy zakręconych audiofilów. Szersza oferta klastra to jednocześnie większa siła przebicia i zarazem możliwość zaoferowania gotowych i sprawdzonych rozwiązań mogących być bądź to zalążkiem dopiero tworzonego systemu, bądź wręcz takowym systemem skonfigurowanym od „A” do „Z” pod konkretnego Klienta.
W tym roku PEKA (czyli w skrócie Polski Klaster Audio) z okazji jubileuszowej – dwudziestej edycji Audio Video Show przygotował dwa nieco różniące się od siebie systemy – „Dream Reference #001” oraz „Dream Reference #002” ulokowane w pokojach 306 i 518 hotelu Radisson Blu Sobieski. Żeby było ciekawiej krajowi wystawcy kolejność swoich systemów ustawili zgodnie z kierunkiem marszruty co bardziej obytych z realiami wystawy odwiedzających, którzy tuż po wybiciu godziny zero starają się jak najszybciej dostać na najwyższą kondygnację Sobieskiego i potem, zgodnie z siłą grawitacji, mozolnie przedzierać się na niższe piętra. I tak zajmujący pokój 518 system #001 składał się z:
– tangencjalnego gramofonu Pre-Audio ASP-1501 uzbrojonego we wkładkę Audio-Technica AT33PTG/II
– lampowego wzmocnienia Egg-Shell Prestige 10WSTH+ phonostage’a Egg-Shell Prestige PS5
– kolumn Bodnar Audio Alcedo
– okablowania Audiomica Laboratory
– stolika VAP
– ustrojów akustycznych Avcon
Za to w systemie #002 oczy i uszy odwiedzających cieszyły:
– gramofon Shape Of Sound Skalar z 12” aluminiowym ramieniem o hybrydowym łożyskowaniu i wkładką Audio-Technica AT33EV
– lampowe wzmocnienie Egg-Shell Prestige 12WKT na lampach KT88 + phonostage Egg-Shell Prestige PS5
– tubowe kolumny hORNS by Auto-Tech Mummy
– okablowanie Audiomica Laboratory
– stolik VAP
– ustroje akustyczne Avcon
Patrząc na dopracowane, niebanalne wzornictwo, jak i łowiąc uchem wielce organiczne brzmienie a następnie konfrontując je z cennikami trudno było oprzeć się wrażeniu, że pieniądze rzeczywiście (u konkurencji) nie grają i to nasza – rodzima branża jeśli jeszcze nie rozdaje, to lada dzień zacznie rozdawać karty. Oczywiście powyższe dywagacje mają na razie charakter czysto życzeniowy, ale jeśli po dwóch latach grono PEKI sukcesywnie się powiększa a panowie zamiast się wzajemnie zwalczać starają się tak wzajemnie uzupełniać, by konfigurowane przez nich sety pokazywały pełnię możliwości każdego z elementów składowych to jest to dowód na to, że czasem zdrowy rozsądek potrafi górować nad indywidualnymi ambicjami a przy okazji przynosić całkiem ciekawe rezultaty. Cieszy też, że w „klastrowych” systemach pojawiają się na publicznych pokazach nie tylko urządzenia gotowe i skończone, lecz również prototypowe, będące jeszcze w fazie testów a ich twórcy uważnie wsłuchują się w konstruktywne uwagi płynące od odwiedzających ich gości. Okazuje się bowiem, że jednak muzyka potrafi łagodzić obyczaje a i ewentualne słowa krytyki można przekazywać w sposób na tyle kulturalny, że nikt nie czuje się urażony a jedynie stara się wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski.
Czyli można? Oczywiście, że można. Wystarczy odrobina dobrej woli, wspólna pasja i brak „gwiazdorzenia”, co zresztą potwierdzili z rozbrajającą szczerością sami zainteresowani jasno dając do zrozumienia, że na wspólny sukces Klastra cięzko muszą pracować wszyscy i sławni z tego, że są sławni „celebryci” nie są im do szczęścia potrzebni. Szczerze życząc dalszych sukcesów z niecierpliwością oczekujemy kolejnych „firmowych” propozycji gotowych zestawów.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Nie nie, to jeszcze nie jest moja oficjalna relacja z ostatniej wystawy AVS 2016. Na chwilę obecną, podczas gdy Marcin skutecznie wyżywa się na klawiaturze komputera i wkleja kolejne odcinki swojej wyprawy po 160 wystawowych pomieszczeniach, ja zbieram myśli, jak ugryźć to wydarzenie. Niemniej jednak, konsekwentnie rozdzielając nasze analizy owej imprezy postanowiliśmy, iż na pewien mający udział w opisywanym święcie melomanów spokojnie można by powiedzieć „fenomen” naszego rynku audio spojrzeć w jednym, wspólnie wyemitowanym odcinku. Dlaczego kluczowe słowo „fenomen” wziąłem w cudzysłów? Niestety, jak wszyscy znakomicie się orientujemy, prawa biznesu są nieubłagane i najczęściej jest tak, że w dobie chęci wejścia w już od jakiegoś czasu rozdysponowany pomiędzy konkurentami segment podaży nagle bardzo mocno daje się zaobserwować poczucie, że człowiek człowiekowi staje się wilkiem. Oczywiście jest to podyktowane naturalnymi prawami konkurencji, ale nie oszukujmy się, pojedynczemu, maluczkiemu producentowi niezwykle trudno jest przebić się przez ogólną niechęć reszty konkurencji, co często prowadzi do spektakularnej klapy. Tymczasem okazuje się, iż przy odrobinie chęci porozumienia się ze sobą można zawrzeć pewien pakt, w którym nadal będąc dla siebie konkurencją kilka podmiotów toczy wspólną walkę o klienta. Nie wierzycie w takie układy? A ja Wam mówię, że to jest możliwe. Powiem więcej, to się dzieje już od jakiegoś roku, czego dowodem jest wspólna prezentacja na minionej wystawie systemów audio skomponowanych z urządzeń rodzimych producentów skupionych na platformie o dumnej nazwie „Polski Klaster Audio”. Tak tak, to wydaje się być wbrew przypisanej naszemu społeczeństwu ogólnie pojętej niechęci do siebie zjawisko, ale jak można było zaobserwować podczas tegorocznego show, jest całkowicie realnym rynkowym bytem. Jak to przekłada się na sferę biznesową, nie mam na ten temat wiedzy, ale już sam fakt powstania podobnego przedsięwzięcia jest pewnym sukcesem. No dobrze, wiemy, że powstał sojusz, zatem kto się w nim znalazł. Na to pytanie nieco światła rzucają fotografie z banerami w pokojach wystawowych, jednak dla porządku wymienię pełną listę tej w obecnej chwili garstki, ale z tego co wiem nadal otwartej na dalszą współpracę rozwojową z innymi podmiotami grupy producentów. Idąc za plakatami mam przyjemność oznajmić, iż na szeroko pojmowaną współpracę zdecydowali się:
– AUDIO CAVE
– AUDIOMICA LABORATORY
– BODNAR AUDIO
– HORNS by AUTO TECH
– ENCORE SEVEN EGG SHELL
– EDIS Leszek Ogonowski
– ELNIS AUDIO
– PRE AUDIO
– SHAPE OF SOUND
– VAP
– YAYUMA
Ja wiem, że przedstawiona grupa to kropla w morzu wszelkich układów rynkowych, ale również zdaję sobie sprawę, że owa kropla potrafi drążyć skałę, dlatego też bardzo kibicuję temu projektowi. Kto wie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby za kilka lat spora część audiofilskiej braci w swoim dążeniu do doskonałego dźwięku w domu korzystała z podobnych, oferujących kompleksowe rozwiązania zespołów doradczych. Owszem, proponowany przez nich set może nie wpisać się do końca w oczekiwania klienta, ale jeśli nawet tak się stanie, biorca będzie bogatszy o co najmniej jedno doświadczenie. To zaś pokaże mu, czy trudną drogę do nirwany dźwiękowej musi przebyć sam, czy jednak wystarczy nakreślić swoje preferencje, a resztą zajmą się profesjonaliści. I powiem Wam, że naprawdę wystarczy kilku zadowolonych melomanów, aby poruszona pocztą pantoflową iskra wywołała lawinę kolejnych chętnych do skorzystania z opisywanego dzisiaj pomysłu biznesowego, czego pomysłodawcom serdecznie życzę. Kończąc dzisiejszy temat sojuszu polsko-polskiego zachęcam do kontaktu z ową grupą. Nie gwarantuję ze się uda – choć po dwóch recenzenckich spotkaniach ze wspomnianymi markami widzę spore szanse na sukces, ale jeśli nie spróbujecie, nigdy mnie dowiecie się, czy to co oferuje Polski Klaster Audio jest w stanie spełnić Wasze oczekiwania. Tak więc hołdując sztandarowemu hasłu „Dobre bo polskie” ruch jest po Waszej stronie.
Jacek Pazio
Przynajmniej na papierze/ekranie plan zagospodarowania Stadionu Narodowego na potrzeby 20-ej – jubileuszowej edycji Audio Video Show na tle Sobieskiego wcale nie wyglądał tak strasznie. Niby Organizator stanął na przysłowiowej głowie, by z przestronnych wnętrzach flagowego obiektu sportowo-biurowego stolicy wycisnąć więcej przestrzeni niż w zeszłym roku, co uczciwie trzeba przyznać, mu się udało, ale skalę całego przedsięwzięcia widać było dopiero na miejscu. 68 sal, 8 ekspozycji rozstawionych w korytarzach, 17 stoisk słuchawkowych i 8 płytowych okazało się bowiem nie lada wyzwaniem, tym bardziej, że wszyscy Ci, którzy uznali, że piątek będzie najlepszą okazją do zwiedzenia tytułowej lokalizacji otrzymali swoisty „bonus” w postaci konieczności wędrowania między obiema częściami wystawy podziemnym garażem. Ot taki kondycyjny gratis wymuszający zarówno na wystawcach, odwiedzających jak i urzędujących od godz. 12-ej przedstawicielach prasy wielce odświeżające przebieżki w ekstremalnej wersji wyglądające następująco – z poziomu +2 na -3, trucht przez nieogrzewany parking i potem z -3 na poziom +1. Stan taki utrzymywał się do pi razy drzwi godziny. 17:30 i prawdę powiedziawszy trudno było spotkać kogoś, kto mając za sobą choćby jedna taka przebieżkę nie miałby kilku „ciepłych” słów do osoby odpowiedzialnej za to całe zamieszanie. I wcale nie chodzi o wbijanie komukolwiek szpili, czy kopanie po kostkach, ale o podstawowe zasady komunikacji i informacji, bo przemierzając (zaledwie)dwukrotnie ww. trasę po pierwsze nigdzie nie spotkałem stosownych informacji w formie, co wydawałoby się oczywiste, czytelnych „drogowskazów” a po drugie świadomości tychże utrudnień wśród samych wystawców. Ba, rozmawiając ze „szczęśliwcami” zajmującymi SkyBoxy 130-141 i Lożę Książęcą kilkukrotnie słyszałem, iż początkowo sądzili nawet, że coś im się pomyliło i wystawa rozpoczyna się o 18-ej. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż przynajmniej około godz. 17-ej bez najmniejszych problemów można było na odseparowanej części Stadionu nie tylko zrobić zdjęcia ale i spokojnie posłuchać prezentowanych systemów w praktycznie zupełnie pustych pokojach.
Zacznijmy jednak od początku, lecz w celu zachowania jako takiego ładu pozwolę sobie na drobną kumulację do postaci pojedynczych galerii w przypadku tych wystawców, którzy posiadali więcej niż jedno pomieszczenie. Dzięki temu zabiegowi mam nadzieję uda się zachować spójność pewną spójność i uniknąć zjawiska Déjà vu, gdy po raz kolejny oglądamy urządzenia, które krótszą, lub dłuższą chwilę temu przecież oglądaliśmy.
Kontynuując zeszłoroczną tradycję i idąc za przykładem monachijskiego High Endu warszawskie Audio Video Show rozpoczęła konferencja prasowa.
Korzystając jednak z nadarzającej się okazji (zmiana tematu z HiFi na TV) czym prędzej się ulotniliśmy i zamiast siedzieć jak na tureckim kazaniu rozpoczęliśmy eksplorację jeszcze niezaludnionych ekspozycji wstępując od razu do Technicsa. Choć z wyrobami ekshumowanej (ostatnio jedno z bardziej kontrowersyjnych i elektryzujących słów) spotykamy się praktycznie od jakiś dwóch lat w półrocznych interwałch, to dopiero teraz prowadzone z przedstawicielami dystrybutora rozmowy mają szansę na materializację w postaci testu, choć wolimy, przynajmniej na razie, nie podawać żadnych konkretów mając zarazem nadzieję, że dostępność właśnie przywróconego do życia gramofonu SL-1200GAE będzie choć śladowo większa od dotychczasowych produktów.
Kolejną dość mocno rozbudzającą nadzieję i apetyt na co najmniej dobre brzmienie wydawała się oferta EIC składająca się z elektroniki Esoterica i kolumn Tannoya oraz PMC. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że pokładane w ww. setach nadzieje okazały się płonne i rzeczywistość dość brutalnie się z nimi rozprawiła w obu systemach serwując ofensywny, lekko szklisty i mało przyjemny spektakl. Jest to o tyle zastanawiające, że przynajmniej w przypadku PMC trzeba naprawdę się postarać by coś takiego z nich wycisnąć, czego podczas wielokrotnych odsłuchów z elektroniką Brystona, czy też Chorda ani razu nie dane nam było doświadczyć.
W ramach niezobowiązującego przerywnika i jedynie z reporterskiego obowiązku nieśmiało tylko napomknę o obecności wszelakiej maści telewizorów. Oczywiście nie zabrakło też odpowiednio zaadaptowanych mini sal kinowych z topowymi modelami projektorów laserowych i innymi cudami na kiju, lecz proszę mi wybaczyć, ale jest to tak odległa od naszego hobby tematyka, że tym razem, bez większego żalu pominąłem ją w planie zwiedzania.
Po cóż bowiem wpatrywać się w ruchome obrazki, skoro tuż za ścianą można było posłuchać wykończonych przepięknym granatowym lakierem JBLi K2 S9900 współpracujących z elektroniką Marka Levinsona pod postacią multi formatowego odtwarzacza № 519, szczytowego przedwzmacniacza Nº52 i 400 W końcówek mocy Nº536. Tutaj niespodzianek nie było. Była za to referencyjna kontrola, drajw i wykop, którego nawet Lewandowski nie musiałby się wstydzić. Nie muszę dodawać, że na tak skonfigurowanym systemie odsłuch ciężkiego rocka okazał się czystą przyjemnością.
Kolejnym przystankiem na mojej trasie okazała się enklawa kilku lóż i ustawionych w przestronnym korytarzu ekspozycji pod banderą Audio Klanu. O ile na drobnice nawet nie traciłem czasu to już na stacjonarne i jak widać na poniższych zdjęciach systemy poświęciłem prawie półtorej godziny, z czego lwia część przypadła na imponujący system Passa napędzający satynowo białe 800-ki Bowers & Wilkins. Nie ukrywam, że po wizycie w naszych skromnych progach 802-ek i dość pobieżnym rzucie ucha na 800-ki podczas premierowej prezentacji w Monachium brytyjskie kolumny dość mocno a przy tym nad wyraz pozytywnie zapadły mi w pamięć. Tym razem było podobnie i mając szanse na niemalże zamkniętą sesję fotograficzno – muzyczną z dziką rozkoszą z nadarzającej okazji skorzystaliśmy delektując się mocno zróżnicowanym repertuarem. W rezultacie, dzięki uprzejmości dystrybutora sporą część odsłuchu poświęciliśmy na minimalistyczne a zarazem referencyjnie zrealizowane nagrania wokalne, o których to opowiadał nam sam ich realizator serwując coraz to bardziej intrygujące utwory pokazujące ponadprzeciętną rozdzielczość i muzykalność 800-ek. Z perspektywy czasu … najlepsze brzienie jakie mozna było usłyszeć na Stadionie i tyle.
W nieco innej estetyce prowadzone były za to pokazy możliwości płaskich jak wagi łazienkowe Devialetów współpracujących z kolumnami Vienna Acoustics, gdzie uwagę zwiedzających przykuwać zapewne miały ilość decybeli i brutalnie masujące trzewia ciśnienie akustyczne.
Powrotem do krainy łagodności okazał się za to odsłuch Magico z elektroniką Moona, gdzie starano się nie przekraczać zdroworozsądkowych poziomów głośności, a i serwowany repertuar za zadanie miał raczej koić a nie szarpać skołatane nerwy.
Cieszyński Voice w tym roku postanowił przenieść akcent z Sobieskiego na Stadion i uczynił to w sposób nad wyraz oczywisty prezentując imponujący „ołtarzyk” z elektroniką Chorda i równie futurystyczne kolumny Cabasse La Sphère TCA. Nie zabrakło również szerokiej gamy gramofonów Pro-Jecta i zaproszonych gości, wśród których udało mi się zamienić kilka zdań z Christophem Cabasse, oraz będącym na całkowitym luzie Madsem Klifothem z Audiovectora.
Po przysłowiowej bandzie pojechał również Audiofast przywożąc do Warszawy nie tylko biżuteryjną elektronikę Dana Dagostino, ale i potężne kolumny Wilson Audio ALEXX, wraz z „nieco” mniej absorbującym gabarytowo modelem Yvette. I w tym momencie dochodzimy niby do oczywistej oczywistości, ale dla świętego spokoju warto o niej przypomnieć. Przy przygotowaniach większości wystawowych odsłuchów dystrybutorzy i producenci za każdym razem biją się z myślami, czy lepiej ustawiać system tak, aby wycisnąć z niego maksimum możliwości, lecz jedynie dla bardzo ograniczonego – siedzącego w sweet spocie grona kilku szczęśliwców, czy spuszczając nieco z tonu starać się kosztem utraty jakości próbować dogodzić znacznie większej liczbie odbiorców. W tym roku, mając dwie sale postanowiono najwidoczniej pogodzić ogień z wodą i zaproponować oba rozwiązania i tak możliwości Alexxów docenić tak na prawdę mogli jedynie Ci z odwiedzających, którzy zajęli miejsca w okolicach środka czwartego rzędu krzeseł i to praktycznie wtedy, gdy wcześniejsze rzędy pozostawały puste, za to Yvette cieszyły uszy praktycznie wszystkich, zebranych na sali odbiorców.
Równie imponująco wypadł set Soulution/Tenor Audio/Hansen Audio rozstawiony na stoliku i platformach Franc Audio Accessories z tą tylko różnicą, że tutaj nie trzeba było analizować przyczyn ewentualnych anomalii docierającej do naszych uszu muzyki, gdyż takowych nie było, o ile tylko dzierżący w danym momencie pilota osobnik nie poszalał zbytnio z głośnością.
Nad wyraz obiecująco zagrały również wszystkomające, aktywne monitory Kii THREE, które oferując niezwykłą precyzję i timing zaskakiwały potęgą basu i muzykalnością.
W Audio Systemie postawiono na różnorodność i to nie tylko wzorniczą, co przede wszystkim w domenie estetyki grania. Dla wyjaśnienia wystarczy tylko wspomnieć, że na stadionie grały aż trzy skonfigurowane przez ww. dystrybutora systemy, w których wykorzystano tak diametralnie różniące się kolumny jak kultowe „cebule” MBLa, uzbrojone w tuby Blumenhofery Genuin FS 3 mk 2 i plemnikopodobne Vivid Audio.
Na podobną mieszankę stylów skusił się warszawski Hi-Fi Club prezentując sztandarowe marki ze swojego portfolio, czyli McIntosha, Electrocompanieta, VTLa, czy mroczne, acz nad wyraz intrygujące kolumny Rockport Technologies ( w tym Cygnus). Trzymając się jednak faktów wspomnę tylko, że Rockporty wpięto w systemy McIntosha i VTLa a do Electrocompanietów zaprzęgnięto lubieżnie czerwone (Enzo Red) Wilson Benesch A.C.T. One Evolution P1. Domenę analogową reprezentował gramofon VPI Avenger Reference z wkładką Lyra Etna.
Z tonu spuściła też ESA, która po zeszłorocznych odgrodach Red House zaprezentowała propozycje zdecydowanie bardziej przystępne nie tylko pod względem gabarytowym, co cenowym – my przykładowo załapaliśmy się na odsłuch Credo 3 Illuminator. Jak zwykle u Pana Andrzeja zamiast smętnych i wydumanych samplerów królowała muzyka żywa, prawdziwa i trącająca strunny naszej wrażliwości. Bez udziwnień, bez audio voodoo – po inżyniersku, ale i ze sporą doza muzykalności, za co z pewnością odpowiadał również uroczy Mastersound Evolution 845.
Pozostając na naszym rodzimym podwórku wielkim nietaktem i ciężkim grzechem zaniedbania byłoby pominięcie na wskroś polskiego pokoju My Sound / JR Audio / hORNS, gdzie na źródle począwszy, poprzez amplifikacją a na kolumnach skończywszy królowała nasza, nadwiślańska myśl techniczna. Choć tuby nie zawsze i nie wszędzie asuja, to uczciwie trzeba przyznać, że w trudnych, wystawowych warunkach radziły sobie nad wyraz dobrze a i cały prezentowany system nie sprawiał wrażenia przypadkowej konfiguracji, co wyraźnie pokazuje, że jeśli tylko się chce i podziela się wspólne pasje, to i efekt takich działań okazuje się zaskakująco dobry. Jednak w tym wypadku nie było mowy o jakiejkolwiek wpadce, gdyż zaprezentowana konfiguracja ewoluuje z roku na rok i pojawia się zarówno na AVS, jak i w Monachium a jej twórcy uważnie słuchają uwag zwiedzających wyciągając stosowne wnioski.
No to najwyższy czas n jedna z największych niespodzianek a zarazem jeden z najlepiej grających na stadionie systemów, czyli elektroniki propozycji poznańskiego Korisa w postaci dzielonego źródła Métronome Technologie Kalista, amplifikacji Dan D’agostino Momentum S250 i kolumn Wilson Audio Sabrina. Uwagę zwracały również wielce urodziwe akcesoria antywibracyjne Track Audio. Jeśli zaś chodzi o dźwięk, a raczej muzykę oferowaną przez powyższy set, to powiedzieć, że było dobrze to nie powiedzieć nic. Całość cechowała dojrzałość, zrównoważenie i soczystość a rozdzielczość szła w parze z organiczną wręcz homogenicznością. Niestety czas gonił, ale jedno wiem na pewno – jeśli tylko będzie ku temu okazja pisze się na powtórkę z rozrywki w zdecydowanie lepszych pod względem akustyki warunkach, bo potencjał był ogromny i szkoda byłoby go zmarnować.
Po sąsiedzku w dwóch lożach rozgościł się warszawski Hi-Ton Home of Perfection z dwiema propozycjami spod bandery T+A. W zależności od posiadanych warunków lokalowych, o zasobności portfela nawet nie wspominając można było nie tylko posłuchać na wskroś współczesnego niemieckiego podejścia do Hi-Fi i High-Endu, ale i porozmawiać z samym konstruktorem i CEO marki – panem Siegfriedem Amftem, który z uroczą szczerością wyjaśniał zależności pomiędzy zaawansowaniem technologicznym i efektem finalnym w postaci oferowanego przez niemieckie „zabawki” (dla dużych chłopców) brzmienia. W dodatku, dość niespodziewanie, jak na tak nobliwą osobę, pan Siegfried z błyskiem w oku potrafił co jakiś czas na tyle „przyłoić” z repertuarem i poziomem głośności, że oprócz samego systemu grała praktycznie cała loża, co bardziej zaskoczeni słuchacze ze zdumieniem przecierali oczy a słabsze psychicznie jednostki w panice opuszczali lokal.
Niestety oprócz udanych prezentacji natknąć się można było na te posługując się językiem politycznej poprawności „udane inaczej”. Niby Naim Statement i topowe Monitor Audio PL500 II do low-endu nie należą a i branżowe periodyki nie szczędzą im superlatyw a na stadionie, w komplecie zagrały po prostu źle. Nie będę się w tym momencie silił na diagnozę problemu, ale przynajmniej w sobotę większość zwiedzających po zaledwie kilkudziesięciu sekundach spiesznie opuszczała tę lożę starając się jak najszybciej zapomnieć o doznanych nausznie krzywdach.
Zgoła odmienne doznania serwował set Destination Audio, gdzie słodycz brzmienia wcale nie wykluczała rozdzielczości a obecność lamp i tub nie oznaczała przesaturowania, czy krzykliwości.
Teraz coś mocno, przynajmniej jak dla nas budżetowego, czyli elektronika Musical Fidelity i kolumny Definitive Technology, które z robiącymi efekt „wow” nakładkami wypadły nadspodziewanie dobrze a nawet po kilkuminutowym odsłuchu dość jasno dawały do zrozumienia, że oprócz pieniędzy liczą się umiejętności poprawnej konfiguracji. Niby koszt poniższego seta nie przyprawiał o zawrót głowy a efekt finalny trudno było krytykować. Świetny przykład zdroworozsądkowego Hi-Fi.
Jeśli chodzi o długość nazwy, to G LAB Design Fidelity Comp Centrum Innowacji Sp. z o.o. bezapelacyjnie wygrywa z resztą konkurencji. Całe szczęście ich produkt – minimalistyczny wzmacniacz zintegrowany Block (który mieliśmy przyjemność swojego czasu recenzować) już takich kontrowersji nie budzi. To rasowe, niemalże high-endowe granie, którym zachwycić się mogą, nie zważając na dość niewielką, przynajmniej na papierze, moc również posiadacze dość trudnych do wysterowania kolumn. Całe szczęście podczas AVS nie próbowano zbyt mocno go forsować a w roli źródła wykorzystano DACa Mytek Brooklyn.
Przejdźmy jednak od cyfrowego minimalizmu do analogowego rozpasania i wspomnijmy prawdziwego weterana Audio Show, czyli markę J.Sikora. W tym roku prezentacja prowadzona była z użyciem gramofonów Reference, Basic i debiutującego na wystawie Startera uzbrojonych w ramiona i wkładki Kuzmy. W roli amplifikacji wystąpiły pamiętające pierwsze Audio Show monobloki Burdjak&Sikora napędzające potężne kolumny ASW Magadis.
Dość sporym zaskoczeniem były za to proponowane przez krakowsko-warszawskiego Nautilusa systemy grające z odtwarzaczy CD Accuphase’a, gdyż oprócz dyżurnych Avantgarde’ów do głosu podpuszczono również głośnikową propozycję Acoustic Zena (Crescendo), które napędzane niepozorną końcówką Lebena CS1000P zagrały o niebo lepiej od tego, do czego przyzwyczaiły mnie monachijskie odsłuchy.
Kolejną niespodzianką było pojawienie się, a raczej powrót do Polski, za sprawą Manufaktura Smaku włoskiej marki Monrio. Przedwzmacniacz Asty Line wraz z monoblokami MP 11 nad wyraz dobrze radziły sobie z pozostającymi wielką zagadką również włoskimi kolumnami Passione Humberto. Zresztą proszę tylko popatrzeć – mając świadomość, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz dystrybutor zadbał o akustykę loży, nie przesadził z ekspozycją i po prostu postawił na muzykę a jak wiadomo tego typu podejście do tematu poparte wiedzą i dobrym uchem się sprawdza. Jednym słowem bardzo udany debiut. Cieszy również fakt, że i w tym pokoju za okablowanie systemu odpowiadała gorlicka Audiomica Laboratory,której wyroby na tegorocznym AVS cieszyły sie naprawdę sporym zainteresowaniem nie tylko ze strony zwiedzających, ale jak widać na poniższych zdjęciach również samych wystawców. Przechadzając się po wystawowych ekspozycjach można byo wręcz dojść do wniosku, że to właśnie Audiomica jest najpopularniejszą marką kablarską w Polsce.
Nieustannie budząca skrajne emocje manufaktura Zeta Zero tym razem, skłaniając się ku potrzebom posiadaczy nieco mniejszych pomieszczeń dotychczasową ofertę ciepło przyjętych Orbitali 360 wzbogaciła o 139 cm model „Slim” o mocy 1000W RMS. W towarzystwie szwajcarskiej elektroniki kultowej Nagry i równie wysublimowanego gramofonu Avid Acutus Reference SP nie zabrakło również miejsca na rodzime okablowanie Audiomica Laboratory. Warto w tym miejscu wspomnieć, że o ile dotychczas w Zecie z reguły było głośno i bardzo głośno to podczas tegorocznej wystawy ani razu nie udało mi się przyłapać pana Tomasza na zbytnim zbliżaniu się do tzw. koncertowych natężeń dźwięku.
Kolejną z firm próbujących wykorzystać potencjał i coraz większą sławę Audio Video Show była austriacka Vienna Physix, której twórcy (Hubert Pfautsch i Robert Göschl) z dumą prezentowali dzieło swoich wieloletnich badań i poszukiwań – tubowe, półaktywne (moduł basowy) kolumny Diva Grandezza. Nad wyraz kompaktowe rozmiary, atrakcyjne wzornictwo a przede wszystkim szalenie angażujący dźwięk wypadły na tyle intrygująco, że spędziłem w ich sali dłuższą chwilę bezskutecznie szukając powodu, by się podnieść i dalej ruszyć w drogę. Pozbawiona krzykliwości prezentacja czarowała gładkością idącą w parze z rozdzielczością a szybkość narastania i umiejętność znikania nie pozwalały na obojętność. Słowem bardzo ciekawa propozycja dla osób poszukujących naprawdę dobrego brzmienia i nowoczesnej formy przy zachowaniu zdroworozsądkowych gabarytów.
Równie miłą tak dla oczu, jak i uszu prezentację przygotowała ekipa Amare Musica, która w tym roku grała z dzielonej amplifikacji w składzie przedwzmacniacz DeForest MK2 Signature oraz monobloki Trinity MK2 Siganture, w roli źródła użyto Diamond Music Server MK2 z Tube DACiem DSD. Satynowe wykończenie nad wyraz spójnie korespondowało z elegancją zjawiskowych kolumn Zingali Client Evo 3.15. Całość ustawiono na równie dopracowanym pod względem wzorniczym stoliku Audiophilar.
Polskie zagłębie audio zamykał pokój zajęty przez wspieranego sprzętowo przez Sound Club (elektronika Air Tight, kolumny Cessaro) Zontek.
Tuż obok Trimex pokazał to, z czym nieodłącznie kojarzą się polskim audiofilom Włochy – lampową elektronikę Unison Research i kolumny Opera Grand Callas, przy których przycupnęły nieco zwaliste, lecz budzące respekt kolumny Unison Research Max 1.
Wielce przyjemną powtórkę z rozrywki a raczej z Hotelu Tulip zaserwował odwiedzającym Stadion Narodowy dystrybutor Natural Sound, choć zdecydowanie mniejsza niż hotelowa sala SkyBox 209 dawał jedynie przedsmak tego, co można było usłyszeć nieopodal Placu Zawiszy.
Połączenie streamingu, najnowszych technologii z nad wyraz rozsądnie skalkulowanymi cenami to domena Auralica, który w tym roku przeuroczo zgrał się z oldschoolowymi monitorkami Chartwell ls3/5a. Jednak w ajmowanym przez MIO-a SkyBoxie 140 równie ciekawie prezentowała się sekcja słuchawkowa, w której oprócz burgundowych Fostexów TH900 MKII honorowe miejsce zajmował … wyceniony na ok. 40 000 PLN lampowy wzmacniacz słuchawkowy Fostex HP-V8.
Tym oto sposobem, dość niepostrzeżenie zmierzamy ku końcowi niniejszej relacji, lecz zanim to nastąpi wspomnę jeszcze o nad wyraz różnorodnej strefie słuchawkowej, gdzie dziesiątki marek i setki modeli dzielnie walczyło o względy tysięcy zwiedzających.
Dla najwytrwalszych czytelników pozwoliłem sobie przygotować skromny bonus.
I tym optymistycznym akcentem chciałbym zakończyć niniejszą relację zapraszając zarazem na kolejne części poświęcone w pierwszej kolejności Polskiemu Klastrowi Audio a następnie wnikliwej i dogłębnej analizie tegorocznej wystawy przeprowadzonej przez Jacka.
cdn …
Marcin Olszewski
Po oazie spokoju, jaką niewątpliwie podczas tegorocznego Audio Video Show okazał się Hotel Golden Tulip, przyszła pora na dyżurny obiekt drwin, siedlisko zła i źródło woni wyciskającej łzy z oczu, czyli pobliski Hotel Sobieski. Choć za każdym razem większość z nas łudzi się, że tym razem będzie tam nie tylko inaczej niż dotychczas, co przede wszystkim lepiej, to już po godzinie, góra dwóch, pozbywamy się złudzeń i pokornie podążamy wraz z zapoconym tłumem. Może poruszanie tych kwestii we wstępniaku nie jest zbyt politycznie poprawne, lecz bądźmy szczerzy – skoro Organizator przygotowuje dla gości szatnie to do cholery jasnej wypadałoby z nich skorzystać, a nie łazić w kurtkach a nieraz nawet w czapkach. Niestety bez kategorycznego zakazu wstępu osób w odzieży zimowej i egzekwowaniu tejże reguły przy wejściach do każdego z wystawowych pokoi najwidoczniej nie da się zdyscyplinować przepoconych jegomości uważających się za audiofilów. Ale jest jak jest i można do woli prosić, nakłaniać, otwierać okna na klatkach schodowych i w samych pokojach a i tak wychodzi na to, że oprócz standardowego wyposażenia wystawcy powinni otrzymywać zestawy masek tlenowych.
Całe szczęście lawirując pomiędzy napływającym falami tłumem udało mi się momenty, gdy w odwiedzanych przeze mnie pokojach dało się chociażby na chwilę usiąść i w spokoju posłuchać serwowanego przez gospodarzy repertuaru.
W tym roku eksplorację Sobieskiego rozpocząłem dość nietypowo, bo od umówionego ponad miesiąc wcześniej spotkania z przedstawicielami Polskiego Klastra Audio, ale fotorelację z tejże „nasiadówki” pozwolimy sobie zamieścić w ramach odrębnej publikacji. Korzystając jednak z okazji, że dziwnym trafem w znajdującym się vis-à-vis pokoju zajmowanym przez Fonicę i debiutującą na naszym rynku meblarska manufakturę Best Music. O ile o samych gramofonach nic ciekawego tym razem nie napiszę, gdyż w tym roku wśród nich nie pojawiło się nic nowego, to już o samych audio-stolikach warto kilka słów skreślić. Niby same projekty nie wyznaczają nowych trendów, nie opieraj się na jakiś kosmicznych technologiach, ale patrząc na jakość ich wykonania, użyte materiały a przede wszystkim sugerowane, dalekie od horrendalnych ceny okazuje się, że jak się chce jednak można i „audiofilskość” wcale nie musi oznaczać ruiny domowego budżetu. Nie wierzycie? Otwierający poniższą galerię model Bizon F6 w prezentowanej na wystawie wersji wyceniono na 4540 PLN a jeśli komuś akurat taka szata wzornicza przypadła do gustu, to mógł ją odebrać z ekspozycji za okrągłe 4 kPLN.
Skoro jesteśmy przy meblach to raptem kilka kroków dalej łódzki dystrybutor CORE Trends przygotował nie lada audiofilska ucztę, gdyż oprócz świetnej elektroniki Audioneta (m.in. serii Ultra) i stricte high-endowych, choć zaskakująco niepozornych kolumn YG Acoustics Carmel 2 można było pomacać, opukać i „usłyszeć” meble Schnepel, Schroers & Schroers, oraz akcesoria antywibracyjne Thixar i Townshend Audio. Uwagę zwracały również szczelnie pokrywające ściany panele akustyczne Artnovicon. Biorąc pod uwagę atrakcyjny wygląd i skuteczność ich działania – wystarczyło porównać akustykę hotelowego pokoju po dokonaniu adaptacji do warunków w jakich przyszło egzystować konkurentom dość oczywistym było, że budziły zrozumiałe zainteresowanie. O samym brzmieniu w wystawowych realiach niby trudno się wypowiadać, ale w pokojach 301 i 302 po prostu grała muzyka, choć uczciwie trzeba przyznać, że Carmele 2 odsadzały B1-ki Vivid Audio o kilka długości zarówno pod względem rozdzielczości, jak i szeroko rozumianej kultury prezentacji.
Praktycznie tuż po naszej recenzji czeskie Blocki pojawiły się również w Sobieskim, gdzie można było nie tylko poznać ich trzewia, ale przede wszystkim posłuchać jak grają w towarzystwie … rumuńskiego cyfrowego, dzielonego źródła Rockna i tajemniczych monitorków Wao Zero marki VAOdesign. Niby 200W w czystej klasie A na kanał przy takich maluchach to aż nadto, ale trzeba uczciwie przyznać, że kontrola i zarazem kultura prezentacji zasługiwała wyłącznie na superlatywy.
Na trzecim piętrze całkiem nieźle radził sobie również łotewski producent i dystrybutor World Audio Distribution prezentując intrygująco oldschoolowe monitory o jakże zaskakującej nazwie … Old School współpracujące z na wskroś nowoczesną elektroniką T+A. Choć na pierwszy rzut oka powyższy mariaż może wydawać się dość absurdalny, ale oferowane przez niego brzmienie wcale tak kuriozalne nie było. Wręcz przeciwnie – barwa szła w parze z selektywnością a i na kontrolę basu nie można było narzekać.
Nie mniej „vintageowo” prezentowały się czeskie, oparte na przetwornikach szerokopasmowych potężne kolumny RDacoustic zasilane naszymi rodzimymi Lampizatorami. O dziwo ledwo mieszczące się w hotelowej klitce kolumny wcale nie wgniatały słuchaczy w krzesła a i niezwykle ograniczony metraż wcale nie robił na nich większego wrażenia. W dodatku sądząc po obłożeniu pokoju fanów tego typu estetyki w naszym kraju nie brakuje.
Warszawski Audiopunkt jak zwykle i co najważniejsze po raz kolejny udowodnił, że prawdziwe Hi-Fi wcale nie musi kosztować przysłowiowych oczu z głowy a czasem mniej znaczy lepiej. Krótko mówiąc w pokojach zajmowanych przez ww. dystrybutora królowały rasowe monitory i to zarówno skoligacone z klasycznymi konstrukcjami BBC – czyli Graham Audio, Chartwell LS3/5, jak i własne konstrukcje – Sound Project Nina, współpracujące z elektroniką Norma Audio oraz Soul Note.
Z podobnego założenia wyszły kolejni przedstawiciele naszego rodzimego przemysłu Hi-Fi, czyli kolumnowy specjalista Pylon Audio i całkiem nieźle radzący sobie w lampowej niszy Fezz Audio. Atrakcyjne wzornictwo, przyjemne brzmienie a przede wszystkim przystępne ceny sprawiły, że aby dostać się do zajmowanych przez ww. marki pokoi musiałem robić kilka podejść, bo przez większą część wystawy panował tam ścisk większy niż na wyprzedażach „ekskluzywnych” skórzanych torebek w jednej z sieci dyskontów.
Choć może wyglądać to na świadome działanie z naszej strony, ale proszę mi wierzyć, że przez zupełny przypadek kolejnym pokojem, w którym znów miałem do czynienia z „wyobrażalnymi cenami” i co najmniej dobrym brzmieniem było lokum AUDIOTHLON & Media4Home, gdzie o doznania nauszne dbały trójdrożne kolumny Equilibrium Black Orchid S8 zasilane mini NAIMami – UnitiQute i 2xNAP100 a całość okablowano najnowszymi modelami przewodów Equilibrium – PURE.
Wyroby serbskiego Auris Audio poznałem kilka lat temu podczas monachijskiego High Endu. Debiutująca wtenczas manufaktura wkraczała na rynek audio produktami niebanalnymi zarówno pod względem wzorniczym, jak i pomysłem na brzmienie. W międzyczasie firma się rozrosła, oferta poszerzyła i coraz śmielej poczyna sobie na światowych salonach, więc i w naszym kraju rozgląda się za jakimś godnym zaufania dystrybutorem.
MJ Audio LAB od lat stawia na profesjonalne rozwiązania oparte na elektronice Brystona i … dobrze na tym wychodzi. Tutaj nie ma miejsca na pseudo-audiofilską ściemę i voodoo, więc albo coś gra, albo nie. W MJ Audio LAB jak zwykle grało.
Pan Wojtek Szemis lubi zaskakiwać i czasem pojechać po przysłowiowej bandzie. Jednak najwyraźniej w tym roku uznał, że nie ma co kombinować bo dobry dźwięk obroni się i bez kontrowersji. I miał rację, bo z rozstawionego po rogach systemu Audio Note’a ryczący Avenged Sevenfold wyadał nad wyraz zjawiskowo a i współczecha serwowana z elektroniki Sugdena potrafiła na długie kwadranse zapełnić hotelowy pokój.
Recenzowane swojego czasu na naszych łamach monitory AVCON Avalanche Reference Monitor ustawiono w Sobieskim na dłuższej ścianie starając się do minimum ograniczyć niezbyt przyjazną akustykę pomieszczenia. Miękkie wyściełanie tylnej ściany, jak i firmowe ustroje akustyczne najwyraźniej zdały egzamin, bo nic niepokojącego na basie się nie działo a serwowane przez producenta nagrania dalekie były od audiofilskiej szlachetności.
Pozostając w kręgu rodzimych wytwórców nie mogliśmy pominąć Albedo wystawiającego się wraz z bydgoskim Audio-Connectem. Tutaj również nie było kolokwialnie mówiąc wtopy i żeby choćby wściubić nos trzeba było nie tylko mieć szczęście, co po prostu swoje odstać. W jednym – mniejszym pokoju posłuchać można było francuskich kolumn Jean-Marie Reynaud z elektroniką Wells Audio a w większym topowych Dynamisów marki Diapason. Tutaj również nie było niespodzianek, gdyż konfigurowane przez bydgoską ekipę sety po prostu grają.
Z wystawowych ciekawostek wpadł nam w oko pokój Tonsila, który uparcie próbuje przywrócić świetność i dobre imię dość mocno kojarzonym z minioną epok Altusom.
Trójmiejski Premium Sound w tym roku pozostając w kręgu produktów Gradienta serwował audiofilską strawę nie tylko ze smerfopodobnych Helsinek, lecz i ze zdecydowanie spokojniejszych wzorniczo Revolution MK IV.
Najwyższa pora, bo i piętro siódme, na reprezentowanego przez Audio Anatomy włoskiego Pathosa, który pochwalił się najnowszym wzmacniaczem zintegrowanym InPol Heritage, zasilającym kolumny Pathos Frontiers Prime MKII. Jednak akurat w pokoju 702 oprócz muzyki delektować się można było wyborna kawą i równie znakomitym Prosecco a jeśli tylko ktoś miał szczęście, to limitowane edycje winyli mógł zdobyć i to z autografem (Juliusza Kamila)!
Miłe wspomnienia pozostawiła po sobie prezentacja Voxativa, gdzie wspomagane basowymi modułami, zasilane firmowymi lampowcami szerokopasmowce na z rozmysłem dobranym repertuarze potrafiły całkiem nieźle oczarować słuchaczy.
Jednym z ostatnich odsłuchów w jakich dane mi było podczas tegorocznego AVS uczestniczyć była demonstracja możliwości (podobno) przełomowej technologii Pure Original Natural Audio Sound (PONA sound) i osobiście dokonywanego przez Guillaume Chalarona masteringu.
Poziom zero reprezentuje w mojej relacji Polpak, którego systemy cieszyły się nieustającym zainteresowaniem i to począwszy od „budżetowej” Tagi po zdecydowanie bardziej ambity, oparty na elektronice Anthema i naprzemiennie grających z Loganami topowych Paradigmach Persona. Tutaj wynik sparringu był jednogłośny i amerykańskie „parawany” każdorazowo były już w pierwszej rundzie „liczone” uznając wyższość kanadyjskiej konkurencji.
Na koniec zostawiłem niemalże nasz firmowy set Reimyo, z tą tylko różnicą, że zamiast naszych pełnopasnowych, trójdrożnych, wspomaganych super tweeterem Isisów na końcu kabli głośnikowych podpięto japońskie monitory Encore ENC-5. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że polski dystrybutor starał się zachować „koszerność” zestawu, ale akurat te maluchy niespecjalnie producentowi wyszły i zamiast nich z powodzeniem można było, biorąc pod uwagę nad wyraz skromną kubaturę hotelowego pokoiku, użyć chociażby Trenner & Friedl ART. Dźwięk byłby mniej wysilony a i góra zyskałaby na kulturze, której w Encorach niestety brakowało.
Nie mniej kontrowersyjnie było w pokoju zajmowanym przez holenderskie Aequo Audio, Trilogy Audio, Isol-8 oraz Lumina. Znając niemalże na wylot ¾ powyższego seta i mając świadomość ceny intrygujących kolumn do wydania końcowego werdyktu wstrzymamy się do odsłuchu w mniej przypadkowych warunkach.
cdn…
Marcin Olszewski
Relację z tegorocznego Audio Video Show zacznę dość nietypowo, bo od drobnej, retrospektywnej i wybitnie subiektywnej dygresji rzucającej nieco światła na naszą, nomen omen kolejną, semi-oficjalną obecność na tytułowej wystawie.
Kiedy wiosną 2013 roku zakładaliśmy z Jackiem SoundRebels postanowiliśmy, że zgodnie z nazwą zrywamy z polityczną poprawnością i buntujemy się przeciw chodzeniu na jakiejkolwiek, metaforycznie rzecz ujmując, smyczy. Piszemy to co chcemy a raczej, to co naprawdę słyszymy, a nie to, co chcieliby żebyśmy usłyszeli producenci, dystrybutorzy, czy też eksplorujący strefę cienia samozwańczy lobbyści. Stawiamy na niezależność i pomimo czasem zastanawiających, mniej bądź bardziej zawoalowanych nacisków z zewnątrz nie dajemy się sterować jak obecny rząd z tylnego siedzenia a raczej fotelika. Dlatego też pojawiamy się, jeśli tylko mamy taką możliwość, wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego zarówno z punktu widzenia nas samych, profilu naszego portalu a przede wszystkim, jeśli temat wydaje się interesujący dla naszych Czytelników. Dlatego też oprócz AVS gorąco kibicujemy wszelkiego rodzaju zbliżonym tematycznie wydarzeniom coraz częściej pojawiającym się w audiofilskim kalendarzu. Pokazując jak najszersze spektrum wydarzeń staramy się być obiektywni, co jak widać nie wszystkim (serdeczne pozdrowienia dla Organizatora AVS i podobnież dogorywającej części frakcji papierowych periodyków) jest w smak, a to akurat w naszym przypadku sprawia, że po pierwsze utwierdzamy się w przekonaniu, iż droga jaką obraliśmy jest słuszna a po drugie zyskujemy motywację do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Dość jednak marudzenia.
Uczciwie trzeba przyznać, że jubileuszowe – dwudzieste, jak ten czas szybko leci, Audio Video Show 2 swoją skalą, rozmachem i różnorodnością bezdyskusyjnie nie tylko przyćmiło poprzednie edycje, ale i dało niezbite świadectwo końca stagnacji w branży audio. Z jednej strony renesans analogu, z drugiej niezwykle dynamiczny rozwój technologii cyfrowych, streamingu – również w formie desktopowej i przenośnej a wreszcie stabilizacja sektora skupionego na wielokanałowej, kino-domowej rozrywce pozwala praktycznie każdemu odbiorcy zaoferować skrojoną idealnie pod jego oczekiwania i możliwości finansowe propozycję. Z oczywistych względów proszę jednak we właśnie inaugurowanej serii naszych wystawowych relacji nie spodziewać się zbyt obszernych wzmianek zarówno o tzw. budżetówce, jak i wspomnianych rozwiązaniach szumnie nazywanych kinem domowym. Dlatego też cykl foto-reportaży pozwalamy sobie zacząć od Hotelu Golden Tulip, który po zmianach lokalizacyjnych wystawy z powodzeniem przejął po Hotelu Bristol palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o kumulację systemów z najwyższej półki. Z dość dużą dozą prawdopodobieństwa można również stwierdzić, iż stał się on swoistą ostoją spokoju i miejscem wytchnienia dla wszystkich tych, którzy po ścisku i zaduchu Sobieskiego, bądź ogromie Stadionu Narodowego szukają chwili relaksu, wyciszenia (oczywiście w ramach audiofilskiego szaleństwa) i możliwości odsłuchu w możliwie komfortowych warunkach.
Aby nie zostać posądzonym o stronniczość, kumoterstwo i Bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze niniejszy opis odbywać się będzie zgodnie z logicznym porządkiem zwiedzania, czyli rozplanowaniem poszczególnych sal względem schodów prowadzących na piętro zajmowane przez wystawowe ekspozycje.
W ramach potwierdzenia powyższych słów o możliwości złapania oddechu i regeneracji warto było wstąpić do pokoju zajmowanego przez Grobel Audio, by … niemalże zapuścić tam korzenie. To, co Panu Sebastianowi udało się osiągnąć za pomocą systemu opartego na filigranowych i zjawiskowo urzekających nie tylko finezyjną linią wzorniczą, lecz i jakością wykonania kolumienek Franco Serblin Lignea napędzanych integrą Jadis i50 z magnetofonem szpulowym w roli źródła zasługuje wyłącznie na same superlatywy. Pomimo całej swojej nie-uniwersalności na świadomie dobranym, zoptymalizowanym repertuarze całość wypadła wręcz porażająco dobrze. Dźwięk pozostając cały czas rozdzielczym czarował nasyceniem, soczystością i muzykalnością dając świadectwo temu, że jeśli tylko obracamy się w podobnym repertuarze i muzycznej estetyce, to możemy stworzyć sobie prawdziwy raj na ziemi iście minimalistycznymi środkami.
Tuż za ścianą Sveda Audio przygotowało zgoła odmienną prezentację. Wielce ciekawy mariaż własnych rozwiązań z rynku pro-audio wraz z konsumencką elektroniką Lampizatora, Yayuma i Audia Flight był tłem do warsztatów, spotkań i nagrań. Wśród gości spotkać można było Michała Urbaniaka, czy prowadzącego swoja audycję Michała Bryndala a rozlokowane na tylnej ścianie stoisko z okablowaniem Mogami udowadniało, że dobre – docenianie zarówno przez przedstawicieli rynku pro, jak i audiofilsko skażonych konsumentów „druty” wcale nie musza kosztować dziesiątek, czy setek tysięcy PLN-ów.
Vis-à-vis rozgościła się niemiecka manufaktura głośnikowa Göbel High End prezentująca swoje najbardziej kompaktowe konstrukcje Epoque Fine wspomagane skromnie ustawionym w drugim planie, również niewielkim – jak na możliwości Niemców, modułem basowym Epoque Baforce Fine wraz z dedykowanym sterownikiem Epoque Baforce Controller. Całość spięto firmowym okablowaniem Lacorde Statement a centrum sceny zajmował kompletny set elektroniki CH-Precision wspomagany japońskim streamerem Melco. Szwajcarka precyzja i niemiecki porządek okazały się głównymi myślami przewodnimi prezentacji i trzeba przyznać, że tego typu „zamordystyczne” podejście do dźwięku potrafiło sobie zjednać całkiem sporą rzeszę wiernych słuchaczy.
Sala Tulip I na dwa i pół dnia stała się domem dla systemu, a tak naprawdę dwóch systemów, sprowadzonych do Polski przez Natural Sound. Elektronika FM Acoustics grała w firmowym secie, za to dobrze nam znane japońskie cudeńka ze stajni Audio Tekne napędzały imponujące, wysokoczułe, trójdrożny kolumny o jakże uroczej nazwie Milena. Dodając do tego nad wyraz zgrabny akrylowy gramofon Vertere nietrudno było się domyślić, że efekt finalny potrafił nie tylko zauroczyć, co przykuć do krzeseł na dobrych kilka kwadransów.
Nieprzebrane tłumy spotkać można było praktycznie o dowolnej porze dnia w zajmowanej przez krakowsko/warszawskiego Nautilusa sali Tulip II, gdzie w roli mistrzów ceremonii uzupełniali się Robert Szklarz i mający wielki sentyment do Polski właściciel Ayona Gerhard Hirt. A w roli bacznego obserwatora z reguły ulokowany tuż za tylnymi rzędami całości bacznie przyglądał się dysponujący przeogromną wiedzą i cierpliwością podczas nieraz i kilkudziesięciominutowych, kuluarowych dysput pan Hartmut Roemer. To jednak nie wszystko, gdyż podczas AVS ww. lokalizacji odbywały się również spotkania ze zdobywcą Grammy, remasterującym katalog Polish Jazz, T.Love, Agę Zaryan, etc., – Jackiem Gawłowskim. Widoczny na zdjęciach nad wyraz rozbudowany system oparto na półaktywnych wersjach kolumn Lumen White, zasilanych monoblokami Crossfire Evo z przedwzmacniaczem Spheris oraz phonostagem Spheris Phono a w torze cyfrowym nie zabrakło prezentowanych podczas inauguracji nowej warszawskiej siedziby odtwarzacza CD-35 i streamera S-10.
No i wkraczamy do królestwa analogu w którym niepodzielnie królowały gramofony i nawet ustawiony tuż obok nich przedstawiciel domeny cyfrowej – dopiero co przez nas recenzowany dzielony zestaw C.E.C. TL 0 3.0 + DA 0 3.0 swoje działanie oparł o rozwiązania znane głównie z gramofonów a więc napęd paskowy i to w podwójnym wydaniu. Powyższy duet z Japonii o względy publiczności konkurował nie tylko z niemalże budżetowym, jak na ofertę katowickiego dystrybutora gramofonem dr Feickert Analogue Firebird z ramieniem Morch DP-8 12” i monofoniczną wkładką Miyajima Zero, ale i zdecydowanie bardziej wymagającym sparring partnerem – Döhmann Helix 1 z ramieniem Schröder CB 9” uzbrojonym we wkładkę Miyajima Kansui. W roli amplifikacji wykorzystano monobloki Thrax Teres z przedwzmacniaczem Thrax Dionysos a na końcu toru ustawiono monitory Thrax Lyra wraz z dedykowanymi debiutującymi w Polsce aktywnymi modułami basowymi Basus. Nie zabrakło też nienazwanej nowości ze stajni RCM-u – najnowszego i zarazem najwyższego w domowej hierarchii phonostage’a. Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał jak powinien zabrzmieć wzorcowo kontrolowana podstawa basowa, rozdzielcza reszta pasma a przy tym niepozbawiona znamion muzykalności prezentacja, to w ciągu minionego weekendu słuchając ww. zestawu mógł się na własne uszy przekonać.
W sąsiadującej przez ścianę sali było nie mniej intrygująco, gdyż napędzane monoblokami Vitus Audio SM-011 kruczoczarne Berliny RC8 w sposób bezwzględnie uzależniający pokazywały potencjał drzemiący nie tylko w trzyramiennym „maluchu” TechDAS Air Force III, ale przede wszystkim premierowo prezentowanym w Polsce, wyposażonym w najnowszą wersję zasilacza SCPS-1, ramię Black Beauty z wkładką Shelter Accord gramofonie Kronos Pro.
Oczywiście tradycji usiało stać się za dość i do dyspozycji gości przez praktycznie cały czas trwania wystawy pozostawali twórcy poszczególnych urządzeń:
dr. Roland Gauder – Gauder Akustik
Rumen Artarski – Thrax Audio
Luis Desjardins – Kronos Audio
Hans Ole Vitus – Vitus Audio (AVA Group A/S)
Christian Feickert – dr.Feickert Analogue
Aleksander Vitus – Alluxity by AVM TEC
Trasę „tulipowej” wycieczki wieńczyła sala Azalia 3, w której rozgościły się lampowce Audio-Akustyka i kolumny Avatar Audio. W porównaniu do powyżej opisanych systemów to, co grało w ostatnim pokoju było jak powrót do przeszłości. Niezaprzeczalnie „vintage’owy” design szedł w parze z równie charakterystycznym i podbarwionym papierem dźwiękiem. Inna estetyka, inna bajka i zupełnie inny profil potencjalnego klienta.
cdn.
Marcin Olszewski
W listopadzie na nasz rynek wejdzie nowy wzmacniacz zintegrowany Hegel Röst.
Inspirację dla nazwy można tłumaczyć dwojako. Röst to nazwa norweskiej wyspy położonej na dalekiej północy w archipelagu Lofoty i znanej z walorów krajobrazowych. Röst może także znaczyć głos.
Tor audio swoją genezę ma we wzmacniaczach H360 i H160. Układy analogowe są zasadniczo oparte na konstrukcji H360, ale przeskalowane na mniejszą moc. Natomiast z H160 zaczerpnięto konwerter cyfrowo-analogowy. Oprócz tego wdrożono też kilka usprawnień dla dalszej optymalizacji brzmienia. Zastosowano nową wersje firmowego układu SoundEngine. Jest on o 50% szybszy i szczególnie skutecznie radzi sobie z minimalizacją zniekształceń powstających gdy jeden element kończy przewodzenie, a drugi przewodzenie zaczyna (ang. crossover distortion). SoundEngine eliminuje te zniekształcenia w sposób dynamiczny i oprócz tego pozwala na uzyskanie wysokiego współczynnika tłumienia. Hegel zastosował we wzmacniaczu Röst nowe tranzystory wyjściowe, są one szybsze od poprzednio stosowanych i mogą dostarczyć prąd nawet do 50% większy. W stopniu wejściowym pracują ręcznie dobierane tranzystory FET. Do regulacji głośności zastosowano układy zaczerpnięte z wysokoprecyzyjnego sprzętu pomiarowego.
Zapożyczona z modelu H160 część cyfrowa pozwala na obsługę Apple AirPlay. Na wyposażeniu jest cyfrowe wejście koncentryczne RCA, trzy wejścia optyczne, wejście USB typ B i gniazdo Ethernet do połączenia z siecią (dla sterowania i strumieniowania audio). Zastosowano też firmową technikę regeneracji zegara. Dla sygnałów analogowych są trzy wejścia – jedno XLR i dwa RCA. Oprócz terminali głośnikowych jest też wyjście RCA o regulowanym poziomie i wyjście słuchawkowe.
Röst wyróżnia się możliwościami współpracy z systemami automatyki. Ma on zainstalowane oprogramowanie Control4, czyli jednego z wiodących dostawców systemów automatyki. Takie funkcjonalności są spotykane w sprzęcie audio-wideo, ale nie w urządzeniach z kręgu audiofilskiego hi-fi. Sterowanie IP wzmacniacza Hegla jest w pełni otwarte, co pozwala na pisanie sterowników dla systemów automatyki takich jak Crestron czy Savant, czy na potrzeby innych aplikacji. Obudowa została wykonana ze stali i aluminium i pomalowana na biało. Gałki również zostały wykonane z aluminium. Wyświetlacz OLED świeci białym światłem.
Do wyposażenia Rösta należy wykonany z bloku aluminium pilot zdalnego sterowania, ale sterowanie może się także odbywać poprzez domową sieć. Istnieje także wspomniana wyżej możliwość integracji z systemami inteligentnego domu.
Dane techniczne wzmacniacza Hegel Rost:
Moc …. 75W/kanał / 8Ω
Pasmo przenoszenia …. 5Hz – 180kHz
Odstęp sygnał/szum …. > 100dB
Przesłuch między kanałami …. < -100dB
Współczynnik tłumienia …. ponad 2000
Wymiary SWG z nóżkami …. 43 * 10 * 31 cm (wysokość bez nóżek 8cm)
Masa …. 12 kg
Premierowe pokazy (w zestawie z nowym odtwarzaczem Hegel Mohican) odbędą się na Audio Show (hotel Sobieski, apartament 607), a sprzedaż ma się rozpocząć 21 listopada. Röst będzie dostępny tylko w kolorze białym, a jego cena to 10.990 złotych.
Cygnus to najnowszy zestaw głośnikowy firmy Rockport Technologies. Sytuując się pomiędzy modelem Avior i Altair, Cygnus posiada najlepsze cechy obu z nich, stając się przy okazji jedną z najlepszych konstrukcji na świecie, przy zachowaniu bardzo atrakcyjnej relacji ceny do jakości.
Istnieją liczne podobieństwa jak i różnice przy porównywaniu nowych kolumn do modeli Atria i Avior. Obudowa Cygnusa przypomina wcześniejsze konstrukcje z powodu zastosowanie wielowarstwowego, wytłumionego MDF i solidnych wewnętrznych wzmocnień. Efektem takich rozwiązań jest eliminacja akustycznych modów i rezonansów obudowy oraz związanych z nimi zniekształceń dźwięku.
Panel przedni modelu Cygnus to hybrydowe połączenie aluminium z MDF. Dwie aluminiowe płyty, każda o grubości 2 cm, montowane są za pomocą specjalnej warstwy pianki typu viscoelastic użytej pomiędzy aluminiowym panelem przednim a obudową. Dzięki temu powstaje kompozytowy element tłumiący drgania. Następuje także wykorzystanie pełni korzyści płynących z nadzwyczajnej sztywności aluminium przy jednoczesnej optymalizacji właściwości tłumiących pozostałej części konstrukcji kolumny. Przetworniki elektroakustyczne Cygnusa montowane są do aluminiowych paneli przednich co skutkuje uzyskaniem niższych szumów, a także wyższą dynamiką oraz lepszą muzykalnością.
W celu poprawy przetwarzania niskich tonów, Rockport zaprojektował i skonstruował nowy 10 calowy głośnik wykonany z firmowego kompozytu przekładkowego z włókien węglowych. Dwa takie głośniki montowane są w obudowie o pojemności 50% większej niż obudowa modelu Avior. Nowo zaprojektowany system napędowy przetworników, o średnicy trzech cali, umożliwia uzyskanie znaczącej poprawy w dziedzinie reprodukcji dynamiki i gwarantuje lepsze wysterowanie kolumn w porównaniu do mniejszych modeli Rockporta.
Chociaż nowe, 10 calowe, woofery Cygnusa mają większy rozmiar od przetworników zastosowanych w modelach Avior i Atria to współdzielą z nimi te same ultra niskie zniekształcenia oraz unowocześnienia mechaniki ich pracy.
Większe, podwójne woofery, bez jakichkolwiek problemów eksplorują zawartość najniższej oktawy, schodząc w okolice 20 Hz, oferując przetwarzanie basu niespotykane wśród kolumn o takich wymiarach jak Cygnus.
Oferując znaczący postęp w dziedzinie konstrukcji obudowy i odtwarzania niskich tonów w jednym elemencie Cygnus jest podobny to wcześniejszych kolumn Rockport Technologies. Tym elementem jest berylowy tweeter. Aby jeszcze bardziej usprawnić jego nadzwyczajne możliwości, postanowiono zamontować go na specjalnej aluminiowej płycie zapewniającej uzyskanie odpowiednich charakterystyk odbić fal dźwiękowych, co skutkuje poprawą impedancji akustycznej niższego zakresu pasma częstotliwości, obsługiwanego przez berylową kopułkę.
Zastosowane rozwiązanie znacząco redukuje zniekształcenia oraz poprawią dynamikę dźwięku. Poza tym udało się uzyskać lepszą koherencję brzmienia i łagodniejsze przejścia pomiędzy średnicą a wysokimi tonami, skutkujące większą naturalnością odtwarzanego dźwięku. Aluminiowy panel tweetera jest anodyzowany i dzięki pięknemu połyskowi stanowi kluczowy punkt wizualny nowych kolumn Rockport Technologies.
Jeśli odsłuch modelu Atria i Avior zrobił na Was wrażenie, ale w głębi duszy pragnęliście czegoś więcej to zarezerwujcie sobie czas na posłuchanie kolumn Cygnus. Obiecujemy, iż Cygnus przeniesie Was w nowe miejsce w świecie High-Endu i ustanowi jedyny w swoim rodzaju standard jakości w dziedzinie reprodukcji muzyki.
Parametry techniczne:
– Bas: dwa głośniki – kompozyt przekładkowy z włókna węglowego – 10″ [25,4 cm]
– Średnica: jeden głośnik – kompozyt przekładkowy z włókna węglowego – 6″ [15.24 cm]
– Wysokie tony: jeden głośnik – berylowy- 1″ [2.54 cm]
– Skuteczność: 90 dB SPL/2.83v
– Impedancja nominalna: 4 Ω
– Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 30 kHz, -3 dB
– Minimalna moc wzmacniacza: 50 W na kanał
– Wewnętrzne okablowanie: kable Transparent Audio
– Wymiary całkowite: WxSxG – 1290 x343x686 mm
– Waga: 130 kg / szt.
Dystrybucja: Hi-Fi Club
MP100 – przedwzmacniacz gramofonowy dla wkładek MM i MC
MP100 jest pierwszym, samodzielnym przedwzmacniaczem gramofonowym w historii McIntosha. Zaprojektowano go, aby umożliwić zarówno początkującym, jak i bardziej doświadczonym miłośnikom winyli osiągnięcie najlepszej jakości dźwięku. Model MP100 obsługuje wkładki MM i MC. Wartość obciążenia dla obu rodzajów wkładek jest regulowana w sześciu różnych ustawieniach.
Wejście MM ma odstęp sygnał/szum równy 80dB, impedancję 47kΩ i pojemność zmienną w zakresie 50-400pF. Czułość wynosi 10mV, a wzmocnienie jest równe 40dB. Natomiast wejście MC ma odstęp sygnał/szum równy 78dB, impedancję zmienną w zakresie 25-1.000Ω i pojemność 470pF. Czułość wynosi 1mV, a wzmocnienie jest równe 60dB.
Przedwzmacniacz wyposażony jest stereofoniczne wyjścia analogowe (RCA i XLR) i gniazda wyjść cyfrowych (koaksjalne, optyczne, USB). Dla optymalizacji jakości sygnału urządzenie wyposażono w przełącznik „Mono” gdy na talerzu gramofonu znajdzie się płyta monofoniczna. MP100 może służyć jako część systemu „ripującego” posiadane płyty winylowe, gdyż za pomocą połączenia USB i odpowiedniego programu komputerowego bezproblemowo zarchiwizujemy w domenie cyfrowej (24 bit/96 kHz) swoją cenną kolekcję winyli.
Kompaktowe wymiary urządzenia, którego wysokość wynosi zaledwie niecałe dziewięć centymetrów, nie przeszkodziły w zachowaniu klasycznego wzornictwa marki McIntosh. MP100 posiada taką samą szerokość obudowy co zintegrowany system muzyczny MXA70, wzmacniacz słuchawkowy MHA100 i streamer MB50. Zachowanie podobnych wymiarów i wspólnego projektu wzorniczego umożliwia zbudowanie jednorodnego wizualnie i funkcjonalnie systemu audio. Oczywiście zawsze istnieje możliwość użytkowania MP100 w połączeniu z komponentami McIntosha o standardowej obudowie lub w każdym innym systemie audio.
Specyfikacja techniczna:
THD: 0,005%
Pasmo przenoszenia: 20 – 20 000 Hz @ +0,-3 dB
Maksymalne napięcie wyjściowe (zbalansowane/niezbalansowane): 16/8 V
Stosunek sygnał/szum (MM/MC): 80/78 dB
Wejście MC posiada możliwość wyboru rezystancji wejściowej w jednym z sześciu ustawień:
25, 50, 100, 200, 400 lub 1,000Ω; 470pF
Wejście MM posiada możliwość regulacji pojemności elektrycznej dla wkładek MM: 50, 100, 150, 200, 300, 400pF; 47K Ω
Wyjścia: niezbalansowane (RCA), zbalansowane (XLR), cyfrowe koaksjalne (coaxial), cyfrowe optyczne (Toslink), USB
Wymiary (S x W x G): 29,2 x 8,9 x 39,4 cm
Waga: 3.9 kg
Dystrybucja: Hi-Fi Club
Cena: 9 600 PLN
Opinia 1
Japońska marka C.E.C. z dziecinną łatwością rozpoznawalna jest przez każdego choćby minimalnie zorientowanego w tematyce audio osobnika. Co więcej, analizując ten fakt jestem w stanie powiedzieć, iż swoją rozpoznawalność osiągnęła dzięki co najmniej trzem aspektom. Jakim? Jak to jakim. Raz – jest przedstawicielem kraju uważanego za kolebkę dobrego brzmienia. Dwa – zdecydowana większość wychodzącej spod jej ręki sprzętu gra przynajmniej na dobrym, a pokusiłbym się o stwierdzenie, że na bardo dobrym poziomie. Trzecią idącą w kontrze do rozwoju technologii cechą zaś , jest konsekwentne – nawet w najwyższych modelkach transportów – wykorzystanie będącego potomkiem atrybutu snopowiązałki gumowego paska napędowego. Tak tak, nie pomyliłem się, Japończycy spod szyldu C.E.C.-a nadal stawiają na taki rodzaj przeniesienia napędu i to nie tylko do wprawiania w ruch wirowy płyty kompaktowej, ale również do przesuwu soczewki lasera. Chore? Bynajmniej, co udowadniają całe rzesze zadowolonych użytkowników, a czego ja za sprawą testowania szczytu oferty miałem okazję doświadczyć. A o czym będziemy dzisiaj rozprawiać? Mam niekłamaną przyjemność przedstawić wszystkim brylujący już od kilku lat w portfolio marki topowy napęd TL0 3.0 wraz z jeszcze ciepłą nowością, czyli przetwornikiem cyfrowo-analogowym ukrywającym się pod kodem DA0 3.0, o wizytę których zadbał katowicki RCM.
Przybliżając wygląd poszczególnych komponentów zacznę od napędu. Główną, będącą ostoją dla układów elektrycznych częścią konstrukcji jest stabilizowany na trzech niewysokich kolcach, siedmiocentymetrowy blok drapanego aluminium. Oczywistą sprawą jest, że w komplecie otrzymujemy stosowne podkładki pod wspomniane kolce. Ze wspomnianej platformy wyłaniają się będące przedłużeniem przywołanych kolców filary nośne dla zawieszonej na miękkich sprężynach mniejszej sub-platformy lasera. Całość konstrukcji na szczycie wieńczy ciężk,i lekko przekraczający średnicę płyty kompaktowej docisk. Dlaczego ciężki? Sprawa rozbija się o współpracę ze wspomnianym paskiem klinowym, gdyż oprócz elektronicznej stabilizacji obrotów po stronie silnika obracającego płytą konstruktorzy w walce o jak najmniejszą nierównomierność jej wirowania pozostałość ewentualnych wahnięć wyrównują bezwładnością masy wspomnianego krążka dociskowego. To nic innego jak zaprzęgnięcie do pracy prostej, ale jakże zdającej egzamin fizyki. Front TL0 ozdobiono w lustrzany, usytuowany w centrum wyświetlacz z czterema przyciskami funkcyjnymi. Tylny panel zaś, oprócz wejść SPDIF, AES/EBU i optycznego oferuje jeszcze bardzo ważne z punktu widzenia jakości dźwięku firmowe cztero-terminalowe połączenie SUPERLINK. Ostatnim, ale niezaprzeczalnie istotnym przyłączem jest wielopinowe wejście dla firmowego zasilacza. Ów zasilacz nie odstępuje jakością wykonania od samego transportu i również wykonany jest z aluminium. Jeśli chodzi o jego ofertę przyłączeniowo-manualną, z tyłu znajdziemy jedynie wejście IEC i podobne do tego w CD wielo-złączowe gniazdo, a na froncie główny włącznik z diodą sygnalizującą pracę.
Sprawa opisu przetwornika jest znacznie prostsza. Jak na DAC-a jest co prawda dość wysoki i głęboki, ale za to jego szerokość nie odbiega od ogólnie pojętego standardu. Przedni panel idąc tropem napędu prezentuje lustrzany display i sześć przycisków, dach czaruje pięknie wyfrezowanym logo marki, a tył oprócz podwojonych typowych dla tego typu urządzeń wejść cyfrowych (SPDIF, AES/EBU, OPTIK, firmowy SUPERLINK) oferuje dodatkowo wejście USB i wyjścia RCA i XLR. Całość oferty przyłączeniowej zamyka zintegrowane z głównym włącznikiem gniazdo zasilające, a wszystkie wspomniane atrybuty zakrystii schowano w konstrukcyjnych zagłębieniach. Tak pokrótce wyglądają nasi dzisiejsi bohaterowie, a jeśli jesteście zainteresowani, jak wypadli w bratobójczej walce Japonia vs. Japonia, zapraszam do lektury dalszej części testu.
Cóż, w życiu każdego opiniodawcy sprzętu audio czasem przychodzi taki moment, gdy to, co do niedawna było ostoją jego wzorca, nagle staje się co prawda nadal dobrym, ale już nie bezwzględnym punktem odniesienia. O co chodzi? Dotychczasowe postrzeganie źródła Reimyo oscylowało w kategoriach fantastycznej analogowości dźwięku, gdy tymczasem tytułowy Japończyk w dziedzinie naśladowania poczciwego gramofonu lub magnetofonu bez popadania w patetyczny, często nazbyt homogeniczny przekaz idzie o krok dalej. To, co do niedawna wydawało mi się prawie niemożliwe – zaznaczam, że granie ciepłym, zaokrąglonym dźwiękiem niema nic wspólnego z przekazem analogowym, ale okazuje się, że są jeszcze konstruktorzy, którzy wiedzą, gdzie tkwi niewykorzystany dotychczas potencjał srebrnego krążka. Niestety, takie wyciskanie ostatnich soków z cyfry przeczy teorii spiskowej wszelkich internetowych hejterów, że pieniądze nie grają, gdyż prezentowany w tym podejściu dzielony odtwarzacz płyt kompaktowych jest prawie trzykrotnie droższy od mojego, co dla wielu osobników i tak było oznaką postradania przeze mnie zmysłów. Ale zostawmy sprawy finansowe na boku, przecież jesteśmy dżentelmenami, a jak wiadomo panowie w czarnych melonikach o pieniądzach nie rozprawiają. Jak zatem gra tandem CEC-a? Głównym, natychmiast rzucającym się w ucho aspektem jest ponadprzeciętna plastyka dźwięku. To nie jest zmiękczanie, to nie jest zaokrąglanie i na koniec powiem, to nie jest również kolorowanie przekazu muzycznego. I wiecie co, chyba nie do końca wiem, jak Wam to wytłumaczyć, ale z pewnością wielu z Was słyszało dobry magnetofon szpulowy z założoną na nim co najmniej zgrywaną z taśmy matki szpulą. Jeśli nie, to musicie posłuchać testowanego dzisiaj produktu i sprawę macie załatwioną, jeśli jednak zdążyliście już zaznać tego fenomenu na własne uszy, dobrze wiecie, z czym zderzycie się w przypadku zaliczenia prezentacji topowego źródła japońskiej marki CEC i jeśli nie chcecie drażnić swojego audiofilskiego ducha, omijajcie podobne pokazy z daleka, gdyż na długo zawładną Waszymi zmysłami. Co ważne, aspekt organicznego przekazu muzycznego nie jest jedynym artefaktem fantastycznego grania „zerówek”. Chodzi mianowicie o sposób budowania wirtualnej sceny muzycznej, którą do nie dawna wzorowo realizował mój napęd, który po tym starciu musiał oddać koszulkę lidera. To było dopieszczenie wszelkich proporcji pozycjonowania źródeł pozornych w ich jeszcze bliższym prawdzie zwieszeniu w międzykolumnowym eterze. Nie będę się spinał w wychwalaniu tej umiejętności, gdyż tekst mógłby wypaść jak artykuł sponsorowany, ale jedno mogę powiedzieć na pewno, Reimyo i CEC -a w kontekście reprodukcji dźwięku kontra realny świat dzielił rząd wielkości na korzyść tego drugiego. I gdy tak wprost porównuję oba napędy, po głębszej analizie bez najmniejszych problemów powiedziałbym, że z resztą tematów około-sonicznych jak oddech i balans tonalny obaj kontrpartnerzy szli łeb w łeb. Gdyby złośliwcy zadali mi w tym momencie pytanie typu: „Zamieniłbyś bez dopłaty to czego dotychczas używałeś na bohatera testu?”, bez wahania powiedziałbym „tak”, ale z małym „ale”. Ktoś zapyta: „Jak to, jest jakieś ale? Przecież tekst wypada, jakbyś złapał Pana Boga za nogi ”. Tutaj wchodzą już pewne preferencje. Owszem, zestaw jest fenomenalny, ale dla mnie jest nazbyt gładki na krawędziach dźwięku. Wszystko teoretycznie jest ok, jednak gdzieś w zakamarkach moich szarych komórek tli się pragnienie słyszenia wyraźniejszego początku i zakończenia każdej nuty. To dla kilku moich znajomych jest naciąganiem faktów, ale pokazując im o co mi chodzi zrozumieli, że gdy słyszę gitarę barokową, to chciałbym wyraźniej czuć z czego jest wykonana i sam proces oderwania od niej palca, a koniec jej wybrzmiewania ma trwać i trwać. Tymczasem testowany przedstawiciel kraju kwitnącej wiśni delikatnie tonizuje wspomniane krawędzie. Robi to oczywiście bardzo uroczo i bez najmniejszych problemów da się z tym żyć, ale jeśli coś wbijemy sobie do głowy i co ważniejsze w bezpośrednim starciu lepiej trafia w nasz gust, nawet jeśli zostaniemy artykułowaną prezentacją, po jakimś czasie choćby wymianą okablowania będziemy dążyć do wyimaginowanego wzorca. Zaznaczam jednak po raz kolejny, teraz rozprawiamy o moich preferencjach, które po posłuchaniu kilku wyśmienitych źródeł z innych stajni i potwierdzeniu swoich odczuć z pełną swobodą ducha mogę w tym teście zaprezentować. Oczywistą sprawą takiego efektu sonicznego „zerówek” może być mariaż z już grającymi w pewnej estetyce łagodności i czaru kolumnami ISIS, ale jakby na to nie patrzeć, przywołanie przeze mnie tego sznytu grania ma Wam pomóc, a nie CEC-owi zaszkodzić. Aby nie być gołosłownym w stosunku do zaprezentowanych aspektów, posłużę się przykładem płytowym. Nie będę kalał tego testu makabrycznymi kawałkami muzyki metalowej, gdyż za bardzo szanuję opiniowany brand, dlatego też skupię się jedynie na płycie mogącej pokazać tkwiącą w TL0 i DA0 umiejętność wizualizowania na ile się da realnego świata muzyki. Dlaczego jednej? Sprawa jest banalnie prosta, gdyż nasz bohater nie potrzebuje sztucznie rozdmuchiwanej play listy i dosłownie pierwsza pozycja oddaje to wszystko, co w każdej następnej musiałbym powtarzać, a czego z szacunku do Was nie chcę robić. Nie będę też zbytnio nowatorski i przywołam znanego z moich testowych bojów pewniaka Johna Pottera i kompilację zatytułowaną „Romania”. Weźmy na przykład utwór numer dwa i główne źródła dźwięku: wokal, gitara barokowa, klarnet basowy i skrzypce. Nagle stajemy w zapisanym na srebrnym krążku kościele i naszym zmysłom materializuje się ciekawy rozkład artystów. Artystów, którzy nie są płaskimi plamami na naszej dotychczasowej fantastycznej wirtualnej scenie, tylko artystów, na których możemy nawet spojrzeć lekko z boku odnosząc tym sposobem nieodparte wrażenie ich trzeciego wymiaru. To potrafią tylko nieliczne urządzenia i kilka razy udało mi się tego doświadczyć, ale jak do tej pory wszystkie podejścia nie były aż tak spektakularne. No dobrze, analizuję plan sceny i co widzę? Nic nadzwyczajnego, John śpiewa w jej centrum, z lewej za Johnem gostek ciągnie smyk po strunach skrzypiec, z prawej również nieco z tyłu frontmena majestatycznie wybrzmiewa nisko schodzący drganiami stroika klarnet basowy, a wszystkim zgromadzonym panom towarzysze jeszcze siedzący centralne za wokalistą gitarzysta. Ok. to usłyszałem, a jak sesyjny rozkład wygląda w realu? Przecież każda płyta jest pewną wizją jej realizatora, ale z drugiej strony słuchana przeze mnie muzyka stawia na w miarę możliwości oddanie prawdy o sesji. Z niepokojem wertuję dołączoną do krążka książeczkę i? Eureka! Wszystko się zgadza. Może podczas odsłuchu ich odległości od siebie są minimalnie powiększone, ale raz – płaskie zdjęcie nie oddaje w pełni tamtej rzeczywistości, a dwa – może to zamierzony ruch masteringowca? Nie wiem, ale nie będę tego również drążył, ważne, że sposób w jaki odebrałem ten krążek, idealnie pokazał mi wszelkie niuanse rozpiętości sceny muzycznej włącznie z wysokością generowania poszczególnych źródeł dźwięku. I gdy dodałem do tego wspomnianą wcześniej plastykę i homogeniczność przekazu, nagle okazało się, że owa nurtująca mnie sprawa zbyt oszczędnego podania krawędzi dźwięków w przeciwieństwie do mojego napędu właśnie nieco zbliża do siebie muzyków, co po konfrontacji z fotografią okazało się bliższe prawdzie. Niestety większa szczegółowość obrysu nut z mojego CD-ka bardzo mi się podoba, ale wbrew pozorom trochę zaburza prawdę o danym wydarzeniu. I tak czasem legną w gruzach mity o wyśmienitości posiadanej układanki. Oczywiście trochę przesadzam, ale chcę pokazać, iż umiem przyznać się do faktu co prawda przyjemnego, ale czarowania mnie przez własny napęd, co dla większości audiofilskiej gawiedzi jest nie do pomyślenia. I tym niezbyt optymistycznym dla mnie akcentem zakończę nasze dzisiejsze spotkanie. Jak zdążyłem napomknąć, każda następna płyta byłaby sztucznym podbijaniem świetności zestawu CEC-a, czego on najnormalniej w świecie nie potrzebuje. Nie wierzycie? Pożyczcie, podłączcie, a przekonacie się, że piszę prawdę.
Kto by pomyślał. Urządzenie wykorzystujące pasek napędowy od maszyny rolniczej, a potrafi wynieść dźwięk na tak wysoką półkę jakościową. Ja wyżywałem się jedynie ma muzyce dostarczającej mi wielu przeżyć duchowych, ale Marcin w swoim starciu stawiał również na karygodne z mojego punktu widzenia ciężkie brzmienia. I wiecie co, słuchając niektórych wołających o pomstę do nieba kawałków gdzieś z boku, ani razu nie odnotowałem potknięcia CEC-a w tym nutowym szaleństwie. To nie były moje klimaty, ale umiem docenić klasę, z jaką Japończyk sobie z nimi radził. Oczywiście nie sądzę, że ktoś hołubiący takim nurtom muzycznym skieruje swoje zainteresowanie w stronę dzisiejszego bohatera, ale jeśli nawet tak się stanie, o wynik soniczny może być spokojny. A gdzie tak naprawdę widzę recenzowany produkt? Paleta wydaje się być nieograniczona. Ważne jest jednak to, że jeśli chcemy wycisnąć z samuraja siódme poty, realizacje płytowe muszą nieść ze sobą wyrafinowanie mastringowe. W innym wypadku owszem wszystko będzie w jak najlepszym porządku, ale zestaw XL0 3.0 + DA0 3.0 zagra mówiąc kolokwialnie na pół gwizdka i szkoda takiej maszyny by się marnowała. Puentując nasze spotkanie mam tylko jedną niezbyt przyjemną wiadomość. Chodzi mi o fakt, iż recenzowany zestaw naprawdę jest bardzo drogi, co mocno ogranicza jego dostępność dla szerszej rzeszy melomanów. Ale przecież nikt nie powiedział, że na szczycie jakościowym będzie łatwo i tanio. A jeśli ktoś tak sądzi, według mnie jest niepoprawnym marzycielem, czego trochę mu zazdroszczę.
Jacek Pazio
Opinia 2
W dobie coraz wyraźniejszej hegemonii plików, niestety rzadko kiedy o jakości co najmniej poczciwego standardu opisanego w Czerwonej Książce (Red Book) i nieustającego renesansu analogu format CD został niejako zupełnym przypadkiem zepchnięty do defensywy. Linn lata temu w ogóle zrezygnował z produkcji odtwarzaczy srebrnych krążków, Hegel na tegorocznym monachijskim High Endzie pokazał swojego „ostatniego” Mohikanina i tak naprawdę mało komu chce się walczyć z bezwiednie podążającym ku pełnej rezygnacji z nośników fizycznych tłumem. Nie ma jednak co popadać w zadumę i sięgać po teatralne gesty w stylu fenomenalnej sceny podpalania kieliszków ze spirytusem przez Zbyszka Cybulskiego z filmu „Popiół i diament”. To nie ten czas, choć mamy zaduszki, i nie to miejsce … przynajmniej na razie. Są bowiem jednostki, które uparcie twierdząc, że potencjał srebrnego krążka jeszcze nie do końca został wykorzystany co i rusz wypuszczają na rynek urządzenia dające temu świadectwo. W dodatku zamiast zdawać się na łaskę i niełaskę coraz bardziej topniejącego rynku napędów CD oferowanych przez OEM-owych dostawców stawiają na swoje – autorskie rozwiązania. Nie powinno być zatem dla nikogo niespodzianką, że bohaterem dzisiejszego spotkania będzie japoński C.E.C., który nie tylko znany jest z tego, że potrafi wycisnąć z cyfry ostatnie soki, to czyni to w charakterystyczny dla siebie analogowy sposób. Skoro zatem z okazji zbliżającego się Audio Video Show udało się katowickiemu RCM-owi pozyskać zarówno najnowszą inkarnację topowego transportu TL 0 3.0 (poprzednia oznaczona była jako X), jak i dopiero co zamieszczoną w firmowym katalogu, w dodatku wyłącznie europejskim, bo japońska strona najwidoczniej cały czas czeka na update, szczytową odsłonę przetwornika DA 0 3.0 nie mogliśmy nie skorzystać z nadarzającej się okazji i nie wziąć tytułowego duetu w krzyżowy ogień recenzenckich oczekiwań i preferencji. Jeśli zatem interesuje Państwa, co z teoretycznie przechodzącego do lamusa formatu dwóm wywodzącym się z Tokio samurajom udało się wycisnąć serdecznie zapraszam do dalszej lektury.
Patrząc na dwuelementowy transport TL 0 3.0 dość trudno na pierwszy rzut oka odnaleźć w odmętach własnej pamięci równie bezkompromisowe rozwiązanie. Co prawda o ile odizolowanie „brudnego” zasilacza od sekcji sygnałowej w ekstremalnym High-Endzie nie jest jeszcze takie sporadyczne, to już dalsze – autorskie rozwiązania są już klasą samą dla siebie. Zacznijmy jednak od początku sukcesywnie odsłaniając karty. Posadowiona na trzech stożkowych nóżkach z dedykowanymi antywibracyjnymi podkładkami jednostka główna, a tak naprawdę zaawansowana konstrukcja segmentowa, składa się z prostopadłościennej, ozdobionej lustrzanym, błękitnym wyświetlaczem podstawy zawierającej elektroniczne układy sterowania, oraz zawieszonego za pośrednictwem sprężystych damperów – D.R.T.S. (Double Rubbers and Triple Springs), na trzech chromowanych kolumnach masywnego sandwicha wykonanego z 20mm bloku aluminium i 10 mm mosiądzu skrywającego jedynie mechanikę i optykę napędu. Żeby było jednak ciekawiej zamiast standardowego, opartego o mechanizm zębatkowy drajwu zastosowano własny, szczytowy napęd dwupaskowy, w którym jedna przekładnia pasowa napędza płytę a druga odpowiada za przesuw wózka z optyką. A teraz najlepsze – płytę nakładamy na masywny wałek z długim trzpieniem, na którym z kolei umieszczamy 460g docisk o średnicy 125 mm, co wydaje się w przypadku top-laderów oczywiste, do momentu, gdy … uświadomimy sobie, że tenże blisko półkilogramowy stabilizator będzie wirował razem z obracającą się podczas odtwarzania płytą. Zauważają Państwo analogię do analogu i gramofonów? Ano właśnie, z tą tylko różnicą, że zamiast 33, 45, czy nawet 78 obrotów mamy do czynienia z wielkościami rzędu 200 – 500 RPM. Dość istotny „drobiazg”, nieprawdaż?
Tylna ścianka również przedstawia się równie intrygująco, gdyż oprócz standardowych wyjść cyfrowych, czyli Toslink, Coaxial i AES/EBU C.E.C. oferuje coś zdecydowanie bardziej wartego uwagi – czteroterminalową (BNC) magistralę Super Link i podobnie zakonfekcjonowany terminal dla zewnętrznego zegara. Całość uzupełnia wielopinowe wejście zasilacza.
Podobny stopień technologicznego zaawansowania reprezentuje dedykowany przetwornik DA 0 3.0 oparty … jakżeby mogło być inaczej, na własnym rozwiązaniu bazującym na układzie DSP sterującym dyskretną drabinką rezystorową określaną przez producenta skrótem R2R. Nie zagłębiając się zbytnio w technikalia warto wspomnieć, że sygnał CD (16bit 44.1kHz) konwertowany jest do postaci 32bit/384kHz a dopiero potem następuje jego dalsza transformacja w kości DACa do postaci analogowej. Jak wygląda obróbka w przypadku akceptowanych przez złącze USB sygnałów DSD64 i DSD128 niestety Japończycy nie byli skłonni podać, ale ponieważ tym razem skupiamy się tylko i wyłącznie na szesnastobitowym, trącącym myszką PCMie możemy temat na jakiś czas odłożyć na bok.
Analogicznie jak w transporcie centralne miejsce na przedniej ściance masywnej, lekko zaoblonej na rogach obudowy przetwornika zajmuje lustrzany display wzbogacony sześcioma przyciskami funkcyjnymi. Za element dekoracyjny uznać możemy umieszczony na płycie górnej sporych rozmiarów logotyp producenta.
Ściana tylna prezentuje się po prostu wybornie. Oprócz oczywistych terminali dedykowanych firmowemu Super Linkowi do dyspozycji otrzymujemy wszystkie bardziej konwencjonalne wejścia cyfrowe, lecz w zdublowanej ilości. Na chwile obecną listę interfejsów cyfrowych zamyka terminal USB, jednak tuż obok przycupnęło aktualnie zaślepione gniazdo ethernet, którego docelowego przeznaczenia, żeby nie zapeszyć, jednak nie będziemy zgadywali. Sekcja analogowa obejmuje wyjścia zarówno w standardzie RCA, jak i XLR a wyboru pomiędzy nimi dokonujemy stosownym eleganckim hebelkiem. Zintegrowane z włącznikiem głównym gniazdo IEC ulokowano w odrębnym wykuszu.
Nie będę ukrywał, że źródła C.E.C.-a od dawien dawna, czyli tak mniej więcej od chwili, gdy dane mi było jeszcze w latach dziewięćdziesiątych posłuchać pierwszych wersji CD-ka, bodajże TL51 a potem kilku wariacji na jego temat z najprzeróżniejszymi kombinacjami literowymi na końcu, nie tylko lubiłem ale i stawiałem za wzór esencji analogowości osiąganej z cyfrowego nośnika. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że nie jest to brzmienie do końca neutralne, ale prawdę powiedziawszy miałem to tam, gdzie słońce nie dochodzi a plecy tracą swą szlachetną nazwę. Kontakt z nimi powodował bowiem przyjemność porównywalną z konsumpcją kilku kawałków gorzkiej czekolady podawanych z lampką wybornego koniaku. Czas na moment zwalniał a życie wydawało się bardziej znośne. Ot taki audiofilski antydepresant. Jednak w tamtych czasach za każdym razem wydawało mi się, że dźwięk sączący się z głośników jest nieco wolniejszy niż zazwyczaj, że nacisk na barwę i nasycenie niejako wymuszały zmniejszenie obrotów transportu. Oczywiście była to ewidentna autosugestia, lecz na tyle intensywna, że rzadko kiedy próbowałem ją przełamywać ostrym i ciężkim repertuarem. Owe „fobie” ustąpiły dopiero przy recenzowaniu CD3N i całkowicie odeszły w zapomnienie w chwili kontaktu z CD5, by ulec skamieleniu na poziomie dzielonego źródła DA 3N & TL 3N.
Bazując zatem na wcześniejszych doświadczeniach i wiedząc jaką różnicę robi firmowy Super Link nawet chwili się nie zastanawiałem nad magistralą komunikacyjną i ewentualną walką formatów. Po prostu tym razem postanowiliśmy skupić się domniemanym potencjale formatu CD a w bliżej nieokreślonej przyszłości powrócić do samego przetwornika i jeszcze raz przećwiczyć go, lecz tym razem na okoliczność radzenia sobie z gęstymi formatami.
W pierwszej części niniejszej recenzji Jacek raczył był wspomnieć o delikatnym, ale jednak zauważalny zaokrągleniu, wygładzaniu krawędzi dźwięków i konturów źródeł pozornych. Nie ukrywam, że początkowo miałem podobne odczucia i za taki stan rzeczy ze spokojnym sumieniem mógłbym obwinić tytułowy duet, gdyby nie świadomość jednej, aczkolwiek niezwykle istotnej na tym pułapie wyżyłowania dźwięku, o aspekcie finansowym nawet nie wspominając rzeczy – okablowania. W dodatku wcale nie mam na myśli przewodów sygnałowych, gdyż zarówno topowe Silver Diamondy Tellurium Q, jak i dedykowane połączenie po Super Linku nie pozostawiało złudzeń co do swojej roli i cech natywnych, to już naprawdę sporo do powiedzenia w materii efektu finalnego miały przewody zasilające. I tak, wpięty w przetwornik debiutujący na rynku Hijiri Takumi Maestro możemy od razu skreślić z listy podejrzanych (jego recenzja ukaże się wkrótce, ale nie będę zdradzał co bardziej pikantnych szczegółów), a winę za ww. krągłości i urzekającą gładkość, która jednak okazywała się zbyt gładka i niemalże nierealna odpowiadał nie kto inny jak „kocykopodobny” Harmonix X-DC350M2R Improved Version. Swojego czasu mogłem się tym przewodem pobawić przez dłuższą chwilę u siebie i praktycznie w każdej konfiguracji dawał o sobie znać poprzez delikatne pogrubienie konturów i uspokojenie przekazu, co też miało miejsce w naszym systemie testowym. Tak więc owego sznytu wypolerowania i uładzenia nie przypisywałbym japońskim gościom a jedynie ich żółto-czarnemu rodakowi.
Biorąc zatem poprawkę na obecną w finalnym efekcie sygnaturę 350-ki śmiem twierdzić, że tak analogowego brzmienia dawno nie dane nie było mi słyszeć. Jednak tym razem analogowości proszę nie utożsamiać ze stereotypowym „ulampowieniem” przekazu poprzez wypchnięcie i wysycenie średnicy kosztem skrajów pasma, lecz nieosiągalną dla źródeł cyfrowych dynamikę i rozdzielczość. Chcę w tym momencie podkreślić, że zestaw C.E.C.-a potrafi nie tylko zbliżyć się do tego, co oferują oscylujące na podobnym pułapie cenowym gramofony, lecz wręcz do dynamiki tożsamej dla granych na prawidłowo skalibrowanych profesjonalnych szpulowcach pierwszych kopii mastertape’ów. Absurd, bajki rodem z mchu i paproci, marketingowy bełkot idealny do artykułu sponsorowanego? Nie tym razem. Po prostu możliwie chłodna i pozbawiona jakiejkolwiek chęci przypodobania się dystrybutorowi (po prostu na tytułowy set mnie nie stać i stać raczej nigdy nie będzie) do bólu szczera obserwacja, lub jak kto woli subiektywna opinia. Nie będę w tej chili przytaczał słów jakie cisnęły się na usta podczas pierwszych kilkudziesięciu minut odsłuchu ww. seta, gdy nie mogąc uwierzyć w to co słyszę dość nerwowo żonglowałem przygotowanymi na te okazję płytami sięgając po co raz cięższy i bardziej zagmatwany materiał, by przyłapać „Cześki” na jakimś, nawet najmniejszym, właściwym dla cyfry ograniczeniu, potknięciu. Jednak skoro schizofreniczne „Naked City” Johna Zorna, czy wręcz obłąkańczo – agonalne „Repentless” Slayera nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia dałem sobie z ta partyzantką spokój i wróciłem do normalnego, przynajmniej jak dla mnie odsłuchu. Co prawda nie oznaczało to, że z naszych dyżurnych Isisów co jakiś czas coś nie ryknęło growlem, ale tym razem było to jedynie dla niewymuszonej przyjemności a nie w ramach dzielenia włosa na czworo i szukania dziury w całym.
Popowo – jazzowy „Possibilities” Herbiego Hancocka przyjemnie otulał miękką kołdrą kojących dźwięków dając jednocześnie fenomenalny wgląd w nagranie. Nawet na tak pozornie niezobowiązującym „A Song For You” z Christiną Aguilerą nie tylko słychać, co po prostu widać, co jest realnym, rzeczywistym bytem a co jedynie studyjną „sztuczką”, dodanym efektem. Podobnie sprawy się mają ze zdecydowanie bardziej emocjonalnym, bardziej grającym na strunach naszej, ludzkiej wrażliwości przepięknym coverem „Don’t give up”, gdzie obok Herbiego pojawiają się Pink i John Legend. I właśnie dla takich momentów warto być audiofilem i latami przerzucać tony sprzętu. Jeśli bowiem chemia obecna w studiu słyszalna, obecna jest również w naszym pokoju, to znaczy, że „coś się dzieje”. Przekroczona zostaje granica pomiędzy tym co do tej pory uznawaliśmy za swoisty punkt odniesienia a całkowitym jego zredefiniowniem. Może dla części z Państwa zabrzmi to jak herezja, ale przy C.E.C.-ach nasz dyżurny set Reimyo (CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited) wypadł na tyle szaro i bez nasycenia, że w pierwszej chwili poważnie zacząłem się zastanawiać, czy coś się w nim nie zepsuło. Całe szczęście wszystko było z nim w jak najlepszym porządku a jedynie dość drastyczna różnica w jakości i niestety równie bolesna w cenie uświadomiły mi, że slogan mówiący, iż „pieniądze nie grają” jest równie prawdziwy jak populistyczne hasła wyborcze, jakimi mamią otumanione ciemne masy politycy.
Skoro jednak „Cześki” jeszcze stały niespecjalnie miałem ochotę dać im ostygnąć i z wielką przyjemnością zaserwowałem sobie album „The Astonishing” Dream Theater i poprawiłem zdecydowanie cięższym „A Dramatic Turn Of Events” tej samej formacji. Zwykle, kiedy z głośników zaczynają dobiegać prog-metalowe frazy Jacek zawsze przypomina sobie, że właśnie ma coś niecierpiącego zwłoki do zrobienia w możliwie odległej części domu, lecz tym razem nie tylko nie wyszedł, ale przez całą sesję siedział zasłuchany z wyraźnym zaskoczeniem, że to, co do tej pory wydawało mu się li tylko hałasem w rzeczywistości jest nader skomplikowaną i ciężką, ale jednak niezaprzeczalnie piękną muzyką. Przepuszczone przez C.E.C.-e Dreamy tym razem nie „hałasowały”, lecz grały karkołomne riffy z właściwą sobie wirtuozerią a wieloplanowość ich kompozycji nabierała niespotykanego do tej pory rozmachu i potęgi. Całość była niewyobrażalnie wręcz nasycona, dociążona, ale i jednocześnie rozdzielcza. Tutaj nie było „przysłowiowej” buły na basie, czy ordynarnego wypchnięcia średnicy. O nie. Tutaj po prostu osiągnięto maksymalne nasycenie „cukru w cukrze” a następnie podlano co najmniej pełnoletnim stuprocentowym single maltem z naszej ulubionej Islay. Czemu akurat do tego rejonu destylarni się odwołałem? Cóż … mniej, bądź bardziej podświadomie szukałem adekwatnego do otwartości i ilości dostarczanych przez reprodukowaną górę pasma mikro-informacji, niuansów porównania. Standardowe określenia typu rozdzielcze, czy detaliczne przy tym, co oferują C.E.C.-e wydają się mdłe, nijakie i niemalże dwuwymiarowe – po prostu zbyt ubogie i zbyt mało pojemne. Z tytułowym duetem dochodzimy bowiem do progu możliwości „poetyckiego obrazowania” przez piszącego te słowa w stosunku do tego, czego nausznie doświadcza. Momentami wręcz czułem się tak, jak to fenomenalnie ujął nieodżałowany Frank Zappa, że „Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury.” , lub siedząc przy radioodbiorniku słyszący głos komentatora jakiegoś epokowego wydarzenia … „jakaż szkoda, że Państwo tego nie widzą”. Nosz … w dziuplę go i nożem, jakbym mógł, to przecież bym z chęcią na owo cudo popatrzył!
Dlatego też nie będę dłużej silił się na mniej, bądź bardziej lapidarne próby opisania tego, co niestety takowym opisom słownym umyka. W zamian za to mam dla Państwa zdecydowanie ciekawszą a przede wszystkim o niebo bardziej sensowną propozycję. Proszę stanąć na głowie, rzucić wszystko i jeśli tylko nie widzicie szans na wypożyczenie duetu C.E.C TL 0 3.0 + DA 0 3.0 i goszczenie go u siebie to zdecydujcie się na wyprawę w najbliższy weekend do Warszawy i posłuchajcie na Audio Video Show. Coś czuję w kościach, ze nawet hotelowa akustyka nie jest w stanie pogrzebać drzemiącego w C.E.C.-ach potencjału.
Marcin Olszewski
Dystrybucja: RCM
Ceny:
C.E.C TL 0 3.0: 29 000 €
C.E.C DA 0 3.0: 29 900 €
Dane techniczne
C.E.C TL 0 3.0:
System napędu: paskowy, podwójny (oś + optyka)
Odtwarzane typy płyt: CD, sfinalizowane CD-R/RW
Wymiary stabilizatora płyty: 125 mm
Waga stabilizatora płyty: 460 g
Materiał stabilizatora płyty: mosiądz pokrywany niklem
Średnica fi osi płyty: 5 mm
Zawieszenie: D.R.T.S. (Double Rubbers and Triple Springs)
Wyjścia cyfrowe:
Super Link (4 x BNC): 2,5 Vp-p/75 Ω
AES / EBU: 2,5 Vp-p/110 Ω
Koaksjalne: 0,5Vp-p/75Ω
Toslink: -21~-15 dBm EIAJ
Word Clock: BNC x 1: 44,1 kHz
Pobór mocy: 12 W
Wymiary (transport) S x G x W: 300 x 317 x158 mm
Wymiary (zasilacz) S x G x W: 128 x 260 x 103 mm
Waga (transport): 16 kg (transport) + 3,2 kg (zasilacz)
C.E.C DA 0 3.0:
DAC: 32bit/384kHz Audio DAC
Wejścia cyfrowe:
SUPERLINK: (BNC x 4) 2.5Vp-p/75Ω
Coaxial (SPDIF): 0.5Vp-p/75Ω
Toslink: -21~-15dBm EIAJ
AES/EB
USB 2.0: PCM 32bit/32-384kHz, DSD 64/2.8224-128/5.6448MHz
Wyjścia analogowe: para XLR, para RCA
filtry cyfrowe: 4 do wyboru
Pobór mocy: 30 W
Wymiary S x G x W: 432 x 400 x 120 mm
Waga: 21 kg
System wykorzystywany w teście:
– Odtwarzacz CD: Reimyo CDT – 777 + Reimyo DAP – 999 EX Limited
– Przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– Końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Kolumny: TRENNER & FRIEDL “ISIS”
Kable głośnikowe: Harmonix HS 101-EXQ (sekcja średnio-wysokotonowa), Harmonix HS 101-SLC (sekcja niskotonowa)
IC RCA: Hiriji „Milion”
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, X-DC SM Milion Maestro, Furutech NanoFlux – NCF
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix Beauty Tone Milion Maestro, Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints „ULTRA SS”, Stillpoints ”ULTRA MINI”
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA
Na rynek wszedł nowy kabel sieciowy o nazwie Takumi Maestro. Jest on sprzedawany pod marką Hijiri należącą do japońskiej firmy Combak. Kabel będzie dostępny w Polsce od listopada 2016.
Takumi Maestro jest adresowany do klienteli poszukującej bezkompromisowych rozwiązań. Jak podaje producent wszystkie materiały są starannie dobrane, przewodniki są kierunkowe i wykonane ze specjalnie wyprodukowanej miedzi. Miedzi odlewanej, a nie wyciąganej na zimno, o bardzo długim, pojedynczym krysztale. Miedź tego typu jest powoli ochładzana, dzięki czemu formuje się materiał o bardzo dobrej przewodności. Tak przygotowane przewody trafiają do firmy Combak, gdzie są ręcznie skręcane i na które nakładany jest dielektryk. Jak mówi Pan Kiuchi-San, wykonanie jednego kabla zajmuje wyszkolonemu technikowi ponad 40 godzin pracy. Zastosowano wtyczki Wattgate 330iRH (z płaskim stykiem) lub 390iRH (europejski typ Schuko). Wtyczka IEC to 350iRH Rhodium. Przewodniki i wtyczki są zgodne z wymaganiami RoHS. Kabel zaprojektowano zgodne z firmową technologią strojenia (Tuning Technology).
Ceny za poszczególne długości to:
– 1,5 m ….. 19.990 zł
– 2,0 m ….. 21.990 zł
– 2,5 m ….. 23.990 zł
– 3,0 m ….. 25.990 zł
Inne długości mogą być sprowadzone/wyprodukowane na zamówienie.
Dystrybucja: Moje Audio
Najnowsze komentarze