Monthly Archives: wrzesień 2017


  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Piątkowy wieczór większości z nas kojarzy się zarówno z początkiem weekendu, jak i oczywistą okazją do nazwijmy to eufemistycznie szampańskiej zabawy. Powyższy stereotyp potwierdza cotygodniowy tłok w środkach komunikacji miejskiej i rozbawione tłumy młodzieży w najprzeróżniejszym wieku zmierzającej bądź to w kierunku bulwarów wiślanych, bądź Traktu Królewskiego w poszukiwaniu uciech wszelakich. Nie ukrywam, że i nam tego typu doznania nie są obce, lecz tym razem – w miniony piątek plany mieliśmy nieco odmienne. Otóż 15 września w kościele pokamedulskim pod wezwaniem bł. Edwarda Detkensa w Lasku Bielańskim w Warszawie miał się odbyć spektakl muzyczny zatytułowany „Lament Świętokrzyski” wg. pomysłu Jana Tarnawskiego i Marcina Majewskiego do muzyki Michała Lorenca, na który to dzięki uprzejmości Organizatorów zostaliśmy zaproszeni.

Pomimo standardowych, jak to zwykle w piątkowe popołudnie bywa korków, zapewne dzięki czuwającej nad nami Opatrzności, na miejsce dotarliśmy o tyle wcześnie, że w pierwszej chwili musieliśmy się upewniać, czy aby przypadkiem nie pomyliliśmy terminów. Całe szczęście wszystko się zgadzało, więc mając chwilkę mogliśmy nie tylko na spokojnie zapoznać się z akustyką późnobarokowego, powstałego na przełomie XVII i XVIII w. kościoła, lecz także niezobowiązująco pogawędzić z ekipą Audiolight.pl o możliwościach ustawionego skromnie tuż przy wejściu stołu – Avid VENUE S6L System zdolnego obsłużyć 192 kanały i pracującego w 96 kHz. Może na pierwszy rzut oka jego gabaryty, przynajmniej w porównaniu ze stacjonarnymi – studyjnymi odpowiednikami nie porażają, ale to jeden z mocniejszych graczy na rynku ive’owych cyfrowych systemów miksowania dźwięku. Choć producent pokazał go po raz pierwszy w 2015 r. podczas frankfurckiej IFY, to dopiero rok później można było w pełni poznać jego możliwości. Avid charakteryzuje się oczywiście budową modułową, z czego dwa pierwsze i najważniejsze to moduł procesorowy E6L i powierzchnia sterująca S6L. Urządzenie łączy się z modułem procesorowym za pośrednictwem sieci AVB (dwa redundantne złącza) kablem ethernetowym lub światłowodowym. Stagebox wyposażony jest w dwa redundantne zasilacze, dwa wyjścia MADI, oraz w wyjście słuchawkowe pozwalające na podsłuch wybranego kanału wejściowego lub wyjściowego bezpośrednio ze stageboksa. Moduł procesora E6L-192 jest w stanie obsłużyć 192 kanały wejściowe z pełnym processingiem (4-pasmowe EQ, filtr dolno- i górnoprzepustowy, ekspander/bramka i kompresor/limiter, opóźnienie, 4 wewnętrzne inserty, insert hardware’owy) oraz 96 szyn wyjściowych (plus szyna LCR). Oferuje również maksymalnie 24 grupy VCA oraz 32 tercjowe korektory graficzne. I jeszcze jedno. Jak z pewnością zwrócili Państwo uwagę Avid jak na urządzenie w pełni cyfrowe, na tle przeważającej większości podobnej mu konkurencji, wyróżnia się pozornie analogowymi gałkami, będącymi w istocie obrotowymi enkoderami, których liczba, w zależności od konfiguracji może dochodzić nawet do 96.

Szybka demonstracja iluminacji, kilka słów wstępu i przed tłumnie przybyłą publiczność wkroczyli wokaliści i muzycy: DesOrient, Schola Gregoriana Silesiensis, Ilona Sojda, Radosław Pachołek i Łukasz Mazur.

Niby przed tego typu wydarzeniami, koncertami człowiek stara się chociażby w podstawowym stopniu poznać temat i mieć przynajmniej blade pojęcie zanim zabrzmią pierwsze dźwięki, lecz tym razem teoria teorią a kontakt z prawdziwie porażającym wykonaniem okazał się doznaniem na zupełnie niespodziewanym poziomie intensywności.
Spektakl, za którego formę wizualno – artystyczną czyli scenariusz i reżyserię odpowiedzialni byli Marcin Majewski i Jan Tarnawski, mający już na swoim koncie realizację recenzowanych na naszych łamach „Kazań Świętokrzyskich” i „Graduału Wiślickiego” (recenzja wkrótce), rozpoczęło organowe, nadające całości odpowiedniej powagi intro. Średniowieczny, spisany w latach 1471-1493 przez Andrzeja ze Słupi – przeora Benedyktynów na Świętym Krzyżu, Lament Świętokrzyski będący częścią zbioru Pieśni Łysogórskich tym razem został rozszerzony o partie z „Siedmiu słów Chrystusa na krzyżu”. Dzięki temu monolog Matki Boskiej (zjawiskowa Ilona Sojda) przybrał formę umownego dialogu zarówno z nisko śpiewnymi przez Schola Gregoriana Silesiensis partiami chóralnymi, jak i wcielającego się w rolę Jezusa kontratenorem Radosławem Pachołkiem operującym w rejestrach, w których pewnie czuć się mogą co najwyżej Andreas Scholl, czy Philippe Jaroussky. Wielkie brawa należą się też zespołowi DesOrient, który z niezwykłym wyczuciem i intuicją nad wyraz płynnie przeplatał estetykę typowo współczesną z barokowymi ozdobnikami, czy też elementami ludowymi. Zarówno z naszego, nieco spaczonego – audiofilskiego punktu widzenia, jak i osób przybyłych na spektakl wirtuozeria wykonania plasowała się na prawdziwym, światowym poziomie i szukanie analogii w nagraniach Jordi Savall wydaje się całkowicie uprawnione.

O skali i sile oddziaływania spektaklu niechaj świadczy to, że gdy wybrzmiały ostatnie frazy w kościele zapadła cisza jak makiem zasiał i przez dłuższą chwilę nikt z zebranych nie śmiał przerwać jej oklaskami. Dopiero potem nastąpiła prawdziwa burza braw a do mikrofonu poproszony został sam kompozytor – Michał Lorenc.

Z niecierpliwością czekając na zakończenie prac nad nagraniem serdecznie dziękujemy Organizatorom za zaproszenie i możliwość uczestnictwa w prawdziwym muzycznym misterium. Do zobaczenia.

Marcin Olszewski

Opinia 2

Gdy na początku tego tygodnia otrzymaliśmy telefoniczne zaproszenie na planowany w piątek (15.09.2017), mający odbyć się w budowli sakralnej, a dokładnie mówiąc w zlokalizowanym na warszawskich Bielanach kościele pokamedulskim pod wezwaniem bł. Edwarda Detkensa koncert zatytułowany „Lament Świętokrzyski”, sądziliśmy, że będzie to jeden z wielu, co prawda bardzo przyjemnie spędzonych, ale typowych dla takich wydarzeń wieńczących tydzień wieczór. Co prawda sami pomysłodawcy owego mitingu muzycznego w osobach Marcina Majewskiego i Jana Tarnawskiego z racji wcześniejszych kontaktów osobistych na corocznych wystawach AVS rokowały nieco inne niż zazwyczaj doznania duchowe (panowie specjalizują się w ożywianiu historycznych zapisków nutowych polskiego Średniowiecza i Baroku jak np. płyta „Graduał Wiślicki”), ale wiele razy mimo sporych oczekiwań podobne, ale realizowane przez innych animatorów imprezy w naszych oczach wypadały co najwyżej ciekawie. Naturalnie główny bohater całego spektaklu jakim jest kreślący partyturę Michał Lorenc konsekwentnie podnosił wysoko zawieszoną przez samych organizatorów poprzeczkę, ale jak to wżyciu bywa, grając na setkę czasem serce by chciało, a wychodzi różnie. I wiecie co? Na szczęście dla nas i licznie zgromadzonej publiczności (kościół pękał w szwach) po krótkiej kuluarowej rozmowie z maestro Lorencem okazało się, iż wykonanie dzieła przerosło oczekiwania nawet honorowego gościa. Dawno nie brałem udziału w tak poruszającej pokłady mojego romantyzmu liryce muzycznej. Jednym słowem uczestniczyłem w duchowym, kiedy tego wymagała narracja nawet skocznym, ale również w kilku momentach przeszywającym bólem emocjonalnym przekazie, za co właśnie tak bardzo uwielbiam muzykę dawną. Oczywiście prawie codzienne w moim przypadku słuchanie podobnego repertuaru nie zawsze wprowadza mnie w tak kontemplacyjny stan, ale przyznam szczerze, w dobie obecnie panującego egzystencjalnego szaleństwa, taka pozwalająca na chwilę refleksji dawka muzyki pozwala mi przetrwać kolejny naszpikowany problemami dzień. Wracając do opisywanego wieczoru bezwarunkowo należy dodać, iż kolosalny wpływ na tak udaną prezentację odpowiednio interpretując założenia kompozytora mieli również licznie zgromadzeni na scenie artyści. Studiując plakat informacyjny dowiadujemy się, iż w całym przedsięwzięciu udział wzięli: formacja DesOrient, Radosław Pachołek, Ilona Sojda, Łukasz Mazur, Schola Gregoriana Silesiensis, a wszystko odbyło się dzięki Fundacji Surge Propera przy wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego .

Jak w moich oczach i uszach wypadło relacjonowane dzieło? Nie będę zbytnio się rozpisywał (wstęp był wolny, dlatego kto nie był, niech żałuje), ale w kilku słowach wyglądało to następująco. Już sam tytuł teoretycznie zdawał się mówić bardzo wiele. Mało tego. Znajomość podobnych tworów muzycznych rzucała bardzo klarowne światło na mające odbyć się misterium, co w stu procentach potwierdził przebieg wieczornych wydarzeń. Ale z mojego punktu widzenia określenie koncertu jako jedynie potwierdzenie założeń tego typu projektów muzycznych byłoby świętokradztwem, gdyż nie była to monotonna animacja wokalno-iluminacyjna (efekty wizualne przedstawiają fotografie), tylko trzyczęściowa mistyczna i pełna duchowości opowieść. Dlaczego trzyczęściowa? Muszę szczerze się przyznać, bez względu na fakt fantastycznego odbioru całości przedsięwzięcia, największe wrażenie zrobiły na mnie wspomniane, dzielące spektakl na części akcenty. Pierwszy wydaje się być banalny, gdyż jest to teoretycznie dźwięk nisko grającej piszczałki organów, ale przy swym niskim, prawie bulgocącym tonie na tle spokojnych fraz reszty ciągów nutowych rozpoczynającego całość oratorium był na tyle porażający, że słuchacz nie miał najmniejszych złudzeń, co wydarzy się w kolejnych odsłonach partytury. A przyznam szczerze, że się działo. Kolejnym bardzo mocno zaznaczającym powagę przeżywających ponowny renesans „Lamentów Świętokrzyskich” artefaktem był moment śpiewania przez wspaniałego kontratenora Radosława Pachołka słów wypowiedzianych przez Pana Jezusa na krzyżu „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił”. I nie chodzi mi jedynie o sam wydźwięk tego bardzo ważnego dla katolików wołania, tylko o wyśmienite podkreślenie jego ważności poprzez podświetlenie świątyni przenikliwie mocną w odcieniu czerwienią. W moim odczuciu był to majstersztyk realizacyjny całej ekipy od maestro Lorenca, przez wspaniałych muzyków, po znających się na rzeczy realizatorów światła i dźwięku. Ostatnim zapadającym w pamięć znakiem szczególnym opisywanego występu był stojący na przeciwległym biegunie pod względem użytej energii w stosunku do poprzednich akcentów, ale brzmiący ściśle według zamierzeń kompozytora, solowy występ chwytającej za serce maestrią wydobywanych dźwięków filigranowej solistki Ilony Sojdy. Jej wykonywane prawie na bezdechu partie były tak delikatne, że niemalże niesłyszalne, ale w najważniejszych momentach na tyle czytelnie artykułowane, że nawet ostatnie rzędy słuchaczy bez problemów były w stanie zrozumieć przekazywany przez artystkę ból. I gdy po tych trzech bardzo ważnych dla oddania powagi śpiewanych tekstów punktach zwrotnych w przepięknej pieśni przyszedł czas na wokalny udział całości składu przebywających na scenie instrumentalistów i wokalistów, natychmiast zorientowałem się, iż nadchodzi nieuchronny finał tej przyprawiającej mnie do dziś o ciarki na plecach (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) odsłony wydobytych z czeluści bibliotek, a dzięki Marcinowi Majewskiemu i Janowi Tarnawskiemu na szczęście jeszcze niezapomnianych „Lamentów Świętokrzyskich”.

Zbliżając się ku końcowi dzisiejszej relacji chciałbym podziękować wszystkim zaangażowanym w ten spektakl przedstawicielom świata muzyki i działu technicznego za fantastycznie spędzoną w stanie duchowej kontemplacji piątkową godzinę, a żywo zainteresowanemu krzewieniu kultury proboszczowi parafii za udostępnienie przecież cały czas będącego w remoncie kościoła. Puentując tę opowieść dla zainteresowanych wzięciem udziału w podobnym przedsięwzięciu czytelników mam dobrą wiadomość. Ten koncert z kilku organizacyjnych powodów nie był rejestrowany, a to oznacza, iż z pewnością w niedalekiej przyszłości będzie powtórka z rozrywki, na którą nie tylko mam nadzieję po raz kolejny zostaniemy zaproszeni, ale odpowiednio wcześniej w formie stosownego newsa wspomnimy o niej na naszym portalu.

Jacek Pazio

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Wraz z elektroniką (o której za czas jakiś) ekipa łódzkiego Core Trends pojawiła się u nas z dosłownie „kilkoma” panelami akustycznymi Artnovion … udowadniając, że adaptacja akustyczna wcale nie musi oznaczać estetycznych kompromisów.

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Piotr Guzek IMPRESARIAT zaprasza na tegoroczny cykl prezentacji domowej aparatury audio z cyklu „Audiofil”. Podobnie jak w latach ubiegłych będą to dwudniowe weekendowe spotkania, które odbędą się w terminach: 23 -24 września, 30 września – 1 października i 7 -8 października, dwa razy dziennie w godzinach: 12.00 – 15.00 i 16.00 – 19.00. Wszystkie zrealizowane będą w Sali Konferencyjnej (I p.) we wrocławskim Hotelu Qubus, usytuowanym w samym centrum miasta przy ul. Św. Marii Magdaleny 2. Podobnie jak w latach ubiegłych wstęp na wszystkie prezentacje będzie wolny.
Tegoroczny Audiofil pomimo mniejszej ilości spotkań zapowiada się szalenie interesująco. Jego gospodarzami będą: RCM Hi-Fi Atelier z Katowic, Audio Art. Technology z Legnicy oraz Moje Audio, Audio Atelier – firmy z Wrocławia i Łodzi, prowadzone przez pana Krzysztofa Owczarka.
I prezentacja 23 – 24 września br. – jak już nadmieniłem powyżej jej gospodarzem będzie RCM Fi – Fi Atelier z Katowic. Tej firmy, a także jej szefa pana Rogera Adamka nie trzeba specjalnie przedstawiać stałym bywalcom wrocławskiej imprezy. Uczestniczą w Audiofilu od samego początku. Wszystkie ich dotychczasowe prezentacje były bardzo dobrze przygotowane i bardzo ciepło przyjmowane przez publiczność. Zachęcam do zapoznania się z bardzo bogatą ofertą handlową tego jednego z najprężniej działających na terenie naszego kraju dystrybutora, producenta sprzętu audio – RCM

Tym razem zaprezentują następujący system:
wzmacniacz – Vitus Audio SIA-025,
kolumny – Gauder Akustik Vescova MkII Diamond lub niespodzianka,
gramofon – Kronos Audio Sparta 0,5,
ramie – Schroeder Model 2,
wkładka – Miyajima Takumi,
przedwzmacniacz – RCM,
odtwarzacz CD – CEC CD-5,
okablowanie – Furutech, Argento Audio, Organic Audio.

Na szczególną uwagę w tym systemie zasługuje obecność gramofonu kanadyjskiej firmy Kronos Audio. To stosunkowo młoda firma założona w 2012 roku. Za wszystkie projekty firmy odpowiada Luis Desjardins. Gramofony Kronos Audio są urządzeniami zawieszonymi wykorzystującymi dwa przeciwsobnie obracające się talerze. Firma na to rozwiązanie posiada stosowny patent. Takie rozwiązanie eliminuje efekt skrętny, który powstaje podczas obrotu pojedynczego talerza.
We Wrocławiu zaprezentowany zostanie model Sparta 0,5. To wstęp do krainy Kronos Audio. Przygotowany z myślą o rozbudowie do pełnej wersji ale pozwalający cieszyć się brzmieniem o wyjątkowym charakterze. Wykorzystano tylko jeden talerz. Konstrukcja oparta jest na aluminiowej ramie z wstawkami z kompozytu fenolowego. Układ zawieszenia, łożysko talerza i sterowanie silnikiem jest takie samo jak w Sparcie.
Podczas prezentacji dominować będzie muzyka odtwarzana z płyt winylowych. Stare sprawdzone wydania oryginalne, w tym także polskie, dobre reedycje. Będziemy także porównywać tłoczenia europejskie z amerykańskimi.
Podobnie jak w przypadku poprzednich spotkań poinformuję Państwa o nadchodzących najciekawszych wydarzeniach muzycznych, które już niebawem odbędą się w naszym mieście.

Serdecznie zapraszam, obecność obowiązkowa!

  1. Soundrebels.com
  2. >

Najnowszy przedwzmacniacz firmy Accuphase należy do czwartej generacji urządzeń z serii oznaczonej symbolem „2400”, zastępując model C-2420. Do C-2450 zapożyczono rozwiązania z flagowego C-3850 oraz drugiego od góry C-2850, co według konstruktorów pozwoliło „na nowo zdefiniować pojęcie klarowności słuchanej muzyki”. Warto też wspomnieć, że „2450-ka” należy do przedwzmacniaczy z wyższej półki, które Japończycy określają mianem „precyzyjnych centrali stereofonicznych”.

Z zewnątrz wygląda on prawie tak jak poprzednik, C-2420. Wymiary i waga są identyczne, a panele boczne wykończono luksusowym drewnem – jednak już od pierwszego spojrzenia uwagę przykuwa górna płyta obudowy, wykonana z przepięknego, dyskretnie połyskującego szczotkowanego aluminium w czarnym kolorze. Jeśli przypomnimy sobie stosowaną od lat stal, lakierowaną na aksamitny, jaśniejszy mat, dojdziemy do wniosku, że jest to wręcz rewolucyjny zwrot w stylistyce urządzeń Accuphase. Konstruktorzy zmienili także kształt i układ przycisków funkcji dodatkowych, widocznych po odchyleniu klapki na panelu czołowym – trzeba przyznać, że poziome prostokąciki dużo lepiej wpasowują się pomiędzy obrotowymi przełącznikami i wyglądają bardzo gustownie. Pod maską też jest niemal identycznie jak w C-2420. Kluczowym punktem jest tu oczywiście poprawiony układ regulacji głośności AAVA, który zaadaptowano z droższego modelu C-2850. Zamienia on sygnał muzyczny na ważone przebiegi prądowe za pomocą 16 osobnych konwerterów V-I. W układzie zmodyfikowano konfigurację dwóch stopni końcowych: w każdym z nich pracują dwa równoległe moduły, a w stopniu najwyższym zastosowano dodatkowy bufor wzmacniający. Ten ostatni umożliwił podwojenie wartości prądu na wyjściu, a co za tym idzie, zmniejszenie rezystancji sprzężenia zwrotnego oraz korespondujących z nią szumów własnych. Dla przypomnienia, AAVA działa w dziedzinie analogowej, całkowicie eliminując rezystancję z toru sygnału, który po prostu przez niego… nie przepływa. Potencjometr służy tutaj jako precyzyjny detektor kątowej pozycji pokrętła, w sposób aktywny zmieniający wysterowanie poziomu sygnału – stąd firmowe określenie VA, czyli Vari-Gain. W stosunku do standardowych rozwiązań daje to kolosalną poprawę współczynnika S/N (poziom szumów własnych w C-2450 to 2 µV, czyli o 10 % mniej niż u poprzednika), prawie niemierzalny poziom zniekształceń harmonicznych, doskonałą liniowość pasma przy każdej głośności oraz brak przesłuchów między kanałami. Od strony mechanicznej, zadbano o umieszczenie czujnika pozycji potencjometru w masywniejszym bloku litego aluminium, wykończonego z najwyższą precyzją za pomocą obrabiarek CNC. Jest on niezależny od reszty i „pływa” w chassis, zaizolowanym mechanicznie za pomocą elementów silikonowych. Pogrubiono także wałek łączący z pokrętłem, czego rezultatem jest niepowtarzalna kombinacja ciężkiej solidności z mikroskopijną wręcz precyzją działania. Praca potencjometru jest bezszelestna, a dzięki budowie wewnętrznej układ pozbawiono nawet szumów i mikrodrgań pochodzących z pracującego silniczka, jeśli regulujemy głośność z pilota.

Poszczególne funkcje urządzenia (bufor wejściowy, AAVA, wyjście zbalansowane i słuchawkowe) są zrealizowane za pomocą sześciu osobnych modułów, umieszczonych na głównej płytce sygnałowej, wykonanej z włókna szklanego pokrytego żywicą epoksydową. Kanał lewy i prawy są całkowicie rozdzielone i zamknięte w osobnych obudowach wewnętrznych. Konstrukcja taka, razem z transformatorami zasilającymi, uzupełnionymi czterema wykonanymi na zamówienie kondensatorami o pojemności 10 000 μF każdy, kwalifikuje C-2450 jako wzorcowy układ dual-mono. Od strony użytkowej mamy przełącznik fazy dla każdego z wejść, dodano także możliwość zapamiętania pełnych ustawień parametrów MM / MC dla obu wejść gramofonowych – oczywiście w przypadku urządzenia wyposażonego w opcjonalny przedwzmacniacz phono. Obok skali głośności pojawi się wtedy dostępna informacja o wielkości obciążenia w przypadku modułu przedwzmacniacza MC. Przedwzmacniacz dysponuje 10 wejściami i 5 wyjściami, z możliwością podpięcia dodatkowego przedwzmacniacza zewnętrznego. Na koniec warto wspomnieć, że każdy z egzemplarzy C-2450 jest wykańczany indywidualnie, do momentu osiągnięcia absolutnej perfekcji jeśli chodzi o założone parametry oraz klasę wykonania.

Cena Accuphase C-2450 wynosi 53 900 zł.
Dystrybucja:Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: T+A PA 2500 R

Opinia 1

Patrząc na europejską gospodarkę dość wyraźnie widać, że nasi zachodni sąsiedzi praktycznie pod każdym względem jeśli nie przodują, to przynajmniej znajdują się w ścisłej czołówce. Podobnie sytuacja wygląda na rynku audio. Opcji, możliwości i kombinacji audiofilskich konfiguracji mamy praktycznie bez liku a i ograniczając się li tylko do iście high-endowych graczy też możemy przebierać jak w ulęgałkach. Jest (alfabetycznie) ASR, AVM, Burmester, Feickert, Gauder, Kawero, MBL, Octave, Transrotor czy nawet niszowy Thöress. Są jednak też marki, które, oprócz właśnie wymienionego Thöressa znane są u nas – nad Wisłą, jedynie wąskiemu gronu zainteresowanych. Do tej grupy spokojnie możemy zaliczyć mającą swoją siedzibę w Herford markę T+A. Z premedytacją zaznaczyłem w poprzednim zdaniu, iż dość śladowa rozpoznawalność dotyczy właśnie Polskiego rynku, gdyż ilekroć po produkty ww. wytwórcy sięgamy za każdym razem spotykamy się ze sporym zainteresowaniem nawet zorientowanych w temacie osób traktujących T+A jako niby na wskroś europejską , ale jednak na naszym rynku swoistą egzotykę. Chcąc zatem wreszcie zmienić ów punkt widzenia po raz trzeci, po systemie marzeń HV Series i zdecydowanie łatwiej osiągalnym DACu 8 DSD pochylamy się nad powyższą, znajdująca się w dystrybucji warszawskiego Hi-Ton Home of Perfection marką i bierzemy na warsztat wzmacniacz zintegrowany PA 2500 R.

Zaglądając na stronę dystrybutora i wybierając serię R, do której należy nasz dzisiejszy bohater natrafiamy na wydawałoby się dość jednoznaczną sentencję – „Urządzenia tworzące serię R 2000 zostały zaprojektowane tak, aby dostarczać hi-endowych wrażeń odsłuchowych, ale również idealnie wtapiać się w otoczenie. W niewielkich obudowach umieszczono najnowocześniejsze układy audio.” Opierając się jedynie na niej można byłoby z całkiem sporą dozą prawdopodobieństwa zwizualizować T+A PA 2500 R jako designerski naleśnik w stylu niedawno przez nas testowanej Micromegi M-One 100 , czy też Devialeta Expert 440 Pro i zbytnio nie wnikając w szczegóły dość niefrasobliwie kliknąć „kup teraz” z zaznaczeniem opcji dostawy do domu i montażu we wskazanym miejscu. W końcu mając cienki jak opłatek kilkudziesięciocalowy telewizor i równie anorektyczne głośniki warto zachować trend slim-fit i dobrać idealnie wpisującą się w powyższy kanon amplifikację. Tymczasem o 2500-ce można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest małym, bądź posługując się zaczerpniętą z materiałów marketingowych nomenklaturą „niewielkim” wzmacniaczem. Co prawda nie jest to też monstrum do przeniesienia którego potrzeba co najmniej dwóch chłopa, ale przynajmniej na moje oko obudowa o wymiarach 16,5 x 46 x 40,5 cm raczej wpisuje się w mainstream aniżeli w jakieś wypłaszczone ekstrema a za jedyny wspólny z ww. płaszczkami mianownik możemy uznać co najwyżej zasilacz impulsowy jakim integra T+A może się pochwalić.

Generalnie rzecz biorąc physis PA 2500 R jest surowy, lecz surowością zdecydowanie bliższą aparaturze laboratoryjnej XXI w aniżeli garażowej siermiężności, więc wszelakiej maści podśmiechujki o typowo germańskiej kanciastości sugeruję sobie darować. Po prostu ten typ tak ma i już a poza tym w swym trendzie nie jest osamotniony, gdyż od lat podobne dogmaty stylistyczne wyznaje m.in. Soulution i jakoś nikt z tego powodu żadnych scen nie robi. Przejdźmy zatem do niuansów. Na wykonanym z solidnej płyty szczotkowanego aluminium froncie znajdziemy zgrabny rządek dziewięciu otoczonych podświetlanymi aureolkami przycisków wraz z pomysłowo wkomponowanym gniazdem słuchawkowym odpowiedzialnych za uśpienie/wybudzenie urządzenia, wybór źródła oraz uaktywnienie sekcji przedwzmacniacza i odpowiedniej pary wyjść głośnikowych. Posuwając się dalej w prawą stronę natrafimy na pokaźnych rozmiarów, a przez to szalenie czytelny, błękitny wyświetlacz ze wskaźnikami VU meter w postaci poziomych bargrafów (oczywiście można je wyłączyć), solidną gałkę regulacji głośności (i balansu) oraz trzy, pionowo usytuowane przyciski odpowiedzialne za regulację tonów i dostęp do nad wyraz rozbudowanego menu. O wszystkich funkcjach i dostępnych nastawach rozwodzić się nie będę, lecz wszystkich tych, którzy nie wyobrażają sobie życia bez loudnessu i własnych wartości korekcji wysokich i niskich tonów odsyłam do blisko czterdziestostronicowej instrukcji. Całą resztę „wycieczki” serdecznie zapraszam do dalszego zwiedzania. Jedynym i zarazem bezapelacyjnie łapiącym za oko elementem dekoracyjnym jest usytuowany na płycie górnej potężny akrylowy bulaj z firmowym logotypem przez który można „zapuścić żurawia” do wnętrza integry. Jednak największą przyjemność tak natury estetycznej, jak i nieco później – czysto użytkowej sprawia ściana tylna. Do wyboru mamy po parze wyjść liniowych w standardzie RCA i XLR, oraz oczywiście wejścia – trzy pary XLRów i cztery pary RCA, jednak wzrok przyciągają przeurocze podwójne, motylkowe terminale głośnikowe.
W dobie wszechobecnej obecności DACów i streamerów gdzie tylko się da widok trzech gniazd Ethernet wydaje się oczywisty, lecz zanim zaczniemy sprawdzać, czy T+A „dogaduje” się np. z Tidalem pragnę wyjaśnić, iż tym razem nic z tego. W 2500-ce interfejsy te służą jedynie do systemowej komunikacji (R2Link) i do wpięcia wzmacniacza w sieć domowej, inteligentnej automatyki np. spod szyldu Crestona, czy AMXa (gniazdo LAN). Nie zabrakło też wejścia Triggera i oczywiście trójbolcowego gniazda zasilającego IEC z zaznaczoną prawidłową polaryzacją.

Kurtuazyjny rzut oka do wnętrza jasno daje do zrozumienia, że Niemcy postanowili połączyć ogień z wodą i postawili na wydajne – efektywne impulsowe zasilanie, potężną baterię kondensatorów o łącznej pojemności 120 000 µF i klasyczne tranzystory na wyjściu przykręcone do masywnego radiatora dzielącego trzewia na dwie połowy. Topologię wzmacniacza można określić jako dual mono a za wszelakie i z audiofilsko – ortodyksyjnego punktu widzenia funkcjonalne wodotryski, oraz normalną obsługę odpowiada procesor ARM. Ponieważ obudowa została wykonana z gładkich aluminiowych płyt a boczne ścianki są bocznymi ściankami a nie radiatorami całość dość mocno się nagrzewa i żeby podczas wielogodzinnych odsłuchów wzmacniacz nie uaktywnił funkcji opiekacza producent zdecydował się na implementację umieszczonego na tylnej ścianie kanału wentylacyjnego wspomaganego horyzontalnie zamontowanym ultra-cichym wentylatorem. Wszystkich przewrażliwionych i uczulonych na wszelakiej maści dodatkowe szumy i gwizdy pragnę w tym momencie uspokoić, iż wspomniany wiatraczek naprawdę jest niesłyszalny i nie ma sensu dłużej aniżeli to konieczne jego tematem się zajmować. Jest, bo jest i tyle. Na wyposażeniu jest też systemowy pilot – duży, solidny, o budzącej zaufanie wadze i przede wszystkim całkiem przyjemnej ergonomii.

Skoro wspomniałem o temperaturze, to od razu podzielę się z Państwem własnymi obserwacjami dotyczącymi tak użytkowania, jak i przede wszystkim brzmienia oferowanego przez 2500-kę. Otóż choć wzmacniacz po podłączeniu do prądu pozostaje w jednym z dwóch trybów standby (Comfort/Eco) to bardziej krytyczne odsłuchy zalecam odbywać, gdy po wybudzeniu jego obudowa zrobi się przyjemnie ciepła a następuje to mniej więcej po dwóch-trzech kwadransach. Krótko mówiąc po powrocie do domu wystarczy włączyć coś niezobowiązującego w tle i zająć się codzienną krzątaniną a kiedy już znajdziemy czas na świadome słuchanie wszystko będzie jak należy. A z resztą nie będę dłużej owijał w bawełnę i od razu napiszę jak jest. Wygrzany i rozgrzany T+A PA 2500 R nie dość, że nie bierze jeńców, to również niespecjalnie (wcale?) pozwala na traktowanie go jako generator muzycznego tła, czy też niezobowiązujący wypełniacz dźwiękowej przestrzeni. O nie. On jest jak posługując się świadomą hiperbolą „germański Barbarzyńca” – ma w sobie moc i dzikość odzianych w zwierzęce skóry i futra hord ścierających się w Rzymianami w „Gladiatorze” Ridleya Scotta. Wystarczy tylko włączyć „The Battle” by mieć poważny dylemat – ratować rodowe skorupy, czy jednak pozostać na kanapie i dać się poniewierać potężnym, targających nami falom dźwięku. Tutaj nie było miejsca nawet na chwilę zastanowienia, wszystko działo się w tzw. okamgnieniu i lepiej było mieć refleks kierowcy F1 aniżeli zastanawiać się po fakcie, czy czegoś przypadkiem nie przegapiliśmy i czemu zamiast ostrego zakrętu wylądowaliśmy poza torem.
Tak samo jest podczas kontaktu z nieco cięższymi odmianami rocka. Powoli rozkręcający się „Turn the Page” z surowego i szorstkiego jak krowi ozór albumu „Garage Inc.” Metallicy działał jak magiczny wehikuł czasu cofając nas do lat młodzieńczego buntu i jakże nam obcej beztroski. Co ciekawe w tym przypadku integra T+A zadawała kłam stwierdzeniom, że na dobrym sprzęcie da się słuchać tylko dobrze, bądź bardzo dobrze nagranych krążków a na wszelakiej maści realizacyjne buble i tzw. „garażówki” szkoda czasu, bo kontakt z nimi pozostawia jedynie trudno gojące się rany na naszym poczuciu estetyki i w ekstremalnych sytuacjach może prowadzić do utraty wiary w sens dalszego rozwoju własnego systemu. Tymczasem 2500-ka ww. materiał potraktowała jako okazję do nad wyraz sugestywnego oddania dzikiej spontaniczności drzemiącej w ekipie Metallicy i stała się dowodem na to, że w graniu najważniejszy jest tzw. „fun” i autentyczność a nie poza, czy zimna kalkulacja. Nie przeczę, że dźwięk był ziarnisty jak kadr uchwycony na nieodżałowanym, wysokoczułym Kodaku T-MAX P3200, ale właśnie w tej ziarnistości drzemała cała esencja i klimatyczność nagrania. Zero pudru, zero Photoshopa, zero szyby oddzielającej chłopaków z Mety od nas, stojących zaledwie półtora, dwa metry od nich i zawzięcie machających czerepami z resztkami czegoś, co dawnymi czasy zasługiwało na mino włosów i sięgało ramion. Perkusja Ulricha jest sucha, każde jej uderzenie kopie niczym obuty w twarde kowbojki Chuck Norris. Bardziej mięsisty jest bas Newsteda, lecz też nie sposób w jego partiach zauważyć chociażby najmniejszych śladów otłuszczenia, czy zaokrąglenia – jest niesamowicie sprężysty i zwinny nie dając nawet chwili wytchnienia tym, którzy próbują śledzić jego partie. A gitary Jamesa i Kirka to sama słodycz, znaczy się słodycz o ile za deser uznamy iście zabójczy koktajl przygotowany z Ardbega i drobno posiekanych papryczek Carolina Reaper. Są podane blisko, intensywnie, brzmią ciężko, potężnie i niosą z sobą taką ilość garażowego brudu, że nawet perfekcyjna pani domu miałaby problem z jego zmyciem prędzej, czy później ogłaszając kapitulację.
Jeśli jednak ktoś sądzi, że T+A to taka grubo ciosana wersja audiofilskiego Ogra zdolna tylko niszczyć i demolować, to … popełnia duży, naprawdę duży błąd. Dowodem na to niech będzie utrzymana w stylu rzewnego country ballada „Tuesday’s Gone”, czy charakteryzujący się nieco apokaliptyczną okładką album „Ephemera Obscura” Mind Games. I to właśnie druga z powyższych propozycji pokazuje diametralnie inne, bardziej skupione a zarazem wysublimowane oblicze niemieckiej integry. Trudno z resztą żeby było inaczej, gdy zamiast ilości dźwięków nagle akcent przesunięty zostaje na ich jakość i czasem nader karkołomne konstrukcje harmoniczne. Tutaj już nie ma możliwości spontanicznego rzucenia się w warki muzyczny nurt, lecz trzeba na spokojnie usiąść i oddać się kontemplacji i analizie. Może pozornie brzmi to niezbyt zachęcająco, lecz proszę mi wierzyć na słowo a najlepiej samemu jak najszybciej posłuchać. Jest oddech, powietrze i co najważniejsze aura otaczająca muzyków, którzy choć grają obok siebie tworzą skomplikowaną i nierozerwalną całość. Uwagę zwraca nadspodziewana rozdzielczość i możliwa dzięki niej łatwość wniknięcia w strukturę nagrania. Do tej pory wydawało się, iż tego typu atrakcje zarezerwowane są dla nielicznych urządzeń z „nieco wyższej” półki w stylu cały czas nie dającego mi spokoju i kołatającego z tyłu głowy Gryphona Diablo 300 a tymczasem „niepozorna” integra T+A całkiem dziarsko sobie w tej materii poczyna.
Równie wysoko oceniam realizm prezentacji warstwy wokalnej. Pełen kontrastów najnowszy album Tori Amos „Native Invader” z jednej strony zachwyca delikatnym, nieco eterycznym głosem ognistowłosej artystki a z drugiej czaruje, wciąga i pochłania mroczną, stanowiącą tło do wcale niewesołych refleksji muzyczną otoczką. Swoisty, autorski mix niemalże klasycznej, zbliżonej do twórczości Satiego estetyki z depresyjnymi, powolnymi syntetycznymi plamami, pod którymi z powodzeniem mógłby podpisać się sam Moby stanowi idealny kontrapunkt do zawieszonego gdzieś pomiędzy matowością i szklistością intrygującego wokalu Amos. Z premedytacją użyłem tego nagrania, gdyż mając świadomość prawdomówności i transparentności tytułowego wzmacniacza chciałem się na własne uszy przekonać, czy w swym obiektywizmie i chęci zniknięcia z toru aby nie popada w chłodną i zbyt techniczną kalkulację. Całe szczęście magiczna bariera antyseptyczności i prosektoryjnego chłodu nie została przekroczona i Tori zabrzmiała jak należy – anielsko. W dodatku swoje przysłowiowe trzy grosze dorzuciła wzorcowa trójwymiarowość i zrobiło się zaskakująco high-endowo.

Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z urządzeniem bez wad? Próbując odpowiedzieć na powyższe pytanie możliwie obiektywnie śmiem twierdzić, że przy oczekiwanej przez producenta kwocie … TAK, a jeśli nawet nie w 100%, to to jesteśmy niepokojąco blisko ideału. Z czego mogą wynikać ewentualne wątpliwości i gdzieś tam kołaczące się „ale”? Z pewnością pojawią się głosy, że prezentowana przez PA 2500 R średnica nie jest tak wysycona i dopalona jak u niektórych konkurentów z okolic … 50 kPLN. Warto jednak chwilę zastanowić się nad tym, czego w dźwięku poszukujemy i czy to, do czego dążymy jest zgodne z rzeczywistością, czy też jest li tylko projekcją naszych wyobrażeń i pragnień a te jak wiadomo nacechowane są pewnym pierwiastkiem „glamour”, który nie zawsze w „realu” występuje. 2500-ka oferuje bowiem to i „tylko” to, co jest w materiale źródłowym nie interpretując i nie modulując go na własną modłę. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by w chwili słabości kliknąć menu, uaktywnić loudness, lub samemu pomajstrować przy wysokich i niskich tonach z pomocą dostępnych w tytułowym wzmacniaczu opcji. Mamy zatem przysłowiowe dwa w jednym – możliwość poznania i obcowania z muzyką w wersji sauté, lub poprzez świadomą jej modyfikację zgodnie z własnymi o niej wyobrażeniami.

T+A PA 2500 R nie upiększa, nie dosładza, nie lukruje i nie podkręca saturacji. Jest niemalże do bólu neutralny i transparentny, lecz nie sposób zarzucić mu nawet najmniejszych oznak nudy, czy sterylności. Nie należy również liczyć na to, że naprawi, czy zamaskuje występujące u nas ewidentne błędy w konfiguracji systemu, no może z wyjątkiem brakiem kontroli na basie, gdyż trudno mi na chwilę obecną znaleźć w odmętach pamięci jakiekolwiek zestawy głośnikowe mogące sprawić mu w tym zakresie problem. W zamian za to jak na tacy dostaniemy wszystko to, co w nagraniu się znalazło a jeśli tylko ktoś podczas postprocesu nie spał, tylko uczciwie pracował a przy tym wiedział co robi, to szanse na to, że umowna bariera pomiędzy nami a muzykami wreszcie zniknie wydają się całkiem spore.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35; Ayon CD-10
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Każdy z nas znakomicie zdaje sobie sprawę, że choćby śladowa rozpoznawalność marki na rynku w zdecydowanej większości przypadków oznacza być albo nie być. To zaś powoduje, że każdy chcący zaistnieć w świadomości potencjalnych klientów brand musi mieć na to swój własny sposób. Jedni przy co najwyżej dobrych wynikach sonicznym w głównej mierze stawiają na design (i nie mówię tutaj jedynie o ikonach piękności, ale również o bardzo technicznym, żeby nie powiedzieć ascetycznym wyglądzie), inni natomiast nie bacząc zbytnio na mówiąc kolokwialnie opakowanie całą produkcyjną parę starają się tłoczyć właśnie w uzyskanie jak najlepszej jakości dźwięku. I wiecie co, do niedawna myślałem, że to są może nie jedyne, ale główne kryteria, jakimi audiofil jest w stanie określić poczynania danego producenta. Dlaczego do niedawna? W tym momencie jestem zobligowany przytoczyć małą anegdotę. Mianowicie, gdy w moje progi zawitał tytułowy bohater, naturalną koleją rzeczy nie omieszkałem poinformować o tym moich znajomych. I wiecie co? Teoretycznie oficjalne przyjęcie tego newsa odbyło się po staremu, gdyby nie słowa jednego z nich, które brzmiały mniej więcej tak: ”Znam tę markę i wiem, że oferuje bardzo dobrze pod względem inżynierskim skonstruowany sprzęt”. Dlatego też oświadczam, iż od tego momentu w moim słowniku określającym rozpoznawalność danego producenta jako pełnoprawna ląduje taka fraza. To oczywiście tak jak jedna jaskółka nie czyni wiosny, nie jest jeszcze wyrocznią rewelacyjności oferowanych komponentów pod każdym względem, ale przyznacie, że w dobie zalewającej nas nijakości jest to pewnego rodzaju plusem. Jak myślicie, o kim mowa? Stali czytelnicy naszego portalu dzisiejszego bohatera z pewnością kojarzą z testu z cyklu: System Marzeń”, którym jest niemiecka marka T+A z tytułową propozycją wzmacniacza zintegrowanego PA2500R. Oczywiście tak jak wówczas, tak i dzisiaj opiekę dystrybucyjną na naszym rynku przywołanego producenta sprawuje warszawski Hi-Ton Home of Perfection.

Jak zdążyłem wspomnieć, produkty T+A postrzegane są jako inżynierski majstersztyk. Jak myślicie, z czego to wynika? Ok., nie męczcie się, tylko spójrzcie na fotografie, które od pierwszego kontaktu wzrokowego aż krzyczą, że co jak co, ale w tym biznesie nie ma miejsca na oszczędności z projektem plastycznym włącznie. Mamy do czynienia ze sporą gabarytowo obudową wykonaną z grubych płatów szczotkowanego aluminium. Jej front z pozoru w bardzo ascetyczny sposób od lewej zdobi pozioma seria maleńkich, podświetlanych obwódką przycisków funkcyjnych, tuż za nimi znajdziemy bardzo czytelny, wielofunkcyjny wyświetlacz, a na prawej flance zagnieździła się gałka głośności i kolejny, usytuowany w pionie trój-pak podobnych do tych z przeciwległej strony okrągłych manipulatorów. Przemierzając korpus ku tylnym parcelom na jego dachu znajdziemy designerki sznycik w postaci centralnie umieszczonego, wykonanego z czernionego akrylu, prezentującego logo marki i nieco zdradzającego tajniki budowy trzewi wzmacniacza okrągłego okienka. Po dotarciu na tylny panel przyłączeniowy okazuje się, że ascetyzm ascetyzmem, ale w dzisiejszych czasach porządna dawka terminali jest czymś, bez czego dobry wzmacniacz zintegrowany nie może się obejść. Dlatego też znajdziemy nań: siedem wejść liniowych (3 XLR, 4 RCA), przelotkę PRE OUT w standardach RCA/XLR, podwojone terminale kolumnowe, dwa wejścia R2LINK, jedno LAN i gniazdo zasilania. I gdy dodam, że producent w swej dbałości o klienta dorzuca zgrabnego, dalekiego wyglądem od OEM-owych pilota, okaże się, iż naprawdę mamy do czynienia producentem o mocnych techniczno – inżynierskich konotacjach.

Tym razem proces wpinania wzmacniacza w testowy tor nie generował pytań o ogólną jakość czy kierunek dryfowania przepuszczonego przez integrę dźwięku. Dlaczego? To proste. Z topowym zestawem tej marki co prawda jakiś czas temu, ale miałem przyjemność się już zapoznać, dlatego też jedynym nasuwającym się znakiem zapytania była podyktowana zejściem w zdecydowanie niższe rejony cennika skala zubożenia jakości dźwięku. Ale nie bierzcie stwierdzenia „zubożenia” zbyt dosłownie, gdyż wędrówka z góry na dół zawsze generuje podobne odczucia, ale w życiu codziennym podobne przypadki jeśli w ogóle bywają to bardzo rzadko, a w zdecydowanie większej liczbie sytuacji potencjalny nabywca zawsze się wspina i patrzy na daną ofertę przez pryzmat poprawy. Ok., wystarczy bezproduktywnego wyjaśniania mojej sytuacji testowej, przyszedł czas na konkrety. Aby nieco dokładniej przybliżyć Wam sposób prezentacji wydarzeń muzycznych przy współpracy konstrukcji zachodnich sąsiadów, przypomnę, iż moja końcówka mocy w założeniach przedprodukcyjnych miała naśladować granie lampy. Nie mnie autorytatywnie rozsądzać (jestem posiadaczem i mogę być stronniczy) jak to wyszło w raealu, ale z kilku rozmów ze znajomymi wiem, iż w prezentacji mojego Japończyka bez problemu dla się wyczuć nutkę przypisanego potomkom starych radiostacji sznytu grania. Dlaczego o tym wspominam? Ano po to, aby w miarę dokładnie pokazać, gdzie z estetyką dźwięku stoi nasz bohater dnia. I wiecie co? Co prawda drobne ruchy kablowe byłem zobligowany poczynić, ale po tej czynności 2500-ka bez problemu potrafiła zagrać w bardzo bliskiej dla mnie estetyce energetycznego spokoju. Owszem, przez cały czas dawała sygnały, że od tranzystorowych korzeni się nie odżegnuje (wspomniana energia), ale cały prezentowany przez nią świat realizowany był z wyczuwalną nutką gładkości (przywołany spokój). Niestety integra zza naszej zachodniej granicy nie dała rady do końca poradzić sobie w spełnieniu oczekiwań co do poziomu wysycenia średnich rejestrów, ale bez problemu nadrabiała to spójnością przekazu. Chodzi mianowicie o fakt fantastycznego prowadzenia bardzo energetycznych, ale pod pełną kontrolą niskich tonów i unikanie zbytniej ochoty do przenikliwej prezentacji wysokich rejestrów (zaznaczam, że nie mówię tutaj o ich zgaszeniu), co przy wspomnianym oszczędnym w kolor środku pasma mogłoby skończyć się latającymi w eterze żyletkami. A tak dostałem szybkie, w domenie bliskiej neutralności, ale jak wspomniałem dość gładkie granie. Jak to wyglądało na przykładach muzycznych? Na początek elektronika spod znaku Massive Attack „Blue Lines” . Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, że dobry tranzystor takie rejony muzyczne traktuje jak wodę na młyn fantastycznej prezentacji. I właśnie z takim odbiorem podczas użytkowania niemieckiej amplifikacji miałem do czynienia. Kiedy wymagał tego materiał, basiszcze trzęsło podłogą, a kiedy do głosu dochodziły przenikliwe przestery i świsty okazywało się, że owa wyartykułowana gładkość w żadnej mierze nie przeszkadzała w ich wiernym na ile to możliwe oddaniu. To było potwierdzenie zasłyszanej niegdyś szkoły wieńczącego portfolio marki pełnego systemu T+A. Jako drugi przykład weźmy realizację jazzową koncertowego krążka Keith’a Jarrett’a „Inside Out”. W tym przypadku również większość wydarzeń muzycznych czerpała samo dobro z możliwości sonicznych tej z wyglądu ascetycznej integry. Ale jak wcześniej napomknąłem, wzmacniacz nieco oszczędnie traktował temat środka pasma i w tej kompilacji delikatnie słychać to było podczas gry kontrabasu (więcej struny niż pudła) i w wybrzmieniach fortepianu (zbyt delikatnie w skali temperatury). Oczywiście nie była to żadna porażka, a jedynie lekkie odejście od wypracowanego podczas wielu odsłuchów wzorca. Jednak żeby bardziej uzmysłowić sposób oddania tej produkcji płytowej bez naciągania faktów powiem, iż znam kilku osobników, którzy za taki drive z unikaniem podkreślania soczystości wspomnianych generatorów dźwięku oddaliby nerkę. Co wydaje się być bardzo ważnym, owe unikanie wysycenia dźwięku nawet w moich oczach miało również i dobre strony, jakim był fantastyczny rysunek źródeł pozornych, a to bezpośrednio przekładało się na bardzo czytelne oddanie we wszystkich wektorach wirtualnej sceny muzycznej. Czyli typowe dla niższych pułapów cenowych rasowe coś za coś. Na koniec, aby pokazać, że nie drukuję meczu, na recenzenckiej tapecie wylądowała muzyka dawna. Efekt? O nie, również tutaj było to nieco inne spojrzenie na ten sam spektakl, z tą tylko różnicą, że dopracowania w podkolorowaniu bytu domagały się wszystkie ośrodki produkujące fale dźwiękowe, a jedynym nie krzyczącym o pomoc aspektem była swoboda oddania tej realizacji z pełnym realizmem kubatury kościelnej.

Zbliżając się do końca dzisiejszej przygody chciałbym potwierdzić słowa znajomego, że marka T+A jest konsekwentnym orędownikiem solidnego dźwięku. Nie ma dróg na skróty, tylko jeśli mamy do czynienia ze wzmacniaczem tranzystorowym, dostajemy szybki, pod pełną kontrolą dźwięk. Na szczęście, jak prawie wszystko, tak i produkt pod kryptonimem PA 2500R można nieco uformować na swoją stronę. Dlatego też w dużej mierze tylko od nas zależy, czy dźwięk będzie celował jedynie w proponowaną przez producenta poprawną politycznie szybkość narastania dźwięku, czy po drobnych korektach kablowych tchniemy w niego nutkę soczystości i eufonii, a tym samym przyczynimy się do jego uduchowienia. Jednak jedno mogę powiedzieć na pewno, lampy 300B z niego nie zrobimy. Gdzie widzę tytułowego bohatera? Szczerze? Chyba tylko ortodoksyjni lampiarze nie byliby w stanie znaleźć z opisywanym piecykiem nici porozumienia. Cała reszta bez względu na status punktu ciężkości swoich systemów powinna zmierzyć się z propozycją warszawskiego Hi Tonu, gdyż tak ciekawej prezentacji czasem próżno jest szukać nawet u droższej konkurencji.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Hi-Ton Home of Perfection
Cena: 34 900 PLN
Opcje:
PHE P/PA R MM – moduł PHONO MM: 2 999 PLN
PHE P/PA R MC – moduł PHONO MC: 2 999 PLN

Dane techniczne
Moc wyjściowa: 2 x 140 W/8 Ω, 2 x 280 W/4 Ω, 2 x 560 W/2 Ω
Wejścia analogowe: 4 x RCA, 3 x XLR
Wyjścia analogowe: 2 x pre-out (RCA i XLR)
Phono: opcjonalnie MM lub MC
Wyjście słuchawkowe: 6,3 mm
Pasmo przenoszenia: 1 Hz – 150 kHz
Stosunek Sygnał/szum: 109 dB (średnio-ważony)
Zniekształcenia THD: <0,001%
Separacja kanałów: >90 dB
Współczynnik tłumienia: > 65
Całkowita pojemność filtrująca: 120 000 µF
Pobór mocy: < 0,5 W (Standby), 2000 W Max.
Kolor: czarny/srebrny
Wymiary (WxSxG): 16,5x46x40,5 cm
Masa: 14,5 kg

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio-Technica poszerza swoją gamę produktową o specjalną edycję swoich wielokrotnie nagradzanych słuchawek ATH-MSR7. Model ATH-MSR7SE wyróżnia się metalicznym, granatowym lakierowaniem ze złotymi akcentami oraz skórzanym wykończeniem. Wysoką jakość dźwięku gwarantują 45-milimetrowe przetworniki True Motion.

Uznane przez Reviewed.com za słuchawki roku i pozwalające miłośnikom muzyki doświadczanie dźwięku high-res w domu i poza nim – słuchawki klasy premium ATH-MSR7 łącząc studyjną jakość dźwięku z ultrakomfortową konstrukcją dla wielu użytkowników i specjalistów z branży audio stanowią punkt odniesienia. Teraz Audio-Technica prezentuje model ATH-MSR7SE, specjalną edycję tych wielokrotnie nagradzanych słuchawek, potęgując oryginalne, wiodące w klasie możliwości brzmieniowe, jednocześnie wprowadzając nowe wykończenie i komfortowe dopasowanie, wyróżniające się udoskonaloną izolacją od hałasu.

Nowa stylistyka: metaliczne, granatowe wykończenie i jeszcze wyższy komfort
ATH-MSR7SE wyposażone są w nową, luksusową obudowę z aluminium, która w tej ekskluzywnej edycji limitowanej wyróżnia się głębokim, metalicznym, granatowym wykończeniem z subtelnymi złotymi akcentami. Miękkie poduszki wokółuszne i pałąk nagłowny pokryte są stylową, brązową skórą ekologiczną i zostały zaprojektowane tak, aby zapewniały jeszcze wyższy komfort użytkowania podczas długich sesji odsłuchowych. Kształt obudowy odzwierciedla profil całego ucha i wzmacnia dolny zakres odtwarzanych częstotliwości przy jednoczesnym udoskonaleniu dźwiękowej izolacji, aby umożliwić użytkownikowi zanurzenie się w dźwięku.

Nowe brzmienie: udoskonalone przetworniki i przewód
Wykorzystując dziedzictwo Audio-Techniki w klasie profesjonalnego audio oraz technologię wywodzącą się z flagowych słuchawek przewodowych ATH-SR9, model ATH-MSR7SE zapewnia jeszcze doskonalszą jakość dźwięku. Centralnym elementem są specjalnie dostrojone 45-milimetrowe przetworniki True Motion z nowymi membranami DLC (Diamond-Like Carbon), które dzięki zwiększonej sztywności cechują się szybszą reakcją i zmniejszonymi zniekształceniami. Wszystko to przekłada się na większą precyzję odwzorowania dźwięku. Ponadto rozwiązanie to gwarantuje doskonałą obsługę wyższego zakresu częstotliwości, zapewniając jeszcze lepszą detaliczność – kluczowy element podczas odsłuchu plików high-res audio przy wykorzystaniu nowoczesnych smartfonów i przenośnych odtwarzaczy muzycznych.

Potencjał dźwiękowy ATH-MSR7SE w zakresie odtwarzania nagrań high-res jeszcze bardziej zwiększa 1,2-metrowy przewód wykonany z miedzi beztlenowej 6N-OFC. Kabel ten zapewnia wyższą czystość transmisji audio, co przekłada się na zwiększoną przejrzystość i precyzję dźwięku.

W miejsce wysokiej klasy kabla 6N-OFC użytkownicy korzystający ze smartfonów mogą podłączyć również 1,2-metrowy kabel z wbudowanym zdalnym sterowaniem i mikrofonem. Do słuchawek dołączany jest także przewód o długości 3 m, idealny podczas słuchania muzyki na domowym sprzęcie audio. Aby zapewnić słuchawkom wysoki poziom ochrony wraz z ATH-MSR7SE dostarczane jest wytrzymałe etui.

Słuchawki Audio-Technica ATH-MSR7SE dostępne będą w październiku br. Wtedy także zostanie opublikowana cena modelu.

Specyfikacja techniczna

Rodzaj Zamknięte, dynamiczne
Przetwornik 45 mm
Pasmo przenoszenia 5 – 40 000 Hz
Maksymalna moc wejściowa 2000 mW
Impedancja 35 Ω
Waga 290 g (bez kabli)
Akcesoria Odłączany przewód do smartfonów (1,2 m), odłączane przewody (1,2 m i 3,0 m), wysokiej klasy odłączany przewód z miedzi beztlenowej 6N-OFC (1,2 m); półsztywne etui na słuchawki; woreczek na przewody

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Audio-Technica poszerza swoją gamę o nowe słuchawki bezprzewodowe klasy premium. Model ATH-AR5BT obsługuje Bluetooth 4.1 oraz kodeki aptX, AAC i SBC, a dzięki opcji przewodowego połączenia umożliwia także odtwarzanie dźwięku high-res. Wysoką jakość brzmienia zapewniają 45-milimetrowe przetworniki, a funkcjonalność modelu zwiększa akumulator dostarczający energię na 30 godzin pracy.

Nowe bezprzewodowe słuchawki klasy premium Audio-Techniki, ATH-AR5BT, łączą elegancką, lekką i łatwą do przenoszenia konstrukcję z niezwykłą jakością dźwięku. Dzięki temu wyrafinowanemu modelowi z technologią Bluetooth fani muzyki mogą cieszyć się swoimi ulubionymi nagraniami nawet poza domem, przy zachowaniu całkowitego komfortu – bez konieczności podłączania kabla. Wybierając opcję przewodowego połączenia ten wokółuszny model z łatwością odwzorowuje wysoką jakość dźwięku plików high-res.

Zaprojektowane od podstaw, dynamiczne przetworniki o średnicy 45 mm dostarczają wysokiej jakości dźwięk za pośrednictwem bezprzewodowego połączenia ze smartfonem, tabletem, laptopem lub innym urządzeniem audio obsługującym Bluetooth. Przetworniki są także specjalnie dostrojone pod kątem miłośników muzyki poszukujących detalicznego brzmienia high-res audio.

Wbudowany w ATH-AR5BT akumulator, po jego pełnym naładowaniu, umożliwia ciągłe słuchanie muzyki przez aż 30 godzin. Dzięki temu użytkownik może przez długi czas cieszyć się swoimi nagraniami, bez potrzeby ciągłego kontrolowania stanu naładowania baterii. Gdy zapas energii jest niewielki wystarczy sięgnąć po dołączony do słuchawek przewód USB, aby w ciągu pięciu godzin ponownie do pełna naładować akumulator. Ponadto użytkownik może wykorzystać drugi, odłączany kabel do smartfonów, jako alternatywę dla trybu bezprzewodowego, aby odtwarzać dźwięk w tradycyjny, przewodowy sposób.

W przypadku długich sesji odsłuchowych, bardzo ważną kwestią jest wygoda użytkowania. Kołnierze muszli i pasek nagłowny wypełnione są miękką pianką z pamięcią kształtu. Dopasowanie do głowy ułatwia regulowany suwak, dzięki czemu każdy użytkownik będzie mógł cieszyć się pewnym i komfortowym dopasowaniem. Ponadto wokółuszna konstrukcja zwiększa skuteczność izolacji od dźwięków z zewnątrz, pozwalając jeszcze bardziej zanurzyć się w muzyce.

Słuchawki ATH-AR5BT oferowane są w trzech atrakcyjnych i przyciągających wzrok kolorach – czerwonym, czarnym i srebrnym. Model ten zwraca uwagę także swoim eleganckim, zakrzywionym profilem i metalicznym wykończeniem klasy premium. Zarówno podczas codziennych dojazdów do pracy, jak i w trakcie dalszych podróży, lekka, składana konstrukcja ATH-AR5BT ułatwia przechowywanie słuchawek w torbie lub dużej kieszeni płaszcza.

Model ATH-AR5BT obsługuje Bluetooth 4.1 i kodeki aptX, AAC oraz SBC, a także wyposażony jest w technologię NFC (Near Field Communication), która upraszcza parowanie słuchawek z innymi urządzeniami kompatybilnymi z Bluetooth. Aby ułatwić sterowanie urządzeniami Bluetooth podczas podróży, projektanci zintegrowali z muszlą wokółuszną przyciski do regulacji głośności oraz mikrofon.

ATH-AR5BT wyposażone są w 1,2-metrowy przewód smartfonowy z wbudowanym zdalnym sterowaniem, a także w etui umożliwiające przechowywanie słuchawek, np. podczas podróży.

Słuchawki Audio-Technica ATH-AR5BT dostępne będą w listopadzie br. Cenę modelu poznamy w chwili wprowadzania go do sprzedaży.

 

Specyfikacja techniczna

Rodzaj Dynamiczne
Przetwornik 45 mm
Czułość -44 dB (1 V/Pa przy 1 kHz)
Pasmo przenoszenia 5 – 40 000 Hz
Maksymalna moc wejściowa 1500 mW
Impedancja 39 Ω
Waga 242 g (bez kabli)
Bluetooth Wersja 4.1
Obsługiwane kodeki Qualcomm® aptX™, AAC, SBC
Akcesoria Odłączany przewód do smartfonów (1,2 m), kabel USB do ładowania (1,0 m), etui ochronne

Dystrybucja: Audio Klan

  1. Soundrebels.com
  2. >

Wprowadzamy na rynek nową, ulepszoną wersję najlepiej sprzedającego się w historii gramofonu marki VPI! Nowy gramofon jest lepszy niż jego poprzednik, oferując jakość której nie spodziewamy się biorąc pod uwagę jego cenę. Model Scout był jednym z najlepiej ocenianych gramofonów ostatnich lat! Scout stał się najtańszym gramofonem zaliczonym do kategorii ,,Class B” miesięcznika Stereophile.
Ewolucyjne zmiany jakie zostały w nim poczynione doprowadziły do powstania nowego modelu noszącego nazwę Prime Scout. Można go ustawić i wyregulować w ciągu kilku minut. Jego dźwięk charakteryzuje się szybkością i szczegółowością, głębią i wybitną sceną, a naturalnie brzmiąca średnica jest warta zastosowania wysokiej klasy wkładek gramofonowych.
VPI Prime Scout może poszczycić się wspaniałym wyglądem, a poza tym ma na wyposażeniu doskonałe ramię JMW9, zaś jego niskoszumowy silnik pracuje z prędkością 500 obrotów na minutę.
Gramofon dostępny jest w dystrybucji Hi-Fi Club w cenie 9 900 PLN (bez wkładki).

Gramofon:
• Obudowa wykończona czarnym winylem nałożonym na MDF połączone z płytą stalową celem uzyskania jak najlepszej stabilności i tłumienia rezonansów.
• Masywny talerz o wykonany ze stopu aluminium 6061 o wadze 5 kg.
• Grubość talerza 3,3 cm.
• Talerz umieszczony na łożysku znajdującym się w ,,kąpieli olejowej”.
• Synchroniczny silnik prądu zmiennego umieszczony w wolnostojącej obudowie.
• W zestawie znajduje się zakręcany docisk gramofonowy wykonany z polimeru o nazwie Delrin. Z tego samego materiału wykonano nóżki antywibracyjne.

Ramię:
• Wysokiej jakości dziewięciocalowe ramię JMW 9.
• JMW 9 oferuje wszystkie zalety konstrukcji jednopunktowej (unipivot).
• Ramię wykonane z polerowanej stali nierdzewnej posiada wewnętrzne wytłumienie.
• Ramię posiada łożysko o małych luzach oparte na stalowym szpindlu, które wyposażone jest w regulację VTA za pomocą żłobkowanego pierścienia.
• Konstrukcja ramienia umożliwia dokonanie wymiany wkładki gramofonowej w mniej niż 30 sekund.
• Precyzyjna, regulowana przeciwwaga pozwala na wykorzystanie maksimum możliwości zamontowanej wkładki gramofonowej.
• Opcja regulacji antyskatingu.
• Zastosowanie wysokiej jakości gniazd umożliwia podłączenie dowolnego interkonektu RCA.

Dostępne opcje:
• Talerz z modelu Prime o grubości 5 cm i wadze 9 kilogramów
• Pierścień dociskowy na zewnętrzny obwód płyty (wyłączenie z talerzem modelu Prime)
• Podstawa ramienia pozwalająca na regulację VTA w trakcie pracy
• Ramię 3D powstałe dzięki technologii drukowania przestrzennego
• Super precyzyjny regulator prędkości – ADS (Analog Drive System).

Specyfikacja techniczna:

• Wow and flutter: 0.08% WRMS
• Szum/Rumble: >78dB poniżej
• Dokładność obrotów: 0.08%
• Wymiary (szer. x głęb. x wys.): 483 mm x 381 mm x 216 mm
• Waga: 14.5 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

O ile wybierając wakacyjne destynacje egzotyka kojarzy nam się głównie z oddalonymi o tysiące kilometrów tropikalnymi zakątkami, to już ograniczając się li tylko do naszego – rodzimego audio podwórka sytuacja mówiąc najogólniej nieco się zmienia. Nikogo już nie dziwią urządzenia i wszelakiej maści okablowanie z najodleglejszych peryferii Azji (Audio Tekne, Neotech), Kanady (Hansen, Kronos, Tenor, Verity Audio), Nowej Zelandii (Antipodes Audio, Plinius), czy nawet RPA (Vivid Audio), za to wystarczy wspomnieć o serbskim Trafomaticu i Auris Audio, czy czeskim Blocku by nawet charakteryzujący się audiofilską skazą interlokutor wykazał co przynajmniej lekkie zaciekawienie krajem pochodzenia. Trochę to dziwne, gdyż nasze – krajowe wyroby jakoś nikogo nie dziwią a część z nich ma świetną passę nie tylko nad Wisłą, ale i poza granicami Polski. Nieco inne podejście reprezentują osoby pamietające lata 70-te i początek 80-ych, dla których oczywistą oczywistością było, że najlepszą elektroniką w tzw. Demoludach mogli pochwalić się … Węgrzy. To właśnie oni mieli zlokalizowanego w Székesfehérvár Videotona, po którego kolorowe odbiorniki telewizyjne i kolumny ustawiały się iście kilometrowe kolejki. Czasy się jednak zmieniły a z dawnych kombinatów i pereł w koronie partyjnej wierchuszki zostały li tylko wspomnienia, bądź jedynie dawno rozdysponowane prawa do marek. Całe szczęście nie wszystko cytując klasyka „przeminęło z wiatrem”, gdyż tak jak w Polsce, tak i na Węgrzech powstają nowe, lecz czerpiące z wiedzy i doświadczenia tych, co dawne czasy pamiętają, marki i jedną z nich mamy przyjemność dziś Państwu przedstawić. O historii Audio Hungary, bo to ją weźmiemy pod lupę, na pierwszy rzut oka wiadomo niewiele, jednak z materiałów znalezionych w sieci dość jasno wynika, że w skład ich struktur wchodzi know-how i tzw. potencjał ludzki nabytego a następnie zmodernizowanego węgierskiego producenta sprzętu pro-audio Univox . To nie jedyny wątek o podłożu historycznym, jednak nie chcąc już na samym wstępie odkrywać wszystkich kart serdecznie zapraszamy do zapoznania się z dzieloną amplifikacją rezydującej w miejscowości Nyíregyháza wspomnianej marki Audio Hungary w postaci przedwzmacniacza liniowego APR 204 i stereofonicznej końcówki mocy APX 200.

Kontynuując wątek historyczno – audiofilski i wertując nieco dokładniej przeszłość Univoxa bardzo szybko okazuje się, że ów nabytek swoje początki datuje na lata czterdzieste ubiegłego milenium a produkty powstające w tamtejszych zakładach sygnowane były markami „Audio”, „EAG” i BEAG (Budapest Electro-Acoustics Factory). O skali i renomie ówczesnych węgierskich produktów najlepiej świadczy fakt, iż to właśnie BEAG dostarczał systemy nagłośnieniowe PA na moskiewską olimpiadę w 1980 r.
Jeśli zastanawiają się Państwo po co o tym wszystkim piszę i po co babram się pożółkłych pergaminach będących świadectwem modelu gospodarki centralnie sterowanej o którym większość z nas wolałaby raz na zawsze zapomnieć spieszę z wyjaśnieniami, iż owa retrospekcja wcale nie jest tak abstrakcyjnie odległa od tematyki dzisiejszej recenzji, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Nie wierzycie? Oto dowód.
Dość utylitarna szata wzornicza dostarczonych przez krakowskiego dystrybutora urządzeń z jednej strony ma całkiem logiczne wytłumaczenie w postaci wspomnianej bazy materiałowo – produkcyjnej, czyli Univoxa a z drugiej, jeśli tylko poszpera się nieco głębiej i sięgnie właśnie do czasów tzw. „demoludów” i lat siedemdziesiątych, to nagle okaże się że Classic APX 200 jest konstrukcją zaskakująco podobną do … dostępnej w latach 70-ych na Węgrzech monofonicznej końcówki mocy BEAG APX 100. Najwidoczniej pan Laszlo Fabian – właściciel i główny inżynier Audio Hungary uznał, że nie ma sensu wyważać już otwartych drzwi i mając na stanie wielce udany i sprawdzony projekt warto poświęcić mu „trochę czasu” i dostosować do współczesnych realiów. I w ten właśnie sposób powstał pierwszy, przecierający ścieżki oficjalny produkt sygnowany przez Audio Hungary.

No dobrze, najwyższy czas przestać bawić cię w IPN i wreszcie skupić się na tytułowych urządzeniach. Idąc zatem zgodnie z kierunkiem przepływu sygnałów przyjrzyjmy się w pierwszej kolejności przedwzmacniaczowi APR 204. To całkiem zgrabna, dość lekka konstrukcja o niezaprzeczalnie surowej i minimalistycznej aparycji. Pomiarowo – profesjonalne wrażenie potęguje włącznik główny w postaci potężnego przełącznika hebelkowego umieszczony po lewej stronie srebrnego, szczotkowanego, przedzielonego biegnącym poziomo czarnym pasem frontu. Centralne miejsce na ścianie przedniej przypadło równie surowej gałce selektora wejść regulacji głośności przydzielono bliźniacze pokrętło umiejscowione po stronie prawej a pomiędzy nimi skromnie przycupnęło wyjście słuchawkowe. Pomimo ukrytych wewnątrz lam korpus jest bryłą zamkniętą, lecz na tyle gęsto ponacinaną na płycie górnej, że jeśli tylko nie zapomnimy o zapewnieniu odpowiedniej przestrzeni nad preampem, to nie powinniśmy mieć z nim najmniejszych problemów. Całość usadowiono na czterech solidnych nóżkach zapewniających zarówno stabilność, jak i całkiem niezłą izolację od podłoża.
Na ścianie tylnej znajdziemy pojedynczą parę wyjść, trzy pary wejść liniowych wzbogacone o wejścia (wszystkie w standardzie RCA) na zaimplementowany przedwzmacniacz gramofonowy MM z dedykowanym zaciskiem uziemienia i trójbolcowe, zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające IEC. W stopniu wejściowym i phonostage pracują cztery podwójne triody Tungsram ECC83 a w stopniu wyjściowym para E88CC Tesli.

Stereofoniczna końcówka mocy APX 200 niejako powiela wzornictwo przedwzmacniacza, z tą tylko różnicą, iż nad charakterystycznym płatem szczotkowanego aluminium pojawiła się stanowiąca bazowy profil korpusu kruczoczarna nadbudówka z centralnie umieszczonym okrągłym bulajem ze wskaźnikiem ułatwiającym ustawianie Biasu. A właśnie, o ile w APR 204 środkowa gałka odpowiadała za wybór źródła to w APX 200 z jej pomocą sprawdzamy kondycje lamp wyjściowych. Jeśli kogoś dziwi obecność na froncie pokrętła głośności, to proszę przejść nad tym faktem do porządku dziennego, gdyż Węgrzy podobnie jak daleko nie szukając Japończycy w niedawno przez nas recenzowanym Air Tightcie ATM-2 wykonali ukłon w kierunku odbiorców, którym jedno, lub jak w ATM-2 dwa, wejście w zupełności wystarcza i nie widzą potrzeby sztucznego multiplikowania wpinanych w tor urządzeń. O ile firmowe pre nacięcia miało jedynie na płycie górnej, to końcówka może się nimi pochwalić również na płaszczyznach bocznych i nawet na ścianie tylnej, gdzie znajdziemy pojedyncze terminale głośnikowe dedykowane obciążeniu 4 i 8 Ω. Wejścia liniowe również są pojedyncze i w standardzie RCA. W stopniu wyjściowym, w konfiguracji push-pull i klasie AB pracują cztery rosyjskie pentody 6P45S wspomagane na wejściu przez parę 6N23P i dwie 12AX7LP.

Przechodząc do sekcji poświęconej brzmieniu od razu zaznaczę, że zanim nie wpiąłem tytułowej parki w swój tor nie miałem bladego pojęcia czego można się po niej spodziewać. Klasyczne czyste konto, biała kartka i jedna a raczej dwie niewiadome. Od strony konfiguracyjno – użytkowej żadnych niespodzianek nie było i jedyne o czym warto pamiętać to to, żeby zarówno przed wyłączeniem, jak i włączeniem końcówki dopilnować aby była całkowicie wyciszona. Może to i oczywista oczywistość, ale wolę o tym wspomnieć, gdyż dzięki temu zaoszczędzimy sobie niezbyt przyjemnego strzału w głośnikach. A skoro przy głośnikach już jesteśmy, to wybierając je do Audio Hungary spokojnie możecie się Państwo zbytnio nie przejmować jej lampową budową i kierować jedynie własnymi upodobaniami oraz możliwościami lokalowymi, gdyż APC 200 przy swoich 100 W na kanał zdolna jest wysterować nawet trudne kolumny, czego dowiodła z dziecinną łatwością radząc sobie z moimi Gauderami co biorąc pod uwagę nader często obecny u mnie ciężki i „gęsty” aranżacyjnie materiał wcale nie jest regułą. Jedyne co mógłbym zasugerować, to synergii szukałbym z konstrukcjami grającymi bądź to neutralnie, bądź nawet nieco rześko, gdyż węgierski duet gra po prostu w 100% lampowo. Dziwne? Teoretycznie takie być nie powinno, jednak po przygodzie ze wspomnianym setem Air Tighta, któremu z wysyceniem średnicy i typowo lampową eufonią niezbyt było po drodze, wolę o takich drobiazgach zawczasu uprzedzać. Tutaj mamy za to świetne, urzekające wręcz barwy, których soczystość i saturacja w większości przypadków nieosiągalne są dla konstrukcji solid-state i coś, co sprawia, że słuchać można godzinami – podskórną, organiczną wręcz analogowość. Dźwięk jest gęsty, niemalże lepki, ale daleki od zmulenia, czy utraty rozdzielczości. Proszę tylko posłuchać jubileuszowego wydania „Slowhand 35th Anniversary (Super Deluxe)” Erica Claptona, gdzie obok standardowych wersji utworów pojawiają się zarówno duety, jak i utwory koncertowe ze świetnie oddaną akustyką Hammersmith Odeon i żywą reakcją publiczności. Węgierskie lampowce nie dystansują nas od tego spektaklu, nie ograniczają odbioru li tylko do chłodnej obserwacji zza szyby, lecz pozwalają być właśnie w centrum wydarzeń, stać w tłumie publiczności i chłonąc muzykę całym sobą. Nie muszę chyba dodawać, że właśnie w takich okolicznościach przyrody warto nieco nadwyrężyć dobrosąsiedzkie stosunki i jeśli tyko pora nie jest zbyt późna to pofolgować z głośnością i po prostu dać czadu. Poczujemy wtedy iście koncertowy drajw i potęgę płynącą ze sceny, oraz jakby na to nie patrzeć typowo profesjonalne, związane właśnie z systemami PA zaszyte wewnątrz surowych korpusów profesjonalne DNA. Choć wysokie tony są nieco zaokrąglone a najniższym składowym wyrosła w okolicy pasa sympatyczna oponka, to i tak i tak uwagę skupia na sobie średnica, która zalotnie wychodząc przed szereg w widoczny sposób faworyzuje ludzkie głosy sprawiając, że stają się bardziej namacalne, intymne wręcz.
Nawet nieco histeryczny a zarazem fenomenalnie pulsujący rytmem album „The Gold Experience” Prince’a nie stracił nic ze swojej spontaniczności a dodatkowe dopalenie średnicy przełożyło się jedynie na większą „krągłość” wyśpiewywanych przez niedawno zmarłego muzyka fraz. Z pozornie syntetycznej materii udało się powiem wyekstrahować drzemiący tam geniusz twórcy i niemalże progresywne partie gitarowe. Wsłuchajcie się Państwo w „Shhh” a bardzo szybko okaże się, że to wielce misternie utkane, wielowątkowe dzieło, które dopiero w odpowiedniej oprawie jest w stanie urzec swym ukrytym pięknem a Audio Hugary do owego piękna było w stanie dotrzeć.
Tę samą estetykę co wejścia liniowe oferuje wbudowany w APR 207 phonostage, który z czarnych krążków wyciąga praktycznie wszystko co najlepsze niespecjalnie przejmując się ich stanem technicznym, więc jeśli tylko od czasu do czasu lubimy sobie, czy to ze względów sentymentalnych, czy też czysto muzycznych sięgnąć po wyraźnie silnie wyeksploatowany „wosk” to przedwzmacniacz litościwie skupi się na wartości merytorycznej i czysto emocjonalnej nagrania i nie będzie się nad nami pastwił bezlitośnie eksponując mankamenty w stylu wszelakiej maści „smażeń”, trzasków, czy syków. O ile jednak obecność APR 204 niezaprzeczalnie zwiększa funkcjonalność amplifikacji, to dysponując podobnym, z wyjątkiem phonostage’a, interfejsem w swoim CD-35 nie omieszkałem też sprawdzić jak APX 200 radzi sobie solo. I wiecie co? Przynajmniej w moim systemie takie bezpośrednie spięcie posiadającego regulowany a przy tym zaprojektowany w domenie analogowej i w dodatku lampowy stopień wyjściowy źródła z również lampową końcówką mocy okazało się wielce synergiczne. Wzrosła nie tylko rozdzielczość, lecz i ilość słyszalnego audiofilskiego planktonu przez co nagrania w stylu „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, czy „Ariel Ramirez: Misa Criolla / Navidad Nuestra” Mercedes Sosy były w stanie dostarczyć nam nieco więcej informacji zarówno o akustyce obiektów w jakich dokonano nagrań, lecz również o usytuowaniu wykonawców we wektorach nie tylko szerokości i głębokości, co i wysokości a to akurat w przypadku kreolskiej liturgii wydaje się kluczowe. Zachowana została oczywiście typowo lampowa otoczka i gładkość przekazu, choć trudno żeby było inaczej skoro i 35-ka Ayona odpowiednią baterią szklanych baniek na pokładzie może się pochwalić. Warto zatem mieć na uwadze fakt, iż węgierska końcówka jest w stanie całkiem wdzięcznie zaprezentować się w znacząco droższym od siebie towarzystwie a co za tym idzie daje szansę na spore oszczędności podczas przyszłych modyfikacji posiadanego systemu.

Patrząc na aparycję należących do serii Qualiton Classic przedwzmacniacza APR 204 i stereofonicznej końcówki mocy APX 200 można byłoby dojść do całkowicie mylnych wniosków, iż ich producent – węgierska manufaktura Audio Hungary najwidoczniej chce w możliwie skuteczny sposób ukryć ich lampowe pochodzenie. Jednak proste, zamknięte i dość surowe bryły mają z jednej strony zapewnić bezpieczeństwo wszędzie tam, gdzie wystawione na forum publicum rozżarzone bańki mogłyby zagrozić zdrowiu naszych małoletnich pociech a z drugiej w pewien sposób odciągnąć naszą uwagę od ich magicznej, lampowej poświaty. Dzięki temu skupiamy się tylko i wyłącznie na dźwięku a ten z kolei okazuje się kwintesencją tego, czego większość z nas w lampach poszukuje – przyjemności odsłuchu.

Marcin Olszewski

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Wzmacniacz zintegrowany: Electrocompaniet ECI5
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

Opinia 2

Spoglądając na ogólny przekrój testowanych przez zdecydowaną większość periodyków branżowych urządzeń audio może wydawać się, że w materii wprowadzania nowych marek na nasz rynek mamy drastyczny zastój. Rozdający karty potentaci prawie krzyczą z okładek pism i z internetowych newsów o rozbudowywanej ofercie, co z jednej strony wydaje się być zjawiskiem nader naturalnym, ale z drugiej stawia truddną do przeskoczenia poprzeczkę dla oznajmiających co jakiś czas swoje istnienie beniaminków. Ale wiecie co? Według mnie sytuacja nie jest aż tak zła, na jaką wygląda, gdyż nikt nie powiedział, że wejście do gry nowego brandu będzie bułką z masłem, a jestem nawet zdania, że wbrew pozorom nowicjusze powinni być trochę wdzięczni takiemu stanowi rzeczy. Oszalałem? Niestety nie. Pomyślcie. Jeśli uda im się przebić przez wspomniane sito rozpoznawalnych poprzez jakość dźwięku wielkich graczy, droga do szerokiej rzeszy potencjalnych klientów osiągnie rozmiar czteropasmowej autostrady, a nie wątłej ścieżki, po której podąża kołacząca się na granicy bankructwa manufaktura. Jest tylko jeden warunek. Chcące wejść na zarezerwowany dla najlepszych pułap rozpoznawalności podmioty nie mogą proponować czegoś, co tylko udaje dobrą jakość, lecz w starciach z wieloma docelowymi systemami (tak recenzenckimi, jak i domowymi – u klientów) powinny wyjść co najmniej obronną ręką, a zapewniam, resztę załatwi najzwyklejsza w świecie poczta pantoflowa. Po co kreślę takie oczywistości? A no po to, że w dzisiejszej odezwie do czytelników zajmować się będziemy idealnie wpisującą się w we wstępniak marką z kraju dawnego bloku wschodniego, czyli węgierskim Audio Hungary. A co takiego w tym podejściu testowym mają do zaoferowania nasi idąc za znanym powiedzeniem historyczni bratankowie? Przyznam szczerze, dla wielu audiofilów będzie to ciekawy smaczek, czyli lampowy zestaw pre-power serii Classic model APR 204 + APX 200, którego wizytę w moich progach zawdzięczamy krakowskiemu dystrybutorowi Audio Trendt.

Jak zdążyłem zasygnalizować, mamy do czynienia z produktami w swych układach wewnętrznych wykorzystującymi lubiane przez wielu miłośników muzyki szklane bańki. Ale myliłby się ten, kto oczekiwałby typowej dla podobnych produktów obudowy typu platforma z wyeksponowanymi z przodu pojemnikami wolnych elektronów i tuż za nimi pięknie ubranych transformatorów. Panowie z Audio Hungary poszli drogą zabudowania całości układów elektrycznych w sporych gabarytowo, naszpikowanych blokami podłużnych otworów, a przez to umożliwiających dobrą wentylację, designem przypominających lata siedemdziesiąte, prostopadłościennych skrzynkach. Rozpoczynając od przedwzmacniacza liniowego jestem zobligowany zeznać, iż przy zbliżonych do standardowej szerokości i głębokości jest dość niski. Jeśli chodzi o ogólną prezentację organoleptyczną zwaną projektem plastycznym muszę wyraźnie wyartykułować, wspomniane naśladownictwo dawnych lat jest bardzo determinującym postrzeganie całości projektu elementem. Rzekłbym nawet, że podczas decyzji zakupowej tych konstrukcji wielu zainteresowanych osobników homo sapiens stanie przed wyborem kochaj, albo rzuć. Jak to wygląda? Niby nic specjalnego, tylko prosta, wykonana z blachy skrzynka. Jednak nie jest tak źle, gdyż po dokładniejszym przyjrzeniu się na froncie zauważamy naklejoną, zajmującą większość jego powierzchni, wykończoną w technice szczotkowania aluminiową nakładkę, na której w symetrycznych odległościach rozlokowano trzy ważne dla obsługi urządzenia manipulatory. Patrząc od lewej znajdziemy tam hebelkowy włącznik zasilania, w centrum gałkę selektora wejść, a na prawej flance pokrętło głośności. Ale to nie koniec pakietu ważnych informacji na temat akcesoriów frontowych, gdyż pomiędzy przywołanymi gałkami funkcyjnymi, w łamiącym monotonię wyglądu przedniego panelu czarnym nadruku na wspomnianej nakładce znajdziemy jeszcze istotne ostatnimi czasy dla wielu melomanów gniazdo słuchawkowe. Plecy liniówki podobnie do ascetyzmu awersu również nie pałają szaleństwem przyłączeniowym, ale powielając pakiet ciekawostek znajdziemy na nich kolejny, bardzo pożądany dodatek dla użytkowników gramofonów w postaci wejścia dla zaaplikowanego w standardzie, obsługującego wkładki MM phonostage’a. Obok tej zwiększającej funkcjonalność niespodzianki oferta kompatybilności z potencjalnym zestawem audio opiewa dodatkowo na trzy wejścia liniowe RCA, zacisk uziemienia i gniazdo zasilania.
Wkraczając w temat wyglądu końcówki mocy ważną informacją jest fakt podwojenia gabarytów obudowy w stosunku do przedwzmacniacza, ale w bardzo zbliżonej do niego wizerunkowej konwencji. O co chodzi? Do ubrania frontu wykorzystano identyczną nakładkę z aluminium, z tą tylko różnicą, że zajmuje ona jedynie dolną jego część, a zaaplikowane na niej manipulatory (oprócz włącznika) z racji obsługi układu wzmacniającego realizują nieco inne funkcje. Jakie? Centralna uruchamia proces sprawdzania i regulacji biasu lamp, a prawa sterując prostym potencjometrem czyni wspomnianą końcówkę mocy namiastką wzmacniacza zintegrowanego. Ładny ukłon dla użytkowników, nie sądzicie? Pozostawiając dolne parcele przedniej ścianki w spokoju jestem zobligowany poinformować, iż w centrum jej górnej części konstruktorzy z nad Balatonu usytuowali nadający projektowi plastycznemu ciekawy sznyt, wykorzystywany podczas regulacji prądów podkładu dla lamp mocy, wskazówkowy wskaźnik wychyłowy. Jeśli chodzi o panel przyłączeniowy testowanej 200-ki, z racji prostego zadania jakim jest praca w trybie końcówki mocy, proponuje nam symboliczne, bo pojedyncze wejście RCA, odczepy dla kolumn 4/8 Ohm i gniazdo zasilania. Jak można wywnioskować z powyższego opisu, teoretycznie zbędny podczas delektowania się muzyką blichtr wizualny urządzeń audio nie jest konikiem projektantów z Węgier, co przypuszczać jasno daje do zrozumienia, że celem jest clou tematu, czyli efekt soniczny.

Wpinając w swój tor podobne do testowanych, czyli wykorzystujące w układach elektrycznych lampy elektronowe, urządzenia zawsze zastanawiam się, w jakim kierunku podryfuje mój kreowany przez kilka lat dźwięk. Dlaczego? Przyczyny są dwie. Biorąc pod uwagę startową soczystość mojego systemu pierwszą jest obawa, że zbyt duża dodatkowa dawka gładkości wysokich i wysycenia średnich tonów mogłaby zabić wypracowaną przez lata konfiguracji energię grania. Zaś druga, oceniania przez pryzmat lamp udających tranzystory ostrzega przed zbyt drastycznym wycięciem wspomnianych wcześniej składowych pasma akustycznego, co mogłoby skutkować utratą magii prezentowanej muzyki. Oczywiście najczęściej okazuje się, że strach ma wielkie oczy, ale bez ściemy, wspomniane obawy występują u mnie za każdym razem. A co stało się po aplikacji produktów z Węgier? Może wypadnie to przekornie, ale na szczęście lampa zagrała jak lampa. Owszem, kilka ważnych dla przekazu muzycznego aspektów przełożyła na swoją modłę, jednak biorąc pod uwagę cenę testowanej konfiguracji pre-power odebrałem to jako adekwatne do możliwości danego pułapu cenowego inne spojrzenie na muzykę, a nie jej szkodliwe uśrednianie. Jakiś konkrety? Proszę bardzo. Nasi sprzymierzeńcy w obecnej walce z Unią Europejską zwiększają magię słuchanego repertuaru muzycznego. To naturalnie odbija się na delikatnej utracie krawędzi dźwięków i przenikliwości blach perkusisty w górnym pasmie, ale według mnie jest całkowicie wyzerowane pięknem brzmienia większości stawiających na barwę z gitarą włącznie instrumentów. Jak to zwykle bywa, oponenci takiej prezentacji powiedzą, że zestaw potocznie mówiąc “muli”, ale natychmiast jako kontrę mogę przedstawić dozgonnych wielbicieli tego stylu grania, którzy nawet na madejowym łożu zeznają, iż to kwintesencja dobrej lampy. Dlatego też decyzję za, czy przeciw pozostawiam potencjalnemu zainteresowanemu, a w dalszej części tekstu na podstawie kilku pozycji płytowych postaram się wyłożyć jak kawę na ławę usłyszane podczas obcowania z węgierskimi zabawkami niuanse brzmieniowe. Na początek weźmy koreańską piosenkarkę Youn Sun Nah z krążkiem “Same Girl”. Znam tę płytę prawie na pamięć i powiem Wam, taki repertuar dla seta 204-ki z 200-ką jest wręcz wymarzony. Dlaczego? Większość to ballady, a do tego stawiające na piękno wybrzmiewania damskiego głosu, w czym dobra lampa wydaje się być niedościgniona. Gdy popłynęły pierwsze utwory zostałem obdarowany takim realizmem tembru wokalizy artystki, że nawet w założeniach nieco bardziej energetyczna, a w wykonaniu tytułowego zestawienia nazbyt spokojna inkarnacja coveru Metallicy nie zmieniła mojej dobrej oceny tej produkcji płytowej. Dlaczego jestem taki łaskawy? Przecież pisałem, mam do czynienia z rasowym przedstawicielem szklanych baniek, dlatego też posiadając bardzo gęsty system i będąc obiektywnym ze startu musiałem nieco inaczej skonfigurować swoje oczekiwania. Inne postawienie sprawy mogłoby wyglądać na polowanie na czarownice, a przecież w procesach testowych nie o to chodzi. Mam napisać co usłyszałem, a interpretacja tegoż należy do czytelnika. Ok. idźmy dalej. Płyta zespołu Medeski, Martin and Wood “The Dropper”. To jest zdecydowanie żywsze, stawiające na energię i szybkość granie, co może nie było palcem Bożym dla Węgrów, ale wyraźnie pokazało, że jeśli z ich udziałem chcemy słuchać podobnego repertuaru, musimy co najmniej zadbać o zdecydowanie szczuplejsze w masie kolumny. W koalicji ze stacjonującymi u mnie Austriakami dźwięk był zbyt dostojny i pozbawiony oczekiwanego od takiej muzy pazura. Owszem, odsłuch tego materiału był bardzo przyjemny, ale chyba nie o to muzykom chodziło. To miał być wulkan dźwięków, a nasycona lampka oferowała paletę barw jesieni zamiast serii burzowych piorunów. I gdy tak w zadumie słuchałem tej produkcji, przyszła mi do głowy ciekawa myśl: “Co w takim razie stanie się po aplikacji do CD-ka płyty z dobrze zrealizowanym jazz-em?”. Szybkim krokiem podszedłem do półki z podobnym repertuarem i dość nieoczekiwanie padło na polską grupę RGG w interpretacji twórczości Karola Szymanowskiego zatytułowaną “Szymanowski”. Efekt? Wydaje mi się, że rodacy pogodzili wszystkich. Z jednej strony odczuwałem pozłocenie blach perkusji i nieco większą grę pudłem ważnego dla tej formacji kontrabasu, ale z drugiej znaczącej poprawie pod względem kolorystyki wybrzmień uległ fantastycznie wykreowany fortepian. Ba, nawet nieco mniej zwarte bębny przy delikatnie zaokrąglonym ataku potrafiły zaspokoić moje bardzo wygórowane pod względem ich energii oczekiwania. Myślicie, że szyję dobry werdykt? Bynajmniej. Piszę to wszystko w oparciu o wiedzę, z czym miałem do czynienia, a przecież od początku zaznaczam, że z typowym lampiakiem, który w testowej przypadkowości został wrzucony do już na starcie obdarowanego w barwę systemu. Dlatego też, apeluję również do Was, aby lekceważącym podejściem do przypadkowej konfiguracji podczas wyciągania wniosków nie skrzywdzić naszych bohaterów. Aby dobrze zinterpretować moje wywody, należy przyłożyć odpowiedni filtr, w innym wypadku cały trud przelania obserwacji na klawiaturę pójdzie na marne.

Jak wspominałem w rozbiegówce, aplikacja węgierskiego tandemu APR-204 i APX-200 w mój tor była obciążona naturalnymi, zawsze nasuwającymi się pytaniami typu ciepło i gęsto, czy szczupło i szybko. Oczywiście uzyskany wynik zazwyczaj nie ma większego wpływu na końcowe w domenie dobre lub złe wnioski, tylko podczas dobierania słów opisujących zastane brzmienie pozwala mi przyłożyć odpowiedni filtr. I wiecie co? Cieszę się, że goszczone produkty nie udawały czegoś, czym nie są, czyli przekładając z polskiego na nasze będąc urządzeniami lampowymi grały z przypisaną dla szklanej bańki manierą. Naturalnie nie jest to dźwięk dla każdego, ale nie zdziwiłbym się, gdyby po skorelowaniu serii Qualiton z bardzo szybkimi kolumnami nawet oponenci lamp znaleźli w takim zestawieniu wiele pożądanych cech. Zatem jak wyobrażam sobie odpowiedni dla komponentów Hungary Audio system? Pewnie się zdziwicie, ale nawet nieco pokolorowane układanki mogą z takiego ożenku coś ugrać. Jednak jeśli miałbym strzelać w ciemno, powiedziałbym tak, wszystkie oscylujące na krawędzi neutralności nie mówiąc już o przedstawicielach zdiagnozowanej anoreksji systemy z dobrodziejstwa testowanego zestawienia bez dwóch zdań będą czerpać pełnymi garściami. Nie wierzycie? Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić wszystkich niedowiarków do osobistej weryfikacji.

Jacek Pazio

Dystrybucja: Audio Trendt
Ceny:
Audio Hungary Qualiton Classic APR 204: 6 290 PLN
Audio Hungary Qualiton Classic APX 200: 13 899 PLN

Dane techniczne
Audio Hungary Qualiton Classic APR 204
Nominalny poziom wyjściowy (RCA): 2 V
Czułość wejściowa (RCA): 500 mV
Czułość wejściowa (Phono): 5 mV
Liczba wejść: 3 niezbalansowane (RCA), 1 MM (PHONO)
Liczba wyjść: 1 niezbalansowane (RCA), 1 wyjście słuchawkowe.
Max. sygnał wejściowy (RCA): 7 V
Max. sygnał wejściowy (Phono): 200 mV
Poziom wzmocnienia (RCA): +12 dB
Poziom wzmocnienia (Phono): +52 dB, (f = 1 kHz)
Zniekształcenia harmoniczne THD (RCA): < 0.05%, (f = 1 kHz, poziom wejściowy: 500 mV)
Zniekształcenia harmoniczne THD (Phono): < 0.5%, (f = 1 kHz, poziom wejściowy: 5 mV)
Zakres częstotliwości (RCA): 4 Hz – 300 kHz, (-1 dB)
Zakres częstotliwości (Phono): 20 Hz – 20 kHz, (-0.3 dB)
Impedancja wejściowa (RCA): 100 kΩ
Impedancja wejściowa (Phono): 47 kΩ
Stosunek sygnału do szumu (RCA): > 100 dB
Stosunek sygnału do szumu (Phono): > 70 dB
Lampy: 4 x Tungsram ECC83; 2 x Tesla E88CC
Waga: 8.4 kg
Wymiary: 43 x 10 x 32 cm

Audio Hungary Qualiton Classic APX 200
Moc wyjściowa: 2 x 100 W, stereo
Zniekształcenia harmoniczne (THD): < 1% (f = 1 kHz)
Zakres częstotliwości: 15 Hz – 100 kHz (-3 dB)
Czułość wejściowa: 665 mV, (RCA)
Liczba wejść: 1 (RCA)
Liczba wyjść: 1 (RCA)
Stopień wzmocnienia: +32.5 dB (8 Ω); +29.5 dB (4 Ω)
Impedancja wejściowa: 10 kΩ
Nominalna impedancja na wyjściu głośnikowym: 4 Ωi 8 Ω
Stosunek sygnału do szumu: > 101 dB
Pobór prądu max.: 520 W
Lampy: 4 x 6P45S; 2 x 6N23P; 2 x 12AX7LP
Waga: 29.6 kg
Wymiary: 43 x 18,5 x 40 cm

System wykorzystywany w teście:
– źródło: Reimyo CDT – 777 + DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

MCD350 to nowy, purystyczny odtwarzacz płyt SACD oraz CD, a także płyt z nagranymi plikami MP3 lub WMA. Posiada wyjścia analogowe RCA i XLR o stałym poziomie sygnału a także cyfrowe wyjścia koncentryczne i optyczne. Wszystkie wyjścia elektryczne mają złocone styki.
Jego konstruktorzy skupili się na stworzeniu urządzenia, które będzie oferowało jak najwyższą jakość w stosunku do swojej ceny. Jednym z najważniejszym rozwiązań zastosowanych w MCD350 jest super cichy mechanizm napędu i transportu płyty. Wykonana z odlewanego aluminium szuflada transportu, stanowi dodatkowy element konstrukcyjny o wysokiej jakości, którym można się cieszyć podczas codziennej eksploatacji. Najnowszej generacji oprogramowanie umożliwia szybsze, cichsze oraz dokładniejsze przetwarzanie danych.

Wykorzystując specjalnie w tym celu opracowany napęd, płyta CD lub SACD obraca się z dwukrotnie wyższą prędkością od standardowej. Dane są kierowane do pamięci bufora co pozwala na zwiększenie precyzji prowadzenia lasera oraz polepszenie korekcji błędów. MCD350 posiada system dwóch laserów, współpracujących z jedną soczewką a różne długości fal świetlnych są dopasowane do optymalnego odczytu płyt SACD (650nm) i CD (790nm).
Urządzenie odtwarza płyty SACD i CD z nadzwyczajną precyzją i wyrafinowaniem. Zastosowany symetryczny, dwukanałowy przetwornik cyfrowo-analogowy to wersja 32-bit/192kHz o szerokim zakresie dynamiki i ekstremalnie niskich zniekształceniach.
Wyświetlacz umiejscowiony za panelem przednim wykonanym ze szkła pokazuje wszystkie kluczowe informacje na temat odtwarzanych płyt.
Na wyposażeniu są też wejścia dla sygnałów sterujących i wejście oraz wyjście wyzwalacza.

Urządzenie jest już dostępne w dystrybucji Hi-Fi Clubu w cenie det. 21 500 PLN

Cechy urządzenia:
– Stereofoniczny odtwarzacz płyt SACD/CD/MP3/WMA
– Symetryczny przetwornik cyfrowo-analogowy TRUE DUAL MODE DSD/PCM 32-bit/192kHz
– Gniazda RCA i XLR o stałym poziomie natężenia sygnału
– Gniazda wyjściowe sygnału cyfrowego: koncentryczne RCA i optyczne Toslink
– Podwójna szybkość odczytu płyt CD/CD-R/CD-RW
– Podwójny laser odczytujący dane z płyt CD i SACD
– Gniazda obsługi technicznej i komunikacji systemowej
– Pilot

Specyfikacja urządzenia:
Odtwarzane formaty płyt: SACD, CD, MP3, WMA
Ilość kanałów: 2
Gniazda analogowe: RCA o stałym napięciu 2Vrms, XLR o stałym napięciu 4Vrms
Zakres pasma częstotliwości: SACD 4HZ-40kHZ +0.5dB/-2dB; CD 4HZ-20kHZ +/-0.5dB
Stosunek Sygnał/Szum: 108dB
Zakres dynamiki: 100dB
Poziom zniekształceń harmonicznych: SACD 0.003%; CD 0.002%
Gniazda cyfrowe (wyjściowe): jedno koaksjalne RCA i jedno optyczne Toslink
Wymiary: (SxWxG) 44.5 x 15.3 x48.3 cm
Waga: 12,7 kg