Monthly Archives: czerwiec 2018


  1. Soundrebels.com
  2. >

McIntosh MCT500 to transport płyt SACD/CD z możliwością odtwarzania plików wysokiej rozdzielczości z pamięci USB.
Posiada cztery wyjścia cyfrowe: symetryczne XLR, koncentryczne RCA, optyczne Toslink i firmowe wyjście MCT. Sygnał wyjściowy możemy podłączyć do dowolnego urządzenia z kompatybilnym wejściem cyfrowym i konwerterem cyfrowo-analogowym. W przypadku oferty produktowej samego McIntosha odpowiednimi partnerami będą wszystkie wzmacniacze zintegrowane, przedwzmacniacze i procesory AV.
Odczytywane są płyty SACD, CD, CD-R/RW oraz DVD-R. Oprócz tego gniazdo USB na ściance przedniej pozwala na odtwarzanie plików z pamięci USB. Pliki mogą być także odtwarzane z napędu optycznego z płyt CD lub DVD. Obsługiwane są pliki AAC, AIFF, ALAC, DSD (do DSD128), FLAC, MP3, WAV (do 24-bity/192kHz) oraz WMA.Do odtwarzania płyt SACD konieczne jest wykorzystanie firmowego złącza MCT i współpraca z urządzeniem, które posiada kompatybilne wejście, gwarantujące przesłanie sygnału muzycznego w najprecyzyjniejszy z możliwych sposobów. Kabel cyfrowy pozwalający wykorzystać złącze MCT znajduje się na wyposażeniu transportu.

Takie możliwości mają modele D1100, D150, C52, C2600, C47, MA9000, MA8900, MA7200, MAC7200 oraz MA5300. Przez złącze MCT można oczywiście przesłać sygnał ze zwykłych płyt CD czy odtwarzanych plików. Wyjście MCT obsługuje maksymalnie 96kHz/24bitów, tak więc kiedy potrzebna jest obsługa wyższych rozdzielczości należy wykorzystać inne wyjście.
Czytnik ma podwójny laser. Zastosowano zaawansowany transport z aluminiową tacką na płyty. W cichej i szybkiej pracy mechanizmu pomaga cyfrowe servo. Dane z płyt są odczytywane z podwójną prędkością aby poprawić śledzenie i korekcję błędów. Podwojenie prędkości odczytu umożliwia dokładniejsze odtwarzanie m.in. porysowanych płyt.
Wyposażenie uzupełniają tradycyjnie gniazda do przekazywania sygnałów wyzwalaczy i sygnałów sterowania. Zapewniają one doskonałą komunikację MCT500 z innymi urządzeniami firmy McIntosh.
Obudowę transportu wykonano częściowo z pięknie wypolerowanej stali nierdzewnej która idealnie współgra z klasycznym szklanym panelem przednim McIntosha i aluminiowymi panelami bocznymi.

Dane techniczne MCT500:
• Stereofoniczny transport płyt SACD/CD.
• Odczytywane płyty – SACD, Hybrid SACD, CD, DVD-R, CD-R/RW (z plikami HD)
• Możliwość odczytu plików HD za pośrednictwem gniazda USB obsługującego następujące formaty: AAC, AIFF, ALAC, DSD (max. DSD128), FLAC, MP3, WAV (max. 24bit-192kHz) oraz WMA.
• Gniazda wyjściowe sygnału cyfrowego: XLR, koaksjalne RCA, optyczne Toslink, MCT
• Maksymalne obsługiwane rozdzielczości na wyjściu XLR – 192kHz/24bity
• Maksymalne obsługiwane rozdzielczości na wyjściu RCA – 192kHz/24bity
• Maksymalne obsługiwane rozdzielczości na wyjściu optycznym Toslink – 192kHz/24bity
• Maksymalne obsługiwane rozdzielczości na wyjściu MCT – 96kHz/24bity, DSD128
• Odlewana z metalu tacka transportu płyty.
• Pilot zdalnego sterowania.
• Wymiary SxWxG – 445x153x483 mm
• Waga – 11,8 kg

Dystybucja: HI-FI Club
Cena: 20 800 PLN

  1. Soundrebels.com
  2. >

Firma z siedzibą w Bazylei, założona przez dość młodego, ale bogatego doświadczeniem inżyniera dźwięku i wynalazcę Svena Boenicke, aktualizuje ofertę na polskim rynku, proponując cztery podstawowe modele zestawów głośnikowych: mikro-monitorami W5, maleńkimi wolnostojącymi W8, dużo większymi W11 oraz nieznacznie szerszymi – lecz wyposażonymi w mocniejszy arsenał przetworników oraz aktywną sekcję basową ze wzmacniaczem w klasie D – W13.

Boenicke to jedne z najoryginalniejszych high-endowych konstrukcji głośnikowych. Prezentują się one stuprocentowo designersko, a skrzynki o nietypowych kształtach i proporcjach wyposażone są w głośniki w egzotycznych konfiguracjach i z membranami dalekimi od powszechnych standardów. Wszystkie konstrukcje są wręcz naszpikowane autorskimi patentami, takimi jak: membrany średniotonowe z drewna, stożkowe mid-tweetery, boczne woofery o dużym skoku membrany, „uprzestrzenniające” dźwięk tylne kopułki wysokotonowe, czy wielopinowe gniazda do regulacji poziomu niskich tonów. Nie sposób także przejść obojętnie obok podstawek W5 w postaci cienkich prętów i prawie niewidocznych, „pływających” cokołów dedykowanych konstrukcjom podłogowym. Jeśli chodzi o poziom wykonania obudów z litego drewna, jest on perfekcyjny: dopiero z bliska widać, że gładka, wykończona na dyskretny mat całość składa się z klepek. Nie powinien zatem dziwić fakt, że obudowy od środka przyjmują postać wydrążonych kratownic z komorami akustycznymi o skomplikowanych kształtach. Jakby tego było mało, wszystkie cztery modele można zakupić w mocno ulepszonych wersjach: SE oraz SE+. Konstruktorzy rozwijają tu swoją tuningową pasję, proponując zmodyfikowane przetworniki, uzupełnione starannie dopasowanymi układami rezonatorów, odpowiednio przestrojonymi zwrotnicami na komponentach najlepszej klasy, a także inne wyśmienite (i czasami egzotyczne) akcesoria pochodzące od renomowanych producentów.

Monitory W5 kosztują 16 900 PLN za parę, filigranowe podłogówki W8 – 26 900 PLN, większe W11 – 39 900, a flagowe W13 – 99 000 PLN. Ceny te dotyczą wersji podstawowych – wersje SE i SE+ są odpowiednio droższe. Np. W5 SE kosztują 21 900 PLN, a W5 SE+, 29 900 PLN. Obudowy można zamówić wykonane z następujących rodzajów drewna: orzech, dąb, wiśnia i jesion.

Dystrybucja: Nautilus

  1. Soundrebels.com
  2. >

Opinia 1

Może ręki nie dałbym sobie obciąć, ale z dużą dozą pewności mogę stwierdzić, iż większość naszego społeczeństwa, włączając płeć piękną półmetek czerwca w głównej mierze kojarzy z rozpoczynającym się właśnie w Rosji Mundialem. To zaś oznacza, że dla wielu osobników homo sapiens cały wolny czas z rozdzielnika przeznaczony jest na codzienną, kilkugodzinną nasiadówkę przed telewizorem. Naturalnie, również będąc zagorzałym fanem futbolu nie wyobrażałem sobie innego zagospodarowywania wolnych chwil w tym gorącym dla podobnych mi dusz okresie. Oczywiście, jak to zwykle bywa, chadzający swoimi drogami los sprawił, że jeden ze współpracujących z nami dystrybutorów swoistym przedwakacyjnym rzutem na taśmę w dniu 14 czerwca 2018 r. postanowił zorganizować spotkanie dla swoich biznesowych i medialnych partnerów. Jak wszyscy zainteresowani doskonale wiedzieli zaproszenie wydawało się skazane na frekwencyjną Apokalipsę, gdyż impreza w sposób oczywisty kolidowała z rozpoczęciem futbolowego święta, czyli meczem otwarcia. O ile jednak w naszym przypadku decyzja mogła być tylko jedna i suma summarum potwierdziliśmy zaproszenie, to automatycznie jasno daliśmy do zrozumienia, że owa kolizja męskich zainteresowań (osiołkowi w żłobie dano) mocno podnosi poprzeczkę oczekiwań co do mających odbyć się wydarzeń. Na szczęście grupa FNCE, bo o niej i jej ofercie będzie mowa, stanęła na wysokości zadania i dla uświetnienia spotkania zaprosiła reprezentujących omawiane na spotkaniu brandy: FOCAL, NAIM, MOCROMEGA, ATLAS CABLES zagranicznych gości. Ale to nie koniec ważnych z naszego punktu widzenia ciekawostek, gdyż przeplatany sesjami odsłuchowymi miting dotyczący będących bohaterami tego dnia marek w przeciwieństwie do wielu jemu podobnych nie odbywał się nudnych lokalach konferencyjnych któregoś z warszawskich hoteli, tylko w fantastycznie prezentującym się już na starcie od strony wizualnej, by potem potwierdzić to muzycznie klubie jazzowym 12on14 przy ulicy Noakowskiego 16. Ale ale, to nadal nie wszystko, co dobrego nas spotkało. Otóż, aby całkowicie ukontentować przybyłych tego dnia gości, jak przed momentem wspomniałem, na koniec części oficjalnej nasze narządy przyswajania fonii swoimi interpretacjami twórczości Johna Coltrane’a smakowicie uraczyła polska formacja Mateusz Gawęda Quartet.

Kreśląc kilka zdań na dotyczących clou spotkania jestem zobligowany poinformować, iż każda marka miała swoje okraszone bogatymi w sesje zdjęciowe i filmowe kilkadziesiąt minut. To zaś bez najmniejszych problemów pozwalało prelegentom bardzo dokładnie przybliżyć przybyłym uczestnikom nawet najdrobniejsze niuanse zaimplementowanych zmian w jakimś modelu, czy od podszewki zrelacjonować sens wprowadzania do oferty całkowicie nowego produktu. I tak francuski Focal z dumą chwalił się między innymi uspokajającymi rezonanse wykonywanych przez siebie przetworników zmianami w ich resorowaniu w najwyższych liniach kolumn. Naim oznajmił oficjalne powołanie do życia najnowszego referencyjnego streamera z dodatkowym zasilaniem ND 555 / PS 555. Micromega przybliżyła dwa produkty ze swojego portfolio M ONE 100 i 150. Zaś Atlas Cables po omówieniu szerokiej i niezbyt drenującej nasze portfele listy proponowanych konstrukcji stosownym filmikiem ewidentnie pokazał, jak żmudnym, ale również bardzo wymagającym sporych zdolności manualnych jest wykonywanie tak uwielbianych przez audiofilów wszelakiej maści kabli. Analizując serię załączonych fotografii łatwo się zorientujecie, że każda z będących zaczynem spotkania marek pewien zakres swoich konstrukcji prezentowała w formie wystawowej. Jednak główne skrzypce grał stojący na scenie muzycznej set oparty o elektronikę Naima (NAP 300, PS 300, NAC 252, SUPERCAP, ND 555, PS 555), kolumny Focal Kanta 2, a wszystko okablowano drutami Atlas Cables. Ktoś zapyta: „A co z panującą podczas rozmów atmosferą?”. Cóż. Przecież obracając się w tej branży prawie wszyscy znają się jak łyse konie, dlatego też nie jest dziwnym, że ten wydawałoby się długi, bo trwający od godziny 11 do 18 maraton wykładów upłynął w mgnieniu oka. Czy coś z tego wyniosłem? Oczywiście. Po pierwsze, poczyniliśmy kilka ustaleń co do przyszłych testów, po drugie, koniec dnia z fantastycznie czującym się na scenie zespołem Mateusza Gawędy całkowicie zrekompensował rezygnację z zaliczenia przed telewizorem rozpoczynającego mistrzostwa w piłce nożnej meczu.

Puentując relacjonowane spotkanie partnerów FNCE chciałbym podziękować organizatorowi za pamięć podczas przygotowywania listy zaproszeń, zagranicznym gościom za fachowe prezentacje swoich produktów, a przybyłym z całego kraju gościom za miłą, unikającą czasem powodowanego chęcią bycia najważniejszym podmiotem handlowym, czy medium prasowym na rynku nadęcia atmosferę. To był bardzo ciekawie, a przez to przyjemnie spędzony czas, który na tle wielu podobnych jawił się jako godny naśladownictwa.

Jacek Pazio

Opinia 2

O ile w przeważającej większości skierowane do opiekunów marek, handlowców, sprzedawców i doradców klienta wszelakiej maści spotkania i szkolenia produktowe potrafią być źródłem nieocenionej wiedzy dotyczącej zarówno niuansów natury użytkowej, jak i budowy poszczególnych urządzeń, to tak naprawdę dla nas, czyli tzw. branży bajkopisarskej mają one charakter głównie towarzyski. Proszę mnie tylko źle nie zrozumieć. O ile bowiem szanujemy i doceniamy zaangażowanie i autentyczną wiarę w to, co przybywający z najodleglejszych zakątków naszego globu przedstawiciele konkretnych marek starają się przekazać kolejnym liniom sprzedaży, to z racji wykonywanej profesji, przyjmując ów pakiet informacji do wiadomości a jednocześnie odznaczając się daleko idącą nieufnością, cierpliwie czekamy na moment weryfikacji tychże marketingowych peanów w praktyce, czyli we własnych systemach. Oczywistym też jest, i nie zdradzę w tym momencie żadnej tajemnicy poliszynela, iż po części merytorycznej, wymagającej od przybyłych słuchaczy możliwie wytężonego skupienia, ma miejsce już zdecydowanie mniej formalna część integracyjna z szeroko rozumianą konsumpcją włącznie. Ot dość rozpowszechniony standard, którego zasady gry znane są wszystkim a co ważne raczej nikomu nie przeszkadzają. Traf jednak chciał, iż stołeczny FNCE, czyli dystrybutor takich marek jak Focal, Naim, Micromega i Atlas Cables postanowił nieco zmodyfikować reguły gry i część formalną przenieść z hotelowych, konferencyjnych sal, bądź własnej infrastruktury, do zdecydowanie bardziej atrakcyjnego a zarazem przesiąkniętego do szpiku kości muzyką lokum. Mowa o warszawskim, sąsiadującym z Politechniką Warszawską … 12on14 Jazz Clubem.

To jednak nie koniec atrakcji, gdyż oprócz niezwykle klimatycznego otoczenia, w jakim prowadzono szkolenie, organizatorzy postanowili zadbać nie tylko o przekazywanie wiedzy przez przedstawicieli ww. marek, co również o potężną dawkę pozytywnych wibracji w postaci koncertu formacji Mateusz Gawęda Quartet. Jak przystało na scenę specjalizującą się w szeroko-rozumianej muzyce improwizowanej przygotowana na czwartkowe popołudnie playlista „Coltrane’s Birthday” właśnie w takie klimaty idealnie się wpisywała.

Korzystając z okazji, iż „branża”, chcąca na gorąco przeanalizować zaserwowane im newsy i dokonać stosownych kalkulacji, opanowała z góry upatrzone pozycje w głębi sali, zająłem miejsce w pierwszym rzędzie. Pomimo zdziwienia części zebranych moja decyzja była całkowicie przemyślana, gdyż już po pobieżnej wizji lokalnej i rekonesansie nagłośnienia klubu jasnym dla mnie było, iż waśnie tam usłyszę to, co usłyszeć miałem zamiar a nie to, co jeszcze nieznany mi operator konsolety wysmaży podczas koncertu. O czym mowa? O tym, że siedząc mniej więcej na środku pierwszego rzędu praktycznie wszystkie instrumenty słyszałem bezpośrednio – bez dodatkowego wzmocnienia, gdyż zamontowane nad sceną zestawy głośnikowe „dmuchały” nad moją głową w głąb sali. Dzięki temu przez ponad godzinę delektowałem się wyśmienitymi, zagranymi na prawdziwie światowym poziomie improwizacjami, mając tuż przed sobą saksofon, w głębi kontrabas, z lewej fortepian a po prawej perkusję. Była to też niezaprzeczalna lekcja pokory, gdyż już po chwili od rozpoczęcia koncertu jasnym stało się, że całe te nasze audiofilskie bajdurzenie można sobie co najwyżej w buty wsadzić, bo choćbyśmy nie wiem jak się napinali to do brzmienia live zawsze będziemy mieli jak stąd do Kielc i z powrotem. Czy to źle? W żadnym wypadku, ale właśnie takie doświadczenia pozwalają nabrać dystansu do naszego hobby i zrozumieć, że sprzęt, nawet ten najlepszy, służy li tylko do reprodukcji muzyki i wywoływania wspomnień, emocji z nią związanych a jeśli ową muzykę chcemy poczuć i to poczuć na 100% to innej opcji niż ruszyć cztery litery i wybrać się na koncert nie ma i pewnie jeszcze długo nie będzie.

Serdecznie dziękując Organizatorom za niezwykle intensywne popołudnie, uczciwie muszę przyznać, że pomysł na to, by typowo branżowe spotkanie zorganizować w tak nieoczywistym miejscu i wzbogacić muzyką na żywo okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Strzałem, po którym reprezentowane przez FNCE marki będą kojarzyły mi się właśnie z najwyższych lotów jazzem. A to, przynajmniej dla mnie, bardzo miłe skojarzenia.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dopiero co pożegnaliśmy słowackie Neo Alpha a już ich miejsce zajęły, tym razem nasze rodzime i równie niebanalne konstrukcje głośnikowe, czyli Audioform M200. To w chwili obecnej dostępny na indywidualne zamówienie jeden z najbardziej intrygujących  a zarazem bezkompromisowych modeli krakowskiej manufaktury, który łapie nie tylko za oko, ale i ucho, a to przecież jedynie rozgrzewka …

cdn. …

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jak nakazuje tradycja przedostatnie w tym sezonie spotkanie z cyklu „Piątki z Nową Muzyką” w Studiu U22 odbyło się w … poniedziałek a okazją był zbliżający wielkimi krokami jubileusz 35-lecia wydania (20 czerwca 1983) debiutanckiej i bez wątpienia kultowej płyty „Lady Pank”. Remake tytułowego albumu, zamiast zwyczajowego – li tylko ponownego odegrania i zarejestrowania pierwotnego materiału przybrał jednak nieco bardziej rozbudowaną formę. Otóż oprócz oryginalnego składu będziecie Państwo mogli (ja już jestem „po”) usłyszeć nieco przearanżowane wersje znanych i lubianych przebojów w wykonaniu takich gwiazd jak Kasia Nosowska, Kasia Kowalska, Lech Janerka, Grzegorz Markowski, Artur Rojek, Maciej Maleńczuk, Tomasz Organek, Krzysztof Zalewski, Piotr Rogucki, czy Marcin Wyrostek. I właśnie w miniony poniedziałek, wraz z „trzonem” Lady Pank, czyli Jane Borysewiczem, Januszem Panasewiczem, Krzysztofem Kieliszkiewiczem i Kubą Jabłońskim pojawił się właśnie Marcin Wyrostek, oraz producent płyty –Wojtek Olszak.

Zanim jednak ww. ekipę gradem pytań zasypał prowadzący spotkanie Piotr Metz głos zabrał gospodarz spotkania – Piotr Welc, w krótkich żołnierskich słowach prezentując system, na jakim miał się odbyć odsłuch (Accuphase, Marantz, Sveda Audio) i dając przybyłym gościom czas na złapanie oddechu (czwarte piętro bez windy), oraz uzupełnienie płynów.

O samych aranżacjach postanowiłem się tym razem nie wypowiadać, by nie psuć Państwu niespodzianki, tym bardziej, że nowe wersje, choć niezaprzeczalnie bardzo silnie związane z pierwowzorami, niosą ze sobą zaskakującą świeżość i sygnaturę zaproszonych gwiazd. Czasem wręcz owa sygnatura była na tyle intensywna, iż tak, jak w przypadku „Pokręciło mi się w głowie” Lech Janerka został poproszony o modyfikację swojej autorskiej aranżacji, tak by nieco bardziej przypominającej oryginał. Jan Borysewicz śmiał się, że pierwotnie dał Lechowi Janerce wolną rękę, lecz po zapoznaniu się z pierwszymi efektami takiej artystycznej swobody postanowił nieco „wtłoczyć w ramy projektu” fantazję szacownego gościa. Na jaw wyszła też typowo rockowa i łaknąca odrobiny szaleństwa natura Marcina Wyrostka, któremu od dawna marzyła się sytuacja, w której, oczywiście czysto metaforycznie, mógłby roztrzaskać o scenę i podpalić swój akordeon. Warto także wspomnieć, że podczas nagrań pieczę nad całością sprawował Wojtek Olszak, który jak się okazało od maleńkości wykazywał cechy godne prawdziwego psycho-fana Lady Pank, więc dbałość o nawet najmniejsze i pozornie nieistotne drobiazgi, jak np. użyte podczas pierwszej sesji efekty graniczyła niemalże z obsesją. Nagrań „LP1” dokonano w Woobie Doobie Studios Sulejówek a pierwotną playlistę rozszerzono o trzy, wydane w latach 80-ch na singlach (Tonpressu) utwory: „Mała Lady Punk”, „Tańcz głupia, tańcz” i „Minus 10 w Rio”.

Tracklista:
1. Mniej niż zero (Lady Pank i goście)
2. Kryzysowa narzeczona (Tomasz Organek)
3. Fabryka małp (Krzysztof Zalewski)
4. Pokręciło mi się w głowie (Lech Janerka i Janusz Panasewicz)
5. Du du (Janusz Panasewicz)
6. Zakłócenie porządku
7. Zamki na piasku (Kasia Kowalska)
8. Wciąż bardziej obcy (Artur Rojek)
9. Vademecum skauta (Piotr Rogucki)
10. Moje Kilimandżaro (Grzegorz Markowski i Janusz Panasewicz)
11. Mała Lady Punk (Jan Borysewicz)
12. Tańcz głupia tańcz (Maciej Maleńczuk)
13. Minus 10 w Rio (Katarzyna Nosowska)

Po odsłuchu nie mogło zabraknąć spontanicznych sesji z fanami, tradycyjnych autografów na „Ścianie Gwiazd” i mniej, bądź bardziej niezobowiązujących kuluarowych dyskusji.

O wyborną atmosferę spotkania zadbał również dystrybutor wszelakiej maści „popepszaczy percepcji” i ciekłych antydepresantów, czyli Wyborowa Pernod Ricard.

Premierę albumu „LP1” zapowiedziano na 15 czerwca 2018r i ukaże się on nakładem Agory.

Marcin Olszewski

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Neo Alpha

Opinia 1

Patrząc z perspektywy potencjalnego klienta na wręcz drastyczny przyrost oferty działu audio jedno śmiało można powiedzieć, od dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu lat prym światowych marek w tej dziedzinie może nie skończył się definitywnie, ale jest bardzo mocno “podgryzany” przez idąc za nomenklaturą winiarską „brandy nowego świata”. O co chodzi? Nie żartujcie. Prześledźcie choćby nasze kilkuletnie zmagania, a przekonacie się, że tak zwana Europa Wschodnia już dawno weszła do gry o najwyższe stawki. Bułgarki Thrax, litewski Audio Solutions, czy czeski Block Audio to tylko mały wycinek zarezerwowanego dla najlepszych tortu dobrego grania. Nasz region przestał już usilnie starać się o jakąkolwiek uwagę, tylko zaczął grę jak równy z równym. Po co ten cały wywód? Otóż w dzisiejszej około-muzycznej epopei jako główna gwiazda programu wystąpi stacjonująca u naszych południowych sąsiadów (Słowacji), produkująca kolumny głośnikowe marka Neo ze swoim nie tylko kompaktowym, ale również pięknie się prezentującym od strony designu i wykonania modelem Alpha. Zainteresowani? Jeśli tak, to wieńcząc akapit rozbiegowy zapraszając do lektury poniższego tekstu dodam jedynie, iż dystrybucją przywołanej marki na naszym rynku zajmuje się będący zaczynem tego testowego sparingu katowicki RCM.

Tytułowe, słowackie piękności, jak przystało na panny z naszego regionu mówiąc kolokwialnie są ładne, zgrabne i powabne. Bredzę? Bynajmniej. Już choćby pobieżny rzut okiem na fotografie pokazuje, że mamy do czynienia ze smukłymi, patrząc z profilu stosunkowo wąskimi u podstawy, ale rozszerzającymi się ku górnym partiom obudowy skrzynkami, co sprawia, że kolumny mimo sporej wysokości wydają się być mniejsze niż są. To zaś w wielu przypadkach z pewnością będzie sprzymierzeńcem każdego audiofila w walce z drugą połówką o byt w centralnym miejscu domowego ogniska. Ale to nie koniec dobrych wieści, gdyż w sukurs pomysłowi na bryłę idzie wykończenie Alph, które w przypadku modelu testowego oferuje piękną egzotyczną okleinę w wykończeniu na wysoki połysk. Ktoś powie: „Wielkie mi co. Przecież to potrafi zrobić każdy”. A wtedy owszem, ale idąc za reklamową frazą znanej marki piwa dodam, że w stosunku do produktu marki NEO w wielu wypadkach należałoby dodać magiczne słowo „prawie”. W przypadku naszych bohaterek, spora części producentów powinna brać przykład, jak to się powinno robić. Przyglądając się słowackim pannom z profilu po raz kolejny zauważamy, że dla wyrównania faz współpracujących ze sobą, umieszczonych w górnej części frontu przetworników, są pochylone ku tyłowi. Naturalnie takie podejście do tematu wymagało zaprojektowania odpowiednich podstaw, które idąc tropem chwytania za oko nie są nudnymi prostokątami, tylko ciekawą formą rozszerzających ku frontowi, zwiększających rozstaw punktów podparcia kolumn nieregularnymi płaszczyznami, w które wkręcamy również ładnie się prezentujące, stosunkowo wysokie kolce. Fajnym ukłonem konstruktora w stronę ułatwienia aplikacji kolumn jest wykonanie w postawach otworów dla wyprowadzenie przez nie przewodów głośnikowych. Myślicie, że to zbędna zagrywka pod publiczkę? Otóż nie. Ja wiem, że rasowy audiofil tytułowe konstrukcje jest w stanie postawić u siebie nawet na surowych betonowych klocach, ale miejmy również na uwadze potwierdzoną wieloma rozmowami z melomanami walkę o postawienie ich w salonie projektowanym przez przykładającą uwagę do najdrobniejszego szczegółu żonę. To często jest bezpardonowa walka, a takie wydawałoby się drobne niuanse są wówczas bardzo mocnym orężem. Spinając tę część tekstu w jedną całość dodam jedynie, że panel przyłączeniowy z pojedynczymi terminalami również jest bardzo elegancki i zlokalizowany w dolnej części pleców kolumn.

Jak można było się spodziewać, po aplikacji w system opartych o ceramiczne przetworniki tytułowych NEO stacjonujące u mnie wzmocnienie w celach osiągnięcia podobnych wartości głośności musiało nieco więcej popracować. To zaś sugeruje, że ze słabowitymi lampiakami temat synergicznego pod względem wydajności prądowej zespolenia jest pierwszym na liście weryfikacji zakupowej. Jednak gdy ten drobny problem zostanie opanowany, codzienne życie ze Słowaczkami nabiera zdecydowanych rumieńców. Co takiego może Was spotkać? Ano zaskakująco spójny pod względem spokoju grania, ale oferujący spory pakiet informacji występ. I nie chodzi tutaj o utratę świeżości przekazu, tylko unikanie przecież uważanych za mówiące prawdę o nagraniu ceramicznych głośnikach nadmiernych ekscytacji podczas ekwilibrystyk muzycznych w przestrzeni wysokich tonów. Niezbędny pakiet informacji o najwyższym paśmie jest tak ciekawie podany, że nie tracąc niuansów nie stara się wychodzić przed szereg, co wielu producentów chcąc się przypodobać potencjalnemu klientowi często traktuje po macoszemu i puszcza wysokotonówkę na przysłowiowy żywioł. Tutaj małe wtrącenie. Jeśli jakimś dziwnym trafem optujecie za obozem sprawiającego efekt „łał” cykania, muszę Was zasmucić, to nie jest prezentacja rozdzielczości systemu, tylko najczęściej wzmocniona emanacja jego zniekształceń. Jednak biorąc pod uwagę ogólne wyedukowanie naszych czytelników, a przez to wiedząc, iż zrozumieliście, o co chodziło mi w opisie prezentacji górnego zakresu, z czystym sumieniem przejdę do dalszych niuansów brzmieniowych produktów o handlowej nazwie Alpha. Po kilku zdaniach o najwyższym paśmie kolej na środek oraz dół. I tutaj małe zaskoczenie. Początkowo wydawało mi się, że kolumny są znacznie za małe do posiadanej kubatury, ale okazało się, iż owszem, przy cichym graniu (szczególnie na początku testu) czasem wyłapywałem lekkie braki w wolumenie muzyki, ale gdy przyszedł czas na mocne uderzenie, te smukłe, a przez to wydawałoby się nie mające szans na wypełnienie 40 metrowego pokoju dźwiękiem paczki pokazały niezbędny w rockowej muzie pazur. Było wystarczająco energicznie i co najważniejsze z dobrą podstawą basową. A zdradzę, że do celów tej weryfikacji posłużył mi zapis koncertowego nagrania Metallici ze składem symfonicznym „S&M”. Gdy wymagały tego gitarowe riffy, z kolumn wydobywały się masujące moje wnętrzności niskie pomruki, a gdy do głosu dochodził perkusista z blachami, pomieszczenie wypełniała feeria rozwścieczonych mocnym uderzeniem pałeczkami blach. Jedynie czego mogłoby być odrobinę więcej, to masy stopy perkusji. Ale przypominam, nikt nie wstawi tak małych kolumn do oktagonu o wymiarach 5 na 7 metrów. A również po raz kolejny zaznaczam, nawet w tak ciężkich warunkach było zaskakująco dobrze. Zaskoczeni? Przyznam, że ja także, ale pozytywnie. Ok. walnąć każdy potrafi. Jednak o co chodzi z tym cichym graniem? Spokojnie. Napisałem, że przy cichym słuchaniu czasem czegoś mi brakowało. Jednak będąc sprawiedliwym muszę przyznać, iż tylko na początku zabawy, gdyż przez jakiś czas miałem świeże odniesienie do moich szaf i potrzebowałem kilku krążków do utylizacji wzorców w stosunku obciążonego przypadkowością połączenia testowego i zastanego pomieszczenia oczekiwań. Gdy temat akomodacji z aplikantem do opinii został opanowany, przyszedł czas na twórczość muzyczną spod znaku ECM w wykonaniu Jaohna Surmana „Invisible Threads” . I jak? Cóż. Wręcz fenomenalne wyrysowanie pracy kontrabasu z jego ciutkę większym naciskiem na pracę strun niż pudła rezonansowego plus rzadko spotykana w konstrukcjach z głośnikami Accutona świetna prezentacja połączenia blachy jako budulca instrumentu i drewnianego stroika generującego dźwięk saksofonu z pewnością zaspokoją potrzeby nawet bardzo marudnych miłośników tak zwanego plumkania. Naturalnie nie należy spodziewać się estetyki zarezerwowanej dla głośników papierowych, ale jak zaznaczyłem, muzyka brzmiała bardzo wciągająco, w co mając gdzieś w głowie złe aplikacje ceramików u konkurencji, do tej pory nie mogę uwierzyć. Był rozmach, powietrze i pewnego rodzaju zarezerwowana dla saksofonu matowość. Dlatego też sądzę, że gdy ktoś wstawi opisywane kolumny do idealnego dla nich rozmiarowo pomieszczenia, wszelkie uwagi dotyczące braku wolumenu przy cichym słuchaniu włoży między bajki.
Na koniec zapuściłem sobie kobiecą wokalizę i powiem tylko tyle, wszystko zależało od realizacji. Gdy w napędzie CD-ka wylądowała co najmniej przyzwoita realizacja, sesja z piękną piosenkarką typu Joun Sun Nach wypadała bardzo dobrze. Natomiast w przypadku trafienia krążka realizatora niemającego pojęcia o dobrej robocie, temat posłuchania płyty do końca był wyzwaniem. Czy to źle? Nie sądzę, gdyż nawet moje, teoretycznie idealnie zestrojone z resztą systemu i uchodzące za przymykające oko na złe masteringi ISIS’y potrafią spowodować stan, jaki zaznałem z kolumnami ze Słowacji. Oczywiście wszystko zależy od naszej wrażliwości na muzykę, ale starając się na ile to możliwe być w miarę neutralnym obserwatorem musiałem wspomnieć, że bohaterki dzisiejszego sparingu czasem nie wybaczają błędów masteringowcom. A czy to źle, czy dobrze, zależeć będzie od Was.

Patrząc na dzisiejsze bohaterki jeszcze przed odsłuchem w mej głowie kłębiło się kilka wniosków i przypuszczeń. Są piękne tak od strony designu, jak i wykonania. Użytymi przetwornikami udowadniają, że idą z duchem nowoczesności. Niestety czysto teoretycznie ich rozmiar nie rokuje sukcesów w kwestii wygenerowania odpowiedniej ilości decybeli, aby zapewnić pozytywne doznania podczas testu w moim wielgachnym oktagonie. I gdy pierwsze dwa punkty były wodą na młyn pozytywnej opinii, ostatnia powodowała obawę, co będzie, jak się wyłożą. Na szczęście po pierwszych rozruchowych płytach zrozumiałem, gdzie tkwią i jakie są konkretnie ich zalety, co zebrawszy w jedną całość nasuwa wniosek – To bardzo odważne, nie tylko pod względem designu, ale również technicznie, dzięki wiedzy konstruktorów, ciekawie wypadające sonicznie konstrukcje. Oczywiście mają swoje wymagania, ale przecież zabawa w audiofila jest ciągłą walką z materią, co według mnie w tym przypadku jest łatwym do ogarnięcia. Gdzie zatem widzę nasze bohaterki? Sądzę, że wszyscy posiadacze gęstych zestawień po wpięciu NEO Alpha spojrzą na swoją dotychczasową układankę z nieco świeższej, a przez to naładowanej witalnością przekazu strony. Drugą, patrząc na wydarzenia u mnie może nie najważniejszą, ale nieco ułatwiającą im życie grupą użytkowników będą posiadacze pomieszczeń do 20 metrów kwadratowych. Dlatego też, gdy zapewnicie Słowaczkom niewygórowaną gabarytową samotnię, temat ostatecznej konfiguracji może okazać się bułką z masłem. Niestety, czy dotychczasowe dywagacje znajdą potwierdzenie w realnym życiu, zależeć będzie od Waszych osobistych starć. Jeśli takie się wydarzą, myślę, że wynik będzie pozytywny. Niestety ja mogę się tego tylko domyślać, ale sądzę, że to co przekazałem w powyższym słowotoku, w przypadku podejmowania decyzji odsłuchowej będzie w jakiś sposób dla Was pomocne.

Jacek Pazio

Opinia 2

Ludzka natura to niezwykle skomplikowany zbiór zachowań, lęków i przyzwyczajeń. Z jednej strony czujemy nieodpartą chęć odkrywania nieznanego i sięgania „gdzie wzrok nie sięga” a z drugiej od małego wpajają nam, żebyśmy patrzyli pod nogi, karnie szli z tłumem i najlepiej się nie wychylali. W rezultacie cały czas balansujemy na granicy kompletnego rozstroju nerwowego, bądź nie mając ani siły, ani tym bardziej ochoty na walkę z ww. dwubiegunowością popadamy w przesadę okopując się po jednej, bądź drugiej stronie barykady. Nie dziwi zatem fakt, że również na naszym – audiofilskim podwórku bez trudu natraficie na jednostki w sposób wręcz kompulsywny rzucające się na wszystko co obce, pochodzące z daleka i co spokojnie można uznać za totalną egzotykę, oraz takie którym rodzime Tonsile, Diory i Radmory w zupełności do pełni szczęścia wystarczą. Oczywiście w tym momencie świadomie użyłem hiperboli, gdyż nawet ograniczając się li tylko do Polskich producentów spokojnie można pokusić się o złożenie iście high-endowego zestawu i to od gramofonu począwszy a na kolumnach skończywszy. Zachowując jednak zdrowy rozsądek, bądź chociażby jego resztki, poświęcając dosłownie chwilę na rekonesans możemy natrafić na wielce smakowite a jednocześnie niekoniecznie znane szerokiemu gronu kąski. Tak było np. z czeskim BLOCK AUDIO, którego dzieloną amplifikację mieliśmy przyjemność recenzować tuż przed Audio Video Show w 2016 r. i ze słowackimi kolumnami Stark Audio Jane, które wpadły nam w oko podczas tegorocznego hifideluxe’a. Jeśli zastanawiacie się Państwo czemu powyższe przykłady ograniczyłem li tylko do naszych południowych sąsiadów, to spieszę oświadczyć, iż bynajmniej nie jest to zbieg okoliczności, lecz moje świadome działanie, gdyż również i tym razem w nasze ręce trafiły zgrabne podłogowe kolumny Alpha pochodzące właśnie ze Słowacji. Z niewielkiej, zajmującej się początkowo projektowaniem wnętrz i produkcją elementów wyposażenia a dopiero od niedawna wyłącznie stolikami audio i właśnie kolumnami, mającej swoją siedzibę w miejscowości Dohňany manufaktury Neo.

Jak zdążyłem już nadmienić Neo Alpha są zgrabne, wręcz filigranowe i wydają się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wręcz idealne do pomieszczeń, których powierzchnia nie przekracza dwudziestu – dwudziestu kilku metrów. Stwierdzić to można na podstawie nie tyle ich gabarytów, gdyż nieco miejsca na nie, znaczy się kolumny, nie gabaryty, jednak trzeba wygospodarować, co z racji zwężającej się ku dołowi bryły, objętość komory czynnej spokojnie możemy uznać za typową dla konstrukcji podstawkowych. Nawiązuje do tego również układ przetworników, czyli pojedyncze siedmiocalowe ceramiczne midwoofery Accutona uzupełnione od góry przez 1,2”, również ceramiczne wysokotonowce. Dodatkowo, wbrew pozorom, nie są to konstrukcje zamknięte, lecz wentylowane a szczelinę basrefleksu zamiast na widoku umieszczono na spodzie kolumn zamontowanych na cokołach usytuowanych na wysokich kolcach nadających całości optycznej lekkości. Nie ma więc problemu z ustawieniem ich nawet na puszystym „persie”, gdyż nie ma szans na przytkanie owych portów. Terminale głośnikowe są pojedyncze, lecz niezwykle solidne, żeby nie powiedzieć, że wręcz biżuteryjne. Przetworniki oczywiście ukryto za firmowymi, zamocowanymi na stałe, blaszanymi maskownicami, więc niestraszne im wszędobylskie paluszki naszych milusińskich.

Tyle wrażeń natury organoleptycznej, bo i tak i tak warto Alphy zobaczyć na żywo, gdyż ani zdjęcia, ani tym bardziej słowa nie są w stanie oddać klasy ich wykończenia i wrażenia jakie wywołują ustawione w salonie, którego automatycznie stają się prawdziwą ozdobą. Najwyższy czas na odsłuchy, które jak sami Państwo widzicie przeprowadzaliśmy w naszym, niemalże 40-metrowym OPOS-ie, więc w metrażu mogącym sprawić słowackim kolumienkom nieco problemów, tym bardziej, że w ich tle ze stoickim spokojem przebieg wydarzeń obserwowały nasze redakcyjne ISIS-y. Jak się jednak miało okazać Neo nie tylko nijakiej tremy nie poczuły, co mając jasno zdefiniowaną granicę własnych możliwości nawet nie próbowały ścigać się z austriackimi „szafami”. Zamiast wyczynowości i udawania większych, aniżeli są w rzeczywistości postawiły zatem na szerokorozumianą przyjemność odsłuchu i muzykalność. Tak, tak. Nie przewidziało się Państwu – właśnie muzykalność, bowiem wbrew obiegowym, stereotypowym opiniom o matowości i pewnej natywnej technicznej bezduszności ceramicznych przetworników Accutona, dzięki umiejętnej aplikacji, da się uzyskać tak gładkość, jak i nasycenie a całość podać w niemalże karmelowej otoczce. Coś Wam ten opis przypomina? Ano właśnie, tak swojego czasu grały przecież modele XA i XB Estelonów, z tą tylko różnicą, że akurat estońskie podłogówki do najmniejszych nie należały, natomiast Neo to zawodniczki chodzące w zdecydowanie lżejszej wadze i wręcz stworzone do polskich warunków mieszkalnych. Nie oznacza to jednak, że cierpią na jakiekolwiek wstydliwe przypadłości, bo na niczym takim nie udało nam się ich przyłapać, lecz warto też mieć świadomość, że „S&M” Metallicy na bliskich koncertowym poziomach głośności raczej na nich nie posłuchamy. Za to nic nie stoi na przeszkodzie, by wspomnianą Metą delektować przy bardziej cywilizowanych dawkach decybeli. Dostaniemy wtedy świetnie kontrolowany i zróżnicowany bas, komunikatywną średnicę i …, aż sam się dziwię, że to piszę, delikatnie zaokrąglone, gładkie a zarazem rozdzielcze wysokie tony. W rezultacie wszystko co powinno być słychać jest na swoim miejscu a jednocześnie ostre riffy nie powodują grymasu u osób najdelikatniej rzecz ujmując nieprzepadających za takim repertuarem.
Powyższy „przepis” na prezentację ma jednak też i drugie oblicze. Otóż na albumach obfitujących w mikrodetale dostarczające informacji o kubaturze, oraz akustyce pomieszczeń w jakich przeprowadzano nagrania w stylu „Monteverdi – A Trace of Grace” Michela Godarda, czy „Misa Criolla” Ramireza w wykonaniu Mercedes Sosy nieco z owego audiofilskiego planktonu zostaje odfiltrowane. Zaznaczam, iż mowa o „nieco”, czyli zgodnie ze „Słownikiem języka polskiego PWN” to „przysłówek komunikujący, że stopień cechy lub zakres stanu rzeczy bądź zjawiska nie jest duży.” Dlatego też proszę nie liczyć na to, że pradawne mury Opactwa Noirlac przemienią się w uchodzące za jedno z najcichszych w Europie, belgijskie studiu Galaxy w Mol, gdzie powstała m.in. referencyjna płyta „Ferdinando Fischer: From Heaven on Earth – Lute Music from Kremsmunster Abbey” Huberta Hoffmanna. Powiem nawet więcej – nie mając bezpośredniego porównania (w naszym przypadku punktem odniesienia były wzbogacone o supertweetery T&F ISIS) szanse na to, by owe „nieco” zauważyć śmiem określić na niemalże zerowe. Dlatego też zamiast marudzić wypada pochwalić Neo za niezaprzeczalną kulturę, oraz dążenie do swobody opartej na liniowości i swoistej neutralności. Czemu swoistej? Otóż o ile zgodnie ze swoją typowo monitorową, podskórną naturą Alphy już przy pierwszych dźwiękach dematerializują się w pomieszczeniu odsłuchowym, to pod względem sonicznym dodają od siebie nieco krągłości i czegoś co po kilkutygodniowych odsłuchach mógłbym z powodzeniem określić mianem „pogody ducha”. W ich graniu da się bowiem zauważyć coś na kształt dobrotliwej pobłażliwości, natywnej gładkości sprawiającej, iż nagrania, które do tej pory drażniły tym razem „wchodzą” całkowicie bezboleśnie. Pół żartem pół serio można uznać to za manierę zbliżoną do estetyki starszych modeli Accuphase’a. To takie nieco „gabinetowe” granie, któremu nie sposób zarzucić braku klasy i wysublimowania, jednak jeśli chodzi o spontaniczność, to do wysokoskutecznych, opartych na dużych przetwornikach konstrukcji nieco im brakuje. Nie można jednak mieć do nich o to pretensji, gdyż tak jak nadmieniłem na wstępie słowaccy konstruktorzy nie mieli najmniejszego zamiaru podważać praw fizyki próbując zmusić niewielkie 7” drajwery do pracy ponad ich możliwości. Ponadto warto mieć na uwadze, iż Alphy to jak na razie jedyne i z tego co mi wiadomo dopiero otwierające, mające za jakiś czas się rozrosnąć, portfolio marki konstrukcje. Dlatego też ich odsłuch może okazać się wielce przydatną wskazówką, czy to co oferują spełnia nasze oczekiwania, czy też wypada uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż na rynku pojawi się coś nieco większego.

Do czasu pojawienia się w naszych skromnych progach Neo Alpha prawdę powiedziawszy nie miałem nawet bladego pojęcia o istnieniu takiej marki. Co prawda nie wykluczam, iż w dzikim pędzie, przemierzając korytarze i alejki monachijskich hal MOC-a gdzieś mogły mi mignąć w tle, ale dopiero informacja prasowa z katowickiego RCM-u a następnie dostawa tytułowej parki na testy pozwoliły mi dokonać wiążących obserwacji. To niezwykle sympatyczne i grające zaskakująco kremowym, jak na ceramiki dźwiękiem niewielkie podłogówki, które zarówno swym brzmieniem, jak i aparycją mają szansę nakłonić do zakupu całkiem pokaźne grono melomanów lubiących cieszyć nie tylko zmysł słuchu, ale i wzroku.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: RCM
Cena: 42 000 PLN

Dane techniczne
Wykorzystane przetworniki: 7″ ceramiczny mid-woofer Accutona, 1.2″ ceramiczny tweeter Accutona
Skuteczność: 87dB
Impedancja: 8 Ohms
Częstotliwość podziału: 2650Hz
Terminale: pojedyncze
Wymiary (S/W/G): 297/1195/450 mm
Waga: 35 kg/szt

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
– Wmacniacz zintegrowany: Pathos Inpol Heritage
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

  1. Soundrebels.com
  2. >

Gramofon MT2 łączy w sobie to co najnowsze w zakresie technologii odtwarzania płyt winylowych z typowym dla firmy McIntosh wzornictwem, zapewniając przy okazji doskonałą jakość dźwięku oraz precyzyjne odtwarzanie płyt analogowych. MT2 to doskonały sposób na ulepszenie posiadanego systemu audio poprzez dodanie do niego urządzenia umożliwiającego wejście w świat analogu. Pełen zestaw funkcji umożliwia odtworzenie wszystkich posiadanych nagrań z doskonałym realizmem brzmienia. Zaawansowana konstrukcja elektroniczna i mechaniczna modelu MT2 zapewni swojemu posiadaczowi wiele lat pewnej i bezproblemowej pracy. Delikatna, zielonkawa poświata emanująca spod talerza i zewnętrznych krawędzi plinty, tworzy dodatkowo wyrafinowane doznania estetyczne.

MT2 to kompletny gramofon z zainstalowanym ramieniem i wkładką. Ma napęd paskowy i może pracować z prędkościami 33-1/3 oraz 45 obrotów na minutę. Gramofon jest niemal gotowy do użytku tuż po wyjęciu z pudełka, gdyż wszystkie kluczowe elementy zostały zamontowane przez pracowników firmy McIntosh w celu zapewnienia jak najwyższej jakości dźwięku. Siła nacisku, anti-skating, overhang wkładki oraz wysokość ramienia są fabrycznie ustawione. Pozostałe etapy konfiguracji MT2 są proste, dzięki czemu jego użytkownik będzie mógł szybko cieszyć się brzmieniem swoich ulubionych winyli.

Na ramieniu fabrycznie zamontowano wysokopoziomową wkładkę typu Moving Coil Sumiko Blue Point No.2. Może ona współpracować z wejściami dla wkładek MM. Wkładka ma diamentową igłę ze szlifem eliptycznym i aluminiowy wspornik igły wykonany ze specjalnego stopu metali. Lekkie ramię wykonano z dural-aluminium ze specjalnymi materiałami tłumiącymi drgania. Pomimo swojej lekkości jest ono nadzwyczaj sztywne. Bezgłośne łożyska pionowe posiadają dwie precyzyjne powierzchnie ceramiczne z płynem tłumiącym, natomiast łożysko poziome to łożysko szafirowe gimbal. Wysoka impedancja oraz wysokie napięcie wyjściowe zastosowanej wkładki zapewniają niemal bezszumowe odtwarzanie muzyki.

Talerz o grubości 3cm i masie 2,3kg wykonano z dynamicznie wyważonego polioksymetylenu (POM), znanego lepiej pod nazwą handlową Delrin®. Pomaga on tłumić zewnętrzne drgania, a spora masa daje bezwładność stabilizującą prędkość odczytu. Talerz wewnętrzny jest wykonany z precyzyjnie obrobionego na CNC aluminium. Talerze obracają się na wale z polerowanej i hartowanej stali w spiekanej panewce z brązu.
Silnik prądu stałego ma szczotki z nierdzewnej stali i jest napędzany przez zewnętrzny stabilizowany zasilacz. Został on całkowicie oddzielony od obudowy aby drgania nie zakłócały odczytu płyt.

Plinta MT2 składa się z kilku warstw, które zoptymalizowano pod kątem izolacji od niepożądanych rezonansów. Mocno skompresowana drewniana podstawa wykończona została czarnym lakierem, podczas gdy płyty akrylowe, górna i środkowa, pomagają w absorbowaniu niepożądanych wibracji.
Gramofon posiada system podświetlenia górnej płyty i talerza. Do wykonania podświetlenia wykorzystano włókna optyczne i długowieczne diody LED.
W zestawie z gramofonem otrzymujemy odpowiednio wyprofilowaną, przezroczystą pokrywę przeciwkurzową. MT2 jest kompatybilny z szeroką gamą firmowych przedwzmacniaczy gramofonowych, przedwzmacniaczy stereofonicznych, wzmacniaczy zintegrowanych i procesorów AV standardowo wyposażonych w wejścia phono.

Cena: 18 800 PLN (pokrywa antykurzowa i wkładka Sumiko Blue Point. No.2 w komplecie)

Dystrybucja: Hi-Fi Club

Dane techniczne:
Typ wkładki: MC wysokonapięciowa
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 50kHz
Impedancja obciążenia: 1000 Ω
Separacja kanałów: 35 dB
Równowaga kanałów: 0,5dB
Rekomendowana siła nacisku: 2 g
Masa wkładki: 6,3 g
Nominalne napięcie wkładki: 2,5mV @ 5cm/s
Podatność wkładki: 15 * 10-6 cm/dyne
Kształt igły: eliptyczna diamentowa
Prędkości obrotowe: 33⅓ i 45 obr./min
Wymiary (szer. x wys. x głęb.): 45,2 cm x 12.7cm (15.2 cm z pokrywą) x 43.2 cm
Waga: 13.2 kg

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Jak widać na załączonej relacji Czesi Xaviany Calliope traktują niemalże jak dobro narodowe, bo dawno nie mieliśmy unboxingu, przy którym tyle czasu musielibyśmy spędzić z wkrętakami. Całe szczęście zawartość solidnych skrzyń zrekompensowała cały trud. Xaviany Calliope wyglądają obłędnie, a teraz najwyższa pora na wygrzewanie …

cdn. ….

  1. Soundrebels.com
  2. >

Link do zapowiedzi: Primare CD35 & I35

Opinia 1

Pobieżna analiza naszych testowych poczynań przez sporadycznie zaglądających na portal Soundrebels czytelników może doprowadzić do wniosku, że owszem, sporo się u nas dzieje, ale w owej zabawie popadliśmy w megalomanię i zajmujemy się jedynie zabawkami dla nielicznych. Tymczasem głębsze przyjrzenie się temu tematowi bardzo dobitnie pokaże, że mimo zdecydowanej przewagi opinii o szczytowych osiągnięciach danych producentów co jakiś czas staramy się zejść z piedestału i bierzemy na warsztat coś dla tzw. zwykłego Kowalskiego. I właśnie idąc naprzeciw podobnym oczekiwaniom potencjalnych czytelników, aby choćby delikatnie zrównoważyć bilans testów drogie vs. tanie w dzisiejszej recenzenckiej odsłonie zajmiemy się zestawowi źródło – wzmocnienie stacjonującej w Szwecji, znakomicie znanej większości pozytywnie zakręconych na punkcie muzyki osobnikom marki Primare. Mowa o odtwarzaczu kompaktowym CD35 i będącym uzupełnieniem tej linii produktowej wzmacniaczu zintegrowanym I35, o przybycie których do nas na testy zadbał cieszyński dystrybutor Voice.

Wspomniane we wstępniaku produkty nie prężąc nadmiernie muskułów są bardzo kompaktowymi, oscylującymi w standardowej szerokości dość niskimi urządzeniami. Szkoda? Bynajmniej. Według mnie należy to pochwalić, gdyż siłowe nadmuchiwanie obudów i magazynowanie tam audiofilskiego powietrza po wyjściu takich rewelacji na jaw raczej szkodzą wizerunkowi marki, a tak mamy produkt mogący pojawić się w praktycznie każdym, nawet sprawiającym wrażenie niewielkiego, pomieszczeniu miłośnika muzyki. Jednak jeśli nadal ktoś raczy marudzić mogę powiedzieć jedno, nawet celując w segment urządzeń Hi-Fi, a nie szczytów High Endu szwedzcy konstruktorzy powalczyli o fajną prezentację przecież ważnych z punktu widzenia codziennego kontaktu organoleptycznego brył skrywających w sobie elektronikę. O co chodzi? Naturalnym krokiem w tworzeniu linii produktowej jest wykorzystanie tych samych obudów, które różnią się jedynie spełniającymi konkretne zadania dla każdego urządzenia, czyli wyposażeniem frontu i panelu przyłączeniowego z tyłu. To gdzie ta designerska ekwilibrystyka? Proszę bardzo. Przy całej prostocie konstrukcji panowie z Półwyspu Skandynawskiego delikatnym uskokiem obudowy tuż przed awersem delikatnie odsadzili sam front od reszty korpusu. Tego fotografie prawdopodobnie nie są w stanie oddać, ale uwierzcie mi, w kontakcie bezpośrednim mamy do czynienia z czymś bardzo oryginalnym, a przez to podnoszącym przyjemność użytkowania. Przyglądając się odtwarzaczowi płyt kompaktowych w centralnej części jego przedniego panelu znajdziemy sporej wielkości akrylowe okienko, w którym osadzono szufladę napędu, na lewej flance trzy przyciski funkcyjne, a prawej wyświetlacz informujący o stanie odtwarzana danej płyty. Jeśli chodzi o tylny panel, spieszę donieść, iż znajdziemy tam nie tylko zestaw wyjść analogowych RCA / XLR, ale również cyfrowych Coaxial / Optical. Oprócz tego na przeciwległym biegunie zlokalizowano zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo zasilające, główny włącznik, a tuż obok serię gniazd serwisowych znajdującej się wewnątrz elektroniki. Kilka zdań o wspierającym kompakt w walce o jak najlepszy wynik soniczny wzmacniaczu zintegrowanym donosi, iż z przodu w podobnym do kompaktu akrylowym okienku zaimplementowano dwie małe w miejscu współpracy z naszymi palcami, ale za to z dużymi kołnierzami u podstawy gałki (lewa selektor wejść, a prawa wzmocnienie) i pomiędzy nimi cztery guziki pozwalające na manualne sterowanie pracą piecyka. Awers I35-ki oferuje identyczny do CD-ka zestaw wejść serwisowych, serię gniazd dla sygnału analogowego RCA / XLR, dwa wyjścia analogowe i bliźniaczy do źródła set zasilająco – włączający, czyli gniazdo z bezpiecznikiem i główny włącznik. Przyznacie, że jak na tak małe komponenty ich oferta dla współpracy z docelowym zestawem jest ciekawa.

Gdybym miał w kilku zdaniach opisać, jak wypadł tytułowy zestaw, to biorąc pod uwagę impulsowe zasilanie wzmacniacza (źródło zasilane jest po bożemu, czyli tradycyjnym trafem) zestaw zgrał zaskakująco dobrze. Owszem, nie były to wyniki zarezerwowane dla szczytów tego działu gospodarki, ale przy wielu zaletach – o tym za moment – jedyną konsekwencją zastosowania klasy D w integrze było delikatne uspokojenie wysokich tonów, Ale nie było to wieszanie przysłowiowej kotary na kolumnach, tylko unikanie ich bezkresnego wybrzmiewania, co z drugiej strony mogło być spowodowane moim podprogowym oczekiwaniem rzeczy, które na tym pułapie cenowym nie są do zrealizowania. Ale z dwojga złego wolę takie panowanie nad nadmierną ekspresją górnego zakresu niż jego siłowe pompowanie, gdyż najczęściej kończy się to zwykłymi zniekształceniami, a nie otwartością prezentacji. No dobrze, to gdzie te pozytywy? A proszę bardzo. Przyjmując przed momentem wspomniany sznyt grania jako nieodzowne dobro inwentarza zestaw Primare oferuje zaskakująco swobodny, rysowany szeroką perspektywą przekaz muzyczny. Przyglądając się nieco bliżej rozlokowaniu występujących przed nami artystów, daje się zauważyć znacznie lepsze budowanie wirtualnej sceny w wektorze szerokości niż głębokości. Ale nie, nie biję tą informacją na alarm, tylko zwracam uwagę, na jaki aspekt budowania wydarzeń muzycznych stawiają przecież chadzający w pozwalającej na nieco większe ustępstwa jakościowe lidze Szwedzi. Nic więcej. Ale to nie koniec dobrych wieści. Do pakietu swobody grania konstruktorzy dorzucili ciekawą, spełniającą wysokie, bo moje oczekiwania energię środka pasma i będącą zasługą zasilania wzmacniacza dobrą kontrolę niskich rejestrów. Reasumując, aplikując testowaną układankę w swoim systemie dostajemy swobodnie radzący sobie z podstawą dźwięku, przyjemnie zagęszczony w środkowym paśmie z nienachalnymi najwyższymi rejestrami świat dźwięków. I powiem szczerze, bez względu na wyartykułowane aspekty całość prezentacji wypada bardzo spójnie, a co najważniejsze, bez najmniejszej potrzeby analizowania zapisów nutowych pozwala bezkreśnie zatopić się w słuchanej muzyce, a o to chyba w tej zabawie chodzi. Jeśli ktoś chce uprawiać wyścigi na poszczególne parametry, powinien szukać gdzie indziej. Pomysłodawcy zestawu Primare postawili na płynność muzyki. Takie podejście zaś bardzo dobrze kooperowało z uwielbianą przeze mnie muzyką dawną. Owszem, wysokie tony nieco ograniczały rozmach goszczącej muzyków kubatury kościołów, ale za to wprowadzana dzięki takiemu zabiegowi gładkość fonii w połączeniu z ciekawą prezentacją średnicy bardzo łatwo pozwalały mi wejść w tego typu nagranie bez ograniczeń. Czy to twórczość Jordii Savalla, czy brylujący w takich klimatach inni muzycy, wszyscy zaproponowanym przez zestaw testowy swoim unikającym wyczynowości sposobem wizualizacji muzyki zdawali się być ukontentowani. Wokaliza i instrumentarium z epoki w moim odczuciu ani razu nie zgłosili jakiegokolwiek wotum nieufności dla wizualizującego ich poczynania zestawu w stylu przyduchy, czy przegrzania dźwięku. Przez cały czas testu czułem, że na poziomie możliwym do zrealizowania przez szwedzki komplet obie strony dobrze się dogadują. A jak z innymi gatunkami? W bardzo podobnej akcentacji priorytetów sonicznych wypadał ECM-owski jazz. O co chodzi? Otóż jedynym co przywołując moje prywatne zestawienie mogło delikatnie doskwierać, była zbyt spokojna, jak na potrzeby delikatnych wybrzmień blach perkusji góra pasma. To jest granie ciszą, którą co jakiś czas przeszywają delikatne muśnięcia czy to strun kontrabasu, klawiszy fortepianu, czy talerzy bębniarza. I gdy pierwsze dwa generatory dźwięku w temacie wysokich nie miały najmniejszych uwag, to blachy zbyt szybko gasły. Ale zaznaczam, cały czas były obecne, tylko ich czas materializacji był nieco krótszy.
A co z muzyką buntu? W tym przypadku mam same dobre wieści, które przestawię na przykładzie symfonicznej opowieści zespołu Metallica. Mocne zasilanie wzmacniacza pozwalało na swobodne panowanie nad linią stopy perkusji, czy niskich gitarowych riffów. A te ostatnie dodatkowo za sprawą wspomnianej energii średnicy pozwalały stworzyć im ścianę mocnego, czasem wspomaganego sekcją kontrabasowych smyków gitarowego maratonu. To był drive, którego nie powstydziłby się niejeden znacznie droższy zestaw. A to sprawiało, że mimo unikania słuchania na wysokich poziomach głośności, podczas tej prezentacji dziwnym zbiegiem okoliczności mój palec wskazujący dwa razy wylądował na klawiszu UP. Dziwne? Dla mnie tak, ale to świadczy na korzyść opiniowanej konfiguracji sprzętowej.

Ciekawe. Przecież to budżetowy zestaw, a po analizie tekstu okazuje się, że podczas testu dostarczał mi wiele przyjemnych doznań. Oczywiście nie jest to szczyt możliwości tej dziedziny życia kochającego muzykę przedstawiciela homo sapiens, ale jak zaznaczałem we wstępniaku zestaw Primare wcale do bycia takim nie aspiruje. Jego mocną stroną jest to, że wszystko co robi, umie podać w bardzo wyrafinowany sposób. Gdy trzeba gra gładko i soczyście, a gdy głośniki mają spowodować muzyczne trzęsienie ziemi, za prawą wydajnej klasy D robią to pod pełną kontrolą. Mało? Za te pieniądze, dla mnie całkowicie wystarczająco. Czy to jest propozycja dla wszystkich? Jak znam niedorzeczne wymagania wielu z Was prawdopodobnie nie. Ale sądzę, że pokaźna grupa miłośników dobrej muzy po osobistym zmierzeniu się z tą ofertą na własnym podwórku będzie zadowolona. Wystarczy wypożyczyć i posłuchać. Ale tego już za Was nie zrobię. Zatem do dzieła.

Jacek Pazio

System wykorzystywany w teście:
– źródło: transport CEC TL 0 3.0, przetwornik D/A Reimyo DAP – 999 EX Limited TOKU
– przedwzmacniacz liniowy: Robert Koda Takumi K-15
– końcówka mocy: Reimyo KAP – 777
Kolumny: Trenner & Friedl “ISIS”
Kable głośnikowe: Tellurium Q Silver Diamond
IC RCA: Hijri „Milon”,
XLR: Tellurium Q Silver Diamond
IC cyfrowy: Harmonix HS 102
Kable zasilające: Harmonix X-DC 350M2R Improved Version, Furutech NanoFlux NCF Furutech DPS-4 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– akustyczne: Harmonix Room Tuning Mini Disk RFA-80i
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon:
napęd: SME 30/2
ramię: SME V
wkładka: MIYAJIMA MADAKE
przedwzmacniacz gramofonowy: RCM THERIAA

Opinia 2

Nie tylko podczas przyjacielskich spotkań, ale i na łamach „branżowej” prasy – zarówno papierowych niedobitków, jak i dostępnej jedynie w formie cyfrowej, bardzo często usłyszeć / przeczytać można ochy i achy nad zdobyczami współczesnej techniki i ileż to dobrego są w stanie zaoferować pracujące w klasie D stopnie wyjściowe oraz zasilacze impulsowe. Wysokie moce, znikome straty energii no i to, co szczególnie powinno ucieszyć redaktorskie, czyli m.in. nasze plecy, czyli możliwość drastycznego zbicia wagi dostępnych na rynku urządzeń. Oczywiście piszę to z lekkim przekąsem, bo zatwardziałego audiofila do takich bezeceństw równie łatwo przekonać jak miłośnika amerykańskich muscle carów do litrowych trzycylindrowców i kolokwialnie mówiąc „meleksów”, czyli pojazdów o napędzie elektrycznym. O ile bowiem w segmencie budżetowym oba rozwiązania mają się nie tyle dobrze, co uznać je można za swoisty standard, to już od średniej półki Hi-Fi im wyżej, ku mniej bądź bardziej wyimaginowanemu Olimpowi, tym odsetek sceptyków ww. technologii rośnie w tempie wręcz geometrycznym. Powód takiego stanu rzeczy wydaje się oczywisty. Otóż zgodnie z iście atawistycznymi przyzwyczajeniami rozglądając się za nowym i bezsprzecznie lepszym od obecnie posiadanego nabytkiem oczekujemy, iż dziedziczyć on będzie możliwie pokaźny pakiet rozwiązań odziedziczonych po, jeśli nie topowych, to chociażby o kilka segmentów wyżej usytuowanych protoplastów. Ot klasyczne ucieleśnienia maksymy, że „przykład idzie z góry”. A przecież na owej górze wspomnianych D-klasowców napędzanych zasilaczami impulsowymi mamy jak na lekarstwo a obecność tamże Devialetów i Chordów możemy uznać co najwyżej za wyjątek potwierdzający regułę. Czasy się jednak zmieniają, odpowiedzialni za certyfikaty dopuszczające do międzynarodowego obrotu proekologicznie zorientowani unijni urzędnicy co i rusz biorą pod lupę nasze poletko a i same technologie poddawane są ciągłym udoskonaleniom. Krótko mówiąc, pomimo okopania się we własnych przyzwyczajeniach, fobiach i uprzedzeniach warto, dla własnego dobra, trzymać rękę na pulsie i od czasu do czasu na własne uszy przekonać się co piszczy w trawie. Tym oto, nieco pokrętnym, sposobem dotarliśmy do bohaterów dzisiejszego testu, czyli odtwarzacza CD i wzmacniacza zintegrowanego ukrywających się pod symbolami CD35 i I35 od dawien dawna znanej i lubianej na naszym rynku szwedzkiej marki Primare.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po wypakowaniu obu urządzeń jest nie tylko pełna unifikacja, co w dzisiejszych czasach wydaje się normą, lecz również i niezaprzeczalne poszanowanie wzorniczych tradycji, do których Szwedzi zdążyli nas przez ostatnie dziesięciolecia przyzwyczaić. Patrzymy, nawet przelotnie na 35-ki i po prostu wiemy, że to Primare’y. W dodatku delikatne, iście kosmetyczne zmiany w stosunku do swoich protoplastów działają jedynie na ich korzyść nadając całości niezwykle spójnego sznytu elegancji i minimalizmu w jednym. Wrażenie solidności i niemalże pancernej zwartości podkreślają masywne i w dodatku wysunięte – odseparowane szeroką szczeliną dylatacyjną od ustawionej na trzech masywnych nóżkach bryły korpusu fronty z centralnie umieszczonym płatem czernionego akrylu skrywającym w obu przypadkach bladoniebieski wyświetlacz OLED, oraz będący siedliskiem szuflady napędu w przypadku CD. Żeby wzmacniaczowi nie było przykro zamiast wspomnianej tacki projektanci na otarcie łez i mając na uwadze pełnione przez niego funkcje wyposażyli go w dwie, wielce eleganckie toczone gałki z szerokimi, zatopionymi w ww. froncie kołnierzami. Lewa odpowiada za wybór źródła / opcji podczas poruszania się po menu a prawa za regulację głośności. Jeśli w tym momencie sądzicie Państwo, że zaraz przejdziemy dalej, to … jesteście w błędzie, gdyż skoro wywołane zostało do tablicy menu, to do moich obowiązków należy przynajmniej wspomnieć, iż jego możliwości dalece wykraczają poza ramy przyzwyczajeń większości ortodoksyjnych stereofilów. Chodzi bowiem o to, że zagłębiając się w jego kolejne pozycje okazuje się, że zyskujemy dostęp do m.in. regulacji czułości każdego z wejść, możliwości wyłączenia nieużywanych, zmiany ich nazwy (max. 7 znaków), ustawienia ich w tryb bypass (przelotki), co powinno szczególnie ucieszyć osoby dążące do integracji systemów wielokanałowych ze stereofonicznymi, czy też aktywację automatycznego wyboru wejścia po dostarczeniu na nie sygnału. Oczywiście nie zabrakło tak ułatwiających życie drobiazgów jak definiowanie początkowej głośności z jaką „budzi” się wzmacniacz, czy też jaskrawości iluminacji jego wyświetlacza. Za ukłon w kierunku proekologicznie zorientowanej złotouchej braci można uznać dwa tryby stand-by – czyli Eco i Normal.
Dopełnieniem opisu frontów niech będzie informacja o obecności na akrylowych profilach niewielkich przycisków funkcyjnych, z pomocą których można oboma urządzeniami spokojnie zawiadywać, choć biorąc pod uwagę ów akrylowy podkład i jego zdolność do przyjmowania materiału daktyloskopowego lepiej do tych celów użyć znajdujących się na wyposażeniu pilotów.
Przechodząc na plecy obu dzisiejszych bohaterów odkryjemy ich drugą, wynikającą z modułowej topologii naturę, czyli możliwość stopniowego upgrade’u o dedykowane im karty rozszerzeń (DAC-a i streamera – PRISMA). Ponieważ jednak zarówno I35, jak i CD35 dotarły do nas w wersjach podstawowych na razie skupię się na tym co jest a nie tym, co być by mogło. Z resztą patrząc na ścianę tylną integry trudno czuć jakikolwiek niedosyt. Do dyspozycji mamy bowiem dwie pary wejść zbalansowanych, trzy pary niezbalansowanych i zdublowane, lecz już jedynie pod postacią RCA wyjścia liniowe – jedno na zewnętrzny rejestrator a drugie, regulowane. Terminale głośnikowe są pojedyncze i zabezpieczone plastikowymi kołnierzami ze szczelinami na widły usytuowanymi do dołu, więc od razu uczciwie uprzedzam, że jeśli jesteśmy tylko posiadaczami tak zakonfekcjonowanych przewodów to lepiej od razu zaopatrzyć się w dodatkowe – podnoszące zawieszenie integry stopki, bądź stosowną platformę, co też niniejszym uczyniłem posiłkując się dyżurną „dechą” Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform i ustawiając wzmacniacz na jej tylnym skraju. Dzięki temu udało mi się zaaplikować zakończone widełkami głośnikowe Signal Projects Hydra.
Oczywiście w odtwarzaczu takich kombinacji alpejskich z oczywistych względów wykonywać nie trzeba a dostępne w pod postacią pary XLR-ów i RCA gniazda usytuowano na tyle szeroko, że z wpięciem się w nie powinno być najmniejszych problemów. Nie zapomniano również o wyjściach cyfrowych – Coax i optycznym. Oprócz zlokalizowanych po prawej (patrząc od tyłu) gniazd zasilających oba urządzenia wyposażono w we/wyjścia triggera z których warto skorzystać chociażby w celu ograniczenia ich obsługi do jednego pilota bez konieczności ciągłego przełączania się pomiędzy obsługą CD i wzmacniacza.
Jeśli zaś chodzi o trzewia, to mając świadomość oscylującej na poziomie 11 kg wagi obu naszych dzisiejszych bohaterów sprawy powinny wydawać się jasne jak słońce i proste niczym drut (niekoniecznie kolczasty). Przynajmniej w teorii, bo w praktyce … początkowo, patrząc na I35 wszystko się zgadza – za zasilanie odpowiedzialny jest układ impulsowy wyposażony w obwód APFC (Auto Power Factor Correction) odpowiedzialny za minimalizację przesunięcia fazy prądu względem napięcia a przekładając na język zrozumiały dla ogółu, za to, żeby Primare brzydko mówiąc nie siał w sieci w jaką zostanie wpięty a stopień wyjściowy oparto na technologii UFPD (Ultra Fast Power Device) drugiej generacji. Jednak wiwisekcja CD35 przynosi, nie ukrywam, że szalenie miłą niespodziankę, gdyż zamiast spodziewanej impulsówki dopieszczono ją klasycznym R-core-m a w roli przetwornika wykorzystano kość ESS-Sabre ES9028PRO.

A jak tytułowy zestaw sprawdza się boju, czyli gra? Z radością pragnę w tym momencie oznajmić, iż nie tyle nadspodziewanie, co wręcz nieprzyzwoicie dobrze jak na pułap cenowy w jakim przyszło mu egzystować. Dźwięk jest niezwykle dynamiczny, zwrotny, świetnie kontrolowany i na tyle żywiołowy, że słucha się ich z niekłamaną, autentyczną przyjemnością. Bas sprawia wrażenie, jakby pochodził od zdecydowanie może nie mocniejszej, bo deklarowane przez producenta 2 x 300 W przy 4 Ω to aż nadto dla moich Gauderów, ale na pewno potężniejszej konstrukcji. Nie jest suchy, czy też lekki, jak to czasem z wysilonymi wzmacniaczami bywa, lecz gdy trzeba to grzmi jak podczas prawdziwej letniej burzy tylko natura potrafi okazać swą niszczycielską siłę. Na średnicy również trudno szukać osuszenia, czy też zmatowienia podkreślających namacalność prezentacji dźwięków. Nawet, obfitująca w perliste alikwoty góra pasma sprawia wrażenie, że nie ma w sobie nic a nic z impulsowo – D-klasowych naleciałości. Po prostu rasowe Hi-Fi i mainsteam primare’owej szkoły grania, gdzie równowaga tonalna i świetna rozdzielczość idą w parze z gładkością i swobodą grania. Przy okazji jedna uwaga natury formalnej – cały czas poruszamy się w zbliżonej do neutralności równowadze tonalnej, więc miłośnicy ewidentnego ocieplenia, wypchniętej średnicy i lampowego zaokrąglenia skrajów powinni nieco zweryfikować w przypadku rzeczonej parki swoje oczekiwania, bądź jeśli szwedzka elektronika złapie ich jednak za ucho postarać się o stosowne do własnych preferencji okablowanie.
Rozkładając set na czynniki pierwsze, czyli rozpatrując CD i wzmacniacz osobno bardzo szybko okazuje się, że to CD w głównej mierze odpowiada za słodycz i nasycenie a wzmacniacz za motorykę i konturowość ataku. Oczywiście w tym momencie używam daleko idących uroszczeń i wyolbrzymień, ale tak właśnie jest w rzeczywistości. CD35 gra bowiem w sposób całkowicie analogowy, homogeniczny i niejako karmelowo – słodki, za to integra trzyma w stalowych ryzach kolumny i nadaje całości efektu „łał”. Jest przy tym nastawiona na lekką wyczynowość i „kręcenie” coraz to lepszych czasów. Przesiadka na nią z jakiegoś podobnego cenowo, konwencjonalnego, czyli pracującego w klasie A, bądź AB tranzystora przypomina zmianę popularnych „4 pór roku” Vivaldiego z nieco leniwego i sennego wykonania Sir Yehudi Menuhina na interpretację Carmignoli. Krótko mówiąc niby słuchamy tego samego, lecz nie dość, że tempo jest pozornie ciut szybsze to i dostarczanych naszym zmysłom informacji jest więcej. Dziwne? Początkowo tak, lecz gdy bardziej skupimy się na niuansach odkryjemy źródło tychże obserwacji. Otóż szwedzka elektronika posiada niezwykle rzadko spotykaną na tych pułapach umiejętność precyzyjnego operowania nie tylko gradacją planów, lecz również ogniskowaniem poszczególnych źródeł pozornych wewnątrz nich. W rezultacie poszczególne instrumenty podzielone są nie tylko na większe grupy, lecz każdy z nich posiada swoje własne i sobie przypisane miejsce. Dzięki temu zamiast impresjonistycznych plam dźwiękowych otrzymujemy zróżnicowane pod względem granulacji zbiory unikalnych elementów.
Powyższe, poparte klasyką obserwacje dotyczą również repertuaru stricte jazzowego. Aż kipiąca od dynamiki i masującego trzewia rytmu płyta „Thunder” gwiazdorskiego projektu S.M.V (Stanley Clarke, Marcus Miller, Victor Wooten) obudziła w testowanym secie prawdziwego demona dynamiki i to zarówno w skali mikro jak i makro a przy niemalże koncertowych poziomach głośności dotarł do mnie fakt, że czego, jak czego, ale do kompresji Primare’ów nie zmuszę, gdyż wcześniej nie tylko ogłuchnę, co zostanę nawiedzony przez niezbyt przyjaźnie nastawione do zakłócających spokój mieszkańców osobników służby mundurowe.

Duet Primare CD35 + I35, to zestaw na lata, który już na starcie, w wersji podstawowej, sprawia słuchaczom dziką frajdę a potem, wraz ze wzrostem apetytu rośnie razem z oczekiwaniami nabywcy. Opcja rozbudowy o moduł DACa i streamera sprawia, że wraz z rozbudową naszego audiofilskiego ołtarzyka spokojnie możemy rozszerzać jego funkcjonalność a mając z tyłu głowy świadomość jego ekologiczności możemy spać spokojnie wiedząc, że nie dokładamy swoich grzechów do efektu globalnego ocieplenia. Jednym słowem ekipa Primare’a po raz kolejny udowodniła, że nie taki diabeł straszny, jak go malują a demonizowane przez niektóre kręgi technologie nie są celem samym w sobie, lecz sposobem na osiągnięcie wyśmienitego brzmienia przy zupełnie akceptowalnej cenie.

Marcin Olszewski

Dystrybucja: Voice
Ceny:
CD35: 11 990 PLN
I35: 14 990 PLN

Dane techniczne:
CD35
Wyjścia analogowe:1 para RCA, 2,2 Vrms; 1 para XLR, 4,4 Vrms
Wyjścia cyfrowe: 1 x RCA; 1 x TOSLINK
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz -0,3 dB
Zniekształcenia THD + N: 20 Hz – 20 kHz <0,01%
Stosunek sygnał/szum: -110 dB / AES17
Pobór mocy: 0,5 W (stand by); 25 W (tryb pracy)
Wymiary (s x g x w): 430 x 385 x 106 mm wraz z przyciskami i złączami
Waga netto: 10,8 kg

I35
Wejścia analogowe: 2 pary XLR; 3 pary RCA
Wyjścia analogowe: PRE 1 para RCA; liniowe 1 para RCA
Moc wyjściowa: 2 x 150 W / 8 Ω; 2 x 300 W / 4 Ω
Pasmo przenoszenia: 20 Hz – 20 kHz, -0,2 dB
Zniekształcenia THD + N :< 0,01 %, 20 Hz – 20 kHz, 10 W przy 8 Ω
Stosunek sygnał/szum: >100 dB
Pobór mocy: 0,5 W (stand by); < 32 W (tryb pracy)
Wymiary (s x g x w): 430 x 420 x 106 mm wraz z pokrętłami i złączami
Waga netto: 11 kg

System wykorzystany podczas testu:
– CD/DAC: Ayon CD-35
– Odtwarzacz plików: laptop Lenovo Z70-80 i7/16GB RAM/240GB SSD + JRiver Media Center 22 + TIDAL HiFi + JPLAY; Yamaha WXAD-10
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Shelter 201
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³
– Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80 + spike extenders
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Amare Musica
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
– Kable głośnikowe: Organic Audio; Signal Projects Hydra
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS(R)
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+
– Stolik: Rogoz Audio 4SM3
– Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Albat Revolution Loudspeaker Chips

  1. Soundrebels.com
  2. >

artykuł opublikowany / article published in Polish

Dawno nie zajmowaliśmy się rodzimymi wyrobami, więc nadrabiamy zaległości z radością przyjmując pod nasz dach niezwykle intrygujące kolumny Ciarry KG-5040.

cdn. …