Jeszcze jakieś 3 lata temu posiadanie przez melomana porządnych słuchawek w większości przypadków spowodowane było brakiem osobnego lokum do nieograniczonego czasem obcowania z ukochaną muzyką. Co prawda układając się z rodziną na dłuższe lub krótsze sesje odsłuchowe na bazie zestawu z zespołami głośnikowymi, jakoś sobie radził, ale chciał nie chciał, aby realizować swoje hobby bez jakichkolwiek barier, set słuchawkowy okazywał się niezbędny. Niestety stan ten, na tle obecnych czasów i tak jawi się niczym sielanka i to nieaktualna. Do czego piję? Oczywiście obecnie miłościwie panującej nam pandemii, która koniec końców w wielu przypadkach spowodowała przeniesienie pracy z firmy do domu, co z racji całodniowego bytu pełnej rodziny w jednym lokum jeszcze bardziej skróciło niegdyś wygospodarowany i tak prawie symboliczny czas słuchania muzyki bez nauszników. Nic, tylko usiąść i płakać. Ale spokojnie. To tak prawdę mówiąc nie jest koniec świata, bowiem opisana sytuacja dotkniętym nią osobnikom może być na rękę. Przecież nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre, co w tym przypadku oznacza wytłumaczenie drugiej połówce z racji wydłużenia się czasu z chomątem na głowie, dokonania mniejszego lub większego upgrade’u posiadanego zestawu słuchawkowego. Chytre? Cóż, pewnie tak. Ale jakoś trzeba sobie radzić, w czym z zainteresowanym może pomóc dzisiejszy test. Test, który dzięki Sieci Salonów Top HiFi & Video Design przyniesie ze sobą pakiet ciekawych informacji na temat planarnych słuchawek amerykańskiego producenta Audeze LCD-5. Zatem jeśli ten temat jest dla Was z gatunku gorących, nie pozostaje nic innego, jak polecić dalszą lekturę.
Jak sugerują fotografie, tytułowe „plananary” LCD-5 Audeze są pewnego rodzaju designerską kontynuacją poprzednich modeli. Jednak owo podobieństwo jest symboliczne, bowiem całość konstrukcji dzięki sporym zmianom w budowie i zastosowanych materiałach, przeniosło dzisiejszy model o level wyżej od poprzedników. Próbując rzec coś o ich konstrukcji spieszę donieść, iż pałąk spinający muszle nauszne poprzez regulacyjne pręty wykonano z włókna węglowego, utrzymujące bezpośredni kontakt z naszym ośrodkiem zarządzania ciała i pady nauszników z naturalnej skóry, zaś same muszle dzierżące przetworniki oparto na mariażu magnezu, aluminium i oktanu celulozy. Taki dobór materiałów sprawia, że nasze bohaterki nie przekraczając 420 gram są stosunkowo lekkie, a to wprost proporcjonalnie przekłada się nie tylko na wygodę użytkowania, ale również długość potencjalnego odsłuchu. Jeśli chodzi o sekcję generującą dźwięk, w przypadku modelu LCD-5 mamy do czynienia z 90mm planarnymi przetwornikami na bazie cewek Parallel Uniforce wraz z nowym układem magnesów Fluxor, osadzonymi w nowatorskim falowodzie Fazor. Czarna magia? Być może dla laika tak, jednak według opinii konstruktorów wszystkie w stosunku do protoplastów wprowadzone zmiany materiałowe i konstrukcyjne, poprzez odpowiednią redukcję szkodliwych rezonansów obudowy i wewnętrznych odbić dźwięku wewnątrz muszli, mają zapewnić czystszy i precyzyjniejszy dźwięk. Ale to nie koniec ciekawych informacji. Mianowicie chodzi o fakt wyposażenia tytułowych Amerykanek w dość giętki pleciony kabel przyłączeniowy z wysokiej czystości miedzi OCC ze stosownymi wtykami, a wszystko spakowane jest w aluminiowy kuferek wyściełany profilowaną gąbką. Trzeba przyznać, że producent nie szczędził grosza , więc całość już od pierwszego wejrzenia sprawiania wrażenie, że mamy do czynienia z produktem stricte ekskluzywnym. Jednak wygląd to jedno, a efekty brzmieniowe to drugie. Dlatego też po przytoczeniu najważniejszych cech konstrukcyjnych bez zbędnej celebry w kolejnym akapicie o owych efektach postaram się w miarę zwięźle opowiedzieć.
Przechodząc do sedna procesu testowego na początek istotna informacja. Otóż podczas całej sesji jako wzmocnienie posłużył mi stosunkowo nowy w ofercie amerykańskiego producenta wzmacniacz słuchawkowy Mytek Liberty THX AAA HPA. To nieduże urządzenie, ale jak widać na jego awersie bardzo funkcjonalne i co równie istotne, z łatwością zaspokajające prądożerność opiniowanych dzisiaj słuchawek planarnych. Wieńcząc te kilka zdań wyjaśniających sytuację testową nadmienię, iż przed krytycznymi odsłuchami przedstawiony tandem mimo pełnego wygrzania przecież jak wspomniałem dość nowego wzmacniacza, dostał kilka płyt rozgrzewki. Rozgrzewki dającej mu sygnał, z jakimi obciążeniami będzie musiał się mierzyć. I powiem Wam, było warto.
Przyznam szczerze, że mimo wieloletniego obcowania z drogimi urządzeniami, gdy na tapet wjeżdżają słuchawki za bagatela 20 tysięcy, sam nie wiem, czego się spodziewać. To powinna być bajka. Jednak nie z przysłowiowego „mchu i paproci”, tylko coś na kształt „żyli długo i szczęśliwie”. W takim przypadku nie powinno być coś za coś. A jeśli już, to maksymalnie w ramach spowodowanej różnorodnością naszego odbioru, symboliki, a nie za cenę świetności jednego aspektu sporo traci inny. Na szczęście miałem do czynienia z fachowcami w tej dziedzinie, dlatego już pierwsze masujące moje zmysły takty muzyki pokazały, że będzie się działo. Co takiego?
W największym uproszczeniu – choć na takie nasze bohaterki nie zasługują, ale ogranicza mnie rozmiar potencjalnego tekstu, dlatego muszę zebrać wszystko w niezbyt długą całość – po aplikacji Audeze LCD-5 na głowie świat muzyki jawił się jako zdroworozsądkowo wdrożona w życie magia. Prezentację odznaczały świetnie sformatowany niski rejestr, znakomity, bo wspomagający odczucie obcowania z muzyką na żywo, nasycony i przyjemnie lepki środek pasma oraz bardzo dźwięczne, przez to pokazujące najdrobniejsze niuanse brylujących tam poszczególnych nut, jednakże nigdy nazbyt ofensywne wysokie tony. To było trochę jakby połączenie wody z ogniem, gdyż z jednej strony muzyka potrafiła pokazać się z bardzo energicznej i masywnej strony, ale przy tym z drugiej nie tylko być pełną oddechu, ale dodatkowo fenomenalnie kreującą w przestrzeni nieskończenie długo wybrzmiewające przyprawione lekkim zabarwieniem złota nuty. Owszem, to odciskało piętno na postrzeganiu LCD-5-ek jako piewców raczej muzykalności, niż szukania ataku i kopnięcia energią ponad wszystko, jednak nie oszukujmy się, te ostatnie cechy są swoistym wypaczeniem istotny muzyki, a nie jakąkolwiek jej inkarnacją. Dlatego jeśli ktoś czegoś takiego oczekuje, z uwagi na przez lata zdobytą przez dział inżynierski Audeze wiedzę o co w tej zabawie chodzi, u naszego punktu zapalnego niech się tego nie spodziewa. W tym przypadku zaliczamy sesję prawdziwego „ja” słuchanego materiału, a nie bliżej nieokreślonego jakimkolwiek standardem dźwiękowego chaosu.
Bardzo dobrym przykładem na udowodnienie tego stanu rzeczy był bluesowy krążek Jamesa Cottona „Deep In The Blues”. Nawet nie świetna, tylko fenomenalna gitara plus jeszcze bardziej zadziwiający moje zmysły wokal frontmana dzięki wyartykułowanym przed momentem atrybutom amerykańskich słuchawek mogły zabrzmieć nie tylko z pełną esencjonalnością przekazu, ale również sprawiającą wrażenie realności dźwięku jego zjawiskowemu napowietrzeniu, pokazać rzadko spotykane oderwanie się tych bytów od przecież siedzących mocno na uszach przetworników. Efekt był taki, że oprócz napawania się magią tego rodzaju materiału muzycznego od strony merytorycznej – czytaj tekstu, sposobu grania i śpiewu artysty, dodatkowo audiofilsko pławiłem się w jego realizacji. Bez szkodliwego wypychania muzyka przed szereg, tylko pełna współpraca specyficznego tembru głosu z wspierającym go instrumentarium. Żadnego podkręcania emocji dodatkowym nasyceniem, czy niezdrowym podkręcaniem rozmachu spektaklu, tylko w pełni kontrolowana praca w służbie odczuwania realizmu. Niestety to dość rzadka cecha, gdyż producenci chcąc złapać potencjalnego klienta na haczyk, czasem dobrze zdając sobie z tego sprawę, przeciągają nieco wspomniane parametry, kreując tym sposobem efekt „łał”. A jak wiadomo, taki efekt na starcie nie wróży długoletniego ożenku, gdyż zwyczajnie na dłuższa metę męczy.
W podobnym tonie wypadła koncertowa płyta Leszka Możdżera z Adamem Pierończykiem „19/9/1999”. To jest pewnego rodzaju przerywany solowymi popisami każdego z muzyków projekt sceniczny. Jednak wypadł ciekawie, bo po pierwsze – w oparciu o dobre zbilansowanie wagi, energii i otwartości dźwięku na ile to możliwe, pokazywał bardzo realne rozmiary wykorzystywanych generatorów dźwięku, a po drugie – cechowało go dobre tempo i wyrazistość czasem planowo niemiłych, bo zaskakujących szybkością narastania sygnału i jego dosadności, następujących po sobie pasaży. Takie produkcje są moim konikiem i zgrzeszyłbym, gdybym nie przyznał się, że tę płytę zaliczyłem dwa razu w ciągu jednego dnia. Mimo stawiania muzyków raczej na muzyczne szaleństwo, niż na pościelowe plumkanie. To był ogień, jakiego od tego rodzaju twórczości oczekuję.
Na koniec mocniejszy akcent spod znaku Black Sabbath „Paranoid”. Pewnie wielu z Was będzie snuć ciemne wizje, jednak ku mojemu zaskoczeniu również w tym przypadku jakość prezentacji tej niezbyt rewelacyjnie zrealizowanej płyty była zadziwiająca. Powodem było lekkie tchnięcie w nią pierwiastka body, co przy dobrym prowadzeniu basu i trzymaniu na wodzy dalekich od krzykliwości górnych rejestrów pozwoliło materiałowi nabrać cech równowagi tonalnej. Ta zaś była wodą na młyn znakomitego przypomnienia sobie dawnych lat młodości. Niestety jak wiadomo, akcja wywołuje reakcję i po skończeniu świetnej sesji z wiekowym repertuarem przyszedł moment refleksji co do spędzonego czasu na tym ziemskim padole, który na szczęście dzięki ofercie brzmieniowej tytułowych słuchawek szybko zagłuszyłem kolejną tego typu grupą AC/DC i albumem „Highway To Hell”. Efekt? Wybaczcie, ale nie będę się powtarzał. Kolejny raz mocne uderzenie w odpowiednio podanej wadze, timingu i bezkompromisowości.
Bez najmniejszego emocjonalnego problemu kreśląc puentę tej epistoły powiem tak. Opiniowane powyżej słuchawki nie są dobre. Ba, nie są nawet bardzo dobre. Są zwyczajnie świetne. To zaś sprawia, że nawet posiadając już coś na przyzwoitym poziomie jakości dźwięku, będąc zmuszonym przez życie do częstego korzystania z tego rodzaju atrybutów melomana, nie tracąc czasu podszedłbym do prób z rzeczonymi Amerykankami. Są wygodne, lekkie, ciekawe wzorniczo i co najważniejsze, zjawiskowe w swojej podstawowej funkcji, jaką jest brzmienie. Mało? Wolne żarty.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Sieć Salonów Top HiFi & Video Design
Cena: 20 999 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: otwarte, wokółuszne
Średnica przetworników: 90 mm
Rodzaj przetworników: planarny magnetyczny, Fluxor™ + nowe Fazory + magnesy neodymowe N50
Typ membrany: Nano-Scale Parallel Uniforce™
Maksymalny SPL: >130 dB
Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 50 kHz
Impedancja: 12 Ohm
Czułość: 90 dB/1mW
Zniekształcenia THD: <0,1% @ 100 dB
Minimalne zapotrzebowanie na moc: >100 mW
Zalecany poziom mocy: >500mW
Moc maksymalna: 5 W RMS
Waga: 420g bez przewodu
Opinia 1
Kiedy na półmetku zeszłorocznych wakacji testowaliśmy będącą komercyjnym debiutem rodzimej manufaktury Circle Labs integrę A200 nie tylko kibicowaliśmy nowemu bytowi, lecz gdzieś tam w zakamarkach naszych podobno spaczonych umysłów staraliśmy się zakopać wszelakie lęki i przejawy defetyzmu, sączące jad zwątpienia, że pewnie to kolejna, nie pierwsza i nie ostatnia efemeryda, która po jednorazowym rozbłysku równie szybko zniknie jak się pojawiła. Całe szczęście wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że czarny scenariusz się nie ziścił a krakowski duet w tzw. międzyczasie nie tylko nie osiadł na laurach, lecz trafił pod dystrybucyjne skrzydła Nautilusa a z tego co nam wiadomo, to i za wielką wodą ich przejawy radosnej twórczości zbierają wielce pochlebne opinie. O ile jednak, co do zagranicznych peanów odnosić się nie będziemy, to już do samych przejawów owej radosnej twórczości takowych oporów bynajmniej nie mamy. Dlatego też gdy tylko nadarzyła się ku temu stosowna okazja bez chwili zastanowienia przygarnęliśmy pod swój dach kolejny stopień wtajemniczenia w krakowskie portfolio, czyli wielce uroczy zestaw pre/power Circle Labs P300 & M200, który, gdy tylko najdzie nas ochota można rozbudować o kolejną końcówkę mocy M200 i tak zdublowaną amplifikację przepiąć w tryb mono.
Jak sami Państwo widzicie unifikacja w przypadku rodziny „cyrkli” jest pełna, więc wzorem wspomnianej we wstępie integry zarówno w przedwzmacniaczu, jak i końcówce mamy przepiękne tafle szklanych frontów z centralnie ulokowanymi ozdobnymi piktogramami i delikatnymi mosiężnymi szyldami – na górze z nazwą marki i włącznikiem, oraz dole – pełniącymi rolę dopełnienia optycznej klamry. Z elementów informacyjno – dekoracyjnych nie sposób pominąć oznaczeń poszczególnych modeli i funkcji przezeń pełnionych oraz delikatnej złotej żyłki z dyskretną iluminacją. A właśnie, funkcjonalność. W przedwzmacniaczu liniowym P300 mamy zatem do dyspozycji dwie bliźniacze do tych z A200 gałki – lewą odpowiedzialną za wybór źródła i prawą służącą do regulacji głośności a interfejs komunikacyjny, czyli diodowy wyświetlacz wskazujący wzmocnienie dyskretnie ukryto za ww. piktogramem. Z oczywistych względów końcówka M200 takowych atrakcji została pozbawiona. Podobnie sprawy mają się w przypadku połaci bocznych, które w przedwzmacniaczu zdobią finezyjnie wycięte firmowe logotypy a końcówka musi zadowolić się gęstym użebrowaniem radiatorów.
Rzut oka od zakrystii i … nadal jest elegancko. Plecy przedwzmacniacza mogą pochwalić się zdublowanymi wyjściami XLR, dwoma parami wejść XLR i trzema złoconymi RCA. Interfejsów cyfrowych, jak i dedykowanych gramofonom brak. Z kolei M200, to już ostoja całkowitego spokoju. Do dyspozycji mamy pojedyncze terminale głośnikowe WBT Nextgen™ i dostępne zarówno w formie XLR, jak i RCA wejścia stereofoniczne, oraz jedynie XLR, gdy zapragniemy użyć 200-ki w roli monobloku. Oba urządzenia wyposażono w trzy – po dwie z przodu i po jednej z tyłu, eleganckie toczone stopki antywibracyjne. Gniazda zasilające to klasyczne trójbolcowe IEC z odrębnym włącznikiem główny. Komór bezpieczników nie ma na widoku, więc ewentualna wymiana na coś bardziej „audiofilskiego” (dystrybutor z pewnością będzie żywo zainteresowany aplikacją nader rozsądnie wycenionych a przy tym świetnie „grających” Refine (Ra)) wiązać się będzie z koniecznością zdjęcia masywnych i perforowanych w swych tylnych połaciach płyt górnych.
Na wyposażeniu znajduje się również zgrabny i poręczny a przy tym wykonany z aluminium pilot zdalnego sterowania, z którego pomocą ustawimy żądaną głośność, jaskrawość wyświetlacza, bądź wyciszymy przedwzmacniacz. W celu zmiany źródła trzeba się będzie jednak pofatygować do ołtarzyka i dokonać owej niezwykle skomplikowanej czynności manualnie – kręcąc stosowną gałką. Nie ma jednak co marudzić, bo należy pamiętać, iż ruch to zdrowie a przy siedzącym trybie życia każde kilka kroków działa jedynie na nasza korzyść.
Od strony technicznej przedwzmacniacz jest konstrukcją w pełni zbalansowaną opartą na najnowszych tranzystorach typu jfet i btj w autorskiej topologii Circle Amp o zminimalizowanym okablowaniu wewnętrznym, jak i ograniczonych do minimum stopniach wzmocnienia. Regulację głośności zrealizowano na 63 krokowej, sterowanej przekaźnikami drabince rezystorowej firmy Khozmo. Na potrzeby tytułowej konstrukcji opracowano ultra niskoszumny zasilacz oparty na transformatorach z rdzeniami LL oraz kondensatorami Elma silmic ll osobnych dla obydwóch kanałów. Zasilacz posiada dwa kaskadowo połączone stopnie stabilizacji w znacznym stopniu separujące czuły tor audio od zakłóceń sieci. W stabilizatorach jako źródło napięcia referencyjnego zastosowano matrycę LED charakteryzującą się wielokrotnie niższymi szumami niż np. stosowane tradycyjnie w tych miejscach diody Zenera lub stabilizatory scalone. Z kolei stereofoniczna 160W (przy 8Ω) końcówka mocy, która z powodzeniem może pracować jako monoblok zwiększając tym samym swą moc do zdolnych prawidłowo wysterować przysłowiowy stół bilardowy 600W/8Ω. Co ciekawe dopiero w trybie monobloku staje się konstrukcją w pełni zbalansowaną. Stopnie mocy korzystają w firmowego układu Circle Power w wersji dedykowanej zastosowaniom o wyższej mocy i większym prądzie. Za ich zasilanie odpowiadają całkowicie niezależne zasilacze z osobnymi transformatorami o mocy 400W każdy oraz wysokoprądowe kondensatory Kemet (z wyprowadzeniami śrubowymi) o łącznej pojemności 200 000 μF. Przedwzmacniacz lampowy (oparty na parze lamp ECC8100) zasilany jest pełni niezależnych stabilizowanych zasilaczy które korzystają z osobnych uzwojeń transformatora na rdzeniu EL.
Jeśli zaś chodzi o brzmienie zasadnym wydaje się pytanie, czy wraz z unifikacją natury wizualnej, również sonicznie P300 & M200 są reprezentantami tej samej szkoły, co A200. I? I przewrotnie odpowiem, że to wszystko zależy od punktu widzenia i Państwa oczekiwań. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia ze zdecydowanie bardziej rozdzielczym, złożonym i wyrafinowanym sposobem prezentacji, jednak z drugiej priorytetem pozostaje cały czas niezwykła homogeniczność i muzykalność prezentacji. Dla lepszego zobrazowania powyższych obserwacji posłużę się analogią z rynku tzw. „popepszaczy percepcji”. Otóż, o ile zintegrowaną 200-kę można byłoby uznać za odpowiednik w pełni godnej miana ambrozji miodowej 7* Metaxy, to już wyżej usytuowana w firmowym portfolio dzielonka jawi się przy niej, niczym zdecydowanie bardziej dojrzały i zarazem mniej deserowy, czy wręcz niemalże wytrawny 12* wypust Grand Olympian Reserve, gdzie słodycz ustępuje złożoności misternej pajęczyny nut wanilii, muszkatu i migdałów. Gorąco w tym momencie przepraszam wszystkich koneserów smaku za tak niskich lotów trunki, jednak posiłkując się nimi starałem się trafić do świadomości możliwie szerokiego grona odbiorców. A dla ortodoksyjnych miłośników winogronowych destylatów mam z nieco wyższej półki analogię – A200 to taki odpowiednik Martela V.S.O.P. a duet P300 & M200 to już klasa XO. Przechodząc jednak do konkretów nie da się ukryć, że tytułowy duet czerpiąc z potencjału młodszego rodzeństwa wszystkie jego zalety wprowadza na zupełnie inny poziom intensywności. Co ciekawe, w pierwszej chwili można odnieść jednak wrażenie, że basu z dzielonki jest mniej aniżeli z integry, jednak wraz z czasem i spadkiem emocji okazuje się, że jest na odwrót. O ile jednak A200 poprzez delikatne faworyzowanie przełomu średnicy z basem i wyższego basu od razu pałała za ucho zarażając odbiorcę pulsującym beatem, o tyle tytułowa parka do najniższych składowych podchodzi ze zdecydowanie mniejszą beztroską, za to z większą atencją. W rezultacie bas schodzi znacznie niżej, jest bezdyskusyjnie lepiej zróżnicowany i kontrolowany, jednak odzywa się w pełnym spektrum wtedy, gdy rzeczywiście jest to konieczne – jeśli tak został zarejestrowany. Przykładowo na „DISCO: Guest List Edition” Kylie Minogue wcale nie będzie go dużo i nie będzie dominującą składową, bo właśnie tak ten album zrealizowano – bez najniższego basiszcza. Wystarczy jednak sięgnąć po „The Atlas Underground Fire” (szczególnej uwadze polecam „Charmed I’m Sure (feat. Protohype)”) Toma Morello, a jeśli taka obłąkańcza, trudna do sklasyfikowania jazda bez trzymanki dla kogoś to zbyt wiele zawsze można posiłkować się naszą dyżurną referencją, czyli albumem „Khmer” Nilsa Pettera Molværa, by nie tylko na własne uszy, lecz i trzewia się przekonać jak nisko i z jaką kontrolą potrafi zejść M200. Średnica i góra również są świetnie „poukładane” – gładkie, soczyste, acz dalekie od słodkiego przepalenia, gdzie przyjemność odsłuchu bierze górę nad realizmem. Tu nutka słodyczy jest nad wyraz delikatna, to takie muśnięcie, ale zarazem akcent sprawiający, że nie sposób uznać „Cyrkli” za zbyt analityczne i to pomimo wyśmienitej rozdzielczości. Scena kreowana jest mniej więcej od linii głośników daleko w głąb i szerz, przy czym gradacja planów nie daje nawet najmniejszych podstaw do krytyki. Jeśli wielka, hollywoodzka symfonika w stylu „The Lord of the Rings: The Fellowship of the Ring” Howarda Shore’a nie była w stanie wywołać bałaganu w dalszych planach, to i standardowa klasyka nie powinna sprawić polskiemu duetowi jakichkolwiek problemów.
Skoro jednak tak dystrybutor, jak i producent nic nie wspominali o bezwzględnej nierozerwalności dostarczonego na testy zestawu, to po kilkudniowych odsłuchach kompletnego seta uznałem za stosowne przeprowadzić kilka prób z jego rozdzieleniem i solowymi odsłuchami jego składowych. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nic nie jest takie, jakim mogłoby się wydawać patrząc li tylko przez pryzmat wykorzystywanych przez nie technologii. Bowiem w pełni tranzystorowy preamp stawiał na wypełnienie środka – jego organiczne wysycenie i namacalność. Może delikatnej redukcji, oczywiście nadal z zachowaniem ich słyszalności, uległy dalszoplanowe szmery i inne mikrodetale. Jednak coś za coś – przeniesienie akcentu na definicję źródeł pozornych a tym samym skierowanie na nie naszej uwagi automatycznie osłabia naszą percepcję w zacienionych zakamarkach. Również bas kreślony był nieco grubszą, aniżeli mam na co dzień kreską, jednak nic a nic nie traciłem z jego definicji i zróżnicowania a różnice śmiało można określić na poziomie jednego stopnia twardości ołówków kreślarskich z 5 na 4H. Z kolei hybrydowa końcówka stawiała na transparentność i analityczność śmiało konkurując pod tym względem z moim dyżurnym opartym jedynie na krzemie Brystonie 4B³. Oczywiście efekt finalny zależeć będzie jeszcze od kilku zmiennych, jednak przynajmniej na początek sugerowałbym łączyć P300 i M200 XLR-ami i to możliwie wysokiej próby. Podobne sugestie mam odnośnie przewodów zasilających. Pozwoli to rozwinąć parce Circle Audio skrzydła jednocześnie zapewniając świetną zarówno makro, jak i mikro dynamikę nie tylko przy iście koncertowych poziomach głośności, lecz i kojących skołatane nerwy wieczorno-nocnych sesjach.
No i masz babo placek. Z jednej strony A200 byś w telegraficznym skrócie mówiąc świetny,, gdyż dawał niesamowitą frajdę z praktycznie dowolnym repertuarem nader humanitarnie traktując nawet niezbyt referencyjne realizacje, co w większości przypadków w pełni mogło usatysfakcjonować potencjalnych nabywców. Jednak z drugiej dzielony zestaw Circle Labs P300 & M200 wszystko robi lepiej. Jest przy tym oczywiście zauważalnie droższy a z racji swej dzielonej natury również bardziej absorbujący tak gabarytowo, jak i aplikacyjnie (vide dodatkowe okablowanie). Jeśli jednak dążą Państwo do osiągnięcia dowolnie rozumianej nirwany, to właśnie z P300 & M200 zbliżycie się do niej bardziej aniżeli z ww. integrą. Od siebie tylko dodam, że prawdziwym czarnym koniem niniejszego testu okazał się w moim systemie przedwzmacniacz P300 a końcówka M200 była „tylko” bardzo dobra. Ciekawi mnie tylko jak wyglądałby mój prywatny ranking, gdyby zamiast jednej pojawiły się dwie M200-ki …
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U1 Mini + I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Tellurium Q Silver Diamond
– IC XLR: Organic Audio; Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Signal Projects Hydra; Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Nie to żebym się jakoś specjalnie chwalił, ale będąc szczerym, nie mogę przemilczeć faktu, że w procesie wykluwania się pierwszego produktu tytułowego brandu, czyli testowanego jakiś czas temu na naszych łamach wzmacniacza zintegrowanego Circle Labs A200, wtrąciłem swoje przysłowiowe trzy grosze. Temat opiewał na weryfikujący przedprodukcyjne dokonania niezobowiązujący odsłuch, którego piętno bez jakiejkolwiek późniejszej konsultacji z producentem, podczas testu finalnej wersji udało mi się wychwycić. Oczywiście były to tak zwane spostrzeżenia kosmetyczne, jednak dla bytu pierwszej na rynku konstrukcji brzmieniowo czyniące ją „jakąś”, a nie serwującą doznania „Od Sasa do Lasa”, w żadnym aspekcie nie będąc konkretną. W moim odczuciu – o czym możecie przekonać się zgłębiając treść stosownego testu – panowie wówczas postawili na poruszanie się w estetyce nasycenia z fajnie zbilansowanym pakietem informacji. Bez próby siłowego spełniania zachcianek pełnego spektrum audiofilskiej i melomańskiej gawiedzi, tylko celowali w konkretnego, co istotne, wiedzącego co chce od życia klienta. I sądząc po pozytywnych opiniach nie tylko u nas, ale również w zagranicznych periodykach, był to celny strzał. Strzał, który nie pozostał bez echa, bowiem dzielni konstruktorzy A200-ki dysponując znacznie większym budżetem, poszli za ciosem i wydaje mi się, że doprowadzając do finału będący w dystrybucji Nautilusa sygnowany logiem Circle Labs tym razem dzielony projekt wzmocnienia P300 & M200, skutecznie popracowali nad spełnieniem założeń wspominanego przeze mnie, oczywiście finalnie nieco prze-aranżowanego brzmieniowo, pełnego ciekawych założeń sonicznych protoplasty. Co mam na myśli? Niestety wstępniak nie jest miejscem do wykładania kart na stół, dlatego też zainteresowanych co w kwestii sposobu na muzykę niesie ze sobą najnowsza krakowska sekcja wzmocnienia, zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Kreśląc kilka zwięzłych zdań o wyglądzie i osiągach tytułowych konstrukcji, po pierwsze należy wspomnieć o ich będącym powieleniem wizualizacji poprzednika, bezapelacyjnie fenomenalnym wyglądzie. Obydwie skrzynki od strony designu są bliźniacze, z tą tylko różnicą, że przedwzmacniacz jest nieco niższy od końcówki mocy, inaczej chłodzony – nie ma na bokach radiatorów, a także z racji sprawowania całkowicie różnych zadań inaczej wyposażony przyłączeniowo. Reszta aspektów typu czernione szkło przedniego panelu, zlokalizowane w złotych wstawkach frontu i środkowej części przedniej krawędzi górnej płaszczyzny logo marki z włącznikiem inicjującym pracę, poprzeczną ikonką tuż przy podstawie sygnalizującą działanie urządzeń oraz zorientowanymi wertykalnie, rozlokowanymi symetrycznie wokół wytłoczonego na dachu logo marki podłużnymi otworami wentylującymi trzewia urządzeń jest taka sama. Jeśli chodzi o ich wyposażenie aplikacyjne, liniówka na awersie oprócz wspomnianych wspólnych detali może pochwalić dodatkowo dwoma gałkami – lewa selektor wejść, prawa głośność, zaś na rewersie patrząc od lewej strony trzema blokami wejść i wyjść liniowych (2 wyjścia XLR, 2 wejścia XLR i 3 wejścia RCA) gniazdem zasilającym IEC oraz włącznikiem głównym. Ten sam temat w piecyku opiewa na pozbawioną dodatkowych detali poza wcześniej wymienionymi, przez to emanującą wizualnym spokojem połać czernionego szkła frontu oraz zestaw terminali kolumnowych wraz z pojedynczymi wejściami sygnału w standardach RCA/XLR dla trybu stereo, a także w przypadku podwajającego moc bridge’owania końcówki jako monoblok, dokonujące automatycznego przestawienia sposobu pracy urządzenia dodatkowe gniazdo XLR na plecach. Gdy mamy za sobą kwestie wizualne, nie sposób nie wspomnieć o ważnych aspektach technicznych, z których najważniejszymi są w każdym przypadku pełna symetryzacja preampu i końcówki w trybie mono, zastosowanie lamp w służbie sterowania napięciowego wzmocnienia sygnału, co czyni z końcówki bardzo poszukiwaną przez wielu melomanów swoistą konstrukcję hybrydową, moc na poziomie 160W/8Ohm & 300W/4Ohm w trybie stereo i 600W/8Ohm & 900W/4Ohm po zmostkowaniu oraz dostarczany wraz z przedwzmacniaczem z pozoru prosty, jednak w pełni wystarczający do obsługi i do tego bardzo ergonomiczny pilot zdalnego sterowania.
Zanim przejdę do opisu brzmienia testowanego zestawu pre-power, w celu ustalenia jaki kawał roboty wykonali konstruktorzy w stosunku do pierwszej testowej wersji, wspomnę, iż prototyp stawiał na przysłowiowe łapanie kilku srok za ogon. Z jednej strony pierwsza inkarnacja starała się oferować mocny dolny rejestr, z drugiej serwowała sporo informacji w środku, zaś z trzeciej jawiła się jako piewca nieograniczonej transparentności. Przynajmniej ja to tak odebrałem. To natomiast powodowało, że ani bas nie był zbyt dobrze kontrolowany, w centrum słychać było drobne braki w uzyskaniu odpowiedniej masy dźwięku, a góra często okazywała się być nazbyt ofensywna. Owszem, taki stan rzeczy zawsze komuś mógłby się podobać lub w pewien sposób resztą konfiguracji sprzętowej nawet wymagający melomani mogliby skorygować, jednak nie do końca o powoływanie obarczonego niedostatkami produktu do życia jego pomysłodawcom chodziło. Takim to sposobem, po trosze w odpowiedzi na wyartykułowane wnioski i pewnie po trosze pewnej ich zgodności z własnymi, najpierw ukazał się brylujący w estetyce fajnego nasycenia wzmacniacz zintegrowany A200 i teraz moim zdaniem świetnie realizujący założenia prototypowej wersji opiniowany set P300 & M200. Jakie to założenia?
Nie wiem, jak zestaw okabluje potencjalny nabywca – to dość determinujący czynnik, ale ja na bazie widniejącej na fotografiach oferty Furutecha, Hijiri i Siltecha zadbałem, aby nasi bohaterowie uzyskali bardzo dobrą podstawę basową, co istotne gęsty, ale przy tym pokazujący najważniejsze aspekty brylujących w tym zakresu instrumentów środek pasma, a wszystko zostało okraszone fajną iskierką. Ciekawostką jest, że mimo znakomitego wglądu w nagranie całość emanowała przyjemnie ciemnawą estetyką prezentacji. Jednak określenie „ciemne” nie oznacza przygaszenia światła na scenie, tylko podanie przekazu w sposób pozbawiony często lubianego przez wielu osobników homo sapiens nienaturalnego doświetlania dźwięku. Nadal wszystko podane było transparentnie, tyko pozwalało się słuchać nieskończenie długo, a nie po kilku płytach wywoływać efekt walki o przetrwanie naszych narządów słuchu. Tłumacząc to z polskiego na nasze, zestaw był daleki od efekciarstwa. Owszem, w naszej zabawie chodzi o wyciskanie ostatnich soków ze słuchanej muzyki, jednak proponowanie jej realiów na ciężkostrawnego, bo będącego na stałym, często zbyt dużym poziomie, maxa jest oczywistą pomyłką. Pomyłką, której tandem Circle Labs znakomicie unikał. A udało się dlatego, że w bardzo spójny sposób zaprzągł do pracy nie tylko mocny, przy tym zaskakująco masywny i za co należą się brawa, bez oznak rozlania się po podłodze bas, pełen plastyki, równie ekspresyjny pod względem energii, masy i pakietu informacji środek pasma oraz tak lubiane przeze mnie, umiejętnie rozświetlone, pełne znakomicie zawieszonego w eterze wigoru, jednak cały czas bez znamion nadinterpretacji wysokie tony. Co w konsekwencji sprawiało, że testowany zestaw odebrałem jako wypisz wymaluj znakomite wdrożenie zamierzeń przełamującej u mnie pierwsze lody tej marki, wersji „Alpha”. Jak zatem powyższe wybory producentów przekładały się na konkretną muzykę?
Prawdę powiedziawszy finalny sznyt grania zestawu Circle Labs nie miał najmniejszego problemu z żadnym nurtem. Owszem był pełnoprawnym bytem każdego z nich, jednak w szczególny dla siebie sposób za każdym razem uruchamiał inne posiadane walory. Weźmy na przykład mocny materiał ostatnio poznanego przeze mnie mongolskiego folk-metalu spod znaku The Hu „The Gereg”. To była w dosłownym zrozumieniu tego zwrotu „bezpardonowa jazda bez trzymanki”. Jednak nie w jakimś szczególnym aspekcie, tylko dosłownie każdym najdrobniejszym niuansie. Począwszy od rytmicznego, przywołującego najstraszniejsze wizje mocnego bitu dolnego pasma, przez równie niepokojący, bo śpiewany z powodującą lęk u słuchacza chrypą wokal, po natychmiastowe, przy tym pełne impulsowo podanej energii zmiany tempa. System praktycznie nie miał czasu na odsapnięcie, gdyż wściekli Mongołowie za pomocą bezkompromisowego wyrażania zapisanych na pięciolinii nut od pierwszego do dostatniego kawałka na płycie chcieli za wszelką cenę mnie zdominować. Raz trzęsąc podłogą pokoju soczystym uderzeniem w wielki bęben. Innym razem kopiąc natychmiastowym, oczywiście zbliżonym do energii fali wybuchu laski trotylu, pakietem kilkunastosekundowego perkusyjnego pasażu. A jeszcze innym hipnotyzującym moje zmysły alikwotowym chrapaniem niskiego w tonacji, raz medytacyjnego, a raz uwalniającego pokłady strachu wokalu. Przez cały czas czekałem z zaciekawieniem co się wydarzy, a dostarczone do oceny zabawki napędzając przecież monstrualne flagowce Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition, bez najmniejszej czkawki ze stoickim spokojem realizowały pełne spektrum zamierzeń artystów. Dla mnie był to nie boję się tego powiedzieć, zjawiskowo druzgocący zmysły seans. A zjawiskowo dlatego, że produkty CL nawet przez moment nie limitowały nie tylko zapotrzebowania muzyków na pakiet barwy masy i energii, ale również pozwalający pokazać ten krążek w domenie odpowiedniej lotności, oddechu przekazu. Idąc za obecnie panującą młodzieżową nomenklaturą powiem tak, to był sztos.
W identyczny, choć powodujący minimalne ukulturalnienie przekazu sposób wypadał mainstreamowy rock typu AC/DC, Metallica, czy Black Sabbath. Powodem wspomnienia o tym niuansie było dodanie body do dotychczas odbieranego jako anorektyczne wykonu całości tego rodzaju materiału. To co niegdyś okazywało się być niezbyt nieprzyjemne, bo słabo zrealizowane, teraz zostało okraszone oczekiwaną barwą i masą. Naturalnie miałem do czynienia z jawnym wpływem skonfigurowanego testowo zestawu, jednak w końcowym rozliczeniu jakże przyjemnym w odbiorze inne spojrzeniem na ten sam materiał.
Zmieniając nurt muzyczny chyba nie muszę nikogo uświadamiać o równie dobrym występie twórczości stawiającej na mistycyzm. Jednak nie tylko sakralny w stylu Jordi Savalla, czy Claudio Monteverdiego – te w estetyce grania naszych bohaterów brylowały nawet nie bardzo dobrze, ale wręcz zjawiskowo, tylko również zawarty we wszelkich odmianach jazzu z free włącznie – tak tak, w nich również wyczuwalne jest swoiste sacrum. Co prawda wymieniony jako ostatni w domenie szybkości narastania ekspresji jako nieodzowny skutek przed momentem opisywanych działań systemu, nieco zwalniał tempa, jednak wynikające z tego powodu dobro typu: fajna barwa zazwyczaj wiodących w tego typu muzie dęciaków, czy spowodowana nasyceniem źródeł pozornych ich namacalność, bez problemu rekompensowały wszelkie próbujące dojść do głosu sygnały o odejściu materiału muzycznego od będącej dla wielu niestrawną w odbiorze, prawdy. Ja mimo dość częstego słuchania tego typu szaleństwa, biorąc pod uwagę wszelkie za i przeciw, bez problemu to kupuję.
Na koniec coś, co aby uzyskać planowane ekstremum przekazu, należałoby wspomóc korekta okablowania. Mówię o przykładowej elektronice Yello „Touch” . Spokojnie, w testowej sesji również była zjawiskowa, jednak nie tak brutalna w przenikliwości, jak życzyłoby sobie wielu z jej piewców. Nadal energia, masa i rozmach prezentacji były jej mocną stroną, tylko uzyskana zastosowanym przeze mnie okablowaniem kultura przekazu nie dawała wyrwać się z ryzów narzuconej odgórnie kultury. Na szczęście to był szybko korygowalny niuans, gdyż wystarczyło zmienić sieciówki na bardziej transparentne (ja użyłem Acrolinka 8100), by świat mimo stacjonowania lamp elektronowych na pokładzie końcówki mocy, w kwestii ostrości rysunku stanął na przysłowiowej głowie. Jednak na szczęście głowie konsekwentnie osadzonej na solidnym korpusie, jakim była waga dźwięku. Zbędne trzymanie poprawności politycznej? Zapewniam, że nie. Elektronika tak jak inna muzyka rządzi się takimi samymi prawami fizyki i jak ma tąpnąć pokojem, musi mieć czym, bo z samego pisku w materii pomruków nic nie wyniknie. To jest elementarz, o którym producenci w swej dbałości o poprawną prezentację nawet tak ekstremalnie brzmiącego działu płytoteki nie zapomnieli.
Czy opisane powyżej rodzime konstrukcje są dla każdego? Jak to zwykle w życiu bywa, na taki scenariusz zwyczajnie nie ma szans. Zatem dla kogo? Powiem tak. Małopolska brygada wzmacniająca sygnał audio nie jest mistrzem w szybkości narastania sygnału. Jest przy tym daleka od stawiania na ekspresję przekazu ponad wszystko. Za to przy zdroworozsądkowym podejściu do wspomnianych aspektów prezentacji niesie ze sobą w pełni kontrolowane pokłady muzykalności. To zaś tak na koniec dnia oznacza, że jest wręcz idealnym partnerem dla miłośników muzyki przez duże „M”. Jest tylko jeden problem. I zaznaczam, że nie po stronie Circle Labs. Chodzi oczywiście o nas, czyli decydentów określających się z jedną ze wspomnianych na początku tego akapitu, estetyk projekcji muzyki. Ja bazując na testowym spotkaniu, bez zastanowienia wybieram tę spod znaku P300 & M200, czyli raczej oferującą przyjemność ze słuchania i utożsamiania się z nią, niż przeżywaniem jej z oczami dookoła głowy i otwartym scyzorykiem w kieszeni.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Nautilus
Producent: Circle Labs
Ceny
Circle Labs P300: 19 900 PLN
Circle Labs M200: 29 900 PLN
Dane techniczne
Circle Labs P300
Wzmocnienie: 8 dB
Wejścia liniowe: 2 x XLR, 3 x RCA
Wyjścia liniowe: 2 x XLR
Impedancja wejściowa: 33 kΩ RCA, 66 kΩ XLR
Impedancja wyjściowa: 15 Ω
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 500 kHz (- 3dB)
Wymiary (S x G x W): 430 x 355 x 120 mm
Circle Labs M200
Moc wyjściowa (RMS): 2 x 160W/8Ω; 2 x 300W/4Ω; w trybie mono 600W/8Ω; 900W/4Ω
Wzmocnienie: 36 dB
Pasmo przenoszenia: 2 Hz – 1 MHz (- 3dB)
Wymiary (S x G x W): 430 x 355 x 170 mm
Waga: 23 kg
Opinia 1
Z tego, że stawiający niegdyś na odczuwaną przez wielu melomanów, notabene świetnie zgrywającą się z wzmacniaczami lampowymi, pewnego rodzaju „bezpośredniość” prezentacyjną francuski producent kolumn Triangle jakiś czas temu zmienił nieco front działań, mam nadzieję, że nie tylko my na bazie kilku testów, ale również Wy po zapoznaniu się z jednym z nich znakomicie zdajecie sobie sprawę. Jeśli nie, wpisując nazwę firmy w wyszukiwarce, na przykładzie modelu Espirt Australe Ez niezobowiązująco uzupełnicie wiedzę. Oczywiście jak to zwykle bywa, takie działania dla jednych będą dobrym, a dla innych kontrowersyjnym ruchem, jednak bardzo ważnym w tym wszystkim jest to, że nadal mamy do czynienia z produktem o wysokiej skuteczności. To bardzo praktyczne, bowiem takie kolumny bez najmniejszego problemu pozwalają wysterować się nawet niezbyt mocarnym wzmacniaczom, co z automatu czyni je uniwersalnymi. Uniwersalność zaś ma to do siebie, że produkt staje się swoistym kandydatem do tak zwanego pierwszego wstępnego wyboru, a śmiem twierdzić, iż czasem nawet pośród „gorących audiofilskich głów” wieloletniego ożenku. Dlatego gdy w około-testowych rozmowach ze stacjonującym w Białymstoku dystrybutorem Rafko przewija się coś z portfolio tytułowego brandu, nie ma opcji, aby nie wylądowało u nas w redakcji. Takim to sposobem w dzisiejszej przygodzie przyjrzymy się rocznicowemu wydaniu stosunkowo niewielkiej jubileuszowej konstrukcji Triangle Antal 40th Anniversary.
Nasze bohaterki wizualnie bardzo mocno przypominają testowane niegdyś na naszych łamach kolumny Espirt Australe EZ. Z jednej strony mamy do czynienia z niby niezbyt wyszukanymi, bo prostopadłościennymi, wykończonymi jasnym fornirem i osadzonymi na połyskującej czernią szkła platformie nośnej skrzynkami, ale za to z drugiej z racji unikania często przereklamowanego przepychu, z łatwością wpisującymi się w praktycznie każdy wystrój pomieszczenia swoistymi akcesoriami wykończenia wnętrz. Wysokością około 110 cm i stosunkowo niewielką szerokością są dalekie od wrażenia wizerunkowego przytłaczania, a mimo to na ich froncie producentowi udało się zaaplikować mieniący się połyskiem magnezu tubki i wykończonego różowym złotem stożka znany z wielu aplikacji u Triangla tweeter, ciekawie odcinający się bielą papierowej membrany na tle jasnego forniru głośnik średniotonowy, pod nim dwa wykonane z miazgi drzewnej i włókna węglowego przetworniki basowe i tuż przy podłodze port bass-reflex. Oczywistym jest, że w potencjalny system jakoś trzeba je zaaplikować, dlatego bez burzenia wizerunku spokoju realizuje to zorientowany w dolnej części tylnej ścianki, jak przystało na wersję jubileuszową, umieszczony na platformie wykonanej z anodowanego na złoto aluminium zdublowany zestaw zacisków. Całość designu projektu Antali wieńczą informacyjne ryty o ich rocznicowości nie tylko na wspomnianej tablicy przyłączeniowej, ale również jako dodatkowa płytka na awersie pomiędzy przetwornikami niskotonowymi i wylotem tłoczonego przez nie powietrza z wewnątrz obudowy. Wieńcząc opis francuskich 40-ek nie mogę nie wspomnieć o kilku danych technicznych, z których najistotniejszymi są trój-drożność konstrukcji, ich skuteczność na poziomie 92dB i według producenta obciążalność dla wzmacniaczy ustalona na 8 Ohm.
Tak się ciekawie złożyło, że piękne Francuski zaliczyły dwie niezobowiązujące, jednak co bardzo istotne, w obydwu przypadkach brzemienne w pozytywne skutki sesje odsłuchowe. Mam na myśli początkowe zasilanie ich moim mocarnym, co prawda w klasie „A”, ale jednak tranzystorowym Gryphonem Mephisto, by w dalszej części testu zapiąć do nich niedawno testowaną lampową integrę BAT VK-80i. Co wypadło lepiej? Nie podejmuję się bezwarunkowo oceniać, gdyż bez względu na dramatyczną różnicę w wielkości konstrukcji i oddawanej mocy obydwu piecyków, systemowi z lampą jako wzmocnienia udało im się pokazać to coś. I oczywiście nie chodzi o bazującą na wysokiej skuteczności kolumn ponadprzeciętną kontrolę przekazu, natychmiastowość oddania najmocniejszych peaków muzycznych, czy powodowanie trzęsień ziemi, tylko tworzenie zarezerwowanej dla szklanych baniek aury. Tego nie da się osiągnąć z nawet najznakomitszym wzmacniaczem opartym o krzem, dlatego też nie dziwotą jest, że wielu melomanów za to „coś” jest w stanie oddać nieco z wymienionych przed momentem dźwiękowych aspektów.
Duński Mephisto w dobrym tego słowa znaczeniu targał nimi bez jakiejkolwiek litości. Pełna kontrola nad nawet najniższymi pomrukami wymagającej od kolumn dobrego prowadzenia basu muzyki zespołu Acid na płycie „Liminal” pokazała, że mimo niewielkich gabarytów zespołów głośnikowych sto metrów sześciennych mojego pomieszczenia nie robiło na nich specjalnego wrażenia. Mało tego. Nawet przy sporych poziomach głośności to nadal był bardzo przyjemny barwowo spektakl. Spektakl co prawda w głównej mierze nastawiony na planowe niszczenie moich narządów słuchu, jednak nie z racji zbytniego poziomu zniekształceń generowanych przez nieduże kolumienki w zbyt wielkiej kubaturze, tylko z racji mocnego podkręcenia gałki Volume. Podobnie było z muzyką rockową, która w oparciu o ostatnio uzupełnioną kolekcję grupy AC/DC krążkiem „Power Up” potrafiła nie tylko mocno uderzyć mnie falą dźwiękową, ale przy okazji fajnie podać tak ważne dla tej kapeli gitarowe riffy. Jednym słowem dostałem – oczywiście na miarę możliwości gabarytów Antali – bardzo fajny ogień w domenie szybkości prezentacji, a z drugiej dzięki odejściu marki od zbytniego rozjaśniania przekazu przyjemny pokaz pracy muzyków z przysłowiowymi wiosłami. Wiosłami niekrzyczącymi, ale nadal zadziornymi, czyli takimi jak lubię.
Jak można się domyślić, prezentowany przez francuską myśl techniczną świat nabrał innych rumieńców, gdy jako zasilanie posłużył mi lampowy BAT VK-80i. Ale spokojnie, przekaz podryfował nie w gorszą, a jedynie bardziej intymną stronę. Naturalnie w wartościach bezwzględnych – czytaj tabelkach – wszystkie wyniki musiały być nieco słabsze, jednak to podejście pokazało, że nie zawsze o atak, czy masowanie trzewi chodzi. Niby w poprzedniej konfiguracji wszystko było ok., ale konglomerat Triangli i lampy pokazał, z jaką łatwością muzyka jest w stanie przenieść mnie w malowany przez system w moim pokoju wirtualny świat bez użycia dedykowanych okularów 3D. Wystarczyło zamknąć oczy, by przy kontemplacyjnym jazzie spod znaku RGG „Mysterious Monuments On The Moon”, czy twórczości barokowej w stylu „El Cant De La Sybil-la” Jordi Savalla nie zauważyć, kiedy laser wrócił do pozycji spoczynku. Słowo klucz? Pewnie uważacie to za wyświechtane określenie, ale to było najprawdziwsza magia lampy. Przekaz w newralgicznych punktach lekko rozmyty, czasem w służbie przedłużania wybrzmień planowo poluzowany, ale zawsze pełen eteryczności, która sprawiała wrażenie pełnej namacalności. Po prostu bajka. Nic, tylko usiąść i zatopić się muzie.
Próbując zebrać obydwie przed momentem przedstawione sesje w jedną w miarę zrozumiałą całość, zdaję sobie sprawę, iż świat oparty o próżniowe bańki nie jest dla każdego i wielu z Was wybierając tranzystor nie pójdzie tą drogą, jednak istotą mojego pokazania dwóch starć było udowodnienie, że jak na jubileuszowy produkt przystało, Atale 40th Anniversary radziły sobie w każdym, nie oszukujmy się oczekującym całkowicie innego podejścia do muzyki temacie. Jasne, że każde wzmocnienie finalnie miało swoje repertuarowe preferencje, jednakże zapewniam, nawet te z pozoru odległe od obiegowych opinii dla każdego rodzaju wzmocnienia sprawiały mi wiele przyjemności ze słuchania. To zaś udowadnia pewnego rodzaju uniwersalność kolumn. Tylko zwróćcie uwagę, iż w tym momencie nie mam na myśli spowodowanej wysoką skutecznością ich łatwości do wysterowania, a podołanie różnorodnym gatunkom muzycznym. I bez znaczenia czy agresywnym, czy melancholijnym, gdyż wspominana we wstępniaku zmiana priorytetów brandu z mocnej transparentności przekazu na jego bardziej kulturalną odmianę, nie zdusiła w opiniowanych paczkach swobody oddania nawet najdrobniejszego sonicznego niuansu, czego przy takich zabiegach wielu producentom nie udaje się utrzymać. Brawo.
Jak oceniam nasze bohaterki? To chyba jasne. Przy stosunkowo niedużych gabarytach świetne prezentują się wizualnie, a przy tym w zależności od reszty toru potrafią zagrać praktycznie każdą muzykę. Mało? Myślę, że przy takich pieniądzach nie ma co szukać dziury w całym, bo wszystko jest w jak najlepszym wydaniu. Komu bym je dedykował? Być może Was zaskoczę, ale wszystkim. Jak to możliwe? Już wyjaśniam. Na bazie tego co usłyszałem u siebie, sądzę, iż bez jakichkolwiek obaw można je najpierw nabyć, a dopiero później określać się, czy bliżej nam do lampy, czy tranzystora. Jak wynika z testu, tu i tu mają dużo do powiedzenia.
Jacek Pazio
Opinia 2
Zmiana kodu na 4-kę z przodu to dla jednych pretekst do jako-takiego ustatkowania, dla innych zakupu odpowiednio „szałowej” zabawki w stylu będącego przedłużeniem … ego sportowego turladełka, bądź pochodzącej z własnego rocznika butelki. Generalnie chodzi o spełnienie czysto hedonistycznej zachcianki, której realizację tłumaczy właśnie kolejny krzyżyk na karku. Skoro populacja świętujących konsumentów a tym samym „ssanie rynku” nie maleje nie dziwi fakt, iż i dostawcy wszelakich dóbr luksusowych wykorzystują nadarzające się okazje do wprowadzania własnych, jubileuszowych wypustów bądź kolejnych inkarnacji modeli na swój sposób przełomowych. Skoro bowiem można coś, co już raz się wymyśliło, sprzedać po raz wtóry zmieniając jedynie to i owo, bądź wręcz ograniczając się li tylko do jubileuszowej tabliczki i klauzuli limitacji, to czemuż z nadarzającej się okazji nie skorzystać. Oczywiście, o ile tylko cena takiej „limitki” nie jest zbytnio napompowana a wygląda / gra przy tym lepiej aniżeli protoplasta, to pod względem etycznym / moralnym nie można mieć nikomu nic do zarzucenia, tym bardziej, iż Hi-Fi, wbrew temu, co część z nas uważa, to nie towar pierwszej potrzeby zapewniający podstawy egzystencji. Dlatego też bez zbytniej spinki a jedynie kierowani najzwyklejszą ludzką ciekawością, dzięki pomocy białostockiego Rafko (dystrybutora marki) postanowiliśmy rzucić uchem cóż też ciekawego kryje się za najnowszą, w dodatku jubileuszową odsłoną znanych i lubianych Triangli Antal 40th Anniversary.
W ramach niezobowiązującego wprowadzenia pozwolę sobie założyć, iż zarówno samego producenta – Triangle Electroacoustique, jak i samych Antali nikomu, choćby śladowo zainteresowanemu tematem audio, przedstawiać nie trzeba, gdyż po pierwsze francuski wytwórca jest zadomowiony na naszym rynku od … niepamiętnych czasów a po drugie same Antale to obok Comète-k poniekąd nieustająco dobrze sprzedający się „koń pociągowy” ichniejszego portfolio. W dodatku koń, który nie dość, że jaki jest każdy widzi, to nader udanie ewoluujący wraz ze zmianą gustów współczesnych odbiorców. Zanim jednak przejdziemy do znęcania się nad brzmieniem warto rzucić okiem na aparycję wizytujących nas kolumn. O ile bowiem pierwsze wersje Antali niczym specjalnym za gałkę nie łapały, gdyż obudowy przez dłuższą część ich żywota były fabrycznie przyoblekane w niby estetyczną, jednak daleką od szlachetności naturalnego forniru czarno-rudą folię winylową (najpierw rude były fronty a boki czarne a później na odwrót), to wraz z wiekiem sytuacja ulegała zauważalnej poprawie, vide optymalizacja kosztów własnych i wpływy księgowości schodziła na dalszy plan. Jako sztandarowy przykład zerwania z niezbyt licującym z rangą tytułowych kolumn wykończeniem najlepiej przywołać zjawiskowe, również jubileuszowe Antal 30th Anniversary (30ème Anniversaire), jednak nie w standardowej, asekuranckiej czerni i bieli, lecz iście zjawiskowym fornirze Mahoń Acajou. O ile jednak jeszcze dekadę temu myśląc Triangle, przynajmniej w wersji podłogowej oczywistym było spodziewanie się powszechnej obecności charakterystycznego, przerośniętego kolca odsprzęgającego konstrukcję od podłoża, to bodajże od momentu powołania do życia linii Esprit EZ, do której Antale należą owego artefaktu im poskąpiono, więc jeśli ktoś z Państwa uzna, że nie ma kolca – nie ma Triangli, to nie pozostaje mi nic innego jak zarekomendować eksplorację wyższych (Genèse, Signature i Magellan) serii. Pozostałej zaś części, na otarcie łez producent znad Sekwany proponuje dwa eleganckie forniry – palisander (santos) i jawor (sycomore), oraz stanowiące odpowiednik wyszukanych dodatków detale z anodowanego szczotkowanego aluminium w kolorze różowego złota i odpowiednio sygnowane szklane cokoły z perforowanym gumowym insertem tłumiącym drgania obudowy.
Fronty tytułowych, mierzących nader akceptowalne 113 cm podłogówek zdobi zestaw czterech autorskich przetworników, w których gronie znajdziemy najnowszą wersję 25mm kopułki TZ2500 z anodowanego na kolor różowego złota magnezu, 165mm średniotonowiec z 100% naturalnego papieru celulozowego oraz duet 165mm na nowo opracowanych basowców o sztywnych membranach z miazgi drzewnej, lnu i włókna węglowego. W dolnej części frontu wygospodarowano jeszcze miejsce na sporej średnicy łagodnie wyprofilowany port bas-refleks oraz stosowny, jubileuszowy szyld. Przenosząc wzrok na ścianę tylną tuż przy podstawie znajdziemy niewielką czarną tabliczkę znamionową i tuż nad nią drugą, zdecydowanie bardziej elegancką z anodowanego szczotkowanego aluminium w kolorze różowego złota z podwójnymi, zakręcanymi terminalami głośnikowymi. Od strony nieco bardziej technicznej, zgodnie z tradycją, mamy do czynienia z wysokoefektywną ( 92 dB/W/m) konstrukcją trójdrożną z częstotliwościami podziału zwrotnicy przypadającymi na 3500Hz i 215Hz oraz stosunkowo przyjaznej 8 Ω impedancji nominalnej z 3 Ω minimum.
Przechodząc do walorów sonicznych naszych dzisiejszych bohaterek warto podkreślić, że o ile jeszcze kilkanaście lat temu jeszcze można było wysnuwać wnioski o pewnej zależności pomiędzy reprezentowaną szkołą brzmienia a pochodzeniem danej konstrukcji, to w chwili obecnej mało kto przy zdrowych zmysłach i chociażby podstawowej wiedzy takimi teoriami chciałby się dzielić. Pół żartem pół serio można byłoby za grającym Leva Andropova w „Armageddonie” Peterem Stormarem uznać, że „amerykańskie, czy rosyjskie i tak wszystkie robione na Tajwanie” i byłoby w tym sporo prawdy, gdyż swoje zrobiła globalizacja a i znacząco wpływająca na aspekt finansowy unifikacja też ma co nieco za uszami. Krótko mówiąc rodowód danego komponentu ma taki związek z jego brzmieniem jak 500+ z przyrostem naturalnym. Chodzi bowiem o niezbity fakt, iż o ile początkowo Triangle uchodziły za „charakterne” i przez to dedykowane dość wąskiemu gronu odbiorców o jasno sprecyzowanych gustach, o tyle od ładnych paru lat owa firmowa „charakterność” uległa głębokiej przemianie i ucywilizowaniu. Co prawda podczas dotychczasowych spotkań z powstającymi w Villeneuve-Saint-Germain kolumnami bodajże każdorazowo wspominaliśmy o takowej metamorfozie, jednak i w tym wypadku warto nieco odświeżyć temat. Nie da się jednak ukryć, że dzięki wrodzonej wysokiej skuteczności Antale nawet przy najbardziej szaleńczych a przy tym zagmatwanych tempach nie wykazują najmniejszych problemów z timingiem. Każdy dźwięk trafiony jest w punkt, muzyka płynie wartkim nurtem a słuchacz nie ma chwili by wziąć oddech. Ot taki muzyczny rollercoaster, oczywiście pod warunkiem, gdy sięgniemy po odpowiedni ku temu repertuar w stylu obłąkańczych pląsów na „Pandora’s Piñata” Diablo Swing Orchestra, bądź wirtuozerskich popisów na „Paganini: Diabolus in Musica” Salvatore Accardo i London Philharmonic Orchestra. Jest spontaniczność, jest dynamika i na tyle zauważalna, w pełni odczuwalna dawka adrenaliny, że utrzymanie kończyn w spoczynku graniczy nie tyle z niemożnością, co wręcz cudem. Co istotne, przynajmniej teoretycznie połączenie ekspresyjnych dęciaków i ostrego rockowego łojenia z wysokotonową, metalową tubką w większości przypadków powinno skończyć się jeśli nie ciężką migreną, to chociażby gruntownym zdjęciem płytki nazębnej. Tymczasem Triangle, choć góry nie szczędziły i o jej złagodzeniu nie było nawet mowy potrafiły pogodzić ilość przekazywanych informacji z ich jakością, oferując rześki, acz niezwykle gładki i śmiało można uznać, że również wyrafinowany przekaz. Śmiem wręcz twierdzić, iż bez większego trudu można znaleźć na rynku konstrukcje wykorzystujące jedwabne/tekstylne przetworniki wysokotonowe, które w porównaniu z Antalami ten sam materiał zagrałyby zdecydowanie bardziej ofensywnie, czy wręcz „kwadratowo”.
Przesiadka na nieco wolniejsze, bardziej dostojne tempa, czyli moje dyżurne misterium pod postacią „Misa Criolla / Navidad Nuestra” Ariela Ramireza w wykonaniu niezastąpionej Mercedes Sosy i … do głosu doszła jeszcze jedna, wielce pożądana składowa – fenomenalna przestrzeń. I to przestrzeń z niezwykle precyzyjnie rozlokowanymi tak instrumentami, jak i solistami. W dodatku nie były to byty niezależne, odseparowane i zamknięte we własnych szklanych bańkach, lecz ludzie z krwi i kości pomiędzy którymi dochodziło do interakcji i wzajemnego przeplatania. Triangle co prawda jasno i wyraźnie wskazywały gdzie każdy ma swoją miejscówkę, ale reprodukowany materiał przedstawiał jako homogeniczną całość a nie luźny zbiór niekoniecznie związanych ze sobą dźwięków. Wokal Sosy był niezwykle komunikatywny, ekspresyjny i o ile na co dzień przyzwyczajony jestem do nieco intensywniejszego jego wypełnienia, to biorąc pod uwagę niezwykle przystępną cenę francuskich kolumn nie widzę powodu, by powyższą obserwację uznać za jakiś istotny mankament. Tym bardziej, że jest on stosunkowo łatwy do skorygowania – doprowadzenia do poziomu naszych wymagań, czy to za pomocą okablowania, czy też amplifikacji, co dane mi było empirycznie sprawdzić podczas przesiadki z dzielonki Trigon Dialog & Monolog na lampowy duet Balanced Audio Technology VK-80 & VK-90T. Nie sposób jednak przy tejże okazji wspomnieć, iż wbrew pozorom, czyli wysokiej skuteczności i „przyjaznej” impedancji tytułowym podłogówkom służą mocne wzmacniacze. Proszę więc nie przejmować się bajkami z mchu i paproci o przeciwwskazaniach dotyczących takich konfiguracji. Okazuje się bowiem w praktyce, że Triangle właśnie z muskularną tak pod względem mocy, jak i wydajności prądowej amplifikacją dostają wiatr w żagle odwdzięczając się nad wyraz energetycznym, świetnie kontrolowanym a przy tym pozbawionym jakichkolwiek oznak nerwowości dźwiękiem.
Nie da się ukryć, że Triangle Electroacoustique zachowując szacunek dla swojej brzmieniowej spuścizny nader zgrabnie wpasowało się w wymagania i gusta współczesnych odbiorców. Bazując na własnych przetwornikach z jednej strony zwinnie uciekło poza ramy powszechnej unifikacji, gdyż chociażby ze względu na autorskie wysokotonowce trudno francuskie kolumny pomylić z jakimkolwiek konkurencyjnym wyrobem a drugiej zachowując własną tożsamość nie dało zepchnąć się do niszy zarezerwowanej dla konstrukcji najdelikatniej mówiąc tyleż oryginalnych i nietuzinkowych, co po prostu dziwnych. I tytułowe Antale 40th Anniversary są tego najlepszym przykładem. Wpisując się w mainstreamową estetykę Hi-Fi reprezentują również cechy, które leżą u podstaw ich długowieczności – zaraźliwą spontaniczność i żywiołowość, jednak podane ze smakiem i umiarem, co finalnie prowadzi do większego zaangażowania słuchacza. Jeśli dodamy do tego nader rozsądną cenę to coś czuję w kościach, że model ten nie raz i nie dwa pojawi się jeszcze we francuskim portfolio w jubileuszowej odsłonie.
Marcin Olszewski
System wykorzystywany w teście:
Źródło:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Melco N1A/2EX + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Wzmacniacz zintegrowany: BAT VK-80i
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora, BAT VK-80, Trigon Dialog
Końcówka mocy: Gryphon Audio Mephisto Stereo, BAT VK-90T, Trigon Monolog
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition,
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante
Stolik: SOLID BASE VI
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA SS, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon Transrotor Leonardo 40/60 TMD
– wkładka Phasemation PP-200
– Step-up Thrax Trajan
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
Dystrybucja: Rafko
Producent: Triangle
Cena: 14 945 PLN
Dane techniczne
Konstrukcja: podłogowa, trójdrożna
Zastosowane przetworniki
– 1 x 1″ (25mm) tytanowa kopułka z serii TZ2500
– 1 x 6.5″ (165mm) celulozowy średniotonowy
– 2 x 6.5″ (165mm) niskotonowe z membraną z masy celulozowej i włókna węglowego
Skuteczność: 92 (dB/W/m)
Pasmo przenoszenia: 37 Hz – 22 KHz (+/- 3 dB)
Częstotliwość podziału zwrotnicy: 3500Hz / 215Hz
Moc: 140 W
Impedancja: 8 Ω nominalna, 3 Ω minimalna
Wymiary (S x G x W): 200 x 345 x 1090 mm
Wymiary z cokołem (S x G x W): 300 x 424 x 1128 mm
Waga: 29,8 kg
Przy pomocy najnowszej wersji kolumn głośnikowych SPARK, oferujących wyjątkowo dynamiczny dźwięk oraz imponującą, niemal namacalną przestrzeń, firma Audio Physic ustanawia nowy standard dla trójdrożnych kolumn podstawkowych.
Dzięki eleganckiemu wyglądowi i zoptymalizowanej pod kątem reprodukcji dźwięku konstrukcji, głośnik SPARK wypełnia lukę pomiędzy głośnikami półkowymi i podłogowymi, oferując ogromną swobodę w ustawieniu przy równoczesnym braku kompromisów w zakresie doskonałych parametrów akustycznych. W rezultacie otrzymujemy fascynujące wrażenia odsłuchowe nawet w najbardziej wymagających pomieszczeniach.
W nowym SPARKU zastosowano najnowszą technologię Audio Physic „PowerTrain”, znaną z flagowego modelu Cardeas. Fundamentem technologii „PowerTrain” jest głośnik średniotonowy HHCM SL. Nowy przetwornik pracuje bez centrującego membranę, dolnego zawieszenia. Dzięki temu, że opór występujący podczas pracy membrany niemal nie istnieje, brak jest kompresji, a przetwornik uzyskuje niespotykaną dotąd dynamikę i rozdzielczość. Dodatkowo głośnik wyposażony jest w podwójny kosz. Membrana przymocowana jest do tłumiącego rezonanse kosza z polimerów, który zaledwie w kilku punktach, łączy się z bardzo solidnym i sztywnym koszem aluminiowym do którego przymocowany jest potężny magnes. Takie rozwiązanie jeszcze mocniej polepsza selektywność i rozdzielczość reprodukowanego dźwięku. Kolumny głośnikowe SPARK posiadają nowe zoptymalizowane zwrotnice, dopasowane do współpracy z nowym głośnikiem średniotonowym.
W rezultacie najnowszy Audio Physic osiąga rozdzielczość reprodukowanego dźwięku, wcześniej nieznaną głośnikom w tej kategorii cenowej.
SPARK posiada również innowacyjny system odtwarzania najniższych basów – technologię Dual Surround.
Poza tym nowy SPARK dziedziczy inne kluczowe innowacje zastosowane po raz pierwszy w Cardeasie. Oprócz nowego przetwornika średniotonowego HHCM SL, posiada obudowę wykonaną w sprawdzonej technologii typu multi-sandwich, wewnętrzne przegrody wykonane są z płyt o zaawansowanej konstrukcji plastra miodu, a wzmocnienia z pianki ceramicznej. W zwrotnicy, w gałęzi głośnika wysokotonowego, zastosowano kondensatory ze stykiem wykonanymi ze spienionej miedzi.
Audio Physic wprowadza do sprzedaży nowy statyw głośnikowy Sherpa M, który nie tylko zapewnia doskonałe podparcie dla SPARK, ale także, dzięki specjalnie zaprojektowanym nóżkom VCF, „odsprzęga” go od podłogi. Statyw głośnikowy Sherpa M jest idealny dla wszystkich głośników półkowych i monitorowych o wadze do 20 kg.
DANE TECHNICZNE kolumn głośnikowych SPARK:
Wysokość: 483 mm / 19″
Szerokość : 202 mm / 7.9″
Głębokość : 371 mm / 14.6″
Wymagane miejsce: 202 x 430 mm / 7.9″ x 16.9″
Waga: ~18kg
Rekomendowana moc wzmacniacza: 30-180 W
Impedancja nominalna: 4 Ohm
Pasmo przenoszenia: 40 Hz – 40 kHz
Czułość: 88 dB
Tweeter: HHCT III
Midrange: HHCM SL
Woofer: 1 x 6.9″ Alu Cone
NuPrime AMG HPA to najnowsza propozycja producenta z Tajwanu, która sprawia, że wydajność słuchawek przechodzi na wyższy poziom. Jest to pierwszy na świecie przedwzmacniacz stereo ze wzmacniaczem słuchawkowym o impedancji wejściowej 1MΩ.
Zgodnie z przyjętymi założeniami producenta, celem serii AMG jest dostarczenie ze źródła do reszty ogniw Twojego systemu audio jak najbardziej przejrzystego i szczegółowego sygnału. NuPrime AMG HPA charakteryzuje wysoka moc wzmacniacza słuchawkowego, w pełni zbalansowana konstrukcja oraz szerokie pasmo przenoszenia, gwarantując tym czyste i harmonijne brzmienie.
NuPrime AMG HPA został wyposażony w wyjścia słuchawkowe, dwie pary wyjść analogowych (XLR zbalansowane i RCA) oraz może być używany jako przedwzmacniacz z wejściami 1MΩ.
W celu osiągnięcia impedancji wejściowej na poziomie 1 MΩ, stopień wejściowy wykorzystuje ultra wysoką przepustowość i nisko szumowe tranzystory JFET. Obwody wzmocnienia używają modułu klasy A typu Signle-Ended bez ujemnego sprzężenia zwrotnego, uzyskując tym szeroką przepustowość pasmową oraz bogate harmoniczne drugiego rzędu.
Wzmacniacz został wyposażony w pełni zbalansowany układ wzmocnienia, który zawiera niezależne obwody dla wejść, głośności, wzmocnienia i wyjścia. Regulacja głośności jest realizowana na dwóch układach MUSES72320, osiągając w ten sposób całkowicie zbalansowaną, stustopniową skalę głośności. To najlepsza regulacja głośności, jaką może być zastosowana w tego typu produkcie i prawdopodobnie najlepsza dla każdego wzmacniacza słuchawkowego.
W zasilaczu zastosowano transformator R-Core oraz kondensatory filtrujące o pojemności 26000μF, zapewniając przy tym szybkie i stabilne zasilanie obwodów przedwzmacniacza.
Specyfikacja:
• przedwzmacniacz stereo ze wzmacniaczem słuchawkowym
• Typ: Tranzystorowy
• Klasa: A
• Stosunek sygnał/szum: > 100 dB
• Zniekształcenia THD: 0.05%
• Pasmo przenoszenia: 20 – 200.000Hz
• Impedancja wejściowa: 1.000.000 omów
• Wyjścia 2xRCA liniowe: 1
• Wejścia 2xRCA liniowe: 3
• Wyjścia 2xXLR: 1
• Wejścia 2xXLR: 1
• Złącze słuchawkowe:
6.3mm duży jack
4.4mm Pentaconn
• Wzmocnienie:
High: 3.2
Low: 2.1
• Napięcie wyjściowe: 2xRCA: 2V / 2xXLR: 4V
• Współczynnik tłumienia przesłuchu: min. 80 dB @ 1 kHz
• Zdolny do napędzania słuchawek o impedancji od 8 omów
• Zakres dynamiki: > 80 dB
• Pilot: TAK
• Wysokość: 5.5 cm
• Szerokość: 23.5 cm
• Głębokość: 30 cm
• Waga: 2.3kg
Cena: 9795 zł
Najnowsze komentarze