Opinia 1
Kiedy niemalże trzy lata temu po raz pierwszy odwiedziliśmy stołeczny salon Na Temat Audio sprawa była z gatunku najświeższych newsów, bo nowy przybytek na audiofilskiej mapie Warszawy niejako z automatu budził spore i w pełni zrozumiałe zainteresowanie. Zarówno na łamach mniej bądź bardziej zdigitalizowanych branżowych periodyków, jak i generalnie w sieci – w tym w mediach społecznościowych, trwał wyścig kto pierwszy podzieli się chociażby migawką, skrobnie kilka wersów i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku Urbi et Orbi ogłosi „veni, vidi, vici”. Czas jednak płynie nieubłaganie, zainteresowanie „świeżynką” sukcesywnie słabnie i przychodzi szara rzeczywistość weryfikująca zdolność danego bytu do utrzymania się na powierzchni. Skoro jednak czytacie Państwo te słowa, to znak, że Na Temat Audio oparło się przeciwnościom losu i nadal działa, a tym samym stanowi całkiem niezły pretekst, by wyrwać się na popołudniowe espresso i kuluarowe pogaduchy z niezobowiązującym plumkaniem w tle.
I tak też zrobiliśmy, tym bardziej, że doszły nas słuchy o pewnych nowościach, które co prawda niezbyt wpisują się w nasz high-endowy profil, jednakże pochylać się nad nimi w formie pełnowymiarowego testu to jedno, a rzucić okiem i uchem niejako przy okazji, to zupełnie inna bajka. O czym mowa? O najnowszych, budżetowych wypustach miło przez nas wspominanej z racji swych zdecydowanie bardziej imponujących gabarytami i operujących na zgoła innych pułapach cenowych MB2 XBD SE marki PMC w postaci dwóch filigranowych modeli z serii Prodigy – podstawkowych 1-kach i podłogowych 5-kach. Jak sami Państwo widzicie obie pary wyposażone w bliźniaczy zestaw przetworników, czyli 27mm tekstylną kopułkę wysokotonową i pojedyncze 13 cm mid-woofery, ani kontrowersyjnym designem, ani absorbującą posturą nie grzeszą, więc tym bardziej uznaliśmy je za całkiem neutralne tło do wymiany najświeższych branżowych plotek z właścicielem ww. przybytku. Tymczasem nawet z adekwatną klasą elektroniką, czyli transportem Musical Fidelity MX-Stream i integrą M5si dźwięki dobiegające naszych uszu nie tylko ich nie raniły, lecz wydawały się nader akceptowalne. Co ciekawe o ile podłogowe 5-ki stawiały na liniowość i neutralność o tyle 1-ki zaskakiwały skalą dźwięku zdecydowanie wykraczającą poza oparte na ich posturze oczekiwaniach. Szybka wymiana spostrzeżeń z przedstawicielami dystrybutora i … na jaw zaczęły wychodzić kwestie natury technicznej, bowiem oba modele zamiast konwencjonalnych układów bas refleks korzystają z dobrodziejstw autorskich linii transmisyjnych ATL™, których długość wynosi odpowiednio 1,91m w 1-kach i 1,96m w 3-kach. To jednak dopiero wstęp, bowiem kluczowym okazał się parametr zalecanego do nich wzmocnienia sięgający 250W, co jasno dawało do zrozumienia, że niepozorne PMC lubią chodzić nie tyle na krótkiej smyczy, co być prowadzone na solidnym tytanowym łańcuchu.
W związku z powyższym postanowiliśmy spontanicznie zrobić małe zamieszanie i w ramach plądrowania salonowych półek zgarnąć coś zdolnego wycisnąć z tytułowych maluchów wszystko co najlepsze. Tym oto sposobem w oko wpadła nam a następnie wylądowała na dedykowanym stoliku jeszcze pachnąca fabryką topowa 330W integra Musical Fidelity Nu-Vista 800.2 a do MX-Stream dokooptowaliśmy przetwornik M6x. Efekt? Dość gruntownie redefiniująca nasze opinie o obu parach Prodigy. Dogłosu doszła rozdzielczość, pojawiło się powietrze otaczające muzyków a i samo kreowanie przestrzeni oraz energetyczność przekazu sprawiły, że przez kilka testowych utworów zamiast prowadzić konwersację pozwoliliśmy sobie na pełne skupienie nad walorami sonicznymi obu systemowych propozycji. Niby efekt był poniekąd spodziewany, gdyż nie od dziś wiadomo, że jeśli już robić mezalians, to zdecydowanie lepiej łączyć wysokiej klasy wzmocnienie z budżetowymi kolumnami a nie na odwrót, to jednak 800-ka wycisnęła z „prodiży” znacznie więcej, aniżeli mogliśmy się spodziewać i coś czuję w kościach, przynajmniej sądząc po minach tak głównodowodzącego EIC, jak i ekipy Na Temat Audio, że w swym, w pełni pozytywnym zaskoczeniu nie byliśmy odosobnieni.
Dość jednak zanęcania. Komu PMC Prodigy 1 & 5 wpadły w oko tak cenę, jak ich dostępność z powodzeniem powinien sobie „wygooglać” a nam nie pozostaje nic innego, jak tylko podziękować gospodarzom za gościnę a Państwu za uwagę.
Marcin Olszewski
Opinia 2
Jak sugerują kłębiące się na wszelkiego rodzaju placach zabaw gromady dzieci, słońce na niebie oraz coraz bardziej wyludnione miasto, bez dwóch zdań mamy wakacje. Wakacje, czyli ni mniej, ni więcej, tylko dla wielu dziedzin naszego życia tak zwany sezon ogórkowy. To zaś sprawia, że rozważając czysto teoretycznie, bez jakiegokolwiek uszczerbku na reputacji moglibyśmy zawiesić nasze dążenie do przybliżania Wam zagadnień audio na przysłowiowym kołku. Jednak jeśli nas znacie, dobrze wiecie, że takie postoje u nas nie przejdą, gdyż nawet w momencie posuchy w kwestii zainteresowania dystrybutorów sesjami testowymi zawsze szukamy materiału na interesującą wrzutkę. Choćby z wizyty w znajomym salonie audio, ale mającą jakiś ciekawy akcent, o czym chyba nie raz zdążyliście się przekonać. Jaki jest cel powyższego wywodu? Naturalnie przygotowania Was na zapoznanie się z kilkoma strofami opisującymi finalnie bardzo intrygujący wypad do warszawskiego, znanego wielu zaangażowanym w szukanie sonicznego absolutu melomanom salonu „Na Temat Audio”.
To w teorii miała być niezobowiązująca wizyta przy muzyce o zabarwieniu swobodnych rozmów na temat szeroko rozumianej sytuacji na interesującym nas rynku audio. Jednak jak się okazało, z niezobowiązującej przerodziła się w spotkanie z aktualnymi nowościami dwóch dystrybuowanych przez właściciela sklepu marek. Jednak nie jako pełnoprawną weryfikację jakości brzmienia danych produktów, tylko lightowe rzucenie uchem i wymiana pierwszych spostrzeżeń. Co okazało się być clou programu? Otóż tematy są dwa i co ciekawe, obydwa znakomicie się uzupełniając mają całkowicie odmienny, acz bardzo pozytywny wydźwięk.
Pierwszym okazała się być cicha premiera na naszym rynku kolumn studyjnego potentata – marki PMC. Mowa o małym monitorze Prodigy 1 i niewielkiej kolumnie podłogowej Prodigy 5 kierowanych do wielbiciela muzyki dysponującym skromnym pokojem. Wszyscy wiemy, że to dla wielu częsty problem, dlatego mimo mojego optowania raczej za wielkimi smokami, znakomicie rozumiejąc całkowicie taki krok popieram. Przecież nie ma sensu pchać wielkich pudeł do mikro-pokoiku, żeby potem mierzyć się z problemami zmieszczenia się w nim zbyt obszernego dźwięku. Kupujemy dedykowane do kubatury maluchy i hulaj dusza, piekła nie ma. I żeby nie było, mówię to bez jakiejkolwiek złośliwości, gdyż nie raz i nie dwa zderzyłem się z taką sytuacją u znajomych. Ale to nie koniec dobrych wieści na temat rzeczonych nowości w portfolio PMC. Otóż inżynierowie z tej stajni zrozumieli, że na High Endzie świat się nie kończy i na przekór obecnie panującym tendencjom często niezrozumiałego podnoszenia cen nowszych konstrukcji, zaproponowali produkty znacznie tańsze. Jednak słowo „tańsze” w tym przypadku nie daje podstaw do utożsamiania go z określeniem gorsze. Jak to możliwe? Po prostu projektanci sięgnęli do swoich konstrukcji z rynku „pro” i zaczerpnięte z tych linii przetworniki zaaplikowali w konstrukcjach przeznaczonych dla finalnego „cywilnego” odbiorcy. To oczywiście oznacza odpowiednie, bardziej przyjazne dla ucha strojenie nie tylko układami w zwrotnicach, ale również inaczej skonstruowanymi liniami transmisyjnymi. Efekt? Jak widać na serii fotografii, próbowaliśmy różnych ustawień i ocena – naturalnie nie będąc pozbawiona wad typu nieznane środowisko lokalowe i przypadkowa elektronika – jest zdecydowanie z pakietu pozytywnych. Co to oznacza? Nic szczególnego, tylko tyle, że jednak da się zrobić nową serię kolumn i utrzymując fajną jakość dźwięku nie windować sztucznie finalnej ceny.
Jeśli chodzi o drugi, trochę przypadkowy punkt programu, był nim występ swoistej nowości spod znaku Musical Fidelity, w postaci wzmacniacza Nu-Vista 800.2. Cel? Tym razem po udowodnieniu, że nowe nie zawsze ma oznaczać droższe, chodziło o potwierdzenie, że co jako co, ale małe kolumny zazwyczaj kochają prąd. To nie oznacza, że pierwsze podejście ze wspomnianymi paczkami PMC karmione prostym wzmocnieniem MF było ułomne, tylko przy pomocy tranzystorowej elektrowni pragnęliśmy zweryfikować, na co tan naprawdę je stać. I suma summarum opłaciło się. Te nie oszukujmy się, na tle większości stacjonujących w salonie kolumn ewidentne maluchy pokazały, jak zagrać nie tylko ze swobodą, ale przy okazji obdarować muzykę większym body. Dzięki temu nie tylko uzyskaliśmy większy wolumen projekcji, ale również z wyraźniejszy udział niskich i średnich tonów. Czyli potwierdziliśmy starą maksymę naszego hobby, że chcąc zaspokoić pełne potrzeby małych zespołów głośnikowych, najlepiej nakarmić je mocnym wzmacniaczem. Kolejny raz okazało się, iż naprawdę warto.
I tym optymistycznym akcentem zakończę tę relację z fajnie spędzonego popołudnia nie tylko przy muzyce, ale dodatkowo z jeszcze pachnącymi nowością komponentami audio. Niby są wakacje i wszyscy powinni wrzucić na luz, gdy tymczasem w naszym światku sporo się dzieje. Na ile ciekawie dla Was, to już zależeć będzie od oczekiwań i kolokwialnie mówiąc wiedzy co z czym się je. Ja z pewnością wyszedłem z salonu ukontentowany. Na tyle mocno, że jeśli przywołane o nowościach informacje rozgrzały u kogoś audiofilskie łącza, bez problemu zalecam skonfrontować je z rzeczywistością. Co ważne, w banalnie łatwy sposób, bowiem wszystko stoi w salonie „Na Temat Audio” na ul. Woronicza w Warszawie. Myślę, że łatwiej już nie można.
Jacek Pazio
Opinia 1
Dziwnym zbiegiem okoliczności ilekroć otrzymujemy na testy najprzeróżniejszej maści okablowanie, o czym staramy się informować w miarę naszych skromnych możliwości na bieżąco, reakcje czytelników, bądź li tylko oglądaczy, utrzymują się na stałym poziomie … polaryzacji. Tzn. brak jest zauważalnych oznak nawet śladowej fluktuacji zarówno w obozie słyszących, jak i tych, którzy wpływu przewodów może nie tyle nie słyszą, co a priori wykluczają, jako zmienną mogącą znacząco wpłynąć na brzmienie ich systemów. A przecież, o ile z większością pozostałych składowych naszych wymuskanych układanek można byłoby spodziewać się problemów chociażby natury spedycyjno – aplikacyjnej, to właśnie okablowanie, poza czysto ekstremalnymi i sporadycznymi przypadkami w stylu niedawno przez nas recenzowanych Synergistic Research SRX SC, czy też „skrzyni umarlaka” z Transparentami Opus wydaje się najbardziej wdzięcznym z racji swej ergonomicznej bezproblemowości, obiektem eksperymentów. Tymczasem chęci empirycznego poznania w wiadomej grupie najwyraźniej brak. Czyli co? Przekonanych i tak nie ma co uświadamiać, bo już ową wiedzę tajemną posiedli a nieprzekonani zaimpregnowali się na tyle skutecznie, że nikt im nie wmówi, cytując klasyka, „że białe jest białe a czarne, czarne”? Teoretycznie tak, jednak całe szczęście ci, co usłyszeli i uwierzyli nie osiadają na laurach i raz zasmakowawszy audiofilskich specjałów co i rusz kombinują jak jeszcze mocniej dokręcić śrubę wyrafinowania i wycisnąć z posiadanego systemu kolejne pokłady muzykalności i/lub rozdzielczości, bądź doszlifować coś, co takowych działań wymaga. I właśnie im dedykujemy niniejszą epistołę, w ramach której pochylimy się nad dostarczonym przez krakowskie Audio Anatomy przewodem zasilającym Signal Projects Hydra Power.
Jak udało mi się udokumentować podczas sesji unboxingowej nasz dzisiejszy bohater w przeciwieństwie do swojego głośnikowego rodzeństwa dociera do odbiorcy nie w eleganckich skrzyneczkach ze sklejki a klasycznym, kartonowym pudle. Nie ma jednak co z tego powodu drzeć szat i rzucać się niczym Rejtan, skoro opakowanie na brzmienie wpływu nie ma żadnego a już na cenę końcową niejednokrotnie i owszem. Dlatego też proponuję przejść nad powyższym faktem do porządku dziennego skupiając się na tym, co zdecydowanie bardziej istotne, czyli na aparycji zasilającej Hydry, która co tu dużo mówić budzi zainteresowanie, a z racji swej niewiele ustępującej wtykom średnicy również i zrozumiały szacunek. Całe szczęście Nick (Korakakis – właściciel i główny konstruktor marki) i jego ekipa nie eksperymentowali i zachowując spójność z pozostałymi przedstawicielami serii postawili na ponadczasową elegancję czarnej plecionki otulającej ukryte pod nią miedziane przewodniki, całość dopełniając granatowo/niebieskimi koszulkami termokurczliwymi ze srebrnymi firmowymi logotypami i podstawowymi informacjami dotyczącymi parametrów technicznych. Czyli pomijając kwestie kolorystyczne mamy powtórkę z rozrywki, a dokładnie z tego, do czego zdążył przyzwyczaić nas otwierający wyższą grupę produktową (Signature) zasilający UltraViolet. I tej wersji będę się trzymał, gdyż Hydra pod względem podatności na układanie, jak i własnej – wynikającej z dość pokaźnej masy bezwładności niewiele ustępowała swojemu droższemu rodzeństwu, więc profilaktycznie warto mieć ów fakt na uwadze przy próbach z niezbyt ciężkimi, co powoli – z racji wykorzystywania zasilaczy impulsowych i d-klasowych stopni wyjściowych, niestety wcale nie jest takie sporadyczne, komponentami audio, które to nasz bohater z łatwością może sprowadzić do parteru.
Od strony technicznej niczym ponad to, co widoczne jest w tabelce pod tekstem Państwa specjalnie nie uraczę. W końcu jaki koń jest każdy widzi a z racji roli jaka została mu przypisana tytułowy przewód zapleciono z miedzianych żył o czystości 7N (99,99997%).
Skoro kwestie natury wizualno – ergonomicznej Signal Projects Hydra mamy z głowy najwyższa pora na kilka refleksji o jego brzmieniu, które co tu dużo mówić znacząco przewyższa ewentualne oczekiwania oparte li tylko na przypuszczeniach wysnutych przez pryzmat jego ceny. Nie da się bowiem ukryć, iż nie mając świadomości operowania na pułapie zaledwie 4 kPLN i bazując li tylko na doznaniach czysto nausznych niejako w ciemno można byłoby uplasować naszego gościa gdzieś wśród przynajmniej dwukrotnie droższej konkurencji, czyli spokojnie na półce 8-10 kPLN. Przesadzam? Cóż, zanim sprawdziłem w cenniku dystrybutora właśnie w takiej (nie)świadomości żyłem słuchając Hydry i niezależnie od serwowanego jej repertuaru i miejscówki w systemie każdorazowo ze zrozumieniem kiwałem głową, że co jak co, ale angielsko-grecka manufaktura nad wyraz okazyjnie wycenia swoje produkty. Biorąc zatem pod uwagę grube „przestrzelenie” koniecznej do wyasygnowania przy kasie kwoty śmiało możemy uznać, iż mamy do czynienia z ewidentnym dumpingiem i okazją jakich w dzisiejszych czasach nie tyle mało, co wręcz jak na lekarstwo. A czym owa okazyjność się przejawia? A tym, że zasilająca Hydra fenomenalnie oddaje dynamikę drzemiącą w nagraniach i tylko czekającą na okazję, by niemalże wybuchnąć z głośników. Nie oznacza to bynajmniej jakiegoś usilnego i sztucznego pompowania dźwięku, czy podkręcania dynamiki a jedynie zdolność do oddania jej prawdziwego oblicza i to zarówno w skali makro, jak i mikro. Dlatego też zamiast jakiegoś przysłowiowego „mózgotrzepa” pozwoliłem sobie sięgnąć po pozornie stonowany, zarejestrowany w studiu MAQ Records w Wojkowicach album Piotra Schmidta (de facto Piotr Schmidt International Sextet) „Komeda Unknown 1967”, na którym Hydra z łatwością była w stanie wyłapać i co najważniejsze oddać nawet najmniejsze różnice w artykulacji zarówno samego frontmana, jak i towarzyszących mu muzyków, począwszy od prawidłowego budowania napięcia i sukcesywnego podnoszenia poprzeczki emocji („Miserere”), po misterne kreowanie klimatu niepokoju i rozedrgania („When the Light of Imagination Goes Out”). Samo rozmieszczenie muzyków na scenie, faktura instrumentów i praktycznie absolutnie czarne tło sprawiały, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenosiliśmy się do ww. studia, by móc stanowiąc niemą widownię obserwować muzyków nie tylko zza przysłowiowej szyby, co cichutko kucając pod ścianą, by jak najintensywniej chłonąć obecny między nimi flow i pozytywną energię. W porównaniu do UV-ki przekaz może nie był aż tak buzujący drajwem, tak gęsty i tak soczyście „ukrwiony”, jednak aby dojść do takich wniosków trzeba było mieć to (nie)szczęście i dysponować obiema sieciówkami w tym samym czasie, więc pozwolę sobie dalej nie drążyć tematu, bo i po co, skoro droższe i wyżej urodzone rodzeństwo zdążyłem już w wystarczającym stopniu obsypać w pełni zasłużonymi superlatywami.
Na nieco bardziej komercyjnym „Metamorphosis” projektu The Dark Side of the Moon, w którym wokalnie udziela się niejaka Melissa Bonny, do której mam pewną słabość, bo głos ma jak dzwon a i popatrzeć na nią miło, było zgoła inaczej, lecz nie mniej angażująco. Może i nie jest to coś ambitnego, ale i do guilty pleasure jeszcze daleko. Ot taki melodyjny „pudel metal” jedynie okazjonalnie przeplatany growlem o dość akceptowalnej jakości realizacji, wpadającymi w ucho riffami i rozbudowanym elektronicznym tłem. Niemniej jednak partie wokalne otrzymały odpowiednią dawkę wysycenia i soczystości, przez co trudno odmówić było im namacalności i zaangażowania a i rozgrywającym się w tle wydarzeniom nie brakowało definicji i sugestywnego rozmieszczenia w przestrzeni. Oczywiście od stanowiącego wcześniejszy wsad materiałowy jazzu regres pod względem rozdzielczości i wyrafinowania jest aż nadto zauważalny, jednak choć ów fakt jest bezapelacyjnie bolesny, to jednak unausznia, że Signal Project ani myśli upraszczać, uśredniać wszystko na jedno kopyto, lecz świetnie różnicując jakość reprodukowanego materiału jednocześnie nie piętnuje i nie pastwi się nad jego ewentualną mizerią.
Nijakiej mizerii nie zaobserwowałem za to na zarazem klasycznym, jak i na wskroś współczesnym „The Centre is Everywhere” Manchester Collective, gdzie naturalne instrumentarium i dość nieoczywista melodyka niejako wymuszały na słuchaczach pełne skupienie, bez którego przyswojenie całości byłoby niemożliwe. Krótko mówiąc materiał przynajmniej dla jednostek niezaznajomionych z taką estetyką był nieco problematyczny, a więc wchodził z pewnym oporem. Jednakże precyzja definiowania poszczególnych źródeł, gradacja planów i swoboda objawiająca się w pełni trójwymiarową, iście holograficzną projekcją dalece wykraczającą poza ramy wyznaczane przez rozstaw kolumn sprawiały, że ów opór ustępował z frazy na frazę. Ba, nawet zaskakująco szorstkie partie smyczków okazywały się czymś zupełnie naturalnym i wręcz właściwym, przez co ewentualna przesiadka na bardziej asekuracyjne i gładsze nagrania powodowała natychmiastowe przesłodzenie i poczucie braku realizmu.
Czyli możliwie skrótowo podsumowując powyższe wywody Signal Projects Hydra z jednej strony stara się oddać atrakcyjność materiału reprodukowanego przez zasilane przez siebie urządzenia, lecz jednocześnie trzyma się faktów i ani nie dosładza, ani zbytnio nie odciska na nim własnego piętna. Czy jest zatem propozycją dla każdego? O ile tylko ów ktoś nie podąża drogą prosektoryjnego chłodu i osuszenia, to śmiem twierdzić, że jak zdecydowanie tak. Tym bardziej, co pozwolę sobie powtórzyć, gra tak, jakby był przynajmniej dwa razy droższy i poniekąd również na taki wygląda. Jeśli więc w procesie decyzyjnym oprócz brzmienia kierujecie się Państwo wartością postrzeganą, to właśnie Hydra powinna trafić na Wasz celownik.
Marcin Olszewski
System wykorzystany podczas testu
– CD/DAC: Ayon CD-35 (Preamp + Signature) + Finite Elemente Cerabase compact
– Odtwarzacz plików: Lumin U2 Mini + Omicron Magic Dream Classic; I-O Data Soundgenic HDL-RA4TB
– Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
– Gramofon: Kuzma Stabi S + Kuzma Stogi + Dynavector DV-10X5
– Przedwzmacniacz gramofonowy: Tellurium Q Iridium MM/MC Phono Pre Amp
– Końcówka mocy: Bryston 4B³ + Graphite Audio IC-35 Isolation Cones
– Wzmacniacz zintegrowany: Vitus Audio RI-101 MkII
– Kolumny: Dynaudio Contour 30 + podkładki Acoustic Revive SPU-8 + kwarcowe platformy Base Audio
– IC RCA: Furutech FA-13S
– IC XLR: Vermöuth Audio Reference; Acrolink 7N-A2070 Leggenda
– IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
– Kable USB: Wireworld Starlight; Fidata HFU2; Vermöuth Audio Reference USB
– Kable głośnikowe: Vermöuth Audio Reference Loudspeaker Cable; Signal Projects Hydra + SHUBI Custom Acoustic Stands MMS-1
– Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power + Furutech CF-080 Damping Ring; Acoustic Zen Gargantua II; Furutech Nanoflux Power NCF
– Listwa zasilająca: Furutech e-TP60ER + Furutech FP-3TS762 / Fi-50 NCF(R) /FI-50M NCF(R)
– Gniazdo zasilające ścienne: Furutech FT-SWS-D (R) NCF
– Switch: Silent Angel Bonn N8 + nóżki Silent Angel S28 + zasilacz Silent Angel Forester F1 + Luna Cables Gris DC
– Przewody ethernet: Neyton CAT7+; Audiomica Laboratory Anort Consequence, Artoc Ultra Reference, Arago Excellence; Furutech LAN-8 NCF; Next Level Tech NxLT Lan Flame
– Platforma antywibracyjna: Franc Audio Accessories Wood Block Slim Platform
– Stolik: Solid Tech Radius Duo 3
– Panele akustyczne: Vicoustic Flat Panel VMT
Opinia 2
Dla wielu z Was nie jest tajemnicą, że stosunkowo niedawno, po prawie dekadzie mieliśmy już przyjemność pochylenia się nad nową odsłoną tytułowej serii wyspiarskiego okablowania. Tak, tak, mowa o ciekawie wypadającym, bo ewidentnie pokazującym spory progres jakości dźwięku w stosunku do protoplasty przewodzie kolumnowym Signal Projects Hydra Speaker. Jednak jak wiadomo, fraza „seria” oznacza, że w danej linii znajdziemy produkty z różnych sektorów obsługujących zestaw audio. Dlatego też wręcz naturalnym krokiem było kolejne podjęcie testowej rękawicy w zakresie tej linii, czego wynikiem dzięki staraniom krakowskiego Audio Anatomy jest dzisiejszy sparing z przewodem zasilającym Signal Projects Hydra Power. Co się zmieniło w jego podejściu do brzmienia? Jak wypadł na tle obecnych trendów? Czy to oferta dla każdego? Jeśli jesteście ciekawi odpowiedzi na te kilka podstawowych pytań, zapraszam do poniższej relacji z testowego placu boju.
Zanim przejdziemy do clou, zwyczajowo jestem zobligowany skreślić coś na temat budowy naszego bohatera. Jednak jak wiecie z poprzednich testów, w tym temacie producent jest bardzo powściągliwy. Wiemy jedynie, że jako budulec dla przewodnika posłużyła miedź multi-core o czystości 99.997. Temat zaterminowania końcówek zrealizowano przy pomocy firmowych wtyków a całość otulono czarnym opalizującym peszlem. W przeciwieństwie do kabla głośnikowego, sieciówka do klienta dociera w nie w drewnianym a kartonowym pudełku a za cechę wspólną możemy uznać certyfikat oryginalności.
Co w odpowiedzi na zadane we wstępniaku pytania mogę powiedzieć o tytułowym kablu prądowym? Otóż podobnie do głośnikowego idzie drogą dobrej barwy i esencjonalności projekcji muzyki, jednak nie robi tego w tak „emocjonalny” – czytaj oczekiwanie przez wielu melomanów w obecnych czasach dosadny – sposób jak wyższa seria Ultraviolet, aczkolwiek to nadal stawiająca na fajnie podaną muzykalność systemu estetyka grania. Czy dla każdego? Jeśli nie poszukuje się narażonej na niechciane artefakty z racji niewygórowanej ceny wyczynowości, ale nadal dbałości o odpowiednią wagę przekazu, jak najbardziej tak. I tutaj pojawia się ciekawostka, gdyż dzięki temu przy wspomnianym rozsądnym pozycjonowaniu ceną tytułowego produktu z jednej strony nigdy nie złapałem go na brakach w dociążeniu słuchanego materiału, zaś z drugiej, co było bardzo istotne, jako feedback unikania siłowego przegrzania muzyki z łatwością wychwytywałem umiejętne radzenie sobie z dosłownie każdym materiałem od popisów rockowych, po mistyczne zapisy epoki baroku. Dostawałem przyjemne w odbiorze, jednak nadal szybkie i pełne zaskakujących zmian tempa popisy, bez których nawet najsmakowitsze doprawienie wydarzeń scenicznych w dłuższym okresie czasu mogłoby okazać się lekko monotonnym.
Bardzo dobrze udowadniała to płyta Dave Holland Quintet „Not For Nothin’”, w której po pierwsze czuć było dbałość systemu o pokazanie soczystości występujących instrumentów, a po drugie owa krągłość nie limitowała dźwięczności i długości zawieszenia ich w eterze. Muzyka z perspektywy całości nader udanie czarowała spokojnymi, pełnymi mistyczności pasażami, zaś swoboda ich projekcji powodowała znacznie łatwiejsze utożsamianie się z zamierzeniami artystów. I nie chodziło li tylko o pełne skupienia chłonięcie w danym momencie wybrzmiewających fraz, tylko mimowolne oczekiwanie na kolejną, raz bardziej wyrazistą, innym razem stonowaną ich odsłonę. Wydaje się, że tego typu jazz ma wywoływać w nas jedynie poczucie błogiego wypoczynku, tymczasem gdy kochamy taki rodzaj muzyki, za sprawą czytelnie zaprezentowanego instrumentalnego wielogłosu jest dla nas źródłem ładującym życiowe baterie. I właśnie takim stanem energetycznego błogostanu obdarował mnie ten z pozoru melancholijny, jednak finalnie pełen witalności krążek.
Nieco inaczej, ale nadal w dobrym tonie wypadł wiecznie szalony Rammstein „Reise, Reise”. To jest muzyka, która nie może być zbyt ugładzona. Jeśli uda Wam się sprawić, że nie drażni uszu, moim zdaniem zwyczajnie zabiliście drzemiący w niej pierwiastek agresji. Owszem, pewne aspekty wypełnienia wokalu i nasycenia ogólnego brzmienia muzyki można podrasować, jednak to nadal ma być wykrzyczany bunt. Ostry na górze, mocno kopiący na dole, a nie tak zwana pościelówa. W jakim celu pojawił się na tapecie? Już zdradzam. Otóż chciałem sprawdzić, na ile tytułowa Hydra Power tonizuje mocne granie. Jazz sam w sobie jest pełny esencji i tak czasem nie słychać, na ile kabel determinuje takie granie. Co innego, gdy w napędzie CD-ka wyląduje ogólna jazda bez trzymanki. W niej jak na dłoni widać, czy niesione przez dany komponent pozorne dobro nie przekracza dobrego smaku. Na szczęście Anglik znakomicie sobie z tym poradził. W jednym miejscu posłodził, w innym podkręcił masę, ale finalnie nie zabił ducha bezkompromisowości wybrzmiewania tej pełnej rozmachu muzy.
W jakim systemie sytuowałbym naszego bohatera? Szczerze powiedziawszy nie widzę jakiś szczególnych przeciwwskazań przed żadnym. Signal Projects Hydra Power oczywiście idzie obecnie kreowaną przez świat okablowania drogą nasycania przekazu, jednak robi to w kulturalny sposób. Nie funduje mu uśredniającej nadwagi, tylko z rozwagą koloruje, co sprawia, że nie traci na drapieżności. A to chyba o to, czyli dobre zdefiniowanie źródeł pozornych w domenie nasycenia, a nie nudne obtłuszczanie chodzi. Dla mnie bez dwóch zdań to jest fajny kabel.
Jacek Pazio
System wykorzystywany w teście:
– transport: CEC TL 0 3.0
– streamer: Lumin U2 Mini + switch Silent Angel Bonn N8
– przetwornik cyfrowo/analogowy: dCS Vivaldi DAC 2.0
– zegar wzorcowy: Mutec REF 10 SE-120
– reclocker: Mutec MC-3+USB
– Shunyata Research Omega Clock
– Shunyata Sigma V2 NR
Przedwzmacniacz liniowy: Gryphon Audio Pandora
Końcówka mocy: Gryphon Audio APEX Stereo
Kolumny: Gauder Akustik Berlina RC-11 Black Edition
Kable głośnikowe: Synergistic Research Galileo SX SC
IC RCA: Hijiri Million „Kiwami”, Vermouth Audio Reference
XLR: Tellurium Q Silver Diamond, Hijiri Milion „Kiwami”, Siltech Classic Legend 880i
IC cyfrowy: Hijiri HDG-X Milion
Kabel LAN: NxLT LAN FLAME
Kable zasilające: Hijiri Takumi Maestro, Furutech Project-V1, Furutech NanoFlux NCF, Furutech DPS-4.1 + FI-E50 NCF(R)/ FI-50(R), Hijiri Nagomi, Vermouth Audio Reference Power Cord, Acrolink 8N-PC8100 Performante, Synergistic Research Galileo SX AC
Stolik: BASE AUDIO 2
Akcesoria:
– antywibracyjne: Harmonix TU 505EX MK II, Stillpoints ULTRA MINI
– platforma antywibracyjna SOLID TECH
– zasilające: Harmonix AC Enacom Improved for 100-240V
– listwa sieciowa: POWER BASE HIGH END, FURUTECH e-TP80 ES NCF
– panele akustyczne Artnovion
Tor analogowy:
– gramofon – Clearaudio Concept
– wkładka Essence MC
– przedwzmacniacz gramofonowy Sensor 2 mk II
– docisk płyty DS Audio ES-001
Dystrybucja: Audio Anatomy / High End Alliance
Producent: Signal Projects
Cena: 3 915 PLN/1,5m + 1 044 PLN za dodatkowe 0,5m
Dane techniczne
Konstrukcja: Multi-Core
Przekrój przewodników: 4,22 mm²
Materiał przewodników: Miedź 7N (99,99997%)
Kapacytancja: 15,52 pF/ft
Rezystancja: 1,52 mΩ/ft
Induktancja: 0,48 μH/ft
Najnowsze komentarze