Monthly Archives: maj 2013


  1. Soundrebels.com
  2. >

Na naszym rynku pojawił się nowy wzmacniacz zintegrowany McIntosh MA6700.

Urządzenie ma bogaty zestaw wejść analogowych i cyfrowych a dzięki mocy 200 Watów na kanał, MA6700 może stać się kluczowym elementem najwyższej jakości audiofilskiego systemu audio. Łączy bowiem w jednym urządzeniu funkcjonalność końcówki mocy, przedwzmacniacza, przetwornika cyfrowo-analogowego oraz przedwzmacniacza gramofonowego dla wkładek MM i MC.

Sekcja przedwzmacniacza umożliwia podłączenie aż 11 urządzeń, w tym 3 cyfrowych (optyczne, koncentryczne, USB) , które mogą przesyłać sygnał o maksymalnej częstotliwości próbkowania 32 Bit/192 kHz. MA6700 oferuje na tyle wystarczającą ilość połączeń i nowoczesnej technologii aby cała posiadana muzyka oraz źródła dźwięku mogły być jednocześnie podłączone, zapewniając doskonałe brzmienie.

Dedykowana gramofonom sekcja przedwzmacniacza gramofonowego, obsługuje wkładki MM (Moving Magnet) i MC (Moving Coil) umożliwiając uzyskanie optymalnej jakości dźwięku z płyt winylowych. Wejście MC ma regulowaną wartość impedancji.

Opcja Home Theater Pass Through oznacza tryb pracy wzmacniacza, w którym regulacja głośności przestaje działać, a wzmacniacz zachowuje się wówczas jak końcówka mocy. Dzięki temu istnieje możliwość wykorzystania MA6700 w posiadanym systemie kina domowego.

Dla miłośników radia możliwy jest zakup opcjonalnego modułu tunera AM/FM (TM-3), który zapewni bezproblemowy odbiór nadawanych w eterze audycji radiowych.

Zastosowanie światowej sławy technologii McIntosh Output Autoformer zapewnia głośnikom pełne 200 Watów mocy, niezależnie od ich impedancji. Dzięki temu wzmacniacz dysponuje dostateczną mocą aby poprawnie wysterować praktycznie każde kolumny.

Technologia Power Guard uniemożliwia przesterowanie głośników tym samym chroniąc kolumny przed uszkodzeniem.

Nowy, wbudowany wzmacniacz słuchawkowy High Drive, oferuje wyższy poziom wzmocnienia. Został on zoptymalizowany do pracy z praktycznie wszystkimi dostępnymi na runku słuchawkami o impedancjach od 20 do 600 omów czego efektem stało się uzyskanie najwyższej jakości wrażeń odsłuchowych.

Dystrybucja: Hificlub
Cena detaliczna : 26 500 zł

Dane techniczne:
– 200 Watów przy 8/4/2 Ohma.
– Autoformery – najsłynniejsze transformatory firmy McIntosh.
– Układ Power Guard – chroni przed przesterowaniem.
– Podświetlane wskaźniki mocy wyjściowej.
– Przetwornik cyfrowo-analogowy (DAC) obsługujący częstotliwość próbkowania do 32 Bit/192 kHz.
– Trzy wejścia cyfrowe: asynchroniczne USB 2.0, koaksjalne i optyczne.
– Wzmacniacz gramofonowy MM/MC. Wejście MC ma regulowaną wartość impedancji
– Wzmacniacz słuchawkowy z gniazdem słuchawkowym na panelu przednim.
– Regulacja barwy dźwięku +/- 12dB.
– Możliwość montażu opcjonalnego moduły tunera radiowego AM/FM, TM-3

 

  1. Soundrebels.com
  2. >

 

Acoustic Revive prowadzona przez Kena Ishiguro większości audiofilom kojarzy się z akcesoriami audio delikatnie balansującymi na pograniczu fizyki i voodoo.  Poczynając od całkowicie normalnej listwy sieciowej RTP-4-EU już krok dalej można napotkać „nieposiadające własnego brzmienia” podstawki/izolatory kwarcowe RIQ-5010/RIQ5010W, generator ultra-niskich częstotliwości (rezonansu Schumanna) RR-77, czy dedykowany płytom winylowym generator jonów ujemnych RIO-5II. Szczerze przyznam, że przeglądając ofertę tego japońskiego producenta można poczuć się niczym w średniowiecznej pracowni alchemika, który przy pomocy potężnych zaklęć i bulgocących w omszałych retortach niewiadomego pochodzenia płynów zamienia węgiel w złoto. Za podobne praktyki jeszcze nie tak dawno groziło kilka seansów chirurgii estetycznej (niestety bez znieczulenia) u pobliskiego kata a potem uczestnictwo w publicznym grillowaniu, jako atrakcja wieczoru i zarazem wkładka mięsna na stos. Czasy co prawda się zmieniły, lecz jako, że natura nie znosi próżni, rolę żądnej krwi i jakże wysublimowanej rozrywki ciżby przejął internet.  Co prawda zamiast okaleczać i spopielać serwuje się delikwentowi „hejta”, ale zasady pozostają niezmienne – nie rozumiem, nie słyszałem a co najważniejsze nie stać mnie, więc … „burn m@#$%^&*@er , burn!”.
W związku z powyższym, choć korciło mnie jak diabli, postanowiłem na początek przedstawić wrażenia z odsłuchów produktów zdecydowanie mniej kontrowersyjnych – kabli. Tak tak, już widzę te złośliwe uśmieszki na twarzach jednostek uważających, że kawałek za przeproszeniem „druta” wpływu na brzmienie systemu mieć nie może, lecz akurat w tej materii mam zdecydowanie odmienne zdanie i będę przy nim obstawał.  Chcąc ponadto nausznie przekonać się jaka idea przyświecała Panu Ishiguro, jakim pomysłem na brzmienie chciał podzielić się z nabywcami swoich produktów zamówiłem u polskiego dystrybutora (Eter Audio) całkiem pokaźny set w skład którego weszły:
– interkonekty analogowe RCA-1.0PA i XLR-1.0PA II
– aktywny cyfrowy przewód koaksjalny DSIX-1.0PA
– przewody głośnikowe (ze szpuli) SPC-REFERENCE
– dwa kable zasilające: topowy PCOCC-A Single-Core Power Reference i cięty z metra Bulk POWER MAX -5000
Niestety już na dzień dobry cała radość z otrzymanej przesyłki poszła się … wiedzą Państwo co, gdyż pomimo naprawdę solidnego opakowania, folii bąbelkowej, tektur i sterczu firmie spedycyjnej udało się nie tylko zgnieść pudełko z aktywnym koaksjalem, ale i spowodować uszkodzenie uniemożliwiające jego użytkowanie. Do dziś zadaję sobie pytanie, z jakiej wysokości musiała spaść przesyłka, bądź czym ją przywalono, by osiągnąć taką skalę zniszczeń.  Całe szczęście dystrybutor stanął na wysokości zadania i po kilkunastu dniach miałem u siebie działający egzemplarz DSIX-1.0PA i cały system od listwy po kolumny mógł zostać uznany za ortodoksyjnie i monotematycznie okablowany przez Acoustic Revive.

Zanim jednak przejdę do kwiecistych opisów wpływu japońskich przewodów na brzmienie mojego systemu pozwolę sobie na krótką dygresję nt. budowy tak licznie zgromadzonych obiektów niniejszej recenzji.  Nie chcąc jednak Szanownych czytelników zanudzać zbędnymi detalami wspomnę jedynie, iż wszystkie testowane przewody wykonane zostały z wysokooczyszczonej miedzi PCOCC-A  (Furukawy) o długich kryształach, żyły otulono naturalnym jedwabiem, na który następnie nasunięto teflonowe rurki. Oczywiście przewód zasilający Power Reference kryje w sobie jeszcze dielektryk z poliolefinu i miedziane rurki. Za unifikację wzorniczą odpowiada opalizująca, czarna siatka z wysoką zawartością włókien weglowych. Powyższa uwaga nie dotyczy przewodów dostępnych ze szpuli, które charakteryzują się fioletowymi tourmalinowymi koszulkami.  Zarówno topową sieciówkę, jak i „bulkowy” głośnikowiec ze względu na swoją budowę opartą na przewodach solid core można zaliczyć do kategorii „ułożyć i zapomnieć”, za to interkonekty okazały się spełnieniem audiofilskich marzeń o wiotkości i ergonomii aplikacji, którą dodatkowo podnoszą solidne, zakręcane (w przypadku wersji RCA) wtyki. Jest jednak prawdziwe indywiduum, któremu paru zdań nie daruję. Chodzi o aktywny DSIX-1.0PA. Po pierwsze magiczna puszka wymaga zasilania i bez zewnętrznego wtyczkowego „malucha” przydatność przewodu można określić jedynie mianem dekoracyjnej. Wewnątrz niej znajduje się układ „Digital Signal Isolation Exciter” izolujący elektrycznie pętlę sygnałową od urządzenia poprzez użycie transformatora separującego. Dzięki temu zmniejszeniu ulega jitter a transmisja sygnału cyfrowego może przebiegać do pięciu razy szybciej. Od siebie tylko dodam, że w redukcję jitter jestem w stanie uwierzyć z biegu, jeśli zaś chodzi o drugą część deklaracji …

Tak jak już wspominałem wcześniej użycie pełnego okablowania od jednego producenta, przynajmniej teoretycznie powinno ułatwić dotarcie do sedna, do clou tego, na bazie czego powstała najpierw filozofa a następnie produkty. Jednak z Acoustic Revive, przynajmniej jeśli chodzi o czysto akademickie dywagacje, powinno być inaczej. Zamiast wpływu, zgodnie z tym, co twierdzi sam Pan Ishiguro powinno być słychać jego brak, gdyż zarówno akcesoria, jak i kable audio nie powinny zmieniać dźwięku, wprowadzać do transmisji żadnych zmian. Krótko mówiąc wydajemy lekką ręką 20 – 25 tys. zł tylko po to by ich nie słyszeć. Kontrowersyjne, nieprawdaż? Jednak jest to tylko pewne uproszczenie gdyż „niesłyszenie” dotyczyć ma jedynie słyszalnych na co dzień (czytaj u konkurencji) wszelkiego rodzaju anomalii generowanych nie tylko przez same przewody i akcesoria, ale i pochodzące z naszego otoczenia. A taka teza ma już szansę na obronę.

Zgodnie z zaleceniami dystrybutora pozwoliłem japońskiemu okablowaniu spokojnie się ułożyć, zaakomodować i bezstresowo dostosować do nowych warunków pracy. Sobie też dałem kilka dni na ochłonięcie i ostudzenie emocji, które niejednokrotnie potrafią zafałszować pierwsze wrażenie, które jak to zwykle z nim bywa robi się tylko raz. Kiedy okres ochronny minął zacząłem coraz uważniej strzyc uszami.
Pierwsze uwagi, jakie zaczęły przewijać się w czynionych niezobowiązująco notatkach dotyczyły w głównej mierze pozornego uspokojenia dźwięku. Podkreślam uspokojenia a nie zamulenia, bądź spowolnienia, lecz właśnie uspokojenia, które z biegiem czasu ewoluowało do miana oczyszczenia, swoistego katharsis. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to, co przed chwilą napisałem brzmi cholernie patetycznie, ale proszę mi wierzyć – z Acoustic Revive tak właśnie jest. Eliminując obecny dotychczas szum i inne „elektrośmieci” wprowadzał pojęcie komunikatywności i holografii przekazu na zupełnie inny poziom.
Przykładowo nasycenie operujących w obszarze średnicy ludzkich głosów i to zarówno damskich (Queen Latifah „The Dana Owens Album”), jak i męskich (Nat King Cole „Just One Of Those Things”) nie polegało na ordynarnym wypchnięciu ich przed szereg, lecz pozbawieniu delikatnego „telefonicznego” nalotu. Jakby ledwo zauważalnego planktonu udającego audiofilskie mikrowybrzmienia i drobinki kurzy unoszące się w studiu nagraniowym a będącego w rzeczywistości cyfrowymi artefaktami pobranych z otoczenia anomalii. To, że dźwięk podawany był, użyję tu pewnego lapidarnego uproszczenia, blisko w ramach kolejnych eksperymentów polegających na sukcesywnym podmienianiu testowanych przewodów na moje dyżurne kable można było zawdzięczać dwóm podejrzanym – cyfrowemu DSIX-1.0PA i zasilającemu Power Reference. Oba reprezentowały bardzo podobną technikę „poprawiania zepsutego”, więc ich wspólny wkład sumował się dając w rezultacie niezwykle namacalny przekaz. Za to analogowe interkonekty można spokojnie obwozić jako wzorce transparentności, których, gdyby nie to, że sam własnoręcznie wpinałem i wiedziałem, że są nie sposób byłoby zauważyć. Nie dodając nic od siebie, nic również nie zabierały z transmitowanych sygnałów, dzięki czemu sprawiały nieodparte wrażenie droższych niż były w rzeczywistości. Wspominam o tym z premedytacją, gdyż opierając się na własnych doświadczeniach zauważyłem, iż właśnie drogie, bądź bardzo drogie (nad czym szczerze ubolewam) przewody pozbawione są tendencji do pewnego cenzurowania i limitowania ilości przekazywanych informacji. Ich wpięcie w system powoduje najczęściej zachłyśnięcie się słuchacza natłokiem informacji, o których istnieniu nawet nie był świadomy. Za przykład niech posłuży znajdujący się na samplerze HDtracks 2013 (24bit/96kHz) utwór „Nikolai Rimsky-Korsakov: The Snow Maiden – Dance of the Tumblers” (Minnesota Orchestra / Eiji Oue), gdzie delikatne dźwięki trójkątna potrafią zginać w nawałnicy informacji podczas orkiestrowego tutti. Z RCA-1.0PA / XLR-1.0PA II nam to nie grozi.
Bardzo pozytywnie oceniam również dostępnego na metry Power Maxa, który przy cenie nieprzekraczającej tysiąc złotych za metr reprezentował naprawdę wyśrubowany poziom detaliczności i dynamiki połączonych w niejako firmową muzykalność. Nie bez powodu wspominam właśnie o muzykalności, gdyż dzięki „niesłyszeniu” zniekształceń dźwięk dobiegający z kolumn był, poprzez swoją neutralność, bardziej naturalny.
Poszukując podobnie brzmiącej konkurencji, jako pierwsza na myśl przychodzi mi oferta Harmonixa, gdzie mamy bardzo podobny wewnętrzny spokój i niesamowita kulturę bez maskowania detali i zamulania dźwięku. Jednak w bratobójczym pojedynku (obie marki są na wskroś japońskie) podstawowy, głośnikowy Acoustic Revive SPC-REFERENCE wypadł w moim systemie zdecydowanie korzystniej od już nieprodukowanej wersji Harmonixa CS-120. Główne różnice dotyczyły nie tylko kontroli najniższych składowych, ale ogólnie sposobu prowadzenia basu i pochodnego od niego tempa. Wyraźniejsze i pociągnięte bardziej „zdecydowaną kreska” kontury poprawiały stabilność sceny i wgląd w dalsze plany. Harmonix może i nic specjalnie w dźwięku nie psuł, jednak patrząc na sprawę integracji w sygnał fioletowo-różowe solidcory były o krok, bądź dwa bliższe transparentności.

Okres bytności przewodów Acoustic Revive w moim systemie wspominam bardzo miło. Niezależnie od tego, czy współpracowały z tranzystorowym ECI 5, bądź też lampowym Synthesisem  nie odnotowałem żadnych symptomów odnośnie ich własnych preferencji. Po prostu przewodziły prąd nic nie dodając i nic z niego nie ujmując. Choć brzmi to banalnie prosto niewielu producentów potrafi tego dokonać.

Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski

Dystrybucja: Nautilus
Ceny:
– interkonekty analogowe RCA-1.0PA : 1m – 4990 zł
– interkonekty analogowe XLR-1.0PA II: 1m – 5990 zł
– aktywny kabel cyfrowy RCA-RCA DSIX-1.0PA : 1m – 4690 zł
– przewody głośnikowe SPC-REFERENCE : 1m – 590 zł
– Power Reference: 1,5m – 3590 zł; 2m – 4390 zł
– Bulk POWER MAX -5000 : w trakcie kalkulacji

System wykorzystany w teście:

CD/DAC: Ayon 1sc
DAC: Eximus DP1
Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Ayon NW-T
Wzmacniacz: Electrocompaniet ECI 5; Synthesis A 40 Virtus
Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80
IC RCA: Antipodes Audio Katipo
IC XLR: LessLoss Anchorwave
IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
Kable głośnikowe: Harmonix CS-120
Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power
Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2
Stolik: Missoni Audio Carpet Stradivari; Rogoz Audio 4SM3
Przewody ethernet: Neyton CAT7+
Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Highend Novum PMR Premium

  1. Soundrebels.com
  2. >

Jeśli sam Hans-Ole Vitus uznał, że dzięki ‘Reference Series’ zdoła podzielić się magią swoich produktów ze zdecydowanie szerszym gronem miłośników wybornego dźwięku niż ma to miejsce w przypadku wyższych serii, kimże jestem, ja skromny recenzent, by to negować. Jednak… skromność skromnością i pokora pokorą, lecz człowiek to takie wredne zwierzę, że jeśli czegoś nie dotknie, nie pomaca a w przypadku Hi-Fi nie posłucha to nie uwierzy. Dodatkowo do głosu dochodzą nabyte z upływem lat (w tym fachu) doświadczenia wskazujące, iż wytwórcy specjalizujący się w amplifikacjach i pracy na sygnałach analogowych nie zawsze utrzymują ten sam, wysoki poziom, wkraczając w domenę cyfrową i na odwrót – specjaliści od bitów i jitterów nie raz i nie dwa wykładali się na tak, wydawałoby się prozaicznym urządzeniu jak wzmacniacz.

Z produktami Vitus Audio w pewnym sensie było podobnie – ilekroć miałem okazję słuchać przedstawicieli ‘Signature’, bądź ‘MasterPiece Series’, niemalże za każdym razem pierwsze skrzypce grały zestawy pre/power a źródła bardzo często pochodziły od firm trzecich, szczególnie, że w większości systemów królowały gramofony.  Traf jednak chciał, że niemalże przedpremierowo zagościła u mnie wiosenna nowalijka ze słynącej z klocków Lego, malowniczej Danii – przetwornik cyfrowo-analogowy Vitus RD-100. O klockach wspomniałem nie bez kozery, ale temat pozwolę sobie rozwinąć w części dotyczącej wnętrza, a na razie skupię się na dostarczonym przez dystrybutora urządzeniu, jako takim. Powód jest dość prozaiczny, gdyż określenie RD-100 jedynie mianem DACa jest daleko idącym uproszczeniem i w pewnym sensie półprawdą, ze względu na to, że oprócz niezwykle szerokiego wachlarza wejść cyfrowych oferuje również wejścia analogowe a sygnał wyjściowy może, choć wcale nie musi, być regulowany.  Krótko mówiąc jest to pewnego rodzaju combo łączące w sobie DACa z wysokiej klasy przedwzmacniaczem analogowym, dzięki czemu w przypadku, gdy jedynymi źródłami analogowymi w systemie są gramofon (z dedykowanym phonostage’m) i np. tuner, bądź magnetofon szpulowy (wraca na nie moda) spokojnie można uznać, że do pełni szczęścia brakuje tylko końcówki mocy i kolumn. Temat kabli litościwie pominę, choć jedynie wspomnę, że Vitus potrafi się odwdzięczyć w przypadku irracjonalnie nieprzyzwoitych nakładów finansowych na odpowiednią „biżuterię”.

RD-100 wygląda i waży tak, jak na pełnokrwistego członka rodziny Vitusa przystało. Choć należy do najniższej serii trudno doszukać się w jego designie oszczędności. Obudowa jest solidna i jak na DACa zastanawiająco ciężka. Front wykonano z dwóch masywnych płatów anodowanego na czarno (dostępna jest również wersja srebrna) aluminium, pomiędzy którymi, w zgrabnym wgłębieniu ulokowano jednowierszowy, bursztynowy wyświetlacz, czujnik IR i dyskretnie podświetlone, również bursztynową diodą logo producenta.  Po obu stronach tego skromnego interfejsu, umożliwiającego komunikację urządzenia ze światem zewnętrznym, rozmieszczono po trzy przyciski – nawigacyjne po lewej i funkcyjne, sterujące siłą głosu/wyciszeniem po prawej. Nie zapomniano również o takim drobiazgu jak pilot zdalnego sterowania, który nie dość, że jest w zestawie, to zamiast wybierać mało estetyczny, plastikowy azjatycki OEM zdecydowano się na o niebo bardziej pasujący klasą i jakością wykonania do testowanego urządzenia – uniwersalny sterownik Mac’a.

Nawet pobieżny rzut oka na ścianę tylną RD-100 momentalnie rozwiewa obawy dotyczące, wynikające z reprezentowanej rangi w katalogu tego duńskiego producenta. Sześć (!) wejść cyfrowych w postaci zdublowanych koaksjalnych, również występujących w duecie AES/EBU, pojedynczego Toslinka i asynchronicznego USB to szczyt marzeń większości audiofilów. Jednak to nie koniec atrakcji. Nie można przecież pominąć wejść analogowych dostępnych zarówno w standardzie RCA, jak i XLR, które idealnie komponują się z podobnym zestawem, dla ułatwienia montażu otoczonych błękitnymi polami, wyjść analogowych. Całości dopełniają zacisk uziemienia i solidne, trójbolcowe, zintegrowane z bezpiecznikiem gniazdo sieciowe w standardzie IEC.

Wnętrze RD-100, choć zachwyca porządkiem i estetyką nie odkrywa zbyt wiele tajemnic przed oczami ciekawskich. Zgodnie z typową, dla Vitusa modułowa topologią każdej sekcji odpowiada konkretny, dedykowany „klocuszek” ozdobiony firmowym emblematem.  Jedynie płytka odpowiedzialna za obsługę sygnału z wejścia USB nie doczekała się własnej puszki, choć znając już parametry sygnału akceptowalnego przez to złącze widok kości X-MOS (XILINX) pracującej w roli odbiornika USB nie powinien nikogo dziwić.  Oczywiście sterowniki wymagane przez komputery oparte na systemach Windows znajdują się w komplecie i nawet bez dostępu do internetu można całkowicie bezproblemowo wykorzystać możliwości, jakie daje asynchroniczny tryb pracy.
Oprócz wspomnianego „nagiego” modułu odbiornika USB na pokładzie RD-100 wśród ośmiu zamaskowanych braci po opisach płytek drukowanych można zlokalizować moduły: odbiornik SPDIF, odpowiedzialny za obsługę wejść, i występujące parami (po jednym na kanał) moduły DACa konwertera I/V i analogowych stopni wyjściowych. Taka modularność sprawia, iż urządzenie bardzo łatwo można w przyszłości poddać upgradowi zastępując przestarzały technologicznie element nowszym i doskonalszym „klockiem”.
Dla uspokojenia purystów dodam tylko, że regulacja głośności odbywa się w domenie analogowej. W dodatku w momencie wyboru wejść analogowych cała sekcja cyfrowa zostaje odłączana w celu wyeliminowania cyfrowego szumu mogącego wpływać na sygnał analogowy.

Co prawda opis szaty wzorniczej i krótka wiwisekcja trzewi daje pewne wyobrażenie o klasie urządzenia, lecz ich przełożenie na brzmienie nie zawsze jest wprost proporcjonalne. Przecież gdyby tak było, wystarczyłoby odpowiednio zasobne konto, mniej lub bardziej skomplikowany program komputerowy a czasem jedynie mail i telefon do którejś z azjatyckich fabryk oferujących swoje moce przerobowe oraz know-how w ramach usług OEM. W przypadku Vitusa od razu można wykluczyć przynajmniej ostatnią opcję – całość jest wykonywana w Danii a biorąc pod uwagę nader restrykcyjną politykę Skandynawów to nie zdziwiłbym się, gdyby Hans-Ole musiał się sporo tłumaczyć, czemu chce sygnować swoje produkty duńską flagą, skoro wykorzystane układy scalone wykonano w okolicach Morza Żółtego.  Jednak pozwolę sobie skończyć te dywagacje i nie trzymać dłużej Państwa w niepewności.

RD-100 gra dokładnie tak, jak zdążyły przyzwyczaić do siebie wzmacniacze sygnowane znaczkiem Vitusa. Jest to połączenie niewymuszonej swobody i 100% świadomości własnej klasy. W jego brzmieniu nie ma miejsca na niepewność, zawahanie czy dany dźwięk powinien zostać odtworzony w ten, bądź inny sposób i gdzie powinien w przestrzeni zostać ulokowany. Proces decyzyjny przebiega błyskawicznie a przed uszami słuchacza rozpościera się jedynie wzorowo uporządkowana scena z gradacją planów zależną tylko i wyłącznie od fantazji i umiejętności ekipy za konsoletą.  Wspomniany porządek nie jest jednak celem samym w sobie, co mogłoby sprowokować zarzuty dotyczące bezdusznej technicyzacji przekazu, lecz jest formą, narzędziem, dzięki którym przetwornik całkowicie panuje nad sygnałem, wyczarowując z niego muzykę. Z premedytacja piszę „muzykę” a nie dźwięki, gdyż urządzeń potrafiących z sygnału cyfrowego, bądź analogowego wyekstrahować niewyobrażalną ilość zupełnie ze sobą niezespolonych dźwięków na rynku jest multum. Za to do grupy tych, które pomimo wybitnej rozdzielczości nie przekraczają granicy hiperdetaliczności i które cały czas zasługują na miano muzykalnych jest jak na lekarstwo. Z radością, zatem informuję, że RD-100 również do niej należy i prawdę powiedziawszy w tym tkwi sekret jego (spodziewanego) sukcesu rynkowego a zarazem przekleństwo dla recenzenta, gdyż zamiast skupić się na poszczególnych składowych, detalach i niuansach zdecydowanie częściej oddawałem się czysto hedonistycznej przyjemności odsłuchiwania swoich ulubionych nagrań, jako takich, a nie jako materiału badawczego, z pomocą którego mógłbym dokonać jakiejś rzeczowej analizy. Krótko mówiąc ideał dla melomana, przekleństwo dla „branży”. Proszę mnie jednak błędnie nie zrozumieć, osobiście takie właśnie urządzenia cenię najbardziej, lecz poprzez takie idealne wpasowanie w moje gusta potrafię czasami zapomnieć o dystansie, jaki powinien nas dzielić. Cóż jednak począć, skoro muzyka to właśnie emocje i to nimi głównie kierujemy się podczas zakupów sprzętu grającego. A Vitus gra, oj gra, i to niezależnie od repertuaru, jakim go nakarmimy. Poczynając od prog-metalowych ekwilibrystyk uprawianych przez Dream Theater na dostępnym w wersji 24bit/96kHz albumie „A Dramatic Turn Of Events” po do bólu klasyczne i ograne „Bad” Michael’a Jacksona, które dzięki wersji 24bit/48kHz odzyskało swoją drugą młodość RD-100 nie wybrzydzał, nie grymasił, lecz po prostu robił swoje. Pokazując różnice w wieku i sposobie realizacji nie dokonywał osądu, pozostawiając go słuchaczowi -prowadząc go po krętych i zawiłych liniach melodycznych Dreamów, bądź nierozerwalnie kojarzonych z naszą młodością lirycznej „Liberian Girl”, czy zadziornej i pomimo nowego masteringu, nadal szorstkiej „Dirty Diany”. O takich detalach jak szybkość narastania i wybrzmiewania transjentów wspomnę tylko z obowiązku, choć słuchając Leszka Możdżera grającego przepiękny motyw „The Law and The Fist” z albumu „Komeda” płynność i swobodę artykulacji pianisty uznawało się za rzecz zupełnie oczywistą i naturalną, by przy powrocie do urządzeń niższej klasy zrozumieć jak iluzoryczny i niczym nieuzasadniony był nasz optymizm.  To, co na Vitusie lśniło i skrzyło się tysiącem barw nagle zaczynało irytować matowym nalotem i brakiem szlachetności. Podobnie sprawa miała się z japońskimi bębnami na Tataku „Best of Kodo II 1994-1999” – ich gradacja wielkości, skali i potęgi brzmienia były całkowicie realne i tożsame z tym, co można od czasu do czasu, nawet w Polsce, usłyszeć na żywo podczas tego typu prezentacji.  Oczywiście ze względu na ograniczoną kubaturę pomieszczenia odsłuchowego, a co za tym idzie koniecznością dopasowania do niego wielkości kolumn byłem skazany na pewne przeskalowanie spektaklu, to jednak wrodzona lekkość połączona z wiernością oryginałowi były po prostu obecne.

Dla osób poważnie myślących nad stworzeniem systemu audio opartego na komputerze w roli źródła mam dwie wiadomości dobrą i … lepszą, ale może nie wiadomość, a sugestię. Zacznę jednak od tej dobrej. Nawet z rozsądnej klasy laptopa z zainstalowanym Windowsem 7 i JRiverem Media Center 18 pliki wysokiej rozdzielczości Vitus gra dobrze i dobrze z plusem, gdy przestaniemy i oszukiwać własne uszy twierdząc, że jakość przewodu USB nie ma znaczenia, bo ma!  Jednak porównanie transportu CD z PC na plikach SD nadal wykazuje przewagę srebrnego krążka. Jest jednak mały, acz niekoniecznie tani „tweak”, czyli ww. sugestia – wystarczy bowiem zaopatrzyć się w wysokiej jakości konwerter USB (np. Berkeley Audio Design Alpha USB), by i ze zwykłych zgrywek zapisanych w formacie 16bit/44.1kHz cieszyć się iście analogowym feelingiem.  A jak jeszcze w przypływie dobrego humoru zepniemy BADę z Vitusem np. Argento Serenity AES/EBU, to spokój z okablowaniem toru cyfrowego będziemy mieli na długie lata.

To jednak nie koniec, gdyż mając świadomość ograniczeń własnego systemu dane mi było sprawdzić jak testowany przetwornik wypada w zdecydowanie bardziej wysublimowanym towarzystwie, którego niekwestionowana gwiazdą była lampowa końcówka mocy Kondo Souga sterowana z przedwzmacniacza liniowego Modwright LS100, napędzająca najnowszą wersję kolumn Ardento Alter. Jako punkt odniesienia, przynajmniej, jeśli chodzi o źródła cyfrowe przyjęliśmy dzielony zestaw Reimyo CDT-777 + DAP-999EX, z którego transport na zmianę pracował zarówno z dedykowanym, jak i duńskim DACiem. W tak zacnym gronie RD-100 nie tylko nie nabawił się tremy, lecz rozwinął skrzydła pokazując jak transparentnym elementem i o jak czystym dźwięku być potrafi. Do głosu doszła niewzruszona stabilność sceny połączona z łatwością czarowania niuansami. Drżenie chłopięcego głosu na „Hoist The Colours” (Hans Zimmer – “Pirates of the Caribbean: At World’s End”), dzwon w tle niesamowicie sugestywnie budowały nastrój pirackiej opowieści. W porównaniu do przetwornika Reimyo średnica nie była tak faworyzowana a przez to całość można było uznać za bardziej neutralną, co nie znaczy, że japoński konkurent na tym polu dopuszczał się jakiś niestosownych uchybień od normy. Jednak sparring tych dwóch urządzeń pozwalał uzmysłowić sobie jak wiele jest pomysłów na dźwięk idealny i jak delikatną nieraz jest granica między neutralnością a subiektywną naturalnością. Subiektywną, gdyż każdy z nas próbuje nagiąć pewne wzorce do własnych preferencji, co bardzo często prowadzi do zażartych dyskusji nt., czyja biel jest bielsza a naturalność bardziej naturalna.

Całe szczęście dysponując wolną wolą i odpowiednią kwotą możemy z radością oddać się własnej pasji udowadniając otoczeniu (sobie przecież nie musimy), że Hi-Fi i High-End nie są celem samym w sobie, a jedynie sposobem na osiągnięcie stanu czy to tej rzeczywistej, czy tylko wyimaginowanej audiofilskiej nirwany. Vitus RD-100 daje nam taką możliwość, gdyż Hans-Ole Vitus szczodrze obdarzył go firmową magią.

Tekst: Marcin Olszewski

Zdjęcia: RCM – wnętrze, Marcin Olszewski
Dystrybucja: RCM
Cena:  8500 EUR

Dane techniczne:
Częstotliwość próbkowania/rozdzielczość: 32-192 kHz/24 bit
Master Clock: 24.576 MHz
Wejścia digital: 2 x RCA, 2 x XLR, 1 x USB, 1 x Tos;ink
Wejścia analog: 1 para RCA, 1 para XLR
Wyjścia analog: 1 para RCA, 1 para XLR (regulowane)
Wymiary: 100 x 435 x 377 mm
Waga: 9 kg.
Pilot: standard

System wykorzystany w teście:

CD/DAC: Ayon 1sc
DAC: Eximus DP1; YBA Design DAC WD202
Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Moon 180 MiND; YBA Heritage Media Streamer MP100
Wzmacniacz: Electrocompaniet ECI 5; Ayon Spirit 3; Peachtree Audio Decco 65
Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80
IC RCA: Antipodes Audio Katipo
IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio
IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200
Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
Kable głośnikowe: Harmonix CS-120
Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2
Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2
Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Przewody ethernet: Neyton CAT7+
Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; Highend Novum PMR Premium

 

  1. Soundrebels.com
  2. >

Testując swojego czasu Gaudery Arcona 80 myślałem, że dr. Roland określając większość, poza impedancją, parametrów jako odpowiednie, bądź wystarczające poszedł w lakoniczności przynajmniej o jeden krok za daleko. Co prawda przeciętnemu Klientowi i tak dane w tabelkach zamieszczanych w prospektach informacyjnych i recenzjach mówią, delikatnie to ujmując, niewiele, ale jakoś wszyscy się przyzwyczaili, że takie dane są podawane i już. Musze jednak uczciwie przyznać, że byłem w błędzie. Błędzie, z którego wyprowadził mnie Ulrik Gydesen Madsen z Argento Audio nie podając absolutnie nic. Oczywiście cena testowanego przewodu jest mi znana, lecz pochodzi od polskiego dystrybutora (RCM) a nie samego producenta.

Jedyną rzeczą, jaką można znaleźć na stronie internetowej Duńczyków są informacje o tym, iż posiedli Oni sekret i wiedzę tajemną, jak prawdziwie High-Endowe kable robić. I proszę sobie wyobrazić, że od ponad 20 lat właśnie to robią, od „A” do „Z” u siebie, włączcie z wtykami. Jedynie do konfekcji przewodów zasilających wykorzystywane są modyfikowane wtyki zewnętrznych dostawców. Z resztą sieciówki w ofercie Argento mają małą łatkę odszczepieńców, gdyż jako jedyne wykonywane są z miedzi a nie jak wszystkie pozostałe modele ze srebra.

Będący obiektem niniejszego testu Serenity Master Reference Digital Cable XLR  (w skrócie SMR) jest zbalansowaną łączówka cyfrową, w której przewodniki mają „hiper-eliptyczny” kształt wstęg o zaokrąglonych krawędziach. Rolę dielektryka pełni autorski VDM (Vibration Damping Material) zapewniający optymalne tłumienie wibracji i izolację elektryczną. Warto też wspomnieć, iż wtyki wykonane zostały wg. własnego projektu Argento a zastosowane w nich styki są z takiego samego srebra jak same przewody. Połączenia wykonano bez użycia lutowia – na drodze opatentowanego procesu zaciskania.

Jeśli chodzi o teorię to by było na tyle, jednak decydując się na zakup przewodu za ponad 10 tysięcy nabywcę oprócz kosmicznych technologii i co najmniej adekwatnego do ceny brzmienia (o czym za chwilę) interesuje również odpowiednio wysublimowany design. Bądźmy szczerzy – nikt przy zdrowych zmysłach nie wyda takich pieniędzy na niechlujnie wykonany i po prostu brzydki produkt.
Całe szczęście interkonekt Serenity Master Reference, choć należy do najniższej i zarazem najtańszej serii Argento, wygląda równie obłędnie jak jego szlachetniej urodzone rodzeństwo.
Perłowobiała bawełniana koszulka o ścisłym splocie, czarne, satynowe splittery redukujące grubość a co za tym idzie sztywność przewodu i dzięki temu ułatwiające aplikację w systemie plus surowe, ale niezaprzeczalnie solidne wtyki sprawiają, że samo patrzenie na to skandynawskie marzenie audiofila sprawia przyjemność.

Skoro już nieopatrznie wspomniałem o audiofilii, to … tak. Cyfrowy interkonekt Argento jest na wskroś, do szpiku kości i w 100% audiofilski. Bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, nawet symbolicznej gry wstępnej wali prosto między oczy trudną do zaakceptowania przez kablosceptyków prawdę – kable grają. Cyfrowe również. Tutaj nie ma miejsca na „chyba”, „może”, lub inne domniemania. Wpięcie Serenity pomiędzy źródło a DACa można porównać do przeprogramowania „chipa” dławiącego osiągi potężnego silnika. Nagle okazuje się, że przysłowiowe zera i jedynki dostały takiego kopa, że to, co do tej pory uznawaliśmy za normę było jedynie oglądaniem świata przez brudną szybę autobusu komunikacji miejskiej. Przykro mi, ale właśnie tak ta śnieżnobiała łączówka działa. Niby jej nie ma w torze, ale jej niebycie jest bez porównania bardziej słyszalne niż obecność „bycie” innych kabli cyfrowych, z jakimi miałem do czynienia. Jej obecność wyznacza nowy poziom transparentności, poniżej którego zmiany brzmienia wynikają nie tyle z inności, co po prostu psucia, bądź zmieniania tego, bądź innego fragmentu pasma.

Krytyczne odsłuchy rozpocząłem od brudnych jak intencje skorumpowanego polityka bluesowych chrypień brodaczy z ZZ Top („La Futura”), gdzie można było do woli delektować się niesamowitą motorycznością starych jak świat rytmów. Zero wygładzenia, prób ucywilizowania i polukrowania muzyki, która najlepiej brzmi podana właśnie tak, na surowo, szorstko. Jednak pomimo całej swojej „kanciastości” dzięki Argento słychać było każdy, nawet najmniejszy niuans, ale podany w sposób naturalny, prawdziwy, będący zdecydowanie bliższym klimatom „garażowego” grania niż wycyzelowanym i niepokojąco dopieszczonym albumom Stockfischa, jak np. „Big Shoes” Davida Munyona, gdzie dźwięki osiągają, bądź czasem nawet przekraczają znany z odsłuchów na żywo poziom detaliczności. Odpowiedź na pytanie, czy lepiej słucha się takich lekko przybrudzonych i często dalekich od doskonałości, ale przez to bardziej ludzkich realizacji, czy „aptecznych” okołosamplerowych pseudodoskonałości, przynajmniej dla mnie była oczywista. Choć SMR z łatwością przekazywał zawarty w muzyce ładunek emocjonalny, to jeśli emocji w nagraniach nie było przekazywać nie miał czego. Z próżnego nawet Salomon nie naleje. Skoro w ten sposób duński interkonekt rozprawił się z uznawanymi, przez co poniektórych za referencyjne nagraniami nadszedł czas na sięgnięcie po zdecydowanie mniej cywilizowane klimaty. Na „A Map of All Our Failures” My Dying Bride apokaliptycznym wizjom wokalisty wtórowały dostojne gitarowe riffy pełne toksycznej soczystości. Pomimo braku jakichkolwiek audiofilskich aspiracji całość została zaprezentowana z odpowiednim pietyzmem i dbałością o wierność oryginałowi. Dzięki temu nawet lekko monotonne cykanie blach, choć raziło niedostatkami finezji nadal mieściło się w granicach zdrowego rozsądku. Aby jednak w pełni pokazać możliwości testowanego przewodu zmieniłem repertuar na „W Hołdzie Mistrzowi” Stanisława Soyki. Na nowo zaaranżowane utwory Czesława Niemena po prostu zachwycały realizmem. Choć ww. album sam świetnie broni się pod względem interpretacyjno-muzycznym, to dzięki Argento udało się wykonać kolejny krok ku realizmowi koncertu/nagrania na żywo. Zarówno wokalista, jak i każdy z muzyków biorących udział w tym przedsięwzięciu mieli swoje ściśle określone miejsce na scenie a ich separacja była absolutnie niezaprzeczalna. Jednak pomimo tak wyraźnej indywidualności brzmienie instrumentów, głosów całkowicie naturalnie się przenikało, tworząc spójną i nierozerwalną całość. Nie było kilku całkowicie odizolowanych od otoczenia źródeł pozornych, spomiędzy których zionęłaby przygnębiająca pustka, lecz słuchacz miał do czynienia z „normalną” sceną szczelnie, ale co już po raz enty podkreślę, naturalnie wypełnioną prawdziwą muzyką. Muzyką, której dziwnym trafem okazywało się więcej niż dotychczas. Porównanie Argento z tańszą konkurencją moim zdaniem wypadało mniej więcej tak jak porównywanie płyty CD do poczciwego winylu, bądź nawet taśmy, ale nie tej magnetofonowej, tylko prawdziwej – nawiniętej na szpulę. Niby to samo, ale … i właśnie w tym „ale” kryje się sekret sukcesu.

Im dłużej słuchałem SMR, tym mocniejszego nabierałem przekonania, że zasługuje on na zdecydowanie wyższej klasy towarzystwo niż to, które akurat miałem na stanie, w związku z powyższym zafundowałem mu gościnne występy pomiędzy konwerterem Berkeley Audio Design Alpha USB a przetwornikiem Lynx Hilo.  W porównaniu do „profesjonalnych/studyjnych” przewodów cyfrowych Argento pokazało, na co je stać. Kreowanie przestrzeni, precyzja z jaką kreślone były zarówno bliższe, jak i dalsze plany a przede wszystkim namacalność źródeł pozornych po prostu zachwycała. Każde muśnięcie strun, każdy oddech zebrany przez mikrofon miał całkowicie naturalną artykulację i wybrzmienie. Współczesne nagrania symfoniczne („Planets” Gustav Holst) i rozbuchane pod względem spektakularności kinowe szlagiery („Pirates of the Caribbean: At World’s End” Hans Zimmer) nie miały najmniejszych problemów z wypełnieniem mojego pomieszczenia odsłuchowego krystalicznie czystą, potężną i wzorowo kontrolowaną substancja muzyczną. Nawet tak kontrowersyjne i wymagające skupienia nagrania jak „Songs, Drones and Refrains of Death” George’a Crumba potrafiły przykuć mnie do fotela na dłużej niż kilkanaście minut. Powód był bardzo prosty i analogiczny do słuchania muzyki na żywo. Otóż nawet wtedy, gdy nie do końca pasuje nam prezentowany repertuar bardzo rzadko możemy spotkać źle brzmiące instrumenty. Nie mówię tu o ewidentnych potknięciach nagłośnieniowców, lecz o sytuacji, kiedy instrumenty akustyczne słuchane w warunkach niewymagających ich wspomagania aparaturą nagłośnieniową grałyby ewidentnie nie tak jak powinny (czynnik ludzki, czyli niedouczonego, bądź niedysponowanego muzyka, pomijam). Argento po prostu niebezpiecznie zbliżają się właśnie do takich sytuacji dając nad wyraz sugestywne złudzenie uczestnictwa w danym spektaklu. Sprawiają, że nie muzycy są u nas na występach, lecz to my wybraliśmy się na ich koncert.

Ulrik Gydesen Madsen wprowadzając na rynek „najtańsze” przewody z serii Serenity zredefiniował pojęcie „entry level” (poziomu podstawowego). Gdyby wszyscy podchodzili do każdej z dziedzin naszego życia jak On, niezbyt zamożni studenci na swoje pierwsze lokum wybieraliby lofty na warszawskim Mokotowie a w szkołach jazdy zamiast budżetowych kompaktów Skody jeździłyby Aston Martiny DB9. Nie wiem jak Państwu, ale mi taka wizja otaczającej nas rzeczywistości bardzo się podoba.

Tekst i zdjęcia: Marcin Olszewski

 

Dystrybucja: RCM
Cena: 13 350 PLN (dodatkowe 0.5 m – 2 000 PLN)

Dane techniczne: podobno wszystko jest z nimi OK.  ;-)

System wykorzystany w teście:

CD/DAC: Ayon 1sc
DAC: Eximus DP1; YBA Design DAC WD202; Vitus Audio RD-100
Selektor źródeł cyfrowych: Audio Authority 1177
Odtwarzacz plików: Olive O2M; laptop Dell Inspiron 1764 + JRiver Media Center; Moon 180 MiND; YBA Heritage Media Streamer MP100
Wzmacniacz: Electrocompaniet ECI 5; Ayon Spirit 3; Peachtree Audio Decco 65
Kolumny: Gauder Akustik Arcona 80
IC RCA: Antipodes Audio Katipo; Acoustic Revive RCA-1.0PA
IC XLR: LessLoss Anchorwave; Organic Audio; Acoustic Revive XLR-1.0PA II
IC cyfrowe: Fadel art DigiLitz; Harmonic Technology Cyberlink Copper; Apogee Wyde Eye; Monster Cable Interlink LightSpeed 200; Acoustic Revive DSIX-1.0PA
Kable USB: Wireworld Starlight; Goldenote Firenze Silver
Kable głośnikowe: Harmonix CS-120; Acoustic Revive SPC-REFERENCE
Kable zasilające: Furutech FP-3TS762 / FI-28R / FI-E38R; Organic Audio Power; GigaWatt LC-1mk2; Acoustic Revive PCOCC-A Single-Core Power Reference
Listwa: GigaWatt PF-2 + kabel LC-2mk2; Amare Musica Silver Passive Power Station
Stolik: Rogoz Audio 4SM3
Przewody ethernet: Neyton CAT7+
Akcesoria: Sevenrods Dust-caps; Furutech CF-080 Damping Ring; HighEndNovum PMR Premium